niedziela, 19 lutego 2012

„Mother’s Day” (2010)

Trzech braci, chcąc ukryć się przed policją docierają do domu ich matki, gdzie odkrywają, że jest on zamieszkały przez nowych właścicieli, którzy imprezują tam wraz z przyjaciółmi. Z uwagi na to, że jeden z braci został poważnie ranny reszta przestępców decyduje się zostać w domu, zniewalając ludzi w nim przebywających. Nowi właściciele domu wraz z ich znajomymi stają się zakładnikami brutalnych oprawców z ich zdemoralizowaną matką na czele.
Darren Lynn Bousman, twórca drugiej, trzeciej i czwartej części „Piły” tym razem wyreżyserował film, którego jednoznaczna klasyfikacja do jednego gatunku jest dosyć trudna. Brutalna produkcja, posiadająca wszelkie znajomiona kina torture porn, ale równocześnie nie będąca horrorem w ścisłym tego słowa znaczeniu. Pomimo sporej liczby krwawych scen obraz ten bez wątpienia stawia na psychologię postaci, aniżeli wywołanie uczucia zniesmaczenia u odbiorcy. Zdecydowanie bliżej mu do brutalnego, trzymającego w napięciu thrillera psychologicznego, aniżeli horroru.
Głównym założeniem twórców „Mother’s Day” z pewnością są relacje oprawca-ofiara, ze szczególnym wskazaniem na okrutne gry psychologiczne, którym poddawane są sterroryzowane jednostki. Idąc śladami „Funny Games” Bousman ze szczególną skrupulatnością prezentuje nam bezwzględnych oprawców (trzech braci, siostrę oraz ich matkę), którzy nie cofną się absolutnie przed niczym, aby osiągnąć swój cel, którym jak można się spodziewać są pieniądze. Po drugiej stronie barykady stoją ich zakładnicy, wśród których na uwagę zasługują jedynie kobiety – tylko ich śmiałe poczynania dają widzom nadzieję na szczęśliwe zakończenie, mężczyźni natomiast zdają się godzić ze swoją beznadziejną sytuacją. Agresorem całego zajścia jest matka przestępców – zręczna manipulantka, która bez trudu podporządkowuje sobie nie tylko swoich dorosłych synów, ale z początku również i zakładników. Kobieta, zastraszając i grając na uczuciach innych samymi słowami jest w stanie zapanować nad wszystkimi, za wyjątkiem córki, która stara się łagodzić sytuację, jak tylko może. Twórcy, co jakiś czas prezentują widzom psychologiczne gierki oprawców, które zmuszają ich ofiary do zwierzęcych wręcz zachowań – zgodnie z zasadą, że człowiek jest w stanie zrobić absolutnie wszystko, aby przeżyć. I to właśnie ich instynkt przetrwania przyczynia się do klasycznego motywu, zgodnie z którym to ofiary na krótko stają się oprawcami. Nasi przestępcy żerują na najniższych instynktach ludzkich, między innymi mówiąc: „Zabij koleżankę, a przeżyjesz – jeśli nie, zabiję was obie”, „Pojedynkujcie się – kobieta przegranego rozprawiczy mojego syna”, „Przejedź gliniarza, albo zabiję ciebie i twoich przyjaciół” – prosta zasada: albo ty, albo on.
„Mother’s Day”, stawiając przede wszystkim na idealnie zagranych bohaterów, pomimo wielu krwawych scen staje się widowiskiem iście psychologicznym - relacje międzyludzkie w niezwykle rozpaczliwej sytuacji zagrożenia życia sprawiają, iż przeciętnemu widzowi siłą rzeczy udzielają się ich emocje – z uwagi na wielowymiarową charakterystykę postaci niezwykle łatwo jest utożsamić się z pozytywnymi bohaterami filmu, a co za tym idzie przeżywać wszystkie okropieństwa, których padli ofiarami. Równocześnie jednak ich zachowanie niejednokrotnie irytuje odbiorcę, który możliwe, że postąpiłby tak samo na ich miejscu, jednak w zaciszu domowym, jako obiektywny obserwator na pewno będzie zawiedziony tchórzliwym postępowaniem mężczyzn oraz początkowymi zabiegami Beth, która może i walczy najzacieklej ze wszystkich zakładników, ale nie wykorzystuje szans, które sobie wypracowuje – ogłusza oprawców, zamiast od razu ich dobić, przechylając szalę na swoją stronę. Pod koniec, oczywiście, mamy istne powstanie zniewolonych kobiet, jednak doskonale zdajemy sobie sprawę, że mogły postawić się nieco wcześniej, a co za tym idzie ocalić życie wielu niewinnych osób.
Najbardziej rażącymi momentami filmu są sceny wystrzałów – nie wierzę, aby w zamkniętym pomieszczeniu, w dzielnicy mieszkalnej przestępcy mogli sobie tak swobodnie strzelać z broni bez tłumików, będąc niesłyszalnymi przez sąsiadów. Ponadto nie zauważyłam jakiś poważniejszych mankamentów. Natomiast, jeśli chodzi o krwawe sceny, to jeśli o mnie chodzi dodatkowo umilały mi seans, nie przebiły oczywiście psychologicznego wymiaru produkcji, ale zwróciłam uwagę na ich realistyczne wykonanie, które niejednokrotnie wywołało u mnie lekkie obrzydzenie.
„Mother’s Day” ze względu na pierwszoplanową psychologię postaci wiele zawdzięcza odtwórcom głównych ról. W końcu bez przekonującej obsady w tym przypadku cała produkcja nie zdałaby egzaminu. W roli despotycznej mamuśki nie kto inny, jak wspaniała Rebecca De Mornay, co już powinno zachęcić potencjalnych widzów do zapoznania się z tym obrazem – lepszej odtwórczyni najtrudniejszej roli w filmie reżyser nie mógł sobie chyba wymarzyć. Ponadto zobaczymy tutaj również gwiazdki odrobinę mniejszego kalibru, które nota bene, również dały z siebie wszystko – między innymi Jaime King, Briana Evigana, czy Shawn’a Ashmore’a. Bardzo przypadli mi również do gustu dwaj przystojniacy, brutalni maminsynkowie, których znakomite kreacje zaprezentowali nam Warren Kole oraz Patrick John Flueger.
Dla wytrawnego widza tego typu thrillerów zakończenie, niestety, może być nieco przewidywalne, aczkolwiek oddając twórcom sprawiedliwość muszę przyznać, że wybrali najlepszy z możliwych finał. Uczucie beznadziejności, które udziela nam się w trakcie seansu, obserwując poczynania zakładników osiąga apogeum podczas ostatniej sceny filmu, pozostawiając nas z konkluzją, do której być może dojdziemy już w połowie projekcji – cokolwiek zrobią ofiary i tak przegrają, każde ich staranie o ocalenie życia z góry skazane jest na niepowodzenie. Przygnębiający morał, ale jakże charakterystyczny w tego typu produkcjach.
„Mother’s Day” przeznaczony jest przede wszystkim dla wielbicieli kina psychologicznego. Przeciwnicy scen gore również nie powinni zrażać się do tej produkcji już na wstępie – owszem, jest to brutalne kino, ale krew nie odgrywa tutaj roli kluczowej, najważniejsi są bohaterowie, zarówno ci pozytywni, jak i negatywni, natomiast brutalność zauważalnie schodzi na plan dalszy, będąc jedynie kolejnym aspektem manipulowania ofiarami.

piątek, 17 lutego 2012

„Kobieta w czerni” (1989)

Recenzja na życzenie (IZOLDA)
Młody adwokat, Arthur Kidd, zostaje wysłany przez swojego szefa do małego angielskiego miasteczka w celu uporządkowania spraw majątkowych zmarłej niedawno wdowy. Gdy wprowadza się do jej domu ku swemu przerażeniu odkrywa, że zarówno z nim, jak i z życiem nieboszczki wiąże się mroczna tajemnica. Na domiar złego zaczyna prześladować go dziwna kobieta w czerni…
Telewizyjna produkcja Herberta Wise’a na podstawie powieści Susan Hill. Film cieszył się sporą popularnością zaraz po powstaniu, jednak obecnie prawie całkowicie odszedł w zapomnienie. Za parę dni światło dzienne w Polsce ujrzy jego kinowy remake, który być może przyczyni się do wzrostu zainteresowania pierwowzorem. Mam taką nadzieję, gdyż dzieło Wise’a zasługuje na uwagę wielbicieli ghost story - powiem nawet więcej: z pewnością jest to jedna z najlepszych produkcji gotyckich, jakie dane mi było obejrzeć i szczerze wątpię, aby remake choć zbliżył się do tego, co przed laty zaprezentował światu Wise.
Z uwagi na niski budżet filmu możemy liczyć na maksymalną oszczędność, jeśli chodzi o efekciarstwo. Tutaj nie ma kiczowatych efektów specjalnych, które to na ogół niszczą klimat zamiast go potęgować. Reżyser zdecydował się na minimalizację również w kontekście fabuły – zamiast wartkiej, porywającej akcji serwuje nam wolno rozwijającą się intrygę z jakże charakterystycznymi dla opowieści gotyckiej elementami: tajemniczy duch kobiety, posępny stary cmentarz, wielki dom na mokradłach, skąpany w gęstej mgle, z której od czasu do czasu dobywają się mrożące krew w żyłach krzyki dziecka wzywającego swoją matkę. Nasz bohater po przyjeździe do małego miasteczka przystępuje do systematycznego odkrywania tajemnicy starego domu oraz wdowy, która niegdyś go zamieszkiwała. W pracy rzecz jasna przeszkadzają mu paranormalne zjawiska, których jest świadkiem, a które tak znakomicie przyczyniają się do potęgowania przerażającego klimatu grozy. Właśnie, klimat jest najmocniejszym elementem tego filmu – rzadko zdarza się, aby twórcom udało się osiągnąć tak gęstą atmosferę z wykorzystaniem tak minimalnych środków przekazu. Właśnie w takim gotyckim klimacie gustuję, jeśli chodzi o horrory nastrojowe! Nawet postać tytułowej bohaterki mrozi krew w żyłach z uwagi na jej oszczędną kreację. Po co generować komputerowego ducha, skoro łatwiej jest przerazić widza stawiając na realizm? Nasza tajemnicza postać to blada kobieta z podkrążonymi oczami, cała odziana w czerń. A jeśli dodamy do tego fakt, że na ogół pojawia się w momentach szczytowej grozy, wyłaniając się z mgły lub przebywając na zniszczonym cmentarzu to wystarczy, aby jeśli nie przestraszyć to chociaż mocno zaniepokoić widza.
Do potęgowania klimatu grozy znacznie przyczyniła się również ścieżka dźwiękowa – łagodna, ledwo słyszalna muzyka, która z czasem, w miarę kumulowania się napięcia nabiera coraz bardziej agresywnego wymiaru. Mimo, że akcja posuwa się do przodu w niebywale powolnym tempie ma w sobie siłę, która wręcz zmusza odbiorcę do uważnego śledzenia postępów intrygującej zagadki wielkiego domostwa. Znacznie przyczynił się do tego odtwórca roli głównej, Adrian Rawlins, który praktycznie w pojedynkę zdołał zainteresować widzów swoją przerażającą przygodą. Seans może i nie straszy w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale na pewno nieustannie niepokoi widza, który doskonale zdaje sobie sprawę, że wcześniej, czy później zostanie skonfrontowany z prawdziwie przerażającą sceną. I rzeczywiście, taki moment następuje w drugiej połowie filmu, podczas której Arthur spędzając noc w gospodzie budzi się w nocy i rozmawia z niewidoczną z początku osobą, żeby za chwilę, kiedy klimat osiąga nieznośne wręcz apogeum kobieta w czerni z wrzaskiem zbliżyła się do naszego protagonisty. Nie tylko jej okropny krzyk wywołuje ciarki na plecach odbiorcy, ale również nienaturalnie wykrzywiona w złości twarz. W trakcie tej sceny dosłownie wbiło mnie w fotel, a to nieczęsto mi się zdarza, podczas obcowania z tego typu obrazami. Zakończenie, natomiast, stanowi znakomite zwieńczenie wszystkiego, co widzieliśmy wcześniej – lepszego finału po prostu nie można sobie wymarzyć.
Jeśli istnieją jeszcze jacyś widzowie gustujący w oszczędnej gotyckiej grozie to „Kobieta w czerni” jest pozycją idealną dla nich. Osoby zmęczone już tanim efekciarstwem we współczesnym horrorze, jak ja, powinni jak najszybciej zapoznać się z tą produkcją, gdyż takiego klimatu próżno szukać w jakimkolwiek obrazie z XXI wieku.

sobota, 11 lutego 2012

„The Woman” (2011)

Chris Cleek jest despotycznym mężem i ojcem trójki dzieci. Cała rodzina mieszka na odludziu w przyjemnym domku niedaleko lasu. Gdy Chris wybiera się na polowanie przypadkowo natyka się na zdziczałą kobietę, którą porywa i zamyka w swojej piwnicy. Mężczyzna informuje rodzinę, że postawił sobie za punkt honoru ucywilizować dziwną osobniczkę, posiadającą ewidentne upodobania kanibalistyczne. Wkrótce okazuje się, że kobieta wywiera coraz bardziej destrukcyjny wpływ na niektórych członków rodziny Cleek’ów.
Trylogia kanibalistyczna autorstwa Jacka Ketchuma zapoczątkowana powieścią „Poza sezonem” zaszokowała nie tylko jej czytelników, ale również wydawców. Druga część „Potomstwo” została zekranizowana w 2009 roku, natomiast jej trzecia (i jak na razie ostatnia odsłona) zagościła na ekranach już w 2011 roku – ciekawe, że jak na razie nie zekranizowano „Poza sezonem”, trochę dziwnie zaczynać cykl filmowy od środka… W każdym razie, jeśli chodzi o pierwowzory literackie to jak na razie polscy czytelnicy, dzięki uprzejmości wydawnictwa Papierowy Księżyc mieli okazję zapoznać się z częścią pierwszą, natomiast na ten rok wydawnictwo Replika zapowiedziało już wydanie „Potomstwa” - „The Woman” najprawdopodobniej również pojawi się w 2012 roku nakładem tego samego wydawnictwa.
Z Jackiem Ketchumem w Polsce bywa różnie – jedni go kochają, a inni nie rozumiejąc jego toku myślenia przyklejają mu łatkę „psychol”. Dotyczy to zarówno jego powieści, jak i ich ekranizacji. Nie będę rozwodzić się nad tym, że Polacy zwyczajnie nie są przygotowani na twórczość tego pana, ponieważ każdy wie, iż żyjemy w mocno konserwatywnym kraju (kościoły i pomniki stoją u nas na miejscu pierwszym), jednakże dla tej garstki polskich wielbicieli autora, posiadających na tyle mocną psychikę, aby nie zwariować przy obcowaniu z twórczością Ketchuma autor ten okazał się wielkim odkryciem, powiewem świeżości w skostniałym światku horroru i to właśnie dla nich przeznaczona jest najnowsza ekranizacja jego książki „The Woman”. Zaznaczę to jeszcze raz – jeśli ktoś z zasady nie przepada za widzeniem rzeczywistości Jacka Ketchuma powinien odpuścić sobie ten film, ponieważ zauważyłam, że osoby niezaznajomione z jego tokiem myślenia po skończonym seansie pamiętają jedynie krwawe zakończenie, zapominając całkowicie o wydarzeniach przedstawionych w filmie nieco wcześniej.
Scenariusz do filmu „The Woman” napisał sam Jack Ketchum do spółki z jego reżyserem Lucky’m McKee, ale już na wstępie zaznaczę, iż moim zdaniem trochę mu brakuje do „Offspring” – może z powodu budżetu, który w „The Woman” jest zauważalnie nieco większy, co moim zdaniem znacznie przyczyniło się do zaniżenia poziomu klimatu tak wyraźnie wyczuwalnego w poprzednim filmie. Zaczyna się dosyć typowo – mamy stereotypową, na pierwszy rzut oka miłą amerykańską rodzinkę, spędzającą przyjemnie czas z przyjaciółmi podczas przyjęcia w ogrodzie. Ta sielanka nie trwa jednak długo. Jak przystało na Ketchuma po przedstawieniu nam tego typowego amerykańskiego mitu przystępuje do jego szybkiego obalania. Głowa rodziny Cleek’ów, Chris, rusza na polowanie i przyprowadza do piwnicy… kanibala płci żeńskiej. Dlaczego? Otóż, tłumaczy rodzinie, że trzeba ją ucywilizować, bo… tak po prostu wypada. Po czym wciąga wszystkich do swojej chorej gry, która dla przeciętnego widza może być odrobinę niezrozumiała. W końcu, jak można znaleźć przekonujące motywy takiego postępowania? Tylko Ketchum mógł wymyślić coś tak pokręconego. Z biegiem czasu jednak odbiorca otrzyma dosyć sensowną odpowiedź na swoje pytanie, która w mniejszym lub większym stopniu nasuwała mu się już od pierwszym minut seansu. Po zamknięciu kobiety w piwnicy następuje drobiazgowe, wręcz nudne przedstawienie reakcji całej rodziny Cleek'ów na nową, chorą sytuację. Następuje klasyczne odwrócenie ról, widziane w tak wielu filmach grozy, kanibal staje się ofiarą, a ludzie jej oprawcami, rzecz całkiem typowa w twórczości Jacka Ketchuma. Zostajemy dosyć szybko uświadomieni o psychopatycznych skłonnościach Chrisa, którego dominująca osobowość coraz wyraźniej niszczy psychikę pozostałych członków rodziny. Jego flegmatyczna żona, Belle, robi wszystko, co tylko jej rozkaże, bez słowa sprzeciwu. Z czasem okazuje się, że Chris stosuje niezawodny sposób na podporządkowanie sobie małżonki… bije ją za każdym razem, gdy nieśmiało wyraża ona swoje zdanie. Starsza córka Chrisa, Peg, która posiada swoją własną „mroczną” tajemnicę również zdaje się panicznie bać ojca, ale równocześnie to właśnie ona staje się jedyną całkowicie zdrową na umyśle bohaterką, z którą widz ma okazję się identyfikować. Tylko młodsze dzieci zdają się w ogóle nie przejmować dziwnym postępkiem ojca. Najmłodsza dziewczynka jest za mała, żeby cokolwiek rozumieć, natomiast jej bratu, Brian’owi, wyraźnie przypadł do gustu pomysł więzienia zdziczałej kobiety w piwnicy. Chłopak w swoim szaleństwie wyraźnie dotrzymuje kroku swojemu ojcu, a w pewnym momencie swoim zachowaniem szokuje widza o wiele bardziej i nie tylko dlatego, że jest jeszcze dzieckiem mającym wyraźne skłonności socjopatyczne, ale również dlatego, że kobieta staje się dla niego zwyczajnym materiałem do rozładowania jego negatywnych emocji, w przeciwieństwie do Chrisa, który tak czy inaczej stara się usprawiedliwiać swoje czyny wzniosłymi ideami i tak naprawdę nie wyrządza swojej ofierze większej krzywdy fizycznej.
Rozpisując się tak drobiazgowo nad psychiką rodziny Cleek’ów chciałam dać do zrozumienia potencjalnym widzom filmu jedno: to nie jest film epatujący przemocą. Poza zakończeniem niewiele się tutaj dzieje – szczerze mówiąc to większość seansu wpasowuje się raczej w produkcję psychologiczną. Aż do finału nie uświadczymy zbyt wielu scen gore, co może mocno rozczarować widzów gustujących w nurcie kanibalistycznym i oczekujących od niego tego samego, czego uświadczą w innych tego typu horrorach. Natomiast zakończenie… no cóż, jak już wspomniałam wcześniej wiele osób po skończonym seansie pamięta tylko o nim – takiej rzezi, jaką widać w końcówce „The Woman” dawno już nie widziałam, nawet mnie zniesmaczyły niektóre sceny zjadania ludzkiego ciała, ale niestety nawet ta mocna końcówka nie zrekompensowała mi w całości wcześniejszych minut projekcji.
Do finału na uwagę zasługują tylko trzy sceny (no, chyba, że ktoś szuka filmu psychologicznego) – strzał z pistoletu w piwnicy, po którym następuje drażniący uszy pisk (ten zabieg okazał się znakomitym sposobem na wzbudzenie dyskomfortu u widza, ból głowy gwarantowany), zjedzenie palca Chrisa przez zdziczałą kobietę oraz makabryczna akcja Briana z użyciem nożyczek. Poza tym przez większą część czasu niewiele się dzieje, niecierpliwi widzowie spragnieni krwawych scen na pewno będą mocno zawiedzeni. Jednakże w trakcie seansu proponują zwrócić baczniejszą uwagę na oryginalną, wpadającą w ucho ścieżkę dźwiękową, która choć nie ratuje kulawego klimatu grozy, chociaż skutecznie umila zdawać by się mogło niekończące się nużące sceny z życia rodziny Cleek’ów.
Jeśli o mnie chodzi to „The Woman” odbieram dosyć sceptycznie. Może dlatego, że spodziewałam się raczej krwawego filmu kanibalistycznego, na kształt „Offspring”, a zamiast tego dostałam nużący seans, traktujący głównie o przemocy w rodzinie z minimalną dawką scen gore (nie licząc finału). Ponadto amatorska obsada mocno mnie denerwowała, nawet taka gwiazda jak Angela Bettis wywoływała u mnie niezmierną irytację, swoją manieryczną mimiką i maślanym spojrzeniem. Pollyanna McIntosh, która wystąpiła również w „Offspring” spisała się chyba najlepiej w roli zdziczałego kanibala – może dlatego, ze jej zadanie ograniczało się do niezrozumiałego bełkotu oraz demonicznej aparycji. W każdym razie polecam osobom rozumiejącym Jacka Ketchuma i gustującym w psychologicznych akcentach. Natomiast wielbicielom scen gore radzę zapoznać się tylko ze wstrząsającym zakończeniem.

niedziela, 5 lutego 2012

Głosowanie

I kolejne głosowanie:) Z uwagi na to, że poprzednie cieszyło się sporym zainteresowaniem czytelników bloga, czas po raz kolejny oddać Wam, moim drodzy, inicjatywę. Jedna z czytelniczek poprosiła mnie o zastawienie najlepszych i najgorszych ekranizacji prozy Stephena Kinga (tutaj). Pomyślałam, dlaczego nie pójść o krok dalej i nie zrobić dwóch identycznych zestawień, z których jedno będzie obrazowało zdanie czytelników bloga, a drugie moje własne, całkowicie subiektywne. Myślę, że takie podwójne zestawienie znakomicie zobrazuje różnice oraz podobieństwa pomiędzy zdaniem jednostki a ogółu.
Bardzo proszę wszystkich zainteresowanych o wymienienie jednej Waszym zdaniem najlepszej ekranizacji twórczości Stephena Kinga oraz jednej, która Waszym zdaniem jest najgorsza. Głosy proszę oddawać w komentarzach lub w mailu do mnie (buffy1977@wp.pl). Pod uwagę będą brane jedynie ekranizacje twórczości pisarza (filmy na podstawie jego scenariusza, nie mające swojego pierwowzoru książkowego nie liczą się) i tylko głosy kompletne – czyli jeden obraz Waszym zdaniem najlepszy i jeden najgorszy. Data produkcji nie ma znaczenia. Ważne, aby były to wyłącznie horrory lub thrillery i nie sequele. Głosowanie trwa do 1 marca. Gorąco zapraszam do wspólnej zabawy!

„Pontypool” (2008)

Recenzja na życzenie (Agnieszka Jędrzejczyk)
Grant Mazzy jest spikerem w małej rozgłośni radiowej, znajdującej się w miasteczku Pontypool. Pewnego ranka po przyjściu do pracy, w środku przekazywania słuchaczom najnowszych wieści z ich regionu, przedostaje się do niego informacja o zamieszkach mających miejsce w Pontypool. Wkrótce wraz ze swoją producentką i koleżanką z pracy Grant będzie musiał zmierzyć się z przerażającymi wydarzeniami, które rzetelnie będzie przekazywał swoim słuchaczom – miasto opanował nieznany dotąd ludzkości wirus, a nasz spiker wraz z dwiema paniami zostaje uwięziony w rozgłośni radiowej.
W 1968 roku George A. Romero nakręcił kultową już „Noc żywych trupów”, która stała się swego rodzaju prekursorem kolejnych horrorów nurtu zombie movies. Następnie ten sam reżyser, zadomawiając się całkowicie w tej tematyce, zaprezentował światu kolejne obrazy o krwiożerczych zombie – „Świt żywych trupów”, „Dzień żywych trupów”, „Ziemię żywych trupów”, „Kroniki żywych trupów” oraz „Survival of the Dead”. Oczywiście, publiczność miała również okazję zobaczyć remake’i niektórych produkcji Romero wyreżyserowane przez innych twórców. Ponadto, co jakiś czas wielbiciele kina grozy mieli okazję obejrzeć mniej lub bardziej oryginalne zombie movies, opierające się na konwencji stworzonej przez Romero – jak na przykład „28 dni później, „28 tygodni później”, „Martwe mięso” itd. Założenie było proste – ukazać jak najwięcej scen gore, których sprawcami są kanibalistyczne, przygłupie stwory, które samym swym wyglądem wzbudzają odruch wymiotny u widza. Początkowo zdawało to egzamin, publiczność z niecierpliwością wyczekiwała kolejnego obrazu traktującego o żywych trupach, zaciekawiona, jakie też okropieństwa ujrzą na ekranie tym razem. Jednak z biegiem czasu owy schemat zaczął widzów zwyczajnie nużyć – wydawało się, że widzieli już wszystkie możliwe kombinacje obrzydliwych scen gore, że znieczulili się na tę makabrę i nic już nie jest w stanie ich zniesmaczyć. Nurt zombie movies przestał już być czymś nowym, a stał się zwyczajną niewymagającą myślenia rozrywką dla mas. Jednakże od czasu do czasu powstawał jakiś obraz z tego podgatunku horroru, który swoim podejściem do tematu miał siłę, choć na moment natchnąć go odrobiną fabularnej świeżości. Moim zdaniem takim filmem bez wątpienia jest „Pontypool” wyreżyserowany przez Bruce’a McDonalda.
„Pontypool” to kanadyjska produkcja zrealizowana tanim nakładem budżetowym, podchodząca do tematyki żywych trupów pod zupełnie odmiennym kątem, z którym wielbiciele kina grozy chyba dotychczas się nie spotkali. Na początku poznajemy trzyosobową ekipę małej rozgłośni radiowej – spikera Granta Mazzy’ego, producentkę Sydney Briar oraz młodą pracownicę Laurel Ann. Spędzają oni kolejny dzień pracy na informowaniu słuchaczy o lokalnych, mało znaczących wydarzeniach. Szczerze mówiąc niecierpliwego widza taki wstęp szybko może znużyć, z tego względu, że audycja radiowa została rozwleczona do granic możliwości – w końcu ileż można słuchać o mało interesujących wydarzeniach w sennym miasteczku Pontypool? Na szczęście owe nużące wstawki rekompensuje nam dowcip spikera – jego cięty język, z którego niemalże bez przerwy przebija nieskrywany czarny humor na pewno docenią widzowie gustujący w tego typu akcentach komediowych. Po przebrnięciu przez przydługi wstęp do uszu widza dostaje się pierwsza niepokojąca informacja. Z relacji radiowej dowiadujemy się o zamieszkach, mających miejsce w mieście, a ze względu na powagę bohaterów omawiających ten problem w eterze dostajemy pierwszy sygnał o wkraczającym w znaną nam rzeczywistość elemencie nadprzyrodzonym. Nasz niepokój dodatkowo potęguje fakt, że nie mamy możliwości nic zobaczyć – możemy tylko słuchać naszego spikera i zastanawiać się, czy krytyczna sytuacja rzeczywiście jest tak drastyczna, jak przedstawiają to świadkowie wydzwaniający do radia. W efekcie wysłuchujemy relacji z drugiej ręki, możemy tylko wyobrażać sobie krwawe wydarzenia klarowane przez świadków oraz reportera radiowego, znajdującego się w terenie. Brzmi mało zachęcająco? Też zawsze wolałam obserwować wszystkie drastyczne sceny gore na ekranie, ale z drugiej strony wszystko to już przeżyłam obcując z zombie movies, natomiast nigdy nie dano mi okazji, aby włączyć swoją wyobraźnię i tylko domyślać się tego, co dzieje się poza kadrem – a wierzcie mi wyobraźnia ludzka zawsze wyklaruje coś o niebo gorszego, od tego, co są w stanie pokazać nam twórcy filmu.
Minimalizacja w ukazywaniu drastycznych scen na pewno po części była rezultatem niskiego budżetu tej produkcji. Paradoksalnie owy fakt przyczynił się do powstania jednego z najbardziej oryginalnych zombie movies, jakie kiedykolwiek nakręcono. Reżyser skupia się tutaj nie tylko na pobudzeniu wyobraźni odbiorcy, ale również interakcji pomiędzy bohaterami oraz ich reakcji na zasłyszane mrożące krew w żyłach wydarzenia. Mamy troje głównych bohaterów, wykreowanych przez Stephena McHattie’ego, Lisę Houle i Georginę Reilly, których gra aktorska stanowi główną podporę fabuły, w końcu gdyby nie ich profesjonalizm widzowie nie mieliby szans wczuć się w ich rozpaczliwą sytuację, a co za tym idzie z największej siły obrazu - ukazania reakcji naszych postaci na koszmar rozgrywający się w Pontypool - zostałyby nici. Z uwagi na fakt, że nasi bohaterowie zostają uwięzieni w rozgłośni radiowej, podczas gdy na zewnątrz przebywają oszalałe hordy zarażonych dziwnym wirusem ludzi, a całe miasteczko objęte jest kwarantanną przed twórcami stanęła znakomita okazja do stworzenia iście klaustrofobicznego, pełnego wszechobecnego zagrożenia klimatu, którą na szczęście w pełni wykorzystali. Dzięki temu widzowie będą mieli rzadką okazję nie tylko wczucia się w sytuację postaci, ale również współodczuwania atmosfery zagrożenia życia.
Gdy początkowo radiowy reporter działający w terenie przekazuje nam informację o kanibalach rozrywających na strzępy ludzkie ciała, żałujemy, że nie możemy tego zobaczyć. Naprawdę, chwilami wręcz przeklinałam twórców, że nie pokazali mi, choć odrobiny tego, o czym donoszą w eterze naoczni świadkowie. Ale z biegiem czasu doceniłam owy nowatorski zabieg – żerowanie na moich emocjach okazało się wręcz mistrzowskim zabiegiem, pozwalającym mi na jeszcze mocniejsze postawienie się w sytuacji pracowników radiowych. Mniej więcej w połowie seansu twórcy decydują się jednak coś niecoś pokazać odbiorcom filmu, wprowadzając małą grupkę zombie do wnętrza rozgłośni. Dzięki temu widzowie spragnieni krwi na ekranie będą mieli okazję obejrzeć oszczędną dawkę posoki oraz znakomitą charakteryzację jednej przedstawicielki żywych trupów, której makabrycznie rozorane usta wręcz przyciągają wzrok. I to właśnie ona odegra główną rolę w najkrwawszej scenie filmu, podczas której wymiotuje gejzerem krwi na pleksiglasową szybę, za którą ukrywają się nasi bohaterowie, obserwujący to z iście komicznym obrzydzeniem.
Pomysł na rozprzestrzenianie się wirusa za pośrednictwem języka angielskiego brzmi niewiarygodnie, ale należy oddać twórcom sprawiedliwość, chwaląc ich za kolejny oryginalny motyw, z którym do tej pory nigdy w horrorze się nie spotkałam. Owy dziwacznie brzmiący pomysł, o dziwo, całkowicie zdał egzamin, stał się wspaniałym przyczynkiem do zgrabnego poprowadzenia akcji w końcowych scenach filmu. A co za tym idzie poddał twórcom rozwiązanie na ukazanie wstrząsającego finału, który pozostawi widzów z wieloma pytaniami bez odpowiedzi.
Oczywiście, poza tymi wszystkim plusami znalazło się również kilka mankamentów, z których najpoważniejszym jest chyba, aż do przesady ślamazarna akcja. Publiczność przyzwyczajona do dynamicznych, hollywoodzkich akcentów fabularnych chwilami może mieć problemy z pozostaniem przed ekranem. W końcu, takich mało interesujących momentów jest tutaj całkiem sporo, a więc niecierpliwym widzom stanowczo odradzam sięganie po tę pozycję. Docenić ją mogą jedynie osoby, poszukujące w horrorze czegoś nowego, niekoniecznie przyciągającego ich wzrok zawrotną akcją, pełną momentów zaskoczenia. Jeśli zaś o mnie chodzi to jestem w stanie docenić „Pontypool”, pomimo jego oszczędności w uwielbianych przeze mnie scenach gore ze względu właśnie na jego oryginalność fabularną, która w tym gatunku zdarza się nadzwyczaj rzadko.

piątek, 3 lutego 2012

Szybka informacja

Poniżej zamieszczam link obrazujący ostatnią działalność portalu Sztukater, mającą na celu wspieranie darami książkowymi małe biblioteki w Polsce.
Ps. Pierwsza od prawej to ja:)

czwartek, 2 lutego 2012

„Koszmar z ulicy Wiązów” (1984)

Recenzja na życzenie
W miasteczku Springwood grupkę nastolatków nękają koszmary senne, w których prześladowani są przez mężczyznę z poparzoną twarzą, z nożami na miejscu palców. Kiedy Tina zostaje zadźgana w swoim łóżku, w trakcie snu o morderstwo podejrzewany jest jej chłopak. Jednak jej przyjaciółka, Nancy, jest przekonana, że za tą zbrodnią stoi człowiek który prześladuje ich w koszmarach sennych. Nancy, aby się bronić musi zrobić wszystko, żeby nie zasnąć…
Kultowy obraz Wesa Cravena, będący pierwszym prawdziwym filmem niewielkiej wówczas wytwórni New Line Cinema, który w oszałamiająco krótkim czasie zdobył miliony fanów na całym świecie, a postać mordercy Freddy’ego Kruegera do dziś uważana jest za ikonę gatunku. Co sprawiło, że „Koszmar z ulicy Wiązów” zyskał tak ogromną popularność i mimo upływu tylu lat nadal cieszy się uznaniem nie tylko wśród wielbicieli horroru, ale również młodego pokolenia widzów? Zacznijmy od scenariusza napisanego przez samego Wesa Cravena, który w schematyczną fabułę slasherów wplata jakże nowatorski wątek wdzierania się koszmarów sennych do świata rzeczywistego. Podobny zabieg reżyser zastosował również pięć lat później kręcąc swój kolejny horror pod tytułem „Shocker”, jednakże nie udało mu się powtórzyć sukcesu „Koszmaru z ulicy Wiązów”. Film nawet zaczyna się dosyć nietypowo. Widzowie w pierwszej scenie obserwują szaleńczą ucieczkę blondwłosej nastolatki przez wizualnie przerażającą kotłownię. Już tutaj klimat sięga wyżyn filmowej grozy, a to dopiero przedsmak tego, co widzowie odczują w dalszej części seansu. Następnie dowiadujemy się, że obserwowaliśmy tylko sen dziewczyny i akcja przeskakuje kilka godzin do przodu. Jest dzień, widzimy czwórkę nastolatków zmierzającą do szkoły, a w tle słyszymy kultową już wyliczankę recytowaną słodkimi głosikami przez dzieci. Nasi bohaterowie umawiają się na nocne posiedzenie u Tiny, która przerażona swoimi koszmarami nie chce zostać sama. Od tego momentu będziemy świadkami iście makabrycznych wydarzeń, które niejednemu widzowi spędziły już sen z powiek.
„Koszmar z ulicy Wiązów” prezentuje nam kilka integralnych elementów kina grozy, których próżno szukać we współczesnych produkcjach, a które niezaprzeczalnie przyczyniły się do jego niesłabnącej popularności. Charakterystyczna ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Charlesa Bernsteina skutecznie potęguje gęstą atmosferę grozy, a przy okazji bardzo szybko wpada w ucho. Szczerze mówiąc, za wyjątkiem tematu muzycznego z „Psychozy” (1960) nie słyszałam w horrorze równie przerażających dźwięków, które miałyby równie wielką siłę oddziaływania na psychikę widza. Wes Craven ani przez chwilę nie zapomina o klimacie, który obecny jest nawet w chwilach beztroski naszych bohaterów – takiej atmosfery widzowie horrorów nie mają okazji odczuć zbyt często, w końcu reżyserowi udało się za pomocą prostych środków wręcz przytłoczyć odbiorcę wszechobecnym, duszącym zagrożeniem, którego sprawcą jest tajemniczy osobnik przez większą część czasu kryjący swoją makabrycznie poparzoną twarz w cieniu. No właśnie, Freddy Krueger, najbardziej rozgadany, ironicznie dowcipny morderca kina grozy, który przeraża wyglądem i równocześnie wzbudza w widzach nerwowy chichot za każdym razem, gdy otwiera usta, z których wydobywają się niewybredne, na wskroś przesiąknięte czarnym humorem słowa, skierowane do jego ofiar. Krueger może zabijać tylko podczas snu ofiary, a osoba, która dostanie się w jego ręce w trakcie koszmaru w ten sam sposób ginie również w rzeczywistości. Jak już wspomniałam bardzo oryginalne zawiązanie fabuły, ale w moich oczach zyskuje nie tylko przez wzgląd na owy powiew świeżości, ale również wspaniały pretekst do ukazania makabry na ekranie. Mamy Tinę, która nie bacząc na grawitację lata po całym pokoju schlapując go krwią wypływającą z jej poszatkowanego ciała; mamy Glena wciągniętego przez swoje własne łóżko, z którego chwilę później wybucha gejzer krwi. Podczas kręcenia filmu zużyto prawie 2000 litrów sztucznej krwi, tak proszę państwa, nie ma tutaj ani odrobiny efektów komputerowych, wszystko, co widzimy na ekranie było fizycznie obecne na planie, a co za tym idzie, mamy prawie niespotykaną w dzisiejszych czasach sposobność zapoznania się ze starym slasherem stawiającym na realizm, aniżeli mało przekonujące efekty specjalne.
W roli głównej zobaczymy Heather Langenkamp, zachwalaną przez wielu widzów, która mnie osobiście nie przypadła do gustu. Odniosłam wrażenie, że jej mimika była aż nazbyt przesadzona, wręcz manieryczna, co odbierało odgrywanej przez nią postaci większość autentyczności. Natomiast bardzo przypadł mi do gustu Johnny Depp. Rola Glena była jego debiutem filmowym i muszę przyznać, że jak na niedoświadczonego aktora ma nam do zaoferowania coś więcej, aniżeli tylko przystojną twarz – nawet tutaj zobaczymy jego charakterystyczną, wręcz zabawną mimikę, która przychodzi mu tak naturalnie, jak przeciętnemu człowiekowi oddychanie. No i na koniec warto również wspomnieć o największej gwieździe tej produkcji, Robercie Englundzie. Chyba nie muszę nikomu go przedstawiać, ani opisywać postaci, którą odgrywał? Wątpię, żeby chodził po świecie jeszcze ktoś, kto by o nim nie słyszał. Powiem tylko jedno: lepszego aktora do roli Kruegera twórcy filmu nie mogli sobie wymarzyć, zaangażowanie go okazało się strzałem w dziesiątkę i jednym z głównych powodów wyniesienia wykreowanego przez niego mordercy na wyżyny filmowego horroru.
Jak dotąd „Koszmar z ulicy Wiązów” doczekał się sześciu kontynuacji, z których tylko ostatnią wyreżyserował również Wes Craven, jednego crossovera i remake’u, a na rok bieżący zapowiedziano już drugą część uwspółcześnionej wersji. Wygląda na to, że Freddy Krueger jeszcze nawet nie myśli o zejściu ze sceny, a sądząc po popularności każdego kolejnego filmu z jego udziałem najprawdopodobniej jeszcze przez długi czas będzie straszył swoją osobą kolejne pokolenia widzów. Jednakże w tym zalewie horrorów o Kruegerze radziłabym nie zapominać o pierwszym i najdoskonalszym obrazie z jego udziałem – w porównaniu do kolejnych sequeli, czy remake’ów jedynka zauważalnie wybija się ponad poziom i to właśnie z nią radziłabym zapoznać się w pierwszej kolejności.

środa, 1 lutego 2012

Opowiadanie

Tylko dla osób pełnoletnich! Tutaj

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Najlepsze horrory (aktualizacja)

Sprawdzając statystyki bloga zauważyłam, że największym powodzeniem niezmiennie cieszy się post „Najlepsze horrory”. Jednakże od tamtego czasu mój gust odrobinę się zmienił i rzecz jasna doszło jeszcze parę pozycji. Więc zapraszam do zaktualizowanej listy moich ulubionych horrorów.
XX wiek


 XXI wiek

niedziela, 29 stycznia 2012

„Primal” (2010)

Recenzja na życzenie
Grupka przyjaciół wybiera się do australijskiej głuszy celem odnalezienia malunków skalnych sprzed 120 lat. Gdy w końcu znajdują poszukiwane rysunki i rozbijają obóz w lesie, aby dokładniej je zbadać ich koleżanka zaczyna chorować. Wkrótce pozostali bohaterowie będą musieli stanąć z nią do walki na śmierć i życie.
Niskobudżetowy film gore Josha Reeda, żerujący na sprawdzonych schematach fabularnych w kinie grozy, ale równocześnie dodający coś nowego od siebie. Początek na pewno wywoła leciutki uśmiech na ustach stałych widzów horrorów – w końcu, motyw podróży samochodem, w którym grupka przyjaciół prowadzi rozmowy o niczym, aby jakoś zabić czas pozostały im do dotarcia na miejsce docelowe, już chyba na stałe wpisał się w schemat horrorów. Najpierw zatrzymują się w starej sztolni, gdzie główna bohaterka, Anja, traci przytomność. Oczywiście, owe wydarzenie jest pierwszym sygnałem dla widza, że protagoniści nie są już bezpieczni, a najlepsze co mogą zrobić to uciekać „gdzie pieprz rośnie”. Ale rzecz jasna nie robią tego, dzięki czemu w dalszej części seansu widzowie dostaną próbkę iście makabrycznego survivalu – krew będzie lała się strumieniami, a my staniemy twarzą w twarz z pierwotnym złem, które czyha na życie naszym bohaterów.
Akcja filmu rozkręca się stosunkowo szybko, dzięki czemu twórcom udało się nie znużyć zanadto odbiorców, oczekujących krwawej jatki. Od momentu zarażenia się Mel dziwną chorobą wszystkie wydarzenia gnają do przodu w iście dynamicznym tempie. Zaczyna się walka o przetrwanie, walka z koleżanką, która ni z tego, ni z owego zamieniła się w krwiożerczą bestię. I to ona będzie głównym zagrożeniem dla pozostałych postaci przez większą część filmu, aczkolwiek na pewno nie jedynym. Mel przeobraża się w wysportowanego, niewyobrażalnie silnego stwora, który przyciąga oko widza przede wszystkim przez wzgląd na swój odrażający wygląd zewnętrzny. Zakrwawiona buźka i długie spiczaste zęby może nie są niczym nadzwyczajnym, ale chwali się twórcom brak przesady w demonizowaniu dziewczyny, co ostatnimi czasy widzimy w horrorach, aż za często. Nasza przeistoczona Mel będzie w uporem maniaka polować na swoich niegdysiejszych przyjaciół, przy okazji serwując widzom iście akrobatyczne popisy kaskaderskie, które swoją drogą były zupełnie niepotrzebne – zamiast straszyć wywoływały raczej lekką irytację.
Z uwago na to, że mam słabość do niskobudżetówek odbieram „Primal” bardzo pozytywnie, aczkolwiek musiałabym być ślepa, żeby nie zauważyć niewyobrażalnej wręcz nielogiczności w zachowaniu bohaterów, którzy najpierw ignorują chorobę koleżanki, zamiast odwieźć ją do bardziej cywilizowanego miejsca, a następnie przez cały seans sprawiają wrażenie samobójców amatorów – nachalnie pchają się w ręce bestii i zamiast spróbować ją zabić bawią się z nią w przysłowiowego kotka i myszkę. Radzę zwrócić uwagę na scenę z prezentacją maskotki bezrozumnemu stworowi, która to miała pewnie na celu przypomnieć jej kim była dawniej (!). Tyle, że już na pierwszy rzut oka widać, iż Mel nie ma absolutnie żadnych szans, aby powrócić do reprezentantów homo sapiens, więc moje pytanie brzmi: dlaczego zamiast walczyć z zagrożeniem lub chociaż próbować uciekać jej chłopak, który nie miał żadnych oporów przed pozbyciem się swojego zarażonego kumpla nagle wpada na niedorzeczny pomysł ucywilizowania swojej drugiej połówki? W horrorach takie zachowania protagonistów są raczej nieuniknione, ale w niektórych przypadkach można przymknąć oko na drobne nielogiczności, co oczywiście nie dotyczy „Primal” – tutaj głupota bohaterów jest, aż zanadto nachalna.
Wracając na chwilę do plusów tej produkcji muszę zaznaczyć, że najbardziej przypadły mi do gustu sceny gore, które jak na niskobudżetówkę wypadły nadzwyczaj przekonująco, a co za tym idzie twórcom udało się wzbudzić we mnie odrobinę zniesmaczenia, szczególnie pod koniec seansu. UWAGA SPOILER Po umiarkowanie obrzydliwych elementach gore, pojawiających się od czasu do czasu w trakcie projekcji na deser dostaniemy mocno niesmaczną scenę porodu Kris, podczas którego dziewczyna powoli rozcina maczetą swój pokaźny brzuch, z którego wypada jakiś pierwotny, oślizgły organizm. Kamera oczywiście filmuje cały ten odrażający moment z jego wszystkimi najdrobniejszymi szczegółami. Następnie ma miejsce zwieńczenie dzieła w postaci roztrzaskania sporych rozmiarów głazem głowy Mel w wykonaniu Anji KONIEC SPOILERA. Dodam jeszcze, że osoby zmęczone pikselową krwią prezentowaną nam ostatnimi czasy w kinie grozy powinni być zadowoleni, obcując z „Primal”, gdzie podczas kręcenia filmu sztuczna posoka była fizycznie obecna na planie, dodając scenom gore dodatkowej autentyczności.
Ostatnim elementem „Primal”, na którego warto zwrócić uwagę jest jego klimat, który z pewnością udzieli się widzowi. Jednakże bazuje on głównie na nieustannym zagrożeniu życia naszych bohaterów, którzy zostają zmuszeni do walki o przetrwanie (obserwując ich niedorzeczne zachowanie od początku będziemy przekonani, że nie mają najmniejszych szans), natomiast jeśli chodzi o atmosferę grozy to nie ma jej tutaj za wiele, więc jeśli ktoś poszukuje horroru, który choćby odrobinę go przerazi „Primal” na pewno nie spełni jego oczekiwań.
Szukacie nieefekciarskiego, pełnego akcji, spływającego krwią filmu w niskobudżetowym wydaniu? W takim razie „Primal” jest idealną pozycją dla was. Irytuje was drewniane aktorstwo, nielogiczne zachowanie bohaterów i brak jakichkolwiek przerażających akcentów w horrorze? W takim razie omijajcie ten film z daleka.