sobota, 25 stycznia 2020

„Zmiana oblicza” (1971)


Pracownik dużej firmy motoryzacyjnej, Alberto Valle, zostaje zaproszony przez swojego szefa, inżyniera Giovanniego Nosferatu, do jego położonej w zacisznej okolicy willi. W znajdującej się nieopodal wiosce mężczyzna poznaje kobietę imieniem Laura, którą zgadza się podwieźć w zamian za wskazanie mu stacji benzynowej. Ostatecznie Laura towarzyszy mu aż do bramy, za którą rozciąga się rozległa posiadłość Nosferatu. Kobieta próbuje nakłonić go do rezygnacji z tej wizyty i towarzyszenia jej w podróży, której celu nie zna, ale Alberto jest zdecydowany poznać osobę, z istnienia której dotąd nie zdawał sobie sprawy. Laura postanawia więc zaczekać na niego w jego samochodzie, który przybysz jest zmuszony zostawić przed bramą posiadłości Nosferatu. Niezwykle wpływowego przedsiębiorcy, który przedstawia Valle propozycję nie do odrzucenia.

„Zmiana oblicza” (oryg. „Hanno cambiato faccia”, międzynarodowy: „They Have Changed Their Face” aka They've Changed Faces”) to pierwszy z dwóch pełnometrażowych fabularnych filmów w reżyserskim dorobku nieżyjącego już włoskiego filmowca Corrado Fariny. Uhonorowany Złotym Lampartem horror gotycki, będący przeróbką kultowej powieści Brama Stokera pt. „Dracula”, swoją premierę miał dwa lata przed jego obecnie bardziej znaną „Babą Yagą”, horrorem będącym bardzo swobodną adaptacją komiksu pt. „Valentina” stworzonego przez Guido Crepaxa i zarazem ostatnią reżyserską przygodą Fariny z pełnometrażowym kinem fabularnym. Potem skupił się już tylko na krótkometrażówkach i filmach dokumentalnych. Scenariusz „Zmiany oblicza” powstał we współpracy Corrado Fariny i Giulio Berrutiego, który wziął także udział w pracach nad „Babą Yagą”.

Ten oparty na ponadczasowej powieści wampirycznej Brama Stokera obraz jest... satyrą na konsumpcjonizm i konformizm. Dracula w wydaniu Corrado Fariny to inżynier nazwiskiem Giovanni Nosferatu, który znalazł niezawodny klucz do ludzkich umysłów. A jest nim: reklama. Czołowy antybohater „Zmiany oblicza”, którego nazwisko miało nasuwać skojarzenia przede wszystkim ze słynnym plagiatem „Draculi” Brama Stokera, „Nosferatu - symfonią grozy” w reżyserii Friedricha Wilhelma Murnaua, tak jak swój protoplasta (Stokerowski Dracula) posila się krwią i jest długowieczny, ale poza tym nie przypomina klasycznego wampira. Mit tegoż został w „Zmianie oblicza” dostosowany do bezlitosnego świata biznesu – Corrado Farina i Giulio Berruti oryginalnie przełożyli go na język kapitalizmu, tj. znaleźli dla niego zastosowanie w tym systemie gospodarczym. Systemie, w którego wymierzyli oskarżycielski palec. W oszałamiającej oprawie audiowizualnej. Kiedy główny bohater „Zmiany oblicza”, przyzwoicie wykreowany przez Giuliano Esperatiego, Alberto Valle, dotarł do ubogiej wioski położonej nieopodal celu jego podróży (czyli willi inżyniera Giovanniego Nosferatu), kolokwialnie mówiąc, kopara mi opadła. W przeraźliwie zimną atmosferę wkroczyłam co prawda już na początku tego widowiska, ale to co rozpostarło się przed moim oczami po dotarciu korporacyjnego trybiku na prowincję, nieomal mnie zamroziło. Przecierałam oczy ze zdumienia, jednocześnie sycąc się tymi nieoczekiwanymi widokami. Bo nic, ani świadomość, że „Zmiana oblicza” to horror gotycki, ani nawet wcześniej panujący klimat, nie przygotowało mnie na to mrożące doświadczenie. Powiedzieć, że nagle robi się ponuro i mglisto, to mało. Mgła praktycznie bierze we władanie tę skąpaną w nienaturalnej ciszy dolinę. Wszystko jest brudnoszare, przytłaczająco posępne, a przy tym swoiście sterylne. Zdjęcia mogą nasuwać na myśl body horrory Davida Cronenberga – nazwijmy to przemieszaniem brudu z chłodem, który daje pozór nieskazitelnej czystości. Złudnej sterylności. To na zewnątrz, a w środku, aż kłębią się odrażające nieczystości i deprymujące, nieomal sprzeczne z naturą szarości. Czułam się, jakbym wraz z Alberto Valle weszła do innego świata – groźniejszej, bardziej zepsutej od naszej równoległej rzeczywistości, w której królują cisza i absolutny brak nadziei. Gęsta mgła potem się wycofa, ale zdjęcia nie zostaną pokolorowane: „Zmiana oblicza” w całości składa się z zimnych, przybrudzonych i wyblakłych, nieomal wypranych z kolorów obrazków, które od czasu do czasu wzbogaca ekstatycznie nastrojowa ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Amedeo Tommasiego. Ach, te melancholijne zaśpiewy! Już dla samego obezwładniającego gotyckiego klimatu warto obejrzeć to bardzo mało znane włoskie dziełko, ale jak już dałam do zrozumienia na tym nie koniec atrakcji. Mieszkańcy wioski, do której trafia pracownik dużej firmy, modelowy yuppie, Alberto Valle (ujęcia z dużym krzyżem stojącym przy drodze w mojej ocenie wybijają się na czoło całej tej gamy znakomitości unaocznionej w tym wielce podejrzanych, skąpo zasiedlonym miejscu), zdają się być bardzo nieufnie nastawieni do obcych. Tylko jedna z napotkanych tutaj osób nawiązuje kontakt werbalny z miastowym mężczyzną. To mało powiedziane – Laura (nie najgorsza kreacja Franceski Modigliani) wita nieznajomego bez jakiejkolwiek krępacji - nawet nie stara się zasłonić swoich nagich piersi, bo z jakiegoś sobie tylko znanego powodu paraduje tak po wiosce jesienną porą. Nie dość więc, że wstyd jest jej kompletnie obcy, to na dodatek chłód się jej nie ima, co w kontekście takiej historii może stanowić sygnał ostrzegawczy. Czy Laura jest dzieckiem nocy pozostającym na usługach charyzmatycznego biznesmena Giovanniego Nosferatu? Niewykluczone, aczkolwiek jej zachowanie bynajmniej na to nie wskazuje. Laura to hedonistka, prawdziwie wolny duch nie tylko niezainteresowany włożeniem korporacyjnych kajdan wzorem Alberto Valle, ale i starający się zdjąć je z tego dopiero co poznanego mężczyzny. Jest nonkonformistką, a w tej transpozycji „Draculi” Brama Stokera, wampirzy władca, brzydzi się taką postawą.

Alberto Valle przed bramą rozległej posiadłości swojego, szefa inżyniera Giovanniego Nosferatu, staje przed być może najważniejszym wyborem w swoim życiu. Właśnie znalazł się na rozstaju - przed nim rozpościerają dwie skrajnie różne ścieżki życiowe: może wybrać wolność proponowaną przez nowo poznaną kobietę albo korporacyjną niewolę. Tak widzi to Laura, ale nie Alberto. Problem w tym, że człowiek ten tak bardzo już wsiąkł w korporacyjny światek, że zdaje się nie dostrzegać jego wad. On nie czuje się niewolnikiem bezdusznej kapitalistycznej machiny, a tryb życia, jaki prowadzi Laura jego zdaniem jest skrajnie nieodpowiedzialny i bezproduktywny. Dlatego wybiera ścieżkę, na którą twórcy „Zmiany oblicza” właściwie od początku każą nam patrzeć z obawą. Przez wiele mówiące nazwisko innego kusiciela Alberto Valle. Osoby, która rozpościera przed nim bardziej obiecującą wizję od tej zaproponowanej przez Laurę (to znaczy z punktu widzenia Alberto). Oferuje mu intratne stanowisko w firmie, której główny bohater „Zmiany oblicza” poświęcił już niemały kawałek swojego życia. Funkcję, za którą wielu oddałoby dosłownie wszystko. I jak można się tego spodziewać ambitny podwładny Giovanniego Nosferatu też będzie musiał coś poświęcić. Na tym świecie nic nie ma za darmo, zdaje się mówić Corrado Farina. Coś za coś. A w krwiożerczym kapitalizmie cena może być niebotyczna. W główny czarny charakter wcielił się Adolfo Celi, którego aparycja nieszkodliwego staruszka silnie kontrastuje z jego bezwzględnym, bezdusznym sposobem bycia. Twórcy chyba chcieli tym dać do zrozumienia (aczkolwiek mogę się mylić), że kapitalizm to system, który pod maską niewinności skrywa swoje prawdziwe, niebywale okrutne, oblicze. „Jonathan Harker” i „doktor Faust” w jednej osobie, czyli Alberto Valle niby ma wybór, ale... No tak, czy oto dobrowolnie podpisuje cyrograf z diabłem, czy decyzja tak naprawdę zapadła już dawno temu bez jego udziału? Możliwe, że główny bohater filmu w istocie nigdy nie miał wyboru. A jeśli on go nie miał, to może i my, członkowie tzw. cywilizowanych społeczeństw też od urodzenia jesteśmy go pozbawieni? To straszna i trudna do zaakceptowania myśl, ale Corrado Farina na tej podniszczonej taśmie (magia starego kina!) stara się uzmysłowić nam, że taka jest właśnie prawda. Jesteśmy marionetkami kapitalizmu, sterowanymi przez rekiny biznesu, dzierżące jedną z najpotężniejszych broni, jaką wymyślił człowiek. Reklama, Proszę Państwa, to właśnie klucz do naszych umysłów. Dźwignia handlu, fundament konsumpcjonizmu, bezkonkurencyjny środek manipulacyjny, któremu ulegamy ku uciesze ludzi pokroju Giovanniego Nosferatu. „Zmiana oblicza” to przerażający film, bo pod przykrywką opowieści o nieistniejącym potworze mówi o jak najbardziej realnych strachach. Giovanni Losferatu budzi obawę nie tyle dlatego, że jest klasycznym (nie zakochanym w nastolatce) wampirem, żyjącą od wieków bestią, w jadłospisie, której widnieje między innymi ludzka krew, ile przez to, że jest tak bardzo... ludzki. To znaczy reprezentuje sobą środowisko, które kieruje tym „zgniłym jabłkiem” zwanym kapitalizmem w sposób, który gwarantuje mu nie tylko pieniądze, ale przede wszystkim bezwzględną władzę. Taką właśnie nomenklaturę zdaje się obierać tutaj Corrado Farina: kapitalizm to największe zło tego świata, a konsumenci to bezwolne, niemiłosiernie wykorzystywane i oszukiwane kukiełki w rękach takich przebiegłych, niemoralnych jednostek jak Giovanni Nosferatu. Oto prawdziwy władca marionetek, a jego bronią reklama! Oczywiście, twórcy przejaskrawili tę postać – nie tylko poprzez uczynienie z niej wampira, przeróbki legendarnego Draculi, ale też za sprawą jej wszechmocy. Filmowcy każą nam domniemywać, że jegomość ten sprawuje niepodzielną władzę nad dosłownie wszystkimi sferami życia podatnych na manipulację jednostek i całych społeczeństw. We Włoszech to on rządzi, ale czy jego władza sięga dalej można już tylko zgadywać. I tutaj wchodzimy już bardziej na poletko horroru (notabene oprawa audiowizualna nieodmiennie w tym światku nas trzyma). Horroru gotyckiego i zarazem wampirycznego, który gdyby pozbawić go satyrycznego, krytycznego ujęcia konsumpcjonizmu okazałby się niedostatecznie rozwinięty. Bo „Zmiana oblicza” nie obfituje w wątki, jakich można się spodziewać po rasowym horrorze. Oczywiście mamy tutaj bohatera starającego się wydostać z matni, jaką zgotowała mu potworna istota (a wcześniej wdającego się w płomienny romans z sekretarką jego dobrodzieja bądź wroga); mamy też wyraźne dowody na to, że gospodarz tej dosyć nietypowej willi, do której trafił nasz protagonista, jest najprawdziwszym wampirem, ale to za mało żeby mówić o bogatej treści w materii horroru. To film grozy budowany głównie mistrzowskim nastrojem i sferą, która ma bardziej realne niźli fantastyczne/fikcyjne podstawy. Analizę wolnego rynku i naszej roli w nim. Oczywiście celowo podkręconej, tak aby dopasować ją do mitu o krwiożerczym... kapitaliście.

Prawie zapomniane dzieło. Niskobudżetowy włoski horror gotycki w reżyserii Corrado Fariny, który być może zawstydzi niektórych długoletnich wielbicieli kina grozy. Mnie w każdym razie jest wstyd. Głupio mi, że przez tyle lat nie zdawałam sobie sprawy z jego istnienia. Podobnie, jak Alberto Valle nie wiedział, że jego szefem tak naprawdę jest niejaki Giovanni Nosferatu. Nasze spotkanie było zupełnie przypadkowe: ot, przeszczęśliwy zbieg okoliczności. Niebywale klimatyczna, pomysłowa i niegłupia wyprawa do świata, w którym niepodzielną władzę zdaje się sprawować istota wyrosła na legendarnej powieści Brama Stokera. Dracula, ale jakiś inny... „Zmiana oblicza” to według mnie atmosferyczny geniusz, który jak mało który obraz zasłużył sobie na nowy żywot. Na wydobycie go z otchłani historii. Tej wiecznie nienasyconej bestii, do której trafiło już tyle kinetograficznych brylancików. A „Zmiana oblicza” w moim pojęciu jest jednym z większych drogocennych kamieni w światku filmowego horroru.

czwartek, 23 stycznia 2020

Zapowiedź: „Małgosia i Jaś”


Gwiazda kultowego horroru „TO” i serialu „Ostre przedmioty” Sophia Lillis w nowej, przerażającej odsłonie jednej z najbardziej mrocznych baśni świata. 
Przerażający jak „DZIEDZICTWO: HEREDITARY” i widowiskowy jak „LABIRYNT FAUNA”.

MAŁGOSIA I JAŚ 
(GRETEL AND HANSEL)
POLSKA PREMIERA: 31 STYCZNIA 2020 
REŻYSERIA: Oz Perkins („Zło we mnie”) 
OBSADA: Sophia Lillis („To”, „Ostre przedmioty” - serial, „To: Rozdział 2”), Alice Krige („Silent Hill”, „Thor: Mroczny świat”, „Star Trek: Pierwszy kontakt“), Samuel Leakey GATUNEK: horror 
PRODUKCJA: USA

Dawno, dawno temu w odległej baśniowej krainie… nic nie przypomina bajki.
Wszechobecny głód i brak pracy, zmusza rodzeństwo Małgosię i Jasia do opuszczenia rodzinnego domu w poszukiwaniu lepszego miejsca do życia. Jedyna znana im droga wiedzie przez niekończący się las, który wydaje się pulsować jakimś odwiecznym życiem. Wycieńczone wielodniową wędrówką i nieopuszczającym ich strachem dzieci trafiają wreszcie na ludzkie domostwo. Mieszkająca tu dziwna kobieta oferuje im gościnę i posiłek. Przekraczając próg jej domu, Małgosia i Jaś trafiają do miejsca gorszego niż piekło...

Myślicie, że znacie tę opowieść? Bardzo się mylicie …
„Małgosia i Jaś” w kinach już 31 stycznia

Zwiastun: 


Źródło: wszystkie materiały od Rabbit Action Sp. z o.o. i Monolith Films

„Masakra w domu kobiet” (1986)


Parę tygodni po śmierci ciotki, która ją wychowała, Beth wprowadza się na weekend do domu żeńskiego stowarzyszenia studenckiego. Szybko zaczynają ją dręczyć koszmarne sny i halucynacje, do których z dnia na dzień dziewczyna przywiązuje coraz większą wagę. Podejrzewa, że grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony mężczyzny, którego widuje w swoich wizjach. Wkrótce z okolicznego szpitala psychiatrycznego ucieka niejaki Robert Henkel, człowiek, który lata wcześniej pozbawił życia członków swojej rodziny.

„Masakra w domu kobiet” (oryg. „Sorority House Massacre”) to jedyne reżyserskie dokonanie Carol Frank. Oparty na jej własnym scenariuszu niskobudżetowy amerykański slasher ze stajni legendarnego Rogera Cormana silnie inspirowany „Halloween” Johna Carpentera i „Mordem podczas nudnego przyjęcia” Amy Holden Jones, w którym to przedsięwzięciu, też wyprodukowanym przez Cormana, Carol Frank także brała udział w charakterze asystentki reżyserki. W„Masakrze w domu kobiet” można znaleźć też podobieństwa do „Koszmaru z ulicy Wiązów” Wesa Cravena. Wszystko to, a zwłaszcza bezwstydne kopiowanie z „Halloween”, zraża kolejne pokolenia fanów horrorów do tego obrazu. Ale nie całe, bo produkcja mimo wszystko obrosła małym kultem. Cztery lata po jej światowej premierze wydano luźny sequel „Masakry w domu kobiet” oraz wariację na temat dwójki pt. „Hard to Die” - oba w reżyserii Jima Wynorskiego.
 
Trwający zaledwie niespełna siedemdziesiąt pięć minut obraz Carol Frank przedstawia historię zamkniętej w sobie studentki imieniem Beth (taka sobie kreacja Angeli O'Neill), która po wprowadzeniu się do żeńskiego stowarzyszenia studenckiego (zainteresowanych tym motywem odsyłam do według mnie nieporównanie bardziej reprezentatywnego „Domu pani Slater” Marka Rosmana) zaczyna miewać halucynacje i koszmary senne z opętanym żądzą mordu mężczyzną, którego nie rozpoznaje. Tak od razu, ni z tego, ni z owego, zostajemy wrzuceni w tę nową dla niej sferę życia, ale niekoniecznie nową dla nas. Motyw koszmarów sennych wykorzystany w „Masakrze w domu kobiet” mógł, jak utrzymują niektórzy, zostać zapożyczony od głównego przedstawiciela tej koncepcji, czyli „Koszmaru z ulicy Wiązów”, ale poza małymi dziewczynkami, mnie bardziej kojarzyło się to z „Inicjacją” Larry'ego Stewarta. W chaotyczniejszym wydaniu. Trudno się w tym pogubić tylko dlatego, że „Masakra w domu kobiet” to zlepek ogranych motywów. Seria nieumiejętnie porozkładanych wtórnych treści w szaleńczym tempie zmierzających do boleśnie oczywistego finału. Niemniej tym, którzy zamierzają rzeczony film obejrzeć radzę unikać nawet skrótowych opisów fabuły krążących w Internecie, bo bezlitośnie spoilerują. A bądź co bądź istnieje szansa na to, że rozwiązanie zaprezentowanej tutaj intrygi kogoś zdoła zaskoczyć. Scenarzystce i zarazem reżyserce „Masakry w domu kobiet” najwyraźniej na tym zależało. Inna sprawa, czy owe zamiary potrafiła wprowadzić w życie? Cóż, mnie spodziewanego efektu to nie przyniosło. W sumie tak rażąco nieudolnego budowania tajemnicy już dawno w horrorze nie widziałam. Mylnych tropów tutaj nie odnajdziemy, ale za to dostaniemy mnóstwo jasnych wskazówek, które pewnie niejednego odbiorcę nielicho rozbawią. Bo wskazówki przydają się wtedy, gdy trzeba rozwiązać jakąś zagadkę, a „Masakrę w domu kobiet” niezwykle łatwo rozpracować już na wstępie. Tak więc przynajmniej część widzów już na starcie znacznie wyprzedzi twórców. Możliwe, że niektórzy od razu obejmą myślą dosłownie całą akcję tego banalnego filmidła. Produkcji wchodzącej w poczet podgatunku horroru, który rzadko grzeszy większą oryginalnością. Można wręcz powiedzieć, że ze schematyczności uczynił cnotę. „Masakry w domu kobiet” to nie dotyczy. Gdyby to jeszcze była satyra/parodia... Ale nie, jedyne reżyserskie przedsięwzięcie Carol Frank zostało zrobione na poważnie. Trochę drobnych żarcików w scenariusz wprawdzie wtłoczyła, ale absolutnie nie miałam wrażenia, że kierowała nią potrzeba stworzenia horroru komediowego. Co nie znaczy, że nie było mi do śmiechu. Sęk w tym, że bawiły mnie momenty, które wcale nie miały być zabawne. Najbardziej bezpośrednie konfrontacje młodych ludzi z niezamaskowanym mordercą, który zbiegł z zakładu psychiatrycznego, gdzie trafił przed paroma laty po wymordowaniu swojej rodziny. Typ rodem z „Horroru Amityville”? Niekoniecznie, bo przynajmniej początkowo nie dostajemy wyraźnych przesłanek wskazujących na to, że mężczyzna ów działał pod wpływem sił nieczystych. Ale Michael Myers już na pewno prototypem tej postaci był. Robert Henkel, bo tak się nazywa, antybohater „Masakry w domu kobiet” trafił tam, gdzie trafił Myers i gdzie trafia większość zbrodniarzy jego pokroju w filmach slash. Tam skąd zawsze bez większego trudu udaje im się zbiec. Mężczyzna ma tę charakterystyczną cechę, że zawsze zdaje się być częściowo uśpiony. A w każdym razie badania, którym jest od lat poddawany wskazują na to, że nigdy całkowicie nie wychodzi z krainy marzeń sennych. Pomysł może i ciekawy, ale pewnie byłby jeszcze bardziej widowiskowy, gdyby Henkel poruszał się mniej jak człowiek w pełni świadomy, a bardziej jak somnambulik. Troszkę, bo przy takim podejściu łatwo wpaść w groteskę. Z drugiej strony jeden karykaturalny człon więcej, tej pozycji raczej nieszczególnie by zaszkodził.

(źródło: http://www.mondo-digital.com/)
Co zrobimy gdy morderca chwyci się od zewnątrz parapetu, próbując wejść do pokoju na piętrze przez okno? Poklepiemy go po dłoniach. Nie za mocno, żeby „nieboraka” przypadkiem nie posiniaczyć. A jak zyskamy szansę zaatakowania go od tyłu łopatą, to jak ją wykorzystamy? Na początek też delikatnie go poklepiemy, to się może zastanowi nad swoim postępowaniem. Nieprzemyślane, nielogiczne zachowania pozytywnych postaci w slasherach rzadko mi przeszkadzają (mam nawet sporo sympatii dla tej cegiełki konwencji rzeczonego nurtu), ale sposób w jaki podchodzono do tego w „Masakrze w domu kobiet”... Niechcący jak w krzywym zwierciadle. Bo nic nie wskazuje na to, że Carol Frank świadomie w kierunku zabawnych przejaskrawień podążała. Po prostu realizatorzy nie zdołali w wiarygodny sposób przedstawić praktycznie wszystkich starć z chorym psychicznie intruzem. Człowiekiem, który jak wskazuje tytuł filmu dokona masakry w domu studenckim. Substancja imitująca krew nie leje się tutaj obficie. Sposoby eliminacji młodych ludzi też trudno nazwać pomysłowymi. Nawet tę jedyną (ostatnią sekwencję śmierci), którą dokładnie zdecydowano się widzom pokazać, bo coś podobnego zawarto już choćby w „Piątku trzynastego” Seana S. Cunninghama. Ale muszę oddać twórcom efektów specjalnych solidne wykonanie ostatniego mordu. Co do reszty... Krew nie razi sztucznością. I to w zasadzie tyle: więcej makabrycznych szczegółów nie zarejestrowałam. Chyba że mówić o chwilach zagłębiania noża w tym, czy tamtym ciele, ale ran nie widać, więc nie ma się nad czym rozwodzić. Moim zdaniem największy pozytyw „Masakry w domu kobiet”, tak naprawdę jedyny pierwiastek, który kazał mi trwać przed ekranem, to klimat. Standardowa oprawa slasherów z lat 80-tych XX wieku – przyblakłe barwy, nie za gęsty, ale też nie zanadto rozpraszany mrok i ta podszyta silną groźbą, ewidentnie tylko rzekoma sielankowość z nutką młodzieńczego szaleństwa. Urok horrorowych rąbanek z tamtych lat, którego oczywiście nie zawdzięczamy ogromnym staraniom ze strony Carol Frank i jej ekipy. Miałabym inne zdanie na ten temat, gdyby coś więcej z tego wynikało. Napięcie zamiast wzrastać... Ale jakie napięcie? Żeby je potęgować trzeba najpierw je zasiać, a tutaj nawet zalążków ni ma. Nawet w onirycznych wstawkach mających uczulać widzów na zbliżające się niebezpieczeństwo w postaci człowieka z nożem. Atmosfera w tych momentach trochę zyskuje na ponurości, klimat niby się zagęszcza, a jedna z tych sekwencji (wyśniona wędrówka Beth po feralnym domostwie, poprzedzona występem małych dziewczynek rodem z fikcyjnych opowieści o pewnym poparzonym seryjnym mordercy) zachowuje jak najbardziej odpowiednią długość. Ale choć wraz z Beth powoli poruszałam się po tym nienaturalnie cichym budynku, w którym bez wątpienia przyczaił się nie tak znowu zagadkowy zabójca, napięcie jakoś nie chciało przychodzić. Zero emocji, czyli zupełnie jak w prawie wszystkich pozostałych minutach „Masakry w domu kobiet”. Prawie, bo bywało zabawnie. Działało to u mnie na zasadzie: tak żałośnie, tak tandetnie, że aż śmiesznie. I tylko jedno mnie zastanawia: czy Carol Frank naprawdę wierzyła w ten projekt, czy naprawdę myślała, że coś takiego sprosta, niewygórowanym przecież, wymaganiom przynajmniej dużej części miłośników filmów slash? A może nie miała aż takich aspiracji. Może i ta grupka zwolenników, którą jej jedyne reżyserskie przedsięwzięcie (to także jedyny przełożony na ekran scenariusz jej autorstwa) mile ją zaskoczyła. Choć „Masakra w domu kobiet” rozkochała w sobie mniejszość i choć niewielu dzisiejszych widzów po nią sięga, to zaskakująco często się o niej mówi. Choćby tylko wspomina w recenzjach innych filmów, artykułów, opracowania etc. Może więc to tanie dziełko ma w sobie coś cennego, coś czemu zawdzięcza swoją małą sławę. Coś, co znajduje niewielu i co być może kazało twórcom przygotować się na sukces. Albo po prostu myśleli, że „Masakra w domu kobiet” popłynie na fali „Halloween” Johna Carpentera. Zakładając oczywiście, że w ogóle zaprzątali sobie głowę losem tego produktu, że kręcili go z myślą o jak najlepszym przyjęciu przez fanów nieskomplikowanych obrazów o maniakach szlachtujących młodych ludzi. Cokolwiek jednak nimi kierowało jedno wiem na pewno: to jeden z najsłabszych (pod każdym względem poza klimatem) ubiegłowiecznych slasherów, jakie miałam nieprzyjemność obejrzeć. Ale też jeden z tych starszych horrorów, o którym nadal dosyć sporo się mówi.

Komu by tu „Masakrę w domu kobiet” Carol Frank polecić... Hmm, zastanówmy się... Zaryzykuję w ten sposób: jeśli chcesz zobaczyć, co powstanie jeśli zmieszamy między innymi „Halloween” Johna Carpentera, „Mord podczas nudnego przyjęcia” Amy Holden Jones i „Koszmar z ulicy Wiązów” Wesa Cravena, to możesz (nie)spokojnie na to cudo zerknąć. Pod warunkiem, że nie jesteś negatywnie nastawiony do niskobudżetowych produkcji. Albo inaczej: takich, którym niski budżet bardziej szkodzi, niż pomaga. Magiczny klimacik kina grozy lat 80-tych XX wieku jest. Troszkę sztucznej krwi też dostaniecie, ale musicie również przygotować się na półamatorskie, jeśli już nie kompletnie amatorskie wykonanie wielu momentów tego wielce przewidywalnego i po bałaganiarsku wyłuszczonego scenariusza. Nie przesądzam, że tak ów amerykański slasher ze złotej dekady tego nurtu odbierzecie, może zasilicie grono sympatyków tej produkcji, ale na wszelki wypadek nastawcie się na rąbankę z niższej półki. Jeśli już naprawdę musicie to zobaczyć.

wtorek, 21 stycznia 2020

„Doktor Sen” (2019)


Recenzja zawiera spoilery „Lśnienia” Stephena Kinga i „Lśnienia” Stanleya Kubricka

Kilkadziesiąt lat po traumatycznych przeżyciach w nawiedzonym hotelu Overlook w stanie Kolorado, uzależniony od alkoholu Dan Torrance przybywa do małego miasteczka w New Hampshire, gdzie szybko zaprzyjaźnia się z Billym Freemanem, który pomaga mu urządzić się w nowym miejscu i wyjść z niszczącego nałogu. Po latach z Danem nawiązuje kontakt nastoletnia Abra Stone, podobnie jak on obdarzona nadzwyczajnymi mocami, przez Dana nazywanymi lśnieniem, dziewczynka, która dzięki nim odkryła istnienie niebezpiecznej grupy ludzi dowodzonej przez niejaką Rose. Cała ta banda także dysponuje niezwykłymi mocami, ale w przeciwieństwie do Dana i Abry wykorzystuje je do niecnych celów. Rose i jej ludzie od dawna przemierzają Stany Zjednoczone w poszukiwaniu lśniących dzieci, które torturują i zabijają, aby uzyskać od nich tak zwaną parę zapewniającą oprawcom dłuższe życie.

Prace nad filmową wersją powieści Stephena Kinga pt. „Doctor Sleep” (pol. „Doktor Sen”) rozpoczęto już w 2013 roku, krótko po światowej premierze książki. Scenariusz napisał Akiva Goldsman i na tym sprawa stanęła. Do czasu oszałamiającego sukcesu pierwszej części nowej adaptacji powieści „To” Stephena Kinga w reżyserii Andy'ego Muschiettiego. Wtedy napisanie scenariusza „Doktora Sen” zlecono Mike'owi Flanaganowi. Powierzono mu też reżyserię i zabezpieczono niebagatelny budżet – film kosztował minimum czterdzieści pięć milionów dolarów (niektóre szacunki mówią o pięćdziesięciu do pięćdziesięciu pięciu milionach dolarów). Ale wynik był mocno rozczarowujący. Liczono na powtórzenie kasowego sukcesu chociażby „Smętarza dla zwierzaków” Kevina Kolscha i Dennisa Widmyera, readaptacji innej powieści Kinga, ale „Doktor Sen” nie cieszył się tak dużym zainteresowaniem widzów. Wpływy z całego świata przekroczyły siedemdziesiąt milionów dolarów, co przy tak potężnym budżecie istotnie nie wypada imponująco. Rozczarowujący wynik finansowy „Doktora Sen” postawił inny planowany projekt pod znakiem zapytania – prequel omawianej produkcji koncentrujący się na postaci Dicka Halloranna. Napisanie scenariusza też powierzono Mike'owi Flanaganowi. Zdradził on ponadto, że jest zainteresowany również nakręceniem sequela „Doktora Sen”, którego główną bohaterką miałaby być Abra Stone. Co więcej pytał już Stephena Kinga, czy pochylił już się nad tym tematem. Pisarz odpowiedział mu, że jeszcze nad tym nie myślał, dodając jednak, że z podobnych pytań narodził się „Doktor Sen”. Można więc wysnuć z tego wniosek, że King nie mówi „nie”.

Nie jest żadną tajemnicą, że Stephen King nie lubi filmowej adaptacji swojej powieści pt. „Lśnienie” aka „Jasność” (oryg. „The Shining”) w reżyserii Stanleya Kubricka (aczkolwiek polecił ją w swoim Danse Macabre"). I nie jest tajemnicą, że nie przepada za nią część miłośników literackiego oryginału. I w drugą stronę: część wielbicieli kultowego filmu Kubricka nie darzy sympatią literackiego pierwowzoru. Twórca między innymi doskonałej ekranizacji „Gry Geralda” Kinga, Mike Flanagan poczynił próbę pogodzenia tych dwóch zwaśnionych obozów w swojej adaptacji powieści tego samego autora pt. „Doktor Sen”, będącej raczej luźnym sequelem „Lśnienia”. W swoim filmie Flanagan zawarł smaczki zarówno dla fanów książki, jak jej pierwszej adaptacji (notabene kłaniał się też miłośnikom „Mrocznej Wieży”, literackiej serii Stephena Kinga). Dokonał swego rodzaju połączenia tych dwóch zaskakująco różnych dzieł, na fundamencie kontynuacji „Lśnienia”, skupiającej się na ludziach obdarzonych niezwykłymi mocami. Znany z fikcyjnej opowieści o nawiedzonym hotelu Overlook położonym w Górach Skalistych, Dan Torrance, powraca jako człowiek podążający straceńczą ścieżką swojego od dawna już nieżyjącego ojca. „Zażyj swoje lekarstwo!” - wrzeszczy pijany Danny okładając pięściami mężczyznę w barze. To właściwie pierwszy wyraźny sygnał dla osób zaznajomionych z najbardziej traumatycznym okresem w jego życiu, mówiący, że Dan niebezpiecznie upodobnił się do swojego ojca, Jacka Torrance'a. Alkoholika, który kilkadziesiąt lat wcześniej stał się narzędziem złego hotelu próbującego pozyskać (zabić) mocno lśniącego Danny'ego. Flanagan nie chwyta się wersji sugerowanej (acz nieprzesądzanej) w „Lśnieniu” Stanleya Kubricka. Choć w „Doktorze Sen” odtworzono kilka sekwencji z tamtego legendarnego obrazu (z innymi aktorami, ale w imponująco zbliżonej oprawie: realizacja i miejsce akcji), to we wspomnieniach czołowej postaci filmu, ojciec zachował się nie jako chory psychicznie człowiek opętany żądzą mordu, tylko godny współczucia człowiek, który przegrał bohaterską walkę z własnymi demonami i nadnaturalną potęgą hotelu Overlook. Poniekąd, bo choć sam zginął, to udało mu się nie zabrać ze sobą ludzi, których szczerze kochał: swojej żony Wendy i jedynego dziecka Danny'ego. Cudownego chłopca, który teraz, w dorosłym życiu, tkwi w szponach tego samego nałogu, z którym zmagał się jego ojciec. Można powiedzieć, że Dan stoczył się na samo dno. Wcielający się w tę postać Ewan 'Obi-Wan Kenobi' McGregor do spółki z Mikiem Flanaganem stworzyli naprawdę przekonujący obraz człowieka straszliwie udręczonego. Przez dar, który nazywa lśnieniem i traktuje bardziej jako przekleństwo, traumatyczne wspomnienia oraz nałóg, który przez lata był dla niego czymś w rodzaju broni w walce z tymi pierwszymi. „Doktor Sen” to trwający trochę ponad dwie i pół godziny horror o zjawiskach nadprzyrodzonych zmiksowany z mroczną fantasy i filmem psychologicznym, który mile mnie zaskoczył swoją powolną narracją. Po tak szeroko reklamowanej i drogiej produkcji grozy spodziewałam się tradycyjnie skrojonego straszaka, tj. podążającego za współczesnymi trendami (mnóstwo jump scenek i niewiele mniej przekombinowanych efektów komputerowych), plastikowego horroru z taką sobie fabułą. Powieść, na której przede wszystkim oparto rzeczony obraz w moich oczach ledwo wychodzi poza średnią. Ot, takie czytadełko niedostarczające silniejszych emocji, ale większych mąk w sumie też nie. Uważam, że filmowa wersja „Doktora Sen” wypada trochę lepiej od dzieła Kinga pod tym samym tytułem, ale i nie mogę powiedzieć, że twórcom udało się rozniecić we mnie miłość do opowieści o ludziach kradnących życiodajną parę lśniącym dzieciom oraz podobnie jak oni, obdarzonym niezwykłymi mocami Danie i nastoletniej Abrze, którzy stają do walki z tą cudaczną bandą „wampirów energetycznych”.

Rebecca Ferguson w roli Rose praktycznie mnie oszołomiła. Ta przywódczyni morderczej bandy niezwyczajnych ćpunów, bo szprycujących się parą niezwykłych dzieciaków, która wydłuża im życie, ma zdecydowanie większą charyzmę od swojego powieściowego wzorca i jednocześnie uważam, że jej postać emanuje silniejszą groźbą. Przyciągająco-odpychająca jednostka, jakkolwiek paradoksalnie to brzmi. Po drugiej stronie barykady stoi ciemnoskóra nastolatka, Abra Stone, nawet znośnie kreowana przez niedoświadczoną młodocianą aktorkę Kyliegh Curran. Dziewczyna obdarzona dużo silniejszymi nadzwyczajnymi mocami od znanego już odbiorcom „Lśnienia” (i literackiego, i filmowego, i miniserialowego) Danny'ego Torrance'a, do którego z czasem zwraca się o pomoc. Dzięki swoim niezwykłym zdolnościom Abra odkrywa straszną działalność gangu Rose, kobiety także obdarzonej lśnieniem. Twórcy wprowadzają nas w tę baśniową intrygę raczej nieśpiesznie. Sporo miejsca poświęcają kreśleniu sylwetek bohaterów i antybohaterów, ale powiedziałabym, że bardziej krążą wokół tego, co już ujawnili, niż stopniowo rozbudowują ich psychologiczne portrety. Z resztą treści jest podobnie – fabuła „Doktora Sen” jest dosyć liniowa; raczej nie obfituje w wątki, a już na pewno nie w zwroty akcji, a najbardziej widowiskowe momenty zachowuje na koniec. Chociaż w sumie niektóre widoki wcześniej rozciągające się przed oczami Dana, także w retrospekcjach, z nieproszonymi gośćmi, które zastaje obok siebie tuż po przebudzeniu na czele, mogą mocno zaniepokoić co poniektórych odbiorców (wiarygodna prezentacja duchów). Ale na długą serię bardziej zdecydowanego straszenia Mike Flanagan każe nam czekać do ostatniej partii, która nie dość że może pochwalić się mnogością bardzo dobrze wykonanych elementów utrzymanych w czystej, niezakłócanej baśniowym zapaszkiem, horrorowej tonacji, to jeszcze zwraca uwagę genialnym wręcz zazębieniem się książkowego i filmowego „Lśnienia” na szkielecie „Doktora Sen”. UWAGA SPOILER W książce Dan i Abra nie mogli wejść do przeklętego hotelu w Górach Skalistych, bo powieść „Doktor Sen” jest kontynuacją powieści „Lśnienie”, pod koniec której Overlook ginie w płomieniach. Ale już Flanagan mógł zabrać nas na przechadzkę po tym mrocznym przybytku (King był temu przeciwny, ale Flanagan przekonał go pomysłem na spotkanie Dana z duchem jego ojca), bo jego film jest jednocześnie sequelem „Lśnienia” Stanleya Kubricka, w którym to hotel przetrwał. Ale żeby zwolennicy książkowej końcówki opowieści o trzyosobowej rodzinie Torrance'ów na swoje nieszczęście zimującej w tym upiornym, przepastnym budynku, nie poczuli się zawiedzeni, w scenariuszu omawianego filmu przewidziano dla Overlook taką śmierć, jaką w swojej wersji przygotował dla niego Stephen King KONIEC SPOILERA. Wcześniej omawiany film częściej skłania się ku mrocznej fantasy, zbudowanej na niezbyt złożonej, acz w miarę interesującej, niemęczącej, klarownej płaszczyźnie psychologicznej niźli w stronę horroru. Co raczej nie powinno zaskoczyć odbiorców powieściowej wersji „Doktora Sen”. Tam w końcu też horror nieczęsto dochodził do głosu – rzadziej nawet niż w jego filmowym odpowiedniku. Flanagan przygotował więcej smaczków utrzymanych w stylistyce ghost stories, ale pozwolił sobie też na naprawdę bolesny moment gore. To taki wstrząs rodem z jego „Gry Geralda”, tyle że w wydaniu mini. Reżyser i zarazem scenarzysta „Doktora Sen” wyznał, że bierze się to z jego fobii. Z tego wszystkiego płaszczyzna fantasy, co oczywiście mnie nie zaskoczyło, w moich oczach prezentowała się najsłabiej. Z lekka kiczowato, trochę bajkowo, a pod kątem treści rażąco nijako. Szczęście, że ta bajka nie mieni się żywymi kolorami, że zdjęcia autorstwa Michaela Fimognariego są nie tylko przyblakłe, ale i przybrudzone (bardzo delikatnie), co zapewne miało służyć klimatycznemu zbliżeniu „Doktora Sen” do „Lśnienia” Stanleya Kubricka. Większa część akcji została osadzona w 2019 roku, ale atmosfera, w jakiej utrzymano te sceny niewiele odbiega od tej panującej w retrospekcjach sięgających przedostatniej dekady XX wieku. Dużo stonowanych, przymglonych wręcz żółci i pomarańczy, trochę podpatrzonych od Kubricka sztuczek operatorskich – to powinno zadowolić tych fanów filmowej wersji „Lśnienia”, którzy szukają w „Doktorze Sen” nie tylko wyrazistych nawiązań do ponadczasowego horroru Stanleya Kubricka (takich jak na przykład krew wypływająca z windy, widmowe bliźniaczki, duch starszej kobiety w wannie itd.), ale też tych bardziej subtelnych, nie tak mocno rzucających się oczy. Ale na użytek tej grupy muszę zaznaczyć, że „Doktor Sen” nie jest utrzymany w dokładnie takim klimacie jak pierwsza ekranowa wersja „Lśnienia” - ociera się o nią, ale całkowicie w tę klaustrofobiczną i chłodną aurę nie wpada. Ścieżka dźwiękowa skomponowana przez The Newton Brothers (Andy'ego Grusha i Taylora Newtona Stewarta), z którymi Mike Flanagan niejednokrotnie już współpracował choć współgra z umiarkowanie mroczną oprawą wizualną, to mogłaby być bardziej wyrazista. Epilog natomiast wywołał we mnie lekkie mdłości. Z gatunku, których absolutnie od kina grozy nie pożądam.

Swoją ekranizacją „Gry Geralda” Mike Flanagan przekonał mnie, że jest najpoważniejszym pretendentem do miana najlepszego reżysera współczesnych filmów opartych na twórczości Stephena Kinga (tak, tak, nie Andi Muschiettii), że jeśli już ktoś, to najprędzej on będzie mnie zachwycał adaptacjami/ekranizacjami prozy tego konkretnego pisarza. Wielkich uniesień tym razem jednak nie było – jego adaptacja powieści „Doktor Sen” w mojej ocenie nie dobija do poziomu „Gry Geralda”, ale przede wszystkim dlatego, że nie darzę dużą sympatią tej konkretnej opowieści Kinga, bo już wkład Flanagana w ten tekst uważam za wielce atrakcyjny. Od strony technicznej film generalnie też prezentuje się solidnie, aczkolwiek z drażniącą baśniowością tutaj też przyszło mi się zderzać. Niemniej i tak uważam, że to nie tylko dobra propozycja dla fanów kina grozy (zwłaszcza powolniejszych, mniej efekciarskich klimatów), ale również adaptacja przebijająca oryginał. I nie muszę chyba dodawać, że nadal największe oczekiwania odnośnie filmowych wersji prozy Stephena Kinga pokładam w Mike'u Flanaganie. Liczę jednak na lepsze materiały źródłowe, to znaczy bardziej przeze mnie preferowane teksty Stephena Kinga. Konkret: najwyższy czas na „Rękę mistrza”!

niedziela, 19 stycznia 2020

Tim Lebbon „Milczenie”


Recenzja przedpremierowa

Eksploracja zespołu jaskiń na północy Mołdawii przynosi zdumiewające i śmiercionośne znalezisko. Na powierzchnię wydostaje się chmara agresywnych latających stworzeń, jakich jeszcze nigdy nie widziało ludzkie oko. Mieszkająca w małym angielskim miasteczku niesłysząca czternastolatka, Ally Andrews, z rosnącym przerażaniem śledzi ten nieoczekiwany obrót wypadków na ekranie telewizora. W domu oprócz niej są jeszcze jej matka Kelly, dziesięcioletni brat Jude i babcia Lynne. Ojciec dziewczyny, Huw, wyjechał w sprawach służbowych, ale najświeższe doniesienia ze wschodnich regionów Europy na tyle go niepokoją, że postanawia przyśpieszyć powrót do rodziny. W angielskim społeczeństwie dominuje jeszcze przekonanie, że niezwykłe stwory mimowolnie uwolnione z mołdawskich jaskiń, nie zagrażają bezpieczeństwu kraju, ale Huw, podobnie jak jego córka, ma złe przeczucia. Tym bardziej, że informacje są coraz bardziej pesymistyczne. Okazuje się, że tajemnicze stworzenia, które nazwano wespami, rozmnażają się w błyskawicznych tempie i sukcesywnie zwiększają obszar swojego panowania. Zabijają każdą napotkaną istotę, ale mają jeden słaby punkt, który daje ludzkości szansę na przetrwanie. Aby przeżyć trzeba zachowywać ciszę, wespy bowiem są kompletnie ślepe. A w rodzinie Andrewsów jest ktoś, kto zdążył przywyknąć do świata pozbawionego dźwięków. Teraz Ally będzie musiała nauczyć swoich bliskich życia w nowej rzeczywistości.

Zdobywca Nagrody Brama Stokera za opowiadanie pt. „Reconstructing Amy” brytyjski pisarz specjalizujący się w horrorze i dark fantasy, Tim Lebbon, autor między innymi literackich adaptacji „Domu w głębi lasu” Drew Goddarda i „30 dni mroku” Davida Slade'a oraz przeniesionego na ekran przez Uliego Edela krótkiego utworu „Pay The Ghost”, powieść „The Silence” (pol. „Milczenie”) zbudował na pomyśle, który pewnego razu ni z tego, ni z owego przyszedł mu do głowy. Pomyślał, co by było gdyby świat oponowały ślepe stworzenia reagujące na dźwięki. I tak narodziło się „The Silence”, które stało się podstawą nie najlepiej przyjętego horroru apokaliptycznego pod tym samym tytułem (pol. „Cisza”) z 2019 roku w reżyserii Johna R. Leonettiego. A że rok wcześniej na ekranach kin zawitało hitowe „Ciche miejsce” (oryg. „A Quiet Place”) Johna Krasinskiego, to część widzów uznało, że twórcy „Ciszy” bezwstydnie skopiowali motyw, na którym film się opierał. Nie wiedzieli, że „Cisza” jest adaptacją książki wydanej trzy lata przed premierą „Cichego miejsca”. Wniosek nasuwa się sam: to scenarzyści „Cichego miejsca” zapożyczali z „The Silence”... Niekoniecznie, bo ponoć pracę nad scenariuszem rozpoczęto mniej więcej w tym samym czasie, w którym Tim Lebbon przelewał na papier historię rodziny Andrewsów. A więc przypadek? Niewykluczone. W końcu wielkie umysły myślą podobnie...

Najlepszy, według mnie, literacki horror apokaliptyczny/postapokaliptyczny? „Bastion” Stephena Kinga. A utwór Kinga, do którego „Milczenie” Tima Lebbona jest najbardziej zbliżone tematycznie? Opowiadanie „Mgła”. Historie te łączy motyw niezwykłych stworzeń, które w krótkim czasie opanowują świat. Detronizują pyszny gatunek ludzki, zrzucają go z tronu, który przez miliony lat sobie uzurpował, pokazując, że wcale nie jest taki wszechmocny, jak mu się wydawało. Okazuje się, że ślepe, latające stworzenia wielkości sporych kociąt są potężniejsze od człowieka. I zdecydowanie destrukcyjniej wpływające na planetę. Po przejściu takiej szarańczy z ludzi i zwierząt zostają prawie wyłącznie kości. A wziąwszy pod uwagę szaleńcze tempo, w jakim się rozmnażają, można domniemywać, że już niedługo braknie im pożywienia. Bo na Ziemi nie ostatnie się ani jeden człowiek, ni zwierzę stanowiące podstawę ich żywienia. Chyba że ludzie szybko opanują niełatwą przecież sztukę życia w ciszy. Przywykną do zupełnie nowych dla nich warunków, do sytuacji, do której, generalnie rzecz ujmując, od zawsze podświadomie jako gatunek dążyli/śmy. „Macie, czego chcieliście. Matka Ziemia wreszcie pożre swoje dzieci. Mniam, mniam”. To przesłanie, w moim poczuciu, wybija się ponad wszystkie inne, ale dla Tima Lebbona główną nauką, płynącą z tej historii jest: opiekuj się tymi, których kochasz. „Milczenie” faktycznie traktuje o imperatywie działania z myślą o ochronie bliskich. O poświęceniu dla ukochanych osób w świecie zdominowanym przez nieznane dotąd ludzkości mięsożerne istoty, które niczym stwory z „Jaskini” Bruce'a Hunta wyewoluowały w dotąd niedostępnym systemie jaskiń. Nazwane wespami stworzenia są kompletnie ślepe. Kierują się doskonałym słuchem i oczywiście instynktem łownym. Koncepcja upadku znanego nam świata spowodowanego przez tak niewielkie stworzenia, początkowo może wydawać się nieco naciągana. Żeby uzbrojony po zęby człowiek nie mógł poradzić sobie z takimi liliputami... Tim Lebbon z czasem jednak dobitnie pokazuje, że to jak najbardziej możliwe. Wystarczy podkręcić tempo rozmnażania się szybkich oraz nadzwyczaj zwinnych agresorów najczęściej atakujących w grupach i przestajemy kontestować ogromną przewagę, jaką dosłownie w parę dni zyskują nad ludzkością. Ale to potem. Najpierw poznamy rodzinę Andrewsów – mieszkających w Anglii sympatycznych ludzi, którzy sporo już przeszli. Wypadek, który pozbawił słuchu pierworodne dziecko Huw i Kelly, obecnie czternastoletnią Ally, oraz zabrał mężczyźnie rodziców, umocnił ich więzi. Oni, dziesięcioletni brat Ally imieniem Jude oraz matka Kelly, Lynne, wspierają się wzajemnie. W każdych okolicznościach mogą na sobie polegać, choć oczywiście, jak to w rodzinie, jeden drugiemu czasami działa na nerwy. Tim Lebbon kreśli w „Milczeniu” szeroki obraz szczerze kochającej się rodziny, ale nie uderza przy tym w patetyczne i/lub cukierkowe tony. Tworzy postacie, których trudno nie polubić. Tworzy też imponująco silne, poruszające wręcz więzi pomiędzy bohaterami, ale nie miałam przy tym nieprzyjemnego wrażenia uporczywego przesładzania. Andrewsowie to zwyczajna rodzina, która w przeszłości przeżyła tragedię. To straszne wydarzenie sprzed lat teraz jednak, w tej apokaliptycznej rzeczywiści, daje im przewagę nad innymi. A ściślej fakt, że zdążyli już przywyknąć do dosyć uciążliwych warunków, będących następstwem tamtego wypadku samochodowego. A przede wszystkim wyspecjalizowała się w tej materii czternastoletnia Ally, dziewczyna z żyłką dziennikarską, która wówczas straciła słuch. Uczynienie jedną z głównych bohaterek takiej historii niesłyszącej nastolatki uważam za pomysł genialny w swojej prostocie. Doskonale wpasowujący się w temat przewodni tej obfitującej w potworne wydarzenia powieści.

Przerażające było to, jak szybko wszystko się zepsuło. Słyszałam kiedyś powiedzenie, że jeśli odbierze się trzy pełne posiłki, to nadejdzie anarchia, mimo to jednak wciąż miałam więcej wiary w społeczeństwo i uważałam, że ludzie są z natury dobrzy. Uważałam, że to mniejszości są przyczyną kłopotów. Teraz okazało się, że zawsze żyliśmy na ostrzu noża, a wespy tylko wszystko przyspieszyły.”

Tim Lebbon na kartach „Milczenia” tworzy iście depresyjną wizję świata, który zdaje się nieuchronnie zmierza do całkowitej zagłady. No dobrze, tak naprawdę od wieków bierzemy udział w tym kompletnie niezrozumiałym pędzie, ale w omawianej powieści ludzkość prawie już jest na mecie. Znajduje się u progu wymarcia. A wszystko przez to, że garstka osób zdecydowała się zajrzeć tam, gdzie nie powinna. Zbadać dziewiczy system jaskiń w Mołdawii, który okazał się być siedliskiem stworzeń później nazwanych wespami. Gdyby byli tego świadomi być może nie zdecydowaliby się na to przedsięwzięcie, ale... znając ludzkość mam co do tego wątpliwości. W każdym razie finał jest taki: Ziemia opanowana przez niezliczone latające stworzenia, które w krótkim czasie rozwiązują problem globalnego przeludnienia. A niedobitki zepchnięte do defensywy i zmuszone do życia w ciszy. Bo nawet najlżejszy odgłos może sprowadzić na nich śmierć w niewyobrażalnych męczarniach. Smutne to, bo nawet akceptując myśl, że w pewnym sensie w DNA człowieka wpisana jest autodestrukcja, nie sposób odbierać tego jako naturalnych konsekwencji odwiecznej niszczącej działalności człowieka. Matka Natura może i daje tutaj ludzkości bezcenną lekcję pokory, może i pokazuje kto tak naprawdę tu rządzi, ale nawet jeśli, to trudno przyklasnąć takiemu programowi nauczania. Wespy to siła nieporównanie bardziej niszczycielska od tej jaką zdążył już popisać się gatunek ludzki. I porażająco bezduszna. Tim Lebbon już na początku książki zasiał ziarno największego zagrożenia, z jakim przyjdzie zmierzyć się człowiekowi. Nie zwlekał z ujawnieniem natury wroga (a raczej wrogów), ale i nie zapomniał przy tym o należytym zawiązaniu akcji. Pomiędzy książkową i filmową wersją omawianej historii, według mnie, rozciąga się niebywale szeroka i głęboka przepaść. Film to taki efekciarski, nijaki skrótowiec na co najwyżej jeden raz, podczas gdy literacki pierwowzór to zaskakująco szczegółowa i szczera analiza ludzkich zachowań w sytuacjach bezpośredniego zagrożenia życia, podana w nieomal duszącym klimacie. I chociaż rozwojowo bardzo dynamiczna (akcja dosyć wartka), to zaręczam, że Tim Lebbon jest na tyle świadomym pisarzem, a przy tym obdarzonym na tyle dojrzałym warsztatem, by nie pozwolić wespom się rozpanoszyć (!). Te kreatury są praktycznie wszędzie, ale w „Milczeniu” na pierwszym planie nieodmiennie stoi człowiek. Rodzina stara się przetrwać w tym nagle wrogim im świecie. Rodzina, którą w w pierwszej partii dokładnie poznajemy, z którą trudno się nie zjednoczyć w tej straszliwej chwili próby. Rodzina, która wyruszy w arcyniebezpieczną podróż („Milczenie” to też horror drogi), w trakcie której ujrzy rzeczy, jakie nawet najsilniejsze psychicznie jednostki mogłyby doprowadzić do obłędu. Andrewsowie stracą wiele, ale też, jakkolwiek dziwnie to może zabrzmieć, niemało zyskają. A wraz z nimi czytelnik. I nie mówię tutaj tylko o całej gamie silnych emocji, jakich Lebbon mu niewątpliwie dostarczy, ale też o jego trafnych, nieupiększonych przemyśleniach na temat nas samych. Osobiście początkowo czułam się najbardziej związana z Huw, tzw. głową familii Andrewsów, z tego prostego powodu, że autor przedstawił go, jako jednostkę patrzącą na świat zupełnie jak ja. Osobę czyniącą podobne założenia odnośnie niedalekiej przyszłości, co ja. Potem przerzuciłam się na Ally – później z nią najsilniej się solidaryzowałam. Lebbon postawił Huw w centralnych miejscach fragmentów podawanych w trzeciej osobie, które to poprzeplatał z kawałkami spisanymi w pierwszej osobie, z punktu widzenia czternastoletniej Ally. Bohaterowie są niemal równie dynamiczni, jak rozwój wydarzeń z ich udziałem. W każdym z nich dokonuje się jakaś zmiana. Mniejsza czy większa, ale bez wątpienia jeśli wyjdą z tego cało, to już żadne z nich nie będzie takim człowiekiem, jakim było przed tą globalną katastrofą spowodowaną przez „latające szczury”. Najbardziej poruszający moment „Milczenia” (nie zdradzę jaki, ale na pewno bez trudu zorientujecie się, o którym mowa, bo w końcu sami ten wstrząs przeżyjecie) dla mnie okazał się jednocześnie najbardziej irytujący. Zmęczyło mnie już po prostu chadzanie przez autorów horrorów po tego rodzaju linii najmniejszego oporu. Pewien niedosyt pozostawił też we mnie wątek pewnej sekty. Aż się prosiło przeznaczyć na to trochę więcej miejsca, tym bardziej, że powieść praktycznie sama się czyta. Tak zgrabnie jest napisana! Swoją drogą interesujące jest to, że ludzie w tej książce momentami robią bardziej upiornej wrażenie od niepięknych przecież latających stworzeń szturmujących Ziemię – oto człowiek po raz kolejny okazuje się potworem, aczkolwiek tym razem raczej nie większym od bestii, które na szczęście zrodziły się jedynie w wyobraźni utalentowanego brytyjskiego pisarza. Na koniec pewnie przydałby się jakiś mocniejszy akcent UWAGA SPOILER (finał otwarty, co znowuż kazało mi pomyśleć o „Mgle” Stephena Kinga, trzeba jednak zaznaczyć, że to niezbyt wyszukane rozwiązanie, więc całkiem możliwe, że skojarzenia będą różne) KONIEC SPOILERA. Ale z drugiej strony coś takiego też można odebrać niczym cios prosto w serce. Jeśli spojrzeć na to pod odpowiednim kątem, to można się podłamać. I trochę pożałować, że podjęło się tę podróż razem z Andrewsami. W pewnym sensie, ale co do istoty... Cóż, nie wyobrażam sobie, żeby jakikolwiek fan horrorów apokaliptycznych wyszedł zawiedziony z tego strasznego świata, do którego tak bezlitośnie został wrzucony przez Tima Lebbona, człowieka, który wie jak przykuć uwagę odbiorcy złaknionego mocniejszych wrażeń.
 
„Milczenie” pióra brytyjskiego pisarza Tima Lebbona może i nie będzie jednym z największych tegorocznych odkryć literackich wielu fanów szeroko pojętego horroru, ale jestem przekonana, że z wielką ochotą wejdą oni w ten depresyjny świat i z równą niechęcią, gdy przyjdzie pora, z niego wyjdą. Szkoda, ach szkoda, że powieść ta bardziej się nie rozrosła. Oj, chciałoby się znacznie dłużej towarzyszyć bohaterom, z którymi myślę każdy z Was mocno się zżyje. Będzie z nimi przeżywać chwile smutku i przebłyski nadziei, tak nieodzowne w tym apokaliptycznym świecie zgotowanym ludziom przez żarłoczne wespy. Nie przekonała Was filmowa wersja „Milczenia”, w Polsce dystrybuowana pod tytułem „Cisza”? Nie szkodzi, bo książka powinna Wam ofiarować wszystko to, czego nie dał film. Emocjonującą, ponurą, ekscytującą, ale i głęboko przygnębiającą wyprawę przez wymierający świat, gdzie na każdym kroku czyha śmiertelne niebezpieczeństwo. Przeżyjecie, jeśli tylko zachowacie ciszę...

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 17 stycznia 2020

Sarah Waters „Ktoś we mnie”


Druga połowa lat 40-tych XX wieku. Doktor Faraday przybywa do Hundreds Hall, XVIII-wiecznej posiadłości należącej do niegdyś bogatego rodu Ayresów, celem zbadania ich służącej. Ostatnio był tutaj w dzieciństwie, kiedy to jeszcze dwór prezentował się nadzwyczaj okazale. Teraz wyraźnie chyli się upadkowi, co jest spowodowane problemami finansowymi jego właścicieli: starszej damy i dwójki jej dwudziestoparoletnich dzieci, Caroline i Rodericka. Po zbadaniu ich służącej, nastoletniej dziewczyny imieniem Betty, Faraday dochodzi do wniosku, że pacjenta symuluje, ale nie informuje o tym jej pracodawców. Od niej samej dowiaduje się, że dom ją przeraża, ale uznaje, że dziewczyna dramatyzuje i że z czasem przywyknie do Hundreds Hall. Doktor Faraday staje się częstym gościem Ayresów, przyjacielem rodziny zawsze służącym im pomocą. Jedynie Roderick, przepracowujący się młody pan domu, nie wydaje się być wdzięczny Faradayowi za troskę, jaką okazuje jemu i jego bliskim. Ale lekarz się nie zraża, i tak robi wszystko, co w jego mocy, by choć trochę ułatwić życie Roderickowi. Kondycja psychiczna młodego Ayresa coraz bardziej się jednak pogarsza. Do tego nowego problemu niegdyś majętnego rodu wciąż dochodzą kolejne, a domownicy coraz bardziej skłaniają się ku temu, że ich dom został opanowany przez jakąś siłę nieczystą. Faraday stara się odwieść ich od takich myśli, ale ilekroć nabiera przekonania, że rozsądek zwycięża w Hundreds Hall zdarza się coś, co na powrót napełnia Ayresów wiarą w zjawiska, których racjonalny umysł Faradaya nie potrafi przyjąć.

Poczytna brytyjska pisarka, Sarah Waters, kojarzona jest przede wszystkich z historiami osadzonymi w czasach wiktoriańskich i posiadającymi silnie rozwinięte wątki społeczno-obyczajowe. Poza tym zdążyła już przylgnąć do niej etykietka autorki specjalizującej się w tematach homoseksualnych, co w najmniejszym stopniu jej nie przeszkadza, bo jak stwierdza w swoich opowieściach faktycznie zachowuje swego rodzaju lesbijski porządek obrad. Zaznacza jednak, że to tylko część prawdy, bo jak zresztą zauważają też jej stali czytelnicy, twórczość Waters posiada również mocne podłoże heteroseksualne. „Ktoś we mnie” (oryg. „The Little Stranger”) trochę odbiega od reszty pisarskiego dorobku tej Brytyjki. Zgodnie ze swoim zwyczajem akcję Waters osadziła w czasach minionych (tym razem tuż po drugiej wojnie światowej), ale próżno szukać tutaj homoerotyzmu. Zamiast tego są domniemane elementy natury nadprzyrodzonej. Po raz pierwszy wydana w 2009 roku, nominowana do Nagrody Bookera, powieść „Ktoś we mnie” to utwór gotycki, w którym dopatrzono się wpływów między innymi takich dzieł, jak „Rebeka” Daphne du Maurier, „W kleszczach lęku” Henry'ego Jamesa i „Nawiedzony dom na wzgórzu” vel „Nawiedzony” Shirley Jackson. Waters wyznała, że wcale nie zamierzała pisać o nawiedzonym domu, że przystąpiła do prac nad tą powieścią z myślą o oddaniu sytuacji różnych klas społecznych w okresie powojennym. I ten plan, owszem, wykonała, ale przy okazji skonstruowała coś, co spokojnie może uchodzić za horror nastrojowy. Który doczekał się swojej filmowej wersji: brytyjsko-irlandzko-francuski obraz w reżyserii Lenny'ego Abrahamsona z 2018 roku.

Hundreds Hall, XVIII-wieczny dwór stojący w wiejskim zakątku Anglii, w oddaleniu od innych zabudowań i od pokolenia należący do niegdyś majętnego rodu Ayresów. Czasy świetności tego miejsca już przeminęły. W drugiej połowie lat 40-tych XX wieku, kiedy to toczy się właściwa akcja „Ktoś we mnie”, posiadłość ta niszczeje w oczach. I bynajmniej nie dlatego, że jego aktualnym właścicielom, pani Ayres oraz jej dorosłym już dzieciom, Caroline i Roderickowi, nie zależy na przywróceniu mu świetności. Wręcz przeciwnie: rodzina robi wszystko, co tylko może, by utrzymać Hundreds Hall, ale pech chce, że żyją w czasach niebywale trudnych dla właścicieli ziemskich. W czasach, w których bogacze biednieją przez politykę rządu podobno ukierunkowaną na dobro klasy robotniczej. Tyle że w powieści Sarah Waters raczej nie widać, żeby byt ciężko pracujących ludzi szczególnie się poprawiał. Brakuje mieszkań, a i płace nadal są chude. Ale politykom jak zawsze żyje się dobrze. Co bardziej przedsiębiorczy, obrotni, cwani wręcz osobnicy, którzy musieli zaczynać od zera, też szybko się wzbogacają, ale klasa robotnicza jakoś nie odczuwa troski rządu. Politycy jak zwykle jedno mówią, drugie robią. Chociaż, gwoli sprawiedliwości, tam gdzie im się opłaca działają na korzyść gorzej sytuowanych obywateli – polityka mieszkaniowa na przykład jest coraz bardziej efektywna. Ale często odbywa się to kosztem wielopokoleniowych właścicieli ziemskich. Doprowadzeni na skraj bankructwa ludzie stopniowo wyprzedają swoje ziemie, na których w szybkim tempie wyrastają budynki mieszkalne dla osób, które swojego kąta nie mają. Ayresowie, co zrozumiałe, są głęboko rozgoryczeni takim obrotem spraw. To jeden z tych rodów, który najwięcej traci na aktualnej polityce angielskiego rządu (Partii Pracy), ale choć trudno im nie współczuć, to trzeba zaznaczyć, że Waters nie patrzy na nich jedynie litościwym okiem. Daleko jej do stronniczości. Nie stara się na siłę ocieplać ani ich wizerunku, ani głównego bohatera i zarazem narratora „Ktoś we mnie”, doktora Faradaya, imienia którego nie znamy. Z jednej strony przedstawia Ayresów jako niewinne ofiary polityki obranej w Anglii tuż po drugiej wojnie światowej, a z drugiej nie pozwala nam zapomnieć, że są to ludzie, którzy nie doszli do bogactwa ciężką pracą, którym wysoki statut społeczny niejako został ofiarowany przez los. Co gorsza, Ayresom, zdarza się wygłaszać kpiące, pogardliwe wręcz opinie na temat ludzi wywodzących się z niższych warstw społecznych. Zwłaszcza służby, co oburza doktora Faradaya tym bardziej, że jego matka przed laty wchodziła w poczet służby Ayresów. Ale jak już nadmieniłam on też nie jest pozbawiony wad. Sarah Waters na kartach „Ktoś we mnie”, że tak to ujmę, patrzy na człowieka obiektywnym okiem. Nikogo nie idealizuje, ale też nie stara się demonizować. Ani oceniać – zupełnie jakby mówiła, że w życiu należy wystrzegać się formułowania daleko idących opinii na temat innych, bo tak naprawdę w każdym z nas jest tyle samo dobra, co zła. Nie ma człowieka bez skazy, aczkolwiek nie brakuje takich, którym wydaje się, że są wyjątkiem potwierdzającym tę regułę. „Ktoś we mnie” to powieść lustro – historia, która zachęca do wejrzenia w głąb siebie. Naturalnie nie trzeba z tej zachęty korzystać, spokojnie można podejść do tej opowieści od innej strony, ale jeśli ktoś ma ochotę na trochę introspekcji, z samokrytycyzmem włącznie, to w moim przekonaniu „Ktoś we mnie” ten apetyt także zaspokoi. Między innymi, bo omawiana powieść to bynajmniej nie tylko zachęta do pieczołowitej analizy samego siebie, ale całkiem szczegółowy portret angielskiej prowincji drugiej połowy lat 40-tych XX wieku oraz klasyczne spojrzenie na horror. Opowieść o nawiedzonym domu utrzymana w stylistyce retro.

Gdybym nie wiedziała, że „Ktoś we mnie” narodził się w XXI wieku, to byłabym przekonana, że to utwór z poprzedniego stulecia. W mojej ocenie więc Sarah Waters sprostała nie tak znowu łatwemu zadaniu stworzenia jak najbardziej wiarygodnych podwalin pod tę konkretną opowieść. Nie tyle przedstawiła dość dokładny obraz powojennej Anglii, odpowiednio wykreśliła realia, w których osadziła akcję swojej niejednoznacznej opowieści, ale i posługiwała się językiem z tamtej epoki (pochwalić muszę też tutaj polską tłumaczkę Magdalenę Moltzan-Małkowską: wydanie Prószyński i S-ka z roku 2016). Waters, swoim zwyczajem, solennie się do tegoż przedsięwzięcia przygotowała: zapoznała się w wieloma powieściami i filmami z tamtego okresu, przeanalizowała ówczesne pamiętniki, odwiedzała muzea i archiwa. W efekcie dostajemy staroświecką powieść współczesną. To znaczy utwór napisany po staremu w czasach nam współczesnych. Z perspektywy osoby znającej przyszłość. Poniekąd, bo choć autorka żyje i tworzy w naszych czasach, to jak już nadmieniłam historię tę wyłuszcza za pośrednictwem skonstruowanej na potrzeby tej książki postaci, która naturalnie nie ma takiej wiedzy, jak Sarah Waters. Doktor Faraday to człowiek swojej epoki – przedstawiciel angielskiej inteligencji w skali mikro. Główny bohater książki jest wiejskim lekarzem rodzinnym, który z lękiem patrzy w przyszłość. Zresztą już teraz nie ma lekko. Mieszka w spartańsko urządzonej kawalerce, ogranicza się tylko do niezbędnych wydatków, a i tak nie jest w stanie odłożyć wiele na chudsze czasy. Bo podejrzewa, że nieuchronnie się one zbliżają, że już wkrótce nie będzie w stanie utrzymać się z pracy, której bez reszty się poświęcił. Faraday najwyraźniej jest lekarzem z powołania, szczerze troszczącym się o swoich pacjentów, bez słowa skargi rzucającym się w wir męczącej i nader odpowiedzialnej pracy, nie bacząc na zarobek. Dla tego mężczyzny cierpiący człowiek bez grosza przy duszy jest tak samo ważny jak schorowany bogacz. Myśl, że miałby nie dostać zapłaty za usługę medyczną w najmniejszym nawet stopniu go nie zniechęca. Pieniądze, choć bardzo by mu się przydały, nie są dla niego najważniejsze. A na pewno nie bardziej od niesienia ulgi cierpiącym. Być może właśnie z tego powodu nie dorobił się jeszcze tego, co ma wiele jego kolegów po fachu – własnego domu i większych oszczędności. Jedni powiedzą, że brakuje mu ambicji, inni, że raczej bezwzględności czy pazerności, a jeszcze inni dojdą do wniosku, że po prostu nie ma szczęścia. Wydaje się jednak, że znalazł coś, co można odebrać jako uśmiech losu, ale równie dobrze można uznać to za istne przekleństwo. Bo wspaniały dom, w którym Faraday ma przyjemność często gościć, dostarcza mu też trosk. A właściwie to nie tyle on, ile to, co ostatnimi czasy spotyka jego mieszkańców. Ród Ayresów staje się Faradayowi tak bliski, że niejako osobiście odbiera każdą krzywdę, jaka ich spotyka. Nie patrzy na nich wprawdzie bezkrytycznie, niektóre ich słowa i zachowania mocno go irytują, ale sympatia do nich jest zdecydowanie silniejsza. Bo Ayresowie, choć niepozbawieni brzydkich cech, dają się lubić. Starsza pani i te jej sentymentalne podróże, nieustająca i w pełni zrozumiała tęsknota za dawnymi czasami; jej zaradna i niewątpliwie silna psychicznie córka, której natura nie obdarzyła oszałamiającą urodą (o czym wspominam dlatego, że jej wygląd też jest przez Waters analizowany w kontekście społeczeństwa, w którym przyszło żyć bohaterce jej książki) oraz jej okaleczony na wojnie brat, który z coraz większym trudem znosi ogrom obowiązków, jakie nieoczekiwanie na niego spadły. Roderick właściwie sam się nimi obarczył, bo choć istotnie to on jest dziedzicem Hundreds Hall, to nikt nie wymaga od niego aż takiego poświęcenia dla sprawy. Jego siostra i matka są gotowe mu pomóc, ale duma i szczera troska o nie, każą mu odrzucać te oferty. Nawet gdy Roderick nabiera pewności, że w ich domu zagnieździło się coś złego, nie ma zamiaru angażować w to pozostałych domowników. Tym bardziej przyjmować pomocy od doktora Faradaya, bo człowiek ten w jego mniemaniu nic nie rozumie. Narrator „Ktoś we mnie” nie jest bowiem w stanie przyjąć do wiadomości, że w Hundreds Hall zawitała jakaś nadnaturalna siła. Jaka? Teorie są różne, ale najbardziej prawdopodobna, a przy tym dosyć pomysłowa zdaje się być wersja z tytułowym kimś oderwanym od kogoś żyjącego. Kogo? Może od Rodericka, a może od przesądnej, bojaźliwej, młodziutkiej służącej Ayresów. A może Faraday ma rację. Może wyjaśnienie jest bardziej prozaiczne – omamy wzrokowe i słuchowe wywołane zmęczeniem i rozlicznymi problemami dnia codziennego, choroby psychiczne, zbiorowa histeria: nazwijmy to jak chcemy. Niektórym niepokojącym zjawiskom zachodzącym w Hundreds Hall świadkuje i Faraday, ale dla każdego z nich znajduje racjonalne wyjaśnienie. Moim zdaniem największą siłą tej powieści jest właśnie jej niejednoznaczność. Sarah Waters subtelnie manifestuje, czy to tylko rzekomą, czy faktyczną obecność nieznanego. „Ktoś we mnie” to powieść wręcz przesycona tajemniczością, również w materii przeszłości Ayresów (straszne sekrety rodzinne?) i prawie doskonały przykład na to, jak skromność służy opowieściom grozy. Bez większych fajerwerków, głównie zagęszczającą się, rozpraszającą i znowu zagęszczającą (i tak w kółko) atmosferą zagrożenia, którego charakteru możemy się tylko domyślać, Waters buduje nielicho interesujący horror spod znaku nawiedzonego domu. A z drugiej strony thriller psychologiczny z silnie rozwiniętą warstwą społeczno-obyczajową. Bardzo wolno rozwijającą się, snutą spokojnym, wyważony językiem, opowieść o ludziach zagubionych w niewdzięczny czasach i nie mniej wdzięcznej posiadłości. Z genialnym zakończeniem. Wracając jednak do stylu autorki muszę wspomnieć o jednej dosyć poważnej niedogodności, jaką lektura ta mi niosła. Otóż wolałabym, żeby Waters trochę zmniejszyła liczbę słów, bo nader często poświęcała całe akapity kwestiom, które aż prosiło się sprowadzić do jednego zdania. Tak, tak, to miało służyć przywoływaniu ducha literatury z dawnych lat i owszem tak było, ale moim zdaniem Waters ewidentnie z tą słowną wylewnością przesadzała. To znaczy myślę, że można było to skrócić bez szkody dla tego ducha. W każdym razie gdyby nie to, o wiele lepiej czytałoby mi się tę i tak całkiem smacznie opowiedzianą, bardzo dobrze skonstruowaną, przemyślaną, niebanalną, wielowarstwową historię o niedających się zaszufladkować ludziach, którzy żyją i cierpią w powojennej rzeczywistości. Także przez moce nadnaturalne... albo nie.

Nie muszę chyba dodawać, że w mojej ocenie literacki pierwowzór filmu Lenny'ego Abrahamsona pod tym samym tytułem, powieść „Ktoś we mnie” (oryg. „The Little Stranger”) zwycięża na dosłownie wszystkich frontach. Tak więc nawet jeśli nie przekonała Was adaptacja tej powieści Sarah Waters, to nie powinniście unikać oryginału. Tym bardziej jeśli cenicie sobie klimaty gotyckie. „Ktoś we mnie” to powieść tak dla miłośników horrorów o nawiedzonych wiekowych domostwach, jak amatorów thrillerów psychologicznych i powieści społeczno-obyczajowych oraz oczywiście wszelkiej maści utworów, które zachęcają do zajrzenia również w głąb siebie, a nie tylko postaci zaludniających światy przedstawione przez pisarzy i pisarki. „Ktoś we mnie” to może i nie jest najłatwiejsza lektura, a już na pewno (dla mnie szczęśliwie) niedająca jasnych odpowiedzi, ale na pewno diablo klimatyczna i cechująca się całkiem złożoną, wielowątkową fabułą. Akcja rozwija się co prawda w raczej niepopularnym tempie, tj. bardzo wolno, ale wbrew pozorom niemało się tu dzieje. Subtelnie, ale dzieje się... i to jak się dzieje! Niemniej miłośnikom dynamicznych historii pozbawionych wyczerpujących opisów miejsc, sytuacji i postaci, tej powieści raczej bym nie poleciła. Ale wszystkim pozostałym czytelnikom, ze wskazaniem na fanów klasycznych opowieści z dreszczykiem, a i owszem.

środa, 15 stycznia 2020

„Villains” (2019)


Młoda para, Mickey i Jules, dokonuje napadu rabunkowego na stację benzynową. Następnie zamierzają jechać prosto na Florydę, ale po przejechaniu paru kilometrów nieoczekiwanie kończy im się benzyna. Dookoła nich rozciąga się las, ale przy drodze zauważają skrzynkę pocztową. Szybko odnajdują dom samotnie stojący w tej głuszy, w którym szczęśliwie nie zastają właścicieli. Włamują się do środka z zamiarem zabrania kluczyków do samochodu nieznajomych, a gdy ich nie znajdują postanawiają wykraść z wozu benzynę. W poszukiwaniu szlaucha zapuszczają się do piwnicy, w której dokonują wielce niepokojącego odkrycia. Zaraz potem w domu pojawiają się jego właściciele, których mroczny sekret Mickey i Jules właśnie poznali.

„Villains” to niskobudżetowe filmowe dzieło Dana Berka i Roberta Olsena, twórców „Denata” (2015) i „Plagi wampirów 2” (2016). Scenariusz napisali sami i choć już w 2016 roku wciągnięto go na listę najbardziej lubianych skryptów, które jeszcze nie zostały przełożone na ekran, to dopiero dwa lata później mogli ruszyć ze zdjęciami. Na swój pierwszy pokaz, który odbył się na South by Southwest Film Festival, obraz czekał kolejny niespełna rok, a do szerszego obiegu w swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych trafił kilka miesięcy później, we wrześniu 2019 roku. Thriller komediowy Dana Berka i Roberta Olsena zyskał uznanie krytyków i dużej części zwykłych widzów, z miłośnikami kina grozy włącznie.

Gwiazda „Coś za mną chodzi”, Maika Monroe i już bez kostiumu klauna Pennywise'a, Bill Skarsgard, wcielają się w „Villains” we współczesne wersje Bonnie i Clyde'a. Nie dosłownie, bo Danowi Berkowi i Robertowi Olsenowi nie przyświecała myśl „wskrzeszania” tej legendarnej przestępczej pary, ale Jules i Mickey ewidentnie mają w sobie coś, co każe myśleć o tamtym duecie. Podczas prac nad „Villains” w rozmowach Berka i Olsena często przewijały się takie tytuły, jak „Urodzeni mordercy” Olivera Stone'a, „Prawdziwy romans” Tony'ego Scotta i „Badlands” Terrence'a Malicka w kontekście relatywizmu moralnego. Twórcy chcieli by publiczność polubiła Mickeya i Jules, pomimo ich przestępczej działalności. Ciekawiło ich też to, jak daleko mogą się posunąć, zanim widownia nastawi się do nich negatywnie, jak to miało miejsce na przykład w „Urodzonych mordercach”. Zależało im też na tym, żeby „Villains” nie zachowywał czystości gatunkowej, żeby nie można było go zaszufladkować, wtłoczyć w wąskie ramy gatunkowe. Starali się dać widzom trochę horroru (co się raczej nie udało), czarnej komedii, romansu i thrillera, ze wskazaniem na gałąź home invasion, ale i elementy psychothrillera mocno rzucają się w oczy. A jeszcze bardziej klimat retro, który tylko wzmagał moje skojarzenia z „Bonnie i Clyde'em” Arthura Penna. Z wyjątkiem kolaży wyblakłych, podniszczonych zdjęć z Florydy (niewielu) oraz planszy tytułowej, w „Villains” nie widać zdecydowanych prób upodobnienia się do obrazu nakręconego w dawnych czasach. Ale i tak czuć w tym ducha kina drugiej połowy lat 60-tych i lat 70-tych XX wieku. Powiedziałabym, że to takie smaczne przemieszanie współczesności z magiczną anachronicznością. Ta starannie wyważona mikstura dała coś na kształt odcieni sepii. Uwagę zwraca też swego rodzaju zestawienie kolorystycznej wyblakłości z jaskrawością. Zdjęcia wyglądają zarazem tak, jakby je wyprano, a z drugiej mienią się barwami. Sprzeczność sama w sobie? Owszem brzmi to cokolwiek dziwnie, ale na moje oko taką właśnie magiczną sztuczkę tutaj wykonano. Większość akcji zamknięto w piętrowym domu położonym w leśnej głuszy, wynajętym filmowcom na czas zdjęć przez jego niezwiązanych z branżą filmową właścicieli. Z zewnątrz prezentuje się nadzwyczaj okazale – niczym bajkowa, idealnie wykończona, zadbana chata niemałych rozmiarów – ale jeszcze urokliwsze okazuje się jej wnętrze. Staroświecki wystrój, który to w połączeniu z ubraniami aktorów może wskazywać na to, że rzecz rozgrywa się w czasach minionych. Ale niekoniecznie, bo takie stroje, jakie mają na sobie postacie zaludniające plan, nosi się i dziś. Poza tym w pewnym momencie Mickey daje jasno do zrozumienia, że stojący w salonie telewizor lampowy to już przeżytek. Jego i jego dziewczynę, Jules, po raz pierwszy widzimy w dziecinnych maskach, w chwili dokonywanego przez nich napadu na stację benzynową. Pieniądze zabierają, ale parę kilometrów dalej uświadamiają sobie, że powinni przy okazji napełnić też bak. O paliwie jakoś nie pomyśleli... Co ze wszystkich żartobliwych sytuacji zawartych w „Villains” - a jest ich niemało - rozbawiło mnie najbardziej. W każdym razie nic straconego, bo (nie)szczęśliwie w leśnej głuszy, w której utknęli, rzut beretem od nich, naturalnie w osamotnieniu, stoi zamieszkały dom. Właścicieli nasza niezbyt zorganizowana para rabusiów nie zastaje. Co dobrze się składa, bo Mickey i Jules (Maika Monroe i Bill Skarsgard moim zdaniem wykonali przewspaniałą robotę) nie chcą nikogo terroryzować. Wyraźnie nie są to osoby, które przyjemność znajdują w zadawaniu cierpień innym. Są złodziejami, ale nie okrutnikami. Mężczyzna ma nawet opory przed niszczeniem drzwi frontowych. Robi to dopiero, gdy próba otwarcia zamka nie przynosi efektu. Tak on, jak jego ukochana dziewczyna chcą tylko ukraść samochód nieznajomych i załatwić to jak najszybciej, zanim sytuacja się skomplikuje. Ale w tym momencie los przestaje się do nich uśmiechać. Jako że nie mogą znaleźć kluczyków do upatrzonego samochodu muszą przedłużyć swój pobyt w tym miejscu. Najpierw trzeba pomyśleć. A co lepiej służy myśleniu od narkotyków? Efekt błyskawiczny: ledwo Mickey wciągnął kreskę, a już przyszło olśnienie. Przecież zamiast kraść samochód można ukraść benzynę! No, no, trzeba mu przyznać, kreatywność nadzwyczaj imponująca. Bez dwóch zdań. Aby wykonać ten doprawdy pomysłowy plan trzeba jednak przeszukać też piwnicę. Właściciele domu, w którym ów film kręcono utrzymywali piwnicę w nienagannej czystości – ekipa musiała więc trochę ją zagracić, ażeby dopasować ją do wizji Dana Berka i Roberta Olsena. Kiedy Mickey i Jules zejdą do podziemia zobaczą... Cóż, poprzestańmy na tym, że na ich miejscu raczej nikt takiego widoku by się nie spodziewał. Może z wyjątkiem fanów kina grozy:)

Obficie podlana czarnym humorem konwencja thrillera spod znaku home invasion, w „Villains” Dana Berka i Roberta Olsena splata się z iście zwariowanym psychothrillerem po powrocie właścicieli domu, do którego na swoje nieszczęście włamała się zakochana młoda para. George i Gloria (widowiskowe kreacje Jeffreya Donovana i Kyry Sedgwick) prawdopodobnie natychmiast uruchomią dzwonki alarmowe w głowie każdego, nawet mniej rozeznanego w kinie grozy, widza. Nie dlatego, że ich pojawianie się zwiastuje naturalne w takich sytuacjach kłopoty dla włamywaczy, których pomimo ich przestępczych skłonności trudno znielubić (aczkolwiek nie jest to niemożliwe). W tym momencie mamy już pewność, że Mickey i Jules nie mają morderczych zapędów, a więc w normalnej sytuacji w najgorszym wypadku George i Gloria po prostu wezwaliby policję. W zwyczajnych okolicznościach, ale przecież my już wiemy, że okoliczności typowe nie są. Odkrycie, którego właśnie na naszych oczach dokonali Mickey i Jules każe nam sądzić, że przy właścicielach tej feralnej nieruchomości młodzi złodzieje prezentują się nader niewinnie. George i Gloria zostali skonstruowani w oparciu o jeden z moich ulubionych modeli czarnych charakterów. Mało powiedzieć, że są dziwni. Mało powiedzieć, że to świry. Mało nazwać ich bezwzględnymi zbrodniarzami. Mało stwierdzić, że są oderwani od rzeczywistości. Wszystkie te etykietki oczywiście pasują do Georga'a i Glorii, ale myślę, że aby wyrobić sobie właściwe wyobrażenie o tych wariackich postaciach najlepiej, że tak to ujmę, przemnożyć sobie to wszystko przez dwa. Właściciele domostwa, w którym toczy się większa część akcji „Villains” to szajbusy jakich mało. Przypuszczam nawet, że niejeden odbiorca dojdzie do wniosku, że bardziej zwariowanych zbrodniarzy na ekranie nie widział. Co bardziej obyci z kinem grozy raczej nie podpiszą się pod tym stwierdzeniem, ale pewnie wielu z nich zgodzi się, że George i Gloria w niższych granicach skali szaleństwa zdecydowanie się nie plasują. Zwłaszcza damski człon tego groźnego duetu, który zbudowano w oparciu o wykorzystywany już w kinie grozy motyw chorobliwej obsesji na punkcie posiadania dziecka, która przerodziła się w... w coś, co fani horrorów i thrillerów mogli już widzieć. Żadne to novum, bo i raczej nie o to twórcom „Villains” chodziło. Praktycznie cała fabuła składa się z wypróbowanych już przez innych artystów motywów. Tym, co wyróżnia omawianą produkcję jest podejście jej twórców do niejednokrotnie spotykanych już treści. To znaczy ujęcie mniej powszechne – nie tak zupełnie niespotykane. Nienachalny, naprawdę zgrabny czarny humor i przykuwająca wzrok realizacja (kolejny dowód na to, że niewielki budżet w kinie grozy wcale nie musi szkodzi, a według mniej nawet częściej pomaga) to jedno, ale nie bez znaczenia jest też nieobliczalność tego obrazu. Dosłownie przez cały czas towarzyszyło mi przekonanie, że to jeden z tych filmów, w którym dosłownie wszystko może się zdarzyć. W końcu z takimi ludźmi, z jakimi miałam przyjemność się tutaj spotkać nigdy nic nie wiadomo. I dotyczy to nie tylko szalonych właścicieli nieszczęsnego, kryjącego mroczne sekrety domu, ale także... bohaterów? No dobrze: złodziei, których osobiście (nie bijcie) od razu polubiłam. Nie żebyśmy nadawali na tych samych falach, bo postacie te zostały celowe przerysowane (nie bardziej jednak od George'a i Glorii), co miało służyć komediowej stronie „Villains”. Ich pomysły na wydostanie się z pułapki zgotowanej im przez niewątpliwie niemające wszystkich klepek małżeństwo, bywają w miarę błyskotliwe (akcja z butem), acz niekoniecznie wzbudzą podziw u tradycyjnie myślących osób, ale w swoim repertuarze Jules i Mickey mają też zachowania, które mogą nielicho zdumiewać. Ja na przykład aż wybałuszyłam oczy w reakcji na plan wyswobodzenia się z kajdanek, który narodził się w głowie Mickeya. Ale jeszcze bardziej zaskakujące było to, że jego ukochana odważyła się go wykonać. A potem w doprawdy niewiarygodnie się prezentującym stylu - co podejrzewam było celowym zagraniem obliczonym na rozbawienie widzów - wspięła się na piętro, żeby odkryć kolejną dziwaczną tajemnicę swoich oprawców. Nie tak znowu tajemniczą tajemnicę, bo przewidzieć ten zwrot akcji można już z chwilą pierwszego wejścia Glorii i George'a. Prawdę mówiąc mimo odczuwalnej nieobliczalności scenariusza, opowieść ta raz po raz zaskakuje... przewidywalnością. To w sumie też bardzo ciekawe. Otóż, przez cały czas byłam przygotowana na niespodzianki, mimo tego, że raz po raz zderzałam się z nader tradycyjnymi, jakże oczywistymi rozwiązaniami. Niezły fenomen: zaskakiwanie brakiem elementów zaskoczenia. I żeby było jeszcze dziwniej: odbierałam to jak najbardziej na plus.

Jeśli podobała Wam się „Zabawa w pochowanego” Matta Bettinelliego-Olpina i Tylera Gilletta, o wiele szerzej (przynajmniej na razie) rozpowszechniony thriller komediowy z tego samego roku, co „Villains” Dana Berka i Roberta Olsena, to powinniście sprawdzić i ten gatunkowy eksperymencik. Zwłaszcza że jest lepszy... Dobrze, nie mogę zaręczyć, że każdy z Was, sympatyków „Zabawy w pochowanego”, jeszcze większym uznaniem obdarzy „Villains”, ale nawet jeśli nie, to i tak macie dużą szansę na niezłą zabawę w doprawdy zwariowanym towarzystwie. Oto smaczne połączenie thrillera i czarnej komedii z nutką romansu i potężną dawką groźnego, ale i przezabawnego szaleństwa. Ożywcza przygoda w retro klimacie (tj. po części, bo jednak zmieszanym z nowoczesnością) pomimo, albo właśnie dzięki, jej przewidywalności. Niby nieobliczalny to film, a bazujący na takich oczywistościach. Rozwijający się dynamicznie, ale nie efekciarsko, aczkolwiek parę jump scenek niefortunnie się tutaj przyplątało. Wyśmienite dziełko pełne napięcia, ale i humoru. Kuriozalne, absurdalne, wariackie, nieprzesadnie groteskowe, ale i uderzające w poważniejsze tonacje widowisko dla ludzi niemających nic przeciwko gatunkowym miszmaszom. Mieszanka wybuchowa!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...