(Źródło: https://twitter.com/waterstonesmorp)
„Co
by było, gdyby świat został pozbawiony kobiet?” - między innymi
takie pytanie zadawali sobie Stephen King i jego syn Owen pracując
nad swoim wspólnym projektem. Powieść zatytułowana
„Sleeping Beauties” ma ukazać się w Stanach Zjednoczonych 26
września 2017 roku i liczyć sobie ponad siedemset stron. Data
polskiego wydania nie jest jeszcze znana. Poniżej przytaczam
skrótowy opis fabuły zamieszczony na polskiej stronie internetowej poświęconej
Stephenowi Kingowi. Swoją drogą przebija z tego delikatna
inspiracja „Inwazją porywaczy ciał” - cóż, mam nadzieję, że
polscy wydawcy nie będą zwlekać i już jesienią dowiem się, czy
moje podejrzenia były słuszne.niedziela, 19 marca 2017
Zapowiedź: Stephen King, Owen King „Sleeping Beauties”
sobota, 18 marca 2017
„Lavender” (2016)
W
październiku 1985 roku mała Jane straciła rodziców i siostrę.
Była w domu w czasie ich śmierci, ale całkowicie wyparła z
pamięci ten zbrodniczy akt, podobnie jak wszystko inne co miało
związek z jej rodziną. Teraz, w dorosłym życiu, Jane zajmuje się
fotografowaniem domów, równocześnie wychowując córkę Alice wraz
ze swoim mężem Alanem. Pewnego dnia kobieta ma wypadek samochodowy,
na skutek którego traci wiele wspomnień. Psychiatra doradza jej
podróż do rodzinnego domu, przekonując, że pobyt w tym miejscu
może przywrócić jej pamięć. Jane wraz z mężem i córką
wyrusza więc do małego domku usytuowanego w zacisznej okolicy w
pobliżu pola kukurydzy, uprawianej przez jej wujka Patricka, o
istnieniu którego dopiero niedawno się dowiedziała. Tymczasowe
zamieszkanie w miejscu, w którym przed laty zginęła jej rodzina
nie jest dla niej łatwe, ale prawdziwe kłopoty zaczynają się
dopiero wówczas, gdy Jane zaczyna czy to konfrontować się z
dotychczas blokowanymi wspomnieniami, czy może duszami bliskich
nawiedzającymi to miejsce.
Przewodni
wątek „Lavender” rozpoczyna się tuż po wypadku samochodowym z
udziałem Jane, na skutek którego traci prawie wszystkie
wspomnienia. Nie poznaje nawet swojego męża Alana i córeczki
Alice, choć już w szpitalu doświadcza jakichś przebłysków,
które dają nadzieję na odzyskanie przynajmniej większości
wspomnień. Żeby wspomóc ten proces, za radą psychiatry (w tej
roli znany wielbicielom kina grozy z między innymi „Smakosza”
Justin Long), decyduje się na pobyt w odziedziczonym po
biologicznych rodzicach niepozornym domku, który już parę dni
wcześniej zwrócił jej uwagę, ale wówczas jeszcze nie zdawała
sobie sprawy, że niegdyś w nim mieszkała. W 1985 roku zginęła w
nim jej najbliższa rodzina – tylko Jane udało się ujść z
życiem, ale szybko wyparła z pamięci nie tylko ten zbrodniczy akt,
ale również wszystko inne co wydarzyło się wcześniej. Teraz
główna bohaterka „Lavender” (w którą z takim sobie skutkiem
wcieliła się Abbie Cornish) zmaga się z problemem kolejnych może
nie tyle utraconych, co zablokowanych wspomnień. I żeby je odzyskać
postanawia skonfrontować się z przeszłością, co biorąc pod
uwagę fakt, że istnieją drobne przesłanki wskazujące na to, że
to właśnie Jane mogła w jakiś sposób przyczynić się do śmierci
swoich najbliższych, jest wielce ryzykowne. Jeszcze większe
niebezpieczeństwo pojawia się wówczas, gdy kobieta zaczyna
świadkować niepokojącym zjawiskom zachodzącym w jej rodzinnym
domu, z których najwidoczniej zdaje sobie sprawę również jej
córeczka Alice. W ten oto sposób scenarzyści naświetlają nam
jeden z bardziej znanych motywów wszelkiego rodzaju straszaków –
dostajemy opowieść najszerzej poruszającą się w ramach konwencji
ghost story, ale starającą się zdezorientować odbiorcę
odniesieniami do horroru psychologicznego poprzez aluzje do tego, że
wszystko co widzimy może rozgrywać się jedynie w głowie głównej
bohaterki. Może być tylko częścią procesu odzyskiwania
wspomnień, a nie dowodem nawiedzenia odziedziczonego przez nią
skromnego domku. Nie miałam żadnych problemów z rozszyfrowaniem
właściwej natury zjawisk zachodzących w tym miejscu, bo
scenarzyści podrzucili zdecydowanie zbyt dużo wiele mówiących
tropów – udało mi się nawet dojść do prawdy (choć nie we wszystkich szczegółach) na temat tragedii
z 1985 roku na długo przed Jane, ale ta duża przewidywalność (tylko jeden zwrot mnie zaskoczył) nie
wpłynęła negatywnie na mój ogólny odbiór „Lavender”.
Ten mankament zrekompensowała mi wszak konsekwencja twórców w
budowaniu klimatu – należycie mrocznego wewnątrz feralnego domku
pełnego zakurzonych, starych przedmiotów i często jeszcze bardziej
trzymającego w napięciu w scenkach rozgrywających się na polu
kukurydzy i w obskurnej stodole. Przy czym złowieszczy wydźwięk
sekwencji mających miejsce na podwórzu wydawał mi się jednym z
największych osiągnięć twórców, bo naprawdę niełatwo jest
wytworzyć tak wyrazistą atmosferę zewsząd czającej się grozy w
ujęciach zrobionych w pełnym świetle dziennym. Muszę pochwalić
również wszystkie manifestacje zmarłej siostry Jane, zwłaszcza
moment, w którym biegnie na czworakach w kierunku przerażonej
kobieta sfinalizowany mocnym uderzeniem w szafie, kiedy to zza ubrań
nagle wyskakuje jej ręka. Niby nic nadzwyczajnego, szczególnie, że
twórcy nie uznali za stosowne zadbać o zdecydowanie upiorne oblicze
duszka (projekcji umysłu) dręczącego Jane, ale maksymalna dbałość o
napięcie i mroczną oprawę wizualną wespół z idealnym
wyliczeniem w czasie momentów pojawienia się małej dziewczynki,
która umarła w 1985 roku sprawiły, że owe ujęcia szczytowej
grozy zadziałały na mnie mocniej (nie straszyły raczej wprawiały
w swoisty dyskomfort emocjonalny) niż najbardziej wymyślne
charakteryzacje, którymi zwykło nas raczyć tak wielu współczesnych
twórców horrorów.piątek, 17 marca 2017
Ove Logmansbo „Prom”
Podczas
swojego dziewiczego rejsu prom Morgenrode zatrzymuje się na wodach
przybrzeżnych Wysp Owczych. Na pokładzie znajduje się duńska
policjantka Katrine Ellegaard, która za parę dni oficjalnie
przestanie pełnić służbę. Szybko okazuje się, że prom został
przejęty przez terrorystów, którzy grożą zdetonowaniem ładunku
wybuchowego, jeśli władze nie spełnią ich żądań. Hallbjorn
Olsen, Farer, z którym Katrine zaczęła układać sobie wspólne
życie zostaje tymczasem wtajemniczony w śledztwo prowadzone przez
tutejszą policję. Niezidentyfikowany mężczyzna padł ofiarą
okrutnego morderstwa, które może mieć związek z porwaniem promu
przez zamachowców. Przedmiot, który znaleziono na miejscu zbrodni
wskazuje na to, że sytuacja jest dużo poważniejsza niż zakładano,
że terroryści mogą sprowadzić śmierć nie tylko na pasażerów i
załogę Morgenrode. Olsen decyduje się wspomóc farerskie i duńskie
organy ścigania, a Ellegaard tymczasem próbuje znaleźć sposób na
przechytrzenie zamachowców poprzez odpowiednie działania na
pokładzie.
„I
to stanowiło smutną kwintesencję dzisiejszego świata […] Nie
potrzeba było już ładunków wybuchowych, aby wysadzić wszystko w
powietrze. Wystarczyło uprawdopodobnić ich istnienie. Wystarczył
strach.”
środa, 15 marca 2017
„Spustoszenie” (2015)
Dwóch
młodych Australijczyków, Geordie i Oscar, zaprzyjaźnia się z
Amerykanami, którzy jakiś czas temu przybyli w ich strony: Mayą,
Amelią i bratem tej drugiej Tobym. Podczas jednego ze wspólnie
spędzanych wieczorów Oscar opowiada przy ognisku australijską
legendę miejską, która mówi o duchu motocyklisty rzekomo
pojawiającym się na drodze Lemon Tree Passage w Nowej Południowej
Walii tylko wówczas gdy przemierza się ją z dużą prędkością.
Złaknieni przygód młodzi ludzie postanawiają przekonać się, czy
tak jest w istocie. Bez dłuższego zastanowienia ruszają na
wskazaną przez Oscara drogę i zgodnie z jego wytycznymi
przemierzają ją z zawrotną prędkością. W pewnym momencie
rzeczywiście dostrzegają kulę białego światła, która może być
duchem motocyklisty. Wszyscy poza Mayą, którą wkrótce zaczynają
dręczyć makabryczne wizje. Następnego wieczora młodzi ludzie
ponownie wybierają się na Lemon Tree Passage, gdzie nieoczekiwanie
będą musieli zmierzyć się z prawdziwym koszmarem.
Dużo
lepiej prezentują się w moim mniemaniu wydarzenia z udziałem
piątki młodych ludzi, którzy na swoje nieszczęście postanowili
sprawdzić czy owiana złą sławą droga Lemon Tree Passage
rzeczywiście jest nawiedzona przez ducha motocyklisty, który
niegdyś poniósł na niej śmierć przez nieuwagę podróżującej
samochodem grupy nastolatków. Lwia część akcji rozgrywa się w
okolicznym lesie, w mojej ocenie odpowiednio mrocznym, choć wielu
widzów sądzi inaczej. Nieco przymglona czerń, która sprawia, że
nie ma się żadnych problemów z dostrzeżeniem szczegółów
wszystkich wydarzeń, gęsto zalesione pustkowie i całkiem
nastrojowe dźwięki wybrzmiewające w tle razem tworzą tak bardzo
pożądaną aurę wyalienowania i zewsząd czyhającego
niebezpieczeństwa. Dobitniej zasygnalizowanego nieoczekiwanym zgonem
jednego z bohaterów filmu, a nieco później zagadkowym zniknięciem
jego ciała oraz dziwacznymi wizjami, jakich doświadcza Maya.
Pojawiają się one między innymi wówczas, gdy któreś ze zwłok,
nad którymi się pochyli raptownie otworzą oczy, błyszczące
upiornie się prezentującą bielą, co moim zdaniem stanowiło
najbardziej udane odniesienie do nadprzyrodzonego horroru. Natomiast
halucynacjom, z którymi borykała się Maya zabrakło czegoś
bardziej wyrazistego, jakiejś śmiałej migawkowej wstawki, która
zdołałaby nieco mną wzruszyć. Ten sam zarzut zresztą
wystosowałam w stosunku do wszystkich konfrontacji Sama z nieznanym,
bo brocząca krwią dłoń, wymuszona próba samobójcza, czy krótkie
przemowy zjawy to zdecydowanie za mało, żeby sprostać moim
wymaganiom względem ghost stories. Podobał mi się za to
pomysłowy przebieg jednej sceny mordu, choć same drastyczne
szczegóły niezmiennie ukrywano przed moim wzrokiem – trochę krwi
się pojawia, ale o skrajnej makabrze nie może być mowy, ponieważ twórcy
odżegnują się od pornograficznych zbliżeń na odniesione obrażenia, a i charaktery mordów do najbardziej odstręczających nie należą. Rozwiązanie całej tak pieczołowicie
budowanej przez większą część seansu zagadki również w miarę
mnie zadowoliło, choć należy zaznaczyć, że scenarzyści nie
wykazali się tutaj zbyt dużą kreatywnością, poprzestając na
okrutnym, acz nierzadko poruszanym w kinematografii grozy motywie.
Innowacyjność nie jest jednak dla mnie wartością nadrzędną,
bardziej zależy mi na emocjonalnym wydźwięku, który podczas
wyłuszczania szczegółów wydarzenia owocującego nawiedzeniem
feralnej australijskiej drogi i jej leśnych okolic wybrzmiał
całkiem dobitnie. Czego nie mogę niestety powiedzieć o finale –
taka problematyka sprzyjała jakiemuś mocnego uderzeniu w ostatnich
ujęciach filmu, ale scenarzyści, ze szkodą dla mnie, nie
zdecydowali się wykorzystać okazji.wtorek, 14 marca 2017
„Blackburn” (2015)
Zaznajomieni
młodzi ludzie, Jade, Ryan, Shaun, Chelsea i Luke, wybierają się do
domku w górach, gdzie zamierzają trochę się zrelaksować.
Niedługo po wjechaniu w leśne okolice lawina kamieni uniemożliwia
im dalszą podróż do obranego celu. Docierają jednak do stacji
benzynowej prowadzonej przez dwie kobiety w podeszłym wieku, które
przestrzegają ich przed wypuszczaniem się do starej kopalni,
utrzymując że jest nawiedzona przez agresywne duchy. Krótko po
wyruszeniu w dalszą drogę młodzi ludzie znajdują samochód
stojący nieopodal owianej złą sławą kopalni i niegdysiejszego
szpitala psychiatrycznego. Chcąc odnaleźć właścicieli wozu
wchodzą do środka, nie bacząc na niedawne przestrogi miejscowych
kobiet. Wkrótce przekonają się, że historie krążące o tym
miejscu nie są w całości produktem wyobraźni miejscowych, mającym
zaniepokoić przyjezdnych.
Wstęp
„Blackburn” pomimo śledzenia perypetii bohaterów, którzy nijak
nie potrafili uzyskać mojej sympatii, jakoś jeszcze przebolałam.
Ale już środkową część musiałam oglądać na raty, bo dłuższe
przyglądanie się pościgom wyjałowionym z emocji i klimatu grozy,
sporadycznie przerywanym niezwykle sztucznymi umiarkowanie krwawymi
ujęciami, w których nie zauważyłam ani grama kreatywności,
sprawiało, że bezwiednie opadały mi powieki. Tak więc, żeby nie
zasnąć w trakcie robiłam sobie kilkunastominutowe przerwy na
rozbudzenie. Łatwiej byłoby oczywiście zrezygnować z dalszej
części tego marnego pokazu i zająć się czymś bardziej
produktywnym niż bezmyślne wpatrywanie się w starcie nieciekawych
protagonistów z oszpeconymi mieszkańcami popadającego w ruinę
przybytku, ale obiecałam sobie, że wytrwam, że nie dam się
pokonać temu gniotowi. Nie mogę powiedzieć, że samozaparcie
wyszło mi na dobre, bo jednak lwia część seansu upłynęła mi
pod znakiem nudy, ale końcowe partie sprawiły, że przynajmniej nie
miałam poczucia całkowitego zmarnotrawienia czasu poświęconego na
tę pozycję. Wówczas to pojawia się trochę emocji, głównie za
sprawą małego dziecka uwięzionego w murach niefunkcjonującego
już, zaniedbanego szpitala psychiatrycznego i dłuższej tortury,
jakiej jest poddawana jedna z bohaterek filmu. Ciekawa okazała się
również swoista zmyłka zaserwowana przez scenarzystkę polegająca
na zasygnalizowaniu końca makabrycznych przeżyć tylko po to, aby
zaraz potem przystąpić do kolejnego starcia z napastnikami, do
których dwoje ocalałych postanawia na powrót się zbliżyć. Co
najlepsze Natashy Baron udało się zawiązać ten decydujący wątek
bez naciągania okoliczności - w przeciwieństwie do większości
wcześniejszych posunięć protagonistów ryzykanckie zachowanie
niedobitków pod koniec projekcji jest wiarygodnie uzasadnione. A
następstwa tego śmiałego posunięcia całkiem dobrze poprowadzone,
choćby przez napięcie, które nareszcie po tak długim oczekiwaniu
zaczyna emanować z decydującej potyczki z agresorami. Sam finał
gorszy już być nie mógł, choć na plus muszę odnotować
pojawienie się sióstr Soska tuż przed napisami końcowymi, które
powinny być doskonale znane osobom dobrze zaznajomionym ze
współczesnym kinem grozy.niedziela, 12 marca 2017
„Slaughterhouse” (1987)
Lester
Bacon, właściciel zamkniętej już i popadającej w ruinę rzeźni
zostaje poinformowany przez paru prominentnych mieszkańców wioski,
że niedługo jego ziemię przejmie państwo z powodu zaległości
podatkowych. Wkrótce potem mężczyzna odkrywa, że jego
niedorozwinięty, zachowujący się jak wieprz syn Buddy, zamordował
dwoje nastolatków za to, że drażnili jego świnie. Lester tłumaczy
mu, że jedynymi osobami, które zasługują na śmierć z ich rąk
są ludzie, którzy próbują odebrać im ziemię. Po czym
niezwłocznie z pomocą syna przystępuje do wprowadzania swojego
planu w życie. Tymczasem zaprzyjaźnieni młodzi ludzie, córka
szeryfa Liz Borden, jej chłopak Skip oraz Annie i Buzz, postanawiają
zabawić się w niegdysiejszej rzeźni Lestera. Natomiast ojciec tej
pierwszej zaczyna mieć złe przeczucia, co do dużej liczby zaginięć
zaistniałych w ostatnim czasie w tej wiejskiej okolicy. Stara się
więc rozwikłać tę niepokojącą zagadkę, nie wiedząc jeszcze,
że jego jedyna córka wypuszcza się do miejsca, w którym
składowane są okaleczone ciała ofiar.
Scenariusz
Ricka Roesslera wbrew moim przewidywaniom wywołanym wstępną partią
nie podąża najbardziej powszechną ścieżką fabularną. Zamiast
portretować niemalże wyłącznie losy kilku nastoletnich
poszukiwaczy mocnych wrażeń, którzy włamują się do
niefunkcjonującej już rzeźni, gdzie grasuje morderczy duet,
scenarzysta postanowił zaserwować widzom ujęcie tematu również z
innych perspektyw. W ten oto sposób oprócz najbardziej
standardowego wątku grupy młodych ludzi walczących o życie w
stojącym na pustkowiu, niszczejącym, mrocznym i przepastnym budynku
dostajemy wstawki z między innymi życia antagonistów i stróżów
prawa, ze szczególnym wskazaniem na szeryfa, ojca domniemanej final
girl Liz Borden (czyżby drobne nawiązanie do autentycznej postaci Lizzie Borden?). Nie jestem pewna, czy taka narracja wypadła
bardziej interesująco, bo jednak wprost przepadam za rozciągniętym
na cały (czy też prawie cały) scenariusz motywem nastolatków
mierzących się z agresorami w jakiejś zacisznej okolicy, ale nie
zamierzam narzekać. Bo lekkie, nienapuszone podejście Roesslera do
całej intrygi sprawiło, że oglądało mi się to całkiem
przyjemnie, bez przekonania o wprowadzaniu niepotrzebnego zamętu.
Prostota, czyli w moim pojęciu jeden z największych superlatywów
nurtu slash, mimo
wspomnianych skrętów została zachowana, bo i charakter absolutnie
wszystkich wydarzeń do skomplikowanych z całą pewnością nie
należał. Na plus mogę jeszcze odnotować sceny mordów, poza
pokazywanym w trakcie czołówki tragicznym losem nieszczęsnych świń
– nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby oszczędzono mi tych
przygnębiających wstawek. To jednak tylko drobny dodatek do warstwy
gore, która pomijając wstęp zasadza się tylko i wyłącznie
na okrutnym obchodzeniu się z paroma przedstawicielami rasy
ludzkiej. Jak na typowy slasher przystało nieprzesadnie
krwawym, co więcej niezbyt wymyślnym, ale w tych momentach, w
których filmowcy nie uciekają przed drastycznymi widoczkami na brak
realizmu narzekać nie można. Dostajemy kilka zbliżeń na
poszatkowane tasakiem ciała (również twarze) nieszczęśników,
które wkrótce zawisną na hakach w rzeźni, na odciętą dłoń,
miażdżenie głowy gołymi rękoma, mielenie mężczyzny przez
ostrza wmontowane w maszynę wykorzystywaną niegdyś w pracach nad
wieprzowiną, miażdżenie głowy kołem samochodu, czy najbardziej
„bolesny” dla mnie moment powolnego przecinania opuszka palca.
Ale choć owych zbliżeń na drastyczne detale jest całkiem sporo to
jednak twórcy nie przekraczają granic dobrego smaku, w ogólnym
rozrachunku raczej oszczędnie szafując sztuczną posoką, dlatego
też wątpię ażeby osoby nawykłe do dużej śmiałości twórców
krwawego kina grozy byli w pełni zadowoleni. Wielbiciele slasherów
natomiast, tj. ci którzy rozumieją, że głównym zadaniem tego
nurtu nie jest szafowanie obrzydliwościami, mają większą szansę
docenić ten element „Slaughterhouse”. Może im brakować
natomiast większej kreatywności w procesie eliminacji ofiar. Mnie
ten niedostatek zrekompensował złowieszczy, lekko przybrudzony
klimat filmu odczuwalny przez dosłownie cały seans i całkiem sporo
trzymających w napięciu, powolnych sekwencji poprzedzających atak
agresora / agresorów zrealizowanych w doprawdy ponurym, poruszającym
wyobraźnię miejscu jakim jest niszczejąca rzeźnia, pełna
ciemnych kątów i starych sprzętów służących do oporządzania
mięsa.czwartek, 9 marca 2017
„The Attic” (1980)
Bibliotekarka
Louise Elmore od lat opiekuje się niepełnosprawnym ojcem, który na
ogół zwraca się do niej obcesowo i stara się ją kontrolować. W
Wichita w stanie Kansas, gdzie oboje mieszkają, Louise ma opinię
osoby borykającej się z problemami psychicznymi. W młodości
spotykała się z niejakim Robertem, który według niej zaginął.
Od tego czasu Louise czeka na jego powrót, nie przyjmując do
wiadomości najbardziej prawdopodobnej ewentualności, że może już
nigdy go nie zobaczyć. Opinie jakie o niej krążą w mieście
utrudniają jej nawiązywanie bliższych relacji z ludźmi, ale z
czasem wbrew przeciwnościom udaje jej się zaprzyjaźnić z młodą
bibliotekarką Emily Perkins, która obdarowuje ją wymarzonym
szympansem. Ojciec Louise sprzeciwia się obecności zwierzęcia w
ich domu, ale kobieta nie zwraca uwagi na jego utyskiwania. Roztacza
nad szympansem, któremu daje na imię Dickie, troskliwą opiekę,
dbając również o zacieśnianie więzi ze swoją jedyną
przyjaciółką. Cały czas jednak wisi nad nią widmo rychłego
pożegnania się z pracą, zostaje wszak zwolniona za wywołanie
pożaru w bibliotece podczas jednego ze swoich napadów. Ponadto
często fantazjuje o tym, jak wyrządza krzywdę swojemu zrzędliwemu
ojcu, któremu z kolei nie podoba się, że spędza w jego
towarzystwie coraz mniej czasu.
„The
Attic” to thriller psychologiczny w reżyserii debiutującego w tej
roli George'a Edwardsa i niewymienionego w czołówce Gary'ego
Gravera, za życia płodnego twórcę, któremu jednak nie udało się
należycie wypromować swojego nazwiska - niewykluczone, że
uniemożliwiła mu to słaba jakość wielu jego obrazów bądź
mizerna dystrybucja. „The Attic” z całą pewnością nie został
należycie rozpowszechniony. W latach 80-tych przyciągnął przed
ekrany niewielką grupę widzów, co mogło być spowodowane słabą
kampanią promocyjną. W 2002 roku firma MGM wypuściła na rynek
wydanie DVD zawierające dwa filmy: „The Attic” i „Krwawy nałóg”, ale nawet to nie pomogło omawianej produkcji „wyjść
z cienia”. Obraz George'a Edwardsa i Gary'ego Gravera „pokrywa
gruba warstwa kurzu” i nic nie wskazuje na to, aby kiedykolwiek
miało się to zmienić. Rzecz zdumiewająca zważywszy na fakt, że
„The Attic” prawie wcale się nie zestarzał...
Spotkałam
się już z opiniami, że scenariusz „The Attic” autorstwa
Tony'ego Crechalesa i George'a Edwardsa wpisuje się w schemat
rasowego horroru, natknęłam się nawet na określenie „slasher” (!), ale albo to ja mam problemy z odróżnianiem gatunków, albo
niektórzy widzowie trochę się zagalopowali. Wszak „The Attic”
to moim zdaniem modelowy przykład thrillera psychologicznego,
zarówno na gruncie fabularnym, jak i technicznym. Z nutką czarnego
humoru, wprowadzanego z takim wyczuciem, że nie ma absolutnie żadnej
mowy o spychaniu wszystkiego innego na dalszy plan (jak to nierzadko
się zdarza w thrillerach i horrorach „ozdabianych” akcentami
komediowymi). Scenariusz w wielkim skrócie jest swoistym studium
samotności, która doprowadza główną bohaterkę na skraj
„psychicznej przepaści”. Opowieść rozpoczyna ujęcie
podciętego nadgarstka Louise Elmore, czym twórcy dają nam do
zrozumienia, że postanowiła odebrać sobie życie. Krótko potem,
po interwencji lekarzy, kobieta zdaje się rezygnować z owego
rozpaczliwego kroku. Nie powtarza próby samobójczej, a nawet
pilnuje, aby nie wdało się zakażenie. Jej ojciec w typowy dla
siebie kąśliwy sposób reaguje na to z dużym zdziwieniem –
rozśmieszyła mnie jego ocena zachowania Louise, wskazująca na
swoisty paradoks cechujący jej podejście do tej sprawy. Bo oto
kobieta, która pragnie umrzeć boi się zakażania... Oczywiście
poruszający się na wózku inwalidzkim mężczyzna w podeszłym
wieku mocno upraszcza, bowiem jak już wspomniałam po powrocie ze
szpitala Louise nie wykazuje już chęci odebrania sobie życia i tym
samym zakończenia swoich cierpień. Bo kobieta istotnie bardzo
cierpi, choć nieczęsto to pokazuje, na ogół mimowolnie maskując
swój stan pozorną beztroską i odzwierciedlającą się na jej
twarzy radością, z której jednak przebija jakaś fałszywa nutka.
Jej oblicze często spowija cień, choćby przez ułamek sekundy, tak
jakby w umyśle Louise niezmiennie trwała walka, której wynik
przesądzi o finalnej kondycji jej psychiki. Wcielająca się w tę
postać Carrie Snodgress niezwykle przekonująco unaocznia wspomniany
konflikt, głównie za pomocą dykcji i mimiki, nierzadko celowo
przerysowanych, co zaskakująco wzmaga realizm zamiast go obniżać.
Niecierpliwi widzowie najprawdopodobniej i tak nie dadzą się
przekonać „The Attic”, podejrzewam że wielu śmiałków nie
dotrwa nawet do końca seansu, bo narracja, jaką obrali twórcy do
dynamicznych na pewno nie należy. Akcja rozwija się bardzo wolno,
koncentrując się głównie na technicznie mało widowiskowym
portrecie psychologicznym głównej bohaterki, z którego jednak bije
taki ogrom różnych emocji, że zapewne nie przejdą one
niezauważone przez sympatyków tego typu kina. Osób przykładających
dużą wagę do szczegółów, wiarygodnych, wnikliwie
przedstawionych sylwetek bohaterów i nieagresywnej, czającej się
gdzieś pod powierzchnią czystej grozy płynącej z rozchwianej
psychiki danej jednostki. Postać Louise Elmore jest głównym
nośnikiem napięcia, ale przez długi czas dominującą emocją,
która towarzyszy widzowi śledzącemu jej smutne dzieje powinno być
współczucie, bo scenarzysta naprawdę robi wszystko, co w ludzkiej
mocy, aby pomóc nam zrozumieć procesy myślowe zachodzące w jej
głowie, z taką dokładnością przedstawiając realia w jakich
przyszło jej żyć, że nie ma się absolutnie żadnych wątpliwości,
iż kobieta jest postacią tragiczną, która jeśli chce uniknąć
cierpienia musi zmierzyć się z własnymi słabościami. Największą
słabością Louise jest wspomnienie jej młodzieńczej miłości,
Roberta, jedynego partnera jakiego w życiu miała, który według
niej zaginął przed laty. Od tego czasu kobieta cierpliwie czeka na
jego powrót, karmiąc się mrzonkami, żyjąc niemożliwym do
urzeczywistnienia marzeniem o ponownym połączeniu z Robertem. Widać
w tym sporo infantylizmu, który zresztą często uwidacznia się
również w jej zachowaniu. Wydaje mi się, że scenarzyści tworząc
jej postać mieli przed oczami bohaterki powieści gotyckich –
lubiące uciekać w świat fantazji, naiwne, na pierwszy rzut oka
bezbronne dziewczęta, które nie chcą bądź nie potrafią
dorosnąć.
Twórcy
„The Attic” zbudowali oprawę wizualną swojego filmu w oparciu o
jasne barwy, które o dziwo tylko potęgują złowieszczy charakter
scenariusza. Bardzo pomocna okazała się chwilami szarpiąca nerwy,
a innymi razy przygnębiająca ścieżka dźwiękowa skomponowana
przez Hoda Davida Schudsona, który moim skromnym zdaniem za swój
wkład w tę produkcję powinien zostać uhonorowany jakąś
prestiżową nagrodą. A właściwie to nie jedną, choćby z tego
powodu, że wielokrotnie praktycznie w pojedynkę bez ingerencji
niepokojących obrazków wywoływał we mnie jakieś nieokreślone
poczucie zagrożenia. Przed operatorami również postawiono wymóg
sporadycznych ucieczek w większą dosadność, co abstrahując od
finału widać zwłaszcza w ujęciach imaginacji, kiedy to Louise
szuka pociechy w wyobrażaniu sobie, jak krzywdzi własnego ojca. Z
tych przerywników bije spora groteska, ale oprócz nadmiernie
komicznego ujęcia z wielką małpą takie podejście i tak z
łatwością wpasowuje się w złowróżbną otoczkę, wypracowaną
przez scenariusz, kolorystykę i oprawę dźwiękową. Najwięcej
dramatyzmu pojawia się jednak z chwilą przyprowadzenia do domu
przez Louise szympansa, któremu daje na imię Dickie. Niesforna
małpa, która znajduje przyjemność w dokuczaniu opryskliwemu ojcu
kobiety powinna z miejsca zdobyć serca widzów, co jest o tyle
niewygodne, że patrząc na jej burzliwe pożycie ze zrzędliwym
starcem szybko nabiera się przekonania, że zdecydowanie lepiej dla
odbiorcy byłoby, gdyby nie przewidziano roli dla tego zwierzęcia.
Zresztą mnogość sygnałów świadczących o poważnych problemach
psychicznych Louise Elmore również nie pozwala nam z ufnością
spoglądać w przyszłość niewinnego szympansa, pomimo ewidentnego
przywiązania, jakie kobieta wykazuje w stosunku do niego. Fabułę
„The Attic” zbudowano w taki sposób, aby osoba gustująca w
produkcjach opartych na powolnie rozwijających się wątkach trwała
w ciągłej niepewności, co do ostatecznych losów toczącej smutny
żywot, borykającej się z problemami psychicznymi Louise, jej
aroganckiego ojca i oczywiście sympatycznej małpki, która opuściła
sklep zoologiczny po to, aby wejść do domu zamieszkiwanego przez
osobników, których zachowanie nierzadko przyprawia o gęsią
skórkę. Już w pierwszych partiach filmu łatwo się domyślić, że
scenarzyści na koniec przygotowali dla nas jakąś przewrotną, być
może nawet mrożącą krew w żyłach niespodziankę. Nie ma się
absolutnie żadnych wątpliwości, że finał w zamyśle ma nami
wstrząsnąć i nawet jeśli lwia część jego składowych dla
współczesnego widza będzie łatwa do przewidzenia to niezwykle
uczuciowe wręcz druzgocące ujęcie tej tragedii najprawdopodobniej
poruszy niejedno serce.
Klimatyczny,
wnikliwy thriller psychologiczny George'a Edwardsa i Gary'ego Gravera
pt. „The Attic” wydaje się być wymarzoną pozycją dla osób
wprost przepadających za minimalistycznymi w formie, acz
maksymalistycznymi w emocjonalnym przekazie obrazami o nieco
skrzywionych jednostkach, które toczą doprawdy rozczulający żywot
i znajdują się w samym centrum jakiejś tajemnicy mogącej
przyczynić się do ich mentalnego upadku. Nie jest to obraz kręcony
z myślą o sympatykach zawrotnych akcji pełnych spektakularnych
efektów specjalnych, dlatego poszukiwaczom takich produkcji radzę
nawet nie zbliżać się do „The Attic” - a przynajmniej nie
wówczas, gdy czują, że brakuje im cierpliwości do wolno
rozwijających się fabuł, bo oczywiście może się zdarzyć, że
przy odpowiednim nastawieniu i w sprzyjającym czasie co poniektórzy
z nich również dadzą się przekonać tej produkcji. Niemniej do
seansu zachęcam głównie miłośników stonowanych w formie
thrillerów psychologicznych, lubiących koncentrować się na
detalach, a nie rozpraszać drogimi efektami specjalnymi, ponieważ...
tak jest po prostu bezpieczniej.
środa, 8 marca 2017
„The Axe Murders of Villisca” (2016)
W
1912 roku w miasteczku Villisca w stanie Iowa doszło do zbiorowego
morderstwa. Nieznany sprawca wszedł do domu sześcioosobowej rodziny
Moore'ów i za pośrednictwem siekiery pozbawił życia gospodarzy,
ich dzieci oraz dwie nieletnie dziewczęta, które u nich gościły.
Głównym podejrzanym był wielebny George Kelly, ale z braku dowodów
nie został skazany. Przeszło sto lat później zaprzyjaźnieni
młodzi ludzie, nazywający siebie łowcami duchów, Caleb i Denny,
organizują wypad do domu Moore'ów, w nadziei na pozyskanie
przerażających materiałów, którymi mogliby podzielić się z
internautami. Zabierają ze sobą Jess, skompromitowaną znajomą
Caleba ze szkoły, która niedawno przeprowadziła się do Iowa z
Chicago. Oficjalne odpłatne obejście domu Moore'ów nie przebiega
po myśli młodych poszukiwaczy mocnych wrażeń, więc decydują się
poczekać do zapadnięcia zmroku i pod nieobecność właścicieli
włamać do tego owianego złą sławą przybytku.
Do
momentu stworzenia „The Axe Murders of Villisca” Tony E.
Valenzuela nie miał żadnego doświadczenia w pełnym metrażu.
Zajmował się serialami w międzyczasie kręcąc jeden short
zatytułowany „Zombiez”. Fabułę swojego debiutanckiego
pełnometrażowego filmu obmyślił wespół z Kevinem Abramsem,
inspirując się prawdziwą zbrodnią mającą miejsce w 1912 roku w
miasteczku Villisca. Zarys historii przedstawiono Owenowi Egertonowi,
który na jej podstawie spisał scenariusz osadzony w konwencji ghost
story. Starania Valenzueli nie odbiły się głośnych echem w
światku filmowym – krytycy w większości nie szczędzili gorzkich
słów pod adresem jego produkcji. Podobne reakcje można
zaobserwować wśród zwykłych odbiorców, aczkolwiek znalazło się
również kilka umiarkowanie pozytywnych opinii również wielbicieli
kina grozy, którzy dostrzegli niejaki potencjał drzemiący w tym
obrazie.
Myślę,
że każdy, kto często sięga po mainstreamowe współczesne horrory
w „The Axe Murdrs of Villisca” natychmiast zauważy różnicę w
podejściu do oprawy wizualnej. Oczywiście istnieją również
nowsze pozycje z tego gatunku egzystujące w głównym nurcie, które
nakręcono w zbliżonym duchu, ale nie ma ich zbyt wiele. Większość
współczesnych mainstreamowych straszaków cierpi na nazwijmy to
przesadne oszlifowanie – silnie skontrastowane, mieniące się
żywymi kolorami zdjęcia niczym nie przypominają XX-wiecznych
reprezentantów kina grozy. W tym gatunku obsesyjne wygładzanie
zazwyczaj się nie sprawdza, a przynajmniej nie wtedy, gdy chce się
zadowolić wielu miłośników gatunku, którzy w swoim życiu
obejrzeli niezliczoną ilość starszych horrorów i... zakochali się
w nich. Śmiem podejrzewać, że Tony E. Valenzuela doskonale zdawał
sobie z tego sprawę – mam wrażenie, że swój pełnometrażowy
debiut kręcił głównie z myślą o wyżej wspomnianej grupie
odbiorców. Myślę, że przede wszystkim takim widzom starał się
zaimponować i jeśli chodzi o sam klimat, w oderwaniu od wszystkiego
innego, to muszę przyznać, że zdołał mnie przekonać. Wyblakłe
barwy, blade kontury i lekka ziarnistość przywiodły mi na myśl
XX-wieczne straszaki, w których to niepodobna było dostrzec choćby
zalążka dzisiaj tak powszechnego plastiku. Posępne zdjęcia w
wykonaniu twórców „The Axe Murders of Villisca” miały w sobie
tę hipnotyzującą „niechlujność”, swobodę tworzenia, której
tak bardzo brakuje mi w wielu nowszych produkcjach. Gdybym więc
miała oceniać „The Axe Murders of Villisca” jedynie pod kątem
atmosfery to najprawdopodobniej nie miałabym żadnych oporów przed
gorącym polecaniem tej pozycji każdemu poszukiwaczowi klimatycznych
straszaków. Nie mogę jednak pominąć milczeniem innych składowych
tego obrazu, wśród których znajduje się niestety kilka tak rażąco
słabych elementów, że mocno rzutują one na jego ogólną jakość.
Pierwsze partie aprobuję bez żadnych zastrzeżeń. Oddane w
przygaszonych barwach, wręcz smętne wprowadzenie we właściwą
akcję filmu zwraca uwagę nie tylko silną koncentracją na ponurym
portrecie, ale również swobodną narracją. Scenarzysta nie uciekał
się do żadnych kombinacji, nie próbował niczego udziwniać, na
siłę forsować jakiegoś eksperymentalnego podejścia do
opowiadanej historii, tak jakby dobrze wiedział, że w tym gatunku
prostota często lepiej się sprawdza. Sympatycy tradycyjnego
podejścia do ghost story pewnie narzekać na to nie będą –
inaczej rzecz może się przedstawiać w przypadku osób zmęczonych
wyświechtanymi motywami kina grozy. Obawiam się, że oni nie dadzą
się przekonać twórczości Owena Egertona. Nawet po wzięciu pod
uwagę faktu, że w scenariusz wpleciono wydarzenie mające niegdyś
miejsce w rzeczywistości, bo tak na dobrą sprawę wykorzystano je w
celu rozsnucia przed widzami iście standardowej opowiastki.
Nawiedzone domostwo, w którym przed przeszło stu laty miało
miejsce zbiorowe morderstwo, samozwańczy łowcy duchów w osobach
młodych mężczyzn i oczywiście rozpaczliwa walka o przetrwanie z
jakimiś nieczystymi siłami więżącymi ich w owych koszmarnych
murach. Nawet silny wpływ na psychikę protagonistów, celem
nakłonienia niektórych z nich do zbrodni świadczy o podpięciu się
pod wyświechtane rozwiązania fabularne. Początkowo przypomina to
głównie „Horror Amityville”, ale z czasem skręca w nieco inną,
choć równie mało odkrywczą stronę. Myślę, że tak daleko idąca
konwencjonalność nie była pochodną braku wyobraźni twórców,
nie była wyrazem znikomej inwencji tylko celowym zabiegiem mającym
przywołać magię klimatycznego kina grozy z dawnych lat. O czym
może świadczyć po części retro oprawa wizualna i wspomnienie
kultowego „Ducha” Tobe'a Hoopera wtłoczone w usta jednej z
bohaterek filmu.
Mam
wrażenie, że pierwszą i drugą partię „The Axe Murders of
Villisca” dzieli „gruba krecha” polegająca na zupełnie
odmiennym podejściu do snucia historii. Tony E. Valenzuela i jego
ekipa zdecydowanie lepiej radzili sobie w sekwencjach poprzedzających
apogeum koszmaru, w subtelnych, nastrojowych zapowiedziach rychłej
konfrontacji z nieznanym niźli w portrecie samego starcia. Bez
wdawania się w najdrobniejsze szczegóły udało im się nakreślić
wiarygodny obraz trójki młodych, sympatycznych ludzi, których los
nie był mi obojętny. Każdy z nich boryka się z jakimś problemem,
co okaże się wielce istotne w dalszych partiach filmu. Caleb został
niegdyś wmieszany w sprawę kryminalną, Denny był uczestnikiem
tragicznego w skutkach wypadku, a czytująca „American Psycho”
Breta Eastona Ellisa Jess jest wyśmiewana przez rówieśników za
sprawą filmiku wrzuconego do Internetu przez jej byłego chłopaka.
Chłopcy od dłuższego czasu spędzają czas wolny na objazdach
rzekomo nawiedzonych miejsc, filmowania swoich przygód i wrzucania
ich do Sieci, w której reklamują się jako łowcy duchów. Ich
nowym celem jest stary dom w Villisca, w którym przed laty ktoś
zamordował siekierą osiem osób, w tym sześcioro dzieci. Sprawca
nigdy nie został skazany. Głównym podejrzanym w rzeczywistości
był wielebny George Kelly i to właśnie jego Owen Egerton w swoim
scenariuszu wytypował jako sprawcę tych bestialskich mordów. Dawna
zbrodnia jest fundamentem całej historii snutej przez twórców „The
Axe Murders of Villisca”, to z niej wyrasta cała jakże typowa
intryga zawarta w niniejszym obrazie. Szczerze powiedziawszy cieszyło
mnie, że twórcy na początku wszystko tak upraszczali – nie tylko
radował mnie wybór znanych, acz z mojego punktu widzenia nadal
chwytliwych motywów, ale również wyraźna niechęć do
udziwniania, które notabene zniszczyło już niejeden dobrze
zapowiadający się współczesny horror. Byłabym jednak bardziej
kontenta, gdyby owa powściągliwość rozciągała się również na
dalsze partie filmu, które to niemalże całkowicie odchodzą od
realistycznego minimalizmu nacechowanego pokaźną porcją
złowieszczości na rzecz nieskutecznych prób straszenia za sprawą
nieporównanie większej dosadności. Manifestując zagrożenie
czające się w nawiedzonym domu Moore'ów twórcy nie podkopali
stopnia wiarygodności – aktorki ucharakteryzowane na szkaradne
zjawy nie raziły bzdurnym efekciarstwem, posoka którą oszczędnie
przelano również sprawiała realistyczne wrażenie, ale chaos jaki
wkradł się w narrację nie pozwalał zareagować na te atrakcje
tak, jak zapewne chcieli tego filmowcy. Zamiast zaserwować mi kilka
powolnych, trzymających w napięciu wstawek poprzedzających
pojawienie się danego zagrożenia zdecydowano się głównie na
błyskawicznie następujące po sobie, urywkowe przerywniki, które w
dodatku przedstawiono w formie nieumiejętnie wyliczonych w czasie
jump scenek. Gwoli ścisłości kilka samotnych spacerów po
ciemnych pomieszczeniach domu Moore'ów również się pojawiło, ale
biła z nich taka beznamiętność, że pomimo starań nie potrafiłam
z trwogą oczekiwać niechybnej konfrontacji. Ten brak nieco
zrekompensował mi pomysł na właściwości feralnego domostwa, a
ściślej sił, które się w nim zagnieździły i jego nieco
staroświecki, po części muzealny wystrój. To pierwsze (choć w
żadnym razie nie innowacyjne) natchnęło akcję jako takim
dramatyzmem, a drugie pozwoliło utrzymać złowrogą klimatyczną
otoczkę – nie kompletnie, bo jednak chaotyczny, nazbyt dynamiczny
rozwój ostatnich partii „The Axe Murders of Villisca” siłą
rzeczy nieco obniżał siłę rażenia ponurych zdjęć. Finał
natomiast rozczarowuje po całości – można to było zakończyć w
gorszy sposób, niemniej wydaje mi się, że taka fabuła
pozostawiała kilka możliwości na dużo bardziej druzgocący
akcent. No, ale przynajmniej utwór akompaniujący napisom końcowym
wpadł mi w ucho...
Pomimo
moich w większości negatywnych zapatrywań na dalsze partie „The
Axe Murders of Villisca” jestem skłonna polecić ten obraz (choć
nie gorąco) sympatykom nastrojowych horrorów w pewnym stopniu
utrzymanych w duchu kina grozy z dawnych lat. Próby straszenia w
moim pojęciu skończyły się fiaskiem – manifestacje zjaw do
pamiętnych na pewno nie należą, rozczarowuje również brak
dbałości o emocjonalne napięcie w drugiej połowie seansu, ale
klimatyczna oprawa wizualna i prostota bijąca ze scenariusza mają
szansę może nie zachwycić, ale przynajmniej nieco uprzyjemnić
wieczór długoletnim wielbicielom takich nieskomplikowanych
straszaków. Film niezły, choć mógłby być dużo lepszy, gdyby
nie ten nieszczęsny dynamizm i chaotyczność z czasem wkradające
się w wydarzenia rozgrywające się w nawiedzonym domu Moore'ów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












