
Lata
90-te XX wieku. Po stracie ojca i młodszej siostry w wypadku
samochodowym nastoletnia Violet Taylor zostaje tylko z matką, która
na skutek przeżytej straty wpadła w alkoholizm. Po długim namyśle
Violet decyduje się pójść za radą matki i zacząć uczęszczać
do Elm Hollow Academy, prestiżowej szkoły dla dziewcząt, stojącej
w niewielkim nadmorskim miasteczku, w którym od urodzenia mieszka.
Miejsce to ma bogatą, acz niechlubną historię związaną z tak
zwanymi procesami czarownic, o czym Violet dowiaduje się dopiero w
pierwszym dniu swojego pobytu w Elm Hollow. Początkowo nową
uczennicę dręczy samotność, ale nie trwa to długo. Z czasem
zaprzyjaźnia się z trzema dziewczętami, Robin, Alex i Grace, i tak
jak wcześniej one, zostaje dopuszczona do tajemnego klubu
prowadzonego przez nauczycielkę rysunku i malarstwa Annabel.
Spotkania te przypominają zajęcia pozalekcyjne, przy czym wiedza,
jaką ich ulubiona wykładowczyni przekazuje czterem uczennicom,
najpewniej nie spotkałaby się z akceptacją jej przełożonych.
Violet ma świadomość, że jest łudząco podobna do długoletniej
przyjaciółki Robin, która niedawno zaginęła. Dowiaduje się
również, że jej nowe koleżanki eksperymentują z czarną magią.
Ją też dopada ta mroczna fascynacja. I nie słabnie nawet wówczas,
gdy zwraca się ona przeciwko innym ludziom.
„Furie”
to debiutancka powieść Brytyjki Katie Lowe, absolwentki
Uniwersytetu w Birmingham, której teksty były publikowane między
innymi w Guardianie i w The Independent. Od 2012 roku Katie Lowe
prowadzi bloga zatytułowanego „Fat Girl PhD”, gdzie pisze o
feminizmie, zdrowiu i ludzkim ciele. Światowa premiera jej pierwszej
powieści, łączącej w sobie stylistykę thrillera i horroru,
odbyła się w styczniu 2019 roku, a zaledwie parę miesięcy później
została wydana w Polsce nakładem Czarnej Owcy.
Na
skrzydełku okładki polskiego wydania „Furii” Katie Lowe
znajdziemy kilka ciepłych słów dla tej publikacji od Petera
Filardiego współscenarzysty „Szkoły czarownic” w reżyserii
Andrew Fleminga (trzeba tu jeszcze nadmienić, że jest on autorem
scenariusza m.in. „Linii życia” Joela Schumachera), o czym
wspominam dlatego, że rzeczona powieść może silnie kojarzyć się
z tą produkcją. I w „Furiach”, i w „Szkole czarownic” mamy
cztery nastoletnie dziewczęta parające się czarną magią,
zaprzyjaźnione młode kobiety, które zatracają się w tym niezbyt
typowym hobby. W „Furiach” sytuacja jednak nie jest tak oczywista
jak w „Szkole czarownic”. Tutaj nie możemy być pewni, czy
okultystyczne rytuały odprawiane przez cztery uczennice owianej złą
sławą szkoły przynoszą pożądany efekt. Przynajmniej do
ostatniej partii tej mrocznej historii (dużo mroczniejszej od
„Szkoły czarownic”) będziemy mogli tylko zgadywać, czy te
zaprzyjaźnione nastolatki są czarownicami, czy tylko tak im się
wydaje. Co prawda nie do końca, bo ich też, a przynajmniej główną
(anty)bohaterkę „Furii” dręczą wątpliwości w tej kwestii.
Violet Taylor nie odrzuca kategorycznie żadnej z tych dwóch
możliwości. A ściślej nie odrzucała, bo narratorką tej
opowieści jest dorosła już Violet. Historia ta jest więc snuta z
perspektywy czasu – z punktu widzenia dojrzałej kobiety, która
spogląda wstecz, rozprawia się z demonami przeszłości, dobrze
pamiętając emocje, które nią wówczas kierowały, wiernie
odwzorowując ten burzliwy okres swojego życia, ale jednocześnie
autorka nie daje nam zapomnieć, że patrzymy na to okiem osoby
dorosłej. I w dodatku bardziej uświadomionej od nas. Narratorka
wie, jak to wszystko się skończyło, wie jak potoczyło się jej
życie po ukończeniu Elm Hollow Academy, ale my przez długi czas
będziemy musieli zadowolić się jedynie szczątkową wiedzą na ten
temat. Kobieta snująca tę opowieść jest już w XXI wieku, my
natomiast tkwimy w końcówce poprzedniego stulecia, gdzie zostajemy
przeniesieni przez nią samą (umownie oczywiście). Dlaczego tak się
nad tym rozwodzę? Otóż, wydaje mi się, że dobór ważniejszych
postaci, jeśli nie cały zarys fabuły „Furii”, może skłonić
do myślenia, że publikacja ta jest skierowana przede wszystkim do
nastoletnich odbiorców. Oni oczywiście również mogą odnaleźć
się w tej historii, ale mam przeczucie, graniczące z pewnością,
że Katie Lowe pisała tutaj głównie z myślą o dorosłych
czytelnikach, że nie chciała by jej literacki debiut został
zaszufladkowany jako powieść młodzieżowa. Wiek narratorki to
jedno, ale to przekonanie rodzi we mnie też, albo raczej przede
wszystkim, styl tej brytyjskiej autorki. Bardzo dojrzały,
wyczerpujący, niezwykle barwny język, mnogość poetyckich wręcz
akapitów, intensywność przekazu, o której wielu dużo bardziej
doświadczonych pisarzy może co najwyżej pomarzyć. Warsztat Lowe
praktycznie mnie opętał (w czym swoją zasługę miała również
tłumaczka Aga Zano) – powiedzieć, że wpadłam w czysty zachwyt
to mało, bliższe prawdy będzie raczej stwierdzenie, że stałam
się niewolnicą tego niezwykłego stylu. I była to nader słodka
niewola. Poszukiwacze oryginalnych motywów mogą nie podzielić tych
odczuć, ale muszę przyznać, że fabuła „Furii” też mocno
mnie urzekła. Katie Lowe zbudowała ją ze znanych cegiełek, ze
składników, po które zdążyła już sięgnąć niezliczona ilość
pisarzy i filmowców, ale zrobiła to z tak imponującym wyczuciem, z
taką świadomością reguł, jakimi rządzą się historie o, czy to
prawdziwych, czy tylko rzekomych czarownicach, że podejrzewam, iż w
oczach dużej części odbiorców tej książki, trzymanie się
rzeczy znanych wcale nie będzie ujmą, że zadziała to na korzyść
„Furii”.
Powieściowy
debiut Katie Lowe otwiera informacja o śmierci dziewczyny, opis jej
zimnego ciała tkwiącego na huśtawce i jasna sugestia, że
narratorka i zarazem główna bohaterka „Furii”, Violet Taylor,
dobrze tą, dla nas na razie anonimową osobę, znała. Po tym
krótkim prologu zostajemy przeniesieni do okresu poprzedzającego tę
tajemniczą śmierć. Poznajemy nastoletnią Violet, która jako
jedyna wyszła cało z wypadku samochodowego, w którym życie
stracili jej ojciec i młodsza siostra. Na skutek tej tragedii matka
Violet wpadła w alkoholizm. Można powiedzieć, że straciła wolę
życia, stała się niejako pustą skorupą, cieniem człowieka ledwo
zauważającym nawet własną córkę. Podczas gdy krzywda tej
kobiety jest wręcz namacalna, reakcja Violet jest zdecydowanie
bardziej stonowana. Właściwie to można odnieść wrażenie, że
śmierć bliskich niewiele ją obeszła, ale trzeba też brać pod
uwagę takie ewentualności jak na przykład szok albo introwertyczne
usposobienie dziewczyny. Z biegiem trwania lektury więcej będzie
jednak przemawiać przeciwko tej postaci, Violet będzie z wolna
wyrastać na czarny charakter, przekształcać się w istną femme
fatale, zatracać w mrocznych instynktach na oczach coraz bardziej
zatrwożonego jej zachowaniem czytelnika. To samo zresztą można
powiedzieć o pozostałych postaciach zajmujących centralne miejsce
w „Furiach”. Katie Lowe oczywiście najbardziej koncentruje się
na Violet, ale jej trzy przyjaciółki również zajmują ważne
miejsce w tej historii. To tak naprawdę opowieść o czterech
nastoletnich dziewczętach, uczennicach prywatnej szkoły dla
dziewcząt funkcjonującej pod nazwą Elm Hollow Academy.
Prestiżowego liceum stojącego w sennym angielskim miasteczku, w
którym to główna bohaterka powieści od urodzenia mieszka. Ale
dopiero, gdy dołączyła do grona uczennic tej placówki poznała
jej mroczną historię. Dowiedziała się, że szkoła została
założona przed paroma wiekami przez kobietę, która jakiś czas
potem została skazana na śmierć za uprawianie czarnej magii. Inna
sprawa, czy faktycznie parała się okultyzmem... Uczennice Elm
Hollow ze wszystkich nauczycieli największym szacunkiem,
uwielbieniem wręcz, darzą Annabel, prowadzącą zajęcia z rysunku
i malarstwa. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę z tego, że kobieta
ta ma coś na kształt klubu. Kontynuuje wieloletnią tradycję
spotkań z wybranymi uczennicami w celu przekazywania im wiedzy,
która pewnie nie zostałaby zaaprobowana przez brytyjski system
oświaty. Chociaż całkiem możliwe, że to złudne wrażenie,
wywołane tajemniczą otoczką jaką nadaje temu przedsięwzięciu
Annabel. Bo nie wygląda to na coś zdrożnego, a przynajmniej nie
bardzo, bo podejrzewam, że niektórzy rodzice mogliby nie życzyć
sobie, by umysły ich córek wypełniano informacjami o sile
kobiecego charakteru obracającego się przeciwko okrutnym
mężczyznom. Z drugiej strony wykłady Annabel na użytek Violet,
Robin, Alex i Grace mają w sobie coś złowieszczego – łatwo
dopatrzyć się w tym zachęty do brania spraw w swoje ręce, ilekroć
spotka nas jakaś krzywda ze strony członka płci przeciwnej oraz do
podejmowania starań w kierunku podporządkowania ich sobie,
nakłaniania ich wszelkimi możliwymi sposobami do poddania się ich
woli. Ale czy Annabel faktycznie zależy na właśnie takim
kształtowaniu młodych umysłów? Kobieta ta równie dobrze może
być zwyczajną feministką, pragnącą wpoić swoim uczennicą
nieszkodliwe wartości, co perfidną jednostką z premedytacją
popychającą swoje uczennice na zbrodniczą ścieżkę. Dla Violet
najbliższą osobą szybko staje się Robin – to z nią główną
bohaterkę połączy najsilniejsza więź. Odbiorcy „Furii”
właściwie od początku będą świadomi tego, że to toksyczna
przyjaźń, że ta znajomość doprowadzi do tragedii. Nie wiadomo
tylko komu owa przyjaźń bardziej szkodzi – czy to Robin wciąga
Violet na drogę występku, czy to ta dziewczyna ma na nią zły
wpływ, czy odwrotnie? Jeśli w ogóle można tutaj mówić o jakimś
złym wpływie, bo choć to Robin odkrywa przed Violet tajniki
czarnej magii, choć to jej najbardziej zależy na przywoływaniu
mitycznych Furii i kierowaniu ich gniewu przeciwko osobom, które w
jakiś sposób naraziły się jej lub jej przyjaciółkom, to nie
można wykluczyć możliwości, że Violet już dawno temu przestała
być grzeczną dziewczynką. Jeśli w ogóle kiedyś nią była...
Jedno jest tutaj pewne: to Violet dostaje obsesji na punkcie Robin, a
nie odwrotnie. To główna bohaterka uzależnia się od tej
ewidentnie zbuntowanej, ale niekoniecznie bardziej niebezpiecznej od
niej dziewczyny. Robin staje się najważniejszą osobą w jej życiu,
zdaje się, że Violet tak naprawdę zależy tylko na niej. I nie
można oprzeć się przeczuciu, że zrobi absolutnie wszystko, by nie
stracić tej przyjaźni.
„Furie”
Katie Lowe to po mistrzowsku opowiedziana powieść łącząca w
sobie stylistykę thrillera i horroru. Z zachwycają gracją, godną
najwyższego uznania zręcznością tego rodzaju, która właściwie
uniemożliwia znalezienie punktów stycznych pomiędzy tymi dwoma
gatunkami. Na kartach tej powieść thriller i horror egzystują w
doskonałej symbiozie, i choć na fabułę składają się bardzo
dobrze znane miłośnikom literatury i kinematografii grozy motywy,
to sam ten sposób połączenia rzeczonych gatunków, ta ścisła
koegzystencja, tworzą nową jakość. Przede wszystkim to zasługa
przepięknego, elektryzującego stylu Katie Lowe, ale myślę, że
nie dałoby się tego w taki sposób opowiedzieć bez rozeznania się
w tradycji. W regułach, jakimi rządzą się horrory nastrojowe i
thrillery o czarownicach. I tych faktycznych, i tych tylko rzekomych.
Z niecierpliwością oczekuję kolejnych książek Katie Lowe, bo
nawet nie dopuszczam do siebie myśli, że mogłaby teraz zarzucić
powieściopisarstwo albo zmienić gatunkowy kurs. Literatura grozy to
idealne miejsce dla niej. Być może w innych gatunkach też by się
sprawdziła, ale lepiej żeby nawet o nich nie myślała. Nazwijcie
mnie egoistką, ale chciałabym żeby swoim talentem dzieliła się
wyłącznie z miłośnikami horrorów i thrillerów (ewentualnie
science fiction i kryminałów). Bo wtedy byłoby więcej dla mnie:)
Za
książkę bardzo dziękuję wydawnictwu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz