Stronki na blogu

czwartek, 18 sierpnia 2022

Victor LaValle „Ballada o Czarnym Tomie”

 

Rok 1924. Dwudziestoletni czarnoskóry Charles Thomas Tester mieszka wraz z rzadko wychodzącym z domu ojcem w Harlemie. Chłopak jest drobnym oszustem, a jego ofiarami padają głównie dobrze sytuowani biali ludzie z bardziej reprezentacyjnych dzielnic Nowego Jorku. Tommy zwykle przemierza miasto ze swoją ukochaną gitarą. Miłość do muzyki zaszczepili w nim rodzicie, ale nie jest tak utalentowany, jak oni. Zdaje sobie sprawę, że jest kiepskim śpiewakiem i co najwyżej przeciętnym grajkiem, ale to tylko motywuje go do ćwiczeń. Za to zdążył już nabrać biegłości w poruszaniu się w tłumie białych ludzi. Niemal niewidzialny człowiek. Czarny człowiek, który na pozór zna swoje miejsce. Prawdziwy iluzjonista, który pewnego dnia przyciąga uwagę majętnego człowieka nazwiskiem Robert Suydam. Mężczyzna zaprasza go do swojej rezydencji w dzielnicy Flatbush, gdzie za szczodrą opłatą ma zagrać na jego przyjęciu. Tuż po pierwszym spotkaniu z nim, Tommy dowiaduje się, że Suydam znajduje się pod obserwacją nowojorskiej policji, ale perspektywa dużego zastrzyku gotówki skutecznie zagłusza ten sygnał alarmowy. Wątpliwości chłopak nabiera dopiero po poznaniu mrocznych zainteresowań Roberta Suydama. Zobaczeniu na własne oczy przerażających rezultatów studiowania wiedzy tajemnej przez opętanego niebezpieczną ideą zamożnego białego człowieka.

Zdobywczyni Shirley Jackson Award, nominowana do Nagrody Brama Stokera, Nebula Award, British Fantasy Award, Hugo Award, Theodore Sturgeon Award oraz World Fantasy Award, pierwotnie wydana w 2016 roku krótka opowieść Victora LaValle'a będąca odpowiedzią, albo korektą, na opowiadanie „Zgroza w Red Hook” (oryg. „The Horror at Red Hook”) Howarda Phillipsa Lovecrafta, które uważa się za najbardziej rasistowski utwór w jego pisarskim dorobku. „Ballada o Czarnym Tomie” (oryg. „The Ballad of Black Tom”) jest porównywana między innymi do „Niewidzialnego człowieka” Ralpha Ellisona, powieści, która na światowym rynku zadebiutowała w roku 1952, ale swego rodzaju pomocami dydaktycznymi LaValle'a podczas prac nad tą minipowieścią, czy jak kto woli opowiadaniem, były przede wszystkim „Szerokie Morze Sargassowe” Jean Rhys, „Sny o pociągach” Denisa Johnsona oraz Digital Harlem Blog. „Ballada o Czarnym Tomie” została zadedykowana H.P. Lovecraftowi „ze wszystkimi mieszanymi uczuciami”, co może sugerować, że LaValle nie przepada za jego prozą. Ale to by był zbyt daleko idący wniosek. Samotnik z Providence swoje artystyczne szpony w Victorze LaValle'u zatopił właściwie na stałe, gdy ten drugi miał zaledwie dziesięć lat. Późniejszy autor między innymi „Odmieńca” od pierwszego wejrzenia zakochał się w „szalonym piórze” Lovecrafta, ale nie bez pamięci. Nie tak, by nie mieć absolutnie żadnych zastrzeżeń do tego, czy innego kultowego utworu Wielkiego Literata. W „Zgrozie w Red Hook” najbardziej uderzająca okazała się dla niego wizja Brooklynu. Tak mocno odbiegająca od jego własnych obserwacji.

Nie jest tajemnicą, że Lovecraft był rasistą, co w jego czasach było bardziej normą niż rzadkością (wtedy to była tak zwana normalność w Stanach Zjednoczonych), co sprawiało, że wcale a wcale nie uśmiechało mu się prowadzenie pogłębionych badań środowisk, o których raczył pisać. Harlem i inne nowojorskie enklawy mniejszości rasowych i etnicznych to naturalne środowiska Victora LaValle'a, ale dla Howarda Phillipsa Lovecrafta to były zupełnie obce, a zatem przerażające światy. Krainy Na Zewnątrz. Niespełna stustronicowa „ballada” LaValle'a do Polski dotarła w roku 2022: edycja w twardej oprawie, z poruszającą wyobraźnię - zdecydowanie w duchu Lovecrafta - grafiką na froncie, sporządzoną przez Dark Crayon i w kunsztownym tłumaczeniu Wojciecha Szypuły, który korzystał ze „Zgrozy w Red Hook” HPL w przekładzie Macieja Płazy. „Ballada o Czarnym Tomie” była pisana między innymi z myślą o naprostowaniu paru spraw poruszonych w „Zgrozie w Red Hook”. Mówiąc wprost, LaValle odważył się poprawiać mistrza. Cóż za impertynencja! I tak można to odebrać, ale nie sądzę, żeby takich głosów było wiele. Na razie nic nie wskazuje na to, by „Ballada o Czarnym Tomie” była poważną kandydatką na utwór wyklęty przez największych fanów prozy Samotnika z Providence. Wręcz przeciwnie: wielu namiętnych czytelników „ojca” Wielkich Przedwiecznych, w tej „debacie” stanęło po stronie Victora LaValle'a. To znaczy, przyznało mu rację przynajmniej w tej kwestii, na której, wydaje się, autorowi późniejszego „Odmieńca”, zależało najbardziej. Nawiasem mówiąc, LaValle planuje dopisanie kolejnej (może więcej niż jednej?) części mrocznych przygód Czarnego Toma, w oparciu o inny utwór HPL. Obmierzłe zaułki Nowego Jorku ze „Zgrozy w Red Hook” w „Balladzie o Czarnym Tomie” pokazują się nam w innym świetle. Wyobrażenia Lovecrafta w zderzeniu z osobistymi doświadczeniami Victora LaValle'a. W pierwszej części naszym przewodnikiem jest czarnoskóry dwudziestolatek z Harlemu, Charles Thomas Tester, na ulicy znany jako Tommy Tester, a w drugiej (narracja trzecioosobowa w całości) główny bohater „Zgrozy w Red Hook”, detektyw Thomas F. Malone z nowojorskiej policji. Mamy rok 1924, czyli nie najlepszy czas dla takich ludzi jak Tommy. Tak czy inaczej, jedyne dziecko Otisa i nieżyjącej już Irene Tester, szybko przyswoiło sobie straszną wiedzę: jesteśmy obywatelami drugiej kategorii. Właściwie najniższy sort. Pomyłki ewolucji, co najwyżej mały kroczek od małpy. Tępa czarna masa – tak myśli wielu obywateli Stanów Zjednoczonych. Tommy nauczył się żyć w tej dżungli. Wtapiać w biały tłum. Owszem, gdy zapuszcza się do „białych dzielnic” Nowego Jorku wciąż ściąga na siebie wiele zdziwionych, częściej jawnie nienawistnym spojrzeń, ale opanował kilka sztuczek, które zazwyczaj pozwalają mu wrócić do domu bez szwanku przynajmniej na ciele. W Harlemie jest sobą: pewnym siebie, zaradnym chłopakiem, który bez większych skrupułów wykorzystuje białych ludzi przy forsie. W „lepszych dzielnicach” Nowego Jorku, Tommy przebiera się (niedosłownie) w potulnego ćwierćinteligenta, który zna swoje miejsce w szeregu. Do usług „jedynej słusznej rasie”. Istny iluzjonista, który pewnie wolałby działać w branży muzycznej. Muzyka to jego największa miłość, ale choć jako tako radzi sobie z gitarą, to nie można tego samego powiedzieć o jego wokalu. Tommy wie, że śpiew nie jest jego mocną stroną, ale to jeszcze nie powód, by odmawiał sobie tej przyjemności, choćby tylko w miejscach publicznych. Tyle jego, że sobie pofałszuje do czystszych dźwięków, które sam wydobywa z ukochanego instrumentu. Ten młody oszust, który jeszcze może wyjść na ludzi. Mógłby, gdyby urodził się później. Albo odrzucił propozycję postaci ze „Zgrozy w Red Hook”.

Fabuła prawie jak w „Zgrozie w Red Hook”. Z naciskiem na „prawie”. Szkielet Howarda Phillipsa Lovecrafta, mięśnie Victora LaValle'a. Robert Suydam prezentuje się tak jak poprzednio, ale też pokazuje „nowe sztuczki”. Innymi sowy, autor „Ballady o Czarnym Tomie” rozwija tę postać wedle własnego uznania. Wykorzystując motywy Lovecrafta. Omawiany utwór wpisuje się w Mitologię Cthulhu. Lovecraftian horror, który w przeciwieństwie do „Zgrozy w Red Hook” ponad wszelką wątpliwość zaprasza do zabawy Wielkich Przedwiecznych. Zainteresowania fatalnego zleceniodawcy Charlesa Thomasa Testera wybiegły poza czas i przestrzeń. Dotarł ciekawski człeczyna do krainy Na Zewnątrz. A przynajmniej zdarzało mu się zerkać za tę zasłonę. W zasadzie mógłby to robić każdej nocy we własnym domu, ale ten opętany zgubną ideą bogacz zachował tyle przytomności umysłu, by nie podchodzić do smoka, tj. Śpiącego Króla, bez odpowiedniego przygotowania. Na razie lepiej nie otwierać tych przeklętych drzwi. Powściągać ciekawość, aż nie nabierze się pewności, że to gargantuiczne bóstwo chrapiące na dnie morza w jakimś innym wymiarze, gdzieś Na Zewnątrz, pozytywnie rozpatrzy prośbę tak nieistotnego stworzonka jak Homo sapiens. Miast go połknąć. W oczach Wielkich Przedwiecznych ktoś taki jak Robert Suydam jest nic nieznaczącą drobiną, marnym puchem, w sam raz na przekąskę, ale główne danie to na pewno z niego nie będzie. Jak mrówka w oczach człowieka. Spełniacie życzenia mrówek? No właśnie. Suydam musi więc uzbroić się w większą wiedzę przed planowanym wyrwaniem bestii z niezbyt głębokiego snu. A Tommy? Jaką rolę ten diaboliczny człowiek przewidział dla niego? Bo przecież nie może chodzić tylko o granie na jego niesmacznych przyjęciach. Szokujących białe plamię Nowego Jorku. W sumie ważniejsza od zamiarów Suydama względem młodego Testera jest suwerenna decyzja tego drugiego. Wolna wola. Chłopak nie musi wchodzić do tej trującej rzeki. Nie musi brać udziału w skrajnie niebezpiecznym projekcie tego nadmiernie ciekawskiego starszego mężczyzny z pękatym portfelem. Niepełna wypłata spokojnie wystarczy jemu i jego drogiemu rodzicielowi na parę miesięcy. A przecież prawdopodobnie rychło trafi się kolejna okazja do zarobku. Wszak w Nowym Jorku aż roi się od naiwnych „obywateli pierwszej kategorii”. I tym oto sposobem przechodzimy do spirali przemocy. Victor LaValle pokazuje jak działa ten mechanizm. Straszliwy wynalazek nie Wielkich Przedwiecznych tylko ludzkości. To „ci dobrzy” pchają „tych złych” na drogę występku. Oczywiście nie zawsze tak się dzieje, ale z opowieści o Czarnym Tomie wynika, że nie powinniśmy się dziwić, gdy ten balonik w końcu pęka. Kiedy upokarzany bliźni przestaje nadstawiać drugi policzek. Przemoc rodzi przemoc. Przyzwolenie na przemoc również. Thomas F. Malone ze „Zgrozy w Red Hook” w oczach Victora LaValle'a jest biernym rasistą. On sam wcale nie uważa się za osobę uprzedzoną do ciemnoskórych mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Jak byśmy powiedzieli dziś: nietolerancyjną. A i pewnie gdyby zapytać tymczasowego partnera Malone'a, prywatnego detektywa nazwiskiem Howard, który w przeciwieństwie do niego nie odpuści sobie żadnej okazji do poniżenia jakiegoś niebiałego biedaka, to odebrałby to jako zwykłą potwarz. Rasiści przeważnie nie uważają się za rasistów. To ta druga strona ma problem. „Czarnuchy” i ich obrońcy, przebrzydli zdrajcy białej rasy. „Ballada o Czarnym Tomie” to poruszający traktat o rasizmie w rytmie weird fiction. Kosmiczny horror, któremu H.P. Lovecraft raczej by nie przyklasnął. Może gdyby żył w naszej epoce... Może wtedy nie używałby takich sformułowań, jak „nieokreślone skośnookie pospólstwo”, „Arab o obrzydliwie murzyńskich ustach” czy „skośnookie kreatury” („Zgroza w Red Hook” w przekładzie Macieja Płazy). Może pień, z którego Victor LaValle wypuścił tę krótką, ale jakże emocjonującą gałązkę raczej nieoliwną, opowieść o Tomie z zakrwawioną gitarą, nie byłby aż tak nieprzychylny mniejszościom rasowym i etnicznym w Stanach Zjednoczonych (ze wskazaniem na tak zwanych nielegalnych imigrantów). A może „Zgroza w Red Hook” nigdy by nie powstała, a co za tym idzie nie byłoby tej melodyjnej „ballady” o spirali, którą zdaniem LaValle'a nakręcają nie tylko wszyscy Howardowie tego świata, ale także wszyscy Malone'owie. Obojętnie przyglądający się ludziom rzucającym kamieniami w bliźnich, którzy wyglądają inaczej, wyrośli w innej kulturze i tak dalej, i tak dalej. Powód zawsze się znajdzie.

I tak się kręci ta spirala nienawiści. Od zarania dziejów, wciąż i wciąż to samo. Przeróbka „Zgrozy w Red Hook” Howarda Phillipsa Lovecrafta w wykonaniu Victora LaValle'a, ta jego smutna „piosnka” o Czarnym Tomie, to według mnie ważny głos w publicznej debacie o rasizmie. To nie jest kolejne odklepanie wyuczonej formułki, bezduszna mówka o uciśnionym środowisku w tak zwanym cywilizowanym świecie, tylko historia płynąca prosto z serca. Ściskająca serce. Przykra, bo tak prawdziwa. Oczywiście nie mam tutaj na myśli Wielkich Bogów Lovecrafta. Nie byłam, nie widziałam. Nie byłam poza czasem i przestrzenią, w krainie Na Zewnątrz. To tylko w wyobraźni, tym razem pobudzonej przez Victora LaValle'a, przez jego mroczną „Balladę o Czarnym Tomie”. Dźwięczną kompozycję o ofiarach, oprawcach i obojętnych gapiach. O ofiarach, którzy mogą stać się oprawcami, także z winy tych, którzy tylko patrzą. Polecam fanom i nie-fanom twórczości Samotnika z Providence. Fankom i nie-fankom również:)

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

Więcej nowości literackich

wtorek, 16 sierpnia 2022

Dan Simmons „Dzieci nocy”

 

Pod koniec lat 80-tych XX wieku, tuż po straceniu dyktatora Nicolae Ceaușescu, miliarder Vernor Deacon Trent finansuje amerykańską wyprawę badawczą do Rumunii, w której uczestniczy też ksiądz Michael O'Rourke z archidiecezji chicagowskiej. Najbardziej szokujące dla przybyszy okazują się tak zwane sierocińce. Niedługo potem do Bukaresztu zostaje wysłana hematolog, doktor Kate Neuman z Centers for Disease Control and Prevention (CDC) w Boulder w stanie Kolorado, która w miarę możliwości ma pomóc najbardziej chorym dzieciom z rumuńskich „sierocińców”. Kobieta przywiązuje się do kilkumiesięcznego chłopca z rzadką chorobą o podłożu genetycznym układu odpornościowego, który w niespotykany sposób reaguje na transfuzję krwi. O swoich obawach związanych z tym niezwykłym chłopcem Kate opowiada nowo poznanemu księdzu Michaelowi O'Rourke'owi, który sugeruje adopcję pacjenta. To pozwoli lekarce przewieźć niemowlę do swoim rodzimych Stanów Zjednoczonych, gdzie może liczyć na nieporównywalnie lepsza opiekę medyczną. Ku zaskoczeniu zdeterminowanej hematolog i jej kolegów z pracy, niezwykły chłopiec z Rumunii drastycznie zwiększa szanse naukowców w pogoni za lekami na nowotwory złośliwe i AIDS. Na przeszkodzie staje jednak Rodzina Vlada Țepeșa, legendarnego Draculi.

W 1991 roku na światowym rynku wydawniczym zadebiutowała „Summer of Night” (pol. „Letnia noc”), jedna z najbardziej docenionych powieści Dana Simmonsa, amerykańskiego pisarza specjalizującego się w science fiction i horrorze, ale i chętnie zapuszczającego się w rejony fantasy, thrillera, kryminału, powieści szpiegowskiej i egzystencjalnej - znany też z mieszania gatunków i wykorzystywania faktów historycznych. Powieść grozy stawiania praktycznie w jednym rzędzie z kultową powieścią „To” jego dobrego znajomego, Stephena Kinga . Potem Simmons dopisał „kolejne części” - różne historie połączone postaciami. „Children of the Night” (pol. „Dzieci nocy”), które na światowym rynku wydawniczym pojawiły się już w kolejnym roku (1992), „Fires of Eden” pierwotnie opublikowany w roku 1994 oraz „A Winter Haunting” (pol. „Zimowe nawiedzenie”) z 2002 roku. Jednym z głównych źródeł inspiracji dla „Dzieci nocy” były tak zwane ubojnie dusz, powstałe za panowania Nicolae Ceaușescu – rezultat polityki nastawionej na zwiększenie przyrostu naturalnego (zakaz antykoncepcji i aborcji, poza paroma wyjątkami). W obszernej przedmowie do „Dzieci nocy”, wzbogaconej między innymi o rysunki samego Dana Simmonsa, autor przyznaje, że nie planował powrotu do horroru wampirycznego; myślał, że wyczerpał temat w długim tomiszczu pt. „Carrion Comfort” (pol. „Trupia otucha”), którego premierowe wydanie pokazało się w roku 1989. Pod wpływem znalezionych informacji na temat „sierocińców” Ceaușescu, Simmons napisał opowiadanie „Wszystkie dzieci Draculi”, ale z czasem doszedł do wniosku, że to materiał na dłuższy utwór. Połączenie „ubojni dusz” z mitem wampira i prawdziwą historią (może poza Sakramentem) Vlada Țepeșa, który zyskał przydomek Wład Palownik. W ramach przygotowań (gromadzenie materiału, zbieranie informacji) Dan Simmons zwiedził postkomunistyczną Rumunię, a ogólną relację z tej podróży przedstawił we wstępie do „Dzieci nocy”.

Wydawnictwo Vesper na 2022 rok przygotowało godne pióra Dana Simmonsa wydanie niezupełnie kontynuacji jego wybitnej „Letniej nocy”. Twarda oprawa z fantazją „pokolorowana” przez Krzysztofa Wrońskiego, niestandardowy format - większy, dopasowany do poprzednich wydań Simmonsa z logo Vesper - i staranne tłumaczenie Janusza Ochaba. Tym razem bez ilustracji, nie licząc tych przygotowanych przez samego autora (przedmowa), który swoją drogą pracował również nad filmową wersją „Dzieci nocy” - opracował scenariusz filmu, który miał zostać wyreżyserowany przez niemieckiego twórcę Roberta Sigla, z którym Simmons zdążył się już zaprzyjaźnić. Sprawa adaptacji/ekranizacji „Dzieci nocy” pozostaje otwarta. Powieść rozpoczyna się od wyprawy badawczej, czy raczej rozpoznawczej, sfinansowanej przez miliardera Vernora Deacona Trenta. Przedstawiciel Światowej Organizacji Zdrowia, ekonomista, biznesmen, koordynatorka z ambasady amerykańskiej, ksiądz Michael O'Rourke (jak potoczyły się losy jednego z małoletnich bohaterów „Letniej nocy”) i wspomniany „hojny przedsiębiorca”, którego Simmons uczynił narratorem nie tylko tej partii książki, przybywają do Rumunii, gdzie czeka już na nich Radu Fortuna, ich przewodnik po, jak się okaże, bardziej szokujących realiach, niż wydawało się przynajmniej większości z nich. Czy ludzkie okrucieństwo ma jakieś granice? Bo ilekroć zaczynam myśleć, że najbardziej inwazyjny gatunek na Ziemi niczym nie jest w stanie mnie już zaskoczyć (czytaj: zniesmaczyć)... Wprost niewyczerpane źródło koszmarnych niespodzianek. I taką też „niespodziankę” zaserwował mi Dan Simmons w swoich „Dzieciach nocy”. Przyznaję, że ta czarna karta historii ludzkości dotychczas była mi kompletnie nieznana. Przyznaję, tę cenną lekcję przegapiłam. Dzieci, których nigdy nie przytulano. Dzieci w klatkach, dzieci w piwnicach. Brodzące w ekskrementach, śpiące na zimnych, mokrych posadzkach – niektóre przywiązane do rozklekotanych, twardych łóżek – głodzone, maltretowane. Dzieci w różnym wieku, też niemowlęta. Podstawowym „lekarstwem” stosowanym w tych umieralniach była krew, przekazywana między innymi przez narkomanów i prostytutki. Co więcej, nie stosowano jednorazowych igieł. Tutaj nie przejmowano się takimi „drobnostkami” jak AIDS i inne choroby krwi. Do tego autentycznego piekła, Dan Simmons dorobił fikcyjną otoczkę, podpartą bardziej odległą historią. Historią i mitem: biografia Vlada Țepeșa (bardziej zainteresowanych tym tematem zachęcam do lektury „Włada Palownika. Prawdziwej historii Drakuli” pióra Christophera Humphreysa) z dodatkiem bluźnierczego Sakramentu. Wiernych czytelników Simmonsa pewnie nie zaskoczy poruszanie się po różnych obszarach gatunkowych. Medyczny horror wampiryczny w sensacyjnej konwencji na historycznych kołach, tak bym określiła to kreatywne podejście do mitu wiecznie żywych pijawek. Główną bohaterką „Dzieci nocy” jest Kate Neuman, uznana hematolog i badaczka z Centers for Disease Control and Prevention, którą spotykamy na początku lat 90-tych XX wieku w Bukareszcie, gdzie nieodpłatnie zajmuje się niektórymi poważnie chorymi dziećmi, które dotychczas żyły w iście dantejskich warunkach. I tutaj pojawia się bezimienny zaledwie siedmiomiesięczny pacjent, który w przekonaniu Kate nie pożyje długo, jeśli zostanie w swojej ojczyźnie. Zresztą, jak wiele innych dusz z rumuńskich „sierocińców”: część wstrętnej spuścizny po bezdusznych rządach dyktatora Nicolae Ceaușescu. Za sugestią nowo poznanego rodaka, któremu również mocno leży na sercu los „dzieci Ceaușescu”, księdza Michaela O'Rourke'a, Kate decyduje się na legalną adopcję tego wyjątkowego chłopca. Joshua Arthur Neuman, odtąd tak będzie się nazywał ten mały człowiek, który może się okazać bezcennym darem dla ludzkości. Kluczem do wynalezienia leków na raka i AIDS. Tak czy inaczej, szczęście w końcu uśmiechnie się do tej niewinnej istoty. Zyska prawdziwy dom w głębi Kanionu Sunshine, ponad Boulder w stanie Kolorado, gdzie znajduje się siedziba CDC, w której pracuje jego adopcyjna matka. Jedyna matka jaką miał. Kobieta, która nie zawaha się zaryzykować własnego życia dla tego młodego człowieka. Prędzej umrze, niż pozwoli by dopełniło się jego mroczne przeznaczenie. Czy raczej plan tak zwanej Rodziny Vlada Țepeșa.

Banalność zła […] Dracula byłby świetnym tematem na artykuł. Cierpienia setek tysięcy ofiar politycznego szaleństwa, biurokracji, głupoty... to tylko... niedogodność.”

Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby w „Dzieciach nocy” Dana Simmonsa bardziej rozsmakowali się fani twórczości Deana Koontza. Szczegółowe, nieomal poetyckie opisy krajobrazów – tak sceneria, naturalna, jak miejskie oraz wiejskie „dżungle”, z przewagą Europy Wschodniej – to czysty Simmons, ale konstrukcja fabularna zdecydowanie bardziej pachniała mi Koontzem. Zakładam, że to nie było celowe, że autor między innymi „Pieśni bogini Kali” i późniejszego „Terroru”, świadomie nie wzorował się na niektórych pisarskich dokonaniach tamtego specjalisty w dziedzinie literackiego horroru. Wypadek przy pracy? Niektórzy tak to mogą odebrać, ale dla mnie to zdecydowanie jeden z walorów „Dzieci nocy” (tytuł zapożyczony od Brama Stokera, z którego Dracula Simmonsa raczy kpić, a właściwie z jego najsłynniejszej powieści). Takie połączenie grozy z sensacją najzwyczajniej do mnie przemawia. Po prostu. Trzeba jednak zaznaczyć, że w sensacyjne ramy nie wchodzimy od razu. To dopiero po powrocie doktor Kate Neuman i księdza Michaela O'Rourke'a do Rumunii. Najmroczniej jest na pierwszym odcinku tej drogi. Wyprawa sfinansowana przez Vernora Deacona Trenta i pierwszy pobyt głównej bohaterki książki w Rumunii – tutaj najsilniej zaznacza się ta charakterystyczna, dobrze znana sympatykom horroru energia. Nadnaturalne zagrożenie zmieszane z czymś mocno odstręczającym, wstrząsającym, tym bardziej, że zaczerpniętym z brudnego źródła życia. Z autentycznych dziecięcych kaźni w świecie przedstawionym przez Dana Simmonsa wychodzi przynajmniej jedna niezwyczajna istota. Całkowicie fikcyjna postać, obarczona wszystkimi znanymi typami zespołu SCID, której, jakimś cudem, pomagają regularne transfuzje krwi. Wygląda to tak, jakby choroba znikała na jakiś czas po każdym przetoczeniu życiodajnego płynu. Objawy ustępują, ale nie na długo. Okresy remisji są coraz krótsze, co naturalnie tylko wzmaga obawy Kate. Właściwie kobieta nie ma wątpliwości, że jej ulubiony pacjent nie pożyje już długo. Chyba, że uda jej się przetransportować go do Stanów Zjednoczonych. I tym oto sposobem przejdziemy do drugiego odcinka tego nie-serialu o strigoi. Thrillera medycznego z dwiema akcjami rodem z home invasion. A potem już tylko desperacka pogoń za najcenniejszym skarbem dzielnej lekarki. Trzyosobowy oddział przeciwko licznej armii wielowiekowej bestii, która w oczekiwaniu na najtwardszy ze snów wspomina dawne czasy (interludia Draculi Simmonsa, tj. rozdziały spisane w pierwszej osobie, które od czasu do czasu będą przerywać przedstawiane w trzeciej osobie dzieje Kate Neuman). Lekarka, ksiądz i student medycyny z Bukaresztu. Żeby nie było tak łatwo (ha, ha), ich krwiożerczy przeciwnicy nieoficjalnie sprawują władzę w Rumunii. Na swoich usługach mają wielu urzędników, mundurowych i zwykłych, szarych donosicieli, na których i w lepszych czasach uprzywilejowane persony zawsze mogą liczyć. Stopień wiarygodności pewnie nie jest dostatecznie wysoki. To znaczy niektórym odbiorcom może być trudno zaakceptować scenariusz, w którym tak niewielu umyka tak wielu. Mało tego, Kate i jej sojusznicy nieraz niezauważeni zbliżają się do swoich potężnych wrogów. Czy wyjdą cało z bezpośrednich konfrontacji? Tak, i mnie wydawało się to „nieco” naciągane, ale szczerze mówiąc czerpałam z tego dodatkową frajdę. Przypominały się te wszystkie naiwne filmy akcji oglądane w dzieciństwie. Sentymentalne chwile z sympatycznymi protagonistami i krwiopijcami, jakich na dobrą sprawę nie znałam – oryginalna, a przynajmniej niepospolita interpretacja wampirzej mitologii. Pomijając wszystko inne, spodobały mi się powiązania tych pijawek (ta sama obsesja) z... powiedziałabym mniej wymyślnymi, całkiem realnymi pasożytami, ale mogłoby to zostać odebrane jako mowa nienawiści, więc niech będzie: jednym z najmniej lubianych przeze mnie środowisk.

Wampiry w postkomunistycznej zawierusze. Realiach uważnie przestudiowanych, przekonująco i nie bez współczucia oddanych przez jednego z najwybitniejszych żyjących amerykańskich powieściopisarzy na arenie fantastyki. Europa Wschodnia końca XX wieku, ze szczególnym wskazaniem na Rumunię, ojczyznę legendarnego ojca morderczej Rodziny. Świeżym okiem na wampirze opowieści. Lekcje historii przemycone w fikcyjnej historii o potędze matczynej miłości, o krwawym Sakramencie i uzależnieniu prawdopodobnie jeszcze silniejszym, czyli o obsesji na punkcie władzy. O okrutnych stworzeniach nie tylko ze świata fantazji. „Dzieci nocy” Dana Simmonsa wprawdzie nie zaczarowały mnie tak jak „Letnia noc”, nie trzymały w takiej niepewności, jak „Terror” (oj, nie te progi), ani nawet w moich oczach nie doścignęły „Trupiej otuchy”, innego podejścia tego autora do mitu wampira, ale żeby jakieś przykrości mnie tutaj spotkały, to nie. Wręcz przeciwnie, całkiem smakowita to była uczta. Z tymi wybrykami Natury. Ze strigoi.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 14 sierpnia 2022

Zakupy

 
Ostatnie książkowe łupy. A wśród nich nowe wydanie „Jeźdźca bez głowy”, tj. „Legendy o Sennej Kotlinie”, kultowego opowiadania Washingtona Irvinga, na kanwie którego powstał jeden z najgłośniejszych filmów Tima Burtona. Nareszcie będę mogła przeczytać! Jest i ostatnia odsłona trylogii Richarda Chizmara i Stephena Kinga (współautor dwóch tomów) o Gwendy i jej magicznym pudełku oraz coś „wprost wymarzonego” dla takiej arachnofobiczki jak ja, „Głodne oczy” Johna Eversona, jednego ze specjalistów w zakresie „prawa ekstremalnego”. I parę innych.
 

 
Stephen King, Richard Chizmar „Ostatnia misja Gwendy”
John Everson „Głodne oczy”
Washington Irving „Jeździec bez głowy i inne opowiadania”
Elizabeth Haynes „W najciemniejszym kącie”
Emma Rous „Bliźnięta znad klifu”
Pierre Lemaitre „Trzy dni i jedno życie”

 

 
Michel Bussi „Morderstwo na Sekwanie”
Michel Bussi „Więzi krwi”
Catherine Ryan Howard „Przewiń”
Paula Hawkins „Powolne spalanie”
Wendy Webb „Córki jeziora”
Kathryn Croft „Poza kontrolą”

sobota, 13 sierpnia 2022

„Resurrection” (2022)

 

Odnosząca sukcesy na polu zawodowym Margaret ma romans ze swoim żonatym współpracownikiem Peterem i mieszka ze swoją niespełna osiemnastoletnią córką Abbie, która wkrótce ma rozpocząć studia. Pewnego dnia Abbie znajduje w swoim portfelu ludzki ząb, a niedługo potem ma mały wypadek. Dziewczyna szybko dochodzi do siebie, ale Margaret jest przekonana, że życie jej córki jest zagrożone. Wszystko przez mężczyznę, którego nie widziała od przeszło dwóch dekad. Teraz Margaret zauważa go w różnych miejscach i choć nic nie wskazuje na to, by jej były chłopak miał względem niej i jej córki jakieś niecne zamiary, Margaret wie, że to nie przypadek. Kobieta w końcu postanawia rozmówić się z tym, jak doskonale wie, niebezpiecznym człowiekiem, co tylko utwierdza ją w przekonaniu, że jej największy oprawca jeszcze z nią nie skończył.

Drugi pełnometrażowy obraz Andrew Semansa, twórcy dramatu „Nancy, Please” z 2012 roku. Amerykański thriller psychologiczny z elementami horroru, którego scenariusz napisał sam pod wpływem autentycznych przeżyć jego przyjaciela, który uwikłał się w toksyczny związek. Ale najpierw w Semansie odezwało się pragnienie opowiedzenia o trudach rodzicielstwa. Podstawowych lękach związanych z posiadaniem dziecka. Nieustających obawach o jego bezpieczeństwo, wycieńczającym strachu przed tym, że nie zdoła się zapewnić mu wystarczającej ochrony przed niezliczonymi zagrożeniami tego świata. Scenariusz „Resurrection” w 2019 roku trafił na tak zwaną Black List – najpopularniejsze skrypty oczekujące na realizację – gdzie wypatrzył go producent Alex Scharfman, który już przy pierwszym podejściu całkowicie wszedł w tę historię. Główne zdjęcia ruszyły latem 2021 roku. Film kręcono w Albany w stanie Nowy Jork i Williamsburgu, dzielnicy Brooklynu. Premierowy pokaz „Resurrection” odbył się w styczniu 2022 roku na Sundance Film Festival, a potem prawa do dystrybucji kinowej i na platformach VOD na terenie Ameryki Północnej nabyła firma IFC Films. Głównym „przesyłaczem strumieniowym” został Shudder.

To mogła być standardowa opowieść o destrukcyjnym związku i troskach kochającego rodzica. Gubiąca się w tłumie sobie podobnych. Może i poruszająca, ale w gruncie rzeczy niezapamiętywalna historia kobiety, doprowadzanej do szaleństwa przez mężczyznę, który w swoim przekonaniu działa w dobrej wierze. Tak mogło być, ale jest lepiej. Dużo lepiej. Rebecca Hall i Tim Roth: perfekcyjny aktorski duet w niesamowicie intensywnym spektaklu „bojaźliwego” twórcy. Andrew Semans, reżyser i scenarzysta „Resurrection” nie ukrywa, że łatwo go przestraszyć, ale to nie przeszkadza mu przemierzać mroczniejszych rejonów kinematografii. Uwielbia horrory i thrillery, na tym gruncie czuje się najpewniej, pomimo, lub właśnie dzięki temu, że jest osobą z natury bojaźliwą. Może nawet ma lekką paranoję, podobnie jak pierwszoplanowa postać „Resurrection”, dreszczowca ze szczyptą horroru, wpisującego się w tak zwaną nową falę kina grozy. I tylko udającego nierozerwalne przywiązanie do twardej konwencji. Opowieści o kobietach prześladowanych przez byłych partnerów. Opowieści o matkach, gotowych skoczyć w przepaść, jeśli to zagwarantuje bezpieczeństwo ich dzieciom. Dzieciom czy dziecku? Margaret ma tylko już prawie pełnoletnią córkę Abbie (przekonująca kreacja Grace Kaufman), którą wychowała w pojedynkę. Dziewczyna przyszła na świat parę lat po wydostaniu się Margaret z niewoli. Abbie nie zna tej wstrząsającej historii. Czołowa postać „Resurrection” tak naprawdę nikomu jej nie opowiadała. Do czasu.. dość ryzykownego posunięcia Andrew Semansa. Monolog Margaret to według mnie pierwszy jaskrawy przejaw odwagi twórców. Reżyser był świadom, że takie teatralne zagrania na ekranie zdecydowanie lepiej sprawdzały się w poprzednim stuleciu. Powiedziałabym wręcz, że takie długie przemowy nieomal już wyszły z użytku. Tylko najwięksi szaleńcy jeszcze ważą się na coś takiego:) Idący pod prąd, niepokorni. Opowieść Margaret, piekło, jakie u progu dorosłości zgotował jej starszy od niej mężczyzna imieniem David, który najpierw z łatwością wkupił się w łaski jej rodziców, a następnie, też bez większego trudu, całkowicie podporządkował ich jedyne dziecko swojej chorej woli, to jeden z najpotworniejszych momentów „Resurrection”. I zdecydowanie najbardziej intymny. W zasadzie jesteśmy tylko my i Rebecca Hall, która nieomal zahipnotyzowała mnie swoim słusznie zbolałym głosem. I jeszcze ta twarz, emocje w niewymuszony, jakże naturalny sposób odmalowujące się na jej obliczu. Posąg kruszy się dosłownie na naszych oczach. Kamienna maska powoli opada. W miarę rozwoju jej przeokropnej historii. Trauma, której raczej nie sposób przepracować. Demony, których chyba żaden kochający rodzic, choćby nie wiadomo jak się starał, nigdy nie zdołałby pokonać. Na zgliszczach swojego dawnego życia, Margaret zbudowała jednak, zważywszy na okoliczności, całkiem wygodne gniazdko. Sukces na polu zawodowym i przede wszystkim dziecko, nad którym mogła roztoczyć troskliwą opiekę. Ochronić bez niczyjej pomocy. Abbie wyrosła na zaradną młodą damę, która co prawda wolałaby, żeby jej matka dawała jej więcej swobody, ale widać, że ich relacja jest więcej niż poprawna. Przyjaciółki, między które nagle wchodzi zmora jednej z nich. Dawna sympatia Margaret, która niekoniecznie znowu knuje coś niedobrego. Ona nie ma co do tego wątpliwości, ale przynajmniej jakaś część odbiorców omawianej produkcji, może się poczuć zmuszona do rozważenia też innej opcji. Pewnie zabrzmi okrutnie, ale Margaret nie wydawała mi się osobą godną zaufania. Serce wyrywało się do niej, ale rozum doradzał ostrożność w kontaktach z tą, bądź co bądź, przewodniczką po ponurym świecie przedstawionym. A właściwie to świat złożony z kontrastów. Gdy hipotetyczne śmiertelne zagrożenie z coraz to większą zapalczywością wdziera się w bardziej przyjazną aurę. Kiedy w słoneczne dni, w miejscach publicznych, ciało nagle przeszywa przeraźliwy chłód. Paraliżujący strach przechodzący w popłoch. Panika. Na sam widok człowieka, który nawet na ciebie nie patrzy. Może nawet cię nie zna. Mogłaś się pomylić. Twój umysł może być oszustem. I nie byłoby w tym nic dziwnego, zważywszy na to, co przeżyłaś. Zakładając, że chociaż w tej sprawie umysł cię nie oszukał. Zakładając, że dobrze to zapamiętałaś.

Niemowlę w piekarniku. W XXI wieku. Gdyby to był film z lat 80-tych XX wieku, to pewnie przyjęłabym to bez zaskoczenia. Podobne rzeczy się zdarzały w tamtych szalonych czasach. Wtedy to dopiero przekraczano granice. A potem stępiły się pazury. Możliwe, że po prostu drastycznie spadło zapotrzebowanie na takie „chore jazdy”. Będą mówić, że Andrew Semans przegiął. Będą nazywać go psychopatą. I nie tylko, nawet nie przede wszystkim za „przysmażenie niemowlęcia”. Spokojnie, to nie było prawdziwe dziecko. Ale że w ogóle w głowie mu coś takiego postało? Nie, normalni ludzi czegoś takiego zaakceptować nie mogą. Takich wstrętnych wizji. Czysta poezja! Dla turpistów, żeby była jasność UWAGA SPOILER Nawet po tej akcji z piekarnikiem nie wierzyłam, że scenarzysta i zarazem reżyser „Resurrection” skorzysta z tej furtki. Zabrzmi dziwnie, ale gdyby wtedy zapytano mnie o wymarzone zakończenie dla tej opowieści, to wskazałabym właśnie to, na co, ku mojemu przeogromnego zaskoczeniu poważył się ten podobno strachliwy człowiek (niemniej w „Men” Alexa Garlanda znajdziemy jeszcze dalej posuniętą wariację na temat porodu). A żeby było jeszcze ciekawiej, Semans uparł się przy tym rozwiązaniu nie dlatego, że tak bardzo zależało mu na zaszokowaniu, zniesmaczeniu publiczności. Nie, po prostu chciał, by los w końcu uśmiechnął się do tej sponiewieranej postaci, którą w pewnym sensie powołał do życia, i do której mocno się przywiązał. Zależało mu na tym, by Margaret odzyskała pełnię szczęścia. Pełnię? Ostatnie ujęcie zachęca do dyskusji. Różnie można to interpretować, mimo że Semans w przestrzeni publicznej jasno się określił: on woli myśleć, że Maggie odzyskała swoje pierworodne dziecię KONIEC SPOILERA. Pierwsza „z podsłuchanych” rozmów domniemanej ofiary z niepewnym katem, nielicho namieszała mi w głowie. We mnie właśnie wtedy narodziła się ta potrzeba – tak na wszelki wypadek – zdystansowania się od Margaret. Jej ogląd sytuacji może mocno odbiegać od stanu faktycznego. Konfrontacja w parku tak naprawdę mogła przebiegać inaczej. Taką sugestię zawarto na początku tego nieprzyjemnego spotkania w słoneczny dzień w Albany w stanie Nowy Jork. Z drugiej strony od tego momentu dręczyła mnie myśl, że dałam się zmanipulować typowi spod najciemniejszej gwiazdy. Kolejna rybka złowiona. Niezupełnie. Jeśli Margaret się nie myli, jeśli to wszystko nie jest fałszywą projekcją roztrzaskanego umysłu, to w moim przypadku sukces Davida będzie tylko połowiczny. Niestała w uczuciach, rozchwiana między ofiarą wytrawnego manipulanta a przypadkowym przechodniem. Tak czy inaczej, Maggie wraca do dawnych zwyczajów. Zachowań, do jakich, wedle jej słów, była zmuszana przed ponad dwudziestoma laty. Poniżających rzeczy, które jednak w mniemaniu jej diabolicznego partnera, hartowały jej charakter. On nie poczytywał tego jako coś złego. Według niego żadna tam przemoc psychiczna, tylko wielka łaska okazywana słabemu stworzeniu, które było jego największą muzą. I to jej wina, że wszystko legło w gruzach. To ona uciekła, a jeszcze przedtem miała czelność nie okazywać mu należytej uwagi. Nie takiej, jak wcześniej. A teraz wrócił, a przynajmniej taką pewność ma główna bohaterka „Resurrecion”. W której z tego czy innego powodu (zbliżająca się wyprowadzka jej córki?) zmartwychwstały odrażające demony. Właściwie one nigdy nie umarły, co najwyżej zapadły w wieloletni, bardzo lekki sen. A gdy ona zasypiała, one pewnie się budziły. W każdym razie za dnia Margaret udawało się je odpędzać. Pomagała niczego nieświadoma córka, pomagała praca, a ostatnio też jeden z jej współpracowników, zamężny mężczyzna, którego wzywała, ilekroć naszła ją ochota na rozkosze cielesne. Maggie nie jest zainteresowana zbudowaniem jakiejś głębszej relacji ani z tym, ani z żadnym innym mężczyzną. Tę przestrzeń w całości wypełnia Abbie, która „za chwilę” wyjedzie na studia. Syndrom pustego gniazda budzikiem dla wewnętrznych demonów? Paranoja czy chwytanie się wszystkiego, by jak najbardziej odsunąć zagrożenie nie tyle od siebie, ile swojego dziecka? W otchłani szaleństwa czy znowu w lepkiej sieci pająka? A może jedno i drugie? Jedno wynikające z drugiego. Psychika zrujnowana przez człowieka, który niekoniecznie tylko udaje, że przyniósł swojej muzie dar nie do odrzucenia. Z premedytacją oszukuje obiekt swojej obsesji czy święcie w to wierzy? Widz pewnie będzie w myślach przestrzegał Margaret przed takim myśleniem. Ta gałązka jednak coraz bardziej się nagina. Złamie się, jeśli czym prędzej nie zmieni strategii w walce z drapieżnikiem. Albo nie znajdzie sposobu na ponowne uśpienie wewnętrznych bestii. Tak czy owak, „Resurrection” Andrew Semansa to w mojej ocenie solidne studium toksycznej relacji. Wnikliwa analiza straszliwie okaleczonej jednostki, która nie jest słaba, ale też nie niezniszczalna. Ile może znieść ludzka psychika? Ile trzeba, żeby popchnąć rodzica do ostateczności? By współczesna niewolnica doszła do wniosku, że oddanie siebie nie jest najlepszym sposobem na zapewnienie ochrony swojemu dziecku? By spróbowała zawalczyć o więcej? Przynajmniej spróbowała...

Kameralna trzepaczka nerwów. Intensywny, bezkompromisowy thriller psychologiczny z domieszką horroru w reżyserii i na podstawie scenariusza Andrew Semansa, potencjalnego wroga numer jeden w nieodległej przyszłości. Żartuję oczywiście, ale jeśli dalej będzie szedł tą drogą, jeśli nie stępi tych swoich szponów, to musi się liczyć z gniewem tłumów. „Resurrection”, to ohydne stworzenie, które przywlokłeś na ten przepiękny świat, puścimy w niepamięć, o ile zaprzestaniesz tych niecnych praktyk. Kto puści, ten puści. Będą i wodzący na pokuszenie. Wstrętne diabły, które mają czelność wychwalać coś takiego. Powtórzę: dla mnie to czysta poezja. Perła w morzu plastiku. Ale spokojnie, nie zamierzam namawiać orędowników zdrowego kina na oglądanie tego bezeceństwa. Nie, tylko tych drugich:) Choć, jak przypuszczam, widzieliście już większe szokery.

czwartek, 11 sierpnia 2022

Antologia „Duchy Nocy Kupały”

 
JAN BARSZCZEWSKI, ZYGMUNT KRASIŃSKI, JAN ŁADA, ROMAN ZMORSKI, THEO GIFT, JAMES GRANT, OSCAR WILDE, MRS HENRY WOOD, ANTON STRASZIMIROW, JIN YONG

Baśnie, legendy, bajki. Dwadzieścia tekstów polskich i zagranicznych autorek i autorów w najkrótszą noc w roku. Była już „Wigilia pełna duchów”, byliśmy „Z duchami przy wigilijnym stole”, spędziliśmy „Wakacje wśród duchów” i „Gwiazdkę z duchami”, a na 2022 rok wydawnictwo Zysk i S-ka zaprosiło „Duchy Nocy Kupały”. Wydanie w twardej oprawie ozdobionej przez Urszulę Gireń (projekt okładki). Utwory wybrał Tadeusz Zysk, a tłumaczyli Mira Czarnecka, Jerzy Łoziński, Mariola Mikołajczak i Agnieszka Paterska. Tematem przewodnim, jak sama nazwa wskazuje, jest słowiańskie święto znane też jako Sobótka, dawniej obchodzone podczas letniego przesilenia (tańce, swawole, obrzędy), co miało zapewnić zdrowie i urodzaj. Bardziej znana współczesnym pokoleniom Polaków, Wigilia Świętego Jana, nazywana też Nocą Świętojańską, została wprowadzona przez Kościół katolicki po bezproduktywnych staraniach wykorzenienia tamtej słowiańskiej tradycji – można to nazwać pójściem na kompromis albo przyłączeniem się do wroga, którego nie zdołało się pokonać. Pisząc „temat przewodni” nie mam na myśli tego, że wszystkie teksty zamieszczone w niniejszym zbiorze traktują o Nocy Kupały, czy choćby powstały pod natchnieniem tego święta. Pomysłodawcy tego wydawniczego przedsięwzięcia już raczej kierowali się chęcią przywołania atmosfery tej czarownej nocy. Zbiór mocno różni się od poprzednich z tej serii Zysk i S-ka – groza oddała palmę pierwszeństwa klimatom bajkowym. Poza tym zastosowano wyraźny podział: w części pierwszej pióra polskie, a w drugiej z innych rejonów świata.

Tym razem muszę zacząć od opowiadań tylko dobrych. Znakomitości nie udało mi się niestety okiem wyłowić, dlatego na początku jesteśmy stopień-dwa niżej niż zazwyczaj. „Włosy krzyczące na głowie” Jana Barszczewskiego to historia mężczyzny wychowanego w dostatku, który po śmierci rodziców uświadamia sobie, że jest bankrutem. Żeni się więc z majętną kobietą i żyją sobie wygodnie do czasu pojawienia się starszego mężczyzny. Główny bohater opowiadania, wbrew woli małżonki, oferuje mu zakwaterowanie, a w zamian gość służy mu niedobrymi radami. Podczas gdy w okolicy krążą o starcu niestworzone historie, jego dobrodziej coraz bardziej polega na jego opinii. Klasyczna opowieść o podejrzanym przybyszu. Suspens czystej wody – napięcie podtrzymuje przekonanie, że wszystko potoczy się źle. Nieuchronność nieszczęścia. Zagrożenie w ludzkiej postaci, ale wyczuwa się jakąś nadnaturalną energię emanującą z „pomocnego” gościa.

W „Strzydze” Romana Zmorskiego poznajemy sierotę-włóczykija, ubogiego młodzieńca, który wybawia z opresji nieznajomego starszego człowieka. Udają się razem do karczmy, gdzie poznają tragiczną historię tutejszej rodziny królewskiej. Z kazirodczego związku narodziła się tytułowa strzyga. Krwiożercza królewna, która przed śmiercią wymogła na ojcu, jak się okaże, nader fatalną w skutkach obietnicę. W miejscowym kościele każdej nocy ma czekać żywy człowiek. Król oferuje wiele za odczarowanie swojego jedynego dziecka. Dziecka nocy. Za namową swojego nowego przyjaciela sierota postanawia spróbować, a ten pierwszy przyjmuje w tym wszystkim rolę doradcy. Mroczne, ale też trochę zabawne. Bajkowe, ale w napięciu potrafi potrzymać. Ta wampiryczna opowiastka pana Zmorskiego.
Dobry starosta” Romana Zmorskiego odchodzi z tego świata, ku rozpaczy ludu. Widząc ogromny żal swoich współmieszkańców, tytułowy altruista prosi Boga o możność doglądania ich po śmierci. Proś, a będzie Ci dane. W każdą Noc Świętojańską, dobry starosta będzie wracał do swojego zamku, by, jeśli taka będzie jego wola, podtrzymywać swój zwyczaj służenia radą bliźnim w opałach. Lata mijały, zamek niszczał, a polski lud został zastąpiony przez niemiecki, wśród którego wprawdzie nie brakowało osób chętnych do poszukania rady u tutejszego ducha, ale nie znali jego języka. Ostatnim, który skorzystał z pomocy zjawy był wędrowny mistrz stolarski, który popadł w długi. Morał może i banalny, ale zawsze na czasie. Pomagaj bliźnim, a będzie ci dane. Dobro wraca, a ciężka praca popłaca. Czasami. Urocze opowiadanko ze znikomą dawką grozy.
W „Bez wyjaśnień” Theo Gift (właściwie Dorothy Boulger) pewien malarz wybiera się na wiosenną przechadzkę. W pobliżu posiadłości Ditchley Abbey spotyka piękną nieznajomą, z którą nie udaje mu się zamienić choćby jednego słowa. Niewiasta znika. Po latach mężczyzna dokonuje wstrząsającego (dla niego) odkrycia. Okazuje się, że owa dama żyła dawno temu i przyniosła wstyd swojej szlacheckiej rodzinie. Zagadka kryminalna z duchem na pierwszym planie. Klimatyczna, choć w pierwszej partii nadzwyczajną aurę tłumią męczące, zbędne opisy. Potem sytuacja znacznie się poprawia. Frapująca intryga między światami.
Melrose Square, numer dwa” Theo Gift koncentruje się na pannie, której trafia się prawdziwa okazja. Bardzo tanio wynajmuje dom w dzielnicy Bloomsbury. Dom, który niezbyt jej się podoba, dom, w którym panuje mroczna atmosfera, a wystrój zdecydowanie nie pokrywa się z jej zmysłem estetycznym. To wszystko działa na nią odpychająca, ale wbrew tym doznaniom, bohaterka jest przekonana, że będzie jej tu dobrze. Pewnej nocy w jej sypialni zjawia się trupio blada nieznajoma. Pewnikiem duch! A na domiar złego służąca struchlałej protagonistki zachowuje się nader podejrzanie (pani Danvers...). Interesująca zagadka, konsekwentnie budowana atmosfera tajemniczości, aczkolwiek przy mniejszej ilości słów pożądane niewygodne emocje w moim przypadku pewnie byłyby silniejsze.
Spójrzcie na ten „Zasłonięty portret” Jamesa Granta. Narrator niniejszej opowieści zostaje zaproszony przez swojego przyjaciela, towarzysza broni, do jego posiadłości w Herts. Gdzie zwraca uwagę na zasłonięty portret, który najwyraźniej przyprawia o dreszcze gospodarza. Gość ukradkiem ogląda portret, który jak się okazuje przedstawia urodziwą dziewczynę. Przyjaciel opowiada mu o niej. O miłości i bolesnej rozłące. O poszukiwaniach ukochanego, który poszedł na wojnę. Przykra historia, z rodzaju tych, jakich, niestety, wiele na tym okrutnym świecie. Jest i domieszka nadprzyrodzonego. Precyzyjny, zwięzły język – znośna lekkość czytania, o rzeczach nieodkrywczych, ale zajmujących myśli.

Opowiadania w mojej ocenie lekko powyżej średniej. „Wilkołak” Jana Barszczewskiego to rzecz o nieszczęśliwie zakochanym mężczyźnie niespodziewanie zamieniającym się w wilka, wskutek czego przenosi się do lasu. Życie na wygnaniu, w bliskim sąsiedztwie wioski, z której pochodzi i gdzie została jego ukochana. „Jaki okropny los czeka człowieka, gdy zachowuje się i jest jak zwierzę”. Sympatyczna bajeczka. Pouczająca, miejscami smutna, ale w gruncie rzeczy nic specjalnego. 
Znamię na ustach” też od Jana Barszczewskiego to opowieść o właścicielce karczmy, którą podejrzewa się o uprawienie czarów oraz jej córce, lokalnej piękności, która jednak w przekonaniu niektórych wkrótce straci cały swój urok. Tytułowe znamię może urosnąć, a wtedy pewnikiem nie zechce jej żaden mężczyzna. Gusła, zabobony. Paktowanie z Rogatym? Czarownica czy ofiara „średniowiecznego myślenia”? Kobiety wyzwolone czy prawdziwe służki Szatana wśród prawych ludzi oddanych właściwemu Wszechmocnemu? Jak to się skończy? Moja ciekawość tylko rosła, ale ostatecznie... Za grzecznie jak dla mnie, ale do poduszki w sam raz.
Jan Łada (właściwie ksiądz Jan Gnatowski) w swojej bibliografii ma między innymi powieść „W nawiedzonym zamczysku”, którą odpowiedzialne za omawiany zbór wydawnictwo wydało mniej więcej rok wcześniej (2021). Tutaj mamy jej fragmenty. Noc Kupały. Rotmistrz, prowadzony przez miejscowego młodzieńca, zagłębia się w las. Jego celem kwiat paproci. Tego chciała panna z tych stron, która, jak wszystko na to wskazuje, obdarzyła go miłością. Ona też wpadła mu w oko, ale rotmistrz obawia się, że jego luba jest czarownicą. Przy paproci mężczyzna przejdzie przez czarcie próby. Magiczna zgroza, niedowierzanie i niezaprzeczalny hart ducha. Rycerskość, poświecenie. Wciąga, ale nerwów mi nie poszarpał ten wyjątek z powieści.
Sfinksa bez sekretu” Oscara Wilde'a otwiera przypadkowe spotkanie przyjaciół z uczelni. Jeden opowiada drugiemu o kobiecie, w której swego czasu szaleńczo się zakochał. Bardzo skrytej, eleganckiej damie. Femme fatale? Zakończenie przewrotne, wręcz frustrujące. Zagrał autor czytelniczce na nosie. Nijako o rzadko spotykanej fanaberii.
Gwiazduna” Oscara Wilde'a otwiera zimowa wędrówka dwóch zaprzyjaźnionych drwali w leśnych ostępach. Kiedy znajdują niemowlę, jeden z nich gotowy zostawić go na pewną śmierć. W końcu bieda w ich chałupach aż piszczy, a przecież mają na wykarmieniu własne dzieci. Drugi nie potrafi się zdobyć na coś takiego. Przygarnia niewinną istotkę, która wyrasta na winne chłopaczysko. Okrutny, zapatrzony w siebie dzieciak w końcu przekracza granicę. Idzie o jeden krok za daleko. Musi to naprawić! Poszukać tej, której nie okazał należytego szacunku. Ku przestrodze. Bajka z morałem, którą szczególnie polecam niegrzecznym dziatkom:) Bądźcie dobrzy dla wszelkiego stworzenia, bo świat oddaje to, co mu się daje (yhm). Karma. Ładnie wchodzi nocną porą, gdy człowiek zmęczony.

Średniaki. „Sobótka” Romana Zmorskiego, czyli przypowieść o trzech braciach. Organiście, żołnierzu i rolniku, którzy dla swojej rodzicielki są gotowi postawić na szali własne życie. Kiedy ich ukochana matka umiera, miejscowa znachorka przedstawia im sposób na przywrócenie jej życia. To wymaga wielkiej odwagi i wielkiego szczęścia. Wyzwanie ogromne, ale ewentualne korzyści jeszcze większe. W klimacie legend o dzielnych rycerzach. Wielkie wyprawy, fantastyczne stworzenia, ciężkie próby. Nie zabrakło nawet „żyli długo i szczęśliwie”. Jak dla mnie trochę za słodkie. Bez uniesień, bez żywszych emocji, bez niespodzianek. Przewidywalna, ale przynajmniej szybko przelatująca dobranocka.

Był sobie „Królewicz” wymyślony przez Oscara Wilde'a. W jego żyłach nie płynęła „królewska krew”, nie pochodził z tych uprzywilejowanych kręgów. Król go przygarnął i już za chwilę ma odbyć się koronacja tego młodego szczęściarza. Czyżby? Sny otworzą mu oczy na pewne uniwersalne, niestety, nieśmiertelne prawdy. Bogaci żerują na biednych. Na początku autor „straszył” opisami wnętrz – jakby otoczenie było dla niego ważniejsze od fabuły. Takie obawy w każdym razie się we mnie zrodziły, ale potem już trochę się Wilde rozruszał. Naiwne, jak to często w bajkach. Z religijnym domknięciem – cud nad cudami!
Mrs Henry Wood (właściwie Ellen Price, która poślubiła Henry'ego Wooda) w „Duchach Nocy Kupały” najbardziej mnie rozczarowała. Moje poprzednie kontakty z jej twórczością absolutnie nie przygotowały mnie na to, co znalazłam w „Karierze żołnierza. Z dawnych zapisków”. Młody mężczyzna, głuchy na błagania krewnych, rozpoczyna służbę w armii. Brytyjskiej armii. Oddelegowany do Indii, gdzie niepowstrzymanie zaognia się konflikt z sikhami. Wojna i miłość. A w zasadzie dwie miłości. Kobieta, która już się znudziła i ta, której teraz się pragnie. A przynajmniej do pewnego momentu. I kobieta - duch? - która doradza brytyjskim żołnierzom odwrót. Żeby tak beztrosko podchodzić do takiego wroga. Czyżby życie było wam niemiłe? Mało treściwe opowiadanko. Życie w okopach, miłosne rozterki i zaledwie przebłysk nieznanego. Klimat wojenny, który do moich ulubionych niestety nie należy. Niestety, bo w przeciwnym razie pewnie lepiej spędziłabym czas z panią Henryką Wood.

Poniżej średniej. Ten jeden raz kolejność nieprzypadkowa. Od góry. „Urodziny infantki” Oscara Wilde'a, czyli wystawne przyjęcie z okazji dwunastych urodzin rozpuszczonej młodej damy. Jej ojciec, hiszpański król, bezpowrotnie stracił swoją ukochaną żonę i wbrew naciskom, nie ożenił się ponownie. Chyba że ze Zgryzotą. W każdym razie na swoim urodzinowym przyjęciu jego droga córka, szczególną uwagę zwraca na pociesznego karzełka, który dochodzi do wniosku, że dziewczynka obdarzyła go prawdziwą miłością. Ona kocha jego, a on ją... Szczegółowe opisy strojów i występów, potem ostry skręt w stronę fantasy, czy raczej bajeczki dla grzecznych dzieci. A na końcu to już czysty realizm – twarda, okrutna rzeczywistość. Wcześniej nudnawo, ale dzięki ostatniej partii nie był to dla mnie czas zupełnie stracony.
Pałac Ramadan-beja” Antona Straszimirowa rozgrywa się w kyrdżalijskiej krainie. Tytułowa postać wyjeżdża do Egiptu, gdzie znajduje sobie towarzyszkę życiową. W rodzinne strony wraca, wraz z małżonką, tuż po śmierci swojego ojca. Obejmuje tron i z czasem poważnie naraża się derwiszowi, tutejszemu przywódcy duchowemu. Miast budować meczet dla prawdziwego władcy, czyli Allaha, nowy król buduje sobie pałac. Buta, arogancja, a potem jeszcze okrucieństwo nie do przyjęcia. Morał oczywisty: buduj bogom, nie sobie. Narracja trochę chaotyczna i w zasadzie poza sygnałami ostrzegawczymi wysyłanymi przez małżonkę antybohatera, czego zresztą autor nie zechciał rozwinąć oraz największym przejawem okrucieństwa tegoż bezbożnego pana na włościach, niczego ciekawszego w tym świecie przedstawionym nie zastałam.
Rybak i dusza” to kolejna bajka od Oscara Wilde'a. O rybaku, który bez pamięci zakochuje się w syrenie, której darował życie w zamian za przyrzeczenie, że zawsze przybędzie na jego wołanie, by czarować ryby swoim niebiańskim, czy raczej szatańskim śpiewem. Kiedy wyznaje jej miłość, syrena informuje go, że dopóki posiada duszę, nie może przyjąć jego oświadczyn. A zatem trzeba się „tego zupełnie nieprzydatnego czegoś” czym prędzej pozbyć. Relacje z podróży straszliwie mnie wymęczyły. Już myślałam, że nie dotrwam do końca – walczyłam z przemożnym pragnieniem przerwania tych mąk. Pod koniec trochę się rozruszało. Opowieść o miłości. Romeo i Julia inaczej.
Pan Trzech Pagórków. Fragment ze starego rękopisu” pióra Zygmunta Krasickiego to opowieść o okrutnym panisku, który nie ukrywa swojej pogardy do ludzi klękających przed Bogiem Wszechmogącym. Jego bogiem maczuga. Jego hobby zabijanie wrogów. Mężczyzn, kobiet i dzieci. Ten niepokonany, istotnie potężny wojownik, teraz zwraca swój nienawistny wzrok na młodych mężczyzn, którzy najwyraźniej zapomnieli, że mieszkają tam, gdzie on stanowi prawo. Bombastyczne, chaotyczne (może dlatego, że to tylko fragment), nijakie. Ot, pojedynek dobrych ze złym.
Narodziny bohatera” Jina Yonga w ułamku (wyjęte z jego opus magnum, które wydawnictwo Zysk i S-ka zamierza wkrótce wpuścić na polski rynek). Fragment, z którego wyczytałam niewiele ponad starcie dwóch biegunów. Siedmioro Diabłów z Południa, szukając pewnej kobiety, natrafia na jej potencjalnego syna. Kilkuletniego chłopca, z którego decydują się zrobić swojego ucznia. Sztuki walki, te sprawy. Ale najpierw będą musieli zmierzyć się z parą zawodników wagi cięższej. Tak jak oni posiadających nadludzkie zdolności, ale Diabły wiedzą, że ta dwójka ma większą siłę niż ich siódemka. Wszystko w zasadzie sprowadza się do walki. Nie najgorzej się zapowiadało, mimo niepodchodzącego mi, powierzchownego stylu, ale gdy już zaczną się bić, to już do końca. W moim poczuciu monotematyczna i, żeby nie było tak łatwo, niekrótka rzecz. Fani azjatyckich opowieści fantasy chyba jednak powinni na to zerknąć. Chyba?! Dobrze: koniecznie.
Bez oceny „O Nocy Kupały” Jana Barszczewskiego. Bardziej słowo wstępu niż opowiadanie. Krótkie omówienie tytułowej nocy. Tak to kiedyś wyglądało na Białorusi.

Chętnych na opowieści z dreszczykiem zachęcam do przeczytania poprzednich antologii z tej wydawniczej serii Zysk i S-ka. „Duchy Nocy Kupały” prędzej zaspokoją apetyt na bardziej baśniowe światy. Horror tym razem musiał ustąpić fantasy. Legendy, podania, bajki. Nie samą grozą człowiek żyje, więc nie żeby jakoś mocno zabolało mnie to odstępstwo od reguły. Od tych kolekcji klasycznych opowieści niesamowitych, do których, mam nadzieję, wydawnictwo Zysk i S-ka zdążyło już przyzwyczaić miłośników opowieści o duchach i innych nadprzyrodzonych. No dobrze, odpoczęłam od tamtych klimatów i teraz z jeszcze większą niecierpliwością - i lekką obawą - czekam na kolejne świąteczne wydanie z tego cyklu. Obym jeszcze w tym roku „wróciła na stare śmiecie”. Takie moje małe marzenie.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 9 sierpnia 2022

„Pałac w lesie” (2000)

 

Pięcioro zaprzyjaźnionych aktorów i aktorek przybywa do pałacu w lesie należącego do starszego mężczyzny Axela de Fersena, który wynajął ich do wystawienia przedstawienia dla jego dziesięcioletniego wnuka Nicolasa. Młodzi ludzie wybierają swój popisowy numer, „Czerwonego Kapturka”, a gospodarz najwyraźniej jest zadowolony z ich pracy. Niemniej jego zachowanie niepokoi niektórych przybyszy. Uwagę zwraca też wiecznie milczący chłopiec, którego wychowuje. Większość gości de Fersena nie przywiązuje jednak większej wagi do dziwnego zachowania domowników. Nie martwi ich również akcja policyjna trwająca w tych lasach: poszukiwania seryjnego mordercy i gwałciciela. Wielkiego Złego Wilka, który teraz przypuścił szturm na pałac Axela De Fersena?

Francuski artystyczny slasher w reżyserii i na podstawie scenariusza debiutującego w pełnym metrażu Lionela Delplanque, który powstał ze zwykłej ludzkiej potrzeby przerażenia odbiorców:) Sympatia do gatunku horroru, praca nad efektami specjalnymi i efektowną ścieżką dźwiękową, kręcenie w systemie CinemaScope – to wszystko bardzo pociągało początkującego (wcześniej stworzył kilka filmów krótkometrażowych) francuskiego reżysera i scenarzystę. Z filmowych wpływów na „Pałac w lesie” (oryg. „Promenons-nous dans les bois”, międzynarodowy: „Deep in the Woods”) jego główny twórca wymienił: „Krzyk” Wesa Cravena, „Lśnienie” Stanleya Kubricka, „Teksańską masakrę piłą mechaniczną” Tobe'ego Hoopera, „Martwicę mózgu” Petera Jacksona oraz włoską szkołę straszenia, z twórczością Dario Argento na czele stawki. Pierwszy pokaz „Pałacu w lesie” odbył się w maju 2000 na Neuchâtel International Fantasy Film Festival, a w październiku tego samego roku został wyróżniony na Katalońskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Sitges – nagroda dla najlepszego europejskiego filmu fantasy. Z drugiej strony trafił na listę najgorszych filmów wszech czasów sporządzoną przez francuski serwis internetowy Allociné w oparciu o głosy widzów.

Backwood slasher w onirycznym sosie. Baśń o Czerwonym Kapturku wdzierająca się do zastanawiająco sennej rzeczywistości. Strzelista biała nieruchomość w głębi lasu, w której przyczaił się Wielki Zły Wilk. Najpierw dość zagadkowy prologu z kobietą czytającą bajkę... swojemu dziecku? I tajemniczym intruzem, który przypuszczalnie jeszcze się nam objawi. Tymczasem przenosimy się na leśną drogę (puk, puk, tu „Lśnienie” Stanleya Kubricka) i zaglądamy do jedynego pojazdu pokonującego tę trasę. W środku zastajemy piątkę młodych ludzi, których, jak się okazuje, w tę okolicę zwabiła możliwość zarobku. Siedzący za kierownicą „Adonis” Wilfried (Vincent Lecoeur) oraz dwie zakochane pary: Sophie i Jeanne (Clotilde Courau i Alexia Stresi) oraz Mathilde i Matthieu (Maud Buquet i Clément Sibony) zmierzają do pałacu niejakiego Axela de Fersena (François Berléand), starszego mężczyzny, który ma pod wyłączną opieką dziesięcioletniego wnuka Nicolasa (Thibault Truffert). Sam też wymaga opieki, czym zajmuje się jego dwuosobowa służba: gosposia, która minęła się z jego gośćmi (urlop) i gajowy Stéphane (Denis Lavant). Z obsady wyróżnić mogę tylko milczącego małego Trufferta i Lecoeura, któremu trafiła się rola „młodego boga”. Wilfried wyraźnie wpada w oko dużo starszemu mężczyźnie pragnącemu dostarczyć trochę rozrywki swojemu wnukowi. Zaprosił tych w gruncie rzeczy obcych mu ludzi do swojego nieskromnego gniazdka na kompletnym odludziu z myślą o przedstawieniu dla Nicolasa. „Aktorzy ze spalonego teatru”, wśród których jest przynajmniej jedna osoba, która nie zamierza marnować młodości na takie uwłaczające projekty. Wilfried wierzy, że już wkrótce na zawsze pożegna się z tym nieprzystającym do jego wielkiego talentu (w jego mniemaniu) zajęciem. Oni niechaj dalej zabawiają milusińskich, skoro taka ich wola, a on tymczasem zajmie się „prawdziwym aktorstwem”. O ile przeżyje najbliższą noc. Tyle bowiem potrwają zmagania z Wielkim Złym Wilkiem – człowiekiem w kostiumie czarnego zwierza z ostrymi zębiskami. Wcześniej w tym przebraniu wystąpi Matthieu, co oczywiście o niczym jeszcze nie świadczy. Ale już jego pierwsza reakcja na informację o szeroko zakrojonych poszukiwaniach zbrodniarza (w drodze do tytułowej nieruchomości) może uczulić widza na tę postać. Skłonić do uważniejszego przyglądania się temu chłopakowi. A Wilfried? Na pierwszy rzut oka zupełne przeciwieństwo Matthieu. Arogancki typ, który chyba jednak wolałby nie przyciągać tak wzroku gospodarza. Bogaty człowiek żyjący na odludziu, przykuty do wózka inwalidzkiego Axel de Fersen, nawet nie stara się ukryć swojego zainteresowania Wilfriedem. Jego plany względem tego przystojniaka najwyraźniej wybiegają poza kontakty biznesowe, a nawet przyjacielskie. Zakochał się stary człowiek w młodym człowieku, który bynajmniej nie szuka miłości wśród swojej płci. Może nawet znalazł już odpowiednią partnerkę. Trudno o pewność, bo w tym lesie jakby zaciera się granica pomiędzy jawą a snem. Zobaczyć znaczy uwierzyć – ta zasada nie obowiązuje w tym świecie przedstawionym. Baśniowym świecie terroryzowanym przez straszliwego wilka. Drapieżnika, który od niepamiętnych czasów straszy dzieci i wielu dorosłych. „Nie wywołuj wilka z lasu”, „wilk w owczej skórze” - te i inne bezrefleksyjnie powtarzane przysłowia, ludowe (nie)mądrości, skutecznie budują fałszywą legendę tych nieszczęsnych stworzeń. Najgroźniejsi drapieżnicy na Ziemi? A co powiecie na takie przysłowie: „człowiek w skórze [kostiumie] wilka”? Lionel Delplanque takie straszydło ożywił na kadrach „Pałacu w lesie”. Slashera z artystycznymi ciągotami.

Najzacieklejszą zawodniczką w walce o tron final girl jest Sophie. Homoseksualistka od jakiegoś czasu będąca w związku z niemą Jeanne. Najbardziej zaniepokojona w tym aktorskim gronie. Najbardziej wyczulona na sygnały ostrzegawcze, ale jak to final girl pierwszego typu, nie ma większego posłuchu w grupie. Ech ta nasza Sophie, zawsze zatroskana, a teraz jeszcze gotowa na ucieczkę bez należnej im wypłaty. Tak, Sophie jako pierwsza przestaje dbać o pieniądze. Gdyby była sama, to niewątpliwie nie czekałaby na zapłatę za wątpliwą rozrywkę dostarczoną małemu Nicolasowi. Chłopcu o pustym, nieomal martwym spojrzeniu. Aż ciarki przechodzą niektórych gości Axela na widok tego niemego dziesięciolatka. Można dojść do wniosku, że to właśnie milczenie w oczach co poniektórych czyni z niego przerażającego dziwaka. Podobna opinia krąży bowiem w tej aktorskiej trupie na temat Jeanne. Z drugiej strony, w obu tych przypadkach może chodzić o coś więcej niż niepełnosprawność (ewentualne poruszenie jednego z problemów społecznych, a mianowicie przykrej postawy niektórych stosunkowo zdrowych ludzi względem osób z niepełnosprawnościami). Może w przeszłości Jeanne jest coś... Tak czy inaczej, Nicolas zachowuje się cokolwiek podejrzanie. Zamieszany w zbrodnie Wielkiego Złego Wilka? Wróg czy sojusznik? Wołający o pomoc czy przywołujący zabójcę z lasu? Czy to on jest bezwstydnym podglądaczem (i napłynęło wspomnienie „Psychozy” Alfreda Hitchcocka)? Sophie i Jeanne w przeciwieństwie do nas nie są świadome tego, że w intymnych chwilach ktoś bacznie im się przygląda. Ktoś utrwala to raczej nie dla potomności. Ta sama osoba, która jest poszukiwana przez policję za nieporównywalnie cięższe przestępstwa? Ta sama osoba, która po zapadnięciu zmroku rozpocznie polowanie między innymi na młodych mieszczuchów, którzy chcieli tylko zarobić trochę grosza? Ścieżka dźwiękowa to moim zdaniem najlepsze, co się „Pałacowi w lesie” Lionela Delplanque trafiło. Melancholijny muzyczny temat przewodni, z którego, bądź co bądź, przebija wyraźna groźba, skomponowany przez Jérôme'a Coulleta specjalnie na potrzeby tego obrazu, który wprost przepięknie współgra z fragmentami „Piotrusia i Wilka” Siergieja Prokofiewa. Ale już zdjęcia, powstałe pod kierownictwem Denisa Roudena, wzbudzały we mnie ambiwalentne odczucia. Oniryczna mgiełka na pewno uatrakcyjniła mój pobyt w tym niezbyt mrocznym lesie (przesadzono ze sztucznym oświetleniem), ale poza tym... Slasher to podgatunek bardzo przyjazny filmowcom z mniejszym zapleczem finansowym. Zręczne rączki z łatwością mogą uczynić z tego walor. Przekuć na korzyść swojej „bezrozumnej siekaniny”. Zespół Denisa Roudena na moje oko miał z tym duży problem. Z ich wkładu bije ten rodzaj taniości, który może być niełatwy do przełknięcia nawet dla ludzi niegardzących niskobudżetowymi spektaklami grozy. I przemocy. Sceny mordów mniej pomysłowe już być chyba nie mogły. Właściwie tylko jedna akcja według mnie zasługuje na wspomnienie – oblanie kwasem, a w zasadzie ciąg dalszy w lesie, kiedy to będziemy mogli dokładnie przyjrzeć się poparzonej twarzy (mniej niż u pana Kruegera) kolejnej ofiary drapieżnika, którego tożsamość udało mi się przedwcześnie rozpracować. Nie od razu. Przyznaję, że trochę to trwało, bo można powiedzieć, że wpadłam w pułapkę zastawioną przez scenarzystę i zarazem reżysera tej nie takiej najgorszej produkcji jeszcze podczas „wieczorku zapoznawczego” z zaprzyjaźnionym zespołem, hmm, teatralnym(?). „Pałac w lesie” to coś w rodzaju mieszanki twardej slasherowej konwencji z pretendentem do czegoś powiedzmy bardziej uduchowionego:) Kiedy w slasher wdziera się jedna z najbardziej znanych baśni, po raz pierwszy spisana przez Charlesa Perraulta. Kiedy slasher przychyla się w stronę fantasy. Młode mieszczuchy w groźnym lesie, które, jak powiedziałoby pewne sławne lwiątko, „kpią sobie z niebezpieczeństwa ha ha ha”. Z jednym wyjątkiem. Poza tą, która najprawdopodobniej wygra walkę o życie, a przynajmniej dociągnie do Wielkiego Finału. Przy ostatecznej konfrontacji to już naprawdę twórcy popłynęli. Rozumiem logikę snu, ale czy to odpowiednie miejsce i czas? Czy to aby nie obraża inteligencji widzów? Tak czy inaczej, naciągane, że aż wstyd mnie ogarnął od samego patrzenia. Niezręczna, wręcz żenująca sytuacja. Zgniła wisienka na zdatnym do spożycia, ale niezbyt smacznych torcie.

Pałac w lesie”, pełnometrażowy debiut francuskiego reżysera i scenarzysty Lionela Delplanque, moim zdaniem najbardziej doprasza się o uwagę wszystkich tych, którzy trwają w przekonaniu, że slasher to tylko przemoc i golizna. Artyzm? Proszę Was, takie rzeczy to na pewno nie tutaj. Tak mówicie? To wejdźcie proszę do lasu, w którym grasuje Wielki Zły Wilk. Do świata zaprojektowanego przez człowieka, który przynajmniej próbował wznieść się wyżej. Uśmiechał się do ludzi, którzy co prawda chętnie o kinie slash rozprawiają, ale pod żadnym pozorem nie chcą stwarzać wrażenia, że równie chętnie po to to sięgają. Uśmiech może i krzywy, ale liczą się chęci, czyż nie? Ja prostak jestem, czego dowodem choćby moja niesłabnąca miłość do kina slash:), więc nie do końca odnalazłam się na tym „wyższym poziomie siekania”. Ale bywało gorzej.

niedziela, 7 sierpnia 2022

„Oni kryją się w mroku” (2022)

 

Pracownica opieki społecznej Claire Yang po tragicznej śmierci jedynego syna Lucasa, odepchnęła od siebie męża, policjanta Petera, który jednak wciąż ma nadzieję na odbudowanie ich związku. Mężczyzna nie wie, że kobieta ma niezwykły dar, który dla niej jest raczej przekleństwem. Ta zdolność przyda jej się przy najnowszej sprawie, jaką dostaje w pracy. Claire ma przeprowadzić wywiad środowiskowy u rodziny Langów. Istnieją bowiem przesłanki świadczące o tym, że Audrey i Giles stosują przemoc fizyczną wobec swojej córki Sophie. Dzięki swojej nadzwyczajnej zdolności Claire już podczas pierwszej wizyty u Langów poznaje ich sekret. I staje się ich jedyną sojuszniczką w walce z duchem kobiety, który najwyraźniej uwziął się na małą Sophie.

Oni kryją się w mroku” (oryg. „They Live in the Grey”, znany też jako „The Uncanny”) to bardzo osobisty film braci Vang, Abla i Burlee, twórców między innymi horroru „Aplik@cja” z 2016 roku. Amerykańska ghost story, która miała odzwierciedlać wyjątkowo ciężką podróż przebytą przez ich matkę. We wczesnej młodości bracia znaleźli w komodzie swojej rodzicielki zdjęcie dziecka. Rodzicie nigdy o nim nie mówili, ale po tym odkryciu w końcu poinformowali swoich synów, że mieli brata o imieniu Tom, który był o rok młodszy od Abla. Ich rozpacz, nieutulony smutek, jaki nosili w sobie przez ponad trzydzieści lat, na kartach scenariusza braci Vang został przelany na pierwszoplanową postać, którą dodatkowo obarczyli „syndromem Cole'a Seara”. Na dalszym etapie prac wdrożyli poszukiwania odpowiedniego domu dla niej. Domu stanowiącego odbicie jej stanu duchowego. Rozglądali się za nieruchomością z przełomu XIX i XX wieku, aż w oko wpadł im pożądanie zaniedbany, praktycznie rozpadający się w oczach, obiekt. Jeszcze na etapie produkcji film nosił tytuł „The Uncanny”, ale reżyserom i zarazem scenarzystom tego przedsięwzięcia nie dawało spokoju słowo (Grey) wypowiedziane przez męża głównej bohaterki w jednej ze scen. Ostatecznie zdecydowali się na „They Live in the Grey” - główny tytuł, ale w niektórych stronach świata (konkretnie: Wielka Brytania) chętniej korzysta się z tej pierwszej nazwy. Dystrybucja na terenie Stanów Zjednoczonych ruszyła w lutym 2022 roku (Shudder).

Duch z kołowrotkiem w pewnym sensie zapożyczonym z „Kwaidan, czyli opowieści niesamowitych” w reżyserii Masaki Kobayashiego. Abel i Burlee przejechali aż sto mil, by zdobyć ten rekwizyt – nabyli go w sklepie z używanymi rzeczami za jedyne dwieście dolarów. Czołowa postać „Oni kryją się w mroku” zastanie tę niezwyczajną przędzarkę w domu trzyosobowej rodziny z przedmieścia, nad którą zawisło widmo definitywnego rozpadu. To kolejny film z gatunku „widzę martwych ludzi”, ale też opowieść o nieodwracalnej stracie, najczarniejszej rozpaczy, ogromnym poczuciu winy. O budowaniu murów, odgradzaniu się od ludzi, także tych, którzy mogliby pomóc. O przekleństwie większym od widzenia tych, których inni nie widzą. Bracia Vang od początku chcieli stworzyć coś z pogranicza dramatu rodzinnego i jednego z tych modnych XX-wiecznych straszaków. Innymi słowy, tradycyjne przestraszenia „ozdobą” dla przyziemnej szpetoty. Punkt, w którym zbiegają się dwie fale filmowego horroru? Nowa i supernowoczesna? Tak, wyglądało mi na to, że Vangowie wypatrywali tego wspólnego obszaru – tam, gdzie zderzają się dwa światy. I tak się rozglądali, i rozglądali... przez jakieś dwie godziny. Niektórzy odbiorcy „Oni kryją się w mroku” właśnie w długości tego przedstawienia upatrują głównego problemu. Niemiłosiernie rozwleczony. Rozciągany z taką siłą, z taką zawziętością, że grozi rozdarciem. „Zmęczeniem materiału docelowego”. Mimo wszystko wcale nie uważam, że skrócenie tego niemożebnie porozciąganego „ciuszka”, dodałoby mu szyku. Oczywiście, to już zależy od preferencji oglądającego – zwolennicy bardziej zdynamizowanych opowieści z dreszczykiem mogą mieć zatem zupełnie inny pogląd na tę kwestię. Tak czy inaczej, mnie to powolne spalenie absolutnie by nie przeszkadzało - wręcz przeciwnie! - gdyby podejść do tego bardziej uczuciowo. Może i tak było - w końcu to bardzo osobista historia The Vang Brothers - ale do mnie to niestety nie docierało. W każdym razie z dużo mniejszym natężeniem od oczekiwanego. Powinnam solidaryzować się w bólu z główną bohaterką. Przyjąć przynajmniej jakiś ułamek ciężaru, który dźwiga na swoich wątłych barkach. Choćby tylko jedną nogą wejść w tę bezdenną, przerażająco zimną otchłań, w którą wpadła po utracie jedynego dziecka. Ukochanego Lucasa, który w chwili śmierci miał mniej niż dziesięć lat. Tyle miałby, gdy poznajemy Claire Yang. Bracia Vang od początku „widzieli tę postać w skórze” Michelle Krusiec, aktorki, którą poznali w 2013 roku na Los Angeles Asian Pacific Film Festival. To był ich pierwszy i jak się okazało ostatni typ, bo pani Krusiec praktycznie od razu weszła w ten projekt. Nie mogę jednak powiedzieć, że jej kreacja mnie przekonała. Co więcej, wcale nie odstawała od reszty obsady. Może z wyjątkiem małej Madelyn Grace w roli ofiary przemocy domowej. Dziewczynki terroryzowanej przez kobietę z obłędem w oczach. Mściwa istota nieprzynależąca już do naszego świata zagnieździła się w domku na przedmieściu. Kiedyś to był jej dom, ale od jakiegoś czasu prawowitymi właścicielami tych czterech ścian są Giles i Audrey Langowie (J.R. Cacia i Ellen Wroe). Małżeństwo, które tak naprawdę od lat jest fikcją. Duch nie miał z tym nic wspólnego. Ten kryzys trwa od lat i nie wygląda na to, by szło ku lepszemu. On chce, ona nie potrafi. Łatwo stracić czyjeś zaufanie, zdecydowanie trudniej je odzyskać. W tym przypadku to może być istna mission impossible. Gdyby nie Sophie, Audrey i Giles prawdopodobnie już dawno by się rozstali. Z drugiej strony, gdyby Audrey nie zaszła w ciążę, to może on nie popełniłby tego niewybaczalnego grzechu. Może.

Pracownica opieki społecznej z „Oni kryją się w mroku” Abla i Burlee Vangów, Claire Yang, nie ma wątpliwości, że państwo Lang o jedną sprawę walczy wspólnie. O dobro swojego dziecka. Na tym polu – bodaj najważniejszym dla każdego kochającego rodzica - potrafią się jeszcze porozumieć. Claire doradza sprzedaż tego nawiedzonego domu, ale jak to często w horrorach bazujących na tym klasycznych motywie bywa, Langowie nie mogą sobie pozwolić na takie ryzyko. To najpewniej by ich zrujnowało. To co? Czekamy aż duch sobie pójdzie? A jeśli pójdzie z ich córeczką? Największa nadzieja w tej, która miała potwierdzić lub obalić teorię wysnutą przez pracowników szkoły, do której uczęszcza mała Sophie. Siniaki i zadrapania na jej ciele zrodziły obawy, że rodzice, albo jedno z nich, stosują przemoc fizyczną wobec swojej latorośli. To nie oni, to duch – dochodzi do wniosku Claire, a Langom spada kamień z serca. Wreszcie ktoś, komu mogą się zwierzyć. Inni zapewne uznaliby ich za szaleńców, ale Claire niejedno już widziała. Na przykład wrzeszczącą staruszkę i policjantkę z krwawiącą dziurą w głowie. Pomijając „przędzarkę Langów”, te duszyczki najbardziej wpadły mi w oko. Straszne? Powiedzmy, że jakiś dyskomfort się do mnie zakradł. A najskuteczniejszy jumper? Właściwie jedyny moment, w którym drgnęły moje cztery litery, to akcja w ponurym szpitalu: wskakujący w kadr duch, z ust którego wypływa gęsta szkarłatna ciecz. Główna bohaterka filmu pewnie chętnie zamieniłaby się z Langami (swoją drogą przewidziano również parę retrospekcji z życia Yangów). Z pocałowaniem ręki przyjęła takie problemy, bo oni przynajmniej mają Sophie. Gorsza od zdrady, gorsza nawet od agresywnego ducha, jest bezpowrotna strata ukochanego dziecka. Ojciec tragicznie zmarłego Lucasa, z którym Claire nadal jest w związku małżeńskim, policjant imieniem Peter (Ken Kirby), zmienił miejsce zamieszkania jakiś czas po tej katastrofie. Wolałby zostać, ale Claire raczej nie byłaby z tego zadowolona. Trudno zgadnąć (to dopiero się wyjaśni), czy jej miłość do Petera wygasła, twórcy nie pozostawiają nam jednak wątpliwości, że wybrała inną ścieżkę przechodzenia przez żałobę od drugiego rodzica biednego Lucasa. On szukał ujścia dla negatywnych emocji i towarzystwa innych ludzi. Ona natomiast przez cały czas dusi to wszystko w sobie. Cierpi w samotności. Śpi w szafie i nawet nie odstawiła tych przeklętych tabletek. No dobrze, może nie takich znowu przeklętych, bo ileż można wytrzymywać z duchami? Dziewczyna chwyta się czego tylko może, by odpocząć od widoku tych smutnych, przerażonych twarzy. Upiornych, ale nie mogłam oprzeć się poczuciu, że gorzej (a zatem lepiej) znosiłabym ich obecność, gdybym UWAGA SPOILER nie widziała „Szóstego zmysłu” M. Nighta Shyamalana. A przynajmniej, gdyby tak silnie mi się nie kojarzyło. Co więcej, nie mogę wykluczyć, że mocno przedwczesne rozwiązanie zagadki, to też robota tych wspomnień. Może dlatego tak, a nie inaczej zinterpretowałam jedną z rodzinnych kolacji Langów (bliskie spotkanie dłoni z nożem), może dlatego tak trafnie odczytałam motywację w tym momencie niewidzialnej istoty, która czas wolny spędza przy drewnianym kole KONIEC SPOILERA. Mocno przewidywalna okazała się dla mnie ta nużąca przypowiastka o kobiecie samotnie walczącej z wewnętrznymi demonami. Zmagającej się ze straszliwym poczuciem winy, z jednym z najokropniejszych pytań, jakie człowiek może sobie zadawać: co by było, gdyby? Nieważne czy istotnie ponosi winę za śmierć swojego jedynego dziecka, wyrzuty sumienia to takie bestie, które równie często, albo nawet częściej, dopadają ludzi, którzy nie mogli zrobić nic, by zapobiec takiej czy innej tragedii. Claire widzi duchy, a nie przyszłość. To drugie pewnie bardziej by jej się przydało, ale to pierwsze może przysłużyć się Langom. Rodzinie, którą Claire mogłaby stworzyć, gdyby nie straciła Lucasa. Nie brakuje na świecie ludzi, którzy na jej miejscu zrobiliby wszystko, co w ich mocy, by dołożyć problemów tej małej familii. Ludzi, którzy czują się lepiej, gdy inni mają gorzej. Skoro ja tego nie mam, to ty też mieć nie będziesz – taka tam życiowa misja. Gdyby zapytać o to Claire, pewnie przyznałaby, że zazdrości Langom, ale jej postawa dobitnie pokazuje, że wpisuje się w tę mniejszość (to tylko zdanie niepoprawnej pesymistki), którzy nie szukają pociechy w niepowodzeniach innych. Pomagając Langom, pomoże sobie. Niekoniecznie jednak w taki sposób, jakiego się spodziewa.

Jak na standardy współczesnego kina grozy, czy raczej tych wszystkich skocznych produkcji, tej rwącej rzeczki, w której „Oni kryją się w mroku” Abla i Burlee Vangów tkwią jedną nogą - druga wlazła w tak zwaną nową falę horroru, przy czym bracia Vang rozminęli się z tą intensywnością, jakiej zwykle szukam po tej stronie grozowej barykady – klimat jest dosyć mroczny. Szkoda tylko, że więcej dobrego (czytaj: nieprzyjemnego) z tego nie wynikło. Ciemnawo, posępnie, ale jak dla mnie niewydajnie. Żeby tak obojętnie przyjmować tego rodzaju opowieść? No, ale może to ze mną jest coś nie tak. Tak czy inaczej, nie mam ochoty polecać tej produkcji nawet najgorętszym zwolennikom historii o duchach. Dziękuję, postoję.