poniedziałek, 20 maja 2019

„Miasto umarłych” (1960)

W 1692 roku w miasteczku Whitewood w stanie Massachusetts spalono na stosie czarownicę Elizabeth Selwyn. Tuż przed śmiercią kobieta oddała swoją duszę Lucyferowi i przeklęła Whitewood. W 1960 roku studentka Nan Barlow pisze pracę z historii na temat czarów w Nowej Anglii. Wykładowca tego przedmiotu, Alan Driscoll, radzi jej odwiedzić omijane przez turystów miasteczko Whitewood, jedno z mniej znanych miejsc, w którym przed wiekami praktykowano czarną magię. Po dotarciu na miejsce Nan wynajmuje pokój w zajeździe prowadzonym przez niejaką panią Newless, powołując się przy tym na profesora Driscolla. Młoda kobieta ma zamiar w spokoju zebrać materiały do swojej pracy, ale jej plany szybko zostają pokrzyżowane. Początkowo Nan nie przywiązuje większej wagi do podejrzanego zachowania niektórych mieszkańców Whitewood i zagadkowych zjawisk zachodzących w jej otoczeniu, ale z czasem z całą mocą dociera do niej jak niebezpieczne jest to miejsce.

Scenariusz „Miasta umarłych” został napisany przez George'a Baxta z myślą o serialu telewizyjnym (pilot), w którym miał zagrać Boris Karloff, ale Milton Subotsky rozbudował go tak, by można było zrobić z tego film pełnometrażowy. Sam został jednym z jego producentów wykonawczych, a na krześle reżyserskim zasiadł John Llewellyn Moxey, który to zmarł w 2019 roku w wieku dziewięćdziesięciu czterech lat. Budżet „Miasta umarłych” oszacowano na czterdzieści pięć tysięcy funtów brytyjskich. Film zrealizowano w Wielkiej Brytanii, w większości obsadzając go aktorami z tego regionu Europy. Ale jako że akcja filmu toczy się w Stanach Zjednoczonych, musieli oni mówić z amerykańskim akcentem.

Czarno-biały horror satanistyczny Johna Llewellyna Moxeya otwiera scena egzekucji Elizabeth Selwyn przeprowadzanej w XVII wieku w amerykańskim miasteczku Whitewood (wymyślonym na potrzeby scenariusza). Z tego prologu dowiadujemy się, że kobieta faktycznie jest służebnicą Diabła. I nie tylko ona. Wśród ludzi przybyłych na egzekucję Elizabeth znajduje się mężczyzna, który prosi swojego mrocznego pana o interwencję na rzecz Selwyn. Scena kończy się sugestią objawienia mocy Lucyfera i klątwą rzuconą na Whitewood przez paloną na stosie Elizabeth. Potem akcja przenosi się do roku 1960 i dobrze, bo twórcy nie poradzili sobie z odwzorowaniem XVII-wiecznych realiów. Nie wiem, jak odebrała to ówczesna publiczność, ale z punktu widzenia współczesnego widza, prolog „Miasta umarłych” może trącić tandetą. I w moim przypadku tak właśnie było. Było, ale szybko się skończyło, bo po krótkim wstępie, ujrzałam naprawdę solidne rzemiosło. Film nie przyciągnął tłumów, nie cieszył się zadowalającym zainteresowaniem w latach 60-tych i to bynajmniej się nie zmieniło. A szkoda, bo myślę, że to jeden z tych filmów, który zyskuje na wartość wraz z upływem lat. Ówczesna publiczność nie mogła tego wiedzieć, ale teraz widać, że to horror, który w dużej mierze oparł się próbie czasu. Prawie się nie zestarzał, a mimo to osunął się w duże zapomnienie. Myślę, że głównym winowajcą takiego stanu rzeczy jest dystrybucja – dzisiaj bardzo trudno o tę pozycję – ale wpływ na to mogło mieć też niskie zainteresowanie opinii publicznej w latach 60-tych. Można chyba zaryzykować tezę, że już wtedy „Miasto umarłych” zaczęło osuwać się w zapomnienie. Istnieją jednak filmy, które dopiero po latach zostały docenione, o których zrobiło się głośno długo po ich premierze, omawiane dzieło Johna Llewellyna Moxeya takiego szczęścia niestety nie miało. Choć moim zdaniem powinno. „Miasto umarłych” bez wątpienia zasłużyło sobie na dużo więcej, na los inny od tego, jaki go spotkał, na wzmożone zainteresowanie długoletnich miłośników horrorów, zwłaszcza tych lubiących historie o czarownicach i czarownikach. Proste, nieprzekombinowane opowieści o ludziach, którzy zaprzedali dusze Diabłu, o obłożonych klątwą małych miasteczkach położonych na uboczu, w których jak mówi jedna z postaci występujących w filmie „czas się zatrzymał”, miasteczkach nieodwiedzanych przez turystów i przykrytych gęstą mgłą (tutaj trochę twórców poniosło – mgły jest tak dużo, że miejscami realizm ulega drobnemu zachwianiu), o okultystycznych rytuałach, czarnych mszach i nadnaturalnych zjawiskach, według mnie genialnych w swojej prostocie. „Miasto umarłych” to jeden z tych horrorów, który stara się (w mojej ocenie z dobrym skutkiem) zachwiać poczuciem rzeczywistości widza, wywołać w nim dyskomfort poprzez usunięcie mu spod nóg tego stałego gruntu, który nazywamy prawami fizyki. W fikcyjnym miasteczku Whitewood takie prawa nie obowiązują – tutaj dosłownie wszystko może się zdarzyć i wiemy to już od chwili dotarcia głównej bohaterki filmu Nan Barlow (przyzwoita kreacja Venetii Stevenson) pod zajazd znajdujący się w owej mieścinie. Wówczas bowiem mężczyzna, którego studentka ta zabrała z pobocza rzadko uczęszczanej drogi (podwoziła go do Whitewood) nagle znika. W jednej chwili ten podejrzany jegomość siedzi w samochodzie obok Nan, a w następnej już go nie ma. Ani w pojeździe, ani na zewnątrz. Tak jakby rozpłynął się w powietrzu. Nan jest tym zdziwiona, ale raczej nie przerażona, a przynajmniej nie na tyle, by ogarnęła ją nieodparta potrzeba opuszczenia Whitewood. Wręcz przeciwnie: bez zbędnej zwłoki przekracza próg zajazdu poleconego jej przez wykładowcę historii Alana Driscolla (w tej roli legenda kina Christopher Lee). Przybytek ów prowadzony jest przez niejaką panią Newless, w którą w znakomitym stylu wcieliła się Patricia Jessel UWAGA SPOILER Grała również Elizabeth Selwyn, co uświadomiłam sobie dopiero później... Szybciej dotarło do mnie, kim tak naprawdę jest autostopowicz (jej wspólnik) KONIEC SPOILERA. Newless spowija ciemna aura – nie widzi się jej, ale czuje każdą komórką swojego ciała, wrogość wręcz z niej emanuje i to dosłownie w każdej sekwencji z jej udziałem. Można polemizować, czy to dobrze, czy tak jaskrawa czytelność służy klimatowi, ale myślę, że nikt nie będzie miał wątpliwości, że Jessel idealnie wczuła się w postać narzuconą jej przez scenariusz. Historię tę pewnie można było rozpisać lepiej, wykrzesać z tego więcej tajemnicy, ale to już nie wina aktorki. Ona pokazała to, czego od niej oczekiwano... i to jak pokazała!

Oglądając „Miasto umarłych” nie można nie zauważyć podobieństw do pewnego głośnego filmu nakręconego na podstawie powieści. UWAGA SPOILER Mowa o „Psychozie” Alfreda Hitchcocka, ekranizacji książki Roberta Blocha. Jako że „Miasto umarłych” trafiło na ekrany kin kilka miesięcy po filmowej „Psychozie” i wziąwszy pod uwagę fakt, że pierwsze wydanie rzeczonej powieści Blocha ukazało się rok wcześniej, to można dojść do wniosku, że twórcy „Miasta umarłych” inspirowali się którymś z tych dzieł. Oficjalna wersja jest jednak taka, że zbieżności są dziełem przypadku, że omawiany obraz nie jest naśladowcą „Psychozy”. Szczerze mówiąc trudno mi w to uwierzyć. Mogę jeszcze uwierzyć w to, że zajazd/motel prowadzony przez niebezpieczną osobowość nie był zaczerpnięty z „Psychozy”, że narodził się on w głowie, którejś z osób pracujących nad „Miastem umarłych” samoistnie. Ale już uśmiercenie głównej bohaterki na długo przed finałem, w tamtych czasach było zabiegiem dosyć nowatorskim, w umysłach wielu ten zwrot akcji zapisał się, jako swoista wizytówka (nie jedyna zresztą) „Psychozy' Alfreda Hitchcocka. Ale to nie wszystko. Sprawę zniknięcia Nan w „Mieście umarłych” bada jej brat, Richard Barlow i jej chłopak Bill Maitland (w „Psychozie” mamy siostrę Marion Crane i także jej chłopaka). Chociaż gwoli ścisłości Billa jest mniej niż Patricii Russell, wnuczki wielebnego z Whitewood. Dodajmy do tego widok zasuszonego trupa kobiety, zamykający film Johna Llewellyna Moxeya i teraz odpowiedzmy sobie na pytanie, czy takie zbiegi okoliczności są możliwe? Według mnie nie, ale ja z natury jestem sceptyczką, więc... KONIEC SPOILERA. Jak już wspomniałam twórcy „Miasta umarłych” nie stawiają na tajemnicę – nie wykazują starań (a przynajmniej ja takowych nie zauważyłam) w kierunku odsuwania widzów od prawdy, chociaż fabuła dawała im taką możliwość. A wręcz się o to prosiła. Ale choć uważam to za duży błąd, choć gdyby nie ten krok „Miasto umarłych” zyskałoby mocny walor, to i tak nie mogłam oderwać się od ekranu. Nie, zupełnie nie przeszkadzały mi rażące podobieństwa do pewnej uwielbianej przeze mnie historii. Wręcz przeciwnie: znacznie uprzyjemniły mi seans horroru satanistycznego Johna Llewellyna Moxeya. Bądź co bądź całkiem pomysłowego. Bo choć zarys tej historii jest nader prosty, choć przekaz od początku jest bardzo klarowny (oczywistości gonią oczywistości), to w szczegółach widać niemałą kreatywność. Jak na tamte czasy. Chociaż sekwencja z kameralną potańcówką urządzoną w zajeździe pani Newless – nagłe urwanie się muzyki i „wyparowanie” gości – nawet w dzisiejszym kinie pewnie tchnęłoby świeżością. Groza tej sytuacji wynika z tego, o czym pisałam wcześniej: twórcy „Miasta umarłych” po raz kolejny łamią tutaj prawa fizyki, naginają rzeczywistość w takim stylu, że nie zdziwiłabym się, gdyby co poniektórym widzom nieprzyjemnie zakręciło się w głowie. Sama w takich przypadkach zawsze myślę (bądź mówię): Witamy w Strefie Mroku! Gęsią skórkę może też wywołać zachowanie epizodycznych postaci, mieszkańców Whitewood przechadzających się po przesadnie zamglonych uliczkach – zwłaszcza przeszywające spojrzenia dwóch kobiet posyłane w kierunku przyjezdnych. Ale napięcie przenika całą tę historię. Intensywne, mroczne zdjęcia Desomoda Dickinsona w połączeniu z raz złowieszczą, innymi razy wesołą muzyką, skomponowaną przez Douglasa Gamley'ego. Czego chcieć więcej? No może trochę tajemniczości i innego pomysłu na finalny pojedynek, bo taki sposób na walkę ze złem, na ekranie wypadł trochę groteskowo. Ale poza tym większych zastrzeżeń do projektu Johna Llewellyna Moxeya nie mam. Według mnie to kawał naprawdę dobrej roboty – mocno wciągającej i trzymającej w napięciu, nawet pomimo tych wszystkich oczywistości (to nawet pomaga w budowaniu suspensu). Pomimo rezygnacji, albo nieskuteczności podejmowanych prób, z tajemniczości, z konstruowania jakieś nadnaturalnej zagadki, którą moglibyśmy nieśpiesznie zgłębiać, powoli dochodzić do wstrząsającej prawdy. Swoją drogą nie wszystko łatwo przewidzieć. Ja na przykład nie spodziewałam się takiego finalnego widoku, ale i wcześniejsze manifestacje sił nieczystych zmuszały mnie do chwilowego zwątpienia w trafność mojego osądu. Bo mówiły: w Whitewood dosłownie wszystko może się zdarzyć.

Kto nie oglądał „Miasta umarłych” Johna Llewellyna Moxeya marsz przed ekran! Niechaj to dziełko wreszcie zostanie odkurzone, wydobyte z odmętów zapomnienia, w którym tkwił przez dziesiątki lat. Właściwie to od momentu swojego powstania – choć gościł na ekranach kin w paru krajach świata, to nie cieszył się wielkim zainteresowaniem. Przeszedł bez echa i ta zła passa nigdy się nie odwróciła. Ale my możemy to zmienić. Możemy dać życie tej produkcji, wciągnąć ją na afisz, na który tak naprawdę jeszcze nie miała okazji trafić. Trochę mi wstyd, że tak późno na ten obraz natrafiłam, ale jak to mówią: lepiej późno niż wcale. Słyszycie? Nieważne kiedy - ważne, żeby w ogóle dać szansę temu brytyjskiemu horrorowi satanistycznemu w reżyserii nieżyjącego już Johna Llewellyna Moxeya.

piątek, 17 maja 2019

„Matriarch” (2018)

Samochód, którym podróżują ciężarna Rachel Hopkins i jej mąż Matt przez nieuwagę mężczyzny ulega awarii na mało uczęszczanej szkockiej drodze. Zmusza ich to do podjęcia pieszej wędrówki w nadziei na znalezienie pomocy w tej ekstremalnie zacisznej okolicy. W końcu znajdują człowieka, niejakiego Boba Fairbairna, który początkowo odmawia im pomocy, ale zmienia zdanie, gdy dowiaduje się od nich, że Rachel niedługo wyda na świat chłopca. Bob wiezie ich na farmę, na której żyje wraz ze swoją żoną Agnes i trójką adoptowanych dzieci: dorosłymi już Davidem i Lukiem oraz młodszą od nich Faith. Fairbairnowie od początku zachowują się dosyć nietypowo, co nie uchodzi uwadze ich gości, ale dopiero wstrząsające odkrycie dokonane przez Rachel uświadamia im w jak wielkim niebezpieczeństwie się znaleźli.

Brytyjski thriller z elementami horroru,„Matriarch”, w reżyserii i na podstawie scenariusza debiutującego w pełnym metrażu Scotta Vickersa, został zrealizowany niewielkim kosztem w zaledwie dwanaście dni. I to wystarczyło by podpić serce niejednego miłośnika kina grozy. Vickers wcielił się tutaj w rolę Matta Hopkinsa, męża głównej bohaterki filmu, i został jednym z czołowych producentów owego obrazu. Produkcji, która może i nie otworzyła mu drzwi do wielkiej kariery, ale zwróciła na niego uwagę krytyków i fanów gatunku. Póki co niewielu, bo i dystrybucja „Matriarch” jest mocno ograniczona, ale to jeszcze może się zmienić.

Witamy w Strefie Mroku”. To zdanie cisnęło mi się na usta jeszcze przed wejściem Hopkinsów do domu Fairbairnów. Starej nieruchomości stojącej pośrodku niczego, na znacznie oddalonym od cywilizacji terytorium obrośniętym trawą i gdzieniegdzie niewielkimi skupiskami drzew. Matt chyba czytał mi w myślach, bo wspomniał o tym kultowym serialu niedługo po przekroczeniu progu tego feralnego domostwa. Naturalna sceneria, wiekowy dom zajmowany przez złowrogą rodzinkę i sympatyczne małżeństwo spodziewające się dziecka, korzystające z ich ewidentnie udawanej gościnności. A to wszystko utrzymane w iście ponurym, mocno posępnym klimacie, odzierającym te naturalne szkockie terytoria z wszelkiego piękna. Autor zdjęć Paul Riley ukazał ten malowniczy przecież krajobraz w takim świetle, że zamiast zapierać dech w piersi, budzi coś zbliżonego do wstrętu. Z tych przymglonych zdjęć przebija jakieś zepsucie – patrząc na ten zachmurzony zakątek Ziemi nie ma się wątpliwości, że to wręcz wymarzone miejsce dla wszelkiej maści degeneratów. Tak jak nie miało się takiej wątpliwości już na początku „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” Tobe'a Hoopera. Powtórki takiego klimatu oczywiście nie dostaniemy, Scott Vickers aż takich wyżyn nie osiągnął, niemniej już od początku filmu (już samą aurą) dawał mi odczuć, że coś się tutaj psuje, że szerzy się tutaj jakaś zgnilizna, której źródło już wkrótce przede mną odkrył. Niestety dosyć szybko, choć gwoli sprawiedliwości, nie wywlekł wszystkiego od razu, przez jakiś czas (raczej niedługi) dawkował informacje niezbędne widzowi do skonkretyzowania tej historii. Wiemy, że coś się dzieje, ale co dokładnie możemy się tylko domyślać. Jesteśmy w Strefie Mroku, a tam wszystko może się zdarzyć. Zanim Vickers przejdzie do wyjaśnień, zanim nowe położenie Hopkinsów się wyklaruje, my już zdążymy utwierdzić się w przekonaniu, że zagrożenie czyha na farmie Fairbairnów. Już podczas pierwszej rozmowy Rachel i Matta z Bobem nabierzemy pewności, że ów człowiek ma jakieś niecne zamiary względem tej dwójki. I nie tylko dlatego, że w kinie grozy często pojawia się motyw rzekomo dobrego samarytanina (najczęściej mieszkańca jakiejś prowincji), który ostatecznie sprowadza na protagonistów poważne kłopoty. Fani tego typu kina zdążyli już uczulić się na takie postacie, a jeśli nie, to Vickers podrzuca wyraźną wskazówkę w postaci diametralnej zmiany postawy Boba na skutek informacji o dziecku. A konkretniej chłopcu. Płeć dziecka Hopkinsów wydaje się mieć znaczenie dla tego człowieka. Wygląda na to, że dziewczynka byłaby mu nie w smak, ale wtedy jeszcze nie wiadomo dlaczego. Samo to, że zależy mu na dziecku tych ludzi daje nam pewność, że wsiadając do jego samochodu Rachel i Matt popełniają ogromny błąd. Taki, który może nawet doprowadzić do ich śmierci. Podczas jazdy na farmę Fairbairnów Rachel dostrzega przyglądającą się im dziewczynkę – stojącą w bezruchu postać z nieodgadnionym wyrazem twarzy, która nie spuszcza wzroku z samochodu Boba, co robi dosyć upiorne wrażenie. Wcale nie zdziwiło mnie to, że Scott Vickers, w przeciwieństwie do tak wielu współczesnych twórców mainstreamowego kina grozy, zdaje sobie sprawę z tego, że w tego typu obrazach często mniej znaczy więcej, że wcale nie potrzeba drogich efektów specjalnych by zaniepokoić widza, bo już atmosfera, w jakiej utrzymano ten film, doprowadziła mnie do takiego wniosku. Takich filmów, jak „Matriarch” nie kręci się wiele, bo z góry wiadomo, że tłumów nie przyciągną. Na klimat stawiało się kiedyś, teraz natomiast w cenie są wymyślne efekty specjalne i wszędobylskie jump scenki. A tego w „Matriarch” nie znajdziemy. Dramaturgia może i nie jest budowana nieśpiesznie, ale takich fajerwerków, jakich oczekują miłośnicy współczesnego mainstreamu z całą pewnością tutaj nie ma. Ponura atmosfera i fabuła – na tym skupili się twórcy omawianego filmu. Z efekciarskich dodatków prawie całkowicie zrezygnowali albo co bardziej prawdopodobne wymusił to na nich niski nakład finansowy. Jeśli tak, to cieszy mnie, że brakowało im pieniędzy.

Matriarch” to niszowy, kameralny, minimalistyczny thriller z elementami horroru, który łączy w sobie kilka dobrze znanych miłośnikom kina grozy motywów, w sposób za którym wprost przepadam. Zamiast tylko prześlizgiwać się przez poszczególne wątki, jak to często czynią współczesne horrory i thrillery trafiające na niezliczone ekrany kin, Scott Vickers zagłębia się w temat, pilnując przy tym intensywności przekazu. Jego film jest pozbawiony denerwujących przestojów, ale i nadmiernej prędkości. Ten dopiero zaczynający swoją przygodę (to znaczy mam nadzieję, że na „Matriarch” się nie skończy) z pełnometrażowym kinem fabularnym w mojej ocenie znalazł złoty środek. Idealnie rozłożył środki ciężkości, ułożył tę niewyszukaną przecież historię tak, że ani przez chwilę nie miałam wątpliwości, że on po prostu czuje kino grozy. Zdziwiłoby mnie, gdyby się okazało, że nie jest on oddanym fanem tego rodzaju obrazów (tak thrillerów, jak horrorów). W każdym razie „Teksańską masakrę piłą mechaniczną” prawdopodobnie zna, bo w swoim pełnometrażowym debiucie zawarł jedną scenkę, która mogła zostać zainspirowana tym kultowym slasherem Tobe'a Hoopera. Ale równie dobrze materiałem źródłowym mógł być jakiś inny film, bo w końcu pomysł ów zdążyło już zapożyczyć sobie trochę twórców. Motyw podejrzanej rodzinki mieszkającej w zacisznej okolicy dosyć szybko zostaje wzbogacony o szczegół, który tak w thrillerach, jak w horrorach nie raz, nie dwa był już poruszany. Otóż, okazuje się, że Fairbairnowie są ludźmi głęboko wierzącymi, ortodoksyjnymi chrześcijanami, interpretującymi Pismo Święte może nie tyle w zaskakujący sposób, ale na pewno mocno odbiegający od nauk głoszonych przez Kościół. Fundamentem ich wiary jest Stary Testament, z którego zwykli wyrywać te ustępy, które pochwalają ich sposób życia. Dosyć dużym powiewem świeżości jest element, na który wskazuje już sam tytuł filmu Scotta Vickersa. Na farmie Fairbairnów obowiązuje matriarchat. To nie Bob jest głową owej „szacownej” familii tylko jego żona Agnes (odpowiednio demoniczna kreacja Julie Hannan). Ta apodyktyczna kobieta podporządkowała swojej woli wszystkich mężczyzn, którzy z nią mieszkają, problemy mając jedynie z Faith, najmłodszą członkinią tej rodziny, która nie mówi. Nie da się nie odczuć, że dziewczynka jest traktowana jak czarna owca, że rodzice nie darzą jej taką miłością, jak pozostałe adoptowane przez siebie dzieci: dorosłych już mężczyzn, Luke'a i Davida. To Rachel (przekonująca Charlie Blackwood) jest tą osobą, która jest bardziej wyczulona na dziwactwa Fairbairnów. Jej mąż na początku sprawę mocno bagatelizuje, uspokaja żonę, tłumacząc jej, że to zupełnie nieszkodliwi ekscentrycy. W horrorach zazwyczaj tak jest, że kobieta lepiej ocenia sytuację, że wyczuwa zagrożenie nieuchwytne dla mężczyzny. I to na ogół on stawia na swoim – zamiast za radą kobiety uciekać gdzie pieprz rośnie, przekonuje ją, że nic złego się nie dzieje. Tyle że zawsze się dzieje i wie to każdy, kto w swoim życiu chociaż trochę horrorów obejrzał. „Matriarch” zahacza o konwencję horroru, ale pomijając jeden, co prawda nie raz już wykorzystany w kinie grozy, ale i tak mogący nielicho zaskoczyć wątek (nie wiedzieć czemu nie spodziewałam się takiego zwrotu akcji po takiej historii, moje myśli ani razu nie poszły w tym kierunku, chociaż ten motyw doskonale się w nią wpasowuje), ewentualnie dwa, jeśli wliczyć scenkę prawdopodobnie zainspirowaną „Teksańską masakrą piłą mechaniczną”, Scott Vickers bardziej celuje w thriller. Zdecydowana większość wydarzeń jest podawana w taki sposób, by widz czuł, że ma do czynienia z dreszczowcem, by trwał praktycznie w nieustającym napięciu, tylko z rzadka doprawianym czymś, co ma budzić w nim strach i niesmak. Zresztą jeśli o mnie chodzi to nie do końca skutecznie, bo tylko pierwsze wejście Faith mnie zaniepokoiło i to w dodatku z lekka. Ale za to adrenaliny dostałam aż nadto.

Matriarch” z pewnością nie jest filmem, po który powinni sięgnąć wszyscy fani klimatycznego kina grozy. Bo choć atmosfera, w jakiej utrzymano ten film robi wrażenie, to nie sądzę, by miłośnicy współczesnego mainstreamu odnaleźli się w tej propozycji. To film niszowy, nakręcony tanim kosztem (choć według mnie nie rzuca się to w oczy), silnie skoncentrowany na fabule i klimacie, dający bardzo mało miejsce efektom specjalnym (a jak już to nie komputerowym, tylko praktycznym, w moich oczach nieporównanie bardziej realistycznie się prezentującym) i bodaj wcale prymitywnym jump scenkom. To nie jest kolejna plastikowa superprodukcja, nadmiernie dynamiczny twór, z naprędce wykreśloną fabułą i powierzchownymi postaci. To thriller z elementami horroru skierowany do ludzi mających już serdecznie dość hollywoodzkiego przepychu. Szukających ponurych klimatów i dobrze poprowadzonych historii, które wzbudzałyby w nich emocje silniejsze od tych, jakie ma im do zaoferowania efekciarskie, szeroko reklamowane i przez tak wielu wychwalane XXI-wieczne kino grozy.

czwartek, 16 maja 2019

Catherine Ryan Howard „Dziewczyna kłamcy”

Przed dziesięcioma laty dziewiętnastoletnia studentka St John's College w Dublinie, Alison Smith, przeżyła szok, gdy jej chłopak, studiujący na tej samej uczelni co ona, Will Hurley, został skazany na dożywocie za zamordowanie pięciu młodych kobiet. Nazywano go zabójcą z kanału, ponieważ ciała swoich ofiar wrzucał do Grand Canal, a po schwytaniu został umieszczony w Centralnym Szpitalu Psychiatrycznym. Alison natomiast przeprowadziła się do Bredy w Holandii, starając się zapomnieć o koszmarze, jaki przeżyła w swojej rodzimej Irlandii. Teraz zostaje jednak zmuszona do skonfrontowania się z demonami przeszłości, bo okazuje się, że może pomóc w śledztwie w jakiś sposób powiązanym ze zbrodniami, do popełniania których przyznał się jej niegdysiejszy ukochany. Detektywi Garda Siochana, Jerry Shaw i Michael Malone informują Alison, że w wodach Grand Canal w niewielkim odstępie czasu znaleziono dwie martwe kobiety, a odsiadujący wyrok w szpitalu psychiatrycznym Will Hurley utrzymuje, że może pomóc w schwytaniu sprawcy tych zabójstw, ale zastrzegł, że będzie rozmawiał na ten temat tylko z Alison. Kobieta niechętnie zgadza się na spotkanie z Willem - pierwsze od dziesięciu lat, pierwsze od momentu osadzenia go w zakładzie zamkniętym. Spotkanie z człowiekiem, który tak bardzo ją oszukał, który z zimną krwią odebrał życie pięciu kobietom, w tym jej najlepszej przyjaciółce, a teraz prawdopodobnie doczekał się swojego naśladowcy.

Urodzona w Cork w Irlandii, Catherine Ryan Howard, swoją pisarską karierę rozpoczęła od literatury faktu. I przez kilka lat nie wychodziła poza ten rodzaj utworów. Wydany w 2016 roku (światowa premiera) thriller „Distress Signals” nadał rozpędu jej karierze pisarskiej. Książka trafiła na listy bestsellerów Irish Timesa i USA Today, została uhonorowana nagrodą Best Mystery na Independent Press Awards i nominowana do nagrody CWA John Creasey/New Blood Dagger. Pierwotnie wydana w 2018 roku „Dziewczyna kłamcy” to druga powieść Catherine Ryan Howard, także osadzona w gatunku thrillera. Utwór ten był nominowany do Nagrody im. Edgara Allana Poe, przez Irish Independent został okrzyknięty najlepszą książką 2018 roku, a przez Library Journal najlepszym audiobookiem 2018. Kolejna powieść Howard, „Rewind”, swoją premierę ma mieć we wrześniu 2019 roku. W marcu tego samego roku pisarka podpisała umowę z Blackstone Publishing, w której zobowiązała się do opublikowania sześciu książek w Ameryce Północnej.

Najpierw „Milcząca ofiara” Caroline Mitchell, a teraz to. Jak tak dalej pójdzie to irlandzka literatura z gatunku thrillera podpije polski rynek wydawniczy, jak swego czasu zrobiły to kryminały ze Skandynawii. Czyżby w Polsce rozpoczynała się nowa moda? Moda na irlandzkie dreszczowce? Cóż, mam nadzieję, że tak, że nasi wydawcy zaleją rynek powieściowymi thrillerami napisanymi przez Irlandczyków. Bo podejrzewam, że jest tam dużo więcej skarbów pokroju „Milczącej ofiary” i „Dziewczyny kłamcy”. Omawiana powieść jest pierwszym utworem Catherine Ryan Howard wydanym w Polsce – nie wiedzieć czemu jej debiutancki thriller, „Distress Signals” nie został przetłumaczony na język polski. Ale to może się zmienić, gdy sympatycy literackich thrillerów odkryją „Dziewczynę kłamcy”. I nastąpi to raczej szybko, bo nie wyobrażam sobie, żeby o tej powieści już wkrótce nie zrobiło się głośno. W Polsce, bo na świecie już od 2018 roku sporo się o tej pozycji mówi i pisze. Jeszcze więcej niż o „Distress Signals”, a przecież już ten powieściowy debiut Howard zyskał rzeszę miłośników. Szczerze mówiąc nie byłam jakoś mocno entuzjastycznie nastawiona do tej pozycji, bo choć ostatnio sytuacja uległa znaczącej poprawie, to jeszcze nie miałam okazji przeczytać tylu udanych współczesnych powieści o seryjnych mordercach, by nie wychodzić z założenia, że był to jedynie chwilowy zryw. Jeszcze niedawno byłam przekonana, że ta formuła nie ma mi już absolutnie nic do zaoferowania, że pisarze (i przede wszystkim filmowcy) będą już tylko coraz bardziej grzęznąć w oparach nijakości. Potem jednak w moje ręce zaczęły wpadać pozycje, które tchnęły we mnie trochę wiary w renesans tego typu fikcyjnych opowieści. Troszkę, bo sceptycyzmu i tak się nie pozbyłam – nadal byłam przygotowana (i w sumie wciąż jestem) na ponowny drastyczny spadek formy, choć już nie tak zdecydowanie jak wcześniej. Przekonania, że „Dziewczyna kłamcy” płynie na tej dobrej fali, nabrałam właściwie już na początku lektury, we wstępnej fazie tej mrocznej przygody, zorganizowanej przez władającą dojrzałym, poruszającym wyobraźnię stylem irlandzką pisarkę Catherine Ryan Howard. Nie za sprawą fabuły, bo ta jeszcze porządnie się nie zawiązała, tylko przez ten staranny warsztat (w czym swoją zasługę ma też tłumacz Szymon Kołodziejski), bardzo obrazowe opisy miejsc, sytuacji i przede wszystkim postaci. Wtedy jeszcze Howard imponowała mi tym, że potrafi przekazać mnóstwo treści za pośrednictwem niewielu słów. Najbardziej rzuca się to w oczy we wprowadzeniach i tych bardziej, i tych mniej ważnych postaci. Wchodzi Will Hurley i już jestem zaciekawiona. „Scena” zostaje przekazana Alison Smith i praktycznie od razu się do niej przywiązuję. Z miejsca przekonuję się nawet do Sal, najlepszej przyjaciółki dwudziestodziewięcioletniej Alison, choć ona szybko schodzi (na jakiś czas) z tej literackiej areny. Zostają jednak wprowadzone inne postacie, które jak łatwo się domyślić, odegrają istotną rolę w tej opowieści. Detektywi Garda Jerry Shaw i Michael Malone, którzy to pewnego dnia zapukają do drzwi domu Alison Smith, po to, by znacznie skomplikować jej i tak już niełatwe życie. Howard będzie konsekwentnie rozbudowywać te wszystkie sylwetki (zwłaszcza postać Alison) w sposób niezwykle wyważony, przemyślany tak, żeby wzmagać w czytelnikach ciekawość i... podejrzliwość. O ile wcześniej autorka ta zaimponowała mi przede wszystkim zwięzłością, o tyle później urzekła mnie swoim zamiłowaniem do detali. Odmalowywaniem bardzo szczegółowych obrazków z burzliwego życia Alison, ale i ludzi z jej otoczenia. Co wydawało się przychodzić tej Irlandce z łatwością – ot tak, bez silenia się na cokolwiek. W „Dziewczynie kłamcy” nie ma ani krztyny toporności, wszystko w tej książce jest tak płynne, tak niewymuszone, że nim człowiek zdąży się obejrzeć, tkwi już obiema nogami w świecie przedstawionym przez Catherine Ryan Howard.

Alison Smith jest nie tylko główną bohaterką „Dziewczyny kłamcy”, ale także główną narratorką. Nie jedyną, bo w książce znajdziemy kilka fragmentów wyłuszczonych w trzeciej osobie, które koncentrują się na mordercy grasującym w Dublinie w 2017 roku (umowna teraźniejszość) i zdecydowanie rzadziej na Willu Hurley'u, który obecnie przebywa w szpitalu psychiatrycznym. Dostał dożywocie za odebranie życia pięciu młodym kobietom w 2007 roku. Modus operandi tajemniczego mordercy, który niedawno rozpoczął swoją zbrodniczą działalność, jest taki sam, jak ten obrany przed dziesięcioma laty przez Willa. Hurley prawdopodobnie doczekał się więc swojego naśladowcy... Ale to tylko jedna z możliwości. Policja bierze też pod uwagę to, że Hurley mógł mieć wspólnika, który to dopiero dekadę później zdecydował się na samotną działalność, na zabijanie młodych kobiet w pojedynkę. Jest jeszcze jedna możliwość, wersja, ku której skłania się detektyw Michael Malone, stając przez to w opozycji do wyższego rangą partnera Jerry'ego Shawa, który prowadził też śledztwo zakończone zatrzymaniem Willa Hurleya. I którą chętnie dzieli się z Alison Smith nadal rozpamiętującą koszmar, jaki przeżyła z winy ukochanego mężczyzny przed dziesięcioma laty. W „Dziewczynie kłamcy” najwięcej miejsca zajmują aktualne dzieje Alison podane z jej punktu widzenia, ale co jakiś czas Howard cofa się o dekadę. Śledzimy wówczas, również z jej perspektywy, dzieje dziewiętnastoletniej Alison, świeżo upieczonej studentki St John's College, która wkrótce bez reszty zakocha się w swoim rówieśniku Willu Hurley'u. Już w pierwszy retrospekcyjny fragment wejdziemy z dużą wiedzą. Howard uprzedza tak ważne fakty, jak zabójstwo Liz, najlepszej przyjaciółki Alison, czy tożsamość seryjnego mordercy, który to oprócz niej pozbawił życia jeszcze cztery inne osoby. Same kobiety, same studentki St. John's College. Wszystkie ciała znaleziono w Grand Canal, wszystkie te kobiety zginęły w nocy, gdy samotnie przemierzały uśpione miasto. Mogłoby się wydawać, że wiara detektywa Michaela Malone'a w niewinność Willa ucieszy Alison, że kobieta będzie aż palić się do pomocy, gdy tylko usłyszy, że to może zaprocentować uwolnieniem jej niegdysiejszego ukochanego. Alison początkowo nie chce nawet dopuścić do siebie myśli, że Will nie popełnił tych wszystkich morderstw, za które go skazano (nie w sądzie, gdyż jak nadmienia Howard irlandzkie prawo pozwala ominąć sąd, gdy delikwent przyzna się podczas oficjalnego przesłuchania przez policję). Nie ma wątpliwości, że złapano właściwego człowieka. Ale z czasem zaczyna dopuszczać do siebie tę drugą możliwość. I wcale nie czerpie z tego pocieszenia – ta opcja przeraża ją najbardziej. Wie bowiem, że w takim wypadku już do końca życia dręczyłyby ją wyrzuty sumienia przez to, że opuściła Willa, że wcześniej nie zdecydowała się mu pomóc. I przez coś jeszcze... Główne pytanie jakie zadaje nam Howard na kartach „Dziewczyny kłamcy” dotyczy Willa. Czy człowiek ten faktycznie dopuścił się pięciu morderstw, czy był raczej kozłem ofiarnym? Ofiarą nieudolności organów ścigania, ale może i prawdziwego sprawcy. Może osoba, która dopuściła się tych wszystkich zbrodni i wciąż pozostaje na wolności, ta sama, która po dziesięciu latach znowu zaczęła zabijać, może ta osoba niegdyś celowo skierowała podejrzenia na Willa. Może ten młodzieniec został zwyczajnie wrobiony przez prawdziwego zabójcę z kanału. Albo... A co z Alison? Czy jest możliwe, że ta jakże sympatyczna postać okaże się największą kłamczuchą? Czy można w ogóle brać pod uwagę to, że jej udział w tej sprawie jest zupełnie inny niż wszystko na to wskazuje? A jakże! UWAGA SPOILER Nie wiem, czy był to celowy zabieg ze strony Catherine Ryan Howard, czy po prostu tak już mnie tego typu literatura uwarunkowała, że automatycznie podejrzewam prawie albo w ogóle wszystkich, łącznie z postacią zajmującą centralne miejsce w danej historii. Jakkolwiek by nie było, aż do wyjaśnienia całej tej zagadki (część z tego mnie rozczarowała, ale sytuację podratował ostatni rozdział) nie wykluczałam tego, że Alison może okazać się jednym z czarnych charakterów tej powieści KONIEC SPOILERA.

„Dziewczynę kłamcy” irlandzkiej pisarki Catherine Ryan Howard czyta się praktycznie jednym tchem. Dlatego każdemu, kto zdecyduje się na lekturę tej pozycji (mądry wybór), radzę zarezerwować sobie więcej czasu. Wziąć pod uwagę to, że jak już się do tej powieści zasiądzie, to szybko się od niej nie odklei. Właściwie to jestem gotowa się założyć, że znajdą się i tacy, którzy wchłoną całą tę opowieść za jednym podejściem, bo sama tak bym zrobiła, gdyby organizm nie odmówił mi posłuszeństwa. Niestety, oczy już nie te co kiedyś. Niestety, bo to żadna przyjemność wychodzić z tak znakomicie opowiedzianej (choć w treści niezbyt odkrywczej), diablo wciągającej, dosłownie przez cały czas trzymającej w napięciu, opowieści o jednym bądź dwóch seryjnych mordercach i młodej kobiecie, która najprawdopodobniej coś ukrywa. Poproszę inne powieści Catherine Ryan Howard – tak, do Was się zwracam, drodzy polscy wydawcy. A miłośników literackich thrillerów upraszam o sięgnięcie po „Dziewczynę kłamcy”. Nie proszę byście przeczytali ją w całości, bo jestem prawie przekona, że to zrobicie. Proszę więc jedynie o zapoznanie się z treścią dwudziestu-trzydziestu pierwszych stron. Tyle powinno w zupełności wystarczyć, byście nie chcieli już (jeśli w ogóle zechcecie) wychodzić ze świata przedstawionego przez Catherine Ryan Howard.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 13 maja 2019

„Smętarz dla zwierzaków” (2019)

Louis i Rachel Creed wraz z dwójką swoich dzieci, ośmioletnią Ellie i trzyletnim Gage'em, wprowadzają się do domu w miasteczku Ludlow w stanie Maine. Krótko po przyjeździe dziewczynka znajduje na ich posesji cmentarz dla zwierząt i poznaje ich najbliższego sąsiada, starszego mężczyznę Juda Crandalla, którego przedstawia matce. Jud szybko zaprzyjaźnia się z Creedami, nie wyjawia im jednak mrocznej prawdy na temat należącej do nich ziemi. Do czasu śmierci ukochanego kota Ellie, Churcha. Dopiero wtedy Jud postanawia wtajemniczyć Louisa. Długoletni mieszkaniec Ludlow prowadzi swojego nowego sąsiada na bardzo stary cmentarz leżący głęboko w lesie za cmentarzem dla zwierzaków. Tam właśnie Jud każe Louisowi pochować kota Ellie, nie wdając się przy tym w żadne wyjaśnienia. Creed stosuje się do rady sąsiada, a nazajutrz odkrywa, że Church wrócił.

Plany stworzenia drugiej filmowej wersji „Smętarza dla zwierzaków” Stephena Kinga (w Polsce powieść tę wydano też pod tytułem „Cmętarz zwieżąt”) snuto tak wiele lat, że niektórzy zdążyli stracić nadzieję na to, że produkcja ta kiedykolwiek powstanie. Już w 2010 roku wypłynęła informacja, że wytwórnia Paramount Pictures myśli nad nową adaptacją „Smętarza dla zwierzaków” Kinga, ale dopiero w 2017 roku pojawiło się oficjalne ogłoszenie od tej firmy, mówiące, że film ów wkrótce ujrzy światło dzienne. Reżyserią był zainteresowany Andy Muschietti (twórca m.in. readaptacji „To” Stephena Kinga), ale do tego zadania wybrano Kevina Kolscha i Dennisa Widmyera (m.in. „Gwiazdy w oczach” i jeden segment antologii „Holidays”). Scenariusz obmyślił Matt Greenberg, który to był związany z tym projektem co najmniej od 2010 roku, ale spisaniem tego zajął się Jeff Buhler. Budżet filmu oszacowano na dwadzieścia jeden milionów dolarów.

Pierwsze (światowe) wydanie książki pojawiło się w 1983 roku , a pierwsza filmowa wersja „Smętarza dla zwierzaków” ukazała się w 1989 roku. Wyreżyserowała ją Mary Lambert na podstawie scenariusza Stephena Kinga. W 1992 roku wyszedł sequel tego filmu, również w reżyserii Lambert. Powieść „Smętarz dla zwierzaków” to mój ulubiony utwór literacki, a jej ekranizacja (tak, było trochę zmian, ale myślę, że nie aż tak ważkich, by film ów podpadał pod adaptację) to mój ulubiony film na podstawie twórczości Stephena Kinga. On sam zresztą też bardzo go ceni – kiedyś powiedział nawet, że to jedyna adaptacja/ekranizacja jego prozy, która wywołała w nim autentyczny strach. Wersję Kevina Kolscha i Dennisa Widmyera też gorąco polecał, dając przy tym jasno do zrozumienia, że potrafi wystraszyć. Reżyserzy nie kryli, że jest tutaj sporo zmian w stosunku do literackiego pierwowzoru. O niektórych opowiadając jeszcze przed premierą filmu i przynajmniej w przypadku jednej z nich bezlitośnie spoilerując. Swoją drogą zgrali się z dystrybutorami, którzy wypuścili zbyt wiele mówiący zwiastun. Nie jestem pewna, czy tylko jeden... „Smętarz dla zwierzaków” reklamowano jako obraz opierający się na powieści, a nie jej ekranizacji z 1989 roku. Wiele więc osób czekających na tę produkcję jeszcze przed premierą nazywało nowy „Smętarz dla zwierzaków” readaptacją bądź po prostu adaptacją/ekranizacją, określenie „remake” jednak też gdzieniegdzie się przewinęło. Okazało się, że zapowiedzi tylko po części pokrywają się z prawdą. To znaczy ja nie mam wątpliwości, że książka nie była jedynym materiałem źródłowym. Znalazłam tylko jeden moment (co nie znaczy, że nie ma ich więcej), co do którego nie można mieć wątpliwości, że pochodzi z książki, a nie jej ekranizacji z 1989 roku. Mowa o ostatniej scence z udziałem UWAGA SPOILER Juda Crandalla (Norma), ale już sposób unieszkodliwienia tego człowieka (pierwsze cięcie) przez powstałe z martwych dziecko KONIEC SPOILERA zostało żywcem wyjęte z pierwszej filmowej wersji „Smętarza dla zwierzaków”. Kiedy na jednym z portali internetowych zobaczyłam wśród bohaterów Normę Crandall (żonę Juda) to uwierzyłam, że nie będzie to remake, ale okazało się, że i tutaj bardziej trzymano się ścieżki wytyczonej przez Stephena Kinga w scenariuszu ekranizacji jego własnej książki, a zdecydowanie mniej tej, którą obrał w swojej powieści. Żeby więc nie było żadnych wątpliwości – moim zdaniem „Smętarz dla zwierzaków” z 2019 roku jest zarazem readaptacją (choć to słowo też nie bardzo mi tutaj pasuje zważywszy na to, że wersję Mary Lambert uważam za ekranizację) i remakiem filmu z 1989 roku. Podobnie było z „Carrie” Kimberly Peirce. W przeciwieństwie jednak do tamtego obrazu, twórcy nowego „Smętarza dla zwierzaków” dali sporo od siebie. Dosyć dużo pozmieniano, sporo opuszczono, ale i dodano własne pomysły do doskonale znanej długoletnim fanom horrorów historii rodziny Creedów, co samo w sobie dla mnie złym podejściem nie było. Nie należę do tych osób, które z góry przekreślają adaptacje utworów literackich, czyli te wersje, które pozwalają sobie na dużą dowolność w interpretacji utworu, z którego bądź co bądź wyrastają. To samo tyczy się ekranizacji, czyli filmów, które nie odbiegają zanadto od swoich protoplastów. Inwencja filmowców rzuca się w oczy już na początku seansu – już wtedy nabiera się przekonania (pod warunkiem, że już wcześniej nie zapoznano się z dokładniejszymi informacjami na temat owego przedsięwzięcia), że filmowcy mieli swój pomysł na tę historię. Na opowieść o czteroosobowej rodzinie Creedów, o cmentarzu dla zwierząt (zwanym smętarzem dla zwierzaków) i przeklętym cmentarzysku usytuowanym w głębi lasu, który w tej wersji nie jest już nazywany cmentarzyskiem Micmaców. O tym plemieniu postanowiono w ogóle nie wspominać. 
 
Jason Clarke w roli Louisa Creeda nie wypadł zbyt przekonująco, aczkolwiek jeśli zestawi się go z Dale'em Midkiffem z pierwszej filmowej wersji „Smętarza dla zwierzaków”, to na pewno dojdzie się do wniosku, że w tym przypadku sytuacja się poprawiła. Amy Seimetz jako Rachel według mnie również spisała się lepiej od swojej poprzedniczki, Denise Crosby. Jete Laurence w roli Ellie postawiłabym na równi z Blaze Berdahl, gdyby nie końcówka – nowa Ellie dostała większe pole do popisu, które moim zdaniem z nawiązką wykorzystała (w moim pojęciu to jedyny jasny punkt tej okropnej końcówki). Fred Gwynne (Jud) i przede wszystkim Miko Hughes (Gage) moim zdaniem nie doczekali godnych następców – John Lithgow jako Jud i bliźniacy Lavoie, Hugo i Lucas, jako Gage może i pokazaliby więcej, gdyby dano im na to szansę. UWAGA SPOILER Gage'a okrutnie zmarginalizowano – mojej ulubionej postaci „Smętarza dla zwierzaków” prawie tutaj nie ma. Z Judem nie jest aż tak źle. Jemu dano więcej miejsca niż Gage'owi KONIEC SPOILERA, ale w porównaniu do poprzednich wydań tej historii... No cóż, to nie jest ten Jud, którego poznałam i polubiłam. Powiedziałabym, że to raczej cień prawdziwego Juda Crandalla. Największy problem mam z oceną klimatu nowego „Smętarza dla zwierzaków” (jestem w sumie rozdarta). Jeśli patrzeć na to przez pryzmat współczesnego mainstreamu, do którego ów film się zalicza, to nie jest źle. Mrocznych zdjęć nie brakuje, ale i nie ma tu takiego ciężaru, jaki wręcz zgniata za każdym razem, gdy czytam powieściowy oryginał bądź oglądam jego ekranizację z 1989 roku. Oba te dzieła zawsze działają na mnie niesamowicie przygnębiająco (sequel pierwszego filmu też lubię, ale już nie tak bardzo). To jeden z powodów, dla których je kocham. Z tego samego powodu nie sięgam po żadne z tych dzieł w dowolnym momencie – do historii rodziny Creedów, czy to w jej literackiej, czy filmowej wersji, zawsze muszę się odpowiednio nastroić, nie mogę sobie odświeżać tej opowieści kiedy bądź, bo to jedna z tych nielicznych fikcyjnych historii, które mocno kładą się na mojej psychice. Autentycznie mnie rani, wywołuje stan zbliżony do depresji i... dobrze. Tak, tak, wiem, jak masochistycznie to brzmi. Jeśli jednak kiedyś zechcę ponownie zasiąść do „Smętarza dla zwierzaków” z roku 2019 (w co mocno wątpię), to nie będę mentalnie przygotowywać się na to spotkanie. Już wiem, że tego robić nie muszę, bo propozycja Kevina Kolscha i Dennisa Widmyera jest nieporównanie lżejsza. Cmentarny klimat gdzieś się zagubił, tak samo jak ten potężny ładunek emocjonalny (dla mnie jest to głównie smutek). O jednej z największych zmian w dziejach rodziny Creedów twórcy mówili jeszcze przed premierą swojego filmu, tłumacząc ją między innymi tym, że nie chcieli ryzykować popadnięcia w śmieszność. Cóż, widać uznali, że nie mają takiego talentu jak Mary Lambert, bo w mojej ocenie jej (i jej ekipie) wyszło to wybornie. Ale jeśli o to chodzi to chyba jestem w mniejszości. Zresztą wydaje się, że nie tylko w tej kwestii, bo pojawiło się już mnóstwo głosów przyznających readaptacji/remake'owi Kevina Kolscha i Dennisa Widmyera wyższość nad ekranizacją Lambert. Sama ta zmiana jakoś mocno mnie nie ubodła - owszem, wolę oryginalną koncepcję, ale byłam w stanie to zaakceptować. To znaczy sam pomysł, bo z jego wykonaniem i rozwinięciem tego tematu było już dużo gorzej. Twórcy nowego „Smętarza dla zwierzaków” nie wystarali się o nadanie temu wydarzeniu odpowiednio przygnębiające oprawy – to zabrzmi strasznie, ale bardziej zasmuciła mnie śmierć Churcha i dalszy los tego wskrzeszonego kota (nie mogę powiedzieć, że ten „aktor” – właściwie to w tę rolę wcieliło się kilka kotów – wypadł słabiej od swojego poprzednika, ale gdybym miała wybierać... nic nie poradzę na to że przywiązałam się do pierwszego filmowego Churcha). Nie wiem, może tylko ja tak to odebrałam, ale z tego tchnęło więcej emocji. Nie było to aż tak beznamiętne, jak wszystko, co pokazano mi poźniej. Najgorzej zniosłam jednak końcówkę – tutaj twórców naprawdę mocno poniosło, popłynęli jeśli nie wprost w opary absurdu, to na pewno znaleźli się blisko tej granicy. Wiele jestem w stanie znieść, ale żeby aż tyle? Dajcie spokój.

„Smętarz dla zwierzaków” w reżyserii Kevina Kolscha i Dennisa Widmyera ma trochę jasnych stron. Scenki z Zeldą, co prawda nie są tak niepokojące jak te pokazane w poprzedniej filmowej wersji tej powieści Stephena Kinga, ale jak na obecne czasy efekty są całkiem niezłe. Zresztą pod tym kątem (efekty specjalne) cały ten film pozytywnie mnie zaskoczył. Spodziewałam się dużo większej ingerencji komputera i wzmożonej liczebności takich dodatków. Sekwencje z Victorem Pascowem, który w tej wersji jest Afroamerykaninem, zmiany w relacji Louisa i Rachel (wtajemniczenie tej drugiej w śmierć Churcha - „dobrze, że nie jesteś weterynarzem” haha – i większa bliskość: nieporozumienia pomiędzy nimi są, ale przebiegają one nieporównanie łagodniej), więcej obrazków z codzienności Creedów w Ludlow. Wszystko to dosyć dobrze się oglądało, chociaż oczywiście wolę poprzednie wydania „Smętarza dla zwierzaków”. Drastyczne zmniejszenie udziału rodziców Rachel w tej opowieści, oziębienie relacji Louisa i Juda (nie czuje się, że są najlepszymi przyjaciółki albo raczej, że ten pierwszy darzy swojego nowego sąsiada synowskimi uczuciami) i wprowadzenie silniejszej więzi pomiędzy Judem i Ellie – tego już dobrze nie przyjęłam. Ale pocieszeniem niech będzie to, że to jeszcze nie są najgorsze wybory dokonane przez twórców nowego „Smętarza dla zwierzaków”. Znalazłam trochę znacznie gorszych pomysłów. Niemniej jestem pewna, że adaptacja mojej ulubionej powieści Stephena Kinga (to znaczy ulubionej w ogóle) znajdzie więcej fanów niż ekranizacja z 1989 roku. Nie sadzę jednak, żeby wiele osób doszło do wniosku, że Kevin Kolsch i Dennis Widmyer wzbili się ponad powieść. Nie, tak raczej nie będzie. A może...?

niedziela, 12 maja 2019

Katie Lowe „Furie”

Lata 90-te XX wieku. Po stracie ojca i młodszej siostry w wypadku samochodowym nastoletnia Violet Taylor zostaje tylko z matką, która na skutek przeżytej straty wpadła w alkoholizm. Po długim namyśle Violet decyduje się pójść za radą matki i zacząć uczęszczać do Elm Hollow Academy, prestiżowej szkoły dla dziewcząt, stojącej w niewielkim nadmorskim miasteczku, w którym od urodzenia mieszka. Miejsce to ma bogatą, acz niechlubną historię związaną z tak zwanymi procesami czarownic, o czym Violet dowiaduje się dopiero w pierwszym dniu swojego pobytu w Elm Hollow. Początkowo nową uczennicę dręczy samotność, ale nie trwa to długo. Z czasem zaprzyjaźnia się z trzema dziewczętami, Robin, Alex i Grace, i tak jak wcześniej one, zostaje dopuszczona do tajemnego klubu prowadzonego przez nauczycielkę rysunku i malarstwa Annabel. Spotkania te przypominają zajęcia pozalekcyjne, przy czym wiedza, jaką ich ulubiona wykładowczyni przekazuje czterem uczennicom, najpewniej nie spotkałaby się z akceptacją jej przełożonych. Violet ma świadomość, że jest łudząco podobna do długoletniej przyjaciółki Robin, która niedawno zaginęła. Dowiaduje się również, że jej nowe koleżanki eksperymentują z czarną magią. Ją też dopada ta mroczna fascynacja. I nie słabnie nawet wówczas, gdy zwraca się ona przeciwko innym ludziom.

Furie” to debiutancka powieść Brytyjki Katie Lowe, absolwentki Uniwersytetu w Birmingham, której teksty były publikowane między innymi w Guardianie i w The Independent. Od 2012 roku Katie Lowe prowadzi bloga zatytułowanego „Fat Girl PhD”, gdzie pisze o feminizmie, zdrowiu i ludzkim ciele. Światowa premiera jej pierwszej powieści, łączącej w sobie stylistykę thrillera i horroru, odbyła się w styczniu 2019 roku, a zaledwie parę miesięcy później została wydana w Polsce nakładem Czarnej Owcy.

Na skrzydełku okładki polskiego wydania „Furii” Katie Lowe znajdziemy kilka ciepłych słów dla tej publikacji od Petera Filardiego współscenarzysty „Szkoły czarownic” w reżyserii Andrew Fleminga (trzeba tu jeszcze nadmienić, że jest on autorem scenariusza m.in. „Linii życia” Joela Schumachera), o czym wspominam dlatego, że rzeczona powieść może silnie kojarzyć się z tą produkcją. I w „Furiach”, i w „Szkole czarownic” mamy cztery nastoletnie dziewczęta parające się czarną magią, zaprzyjaźnione młode kobiety, które zatracają się w tym niezbyt typowym hobby. W „Furiach” sytuacja jednak nie jest tak oczywista jak w „Szkole czarownic”. Tutaj nie możemy być pewni, czy okultystyczne rytuały odprawiane przez cztery uczennice owianej złą sławą szkoły przynoszą pożądany efekt. Przynajmniej do ostatniej partii tej mrocznej historii (dużo mroczniejszej od „Szkoły czarownic”) będziemy mogli tylko zgadywać, czy te zaprzyjaźnione nastolatki są czarownicami, czy tylko tak im się wydaje. Co prawda nie do końca, bo ich też, a przynajmniej główną (anty)bohaterkę „Furii” dręczą wątpliwości w tej kwestii. Violet Taylor nie odrzuca kategorycznie żadnej z tych dwóch możliwości. A ściślej nie odrzucała, bo narratorką tej opowieści jest dorosła już Violet. Historia ta jest więc snuta z perspektywy czasu – z punktu widzenia dojrzałej kobiety, która spogląda wstecz, rozprawia się z demonami przeszłości, dobrze pamiętając emocje, które nią wówczas kierowały, wiernie odwzorowując ten burzliwy okres swojego życia, ale jednocześnie autorka nie daje nam zapomnieć, że patrzymy na to okiem osoby dorosłej. I w dodatku bardziej uświadomionej od nas. Narratorka wie, jak to wszystko się skończyło, wie jak potoczyło się jej życie po ukończeniu Elm Hollow Academy, ale my przez długi czas będziemy musieli zadowolić się jedynie szczątkową wiedzą na ten temat. Kobieta snująca tę opowieść jest już w XXI wieku, my natomiast tkwimy w końcówce poprzedniego stulecia, gdzie zostajemy przeniesieni przez nią samą (umownie oczywiście). Dlaczego tak się nad tym rozwodzę? Otóż, wydaje mi się, że dobór ważniejszych postaci, jeśli nie cały zarys fabuły „Furii”, może skłonić do myślenia, że publikacja ta jest skierowana przede wszystkim do nastoletnich odbiorców. Oni oczywiście również mogą odnaleźć się w tej historii, ale mam przeczucie, graniczące z pewnością, że Katie Lowe pisała tutaj głównie z myślą o dorosłych czytelnikach, że nie chciała by jej literacki debiut został zaszufladkowany jako powieść młodzieżowa. Wiek narratorki to jedno, ale to przekonanie rodzi we mnie też, albo raczej przede wszystkim, styl tej brytyjskiej autorki. Bardzo dojrzały, wyczerpujący, niezwykle barwny język, mnogość poetyckich wręcz akapitów, intensywność przekazu, o której wielu dużo bardziej doświadczonych pisarzy może co najwyżej pomarzyć. Warsztat Lowe praktycznie mnie opętał (w czym swoją zasługę miała również tłumaczka Aga Zano) – powiedzieć, że wpadłam w czysty zachwyt to mało, bliższe prawdy będzie raczej stwierdzenie, że stałam się niewolnicą tego niezwykłego stylu. I była to nader słodka niewola. Poszukiwacze oryginalnych motywów mogą nie podzielić tych odczuć, ale muszę przyznać, że fabuła „Furii” też mocno mnie urzekła. Katie Lowe zbudowała ją ze znanych cegiełek, ze składników, po które zdążyła już sięgnąć niezliczona ilość pisarzy i filmowców, ale zrobiła to z tak imponującym wyczuciem, z taką świadomością reguł, jakimi rządzą się historie o, czy to prawdziwych, czy tylko rzekomych czarownicach, że podejrzewam, iż w oczach dużej części odbiorców tej książki, trzymanie się rzeczy znanych wcale nie będzie ujmą, że zadziała to na korzyść „Furii”.

Powieściowy debiut Katie Lowe otwiera informacja o śmierci dziewczyny, opis jej zimnego ciała tkwiącego na huśtawce i jasna sugestia, że narratorka i zarazem główna bohaterka „Furii”, Violet Taylor, dobrze tą, dla nas na razie anonimową osobę, znała. Po tym krótkim prologu zostajemy przeniesieni do okresu poprzedzającego tę tajemniczą śmierć. Poznajemy nastoletnią Violet, która jako jedyna wyszła cało z wypadku samochodowego, w którym życie stracili jej ojciec i młodsza siostra. Na skutek tej tragedii matka Violet wpadła w alkoholizm. Można powiedzieć, że straciła wolę życia, stała się niejako pustą skorupą, cieniem człowieka ledwo zauważającym nawet własną córkę. Podczas gdy krzywda tej kobiety jest wręcz namacalna, reakcja Violet jest zdecydowanie bardziej stonowana. Właściwie to można odnieść wrażenie, że śmierć bliskich niewiele ją obeszła, ale trzeba też brać pod uwagę takie ewentualności jak na przykład szok albo introwertyczne usposobienie dziewczyny. Z biegiem trwania lektury więcej będzie jednak przemawiać przeciwko tej postaci, Violet będzie z wolna wyrastać na czarny charakter, przekształcać się w istną femme fatale, zatracać w mrocznych instynktach na oczach coraz bardziej zatrwożonego jej zachowaniem czytelnika. To samo zresztą można powiedzieć o pozostałych postaciach zajmujących centralne miejsce w „Furiach”. Katie Lowe oczywiście najbardziej koncentruje się na Violet, ale jej trzy przyjaciółki również zajmują ważne miejsce w tej historii. To tak naprawdę opowieść o czterech nastoletnich dziewczętach, uczennicach prywatnej szkoły dla dziewcząt funkcjonującej pod nazwą Elm Hollow Academy. Prestiżowego liceum stojącego w sennym angielskim miasteczku, w którym to główna bohaterka powieści od urodzenia mieszka. Ale dopiero, gdy dołączyła do grona uczennic tej placówki poznała jej mroczną historię. Dowiedziała się, że szkoła została założona przed paroma wiekami przez kobietę, która jakiś czas potem została skazana na śmierć za uprawianie czarnej magii. Inna sprawa, czy faktycznie parała się okultyzmem... Uczennice Elm Hollow ze wszystkich nauczycieli największym szacunkiem, uwielbieniem wręcz, darzą Annabel, prowadzącą zajęcia z rysunku i malarstwa. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę z tego, że kobieta ta ma coś na kształt klubu. Kontynuuje wieloletnią tradycję spotkań z wybranymi uczennicami w celu przekazywania im wiedzy, która pewnie nie zostałaby zaaprobowana przez brytyjski system oświaty. Chociaż całkiem możliwe, że to złudne wrażenie, wywołane tajemniczą otoczką jaką nadaje temu przedsięwzięciu Annabel. Bo nie wygląda to na coś zdrożnego, a przynajmniej nie bardzo, bo podejrzewam, że niektórzy rodzice mogliby nie życzyć sobie, by umysły ich córek wypełniano informacjami o sile kobiecego charakteru obracającego się przeciwko okrutnym mężczyznom. Z drugiej strony wykłady Annabel na użytek Violet, Robin, Alex i Grace mają w sobie coś złowieszczego – łatwo dopatrzyć się w tym zachęty do brania spraw w swoje ręce, ilekroć spotka nas jakaś krzywda ze strony członka płci przeciwnej oraz do podejmowania starań w kierunku podporządkowania ich sobie, nakłaniania ich wszelkimi możliwymi sposobami do poddania się ich woli. Ale czy Annabel faktycznie zależy na właśnie takim kształtowaniu młodych umysłów? Kobieta ta równie dobrze może być zwyczajną feministką, pragnącą wpoić swoim uczennicą nieszkodliwe wartości, co perfidną jednostką z premedytacją popychającą swoje uczennice na zbrodniczą ścieżkę. Dla Violet najbliższą osobą szybko staje się Robin – to z nią główną bohaterkę połączy najsilniejsza więź. Odbiorcy „Furii” właściwie od początku będą świadomi tego, że to toksyczna przyjaźń, że ta znajomość doprowadzi do tragedii. Nie wiadomo tylko komu owa przyjaźń bardziej szkodzi – czy to Robin wciąga Violet na drogę występku, czy to ta dziewczyna ma na nią zły wpływ, czy odwrotnie? Jeśli w ogóle można tutaj mówić o jakimś złym wpływie, bo choć to Robin odkrywa przed Violet tajniki czarnej magii, choć to jej najbardziej zależy na przywoływaniu mitycznych Furii i kierowaniu ich gniewu przeciwko osobom, które w jakiś sposób naraziły się jej lub jej przyjaciółkom, to nie można wykluczyć możliwości, że Violet już dawno temu przestała być grzeczną dziewczynką. Jeśli w ogóle kiedyś nią była... Jedno jest tutaj pewne: to Violet dostaje obsesji na punkcie Robin, a nie odwrotnie. To główna bohaterka uzależnia się od tej ewidentnie zbuntowanej, ale niekoniecznie bardziej niebezpiecznej od niej dziewczyny. Robin staje się najważniejszą osobą w jej życiu, zdaje się, że Violet tak naprawdę zależy tylko na niej. I nie można oprzeć się przeczuciu, że zrobi absolutnie wszystko, by nie stracić tej przyjaźni.

Furie” Katie Lowe to po mistrzowsku opowiedziana powieść łącząca w sobie stylistykę thrillera i horroru. Z zachwycają gracją, godną najwyższego uznania zręcznością tego rodzaju, która właściwie uniemożliwia znalezienie punktów stycznych pomiędzy tymi dwoma gatunkami. Na kartach tej powieść thriller i horror egzystują w doskonałej symbiozie, i choć na fabułę składają się bardzo dobrze znane miłośnikom literatury i kinematografii grozy motywy, to sam ten sposób połączenia rzeczonych gatunków, ta ścisła koegzystencja, tworzą nową jakość. Przede wszystkim to zasługa przepięknego, elektryzującego stylu Katie Lowe, ale myślę, że nie dałoby się tego w taki sposób opowiedzieć bez rozeznania się w tradycji. W regułach, jakimi rządzą się horrory nastrojowe i thrillery o czarownicach. I tych faktycznych, i tych tylko rzekomych. Z niecierpliwością oczekuję kolejnych książek Katie Lowe, bo nawet nie dopuszczam do siebie myśli, że mogłaby teraz zarzucić powieściopisarstwo albo zmienić gatunkowy kurs. Literatura grozy to idealne miejsce dla niej. Być może w innych gatunkach też by się sprawdziła, ale lepiej żeby nawet o nich nie myślała. Nazwijcie mnie egoistką, ale chciałabym żeby swoim talentem dzieliła się wyłącznie z miłośnikami horrorów i thrillerów (ewentualnie science fiction i kryminałów). Bo wtedy byłoby więcej dla mnie:)

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 10 maja 2019

„Zło w każdym z nas” (2016)

Brie Armstrong, jej chłopak Steve Ridley i czwórka jego przyjaciół udają się na wyspę u wybrzeży Waszyngtonu, gdzie zamierzają się zrelaksować i świętować Dzień Niepodległości. Rozgaszczają się w drewnianym domu należącym do rodziców jednej z nich, w ten sposób stając się jedynymi lokatorami małej wyspy. Zakrapiana alkoholem i doprawiana narkotykami kameralna impreza szybko przekształca się w istny koszmar. Młodzi ludzie zamieniają się w oszalałych kanibali, polujących zarówno na nieprzemienione, jak już przemienione osoby.

„Zło w każdym z nas” to pierwszy pełnometrażowy film Jasona Williama Lee, którego scenariusz napisał sam. Kanadyjski horror celujący w stylistykę gore, który najpierw, w sierpniu 2016 roku, ukazał się w Wielkiej Brytanii, a w paru innych krajach świata, w tym w Stanach Zjednoczonych, wyszedł dopiero w roku 2017. Jason William Lee zajmuje się też aktorstwem, nie powinno więc zaskakiwać to, że nie darował sobie dołączenia do obsady „Zło w każdym z nas”. Na stworzeniu scenariusza, reżyserii i graniu bynajmniej nie poprzestał – zajął się jeszcze montażem filmu wespół z Michaelem Gyorim.

„Zło w każdym z nas” to kolejny horror o grupie przyjaciół, która udaje się w jakieś zaciszne miejsce z zamiarem oddania się beztroskiej zabawie we własnym gronie i odpoczęcia od trudów dnia codziennego. Zanim jednak do tego przejdzie, Jason William Lee, przedstawia makabrę do jakiej doszło w mieście. Widok zmasakrowanych ciał młodych ludzi pewnie niejednego widza przygotuje na obraz wprost szafujący krwawymi efektami specjalnymi. Praktycznymi, nie komputerowymi, i to już jest coś. Co prawda nie prezentuje się to nadzwyczaj realistycznie, a bo wybór substancji robiącej za krew pozostawia trochę do życzenia (zbyt rozwodniona), ale podczas zbliżeń na rany oraz ludzkie wnętrzności i konsumpcję tychże, widać, że przynajmniej tutaj twórcy efektów specjalnych bardziej się postarali. Wstęp do „Zło w każdym z nas”, rzeź, na jaką natykają się wielkomiejscy policjanci otwiera jedną z trzech płaszczyzn fabularnych rozciągających się w scenariuszu Jasona Williama Lee. Jak łatwo się domyślić, ta będzie skupiać się na śledztwie prowadzonym przez detektywa z wydziału zabójstw. Niezbyt rozbudowanym, nijakim śledztwie, które miało chyba urozmaicić znaną fanom krwawego/umiarkowanie krwawego kina grozy, konwencję, zarysowaną wątkiem poświęconym młodym ludziom uwięzionym na niewielkiej wyspie u wybrzeży Waszyngtonu. Oprócz tychże mamy jeszcze akcję w tajnym laboratorium, w nielegalnej placówce, w której eksperymentuje się na ludziach. Testuje się produkt, który ma robić z obywateli oszalałych kanibali, bezrozumne maszyny do zabijania napędzane apetytem na ludzkie mięso. Ten wątek był dla mnie tylko trochę ciekawszy od policyjnego śledztwa – haniebne doświadczenia na ludziach, diabelski plan wprowadzenia na rynek śmiercionośnej substancji, opracowany przez ludzi wywodzących się ze środowiska, które wielu ludziom, delikatnie mówiąc, nie kojarzy się dobrze, i dzięki czemu dostajemy co prawda nieodkrywcze, ale i nieprzekłamane przesłanie. UWAGA SPOILER Istnieją politycy, którzy dla władzy są gotowi zrobić absolutnie wszystko. Nawet zamieniać obywateli kraju, w którym zamierzają objąć rządy, w oszalałych kanibali. Dajcie im tylko taką możliwość, a się przekonacie... KONIEC SPOILERA. Mimo wszystko wolałabym jednak, by Jason William Lee postawił na konwencję, by skupił się wyłącznie na szóstce młodych ludzi spędzających czas wolny na (nie licząc ich samych) bezludnej wyspie Ten człon fabuły „Zło w każdym z nas” na szczęście dla mnie zajął najwięcej miejsca, ale ilekroć udało mi się jako tako wejść w rytm tej opowieści (głównie dzięki atmosferze), byłam z niego bezlitośnie wybijana obrazami z nudnawego policyjnego śledztwa i troszkę ciekawszego, ale jednocześnie odzierającego tę historię z jakże pożądanej w tym przypadku tajemnicy, haniebnego eksperymentu przeprowadzanego przez istnych zwyrodnialców. Jason William Lee celował może nie w oryginalny, ale na pewno mniej powszechny, motyw choroby, która zamienia zwykłych ludzi w mordercze bestie. W kinie grozy najczęściej spotykamy się z epidemią zombie, trudniej natomiast znaleźć horror, w którym w miejscu żywych trupów mielibyśmy oszalałych kanibali. To znaczy takich, których funkcje biologiczne nie zanikły, bo w końcu zombie też mają w swoim menu ludzkie mięso (inne sprawa, czy można ich uznać za członków tego gatunku...). Drewniany domek usytuowany w naturalnej scenerii, oddalony od innych zabudowań, położony w bardzo zacisznym miejscu, długoletnim miłośnikom gatunku prawdopodobnie w pierwszej kolejności skojarzy się z „Martwym złem” Sama Raimiego. Chociaż oczywiście nie on jeden osadził akcję swojego horroru w takim miejscu. Drewniane domki pośrodku niczego przyciągnęły już dosyć wielu twórców kina grozy i pewnie skuszą jeszcze niejednego. I nic w tym dziwnego, bo publika (a przynajmniej jakaś jej część) chce widzieć bohaterów horrorów w takich odizolowanych, rustykalnych miejscach. A jeśli jeszcze taki domek tkwi na bezludnej wyspie, to już jest wręcz idealnie. Lepszej areny dla makabrycznych wydarzeń Jason William Lee chyba nie mógł sobie wybrać. Szkoda tylko, że to jedna z niewielu trafnych decyzji dokonanych przez tego niezbyt doświadczonego reżysera (wcześniej kręcił wyłącznie shorty). 

Skakanie po trzech ściśle związanych ze sobą płaszczyznach fabularnych moim zdaniem najbardziej zaszkodziło bohaterom „Zło w każdym z nas”. Myślę, że gdyby Jason William Lee nie rozgałęział akcji, gdyby skupił się tylko na jednej osi (dla mnie najlepiej na tej osadzonej na malej wyspie u wybrzeży Waszyngtonu), to nie miałabym takiego problemu z wczuciem się w sytuację protagonistów. Pod warunkiem rzecz jasna, że uzyskany w ten sposób czas, scenarzysta wykorzystałby na lepsze zapoznanie mnie z nimi. Problem z tymi młodymi postaciami (o tych pozostałych prawie nic nie wiedziałam) nie tyle polega na drastycznym niedoborze informacji na ich temat, bo w tej materii film nie odbiega, przynajmniej jakoś znacząco, od standardów wszelkiej maści krwawych/umiarkowanie krwawych horrorów. Sęk w tym, że wszystkie fakty na ich temat są wyłuszczane tak prędko, niemalże na jednym wydechu, że ów „wieczorek zapoznawczy” jest tak diabelnie krótki i tak bardzo poszatkowany. Widziałam to tak nie tylko przez to, że dzieje szóstki młodych ludzi na wyspie były często przerywane pozostałymi odnogami rzeczonej nieskomplikowanej opowiastki, ale również dlatego, że Lee nie rozciągał należycie wprowadzanych wówczas wątków. To znaczy przed wybuchem małej epidemii, przed zapadnięciem na dziwną chorobę pierwszej osoby z tego grona przyjaciół. No niezupełnie dotyczy to wszystkich, bo potencjalna final girl (alkohol pije, ale stroni od narkotyków), Brie Armstrong, nie może jeszcze nazwać się przyjaciółką wszystkich tych ludzi. Dopiero co ich poznała – przez swojego chłopaka Steve'a Ridleya, który to również wybrał się na tę nieszczęsną wycieczkę. I już zdążyła się zaniepokoić, usłyszeć coś, co delikatnie uczuliło ją na jednego z przyjaciół Steve'a, który to ponoć niedawno przyjechał z Syrii (no oczywiście, a skąd mógłby przyjechać podejrzanie się prezentujący osobnik, jak nie z Syrii...?). Zamiast jednak spokojnie akcentować narastające w Brie podejrzenia względem tego konkretnego młodego mężczyzny, Lee praktycznie ucina dalszą dyskusję i pokrótce przeprowadza nas przez kameralną imprezkę na wyspie, na której nie brakuje alkoholu i prochów oraz „zakazany romans”, którego też należycie nie rozwija. Podejrzewam, że gdyby nie klimat, w jakim utrzymano wszystkie te miałkie wydarzenia na wyspie poprzedzające spodziewaną rzeź, pełnometrażowy debiut Jasona Williama Lee nieporównanie ciężej by mi się znosiło. W najlepszym wypadku, bo nie mogę wykluczyć, że nie dotrwałbym do końca (w trakcie napisów końcowych jest jeszcze jedna scenka), gdyby nie ta przygaszona kolorystyka, te metaliczne barwy, z ewidentną przewagą szarości (różnych odcieni tego koloru), które to tak smacznie (ale bez przesady, do ideału było jeszcze daleko) intensyfikowały narzuconą przez miejsce akcji aurę wyalienowania, tkwienia w śmiertelnie niebezpiecznej pułapce, z której nie sposób wydostać się bez pomocy z zewnątrz. Z kontynentu, z którym oczywiście akurat nie da się nawiązać łączności. Przebieg późniejszej rzezi, której każdy powinien spodziewać się praktycznie od początku seansu „Zło w każdym z nas”, moim zdaniem zjadła nadmierna dynamika. Zamiast pograć trochę światłem i cieniem, powoli zagęszczać mrok i stopniowo wzmacniać pierwiastek zagrożenia, w formie wciąż powiększającego się grona oszalałych kanibali, twórcy woleli pędzić na łeb na szyję ku niezbyt wyszukanemu zakończeniu. Dużo scen walki wręcz, bieganiny, które to uprzyjemniały mi (jakkolwiek dziwnie to brzmi) tylko niezbyt liczne umiarkowanie krwawe efekty specjalne, z minimalistyczną, a przez to całkiem wiarygodnie się prezentującą, charakteryzacją kanibali włącznie. Z wyjątkiem poparzonej głowy – to już trąciło lekkim kiczem tego rodzaju, który akurat mnie troszkę gorzej się trawi. Oczywiście cały ten ciąg wydarzeń na wyspie przez cały czas przeplata się z pozostałymi dwoma wątkami, które nie są już tak klimatyczne, nie tylko dlatego, że rozgrywają się w mniej chwytliwych miejscach, ale także przez to, że nie obierano w nich tak posępnej, tak ponurej kolorystyki, jak w wątku przewodnim. Bo myślę, że wydarzenia rozgrywające się na wyspie można spokojnie uznać za główny człon tego, przynajmniej mnie, niezbyt wciągającego scenariusza Jasona Williama Lee.

XXI-wiek nie jest zbyt łaskawy dla miłośników krwawego/umiarkowanie krwawego kina grozy. Podczas gdy poprzednie stulecie (no może nie zaraz stulecie, ale dwie jego dekady na pewno: mowa oczywiście o latach 70-tych i 80-tych) obfitowało w znakomite i dobre rąbanki, w bieżącej epoce coraz trudniej jest znaleźć jakiś udany horror tego typu. Nie jest to oczywiście niemożliwe – w XXI wieku powstało już trochę takich godnych uwagi filmów, ale zdecydowanie za mało. Na pewno współcześnie bardziej preferuje się horrory nastrojowe. „Zło w każdym z nas” dla mnie nie jest jednym z wyjątków od tej nieszczęsnej reguły. Moim zdaniem ten pełnometrażowy debiut Jasona Williama Lee w ogólnym rozrachunku kontynuuje tę złą passę, nie prezentuje sobą większej wartości, absolutnie nie nazwałabym go pozycją obowiązkową dla każdego fana krwawych i/lub umiarkowanie krwawych horrorów, ale też nie powiedziałabym, że jest całkowitą pomyłką. Da się to oglądać, parę plusików w tym obrazie udało mi się znaleźć. Ale nie na tyle dużych, żebym miałam poczucie, że sporo bym straciła, gdyby odmówiła mu szansy.

czwartek, 9 maja 2019

„Cookers” (2001)

Para narkomanów, Hector i Dorena, ukrywa się przed ludźmi, którym mężczyzna ukradł towar. Za radą swojego kolegi, Merle'a, Hector postanawia zatrzymać się w opuszczonym domu oddalonym od skupisk ludzkich do czasu, aż on i jego dziewczyna przygotują narkotyki do sprzedaży. Jedyną osobą, która zna miejsce ich pobytu jest Merle, który często ich odwiedza i zdobywa potrzebne im rzeczy. Taki układ mu pasuje, bo przyjaciele nie żałują mu narkotyków, bez których ten, tak samo jak oni, nie potrafi żyć. Krótko po zainstalowaniu się Hectora i Doreny w zaniedbanym wiejskim domu, Merle zapoznaje ich z krążącą w tych okolicach legendą o człowieku cieniu, który jakoby objawił się pewnej małej dziewczynce kiedyś mieszkającej z rodzicami w domu zajmowanym teraz przez jego słuchaczy. Hector i Dorena świadkują tutaj niepokojącym zjawiskom, ale nie mogą być pewni, że miejsce to jest nawiedzone przez jakąś nadnaturalną istotę bądź istoty. Bardzo możliwe, że to tylko narkotyczne wizje, ponieważ oboje nadużywają nielegalnych substancji.

Oparty na scenariuszu niedoświadczonych Jacka Moore'a i Jeffa Ritchiego, reżyserski debiut Dana Mintza, późniejszego twórcy „Taśm zbrodni” (2004), amerykański horror pod tytułem „Cookers” został nakręcony bardzo tanim kosztem. Może nawet wyjątkowo tanim, bo w Internecie można znaleźć informację, że budżet tego filmu oszacowano na... pięć dolarów. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale nie mam wątpliwości, że na ten twór fortuny nie wydano. To z całą pewnością niskobudżetowy obraz, który jak na razie dotarł do bardzo wąskiej grupy ludzi. Pierwszy pokaz „Cookers” odbył się w 2001 roku na Los Angeles Film Festival, a do szerszego obiegu zaczął wchodzić dopiero cztery lata później. W kilku krajach trafił bezpośrednio na rynek DVD.

Pomysłodawcą historii opowiedzianej w „Cookers” był Jeff Ritchie, jeden ze scenarzystów tej pozycji i jej główny producent. On i Jack Moore pracowali jeszcze z Danem Mintzem – nad „Taśmami zbrodni”, który to obraz także nie dotarł do dużego grona odbiorców. Co w obu przypadkach jest powodowane przede wszystkim lichą dystrybucją. Pomysł na „Cookers” dla miłośnika horrorów psychologicznych i ghost stories powinien być niezmiernie obiecujący. Sam zarys fabuły tej produkcji pewnie zwróci uwagę osób preferujących rzeczone rodzaje kina i nie wydaje mi się, żeby u wielu z nich to zainteresowanie prysło już w trakcie pierwszej partii „Cookers”. Nie jestem jednak przekonana, czy będzie się ono utrzymywało przez cały seans. U niektórych tak, ale mam wątpliwości, czy ta przyjemność ma szansę objąć dużą część sympatyków horrorów nastrojowych. Zaczyna się całkiem obiecująco. Opuszczony domek pośrodku niczego – to znaczy w promieniu mili nie ma żadnych innych zabudowań, tylko trawy, drzewa i droga – robiący dosyć upiorne wrażenie, nawet zanim zostaniemy zapoznani z jego legendą. „Cookers” zaczyna się jak wiele innych horrorów nastrojowych, ze szczególnym wskazaniem na ghost stories – od przyjazdu bohaterów do, o czym jeszcze nie wiedzą, owianego złą sławą domu. Tym razem jednak nie towarzyszymy sympatycznej rodzinie zmieniającej miejsce zamieszkania, tylko damsko-męskiej parze narkomanów, która postanawia ukryć się w od lat niezajmowanym wiejskim domu przed swoimi niedawnymi współpracownikami. Hector i Dorena (całkiem przyzwoicie wykreowani przez Brada Hunta i Cyię Batten) pracowali dla ludzi handlujących narkotykami, których ten pierwszy właśnie ograbił z towaru. Hector i jego dziewczyna przed udaniem się w siną dal zamierzają przygotować ów towar do sprzedaży. W tym celu robią sobie w, jak się okaże, feralnym domu, małe laboratorium, w którym działa głównie Dorena. Bo kobieta jest w tym zdecydowanie lepsza. Można chyba powiedzieć, że ma talent... Tym co działało na mnie najbardziej alarmująco w pierwszych scenach „Cookers” był charakter pierwszoplanowych postaci. Co prawda skrótowa biografia kobiety nieco ociepliła mi jej wizerunek, ale nie na tyle, by mówić tutaj o jakimś przywiązaniu do jej osoby. W ogólnym rozrachunku Dorena, Hector, ale i Merle (nawet przekonujący Patrick McGaw), nie dawali mi powodów do kibicowania im w tych ich zmaganiach z duchami bądź halucynacjami wywoływanymi przez narkotyki, których ewidentnie nadużywali. Myślę, że to najfatalniejsza decyzja twórców „Cookers” - w tego rodzaju horrorach tak antypatyczne modele postaci według mnie są absolutnie niewskazane. Lepiej gdy widzom nie jest obojętny los ludzi znajdujących się w trzewiach potencjalnie nawiedzonego domu. To potęguje napięcie, wzmacnia dramaturgię, zagęszcza atmosferę, bo towarzyszy nam poczucie nieuchronności tragedii. Zabrzmi to strasznie, ale naprawdę było mi wszystko jedno, co stanie się z tą trójką narkomanów. Nie drżałam o ich los, nie trzymałam kciuków za to by udało im się wyrwać z tego wiejskiego domu przy zdrowych zmysłach, bo i filmowcy nie wykazali prawie żadnych starań w kierunku wytworzenia więzi pomiędzy widzami i bohaterami filmu. Albo antybohaterami - zależy jak na to spojrzeć. Z drugiej strony nie mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że taka konstrukcja postaci mocno zaważyła na klimacie. Owszem, ujemny wpływ na niego na pewno miała, ale nie powiedziałabym, że był on duży. Podejrzewam, że gdyby Dan Mintz dysponował tutaj zdecydowanie większym budżetem, to nic by z tego nie wyszło. Takiego klimatu na pewno wówczas w „Cookers” bym nie znalazła. I byłaby to niepowetowana strata, bo wierzcie mi, dla samej tej atmosfery warto ów produkt obejrzeć.

„Horror Amityville” Stuarta Rosenberga, „Blair Witch Project” Daniela Myricka i Eduardo Sancheza, „Requiem dla snu” Darrena Aronofsky'ego – te tytuły przewijają się w recenzjach „Cookers” Dana Mintza i myślę, że nie bez powodu. Coś z tych obrazów debiut Mintza w sobie ma, można to odbierać jako mieszankę tychże pozycji, ale tylko w pewnym stopniu, bo scenariuszowi daleko do beznamiętnej kalki. Momentem zwrotnym, sekwencją warunkującą odbiorcę, tj. dobitnie zwiastującą skręt w stronę płaszczyzny nadprzyrodzonej jest przekazywanie przez Merle'a tymczasowym dzikim lokatorom wiejskiego domku legendy krążącej na jego temat. Wcześniej oczywiście też będziemy zmuszeni wziąć pod uwagę nawiedzenie przez jakieś istoty ze świata pozagrobowego, ale dopiero ta poruszająca wyobraźnię opowieść z dreszczykiem nałoży odpowiedni ciężar gatunkowy na tę filmową opowieść. Dopiero wtedy poczułam się tak, jakbym obiema nogami wkroczyła do Stefy Mroku, bo choć to, co zobaczyłam i usłyszałam wcześniej, że tak powiem, w ramach normalności niezbyt się mieściło, to raczej wyglądało mi to tak, jakby twórcom bardziej zależało na uczuleniu mnie na narkotyki, a mniej na sferę nadprzyrodzoną. Dopiero historia Merle'a, która ma w sobie tę magiczną, diablo skuteczną prostotę, jaką zazwyczaj oferują nam legendy miejskie, nakreśliła kontekst natury paranormalnej. Opowieść, którą Merle dzieli się ze swoimi przyjaciółmi krąży wśród mieszkańców jednej z amerykańskich prowincji. Śmiech dziecka (konkretnie kilkuletniej dziewczynki), tak samo zresztą jak jego płacz, to według mnie jedne z najlepszych manifestacji nawiedzenia w filmowym horrorze. Tak, zgadza się, wcale nie potrzeba drogich, supernowoczesnych efektów specjalnych – wystarczy oto zwykły śmiech małej dziewczynki, by zagęścić atmosferę zagrożenia. A na tak ograniczonej przestrzeni, jaką jest niewielki piętrowy wiejski domek usytuowany w zacisznej okolicy, owo niebezpieczeństwo uderza z tym większą siłą. Dan Mintz i jego ekipa zauważalnie postawili na klaustrofobię. Nawet jeśli w rzeczywistości wnętrze feralnego domu jest obszerniejsze, to podczas seansu absolutnie się tego nie dostrzega. Kamera jest prowadzona tak, by widzowi było ciasno (autorem zdjęć jest sam Dan Mintz). Tylko te nieliczne sekwencje, które rozgrywają się na zewnątrz (w pobliżu potencjalnie nawiedzonego domu) dają wytchnienie od tej niemal odbierającej dech ciasnoty. Ale nie obskurności, bo ta uwidacznia się w dosłownie każdym kadrze. Myślę, że ta korzyści wypływa bezpośrednio z niskiego budżetu, że gdyby Dan Mintz dysponował pokaźniejszą gotówką, to tak przybrudzonych, niechlujnych wręcz zdjęć po prostu by nie było. To tego rodzaju niechlujność, którą miłośnicy horrorów znajdują przede wszystkim w B-klasowych produkcjach ostatnich trzech dekad XX wieku (i nic w tym dziwnego, skoro „Cookers” wyszedł w roku dopiero otwierającym kolejne stulecie). Zwłaszcza w ówczesnych rąbankach. Chociaż oczywiście należy wziąć poprawkę na to, że istnieją dużo brudniejsze i bardziej klaustrofobiczne horrory, przy czym nieporównanie trudniej znaleźć coś takiego w XXI-wiecznej kinematografii. Co nie zmienia faktu, że aura „Cookers” była dla mnie zdecydowanie największą atrakcją. Na tyle dużą, bym czuła potrzebę trwania przed ekranem, aż do napisów końcowych, chociaż denerwujących przestojów nie brakowało. Nie irytowały mnie one dlatego, że preferuję dynamiczne horrory, bo tak nie jest, ale przez ten ich przekaz. Bo jakoś nie ciekawiły mnie majaki ćpunów, ich narkotyczne sny, niewiele wnoszące rozmowy i coraz bardziej paranoiczne zachowania Hectora. Nieznane wkraczało w to raczej rzadko, tych zjawisk, które mogą, ale nie muszą, wskazywać na nawiedzenie tymczasowego lokum Hectora i jego dziewczyny Doreny jest w sumie niewiele, ale większość z nich (poza tymi, przy których majstrował komputer) stanowiło dla mnie miłą odskocznię od tego, co w scenariuszu „Cookers” zajmuje niestety najwięcej miejsca (mowa o wspomnianych wątkach nazwijmy je narkomańskich haha). Minimalizm, a więc realizm – tak to w wielkim skrócie odbierałam. Wyróżnić muszę jeszcze coś, składnik fabularny, którego szczerze mówiąc po tak prostej (i w sumie niezbyt ciekawej) historii absolutnie się nie spodziewałam. Mowa o finale, który UWAGA SPOILER co prawda można interpretować w różny sposób, ale ja dopatrzyłam się tutaj czegoś, co na chwilę praktycznie mnie ogłuszyło. Podawane naprzemiennie, albo jak kto woli nakładające się na siebie, obrazy Doreny i ducha małej dziewczynki kazały mi myśleć, że to sama osoba. W tym miejscu w moich oczach spotkały się dwa okresy czasu (dzieciństwo i dorosłość Doreny). I jakby tego było mało, dwa światy: doczesny i pozagrobowy. Ależ ja uwielbiam takie zaburzenia rzeczywistości, drastyczne zakrzywienia, wypaczenia naturalnego porządku świata, tj. gwałcenie praw fizyki KONIEC SPOILERA. Bez tego oparcia można się poczuć kompletnie zagubionym, maksymalnie oderwanym od rzeczywistości. Jakby nagle grunt pod naszymi nogami po prostu wyparował. Innymi słowy: Witamy w Strefie Mroku!

Mam ambiwalentny stosunek do reżyserskiego debiutu Dana Mintza. Ten niskobudżetowy horror zatytułowany „Cookers” z jednej strony był dla mnie dosyć odżywczą podróżą do mrocznego, obskurnego i klaustrofobicznego świata trójki narkomanów, którzy równie dobrze mogą być celem jakichś nadnaturalnych istot, jak ofiarami nielegalnych substancji, od których to wszyscy oni są uzależnieni. To z jednej strony, ale ta podróż nie tylko mnie orzeźwiała, dawała mi to, czego w filmowym horrorze usilnie szukam (a ściślej część z tego), ale również to, czego wolałabym nie widzieć i przede wszystkim nie słyszeć. Jeśli jest możliwe by film ożywiał i zarazem nużył to tak właśnie podsumowałabym moje spotkanie z „Cookers”. Dziwaczna sytuacja, wiem, ale takie mniej więcej doświadczenie Dan Mintz mi zaserwował. Za co jestem mu i wdzięczna, i nie. W zależności od tego, na którym składniku „Cookers” się skupię. Ale choćby dla samego jego klimatu moim zdaniem warto sięgnąć po ten film. Jeśli oczywiście nie ma się nic przeciwko niskobudżetowym horrorom nastrojowym. I tej psychologicznej kinematografii grozy, i tej traktującej o zjawiskach nadprzyrodzonych. Bo w tym obrazie spotykają się obie te stylistyki.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...