poniedziałek, 6 kwietnia 2020

„Funhouse” (2019)


Ośmioro przygasłych celebrytów bierze udział w nowym reality show o nazwie „Funhouse”, emitowanym dwadzieścia cztery godziny na dobę w Internecie. Mężczyźni i kobiety zostają zamknięci w przestronnym domu, a ich głównym zadaniem jest zabieganie o głosy widzów. Osoba, która utrzyma się w programie najdłużej wygra pięć milionów dolarów. Reszta umrze w męczarniach. Ale o tym uczestnicy przekonują się dopiero po zamknięciu ich w pilnie strzeżonym domu pełnym ukrytych kamer, dzięki którym internauci z całego świata mogą śledzić każdy ich krok. I każdą śmierć.

Szwedzko-kanadyjski niskobudżetowy horror w reżyserii i na podstawie scenariusza Jasona Williama Lee, twórcy między innymi „Zło w każdym z nas” z 2016 roku. Główna rola w „Funhouse” przypadła w udziale bratu Billa Skarsgarda, najbardziej znanego z roli klauna Pennywise'a w dwóch rozdziałach readaptacji „To”, Valterowi Skarsgardowi. Znalazły się też polskie akcenty – urodzona w Polsce Karolina Benefield w obsadzie i jedna krótka kwestia w naszym ojczystym języku. Premierowy pokaz „Funhouse” Jasona Williama Lee odbył się w październiku 2019 roku w Szwecji, na Elmsta 3000 Horror Fest.

Witamy w „Big Brother Hard”. Rozsiądźcie się wygodnie i poznajcie osiem osób, o życiu i śmierci których będziecie decydować. „Funhouse” może się z lekka kojarzyć na przykład z takimi obrazami, jak „Kolobos” Daniela Liatowitscha i Davida Todda Ocvirka, „Morderstwo w sieci” Marca Evansa, czy „Nieuchwytny” Gregory'ego Hoblita. Morderczy program emitowany w Internecie i ludzie, którzy nie tylko chcą to oglądać, ale i w pewnym sensie w tym uczestniczyć. I oczywiście ludzie siłą wykorzystywani do zapewniania rozrywki złaknionej przemocy publice. Przygasłe gwiazdy z różnych stron świata, które zgodziły się na udział w organizowanym gdzieś w Stanach Zjednoczonych reality show o nazwie „Funhouse” w nadziei na odzyskanie utraconej sławy. Główny bohater filmu, pochodzący ze Szwecji Kasper Nordin (taka sobie kreacja Valtera Skarsgarda, która i tak zawyża poziom, bo reszta obsady moim zdaniem wypadła wręcz koszmarnie; no może poza naczelnym psychopatą, chociaż ten patos chwilami mocno raził), jest znany głównie z tego, że wszedł, w zakończony już, związek małżeński z wokalistką pop. Razem stworzyli program telewizyjny, razem też występowali, ale ich wspólne szczęście nie trwało długo. Ona się wybiła, on odszedł w cień. Wydaje się jednak, że Kasperowi mniej przeszkadza to, że z zszedł z afisza niż to, że jak już się o nim mówi, to jako o byłym mężu gwiazdy pop. Ten młody mężczyzna decyduje się na udział w „Funhouse” głównie w celu zerwania z wizerunkiem eksmęża sławnej wokalistki. Wraz z nim do naszpikowanego kamerami domu wchodzi siedem innych osób, którzy tak jak on swoje pięć minut w show biznesie mają już za sobą. Ale oczywiście nie tracą nadziei, że uda im się odzyskać sławę. Jason William Lee w scenariuszu „Funhouse” zawarł kilka trafnych, acz nieodkrywczych komentarzy na temat współczesnego świata. Obrywa się celebrytom, ale jeszcze bardziej ich fanom. Lee zauważa, że dzisiaj nie trzeba mieć talentu ani żadnych osiągnięć żeby zostać gwiazdą. Wystarczy pokazywać się bez ubrania, nagrywać głupawe filmiki, prowadzić hejterskiego bloga albo wziąć udział w nie wiedzieć czemu cieszącym się dużą oglądalnością programie rozrywkowym. Na celownik Lee bierze także portale społecznościowe, memy oraz oczywiście reality show, które zaspokajają potrzebę niemałej części ludzkości do zaglądania w cudze życie. Konkluzja, że żyjemy w iście prymitywnej epoce nasuwa się sama. „Funhouse” rzuca nam w twarz, że mamy pochrzaniony system wartości. Zamiast brać za wzór ludzi światłych - naukowców, wynalazców etc. - inspirujemy się ludźmi, którzy są znani głównie z tego, że są znani. Nie tylko bezwstydnie zaglądamy w ich życia, ale i uważamy, że mamy wszelkie prawo ich osądzać. Publicznie, bo taką możliwość daje nam Internet. Więc czemu nie skorzystać? To przecież takie budujące zmieszać kogoś z błotem. My wszak jesteśmy idealni: a przynajmniej na takich staramy się kreować w Sieci. Jest taki moment w „Funhouse”, w którym jedna z postaci wyraża przekonanie, że internauci nie wezmą udziału w głosowaniu mającym wyłonić dobrowolnego przeciwnika dla jednego z uczestników „Funhouse” do jasno zapowiedzianej walki na śmierć i życie. Znamienne jest spojrzenie, jakie ów uczestnik rzuca w odpowiedzi na ten tekst. Spojrzenie mówiące: życia nie znasz. Chciałoby się myśleć, że to tylko poetyka horroru. Celowe przesunięcie granic, których internauci w rzeczywistości nigdy nie przekroczą. Tylko że... Wystarczy choćby tylko pobieżnie przejrzeć niektóre witryny, żeby mocno w to zwątpić. „Funhouse” gdzieś między słowami mówi nam, że jak dalej będziemy szli tą drogą, to staniemy się tacy, jak ogromna część widowni brutalnego reality show wymyślonego przez Lee na potrzeby omawianego obrazu. Jeśli już tacy nie jesteśmy... Tak czy inaczej „Funhouse” przedstawia nam straszną wizję rozrywki dla mas spragnionych krwi. Prawdziwej krwi. Tak zwanych filmów ostatniego tchnienia. Tortur zadawanych innym w czasie rzeczywistym. Bez edycji, bez efektów specjalnych. Chociaż nie, bo logo tego przedsięwzięcia, jakim jest panda zaznacza się w postaciach pracujących nad tym, by dać ludziom to, czego pragną. Człowiek, który to wszystko zorganizował, kierownik tej bestialskiej produkcji, uczestnikom i widowni pokazuje się jako animowana panda. Każdy gest i każde słowo wypowiedziane przez rzeczoną psychopatyczną jednostkę przekłada się na tę bajkową postać, która w wybranych momentach i w różnych obszarach domu pojawia się na ekranie, by zabawiać swoich gości i spragnioną mocnych wrażeń gawiedź. W tym śmiertelnie niebezpiecznym przybytku od czasu do czasu pojawiają się też ludzie pozostający na jego usługach, których głowy ozdabiają zmyślne przykrycia – kartonowe, wyobrażające głowy pand.

„Funhouse” Jasona Williama Lee zauważalnie został zrealizowany niewielkim kosztem. I podejrzewam, że to będzie stanowić główną przeszkodę dla niemałej części jego odbiorców. Pomijając jednak warsztat większości aktorów (najczęściej przebija z tego patos i egzaltacja, dla których w sumie paradoksalnie miłą przeciwwagą jest nieomal posągowy styl unaoczniony tutaj przez Valtera Skarsgarda), płaszczyzna techniczna akurat mi większych powodów do narzekań nie dała. Chciałabym, żeby „Funhouse” w oczach wielu zabłysnął, jako dowód na to, że nie potrzeba sporego zaplecza finansowego, żeby nakręcić dobry horror. Chciałabym, żeby „Funhouse” zaistniał jako swego rodzaju odskocznia od mainstreamowej nijakości. Ale wątpię, żeby tak się stało. Chłodny, klaustrofobiczny, naturalistyczny klimat idzie tutaj bowiem w parze z niedopieszczonym montażem i dość niechlujnym kadrowaniem. Mnie seansu to nie utrudniało, ale i mam świadomość, że istnieje cale mnóstwo osób, którym takie niedbalstwo jest nie w smak. W moich oczach owo „niepolerowanie każdego szczegółu”, niedopieszczenie dodaje „Funhouse” wiarygodności. Kolorowe, „idealnie” posklejane obrazki, wychuchane, wygłaskane plastikowe zdjątka, będące jedną ze swego rodzaju wizytówek współczesnego głównonurtowego kina grozy, jakoś nie przemawiają do mnie tak silnie, jak takie pójście na żywioł, jakie miałam wrażenie zastosowano w tym projekcie. Niekoniecznie odpowiada ono stanowi faktycznemu, ale śledząc ciężkie przejścia ludzi walczących o życie na oczach milionów widzów z całego świata, czułam ożywczą spontaniczność. Maniakalne kalkulowanie, tak drastycznie uwidaczniające się w tak wielu mainstreamowych horrorach, tutaj praktycznie się występuje. To znaczy, nie dopadało mnie raz po raz poczucie, że twórcy „Funhouse” uporczywie trzymali się nowoczesnego podręcznika pod tytułem „Jak zrobić horror, który dobrze się sprzeda”? Nie wiem, czy tak było w istocie, ale wyglądało to tak, jakby cała ekipa pracująca nad tym obrazem przednio się bawiła. Jakby robiono to dziełko bardziej dla przyjemności, niźli z chęci dużego zarobku. Bez widocznego zmuszania się do czegokolwiek, bez widomych prób zabiegania o względy szerokiej rzeszy widzów. Tak to czułam. I za to przede wszystkim szanuję twórców tego umiarkowanie krwawego spektaklu. Szwedzkie kino raczej nie kojarzy się z taką dosadnością, ale już klimat panujący w pełnym kamer domostwie tortur ma w sobie trochę przybrudzonego zimna, z którego kinematografia z tego regionu Europy wręcz słynie. Na krześle reżyserskim zasiadł jednak Kanadyjczyk, który zdążył już spróbować swoich sił w takiej stylistyce: w swoim pełnometrażowym debiucie, horrorze „Zło w każdym z nas”. Ale „Funhouse” to moim zdaniem już zupełnie inna liga. Dużo wyższa. Co nie znaczy, że fani kina gore dopiszą ten obraz do listy najkrwawszych, najbardziej szokujących, najmocniejszych pozycji, jakie dane im było obejrzeć. Dużo wyobraźni widza wprawdzie nie pozostawiono. Sporo makabrycznych detali pokazano, ale niestety nie wystarano się o maksymalnie intensywny przebieg tych wszystkich okrutnych konkurencji, do których zmuszano w większości dość starannie wykreślonych uczestników reality show zorganizowanego przez człowieka, który nade wszystko ceni sobie dobrą zabawę. Dla niego dobrą zabawą jest torturowanie i zabijanie ludzi. Zresztą nie tylko dla niego, bo mamy jeszcze internautów, którzy z wypiekami na twarzy wyczekują następnej rzezi. Całkiem realistycznie się prezentujące efekty specjalne plus duże zróżnicowanie niecodziennego procesu eliminacyjnego uczestników programu...hmm... rozrywkowego. Tak, to określenie pasuje, bo przecież zdecydowana większość jego odbiorców znakomicie się bawi patrząc na katusze swoich bliźnich. Szczególnie dużej kreatywności w uśmiercaniu ofiar w „Funhouse” może i nie widać, ale takie rozrywanie ludzkiego ciała albo kąpiel w żrącej substancji, powinny zwrócić uwagę nawet tych osób, które z czymś podobnym w horrorze się już spotykały. Mocno bolesne widoki to to nie są, bo przez drastyczne sceny przeprowadza się nas może i nie w pośpiechu, ale i bez dręczącej powolności ukierunkowanej na podsycanie niewygodnych emocji. Ale choć wątpię, żeby w żołądkach widzów zaprawionych w krwawym kinie grozy się zakotłowało, to jest szansa, że nie przejdą oni obok tego zupełnie beznamiętnie. Napięcie, przekonanie o nieuchronności bolesnego końca bohaterów, których pomimo w większość nieprzekonujących kreacji aktorskich da się lubić. A więc i współczuć. Naprawdę oglądałam to z najwyższych zainteresowaniem. Cały ten okrutny spektakl zmyślnie przerywany komentarzami między innymi dziennikarzy, króciutkimi wstawkami z agentami FBI zajmującymi się sprawą nielegalnego realisty show z pandą oraz naturalnie reakcjami złaknionej autentycznego rozlewu krwi widowni „Funhouse”. I tak aż do wstrząsającego zamknięcia. Epilog łatwo już przewidzieć, ale to co następuje chwilę wcześniej... Taka prostota, a miażdży!

Więcej takich horrorów poproszę. Horrorów z duszą. Horrorów dostrzegalnie nakręconych tanim kosztem. Horrorów realizatorsko niedopieszczonych. Horrorów tak naturalistycznych, tak zimnych, tak brutalnych, ale przy tym niepozbawionych głębszych treści. „Funhouse” Jasona Williama Lee nie jest ani szczególnie oryginalny, ani tym bardziej rozbudowany fabularnie. To prosta opowieść o ludziach zmuszonych do walki o życie na oczach spragnionej ich krwi widowni. Współczesna odsłona walk gladiatorów, która ma nam dać do myślenia. Zaspokoić apetyt na klimatyczny, emocjonujący horror, jak na standardy współczesnego kina, dość obficie podlany krwią, ale i skłonić do przemyślenia swojego stylu życia. Czy naprawdę chcecie takiej rozrywki? - pyta Jason William Lee, twórca tego, według mnie, udanego szwedzko-kanadyjskiego przedsięwzięcia.

21 komentarzy:

  1. Gdzie to można obejrzeć? Chyba że widziałaś to na jakimś festiwalu. W sieci nic.... Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki :) i fajnie, że opisujesz też książki typu thriller. Ja co prawda czasami jestem mniej wybredna, np. Polowanie 2020 mi sie bardzo podobało, ale zawsze sobie u Ciebie podejrzę, co można zobaczyc.

    OdpowiedzUsuń
  3. Widziałam film i gorąco polecam. Tylko troszkę mnie drażniła gra aktorska ale idzie się szybko przyzwyczaić jednak już samo przesłanie mocno pokazuje pusty, a jednak napompowany dzisiejszy świat mediów, które celebrują nic, a o wydarzeniach ważnych w świetle naszego globu dowiadujemy się tylko w branżówkach. Film bardzo prosty ale do takiej publiczności skierowany. Oby został bardziej nagłośniony i trafił do większej publiczności...

    OdpowiedzUsuń
  4. Odpowiedzi
    1. bo ja am pytanko od ilu to lat wydaje mi sie ze od 16 ale nwm i jeszce jedno czy w tym widac pornografie ?

      Usuń
    2. Pornografii sobie nie przypominam, ale niewykluczone, że jakaś golizna tam czasem mignie.
      W Polsce (tj. od CDA Premium) film ma kategorię: tylko dla dorosłych.

      Usuń
  5. Wir ktoś jak nazywa się aktor grający tego pomysłodawca tego domu?

    OdpowiedzUsuń
  6. Obejrzeliśmy zaraz po Twojej recenzji. Świetny i przykuł naszą uwagę bardzo mocno. Jednocześnie przerażający w swojej wymowie; to zachowanie internautów i brak wśród nich limitu wiekowego.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jak się nazywa aktorka grająca Ule?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Karolina Benefield.

      Obsada na przykład tutaj: https://www.imdb.com/title/tt6852534/fullcredits?ref_=tt_cl_sm#cast

      Może się przyda:)

      Usuń
  8. Jak się nazywa ta bladyna ?

    OdpowiedzUsuń
  9. Da się to obejrzeć gdzieś za darmo? Jeśli tak, to gdzie?

    OdpowiedzUsuń