Stronki na blogu

sobota, 15 kwietnia 2017

„Dzieci nocy” (1971)

Nowożeńcy, bogaty Anglik Stefan i Szwajcarka Valerie, zmierzają do rodzinnej rezydencji tego pierwszego. Noc postanawiają spędzić w okazałym hotelu w belgijskim nadmorskim mieście Ostenda. Tego samego wieczora melduje się tam węgierska hrabina Elizabeth Bathory wraz ze swoją towarzyszką Iloną. Młode małżeństwo szybko zwraca uwagę tej pierwszej, co zdaje się niepokoić Ilonę. Nazajutrz Stefan i Valerie wybierają się do pobliskiego miasta Brugia, w którym jak donoszą artykuły prasowe w ostatnich dniach niezidentyfikowany napastnik podciął gardła kilku młodym kobietom. Traf chce, że są świadkami przenoszenia ciała kolejnej ofiary do samochodu, który ma je przetransportować do kostnicy. Zachowanie Stefana niepokoi Valerie, kobieta jest przekonana, że zafascynował go widok przykrytych zwłok. Po powrocie do hotelu przyjmują zaproszenie Elizabeth Bathory na wieczorną rozmowę przy szklaneczce czegoś mocniejszego. Niepokojąca opowieść, którą wkrótce zaczynają raczyć się Stefan i wytworna hrabina wytrąca Valerie z równowagi. Wydarzenia mające miejsce niedługo potem napawają ją coraz większym niepokojem.

Belgijsko-francusko-niemieckie „Dzieci nocy” w reżyserii Harry'ego Kumela to jeden z najbardziej wychwalanych przez krytykę i wielbicieli kina grozy przedstawicieli lesbijskich horrorów wampirycznych. Zrealizowany w Europie film zyskał uznanie nie tylko mieszkańców tego kontynentu, zwrócił również uwagę Amerykanów, w tym wielu innych twórców kina. Obecnie o „Dzieciach nocy” niewiele się słyszy, zwłaszcza w Polsce, wydaje się więc, że produkcja Harry'ego Kumela nie przetrwała próby czasu, a przynajmniej nie w takim stopniu, na jaki bez wątpienia sobie zasłużyła. Artystyczne ujęcie wampiryzmu, zręczna kompilacja delikatnego surrealizmu i surowego naturalizmu w wykonaniu Harry'ego Kumela i jego ekipy to bez wątpienia prawdziwa gratka dla poszukiwaczy hipnotycznych obrazów, kuszących i zarazem odpychających nieposkromioną żądzą... odrzucenia powszechnie akceptowanych norm społecznych?

Filmy starające się przede wszystkim obrazami wnikać w sferę emocjonalną oglądającego stwarzają ryzyko nadinterpretacji. Nieopatrznego wybiegania daleko poza zamysł twórców. W „Dzieciach nocy” nie brakuje dialogów ułatwiających wychwycenie myśli twórców, opracowanych przez Jeana Ferry'ego (Pierre Drouot, Harry Kumel i niewymieniony w czołówce Manfred R. Kohler zadbali tymczasem o pozostałe aspekty scenariusza), niemniej łatwo w tym pobłądzić poprzez odczytanie ich w niewłaściwy sposób. Nie jestem pewna, czy aby nie nadinterpretuję (zresztą wcale bym się nie zdziwiła, gdyby tak było), ale odniosłam wrażenie, że „Dzieci nocy” miały być między innymi swoistą krytyką konformizmu i swego rodzaju przestrogą przed ewentualnymi następstwami pragnienia wyrwania się spod wpływu innych. Gdyby rozpatrywać „Dzieci nocy” w oderwaniu od wampirycznej otoczki mielibyśmy typowy obraz o kobiecie, która pod wpływem manipulacji odkrywa, że lepiej będzie jej u boku przedstawicielki tej samej płci. Jest rozczarowana tradycyjnym związkiem z mężczyzną, co więcej zaczyna do niej docierać, że u jego boku nie może czuć się bezpiecznie, przez co staje się łatwiejszym celem dla zauroczonej nią kobiety. Na pierwszy rzut oka dostajemy więc podnoszący na duchu obraz bohaterki, która w porę wydostaje się z toksycznego związku, odrzuca tradycyjne wartości i tak wyzwolona pada w ramiona ukochanej, z którą czeka ją dużo szczęśliwsza przyszłość. Gdyby to było tak proste to moje zaangażowanie w fabułę zapewne byłoby zdecydowanie mniejsze. Najwięcej przyjemności czerpałam bowiem z tego, że zaprezentowany konflikt nie poddawał się jednoznacznej ocenie, że całą historię przedstawiono w dużo bardziej złożony sposób. Personalia eleganckiej damy pochodzącej z Węgier, która melduje się w tym samym hotelu co nowożeńcy Valerie i Stefan, wskazują na to, że scenarzyści wcale nie chcieli utrzymywać widza w niepewności, co do jej prawdziwej natury. Niemniej może się zdarzyć, że znajdzie się odbiorca, który nie powiąże Elizabeth Bathory (moim zdaniem Delphine Seyrig za tę kreację należą się niskie ukłony) z historyczną postacią – wówczas jednak pomocne powinny być dla niego słowa zaniepokojonego recepcjonisty skierowane do hrabiny. Mężczyzna jest mianowicie przekonany, że Elizabeth Bathory gościła w tym samym hotelu przed czterdziestoma laty i może przysiąc, że przez ten długi okres w ogóle się nie zmieniła. Kolejną wskazówką podrzuconą przez scenarzystów jest seria morderstw popełnionych w pobliskim mieście. Niezidentyfikowany oprawca podcina swoim ofiarom gardła, co samo w sobie może i nie świadczy o bytowaniu wampira w tych belgijskich okolicach, ale w połączeniu z innymi tropami pojawiającymi się w pierwszych partiach filmu odmalowuje już wielce klarowny obraz zagrożenia czyhającego na protagonistów. Zagadkowe jest natomiast zachowanie Stefana, bogatego Anglika przekonanego, że jego matka nie zaakceptuje jego związku z Valerie. Mężczyzna wydaje się być zarazem zafascynowany i wstrząśnięty widokiem okrytego ciała młodej kobiety, co więcej szybko staje się jasne, że nie mówi swojej żonie wszystkiego o swojej sytuacji rodzinnej. Sensu tego drugiego nie udało mi się pojąć – nie wiem jak odczytać rewelację unaocznioną podczas rozmowy telefonicznej Stefana i nie wiem, czy scenarzyści zwyczajnie zapomnieli o pociągnięciu tego wątku, czy był to celowy zabieg, mający na celu pozostawić widza w poczuciu niepewności.

Relacja Elizabeth Bathory ze Stefanem i Valerie jest tematem przewodnim omawianego horroru wampirycznego Harry'ego Kumela, przy czym jak już wspomniałam tezy, które z niej płyną trudno poddać jednoznacznej ocenie. Wspomniana krytyka konformizmu i dążenie do odrzucenia niektórych norm społecznych z mojego punktu widzenia wybrzmiewają całkiem donośnie, ale tak samo słyszalne są zgoła odmienne przemyślenia twórców. Scenarzyście dają nam jasno do zrozumienia, że Valerie jest gotowa na zakończenie toksycznego związku ze Stefanem w sekwencji obrazującej próbę jej wyjazdu z Ostendy. O wiele więcej wątpliwości budzi rozwój jej relacji z Elizabeth Bathory, która wykorzystuje swoje hipnotyczne moce do zjednania sobie skrzywdzonej młodej kobiety. Skoro więc Valerie znajduje się pod wpływem hipnozy trudno z pełnym przekonaniem stwierdzić, że pragnienie zbudowania związku z przedstawicielką płci żeńskiej jest jej świadomym wyborem. Nie sposób też całkowicie odrzucić domniemania, że podświadomie rzeczywiście tego chciała, nawet jeśli wcześniej nie zdawała sobie z tego sprawy. Jeśli przyjąć, że w „Dzieciach nocy” zahaczono o zjawisko konformizmu, że taką postawę poddano krytyce to należy zauważyć, że scenarzyści również tę kwestię zobrazowali w iście ambiwalentny sposób. Elizabeth Bathory, kobieta która wodzi na pokuszenie niewinną Szwajcarkę nie jest wszak „rycerzem w lśniącej zbroi”, który rusza na ratunek zaszczutej Szwajcarce, który uwalnia ją spod jarzma agresywnego męża, a potem razem żyją długo i szczęśliwe. Nie, Bathory jest bezwzględną wampirzycą, w zachowaniu której można zauważyć takie samo pragnienie zniewolenia niewinnej kobiety (wyraźnie widać to chociażby podczas sprzątana pokoju hotelowego, kiedy to bardzo niedelikatnie obchodzi się z Valerie), o tyle bardziej niebezpieczną od Stefana, bo władającą nieludzkimi mocami, które ochoczo wykorzystuje przeciwko Valerie. Jeśli tak na to spojrzeć to wydaje się, że scenarzyści chcieli dać widzom do zrozumienia, że odrzucenie niektórych norm społecznych, które nas krępują nie zawsze jest wskazane, tak samo zresztą jak trwanie w nieszczęśliwym związku z przedstawicielem odmiennej płci tylko po to, żeby nie narazić się na krytykę konserwatystów. Wiem, że zamieszałam, ale wierzcie mi warstwa tekstowa „Dzieci nocy” wbrew pozorom jest bardzo zawiła. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że fabuła jest prosta – ot, mamy relację trójki bohaterów (czwórki, jeśli wliczyć Ilonę, która również ma do odegrania ważną rolę) przebywających w jednym hotelu, gdzie rozgrywa się spora część akcji, przez co ma się poczucie obcowania z mocno kameralnym obrazem. Nawet sceny nakręcone na zewnątrz, pod czy to zachmurzonym niebem, czy pod osłoną nocy cechują się intymnym minimalizmem. Z prawie każdego ujęcia, nawet tych pozbawionych nagości, przebija nutka erotyzmu, która w połączeniu z niezwykle ponurą atmosferą, licznymi zbliżeniami na czołowe postacie i zahaczającymi o surrealizm zdjęciami skąpanymi w krwistej czerwieni, niemalże hipnotyzuje cierpliwego widza. Akcja na pozór rozwija się nieśpiesznie wręcz leniwie, ale tak naprawdę pod powierzchnią cały czas trwa prawdziwa burza. Jeśli głębiej wejrzeć w sferę psychologiczną to staje się jasne, że monotonia jest jedynie ułudą, że tak naprawdę sporo się dzieje. Przy czym aby móc to ujrzeć i poczuć całym sobą należy poczynić starania zsynchronizowania się ze specyfiką tego obrazu – wątpię jednak, żeby wielbicielom tylko i wyłącznie efekciarskiego kina ta sztuka się udała.

Nie sądzę, żeby grupą docelową „Dzieci nocy” Harry'ego Kumela byli jedynie zwolennicy starszych horrorów wampirycznych. Wydaje mi się, że to dziełko można spokojnie rekomendować również fanom minimalistycznych w formie, intymnych obrazów psychologicznych, które wręcz hipnotyzują treścią i nieopisanie mrocznym klimatem. Nie radzę natomiast sięgać po niego osobom poszukującym widowiskowych efektów specjalnych i tego rodzaju dynamiki, którą można zobaczyć między innymi w hollywoodzkich superprodukcjach. Produkcja „Dzieci nocy” od strony formalnej i artystycznej jest na wskroś europejska (co nie znaczy, że Amerykanom nie zdarzało / nie zdarza się kręcić filmów utrzymanych w podobnym klimacie) i to w całkowicie pozytywnym znaczeniu.

czwartek, 13 kwietnia 2017

„To” (1990)

Rok 1960. W miasteczku Derry w stanie Maine coś zabija dzieci. Najczęściej ukazuje się pod postacią klauna Pennywise'a, ale jest w stanie przybierać również inne postacie zaczerpnięte z ludzkich lęków. Dorośli nie są w stanie ujrzeć tej istoty, dzieci nie mogą więc szukać u nich pomocy. Siedmioro z nich, sześciu chłopców i jedna dziewczyna, których połączyła wielka przyjaźń, postanawia zgładzić Pennywise'a. Gdy w końcu dochodzi do konfrontacji zyskują nam nim przewagę, ale nie są pewni, czy udało im się go unicestwić. Przysięgają więc że jeśli potwór wróci ponownie staną z nim do walki. Trzydzieści lat później jeden z nich, Mike Hanlon, jako jedyny wciąż mieszkający w Derry, znajduje dowód świadczący o powrocie Pennywise'a. Telefonuje do reszty, którzy aż do tej chwili nie pamiętali o koszmarnych wydarzaniach z dzieciństwa, jakby po opuszczeniu przez nich Derry jakaś siła ingerowała w ich wspomnienia. Hanlon przypomina im o obietnicy, którą złożyli przed laty. Wszystko bowiem wskazuje na to, że Pennywise wrócił i przypuścił atak na kolejne niewinne istoty. Ci którzy przed laty stawili mu czoło muszą więc ponownie zmierzyć się ze swoimi lękami, w nadziei, że nadal drzemie w nich potężna siła, która w dzieciństwie pomogła im w starciu z potworem.

Miniserial stworzony na potrzeby telewizji ABC zatytułowany „To” jest adaptacją jednej z najdłuższych powieści Stephena Kinga. Pierwotny plan zakładał przeniesienie na ekran wszystkich ważniejszych wątków książki i obsadzenie w roli reżysera George'a Romero. Ostatecznie projekt powierzono Tommy'emu Lee Wallace'owi, który wcześniej stworzył między innymi „Halloween 3: Sezon czarownic” i „Postrach nocy 2”. Nie poprzestał jednak na reżyserowaniu – razem z Lawrencem D. Cohenem pracował również nad scenariuszem, który ze względu na niezdecydowanie ABC obu nastręczył pewnych trudności. Cohen zdradził, że przedstawiciele ABC długo nie mogli się zdecydować na ostateczną długość filmu, a kiedy już to zrobili czas trwania miniserialu miał być krótszy niż wstępnie zakładano. Z czego Cohen nie był zadowolony, ponieważ musiał wyciąć ze scenariusza wiele wątków, które podczas lektury powieści wywarły na nim niemałe wrażenie. Ograniczony czas antenowy istotnie nieco spłaszczył fabułę „To”, przez co twórcy narazili się niektórym wielbicielom powieści, ale ogólny odbiór amerykańskiej opinii publicznej był całkiem dobry. Oglądalność podczas premierowych pokazów dwóch (trochę ponad) półtoragodzinnych odcinków była tak duża, że można chyba spokojnie mówić o wielkim sukcesie kanału ABC. Na 2017 rok zapowiedziano nową filmową wersję „To” w reżyserii Andresa Muschiettiego, wziąwszy jednak pod uwagę fakt, że ma to być produkcja kinowa nie można chyba oczekiwać, że będzie bardziej wierna literackiemu pierwowzorowi niż pierwsza telewizyjna adaptacja.

Na ogół nie przeszkadzają mi modyfikacje w scenariuszach filmów powstałych w oparciu o utwory literackie. Nie dyskredytuję z góry wszystkich adaptacji i nie gloryfikuję pomysłów na ekranizacje już na etapie zapowiedzi, ale w przypadku miniserialu Tommy'ego Lee Wallace'a pod tytułem „To” wolałabym większą zgodność z powieściowym oryginałem. Albo chociaż innego rodzaju ingerencję w fabułę pierwotnie opracowaną przez Stephena Kinga. Największą siłą powieści są retrospekcje, wprowadzające czytelnika w sentymentalny nastrój zmiksowany z potężną dawką grozy uosabianą przez morderczego klauna, Pennywise'a, który zagnieździł się w małym fikcyjnym miasteczku w stanie Maine. Twórcy miniserialu obdarowali widzów namiastką tej niezwykłej atmosfery, ale ograniczenia czasowe narzucone przez ABC nie pozwoliły im zbliżyć się do efektu osiągniętego przez Kinga na tyle, abym uznała ten proces za całkowicie udany. Problemu nie upatruję w dziecięcych kreacjach (Jonathan Brandis w roli Billa i Brandon Crane jako Ben zdołali nawet wprawić mnie w niemały zachwyt), ani w całościowym przebiegu ich koszmarnych przygód tylko w ich rozczarowującej długości. Scenarzyści musieli poprzestać na wielu uproszczeniach i to zarówno podczas partii rozgrywających się w 1960 roku, jak i tych mających miejsce trzydzieści lat później. Nie mogli pozwolić sobie na zachowanie wszystkich ważniejszych wątków znanych z powieści, ani nawet na popuszczenie wodzów wyobraźni, co mogłoby zaowocować wzbogaceniem tej historii o jakieś nowe spektakularne akcenty. Pozostało im więc sklejanie wątków, które w książce pojawiały się w większych odstępach czasowych, zrezygnowanie z wielu istotnych elementów (wydarzeń i postaci – tak na marginesie brak Żółwia najbardziej mnie uraził) i serwowanie tak zmodyfikowanych ustępów w kilku szybko następujących po sobie niedługich partiach. W przekroju dorosłego okresu życia czołowych bohaterów „To” ten zabieg jakoś szczególnie mi nie przeszkadzał. Owszem, byłabym bardziej zadowolona, gdyby tym ustępom poświęcono trochę więcej miejsca, ale jeśli miałabym wybierać to zdecydowanie wolałabym, aby to właśnie retrospekcjom kanał ABC dał więcej czasu antenowego. Tym bardziej, że sposób, w jaki Tommy Lee Wallace i jego ekipa podeszli do owych wątków tchnął takim zrozumieniem koncepcji Kinga, taką swoistą magią, że naprawdę chciałoby się patrzeć na to o wiele dłużej. Już samym klimatem spowijającym dwunastoletnich, niezmiernie sympatycznych protagonistów twórcy rozbudzili we mnie apetyt na więcej, który spotęgowali jeszcze widowiskowymi efektami specjalnymi. Dodatki cyfrowe pojawiały się z rzadka, uznano bowiem (i słusznie), że rekwizyty i charakteryzacje lepiej się sprawdzą. I nawet jeśli parę praktycznych efektów jawi się mocno kiczowato to jest to tego rodzaju kicz, na który mogę patrzeć bez odrobiny irytacji, wyłączając oczywiście charakteryzującego się zbytnią groteskowością animatronicznego pająka. Wprost znakomicie prezentowały się natomiast ustępy z udziałem krwi, czy to bryzgającej z odpływu umywalki podczas finalizacji jednej z najbardziej nastrojowych sekwencji rozgrywającej się w łazience dwunastoletniej Beverly Marsh, czy chlapiącej z eksplodujących balonów podrzucanych przez Pennywise'a. Twórcom miniserialu udało się również z niezwykłym wyczuciem klimatu przenieść na ekran spotkanie dorosłej Beverly ze starszą kobietą mieszkającą w jej niegdysiejszym lokum, której końcowa aparycja odznacza się wielką starannością w uwypuklaniu zapadającego w pamięć szkaradzieństwa. Udanych efektów specjalnych i sekwencji, które wprost promieniują mroczną, ciężkawą atmosferą zbliżającego się zagrożenia jest dużo więcej – filmowcy nie szczędzili widzom tych widowiskowych dodatków, starali się jednak nie zapominać o innych ważnych aspektach niniejszej opowieści. Ograniczenia antenowe nie pozwoliły jednak przedstawić ich w tak wyczerpujący sposób, jak uczynił to Stephen King na kartach swojego pokaźnego tomiszcza. Poczyniono wiele starań, aby w retrospekcjach niewielkie miasteczko Derry tchnęło pozorną sielanką, żeby w gorących promieniach słonecznych mieniło się żywymi barwami podkreślającymi dziecięcą beztroskę, co z godnym pochwały wyczuciem gatunku idealnie skontrastowano z dosadną złowieszczością uosabianą przez tajemniczego klauna. Właściwie ze wszystkich retrospekcyjnych kadrów, nawet tych bez udziału Pennywise'a, przebija jakaś groźba, nieustannie czające się zagrożenie, które dybie na życie jakże sympatycznych dwunastolatków. Nawet sceny nakręcone w pełnym świetle dziennym koncentrujące się na niewinnych dziecięcych zabawach tchną niewidocznym, acz doskonale wyczuwalnym zagęszczającym się mrokiem. W porównaniu do tego osiągnięcia Tommy'ego Lee Wallace'a wydarzenia mające miejsce trzydzieści lat później – w pierwszej połowie następujące naprzemiennie z retrospekcjami, w drugiej zaś dominujące nad nimi – prezentują się... bo ja wiem... płasko? Tak to chyba odpowiednie słowo, bo chociaż nie brakuje w nich umiejętnie dawkowanego napięcia, udanych efektów specjalnych (scenka przy stole z ciasteczkami kryjącymi w sobie różne ohydztwa jest wprost niesamowita) i oczywiście odpowiednio ciemnych ujęć intensyfikujących aurę niebezpieczeństwa to w porównaniu do idealnej kompilacji sentymentalnej beztroski z ponurą groźbą pokazanej w retrospekcjach atmosfera spowijająca dorosłych bohaterów „To” i oni sami wydają się nieco spłaszczeni. W powieści retrospekcje również wypadały dużo bardziej atrakcyjnie. Cóż, taka specyfika tej opowieści, a ściślej oszałamiająca magia dzieciństwa oddana w takim stylu, że dorosłość w zestawieniu z nią wręcz musiała usunąć się na dalszy plan. Niemniej zamiłowanie Kinga do szczegółów, do odmalowywania iście plastycznych obrazów obecne również w sekwencjach poświęconych dorosłym protagonistom sprawia, że telewizyjny pobieżny zarys tych partii i tak zostaje za nimi daleko w tyle.

Chociaż wydarzenia rozgrywające się w 1990 roku w zestawieniu z retrospekcjami wypadają o wiele mniej korzystnie to i tak najwięcej żalu (nie tyle do twórców, miniserialu „To”, co do telewizji ABC) mam o właśnie dawne dzieje protagonistów, których połączyła tak silna, że wręcz rozczulająca przyjaźń. Większa ilość retrospekcji moim zdaniem lepiej komponowałaby się z mniej atrakcyjnym spotkaniem po latach w rodzinnym Derry. Chociaż z drugiej strony pomocne mogłoby być również bardziej zrównoważone przeplatanie tych dwóch okresów czasowych. W pierwszej połowie dominują wszak retrospekcje, w drugiej natomiast pojawiają się w rzadkich kilkuminutowych wstawkach – o ile lepiej prezentowałoby się to, gdyby proces przeplatania wątków ze wspomnianych dwóch okresów życia protagonistów rozciągnąć na cały obraz, łącznie z zakończeniem, które notabene w porównaniu do książki jest mocno ugrzecznione, co wziąwszy pod uwagę fakt, że zrealizowano go dla telewizji w ogóle mnie nie dziwi. Gwoli sprawiedliwości efekt mógł jednak prezentować się dużo gorzej, gdyby tylko projekt powierzono mniej utalentowanej ekipie bądź reżyserowi, który nie byłby w stanie zsynchronizować się ze spojrzeniem Stephena Kinga na tę doskonale skonstruowaną opowieść. Tommy Lee Wallace to potrafił – nawet w sytuacji, która „nie pozwalała mu rozwinąć skrzydeł” w takim stopniu, jak uczynił to autor książki, udało mu się przywołać ducha powieści. W mniej porażającym, pobudzającym wyobraźnię stylu, ale i tak całkiem mocno odczuwalnego. Co więcej upiorna postać Pennywise'a w wykonaniu znakomitego Tima Curry'ego, niepokojący efekt starań uzdolnionych charakteryzatorów, po dziś dzień przez wielu wielbicieli horrorów jest uważana za jedną z najbarwniejszych sylwetek w historii kinematografii grozy. Kultowy czarny charakter, który ze wszystkich licznych superlatywów miniserialu Tommy'ego Lee Wallace'a bez wątpienia zasłużył sobie na najwyższe uznanie. Obok niepowtarzalnej kreacji Tima Curry'ego i zapadającej w pamięć charakteryzacji (która może przyprawić o zawał serca widzów borykających się z koulrofobią) na odnotowanie zasługuje również idealne wyczucie czasu, którym wykazali się twórcy podczas dosłownie każdej manifestacji Pennywise'a. Jego wymalowana facjata wypełnia ekran w najbardziej sprzyjających momentach, przy czym nie wygląda to tak, jakby filmowcy starali się podrywać widzów z fotela prymitywnymi jump scenkami, a przynajmniej nie podczas wszystkich takowych upiornych manifestacji. Z mojego punktu widzenia częściej porywali się na dużo trudniejszą sztukę powolnego zbliżania się zagrożenia pod postacią złośliwego klauna (uwielbiam moment z „ruchomą fotografią”), albo choćby krótkiego zasygnalizowania jakimś wiele mówiącym upiornym akcentem jego pojawienia się w następnym ujęciu (ryzykowny wybieg, ale zazwyczaj udawało się go właściwie przeprowadzić), dzięki czemu Pennywise o wiele silniej zakotwicza się w ludzkim umyśle. Dużym uznaniem opinii publicznej cieszy się również ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Richarda Bellisa (zdobywczyni nagrody Emmy), która rzeczywiście odegrała niemałą rolę w budowaniu atmosfery miniserialu, zwłaszcza pozornie sielankowych wstawek z dzieciństwa protagonistów, aczkolwiek w scenach szczytowej grozy charakterystyczne melodie również nie były bez znaczenia – znacznie intensyfikowały napięcie wzmagając złowrogą tonację burzliwej sfery wizualnej.

Miniserialu „To” nie muszę chyba polecać zagorzałym miłośnikom kina grozy, bo jak mniemam seans tego dokonania Tommy'ego Lee Wallace'a mają już za sobą. Jak mniemam w wielu przypadkach pewnie na jednym się nie skończyło. Całokształt może i nie budzi wielkiego zachwytu, bez wątpienia przegrywa w starciu z literackim pierwowzorem pióra Stephena Kinga, ale i tak ma w sobie to coś, co każe co jakiś czas do niego wracać. Zwłaszcza jeśli jest się fanem starszych horrorów przepełnionych swoistą magią, której tak bardzo brakuje we współczesnych produkcjach wpisujących się w ten gatunek. Idealny nie jest, to fakt, zwłaszcza jeśli zna się utwór, na podstawie którego powstał, ale kto powiedział, że jedynie idealne horrory mogą dostarczyć fanom gatunku wiele niezapomnianych wrażeń? W miniserialu „To” z mojego punktu widzenia pojawia się kilka potknięć, mniej lub bardziej istotnych, ale o dziwo to nie rzutuje zanadto na mój odbiór całości. Chociaż rzecz jasna nieporównanie bardziej wolę książkę, która swoją drogą najprawdopodobniej jest znana każdemu wielbicielowi literatury grozy... a przynajmniej ze słyszenia (w końcu już choćby jej gabaryty na niektórych mogą działać odstraszająco), więc i w tym przypadku wstrzymam się od rekomendacji tej pozycji tej konkretnej grupie czytelników. Zachęcam jednak zarówno do lektury, jak i do seansu wszystkich pozostałych tj. tych którzy nie mają nic przeciwko obcowaniu od czasu do czasu z jakimś ciekawym horrorem czy to w formie powieściowej, czy ekranowej.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

William Peter Blatty „Egzorcysta”

Recenzja przedpremierowa

Aktorka Chris MacNeil mieszka wraz z dwunastoletnią córką Regan MacNeil i skromną służbą w Georgetown w Waszyngtonie. Kiedy dziewczynka informuje ją, że za pośrednictwem planszy ouija nawiązała kontakt z istotą, którą nazywa Kapitanem Howdym jej matka jest przekonana, że to jedynie niegroźny wytwór wyobraźni dziecka. Początkowo nie łączy tego z dziwnymi odgłosami rozlegającymi się w domu i historiami Regan o ruszającym się łóżku. Wkrótce potem zachowanie dziewczynki ulega drastycznej zmianie. Chris szuka pomocy u lekarzy, którzy po wykonaniu niezliczonych badań nie są w stanie postawić jednoznacznej diagnozy. Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem stanu Regan jest podświadoma wiara dziewczynki w opętanie, jeden z lekarzy doradza więc Chris konsultację z księdzem. Aktorka zwraca się do jezuity ze specjalizacją psychiatryczną, Damiena Karrasa, który właśnie przechodzi kryzys wiary. Kobieta nie wierzy w chorobę psychiczną córki, skłania się raczej w stronę prawdziwego opętania przez demona, ale Karras jest sceptycznie nastawiony do tej teorii. Mimo dręczących go wątpliwości zbiera materiały mogące świadczyć o zawłaszczeniu ciała Regan przez jakiś obcy byt i występuje do swoich przełożonych z prośbą o przeprowadzenie egzorcyzmów. Kościół wysyła do domu Chris Lankestera Merrina, księdza w podeszłym wieku mającego doświadczenie w tego rodzaju duchowej walce.

Po raz pierwszy wydana w 1971 roku powieść „Egzorcysta” autorstwa nieżyjącego już Williama Petera Blatty'ego to jeden z najważniejszych reprezentantów literackiego horroru - dzieło, które miało nieoceniony wpływ na rozwój gatunku, ponadczasowa obowiązkowa lektura dla każdego, kto uważa się za oddanego wielbiciela powieściowych horrorów. Pomysł na fabułę zrodził się w głowie Blatty'ego po zapoznaniu się z przypadkiem Rolanda Doe (pseudonim), czternastoletniego chłopca, którego poddano egzorcyzmom pod koniec lat 40-tych XX wieku. Prototypem ojca Lankestera Merrina był zaś brytyjski archeolog Gerald Lankester Harding, którego Blatty poznał w Bejrucie. W 1973 roku powieść przeniesiono na ekran – scenariusz napisał sam autor literackiego pierwowzoru, reżyserii natomiast podjął się William Friedkin. Ekranizacja powszechnie uważana jest za jedno ze sztandarowych dzieł w historii gatunku, kamień milowy, który wstrząsnął nie tylko ówczesną, ale również dużą częścią współczesnej publiki. Zachęcony spektakularnym sukcesem powieściowego i filmowego „Egzorcysty” William Peter Blatty napisał kontynuację swojej przełomowej historii, która pod tytułem „Legion” ukazała się w Stanach Zjednoczonych w 1983 roku i również doczekała się swojej filmowej wersji dystrybuowanej jako „Egzorcysta 3”, w reżyserii samego pomysłodawcy i tak samo jak w przypadku ekranizacji części pierwszej na podstawie jego własnego scenariusza. W 2011 roku z okazji czterdziestej rocznicy pierwotnej publikacji „Egzorcysty” na amerykańskim rynku ukazało się nieco rozszerzone wydanie, które w polskich księgarniach nakładem wydawnictwa Vesper pojawi się 11 kwietnia 2017 roku.

Egzorcysta” Williama Friedkina, czy „Dziecko Rosemary” Romana Polańskiego? Od lat nie potrafię rozstrzygnąć, który z tych obrazów powinnam (z całkowicie subiektywnego punktu widzenia) uznać za najlepszy horror w historii kinematografii. Oba są ekranizacjami (zmiany w stosunku do pierwowzorów nie są aż tak istotne, żebym mogła określać je mianem adaptacji), oba dotykają tematyki religijnej, wykorzystując jednak zupełnie inne środki przekazu. „Egzorcysta” ma zdecydowanie bardziej agresywną, miejscami nawet szokującą formę, natomiast o wiele bardziej minimalistyczne „Dziecko Rosemary” największy nacisk kładzie na aspekty psychologiczne, nie zaś widome oznaki ingerencji sił nieczystych w do niedawna szczęśliwe życie zwykłych śmiertelników. Ale choć nadal nie mogę zdecydować, która z tych produkcji jest lepsza nie mam problemu z uznawaniem ich za dzieła, które przebiły literackie oryginały – zjawisko rzadkie, niemniej co jakiś czas się zdarza, zwłaszcza, gdy jakiś uzdolniony reżyser sięgnie po utwór charakteryzujący się mocno uproszczonym warsztatem. „Egzorcysta” (zresztą tak samo jak „Dziecko Rosemary” Iry Levina, ale zostawmy już tę pozycję) to w sumie taki gotowy scenariusz – krótkie, acz w większości treściwe zdania skutecznie pobudzają wyobraźnię, idealnie zarysowują kontekst sytuacyjny i z łatwością wprowadzają nas w demoniczny klimat powieści, ale nie dają nam dużego wglądu w postacie bohaterów. Co więcej w umyśle osoby, która jakimś cudem nie widziała ekranizacji oszczędne opisy Blatty'ego najprawdopodobniej nie odmalują tak przerażających obrazów, jakie pokazano na ekranie. Wyobraźnię pobudzają, owszem, ale przez wspomnianą oszczędność w słowach oddziaływanie na odbiorcę nie jest tak potężne – obrazki, jakimi Blatty obdarowuje czytelnika nie wwiercają się tak boleśnie w jego umysł, jak ma to miejsce w przypadku owoców pracy twórców efektów specjalnych pracujących nad legendarnym „Egzorcystą” Williama Friedkina. Oceniając jednak dzieło Blatty'ego w oderwaniu od jego cudownej ekranizacji, choćby nawet bardzo się chciało nie sposób spoglądać na niego chłodnym okiem. Nawet jeśli preferuje się historie spisane w nieporównanie bardziej wyczerpującym stylu. Historia broni się wszak sama i to już od pierwszych złowieszczych ustępów, które bez zbędnej zwłoki (a właściwie to natychmiast) idealnie synchronizują czytelnika z przytłaczająco mroczną atmosferą, która jak z czasem się przekonamy będzie emanować z dosłownie każdej stronicy „Egzorcysty”, będzie „kotłować się” gdzieś w tle nawet w trakcie portretowania całkowicie niewinnych wydarzeń składających się na codzienną rutynę aktorki Chris MacNeil. We wstępnych partiach książki Blatty intensyfikuje te subtelne, atmosferyczne oznaki wkraczania czegoś nieznanego w twardą rzeczywistość czołowych bohaterów, bardziej jednoznacznymi przejawami ingerencji sił nieczystych. Dziwaczne nocne odgłosy, których źródła nie sposób z całą pewnością ustalić, profanacja mająca miejsce w pobliskim kościele, Regan informująca matkę, że nawiązała kontakt z niejakim Kapitanem Howdym za pośrednictwem planszy ouija, wkrótce zwierzająca się jej, że nie może spać, bo jej łóżko się trzęsie. I wreszcie stopniowa zmiana charakteru Regan, tak specyficzna, że początkowo zmusza Chris do wypatrywania w tym objawów rozdwojenia jaźni. Dla czytelnika tymczasem jest to sygnał, że zakończył się etap pierwszy, że nieśmiałe manifestacje nadnaturalnej obecności dobiegły końca i demon przeszedł do ataku. Najbardziej zadziwiające w „Egzorcyście” jest to, że pomimo swoich niewielkich gabarytów z zegarmistrzowską precyzją przeprowadza nas przez całe spektrum szybko następujących po sobie, niebywale trzymających w napięciu incydentów, które jawią się niczym kolejne przystanki w drodze do przerażającego bytu. Jak się to czyta ma się nieodparte wrażenie, że autor ciągnie nas w stronę czegoś, czego lepiej nie oglądać, niemniej jakaś niepojęta fascynacja? siła? nie pozwala nam przerwać tej podróży. Kontynuujemy więc lekturę w przeświadczeniu o rychłym koszmarze z udziałem szkaradnej istoty. Z głęboką pewnością, że nie tylko czołowi bohaterowie książki będą musieli skonfrontować się z demonem gnieżdżącym się w ciele dwunastoletniej dziewczynki, ale również my sami, bo nasze zaangażowanie jest tak wielkie, że praktycznie zapominamy, że śledzimy to wszystko z pozycji zwykłego obserwatora, a nie czynnego uczestnika. 

Egzorcysta” w wielkim skrócie jest opowieścią o duchowym starciu dobra ze złem. To drugie uosabia złośliwy demon, który zawłaszczył ciało niewinnej dziewczynki, w kontrze do niego stają natomiast borykający się z kryzysem wiary jezuita Damien Karras i mający doświadczenie w egzorcyzmach ojciec Lankester Merrin. Medycyna, której Blatty sporo miejsca poświęca w środkowych partiach powieści okazuje się całkowicie bezradna, co w pewnym sensie można odebrać jako swoisty przytyk Blatty'ego w stronę „wszystkowiedzących” tak zwanych ludzi nauki, którym wydaje się, że absolutnie wszystko można zracjonalizować, nawet wówczas, gdy ich metody zawiodą. Znamienne jest to, że lekarz który kieruje Chris MacNeil do księdza nie dopuszcza do siebie możliwości, że jej córka mogła zostać opętana przez demona, wyraża jedynie przypuszczenie, że sugestia jaką wywrą na podświadomość Regan egzorcyzmy ze stricte psychologicznego punktu widzenia może być pomocna. Co więcej Blatty jednym z „boskich wojowników” czyni księdza, który boryka się z kryzysem wiary, jezuitę ze specjalizacją psychiatryczną, który powątpiewa w opętanie dwunastolatki przez demona. Niemniej ostatecznie decyduje się przychylić do próśb Chris MacNeil, ateistki (!), której najłatwiej przychodzi utwierdzenie się w przekonaniu, że jej córką zawładnęła jakaś siła nieczysta, którą można zwalczyć jedynie poprzez odprawienie egzorcyzmów. Powiedziałabym, że to swego rodzaju niezwykle smaczny pokaz „odwrócenia ról” - ukazanie dwóch bohaterów w niespodziewanym świetle poprzez odmienne reakcje na „przypadłość” Regan w każdym przypadku nieprzystające do tego, czego moglibyśmy oczekiwać od księdza i ateistki. Można chyba śmiało założyć, że Blatty starał się złamać kilka stereotypów, a nawet delikatnie zakpić sobie z niewierzących – tak jakby mówił „jak trwoga to do Boga”. Przy czym tutaj również uwidacznia się zastanawiające podejście Chris do przerażającego zjawiska, z którym ma do czynienia, bo jak dowiadujemy się z epilogu mimo że w pewnym momencie wyzbyła się wątpliwości w istnienie demona, mimo że zwróciła się o pomoc do księży, przez cały czas wątpiła w istnienie Boga... Wspominam o tych problemach wiary tylko dlatego, że Blatty poświęcił im sporo uwagi i ze wszystkich aspektów psychologicznych wydawały mi się one najszerzej omówione – szkoda, że pozostałym cechom Chris, Karrasa i oczywiście Merrina (którego potraktowano chyba najbardziej niesprawiedliwie, omówiono najbardziej pobieżnie) nie poświęcono tyle samo miejsca. W krótkim omówieniu „Egzorcysty” nie może oczywiście zabraknąć barwnej postaci Williama F. Kindermana, przebiegłego detektywa z wydziału zabójstw, który prowadzi śledztwo w sprawie śmierci przyjaciela Chris, podejrzewając morderstwo rytualne jakoś powiązane z rodziną MacNeilów. Jego dochodzenie co prawda nie należy do najbardziej spektakularnych w historii literatury, nie jest ani złożone, ani zaskakujące, niemniej znacznie intensyfikuje aurę nieuchronnego nieszczęścia, wzbogaca zapowiedź nadnaturalnego zagrożenia zwiastunem zagrożenia nazwijmy go ziemskiego. Nie wspominając już o korzyściach, jakie płyną ze znakomicie skonstruowanej sylwetki pozornie roztargnionego detektywa.

Pobieżnie porównałam rozszerzone wydanie „Egzorcysty” z wcześniejszą wersją i znalazłam tylko jedną istotną zmianę (nie wykluczam jednak, że mogłam coś przegapić). Mowa o dodatkowej scence z udziałem Damiena Karrasa, która wypełnia małą lukę w fabule, dostrzeżoną przeze mnie już podczas pierwszej lektury krótszego wydania i to w sposób, który nieco komplikuje nasze postrzeganie tej postaci. Znalazłam jeszcze dwie dodatkowe, acz w mojej ocenie mało ważne wstawki w ostatnich partiach wydania Vesper tj. wiersz recytowany w myślach przez Karrasa i przekazanie Chris medalika na łańcuszku. Mam świadomość, że niejednego długoletniego wielbiciela literackich horrorów (zakładam, choć może na wyrost, że w tej grupie nie ma osoby, która lektury tej powieści nie miałaby już za sobą) takie szczególiki nie zachęcą do zapoznania się z nowym wydaniem, ale ze względu na wcześniej wspomnianą istotną sekwencję tym osobnikom radziłabym jeszcze raz to przemyśleć. Bo moim zdaniem dla tego jednego dodatkowego wątku warto sięgnąć po najnowszą publikację „Egzorcysty”, pod warunkiem oczywiście, że ma się ochotę odświeżyć sobie tę pozycję – w żadnym razie nie czyniłabym tego na siłę, nawet będąc świadomym, że fabuła została wzbogacona o jeden ważny wątek. Lepiej chyba poczekać na moment, w którym poczuje się nieodpartą potrzebę ponownego zderzenia z tym ponadczasowym dziełem, ponieważ wówczas wrażenia zapewne będą nieporównanie większe.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 8 kwietnia 2017

„Wyspa doktora Moreau” (1977)

Wycieńczony Andrew Braddock po kilkunastodniowym dryfowaniu w niewielkiej łódce po Pacyfiku znajduje ratunek na wyspie, zamieszkałej przez doktora Paula Moreau i podlegających mu ludzi. Po odzyskaniu sił dowiaduje się, że wrócić do rodzinnej Anglii może jedynie na pokładzie statku dostarczającego żywność na wyspę. Moreau nie ma nic przeciwko temu, aby poczekał na transport w jego prymitywnym przybytku. Zastrzega jedynie, że nocą nie wolno mu wyjść za drewniane ogrodzenie. Oprócz służby i doktora na wyspie przebywają również pełniący obowiązki zarządcy Montgomery i wychowana przez Moreau młoda kobieta Maria. Choć towarzystwo jest życzliwe Braddock nie czuje się w tym miejscu komfortowo. Nocą z zalesionych obszarów wyspy wydobywają się niepokojące odgłosy, które Andrew początkowo tłumaczy sobie obecnością zwierząt. Jednakże zachowanie pozostałych mieszkańców tego miejsca z czasem każe mu sądzić, że wyjaśnienie tego zjawiska jest dużo bardziej złożone. Wkrótce Braddock odkryje przerażającą prawdę o doktorze Moreau. Pozna tajniki przeprowadzanych przez niego eksperymentów i będzie musiał zdecydować, czy powinien służyć mu pomocą.

„Wyspa doktora Moreau” w reżyserii Dona Taylora jest drugą filmową adaptacją głośnej powieści Herberta George'a Wellsa o tym samym tytule. Powstało oczywiście kilka innych obrazów luźno inspirowanych tym literackim dziełem, ale jak na razie tylko projekty Erle'a C. Kentona z 1932 roku, omawiany Dona Taylora oraz Johna Frankenheimera (i niewymienionego w czołówce Richarda Stanleya) z 1996 roku uważa się za pełnoprawne filmowe adaptacje rzeczonego utworu H.G. Wellsa. Readaptacja Dona Taylora na podstawie scenariusza Ala Ramrusa i Johna Hermana Shanera obecnie nie przyciąga przed ekrany tylu widzów, co trzecia adaptacja „Wyspy doktora Moreau” powstała w latach 90-tych. Zebrała za to lepsze recenzje od krytyków, aczkolwiek nadmierny optymizm i tak z nich nie przebija.

„Wyspę doktora Moreau” autorstwa H.G. Wellsa mam do nadrobienia, ale zarys fabuły poznałam już w dzieciństwie przy okazji seansu jej trzeciej adaptacji. Wówczas film nie wywarł na mnie większego wrażenia, nie przeszkodziło mi to jednak w daniu mu kolejnej szansy przed kilkoma laty. Także wtedy nie potrafiłam wykrzesać z siebie dużego entuzjazmu, choć daleka również byłam od uznania tego obrazu za całkowitą porażkę. Na wersję Dona Taylora spoglądam bardziej przychylnym okiem, niemniej i w tym przypadku o żadnych zachwytach z mojej strony nie może być mowy. Wydaje mi się jednak, że twórcy readaptacji z 1977 roku wykazali się większą zręcznością w żonglowaniu elementami składającymi się na problematykę tej opowieści. Wersja Dona Taylora w mojej ocenie powinna dostarczyć więcej korzyści wielbicielom horrorów science fiction niźli ciesząca się większą oglądalnością adaptacja z lat 90-tych. Nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że z tego chwytliwego pomysłu H.G. Wellsa można by wycisnąć nieporównanie więcej. Zamknięcie akcji na niewielkiej zalesionej wyspie zamieszkałej przez garstkę ludzi, egzystującą w prymitywnych drewnianych chatkach usytuowanych na ogrodzonym spłachetku ziemi, powinno być gwarantem przygniatającej aury wyalienowania doprawionej potężną dawką zagrożenia uosabianego przez tajemnicze istoty przemykające wśród drzew i wydające z siebie nieludzkie odgłosy. I takowy klimacik istotnie jest doskonale wyczuwalny podczas wstępnych sekwencji – niestety, z biegiem trwania seansu sukcesywnie traci na sile, za co można obarczyć przede wszystkim samą tematykę „Wyspy doktora Moreau”. Nie wydaje mi się jednak, żeby była ona jedyną winowajczynią takiego stanu rzeczy. Koncepcja H.G. Wellsa praktycznie uniemożliwiała wydobycie maksimum grozy z obiecującej scenerii, odbierała możliwość takiego zintensyfikowania aury zagrożenia, jak w przypadku chociażby „Ludożercy” bądź „Czy zabiłbyś dziecko?”. Niemniej wydaje mi się, że nic nie stało na przeszkodzie, aby natchnąć zdjęcia dużo bardziej ciemniejszymi barwami, które z całą pewnością mocniej potęgowałyby poczucie izolacji, swoistego pozostawania w pułapce bez wyjścia, klaustrofobicznego tkwienia pośrodku niczego ze zgrają dziwacznych istot. Sama tematyka, choć jak już zdążyłam wspomnieć negatywnie oddziałuje na atmosferę grozy, powinna zachęcić widza do głębokich przemyśleń obracających się wokół często poruszanego w utworach science fiction dylematu fiksacji na punkcie postępu. Twórcy „Wyspy doktora Moreau” stosunkowo szybko zdradzają, czym zajmuje się doktor Paul Moreau na tytułowej, położnej z dala od cywilizacji wyspie. Ten zabieg naturalną koleją rzeczy odziera atmosferę z poruszającej wyobraźnię tajemnicy przebijającej ze wstępnych kadrów i złowieszczego zagrożenia kumulującego się na czymś nieznanym czającym się za drewnianym ogrodzeniem. Oferuje jednak widzom coś w zamian – intrygujący pomysł na skonfrontowanie nas z bezlitosną sferą naukową, reprezentowaną w filmie przez klasycznego burzyciela doktora Paula Moreau. Jeśli wierzyć jego słowom działa on ze szlachetnych pobudek - determinuje go między innymi pragnienie przeciwdziałania mutacjom ludzkiego ciała. Swoje badania opiera jednak na haniebnych metodach, charakter jego eksperymentów (jak niejedno dziełko science fiction przed nim) każe nam z trwogą spoglądać w przyszłość i zastanowić się, czy tak zwany postęp nie jest aby naszym przekleństwem. Czy rozwój nauki i techniki nie oddala nas coraz bardziej od człowieczeństwa i oczywiście czy mamy prawo ingerować w przyrodę w taki sposób, w jaki zwykliśmy to czynić w imię tak zwanego rozwoju cywilizacyjnego?

H.G. Wells wierzył, że jego wizja może się ziścić w przyszłości, że osiągnięcia wykreowanego przez niego bohatera prędzej czy później mogą znaleźć odzwierciedlenie w rzeczywistości. Współczesna medycyny wyklucza jednak taką możliwość, co może ale nie musi o niczym świadczyć, bo trudno przewidzieć kierunek, w jakim z czasem się ona rozwinie... Bez względu na to czy uznamy wizję Wellsa za wielce prawdopodobną, czy będziemy na nią spoglądać, jak na fantastyczny produkt wybujałej wyobraźni, przesłania jakie za sobą niesie są aktualne po dziś dzień i dopóki będą istnieć ludzie (oraz dobra naturalne) to najpewniej się nie zmieni. Donowi Taylorwi udało się rozbudzić moją ciekawość owymi akcentami moralizatorskimi, w dużej mierze dlatego, że nie zaserwował mi chaotycznego zlepka różnego rodzaju przemyśleń na temat natury ludzkiej i szaleńczego pędu za postępem tylko potraktował to jako punkt wyjścia do snucia całkiem wciągającej historii doprawionej nutką dramatyzmu. Nutką, bo jednak napięcie znacznie obniża charakter tajemniczych istot mieszkających na wyspie – z ich postaci emanuje co prawda zapowiedź niebezpieczeństwa, ale jest ona znacznie złagodzona ich osobistą tragedią. Na przekonująco, acz w żadnym razie nie przerażająco ucharakteryzowane stworzenia patrzyłam jak na ofiary, nie zaś oprawców, których należy się obawiać. Taki był chyba zamysł Wellsa (coś w ten deseń uczynił wiele lat później między innymi Clive Barker w swojej powieści „Cabal. Nocne plemię”) – to w doktorze Moreau mieliśmy upatrywać największego zagrożenia, przez co każdorazowe spotkania sympatycznego bohatera, Andrew Braddocka, z mieszkającymi w jaskini istotami traciły na niepokojącej wyrazistości. Z jego relacji z doktorem Moreau (znakomita kreacja Burta Lancastera) przebijała zdecydowanie większa groźba pomimo braku śmiałeś charakteryzacji tego drugiego. W tym przypadku nie potrzeba było przerażającego makijażu, żeby uczulić odbiorcę na jego osobę. Wystarczyło posłuchać co ma do powiedzenia i przyjrzeć się rezultatom jego bulwersujących eksperymentów. Co wcale nie oznacza, że Donowi Taylorowi udało się wydobyć z tej postaci maksimum potencjału, że nie można było przedstawić burzyciela w bardziej złowieszczy sposób. Najbardziej rozczarował mnie jednak finał. Jeśli wierzyć informacjom krążącym w Internecie miano kilka pomysłów na zakończenie tej historii, Don Taylor w ogóle nie brał ich jednak pod uwagę. Sama wymyśliłam jeden dużo bardziej wstrząsający finalny akcent UWAGA SPOILER Maria okazuje się jedynym w pełni udanym „produktem” Moreau KONIEC SPOILERA – i byłam wręcz pewna, że właśnie w tę stronę skłoni się scenariusz. Jeśli patrzeć więc na to od tej strony twórcom udało się mnie zaskoczyć, co nie znaczy, że akurat w tym przypadku można uznać to za dobre zagranie.

W „Wyspie doktora Moreau” w moim odczuciu jest sporo dramatu. Składowe tego gatunku przeplatają się z elementami tożsamymi dla horroru science fiction, nie jestem tylko pewna czy odbywa się to w równych proporcjach. Wolałabym oczywiście emanujące przygniatającą atmosferą zagrożenia i wyalienowania rasowe kino grozy, ale taki kształt również ma swój urok. Nie mam żadnych wątpliwości, że dziełko Dona Taylora szybko wywietrzeje z mojej pamięci, ale przynajmniej seans upłynął mi bez na tyle dużych zgrzytów, żebym mogła mówić o istnej drodze przez mękę. Więc summa summarum mogę chyba polecić ten obraz tym osobom, którym nie przeszkadza takie lżejsze w formie (bo w tekście niekoniecznie) podejście do kina grozy i science fiction.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Zapowiedź: „Amityville: Przebudzenie”

Ten dom jest zły
AMITYVILLE: PRZEBUDZENIE w kinach w lipcu

Film producenta horrorów „NAZNACZONY”, „PARANORMAL ACTIVITY”, „NOC OCZYSZCZENIA”, „SINISTER”, „WIZYTA”, „UCIEKAJ”.
Oparta na faktach przerażająca opowieść, która dała początek jednemu z najbardziej kultowych cykli w dziejach horroru.

Każdy dom żyje życiem swych mieszkańców. Ten żywi się ich śmiercią.

Nastoletnia Bella wraz z dwojgiem rodzeństwa i matką wprowadzają się do nowego domu. Ta przeprowadzka pozwoli im zaoszczędzić na kosztowne leczenie dla brata Belli, który od lat sparaliżowany, żyje przykuty do łóżka. Choć dom wydaje się przestronny i piękny, dziewczynę od początku coś w nim niepokoi. Ma poczucie, że nie są w nim sami. Gdzieś za ścianami wyczuwa niepokojącą obecność. Jej strach narasta, gdy w niewyjaśniony sposób zaczyna zmieniać się stan zdrowia jej brata. To co początkowo wygląda na cud, wkrótce okazuje się koszmarem. Bella nabiera przekonania, że matka coś przed nimi ukrywa. Wkrótce zrozumie, że zamieszkali w domu, w którym doszło do potwornej zbrodni, a dusze umarłych wciąż szukają zemsty. Jednak to nie one uzdrawiają sparaliżowanego chłopca. Prawda, którą odkryje Bella, okaże się znacznie gorsza…
Między iluzją a rzeczywistością kryje się prawdziwe zło. 
 REŻYSERIA: Franck Khalfoun 
OBSADA: Cameron Monaghan („Gotham”, „Shameless: Niepokorni”),
Jennifer Jason Leigh („Nienawistna ósemka”, „Droga do
zatracenia”, „Plac Waszyngtona”, „eXistenz”,
„Sublokatorka”), Jennifer Morrison („Star Trek: W ciemność”,
„Wojownik”, „Grind”, „Dr. House”)
ZWIASTUN: tutaj

Źródło: wszystkie materiały podesłane przez Rabbit Action Sp. z o.o.

środa, 5 kwietnia 2017

„The Crooked Man” (2016)

Pięć dwunastoletnich dziewcząt spędza noc u jednej z nich. Wieczorem straszą się legendą o niejakim Crooked Manie, upiornej istocie, którą można przywołać odśpiewując krótką rymowankę zamieszczoną w Internecie. Sceptycznie nastawiona do tej historyjki Olivia Shaw za namową koleżanek odśpiewuje feralną piosenkę, a niedługo potem zostaje przyłapana z nożem nad zakrwawionymi zwłokami jednej ze swoich przyjaciółek. Sześć kolejnych lat Olivia spędza w szpitalu psychiatrycznym, a po zakończeniu leczenia wraca do rodzinnego miasteczka. Uważana za morderczynię dwunastoletniej dziewczynki młoda kobieta boryka się z wykluczeniem, również ze strony swoich niegdysiejszych przyjaciółek. Wkrótce udaje jej się jednak nawiązać przyjazne stosunki z młodym policjantem Noahem Palmerem. Niedługo potem osoby, które sześć lat temu przebywały w domu i w jego pobliżu podczas przywoływania Crooked Mana zaczynają umierać. Połamane ciało pierwszej ofiary w przeciwieństwie do reakcji tutejszych policjantów alarmuje Olivię. Dziewczyna szybko nabiera pewności, że Crooked Man wrócił, aby dokończyć to, co zaczął przed sześcioma laty.

Jesse Holland debiutował w 2010 roku filmem grozy zatytułowanym „YellowBrickRoad” (w pisaniu scenariusza i reżyserowaniu wspomagał go Andy Mitton). Kolejnymi projektami, w które się zaangażował były antologia „Chilling Visions: 5 Senses of Fear” - Holland odpowiadał za jeden z segmentów wchodzących w jej skład – oraz „We Go On”, który ukazał się w tym samym roku, co „The Crooked Man”. Ten ostatni powstał w oparciu o scenariusz Petera Sullivana, samą historię natomiast obmyślił wespół z Jeffreyem Schenckiem. Inspirację czerpali z rymowanki o Crooked Manie, która pojawia się również w „Obecności 2”. Panowie najwidoczniej uznali, że jego postać dobrze wpasuje się w konwencję slasherową, choć koncepcja mogła również być narzucona przez kanał Syfy, na potrzeby którego „The Crooked Mana” nakręcono.

W wyglądzie tytułowego antybohatera fani kina grozy zdążyli już dopatrzeć się potencjalnego wpływy takich „osobistości”, jak Nosferatu, Smakosz, Babadook i Freddy Krueger (chyba przez te długie palce, które z oddali przypominają noże). I rzeczywiście wizualnie upiór wykreowany przez twórców omawianego filmu wygląda jak swoiste skrzyżowanie wyżej wymienionych postaci, aczkolwiek nie sposób nie zauważyć, że dodano mu również coś od siebie. Otóż, pokraczna maszkara zwana Crooked Manem została poddana śmiałej obróbce na etapie montażu, w taki sposób, aby poszczególne fragmenty jej ciała w niektórych ujęciach wyglądały tak, jakby wyginały się pod najróżniejszymi kątami. Tymczasem twarz na kilku zbliżeniach dzięki celowemu niedopasowaniu strzępków obrazu wydaje się być w ciągłym, acz nieosiągalnym dla zwykłego śmiertelnika ruchu. Może i brzmi to jak powiew świeżości w bądź co bądź mocno skostniałym nurcie, jak coś co wypadałoby zobaczyć. Potencjalnym odbiorcom „The Crooked Mana” radzę jednak nie spodziewać się zbyt wiele, bo szczerze powiedziawszy czarny charakter lepiej prezentuje się w krótkich opisach niźli na ekranie. Jego wizerunek szpeci bowiem nazbyt rzucająca się oczy ingerencja komputera, szczególnie w ujęciach jego oblicza, prezentującego się tak, jakby żywcem wyjęto je z jakiejś współczesnej animacji. Bajkowy wyblakły błękit chyba najbardziej psuje efekt, ale nie bez znaczenia są również zauważalne cyfrowe wklejki doskonale widoczne (i bijące po oczach sztucznością) w trakcie nierzadkich zbliżeń na jego twarz. Informacja o modus operandi Crooked Mana, jego zamiłowaniu do łamania kości nieszczęśników, może być sporą zachętą dla wielbicieli krwawych horrorów. Pragnę jednak również i w tym miejscu przestrzec tych zainteresowanych seansem „The Crooked Mana”, którzy liczą na mocno odstręczające wizualizacje gore. Tego tutaj nie uświadczą. Co więcej nie zobaczą również niczego, co choćby otarłoby się o coś, co można by określić, jako pomysłowy sposób eliminacji ofiary, bo Jesse Holland absolutnie nie był zainteresowany kręceniem slashera, który kładłby większy nacisk na ten aspekt. Trochę substancji imitującej krew chlapnie od czasu do czasu, ale charakteru ran zadanych przez tytułowego upiora możemy się jedynie domyślać. Slashery rzadko wpadają w przesadną drastyczność, aczkolwiek aż tak daleko posunięta minimalizacja wspomnianej składowej również nieczęsto się zdarza. Nawet jak na standardy tego podgatunku „The Crooked Man” wypada bardzo grzecznie, nadzwyczaj delikatnie, przez co spragniony mocniejszych wrażeń widz stosunkowo szybko powinien uświadomić sobie, że nie ma sensu oczekiwać kolejnych manifestacji tytułowego potwora w nadziei na ujrzenie czegoś bardziej charakterystycznego. Kolejną właściwością Crooked Mana jest konieczność żerowania pod osłoną ciemności - zarówno w świetle dziennym, jak i w sztucznym nie jest w stanie egzystować. Co automatycznie nasunęło mi na myśl Boogeymana. Warto również wspomnieć o sposobie jego przywołania polegającym na odśpiewaniu rymowanki zamieszczonej w Internecie. W przeciwieństwie jednak do chociażby osławionej dziewczynki ze studni ten czyn nie sprowadza zagrożenia tylko na osobnika podejmującego ryzyko, ale również wszystkie osoby znajdujące się w tym momencie w jego otoczeniu. W ten oto sposób dwunastoletnia Olivia Shaw „podpisuje wyrok śmierci” na siebie i kilka innych osób.

Angelique Rivera w roli osiemnastoletniej Olivii Shaw wykazała się na tyle dużą charyzmą, że bez większych trudności udało mi się wsiąknąć w opowieść, w centrum której się znajdowała. Obarczona winą za śmierć koleżanki Olivia spędziła sześć lat w szpitalu psychiatrycznym. Po opuszczeniu placówki wróciła do rodzinnego domu, z którego jej matka jakiś czas temu się wyprowadziła, natychmiast po dotarciu na miejsce odkrywając, że nie cieszy się sympatią tutejszej społeczności. Zważywszy na to, że została obarczona winą za śmierć dwunastolatki trudno się dziwić tym nienawistnym reakcjom. Zrozumiałe jest również przekonanie wielu miejscowych o niestabilności psychicznej Olivii Shaw – w końcu ostatnie sześć lat spędziła w szpitalu psychiatrycznym, gdzie utrzymywała, że jej przyjaciółkę zabił potwór zwany Crooked Manem. Ale choć stosunek niemalże wszystkich mieszkańców miasteczka, w którym przed laty doszło do potwornej zbrodni jest całkowicie zrozumiały to nie oznacza to, że widz będzie go podzielał. Twórcy „The Crooked Mana” nie próbują „zaciemniać sytuacji” poprzez podawanie w wątpliwość kondycji psychicznej głównej bohaterki. Już podczas prologu dobitnie akcentują istnienie tytułowego mordercy, przez co nasza sympatia do Olivii Shaw powinna być niezachwiana. Piszę „powinna być”, bo nie jestem przekonana, czy taki uproszczony rys psychologiczny przekona absolutnie wszystkich widzów. Ja co prawda bez trudności zaangażowałam się w jej dzieje, nie miałam wrażenia, jakby pomiędzy nią a mną wzniesiono jakąś niemożliwą do sforsowania barierę uniemożliwiającą sympatyzowanie z nią, aczkolwiek nie mogę mieć pewności, że nie znajdą się odbiorcy, którzy zgoła inaczej będą się zapatrywały na jej kreacje. Którzy odczują dotkliwy brak szerszej analizy psychologicznej. Wątpię jednak, żeby wyrastali oni z grona wieloletnich wielbicieli slasherów, przyzwyczajonych do dużo bardziej pobieżnych zarysów osobowości pozytywnych bohaterów (choć nie należy przez to rozumieć, że twórcy slasherów tylko do takowych się ograniczają). Zgoła inaczej sprawa przedstawia się z pozostałymi protagonistami – nie wszystkimi, bo Alice, młoda kobieta „trzymana pod kloszem” przed nadopiekuńczą matkę (w tej roli uwielbiana przeze mnie Dina Meyer, która niestety nie miała dużego pola do popisu) jawiła się całkiem interesująco. Nie mogę jednak tego samego powiedzieć o „papierowych sylwetkach” pozostałych osób pełniących mniej lub bardziej istotne role w prezentowanych wydarzeniach. Z tych miejscami przebija pewna naiwność (za przykład niech posłuży naciągany zbieg okoliczności polegający na tym, że Noahowi wystarczy oszczędny opis leśnego zakątka, żeby zorientować się, o którym miejscu mowa, nie wspominając już o tym, że Olivia łączy siły akurat z tą osobą, której jest ono dobrze znane), nie sposób również nie zauważyć swego rodzaju baśniowości emanującej z niektórych partii scenariusza, co tak na dobrą sprawę kiczowate efekty komputerowe jeszcze zintensyfikowały. Niemniej przy odrobinie dobrej woli całość da się śledzić z jako takim zainteresowaniem – wiem, bo mnie się udało, pomimo kilku dużych zgrzytów. Nie mogę powiedzieć, że trwałam przed ekranem w stanie wzmożonego napięcia, nie mogę nawet rzec, że cokolwiek wywarło na mnie ogromne wrażenie, bo zdecydowanie nie jest to horror, który przynajmniej starałby się wznieść ponad przeciętność. Męczyć się nie męczyłam, ale skłamałabym gdybym powiedziała, że znalazłam w nim coś, cokolwiek, co wywołało jakąś żywszą reakcję z mojej strony.

„The Crooked Man” Jessego Hollanda to kolejny niewymagający myślenia horrorek, utrzymany w mocno ugrzecznionej formie, przy którym można odpocząć po ciężkim dniu, nie powinno się jednak liczyć na niezapomniane wrażenia. To kino z niższej półki, przy czym poza efektami komputerowymi na tyle dobrze zrealizowane, żeby seans nie jawił się niczym długa droga przez mękę. Jeden raz można obejrzeć, zwłaszcza jeśli jest się fanem slasherów. Jednak nawet osobom z takimi preferencjami filmowymi radzę wystrzegać się wygórowanych oczekiwań. Jeśli podejdzie się do „The Crooked Mana” jak do typowego zapychacza wolnego czasu można całkiem dobrze spędzić część wieczora. Oczywiście pod warunkiem, że nie jest się uprzedzonym do tego rodzaju lekkich produkcji.

wtorek, 4 kwietnia 2017

„31” (2016)

31 października 1976 roku. Grupa zaprzyjaźnionych pracowników wesołego miasteczka przemierza samochodem kempingowym jedną z rzadziej uczęszczanych amerykańskich dróg. W nocy zostają zaatakowani przez nieznanych oprawców. Piątce podróżników udaje się przeżyć, ale wbrew swojej woli zostają przetransportowani do niszczejących zabudowań, gdzie w każde Halloween organizowana jest śmiertelnie niebezpieczna gra. Przez najbliższe dwanaście godzin porwani hipisi będą musieli walczyć o życie z różnymi przeciwnikami. Każdy z nich ma na sobie inny fantazyjny strój, a na twarzach różnego rodzaju makijaże nadające im karnawałowo-demoniczne oblicza. Napastnicy są wypuszczani stopniowo, pojedynczo oraz dwójkami, co zwiększa szanse ich zaszczutych ofiar. Nie mając innego wyjścia hipisi stają do walki z osobliwymi agresorami, z przymusu stają się aktywnymi uczestnikami okrutnej gry na śmierć i życie, nie wiedząc czemu ma ona służyć, ani kim są jej organizatorzy.

Po pojawieniu się pierwszych niewiele mówiących zapowiedzi najnowszego projektu jednego z najpopularniejszych twórców współczesnego filmowego horroru, Roba Zombie, w przestrzeni publicznej pojawiły się spekulacje na temat jego spodziewanej problematyki. Zastanawiano się, czy scenariusz będzie nawiązywał do historii, którą można chyba uznać za opus magnum Zombie, rozciągniętej na dwie produkcje zatytułowane „Dom 1000 trupów” i „Bękarty diabła”, czy może raczej będzie to trzecia odsłona nowej wersji „Halloween”. W końcu Rob Zombie zdradził, że jego najnowszy film pt. „31” nie będzie kontynuacją żadnej z jego wcześniejszych produkcji, że pracuje nad czymś zupełnie nowym, niezwiązanym z niczym co już zdążył nakręcić. Wątpliwości jednak pozostały, bo Rob Zombie do tej pory pokazał na ekranie nie jedno, a dwa artystyczne oblicza. Chociaż najczęściej kojarzy się go z wulgarnymi, kolorowymi i krwawymi horrorami doprawionymi niemałą porcją czarnego humoru nie można zapominać, że stworzył również dużo bardziej powściągliwy w formie, utrzymany w zdecydowanie poważniejszej tonacji remake kultowego obrazu Johna Carpentera z 1978 roku. Miałam nadzieję, że „31” Rob Zombie utrzyma w stylistyce zbliżonej do nowej wersji „Halloween”, albo przynajmniej zaserwuje mi coś na kształt „The Lords of Salem”, gdzie w pewnym sensie wypośrodkował te swoje dwie skłonności (tę historię Zombie we współpracy z B.K. Evensonem przeniósł również na karty powieści). Najbardziej obawiałam się natomiast powtórki z „Domu 1000 trupów” i „Bękartów diabła”, filmów do których nie potrafię się przekonać.

Gdybym miała wskazać wcześniejsze dzieło Roba Zombie, do którego moim zdaniem najbardziej upodabnia się „31” to niestety postawiłabym na „Dom 1000 trupów”. Gwoli sprawiedliwości muszę jednak zastrzec, że owe podobieństwa dotyczą jedynie formy (i to w dodatku nie w całościowym kształcie), bo ogólny poziom okazał się dla mnie jeszcze gorszy niż w debiutanckim obrazie Zombie. Początek, co prawda natchnął mnie nadzieją na kawał solidnego kina grozy zgrabnie imitującego rąbanki z lat 70-tych XX wieku, ale z czasem zastosowanie znalazło stare powiedzenie, że nadzieja jest matką głupich, bo ku mojemu rozczarowaniu stało się jasne, że Rob Zombie w tym przypadku ani myślał rezygnować z tego, co stało się jego wizytówką. Nie miał zamiaru zbliżać się do estetyki remake'u „Halloween”. Uznał, że lepiej sprawdzi się coś z pogranicza horroru i taniej akcyjki, że niezbyt krwawa rąbanka z mnóstwem chaotycznych scen walk, wulgarnych odzywek i agresywnego czarnego humoru jest tym „co tygryski lubią najbardziej”. Wstępne sekwencje skupiające się na grupie hipisów przemierzających wozem kempingowym pustynne tereny Stanów Zjednoczonych przywoływały ducha krwawego odłamu kina grozy z dawnych lat. Przygaszone barwy intensyfikujące jałowość otoczenia i co za tym idzie generujące alarmistyczną aurę wyalienowania były celową (i skuteczną) próbą zbliżenia się do stylistyki rąbanek z dawnych lat, ale też sposobem wizualnego zaakcentowania przedziału czasowego, w którym rozgrywa się akcja „31”. Wprowadzające sekwencje jawią się niczym swoiste skrzyżowanie „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” Tobe'a Hoopera i „Wzgórz mających oczy” Wesa Cravena - w dalszych partiach natomiast zauważyłam drobne sygnały świadczące o ukłonach w stronę ich remake'ów (sponiewierana kobieta przemierzająca pieszo drogę skąpaną w gorących promieniach słonecznych i jeden z utworów muzycznych wybrzmiewający w tle trochę wcześniej). I w żadnym wypadku nie są to wady. Wręcz przeciwnie: w mojej ocenie stylizacja na horror z lat 70-tych w wydaniu Roba Zombie i jego ekipy, łącznie z nawiązaniami do kultowych przedstawicieli gatunku może przynieść najwięcej korzyści miłośnikom XX-wiecznych slasherów i survivali. Gdyby całość utrzymano w takim klimacie zapewne nieporównanie lepiej by mi się to oglądało. Ale wraz z nastaniem nocy zaprezentowana wcześniej atmosfera natychmiast wyparowuje. Zastępuje ją metaliczna czerń spowijająca walczących o życie protagonistów uwięzionych na zabudowanym spłachetku pustyni, zawłaszczonym przez dziwne persony. Wyblakłe pomarańcze i żółcie wrócą dopiero pod koniec i to jedynie na momencik – do tego czasu będziemy śledzić rozgrywkę na śmierć i życie, utrzymaną w kolorystyce, która w żadnym razie nie wskazuje na to, że akcję osadzono w drugiej połowie lat 70-tych. Równie dobrze prezentowane wydarzenia mogły rozgrywać się w czasach współczesnych. A te jak na film Roba Zombie przystało nie grzeszą choćby minimalnym skomplikowaniem, nie starają się przekazać żadnych głębszych treści (no może za wyjątkiem tego, jak łatwo zrobić nawet z pacyfisty bezwzględnego mordercę, jeśli oczywiście uznać to przesłanie za głębokie...). Ktoś powie: i co z tego? To przecież miał być horror, a nie jakiś przeintelektualizowany, napuszony moralitet o trudach życia i bolesnej świadomości przemijania. Tak, to prawda i osobiście absolutnie nie zamierzam wyrzucać Robowi Zombie prostej konstrukcji jego scenariusza – wolałabym jednak, żeby owa prostota uwidaczniała się w nieco inny sposób.

Już podczas ujęć w samochodzie kempingowym należącym do grupy złożonej z pracowników wesołego miasteczka łatwo domyślić się kto najdłuższej utrzyma się przy życiu. Rob Zombie co prawda nie decyduje się nikomu nadać cech typowych dla final girl, nie znajdziemy tutaj trzeźwo myślącej, stroniącej od używek dziewicy, ale to wcale nie utrudnia nam błyskawicznego wyłowienia z tego wesołego grona jednej osoby, którą najprawdopodobniej zobaczymy również w ostatnich minutach seansu. Kiedy zacznie się właściwa rozgrywka to właśnie ona będzie się wykazywać największą wolą przetrwania, to w nią wstąpi największa siła może nie gwarantująca, ale na pewno zwiększająca szansę jej przeżycia. Szybko zrozumie, że okazywanie jakichkolwiek skrupułów jest niewskazane, że najlepszą obroną jest atak. Wspomniana rozgrywka z mojego punktu widzenia jest mniej więcej tak pasjonująca jak partia szachów... choć po namyśle śledzenie partii gry, której reguł nie znam (tak, mówię serio) byłoby dla mnie chyba dużo bardziej emocjonujące. Fabuła „31” to w największej mierze ciąg chaotycznych starć protagonistów z agresorami, miejscami okraszonych rozbryzgami krwi, ale bez pornograficznych zbliżeń na odniesione odstręczające obrażenia. W ferworze walki często trudno jest się połapać kto jest kim – jak ja go nazywam „teledyskowy montaż” znacznie utrudnia odbiór tych niezliczonych dynamicznych wstawek. Szybkie migawki zrealizowane na dużych zbliżeniach momentami autentycznie wywoływały u mnie mdłości (swoją drogą nawet wolniejsze sekwencje szpeci denerwujące zamiłowanie operatorów do zbliżeń, nie wspominając już o wielu utrudniających wczucie się w daną sytuację dziwacznych nachyleniach kamer) – czułam się tak jakbym oglądała przypadkową zbitkę obrazów, bezwładnie porozrzucanych zdjęć, których na domiar złego nie byłam w stanie dokładnie zarejestrować. Z czasem zrezygnowałam z prób wyłowienia z tej ludzkiej plątaniny czegoś godnego uwagi – pogodziłam się z tym, że i tak niczego, co mogłabym uznać za interesujące nie zobaczę. „31” to tego rodzaju obraz, w czasie trwania którego można często odstępować od ekranu bez konieczności pauzowania, bez obaw, że przegapi się coś istotnego. Chyba, że za takowe uznać kolejne karkołomne, acz mało widoczne starcia hipisów z ich wymalowanymi przeciwnikami. Z Sheri Moon Zombie na czele, której zdolności najprawdopodobniej nie powstydziłaby się sama Xena. Albo pojawianie się na scenie coraz to nowych przebierańców, którzy mieli chyba odznaczać się histerycznym komizmem doprawionym niepokojącą demonicznością. Mnie jednak przywodzili na myśl żałosny teatrzyk dla ubogich. Rob Zombie na realizację „31” przeznaczył zaledwie półtora miliona dolarów i niejeden odbiorca pewnie brak większej widowiskowości w charakteryzacjach oprawców będzie tłumaczył właśnie niedostatkami finansowymi. Mnie jednak o wiele bardziej rozczarowała mała pomysłowość w kształtowaniu ich postaci. Karzełkowaty „Hitler”, klaunowaci bracia z piłami łańcuchowymi, dryblas noszący „dumne miano” Śmierć i jego filigranowa ukochana imieniem Seks – wszyscy oni byli tak płascy, mało charakterystyczni, że jedyną reakcją z mojej strony (jeśli to w ogóle można nazwać reakcją) na pojawienie się każdego kolejnego „maniaka” była całkowita obojętność. A właściwie to nie każdego, bo ostatni jegomość wykrzesał ze mnie jakieś żywsze emocje, aczkolwiek nie na tyle wyraziste, żebym mogła wybić się z letargu, w jaki wpadłam już na starcie halloweenowej gry na śmierć i życie. Upudrowani organizatorzy rozgrywki z fantazyjnymi perukami na głowach (upodobnieni do przedstawicieli arystokracji z minionych wieków) również byli mi całkowicie obojętni, nie miałam nawet ochoty poznawać przyświecających im motywów. Jedynym moim celem było wytrwać jakoś do końca bez nabawienia się migreny, przebrnąć przez ten rozciągnięty w czasie ciąg mało krwawych, pozbawionych dramaturgii, wyjałowionych z klimatu grozy pojedynków i pogratulować sobie samozaparcia. Ławo nie było, ale jakimś cudem odniosłam sukces. Dzięki temu mogę przyznać mały plusik za jedną z końcowych sekwencji, pogrywającej z oczekiwaniami wielbicieli horrorowych rąbanek, ukształtowanymi przez lata obcowania z tego typu tworami. UWAGA SPOILER Widz przygotowuje się na najbardziej spektakularny finałowy pojedynek final girl z ostatnim przeciwnikiem, a kiedy wreszcie nadchodzi ten moment... gra dobiega końca KONIEC SPOILERA. Pochwalić muszę również wstępny krótki monolog, który na początku wydaje się być skierowany bezpośrednio do widza, ale potem okazuje się, że to nie on jest adresatem tej przepełnionej czarnym humorem, złowrogiej wypowiedzi. Szkoda tylko, że pozostałe dowcipno-makabryczne wtręty nawet nie zbliżają się do poziomu zaprezentowanego w prologu – tego rodzaju nachalny, wulgarny dowcip nigdy nie robił na mnie wrażenia, co nie znaczy, że nie znajdą się osoby obdarzone podobnym poczuciem humoru, które w pełni docenią komediowe aspekty scenariusza.

Najnowszy horror Roba Zombie pt. „31” był poddawany kilkukrotnej obróbce zanim został dopuszczony do sprzedaży. Niektóre co bardziej krwawe i obsceniczne ujęcia wycięto celem uniknięcia nadania mu najbardziej restrykcyjnej kategorii NC-17. Rob Zombie zapowiedział wydanie wersji reżyserskiej na DVD. Nie wiem, którą widziałam, ale jeśli nawet pojawi się jeszcze jakaś szersza wersja to ja nie zamierzam po nią sięgać. Naprawdę nie sądzę, żeby kilka, a nawet kilkanaście minut zrobiło mi jakąś wielką różnicę, poza tym chyba nie przetrwałabym ponownego spotkania z tą opowieścią. Specyfika tego rodzaju kina zwyczajnie do mnie nie trafia (a właściwie to nie w dokładnie takim wydaniu), aczkolwiek wiem, że ma swoich fanów. Czy uznają oni „31” za jeden z wartościowszych przedstawicieli celowo przejaskrawionych, wulgarnych (acz bez przesady), dynamicznych rąbanek, w których aż roi się od chaotycznych pojedynków? Tego nie wiem, ale wydaje mi się, że głównie entuzjaści takich produkcji powinni dać mu szansę.

niedziela, 2 kwietnia 2017

„Bye Bye Man” (2017)

Studenci, Elliot, Sasha i John, decydują się zamieszkać poza kampusem w wynajętym domu. Wybierają trochę zaniedbany piętrowy budynek w spokojnej dzielnicy, nieświadomi jej krwawej historii. W 1969 roku pewien dziennikarz zabił kilka osób mieszkających w tej okolicy, po czym popełnił samobójstwo. Po zadomowieniu się w nowym miejscu Elliot znajduje w szufladzie nocnego stolika powtarzającą się odręcznie napisaną przestrogę: nie mów, nie myśl. Pod nią natrafia na imię Bye Bye Man. Podczas seansu spirytystycznego zorganizowanego przez znajomą Sashy, Kim, Elliot zdradza pozostałym personalia tajemniczej istoty, nie wiedząc jeszcze, że tym posunięciem sprowadza na nich wielkie niebezpieczeństwo. U Sashy już nazajutrz pojawiają się oznaki jakiejś choroby, którą początkowo tłumaczy zwykłym przeziębieniem. Ponadto cała trójka miewa halucynacje. Elliot z czasem nabiera pewności, że sprawcą ich nieszczęść jest Bye Bye Man. Istota, której imienia nie wolno wymawiać, nie można nawet o nim myśleć, jeśli chce się ujść z życiem.

Stacy Title w pełnym metrażu debiutowała w 1995 roku czarną komedią „Kolacja z arszenikiem”. W późniejszym okresie wyreżyserowała jeszcze trzy filmy w tym wątpliwej jakości horror komediowy pt. „Piekielne sąsiedztwo”. Pod koniec 2015 roku wzięła na warsztat scenariusz horroru nadprzyrodzonego doprawionego nutką stylistyki slash autorstwa jej męża Jonathana Pennera. Artysta inspirację czerpał z rzekomo autentycznej historii napisanej przez Roberta Damona Schnecka zatytułowanej „The Bridge to Body Island” i zamieszczonej w jego książce „The President's Vampire: Strange-but-True Tales of the United States of America”. Pierwotnie planowano, że zrealizowana za ponad siedem milionów dolarów adaptacja tego utworu w reżyserii Stacy Title będzie miała swoją premierę jeszcze w 2016 roku, ale ostatecznie pokazano ją dopiero w styczniu roku 2017, czyli ponad rok po jej zrealizowaniu. „Bye Bye Manowi” udało się „na siebie zarobić” (dotychczasowe wpływy szacuje się na trochę ponad dwadzieścia cztery miliony dolarów), ale zarówno krytycy, jak i zwykli amerykańscy odbiorcy w zdecydowanej większości nie szczędzili cierpkich słów pod jego adresem. Może obiecujące materiały promocyjne nazbyt spotęgowały ich oczekiwania względem „Bye Bye Mana”. W każdym razie mnie najnowsze przedsięwzięcie Stacy Title pozytywnie zaskoczyło.

„Bye Bye Man” to kolejny amerykański horror bazujący na motywach dobrze znanych fanom gatunku i to nie tylko z jednego konkretnego nurtu. Scenariusz Jonathana Pennera oferuje nam swoisty miks wyświechtanych rozwiązań fabularnych najczęściej kojarzonych z horrorami nastrojowymi, psychologicznymi i slasherami. Rozrzut całkiem spory - powiedziałabym nawet, że w koncepcji scenarzysty unaocznia się niejakie pragnienie poeksperymentowania z kliszami, nadania nowego wymiaru popularnym konwencjom. Ograniczające się jednak jedynie do połączenia wątków typowych dla przynajmniej trzech różnych podgatunków horroru w jedną sensowną całość. Bo z tego miszmaszu rodzi się naprawdę zgrabna na gruncie tekstowym, całkiem emocjonująca opowieść o tajemniczej istocie zwanej Bye Bye Manem. Nie chcę przez to powiedzieć, że produkcja została nakręcona z myślą o poszukiwaczach skrajnie przerażających obrazów, dla których jedynym wyznacznikiem jakości horroru jest wielkość dawki strachu, jakiej zdoła im on dostarczyć. Nie, „Bye Bye Man” z całą pewnością nie jest skierowany do wspomnianej grupy odbiorców – moim zdaniem o wiele lepiej odnajdą się w nim ci, którzy szukają czegoś lżejszego ze szczególnym wskazaniem na wielbicieli wszelkiej maści horrorów młodzieżowych. Właśnie w takowych realiach osadzono fabułę „Bye Bye Mana”. Czołowymi bohaterami filmu są studenci: Elliot (dobra kreacja Douglasa Smitha), który po śmiertelnym w skutkach wypadku rodziców jest „doglądany” przez starszego brata Virgila pozostającego w związku małżeńskim, owocem którego jest mała Alice; dziewczyna Elliota Sasha, która tak samo jak on pragnie jak najszybciej zakosztować „dorosłego życia” u boku ukochanego oraz najlepszy przyjaciel tego pierwszego, John. Cała trójka wprowadza się do wynajętego domu usytuowanego w zacisznej okolicy, w którym zgodnie z tradycją kina grozy niebawem zacznie dziać się coś niedobrego. Początkowo twórcy próbują nas przekonać, że będziemy mieć do czynienia z klasyczną ghost story, niczym niewyróżniającą się na tle niezliczonych reprezentantów tego nurtu. Najdobitniej wskazuje na to seans spirytystyczny, jeden z najczęstszych motywów filmowych opowieści o duchach, w którym rolę medium pełni rówieśnica pierwszoplanowych postaci imieniem Kim. Jednak już przebieg prologu i dziwaczne znalezisko Elliota każą podejrzewać, że siła, z którą przyjdzie zmierzyć się protagonistom nie jest osadzona tak silnie w tradycji ghost stories jak można by sądzić na pierwszy rzut oka. Szkaradna postać dręcząca bohaterów filmu nasuwa na myśl Candymana, jednego z najpopularniejszych slasherowych morderców. A właściwie to nie sama postać, bo ta odznacza się zupełnie inną aparycją (charakteryzatorzy stworzyli całkiem wiarygodne, dosyć upiorne oblicze zakapturzonej istoty) tylko sposób jej przywołania. Aby sprowadzić na siebie zagrożenie uosabiane przez czarnoskórego mordercę z hakiem w miejscu dłoni należało pięć razy wypowiedzieć przed lustrem jego przydomek. Łatwo było więc uniknąć koszmarnego spotkania z Candymanem. W nieporównanie trudniejszej sytuacji zostają postawieni bohaterowie filmu Stacy Title, bo w przypadku Bye Bye Mana wystarczy pamięć o jego imieniu – każdorazowe wypowiedzenie nawet w myślach jego personaliów zwiększa zagrożenie z jego strony. Pamięć sprawia, że rośnie w siłę. Jest jak nieuleczalna choroba szukająca sposobu na błyskawiczne rozprzestrzenienie się po świecie. Przypomina to crossover Ronny'ego Yu zatytułowany „Freddy kontra Jason” - jak pamiętamy tam Krueger również szukał sposobu na przypomnienie mieszkańcom miasta o swoim istnieniu, pamięć o nim również sprawiała, że rósł w siłę. W scenariuszu „Bye Bye Mana” można się także doszukiwać wpływu „Babadooka”, w końcu jego moc objawia się zdolnością wywoływania halucynacji u swoich ofiar. Wizji tak realistycznych, że znacznie utrudniających protagonistom rozeznanie się w twardej rzeczywistości. Omamy jakich doświadczają bohaterowie filmu Stacy Title mogą wywoływać w widzach ambiwalentne odczucia. Bo z jednej strony charakteryzują się całkiem sporą śmiałością (a w dwóch przypadkach nawet dużą pomysłowością), kamera nie ucieka przed „chorobliwymi imaginacjami”, aczkolwiek ich wykonanie pozostawia już wiele do życzenia. Moment, w którym z oka Kim wypełza wijący się robaczek moim zdaniem odznacza się największą innowacyjnością (nie widziałam jeszcze czegoś takiego na ekranie), ale efekt nieco psuje widoma ingerencja komputera. Obdarte ze skóry, ogromne zwierzę (pies?) co jakiś czas przemykające po ciemnych pomieszczeniach feralnego domostwa również cechowało się niejaką pomysłowością i także nie prezentowało się tak realistycznie, jakbym tego chciała, bo i w tym przypadku filmowcy postanowili wspomóc się sztuczną grafiką komputerową. Wizualnie dużo lepiej prezentowały się między innymi krwiste oczodoły Carrie-Anne Moss i poharatane dziewczę zbliżające się do przerażonego chłopaka. Natomiast ujęcie płonącej Faye Dunaway było tak kiczowate, że zwyczajnie nie mogłam powstrzymać głośnego śmiechu. Ucieszyła mnie za to obecność w obsadzie dwóch dopiero co wspomnianych aktorek, którym co prawda nie dano dużego pola do popisu, ale i tak udało im się uświetnić tę produkcją swoją znakomitą grą.

Ze wszystkich wizualnych wtrętów silnie zakorzenionych w tradycji kina grozy najbardziej przekonały mnie manifestacje tytułowego antybohatera, zwłaszcza jego nocne objawienia na użytek zaspanego Elliota. Wyrastający z czarnego płaszcza wiszącego na ścianie naprzeciwko łóżka bladolicy Bye Bye Man robił całkiem upiorne wrażenie – jeden moment zdołał nawet na mgnienie oka unieść mnie z fotela. W tamtej chwili twórcy zabłysnęli idealnym wyczuciem czasu, dynamizując wstawkę akurat w tym ułamku sekundy, w którym absolutnie nie byłam na to przygotowana. Nie udało im się jednak wypracować więcej równie skutecznych jump scenek, chociaż kilka razy próbowali. Na przykład w migawkowych ujęciach okaleczonej twarzy agresora. Coś podobnego mieliśmy już chociażby w „Egzorcyście”, gdzie styl oczywiście był nieporównanie lepszy, bo niepokojący, a nie starający się przede wszystkim poderwać widza z fotela. O wiele większą wprawą filmowcy wykazali się w kwestii budowania napięcia podczas sekwencji poprzedzających spodziewany atak. Współcześni twórcy kina grozy rzadko cechują się na tyle dużą cierpliwością w budowaniu tego typu scen żebym miała jakąkolwiek szansę całkowicie wczuć się w daną złowieszczą sytuację. Najczęściej zbytni pośpiech odziera zwiastuny bezpośredniego zagrożenia życia pozytywnych bohaterów z wszelkiej dramaturgii, przez co kulminacje często nie są tak żywotne, jak być powinny. Tymczasem Stacy Title z pomocą swojej ekipy uraczyła mnie kilkoma przyzwoicie sportretowanymi samotnymi wędrówkami bohaterów po w miarę ciemnych pomieszczeniach, w których da się odczuć jakąś tajemniczą obecność. Nieśpieszna praca kamer i miejscami wręcz dojmująca cisza znacznie intensyfikują napięcie, chociaż zdjęciom przydałoby się trochę więcej mroku – nie zaszkodziłoby gdyby chociaż w kątach zalegała atramentowa czerń, bo pozwoliłoby to przynajmniej co poniektórym widzom z większą trwogą wypatrywać tam jakiegoś szkaradnego intruza. Od strony technicznej „Bye Bye Man” nie prezentuje się więc jakoś szczególnie zachwycająco (podejrzewam, że efekt byłby lepszy, gdyby twórcy dysponowali mniejszym budżetem), aczkolwiek o jakimś żenująco niskim poziomie również nie może być mowy. Za to fabułę prowadzono z taką płynnością, że nie mogłam narzekać na dotkliwy niedosyt wrażeń. Liczyłam na lekki horror młodzieżowy, który mogłabym śledzić z na tyle dużą ciekawością, aby nie odczuwać nieodpartej potrzeby przerwania seansu i w gruncie rzeczy dokładnie to dostałam. Ze znanych i lubianych przeze mnie motywów kinematografii grozy sklecono całkiem interesującą opowieść, choć poszukiwacze artystycznych innowacji najprawdopodobniej nie będą zadowoleni z kierunku obranego przez Jonathana Pennera. Mam jednak nadzieję, że znajdą się widzowie, którym uda się docenić chociaż niewymuszoną płynność, z jaką scenarzysta naprzemiennie przechodzi od jednego niewyszukanego wątku do drugiego. I oczywiście zauważyć grację, jaką wykazał się w tworzeniu tytułowego antybohatera, posiadającego w sobie cechy innych znanych filmowych morderców i wszelkiej maści maszkar wzbogacone nutką inwencji (nie myśl), która z całego wachlarza składowych tej kreacji bodaj najsilniej wzmaga poczucie zagrożenia, okraszonego odrobiną paranoi. A to wszystko bez bzdurnego przekombinowania na płaszczyźnie fabularnej – bez natarczywych zabiegów tego rodzaju, które podkopywałyby wiarygodność tej postaci bądź wprowadzały poczucie obserwowania nielogicznego, naprędce skleconego ciągu zdarzeń. Końcowych partii „Bye Bye Man” również nie potrafię nie docenić, bo choć twórcy nie zaserwowali mi wówczas prawie nic, czego bym się już od dłuższego czasu nie spodziewała (poza finalizacją jednego pojedynku), to faktem jest, że mogli to zamknąć w dużo bardziej niepożądany sposób. UWAGA SPOILER Swoją drogą najbardziej zaskoczyła mnie moja reakcja na końcowe wydarzenia - pierwszy raz krzyczałam do lubianego przeze mnie fikcyjnego bohatera, żeby się zabił KONIEC SPOILERA.

Moje zapatrywania na „Bye Bye Mana” Stacy Title jak na tę chwilę plasują się w zdecydowanej mniejszości – reakcje większej części widzów, którzy mieli już okazję zobaczyć tę produkcję odbiegają od mojego dosyć przychylnego spojrzenia na owo przedsięwzięcie. Horrorem idealnym „Bye Bye Man” na pewno nie jest, ale w kategoriach lżejszego młodzieżowego straszaka moim zdaniem nie wypada wcale tragicznie. Na tle sobie podobnych współczesnych tworów w mojej ocenie nawet nieco wybija się ponad średnią, do czego najsilniej przyczyniły się intrygujący, acz niezbyt odkrywczy scenariusz, sympatyczni bohaterowie i ciekawy czarny charakter oraz nagromadzenie napięcia (choć oczywiście mogło być ono dużo potężniejsze). Największym błędem twórców z mojego punktu widzenia była ingerencja CGI – bez efektów komputerowych makabryczne wstawki zyskałyby na wiarygodności, co w rezultacie mogłoby się przyczynić do zwiększenia liczby osób pozytywnie odbierających ten obraz.

Za przedpremierowy seans bardzo dziękuję portalowi

Polska premiera 7 kwietnia 2017 roku na Cineman VOD http://www.cineman.pl/filmy/Filmy,Mocne-kino,Horror/Bye-Bye-Man