sobota, 18 listopada 2017

„Śmierć nadejdzie dziś” (2017)

Studentka Tree Gelbman zostaje zamordowana przez zamaskowanego osobnika w dniu swoich urodzin. W momencie swojej śmierci budzi się w akademiku i rozpoczyna się ten sam dzień co wczoraj. Dziewczyna widzi dokładnie to samo, przysłuchuje się wypowiedziom ludzi ze swojego otoczenia, które już zna, a wieczorem ponownie spotyka się z niezidentyfikowanym osobnikiem, który znowu pozbawia ją życia. I Tree po raz kolejny wita ten sam dzień. Wie co się wydarzy i może zmienić bieg wypadków, co też stara się uczynić. Młoda kobieta jest przekonana, że jeśli uda jej się przeżyć ten feralny dzień to wydostanie się z pętli czasowej, w którą z jakiegoś nieznanego jej powodu wpadła.

Reżyser „Śmierć nadejdzie dziś”, Christopher Landon, ma już pewne doświadczenie w filmowych thrillerach i horrorach. Pracował między innymi nad scenariuszami (sam i we współpracy z innymi autorami) „Paranormal Activity 2, 3, 4”, „Paranormal Activity: Naznaczeni”, Łowców zombie” w jego własnej reżyserii i „Niepokoju”, thrillera D.J. Caruso, który dla mnie jest najlepszą wizytówką Landona. Zrealizowany za niespełna pięć milionów dolarów horror z elementami czarnej komedii na podstawie scenariusza Scotta Lobdella w Polsce dystrybuowany pod tytułem „Śmierć nadejdzie dziś” (w oryginale „Happy Death Day”), odniósł niemały sukces kasowy. Szacuje się, że zarobił blisko dziewięćdziesiąt milionów dolarów, a przy tym zebrał sporo pozytywnych recenzji, również od krytyków.

Do „Śmierć nadejdzie dziś” zdążyła już przylgnąć etykietka: skrzyżowanie „Krzyku” Wesa Cravena z „Dniem świstaka” Harolda Ramisa (tytuł tego drugiego obrazu pada w omawianym filmie). I jak to w przypadku pastiszy często bywa gros widzów uznało oficjalną klasyfikację filmu za błędną. Przez wielu obraz „Śmierć nadejdzie dziś” jest uważany za czarną komedię i rzeczywiście sporo tego rodzaju (innego zresztą też) humoru objawia się w tej produkcji, ale moim zdaniem nie jest to jeszcze powód, żeby odmawiać jej przynależności do gatunku horror. Film Christophera Landona, tak samo jak nadmieniony „Krzyk”, jest pastiszem slasherów, przy czym za sprawą motywu przewodniego podejście tego pierwszego jest bardziej eksperymentalne. W kontekście wspomnianego nurtu horroru, bo już choćby „Dzień świstaka” (o którym dużo słyszałam i czytałam, ale nigdy go nie oglądałam – podejrzewam, że na te słowa wielu odpowie popukaniem się w czoło...) opowiadał o ciągłym powtarzaniu tego samego dnia przez głównego bohatera. W scenariuszu Scotta Lobdella każdego (w istocie tego samego) portretowanego wieczora z rąk tego samego człowieka ginie ta sama osoba, co jest ogromnym powiewem świeżości w podgatunku slash. Tak samo zresztą, jak „zmartwychwstania” zabitej wcześniej kobiety, a ściślej powroty do tego samego dnia z wiedzą o wszystkim, co ją czeka. W „Śmierć nadejdzie dziś” nie dochodzi jedynie do mordów głównej bohaterki (na przeróżne sposoby i w różnych miejscach), od czasu do czasu ginie ktoś jeszcze, a późniejsza śmierć tejże jest dla nich wybawieniem. Z czego następnego dnia, tj. tego samego, w ogóle nie zdają sobie sprawy. Nie pamiętają niczego z „poprzedniego” dnia, bo tak naprawdę rozpoczynają ten sam dzień. Tree, w doskonałym stylu wykreowana przez Jessicę Rothe, jest jedyną osobą przechowującą w pamięci wydarzenia z ostatnich kilkunastu godzin, a więc jedyną która może zmienić bieg wypadków. Bo, co ważne, w niniejszym filmie główna bohaterka nie jest zmuszana przez jakąś niepojętą siłę do powtarzania popełnionych już błędów. Można domniemywać, że jej najgorszym posunięciem w ten feralny poniedziałek, w dniu jej urodzin, była samotna wędrówka po mieście pod osłoną nocy, z zamiarem dostania się na imprezę organizowaną przez jej „siostry” z bractwa studenckiego. To wówczas została napadnięta przez zamaskowanego osobnika, który szybko pozbawił ją życia. Wydaje się więc, że zapobiegnie własnej śmierci po prostu nie zapuszczając się w ten rejon, ale niedługo potem okazuje się, że cokolwiek by zrobiła, gdziekolwiek by się udała, nie uniknie spotkania ze swoim oprawcą. Osobnikiem skrywającym swoje oblicze pod jakże pomysłową, dowcipną i zarazem złowieszczą, maską wyobrażającą twarz bobasa zaprojektowaną przez Tony'ego Gardnera, której pomysłodawcą był sam Christopher Landon, myślący wówczas o rychłych narodzinach swojego syna. Gardner jeśli wierzyć informacjom zamieszczonym na paru stronach internetowych wraz z Lorenem Gitthensem stworzył maskę Ghostface'a, którą potem wykorzystano w serii „Krzyk” w reżyserii Wesa Cravena. Wszystkie zgony Tree oraz mordy popełniane na osobach trzecich wydelikacono do granic możliwości. Najczęściej w chwili opuszczania narzędzia zbrodni na ciało głównej bohaterki następuje cięcie i raptowny przeskok do pokoju w akademiku zajmowanego przez niejakiego Cartera, z którym Tree spędziła noc z niedzieli na poniedziałek i jego współlokatora. Zbliżeń na odniesione obrażenia, litrów substancji imitującej krew wylewającej się z ciał ofiar (nazwijmy go) Bobasa, czy choćby szczegółowo ukazywanych momentów zagłębiania się w nie różnego rodzaju ostrych narzędzi w „Śmierć nadejdzie dziś” nie zobaczymy i w mojej ocenie jest to najpoważniejszy mankament tej produkcji. Posuwanie drastyczności do ekstremum mogłoby zaszkodzić temu projektowi, ale kilka delikatniejszych w formie i zdecydowanie bardziej pomysłowych scen mordów na pewno mocno by się mu przysłużyło, głównie dlatego, że w moich oczach trochę śmielsze podejście do warstwy gore stanowiłoby bardziej wyraziste uwypuklenie konwencji slash.

„Śmierć nadejdzie dziś” nie jest tak zwariowanym pastiszem, jak „Dom w głębi lasu”, czy nawet „The Final Girls”. Nie kombinuje z motywami kojarzonymi z horrorem w stopniu porównywalnym do tego pierwszego i nie zawiera tyle humoru i takiej swoistej lekkości przekazu co ten drugi, ale dowcip ujawnia się w nim częściej niż w „Krzyku”, z którym tak chętnie jest zestawiany. Christopherowi Landonowi i oczywiście Scottowi Lobdellowi udało się zgrabnie to wypośrodkować – doprowadzić do sytuacji, w której humor stanowi doskonałe dopełnienie motywów charakterystycznych dla kina grozy, element bez którego ta druga stylistyka w tym przypadku mocno by zubożała. Historia straciłaby na wyrazistości, ot stałaby się kolejną teen slasherową opowiastką o nudnej dziuni mierzącej się z zamaskowanym mordercą. I tylko pętla czasowa, motyw kojarzący się głównie z gatunkiem science fiction, odróżniałby ten obraz od wszystkich średniawych młodzieżowych rąbanek wyprodukowanych w XXI wieku, ale podejrzewam, że poważniejsze zacięcie w tym konkretnym przypadku zaszkodziłoby temu jakże chwytliwego wątkowi, na którym zbudowano zaskakująco trzymającą w napięciu slasherową opowieść o młodej kobiecie, od której wprost nie mogłam oderwać wzroku. O studentce, która znacznie wyróżnia się na tle pierwszoplanowych postaci zaludniających filmy wpisujące się w ten podgatunek horroru, która przez długi czas stanowi antytezę rasowej final girl. Jej osobowość jest przeciwieństwem charakterów czołowych kobiecych postaci pokazywanych w niezliczonych slasherach. Tree nie jest dziewicą, jak ognia unikającą używek i przeciwstawiającą się wszelkim młodzieńczym, kompletnie nieprzemyślanym wyskokom planowanym przez jej znajomych. Nie, główną bohaterkę „Śmierć nadejdzie dziś” poznajemy jako rozwiązłą seksualnie imprezowiczkę, która jest uwikłana w romans z żonatym wykładowcą, w ogóle nie przejmuje się uczuciami innych i przeżywa ciężkiego kaca po ubiegłonocnej zabawie, z której właśnie przez spożyty alkohol niewiele pamięta. Chociaż Tree stoi na pierwszym planie, przez długi czas bardziej upodabnia się do drugoplanowych kobiecych postaci ze slasherów. Do bohaterek, które zazwyczaj są najlepszymi przyjaciółkami final girls stanowiącymi ich kompletne przeciwieństwo. I przyznam szczerze, że to odwrócenie konwencji, ten typ czołowej bohaterki filmu slash, jaki zaprezentowano mi w omawianym obrazie, silniej przypadł mi do gustu od klasycznego obrazu „finałowej dziewczyny”. Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby każdy kolejny slasher obstawał przy takiej osobowości głównej bohaterki, żeby propozycja twórców „Śmierć nadejdzie dziś” była początkiem nowego trendu w tym nurcie kina grozy, bo jeśli o mnie chodzi niegrzeczne dziewczynki pokazywane na ekranie są większym gwarantem widowiskowości niźli przykładnie się prowadzące szare myszki, które starają się tonować swoich narwanych towarzyszy. Wspomniałam już, że recenzowane przedsięwzięcie Chrisophera Landona zaskakująco trzyma w napięciu, ale nie wyjaśniłam dlaczego to tak bardzo mnie zdumiało. Otóż, „Śmierć nadejdzie dziś” to kino stricte rozrywkowe, mainstreamowy horror ze sporą dawką humoru, a więc choćby już z tych powodów można się spodziewać kompletnie wyjałowionego z mrocznego klimatu patrzydła na jeden raz, o którym zacznie się zapominać już na początku napisów końcowych. Produkcji tak beznamiętnie podchodzącej do prawideł, którymi rządzi się ten gatunek filmowy, emanującej takim bezsensem, całą sobą krzyczącą, że metaforycznie rzecz ujmując jest towarem zdjętym z linii produkcyjnej, skrojoną pod tych stałych bywalców kin, dla których gatunek filmu nie ma znaczenia, liczy się tylko to, aby film był nowy. A tymczasem obraz Christophera Landona, pomimo najczęściej dosyć jasnej kolorystyki i praktycznie znikomej drastyczności, potrafi podnieść adrenalinę, zagrać na emocjach, otoczyć odbiorcę atmosferą nieuchronnego nieszczęścia, która ulega znacznemu zagęszczeniu w wielu sekwencjach poprzedzających zgony głównej bohaterki, dzięki nieśpiesznym przejściom od ataku Bobasa do śmierci jego ofiary, gdzie wszystko co pomiędzy filmowane jest z takim wyczuciem gatunku, że aż trudno uwierzyć, że ma się do czynienia z horrorem z głównego nurtu. I co istotne z punktu widzenia długoletniego wielbiciela slasherów w „Śmierć nadejdzie dziś” nie brakuje drobnych smaczków stanowiących niejaką wizytówkę tego podgatunku horroru – zobaczymy między innymi chwilowe ogłuszenie oprawcy i rezygnację z dobicia go albo powolne zbliżanie się z bronią do ponoć śpiącego mordercy zamiast zabicia go już w drzwiach, co znacznie zminimalizowałoby ryzyko. Takich nieprzemyślanych, żeby nie rzec nielogicznych zachowań głównej bohaterki będących celowych ukłonem w stronę tradycji filmów slash jest oczywiście więcej – z podejmowaniem wielokrotnych prób odkrycia tożsamości sprawcy na czele, bo przecież dużo łatwiej i szybciej byłoby po prostu zaczaić się na niego z bronią palną, co ułatwiała Tree wiedza o tym gdzie i kiedy się pojawi i zdjęcia maski z jego twarzy już po oddaniu śmiertelnego strzału – a każdy taki dodatek jest wpleciony w całość z takim smakiem i emanuje taką znajomością nurtu slash, że nie ma się wątpliwości, iż grupą docelową „Śmierć nadejdzie dziś” byli również, jeśli nie przede wszystkim, widzowie doskonale zaznajomieni z tym podgatunkiem horroru, Christopher Landon i jego ekipa nie zapominają o tej grupie odbiorców, a wręcz przeciwnie: próbują, i w moim przypadku skutecznie, przypodobać się im, sprostać ich wymaganiom podczas snucia historii, która w zarysie mocno odstaje od znanego im schematu, ale w szczegółach, także w przypadku portretu głównej bohaterki, stanowi doskonałe odzwierciedlenie tego co znają i kochają. Ponadto istnieje spora szansa, że końcówka zaskoczy niejednego widza, w takim samym stopniu, jak mnie. Aczkolwiek muszę zaznaczyć, że to co nastąpiło chwilę potem, sekwencja zamykająca, odrobinę mnie rozczarowała. UWAGA SPOILER Wolałabym niedopowiedzenie w postaci czarnego ekranu z odgłosem bijącego zegara. I niech każdy się zastanawia, jaki jest teraz dzień KONIEC SPOILERA
 
„Śmierć nadejdzie dziś” to jeden z lepszych horrorów z ostatnich lat, jaki widziałam. Zgrabny, trzymający w napięciu, ale też miejscami całkiem zabawny pastisz filmów slash, który owszem moim zdaniem nie dorównuje „Krzykom” Wesa Cravena i „The Final Girls” Todda Straussa-Schulsona, ale jak się okazuje wcale nie musi, żeby sprostać moim oczekiwaniom. Satysfakcja nie jest pełna, bo parę rzeczy można było poprawić, ale na tle większości współczesnych horrorów ta pozycja i tak wypada bardzo dobrze. Wydaje się być niemalże wyśmienitą propozycją dla wielbicieli slasherów. I entuzjastów kina rozrywkowego, ale nie tych, którzy tak bardzo przywiązali się do czystości gatunkowej, że ilekroć sięgną po coś bardziej eksperymentalnego spotykają się z głębokim rozczarowaniem, którzy zwyczajnie nie są w stanie zaakceptować absolutnie wszystkich hybryd komedii i horroru, którzy ze wstrętem wspominają między innymi wyżej wymienione pastiszowe produkcje.

piątek, 17 listopada 2017

Akcja CZYTAJ PL

Już w listopadzie w całej Polsce pojawi się 7 tysięcy darmowych wypożyczalni e-booków. Znajdziemy je m.in. na przystankach autobusowych, w restauracjach i w szkołach. Czytaj PL – jedna z największych na świecie akcji promujących czytelnictwo i jedyna taka w Polsce opanuje blisko 500 miast i mniejszych miejscowości na terenie całego kraju. Swoim zasięgiem wielokrotnie przebije poprzednie edycje i po raz pierwszy na taką skalę wykroczy poza granice kraju. Do wypożyczenia dostępne będą same bestsellery m.in. „Sekretne życie drzew” oraz „Shantaram”. 

Czytaj PL (www.czytajPL.pl) do tej pory było organizowane w niespotykanej w Polsce i na świecie skali, a w tym roku zasięg akcji będzie wielokrotnie większy. Akcja obejmie ponad 30 miast i dodatkowe 450, w których znajdują się szkoły biorące udział w akcji. Spośród 5000 zgłoszeń uczniów organizatorzy wyłonili 1000 Ambasadorów. Na ponad siedmiu tysiącach nośników pojawią się darmowe wypożyczalnie e-booków i audiobooków. Udostępnione zostaną kody QR do 12 bestsellerów, w tym 5 absolutnych nowości z 2017 roku. Po raz pierwszy w akcji weźmie udział 10 miast zagranicznych m.in.: Barcelona, Dublin, Lwów, Norwich, Nottingham, Praga i Reykjavik – Miasta Literatury UNESCO. Wszystko to będzie możliwe dzięki jednemu kodowi i jednej aplikacji. Zeszłoroczna edycja zachęciła do czytania tysiące osób. W tym roku przekona ich jeszcze więcej. Akcja organizowana jest już po raz piąty przez Krakowskie Biuro Festiwalowe, operatora programu Kraków Miasto Literatury UNESCO oraz platformę e-bookową Woblink.com. 
Wśród bestsellerowych książek każdy znajdzie coś dla siebie. W kategorii kryminał do wirtualnej wypożyczalni trafi szwedzka „Księżniczka z lodu” Camilli Läckberg, której powieści przetłumaczone zostały na ponad 40 języków w 60 krajach. Miłośnicy książek przygodowych będą mieli okazję przeczytać m.in. głośną powieść „Shantaram” Gregory'ego Davida Robertsa, która przedstawia historię legendarnego zbiega ukrywającego się w Indiach. W lesie dzieją się zdumiewające rzeczy! Odkryje je przed czytelnikami Peter Wohlleben w „Sekretnym życiu drzew”. Do wypożyczenia będą również nagrodzone Nagrodą Zajdla „Czterdzieści i cztery” Krzysztofa Piskorskiego, „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast” Filipa Springera, „#WstydźSię!” Jona Ronsona i „Korona śniegu i krwi” Elżbiety Cherezińskiej.

Do organizowanej z inicjatywy Instytutu Książki, pilotażowej odsłony akcji “Upoluj swoją książkę” zgłosiło się aż 1000 szkół ponadpodstawowych z całego kraju. Umożliwi ona wypożyczenie książki na 5 minutowej przerwie wprost z korytarza. Wystarczy smartfon i aplikacja. Na uczniów czekają również konkursy z atrakcyjnymi nagrodami. Ale to nie wszystko. W 200 restauracjach w ramach akcji „Czytaj PL na przystawkę” goście wypożyczą książki nie odchodząc od stolika, dzięki specjalnym nakładkom na menu.

Akcja Czytaj PL od początku jest organizowana w ramach programu Kraków Miasto Literatury UNESCO.

Aby skorzystać z darmowych wypożyczalni e-booków i audiobooków, należy pobrać aplikację Woblink ze sklepu App Store lub Google Play i przejść do zakładki Czytaj PL. Wystarczy jeden kod. Do całej kolekcji każdy może też zaprosić aż 5 znajomych. Czytaj PL trwa od 2 do 30 listopada. Lokalizator darmowych wypożyczalni e-booków można znaleźć na stronie www.czytajPL.pl


http://akcja.czytajpl.pl/
http://akcja.czytajpl.pl/obietnica.html



Lista dostępnych książek:

1. Wojciech Drewniak „Historia bez cenzury 2”
2. Krzysztof Piskorski „Czterdzieści i cztery”
3. Gregory David Roberts „Shantaram”
4. Filip Springer „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast”
5. Anna Kamińska „Wanda”
6. Jakub Małecki „Ślady”
7. Dan Ariely „Szczera prawda o nieuczciwości”
8. Elżbieta Cherezińska „Korona śniegu i krwi”
9. Camilla Lackberg „Księżniczka z lodu”
10. Peter Wohlleben „Sekretne życie drzew”
11. Jon Ronson „#WstydźSię!”
12. Marek Kamiński „Marek i czaszka jaguara”

Organizatorzy Czytaj PL: Krakowskie Biuro Festiwalowe, Woblink
Partner strategiczny: Instytut Książki
Organizatorzy odsłony w szkołach (Upoluj swoją książkę): Instytut Książki, Krakowskie Biuro Festiwalowe, Woblink
Wydawcy: Znak Horyzont, Wydawnictwo Literackie, Wydawnictwo Marginesy, Wydawnictwo Karakter, SQN, Smak Słowa, Zysk, Wydawnictwo Czarna Owca, Otwarte, Insignis Media, Znak Emotikon
Miasta partnerskie: Kraków, Poznań, Łódź, Wrocław, Gdańsk, Katowice, Lublin, Toruń, Częstochowa, Opole, Gdynia, Rzeszów
Pozostałe miasta biorące udział w akcji: Warszawa, Białystok, Bydgoszcz, Bytom, Chorzów, Mysłowice, Rybnik, Sosnowiec, Szczecin, Tychy
Miasta Literatury UNESCO biorące udział w akcji: Barcelona, Dublin, Dunedin, Edynburg, Lwów, Norwich, Nottingham, Praga, Reykjavik, Dundee
Patronat medialny: LubimyCzytać.pl, Niestatystyczny.pl
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa
Akcja objęta Patronatem Ministra Edukacji Narodowej


Źródło: wszystkie materiały podesłane przez wydawnictwo Smak Słowa / Business & Culture

czwartek, 16 listopada 2017

Shari Lapena „Nieznajoma w domu”

Karen i Tom Krupp to szczęśliwe małżeństwo mieszkające na bogatym przedmieściu Nowego Jorku. Ich dotychczasowe wspólne życie było zupełnie pozbawione większych trosk. Uważali się za idealną parę, toczącą wymarzoną egzystencję w spokojnym zakątku Stanów Zjednoczonych. Wszystko zmienia się w wieczór, podczas którego dochodzi do wypadku samochodowego w podejrzanej dzielnicy miasta. Karen po złamaniu kilku przepisów drogowych traci panowanie nad kierownicą i pojazd uderza w słup linii wysokiego napięcia. Kobieta doznaje wstrząśnienia mózgu i kilku innych niegroźnych obrażeń ciała. Od momentu przebudzenia w szpitalu utrzymuje, że nie pamięta niczego z tego feralnego wieczora. Nie potrafi wyjaśnić policji i swojemu mężowi, co robiła w owianej złą sławą dzielnicy, dlaczego przedtem w takim pośpiechu wybiegła z domu i złamała tyle przepisów ruchu drogowego. I co najistotniejsze nie jest w stanie powiedzieć detektywom z wydziału zabójstw kim jest zamordowany tego samego wieczora mężczyzna, z którym tuż przed jego śmiercią Karen najprawdopodobniej się spotkała. Lekarz zajmujący się nią w szpitalu twierdzi, że amnezja w przypadku wstrząśnienia mózgu nie jest niczym niezwykłym i istnieje duża szansa, że z czasem Karen wszystko sobie przypomni. Policjanci prowadzący tę sprawę mają jednak wątpliwości co do prawdomówności kobiety, dopuszczają możliwość symulowania częściowej utraty pamięci przez ich główną podejrzaną. Tom także nie potrafi jej zaufać, jest właściwie przekonany, że żona przez cały czas trwania ich związku coś przed nim ukrywała. Wkrótce okazuje się, że on również nie był z nią całkowicie szczery.

Kanadyjka, Shari Lapena, na rynku literackim zadebiutowała w 2008 roku powieścią „Things Go Flying”, która otrzymała nominację do Sunburst Award. W 2012 roku ukazała się jej druga książka, „Happiness Economics”, którą nominowano do Stephen Leacock Memorial Medal for Humour, a w 2016 roku odniosła całkiem spory międzynarodowy sukces dzięki pierwszemu thrillerowi w swojej pisarskiej karierze zatytułowanemu „Para zza ściany”. Poczytność, jaką cieszy się owa publikacja i ogrom pozytywnych recenzji, które zebrała, najprawdopodobniej stanowiły największą zachętę dla Lapeny, aby na dłużej zatrzymać się przy tym gatunku literackim. Kolejny dreszczowiec jej autorstwa, „Nieznajoma w domu”, ukazał się rok później i zdążył już zebrać wiele słów pochwalnych od zwykłych czytelników, krytyków i innych pisarzy.

„Para zza ściany” to jedno z moich większych odkryć literackich ostatnich lat. Fenomenalny thriller, który obudził we mnie podejrzenie (ale nie pewność), że właśnie obserwuję narodziny wielkiej gwiazdy, że jeśli tylko zdecyduje się ona pozostać przy gatunku, dzięki któremu rozsławiła swoje nazwisko ma dużą szansę dołączyć do panteonu najwartościowszych współczesnych autorów powieściowych dreszczowców. Lektura „Pary zza ściany” tak bardzo przypadła mi do gustu, że po najnowszą książkę Shari Lapeny sięgnęłam niejako w ciemno – nazwisko i przynależność gatunkowa były jedynymi danymi, którymi kierowałam się podczas wyboru lektury. Nie zapoznawałam się ze skrótowym opisem fabuły „Nieznajomej w domu”, ani tym bardziej z jej recenzjami opublikowanymi w Sieci, bo uznałam to za zbędny trud. „Para zza ściany” natchnęła mnie tak silnym postanowieniem przyjrzenia się kolejnemu thrillerowi Lapeny, jeśli tylko takowy pojawi się w Polsce, że absolutnie nic, żadne krytyczne słowa nie były w stanie odwieść mnie od tego zamiaru. Mimo wszystko nie pozwalałam sobie na zbyt duży entuzjazm, na wszelki wypadek zawsze staram się tłumić w sobie nadzieję, bo to pozwala uniknąć wielu rozczarowań. Choć oczywiście nie zawsze ta sztuka mi się udaje, ciągle pracuję nad zabijaniem tej przeklętej emocji, dlatego jak na razie odnoszę jedynie częściowe sukcesy. Właśnie taki niepełny sukces odniosłam w przypadku nastawienia do „Nieznajomej w domu” - wmówiłam sobie, że książka nie będzie wielką bombą, że pewnie zaobserwuję lekki spadek formy tej kanadyjskiej powieściopisarki, ale jednocześnie pozwoliłam sobie na przekonanie, że omawiany thriller okaże się na tyle dobry, żebym nie miała poczucia kompletnej straty czasu. I faktycznie, teraz nie wyrzucam sobie wyboru tej powieści, ale zgadza się również to, że dostrzegłam w niej pewien spadek jakości w porównaniu do „Pary zza ściany”. Uwidacznia się on w przewidywalności - właściwie przez cały czas o jeden krok wyprzedzałam autorkę. Może się to wydawać niewiele. Jeden kroczek to prawie tyle co nic, ważne, że już na początku nie rozszyfrowałam zakończenia... Ale w przypadku takiej konstrukcji fabularnej wspomniany mankament znacznie zyskuje na sile, nie pozwala odbierać tej opowieści w sposób, jaki próbowała narzucić autorka, ten najbardziej satysfakcjonujący, bo oszałamiający niespodziewanymi uderzaniami. Bombami, które nagle, bez żadnego ostrzeżenia zmieniają obraz całości, zmieniają nasze nastawienie do pierwszoplanowych postaci i kształt kryminalnej intrygi mozolnie rozpracowywanej przez dwóch detektywów z wydziału zabójstw. Nie wiem jak inni, ale ja miałam trochę czasu, żeby oswoić się z nową rewelacją i to jeszcze zanim Shari Lapena ją zaserwowała. A przez to, że nie mogłam mieć absolutnej pewności co do prawdziwości swoich podejrzeń zanim nie zostały one potwierdzone przez samą autorkę, przez wątpliwości, które do tego czasu siłą rzeczy mi towarzyszyły o piorunującym efekcie nie mogło być mowy. Częściową winę za przewidywalność ponosi moja znajomość stylu Shari Lapeny – „Para zza ściany” powiedziała mi czego powinnam wypatrywać, jaką perspektywę przyjąć i na co zwracać największą uwagę, bo Lapena w „Nieznajomej w domu” wykorzystała podobne zabiegi narracyjne. Wątpię jednak, żeby ciągle udawało mi się wyprzedzać autorkę o ten jeden nieszczęsny krok, gdyby swojej historii nie skleiła z tak popularnych motywów, z wątków, które wielokrotnie były już wałkowane zarówno przez powieściopisarzy, jak i scenarzystów. Tak, bez wątpienia przyczyniły się one do naznaczenia tej powieści niemałym stopniem przewidywalności, ale z mojego punktu widzenia przyniosły one tej historii także dużą korzyść.

Kryminalna intryga rozpoczyna się w momencie spowodowania wypadku przez Karen Krupp, gospodynię domową mieszkającą na przedmieściu ze swoim mężem Tomem. Ten wątek zostaje zawiązany już na początku powieści, Shari Lapena zanim jeszcze pozwoli nam dobrze zapoznać się z głównymi bohaterami „Nieznajomej w domu” opisuje wydarzenie, które jak można się tego spodziewać skomplikuje ich dotychczas bezproblemowy związek. Zaraz potem autorka przechodzi do nieoryginalnego, acz wciąż bardzo chwytliwego motywu częściowej utraty pamięci przez Karen i nie mniej znanego podejrzenia postaci ponoć dotkniętej amnezją o zabójstwo jeszcze wówczas niezidentyfikowanego mężczyzny. W tym momencie rodzą się pytania, czy kobieta rzeczywiście dopuściła się zbrodni, o którą jest podejrzewana i czy nie symuluje utraty wspomnień z tego feralnego wieczora, aby zwiększyć swoje szanse w nieuchronnie zbliżającym się starciu z wymiarem sprawiedliwości. Karen ewidentnie coś ukrywa, już na początku żaden odbiorca „Nieznajomej w domu” nie powinien mieć co do tego żadnych wątpliwości, ale nie jest takie pewne, że jej tajemnice mają jakiś związek z morderstwem popełnionym w podejrzanej dzielnicy Nowego Jorku. Pomimo tego, że wiadomo ponad wszelką wątpliwość, iż tego samego wieczora przebywała na miejscu zbrodni, że zostawiła tam coś, co do niej należało, i że w wielkim pośpiechu opuściła chylący się ku upadkowi budynek, w którym znaleziono podziurawione zwłoki mężczyzny. Pytania szybko zaczynają się mnożyć, pojawia się coraz więcej wątpliwości, grono podejrzanych zaczyna się rozrastać, a czytelnik nabiera coraz większej pewności, że ma do czynienia z dużo bardziej złożoną intrygą od tej zasugerowanej w pierwszej partii książki. Z opowieścią ulepioną z kilku motywów bardzo dobrze znanych każdemu długoletniemu wielbicielowi filmowych i literackich thrillerów, które stapiają się ze sobą w tak naturalny, niewymuszony sposób, że wprost nie można nie przyklasnąć biegłości Shari Lapeny w tej dziedzinie. Autorka wykorzystuje wyżej wspomniane i kilka innych wątków (których nie przedstawię, ażeby nikomu nie odebrać potencjalnego elementu zaskoczenia) charakterystycznych dla tego gatunku do zbudowania swojej własnej opowieści, w której nie znajdziemy żadnych, albo przynajmniej poważnych, przejawów zaniedbywania stopnia prawdopodobieństwa. Lapena nie naciąga faktów, nie zaniedbuje logiki sytuacyjnej, nie pląta się w swojej relacji, nie brakuje jej konsekwencji tj. ani na chwilę nie zapomina o podrzuconych wcześniej dowodach, o zasygnalizowanych tropach, które aż proszą się o jakąś interpretację. Przedstawiona przez nią intryga jest zwarta, spójna i bardzo prawdopodobna, a i portretom psychologicznym najważniejszych postaci nie można wyrzucać żadnych istotnych zaniedbań. Kanadyjka każdą płaszczyznę „Nieznajomej w domu” portretuje w sposób zwięzły, nie wdając się w rozwlekłe opisy miejsc, sytuacji i emocji towarzyszących czołowym uczestnikom tego „dramatu”, w dodatku cały czas pilnując aby akcja nie zwalniała zanadto na dłużej niż to jest konieczne i oczywiście często nadając jej jeszcze większy pęd od tego narzuconego w początkowej partii powieści. A najciekawsze w tym wszystkim jest to, że dynamizm nie przykrywa aspektów psychologicznych, nie utrudnia procesu „wnikania w skórę” pierwszoplanowych bohaterów przez czytelnika, nie ma się wrażenia śledzenia losów papierowych postaci, które byłyby nam kompletnie obojętne. Budzą silne podejrzenia, współczucie, sympatię i antypatię i właśnie zmuszenie mnie do obrania tych skrajnie różnych postaw względem nich uważam za największe osiągnięcie Shari Lapeny w tym konkretnym projekcie.

„Nieznajoma w domu” to nie „Para zza ściany” - osobom zaznajomionym z pierwszym thrillerem Shari Lapeny radzę nie nastawiać się na taki sam, moim zdaniem bardzo wysoki, poziom podczas zasiadania do lektury jej najnowszego dreszczowca. Tak na wszelki wypadek, bo oczywistym jest, że moje przekonanie o lekkim spadku formy tej kanadyjskiej powieściopisarki nie znajdzie odzwierciedlenia u absolutnie wszystkich odbiorców tych dwóch publikacji. Część czytelników może nawet dojść do wniosku, że „Nieznajoma w domu” przewyższa poprzedni thriller Lapeny, ale jeśli ktoś mnie pytałby o zdanie to bez namysłu wskazałabym „Parę zza ściany” jako zwyciężczynię tego umownego starcia. Niemniej omawianą powieść również muszę polecić fanom gatunku, ponieważ to że uważam to dokonanie za nieco słabsze od poprzedniego wcale nie oznacza, że nie dostarczyło mi ono żadnej przyjemności.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 13 listopada 2017

„Szatański trójkąt” (1975)

Straż Wybrzeża Stanów Zjednoczonych odbiera sygnał SOS nadany z owianego złą sławą obszaru Atlantyku nazywanego szatańskim trójkątem. Piloci Haig i Pagnolini docierają śmigłowcem do dryfującego szkunera nazwanego Requoit, z którego wysłano sygnał. Na pokładzie widzą zwłoki dwóch osób i nikt nie odpowiada na ich nawoływania. Haig zostaje opuszczony na statek w celu dokładnego przeszukania całego obiektu. Pod pokładem odkrywa unoszące się w powietrzu ciało trzeciego mężczyzny i kulącą się ze strachu kobietę, Evę. Próba wniesienia obojga do śmigłowca kończy się fiaskiem, a Pagnolini z powodu psującego się silnika i małej ilości paliwa zostaje zmuszony do powrotu do bazy. Haig i Eva muszą spędzić noc na dryfującym szkunerze w towarzystwie zwłok trzech mężczyzn, wśród których znajduje się ksiądz. Kobieta na prośbę Haiga relacjonuje mu ostatnie wydarzenia. Opowiada mu o polowaniu na marlina, które zostało zakłócone pojawieniem się ojca Petera Martina. Mężczyzna wyszedł cało z wypadku i od jakiegoś czasu dryfował po oceanie, dopóki nie został zabrany na pokład Requoit. Opłacona załoga szkunera zaraz potem opuściła szkuner w przekonaniu, że obecność księdza doprowadzi do jakiejś tragedii. Eva i jej znajomi, Salao i Strickland, zostali sami z uratowanym duchownym, który zapoznał ich z legendą tak zwanego szatańskiego trójkąta. Wydarzenia, które miały miejsce niedługo potem zmusiły Evę do podzielenia wierzeń niedawnej załogi Requoit.

„Szatański trójkąt” w reżyserii Suttona Roleya został nakręcony w latach 70-tych na potrzeby telewizji ABC. Scenariusz autorstwa Williama Reada Woodfielda zainspirowała historia Trójkąta Bermudzkiego, obszaru na Oceanie Atlantyckim, o którym krąży wiele niewiarygodnych historii z powodu zagadkowych zaginięć statków i samolotów. W filmie Roleya ten legendarny obszar nazywany jest szatańskim trójkątem z powodu opowieści, jakie krążą na temat tego rejonu wśród zabobonnych mieszkańców najbliższych lądów. Niniejsza produkcja jest mieszanką thrillera i horroru – klimat niesamowitości i kilka fabularnych smaczków splatają się tutaj z intrygą rodem z niektórych powieści detektywistycznych, szczególnie tych konfrontujących czytelników z zagadką zamkniętego pokoju. Tyle że tutaj zamiast zamkniętego na klucz pomieszczenia mamy dryfujący szkuner z trzema trupami i przerażoną kobietę, która była świadkiem ich śmierci.

„Szatański trójkąt” to jeden z mniej znanych, również w swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych, XX-wiecznych filmów grozy, utrzymany w klimacie niesamowitości i tajemniczości – konfrontujący widzów z zagadką śmierci trzech osób, w tym księdza, z wykorzystaniem jakże chwytliwego miejsca akcji. Dryfujący po Atlantyku szkuner Requoit, na pokład którego przybywa porucznik Haig ze Straży Wybrzeża Stanów Zjednoczonych niedawno był areną makabrycznych wydarzeń, które mogły być spowodowane ingerencją nadnaturalnych sił, na co wskazują lewitujące zwłoki mężczyzny znalezione pod pokładem. Z rozmowy, jaką Haig prowadził chwilę wcześniej ze swoim przyjacielem Pagnolinim w pilotowanym przez tego drugiego śmigłowcu, można wnieść, że jest on człowiekiem, którego niełatwo nakłonić do uwierzenia w rzeczy nadprzyrodzone. Kolega Haiga jest osobą głęboko wierzącą, chrześcijaninem, starającym się żyć zgodnie z naukami Jezusa Chrystusa i niemającym wątpliwości, że jego największy wróg, Szatan, również istnieje. Pagnolini nie byłby mocno zdziwiony, gdyby się okazało, że obszar w obrębie którego on i Haig znaleźli Requoit jest siedliskiem diabła. Jego przyjaciel natomiast wychodzi z założenia, że wszystko da się racjonalnie wyjaśnić. Zwłoki unoszące się nad podłogą też? Tak, ten widok na moment paraliżuje sceptycznego pilota, czemu trudno się dziwić. Udaje mu się jednak otrząsnąć i zmusić umysł do poszukiwań racjonalnego wytłumaczenia tego niecodziennego zjawiska. Dopomóc mu w tym może kobieta znaleziona pod pokładem Requoit, Eva, wykreowana przez Kim Novak, która jak na moje oko wypadła trochę gorzej od Douga McClure'a, wcielającego się w postać Haiga. Aktorka miejscami wpadała w denerwującą egzaltację, a innymi razy jej twarz przypominała kamienną maskę wbrew emocjom, które przekazywała głosem. Tego rodzaju niedociągnięcia warsztatowe co prawda nie zdarzały się często, ale faktem jest, że w kreacji McClure'a nie zauważyłam absolutnie żadnych niedoskonałości. Po odnalezieniu Evy, nieudanej próbie przedostania się na pokład śmigłowca pilotowanego przez Pagnoliniego i wreszcie po przymusowym odlocie przyjaciela Haiga, przychodzi pora na opowieść przerażonej kobiety. Pomoc najprawdopodobniej przybędzie dopiero rano, a porucznik bardzo chce dowiedzieć się, co się stało na pokładzie szkunera. Jak doszło do śmierci towarzyszy Evy, kobiety, która nie ma żadnych wątpliwości, że rękę do tego przyłożył sam Szatan. Moment rozpoczęcia jej historii przyniósł mi niemałe rozczarowanie, do tej chwili byłam bowiem przekonana, że William Read Woodfield inaczej ukierunkuje scenariusz. Fabuła dużo bardziej by mnie zainteresowała i w moich oczach o wiele lepiej koegzystowałaby z zaprezentowaną atmosferą niesamowitości, gdyby Haig (na przykład) nagle przeniósł się w czasie, stając się uczestnikiem oceanicznej wyprawy świadomym losu, jaki spotka trzech pozostałych mężczyzn przebywających na pokładzie Requoit. Gdyby „Szatański trójkąt” mówił o próbach zapobieżenia nieuchronnie zbliżającej się tragedii przez głównego bohatera filmu napięcie zyskałoby na sile, a i atmosfera nadnaturalności najpewniej wydawałaby mi się bardziej zagęszczona. Na korzyść koncepcji scenarzysty przemawia jednak dosyć nietypowe podejście do motywu Szatana, elementu tak silnie kojarzonego z horrorem religijnym. Bo jeszcze nigdy nie spotkałam się z obrazem traktującym o diable, który podobno żeruje na obszarze Trójkąta Bermudzkiego. Podobno, bo podczas wstawek retrospektywnych, podczas trwania opowieści Evy widz będzie musiał sam zdecydować gdzie należy szukać odpowiedzi. Czy za śmierć kompanów kobiety powinien obwinić Szatana, czy raczej skoncentrować się na szukaniu racjonalnego wyjaśnienia relacjonowanych przez Evę niedawnych wydarzeń?

W trakcie oglądania horrorów i thrillerów telewizyjnych nierzadko towarzyszy mi myśl, że twórcom danego filmu przyświecał zamiar stworzenia czegoś łatwego, prostego i przyjemnego. Niewymagającego myślenia, niestarającego się zbytnio dostarczać publiczności niezapomnianych, niezwykle silnych emocji, koncentrującego się na opowiadaniu historii, ale nie takiej, która miałaby szansę na dłużej osiąść w pamięci wielbiciela któregoś z wyżej wymienionych gatunków. Nieczęsto natomiast spotykam się z tak solidnym klimatem w telewizyjnych produkcjach, z taką złowieszczością bijącą z ekranu, jaką odbierałam przez większą część trwania „Szatańskiego trójkąta”. Oczywiście, gdyby scenariusz podążył w wyżej przeze mnie opisanym kierunku atmosfera najprawdopodobniej oddziaływałaby na mnie jeszcze silniej, ale w takim wydaniu też nie mam większych powodów do narzekań. Miejsce akcji, uszkodzony szkuner dryfujący po oceanie rozciągającym się wszędzie gdzie okiem sięgnąć, budzi iście klaustrofobiczne odczucia, sama sceneria (a należy jeszcze wspomnieć o ponurej kolorystyce) przytłacza wyalienowaniem i niemalże odbierającą dech ciasnotą, co zostaje doprawione pierwiastkiem domniemanego zagrożenia życia dwójki pierwszoplanowych bohaterów „Szatańskiego trójkąta”. Dowiadujemy się, że ten obszar Atlantyku jest owiany złą sławą, że na jego temat krąży legenda, w którą uwierzyła jedna z pasażerek Requoit. Eva. Kobieta, która tylko działalnością Szatana potrafiła wyjaśnić to, czemu niedawno świadkowała. Wszystko zaczęło się od wyłowienia z oceanu księdza Petera Martina, na którym jak wierzy wynajęta załoga Requoit ciąży swego rodzaju przekleństwo. Miałam już okazję obejrzeć kilka horrorów i thrillerów o rozbitkach ocalonych przez protagonistów przemierzających morza i oceany, którzy później zgotowali prawdziwe piekło swoim wybawicielom, dlatego postać ojca Martina, jeszcze przed ucieczką opłaconej załogi szkunera, uruchomiła wszystkie dzwonki alarmowe w moim umyśle. Ale nie zdradzę, czy moje podejrzenia względem duchownego były słuszne, nie wyjawię, w którym kierunku William Read Woodfield ostateczne popchnął swój scenariusz, za którą wersją finalnie się opowiedział. Za działalnością Szatana, serią zwyczajnych wypadków, czy sprawstwem człowieka, mordercy bądź morderczyni, który/a czyha teraz na życie Haiga? Tego nie wyjawię, ale nie omieszkam nadmienić, że to wyjaśnienie całej intrygi, które wybrano może co poniektórych nielicho zaskoczyć, za sprawą prostego, acz mającego dużą szansę powodzenia, zabiegu przeprowadzonego na pokładzie Requoit. UWAGA SPOILER Pokazanego tuż przed końcowym zwrotem akcji zabawienia się Haiga w Sherlocka Holmesa, kiedy to racjonalizuje on wszystkie wydarzenia, jakie niedawno rozegrały się na feralnym szkunerze KONIEC SPOILERA. Owszem, nie spodziewałam się takiego rozwoju wydarzeń w ostatnich partiach filmu, przyznaję, że twórcom udało się mnie zaskoczyć, ale efekt nie był jakoś super piorunujący. Nie wbiło mnie to w fotel, ale podejrzewam, że na publiczności z lat 70-tych XX wieku zrobiło dużo większe wrażenie – to jest na tych niezbyt licznych widzach, którzy w tamtym okresie po raz pierwszy zetknęli się z tym obrazem.

„Szatański trójkąt” Suttona Roleya to kolejny łatwy, prosty i do pewnego stopnia przyjemny telewizyjny film grozy, który może się szczycić przede wszystkim zgrabnym klimatem nadnaturalności, tajemniczości i klaustrofobicznego wyalienowania oraz zaskakującym (przynajmniej mnie) zakończeniem, ale sama historia, problematyka, którą omawiana produkcja porusza jakoś nieszczególnie do mnie przemówiła. Oglądało mi się to całkiem znośnie, ale wolałabym wybór innej tematyki. Czegoś bardziej trzymającego w napięciu, czegoś, co obudziłoby we mnie większą ciekawość, bo klimat i miejsce akcji obiecywały nieporównanie więcej. Całkowicie zaprzepaszczony potencjał to to jeszcze nie jest, ale w mojej ocenie, inna, niepociągająca za sobą dodatkowych kosztów koncepcja fabularna podniosłaby poziom tego obrazu. Możliwe jednak, że taki zamysł w pełni przemówi do wielu innych wielbicieli horrorów i thrillerów.

sobota, 11 listopada 2017

„Głębia zła” (2004)

W tajnym rządowym laboratorium na Alasce dochodzi do jakiegoś wypadku, który sprawia, że skomputeryzowany obiekt zostaje automatycznie zablokowany. Wtajemniczony w badania prowadzone w tej placówce profesor Peter Langdon informuje o zdarzeniu nadzorującą prace doktor Cole i zleceniodawcę z ramienia rządu, pułkownika Harrisona. Ten ostatni decyduje się wysłać na miejsce oddział Delta, złożony z majora Rossa, kapitan O'Brien, Trainora i sierżanta Halla pod dowództwem doktor Cole. Pułkownik nakazuje majorowi Rossowi szczególną dbałość o bezpieczeństwo Petera Langdona, który ma wynieść z placówki coś, co ma duże znaczenie dla wojska. Większość pomieszczeń została skażona, wszyscy muszą się więc poruszać w specjalnych skafandrach. Wydaje się, że wszyscy pracownicy nie żyją, że na terenie placówki nie ma żywej duszy. Tylko Cole i Langdon wiedzą z czym tak naprawdę mają do czynienia. Za zgodą pułkownika Harrisona, z którym mają łączność radiową, przybliżają majorowi Rossowi szczegóły projektu rządowego, który jak się właśnie okazało, na ich nieszczęście wymknął się spod kontroli. Sklonowana obca forma życia zdolna przybierać każdą postać, zajmować ogromne przestrzenie i infekować żywe stworzenia przebywające w jej pobliżu zdołała wydostać się z pomieszczenia, w którym była przechowywana. Teraz najważniejszym zadaniem oddziału Delta jest uniemożliwienie jej wydostania się na zewnątrz, bo to najpewniej doprowadziłoby do eksterminacji rasy ludzkiej.

Zrealizowany za zaledwie półtora miliona dolarów kanadyjski horror science fiction pt. „Głębia zła” w reżyserii Pata Williamsa i na podstawie scenariusza Kevina Gendreau i Keitha Shawa jest znany bardzo wąskiej grupie widzów. A wśród tych nielicznych osób, które zapoznały się z omawianym obrazem znajdują się głównie jego przeciwnicy. Tylko garstka odbiorców „Głębi zła” doceniła owe przedsięwzięcie. W jej skład weszli głównie miłośnicy filmów science fiction klasy B i to w dodatku tacy, którzy nie mają nic przeciwko sięganiu po silnie wyeksploatowane motywy. A właściwie to budowaniu z nich całych fabuł, których przebieg bez większych trudności mogą przewidzieć.

„Głębia zła” jest produkcją niszową, ukierunkowaną na wąskie grono odbiorców, takie, do którego sama się zaliczam. Większa część współczesnej publiki wychodzi z założenia, że od niskobudżetowego kina grozy nie należy wymagać zbyt wiele i że nie powinno się porównywać takich tanich obrazów do hollywoodzkich superprodukcji, bo to zupełnie inna liga. Kino, które już na starcie znajduje się na straconej pozycji właśnie przez niedostatki finansowe. Tymczasem mnie sporo czasu by zajęło wymienianie reprezentantów kina grozy klasy B, które z mojego punktu widzenia dosłownie miażdżą współczesny mainstream. Przede wszystkim XX-wiecznych pereł filmowego horroru, które w przeciwieństwie do efekciarskiego plastiku najprawdopodobniej nieprędko odejdą w zapomnienie (o ile w ogóle to nastąpi). Ogólnie rzecz ujmując z XXI-wiecznymi B-klasówkami sytuacja nie prezentuje się tak różowo, niemniej i tak dużo chętniej sięgam po horrory zrealizowane niższym kosztem niźli po szumnie reklamowane wysokobudżetowe twory trafiające na wielkie ekrany. Od tych drugich, w przeciwieństwie do jak się wydaje większej części opinii publicznej, nie wymagam zbyt wiele. Ot, nastawiam się na wyzuty z klimatu pokaz technologicznego bogactwa powpychany w nadmiernie rozpędzoną akcję i zazwyczaj dokładnie to dostaję. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że wchodzę w poczet „wymierającego gatunku”, że niewiele osób tak samo zapatruje się na kinematografię, dlatego w ogóle nie dziwi mnie, że „Głębia zła” spodobała się tylko garstce widzów. Nie jest to najlepsza niskobudżetówka z jaką miałam okazję się zapoznać, ale już samo to, że po latach chciało mi się do niej wrócić, że nabrałam ochoty na odświeżenie sobie tej pozycji wskazuje, że nie zachowałam wyłącznie złych wspomnień z projekcji tego tworu. Szczerze mówiąc to, co zapamiętałam przemawiało za wyborem na kawałek nocy właśnie tej produkcji, na ponowne przyjrzenie się projektowi Pata Williamsa. Mój stosunek do tego filmu nieco się ochłodził, zauważyłam bowiem kilka poważnych mankamentów, których przed laty albo nie dostrzegałam, albo szybko spuściłam na nie płaszcz zapomnienia. Ale nadal uważam, że „Głębia zła” odrobinę wybija się ponad średnią, co jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że od kina grozy klasy B wymagam więcej niż od wysokobudżetowych tworów, urasta do rangi sporego komplementu. Fabuła zasadza się na motywie, który nie ma w sobie ani krztyny świeżości i niesie niepożądaną przeze mnie obietnicę banalnej akcyjki z udziałem jakiegoś potworka oraz zaszczutych żołnierzy i naukowców. I twórcy „Głębi zła” istotnie nie uciekają od elementów kojarzonych z rzeczonym rodzajem kina, ale nie wydaje mi się, żeby przy tym spychali składowe charakterystyczne dla horroru na dalszy plan. Największym plusem tej produkcji, jak na moje oko, jest jej klimat. Przyblakłe, lekko przybrudzone zdjęcia widzimy już zanim główni bohaterowie przekroczą próg rządowej placówki na Alasce, ale gdy to nastąpi (a nie trzeba długo czekać na ich wejście do tajnego ośrodka) owe akcenty ulegną zwielokrotnieniu, zyskają na sile wyrazu głównie dzięki budzącemu klaustrofobiczne odczucia, mrocznemu miejscu akcji. Ale nie bez znaczenia jest również ciągłe uwypuklanie przez twórców obecności jakiegoś potężnego wroga. Przezroczysta maź zalegająca na podłodze i oblepiająca ściany, która zdaje się śledzić uzbrojonych bohaterów filmu, czekając na dogodny moment do ataku, dodaje upiorności temu usytuowanemu w głębi lasu, skażonemu budynkowi. Brudzi i tak zauważalnie zanieczyszczoną atmosferę i jednocześnie uwypukla pierwiastek przyczajonego zagrożenia. W pierwszej fazie przeprawy przez jak się wydaje wymarły obiekt badawczy, bo i na dosadność przyjdzie pora.

Część efektów specjalnych w miarę dobrze oddaje ducha horrorów science fiction z dawnych lat, ze szczególnym wskazaniem na lata 80-te XX wieku. Takie podejście największą korzyść przynosi ofiarom szybko postępującej choroby, zarazy, która zamienia ciała nieszczęśników w krwisto-ropną papkę. Chwilę przedtem objawiając się w formie ohydnych bąbli wykwitających na ich ciałach. Oczy zarażonych osobników robią się czarne, zaczynają wymiotować, a bąble z czasem pękają oblewając ich lepką ropą. Realistyczne, dopracowane w najdrobniejszych makabrycznych szczegółach obrazy pustoszenia organizmów zarażonych bohaterów „Głębi zła” to nie jedyny ukłon w stronę tradycji. Wygląd pozaziemskich stworów, energicznych potworków, które pojawiają się w dalszych partiach filmu także przywodzi na myśl science fiction z dawnych lat, tyle, że z tego przebija już denerwujący kicz – nie tego rodzaju, który potrafi chwycić mnie za serce, poruszyć jakąś sentymentalną strunę, wzmóc bolesną tęsknotę za niegdysiejszym spojrzeniem na kino grozy. Ale najgorsze i tak są efekty komputerowe. To już są wyżyny niezjadliwego kiczu, tandety posuniętej do takiego ekstremum, że chyba nie sposób się nie śmiać na widok tego czegoś. Tego, co objawia się między innymi podczas wnikania obcego organizmu w ciało człowieka, wyskakiwania z niego i teraz najlepsze (czytaj: najbardziej żenujące), podczas zmasowanego ataku pająków. Mam arachnofobię, ale widok wygenerowanych komputerowo pajęczaków rzadko robi na mnie jakieś wrażenie, co najwyżej mnie rozśmiesza i nie inaczej było w tym przypadku. Pokładałam się ze śmiechu podczas tej jakże sztucznej sekwencji. Nie mogę pojąć dlaczego uparto się na ingerencję komputera, dlaczego nie poprzestano na praktycznych efektach specjalnych, skoro twórcy tych drugich tak dobrze wywiązali się ze swojego zadania. Przecież gdyby nie te nieszczęsne CGI „Głębia zła” mogłaby wskoczyć o poziom wyżej w klasyfikacji przynajmniej co poniektórych oddanych miłośników horrorów science fiction klasy B. W moich oczach na pewno wówczas zyskałaby na wartości stricte rozrywkowej, pomimo przewidywalności znamionującej fabułę (nawet dwóch końcowych zwrotów akcji łatwo się domyślić). I liniowej akcji. Sprowadzenia jej do walki kilku ludzi ze sklonowanym pozaziemskim organizmem na mocno ograniczonej przestrzeni (widać tu pewien wpływ „Obcego – ósmego pasażera Nostromo” Ridleya Scotta), bo narracja okazała się bardzo przystępna, a i akurat ten motyw darzę dużą sympatią. Za to mocno przeszkadzały mi kreacje aktorskie – absolutnie żaden członek obsady nie przekonał mnie w pełni do odgrywanej przez siebie postaci ani Ona Grauer, ani Lorenzo Lamas, ani Jim Thorburn, ani Adam J. Harrington, ani tym bardziej sylwetki zajmujące dalszy plan. A szkoda, bo z mojego punktu widzenia połowę zadania ekipie udało się należycie wykonać – a ściślej scenarzystom, bo to oni opracowali sympatyczne osobowości bohaterów. Ich rysy psychologiczne nie mogą pochwalić się niczym odkrywczym, nie zostały też przedstawione w bardzo wnikliwy sposób, ale pozytywne postacie dają się lubić, jeśli tylko uda się przymknąć oczy na mizerny warsztat aktorów.

Długoletnim fanom niskobudżetowych horrorów science fiction jestem skłonna polecić „Głębię zła”, zastrzegając jednak, że film ma kilka poważnych felerów i zdecydowanie nie jest to jeden z najlepszych reprezentantów tego rodzaju kina. W ogólnym rozrachunku odbieram go na plus, ale obejrzałam już sporo dużo lepszych horrorów klasy B. Głównie XX-wiecznych, ale w bieżącym okresie (XXI wieku) nakręcono niejeden film grozy, który oceniłam zdecydowanie wyżej, dlatego nawet sympatykom niszowych horrorów science fiction radzę nie obiecywać sobie zbyt wiele. Bo wydaje mi się, że takie nastawienie może zaprocentować, że zwiększa szansę na to, że ich ocena „Głębi zła” zbliży się do mojej. A może będzie nawet wyższa.

czwartek, 9 listopada 2017

Michel Bussi „Czas jest mordercą”

Sierpień 1989 roku. Piętnastoletnia Clotilde Idrissi spędza wakacje z rodzicami i osiemnastoletnim bratem na Korsyce, półwyspie Revellata, który niemal w całości należy do jej dziadka ze strony ojca. Nastolatka dużo czasu spędza w samotności, przelewając swoje myśli i obserwacje na karty dziennika, który jeszcze tego samego lata zaginie. Stanie się to po wypadku samochodowym, w którym życie stracą jej najbliżsi, ojciec, matka i brat. Tylko Clotilde wyjdzie z tego cało.
Sierpień 2016 roku. Mecenas Clotilde Baron przybywa na półwysep Revellata wraz ze swoim mężem Franckiem i piętnastoletnią córką Valentine. Zajmują zarezerwowany wcześniej bungalow na kempingu Euproctes, planując spędzić tutaj piętnaście dni wakacji. Niedługo po przyjeździe Clotilde otrzymuje list napisany przez jej matkę albo przez kogoś, kto się pod nią podszywa. Ponadto dowiaduje się, że przed dwudziestoma siedmioma laty prawdopodobnie nie doszło do zwykłego wypadku, że najbardziej traumatyczne wydarzenie w jej życiu mogło być spowodowane przez osobę trzecią.

„Czas jest mordercą” to szósta wydana w Polsce powieść Michela Bussiego, jednego z najpoczytniejszych francuskich pisarzy, specjalizującego się w thrillerach/kryminałach. Autor ma już na koncie kilkanaście powieści i jest laureatem wielu literackich nagród. Jego dreszczowce zbierają niezliczoną ilość pochwalnych recenzji i są tłumaczone na kilkadziesiąt języków. Innymi słowy Bussi zdobył całkiem dużą międzynarodową sławę, ale osobiście nie mogę oprzeć się przeświadczeniu, że to i tak za mało, że jego popularność powinna obejmować dużo szerszy obszar. „Nigdy nie zapomnieć” i „Mama kłamie” wyrobiły we mnie przekonanie, że Michel Bussi to jeden z najlepszych autorów współczesnych thrillerów, dlatego z ogromnym entuzjazmem przystąpiłam do lektury „Czas jest mordercą”, powieści, która przeniosła mnie na malowniczą wyspę, kryjącą tajemnicę, której korzenie sięgają trochę ponad ćwierć wieku wstecz.

Na swojej oficjalnej stronie Michel Bussi zdradził, że omawiana powieść (jak wskazuje już sam tytuł) traktuje między innymi o nieubłaganym upływie czasu, pokazując jak bardzo z biegiem lat zmienia się perspektywa jednostki. Autor nie ubiera w słowa przełomowej myśli, gdy mówi o nastolatce z utęsknieniem czekającej na osiągnięcie pełnoletności, która dwadzieścia siedem lat później z nostalgią spogląda wstecz. Mieszanie teraźniejszości z przeszłością, przez większą część książki naprzemienne portretowanie dwóch okresów z życia głównej bohaterki Clotilde, pokazuje nam, jak bardzo zmienił się jej ogląd rzeczywistości. Bussi niejako portretuje dwa oblicza tej samej osoby, dwa różne sposoby patrzenia na świat, które po bliższym przyjrzeniu się okazują się mieć wiele punktów wspólnych. Sierpień 1989 roku diametralnie odmienił życie piętnastoletniej wówczas dziewczyny. Śmierć jej najbliższych kładła się cieniem na kolejnych dwudziestu siedmiu latach jej istnienia, ale mimo wszystko udało jej się zbudować rodzinę i satysfakcjonującą karierę zawodową. Clotilde Baron (za panny Idrissi) obecnie jest prawniczką specjalizującą się w sprawach rodzinnych, żoną i matką jedynaczki, ale jej życie rodzinne nie jest tak szczęśliwe, jakby sobie tego życzyła. Z dziennika piętnastoletniej Clotilde Idrissi prowadzonego przez nią podczas letniego pobytu na Korsyce w 1989 roku dowiadujemy się, że zawsze lepiej dogadywała się ona ze swoim ojcem, że nie znajdowała nici porozumienia z matką. I tak samo jest z nią i jej własną córką. Valentine ma dużo lepszy kontakt z ojcem, z mężczyzną u boku którego Clotilde trwa od wielu lat, nie czerpiąc jednak z tego związku takiej radości, o jakiej marzy każda kobieta. Wzajemne relacje członków rodzin Idrissich i Baronów mocno się do siebie upodabniają – to, czego dowiadujemy się z licznych retrospekcji na temat Clotilde i jej rodziców w wielu punktach pokrywa się z sylwetkami Baronów. Ale na tym podobieństwa się nie kończą. Sierpień 2016 roku z biegiem trwania lektury coraz bardziej będzie przypominał sierpień roku 1989, tak jakby te minione czasy odbijały się echem na teraźniejszości. Jakby historia zaczęła zataczać koło, jakby, metaforycznie rzecz ujmując, Clotilde wpadła nagle w jakąś pętlę czasową, po dwudziestu siedmiu latach względnego spokoju nieoczekiwanie znalazła się w rzeczywistości, która nieprzyjemnie upodabnia się do najgorszego miesiąca w całym jej życiu. Zarówno retrospekcje ubrane w formę dziennika piętnastoletniej dziewczyny, jak i spisane w trzeciej osobie aktualne (tj. z 2016 roku) dzieje pierwszoplanowej bohaterki „Czas jest mordercą” mają miejsce na malowniczej Korsyce, a ściślej na półwyspie Revellata, w przeważającej części będącej własnością dziadka Clotilde ze strony ojca. Najbardziej szanowanej osobistości w tych stronach, człowieka, który budzi największy lęk i podziw u miejscowych, który za czasów młodości Clotilde robił absolutnie wszystko, co w jego mocy, aby ochronić naturalny krajobraz półwyspu. Z czasem z jakiegoś powodu i ku głębokiemu niezadowoleniu Clotilde starszy człowiek przestał być strażnikiem Natury. Zezwolił na rozpoczęcie przemiany tego przepięknego azylu dla miłośników przyrody i tradycji, w hałaśliwą mekkę dla złaknionych luksusu turystów. Bussi poświęca trochę uwagi destrukcyjnym zapędom ludzkości, godnej najwyższej pogardy manii niszczenia środowiska naturalnego, wojnie jaką nasza rasa wypowiedziała Naturze, tak zwanej cywilizacji, która nie potrafi żyć w doskonałej harmonii z przyrodą i która na nasze nieszczęście (autodestrukcja) bierze we władanie coraz większe obszary Ziemi. Ale to nie niniejszy bezbłędnie zanalizowany problem stanowi motyw przewodni tej książki.

Byliśmy zwyczajną rodziną, kochaliśmy proste rzeczy, przyjeżdżaliśmy spędzać wakacje na słońcu. Na Wyspie Piękna. Nie wiedzieliśmy, że to piękno parzy, gdy ktokolwiek się do niego zbliży, że to piękno kłamie, że wymyka się temu, kto chce go dotknąć.

Akcja „Czas jest mordercą” rozwija się dosyć nieśpiesznie. Początkowe, długie partie powieści Michel Bussi poświęca na budowanie tajemnicy i powolne jej zgłębianie przez główną bohaterkę. Tropów Clotilde znajduje wówczas bardzo niewiele, ma jeszcze czas na dokładne przyjrzenie się każdemu z nich i wyciąganie z nich na bieżąco najbardziej logicznych wniosków, które z kolei prowadzą ją do następnego złowróżbnego śladu. Najbardziej zaskakuje ją list podpisany przez jej matkę, dokładnie bowiem pamięta widok martwego ciała swojej rodzicielki sprzed dwudziestu siedmiu laty. Malownicza wyspa, każdego lata nawiedzana przez turystów, list być może napisany przez kobietę, która od wielu lat powinna spoczywać w grobie i oczywiście tutejsza społeczność, przywiązani do tradycji Korsykanie, wśród których mogą się znajdować osoby stanowiące ogromne zagrożenie dla głównej bohaterki – to wszystko nadaje omawianej powieści iście gotycki posmaczek. Michel Bussi wyraźnie zahacza o tego rodzaju prozę, doskonale odnajdując się w tej stylistyce, wykazując się przeogromną dbałością o klimat odizolowania, zamkniętej (wpuszczającej na swój teren turystów, ale niedopuszczającej ich do kręgu wtajemniczonych), hermetycznej społeczności skrywającej jakieś mroczne tajemnice. I atmosferę nadnaturalności, najjaskrawiej zarysowywaną za sprawą domniemanej, nie niezaprzeczalnej, obecności ducha tragicznie zmarłej przed laty kobiety na półwyspie Revellata. Jest to bowiem tylko jedną z kilku możliwości wysnutych na kartach tej powieści. Przez osobę, która była bardzo ważna dla piętnastoletniej Clotilde, przez mężczyznę, którego ponownie spotyka dopiero po dwudziestu siedmiu latach, tym samym albo stając na skraju przepaści, albo docierając do bram raju – odnowienie tej relacji może zarówno okazać się zbawieniem dla udręczonej Clotilde, jak i przekleństwem, wydarzeniem, które zniszczy wszystko, co przez długie lata udało jej się zbudować. Główna bohaterka bierze jednak pod uwagę przede wszystkim dwie teorie wyjaśniające pochodzenie zaadresowanego do niej listu spisanego charakterem pisma jej matki. Wychodzi z założenia, że jej rodzicielka albo przeżyła wypadek, do którego doszło w 1989 roku, albo ma do czynienia z mistyfikacją, z człowiekiem, który z jakiegoś kompletnie nieznanego jej powodu podszył się pod jej matkę. Obok tej historii Michel Bussi snuje opowieść o piętnastoletniej fance „Soku z żuka” Tima Burtona, ze szczególnym wskazaniem na Lydię Deetz, wykreowaną przez uwielbianą przez nią Winonę Ryder. Opowieść o dziewczynie spędzającej jak się okaże najbardziej burzliwe lato w całym swoim dotychczasowym życiu u boku ukochanego ojca, irytującej ją matki i starszego brata, z którym pozostaje w przyjaznych stosunkach. I właściwie nie potrafię rozsądzić, który okres czasowy, który człon tej opowieści angażował mnie z większą siłą, bo Michel Bussi tak zręcznie je ze sobą stopił, z taką naturalnością przeprowadził mnie przez proces przenikania się tych, jak by na to nie patrzeć, dwóch różnych światów, że nie potrafię spoglądać na to inaczej niż na jedną, zwartą, idealnie się dopełniającą, doskonale zazębiającą całość. Osnutą przygnębiającym klimatem przemijania, przekonaniem o nieuchronności jednej tragedii i przeczuciem zbliżania się kolejnej, być może jeszcze większej, zakrojonej na o wiele szerszą skalę, obejmującej nieporównanie liczniejsze grono postaci. Wcześniej wspomniałam, że akcja „Czas jest mordercą” rozwija się powoli, dając do zrozumienia, że już w pierwszych partiach książki nie brakuje podsycających ciekawość rewelacji, ale proces dochodzenia do prawdy przez główną bohaterkę wówczas nie postępuje zbyt dynamicznie. To dobrze, bo czytelnik dzięki temu ma szansę dokładnie przyjrzeć się wszystkim tropom, spojrzeć na tę złożoną intrygę pod najprzeróżniejszymi kątami i oczywiście dać się porwać znakomicie oddanej atmosferze tajemniczości, zagrożenia i wyalienowania. Grozie kłębiącej się pod malowniczą powierzchnią pozornie rajskiej wyspy. Ale nie mniej oszałamiający jest spektakl rozgrywający się w dalszych partiach powieści, trzymający w napięciu ciąg coraz to bardziej zaskakujących wydarzeń. Michel Bussi z czasem zacznie w zastraszającym tempie przeskakiwać od jednego wyjaśnienia wymyślonej przez siebie, jakże porywającej intrygi, do następnego. I będzie to czynił dopóty, dopóki nie ostanie się ani jedna osoba, której będzie się jeszcze wydawało, że jest w stanie wyprzedzić autora choćby o pół kroku, że jest zdolna przewidzieć chociażby ogólnikowy zarys najbliższego zwrotu akcji. W tym wszystkim Michel Bussi jak na moje oko popełnia tylko jeden błąd. Tylko raz może nie tyle wpada w otchłań rażącej niewiarygodności, ile skłania się w stronę wątku, który wydaje mi się odrobinę naciągany. Idealnie wpasowujący się w tę intrygę, zachowujący logikę sytuacyjną, zgrabnie wkomponowujący się w świat przedstawiony „Czas jest mordercą”, ale jak dla mnie niezachowujący, tak ważnego w tym gatunku, wysokiego stopnia prawdopodobieństwa – nie jestem przekonana, czy coś takiego mogłoby zaistnieć we współczesnym świecie, w identycznych okolicznościach, ale kto wie? Kto to wie?

Niestety, jak na razie zapoznałam się jedynie z malutką częścią twórczości tego znakomitego francuskiego pisarza, przez co nie mogę z absolutną stanowczością stwierdzić, że Michel Bussi jest jednym z najrówniejszych autorów literackich thrillerów wśród tych, z twórczością których miałam okazję się zetknąć. Mogę jedynie stwierdzić, że „Czas jest mordercą” jakościowo mocno nie odstaje od „Nigdy nie zapomnieć” i „Mama kłamie”, nie widać tutaj drastycznego spadku formy w stosunku do tych dwóch poprzedniczek owego dziełka. Niczego, co zniechęciłoby mnie do kontynuowania swojej przygody z pisarstwem tego, i piszę to z całym przekonaniem, genialnego artysty. Pisarza, który do perfekcji doprowadził manipulację czytelnikiem, i który posiada naturalny talent do konstruowania wielce skomplikowanych, pomysłowych intryg już na wstępie chwytających człowieka za gardło i niepuszczających aż do ostatniej stronicy. Co najwyżej zacieśniających chwyt, tak że miejscami doprowadzających niemalże na skraj omdlenia.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 6 listopada 2017

„Totem” (2017)

Od śmierci żony przed paroma laty James mieszkał tylko z dwiema córkami, siedemnastoletnią Kellie i młodszą Abby. Ale ten stan rzeczy ulega zmianie, gdy do ich domu wprowadza się Robin, kobieta, z którą James od jakiegoś czasu się spotyka. Nowa lokatorka od początku bardzo się stara przekonać do siebie córki swojego ukochanego, ale tylko w przypadku młodszej z nich odnosi pewien sukces. Kellie nie potrafi jej zaufać i zaakceptować zmian wprowadzanych do ich życia przez dziewczynę ojca. Obecnie ma jednak poważniejszy problem, którym bezzwłocznie musi się zająć. Jej siostra już od dłuższego czasu utrzymuje, że kontaktuje się ze swoją rodzicielką, ale Kellie dopiero teraz zaczyna wierzyć, że ich dom jest nawiedzony. W przeciwieństwie do siostry wychodzi jednak z założenia, że zagraża im jakiś złośliwy byt, który nie ma nic wspólnego z ich matką. Nic oprócz zagadkowego związku z naszyjnikiem należącym niegdyś do ich rodzicielki.

Marcel Sarmiento ma już pewne doświadczenie w filmowym horrorze. Wraz z Gadim Harelem wyreżyserował „Martwą dziewczynę” na podstawie scenariusza Trenta Haaga i stworzył dwie krótkometrażówki: pierwszą na użytek antologii „The ABCs of Death”, a drugą dla „V/H/S: Viral”. Tematykę swojego drugiego pełnometrażowego horroru pt. „Totem” Sarmiento obmyślił z Evanem Dicksonem, który wziął na siebie przelewanie ich pomysłów na karty scenariusza. Wcześniej tylko raz próbował on swoich sił w charakterze scenarzysty, w krótkometrażówce zatytułowanej „Paisley”.

„Totem” to horror z nurtu ghost story, w którym nie brakuje tradycyjnych, szeroko wyeksploatowanych rozwiązań. Elementów silnie kojarzonych z tym podgatunkiem, ale pomysłodawcy tej historii nie ograniczają się jedynie do nich. Wplatają w swoją opowieść choćby wątek, który jeśli nawet nie może być uznany za przejaw wielkiej kreatywności z ich strony to przynajmniej nie ma się wrażenia obcowania z historią skleconą tylko i wyłącznie z najpopularniejszych motywów. Mowa oczywiście o tytułowym totemie (o innym później), który wpada w ręce głównej bohaterki filmu, siedemnastoletniej Kellie, w którą wcieliła się mało wiarygodna w tej roli Kerris Dorsey. Słaby warsztat aktorki nie był jedynym powodem mojej niechęci do pierwszoplanowej postaci, równie duże znaczenie miała wszak jej osobowość, rys psychologiczny, który nic tylko mnie irytował. Nastolatka na skutek śmierci matki i nieokrzesania jej ojca musiała przedwcześnie dorosnąć. Wziąć na siebie prowadzenie domu i otoczyć siostrę troskliwą opieką, którą dostawała również od ojca, ale najwięcej obowiązków związanych z jej wychowaniem przejęła właśnie Kellie. Powiecie pewnie, że to przecież godne najwyższego uznania, że są to cechy, które powinno się podziwiać, które naturalną koleją rzeczy powinny dopomóc w budowaniu nici sympatii do tej postaci. I może faktycznie by tak było, gdyby nie wspomniany „drewniany” warsztat Dorsey i denerwujące zachowanie bohaterki, w którą się wcieliła. Gdy do jej rodziny wkracza nowa osoba, dziewczyna jej ojca imieniem Robin (całkiem niezła kreacja Ahny O'Reilly) w pełni unaocznia się zaborczość siedemnastolatki. Okazuje się, że dziewczyna tak bardzo przyzwyczaiła się do roli pani domu, że nijak nie potrafi cieszyć się z przejęcia części jej dotychczasowych obowiązków przez nową lokatorkę. Na starania Robin reaguje niezadowoleniem, nie wykazuje większej gotowości do „uściśnięcia wyciągniętej dłoni” - zachowuje się raczej jak rozpieszczona nastolatka, która wolałaby aby nikt nie wkraczał na jej terytorium. Po części ze względu na uczucia ojca, a po części z konieczności zajęcia się pilniejszą sprawą, nie koncentruje się na prowadzeniu regularnej wojny z Robin, choć oczywiście nie odmawia sobie dawania jej do rozumienia, że nie jest zadowolona z jej obecności i poczynań. W „Totemie” warstwa obyczajowa jest dosyć silnie zarysowana, scenarzysta poświęca jej szczególnie dużo uwagi podczas pierwszych partii filmu, ale konflikt pomiędzy dwiema młodymi kobietami i ich relacje z pozostałymi domownikami szczerze powiedziawszy średnio mnie zajmowały. Twórcom „Totemu” nie udało się wykrzesać z tego co prawda konwencjonalnego, acz nośnego wątku jakichś żywszych emocji, w moich oczach wypadał po prostu płasko, jeśli nie liczyć narastającej irytacji na skutek zachowania Kellie. Z większym zainteresowaniem przyjmowałam fragmenty osadzone w stylistyce horroru, choć nie mogę powiedzieć, żebym nawet w tym przypadku była w pełni zadowolona ze stopnia swojego zaangażowania. Jak to na ogół w ghost stories bywa istota z zaświatów na początku dosyć nieśmiało manifestuje swoją obecność. A to zamknie nagle okno, a to będzie dotykać najmłodszą członkinię portretowanej rodziny, a to uruchomi czujniki ruchu swoimi nieodbieranymi przez ludzkie oko wędrówkami po salonie, czy zrzuci na podłogę kilka pucharów zdobytych przez Kellie w zawodach w bieganiu. Z czasem nadnaturalne zjawiska zaczną objawiać się z większą mocą, staną się bardziej dosłowne, a i wykonanie niektórych z nich nie powinno dać nikomu powodów do narzekań. Zakrwawione ciało tkwiące w przezroczystym worku mogło zostać zapożyczone z „Koszmaru z ulicy Wiązów” Wesa Cravena, a scenka z lustrem ukazującym nieoczekiwaną deformację twarzy osoby się w niego wpatrującej przypomniała mi „Ducha” Tobe'a Hoopera i chyba, bo ponoć niewymienionego w czołówce Stevena Spielberga. Ale chociaż nie dostrzegłam w tych dodatkach żadnej oryginalności to z dużym entuzjazmem przyjęłam te wstawki. Dzięki realistycznym, praktycznym efektom specjalnym, tak solidnemu wykonaniu, że jeśli już twórcy zapożyczali z wyżej wymienionych kultowych produkcji to miało to charakter pochwalny, nie prześmiewczy i w żadnym razie nie żenujący.

Tytułowemu totemowi jak dotąd poświęciłam znikomą uwagę, chociaż Marcel Sarmiento i Evan Dickson powierzyli mu może niekoniecznie centralne, ale z całą pewnością ważne miejsce w tej opowieści. Naszyjnik, który za życia należał do matki Kellie i Abby (w miarę przekonująca kreacja Lii McHugh) teraz staje się własnością jej starszej córki, siedemnastolatki, która szybko odkrywa drzemiącą w nim moc. Moc, która budzi w niej lęk, ale i ciekawość. Moc, która zdaje się mieć bezpośredni związek z bytem, z którym młodsza siostra Kellie już od jakiegoś czasu konwersuje. Znany motyw „wymyślonego przyjaciela” dziecięcej postaci tutaj został ukazany w formie sugestii, że dziewczynka kontaktuje się z duchem swojej własnej matki. Objawionej na początku, ale z czasem podanej w wątpliwość za pośrednictwem przekonań głównej bohaterki. Kellie nabiera bowiem pewności, że w ich domu gnieździ się jakiś inny byt, istota, która pragnie skrzywdzić wszystkich śmiertelników zajmujących tę nieruchomość, a utwierdza ją w tym UWAGA SPOILER śmierć ich kota (już o tym wspominałam, ale powtórzę, że bardzo bym chciała, żeby bohaterowie horrorów nie mieli żadnych zwierząt) KONIEC SPOILERA. „Totem” przez większą część swojego trwania porusza się więc utartą ścieżką, w której właściwie tylko tytułowy przedmiot można uznać za jakieś odstępstwo od reguły. W zdjęciach unaocznia się pewna posępność i w miarę zadowalająca ilość mroku, ale napięcia nie ma w tym zbyt wiele, za co w głównej mierze obwiniam pośpiech filmowców, niewystarczająco długi czas trwania sekwencji bezpośrednio poprzedzających uderzenia jakiejś wrogiej siły, tj. tych wstawek, które miały za zadanie znacznie zintensyfikować złe przeczucia, zagęścić aurę zagrożenia przed spodziewanym atakiem. Ta niełatwa sztuka na moim przykładzie (i może tylko moim, nie wiem) prawie wcale się twórcom nie udała, ale za to zaskoczenie w ostatnich partiach produkcji było bardzo duże. UWAGA SPOILER I znalazło się uzasadnienie dla odrzucającej osobowości Kellie, choć z drugiej strony efekt pewnie byłby jeszcze lepszy, bo wprawiający w większy dyskomfort, gdybym wcześniej zdołała polubić tę, jak się okazało, antybohaterkę. Że też nie udało mi się wcześniej właściwie odczytać tych jakże licznych sygnałów wysyłanych przez twórców omawianego obrazu – jak już cala tajemnica wychodzi na jaw okazuje się, że już na długo przedtem została ona co prawda niewyraźnie, ale jednak wykreślona. Wystarczyło jedynie spojrzeć na tę historię z lekkiego dystansu, odrzucić tę wyraźniejszą ewentualność, bo wtedy ta właściwa niejako automatycznie wskoczyłaby na jej miejsce. Nawet nie trzeba było tracić energii na szukanie jej, bo ona cały czas czekała, aż raczę na chwilę odsunąć od siebie tę fałszywą ścieżkę. Czego nie zrobiłam i dlatego dałam się przechytrzyć filmowcom KONIEC SPOILERA. Ostatnia partia ma fanom gatunku coś jeszcze do zaoferowania. Oprócz bardzo interesującego i (przynajmniej mnie) mocno zaskakującego zwrotu akcji na małe wyróżnienie zasługuje też warstwa gore. Osób dobrze zaznajomionych z krwawym kinem grozy, choćby nawet tylko tym XXI-wiecznym z całą pewnością taki pokaz przemocy w ogóle nie zniesmaczy, ale całkiem możliwe, że przynajmniej paru z nich podzieli moje pozytywne zapatrywania na substancję, która posłużyła za krew (realistyczna barwa i konsystencja) i uzna jeden ze zgonów za całkiem pomysłowy (ten z rzeźbą), a to już coś, jeśli idzie o współczesne horrory. Jump scenkę z twarzą zjawy na szybie i wcześniejsze generowanie jej świetlistej postaci na miejscu twórców dopracowałabym pod kątem wiarygodności, bo jak na moje oko tego zdecydowanie tutaj zabrakło.

„Totem” to w ogólnym rozrachunku taki średniaczek. To znaczy dla mnie. Produkcja, w której dostrzegam pewien duży plus i kilka mniejszych, ale niestety nie są one w stanie przykryć słabszych stron tego przedsięwzięcia. Odżegnywać nikogo od seansu jednak nie będę, bo myślę, że choćby dla tego najwyżej przeze mnie ocenianego elementu warto po ten obraz sięgnąć. To przede wszystkim on sprawia, że będę o nim pamiętać trochę dłużej – trochę, bo wątpię, żeby na trwałe osiadł w moim umyśle. Wywarł na mnie spore wrażenie, ale faktem jest, że na ekranie widziałam już bardziej zdumiewające, widowiskowe i zwariowane zagrywki twórców, o czym wspominam na wypadek, gdyby ktoś już nastawiał się na tak piorunujący efekt, jakiego jeszcze żaden horror na nim nie wywarł. Aż tak dobrze to nie ma, ale to wcale nie osłabia we mnie przekonania, że za to pomysłodawcom tej historii należy się pochwała. Pozostałe plusy na porównywalne brawa moim zdaniem nie zasługują, ale dzięki nim przynajmniej nie musiałam ciągle walczyć z pragnieniem przerwania seansu. Ciągle nie, ale przyznaję, że miejscami taka chęć się we mnie odzywała, dlatego radzę nie obiecywać sobie zbyt wiele – sięgnąć po „Totem”, ale bez wygórowanych oczekiwań.

sobota, 4 listopada 2017

„Shortwave” (2016)

Isabel i Josh wprowadzają się do nowoczesnego domu położonego w odosobnionym zakątku Stanów Zjednoczonych. Zaginięcie ich córki Amandy mocno nadszarpnęło ich wzajemne relacje, ale mają nadzieję, że zmiana miejsca zamieszkania wpłynie pozytywnie na ich małżeńskie pożycie. Zwłaszcza Josh ma taką nadzieję. Mężczyźnie zależy przede wszystkim na poprawie kondycji psychicznej Isabel, kobieta bowiem o wiele gorzej od niego przeżyła stratę córeczki. Niedługo po przeprowadzce Isabel zaczynają dręczyć halucynacje i niemożliwe do odparcia przeświadczenie, że w domu oprócz jej i jej męża jest ktoś jeszcze. Ktoś, kto najpewniej nie ma przyjaznych zamiarów względem nich. Może mieć to jakiś związek z odkryciem dokonanym przez Josha i jego współpracownika Thomasa. Po latach badań mężczyznom udało się znaleźć sygnał radiowy, który jak wiele na to wskazuje jest wysyłany przez istoty pozaziemskie.

Kręcący głównie filmy krótkometrażowe, laureat wielu nagród krajowych i międzynarodowych za niektóre z tych dokonań, Amerykanin Ryan Gregory Phillips, po raz drugi w swojej dotychczasowej karierze próbuje sił w pełnym metrażu (po „Southern Comfort” z 2014 roku). Szacuje się, że wyreżyserowany przez Phillipsa na podstawie jego własnego scenariusza film „Shortwave” kosztował trzysta pięćdziesiąt tysięcy dolarów (tak, dobrze rozumiecie, mowa o tysiącach, nie milionach). Oficjalnie został zaklasyfikowany do thrillerów science fiction, ale osobiście odbierałam go w kategoriach horroru science fiction zmiksowanego z filmem psychologicznym.


„Shortwave” to obraz niszowy, przeznaczony dla wąskiego grona odbiorców, wśród których znajdują się przede wszystkim osoby z niechęcią podchodzące do hollywoodzkich superprodukcji - filmów wprost przepełnionych drogimi efektami specjalnymi, z tak zawrotnym tempem akcji, że właściwie nie ma się czasu na dokładne przyjrzenie się osobowościom bohaterów. „Shortwave” przyjmuje perspektywę, która jest doceniana przez zaledwie ułamek współczesnej publiki, Ryan Gregory Phillips stawia bowiem na intymny przekaz, nieśpieszne snucie swojej historii przy wykorzystaniu oszczędnych środków i w niemałym skupieniu na czołowych postaciach zajmujących mocno ograniczoną przestrzeń. Nowoczesny, skomputeryzowany dom usytuowany w zacisznej okolicy, jak można się tego spodziewać staje się śmiertelnie niebezpieczną pułapką. Nie jest bezpieczną przystanią, w której młode małżeństwo cierpliwe odbudowuje swoje wzajemne stosunki tylko areną czystego koszmaru, w którego centrum tkwi nowa gospodyni tego domostwa, Isabel, kobieta, która w niedalekiej przeszłości przeżyła załamanie nerwowe, na skutek tajemniczego zniknięcia swojej małej córeczki Amandy. Josh też codziennie musi zmagać się ze świadomością straty dziecka, mierzyć się z dojmującym smutkiem, okrutnym poczuciem beznadziei i wszystko wskazuje na to, że w tej walce radzi sobie dużo lepiej od swojej żony. Isabel najczęściej jest apatyczna, wycofana, niemalże można zobaczyć ciężar jaki nieustannie dźwiga na swoich wątłych barkach, gdy tymczasem Josh jawi się niczym wojownik, poważnie zraniony, ale wciąż znajdujący w sobie siłę na podejmowanie prób ratowania swojego małżeństwa. Wydawać by się mogło, że film stworzony za tak niewielką gotówkę będzie grzeszył półamatorską realizacją, że oglądający zostanie zmuszony do niechcianej konfrontacji z chaotyczną pracą kamery, nieskoordynowanym montażem i niechlujnym kadrowaniem, ale Ryan Gregory Phillips i jego ekipa pokazują coś wręcz odwrotnego. „Shortwave” wydawał mi się być utrzymany w klimacie podobnym (nie identycznym) do tego widzianego w „Miesiącu miodowym” Leigh Janiak, aczkolwiek moja ogólna ocena omawianego obrazu jest nieco niższa. Później zdradzę dlaczego. W każdym razie realizacja w ogóle nie przyczyniła się do osłabienia przyjemności płynącej z oglądania omawianego dziełka. Generująca wrażenie wyalienowania zaciszna sceneria oddana w ponurych barwach, tak samo jak przestronne pomieszczenia okazałego domostwa, do którego właśnie wprowadziło się młode małżeństwo, uatrakcyjniana onirycznymi, doskonale zmontowanymi wstawkami, które podobnie jak migawkowe ujęcia stworów, co jakiś czas pojawiających się w pobliżu Isabel, ożywiały akcję, ilekroć zaczynała ona niebezpiecznie przechylać się w stronę marazmu – wszystko to tworzyło naprawdę wysmakowany klimat nieustannie zagęszczającego się zagrożenia, niemalże duszącą aurę niebezpieczeństwa, którego (częściową) naturę niestety bardzo łatwo jest przewidzieć. Ryan Gregory Phillips na początku może i wykazywał pewne starania w kierunku zaciemnienia istoty zagrożenia, ale jako że nie czynił tego z większym przekonaniem już wówczas odrzuciłam tę drugą ewentualność. Dalszy rozwój wypadków dał mi natomiast do zrozumienia, że Phillipsowi nie zależało na tym, abyśmy cały czas trwali w niewiedzy, co do istoty zagrożenia, a zdecydowanie wolałabym, żeby tak było. Scenarzysta niestety stosunkowo szybko opowiedział się po jednej ze stron, przygotowując kilka niespodzianek, ale wyłącznie w obrębie tej jednej, wybranej przez niego ścieżki fabularnej. UWAGA SPOILER Innymi słowy nie pozostawił widzom żadnych wątpliwości, co do tego, że to nie Isabel stanowi zagrożenie dla innych i samej siebie tylko pewne istoty, które wcale nie przybyły z innej planety, jak początkowo kazano nam sądzić KONIEC SPOILERA.

Koncepcja Ryana Gregory'ego Phillipsa nie obfituje w coraz to bardziej zdumiewające wątki, nie może nawet pochwalić się różnorodnością znanych motywów, lepszą czy gorszą żonglerką popularnymi rozwiązaniami fabularnymi. Tekst pod tym względem jest bardzo oszczędny – widać tutaj zamiłowanie Phillipsa do krótkiego metrażu, bo tak na dobrą sprawę scenariusz z łatwością mógłby zostać przez niego dostosowany do tej krótszej formy. Wystarczyłoby jedynie zrezygnować z licznych, długich zbliżeń na czołowe postacie, z w miarę drobiazgowego portretowania ich zwyczajnego życia w nowym domu i przekazywania przy tym towarzyszących im emocji. Twórcy „Shortwave” przede wszystkim za pośrednictwem tych zbliżeń nadają temu obrazowi mocno intymny ton, to one pomagają nam wniknąć w psychikę szczególnie Isabel. Josha również, ale w mniejszym stopniu, co nie jest wynikiem zaniedbań tej postaci przez operatorów tylko zostaje narzucone przez scenariusz. Napisałam, że to „pomaga nam”, ale rozminęłam się tutaj z prawdą. To stwierdzenie nie jest precyzyjne, to duże uogólnienie, przerzucenie moich własnych reakcji na całą grupę odbiorców „Shortwave”. A przecież moje zapatrywanie na narrację omawianego filmu na pewno uplasuje się w mniejszości, bo faktem jest, że taka leniwa forma opowiadania danej historii nie emocjonuje dużej części współczesnej publiki. Horror science fiction w pojęciu, jak się wydaje, większości współczesnych kinomaniaków powinien epatować wymyślnymi efektami komputerowymi, a jego akcja powinna pędzić do przodu w zawrotnym tempie, a nie co chwilę przystawać po to aby męczyć sympatyków tego rodzaju filmów wynurzeniami na temat protagonistów. I to w dodatku, w pewnym stopniu (nie zawsze) takimi, podczas których z ich ust nie pada ani jedno słowo, które każą nam czytać z ich twarzy i zachowania, z póz jakie właśnie przybierają, pamiętając przy tym o odpowiednim zagęszczaniu oblepiającej ich atmosfery beznadziei, zagrożenia, pozostawania w pułapce bez wyjścia, o wzmaganiu klaustrofobicznych doznań i atakowaniu wszędobylską ponurością. Tylko nieliczni widzowie będą w stanie docenić taką koncentrację na postaciach, jestem przekonana, że nie znajdzie się wielu odbiorców „Shortwave”, którym uda się tak bardzo zżyć z pierwszoplanowymi postaciami tego obrazu, jak miało to miejsce w moim przypadku, tylko ułamek tej grupy będzie potrafił te odbierane przez resztę, jako nieprzyjemne, usypiające wręcz przestoje, długie fragmenty z życia Isabel i Josha, obserwować w najwyższym skupieniu, z maksymalnym zainteresowaniem, które z biegiem trwania fabuły w moim przypadku konsekwentnie wzrastało, pomimo dużej przewidywalności. Wszak naprawdę chciałam wiedzieć, jak to wszystko się skończy, jaki los spotka lubianych przeze mnie bohaterów, bo akurat to nie było dla mnie jasne (lubianych pomimo wielu nieprzekonujących tonów wypowiedzi Juanity Ringeling wcielającej się w rolę Isabel - partnerujący jej Cristobal Tapia Montt moim zdaniem dużo lepiej sobie radził, ale też trzeba oddać aktorce, że miała dużo trudniejsze zadanie do wykonania). Finał okazał się w niemałym stopniu rozczarowujący, nie przeczę, że ten element tak jak dopuszczenie jedynie jednej interpretacji scenariusza (bo to tego rodzaju opowieść, która dużo by zyskała na niedopowiedzeniu) zaniżył moją ogólną ocenę „Shortwave”, ale w sumie zawsze mogło być gorzej. No i sekwencje bezpośrednio poprzedzające zamykające ujęcia szczęśliwie dla mnie zahaczały o stylistykę gore – nie do końca przekonującą, na pewno nie odstręczającą, ale przynajmniej komputer „nie maczał w tym palców”.

Jeśli lubisz kameralne, intymne, klimatyczne thrillery science fiction z dodatkiem kina psychologicznego to poświęć trochę czasu na „Shortwave” Ryana Gregory'ego Phillipsa. Niezbyt doświadczony w pełnym metrażu, acz odnoszący sukcesy w krótszych formach reżyser i scenarzysta omawianego filmu z całą pewnością nie celował w masowych odbiorców, nie pragnął upodabniać się choćby do Jamesa Camerona bądź Ridleya Scotta, czy to z autentycznej potrzeby zadowolenia pewnej niszy, czy ze zwyczajnego braku odpowiednich środków pieniężnych. „Shortwave” to obraz twórcy, który jeszcze się nie skomercjalizował – czas pokaże czy to w ogóle nastąpi, a póki co zachęcam wielbicieli minimalistycznych, powolnych filmów grozy do pochylenia się nad tym jego dziełkiem.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...