środa, 21 października 2020

„The Mortuary Collection” (2019)

 

The Mortuary Collection” to pierwsze pełnometrażowe dzieło amerykańskiego twórcy Ryana Spindella, który dotychczas zajmował się głównie kręceniem shortów. W zasadzie „The Mortuary Collection” to zbiór czterech krótkich historii połączonych osadzoną w latach 80-tych XX wieku opowieścią o właścicielu zakładu pogrzebowego, Montgomerym Darku. Reżyser i scenarzysta wszystkich historii grozy składających się na to stylowe widowisko, Ryan Spindell, zdradził, że dość późno zaczął swoją przygodę z horrorem, bo nie licząc serialu „Strefa mroku” oglądanego w dzieciństwie razem z ojcem, dopiero w szkole średniej. Zaczął od „Martwego zła 2” Sama Raimiego i „Martwicy mózgu” Petera Jacksona, i z miejsca się zakochał. „The Mortuary Collection” zainspirował przede wszystkim filmowy zbiorek pt. „Creepshow” w reżyserii George'a A. Romero i na podstawie scenariusza Stephena Kinga, ale niemałą rolę odegrały też kultowe „Opowieści z krypty”, serial z lat 1989-1996 (w postaci Montgomery'ego Darka można odnaleźć podobieństwa do legendarnego Strażnika Krypty). Ryan Spindell miał duże trudności z pozyskaniem funduszy na „The Mortuary Collection” - ludziom wprawdzie podobała się ta koncepcja, ale doświadczenie z filmowymi zbiorkami krótkich historyjek mówiło im, że nie warto w to inwestować. Aż w końcu Spindell natrafił na Allison Friedman, która zgodziła się podjąć to ryzyko. Zebrała „na boku” trochę pieniędzy, które pozwoliły wreszcie ruszyć z tym niezależnym projektem. Pierwsze pokazy „The Mortuary Collection” odbywały się wyłącznie na festiwalach, poczynając od Fantastic Fest we wrześniu 2019 roku, a w październiku 2020 roku rozpoczęto dystrybucję na internetowej platformie Shudder. Ryan Spindell ma nadzieję, że „The Mortuary Collection” dołączy do panteonu obrazów najchętniej oglądanych w Halloween.

Znany między innymi ze „Smętarza dla zwierzaków II” Mary Lambert, Clancy Brown w „The Mortuary Collection” wciela się w postać Montgomery'ego Darka, mocno posuniętego w latach właściciela wybudowanego w XIX-wieku przepastnego zakładu pogrzebowego, który, podobnie zresztą jak cały wystrój jego lokum, przywodzi na myśl twórczość Tima Burtona. Ryan Spindell zresztą nie ukrywa „swoich związków” z Burtonem. I Stevenem Spielbergiem, skoro już o tym mowa. To znaczy, jego artystyczne serce bije w podobnym rytmie. Montgomery Dark to tajemniczy jegomość rozmiłowany w opowieściach z dreszczykiem. A jako że mieszka sam w ponurym domostwie (horror gotycki w baśniowym wydaniu) nie ma wielu okazji do dzielenia się z kimś swoją pasją. To się zmienia, gdy w jego zakładzie i zarazem miejscu zamieszkania pojawia się młoda kobieta imieniem Sam, którą zwabiło ogłoszenie Darka o poszukiwaniu pracownika. Wygadana, charakterna, niesiląca się na uprzejmości (zawsze mówiąca to, co myśli, nawet jeśli miałoby to kogoś urazić), postać właściwe nie mniej barwna od jej nowo upieczonego pracodawcy, w którą w niesamowicie charyzmatycznym stylu wcieliła się Caitlin Custer. Tak mniej więcej przedstawia się klamra: osadzony w latach 80-tych XX wieku spinacz opowieści wchodzących w skład tego wspaniałego spektaklu, ukierunkowanego zarówno na osoby dopiero zaczynające swoją przygodę z horrorem (może z wyjątkiem najmłodszych, bo momentami robi się naprawdę krwawo, choć sam reżyser i scenarzysta „The Mortuary Collection” zdaje się być zgoła odmiennego zdania), jak doświadczonych pożeraczy gatunku.

Pierwszą historią, którą Montgomery Dark dzieli się ze swoją nową pracownicą jest osadzona w latach 50-tych XX wieku rzecz o złodziejce, która zamyka się w niewielkiej łazience podczas w domyśle bardzo wystawnego przyjęcia. Urządzonego przez najprawdopodobniej majętnego człowieka w jego własnym domu. Historia, jak trafnie podsumowuje Sam, nie jest rozbudowana. W sumie to prostsza już chyba być nie mogła. Ot, złodziejka na własne skórze przekonuje się, że ciekawość to istotnie pierwszy stopień do piekła. Okazuje się jednak, że wystarczy zamknąć jedną postać w sprawiającym dość klaustrofobiczne wrażenie pomieszczeniu, żeby z całą mocą przykuć moją uwagę. Najbardziej jednak zaskoczyła mnie moja reakcja na dodatek, który chyba nie może nie kojarzyć się z H.P. Lovecraftem. Mimo wszystko. Mimo tego, że zamiast odrażającej oślizgłości, zamiast gumowego, acz sprawiającego realistyczne wrażenie pulsującego cielska, dostajemy uładzone, „błyszczące” obrazki wygenerowane komputerowo. Dziwne, że z taką niekłamaną przyjemnością ten, bądź co bądź, trochę plastikowy finał przyjęłam. Widać Ryan Spindell zdążył mnie urobić skutecznym podsycaniem napięcia w pozornie coraz ciaśniejszej łazience, w której niewątpliwie coś złego (i ogromnego!) się przyczaiło. Albo po prostu to jeden z tych przypadków, do których takie efekty idealnie pasują. Bo pamiętajmy, że „The Mortuary Collection” to horror w nieco baśniowym wydaniu.

Po wysłuchaniu krytyki zawsze szczerej Sam, Montgomery Dark sięga po grubsze działo. Rozpoczyna, moim zdaniem, najlepszą opowieść w „The Mortuary Collection”, która rozgrywa się w latach 60-tych XX wieku na pewnej amerykańskiej uczelni. Poznajemy studenta ze starszego rocznika o imieniu Jake. Członka bractwa studenckiego, który słynie z seksualnych podbojów. Zmienia dziewczyny jak rękawiczki - właściwie to z każdą wybraną studentką spędza tylko jedną noc. Aż natrafia na Sandrę, młodszą studentkę, która podziela jego swobodne podejście do seksu. Całonocne igraszki (przezabawny montaż pozycji seksualnych – migawkowa scenka na turbodoładowaniu) kończą się jednak tragicznie, bo Jake nie przychylił się do prośby swojej przygodnej partnerki i ukradkiem pozbył się prezerwatywy. I zaczyna się... body horror. W każdym razie filmik, w którym odzywają się echa tego podgatunku. Działająca na wyobraźnię, nietypowa opowieść o konsekwencjach seksu bez zabezpieczenia. I o upadku patriarchatu. Całkowitym upadku, a więc... Powiem tak: czegoś takiego to jeszcze nie widziałam. Bywa naprawdę wstrętnie, a przy tym dość komicznie (wybuch białej mazi), jest krwisto, ale najważniejsze, że nie brakuje w tym kreatywności. I, co tu dużo mówić, wreszcie jakaś sprawiedliwość na tym (hmm, tamtym) świecie. Feministki i feminiści chyba przyznają mi rację. No powiedzcie sami, czyż to nie pociągająca wizja? Dający do myślenia, choć dość cudaczny komentarz społeczny? Ciekawy głos w debacie na temat nowej (dosłownie „nowej”) pozycji kobiet i mężczyzn w tak zwanym cywilizowanym świecie? Zmyślna bestia z tego Ryana Spindella!

Tym razem Montgomery Dark idealnie wstrzelił się w gust swojej dopiero co zatrudnionej pracownicy. Sam, tak jak i ja, autentycznie zachwyciła się makabryczną historyjką o aroganckim chłoptasiu bez skrupułów wykorzystującym zauroczone nim młode kobiety. Dark zdecydował się więc kuć żelazo, póki gorące i opowiedzieć kolejną historię... hmm... miłosną. Również dlatego, że opowieść o Wendellu i jego żonie Carol, według niego, pasuje do sytuacji, z jaką poniekąd on i Sam właśnie się spotkali. Poniekąd. Przenosimy się do następnej dekady – lat 70-tych XX wieku – do starej kamienicy, w której mieszka pewne nieszczęśliwe małżeństwo. Oczywiście nie zawsze tak było. Wszystko zepsuła poważna choroba, która dopadła Carol. Kobieta już od jakiegoś czasu „przebywa we własnym świecie”. Mąż praktycznie nie ma z nią żadnego kontaktu, a całodobowa opieka nad nią zaczyna już go przerastać. Jak myślicie, na jaki krok się więc decyduje? Łatwo się domyślić, prawda? W każdym razie mnie rozwój tej opowieści od początku wydawał aż nazbyt oczywisty. Wchodząc w tę depresyjną opowiastkę nie mogłam odsunąć od siebie myśli o UWAGA SPOILER „Mrocznym instynkcie” Joego D'Amato. Nasuwały mi się też, ale już mniej zdecydowanie, „Nekromantik” Jörga Buttgereita i „Der Fan” Eckharta Schmidta. I utwór polskiego rapa o ksywie Słoń pt. „Love Forever” oraz kawałek zatytułowany „Akt łaski” zespołu Nagły Atak Spawacza, żeby być całkowicie szczerą KONIEC SPOILERA. Myślę, że trudniejsze od odgadnięcia w jakim kierunku podąży ta historia (twórcy raczej tego nie ukrywają, trzeba jednak zaznaczyć, że nie rozciąga się to na wszystkie szczegóły), jest wydanie werdyktu w tej konkretnej sprawie. Kategoryczna, jednostronna ocena działań wszczętych później na ekranie. Gore, podobnie jak w poprzedniej opowiastce, wypada bardzo wiarygodnie, a więc jest szansa, że, przynajmniej tych co mniej obytych z krwawych kinem grozy widzów, ogarnie czysty wstręt. Może nawet będą zaszokowani tym makabrycznym pokazem... miłości? Po części zapewne faktycznie jest to podyktowane tym potężnym uczuciem, ale też nie można zaprzeczyć, że czołowa postać tej historii działa także z egoistycznych pobudek. I na pewno więcej w tym działania, niż myślenia. W sumie to dość komiczna przeprawa, ale jeśli spojrzeć od drugiej, tej bardziej uwypuklonej strony, to może zrobić się naprawdę ciężko na sercu. Strasznie to smutne. Trochę też efekciarskie, efekciarstwem komputerowym, ale już chyba sobie wyjaśniliśmy, że w „The Mortuary Collection” jakoś mi to nie wadziło. A ta ścieżka dźwiękowa... W sumie to nie jedyny segment, który zwrócił moją uwagę również pod tym względem. Dobór muzycznych kawałków (oczywiście starej daty), ale i kompozycje stworzone specjalnie do tego filmu, a już zwłaszcza przygnębiający kawałek, który wybrzmiał w windzie pod koniec trzeciej opowieści Montgomery'ego Darka, niesamowicie na mnie działały. Prawdziwa uczta dla uszu! I żeby nie było nieporozumień: dla oczu i wyobraźni również.

Po tych wszystkich opowieściach z dreszczykiem niektórzy pewnie przyznają rację Sam, że brakuje im elementu zaskoczenia, że mogłoby być trochę mniej przewidywalne. Brakuje niespodzianek? Tak? No to oddajmy głos Sam. Wysłuchajmy jej propozycji, która tak naprawdę jest jednym z oddzielnych krótkometrażowych obrazów Ryana Spindella – włączył w tę produkcję swój short z 2015 roku. Opowieść jest rzecz jasna osadzona w tej samej dekadzie, w której rozgrywa się klamrowy składnik „The Mortuary Collection”, a więc dla przypomnienia: w latach 80-tych XX wieku. Jest wieczór. Sam siedzi sama przed telewizorem i z zainteresowaniem wpatruje się w pierwsze scenki slashera pod tytułem „The Babysitter Murders”, który potem w przemyślny sposób zostanie włączony we właściwy świat przedstawiony. W opowieści Sam skorelowano umowną rzeczywistość ze światem fikcyjnym. Na ekranie „przedpotopowego” telewizora (tak, tak, pasuje do epoki, jak zresztą cały wystrój domu, w którym wieczór spędza nasza charyzmatyczna bohaterka) czasami widzimy ujęcia prawie bliźniacze z tymi, które w tym samym czasie dzieją się we właściwym filmiku. Czyli opowieści o opiekunce do dziecka, która, nie tak znowu nieoczekiwanie, musi zmierzyć się z groźnym intruzem. Przypomina się jedna z najbardziej znanych urban legend, prawda? Przypomina się „Kiedy dzwoni nieznajomy” Freda Waltona i jego remake w reżyserii Simona Westa. Przypomina się „Halloween” Johna Carpentera. Home invasion spotyka się ze slasherem, przy czym im dalej w ten „mroczny las”, tym większa przewaga tego drugiego. Zastanawialiście się kiedyś, co by się stało, gdyby włożyć dłoń do maszynki do mielenia mięsa (takiej na korbkę) i parę razy zakręcić? Nie? Mnie już zdarzało się o tym myśleć, ale jakoś nie chciało mi się tego sprawdzać:) Na szczęście, bo Ryan Spindell zaspokoił moją niezdrową ciekawość. Zobaczyłam, jak kończą się takie eksperymenty, a potem... No potem, nastąpiło regularne mordobicie. Dobra, powiem to: zakochałam się w Sam! No oczu nie mogłam od niej oderwać! UWAGA SPOILER I nie, nie poczułam się oszukana. Owszem, świat mi się przekrzywił na końcu jej opowieści. Tak, dałam się zaskoczyć, i to mocno. Tak, to był cios, ale taki który... to zabrzmi strasznie, ale tylko zwiększył mój zachwyt tą postacią. Tą antybohaterką. Co poradzę, że od kiedy tylko sięgam pamięcią z reguły tak fascynują mnie fikcyjne czarne charaktery płci żeńskiej KONIEC SPOILERA.

Po zakończeniu najbardziej zaskakującej składowej „The Mortuary Collection” płynnie, z piorunującą gracją przechodzimy do może trochę nazbyt efekciarskiego, ale na pewno intrygującego domknięcia opowieści-spinacza. Myślę, że nieprzypadkowo Ryan Spindell pozostawił sobie furtkę na dalszy ciąg. Na „The Mortuary Collection 2”. Z jego wypowiedzi prasowych wnoszę, że możliwość przedłużenia tego projektu, nawet zrobienia z tego wieloczęściowej serii, byłoby spełnieniem jego marzeń. I moich, jeśli tylko zbytnio nie zaniżyłby poziomu. Bo jakiś spadek formy z całą pewnością bez trudu bym zniosła. W końcu jest z czego schodzić. „The Mortuary Collection” to jedno z moich największych odkryć ostatnich lat. Fascynująca podróż przez cztery dekady XX wieku, choć klimat absolutnie nie ten sam. W każdym razie nie do końca – archaiczne wystroje wnętrz są. Nawet bardzo leciwe w przypadku siedziby naszego głównego narratora, „dżentelmena z kwi i kości”, dystyngowanego i celowo, z wyczuciem odrobinę (?) przerysowanego przedsiębiorcy pogrzebowego Montgomery'ego Darka. Moim zdaniem godnego następcy Strażnika Krypty. Bo jego dom i zarazem miejsce pracy, to już wiek XIX. W baśniowo-gotyckim wydaniu, co najbardziej rzuca się w oczy w ujęciach zewnętrza – wygląda trochę jakby wklejono go w krajobraz, nie mam jednak pojęcia, czy rzeczywiście tak to się odbywało, czy to jedynie takie moje złudzenie. Tak czy inaczej poza meblami, artykułami gospodarstwa domowego, strojami aktorów oraz doborem muzycznego repertuaru, twórcy „The Mortuary Collection” nie poczynili jakichś zdecydowanych starań w kierunku wytworzenia w odbiorcach złudnego poczucia obcowania z historiami nakręconymi w dawnych czasach (z wyjątkiem filmu w filmie w historii Sam). Ale ta jakość, ten niezwykły miks stylów, też ma w sobie niezaprzeczalny urok. Jakiś zwierzęcy magnetyzm. W „The Mortuary Collection” nazwijmy to szaleństwo barw Tima Burtona, spotyka się z mglistością i złowieszczością Johna Carpentera, swobodą i swoistą dziecięcą radością tworzenia, oszałamiającą swobodą Tobe'a Hoopera i Wesa Cravena, makabrą w stylu Joego D'Amato, a nawet samego Davida Cronenberga oraz „kosmiczną nadnaturalnością” H.P. Lovecrafta. Do tego trochę na wskroś nowoczesnego kolorytu i szczypta komizmu, zamierzonej groteski à la „Creepshow” i „Opowieści z krypty” i ciągłe poczucie, że teleportowano nas do jakiejś innej strefy... „Strefy mroku”! Aha i jeszcze coś – niektórym członkom obsady powierzono więcej niż jedną rolę. Niektóre twarze przewijają się przez niejedno opowiadanko, co mogło być spowodowane brakami finansowymi (aż trudno uwierzyć, że film, jak utrzymuje jego reżyser, nie miał wielkiego budżetu), ale nie sądzę. Obstawiam, że to zamierzony zabieg – kolejna cegiełka do całego tego szaleństwa. I dodatkowy wzmacniacz poczucia egzystowania w jakiejś równoległej rzeczywistości. Upiornej, ale i na swój sposób dość zabawnej. Bo tak kuriozalnej!

Kocham ten film! Powtórzę: KOCHAM TEN FILM! I mogłabym tak wykrzykiwać, aż bym ochrypła. Jeśli tylko istniałby choć cień szansy, że to powiększy grono odbiorców „The Mortuary Collection” o chociaż jedną osobę. Ale zamiast wrzeszczeć, zawsze lepiej poprosić. Więc proszę uniżenie o obejrzenie pierwszego pełnometrażowego obrazu Ryana Spindella. A w zasadzie zbioru pięciu krótszych opowieści z dreszczykiem, gdzie jedna, można powiedzieć, prowadzi pozostałe. „The Mortuary Collection” to dar. Prezent tak dla długoletnich miłośników horroru, jak ludzi dopiero odkrywających swoją miłość do gatunku. Nieśmiało wkraczających w świat, w którym nie ma rzeczy niemożliwych. Świat, którym niepodzielnie rządzi mrok. Świat, w którym to potwory są u siebie, a my jesteśmy intruzami. Tak naprawdę mile widzianymi podglądaczami. Bo jak się zagapimy... Tak, Ryan Spindell Was capnie, przeżuje i połknie. A potem – haha – zwymiotuje białą, lepką mazią. Na wszystkich wokół. Bo on się, ja proszę Ciebie, nie patyczkuje. Chcecie krwi? Macie! Chcecie fantastycznych stworzeń? A proszę bardzo! A co powiecie na nieziemsko bolesny poród? Albo miłosne spotkanie z upiorzycą? Nie? To może smaczny obiadek od psychopatycznej jednostki? Proszę, częstujcie się. Starczy dla wszystkich.

poniedziałek, 19 października 2020

Alex North „W cieniu zła”

 
Recenzja przedpremierowa

Przed dwudziestoma pięcioma laty w niewielkim miasteczku Gritten dwóch nastoletnich chłopców dopuściło się odrażającej zbrodni. Obaj pasjonowali się świadomym śnieniem i wierzyli w tajemniczego mężczyznę z lasu zwanego panem Czerwone Ręce. Jeden ze sprawców został schwytany i osądzony, a drugiego nigdy nie odnaleziono. Teraz w mieście Featherbank dochodzi do niemal identycznej zbrodni. Sprawą zajmuje się oficer śledczy Amanda Beck. Tymczasem Paul Adams, czterdziestoletni nauczyciel akademicki, który w młodości przyjaźnił się z chłopcami, którzy później dopuścili się zabójstwa, wraca w rodzinne strony, aby czuwać przy matce umierającej w miejscowym hospicjum. Zatrzymuje się w domu, w którym się wychował, w podmiejskiej dzielnicy o nazwie Gritten Wood, u podnóża ogromnego lasu, który tutejsza społeczność od kiedy Paul sięga pamięcią nazywa Cieniem. To tam według legendy mieszka pan Czerwone Ręce, który być może teraz skierował swoją uwagę na Paula Adamsa. Albo to jego dawny kolega wrócił, aby dokończyć to, co zaczął ćwierć wieku temu.

W 2014 roku dwie dwunastoletnie dziewczyny w mieście Waukesha w stanie Wisconsin zwabiły do lasu swojego kolegę i zadały mu dziewiętnaście ciosów nożem, ponieważ wierzyły, że tego oczekuje od nich fikcyjna postać zwana Slender Manem. Chłopak przeżył, a jego oprawczynie wyrokiem sądu zostały zamknięte w zakładzie psychiatrycznym. Autor bestsellerowego „Szeptacza”, brytyjski pisarz Alex North, znalazł w tej sprawie inspirację do swojej kolejnej książki, pierwotnie wydanej w 2020 roku powieści pt. „The Shadows”/„The Shadow Friend”, której polska premiera (tytuł: „W cieniu zła”) także przypadła na rok 2020. North przyznał, że nigdy specjalnie nie interesował się samym Slender Manem. Dużo bardziej intrygują go ludzie, którzy w niego wierzą i właśnie nad psychologicznymi aspektami podobnej fascynacji młodych ludzi postanowił pochylić się w swojej klimatycznej mieszance thrillera i horroru. W której wykorzystał również swoją nastoletnią obsesję na punkcie świadomego śnienia i pokrótce omówił zjawisko, w którym sam poniekąd uczestniczy, czyli tak zwanych internetowych śledczych. I, choć tego nie planował – pomysł pojawił się na trochę dalszym etapie prac - jedną z bohaterek uczynił znaną czytelnikom „Szeptacza” policjantkę Amandę Beck. Ale główna rola przypadła w udziale fikcyjnemu nauczycielowi akademickiemu, który po dwudziestu pięciu latach wraca do domu...

Chociaż swoje poprzednie spotkanie z Alexem Northem uważam za udane, nie mogę powiedzieć, że „Szeptacz” wzbudził we mnie czysty zachwyt. Moje serce jest bliżej „W cieniu zła”, powieści wydanej mniej więcej rok po hitowym „Szeptaczu”, w której North również miesza stylistykę thrillera i horroru, ale mam wrażenie, że czyni to już z większym wyczuciem. Nabrał wprawy w łączeniu tych dwóch gatunków, choć myślę, że nad stopniowaniem napięcia powinien jeszcze trochę popracować. Problematyczne były dla mnie bowiem fragmenty mające wzmocnić aurę nadnaturalności. Las zwany Cieniem, w którym wedle legendy przyczaił się tajemniczy pan Czerwone Ręce i kryjący mroczne sekrety dom, w którym dorastał główny bohater książki – w tych miejscach autor zwykle nie poruszał się zbyt zgrabnie. Zamiast nieśpiesznie potęgować nastrój grozy, powoli, acz konsekwentnie akcentować nieuchronnie zbliżające się zagrożenie lub jakieś kolejne potworne odkrycie, przeprowadzał mnie przez te momenty z pośpiechem na miarę współczesnych straszaków z głównego nurtu – dynamicznych, plastikowych, efekciarskich horrorów o istotach z zaświatów, które najczęściej manifestują swoją obecność w prymitywnych zagraniach: „buu! mam cię!”. No dobrze, z tym ostatnim nie musiałam się zmagać, bo i pewnie trudno (jeśli to w ogóle wykonalne...) byłoby serwować jump scenki w utworze literackim. Ale, w tych pojedynczych fragmentach, North bez wątpienia narzuca ten sam pośpiech, który jakimś sposobem zawsze zamiast pobudzająco, działa na mnie usypiająco. Podkreślić jednak muszę, że „te przygody” nie zdarzały się zbyt często. Ot, takie sporadyczne przerywniki w dość mocno trzymającej w napięciu i zagadkowej drodze ulokowanej w dwóch przedziałach czasowych. Teraźniejszość i przeszłość. Teraz i dwadzieścia pięć lat wcześniej. Co prawda Alex North nie bierze tak potężnego rozmachu, jak Stephen King w swoim kultowym „To”, ale można się poczuć trochę jak w Derry z czasów Klubu Frajerów. Troszkę, bo w sumie tylko dlatego, że ten brytyjski pisarz rozciąga swoją opowieść tak naprawdę na lata. Wszystko zaczęło się ćwierć wieku wcześniej, kiedy Paul Adams był jeszcze nastolatkiem i mieszkał w, jak to się brzydko mówi, „ dziurze zabitej dechami”, małym miasteczku Gritten. A ściślej w Gritten Wood, dzielnicy leżącej na obrzeżach tej miejscowości, pod lasem, przez tutejszą społeczność nazywanym Cieniem. Paul Adams i jego najlepszy przyjaciel James Dawson mieli po czternaście lat, gdy w ich życie wkroczyli Charlie Crabtree i Billy Roberts. Podobnie jak oni, szkolni outsiderzy, duet, w którym wyraźnie dominował opowiadający niestworzone historie Charlie. Coraz bardziej podejrzanie zachowujący się chłopiec, który nauczył pozostałych świadomego śnienia. Poza tym bez trudu przekonał dwóch kolegów, że wszyscy mogą śnić te same sny. Spotykać się w snach (coś jak w „Koszmarze z ulicy Wiązów 3: Wojownikach nocy” Chucka Russella). A w nich nawiązywać kontakt z legendarnym panem Czerwone Ręce. Upiorną postacią z Cienia. Mamy więc mroczną legendą, która nabiera coraz to bardziej realnego wymiaru – nieprawdopodobne staje się coraz bardziej prawdopodobne. Tak że nawet od początku sceptycznie nastawiony do, ewidentnie fantastycznie brzmiących, opowieści Charliego Crabtree, Paul Adams zaczyna dopuszczać do siebie możliwość, że w słowach jego charyzmatycznego kolegi tkwi przynajmniej ziarno prawdy. W końcu w każdej legendzie można doszukać się odrobiny prawdy. Ale co jeśli owym faktem jest istnienie pana Czerwone Ręce? Co jeśli Charlie wcale nie uroił sobie, że w snach spotyka się z tajemniczą istotą mieszkającą w lesie? Mężczyzną z czerwonym rękami, którego Charlie zamierza przedstawić swoim kolegom? Wiemy, do czego to doprowadzi. Wiemy, że ta zagadkowa przygoda czterech nastolatków z Gritten skończy się czyjąś śmiercią. Czyją konkretnie? North nie mówi tego wprost, ale łatwo domyślić się, o którego chłopca chodzi. Jednego z dwóch najbardziej podatnych na wpływ Charliego Crabtree, który to potem sam obrósł legendą.

Małe miasteczko, mroczna legenda, z której wyrasta kolejna i niewiele mniej mroczna historia, budowana głównie przez internatowych samozwańczych detektywów; niszczejący, ponury dom kryjący niepokojące rzeczy; świadome śnienie; ogromny las, w którym być może ukrywa się zbrodniarz, czy to z tamtego, czy z tego świata; morderstwa popełniane przez nastolatków będących pod wpływem legendy Charliego Crabtree, a więc i pana Czerwone Ręce oraz już bardziej zagadkowe mordy dokonywane na osobach, w jakiś sposób zamieszanych w sprawę Charliego i Billy'ego. A więc celem najpewniej jest również syn marnotrawny, Paul Adams. Człowiek, którego noga nie postała w rodzinnym Gritten od dwudziestu pięciu lat. Teraz wraca do miasta, w którym przeżył najgorsze chwile w swoim życiu. Po to by wykorzystać, jak wszystko na to wskazuje, ostatnią szansę na spędzenie czasu ze swoją matką. Kobietą, która zawsze go chroniła. Która była gotowa zrobić dla swojego jedynego syna absolutnie wszystko i nigdy nie dała mu do zrozumienia, że ma mu za złe to, że praktycznie rzecz biorąc, ją opuścił. Rzadkie rozmowy telefoniczne, w które na dodatek niezbyt się angażował – do tego sprowadzał się cały ich kontakt w ostatnim ćwierćwieczu. Paul jest boleśnie świadomy swoich zaniedbań względem matki. Jest mu szczerze wstyd, wyrzuty sumienia wręcz go zżerają. Tym bardziej, że dni jego matki pewniej są już policzone. Paul nie może sobie wybaczyć, że zmarnował tyle czasu. Że zainteresował się swoją rodzicielką dopiero teraz, gdy kobieta znajduje się już u progu śmierci. Główny bohater „W cieniu zła” wprawdzie miał swoje powody – uciekał w ten sposób przed swoimi największymi demonami, przed potwornymi wspomnieniami, z jakimi wiąże się miasteczko Gritten, najzwyczajniej w świecie nie miał odwagi ponownie wkroczyć do tej miejscowości – ale nawet on sam wie, że to go nie rozgrzesza. Skoro teraz się udało, powinien już lata wcześniej podjąć próbę wjazdu do tego „przeklętego miasteczka”. Albo przynajmniej spotkać się z matką w innym miejscu. Paul wybrał jednak łatwiejszą drogę – łatwiej było izolować się nie tylko od samego Gritten, ale także w pewnym sensie od kobiety, której widok, jak zakładał, też ożywiałby w nim straszliwe wspomnienia. Alex North operuje prostym językiem, ale muszę przyznać, że w omawianej powieści dość mocno zagłębia się w umysły tak nastoletnich, jak dorosłych postaci. Nie tylko Paula, ale także oficer Amandy Beck zajmującej się właśnie otwartą sprawą zabójstwa nastoletniego chłopca, dokonanego przez jego dwóch rówieśników w mieście Featherbank, a w retrospekcjach właściwie wszystkich przyjaciół Paula. Postacie drugoplanowe w sumie też zostały wykreślone „zgodnie ze sztuką”. Tyle informacji, ile trzeba. Może Was zaskoczę, ale tym co najbardziej mnie ujęło w powieści „W cieniu zła” wcale nie były te wszystkie lubiane przeze mnie motywy wyrastające z tradycji horroru i/lub thrillera (przynajmniej jeśli chodzi o szkielety, bo North oparł na nich zupełnie nową historię), choć oczywiście witałam je z otwartymi ramionami (w praniu różnie to wychodziło, ale w większości autor dawał mi odczuć, że, jak to się mówi, dobrze wie z czym to się je). Ale jednak najbardziej jestem Northowi wdzięczna za wieź, jaką, prędzej celowo niż przypadkowo, wytworzył pomiędzy mną i... nie, nie Paulem. Chodzi o Jamesa Dawsona. Nastoletniego chłopca, który zapewne wkrótce umrze. Spokojnie, to nie spoiler. To rzecz, która, jestem pewna, szybko stanie się oczywista dla każdego odbiorcy „W cieniu zła”. Dobrze, North nie zwleka z przedstawieniem szczegółów zbrodni dokonanej w Gritten dwadzieścia pięć lat wcześniej, nie stara się nawet ukryć tożsamości sprawców tego ohydnego czynu, ale nie wspomina ofiary. Wiemy tylko, że była to osoba małoletnia, ale z formującej się właśnie w retrospekcjach paczki niepopularnych uczniów i rzecz jasna w połączeniu z informacjami wrzuconymi w rozdziały osadzone w umownej teraźniejszości, nasuwa się jeden wniosek. Że chłopcem, który najbliższego lata pożegna się z życiem będzie James Dawson. Prześladowany przez szkolnych łobuzów, chyba bardziej kochany przez ojczyma niż rodzoną matkę (przemoc domowa w rzadszym, ale niestety też funkcjonującym także w rzeczywistości, wydaniu – muszę pochwalić Northa też za to, że jako jeden z nielicznych przecież twórców pochyla się nad owym problemem), który dotychczas miał tylko jednego przyjaciela. Chłopaka z sąsiedztwa, od zawsze starającego się go chronić. Mowa o Paulu Adamsie, który jednak teraz ma konkurencję. Bo do tego tak naprawdę sprowadza się jego relacja z Charliem Crabtree. Dziwnym chłopakiem, który na oczach coraz bardziej zaniepokojonego Paula owija sobie Jamesa wokół małego palca. A Paul nie może nic zrobić, żeby wyrwać swojego najlepszego kumpla spod, jak podejrzewa, zgubnego wpływu rasowego manipulanta albo dzieciaka, który jakimś sposobem zapanował nad marzeniami sennymi. I w jakiś sposób połączył się z legendarną istotą nazywaną w tych stronach panem Czerwone Ręce. James, choć sobie tego nie uświadamia, znalazł się na skraju przepaści, z której prawdopodobnie już nikt nie jest w stanie go zawrócić. Ale czy na pewno? Czy nastoletni Paul naprawdę nie miał większego pola manewru? Naprawdę nie istniał żaden sposób na ocalenie Jamesa? Oczywiście, że tak, ale trzeba pamiętać, że Paul był nastolatkiem. Wprawdzie dość przewidującym, ale jednak osobą bardzo młodą, a więc (tak wiem, to nie dotyczy absolutnie każdego nastolatka i też dotyczy wielu dorosłych ludzi) często ulegającą emocjom. Można zrozumieć, dlaczego podchodził do Jamesa tak, a nie inaczej, ale to nie powinno umniejszać współczucia względem tego niesamowicie zagubionego „nowego ucznia Charliego”. Nie wstydzę się przyznać, że płakałam nad Jamesem. Ale i było mi przykro z powodu Paula. I jego matki. I... tak naprawdę długo by wymieniać. Bo chociaż nie mam wątpliwości, że powieść „W cieniu zła” będzie chwalona głównie za tajemniczą i, co tu dużo mówić, nadnaturalną atmosferę oblepiającą trochę kingowskie miasteczko (swoją drogą, o twórczości Stephena Kinga i nie tylko, też będzie), za ciekawy pomysł, któremu nie można odmówić kreatywności (pan Czerwone Ręce), za przynajmniej na pozór skomplikowane śledztwo, w które tak naprawdę z własnej inicjatywy wikła się jedna z postaci „Szeptacza”, oficer śledczy Amanda Beck i mocno zaskakujący zwrot akcji. Jest ich więcej, ale tylko jeden zrobił na mnie potężne wrażenie. Reszty też się nie spodziewałam, ale to już były takie pomniejsze bombki. O zdecydowanie mniej nośnym charakterze. A w jednym przypadku lekkie zaskoczenie szybko zostało u mnie wyparte delikatnym rozczarowaniem. Naprawdę czegoś lepiej przystającego do całkiem mrocznej, tajemniczej tonacji tej opowieści, nie można było wymyślić? Więcej odwagi, panie North!

Po Szeptaczu przyszedł pan Czerwone Ręce i... zostawił swojego poprzednika w tyle. „W cieniu zła”, uważam, lepiej wróży od „Szeptacza”. Dostrzegam progres, a więc mam powody przypuszczać, że trzecie uderzenie brytyjskiego powieściopisarza, Alexa Northa, będzie jeszcze silniejsze. Ale nawet gdyby został już na tym poziomie, jaki zaprezentował w historii o Cieniu skrywającym upiorną istotę z czerwonymi rękami, która spokojnie może stawać w szranki ze Slender Manem (oby tylko konsekwencje nie były takie, jak w jednej z głównych inspiracji do tej książki), to żadnych dodatkowych zachęt do obcowania z jego twórczością, tak naprawdę już bym nie potrzebowała. Nie zrozumcie mnie źle: lubię „Szeptacza”. Ale „W cieniu zła” lubię bardziej. Tę w gruncie rzeczy bardzo smutną opowieść, bo jak stwierdza jedna z bohaterek tej mrocznej historii, w gruncie rzeczy wszystkie opowieści o duchach takie właśnie są. Nawet te przerażające, jeśli spojrzymy na to z innej perspektywy. I możecie być pewni, że Alex North Wam to ułatwi. Musicie tylko sięgnąć po „W cieniu zła”, interesujący, choć w mojej ocenie nieidealny, miks thrillera i horroru. Do doskonałości Alexowi Northowi jednakże, uważam, niewiele już brakuje.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 18 października 2020

Najlepsze z Najgorszych

 

Jeden z najlepszych najgorszych filmów akcji w historii kina!

Z wielką przyjemnością informujemy, że Filmy Najlepsze z Najgorszych pierwszy raz jadą do stolicy i to od razu do kultowego Kina Luna. Film, który wybraliśmy na tak ważny debiut to "Gliniarz Samuraj", czyli jeden z naszych ulubionych tytułów z repertuaru filmów tak złych, że aż dobrych.

Zaczyna się tak: dwóch umięśnionych, czarujących i diabelsko inteligentnych policjantów, wyjątkowo niebezpieczny gang Yakuzy, przemyt narkotyków, Los Angeles i piękne kobiety. Zapowiada się dobrze, ale... Scenariusz, reżyseria i to, co bohaterzy robią z twarzami (bo mimo dobrych chęci grą aktorską nazwać tego nie można), powali was na kolana. Cały czas będziecie sobie powtarzać: czy to się dzieje naprawdę? Trudno uwierzyć, że taki film ujrzał światło dzienne. Mistrzowska szkoła kina klasy B. The best of the best. Nigdy nie zapomnisz tego filmu. Nigdy... Ale to jest dobra wiadomość!

„Gliniarz Samuraj”

reż. Amir Shervan
sensacyjny, thriller / USA / 1991
1h 36 min
 
Trailer:
23.10 (piątek) 2020, godz. 20:30, Kino Luna, Warszawa

Przed filmem zapraszamy na prelekcję Moniki Stolat - pomysłodawczyni, organizatorki i kuratorki cyklu Filmy Najlepsze z Najgorszych i dyrektorki festiwalu nowego kina gatunkowego, horrorów i fantastyki – Splat!FilmFest International Fantastic Film Festival

Czym są NAJLEPSZE Z NAJGORSZYCH?
To pokazy różnorodnego kina klasy B, od starych, amerykańskich filmów s-f z kosmitami i latającymi spodkami wiszącymi na sznurkach przez przebojowe kino akcji lat 80. z nieskazitelnymi bohaterami w ortalionowych dresach, po horrory z gumowymi potworami.
Niskie budżety, absurdalne dialogi, kiepskie aktorstwo, stereotypy, nielogiczna fabuła, a także zaangażowanie i pasja autorów to tylko niektóre cechy wspólne najgorszych filmów w historii kinematografii światowej, które pokazujemy w przeglądzie Najlepsze z Najgorszych.

Rozbudzamy w widzkach i widzach miłość do kina klasy B regularnie od 2015 roku w Lublinie i od 2019 w Kinie Nowe Horyzonty we Wrocławiu oraz na gościnnych pokazach w innych miastach Polski. Dotychczas zorganizowaliśmy około 100 seansów i wydarzeń specjalnych w ramach przeglądu.

Łatwo się domyślić, że na wieczorach połączonych szyldem Najlepsze z Najgorszych nie spotykają się koneserzy francuskiej Nowej Fali, ale raczej ci, co chcą zobaczyć jak meksykański zapaśnik powstrzymuje inwazję Marsjan.” Jarek Szubrycht, POLITYKA, 03.08.2016


Dołącz do wydarzenia: „Gliniarz Samuraj”

Dołącz do grupy fanowskiej: Najlepsi z Najgorszych  

Źródło: materiały od organizatorów wydarzenia Najlepsze z Najgorszych

sobota, 17 października 2020

„Nocturne” (2020)

 

Bliźniaczki, Juliet i Vivian, uczęszczają do liceum muzycznego z internatem. Obie od dziecka pasjonują się grą na fortepianie, ale tylko Vivian odnosi na tym polu sukcesy. Kiedy pojawia się szansa na wzięcie udziału w szkolnym koncercie, Juliet postanawia za wszelką cenę ją wykorzystać. Pomaga jej w tym własność niedawno zmarłej uczennicy, zeszyt wypełniony nutami i tajemniczymi rysunkami. Ryzykując zepsucie relacji z siostrą, Juliet w nietypowy dla siebie, zdecydowany sposób przystępuje do walki o swoje marzenia. Coraz bardziej utwierdzając się w przekonaniu, że jest z nią niezwykła moc, której nie jest w stanie objąć rozumem.

Welcome to the Blumhouse” to projekt Amazona i amerykańskiej firmy produkcyjnej założonej przez Jasona Bluma, Blumhouse Productions/Blumhouse Television. Niepowiązane ze sobą tematycznie, jak na razie cztery pełnometrażowe filmy grozy (horrory i thrillery) włożone pod jeden szyld i dystrybuowane na Amazon Prime Video. W skład „Welcome to the Blumhouse” dotąd weszły: „The Lie” Veeny Sud, „Black Box” Emmanuela Oseia-Kuffoura, „Evil Eye” Elana Dassaniego i Rajeeva Dassaniego oraz „Nocturne” Zu Quirke. Ten ostatni to amerykański horror psychologiczny i zarazem horror o przynajmniej pozornych zjawiskach nadprzyrodzonych stworzony przez debiutującą w długim metrażu reżyserkę i scenarzystkę. Scenariusz „Nocturne” autorstwa Zu Quirke jakimś sposobem trafił do firmy Blumhouse, gdy ta przebywała w swojej rodzimej Wielkiej Brytanii. Dwa-trzy miesiące po przedstawieniu jej propozycji wcielenia go do projektu „Welcome to the Blumhouse”, Quirke przybyła do Stanów Zjednoczonych, by pokierować tym przedsięwzięciem. Na zdjęcia ekipa mogła przeznaczyć maksimum dwadzieścia dni i cztery tygodnie na przedprodukcję, więc jak wyznała reżyserka i scenarzystka „Nocturne”, wszyscy byli pod presją czasu. Ale zaangażowanie i profesjonalizm ludzi pracujących nad tą produkcją, a przede wszystkim wsparcie Blumhouse i Amazona, pozwoliły tej początkującej artystce, pomimo presji czasu i wiążącej się z tym konieczności czynienia drobnych zmian w scenariuszu, przedstawić taką wizję, na jakiej jej zależało.

Sydney Sweeney i Madison Iseman, młode aktorki wcielające się w role bliźniaczych sióstr – odpowiednio Juliet i Vivian – jak wyszło na jaw dopiero na planie, znały się z liceum, co ułatwiło im pracę nad filmem. Ale choć oglądając „Nocturne” czułam między nimi jakże wskazaną „siostrzaną chemię”, to zauważyłam, że odtwórczyni głównej roli (Sweeney) warsztatowo dość mocno odstaje od swojej koleżanki. Zupełnie jak w filmie, bo w końcu to właśnie Juliet poznajemy jako tą obdarzoną mniejszym talentem. Albo raczej tą, która nie potrafi tak dobrze wykorzystywać swojego przyrodzonego daru, jak Vivian. Siostry bardzo różnią się charakterem. Juliet zawsze była nieśmiała, zawsze trochę na uboczu, zawsze w cieniu siostry, na którą jednak zawsze mogła liczyć. Vivian tymczasem jest prawdziwą duszą towarzystwa. W przeciwieństwie do siostry nigdy „nie bała się rzucać na głęboką wodę”, tak w życiu codziennym, jak przy fortepianie. Juliet przez całe życie starała się dotrzymywać jej kroku w tej ich wspólnej muzycznej pasji, ale ku swojej rosnącej frustracji, zawsze musiała zadowalać się drugim miejscem. „Nocturne” Zu Quirke to członek tak zwanej nowej fali horroru. Nieśpiesznie rozwijana, klimatyczna opowieść, która unika dosadnego straszenia. No dobrze, może niezupełnie, bo trochę agresywniejszych dodatków wizualnych uświadczymy. Głównie świetlnych, ale przynajmniej jeden mocniejszy akcent też się znajdzie. Na deser. Dość artystyczne wykonanie czegoś, co przypuszczam niewielu z reguły jest gotowych „posądzić” o artyzm. Ale turpiści powinni zrozumieć, o co mi chodzi, jeśli oczywiście dotrwają do finału. Bo do tego momentu „Nocturne” celuje w inną stylistykę. Zamiast raz po raz raczyć nas wymyślnymi efektami specjalnymi, zamiast krwawej makabry, czy innych upiorności, zamiast rozlicznych jump scenek, mamy niedynamiczną, dość intymną opowieść o rywalizujących nastoletnich bliźniaczkach w liceum muzycznym. Szkole z internatem, w której właśnie otwarto konkurs dla pianistów. Zwycięzca weźmie udział w koncercie, który może zapewnić mu miejsce na wymarzonej uczelni. Na przykład w Juilliard School. Vivian już się tam dostała, a jej siostra pragnie tego samego. I zamierza zrobić wszystko, co w jej mocy, by to dostać. „Nocturne” dotyka problematyki zbliżonej do „Czarnego łabędzia” Darrena Aronofsky'ego i „Perfekcji” Richarda Sheparda – dążenie do artystycznej doskonałości, bezustanna walka o swoje marzenia, pełna wyrzeczeń droga do czystej perfekcji. I obawa, że może być już za późno. Juliet dotychczas żyła marzeniem o zostaniu wielką pianistką. Może nawet głęboko wierzyła w to, że osiągnie swój cel. Zakładała, że jej droga będzie bardziej kręta, niż droga jej siostry, ale tak czy inaczej czeka ją równie świetlana przyszłość. Teraz, gdy dobiega osiemnastki, najwyraźniej wreszcie dociera do niej smutna prawda. U progu pełnoletności, główna bohaterka „Nocturne”, uświadamia sobie, że tamto to były jedynie dziecięce mrzonki, że jeśli natychmiast nie podejmie żadnych działań, to nigdy nie zaistnieje w branży muzycznej. Już zawsze będzie z zazdrością patrzeć na swoją bliźniaczkę biorącą wszystko to, o czym obie od najmłodszych lat marzyły. Vivian będzie się grzać w cieple reflektorów, a ją czeka zwyczajne, szare życie przeciętnej Amerykanki. Ewentualnie akompaniowanie takim genialnym solistkom, jak Vivian. W Juliet dokonuje się więc swego rodzaju przebudzenie. Dziewczyna postanawia zawalczyć o swoje. Stanąć do tak zaciekłej walki z siostrą, jakiej nigdy jeszcze się nie podjęła. Po trupach do celu, jak to mówią. A w osiągnięciu tego celu ma jej pomóc pewien magiczny(?) zeszyt, który cudownym zrządzeniem losu trafia w jej ręce. O ile to był przypadek...

(źródło: https://movizark.com/)

Pełnometrażowy debiut Zu Quirke nie jest filmem ukierunkowanym na osoby wychodzące z założenia, że bez mnóstwa efektów specjalnych i jump scenek nie ma horroru. Że każdy szanujący się film grozy, a już zwłaszcza o zjawiskach nadprzyrodzonych, powinien wręcz epatować upiornymi wstawkami, zamiast opierać się tylko na klimacie narastającego niezdefiniowanego zagrożenia. W „Nocturne”, jak już nadmieniłam, jest parę takich wizualnych smaczków. Może nie zaraz upiornych, ale na pewno nacechowanych jakąś groźbą. Zabawa światłami nie jest wprawdzie tak widowiskowa, jak choćby w „Kolorze z przestworzy” Richarda Stanleya, ale muszę przyznać, że smacznie koresponduje z oprawą muzyczną, na którą składają się klasyczne utwory wielkich kompozytorów i utrzymane w podobnym duchu kompozycje stworzone specjalnie na potrzeby tego obrazu. Ponure, melancholijne, złowróżbne dźwięki, które nie zawsze jedynie akompaniują obrazowi. Właściwe to często wybijają się na pierwszy plan. I znowu: zupełnie, jakby ścieżka dźwiękowa niejako stawiała się w położeniu Juliet. Muzyka, tak jak ona, nie zamierza zadowalać się tłem:) Dać się przyćmić obrazom. Tak jak Juliet kompozycje muzyczne wysforowują się do przodu. Coraz bardziej górują nad, bądź co bądź, też stylowymi zdjęciami. Przymglonymi, przygaszonymi, można nawet powiedzieć trochę przygnębiającymi obrazami, portretującymi coraz to bardziej burzliwe losy nastoletniej dziewczyny. Ona sama nie przyjmuje bezkrytycznie tego wszystkiego, co los, albo jakaś potworna moc, nagle jej zsyła. Juliet niewątpliwe obawia się tajemniczej siły pochodzącej z zeszytu (czyżby motyw Fausta), który wcześniej należał do jednej z najbardziej uzdolnionych uczennic liceum, do którego sama uczęszcza. Uczennicy, która niedawno popełniła samobójstwo. Dziewczyny, która w szkole uchodziła za dziwaczkę. Genialną dziwaczkę. Pytanie czy w rzeczonym zeszycie faktycznie tkwi jakaś nadnaturalna moc, czy to przekonanie Juliet należy raczej traktować, jako objaw właśnie rodzącego się w niej szaleństwa? Czy nasza bohaterka (antybohaterka?), jak Nina Sayers z „Czarnego łabędzia” Darrena Aronofsky'ego, tak zapamiętała się w swojej pogoni za marzeniem, wpadła w tak chorobliwą obsesję, że zaczęła widzieć i słyszeć rzeczy, których tak naprawdę nie ma? Halucynacje czy rzeczywistość? Nad tym widz ma się zastanawiać. Odpowiedzi na to pytanie przede wszystkim mamy szukać. Na własną rękę, bo twórcy tego zadania zdecydowanie nam nie ułatwiają. Scenariusz „Nocturne” nie jest zbyt rozbudowany – to w gruncie rzeczy dość prosta historia o wchodzeniu w bezwzględny świat dorosłych, o żegnaniu się z dziecięcym przekonaniem, że marzenia zawsze się spełniają. Juliet właśnie uświadamia sobie, że nic nie przychodzi samo. Aby mieć to, czego się pragnie, zwykle trzeba o to zażarcie walczyć. Czasami nawet z najbliższymi. Warstwa psychologiczna, choć nieoryginalna i nieskładająca się z wielu elementów, moim zdaniem została wykreślona ze starannością. Spodziewałam się powierzchownego podejścia do tematu, a tu proszę: dość szczegółowy obraz coraz to bardziej błądzącej, pogubionej nastolatki. Ona patrzy na to trochę inaczej. Ona czuje się tak, jakby wreszcie zaczęła żyć w pełni. W jej oczach świat dopiero teraz nabrał kolorów. Bo wreszcie w swoim zasięgu ma wszystko to, czego zawsze zazdrościła swojej bliźniaczej siostrze. Wystarczy tylko sięgnąć... Juliet co prawda nie jest zupełnie wolna od złych przeczuć, wprawdzie czuje na karku jakiś zepsuty oddech, przeczuwa jakieś, jak zakłada, nieludzkie niebezpieczeństwo, ale wszystko wskazuje na to, że jej apetyt na życie życiem Vivian jest większy. Że on tak się w niej rozrósł przez te wszystkie lata, kiedy patrzyła, jak jej siostra rozwija się w kierunku, o którym ona mogła tylko pomarzyć (właściwie to nie tylko w jednym, bo jak się okaże, Juliet nie zazdrościła swojej bliźniaczce jedynie doskonałej gry na fortepianie), iż teraz najprawdopodobniej nic już nie będzie w stanie powstrzymać jej przed „sięgnięciem po swoje”. Bo ona nie ma wątpliwości, że sobie na to zapracowała. Może nawet bardziej od Vivian, której przecież wszystko zawsze przychodziło tak łatwo... Najbardziej podobało mi się w „Nocturne” Zu Quirke to, że tak płynnie, właściwie niezauważalnie, zmieniało się moje nastawienie do Juliet. To znaczy dopiero po czasie uzmysłowiłam sobie, że przestałam już patrzeć na nią z życzliwością i z pewnym współczuciem, że moja sympatia do tej postaci (tak, sympatyzowałam z nią pomimo nie do końca przekonującego mnie wykonania Sydney Sweeney – swoją drogą na początku nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ta postać ma w sobie coś z Carrie White) przeszła w dużą niechęć. Żeby nie powiedzieć wrogość. Z jednej strony potrafiłam ją zrozumieć – nie tyle wyobrażałam sobie jej krzywdę, ale wręcz ją współodczuwałam – ale nijak nie potrafiłam zaakceptować jej metod. Tym bardziej, że po drugiej stronie miałam dziewczynę, którą ciężko uznać za tą złą. Więcej nawet, Vivian i Juliet z czasem zamieniły się w moim umyśle miejscami – pierwsza z wymienionym później zyskała tę doprawioną współczuciem sympatię, którą wcześniej darzyłam Juliet. Muszę jednak zaznaczyć, że ideałem właściwie żadna z nich nie jest. Bo przecież nie ma ludzi idealnych, a widać debiutującej reżyserce i scenarzystce zależało na tym, by jej obraz nie był tak czarno-biały, jak to często zdarza się na ekranie. Zależało jej na tych niuansach, odcieniach szarości, jakie niesie życie. Czy to znaczy, że ani o Juliet, ani o Vivian nie można powiedzieć, że są jednoznacznie złe, czy dobre? Że nie sposób ich zaszufladkować? To już każdy odbiorca „Nocturne” sam będzie musiał rozsądzić, a mam nadzieję, że będzie ich sporo. Na pewno sympatycy wolniejszych narracji, nieefekciarskich (albo niezbyt efekciarskich) horrorów bazujących głównie na klimacie, powinni to zobaczyć. Zwolennicy filmów skoncentrowanych na bohaterach oraz nieprzekombinowanych, prostych wręcz fabułach. Może i bez zdumiewających zwrotów akcji, może i oklepanych tematycznie, ale poprowadzonych na tyle sprawnie, żeby fani tak zwanej nowej fali horroru (z XXI wieku) mieli szansę na smaczną ucztę.

Takich filmów grozy szukam. Takich jak „Nocturne” debiutującej w pełnym metrażu reżyserki i scenarzystki Zu Quirke. Takich i oczywiście lepszych, bo przy całej swojej sympatii dla tej pozycji, nie śmiem nazywać tego obrazu kamieniem milowym dla światowego horroru. Ani nawet jakimś bardziej wyróżniającym się ze znanych mi osiągnięć filmowców z ostatnich lat. Klimatyczny, wciągający, bo nakręcony w tak lubianym przeze mnie stylu, horror psychologiczny i horror o zjawiskach nadprzyrodzonych – tyle mogę „Nocturne” oddać, choć oczywiście nie każdy to poprze. Zwolennicy wolniejszych i „niewybuchowych” (może z wyjątkiem paru momentów) filmów grozy, w każdym razie skromniejszych, kameralny produkcji, a przynajmniej jakaś ich część, pewnie tak. A reszta? Reszta chyba lepiej zrobi... zostawiając sobie to na później:)

czwartek, 15 października 2020

R.A. Lafferty „Najlepsze opowiadania”

 

Nieżyjący już amerykański pisarz specjalizujący się w science fiction i fantasy (tworzył również dzieła historyczne), uhonorowany między innymi World Fantasy Award za całokształt twórczości, Raphael Aloysius Lafferty na rynku literackim zadebiutował w 1959 roku opowiadaniem „The Wagons” opublikowanym w New Mexico Quarterly Review, a jego pierwsza powieść, nominowana do Nagrody Hugo i Nebuli „Past Master”, ukazała się w roku 1968. Trzy lata później Lafferty poświęcił się wyłącznie pisaniu. Wcześniej pracował jako inżynier elektryk w Tulsie w Oklahomie, gdzie spędził większość swojego życia. W 1942 roku zaciągnął się do armii amerykańskiej i był czynnym żołnierzem, później w stopniu sierżanta sztabowego, do roku 1946. Otrzymał Medal Kampanii Azji-Pacyfiku. Pisarstwo Lafferty'ego słynie ze zdumiewającej oryginalności, tak na gruncie fabularnym, jak narracyjnym. Dziwaczne wizje, niezwykłe metafory, niepospolity, może nawet kontrowersyjny humor i zabawa językiem, to jego znaki rozpoznawcze. Tego wyjątkowego pisarza, który wprawdzie nie odniósł oszałamiającego komercyjnego sukcesu, ale zyskał grono wiernych fanów, które wciąż się rozrasta. A wśród tych największych jest wielu jego kolegów po piórze, na przykład Harlan Ellison, Robert Silverberg, Jeff VanderMeer i oczywiście Neil Gaiman, członek zarządu organizacji non-profit, która w 2011 roku (dziewięć lat po śmierci Lafferty'ego) pod jego auspicjami kupiła prawa autorskie do 29 powieści i 225 opowiadań Lafferty'ego.

Najlepsze opowiadania” (oryg. „The Best of R.A. Lafferty”) R.A. Lafferty'ego, wspaniały prezent dla miłośników literatury science fiction i fantasy od wydawnictwa MAG, zawiera dwadzieścia dwa najbardziej znane, acz niekoniecznie w Polsce, opowiadania tego niezwykłego autora. Każdy z nich opatrzony jest przedmową (w dwóch przypadkach też posłowiem) innego pisarza/pisarki i jest też osobista, ale w sumie nie dużo bardziej niż pozostałe, przedmowa Neila Gaimana do całego zbioru. Zacznę od tekstów, które najbardziej sobie ukochałam. Znakomitej piątki. A miejsce pierwsze dla przygnębiającej, bo tak straszliwie prawdziwej „Podróży w blaszanej puszce”. Opowieści o nieszkodliwym, nieodznaczającym się dużą inteligentną, w każdym razie nieporównywalną do ludzkiej oraz nazbyt ufnym gatunku o nazwie Szelni. Potworna prawda o gatunku ludzkim podana w lekkiej? humorystycznej? formie. To nie są najlepsze słowa na określenie tej osobliwej korespondencji depresyjnej treści z „zabawowym” kształtem. To trochę taka makabreska, ale... Cóż, nigdy wcześniej nie spotkałam się z makabreską, która wprawiłaby mnie w aż tak minorowy nastrój. Następne „Urwiska, które się śmieją”. Opowiadanie grozy, które co trzeba zaznaczyć, nie przez wszystkich jest odbierane w takich kategoriach. Opowieść, którą moim zdaniem mógłby napisać Edgar Allan Poe. Wyspa, na której dzieją się rzeczy potworne, makabryczne. I nadnaturalne. Lafferty dotyka tutaj pewnego tabu i bynajmniej nie chodzi mi o rzeź (szybką, bez wielu szczegółów), jaka na wyspie się dokonuje. Najbardziej porywa jednak nadnaturalny, groźny, lepki klimat osnuwający nie tylko problematyczną wyspę, ale także bardziej cywilizowaną scenerię z nieodległej przyszłości. I jeszcze te zaskakuje spinacze – piękne splecenia trzech gałęzi tego... rasowego horroru! A teraz będzie kontrowersyjnie, bo wkraczamy do „Szkoły podstawowej u Camiroich”. Wszechstronnego gatunku, który praktycznie we wszystkich dziedzinach prześcignął gatunek ludzki. No może poza etyką. Chociaż... Tak czy inaczej R.A. Lafferty w tym, co by nie mówić, odważnym opowiadanku, przedstawia nam bardzo wymagający, bez wątpienia niezwykle skuteczny, a i delikatnie mówiąc wątpliwy moralnie program nauczania dla szkoły podstawowej na planecie, gdzie dosłownie każdy w każdej chwili może być kim tylko zechce. Prawie, bo najwyższych urzędników, na krótko, wyłania się w drodze losowania, ale żadna to niedogodność, bo jak „przewrotnie retorycznie” zapytuje Lafferty: „Wyobrażacie sobie w ogóle człowieka na tyle niezdrowego, że chciałby przez dłuższy czas zajmować jakieś wysokie stanowisko?”. A teraz tekst, na którym zdrowo się uśmiałam. „Siedem strasznych dni” zgotowanych pewnej dzielnicy przez dziewięcioletniego chłopca i jego znikacz. W tym niedługim tekście spotykamy się z typowymi dla pisarstwa Lafferty'ego nad wiek rozwiniętymi dziećmi, ironicznym, a nawet sarkastycznym poczuciem humoru, w wydaniu, jakiego nie znajdziecie nigdzie indziej. Celowo przerysowane, nieprawdopodobne sytuacje, przezabawne wypowiedzi dzieciaków, którzy elokwencją i sprytem znacznie przewyższają dorosłych, i wśród których jest przynajmniej jedno niemające wątpliwości, że taki cudowny wynalazek jak znikacz nie może trafić w niepowołane ręce. Czyli dorosłych, bo oni przecież są tacy nieodpowiedzialni... Moją pierwszą piątkę historii zamieszczonych w omawianym zbiorze zamyka laureatka Nagrody Hugo, „Matka Euremy”. Dowcipna, ale też mocno dająca do myślenia opowieść o „ostatniej ofermie”. Człowieku z intelektualnych nizin. Brzydko mówiąc prawdziwym półgłówku. Człowieku, który nic nie potrafi, więc konstruuje maszyny, które wykonują te wszystkie trudne rzeczy – jak na przykład pisanie i liczenie – za niego. Nasz bohater jest osobą nieprzystosowaną, żyjącą niejako na marginesie społeczeństwa, ale jednocześnie jest jego filarem. Bo jak słusznie zauważa autor, bez ludzi nieprzystosowanych (ekscentrycznych, nierozumianych wynalazców) każde społeczeństwo musi się rozpaść.

Żaden normalny, rozsądny, zrównoważony i dobrze przystosowany człowiek nie będzie próbował tworzyć opowiadań, melodii, rzeźb czy wierszy – po prostu nie ma potrzeby zajmować się czymś tak nienormalnym. Żeby się za to zabrać, z jego jaźnią czy osobowością musi być coś nie tak. A jeśli w dodatku odniesie sukces – musi mieć bardzo poważne braki. Każde dzieło sztuki czy pseudosztuki to kula, którą zmajstrował sobie inwalida i sprezentował zdrowemu światu, żeby jej używał (a zdrowy świat dotąd nie miał pojęcia, że może chodzić o kuli).” Fragment pół żartem, pół serio z posłowia Rafaela Aloysiusa Lafferty'ego do jego opowiadania „Ciąg dalszy na następnym kamieniu”

Teraz przechodzimy do najliczniejszej grupy opowiadań pióra Raphaela Aloysiusa Lafferty'ego zamieszczonych w publikacji zatytułowanej po prostu „Najlepsze opowiadania”. Tekstów, które uważam za ni mniej, ni więcej jak dobre. Odtąd kolejność nie ma znaczenia. „Do zeszłego tygodnia miał brata bliźniaka, Chudego. Ale mama zostawiła go bez opieki i poszła na drinka, a w okolicy kręciły się bezpańskie psy. Kiedy wróciła, wie pan, co z niego zostało? Dwa kręgi szyjne i kostka z nogi. Tyle”. To słowa ośmiolatki. Spokojna, rzeczowa opowieść o tragedii w rodzinie, którą jednak nie można się za bardzo przejmować, bo przecież tragedie się zdarzają. Taki jest humor Lafferty'ego, a wyrwany cytat pochodzi z „Wąskiej doliny”. Opowieści o zaklętej ziemi, która dla postronnego obserwatora jest wąskim rowem, ale jeśli w niego wstąpisz, to zobaczysz ogromny, nieopodatkowany obszar. Mamy więc typowo Lafferty'owskie (ta jego dziwaczność) nadzwyczajne miejsce, trochę o rdzennych Amerykanach, którzy to często, ze swoją magiczną kulturą i wierzeniami, przewijają się przez twórczość tego pisarza, również w omawianym zbiorze. Mamy trochę czarnego humoru i pewnych fikcyjnych „wybitnych” uczonych, którzy pojawiają się też w innych tekstach Lafferty'ego. „Ani wysp z wapienia” to opowieść o cudownej wyspie. Tym cudowniejszej, że ową wyspą okazuje się coś dobrze znanego, ale od zupełnie innej strony. Lafferty w tym też jest dobry – w ukazywaniu rzeczy znanych w innym, fantastycznym świetle. Magicznym. Porusza wyobraźnię ta bądź co bądź cudaczna wizja innego świata, tak nierozerwalnie związanego z naszym. Jest też trochę z przekąsem o uczonych, ale przede wszystkim wybrzmiewa z tego krytyka sceptyków, niedowiarków, którzy nie chcą nawet spojrzeć, bo boją się, że to zniszczy ich niewiarę (Lafferty był zagorzałym katolikiem, to tak na marginesie). „Królowa międzymiastowa” to utopijna opowieść o motoryzacji. A właściwie o zahamowaniu jej rozwoju w najlepszym momencie. Bo jak stwierdza autor, w samochodach (tutaj automobilach) traci się tak zwane człowieczeństwo. Za kierownicą taki przeciętny człek staje się arogancki, dwulicowy i niebezpieczny. Nie tylko dla pieszych, ale w ogóle dla całej cywilizacji. W „Tak oto się krzyżuje szyki Karolowi Wielkiemu” grupa uczonych i jedna maszyna zbierają się, by zmienić bieg historii. Tak oto rodzi się doprawdy interesująca koncepcja podróży w czasie. Chyba najbardziej logiczne ze znanych mi ujęć tego tematu – na tyle, na ile oczywiście logiczne może być podróżowanie w czasie. Poza tym to rzecz o ludziach, którym ciągle mało i mało, a takich przecież na świecie nie brakuje. „Ciąg dalszy na następnym kamieniu” to z kolei opowieść o miłości. W Lafferty'owskim wydaniu, więc radzę nie spodziewać się przesłodzonych scenek, choć od szczerych wyznań miłości się w tym opowiadanku aż roi. Tyle że w tak...hmm oryginalny sposób chyba jeszcze nikt o tym uczuciu się nie wyrażał. Na przewrotne, zaskakujące zakończenie, w unikatowym stylu Lafferty'ego (wywracanie wszystkiego na drugą stronę) możecie już spokojnie liczyć. Tak tu, jak i w wielu (wszystkich?) innych kawałkach solidnej, jak to ładnie się o jego twórczości mówi, skondensowanej prozy Raphaela A. Lafferty'ego. „Dawno zapomniana stopa” to dość przygnębiająca opowieść o członku dziwacznego gatunku (żelowate, kuliste stworzenia), który ma poważny problem z jedną ze swoim już znikniętych nibynóżek. Opowieść o śmierci tożsamości, o nieuchronnie zbliżającej się nicości, która dla jednego z bohaterów opowiadania wydaje się gorsza od Piekła. Bo w tych niekończących się męczarniach będzie miał chociaż to, co dla niego najważniejsze – swoje „ja”. Nie zgadza się wszak z tezą, że „jedynym sensem istnienia jest przestać istnieć”. Już nie. Głęboka, smutna i bardzo niepokojąca rzecz! „Dziwopalce” to kolejna historia o wymyślonych przez Lafferty'ego istotach – członkach gatunku Dziwopalców, którzy wiedzę czerpią z żelaza. Długowiecznych stworzeniach, wśród których jest główna bohaterka tej wciągającej, całkiem zagadkowej opowieści z poruszającym zakończeniem. A potem mamy zabawną „Planetę Złodziejskich Misiów”. A przynajmniej na początku, bo później nie jest już tak śmiesznie. Kiedy już kończą się harce Złodziejskich Misiów, a zaczyna filozoficzna opowieść o życiu? śmierci? W sumie obie odpowiedzi są właściwe. I wreszcie utrzymane w onirycznym nastroju „Dni trawiaste, dni słomiane”. A zaczyna się od mężczyzny przemierzającego tajemnicze miasto, który nie zna ani dnia, ani godziny i nawet jego własne imię brzmi mu jakoś obco. Gdzie jest? O co chodzi? Dokąd zmierza? Jak się tutaj znalazł i co najważniejsze, kim jest on i ludzie wokół niego? Lafferty znowu zaskoczy!

Opowiadania moim zdaniem średnie. A wśród nich wychwalana przez wielu mądrzejszych ode mnie „Nudna wtorkowa noc”, czyli o tym jak ludzkość przyśpieszyła. Dzięki usunięciu pewnej blokady z mózgów, wszystko to, co dawniej zajmowało miesiące i lata, teraz można zrobić/osiągnąć w ciągu minut i godzin. Innymi słowy rzecz o błyskawicznie przemijających trendach, chwilowych podnietach, życiu bez celu i sensu. W kółko to samo i tak aż do ostatniego opuszczenia powiek. O pustym, bezmyślnych istnieniu, które tak naprawdę toczy wielu (wszyscy?) z nas. „Dziewięćset babć” łączy ze wspomnianą już „Planetą Złodziejskich Misiów” jedna postać i nie jest to żaden z Lafferty'owskich „wybitnych” uczonych. To jeden z gwiezdnych piratów, którzy to mają szansę poznać największą tajemnicę wszechświata. Czyli dowiedzieć się jak to wszystko się zaczęło. Odpowiedź albo Was zachwyci, albo rozdrażni. W każdym przypadku zdaje mi się: tak miało być. „Selenowe duchy lat 70. XIX wieku” to alternatywna historia telewizji, gdzie najwięcej miejsca zajmują mini-recenzje niemych dramatów telewizyjnych. Brzmi zwyczajnie? A co powiecie na to, że owe filmy im częściej wyświetlane, tym więcej zyskują. Dźwięki, zapachy, rozmowy zza kulis. I jeszcze więcej. Doprawdy interesujący pomysł, tylko streszczania istniejących jedynie w uniwersum Lafferty'ego filmów, trochę mnie zmęczyły. I ostatni średniak, w mojej subiektywnej ocenie. „Boomer Flats”, czyli cień miasteczka Boomer, gdzie zawitają znani już „wybitni” uczeni w poszukiwaniu Człowieka Śniegu, czyli Wielkiej Stopy. I na własne oczy zobaczą błotną ludność tego mało komu znanego miejsca. Klimat trochę westernowy, ale przede wszystkim towarzyszy nam atmosfera niesamowitości, która, jak to u Lafferty'ego, później już ze strony na stronę robi się coraz to dziwniejsza.

Na koniec garść tekstów od R.A. Lafferty'ego, do których pomimo najszczerszych chęci nie zdołałam się przekonać. „Na naszej ulicy”, czyli krótka przechadzka po mieście, która wprawdzie ma swoje zabawne momenty, ale wszystko jakieś takie bez celu. W każdym razie ja takowego nie wychwyciłam. „Kraj Wielkich Koni” cel na pewno ma, bo mówi chociażby o ograbianiu mniejszości etnicznych i narodowych z ich ziem. Jedna z takich grup najwyraźniej wreszcie odzyskuje to, co jej, ale... Trochę mi namieszał ten Lafferty w końcówce, ale nie w tym rzecz. Ta rozproszona narracja, skakanie od postaci do postaci, niestety nie pozwała mi zagłębić się w to tak mocno, jak bym chciała. Poczuć magiczny zew Kraju Wielkich Koni. Oniryczno-surrealistyczne „Niebo” to albo opowieść o narkotycznych wizjach, albo historia o specyfiku, który naprawdę czyni te wszystkie cuda, w jakich uczestniczymy wraz z bohaterami. Odwieczne marzenie ludzkości, by być jak ptak może faktycznie się ziszcza. A jeśli tak, to czy jest jakaś ukryta cena za te podniebne podróże? A jeśli tytułowe niebo to naprawdę tylko narkotyk (jak upiera się osoba, która to „cudo” sprzedaje), to czy nasi bohaterowie opamiętają się zanim... spadną? Tak jak powyżej – nazbyt dezorientujące. Tak dalece, że aż nieciekawe. Nie moje klimaty, po prostu. To samo mogę powiedzieć o opowiadaniu zatytułowanym „Świat jako wola i tapeta”. Można powiedzieć filozoficznej rozprawie wyrastającej z pełnej wrażeń przechadzki bohaterów po Mieście Świecie. Przyznaję, że nie do końca to zrozumiałam, może nawet wcale (metafora podróży przez życie?), ale że miało być filozoficznie i głęboko, to wyczułam. Chociaż tyle mój mały móżdżek ogarnął:)

Raphael Aloysius Lafferty – człowiek, który na kilkunastu stronicach potrafił zbudować całe światy. Różnorodne, barwne, oryginalne, nieskończone. Fantastyczne światy przedstawione, tak różne, a zarazem tak podobne. Nie będę Was czarować, że Lafferty'ego łatwo się czyta, że „Najlepsze opowiadania”, ten zbiór dwudziestu dwóch krótszych historii owego amerykańskiego autora, szczególnie zasłużonego dla gatunku science fiction (choć jak wielu, według mnie słusznie, zauważa jego proza bardziej przypomina bajki dla dorosłych niż fantastykę naukową), przyswaja się z dziecinną łatwością. Ale jak już w świat tego „dziwaka” wejdziecie - a jeśli cenicie sobie prozę fantastyczną to prawie na pewno tak się stanie - to już nie będzie chciało Wam się z niego wychodzić. Przewiduję parę wyjątków, ale większość pewnie zachłyśnie się z wrażenia nad tą przebogatą wyobraźnią i tym zdaje się niespotykanym nigdzie indziej sposobem patrzenia właściwie na wszystko. Więc do boju rodacy! Rozpoczynamy akcję „wszyscy czytają Raphaela Aloysiusa Lafferty'ego”. No dobrze, na początek tylko wszyscy czytacze szeroko pojętej fantastyki. Na początek.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 13 października 2020

„Powrót do upiornej szkoły” (1987)

 

W 1982 roku w Crippen High School doszło do serii mordów, których sprawca nie został schwytany. Kilka lat później do owianej złą sławą, opuszczonej szkoły w miasteczku Crippen przybywa ekipa filmowa z zamiarem nakręcenia fabularnej produkcji opartej na krwawej historii tego miejsca. Tylko jednej osobie udaje się przeżyć. Miejscowa policja znajduje w budynku potwornie okaleczone, czasami również pokawałkowane ciała filmowców, stopniowo zapoznając się z wydarzeniami z ostatnich dni. Czy seryjny morderca grasujący w tym miejscu przed laty powrócił? A może w Crippen pojawił się kolejny zabójca zafascynowany potworną działalnością swojego poprzednika?

Powrót do upiornej szkoły” (oryg. „Return to Horror High”) to jedyny pełnometrażowy film fabularny w reżyserskim dorobku Billa Froehlicha. Amerykański horror komediowy, pastisz slasherów, rozpisany przez Grega H. Simsa, który został również producentem wykonawczym filmu, kolejnego producenta Marka Lissona, Danę Escalante i samego Billa Froehlicha. Zdjęcia powstawały w Los Angeles w John Hughes Junior High School w Woodland Hills oraz w Glendale, w Clark Junior High School. Budżet w przybliżeniu wyniósł milion dolarów, a wpływy ledwo tę sumę przekroczyły. „Powrót do upiornej szkoły” nie zyskał wielkiej, nieśmiertelnej sławy, ale swoich sympatyków rzecz jasna ma. A wśród nich są i tacy, którzy uznają go za swego rodzaju prekursora serii „Krzyk” Wesa Cravena. Niektórzy dodają do tego również najpopularniejsze parodie kina grozy, cykl „Straszny film”.

Tytuł („Return to Horror High”) omawianego obrazu sugeruje kontynuację. Nawet powstał film zatytułowany „Horror High” - produkcja Larry'ego N. Stouffera z 1973 roku – ale „Powrót do upiornej szkoły” nie jest z nim powiązany. Nie jest powiązany z żadnym innym. To zupełnie samodzielne dziełko, które teraz docenić mogą chyba tylko wieloletni miłośnicy slasherów. I to nie wszyscy. Jedyny pełnometrażowy film fabularny Billa Froehlicha to takie luźniejsze podejście do kina slash. Trochę hołd dla horrorów o maniakalnych mordercach konsekwentnie uszczuplających jakieś grupki zaprzyjaźnionych ludzi, a trochę wyśmiewanie reguł, jakimi zwykle rządzą się takie filmy. Inni fani tego podgatunku według mnie nie błądzą zestawiając ten film z późniejszą serią nieodżałowanego Wesa Cravena. Giganta kina grozy, który, uważam, zrobił to dużo lepiej, ale po zobaczeniu pastiszu Froehlicha można się zastanawiać, czy aby nie natchnął on Cravena do stworzenia „Krzyków”. Celowo używam liczby mnogiej, ponieważ najbardziej do myślenia dał mi składnik „Powrotu do upiornej szkoły”, który zaczął uświetniać serię Cravena dopiero od części drugiej. Ale dopiero w trójce bardziej zdecydowanie. To niezupełnie to samo, ale... Nie zrozumcie mnie źle – tak naprawdę nie jestem przekonana, że Wes Craven czerpał z „Powrotu do upiornej szkoły” Billa Froehlicha, ale motyw kręcenia filmu opartego na umownie autentycznej serii mordów, gdzie ofiarami padli głównie młodzi ludzie, można powiedzieć, że trochę w głowie mi zamieszał. Nie jest to tego rodzaju pomysł, na który niezależnie od siebie nie mogły wpaść różne osoby, ale i tak daje do myślenia, prawda? Zwłaszcza że to – tak, tak fani „Krzyków” - film w filmie. Przyznaję, że trochę zajęło mi zsynchronizowanie się z szalonym rytmem „Powrotu do upiornej szkoły”. Dość chaotycznym, a przynajmniej na początku obrana przez twórców narracja taka mi się wydawała. Jeden wielki burdel. Dowody? A więc tak: najpierw na ekranie przewija się krótki tekst, który każe nam przygotować się na opowieść o ekipa filmowej, która parę lat po serii morderstw w Crippen High School postanawia nakręcić w tej niefunkcjonującej już placówce film fabularny skupiający się na tamtych krwawych wydarzeniach. Przy okazji dowiadujemy się, że sprawca nie został schwytany. W sumie to nawet nie został zidentyfikowany – wciąż nie wiadomo, kto zacz. Kiedy już tekst się przewinie (nie, niezupełnie tak jak w „Gwiezdnych wojnach”), okazuje się, że... ekipa filmowa już nie żyje. Na terenie dawnego liceum w miasteczku Crippen jest już policja, która stara się zebrać wszystkie najnowsze ofiary. A nie jest to łatwe, bo fragmenty części osób są porozrzucane po praktycznie całym budynku. Przeżyła tylko jedna osoba, mężczyzna, który dzieli się z prowadzącym tę sprawę detektywem z wydziału zabójstw, informacjami, jakie posiada. A my w tym czasie przenosimy się w nieodległą przeszłość. Nie można jednak traktować tego, jak wizualizację zeznań jedynego ocalałego, ponieważ zdecydowana większość wydarzeń rozegrała się poza jego wzrokiem. Innymi słowy, towarzyszymy innym członkom ekipy filmowej. A przede wszystkim Callie Cassidy, aktorce grającej główną rolę w właśnie przygotowywanym filmie oraz Stevenowi Blake'owi, miejscowemu policjantowi, który pełni rolę konsultanta, ale też zasila obsadę tej niskobudżetowej produkcji. Wygląda więc na to, że jednak prześledzimy cały koszmar filmowców w Crippen, od początku, aż do znanego już końca. Poniekąd, bo tożsamość mordercy pozostaje zagadką. Właściwie to nie wiadomo nawet, czy to ten sam sprawca, który terroryzował to małe amerykańskie miasteczko parę lat wcześniej, w 1982 roku. Skłaniałam się ku temu rozwiązaniu, ale naturalnie pewności mieć nie mogłam. Założyłam też, że sprawca kryje się w tej w większości wesołej grupce pracującej nad filmem, który w zamyśle reżysera ma być artystycznym thrillerem, ale coraz bardziej przypomina to krwawy horror z nurtu slash. Krew i cycki, jak to mówią. Slasher na kanwie prawdziwych (tylko umownie, w rzeczywistości całkowicie fikcyjnych) wydarzeń, do jakich doszło w tej teraz już opuszczonej szkole w 1982 roku. Do którego to okresu w pewnym sensie również będziemy się przenosić...

Opinie innych widzów kazały mi przygotować się na przewagę komedii nad horrorem, ale gdy połapałam się w fabularnych zawiłościach „Powrotu do upiornej szkoły”, więcej dostrzegałam w tym ze slashera niż z komedii. Zgadzam się, że bardziej głupiutkiego niż zazwyczaj, a przecież i poważni członkowie tego nurtu, delikatnie mówiąc i uogólniając, za szczególnie mądre, ambitne dzieła, w przestrzeni publicznej, nie uchodzą. A „Powrót do upiornej szkoły” Billa Froehlicha jest jeszcze mnie mądry niż przeciętnie. I to było zamierzone. Taka stylistyka. Trochę obśmiewcza, przerysowana, ale niezbyt mocno i trochę „ku chwale slasherom”. Budżet „Powrotu do upiornej szkoły” był dość spory. W latach 80-tych XX wieku powstawało mnóstwo nieporównanie tańszych i czasami bardziej zasłużonych dla gatunku obrazów tego typu. Czyli o mniej lub bardziej tajemniczym mordercy polującym na grupkę najczęściej młodych osób i często na jakiejś niewielkiej, ograniczonej przestrzeni. Tutaj mamy opuszczony gmach szkolny, dawne liceum w miasteczku Crippen i ekipę filmową pomniejszającą się w wyniku zbrodniczej działalności jakiejś zamaskowanej postaci. Przykuwa wzrok ta maska, szkoda tylko, że tak rzadko wchodzi w kadr. Zabójca najczęściej działa z ukrycia, przez co należy rozumieć, że my również rzadko widzimy całą jego sylwetkę. Za nieprzezroczystą szybą nagle ktoś traci głowę, z hałdy piasku wyłania się ręka, która szybko wciąga chłopaka gdzieś tam, a inny chwilę potem łapie się w zawczasu przygotowaną pułapkę, do obsługi której jej konstruktor nie będzie już potrzebny. Swoją drogą Jigsaw pewnie czegoś tak prymitywnego by nie stworzył. Z drugiej strony, gdyby jego krwawa działalność przypadła na przedostatnią dekadę XX wieku, może też byłby zdany na takie tandeciarskie machiny. Zamaskowany delikwent z „Powrotu do upiornej szkoły” pewnie odpowiedziałby na to: może i tandeta, ale działa. Głównie dlatego, że ktoś przypadkiem postawił stopę na tym maleńkim skrawku podłogi, który nadludzko przewidujący morderca wybrał z całego tego przepastnego gmaszyska. Tak bywa w horrorowych rąbankach, że niczego nieświadome osoby ciągnie jak muchy do... yyy... pszczoły do miodu akurat tam, gdzie leźć nie powinni. Chyba że życie im niemiłe. No wiecie: jak w całym wielkim lesie wykopie się tylko jeden głębi dół, to któryś/któraś z bohaterów/bohaterek takiego filmu na pewno do niego wpadnie. Pewne jest też, że jeśli ktoś przypadkiem znajdzie się blisko właśnie dokonującej się zbrodni, to zanim skieruje wzrok w tę stronę, czarny charakter nie tylko zdąży zabić, ale jeszcze po sobie posprzątać... Ale nie myślcie sobie, że bohaterowie „Powrotu do upiornej szkoły” w ogóle nie wiedzą na czym to polega. Niektórzy mają na tyle „duże” rozeznanie w slasherach, by wiedzieć, że nigdy, pod żadnym pozorem, nie należy wchodzić do ciemnych pomieszczeń bez latarki. Szkoda tylko, że a) nie opanowali jeszcze sztuki dłuższego utrzymywania jej w rękach i b) po jej upuszczeniu nie chce im się tracić czasu na jej poszukiwania. Co tam latarka? Nawet zgubionego, w notabene niewielkim pomieszczeniu, pistoletu, nie uznają za konieczne odzyskać przed spodziewaną konfrontacją z bardzo niebezpiecznym człowiekiem. Chociaż niekoniecznie tak to się rozegra. Mordercą może być każdy. Więc także któryś z tych śmiałków wkraczających „w mroczną otchłań” UWAGA SPOILER, gdzie pewnie niektórym przemknie przez myśl „Teksańska masakra piłą mechaniczną” Tobe'a Hoopera. Ja na mordercę typowałam męską połówkę pierwszoplanowego duetu: młodego policjanta z Crippen, którego, jakżeby inaczej, połączy miłość z aktorką posiadającą wszelkie cechy final girl. Ale twórcy postawili na osobę, którą stanowczo odrzuciłam z tego prostego powodu, że wydawała mi się aż za oczywista. Właściwe to dwie osoby, bo jest jeszcze woźny... KONIEC SPOILERA. Zatrzymajmy się na chwilę przy tej potencjalnej final girl, naszej Callie Cassidy, czyli trochę egzaltowanej Lori Lethin (na marginesie: małą rólkę dostał też młody George Clooney), ale chyba tak miało być – zresztą i tak moim zdaniem wypadła lepiej od wszystkich pozostałych członków obsady „Powrotu do upiornej szkoły”. Uważam, że najlepiej wyważyła przesadzoną grę, znaną przecież z tak wielu tanich, starszych produkcji slasherowych – i nie tylko takich – z nutkami dodającymi jej wiarygodności, tak w mimice, postawie, jak w intonacji. Z początku filmu wiemy, że Callie też zginie, ale stosunkowo szybko stanie się jasne, że na końcu. Bo przecież to ta najgrzeczniejsza, ta nieskora do zrzucania ciuszków, ta najbardziej podejrzliwa, i ta z którą inni obchodzą się trochę jak z jajkiem. Bo sprawia wrażenie kruchej, takiej którą łatwo urazić, może nawet doprowadzić do łez. Ale też rozzłościć. Tymczasem widzowie, którzy poznali już trochę postaci opartych na archetypie final girl, zapewne nie będą mieć wątpliwości, że ta oto filigranowa istota (co ciekawe, bo nieczęsto spotykane w starszych slasherach, niczym lwica walcząca z seksizmem – czyżby powiew jutra, wyprzedzenie epoki?) tak naprawdę stanowi największe zagrożenie dla mordercy. Albo sama zabija... Nie chcę zdradzić zbyt wiele, więc spróbuję tak: jeśli myśleliście, że wcześniej mieszano i mieszano (nieliniowa narracja), jeśli myśleliście, że wcześniej wciąż i wciąż Was nabierano (mnie tak, choć po pierwszym razie powinnam się nauczyć odczytywać takie intencje autorów), jeśli myśleliście, że raz po raz napotykaliście mało prawdopodobne, żeby nie rzec naciągane rozwiązania (nie mam wątpliwości, że to był celowy zabieg), to ciekawe, co powiecie o końcówce? Mnie koparka opadła. Ależ to durne. Ależ... odjazdowe! Za to oczko w górę. Dla tego i tak według mnie niezłego pastiszu filmów slash. Niedorastającego co prawda do głośnych obrazów z serii „Krzyk” Wesa Cravena, ale jeśli jesteś dozgonnym wielbicielem slasherów, to musisz to zobaczyć. W najgorszym razie po to, by jeszcze bardziej docenić pastisze Cravena, a w najlepszym po to, by zaliczyć całkiem udany wieczór. Przy może nie najlepszym, na pewno nie najkrwawszym (nawet nie średnio krwawym), ale za to całkiem klimatycznym - oczywiście utrzymanym we wspaniałym duchu taniego kina grozy przedostatniej dekady XX wieku (z odrobiną magicznego kiczu) - i dość mocno zakręconym, zwariowanym horrorze komediowym. Albo, jak ja na to patrzę, horrorze z elementami czarnej komedii.

Tylko dla fanów slasherów. Myślę, że takie zastrzeżenie trzeba poczynić w stosunku do jedynego pełnometrażowego fabularnego reżyserskiego osiągnięcia Billa Froehlicha, pastiszu slasherów „Powrotu do upiornej szkoły”. Bo choć szansa zawsze istnieje, to obawiam się, że zdecydowana większość „przypadkowych” odbiorców ledwo to przeżyje. Niektórzy pewnie nawet nie dotrwają do końca tego... pomieszania z poplątaniem? No tak, ale na tym ta zabawa polega. Na (nie)rozplątywaniu poplątanego i plątaniu jeszcze niepoplątanego. Jeśli znasz reguły slasherów będzie Ci łatwiej... nie, raczej nie będzie. Ale w takim wypadku prędzej dostaniesz to, co lubisz w formie, do jakiej w tym podgatunku zapewne nie przywykłeś. Może i dezorientującej, może i trochę przekombinowanej, ale podobne jazdy nie zdarzają się często, więc chyba tym bardziej warto spojrzeć. Nie uważacie, „odwieczni” sympatycy kina slash?

niedziela, 11 października 2020

„Sightless” (2020)

 

Była skrzypaczka, Ellen Ashland, pada ofiarą napaści, w wyniku której traci wzrok. Jej brat znajduje jej wygodne mieszkanie blisko centrum i zatrudnia opiekuna, Claytona, który ma pomóc jej przystosować się do nowych okoliczności. Z trudem radząca sobie z traumą i niepełnosprawnością kobieta, wkrótce nabiera pewności, że sąsiadka z tego samego piętra, Lana Latch, jest maltretowana przez swojego męża, Russo, który najwyraźniej wie o jej podejrzeniach. Na domiar złego niezidentyfikowana osoba, przez którą Ellen straciła jeden ze zmysłów, powraca. A przynajmniej tak jej się wydaje. Bo nie ma żadnych dowodów świadczących za słowami, jak wiele na to wskazuje, niestabilnej psychicznie kobiety.

Sightless” to amerykański thriller psychologiczny w reżyserii i na podstawie scenariusza Coopera Karla, człowieka, który wcześniej – w 2017 roku - nakręcił jedynie krótkometrażowy obraz pod tym samym tytułem. Na fundamencie tego ostatniego zbudował fabułę swojego długometrażowego debiutu – rozbudował wcześniejszą koncepcję, która mogła być inspirowana filmem „Blink” z 1993 roku w reżyserii Michaela Apteda. W każdym razie są wyraźne podobieństwa. Zdjęcia do omawianej, dłuższej, wersji „Sightless” powstawały w maju 2019 roku, a pierwszy pokaz filmu odbył się na początku września roku 2020 na Dances With Films, a już pod koniec tego samego miesiąca firma MarVista Entertainment rozpoczęła dystrybucję w internecie.

Nieśpiesznie rozwijany psychologiczny dreszczowiec o młodej kobiecie, która już na początku filmu doznaje nieodwracalnego uszkodzenia nerwu wzrokowego. Budzi się w szpitalu, gdzie zostaje poinformowana przez swojego lekarza prowadzącego o utracie wzroku. Przez substancję chemiczną, wpuszczoną jej do oczy przez jakiegoś tajemniczego osobnika. Tak zaczyna się nowe życie Ellen Ashland. Życie w kompletnym ciemnościach. I w obcym miejscu. Jej brat uznaje, że bezpieczniej będzie zmienić miejsce zamieszkania. Wspomniałam już o thrillerze „Blink” w reżyserii Michaela Apteda – obrazie też opowiadającym o skrzypaczce, ale tam, jak być może pamiętamy, mieliśmy kobietę, która właśnie zyskała zmysł wzroku. W „Sightless” spotykamy się natomiast z odwrotną sytuacją – bohaterka właśnie przestaje widzieć. Ale to nie oznacza, że gra na skrzypcach pozostaje jedynym elementem łączącym omawianą produkcję z filmem „Blink”. Jest jeszcze wątek sąsiadki i zagrożenie ze strony tajemniczego oprawcy. Cooper Karl wprawdzie w inny sposób zawiązuje i rozwija te motywy, ale w obliczu niegdysiejszego zawodu Ellen, już sama ich obecność wystarczyła bym myślała o kultowym obrazie Michaela Apteda. Może gdyby czołowa postać „Sightless” nie była kiedyś wirtuozką skrzypiec, nie łączyłabym tamtych wątków z „Blink”, bo w końcu nie są one aż tak charakterystyczne. No i kierunek nie ten sam. W „Sightless”, zamiast zabójstwa sąsiadki, mamy potencjalną przemoc domową. Otóż, Ellen ma powody przypuszczać, że jej nowa sąsiadka, Lana Latch, jest maltretowana przez swojego męża, Russo. Dalej: Ellen niekoniecznie, wzorem bohaterki „Blink”, staje się celem niezidentyfikowanego osobnika, dlatego że była wyłącznie świadkiem jakiejś zbrodni. Jej prześladowca, jeśli istnieje, to najprawdopodobniej ta sama osoba, która odebrała jej wzrok. Jeśli istnieje. Z drugiej strony... Istnieje jeszcze jedna możliwość. Prawdopodobieństwo bardziej zbliżone do fabuły „Blink”. Ellen może jednak grozić niebezpieczeństwo dlatego, że jej zeznania mogłyby obciążyć oprawcę innej kobiety. Jej nowej sąsiadki, która zachowuje się dość zastanawiająco, żeby nie powiedzieć dziwnie. Tak, tylko czy na pewno patrzymy na prawdziwą Lanę? Bo to może być tylko wyobrażenie Ellen. Kobiety, która z racji swojej nowo powstałej niepełnosprawności, nie widzi rzeczy takimi, jakie naprawdę są, tylko w takim kształcie, jaki przybiorą w jej umyśle. A przecież twórcy nie pozostawiają nam wątpliwości (choćby scenka z papugą), że przynajmniej w niektórych momentach obieramy jej, zafałszowany, punkt widzenia. I nie zawsze wiemy, kiedy takie zjawisko następuje. Percepcja a rzeczywistość. Patrzymy, ale nie widzimy. Nie widzimy świata takiego, jakim on jest, bo każdy (?) patrzy na niego inaczej. Wszystko zależy od perspektywy. Jeśli rzeczywistość wydaje ci się szara, spokojnie możesz ją pokolorować. Nic nie stoi na przeszkodzie, by w twoich oczach świat wyglądał lepiej. Albo gorzej... Ellen Ashland po stracie wzroku, jeśli już, to skłania się bardziej w tę drugą stronę – swój świat maluje głównie czarną kredką. I trudno się temu dziwić, zważywszy na to, co straciła. Mowa o wzroku, ale z biegiem akcji staje się coraz bardziej jasne (nie tylko dla nas, ale również dla niej), że straciła również najlepszą przyjaciółkę, a nie można wykluczyć, że w ogóle wszystkich znajomych. Została sama. No chyba, że za wyjątek uznać jej brata, ale tutaj też można mieć wątpliwości. Bo kontakt telefoniczny i mailowy to za mało, by rozwiać jej poczucie osamotnienia w nagle bardzo nieprzyjaznym świecie. Starzy znajomi odeszli, ale ich miejsce zajął ktoś nowy. Ktoś, w kim Ellen znajduje oparcie. Komu może się zwierzyć, kto służy pomocą w jeszcze do niedawna tak prostych czynnościach domowych, których wykonywania Ellen teraz musi uczyć się na nowo. Jej nowy przyjaciel, zawodowy opiekun osób starszych i niepełnosprawnych, Clayton, cierpliwie uczy ją życia w nieprzeniknionych ciemnościach. To on pokazuje jej, jak rozproszyć ten mrok. Pokazuje jej potężną moc wyobraźni. Jej właściwie nieskończony, bezdenny zakres. A swoją naukę opiera na opowiadaniu Raya Bradbury'ego pt. „The Veldt” (pol. „Sawanna”, ze zbioru „Człowiek Ilustrowany”).

Powolna narracja skoncentrowana na postaciach (oczywiście najbardziej na Ellen Ashland) i przez większość czasu pozbawiona jakichś wybuchowych elementów. Ot, trudy dnia codziennego kobiety, która niedawno straciła wzrok. Nowa przyjaźń i podejrzane małżeństwo w najbliższym sąsiedztwie. I potencjalny napastnik. Tajemnicza jednostka starająca się wyrządzić krzywdę (pozbyć się?) pierwszoplanowej bohaterce. Wszystko to przedstawiono w bardzo minimalistyczny sposób, co dla mnie wadą nie było, ale oczywiście nastawiony na spektakularne (efekciarskie, dynamiczne) widowisko odbiorca pewnie inaczej się będzie na to zapatrywał. Istnieje jednak szansa – acz sądzę, że raczej niewielka – na to, że doceni on przynajmniej te drobne smaczki „wyświetlane w wyobraźni Ellen”. Te zabawy z percepcją. Zwłaszcza, że większość z tego może rodzić, jeśli już nie niepokój, to przynajmniej lekki dyskomfort emocjonalny. Płacząca kobieta leżąca na podłodze w mieszkaniu Ellen, wrogie spojrzenia rzucane głównej bohaterce przez jej przypuszczalnie maltretowaną sąsiadkę i oczywiście atak intruza, którego twarzy nie widzimy. Albo wszystko, albo tylko część z tego zachodzi jedynie w głowie Ellen. Ale też wszystko może dziać się naprawdę – tak, nawet ta płacząca kobieta, która dosłownie znika na naszych oczach, naprawdę mogła tam być. Włamać się do mieszkania byłej skrzypaczki, żeby sobie popłakać? A czemu nie? Czy ktoś jeszcze wątpi, że „Sightless” Coopera Karla to dreszczowiec, w którym wszystko może się wydarzyć? Tutaj nie ma rzeczy niemożliwych. I wszystko ma sens. Wszystko znajduje uzasadnienie, choć przynajmniej jedna rzecz może wydawać się ździebko naciągana. UWAGA SPOILER Że też głosu nie rozpoznała... Eee tam, dla chcącego nic trudnego. Parę lat ćwiczeń i voilà: mówisz wieloma głosami. Przy okazji: wątek brata Ellen nie został dopięty tak mocno jak pozostałe, więc i tutaj mogą narodzić się małe wątpliwości. Ale tylko jeśli uznać, że bohaterka po utracie wzroku nawiązała kontakt ze swoim bratem, a nie oprawcą. Przy tym drugim tłumaczeniu, niecodzienne położenie Ellen, przynajmniej w moich oczach, wypada bardziej wiarygodnie KONIEC SPOILERA. Chociaż dość mocno zaangażowałam się w burzliwe dzieje najwyraźniej coraz bardziej rozchwianej psychicznie kobiety (być może zmagającej się z zaburzeniem psychicznym, będącym następstwem traumy, jaką niedawno przeszła, i związanej z tym niepełnosprawności), to niestety nie wszystko szło gładko. Nie uniknęłam nudnawych chwil, co bolało tym bardziej, że były to chwile mające podkręcać napięcie. Samotne spacery Ellen po nowym mieszkaniu. Powolne, żeby nie rzec ślamazarne, ostrożne poszukiwania źródeł różnych niepokojących ją dźwięków. Głównie pod osłoną nocy. Dostatecznie mroczny, a za dnia całkiem posępny klimat, wzbogacany jeszcze z lekka depresyjnym nastrojem wynikającym z tekstu i dość klaustrofobiczną scenerią. Prawie cała akcja rozgrywa się pod dachem, głównie w mieszkaniu Ellen, ale choć wnętrza są raczej przestronne, to niepełnosprawność i w ogóle niechęć bohaterki do wychodzenia na zewnątrz, jej czasowe uzależnienie od innych w połączeniu z odpowiednią pracą kamer, rodziły we mnie poczucie ciasnoty, której tak naprawdę nie było. Tak, wszystko to - kolorystyka, korzyści wydobyte z miejsca akcji i emocje narzucane przez tekst - złożyło się na może nie niezapomnianą, ale na pewno dość nośną atmosferę. Aurę, w której - jeśli wiecie o co mi chodzi - dobrze się czułam. Nie najlepiej więc dobrze, czyli tak jak w thrillerze być powinno. O tyle o ile, bo pewnie lepsze zdanie o „Sightless” bym miała, gdyby rzecz wzmocniono. Ale i tak nie miałabym większym powodów do narzekań, gdyby więcej starań w kierunku wzmożenia napięcia skończyło się sukcesem (na moim przykładzie, bo pewnie nie każdy będzie na tych samotnych „przechadzkach” Ellen po mieszkaniu tak się nudził, jak ja). I gdyby wycięto ze scenariusza jedną rzecz. Jedno wyznanie, które pozbawiło mnie jednej niespodzianki w dalszej partii filmu. Jednej z największych. Nie bardzo rozumiem, po co aż tak jaskrawa wskazówka. Może scenarzysta miał na celu wprowadzić, albo raczej zintensyfikować, wrażenie niesamowitości. Doprowadzić jeszcze nieprzekonanych do przekonania, że to jeden z tych obrazów, które mnie zawsze zdają się mówić: „Witajcie w Strefie Mroku!”. Cóż, cokolwiek kierowało Cooperem Karlem przy rozpisywaniu tego drogowskazu, na mnie nie zadziałało. Żadnych korzyści, za to spora uciążliwość. Ale żeby nie było: pomysł na ten film doprawdy ciekawy. Powiedziałabym nawet, że jest to jakiś przynajmniej lekki powiew świeżości w tym gatunku. Dla mnie tylko po części zaskakujący, ale gwoli sprawiedliwości, dość długo trwałam w, jak się okazało, całkowitej niewiedzy. Tyle dobrego, że dość późno tę przeklętą wskazówkę wrzucono...

Sightless” to obiecujący początek filmowej kariery Coopera Karla. Tak w roli reżysera, jak scenarzysty. Jego pierwszy pełnometrażowy obraz, będący rozbudowaną wersją jego dotychczas jedynego dziełka, krótkiego filmiku z roku 2017 pod tym samym tytułem. Nastrojowy, przyjemnie minimalistyczny i całkiem pomysłowy thriller psychologiczny, z solidnymi aktorskimi występami Madelaine Petsch i Alexandra Kocha. Dla zwolenników wolniejszych narracji i niemałego skupienia na postaciach, myślę, będzie satysfakcjonującym wyborem. Może nie tak do maksimum, bo nie powiedziałabym, że jest to dreszczowiec zupełnie pozbawiony wad. Trochę zgrzytów w moim przypadku było, ale patrząc na całokształt... No, dobry thrillerek, dobry.