piątek, 26 sierpnia 2016

„They Look Like People” (2015)


Wyatt odwiedza długo niewidzianego przyjaciela Christiana mieszkającego w Nowym Jorku. Zdradza mu, że jakiś czas temu rozstał się z narzeczoną i na kilka dni zatrzymał się u znajomych. Christian proponuje mu własne mieszkanie, na co Wyatt przystaje, ale informuje przyjaciela, że niedługo zamierza wyjechać z miasta. Pierwszego wieczora Christian namawia kolegę, żeby wybrał się z nim na podwójną randkę, ponieważ jest umówiony ze swoją kierowniczką Marą, która zabierze ze sobą przyjaciółkę, Sandy. Spotkanie nie przebiega pomyślnie ze względu na wypadek Sandy, ale w kolejnych dniach Christian zacieśnia więzi z Marą. Wyatt tymczasem zastanawia się, czy zdradzić przyjacielowi swoją tajemnicę, czy poinformować go, że jest jednym z nielicznych ludzi, którzy dostrzegają pod maską człowieczeństwa niektórych osobników ich prawdziwe demoniczne oblicza.

„They Look Like People” jest thrillerem psychologicznym debiutującego w pełnym metrażu Perry’ego Blacksheara na podstawie jego własnego scenariusza. Pierwszy pokaz filmu odbył się na Slamdance Film Festival, gdzie otrzymał Specjalne Wyróżnienie Jury, a Perry Blackshear dostał nominację do Głównej Nagrody Jury. Na „They Look Like People” zwrócili uwagę amerykańscy krytycy, jak do tej pory w większości chwaląc dokonanie debiutanta, zresztą podobnie jak wielu zwykłych widzów, w tym fanów gatunku. Ciepłe przyjęcie „They Look Like People” w Stanach Zjednoczonych być może zaowocuje rozwinięciem reżyserskiej kariery Blacksheara, choć mam wątpliwości, czy jego pierwszy pełnometrażowy obraz wkradnie się w łaski milionów odbiorców na arenie międzynarodowej.

Perry Blackshear bez wątpienia chciał nakręcić minimalistyczny film ukierunkowany na emocje, ale w moim odczuciu jego dzieło nie może się równać z takimi oszczędnymi w formie thrillerami, jak „Królowa Ziemi”, „Zaproszenie”, czy „Złaknieni”, żeby wymienić tylko kilka współczesnych obrazów wpisujących się w tę modę. Głównym wątkiem scenariusza Blackshear uczynił motyw rzekomej zdolności głównego bohatera Wyatta (zadowalająco wykreowanego przez MacLeoda Andrewsa) polegającej na dostrzeganiu u co poniektórych osobników potwornego oblicza skrywanego pod maską „normalności”. W zarysie (nie w szczegółach) przypomina to opowiadanie Stephena Kinga zamieszczone w zbiorze „Marzenia i koszmary”, zatytułowane „Ludzie Godziny Dziesiątej”. Tam również mieliśmy „grupę wybrańców” dostrzegających demoniczne postacie pod płaszczykami człowieczeństwa. Blackshear jednak inaczej ujął ową tematykę, sugerując widzom, że mogą mieć do czynienia jedynie z majakami rozchwianego psychicznie mężczyzny, a nie rzeczywistym zagrożeniem w formie potworów ukrywających się w ludzkich ciałach. Koncepcja zacna, nie przeczę, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że scenarzysta nie potrafił należycie jej rozwinąć. Nie wiem, czy inwencja Blacksheara wyczerpała się na tym jednym pomyśle, czy był to przemyślany zabieg, ale bez względu na powody takie podejście do problematyki „They Look Like People” nie zdołało mnie w pełni zadowolić. Można oczywiście stworzyć prawdziwie emocjonujące, minimalistyczne widowisko w oparciu o jeden ciekawy wątek, ale do tego potrzeba wyczucia gatunku, którego w moim pojęciu Blackshearowi na razie brakuje. Choć powolne najazdy kamer, lekko ziarniste zdjęcia i przede wszystkim ślamazarne tempo akcji ze względu na moje osobiste preferencje przykuły moją uwagę, już na początku seansu obiecując wymagające maksymalnego skupienia, ukierunkowane na emocje widowisko, między innymi sposób w jaki twórcy podeszli do budowania napięcia zawiódł moje oczekiwania. Wyglądało to, jakby zrezygnowano z jego stopniowania, jakby cały czas tkwił na tym samym poziomie, nie narastając z biegiem trwania seansu. Może dlatego, że fabuła specjalnie się nie rozwijała, a przynajmniej nie w takim kierunku, jakiego można się spodziewać po tego rodzaju pomyśle. Blackshear już na początku filmu wyraźnie nakreślił wątek przewodni skupiający się na czy to szaleństwie, czy niezwykłych zdolnościach Wyatta, ale zapewne czując, że to nie wystarczy postanowił rozciągnąć intrygę na inne postacie, których postępowania nijak nie potrafiłam zrozumieć. Miało to swoje uzasadnienie w przypadku Christiana (również przyzwoity aktorsko Evan Dumouchel), który również nie miał stanowić okazu zdrowia psychicznego, tak samo jak Wyatt miał swoje problemy i nieco infantylne podejście do życia (za przykład nie posłużą beztroskie zabawy, jakim lubią oddawać się przyjaciele) z tą różnicą, że nie widywał demonów kryjących się pod ludzką skórą, które przecież mogły wcale nie stanowić projekcji skołowanego umysłu głównego bohatera tylko być realnym zagrożeniem czyhającym na obu mężczyzn. W tym nielicznym gronie najbardziej zwyczajną osobowością miała być chyba Mara, kierowniczka i zarazem sympatia Christiana, aczkolwiek jej relacja z mężczyzną miała cokolwiek nietypowy przebieg – nie potrafiłam zrozumieć jej zachowania tuż po zwolnieniu Christiana, ale powiedzmy, że jej pragnienie kontynuowania romansu było wyrazem zdecydowanego rozgraniczania sfery zawodowej i prywatnej, na co poszkodowany zresztą przystał bez większych pretensji… W międzyczasie twórcy serwują nam kilka ujęć świadczących, czy to o postępującym szaleństwie Wyatta, czy o jego zbliżającej się konfrontacji z prawdziwymi potworami, nie szafując efektami specjalnymi. Powściągliwa forma w najmniejszym stopniu mi nie przeszkadzała – nocne rozmowy telefoniczne z osobnikami operującymi zniekształconym głosem, dziwaczne dźwięki słyszalne jedynie przez Wyatta, czy wreszcie twarz kobiety przybierająca upiorne rysy ze szczególnym wskazaniem na mistrzowsko pokazany uśmiech rozciągający się dosłownie od ucha do ucha i oczy zachodzące bielą, swoim oszczędnym charakterem całkowicie mnie przekonały, ale ich ilość była zdecydowanie zanadto ograniczona.

Kiedy główny wątek zostaje dokładnie nakreślony scenarzysta nie robi wiele, żeby natchnąć go jakąś dodatkową atrakcyjnością. Zamiast tego często ucieka w stronę Christiana i Mary, dając do zrozumienia, że grozi im jakieś niebezpieczeństwo, czy to ze strony popadającego w szaleństwo Wyatta, czy demonów ukrywających się w ludzkich ciałach, ale nie dbając zanadto o audiowizualne stopniowanie atmosfery. Zamiast przede wszystkim skupić się na budowaniu napięcia miałam wrażenie, że twórcy woleli skoncentrować się na mało zajmującej, właściwie to nudnej, swoistej otoczce romantyczno-dramatycznej z udziałem Christiana i Mary. W pewnym momencie Wyatt i jego rzekoma paranoja zeszli na dalszy plan, a ja musiałam zadowolić się obserwowaniem głębszego uczucia kiełkującego pomiędzy jego znajomymi oraz komplikacjami na gruncie zawodowym. Od czasu do czasu twórcy raczyli mnie głupawymi rozrywkami Wyatta i Christiana, mającymi przede wszystkim zasygnalizować widzom, że nie podchodzą do życia nazbyt poważnie i być może nawet mają nieco wypaczony ogląd na rzeczywistość, w jakiej przyszło im żyć. Te wszystkie nudnawe akcenty konsekwentnie wyłuszczano w nieśpiesznym tempie, koncentrując się na mało istotnych szczegółach, ale w moim poczuciu bez hipnotyzującej, czy też ponurej otoczki audiowizualnej, bez należytej dbałości o napięcie, które przecież powinno być nadrzędnym elementem minimalistycznego thrillera psychologicznego. Naprawdę było mi całkowicie obojętne co stanie się z bohaterami i właściwie nie interesowało mnie rozwiązanie całej intrygi. Trwałam przed ekranem jedynie w oczekiwaniu na jak się okazało sporadyczne rzekome halucynacje Wyatta, które w dodatku wtłoczono w nieciekawą fabułę, jak się wydawało bez zważania na suspens i bez dbałości o ówczesne akcentowanie wzrastającej aury zagrożenia.

Choć wprost przepadam za minimalistycznymi thrillerami propozycja Perry’ego Blacksheara do mnie nie trafiła. Zamiast nastawionej na emocje, trzymającej w napięciu opowieści o postępującym szaleństwie bądź zbliżającej się konfrontacji z potworami dostałam toporną narrację, w której próżno szukać zagęszczającej się aury zagrożenia. Po takich oszczędnych w formie dreszczowcach spodziewam się przede wszystkim hipnotyzujących kadrów, przepełnionych podskórną grozą, na apogeum której chce się czekać, a nie jak to moim zdaniem miało miejsce w przypadku „They Look Like People” utrzymywania napięcia na niezmiennym, niezbyt wygórowanym poziomie, z wyłączeniem końcówki, która swoją drogą ostatecznie również rozczarowuje.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Splat!FilmFest 2 Horror Festival


Jest nam niezmiernie miło zaprosić Państwa na festiwal horroru, pełen dzikiego, pięknego i mrocznego kina. Zaprezentujemy premiery, nowości, filmy krótkometrażowe i kultowe horrory. Zapraszamy także na spotkania z naszymi gośćmi i wykłady. Uwaga! Groza i przemoc na dużym ekranie są jeszcze bardziej przerażające!

Początki kina grozy sięgają przełomu XIX i XX wieku. Przez lata horror ewoluował i przybierał rozmaite formy. Z jednej strony jest to gatunek mocno osadzony w ramach konwencji, a z drugiej bardzo bogaty wewnętrznie i tak różnorodny, że trudno nawet o jedną, uniwersalną definicję. Natomiast bez wątpienia u podstaw horroru leży intencjonalne wzbudzanie strachu, przerażenia, obrzydzenia. Kino grozy może odnosić się do naszych uniwersalnych lęków, odzwierciedlać społeczne niepokoje, być zaangażowane społecznie, a tym samym oswajać widza z tym, czego boi się najbardziej. Jak pisał Carl Gustav Jung, „nie stajemy się oświeceni, wyobrażając sobie światło, lecz czyniąc ciemność świadomą”.

Międzynarodowy festiwal kina grozy Splat!FilmFest 2 odbędzie się w dniach 12-18 września 2016 roku w Centrum Kultury w Lublinie (ul. Peowiaków 12)

Wstęp tylko dla widzów pełnoletnich o mocnych nerwach
Więcej na http://www.splatfilmfest.com/

Źródło: informacja podesłana przez organizatorów festiwalu

środa, 24 sierpnia 2016

„Summer Camp” (2015)


Prowadzący skromny obóz letni w Hiszpanii, Antonio, zatrudnia dwie młode, nieznające się Amerykanki, Michelle i Christy. Tak samo, jak pracujący w tym miejscu kolejny sezon Amerykanin Will mają być wychowawcami dzieci, którzy poza odpoczynkiem będą uczyć się języka angielskiego. Dzień poprzedzający przyjazd wczasowiczów cała czwórka poświęca na przygotowania, w tym szkolenie Michelle i Christy. Wieczorem, kiedy mają wreszcie się odprężyć po ciężkim dniu, jednego z nich dopada jakaś choroba, przez którą staje się agresywny. Jego koledzy wkrótce odkrywają, że parę osób przebywających w tej okolicy również zostało zarażonych, zamieniając się w szaleńców opętanych manią zabijania.

Hiszpańsko-amerykański „Summer Camp” to reżyserski pełnometrażowy debiut Alberto Mariniego, dotychczas realizującego się w roli scenarzysty - „Romasanta”, „Extinction”, „Słodkich snów”, „Apartament” z cyklu „filmów, które nie dadzą ci zasnąć”. Dwa ostatnie obrazy wyreżyserował Jaume Balagueró, który jest znany przede wszystkim, jako współtwórca horroru pt. „[Rec]”. Artysta miał swój udział w powstawaniu „Summer Camp”, służąc początkującemu w roli reżysera koledze cennymi radami i dofinansowując produkcję. Scenariusz „Summer Camp” Marini napisał wspólnie z Danielle Schleif, a ich czołowym zamysłem było odejście od znanej konwencji, przemodelowanie schematów, mając nadzieję, że taki eksperyment zaskoczy wielbicieli horrorów.

Z wypowiedzi Alberto Mariniego wnioskuję, że spodziewał się, iż początek „Summer Camp” nasunie miłośnikom kina grozy skojarzenia ze starymi camp slasherami, ale mnie bardziej to przypominało remake „Martwego zła”. Niezupełnie na płaszczyźnie tekstowej, już prędzej od strony technicznej. Hiszpański obóz letni położony w zacisznym, zalesionym zakątku osnuto wówczas mroczną aurą wyobcowania oddaną w delikatnie wyblakłych barwach, wizualnie bardzo zbliżoną do nowej wersji „Martwego zła”. Wrażenie osamotnienia w swoistej głuszy wzmaga niewielka liczba bohaterów. Akcja rozgrywa się w przededniu otwarcia obozu, koncentrując się głównie na właścicielu przybytku Antonio i zatrudnionej przez niego trójce młodych wychowawców, którzy czynią przygotowania do jutrzejszego przyjazdu małych wczasowiczów. Ten niedługi klimatyczny wstęp poza oczywistym wprowadzeniem widza w złowieszczy nastrój ma za zadanie zmusić dobrze zaznajomionego z filmowymi rąbankami odbiorcę do usystematyzowania sobie w głowie bohaterów, zgodnie z wytycznymi konwencji. Innymi słowy scenarzyści dają mu do zrozumienia, że zaradna Michelle (zadowalająco wykreowana przez Maiarę Walsh) jest jedyną możliwą kandydatką na final girl, natomiast Antonio, z którym zaczyna wchodzić w bliższą relację najprawdopodobniej najdłużej będzie jej towarzyszył podczas zmagań z tajemniczą zarazą. Will (przyzwoity aktorsko Diego Boneta) zostaje wówczas wtłoczony w ramy standardowego podrywacza i lekkoducha (wejście do klatki, w której przebywa pies rzekomo mający wściekliznę), a Christy również zadowalająco wykreowana przez Jocelin Donahue, miała uchodzić za bogatą, rozpuszczoną strojnisię nieradzącą sobie na łonie natury - w slasherach zazwyczaj takie role powierza się blondynkom. I kiedy już widz za podszeptami scenarzystów uszereguje sobie czołowe postacie pod kątem najbardziej prawdopodobnej kolejności ich umierania, twórcy burzą cały zamysł oglądającego, dając mu do zrozumienia, że jednym z ich celów jest pogrywanie na jego oczekiwaniach. Gdy już utwierdzamy się w przekonaniu, że ugryziony przez chorującego psa Will jest jedynym możliwym kandydatem na pierwszą zarażoną ludzką postać twórcy serwują nam trzymającą w napięciu sekwencję jego skradania się za plecami Antonia. Wstrzymujemy wówczas oddech w oczekiwaniu na atak, który istotnie następuje chwilę później, ale nie ze strony której się spodziewaliśmy. A żeby tego były mało zaraz potem kolejną ofiarą zarazy pada osoba, która nie miała prawa zostać tak szybko wykluczona z grona pozytywnych bohaterów, w myśl konwencji rąbanek powinna najdłużej pozostawać „przy zdrowych zmysłach”. Razem z zaskoczeniem na widok tak osobliwego procesu zarażania protagonistów przychodzi refleksja, że oto twórcy nazbyt szybko zmniejszyli liczbę protagonistów o połowę – zastanawia więc, w jaki sposób zamierzają dynamizować kolejne sekwencje… Stosunkowo szybko dostajemy na to odpowiedź w formie wyjawienia nam niezwykłych tendencji panoszącej się w obozie i jego okolicach choroby. Nie przypominam sobie żadnego filmu o zarazie, która charakteryzowałaby się takim przebiegiem, dlatego też mogę oddać koncepcji Mariniego i Schleif swoisty powiew świeżości, który w połączeniu z wcześniejszym przemodelowaniem konwencji obiecuje prawdziwie innowacyjne widowisko, pełne przeróżnych niespodzianek w warstwie tekstowej. Tak może się wydawać tuż po wyjawieniu widzom niesztampowych skłonności tej konkretnej choroby, jednak dalszy przebieg fabuły mnie osobiście przyniósł wyłącznie rozczarowanie i nie tylko przez wzgląd na jej przewidywalny przebieg.

Do pewnego momentu myślałam, że „Summer Camp” będzie godzien fenomenu „Śmiertelnej gorączki” Eliego Rotha, że będę mogła z czystym sumieniem stwierdzić, że obok wspomnianego dzieła to najlepszy XXI-wieczny horror o zarazie. Ale z czasem niestety zostałam zmuszona do obniżenia oczekiwań, do zaakceptowania jego przeciętności. Wiem, że niejeden wielbiciel kina grozy jest zachwycony całokształtem „Summer Camp”, ale mnie niestety rozwój fabuły i towarzysząca mu oprawa wizualna mocno zawiodły. Wspomniana przewidywalność to w moim pojęciu pierwszy mankament drugiej partii filmu - pochodzenie zarazy nie było dla mnie żadną tajemnicą, gdyż scenarzyści zdecydowanie za dużo tropów podrzucili już na początku seansu. Ale przewidywalność w dalszej części scenariusza nie przeszkadzała mi zanadto, byłam nieporównanie bardziej zawiedziona wycofaniem twórców na gruncie gore i w moim pojęciu topornym stopniowaniem napięcia. Horror o zarazie powinien oferować kilka krwawych ujęć, ale twórcy widocznie również w tym aspekcie postanowili odciąć się od schematów - wszystkie sekwencje okaleczenia i zabijania ludzi ukrywając przed wzrokiem widza bądź montując w sposób uniemożliwiający dojrzenie makabry w całej krasie (na przykład migawkowy portret stopy dziurawionej wiertarką). W sumie jako tako posoce mogłam przyjrzeć się jedynie w ujęciach skoncentrowanych na bladych twarzach zarażonych wykrzywionych w szaleńczych grymasach, gdyż kiedy dopadała ich choroba z ich ust buchała realistycznie się prezentująca krew, zresztą tak samo jak ich całe sylwetki, na szczęście minimalistycznie ucharakteryzowane. Mogłabym wybaczyć twórcom małą drastyczność, w pełni zaakceptować taką formę odcięcia się od konwencji horrorów o zarazie, gdyby nie nieudolnie stopniowane napięcie i dużo słabszy klimat od tego, z którym zderzyłam się na początku „Summer Camp”. Na chaotyczne pościgi młodych ludzi, ich konfrontacje z zarażonymi i paniczne poszukiwanie sposobu na wydostanie się z obszaru, na którym panoszy się osobliwa zaraza patrzyłam z całkowitą obojętnością. Nie potrafiłam „zsynchronizować się” z w dużej mierze plastikową aurą osnuwającą te wydarzenia, pomimo usilnych starań nie znalazłam prawie niczego, co ożywiłoby mnie w dalszej części seansu. Prawie, bo pesymistyczne podsumowanie wyartykułowanych na początku przez bohaterów tez dotyczących wzajemnego zaufania stanowiło miłą odskocznię od beznamiętnych pogoni i prawie bezkrwawych ataków zarażonych. Wydawało mi się nawet, że podczas gdy początkowe sekwencje „Summer Camp” umiejętnie pogrywały z oczekiwaniami widzów, inteligentnie rezygnując z prawideł rządzących rąbankami, dalsze partie filmu tkwiły już w ramach konwencji. Co nie byłoby złe, gdyby przedstawić to w bardziej emocjonujący i klimatyczny sposób.

Zdecydowanie nie jestem fanką „Summer Camp”, choć doceniam początkowe eksperymentowanie z kliszami, całkiem oryginalne podejście do konwencji filmowych rąbanek oraz wstępne budowanie klimatu. Gdyby dalsze partie filmu utrzymały wysoki poziom początkowych sekwencji zapewne rozpływałabym się w zachwytach, ale niestety z czasem stało się dla mnie jasne, że twórcom nie udało się dosięgnąć wysoko zawieszonej poprzeczki, że walory tej produkcji rozłożono nierównomiernie, niemalże wszystkie superlatywy zawierając w pierwszych partiach filmu. Myślę jednak, że „Summer Camp” znajdzie wielu sympatyków, że niejedną osobę całkowicie przekona takie stopniowanie klimatu, tego rodzaju podejście do gore i właśnie taki klimat, jaki zaproponowano w dalszych partiach filmu.

wtorek, 23 sierpnia 2016

„Szatańskie zabawki” (1992)


Policjanci, Matt Cable i Judith Gray zastawiają pułapkę na dwóch handlarzy bronią. Jednak akcja nie przebiega zgodnie z planem. Partner Judith i zarazem ojciec dziecka, którego się spodziewa zostaje zastrzelony, a przestępcy ukrywają się w magazynie, w którym przechowywane są zabawki. Policjantka rusza ich śladem. W środku udaje jej się dopaść i skuć jednego z nich. Tymczasem krew drugiego przywołuje Szatana, który ożywia znajdujące się w magazynie zabawki. Ich zadaniem jest zabicie każdego, kto znajdzie się w pobliżu. Z wyjątkiem Judith, co do której diabeł ma inne plany. Policjantka i schwytany przez nią przestępca zostają uwięzieni w małym pomieszczeniu. Hałasy zwracają uwagę ochroniarza i młodego dostawcy kurczaków, Marka Wayne’a. Mężczyźni docierają do uwięzionych intruzów. Chwilę potem ożywione zabawki ruszają do ataku.

„Szatańskie zabawki” to horror klasy B wyreżyserowany przez Petera Manoogiana i porównywany do powstałego trzy lata wcześniej „Władcy lalek” Davida Schmoellera, którego jednym z pomysłodawców był Charles Band, producent wykonawczy „Szatańskich zabawek” i inspirator ich scenariusza. Autorem warstwy tekstowej jest David S. Goyer, późniejszy twórca między innymi „Blade’a: Mrocznej Trójcy” i „Nienarodzonego”. W 2010 roku „Szatańskie zabawki” doczekały się sequela, a wcześniej powstały dwa crossovery, w których skonfrontowano szatańskie zabawki z bohaterami innych horrorów, zatytułowane „Dollman vs. Demonic Toys” i „Puppet Master vs. Demonic Toys”.

„Szatańskie zabawki” to w moim pojęciu kwintesencja kina grozy klasy B lat 90-tych: tandetny horror z akcentami komediowymi, skierowany głównie do fanów niskobudżetowej rozrywki. Dominującą rolę w tej produkcji odgrywa kicz, również w akcentach gore, a wątek przewodni jest tak naiwny, jak to tylko możliwe. Innymi słowy miłośnik horrorów klasy B dostaje to, co kocha, podczas gdy koneser ambitnego, innowacyjnego kina grozy z zażenowaniem wpatruje się w ekran, zastanawiając się dla kogo kręci się takie filmy. Między innymi dla mnie, bo od zawsze czułam jakiś „pociąg” do tandetnych, umiarkowanie krwawych horrorów, które nie grzeszą błyskotliwością, a wszystkie elementy składowe aż proszą się o większe dopracowanie. „Szatańskie zabawki” to istotnie głupiutki obraz, od którego nie należy oczekiwać profesjonalizmu, ale jeśli akceptuje się kiczowate realizacje i infantylne scenariusze można się naprawdę przednio bawić. Fabuła, jak to w kinie grozy klasy B zazwyczaj bywa została maksymalnie uproszczona. Akcję zamknięto w starym magazynie pełnym zabawek, liczbę bohaterów znacznie ograniczono, a wątek przewodni zbudowano w oparciu o jeden z częstych motywów horrorów, bazujących na ingerencji Szatana we własnej osobie w życie kilku śmiertelników. A ściślej nieszczęśników, którzy mieli pecha znaleźć się w budynku, w którym właśnie nieświadomie przywołano niematerialnego Księcia Ciemności, który czerpie energię z każdego morderstwa popełnionego przez powołane przez niego do życia zabawki i stara się przybrać cielesną postać. Szatan najczęściej przybiera oblicze małego, słodziutkiego chłopca z wściekle zielonymi oczami i przemawiającego grubym głosem typowym dla dorosłego mężczyzny (kontrast wyglądu z głosem robi wrażenie). Ale to nie on kradnie „Szatańskie zabawki” tylko tytułowi antybohaterowie – Szatan przegrywa w starciu z nimi nawet wówczas, gdy przybiera bardziej upiorne postacie zakrwawionego zombie-Matta, demona ze szkaradną twarzą, czy wreszcie standardową postać diabła z rogami. Wprost nie mogłam się napatrzeć na ożywione zabawki – między innymi głowę klauna z ogromną paszczą wyskakującą z pudełka, wściekłego miśka, który najbardziej rozbawił mnie w chwili, w której dzierżył w łapkach kij baseballowy i wreszcie wprost zachwycającą Stokrotkę. Ta ostatnia dosłownie mnie rozbrajała, wywołując uśmiech ilekroć pojawiała się na ekranie, a niekontrolowany wybuch śmiechu zawsze kiedy się odzywała. Stokrotka to lalka wyobrażająca bobasa z prześmiewczą mimiką, która nie szczędzi widzom i zdumionym protagonistom filmu dowcipnych odzywek i zauważalnie szefuje krwiożerczej armii zabawek grasującej w starym magazynie. Aż dziw, że nie skradła serc milionów wzorem laleczki Chucky, bo naprawdę niewiele ustępuje „swojemu sławnemu koledze”.

Jak można się tego domyślić akcja koncentruje się na pościgach po starym magazynie i sekwencjach mordów dokonywanych przez ożywione zabawki. Niski budżet nie pozwolił twórcom wykorzystać porażająco realistycznych efektów specjalnych, ale ten niedostatek w dużej mierze rekompensował ich zapał i inwencja. Sztuczna posoka co prawda nie leje się hektolitrami, ale na niedobór akcentów gore i tak nie można narzekać, na brak pomysłowości również. Najczęściej portretowano wgryzanie się zabawek w szyje protagonistów z licznymi zbliżeniami na rozciąganie fragmentów skóry, ale rekwizyty którymi wówczas się posiłkowano wizualnie nie grzeszyły wiarygodnością. Jednak ten mankament nie psuł moich ogólnych wrażeń – wygląd napastników i swoiste czyste szaleństwo przebijające z owych ustępów (właściwie to z całego filmu), nieskrępowane popuszczanie wodzów wyobraźni przez twórców wynagrodziły mi małą wiarygodność scen gore. Wspomnianą pomysłowość w okaleczaniu ofiar widać na przykład w dosyć długiej sekwencji rozrywania zębami policzka ochroniarza oraz pełnego determinacji dźgania oka dziewczyny. Szatan również ma coś w zanadrzu, w końcu głupio byłoby gdyby tylko pozostające na jego usługach zabawki dostarczały widzom umiarkowanie krwawych akcentów. Ujęcie gore z jego udziałem jest chyba najbardziej charakterystyczne – koncentruje się bowiem na powolnym wyjmowaniu własnych oczu… Kolejnym (nie wiem już którym z kolei) superlatywem „Szatańskich zabawek” jest odtwórczyni roli głównej, Tracy Scoggins oraz charakter postaci, którą z takim wdziękiem kreuje. Spodziewająca się dziecka policjantka, która obejmuje dowodzenie w wąskim gronie nieszczęśników uwięzionych w magazynie opanowanym przez diabelskie moce, jest głównym celem Szatana, ale cechujące ją hardość i ogromna odwaga nie pozwalają jej poddać się panice, która wielu innych w takiej sytuacji dosłownie by sparaliżowała. Judith Gray staje do nierównej walki zarówno z Szatanem, ożywionymi zabawkami, jak i handlarzem bronią, nie ulegając Szatanowi nawet wówczas, gdy wdziera się w jej podświadomość i przenosi ją do domku dla lalek, gdzie demonstruje jej swoje moce. Ten ustęp wiąże się z ciekawymi sekwencjami snów Judith traktującymi o grze w karty dwóch chłopców – jednym z nich jest diabeł, a drugim stojący po stronie Judith chłopiec, którego tożsamość poznamy dopiero pod koniec filmu. Niniejszy akcent w finale nawet mnie zaskoczył UWAGA SPOILER myślałam, że „dobrym duszkiem” jest sam Bóg KONIEC SPOILERA, ale zanim to nastąpiło nie obyło się bez kilku niebudzących mojego zachwytu części składowych. Superlatywy filmu Manoogiana już w skrócie przedstawiłam, ale zauważyłam również kilka wad, a przynajmniej elementów, które mnie nie przypadły do gustu. Efekty komputerowe wyobrażające a la wyładowania elektryczne trąciły animacją, a zbudowany na początku całkiem mroczny klimat filmu z czasem został zaniedbany. Wyparowała gdzieś klaustrofobiczna, ponura aura swoistej pułapki w formie starego magazynu, przestano podkreślać ciasnotę poszczególnych pomieszczeń i zalegającą w kątach ciemność, większą wagę przykładając do dynamicznych pościgów i strzelanek, które same w sobie były diablo wciągające, ale myślę, że wypadłyby jeszcze lepiej, gdyby przez cały czas towarzyszył im gęsty mroczny klimat.

Myślę, że „Szatańskie zabawki” to niemalże doskonała propozycja dla wieloletnich wielbicieli umiarkowanie krwawych niskobudżetowych horrorów z akcentami komediowymi. Kiczowaty, naiwny obraz, z którego tchnie jakaś magia – porywający urok taniego kina grozy lat 90-tych, nastawionego przede wszystkim na czystą rozrywkę. Niestarającego się na siłę kogoś przestraszyć, czy zniesmaczyć, już prędzej próbującego odprężyć, a nawet rozbawić odbiorcę akceptującego takie „dziwactwa”. Już nie kręci się takich filmów, bo i liczba ich fanów nie jest zbyt wielka, ale kilka osobników poszukujących tego rodzaju rozrywki „niższych lotów” jeszcze się ostało i to właśnie im pragnę zarekomendować „Szatańskie zabawki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...