wtorek, 19 stycznia 2021

Zakupy

 
Książki, które ostatnio zagościły na mojej półce i które nie mają dużych szans na recenzję. Ale kto wie, co tam mnie najdzie... Tak czy inaczej prezentacja poniżej. Może ktoś coś dla siebie wzrokiem wyłowi.
 
Dean Koontz „W świetle księżyca”
Edward Lee „Miasto piekielne”
Edward Lee „Czachówa”
Louise Doughty „Black Water”
D.B. Thorne „Obserwator”
Alex Dahl „Życie za życie”
 
Michelle McNamara „Obsesja zbrodni. Prawdziwa historia najbardziej poszukiwanego seryjnego mordercy w USA”
Maureen Callahan „Drapieżnik. Prawdziwa historia najbardziej nieuchwytnego mordercy XXI wieku”
Wendy Moore „Chirurg. Krew, złodzieje ciał i narodziny nowoczesnej chirurgii”
Phoebe Morgan „Idealna opiekunka”
M.T. Edvardsson „Zupełnie normalna rodzina”
Judy Melinek, T.J. Mitchell „Skalpel”
Rachel Abbott „Zamknij drzwi”

poniedziałek, 18 stycznia 2021

Louise Candlish „Tuż za ścianą”

 

Lowland Way, enklawa części londyńskiej wyższej klasy średniej. Leżąca na obrzeżach miasta idylliczna ulica z pięknymi domami i skonsolidowaną społecznością. Cisza, spokój, bezpieczeństwo. Z tego słynęła Lowland Way do czasu pojawienia się Darrena Bootha i jego partnerki Jodie. Nowych sąsiadów, którzy nawet nie próbowali dostosować się do panujących tutaj zasad. W stosunkowo szybkim tempie zniszczyli wszystko, na co w ścisłym porozumieniu przez lata pracowali pozostali mieszkańcy Lowland Way. Ulica ta przestała być istnym rajem na ziemi, a stała się prawdziwym polem bitwy. Aż w końcu doszło do tragedii. Z wyłącznej winy skrajnie nieodpowiedzialnego Darrena Bootha. Tak przynajmniej uważają jego sąsiedzi, ale podejrzenia policji skupiają się na nich. Na ludziach, którzy sporo wycierpieli przez nieprzystosowanych, uciążliwych nowych sąsiadów.

Tuż za ścianą” (oryg. „Those People”) to trzeci thriller brytyjskiej autorki Louise Candlish, a drugi wydany w Polsce, po „Na progu zła” (oryg. „Our House”), zdobywcy British Book Award 2019 Crime and Thriller Book of the Year oraz bestsellera numer jeden (wydanie w miękkiej oprawie, ebook i audiobook), którego filmowa wersja jest już w przygotowaniu. Po raz pierwszy wydana w 2019 roku entuzjastycznie przyjęta, również w kręgach tak zwanych znawców literatury, opowieść o sąsiedzkiej wojnie, która doprowadza do najprawdopodobniej nieplanowanej i na pewno nieodwracalnej tragedii. Chwalony między innymi za błyskotliwe ironiczne poczcie humoru, umiejętne dawkowanie napięcia i zaskakujące zwroty akcji, kolejny hit od cieszącej się międzynarodową sławą, obecnie mieszkającej w południowym Londynie, autorki między innymi „The Swimming Pool”, wspomnianego już „Na progu zła” i wypuszczonego w 2020 roku (premiera światowa) „The Other Passenger”.

Sąsiedzi potrafią uprzykrzyć człowiekowi życie. A nawet do szczętu je zniszczyć. Sprawić, że każdy dzień i każda noc staje się najprawdziwszą udręką. Sielankę zamienić w koszmar. Idyllę w horror. Mieszkańcy Lowland Way boleśnie się o tym przekonują po pojawieniu się nowych sąsiadów. Pary, która nie pasuje do tego spokojnego miejsca. Odstaje od tutejszej ludności. Zgranej, żyjącej w harmonii społeczności, która bardzo dba o swoje miejsce na ziemi. Wyższej klasy średniej, która wprawdzie nie patrzy z góry na gorzej sytuowanych obywateli... Tak im się wydaje, ale postronny obserwator może odnieść zgoła inne wrażenie. Louise Candlish „Tuż za ścianą” oparła na niejednokrotnie już wykorzystywanym tak przez pisarzy, jak filmowców, motywie, delikatnie rzecz ujmując, sąsiedzkich nieporozumień w pozornie idyllicznej scenerii tym razem nie amerykańskiego, a angielskiego przedmieścia. W dzielnicy, gdzie na pierwszy rzut oka wszyscy są ze sobą bardzo zżyci, gdzie nikt nie ma prawa czuć się wykluczony, gdzie nikogo nie pozostawia się samego z jego przejściowymi problemami. Mieszkańcy Lowland Way razem pracują na wspólne dobro. Tak jest od lat, aż przychodzi nowe... Ale czy na pewno? Czy rzeczywiście przed pojawieniem się Darrena Bootha i jego drugiej połówki Jodie, na Lowland Way panowała taka powszechna zgoda? Czy faktycznie wszyscy tutaj tak bardzo się lubili? Formę, jaką Candlish nadała „Tuż za ścianą” trudno nazwać tradycyjną, choć część z tego ostatnimi czasy jest częstą praktyką zwłaszcza wśród autorów literackich dreszczowców. Mowa o przyjmowaniu wielu perspektyw (w trzeciej osobie), naprzemiennym serwowaniu rozdziałów każdorazowo tytułowanych imieniem postaci, którą stawia się w centrum wydarzeń. Czymś rzadziej spotykanym są fragmenty z policyjnych przesłuchań mieszkańców Lowland Way tuż po jakiejś wielce zagadkowej tragedii. Candlish ogranicza się do odpowiedzi udzielanych policjantom zajmującym się tą tajemniczą sprawą – pomija ich pytania – ale najlepsze jest to, że rzeczone urywki rozmów wybranych mieszkańców Lowland Way wyprzedzają właściwą akcję książki (jak w „Carrie” Stephena Kinga). Po każdej takiej wstawce Candlish włącza przewijanie do tyłu. Przenosi nas w tygodnie poprzedzające nieznaną katastrofę, która wstrząśnie tą sąsiedzką wspólnotą. Autorka „Tuż za ścianą” tą tajemniczą tragedię na londyńskim przedmieściu potraktowała jako punkt, z którego odchodzą dwie linie. Jedna idzie do wewnątrz, a druga na zewnątrz. Od retrospekcji z krótkimi i na dobrą sprawą niewiele mówiącymi skokami w przyszłość (każdy taki pobyt jest krótkotrwały) do umownej teraźniejszości. Jeśli brzmi to skomplikowanie, to przepraszam za wprowadzenie w błąd, bo naprawdę łatwo się w tym odnaleźć. Ani razu nie dopadło mnie przeświadczenie o narracyjnym chaosie, ani razu nie miałam wrażenia, że Candlish niepotrzebnie rzecz komplikuje, że wprowadza niepożądane zamieszanie poprzez tę niecodzienną formę. Jak to się mówi: przerost formy na treścią? Nie w „Tuż za ścianą”. Uważam, wprawnie skonstruowanej, misternie splecionej intrydze, która jest pochodną kilkutygodniowej zawziętej wojny sąsiedzkiej. A w tego rodzaju bitwach zwykle nie bierze się jeńców...

Wyobraźcie sobie, że tuż za ścianą macie ludzi, którzy nie tylko za dnia, ale również w środku nocy, zwykli na cały regulator puszczać muzykę heavymetalową. Telewizję zresztą też lubią na maksa pogłaśniać. A jakby tego było mało są w trakcie generalnego remontu, który jak wszystko na to wskazuje, szybko się nie skończy. Wiercą, stukają, piłują od rana do wieczora. Sześć dni w tygodniu, ale i w każdą niedzielę zazwyczaj przez parę godzin w ten sposób zakłócają Wasz spokój. Do tego każdą wolną przestrzeń zastawiają starymi samochodami, w ten sposób zmuszając Was do parkowania dość daleko od domu. Nic przyjemnego, prawda? No to teraz wyobraźcie sobie, że mieszkacie w dzielnicy, w której panują ściśle określone zasady. Zasady narzucane przez innych. Samozwańczą władzę. Władzę sąsiedzką. Nie hałasuj. Nie uruchamiaj samochodu w niedzielę, bo w tych dniach cała ulica staje się placem zabaw dla dzieci. Nie wychylaj się, a jeśli już koniecznie chcesz wyjść z jakąś inicjatywą, to postaraj się jak najlepiej ją przedstawić, tak żeby zyskać poparcie sąsiadów. Nie, nie wszystkich. Wystarczy jedna, góra dwie osoby. Wystarczy zyskać akceptację przywódców lokalnej społeczności. Niby na Lowland Way nie ma hierarchii, niby wszyscy są równi... no, ale niektórzy są równiejsi. Naomi i Ralph Morganowie. Najbogatsi ludzie w tej podmiejskiej dzielnicy. On impulsywny, zarozumiały, skory do bitki właściciel wartej wiele milionów firmy; ona ostrożna, działająca w zgodzie z literą prawa, temperująca narwanego męża, właściwie to trzymają go pod pantoflem, mająca najprawdziwszy talent do opracowywania różnych strategii, które nadzwyczaj energicznie wciela w życie. Dla dobra ogółu. Ta dwójka tak naprawdę rządzi na Lowland Way. To oni cieszą się największym autorytetem w tej niewielkiej społeczności. Czy się to komuś podoba, czy nie. Bratowej Ralpha, Tess, z całą pewnością to się nie podoba. Nie podoba jej się, że jej własny mąż, Finn, bardziej liczy się ze zdaniem swojego brata i jego małżonki niż jej, swojej życiowej wybranki. I nie podoba jej się, że Naomi uczyniła ją samą kimś w rodzaju swojej służącej, która nie tylko ma robić, co jej każe, ale i myśleć tak jak ona. A przynajmniej tak to odbiera Tess, bo postacie zaludniające ten thriller psychologiczny raczej nie są osobami godnymi zaufania. Candlish daje nam rozliczne powody, by sądzić, że w sumie każdy z tych dumnych mieszkańców Lowland Way może mieć nieco wypaczony obraz świata. Że ci ludzie nie do końca myślą w taki sposobów, co cichy obserwator wydarzeń, jakie rozgrywają się na tym londyńskim przedmieściu od chwili pojawiania się nieprzyjaźnie nastawionego Darrena Bootha i jego nie mniej zadziornej partnerki Jodie. Z drugiej strony z ich perspektywy może to wyglądać zgoła inaczej. W oczach tej dwójki ta zwarta, hermetyczna wręcz społeczność ma prawo jawić się jako... banda pomyleńców uważająca się za nie wiadomo kogo. Nieudolnie maskująca swoją pogardę dla ludzi gorzej sytuowanych. Nie wiem, kto gorszy. Nie wiem kogo wolałabym mieć za sąsiadów – hałaśliwych, skupionych wyłącznie na sobie Darrena i Jodie, czy narzucających jakieś własne zasady (niefunkcjonujące w systemie prawnym, legalne, ale bardziej restrykcyjne), wręcz z butami wchodzących w życie innych, przemądrzałych, zadufanych... bogaczy? W każdym razie na pierwszy rzut oka może wydawać się, że na Lowland Way mieszkają tylko ludzie, którym powodzi się finansowo. Tylko Darren i Jodie odstają od reszty. Wyglądają, jakby wyszli wprost ze slumsów. I tak też się zachowują. Stereotyp? A i owszem, ale w „Tuż za ścianą” może nie tyle przejmujemy, ile konfrontujemy się ze spojrzeniem „tych lepszych”, a oni tak właśnie myślą. Tak, choć się do tego nie przyznają (nawet przed sobą) sąsiedzi Darrena i Jodie uważają się za lepszych od innych. Zapewne nie wszyscy, ale zwykle tak są odbierani na zewnątrz. Niekoniecznie taki jest ich zamiar, ale tak czy inaczej emanują jakąś energią, która każe innym trzymać się na dystans, która działa odpychająco na (generalizując) osoby z tak zwanych niższych warstw społecznych. „Tuż za ścianą” to nie tylko trzymający w napięciu thriller psychologiczny o eskalacji przemocy na pozornie sielskim, coraz mniej malowniczym przedmieściu, ale i inteligentna satyra na klasę średnią i szerzej życie na „wymarzonym” angielskim osiedlu. W miejscu jak z pocztówki. Okazałe domy, równo przystrzyżone trawniki, kolorowe rabaty pod oknami, kameralne przyjęcia w sąsiedzkim gronie, oddolne inicjatywy hipotetycznie jeszcze poprawiające jakość życia wszystkich mieszkańców tego „rajskiego zakątka planety”. Tej Wisteria Lane w wydaniu brytyjskim. Tego przepięknego obrazka, który przypuszczalnie już od jakiegoś czasu gnije od środka. Można założyć, że ten proces zaczął się na długo przed pojawianiem się Darrena Bootha i jego kochanej Jodie. „Anomalii”, odchyłów od normy, jednostek nieprzystosowanych. Do życia w tym miejscu. Przykuwające uwagę, dość pieczołowicie rozpisane i wbrew pozorom bardzo zróżnicowane portrety psychologiczne. Zręczne podsycanie ciekawości w odbiorcy – nie tylko co do szczegółów tragedii, do jakiej, jak uświadamia się nas już na początku tej zwariowanej, ale i całkiem mrocznej przygody, ale tutaj moim zdaniem Candlish zaszalała najmocniej. Bawiła się tą niebywale uwierającą mnie zagadką, która na dodatek znalazła doprawdy wstrząsające, depresyjne rozwiązanie. A te z kolei przyniosło kolejne pytania. Wiemy co i domyślamy się jak, ale nie wiemy kto. I nie myślcie, że na tym ta nowa architekt intryg wszelakich na beletrystycznych poletku, poprzestanie w drugiej partii tego prawie doskonale skonstruowanego thrillera. Prawie, bo późniejsze zwroty akcji, udało mi się przedwcześnie rozpracować. Niemniej nader niechętnie opuszczałam ten (nie)gościnny światek sąsiedzkich knowań, złośliwości, narastającej agresji tak słownej jak fizycznej i bezradności systemu przynajmniej dopóki ktoś nie straci życia. Z wrednym sąsiadem nie wygrasz...

Louise Candlish nie wyhamowuje. Po emocjonującym thrillerze psychologicznym w Polsce wydanym pod tytułem „Na progu zła”, na naszym rodzimym rynku zawitało kolejne, moim zdaniem, udane dzieło tej brytyjskiej bestsellerowej powieściopisarki. Właściwie to „Tuż za ścianą”, to efektywne zestawienie ironicznego dowcipu, błyskotliwej satyry z mrocznym psychologicznym dreszczowcem, dostarczyło mi jeszcze większych wrażeń. I tylko utwierdziło w przekonaniu, że Louise Candlish to jedna z tych autorek, której pisarski rozwój śledzić po prostu muszę. Jeśli tylko wytrwa w gatunku, w którym w moim uznaniu spisuje się na medal i oczywiście jeśli polscy wydawcy wytrwają przy niej:) we mnie na pewno będzie miała stałą czytelniczkę. Jedną z wielu.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 16 stycznia 2021

„Alone” (2020)

 

Pół roku po samobójczej śmierci męża Jessica Swanson decyduje się zamieszkać z dala od rodziny. Pewnego dnia nie uprzedzając nikogo, pakuje najpotrzebniejsze rzeczy, wsiada do samochodu i wyrusza w długą podróż do nowego miejsca zamieszkania. Podróż, która zostaje zakłócona przez nieznajomego natrętnego kierowcę. Mężczyzna nie okazuje jej wrogości, ale Jessica jest do niego nieufnie nastawiona. Z czasem kobieta nabiera przekonania, że nieznajomy podąża w ślad za nią. A niedługo potem natręt przypuszcza zdecydowany atak. Zagubiona w lesie, okaleczona kobieta, która jeszcze nie przepracowała żałoby po ukochanym mężu, podejmie desperacką walkę o życie z nieustępliwym zwyrodnialcem.

Amerykański survival thriller w reżyserii Johna Hyamsa, obecnie pracującego - ramię w ramię z Nicolasem Windingiem Refnem, reżyserem między innymi „Drive” (2012) i „Neon Demon” (2016) - nad serialem opartym na filmowym cyklu „Maniakalny glina” Williama Lustiga, twórcy między innymi „Maniaka” (1980). „Alone” Johna Hyamsa jest remakiem szwedzkiego thrillera pt. „Zaginiona” (oryg. „Försvunnen”) Henrika JP Åkessona i Mattiasa Olssona – ten drugi jest autorem scenariuszy obu wersji. Hyams zainteresował się tym materiałem dlatego, że nasunął mu skojarzenia z paroma jego ulubionymi filmami: „Pojedynkiem na szosie” Stevena Spielberga, „Zniknięciem” George'a Sluizera oraz „Uwolnieniem” Johna Boormana. Poza tym ujął go również minimalizm w ekspozycji i dialogach, koncepcja „kobieta kontra mężczyzna i kobieta kontra Natura” oraz „wewnętrzna historia bohaterki, która staje się lustrzanym odbiciem lub historią równoległą do tego, co dzieje się na zewnątrz”. Pierwszy pokaz bardzo dobrze przyjętego przez krytykę „Alone” miał miejsce w marcu 2020 roku na Mammoth Film Festival, a we wrześniu tego samego roku rozpoczęto dystrybucję internetową.

Nie miałam jeszcze okazji zobaczyć pierwowzoru „Alone” Johna Hyamsa, szwedzkiego thrillera w reżyserii Henrika JP Åkessona i Mattiasa Olssona, więc porównań nie będzie. Za to mogę z całą stanowczością przyznać rację „kierownikowi tego zamieszania”, który to dopatrzył się w niniejszej opowieści podobieństw do „Pojedynku na szosie”, „Zniknięcia” i „Uwolnienia”: kultowych dreszczowców, które zainspirowały już niejednego twórcę. Właściwie przynajmniej dwa z nich („Pojedynek na szosie” i „Uwolnienie”) spopularyzowały w kinie po dziś dzień wykorzystywane schematy fabularne. Jednak tym, co w największym stopniu przykuwało moją uwagę do fikcyjnej historii Jessiki Swanson była swoista zabawa tymi i innymi znanymi schematami. Zupełnie jakby scenarzysta powyrywał z wybranych thrillerów upatrzone motywy i skleił je na nowo. W innej konfiguracji. W kilku rozdziałach (każdy ma swój tytuł) przedstawiono w „Alone” koszmarne przeżycia samotnie podróżującej kobiety, która przed paroma miesiącami doświadczyła nieodwracalnej straty. W pierwszej fazie narodziło się we mnie mocne przekonanie, że mam do czynienia ze swego rodzaju powtórką „Pojedynku na szosie”. Kolejnym obrazem powstałym pod natchnieniem tym ponadczasowym widowiskiem Stevena Spielberga opartym na opowiadaniu Richarda Mathesona. Kolejną wariacją na temat „dwóch skonfliktowanych kierowców”. Co więcej twórcy postarali się, by półciężarówka, którą podróżuje czarny charakter, podobnie jak w „Pojedynku na szosie” była odbierana niczym osobna postać. Prawie jak żywy organizm, działający równie odpychająco jak jego właściciel. A przynajmniej taki był zamiar filmowców. „Alone” to tak naprawdę spektakl dwóch aktorów (choć w pewnym momencie pojawi się ktoś trzeci). To znaczy aktora i aktorki, Jules Willcox i Marca Menchacy, którzy ogólnie rzecz biorąc przekonali mnie do swoich występów. Tyle że Menchaca trochę bardziej. Główna bohaterka filmu, Jessica Swanson, już w pierwszej scenie rusza w kilkudniową podróż, która tak naprawdę jest przeprowadzką do nowego lokum. Więc można powiedzieć, że od początku jesteśmy w drodze. Tak, tak, film drogi. Migiem przez miasto, a potem przenosimy się w leśną scenerię – wraz z bohaterką przemierzamy asfaltową szosę po bokach mając zwarte ściany wysokich, wiekowych drzew. Zdjęcia „z lotu ptaka” nie pozostawiają wątpliwości, że ten dziki teren jest przeogromny. Bezkresny... To tutaj droga Jessiki przetnie się z drogą zupełnie obcego jej mężczyzny, który co prawda po pierwszej „wpadce” pokazuje jej wyłącznie przyjazne oblicze, ale Jess nie traci czujności. W przeciwieństwie do jakichś osiemdziesięciu, może nawet dziewięćdziesięciu procent bohaterów/bohaterek kina grozy, Jessica jest bardzo ostrożna w kontaktach z obcymi. A na pewno z kierowcą, który zdążył napędzić jej niemałego strachu. Wyglądało mi jednak na to, że i nawet bez tego wcześniejszego przykrego incydentu na drodze, Jess patrzyłaby na niego z porównywalną podejrzliwością. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że bohaterka „Alone” już podczas ich pierwszej rozmowy instynktownie wyczuła, że człowiek ten usilnie stara się przekonać ją, że jest zupełnie nieszkodliwy, że nie ma wobec niej złych zamiarów. Uprzejmość bezimiennego kierowcy półciężarówki to jedynie maska – takie przeczucie, zdaje się, już wtedy ogarnęło tę samotnie podróżującą kobietę. Przeczucie, które (i żadna to niespodzianka) okazało się jak najbardziej trafne. Chociaż Jessica z całą pewnością nie brała pod uwagę aż takiego zagrożenia z jego strony, jakie już wkrótce na nią sprowadził.

Niefortunne spotkanie dwóch nieznających się kierowców i nazwijmy to zaognienie sytuacji na drodze, w pewnym momencie przejdzie w motyw porwania. Twórcy zaprowadzą nas do drewnianej chatki w lesie, w której główna bohaterka przeżyje jeszcze większą mękę niż wcześniej. Uwięziona w głuszy przez nieobliczalnego mężczyznę, bez wątpienia psychopatę i jeśli wierzyć jego własnym słowom, seryjnego zabójcę, który na swoje główne cele wybiera młode kobiety. Takie jak Jessica Swanson. Samotne dusze, na których wyładowuje swoje sadystyczne, skrajnie perwersyjne skłonności. Znęca się nad nimi głównie psychicznie i seksualnie, a kiedy już się nasyci, pozbawia ich życia i zakopuje ich zwłoki z dala od ludzkich siedzib. Muszę przyznać, że filmowcy całkiem zgrabnie, płynnie przechodzą od motywu drogowego dręczyciela do motywu uwięzienia człowieka w odludnym miejscu. To samo mogę powiedzieć o następnym skręcie – przejściu w wątek stricte survivalowy. Otwarciu, uważam, mocno konwencjonalnej opowieści, gdzie pozytywna postać zawalczy o życie na (nie)przyjaznym człowiekowi terenie. To już nie będzie tylko walka z agresywnym mężczyzną, ale i starcie z nieubłaganymi siłami Natury. Siłami, które jednak można wykorzystać na swoją korzyść. Wykorzystać je jako swoistą tarczę przed opętanym żądzą mordu człowiekiem. Człowiekiem, który najwyraźniej nie spocznie, dopóki nie pozbędzie się coraz bardziej kłopotliwej kobiety. Alienacja, konsekwentnie zagęszczające się poczucie klaustrofobii w tym, bądź co bądź, malowniczym krajobrazie leśnym, gdzie poza niebotycznymi, starymi drzewami dostrzec można też rwącą rzekę. Właściwie to dokładnie sobie ją obejrzymy podczas tej nadzwyczaj trudnej przeprawy miastowej kobiety przez „straszny las”. Większość scen nakręcono w świetle dziennym, który trudno nazwać pełnym. Jak to zwykle na zadrzewionych obszarach bywa, jakoś szczególnie dużo jasnych promieni na plan nie dociera. Światło jest naturalnie rozproszone, z lekka przyblakłe, a i całkiem gęsta ciemność w pewnym momencie wszystko ogarnie. Tym, co jak przypuszczam, może też wielce uradować wielu widzów jest niegłupie postępowanie głównej bohaterki. W tego rodzaju obrazach raczej nieczęsto zdarza się, by pozytywna postać wykazywała się taką przytomnością umysłu, taką przewidywalnością ruchów przeciwnika i takim... niepchaniem się w jego łapska. W thrillerach, a jeszcze częściej w horrorach nieprzemyślane posunięcia bohaterów rzadkością bynajmniej nie są. W końcu panika myśleniu nie sprzyja. Sęk w tym, że takie przypadki przeważnie są odbierane jako zwykłe pogwałcenie logiki – mało kto „rozgrzesza” postacie desperacko walczące o życie jakże naturalną w takich momentach paniką. Choć oczywiście nie brakuje i takich grozowych pozycji, gdzie dla nieprzemyślanych zachowań protagonistów pomimo najszczerszych chęci, nie znajduje się żadnego logicznego wytłumaczenia. Jessice oczywiście też zdarza się potknąć w tym długim pojedynku z psychopatycznym osobnikiem. Zamiast dźgnąć gagatka w szyję, celuje w rękę. Zamiast dobić nieprzytomnego mężczyznę, oddala się od niego. Najszybciej jak może, czyli mniej więcej w tempie żółwia. Ale szczerze mówiąc w moich oczach wypadałoby to mniej przekonująco, gdyby ta zwyczajna, niemająca żadnego przeszkolenia w walce, nigdy wcześniej niebywająca na placach boju (chyba że mówimy o mękach dniach codziennego i czarnej rozpaczy po bezpowrotnej utracie bratniej duszy), w tych najbardziej decydujących momentach wykazała się aż tak praktycznym myśleniem. I tak zdążyła wykazać się imponującą wręcz odpornością na stres. Nie wyłączała myślenia nawet wówczas, gdy zabójca stał dosłownie kilka kroków od niej. A jeszcze bliżej spoczywała podobno nabita broń. Wystarczyło tylko wychynąć z kryjówki, sięgnąć, wymierzyć i pociągnąć za spust. Kusząca propozycja, z której przypuszczam wielu by skorzystało. Z kolei zapewne niewielu zdecydowałoby się na pewien skok, chociaż z drugiej strony jako alternatywę mając tortury zadawane przez ewidentnie szalonego człowieka... Jest jeszcze sekwencja za uchylonymi drzwiami, fragment, który trzymał mnie w największym napięciu. Pomiędzy z emocjami też nie było najgorzej, ale bywały też momenty, w którym moje zainteresowanie gasło. W „Alone” Johna Hyamsa obok szarpiących nerwy starć dość filigranowej niewiasty z niezwykle zdeterminowanym „drapieżnikiem”, ale i innych lepszych i gorszych chwil z życia Jess (przebita stopa, swoją drogą bardzo realistycznie się prezentująca albo niespodziewana, nieplanowana odsiecz napotkana w środku lasu), pojawia się dość sporo nudnawych przystanków. Dostrzegałam co prawda starania ze strony filmowców w kierunku nadania tym wszystkim problematycznym (dla mnie) fragmentom, stosownej intensywności, ale jakoś tego nie czułam. Fragmentom niemiłosiernie wydłużanym, tak z samochodowej, jak pieszej przeprawy bohaterki, której, na marginesie, kibicowałam nie tylko w myślach. Tak niewiele się na jej temat dowiedziałam, a tak się z nią zżyłam, że UWAGA SPOILER nawet szczęśliwe zakończenie (których przeważnie w szeroko pojętym kinie grozy nie wypatruję) nie przyniosło mi rozczarowania KONIEC SPOILERA.

Niezły dreszczowiec od Johna Hyamsa. Amerykański remake szwedzkiego thrillera w reżyserii Henrika JP Åkessona i Mattiasa Olssona w Polsce funkcjonujący pod tytułem „Zaginiona”. Dreszczowiec złożony ze sprawdzonych, przypuszczalnie dobrze znanych przynajmniej długoletnim fanom gatunku, motywów, które jednak zwykle nie kumulują się w jednym obrazie. W „Alone” tak właśnie się dzieje i moim zdaniem w żadnych razie nie wypada to topornie. Wyszła z tego naprawdę spójna, przekonująca i w miarę emocjonująca opowieść (choć i marazm od czasu do czasu mnie dopadał), ale raczej do jednorazowego użytku. Mnie w każdym razie w zupełności to jedno jedyne spotkanie z „Alone” wystarczy. Dosyć udane spotkanie z nie tak znowu ożywczym survival thrillerem, który mimo wszystko pozostawił we mnie pewien niedosyt. Chciałoby się więcej, ale miłośnikom gatunku polecam i tak.

czwartek, 14 stycznia 2021

Katrine Engberg „Szklane skrzydła motyla”

 

W fontannie na głównym kopenhaskim deptaku zostają odnalezione zwłoki starszej kobiety, z której ktoś spuścił krew. Sprawę prowadzi asystent policji Jeppe Kørner, który niedawno rozstał się z żoną i tymczasowo zamieszkał z matką. Jego zawodowa partnerka Anette Werner przebywa na urlopie macierzyńskim, ale nieoficjalnie angażuje się w najnowsze śledztwo kolegów. Każdego dnia pojawia się nowe ciało, a tropy prowadzą do niefunkcjonującego już Domu Motyl, Zakładu Opieki Psychiatrycznej dla Dzieci i Młodzieży. Wszystkie ofiary w przeszłości pracowały w tym miejscu. Ośrodku, który został zamknięty po samobójstwie jednej z pacjentek.

Była tancerka i choreografka, duńska pisarka Katrine Engberg na rynku literackim zadebiutowała w 2016 roku dobrze przyjętą powieścią „Krokodillevogteren” (ang. „The Tenant”, pol. „Stróż krokodyla”), otwierającą kryminalną serię z policyjnymi śledczymi Jeppem Kørnerem i Anette Werner. Druga część, „The Butterfly House”, wyszła już w 2017 roku, a potem... potem zrobiło się lekkie zamieszanie. Bo opisy fabuły odsłony drugiej i trzeciej, oryginalnie wydanej pod tytułem „Glasvinge” (pol. „Szklane skrzydła motyla”) w roku 2018, są właściwie identyczne. W „Szklanych skrzydłach motyla” Katrine Engberg chciała przede wszystkim zwrócić uwagę czytelników na sytuację osób zmagających się z różnymi chorobami psychicznymi we współczesnym, niby postępowym świecie. Jako że dorastała z troskliwym, kochającym ojcem, któremu zdiagnozowano zaburzenie maniakalno-depresyjne, zdążyła zapoznać się z tym problemem niejako od środka. Z nieodpowiednim leczeniem, ze stygmatyzowaniem, z niezrozumieniem osób chorych psychicznie. Za pośrednictwem tej fikcyjnej opowieści, Engberg chciała dać nam do zrozumienia, że nie powinniśmy myśleć o ludziach z chorobami psychicznymi, jak o różniących się od nas. Szufladkować jako anomalie, które dla dobra ogółu należy izolować.

W dawnych czasach wierzono, że upuszczanie krwi jest najlepszą metodą na pozbycie się wielu chorób fizycznych i psychicznych. Jeszcze na początku XX wieku praktykowano ten sposób „leczenia”, który w „Szklanych skrzydłach motyla” Katrine Engberg zapewne zainspirował zabójcę siejącego postrach w Kopenhadze. Każdego dnia w mieście odnajdywane są ludzkie zwłoki, z których spuszczono krew. W tym celu sprawca najprawdopodobniej posługuje się skaryfikatorem, przyrządem od wieków stosowanym w medycynie. Sprawą zajmują się bohaterowie, których mogliśmy już spotkać w „Stróżu krokodyla” tej samej autorki. Aczkolwiek znajomość pierwszej części mrocznych przygód między innymi Jeppego Kørnera i Anette Werner, nie jest niezbędna do pełnego zrozumienia fabuły „Szklanych skrzydeł motyla”. W mojej ocenie omawiana powieść przebija swoją poprzedniczkę, choć muszę przyznać, że na początku lektury inaczej się na tę kwestię zapatrywałam. Przez pierwsze kilkadziesiąt stron przedzierałam się z mozołem i z wątpliwościami, czy wytrwam do końca tego drugiego już spotkania z prozą Engberg. Pierwsza faza śledztwa prowadzonego przez asystenta policji z sekcji pierwszej wydziału zbrodni zagrażających zdrowiu i życiu (dawnym Wydziale Zabójstw) Jeppego Kørnera, w sprawie morderstwa starszej kobiety, której ciało pewnego październikowego poranka odnaleziono w fontannie usytuowanej na głównym kopenhaskim deptaku, przebiegała w standardowy, mało widowiskowy sposób. Chcę przez to powiedzieć, że na starcie nie dano mi praktycznie nic, co przykuwałoby moją uwagę. Nic, co roznieciłoby we mnie ciekawość tą kryminalną, bądź co bądź, zagadką. Na domiar złego autorka co jakiś czas odbiegała od głównego wątku, przedstawiając trudy macierzyństwa jednej z czołowych postaci swojego literackiego cyklu, przeprowadzając mnie przez nową miłość jej zawodowego partnera, Jeppego Kørnera oraz jego nieciekawą sytuację mieszkaniową. A konkretniej problem z nadopiekuńczą matką, u której był zmuszony się zatrzymać po rozpadzie jego małżeństwa, do czasu aż znajdzie sobie nowe mieszkanie. Katrine Engberg włada całkiem plastycznym pisarskim stylem. Nie mogę powiedzieć, że opisy miejsc, wydarzeń i postaci w „Szklanych skrzydłach motyla” cechuje rażąca powierzchowność. Pisanie po łebkach zdecydowanie nie jest jej domeną. Rozwlekłość, rozkładanie wszystkiego na czynniki pierwsze, rozdrabnianie się, zresztą też nie, więc i osoby nieprzepadające za wyjątkowo szczegółowymi, długimi opisami nie mają czego się obawiać. Jeśli chodzi o styl Engberg, bo od strony stricte fabularnej „Szklane skrzydła motyla” mogą przedstawiać się trochę gorzej. Na początku, bo śledztwo prowadzone przez Jeppego Kørnera nabierze tempa wraz z wprowadzeniem „na scenę” Domu Motyl. Niefunkcjonującego już ośrodka dla młodzieży z chorobami psychicznymi, z którym przypuszczalnie wiążą się jakieś ciemne sprawki. Pewne jest to, że Motyl upadł po samobójstwie jednej z nieletnich pacjentek tej placówki medycznej, za co jej rodzice obwinili personel. Ojciec dziewczyny nadal uważa, że w tych murach doszło do tragicznego w skutkach zaniedbania. Co więcej, zespół Jeppego Kørnera natrafia też na inne wielce podejrzane rzeczy związane z tym skompromitowanym miejscem. To w połączeniu z faktem, że ofiarami niby tajemniczego zabójcy (domyśliłam się, kto zacz na długo przed odkryciem jego tożsamości przez autorkę) grasującego w samym środku jesieni w Kopenhadze, padają pracownicy owego obiektu, każe śledczym sądzić, że sprawcą kieruje chęć zemsty.

W społeczeństwie nie było miejsca na jej chorobę, a już na pewno nie teraz, kiedy dorosła. Czuła podejrzliwość, często wręcz agresję ze strony tych, którzy szczycili się, że otaczają chorych opieką. To było kłamstwo skierowane do ludzi zdrowych, by nie psuć ich dobrego samopoczucia. Przecież okazywali troskę. Tyle że ta troska nie dotyczyła ludzi psychicznie chorych. Nie było współczucia dla tych, którzy w jakiś sposób odstawali, dla desperatów, którzy walili głową w ścianę. Oni byli niebezpieczni.”

Fabuła „Szklanych skrzydeł motyla” zawiązuje się nadzwyczaj skromnie, ale z czasem sytuacja się komplikuje. Najpierw otwiera się policyjne śledztwo w sprawie zabójstwa starszej kobiety związanej ze środowiskiem medycznym, w które angażuje się również przebywająca na urlopie macierzyńskim Anette Werner (nieoficjalnie, można powiedzieć na własną rękę bada niektóre wątki tej sprawy). Obok toczy się historia przyjaciółki Jeppego Kørnera, kobiety w podeszłym wieku adorowanej przez jej nowego sąsiada, sporo młodszego od niej mężczyznę pochodzącego z Francji. Poza tym Engberg przedstawia nam parę postaci związanych z medycyną, których historie, jak można się tego domyślić, później zostaną bardziej rozwinięte. Poznamy też aktualne dzieje niektórych byłych pacjentów Domu Motyl – jeden z nich teraz przebywa w innym ośrodku psychiatrycznym, a ktoś inny urządził się na ulicy. Z tych na pozór bezwładnie porozrzucanych elementów, śledczy pod kierownictwem Jeppego Kørnera będą musieli złożyć całościowy, spójny obraz, który najprawdopodobniej naprowadzi ich na sprawcę bestialskich mordów dokonywanych na dawnych pracownikach nieszczęsnego domu opieki. Jak widać w „Szklanych skrzydłach motyla” Engberg kieruje wzrok w stronę duńskiego systemu opieki zdrowotnej. Uwidacznia się w tej opowieści niechętny stosunek Engberg do prywatnego sektora tego systemu – nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autorka prywatnie nie jest zwolenniczką prywatyzowania służby zdrowia, że czuje się bezpieczniej(?) powierzając tę chyba najważniejszą gałąź cywilizowanego świata politykom. Oj przepraszam, państwu duńskiemu. Jednocześnie jednak daje do zrozumienia, że i na tym polu władza ma sporo do zrobienia, że nie wszystko w tej machinie funkcjonuje tak, jak powinno. Niedofinansowanie, braki kadrowe, a więc permanentne przepracowanie wielu medyków, którzy mimo najszczerszych chęci nie są w stanie zapewnić swoim pacjentom należytej opieki. To bohaterowie dnia codziennego, którzy mają prawo myśleć, że są sami na placu boju o nasze zdrowie i życie. Bohaterowie, wśród których, jak w każdym środowisku, są także czarne owce. Lekarze, którym bardziej niż na dobru pacjentów zależy na robieniu kariery (ogromnych zarobkach i popularyzowaniu swojego nazwiska w kraju i na świecie, co w „Szklanych skrzydłach motyla” bardziej tyczy się prywatnego sektora duńskiej służby zdrowia), pielęgniarki wyładowujące swoją najpewniej słuszną złość i swoistą niemoc na pacjentach i ogólnie medycy, którzy bardziej szkodzą niż pomagają cierpiącym ludziom. Według mnie największą siłą tej książki jest właśnie owo wnikliwe, choć chyba troszkę stronnicze (prywatne złe, państwowe nieidealne, ale i tak lepsze od prywatnego) i doprawdy bardzo empatyczne spojrzenie na trudną sytuację tak pacjentów, jak środowiska medycznego we współczesnej Danii. I nie tylko, bo zaryzykuję twierdzenie, że problemy, które Engberg porusza na kartach „Szklanych skrzydeł motyla” dotyczą wielu krajów świata. W tym Polski. Wracając do owej hipotetycznej stronniczości. Otóż, muszę zaznaczyć, pewności co do tego mieć nie mogę. Z tego prostego powodu, że nie żyję w Danii. Mogę to oceniać jedynie z perspektywy Polski, gdzie państwowa służba zdrowia... Ehh, szkoda gadać. W każdym razie w „Szklanych skrzydłach motyla” skupiamy się głównie na kondycji gałęzi psychiatrycznej. Nie najlepszej kondycji, w czym jakąś rolę może odgrywać wciąż niemała ignorancja społeczna. Niedostateczna wiedza na temat chorób psychicznych, co naturalną koleją rzeczy rodzi strach również przed osobami, które żadnego zagrożenia nie stwarzają. Ludźmi, którzy chcą być część społeczeństwa, żyć w miarę normalnie, a nie w zamknięciu, nafaszerowani silnymi lekami skutecznie tłumiącymi praktycznie wszelkie emocje. W takiej atmosferze toczy się wprawdzie przewidywalne, ale i tak przez większą część lektury dość mocno trzymające w napięciu jesienne śledztwo Jeppego Kørnera i jego kolegów/koleżanek. I żeby była jasność: warstwa obyczajowa/dramatyczna, tj. scenki z prywatnego życia wybranych przez autorkę postaci z czasem też nabierają smaczku. I one z czasem mnie pochłonęły.

Tak, moim zdaniem w „Szklanych skrzydłach motyla” duńska powieściopisarka, Katrine Engberg wspięła się wyżej niż w swoim literackim debiucie, „Stróżu krokodyla”, pierwszej części jej kryminalnej serii między innymi z Jeppem Kørnerem i Anette Werner, policjantami z kopenhaskiego Wydziału Zabójstw. Druga, czy tam trzecia odsłona ich mrocznych przygód nie dość, że porusza niezwykle ważne problemy dotykające nie tylko rodzimej Engberg Danii, to na dodatek oferuje dość złożone śledztwo w sprawie wielokrotnego mordercy, utrzymane w unikatowym, magicznym klimacie chłodnej, ponurej, ale i zachwycająco pięknej Skandynawii. Niepobieżne opisy, sympatyczni bohaterowie i emocjonująca intryga w jakiś sposób powiązane ze światkiem medycznym. Nic tylko polecać fanom gatunku (przypominam: znajomość „Stróża krokodyla” Katrine Engberg nie jest potrzebna do odnalezienia się w „Szklanych skrzydłach motyla”).

Recenzja w ramach akcji

http://www.ksiegarniadunska.pl/

wtorek, 12 stycznia 2021

„Moje serce bije tylko, gdy mu każesz” (2020)

 

Rodzeństwo, Dwight i Jessie, opiekuje się swoim młodszym bratem Thomasem, który cierpi na nietypową chorobę. Aby przeżyć musi unikać światła dziennego i regularnie poić się krwią. Dwight, pod naciskiem siostry, poluje na ludzi, za którymi, jak zakłada, nikt nie zatęskni i wraz z Jessie upuszcza krew z ich ciał, które następnie zakopuje w ogrodzie. Ale pomimo ich starań stan chłopaka się nie poprawia. Thomas jest tak osłabiony, że z trudem przychodzi mu nawet samodzielne poruszanie się po domu. Dwighta tymczasem dręczą wyrzuty sumienia. Nie chce dłużej zabijać, ale nie potrafi sprzeciwić się siostrze, która, w przeciwieństwie do niego, jest gotowa do końca życia dostarczać świeżego pożywienia swojemu ukochanemu braciszkowi.

Amerykański horror wampiryczny w reżyserii i na podstawie scenariusza kolumbijsko-amerykańskiego twórcy Jonathana Cuartasa, „Moje serce bije tylko, gdy mu każesz” (oryg. „My Heart Can't Beat Unless You Tell It To”) to jego pierwszy pełnometrażowy obraz, rozwijający historię, którą zaprezentował w swoim 22-minutowym filmiku z 2017 roku pod tytułem „Kuru”. Porównywany do „Martina” George'a A. Romero długometrażowy debiut Cuartasa premierę miał mieć w kwietniu 2020 roku na Tribeca Film Festival, ale wydarzenie zostało odwołane z powodu pandemii COVID-19. Niemniej w tym samym miesiącu film udostępniono w internecie. Od lipca 2020 roku „Moje serce bije tylko, gdy mu każesz” gościł na różnych festiwalach, w tym na Katalońskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Sitges, gdzie Jonathan Cuartas otrzymał nagrodę Citizen Kane za reżyserię. W Polsce film udostępniono w grudniu 2020 roku w ramach Splat!FilmFest.

Nowa fala horroru. Powolna opowieść wampiryczna podchodząca do tematu od strony psychologicznej i w zasadzie odżegnująca się od nazewnictwa. W scenariuszu Jonathana Cuartasa w odniesieniu do Thomasa (w którego w przekonującym stylu wcielił się Owen Campbell) ani razu nie pada nazwa „wampir” . Mówi się po prostu o chorobie. Poważnej chorobie, na którą najprawdopodobniej nie ma lekarstwa, ale istnieje sposób na łagodzenie jej objawów i zapewne hamowanie jej rozwoju. Wystarczy poić się krwią... Już samo to rodzi przekonanie, że Thomas jest ni mniej, ni więcej jak wampirem, ale dowodów świadczących za tą przypadłością jest więcej. Thomas jest skazany na życie nocne, ponieważ ma coś w rodzaju uczulenia na światło dzienne. Wychodząc za dnia chłopak w najlepszym wypadku ryzykuje poparzenia, a w najgorszym śmierć. Ponadto jest w „Moje serce bije tylko, gdy mu każesz” moment, w którym twórcy jasno dają nam do zrozumienia, że Thomas, niczym klasyczny wampir, pozostawiony sam sobie, spija krew z szyi człowieka. Normalnie zachowuje się „bardziej cywilizowanie”. Jego starsze rodzeństwo, z którym mieszka, Dwight i Jessie (dobre kreacje Patricka Fugita i Ingrid Sophie Schram), zaopatrzyli się w niewielką beczkę z kranem, którą starają się na bieżąco uzupełniać krwią spuszczaną z upolowanych ludzi. Następnie ciecz, w małych porcjach, trafia do miseczki bądź kubka Thomasa. Tak naprawdę całe życie Dwighta i Jessie jest podporządkowane młodszemu bratu. Zaspokajaniu jego niecodziennych potrzeb. Nic nie wskazuje na to, by kierował nimi strach przed Thomasem. Nie wygląda na to, by chłopak w jakikolwiek sposób ich do tego zmuszał. Robią to, ponieważ go kochają. Zabijają, bo nie chcą go stracić. Nie mają wszak żadnych wątpliwości, że odcięcie Thomasa od krwi doprowadzi do jego śmierci. A skoro pozyskują ją od ludzi, trzeba założyć, że ten wampir nie może żywić się krwią zwierzęcą. Co do Jessie można polemizować, ale Dwight na pewno nie zabijałby ludzi, gdyby wystarczyło robić odpowiednie zakupy w pierwszej lepszej rzeźni. Jak już nadmieniłam „Moje serce bije, tylko gdy mu każesz” kładzie szczególny nacisk na aspekty psychologiczne. Scenariusz najmocniej koncentruje się na Dwighcie – film przede wszystkim pokazuje, jak on odnajduje się w tej nadzwyczaj trudnej sytuacji, jak on zapatruje się na ten niesatysfakcjonujący i bardzo ryzykowny żywot u boku krwiożerczej istoty, z którą na swoje nieszczęście jest spokrewniony. I którą szczerze kocha, tyle że ma coraz większe wątpliwości, czy dokonał właściwego wyboru. Jego siostra też nie jest zadowolona z takiego życia, a przynajmniej nie wygląda na taką. Ale można dyskutować nad tym, czy bardziej martwi ją konieczność odbierania życia innym ludziom, czy kiepski stan zdrowia jej ukochanego braciszka. Cierpi, bo cierpi osoba, na której najprawdopodobniej najbardziej jej zależy, czy w większym stopniu dręczą ją wyrzuty sumienia za skradzione życia? Jonathan Cuartas tę kwestię pozostawia ocenie widza. Inaczej natomiast podchodzi do postaci Dwighta. W tym przypadku raczej nie powinniśmy mieć wątpliwości – mamy rozliczne dowody na to, że brat schorowanego Thomasa nie może już znieść „strasznych obowiązków”, jakie pociąga za sobą życie z wampirem. Z jednej strony chce zatrzymać przy sobie brata, chce by Thomas żył, ale też nie jest tak do końca pewny, czy gra jest warta świeczki. Nie tylko dlatego, że aby Thomas mógł trwać na tym padole, wielu innych musi zginąć, ale też z tego powodu, że jego braciszek niewątpliwie męczy się na tym świecie. Może nawet bardziej od Dwighta...

(źródło: https://www.facebook.com/heartcantbeat/)
Moje serce bije tylko, gdy mu każesz” Jonathana Cuartasa wyświetla się w dawnej rozdzielczości telewizyjnej (1.33:1). W kwadracie, co tylko podsyca klaustrofobiczną atmosferę tej niebanalnej historii. Niby prostej opowieści, której jednak nie mogę odmówić pewnej głębi. Nie jest to jeden z tych horrorów, który na grzbiecie płaskiej, konwencjonalnej historyjki przewozi „elementy straszące”. Szybkie uderzenia, które działają bardziej przez zaskoczenie, czy też jakieś wyróżniające się potworności wygenerowane komputerowo bądź fizycznie obecne na planie. Odnotujemy co prawda w pierwszym pełnometrażowym filmie Jonathana Cuartasa trochę praktycznych efektów specjalnych – głównie dodatków gore – ale nie sądzę, żeby te starania przyprawiły o zawrót głowy przynajmniej wieloletnich miłośników gatunku. Jakieś wrażenie wywrzeć oczywiście mogą, ale wątpię, żeby ogarnął ich autentyczny wstręt na widok zbrodniczej działalności (anty)bohaterów. Szczerze mówiąc nie wiem, jak określić to trzyosobowe rodzeństwo, o którym opowiada „Moje serce bije tylko, gdy mu każesz”. Pozytywne czy negatywne postaci? Jonathan Cuartas, trzeba mu to oddać, balansował gdzieś na pograniczu tych etykietek. Ani Dwight, ani Thomas, ani nawet najbardziej zdeterminowana, by ciągnąć morderczy proceder, Jessie, nie są osobami, które idealnie wpasowywałyby się, do którejś z tych podstawowych szufladek. Nie miałam, rzecz jasna, wątpliwości, że ścieżka życiowa, którą zapewne dawno temu wybrali, nie jest właściwa. Delikatnie mówiąc. Niemożliwa do zaakceptowania, ale z drugiej strony... Choć to pewnie zabrzmi strasznie, w pewnym stopniu można ich zrozumieć. Nie pochwalić, ale jeśli postawić się na ich miejscu (do czego zresztą filmowcy zdają się zachęcać), to doprawdy ciężko patrzeć na nich jedynie złym okiem. Thomas żywi się ludzką krwią spuszczaną z niedawno zabitych ludzi żyjących niejako na marginesie społecznym. Ludzi, których zniknięcia prawdopodobnie nikt nie zauważy. A nawet jeśli, to nie przejmie się na tyle, żeby zgłosić sprawę policji. Ale można powiedzieć, że zdecydowanie bliżej Thomasowi do Louisa de Pointe du Laca niż Lestata de Lioncourta. To postać tragiczna – skazana na potworny żywot, wyniszczającą psychicznie egzystencję, o której bynajmniej się nie prosiła. Cuartas nie zagłębiał się wprawdzie w tę kwestię, ale gdzieś między słowami można wyczytać, że Thomas taki się po prostu urodził. Wampiryzm jako choroba wrodzona – tak to czytałam, ale nie wykluczam, że pojawią się i inne teorie na temat genezy tego krwiopijcy. Słabego duchem i ciałem. Marzącego o nawiązaniu jakichś przyjaźni, stworzeniu więzi z kimś spoza swojej najbliższej rodziny. Towarzystwo Dwighta i Jessie już mu nie wystarczy. Chce spędzać czas ze swoimi rówieśnikami poza domem, w którym, na dobrą sprawę, czuje się więźniem. Chociaż od czasu do czasu brat i siostra (zwłaszcza brat) pozwalają mu zaczerpnąć świeżego powietrza. Naturalnie wyłącznie nocą, kiedy jego rówieśnicy już dawno śpią, bo jak wiadomo światło dzienne/słoneczne nie jest przyjazne wampirom (często, ale nie zawsze, bo różne modele tych stworzeń w popkulturze się wykształciły). Intymna praca kamer. Mrok, posępność, ale i naturalne piękno bijące z ekranu. Klimat klaustrofobiczny, ale i dość depresyjny. Historia wymyślona i przelana na papier, a potem jeszcze wyreżyserowana przez Jonathana Cauartasa jest utrzymana w smutnej tonacji. A im dłużej przebywamy z tymi ciężko doświadczonymi przez los siewcami śmierci, tym większe przygnębienie nas ogarnia. A przynajmniej zdaje się, że do tego między innymi, a może nawet przede wszystkim, dążyli realizatorzy „Moje serce bije tylko, gdy mu każesz”. Że bardziej zależało im na przygnieceniu widza dotkliwym smutkiem, niźli na wzbudzaniu w nim czy to strachu, czy niesmaku. Aczkolwiek można odczuć lekki niepokój, dyskomfort emocjonalny wywoływany właściwie nieodstępującym poczuciem zagrożenia ze strony Jessie i Dwighta, ale również ich niedomagającego braciszka z tak przecież niewinną twarzyczką... Są jednak chwile, w których z Thomasa wychodzi bestia. Momenty, w których ten chłopiec nie wydaje się już tak słaby, ani tak dobrotliwy jak wcześniej. Wtedy można się zlęknąć, ale obawiam się, że „te nitki” będą króciutkie i bardzo wątłe. Jeśli w ogóle się pojawią, bo mam wątpliwości, czy każdy znajdzie w tej propozycję choćby odrobinę tej grozy, jakiej w sumie ma pełne prawo oczekiwać od horroru. Tyle że „Moje serce bije tylko, gdy mu każesz” oficjalnie sklasyfikowano również jako dramat, więc... Ja w każdym razie dałam się wciągnąć w tę opowieść. Nieskomplikowaną, ale i niepodchodzącą do nurtu wampirycznego od którejś z najpospolitszych, najbardziej spopularyzowanych stron (co nie znaczy, że podobnymi ścieżkami dotychczas w kinie nie chadzano). Bardzo klimatyczną opowieść, która jednak mogła od czasu do czasu cosik dosadniejszego podrzucić. I może trochę bardziej „pobawić się” samym tekstem i/lub postaciami zaludniającymi tę, bądź co bądź, w miarę interesującą psychologiczną opowieść o młodym wampirze, którego największym marzeniem jest pozbycie się tego przekleństwa... Swoją drogą zdałoby się też dopracować sekwencje polowań na ludzi, bo trochę za łatwo oprawcom to przychodziło. Jakby niektóre ofiary same im się podkładały.

Zwolennicy mieszania horroru z dramatem, ewentualnie sympatycy horrorów psychologicznych przypuszczalnie w jakimś tam stopniu zadowolą się propozycją Jonathana Cuartasa. Jego pierwszym pełnometrażowym filmem, „Moje serce bije tylko, gdy mu każesz”, stanowiącym swoiste rozwinięcie jego krótkiego filmiku zatytułowanego „Kuru”, który wyszedł trzy lata przed jego długometrażowym reżyserskim debiutem. Całkiem nastrojowym debiutem z raczej drobnymi elementami gore i niejednoznacznymi pierwszoplanowymi postaciami. Dość emocjonalna to opowieść w pewnym sensie egzystencjalna, o młodocianym wampirze i jego opiekunach, którą jednak, moim zdaniem, przydałoby się trochę wzmocnić. Więcej horroru w horrorze i byłoby cudnie. A tak... według mnie wyszło „tylko” dobrze.

niedziela, 10 stycznia 2021

Søren Sveistrup „Kasztanowy ludzik”

 

W Kopenhadze zostają znalezione zmaltretowane zwłoki młodej kobiety, którą jeszcze przed śmiercią pozbawiono jednej dłoni. Odjęta kończyna nie zostaje odnaleziona, ale w pobliżu ciała sprawca pozostawił ludzika zrobionego z kasztanów i zapałek. Sprawą zajmuje się policjantka z Wydziału do Walki z Przestępczością Kryminalną nazywanym też Wydziałem Zabójstw, samotnie wychowująca córkę Naia Thulin, która stara się o przeniesienie do innego wydziału. Partneruje jej Mark Hess, karnie odesłany z Europolu w Hadze z powrotem do kopenhaskiego Wydziału Zabójstw. Analiza dowodów znalezionych na miejscu zbrodni przynosi zdumiewającą rewelację – okazuje się, że sprawca, któremu media później nadadzą przydomek Kasztanowy Ludzik, postarał się o zwrócenie uwagi funkcjonariuszy na sprawę zaginięcia dwunastoletniej Kristine Hartung, córki minister spraw społecznych, Rosy Hartung. Dziewczynka zniknęła blisko rok temu i choć jej ciała nigdy nie odnaleziono, po wytężonym śledztwie schwytano i osądzono jej zabójcę. Wkrótce tajemniczy morderca uderza ponownie, ale swoją drugą ofiarę, którą przynajmniej na pierwszy rzut oka nic nie łączy z poprzednią, pozbawia już obu dłoni. Co więcej, śledczy mają powody przypuszczać, że Kasztanowy Ludzik jeszcze nie zakończył swojej krwawej działalności.

Kasztanowy ludzik” (oryg. „Kastanjemanden”, ang. „The Chestnut Man”) to pierwotnie wydana w 2018 roku debiutancka powieść Duńczyka Sørena Sveistrupa, głównego scenarzysty między innymi hitowego serialu „Dochodzenie” („The Killing”) 2011-2014, pełnometrażowego dramatu „Nadejdzie dzień” (2016) oraz współscenarzysty „Pierwszego śniegu” (2017), filmu opartego na powieści Jo Nesbø. Miłość do powieści kryminalnych rozpaliła się w Sveistrupie już w dzieciństwie, za sprawą twórczości Agathy Christie. A pomysł na „Kasztanowego ludzika” zrodził się w jego głowie lata później, pewnego jesiennego dnia, na terenie przedszkola, do którego wówczas uczęszczał jego młodszy syn. Kiedy Sveistrup po niego przyjechał jego uwagę zwróciła piosenka śpiewana przez dzieci podczas poszukiwań kasztanów, które zgodnie z panującym w Danii jesiennym zwyczajem, miały im posłużyć do budowy małych ludzików. Ta niewinna piosenka z jakiegoś powodu zaniepokoiła Sveistrupa, ale cała ta scenka dała mu impuls do rozpoczęcia prac nad swoją pierwszą powieścią. Wpływ na fabułę „Kasztanowego ludzika” miała również autentyczna sprawa, o której donosiły media, kiedy Sveistrup był już w trakcie pisania tego dzieła. Bardzo dobrze przyjętego kryminału z nurtu nordic noir, zestawianego z twórczością Stiega Larssona i Jo Nesbø. Søren Sveistrup zdradził, że przygotowuje dalszy ciąg mrocznych przygód bohaterów „powołanych do życia” w „Kasztanowym ludziku”.

Wreszcie doczekałam się godnego następcy Stiega Larssona. A raczej powieściopisarza, który ma największą szansę przejąć koronę po twórcy trylogii „Millennium”. To znaczy stać się moim nowym królem współczesnej literatury skandynawskiej. Od czasu „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” nie spotkałam się z tak emocjonującą powieścią o seryjnym mordercy ze Skandynawii. Z tak misternie splecioną intrygą. Tak starannie, w tak wyczerpujący sposób rozpisaną opowieścią z tych chłodnych rejonów Europy. Mniej więcej pięćset pięćdziesiąt dużych stronic praktycznie nieprzerwanego napięcia. Mroczne przeżycia u boku wspaniale skonstruowanych postaci. Policjantów z kopenhaskiego Wydziału Zabójstw, którzy już na początku lektury rozpoczynają pogoń za zabójcą, który z jakiegoś sobie tylko znanego powodu, na swój podpis wybrał kasztanowego ludzika. Ale towarzyszymy też rodzinie Hartungów, którą niecały rok wcześniej dotknęła tragedia. Najmłodsza członkini tej familii, dwunastoletnia Kristine Hartung, zaginęła. Jej ciała nigdy nie odnaleziono, ale za zabójstwo dziewczynki skazano pewnego mężczyznę, który zresztą przyznał się do winy. Sprawa ta nabrała dużego rozgłosu głównie dlatego, że matką, jak wszystko na to wskazuje zamordowanej dziewczynki, była minister spraw społecznych, Rosa Hartung. Co zrozumiałe kobieta po tym wydarzeniu ustąpiła ze stanowiska, ale teraz wraca do pracy. A ten wielki powrót na rządowe krzesełko zbiega się prawdopodobnie z pierwszym uderzeniem Kasztanowego Ludzika. Niezidentyfikowanego osobnika, który na swoje ofiary wybiera dzietne kobiety, pomiędzy którymi śledczy, przynajmniej na początku, nie znajdują żadnego innego związku. Nic nie wskazuje na to, by się znały, a i wygląda na to, że i ich sytuacje rodzinne były różne. Pierwsza ofiara przez jakiś czas samotnie wychowywała najprawdopodobniej autystycznego syna, a potem w jej życiu pojawił się nowy mężczyzna, który, jak wynika z zeznań świadków, dokładał wszelkich starań, by zapewnić szczęśliwe życie i jej, i jej dziecku, które podobno traktował jak własne. Naia Thulin i Mark Hess, policjanci zajmujący się tą sprawą, mają jednak wątpliwości co do tego człowieka. Mężczyzna jest głównym podejrzanym, ale to się zmienia po kolejnym uderzeniu mordercy. Mordercy, który stara się skierować ich uwagę na relatywnie dawno rozwiązaną sprawę zaginięcia/zabójstwa małej Kristine Hartung. I tylko Mark Hess, przywiązuje dużą wagę do tej wskazówki zostawianej na każdym miejscu zbrodni przez samego sprawcę. Człowiek, który naraził się swoim przełożonym w Europolu w Hadze, którzy podjęli decyzję o odesłaniu go do jego poprzedniej pracy (do Wydziału do Walki z Przestępczością Kryminalną w Kopenhadze), gdzie ma pozostać przynajmniej do czasu dostania zgody na powrót. A wcale nie jest pewne, że kiedykolwiek wróci do Europolu. Z jego tymczasową zawodową partnerką, Naią Thulin, łączy go to, że ona również nie widzi dla siebie przyszłości w Wydziale Zabójstw. Właściwie to jedną nogą jest już w innym zespole policyjnym, bardziej prestiżowej komórce kopenhaskiej policji, w szeregi której tak naprawdę już od dłuższego czasu pragnie wstąpić. Poza tym zarówno Mark, jak i Naia nie są ludźmi towarzyskimi. Nie są zainteresowani nawiązywaniem nowych bliższych relacji, tak w sferze zawodowej, jak prywatnej. On jest samotnikiem, ona samotną matką, pozostającą w dość luźnym związku z pewnym prawnikiem. W pracy oboje trzymają się niejako na uboczu. Można powiedzieć, że są kimś w rodzaju outsiderów w Wydziale Zabójstw, choć Thulin w przeciwieństwie do Hessa, zdążyła zapracować sobie przynajmniej na dobrą opinię u przełożonego. Ale sprawa seryjnego mordercy nazwanego przez media Kasztanowym Ludzikiem może to zmienić.

Akcję „Kasztanowego ludzika” Søren Sveistrup osadził w scenerii jesiennej i zimowej. Na wstępie przenosi nas do przeszłości, w celowo enigmatyczny sposób kreśląc portret rzezi, której dokonano na jakimś zacisznym gospodarstwie. Potem przeskakujemy do czasów współczesnych. Do Kopenhagi, gdzie autor bez zbędnej zwłoki odmalowuje scenę wyjątkowo bestialskiej zbrodni dokonanej na młodej kobiecie. Sveistrup podaje dość szczegółowe, a na pewno mocno działające na wyobraźnię opisy makabrycznej działalności tajemniczego oprawcy, ale dużo większe wrażenie wywarł na mnie chłodny, zimny wręcz klimat tej, naprawdę mocno trzymającej w napięciu, opowieści. Nie będzie przesadne stwierdzenie, że autor „Kasztanowego ludzika” sprawił, że czułam się jakbym faktycznie tam była. Bez widocznego wysiłku przeniósł mnie do swojej rodzimej Danii. Co ważne nie ograniczał się jedynie do wielkomiejskich realiów. Od czasu do czasu zabierał mnie również w zaciszne, można powiedzieć odludne, odizolowane tereny, rozpościerając przed moimi oczami ponurą, ale i na swój sposób piękną, mniej przyjazną człowiekowi, naturalną, głównie leśną, scenerię magicznej Danii. Søren Sveistrup, poza wszystkim innym, chciał, by „Kasztanowy ludzik” dotykał ważnych kwestii społeczno-ustrojowych. Autor tej diabelnie wciągającej książki nie ma wątpliwość, że wyobrażenie jakie wielu ludzi ma o jego kraju niezbyt pokrywa się ze stanem faktycznym. Innymi słowy Sveistrup przekonuje, że Dania nie jest żadną utopią, że nie jest to tak idylliczne państwo, jak wielu się wydaje. W jednym z wywiadów Sveistrup powiedział, że możliwe, iż Skandynawowie przykładają większą wagę od innych do dbania o pozory; że właśnie stąd może brać się przekonanie innych, że w Danii wszystko funkcjonuje tak jak trzeba. Nie jest to tak bogaty kraj, jak niektórym się wydaje i bynajmniej nie jest tak, że w systemie nie ma żadnych większych pęknięć. Państwo nadzwyczaj opiekuńcze? Nie ma równych i równiejszych? Nie ma urzędników nieprzykładających się należycie do swojej pracy? Nie ma policjantów, którym bardziej od schwytania przestępcy zależy na medialnym wizerunku? Nie ma skrajnej biedy? I wreszcie nie ma dzieci, które często latami muszą znosić niewyobrażalne katusze, bo nikt - ani sąsiedzi, ani urzędy opieki społecznej, ani nauczyciele, ani nawet lekarze - niczego niepokojącego nie dostrzega? „Kasztanowy ludzik” imponuje przede wszystkim tą szczerością. Sveistrup nie jest jednym z tych pisarzy, który za cel postawił sobie gloryfikację, wynoszenie pod niebiosa, swojego kraju. Co nie znaczy, że nie jest patriotą. Bynajmniej. Coś zgoła przeciwnego się czuję czytając tę złożoną opowieść, naszpikowaną iście zaskakującymi, nierzadko też wstrząsającymi, wyciskającymi łzy z oczu, depresyjnymi rewelacjami. Tchnie z tego czysta miłość Sveistrupa do tego niewielkiego państwa, ale nie tego rodzaju, która sprawia, że widzi się wyłącznie to, co dobre. W tym przypadku najłatwiej byłoby przypuścić atak na polityków. Bo kto ponosi większą odpowiedzialność za wszelkie ułomności systemu, od ludzi, którzy w swoich ciepłych i wystawnie urządzonych gabinetach ten system tworzą, poprawiają, psują...? Wskazywałaby na to jedna z ważniejszych postaci „Kasztanowego ludzika”, mister spraw społecznych Rosa Hartung, którą autor postawił w centralnym punkcje jednego z wątków (mniej rozbudowanego od policyjnego śledztwa w sprawie tzw. Kasztanowego Ludzika, ale i tak ze sporą dokładnością rozprowadzonego równolegle z wątkiem reprezentowanym przez Naię Thulin i Marka Hessa). Można domniemywać, że polityka odegra w tej fikcyjnej sprawie zasadniczą rolę, że zło pierwotne dokonało się na najwyższych szczeblach władzy. Bez względu na genezę owego „zła”, niewątpliwie potworne żniwo nieustannie jest zbierane. I nie dotyczy to tylko odrażającej działalność nieuchwytnego, bardzo przebiegłego i podejmującego coraz to większe ryzyko seryjnego zabójcy terroryzującego Kopenhagę. Tożsamość którego mnie nielicho zaskoczyła. I nie tylko to. Zdumiewających, ale i przerażających zwrotów akcji jest w tej powieści dużo więcej. Moim zdaniem powieści doskonałej!

Zapamiętajcie to nazwisko: Søren Sveistrup. Bo mam podejrzenia graniczące z pewnością, że dołączy do panteonu mistrzów współczesnej prozy kryminalnej. Jego nazwisko zapewne będzie stawiane w jednym rzędzie z Jo Nesbø i Stiegiem Larssonem. Wspomnicie moje sława. W sumie to już się zaczęło, ale choć sama stawiam „Kasztanowego ludzika” w ściślej czołówce powieści spod znaku nordic noir, to myślę, że na takie kategoryczne wnioski jeszcze za wcześnie. Poczekam na drugą powieść Sørena Sveistrupa, tak na wszelki wypadek. Niemniej już teraz mogę z całym przekonaniem powiedzieć, że „Kasztanowy ludzik” zachwycił mnie równie mocno, co „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, w moim osobistym rankingu numer jeden skandynawskich powieści. Teraz to arcydzieło nieodżałowanego Stiega Larssona ma już towarzystwo. Bo jest ex aequo.

Recenzja w ramach akcji

http://www.ksiegarniadunska.pl/

piątek, 8 stycznia 2021

Pełne mroku i tajemnic GNIAZDO ZŁA od dziś w Premium VOD

 
Pełen tajemnic i mroku gotycki horror o samotności i toksycznej matczynej miłości

GNIAZDO ZŁA od dziś w Premium VOD

 

Jeden z najciekawszych włoskich horrorów ostatnich lat”
Mateusz Demski, Interia

Roberto De Feo stworzył film niepokojący i mroczny, pogrywając zarówno z ikonografią gatunku, jak i oczekiwaniami widza.”

Marcelina Kulig, Filmawka

Twórca Gniazda zła ma nie tylko rękę do inscenizacji, której sprawność realizacyjną bezapelacyjnie należy podkreślić, lecz także poszukuje rozwiązań, które będą w stanie widzów trzymać z werwą w napięciu, zaskoczyć czy wręcz zaszokować.”

Diana Dąbrowska, Filmweb

Reżyser umiejętnie podkreśla przerażającą atmosferę, tworząc przy tym mistyczny i tajemniczy klimat.”

Weronika Jelec, CDN

Oficjalny zwiastun filmu: 

Duszny gotycki horror w reżyserii Roberto De Feo – debiutanta, którego włoski portal Cinematographe stawia w jednym rzędzie z takimi wizjonerami gatunku, jak Ari Aster („Midsommar. W biały dzień”) i Jordan Peele („To my”). Intrygująca opowieść o samotności, matczynej miłości i dorastaniu. Starannie budowane napięcie, atmosfera pełna niepokoju i tajemnica, niczym mgła spowijająca całą historię, to filary jednego z najciekawszych włoskich horrorów ostatnich lat. Obraz wyraźnie inspirowany „Innymi” Alejandro Amenábara, „Osadą” M. Night Shyamalana i dziedzictwem mistrzów włoskiego kina grozy: Dario Argento i Mario Bavy. Światowa premiera filmu odbyła się na Festiwalu Filmowym w Locarno. „Gniazdo zła” od dziś jest dostępne online w ramach usługi Premium VoD.

Samuel (Justin Korovkin) jest sparaliżowanym chłopcem, mieszkającym z matką Eleną (Francesca Cavallin) w odciętej od świata willi. Dorasta pod czujnym okiem troskliwej, lecz surowej rodzicielki, która zabrania mu pod żadnym pozorem opuszczać mury domu. Życie w willi jednak zmienia się, gdy dochodzi do szeregu dziwnych i niepokojących wydarzeń. Oparty na dyscyplinie porządek burzy pojawienie się młodej, zbuntowanej pokojówki, Denise (Ginevra Francesconi), która budzi w Samuelu siłę do sprzeciwu wobec wszechobecnego rygoru i potrzebę odkrycia prawdy o świecie zewnętrznym. W obliczu buntu Elena postanawia zatrzymać syna przy sobie za wszelką cenę. Jakie skrywa tajemnice? Dlaczego traktuje syna jak więźnia we własnym domu?

Gniazdo zła © dystr. Kino Świat 2021
Film będzie dostępny w ramach Premium VoD na platformach: Player, Canal+, NCplus Go, Premiery CANAL+, VoD.pl, Ipla, Cyfrowy Polsat, Orange, Play, UPC, Multimedia Polska, Vectra, Rakuten, Netia, Inea, Toya.

Premiera Premium VOD: 8 stycznia 2021

Gatunek: horror 
Produkcja: Włochy 2019
Reżyseria: Roberto De Feo
Scenariusz: Roberto De Feo, Lucio Besana, Margherita Ferri, David Bellini
Obsada: Francesca Cavallin, Ginevra Francesconi, Justin Korovkin, Maurizio Lombardi, Elisabetta De Vito, Valentina Bartolo, Cristina Golotta

Źródło: wszystkie materiały od Kino Świat Sp. z o.o.

„Teddy” (2020)

 

Teddy Pruvost to impertynencki, wścibski nastolatek wychowujący się bez rodziców w małym francuskim miasteczku. I spotykający z powszechnie lubianą Rebeccą, która niedługo skończy naukę w miejscowym liceum. Teddy w przeciwieństwie do niej nie jest duszą towarzystwa. Pracuje w tutejszym salonie masażu, opiekuje się chorą ciotką, a w wolnych chwilach odwiedza swoją ukochaną, wściubia nos w nie swoje sprawy i obraża innych. Kiedy w miasteczku pojawia się jakieś wyjątkowo agresywne zwierzę, Teddy staje się czujny. Dlatego, gdy w pobliżu swojego domu zauważa jakiś ruch postanawia to sprawdzić. Wtedy zostaje zaatakowany przez coś, czego nie udaje mu się dostrzec. Tajemnicze stworzenie rani go, a niedługo potem chłopak zauważa, że z jego ciałem dzieje się coś dziwnego.

Teddy”, film twórców komediodramatu „Willy 1er” (2016) i paru krótkometrażówek, braci Boukherma, Ludovica i Zorana, oficjalnie sklasyfikowany jako horror, ale według mnie to bardziej horror komediowy. Francuska produkcja, która swoją światową premierę miała we wrześniu 2020 na Deauville Film Festival, a w Polsce zadebiutowała w grudniu tego samego roku na Splat!FilmFest, gdzie jej główni twórcy otrzymali nominację do Nagrody Publiczności. Bracia Boukherma zdradzili, że po wypuszczeniu swojego pierwszego pełnometrażowego obrazu pojawiły się problemy z kolejną historią. Celowali w coś podobnego do „Willy'ego 1er”. Napisali kilka wersji scenariusza, ale żadna nie wydawała im się dość dobra. A potem, podczas rodzinnych wakacji, wpadli na pomysł, by nakręcić telefonem komórkowym krótki filmik o wilkołaku. Tak dla zabawy, ale przy okazji doszli do wniosku, że warto zaryzykować z czymś takim na polu zawodowym. Tym bardziej, że od dziecka przepadają za opowieściami grozy, a w szczególności kiczowatymi horrorami z lat 80-tych XX wieku. Zawdzięczają to przede wszystkim matce, która gdy byli mali zaczytywała się w utworach Stephena Kinga - bracia Boukherma wspominają, że czytała im opowiadania ze zbioru „Marzenia i koszmary” i że wspólnie oglądali na przykład „Opowieści z krypty”. Od dziecka są też fanami „Koszmaru z ulicy Wiązów” oraz twórczości Johna Carpentera.

Teddy”, francuski werewolf horror, wyreżyserowany przez Ludovica i Zorana Boukhermów w oparciu o ich własny scenariusz, nie został pomyślany jako kolejny hołd dla amerykańskiego kina grozy z dawnych lat. Autorzy tego projektu oczywiście pozostawali pod natchnieniem kiczowatych produkcji powstałych w latach 70-tych i 80-tych XX wieku w Stanach Zjednoczonych, ale bardzo zależało im na przywołaniu klimatu zapamiętanego z ich dzieciństwa na francuskiej prowincji. To od początku miał być horror o wilkołaku mocno osadzony we francuskiej kulturze. Pomysłodawcy i zarazem główni twórcy „Teddy'ego” byli przekonani, że takie podejście ma największą szansę powodzenia – uznali, że podążanie amerykańskimi ścieżkami, odwoływanie się do tamtejszej tradycji, zabrzmi fałszywie. Bracia Boukherma w końcu wzrastali w innej kulturze, a więc i nią nasiąknęli. Teraz mieszkają w Paryżu, ale pamiętają dzieciństwo na wsi, gdzie wszystko wydawało im się opóźnione. Z wytęsknieniem wypatrywali momentu, w którym będą mogli opuścić to miejsce. Marzyli o zamieszkaniu w bardziej rozwiniętych Stanach Zjednoczonych. A przynajmniej takie wyobrażenie mieli wówczas o tym kraju – wyobrażenie tworzone przez amerykańskie filmy. Kiedy byli dziećmi bracia Boukherma marzyli o życiu w metropolii, a teraz chętnie wracają tam, skąd przyszli. Przynajmniej w „Teddym” można wyczuć pewną tęsknotę za życiem na prowincji. Przebija z tego obrazu nostalgia, ale i trudno zarzucić Ludovicowi i Zoranowi Boukhermom bezkrytyczne spojrzenie na życie na francuskiej prowincji. Skoro opierali się na swoich wspomnieniach z dzieciństwa, to można założyć, że pamiętają zarówno złe, jak i dobre strony dorastania w niewielkiej społeczności. Społeczności skonsolidowanej, a przynajmniej w chwilach krytycznych potrafiącej działać wspólnie. Niektóre metody radzenia sobie z problemami w miasteczku, w którym mieszka tytułowa postać, bardziej pasują do średniowiecza niż czasów nam współczesnych, w których osadzono akcję „Teddy'ego”. Filmu o nastoletnim wilkołaku, który pod płaszczykiem prostej historyjki o potworze wychodzącym na żer podczas pełni, nieświadomie terroryzującym małą francuską społeczność, przemyca opowieść o dojrzewaniu. W tej archetypicznej postaci bracia Boukherma dopatrzyli się swoistej metafory procesu dojrzewania. Włosy wyrastające w miejscach, w których dotychczas ich nie było, gwałtowne zmiany nastroju, rozdrażnienie, niekontrolowane wybuchy agresji... Tytułowy (anty)bohater poniekąd przechodzi przez to, co przeżywa wielu innych ludzi w jego wieku. Hormony szaleją, ciało się zmienia... ale bardziej niż zazwyczaj. Bo wszystko wskazuje na to, że Teddy przechodzi zdecydowanie bardziej drastyczną przemianę od swoich rówieśników. A wszystko przez zwierzę, które zadało mu z pozoru niegroźną ranę.

Nastoletni wilkołak” Roda Daniela po francusku? Owszem, „Teddy” Ludovica i Zorana Boukhermów może nasuwać lekkie skojarzenia z tamtym kultowym obrazem, ale nie powiedziałabym, że „Nastoletni wilkołak” był dla Francuzów jakimś dużym drogowskazem. Jeśli w ogóle z niego czerpali, bo podobieństwa nie są aż tak jaskrawe, żebym miała w tej kwestii absolutną pewność. Tym co najbardziej urzekło mnie w „Teddym” była emanująca z ekranu swoboda, niewymuszenie, lekkość, z jaką twórcy podeszli do tego, bądź co bądź, niewesołego tematu. Ciężkiego żywota wspaniale niejednoznacznej postaci, jaką w moim mniemaniu jest tytułowy młody człowiek. Anthony Bajon nie tyle grał, ile stał się Teddym Pruvostem. Fenomenalny występ! I niełatwy, bo bracia Boukherma znacznie utrudnili sobie zadanie poprzez nadanie Teddy'emu cech, które zazwyczaj działają na innych odpychająco. W każdym razie takich, które na pewno nie miały przemawiać na korzyść tego nastolatka. Budzić naszego uznania, pracować na pozytywny odbiór tej postaci. Ale przecież ważne było - i u mnie jak najbardziej to się udało - by publiczność solidaryzowała się z Teddym, żeby odbiorca miał dla niego sporo współczucia. Przy jednoczesnej świadomości, że nastolatek ten stanowi ogromne zagrożenie dla innych. Filmowcom zależało na tym byśmy nie odbierali tego coraz bardziej zagubionego chłopaka jako krwiożerczego potwora, którego dla dobra ogółu należy czym prędzej zgładzić, tylko chłopca, któremu życzymy wyjścia z opresji. Znalezienia sposobu na pozbycie się klątwy najpewniej zesłanej przez niby zwyczajnej zwierzę, od niedawna grasujące w miasteczku, w którym mieszka Teddy. Od urodzenia, i bynajmniej nie tęskni do innych miejsc. Podczas gdy jego rówieśnicy nie mogą się już doczekać wyjazdu na studia, opuszczenia tego zaścianka i ułożenia sobie życia gdzieś, gdzie będą mieli nieporównanie większe możliwości rozwoju, Teddy całą swoją przyszłość wiąże z miasteczkiem, w którym się wychował. Wszystko ma zaplanowane, choć nie można oprzeć się wrażeniu, że nie mierzy sił na zamiary. Jest w tym jakaś dziecięca naiwność. W pełni zamierzona. Bo „Teddy” to poza wszystkim innym opowieść o chłopcu, który mentalnie jeszcze nie dojrzał, który pod wieloma względami wciąż zachowuje się jak mały chłopiec. Krnąbrny, pyskaty, przemądrzały, nietaktowny dzieciak, który jest święcie przekonany, że bez trudu zrobi oszałamiającą karierę w miasteczku, w którym inni młodzi ludzie nie widzą widoków na wygodną przyszłość. I wybuduje przytulny dom dla siebie, swojej ukochanej i ich dzieci. Najpierw jednak musi uporać się z aktualnymi problemami. Niebłahymi, bo Teddy ma powody przypuszczać, że pod osłoną nocy dopuszcza się rzeczy strasznych. Niczego nie pamięta, ale ma dość dowodów świadczących za tym, że zmienia się w bezrozumną bestię. Klasycznego wilkołaka. Polującego wyłącznie podczas pełni księżyca, który i za dnia dostrzega dziwne zmiany w swoim młodym ciele. A to włos wyrastający z oka, a to pokryty szczeciną język... Spodziewałam się body horroru, ale twórcy niestety nie poszli w tę stronę. Zmiany zachodzące w ciele czołowej postaci w ogóle są zaskakująco drobne. Niektóre całkiem pomysłowe, jak wspomniana akcja z okiem, a raz nawet musiałam walczyć z pragnieniem odwrócenia wzroku od ekranu - odrywanie paznokcia, wykorzystywane już w kinie, ale wciąż silnie na mnie działające. Niektórych o niesmak może też przyprawić atak na palec stopy. Jednakże poza paroma, w sumie mało efektywnymi - choć co trzeba dodać wykorzystano praktyczne efekty specjalne - zdjęciami, przewijającymi się tuż przed finalną konfrontacją (swoją drogą w trakcie napisów końcowych jest jeszcze jedna, niezbyt istotna scena) trudno mówić o jakiejś większej makabrze. To dość lekka, zabawna, ale i odrobinę depresyjna opowieść utrzymana w ciepłych, często nawet jaskrawych kolorach, ale i niestroniąca od mniej i bardziej zagęszczonego mroku. Bywa ponuro, bywa melancholijnie, bywa smutno, bywa groźnie, ale komicznych, naprawdę śmiesznych, celowo przejaskrawionych sytuacji też w „Teddym” nie brakuje, więc przeciwnikom mieszania tak zwanej grozy z komedią, tej pozycji na pewno bym nie poleciła.

Takie horrory komediowe to mogę oglądać. Bo według mnie „Teddy”, francuski werewolf horror wyreżyserowany przed Ludovica i Zorana Boukhermów w oparciu o ich własnych scenariusz, jest horrorem zmiksowanym z komedią. Pozycją z dość mocno rozwiniętą płaszczyzną psychologiczną, w każdym razie jak na kino tego rodzaju. Jak na historię o nastoletnim wilkołaku. Komiczną, ale i potrafiąca zasmucić. Lekką, ale i mogącą sprawić, że człowiekowi zrobi się ciężej na sercu. Wciągającą, a nawet odświeżającą słodko-gorzką opowieścią o dojrzewaniu. I stopniowym przemienianiu się we włochatą, żarłoczną bestię...