niedziela, 10 listopada 2019

„Ekstaza” (2019)


Malarka Dezzy Donahue rozpaczliwie szuka inspiracji do swojego kolejnego dzieła. Od tego zależy jej być albo nie być w branży, którą kocha. Poza tym potrzebuje pieniędzy i musi wykonać zlecenie, za które pobrała zaliczkę. Po jednym szczególnie ciężkim dniu udaje się do znajomego dilera i nabywa narkotyk, którego nigdy wcześniej nie zażywała. Upojna noc w narkotykowym zamroczeniu u boku przyjaciółki Courtney i jej chłopaka Ronniego zmienia wszystko. Rano Dezzy odkrywa, że wreszcie pchnęła do przodu swoją pracę nad najnowszym obrazem. Ale tego nie pamięta. Przypuszcza jednak, że zawdzięcza to nowemu narkotykowi. Zaczyna inaczej na to patrzeć, gdy pojawia się pragnienie krwi.

Twórca „Almost Human” (2013) i „The Mind's Eye” (2015), Joe Begos, pracę nad swoim trzecim pełnometrażowym filmem, horrorem wampirycznym pt. „Bliss” (pol. „Ekstaza”), rozpoczął gdy był w finansowym dołku. Uznał bowiem, że to najlepszy sposób na zdobycie gotówki, a poza tym z jego osobistych przejść narodził się pomysł na postać Dezzy Donahue. Joe Begos zasiadł więc do pisania scenariusza (za czym nie przepada), a gdy kończył pojawiła się okazja na sfilmowanie tej historii. Begos i jego ekipa mieli do rozdysponowania zaledwie dwieście tysięcy dolarów, ale reżyser, scenarzysta i zarazem współproducent „Ekstazy” miał wizję, która nader wysokich kosztów generować nie mogła. Begos nie lubi efektów komputerowych. Nie tylko dlatego, że nawet w wysokobudżetowych filmach nie wyglądają dobrze, ale także przez to, że reżyser nie ma nad nimi takiej władzy, jak nad efektami praktycznymi. Od rozpoczęcia pracy nad scenariuszem „Ekstazy” do jej premiery na Tribeca Film Festival w kwietniu 2019 roku, minęło zaledwie około dziesięć miesięcy.

Amerykański horror z 2019 roku, który wygląda tak, jakby zrealizowano go w latach 70-tych XX wieku. Na tym zresztą Joemu Begosowi zależało. „Ekstazę” nakręcono na 16-milimetrowej taśmie, jaką stosowano w tamtym okresie. Zdjęcia autorstwa Mike'a Testina są ziarniste, przyblakłe, przybrudzone i podniszczone, podobnie jak w niskobudżetowych obrazach z dawnych lat. Retro klimat osnuwa jednak czasy albo nam współczesne, albo niedaleką przeszłość, na co wskazuje chociażby należący do głównej (anty)bohaterki telefon z klapką. Begos w „Ekstazie” chciał pokazać takie Los Angeles, jakie rzadko pokazuje się na ekranach kin. Miasto, w którym mieszka Dezzy Donahue przypomina każde inne wielkie miasto. Wypchane po brzegi obskurne kluby, zakurzone szyldy sklepów rozsianych przy chodnikach, zniszczone kamienice i skromne mieszkania. Takie jest Los Angeles w „Ekstazie”. Begos pokazuje w swoim filmie te miejsca, które sam często odwiedza – nie żadne tam wille z basenami, ogromne posiadłości, błyszczące apartamentowce, ani żadne wystawne życie ludzi żyjących w mitycznym Amerykańskim Śnie. Begos mówi jak jest. Brudno, biednie i w ogóle beznadziejnie. Narkotyki, alkohol, seks: tak wygląda nocne życie miasta idealizowanego w niezliczonych, notabene, hollywoodzkich filmach. Wy mieszkacie w podobnym miejscu. Dlaczego więc marzycie o zamieszkaniu w Los Angeles? Wydaje się, że właśnie takie zapytanie twórcy kierują do tych wszystkim osób, które dały się zmanipulować nieprzebranym produkcjom ukazującym próbkę American Dream. Dezzy Donahue, choć osiągnęła już pewien sukces w branży malarskiej, daleko do Amerykańskiego Snu. Wątpię, żeby w ogóle w ten mit wierzyła... Dla niej życie to nieustająca walka. Walka o utrzymanie się na powierzchni w świecie pełnym zgubnych pokus. Dezzy się im nie opiera. Stąpa po bardzo cienkiej linie. Kroczy straceńczą ścieżką, na którą łatwo jest wejść, ale zdecydowanie trudniej z niej zejść. Zamiast cały wolny czas poświęcać pracy, czołowa postać „Ekstazy” ucieka w narkotyki. I być może właśnie dzięki nowym prochom odzyskuje to, na czym zawsze najbardziej jej zależało. Wenę, tak przecież nieodzowną w jej pracy. Dezzy znowu może malować, wolałaby jednak pamiętać chwile, które spędza przy płótnie. Zakłada, że luki w pamięci powoduje narkotyk, dzięki któremu, jak myśli, powróciło do niej natchnienie. I to jakie! Dezzy ma pewność, że to będzie jej najlepsze dzieło, a i myślę, że widzowie będą zachwycać się owym cudeńkiem prawie na każdym etapie jego tworzenia. Joe Begos powierzył to zadanie uzdolnionemu artyście Chetowi Zarowi – to jemu zawdzięczamy wszystkie te niepokoje obrazy stopniowo pojawiające się na płótnie stojącym w dosyć obszernym mieszkaniu i zarazem pracowni Dezzy. A końcowy efekt... Cóż, chcę go! Od strony technicznej „Ekstaza” wypada wprost znakomicie. Hipnotyzujące migające światła, efektowny montaż (miejscami płynny, innymi razy z wyczuciem rwany), szarpiąca nerwy ścieżka dźwiękowa (mocne brzmienia, ale i subtelniejsze zgrzytające tony) oraz oczywiście udana stylizacja zdjęć na lata 70-te XX wieku. Długoletni miłośnicy gatunku na pewno będą patrzeć na to z nostalgią – Begos i jego ekipa silnie uderzają w tę strunę, która myślę uwiera niejednego fana horroru. Bolesna tęsknota za starym dobrym kinem ożywa z całą swoją straszną mocą. Twórcy zdają się mówić: tak było kiedyś i czy Wam się to podoba, czy nie, te czasy bezpowrotnie minęły. No nie. Nie do końca, bo już choćby sama „Ekstaza” temu przeczy. Begos zabiera nas, miłośników kina grozy z lat 70-tych (i 80-tych) XX wieku, w podróż, którą obecnie organizują już tylko nieliczni twórcy. Bo coś takiego zwykle nie sprzedaje się tak dobrze, jak przeładowane efektami komputerowymi i jump scenkami, plastikowe twory. Choć, jak sam wyznał, pieniądze bardzo by mu się przydały, Begos idzie pod prąd. Zamiast trzymać się trendów robi niski ukłon w stronę tej niewielkiej grupy osób, której nikt nie przekona, że teraz filmowy horror ma się lepiej niż niegdyś. To żaden renesans zastąpić praktyczne efekty specjalne, obrazami generowanymi komputerowo. I żadną sztuką nie jest wciskanie jump scenek wszędzie, gdzie tylko się da. Z „Ekstazą” jest inaczej. Heh, po staremu.

Akcja „Ekstazy” nabiera tempa po upojnej nocy, którą pierwszoplanowa postać spędza w towarzystwie swojej przyjaciółki Courtney i jej chłopaka Ronniego. W niełatwą rolę Dezzy Donahue wcieliła się aktorka, z którą Joe Begos w pewnym sensie się utożsamia. Reżyser i scenarzysta „Ekstazy” zdradził, że kreująca Dezzy, Dora Madison, z charakteru i przede wszystkim podejścia do procesu tworzenia, bardzo go przypomina, co znacznie ułatwiło im współpracę. Właściwie to twórca „Ekstazy” wspomina ją w samych superlatywach – zupełnie jakby znalazł bratnią duszę. Rola Dezzy łatwa nie była nie tylko dlatego, że wymagała nagości, ale także przez stan, w jaki nierzadko wpadała ta postać. Ekstatyczne sceny z udziałem Dezzy, popadanie w czysty obłęd, również obłęd tworzenia, wszystkie chwile, w których kobieta traci kontakt z rzeczywistością (także niewinne, w porównaniu do pozostałych tego typu incydentów, zwykłe upojenie narkotykowe) wymagały od aktorki dużej swobody. Musiała popuścić hamulce, dać się porwać, niczego nie kontrolować, po prostu płynąć w tym szaleństwie. Bo Dora Madison właśnie to na ekranie doskonale oddaje – czyste szaleństwo, tak przekonujące, bo po części improwizowane. Już sama oprawa audiowizualna „Ekstazy” działała na mnie niemal hipnotycznie, ale wszystkie te ekstatyczne występy Madison jeszcze to podkręcały. Można powiedzieć, że ogarniał mnie istny paraliż na widok często zakrwawionej kobiety tworzącej swoje arcydzieło, ale nie tylko wtedy. Dezzy w pewnym momencie ogarnia łaknienie, którego wcześniej nie miała. Pragnienie krwi, co sugeruje, że stała się wampirzycą. Wiemy, kto za to odpowiada. Twórcy tego nie ukrywają. To znaczy nie, jeśli przyjąć tę interpretację. Bo tak naprawdę tę bądź co bądź niewyszukaną historię można odczytywać na dwa sposoby. „Ekstaza” z jednej strony jest horrorem wampirycznym w starym stylu. A konkretniej nawiązującym do przesyconych erotyzmem filmów o wiecznie żywych homo- i biseksualnych istotach płci żeńskiej żywiących się ludzką krwią. Pewnie nie każdy zna filmowe wampiry od tej strony, ale długoletnim wielbicielom gatunku taki obraz tych krwiopijczych stworzeń zapewne obcy nie jest. Dezzy, tak jak jej poprzedniczki, prowadzi iście hedonistyczny tryb życia. Już przed tą potencjalną przemianą w wampirzycę nie stroni od alkoholu, narkotyków i przygodnego seksu, ale gdy już ogarnia ją pragnienie krwi, przed naszymi oczami stopniowo rozpościerają się prawdziwie dantejskie sceny. Nazwać wówczas Dezzy hedonistką to mało. Pierwszoplanowa postać „Ekstazy” przekształca się w odrażającego potwora, który w niczym nie przypomina tych wszystkich pseudowampirów, do których wzdycha tak wielu współczesnych widzów. Zapewne nie znajdzie się ani jeden odbiorca trzeciego pełnometrażowego filmu Joego Begosa, który zamarzy o zostaniu kimś takim bądź związku z kimś takim, jak Dezzy Donahue. Podkreślam to dlatego, że obraz wampira został wyidealizowany, tak przez kino, jak literaturę. Oczywiście nadal pojawią się filmy, w których krwiopijcy to nie zdobywcy nastoletnich serc tylko najprawdziwsze bestie, których czyny... W sumie to nie mogę sobie przypomnieć horroru wampirycznego z ostatnich lat, który szedł w taką makabrę. Czego tu nie ma? Picie krwi z tak nietypowych miejsc jak kikuty po dopiero co odgryzionych palcach (jak picie napoju przez rurkę...) albo z oczodołu po właśnie wykutym oku, a to nawet nie są najmocniejsze ujęcia posilania się bestii bądź chorej psychicznie kobiety. W „Ekstazie” nawet tak zdawać by się mogło pospolite (tj. w horrorze) scenki jak odgryzanie skóry z ręki, czy uśmiercenie wampira przykuwają uwagę. Praktyczne efekty specjalne (Begos wyznał, że tylko przy jednym ujęciu posiłkował się komputerem, ale przyznaję, że tego nie zauważyłam) robią naprawdę realistyczne wrażenie. Może poza sztuczną krwią. Wydaje mi się jednak, że to było celowe zagranie – możliwe, że Begos tym też chciał przypomnieć te niskobudżetowe rąbanki z dawnych latach, w których przynajmniej chwilami widać nazbyt rozwodnioną substancję robiącą za posokę. „Ekstaza” najsilniej kojarzy mi się z dawnym kinem exploitation – tanimi, nihilistycznymi, brudnymi obrazami, w których krew leje się dosyć obficie, ale nie przesadnie. Z tymi „wyklętymi” obrazami tworzonymi przez osoby, które można uznać za prawdziwych turpistów. Czyli „towar” mocno deficytowy we współczesnych czasach. Po zobaczeniu „Ekstazy” nie mam wątpliwości, że Joe Begos wpisuje się do tego grona artystów. Jego obraz może i nie zaszokuje oddanych fanów krwawego kina grozy, ale myślę, że docenią oni jego wkład w ten prąd. Zaznaczyć trzeba tutaj również, że Begos zahacza w swoim trzecim pełnometrażowym filmie też o węższe terytorium. O body horror, nurt który można nazwać jedną z odnóg kina gore. Wyraźnie widać ten styl (nazwijmy go odpychającą cielesnością) w rozpływających się ciałach, ale i jego echa odzywają się w ostatniej krwawej sekwencji, którą będziemy mogli sobie pooglądać pod różnymi kątami. Jedyne co w „Ekstazie” w mojej ocenie nie do końca się udało to fabuła. Rozumiem, że prostota miała stanowić kolejne spoiwo tego filmu z horrorami z lat 70-tych, niemniej czegoś mi tu zabrakło. Myślę, że można było troszkę poszerzyć tę historię bez wdawania się w komplikacje. Dodać jakieś wątki, choćby nawet coś tak pospolitego, jak codzienność młodej malarki starającej się utrzymać na powierzchni. To poza wszystkim innym pogłębiłoby wizerunek pierwszoplanowej postaci, który mimo wszystkich warsztatowych atutów Dory Madison jest dosyć ubogi. Aktorka pomogła tej postaci, to bez wątpienia, ale kierunek nadawał jej scenariusz, nad którym moim zdaniem Joe Begos powinien trochę dłużej popracować.

Arcydziełem współczesnego kina grozy „Ekstazę” (oryg. „Bliss”) w reżyserii Joego Begosa mogłabym nazwać, gdybym filmy rozpatrywała jedynie pod kątem ich realizacji. Warstwa techniczna jest oczywiście niezmiernie ważna, a ta, co by nie mówić, w omawianej produkcji jest diabelnie dobra. Wspaniała! Ale fabuła... Nie jest najgorsza. Historia wymyślona przez Joego Begosa, w której z lekka nawiązuje do swoich własnych przeżyć, potrafi zainteresować, ale nie porywa. Nie tak jak oprawa audiowizualna i aktorstwo Dory Madison wcielającej się w pierwszoplanową rolę domniemanej wampirzycy. Albo po prostu kobiety, która wpada w szpony narkotykowego uzależnienia i szybko osuwa się w bezdenną otchłań szaleństwa. Kunszt realizatorski po części przykrywa niedostatki fabularne – chce się to istne szaleństwo oglądać, pomimo niewystarczającego podłoża tekstowego, z portretem psychologicznym głównej (anty)bohaterki włącznie. Bo moim zdaniem można było wydobyć z tego pomysłu dużo więcej. No ale w porównaniu do większości współczesnych horrorów, jakie wpadają w moje ręce, „Ekstaza” nawet w takim, nie do końca satysfakcjonującym, kształcie, wyrasta na niebanalne dzieło. Wybija się z tłumu, z całego tego zalewu nijakości, którym z takim entuzjazmem zalewają nas współcześni twórcy kina grozy. Nie wszyscy i Joe Begos dla mnie jest jednym z takich wyjątków. Obecnie już rzadkich, egzotycznych wręcz okazów w branży filmowej. A przynajmniej za takowy uznać można jego „Ekstazę”. Dosyć odważny film nakręcony w starym stylu, czyli raczej nie dla wszystkich. Ale czy Joe Begos się tym przejmuje? Mocno w to wątpię. To nie materialista tylko artysta zakochany w starym kinie. Dowodem tej miłości jest „Ekstaza”, więc wniosek z tego taki, że jak preferujesz starsze horrory (zwłaszcza niskobudżetówki z lat 70-te XX wieku), to musisz to obejrzeć. Nie namawiam, ale... A co tam, namawiam i to mocno!

Za seans bardzo dziękuję

Film wchodzi w skład 4. Przeglądu Horrorów Fest Makabra

piątek, 8 listopada 2019

Alan Dean Foster „Obcy”


Recenzja przedpremierowa

Załoga komercyjnego holownika międzygwiezdnego o nazwie „Nostromo” odbiera trudny do zinterpretowania sygnał pochodzący z nieznanej im niewielkiej planety. Zakładając, że to wezwanie o pomoc lądują na nieprzyjaznym człowiekowi terytorium, po czym troje z nich pieszo wyrusza na poszukiwania nadawcy sygnału. Okazuje się, że pochodzi on ze statku kosmicznego, który z całą pewnością nie pochodzi z Ziemi. W środku jeden z członków załogi „Nostromo” odnajduje egzotycznie wyglądające jaja, w których dojrzewają jakieś nieznane ludzkości stworzenia. Międzygwiezdni podróżnicy są zmuszeni zabrać jednego z nich na pokład holownika, tym samym sprowadzając na siebie śmiertelne niebezpieczeństwo.

Rok 1979 to dla niejednego miłośnika kina rok przełomowy dla horroru science fiction. Wtedy bowiem światło dzienne ujrzał ponadczasowy obraz Ridleya Scotta pt. „Alien” („Obcy – 8. pasażer Nostromo”). Zrealizowany za mniej więcej jedenaście milionów dolarów bardzo dochodowy film, który zapoczątkował obszerną (i zróżnicowaną, bo niesprowadzającą się jedynie do filmów), niezwykle popularną franczyzę, która wciąż się rozbudowuje. A wszystko zaczęło się od Ronalda Shusetta i Dana O'Bannona. To oni wymyślili historię, która złotymi literami zapisała się w annałach kina. Dan O'Bannon sam przelał ją na karty scenariusza, wraz z kolegą widząc w nim materiał na niezły film klasy B. Ale jak wiemy czekał go zupełnie inny los. Scenariusz O'Bannona trafił nie tylko do Ridleya Scotta, który na jego podstawie nakręcił wiekopomny film, ale również do amerykańskiego pisarza Alana Deana Fostera, specjalizującego się w gatunkach science fiction i fantasy, którego można też chyba nazwać etatowym beletryzatorem. „Gwiezdne wojny”, „Star Trek” „Coś”, „Terminator”, „Transformers”, wszystkie te głośne filmowe tytuły (też seriami) zaadaptował na powieści. Pisząc też własne historie, z których najbardziej znane są cykle „Pip & Flinx” i „Spellsinger”.

Alan Dean Foster dotychczas napisał cztery książki oparte na filmach spod znaku „Obcego”, poczynając oczywiście od historii wymyślonej przez Ronalda Shusetta i Dana O'Bannona, bardziej znanej w wersji filmowej wyreżyserowanej przez Ridleya Scotta. Nowe polskie wydanie książki, w twardej oprawie (wydawnictwo Vesper, 2019), która swoją światową premierę miała w marcu 1979 roku, kilkadziesiąt dni przed filmem opartym na tym samym scenariuszu, opatrzono niestety niezbyt licznymi, acz niewątpliwie klimatycznymi grafikami Macieja Kamudy, zainspirowanymi legendarnym obrazem Ridleya Scotta (tj. „Obcym – 8. pasażerem Nostromo”) i posłowiem Piotra Gocieka, w którym w największej mierze omawia dzieło filmowe i inną twórczość Ridleya Scotta. Jako że miałam przyjemność przeczytania już jednej (jeśli nie dwóch, bo przypominam sobie, że w dzieciństwie czytałam „Gwiezdne wojny”, nie wiem jednak czyjego autorstwa) beletryzacji Alana Deana Fostera, a mianowicie „Rzeczy” (w Polsce film bardziej znany jako „Coś”, w reżyserii Johna Carpentera), to pozwolę sobie wysnuć przypuszczenie, że tłumacz Piotr Cholewa, trochę „Obcego” ulepszył. Albo po prostu lepiej oddał styl Alana Deana Fostera od Roberta P. Lipskiego, który przełożył na język polski „Rzecz” (wydanie Univ-Comp z 1994 roku). Różnice nie są wprawdzie drastyczne, ale są. Język jest bardziej fantazyjny, dojrzalszy, nie tak suchy jak w „Rzeczy” (aczkolwiek i tak wolę „Rzecz”, bo historia ciekawsza). Odpowiadać za to może oczywiście w większej mierze autor niż tłumacze, ale jakoś w to wątpię. Fragmenty opisowe w omawianym utworze nie są obszerniejsze, dogłębniejsze od tych, z którymi spotkałam się w „Rzeczy”. Alan Dean Foster tutaj też nie przywiązywał wagi do najdrobniejszych szczegółów, nie rozwodził się nad tematem, choć chyba każdy przyzna, że materiał, którym dysponował (scenariusz „Obcego – 8. pasażera Nostromo” autorstwa Dana O'Bannona) pozwalał na pisarski rozmach. Spokojnie można było zrobić z tego utwór nawet dwukrotnie dłuższy. Pod warunkiem, że miałoby się na to czas. Czy Alan Dean Foster go miał, szczerze mówiąc nie wiem, ale chyba bardziej prawdopodobne jest to, że termin tego zlecenia był krótszy niźli dłuższy. Tak czy inaczej oficjalna beletryzacja pierwszej części „Obcego” szczególnie dogłębna nie jest. Spisano ją dość powierzchownie, aczkolwiek skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie pobudzała mojej wyobraźni. Foster po raz kolejny swoimi niezbyt wyczerpującymi opisami miejsc, wydarzeń i postaci, jakimś niepojętym sposobem zdołał w pełni zaangażować mnie w starcie pomiędzy znanym i nieznanym. W rozgrywkę pomiędzy ludźmi i bardzo agresywną obcą formą życia. Ksenomorfem, o którym słyszał chyba każdy, bez względu na to, czy interesuje się science fiction i horrorem czy nie. Ósmy pasażer Nostromo to istny fenomen popkultury – fikcyjny potwór straszący od pokoleń i nic nie wskazuje na to, że jego popularność kiedykolwiek osłabnie. Obcy w książce Fostera nie robi takiego wrażenia, jak w filmie Ridleya Scotta (i innych spod tego znaku), bo jego wygląd i czyny pisarz przedstawił dosyć pobieżnie. Rach-ciach i jedziemy dalej. Powieść nie jest więc tak makabryczna jak film Ridleya Scotta. Ani tak klaustrofobiczna. Ale to nie znaczy, że Foster całkowicie zrezygnował z umiarkowanie krwawych momentów i z całej tej upiornej i przytłaczającej otoczki, jaką wypracował Ridley Scott w swoim ponadczasowym obrazie. Da się to odczuć, acz nie z całą mocą – natężenie tych wszystkich niewygodnych emocji przynajmniej u mnie było słabsze niż podczas każdego seansu „Obcego – 8. pasażera Nostromo”, ale i tak spotkała mnie mała niespodzianka. Bo nawet całkiem wysoka, jak na beletryzację, jakość „Rzeczy” Alana Deana Fostera nie zachęcała do tak optymistycznych założeń. Naprawdę nie spodziewałam się tych wszystkich emocji, które towarzyszyły mi praktycznie od początku lektury. Od widoku siedmiu śniących.

Bosman Ripley, oficer Kane, nawigatorka Lambert, oficer naukowy Ash, mechanicy Parker i Brett, kapitan Dallas i oczywiście rudy kot Jones – to cała załoga komercyjnego holownika o nazwie „Nostromo”. Do czasu, bo już wkrótce na pokładzie pojawi się tytułowy antybohater, który raczej nie chce włączyć się w ich szeregi. Nieznany ludzkości organizm nie szuka przyjaciół wśród ludzi. Szuka ofiar, a że pod ręką jest akurat ta siódemka (ósemka wliczając kota) to poluje na nich. Proste. Ale to potem. Najpierw przyjrzymy się zahibernowanym bohaterom „Obcego”. Załodze międzygwiezdnego holownika, która przedwcześnie zostaje wybudzona przez tak zwaną Matkę, sztuczną inteligencję „Nostromo”. Z powodu zagadkowego sygnału wysyłanego z niewielkiej planety. Sygnału, którego załoga kosmicznego statku transportowego zignorować nie może, bo kontrakty z firmą, dla której pracują nie pozwalają im lekceważyć sygnałów SOS. Bo mają powody przypuszczać, że to prośba o pomoc, choć sformułowana w nieznanym ludzkości, wywołującym gęsią skórkę języku. Po wylądowaniu na problematycznej planecie kapitan Dallas, nawigatorka Lambert i oficer Kane pieszo kierują się w stronę źródła tajemniczego sygnału. Wątek ten jest bardziej rozbudowany niż w filmie. Mozolna wędrówka w obie strony i ratowanie Kane'a zaatakowanego przez obcy organizm – tego w ekranowej wersji nie znajdziemy. A tego rodzaju niespodzianek jest więcej. Plama, którą zauważają koledzy Kane'a podczas monitorowania jego organów wewnętrznych i dużo późniejsza akcja ze śluzą oraz powiązanie tego z pewnym ważkim wydarzeniem z udziałem Ripley, to też coś nowego, acz niekoniecznie pochodzi to od autora książki. Pisząc tę powieść Foster opierał się na scenariuszu Dana O'Bannona, który przez filmowców został trochę przerobiony. Jak to często podczas zdjęć bywa coś trzeba było wyciąć, coś innego skrócić, a coś jeszcze innego przemodelować, pozmieniać. Pierwsza wersja scenariusza „Obcego – 8. pasażera Nostromo” mogła więc zawierać wszystko to, o czym mówi książka. A jest tego dosyć sporo, bo rzecz dotyczy nie tylko tej garstki wyżej wymienionych wydarzeń. Mamy jeszcze mniejszej rangi sytuacje, jak na przykład prace w maszynowni nierzadko zakrapiane alkoholem, już więcej wnoszące do tej opowieści dialogi, których nie znajdziemy w filmie oraz co najważniejsze szersze portrety bohaterów. Dowiadujemy się o nich więcej. Nawet o kocie Jonesie. Powieściowa Ripley ma z lekka paranoiczne skłonności, co zauważają nie tylko jej koledzy, ale i ona sama. Lambert narzeka jeszcze bardziej niż w filmie, tak samo Parker tyle że mu w przeciwieństwie do nawigatorki chodzi głównie o pieniądze. Jeszcze więcej od Parkera wnosi Ash – interesujące wypowiedzi nie tylko na temat Obcego. Moje serce podbił jednak Brett. Nie kot, nawet nie Ripley tylko małomówny mechanik, którego ulubionym słowem jest „No”. Doprawdy przezabawny gość! I absolutnie nie jest to żaden zarzut z mojej strony. Co prawdę niezbyt często przekonują mnie humorystyczne akcenty w horrorach, ale w tym przypadku to naprawdę ślicznie się zgrywało. Taki Brett (dużo bardziej zabawny niż w filmie) idealnie mi się w tę opowieść wpasował. Uśmiech, jaki wywoływał na mojej twarzy nijak nie umniejszał innych, dużo cenniejszych dla mnie emocji. A chwilami nawet je potęgował, bo takie krótkie wytchnienia od terroru zasianego na pokładzie „Nostromo” przez agresywnego ksenomorfa, ale i od samego z lekka przytłaczającego klimatu brudnego, ciasnego i mrocznego holownika przemierzającego Kosmos, paradoksalnie zmagały też czujność. Zabawne scenki z Brettem dodatnio wpływały na emocjonalne napięcie. Dobrze, nie było ono tak silne, jak w ekranowej wersji, ale nie mam wątpliwości, że gdyby nie te wywołujące uśmiech na mojej twarzy występy Bretta, powieść Fostera generowałaby przynajmniej z lekka słabsze napięcie. Moje wrażenia z lektury „Obcego” jakoś szczególnie mocne nie były, ale to nie zmienia faktu, że tę dosyć mroczną przygodę, w jaką tym razem zabrał mnie Alan Dean Foster, traktuję jako bardzo cenne doświadczenie. Nie tylko dlatego, że zakres mojej wiedzy na temat legendarnego uniwersum, któremu początek dali Dan O'Bannon i Ronald Shusett i , jak by na to nie patrzeć, trochę się poszerzył, ale też po prostu dlatego, że całkiem dobrze się to czytało. Bo to dobra historia jest, bez względu na to, czy obcuje się z nią w wersji filmowej, czy powieściowej. Ridley Scott oczywiście wycisnął z niej więcej, ale to nie znaczy, że Alan Dean Foster poległ na placu boju. Jego wersja według mnie też na uwagę fanów horrorów science fiction zasługuje. Tak samo zresztą jak poczyniona przez niego beletryzacja „Coś” Johna Carpentera.

Powieściowa wersja pierwszej części jednego z najpopularniejszych horrorów science fiction w historii kina, „Obcy” Alana Deana Fostera pierwotnie wydany w tym samym roku, w którym odbyła się światowa premiera ekranowej wersji tej historii, to jedna z najbardziej udanych książek opartych na scenariuszach filmowych, jaką dane mi było przeczytać. Całkiem emocjonujący i dosyć mocno wciągający horror science fiction, który ma w zanadrzu parę niespodzianek – treści, których nie znajdziemy w filmie – aczkolwiek do „Obcego – 8. pasażera Nostromo” w reżyserii Ridleya Scotta moim zdaniem nie dosięga. Takich wymagań zresztą nawet nie miałam. Właściwie to nie spodziewałam się nawet tego. Więc summa summarum czuje się wygrana. Alan Dean Foster przykuł moją uwagę już na początku powieści i właściwie tak już zostało. Aż do końca. Co uważam za tym większe osiągnięcie w przypadku historii, którą już dawno poznałam i polubiłam (ale do grona jej największych fanów, i tym bardziej pozostałych filmów spod tego znaku, się nie wpisuję), bo efekt nowości zwykle też nie jest bez znaczenia. Bo te informacje i wydarzenia, których nie ma w filmie raczej nikomu tego nie zapewnią. Ale nie o to przecież chodzi. Chodzi o to, by w inny sposób zasmakować tej kultowej opowieści. Jeśli oczywiście zna się dzieło Ridleya Scotta, bo jak nie, to możliwe, że wrażenia z lektury będą silniejsze. Aczkolwiek wiecie, że tak czy inaczej film „Obcy – 8. pasażer Nostromo” obejrzeć musicie? Czy to przed powieścią, czy po, nieważne. Ważne, żeby go zobaczyć, bez względu na to, czy lubi się horrory science fiction czy nie. Bo to arcyważny kawałek historii kina jest. Ważniejszy od beletryzacji, którą swoją drogą też gorąco polecam.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 6 listopada 2019

„To: Rozdział 2” (2019)


W 1989 roku po pokonaniu potwora gnieżdżącego się w małym miasteczku Derry, członkowie siedmioosobowego nieformalnego Klubu Frajerów przysięgli sobie, że jeśli to wróci znowu będą z nim walczyć. Dwadzieścia siedem lat później jeden z nich, Mike Hanlon, który jako jedyny z tej paczki został w Derry dzwoni do swoich przyjaciół z dzieciństwa z informacją, że stwór wrócił i przypomnieniem o przysiędze, którą złożyli, gdy byli dziećmi. Jego telefon rozpoczyna u każdego z nich niekontrolowany proces odzyskiwania wspomnień z tamtego okresu, które z jakiegoś powodu wcześniej utracili. Bill Denbrough, Ben Hanscom, Beverly Marsh, Eddie Kaspbrak i Richie Tozier decydują się na powrót do Derry, ale Stanley Uris do nich nie dołącza. Tym razem więc tylko w szóstkę będą mierzyć się z pradawnym złem najczęściej ukazującym się pod postacią klauna Pennywise'a.

Kontynuacja najbardziej dochodowego horroru w historii kina opartego na powieści „To” pióra Stephena Kinga, którą ten woli nazywać drugą połową tamtego filmu (pisarz dostał w niej epizodyczną rólkę). Bo amerykańsko-kanadyjski drugi rozdział „To” to w istocie przedłużenie readaptacji wyreżyserowanej przez Andy'ego Muschiettiego. Twórca „Mamy” (2013) podjął się także reżyserii omawianej produkcji, mając do dyspozycji scenariusz Gary'ego Daubermana (współautor scenariusza pierwszego rozdziału „To”) i niewymienionego w czołówce Jasona Fuchsa. Ten drugi doprowadził skrypt do końca, gdy Daubermana wezwały inne obowiązki. A konkretniej praca nad „Annabelle wraca do domu”. Budżet dalszego ciągu „To” z 2017 roku oszacowano na siedemdziesiąt dziewięć milionów dolarów (poprzednik kosztował w przybliżeniu trzydzieści pięć milionów dolarów), a dotychczasowy przychód z całego świata przekroczył czterysta pięćdziesiąt milionów dolarów (poprzednik przyniósł trochę ponad siedemset milionów dolarów). Andy Muschietti (a jakże!) powiedział, że byłby gotowy podjąć się reżyserii kolejnego obrazu spod tego znaku. Uważa, że najlepiej byłoby nakręcić film spinający pierwszy i drugi rozdział, tj. skupić się głównie na okresie rozciągającym się pomiędzy tymi dwoma filmami.

Dalszy ciąg horroru „To” z 2017 roku trwa niecałe trzy godziny, co nie powinno zaskakiwać jeśli weźmie się pod uwagę długość materiału źródłowego, czyli tych obszarów książki Stephena Kinga pod tym samym tytułem, na których miano się wzorować. Tylko że filmowcy dodali coś od siebie, ale i sporo wątków książki opuścili. Podczas gdy poprzednia filmowa wersja „To” w całości została osadzona w okresie dzieciństwa członków tak zwanego Klubu Frajerów, tak drugi film Andy'ego Muschiettiego spod tego znaku jest adaptacją przejść dorosłych już bohaterów, ponownie stających do walki ze zmiennokształtnym potworem, który najczęściej pokazuje się pod postacią upiornego klauna Pennywise'a. Nie tylko, bo w omawianej produkcji zawarto też trochę retrospekcji z małoletnimi postaciami odegranymi przez tych samych aktorów, którzy wystąpili w części pierwszej. Niewiele mają one wspólnego z książką – już prędzej stanowią osobisty wkład twórców w historię wymyśloną przez Stephena Kinga. W okresie, na którym w głównej mierze film ów się koncentruje też dosyć sporo pozmieniano. Najbardziej bolesny dla mnie był oczywiście brak Żółwia (czy tylko ja kocham tego bohatera?), ale wysoko na tej liście umieściłam też Rytuał Chud. Muschietti wyznał, że ograniczenia budżetowe pierwszej odsłony nowego „To” (trzydzieści pięć milionów dolarów to mało?) nie pozwoliły na wierne przeniesienie tego istotnego wątku powieści na ekran. Rytuał Chud wcielono więc w scenariusz kontynuacji, bo pieniążków było już dużo więcej. Tyle że w takim wypadku trzeba już było rzecz zmienić - wierne odwzorowanie tego plemiennego obrzędu w retrospekcji, przypuszczam, mogłoby zrodzić poważne niekonsekwencje. Trudno byłoby to w takim kształcie pospinać, zdecydowano się więc podjąć ten temat dopiero w okresie dorosłości bohaterów. A według mnie lepiej byłoby, gdyby z tego zrezygnowano. Scenki rodem z kiczowatych obrazów science fiction kręconych współcześnie dla telewizji – chaotyczny kolaż obrazków wygenerowanych komputerowo, od których bardziej tandetnie prezentuje się już tylko nadmiernie rozciągnięty w czasie (w książce też jest poprzeciągany, ale i mocniejszy) finalny pojedynek z wiekowym potworem. A muszę dodać, że konkurencja była niemała. Wyglądało mi to tak, jakby Andy Muschietti brał udział w wyścigu na najbardziej efekciarski horror naszych czasów. CGI tu, CGI tam – ej, dajcie więcej, bo zaraz ktoś nas przebije. A to by była tragedia! Bardziej realistycznie się prezentujących (poza sztuczną krwią) praktycznych efektów specjalnych też trochę się tu znalazło. I oczywiście jump scenek, bo żeby w horrorze nie było takich zagrań? Nie, bez nich filmu grozy nie da się nakręcić i basta! Tak jak i bez efektów komputerowych. To i to trzeba wciskać wszędzie, gdzie tylko można. Ani jedna z zaprezentowanych jump scenek zamierzonego efektu na mnie nie wywarła, ale za to wpadła mi w oko jedna forma potwora gnieżdżącego się w małym amerykańskim miasteczku wymyślonym przez Stephena Kinga. Cudaczny pająk, którego odwłok to ludzka głowa. Doprawdy przezabawna rzecz! Nie wiem, czy akurat w tym przypadku komizm był celowy, ale biorąc pod uwagę całokształt nie można tego wykluczyć. Bo zamierzenie humorystycznych akcentów jest tutaj tyle, że aż zaczęłam się zastanawiać, czy to aby nie miał być pastisz powieści Stephena Kinga, ale i pierwszej odsłony readaptacji „To”. Miłośnicy kina grozy zapewne odnotują też drobne ukłony dla horrorów tematycznie niezwiązanych z tym tytułem (np. „Lśnienie”, „Koszmar z ulicy Wiązów 5: Dziecko snów”, „Straceni chłopcy”), ale tych, którzy znają powieść, bez której rzeczony obraz najpewniej nigdy by nie powstał prawdopodobnie bardziej zajmować będzie wyszukiwanie związków i różnic pomiędzy nimi. Pewna jednak nie jestem, bo ja prawdę mówiąc najwięcej energii poświęcałam na walkę z narastającym zniechęceniem.

Rola klauna Pennywise'a ponownie przypadła w udziale Billowi Skarsgardowi, który nie zawodzi (zresztą tak jak i cała obsada), ale czy to samo można powiedzieć o jego prezencji? Dopóki do głosu nie dochodzi komputer morderczy klaun prezentuje się w miarę upiornie, a potem... No potem to już mamy tylko cyfrowy kicz. Nienaturalnie szeroko rozwarta paszcza naszpikowana drobnymi, ostrymi ząbkami i zazwyczaj towarzysząca temu sztuczna krew przesadnie metalicznej barwy, to jeszcze nic. Pennywise ma w zanadrzu jeszcze bardziej efekciarskie sztuczki – całą paletę plastikowych form, które może i by mnie bawiły (poza wspomnianym pająkiem), gdybym nie widziała pierwszy odsłony drugiej filmowego adaptacji „To”. Wprawdzie tamten obraz też w mojej ocenie ideałem nie jest, ale zachowuje jakąś równowagę pomiędzy fabułą, klimatem i efektami specjalnymi. Tutak fabuła została zepchnięta na dalszy plan, a i na zbudowanie odpowiedniego podłoża atmosferycznego zabrakło czasu, bo gdzieś przecież trzeba było powpychać te niezliczone „straszne” cyfrowe i praktyczne twory. Nadmiernie dynamiczne sceny ze stworem żerującym w Derry tak naprawdę są przerywane stonowanymi urywkami z życia bohaterów, a nie odwrotnie. Wyglądało mi to tak, jakby maksymalnie uproszczona opowieść o dorosłych już członkach nieformalnego Klubu Frajerów powracających do Derry by ponownie stawić czoło potworowi wykorzystującemu przeciwko ludziom ich największe lęki, stanowiła jedynie pretekst do prezentowania nowoczesnej technologii. I nic to, że realizmu nie ma w tym za grosz – liczy się ilość, a nie jakość. Żeby być jednak sprawiedliwą muszę wspomnieć, że niedługie, ale i nie tak znowu rzadkie, scenki retrospektywne utrzymano w klimacie pierwszej części nowego „To”. Z lekka pastelowe barwy, malownicze zdjęcia najczęściej silnie nasłonecznione, z których nawet w sielankowych momentach emanuje groźba. Można wyczuć to, czego obecności jesteśmy pewni, chociaż w danej chwili tego nie widzimy. A dwadzieścia siedem lat później... No cóż, jest plastikowo, to na pewno. Akcja z rzadka zwalnia, ale dobre i to, bo mogłam trochę odetchnąć od tego całego chaosu i jako tako mentalnie przygotować się na kolejny występ tytułowego potwora, który najczęściej wyglądał mi tutaj, jak parodia stwora znanego z książki i poprzednich filmów na niej opartych. Pozytywni bohaterowie, w zdecydowanej większości, też nie mieli lekko. Zwłaszcza Mike Hanlon, bo zrobiono z niego kogoś na kształt mocno przerysowanego Abrahama Van Helsinga. Najlepiej natomiast wyszedł z tego Eddie Kaspbrak, który to w powieści w mojej ocenie jest najmniej barwną postacią, a w filmach Andy'ego Muschiettiego najsilniej przyciąga uwagę. Szkoda, że mój ulubiony członek Klubu Frajerów, Ben Hanscom, nie miał tyle szczęścia. W „To: Rozdział 2” nie robi prawie nic innego poza wzdychaniem do Beverly Marsh, która nie zdaje sobie sprawy z uczuć, jakimi ten od dzieciństwie ją darzy. Z wątków dodanych do historii przedstawionej w pokaźnej powieści Stephena Kinga najwięcej emocji dostarczyła mi scena w gabinecie luster, ale pewne wyznanie padające podczas ostatecznej (no dobrze, szczerze wątpię, że ostatecznej) konfrontacji z ust jednego z przeciwników potwora, trochę mnie zaskoczyło. I pewnie tak samo zareaguje na to każdy, komu nie jest obca powieść „To”. Niekoniecznie jednak każdy będzie z takiego rozwiązania zadowolony. Bo w oczach co poniektórych może to stawiać jednego z czołowych bohaterów tej historii w trochę innym świetle niż dotychczas. Ale z drugiej strony scenarzyści śpieszą z usprawiedliwieniem. Tak na wypadek, gdyby odbiorcy zwątpili w tę postać. Co więcej przed naszymi oczami rozpostarto obrazki, które mogą budzić UWAGA SPOILER lekkie współczucie do potwora mordującego dzieci. Widok bezradnego mini-Pennywise'a, nawet mając w pamięci potworne czyny, których się dopuszczał, może okazać się niezbyt satysfakcjonujący. Dla mnie nie był. Jego śmierć lepiej by wypadła, gdyby został zgładzony pod tą trochę wcześniejszą przerośniętą pajęczą postacią KONIEC SPOILERA. A na dokładkę iście patetyczny morał. Na plus natomiast odnotowuję jeszcze przełożenie na ekran wątku z homoseksualistami otwierającego najnowszy cykl działalności To (wszystkie okresy żerowania potwora dzieli dwadzieścia siedem lat), aczkolwiek chciałoby się, żeby pokazano jeszcze przynajmniej pożar w Black Spot, którym King nielicho mnie wzruszył. I oczywiście Żółwia!

Stało się. Przyszło więcej pieniędzy, a więc i możliwości się zwiększyły. Niech się ta poprzednia tanizna (przypominam: budżet „To” z 2017 roku oszacowano na trzydzieści pięć milionów dolarów) schowa za tym tu technologicznych cudem. Andy Muschietti miał kasę i nie zawahał się jej użyć! A co sobie będzie żałował. Efekt specjalny pogania efekt specjalny. Jump scenek też nie brakuje, bo przecież o to w filmowym horrorze chodzi. Nie ma efekciarstwa, to nie ma horroru, proste. Takie to czasy... Nie, na szczęście wcale tak nie jest, tylko widać Andy Muschietti trochę się zapomniał. Mam nadzieję, że na chwilę, bo jego poprzednie horrory („Mama” i pierwszy rozdział readaptacji „To”) wróżyły dużo lepszy rozwój. Lepszy dla mnie, ale trzeba zaznaczyć, że duża część odbiorców omawianej produkcji wyszła z tego długiego spotkania z dziełkiem Muschiettiego kontynuującym dzieje bohaterów, których zdążyli już pokochać, nie tylko bez szwanku, ale wręcz z ogromnym zadowoleniem. A więc przewrotnie, jako że jestem w mniejszości, radzę drugi rozdział nowego „To” obejrzeć. I się pozachwycać...?

poniedziałek, 4 listopada 2019

Courtney Summers „Sadie”


W małym miasteczku Cold Creek w stanie Kolorado zostaje zamordowana trzynastoletnia Mattie Southern, dziewczynka od jakiegoś czasu mieszkająca tylko ze swoją starszą o sześć lat przyrodnią siostrą, Sadie Hunter, dla której od urodzenia była całym światem. Teraz Sadie ma nowy cel: odnaleźć i zabić zabójcę swojej siostry, choćby nawet kosztem własnego życia.
Rok później prezenter radiowy z Nowego Jorku, West McCray odbiera telefon od May Beth Foster, starszej kobiety zarządzającej osiedlem przyczep kempingowych, na którym mieszkały Mattie i Sadie. Kobiety, którą dziewczęta traktowały jak babcię i u której zawsze mogły znaleźć wsparcie. May Beth prosi Westa o zajęcie się sprawą zaginięcia Sadie, która nadal pozostaje niewyjaśniona. Za namową swojego przełożonego, który widzi w tym materiał na podcast, McCray decyduje się przyjrzeć tej historii. Podążyć śladami Sadie, która od roku ma status osoby zaginionej.

Kanadyjska autorka powieści dla młodzieży, Courtney Summers, na rynku literackim zadebiutowała w 2008 roku (miała wówczas dwadzieścia dwa lata) powieścią „Cracked Up to Be”, zdobywczynią Cybils Award. Sześć dosyć poczytnych powieści później ukazała się „Sadie”, mrożący krew w żyłach thriller psychologiczny, będący największym z dotychczasowych sukcesów Summers. Obsypana nagrodami, w tym Nagrodą im. Edgara Allana Poe i Odyssey Award, bestsellerowa powieść podejmująca bardzo ciężką i niestety wiecznie aktualną tematykę, która do głębi poruszyła nie tylko zwyczajowe grono odbiorców Summers, czyli nastoletnich czytelników, ale także starszych odbiorców, z krytykami włącznie. „Porywająca”, „trzymająca w napięciu”, „niezapomniana”, „przerażająca”, „urzekająca”, „inteligentna” - między innymi takie epitety przewijają się w recenzjach „Sadie”. I doprawdy trudno uznać je za przesadzone.

Straszna jest ta książka. Jedna z tych opowieści, w które wolałoby się dalej nie brnąć, ale... Od chcieć do móc daleka droga. A w każdym razie w tym przypadku. Courtney Summers na kartach „Sadie” przedstawiła z gruntu prostą, niewyszukaną opowieść, która rani do głębi. Nawet wiem dlaczego. Ciężka problematyka, którą podejmuje to jedno, ale choć może to zabrzmieć strasznie, jestem przekonana, że nie osiadałaby ona tak mocno na psychice odbiorcy, gdyby nie przeogromna empatia autorki. Zrozumienie dla ofiar, współczucie bijące z dosłownie każdej stronicy „Sadie”. Powieści niedługiej. I dobrze, bo nie wiem, czy więcej byłabym w stanie znieść. Chociaż pamiętając „Dziewczynę z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma, książkę, która dosłownie mnie zmaltretowała, można założyć, że tak: dałabym radę. Ale na pewno by mi się to nie uśmiechało. Nie zrozumcie mnie źle, ogromnie cieszę się, że to przeczytałam, ale też trochę żałuję. Bo jak myślę o... Eh, wolałabym nie mieć tych obrazów przed oczami. Chociaż nie. Nie do końca. W sumie to nie wiem. Tak czy inaczej widoki te wdrukowały się już w moją pamięć. Nic już na to nie poradzę. I nawet nie wiem, czy w ogóle chciałabym zatrzymać napływ tych potwornych obrazów. Płakałam. Płakałam w trakcie lektury i jeszcze jakiś czas po jej zakończeniu. Rozkleiłam się kompletnie i wyznaję to bez wstydu. Bo co to za wstyd nie pozostawać obojętnym na krzywdę, jaka dokonuje się przecież nie tylko w tej książce. To o czym mówi w „Sadie” Courtney Summers to, jak by na to nie patrzeć, los wielu ludzi – ludzi teraz, właśnie w tej chwili, przechodzących przez takie samo piekło co główna bohaterka książki, ale i ludzi, którzy żyli przed nami i niewątpliwie tych, którzy przyjdą na świat po nas. „Sadie” mówi o bezeceństwach, których kres najprawdopodobniej nadejdzie dopiero wraz z końcem ludzkości. Nie wcześniej. Czy nam się to podoba, czy nie (o zgrozo, mam nadzieję, że nie!) taka jest prawda. Przyczepa kempingowa i uzależniona od alkoholu matka, zmieniająca kochanków, jak rękawiczki i niewykazująca inicjatywy w kierunku odciążenia swojego pierworodnego dziecka. Bo Sadie tak naprawdę już w wieku sześciu lat zaczęła uczuć się jak być matką. Matką dla swojej młodszej siostrzyczki, Mattie. To Sadie otoczyła owo maleństwo najtroskliwszą opieką, pomoc w tym zakresie znajdując jedynie u niespokrewnionej z nimi osoby zarządzającej osiedlem kempingowym, na którym mieszkały, starszej kobiety May Beth Foster. Mattie w przeciwieństwie do Sadie mogła poznać smak matczynej miłości. Była tym faworyzowanym dzieckiem – o tyle o ile, bo kobieta ta w przekonaniu Sadie zawsze na pierwszym miejscu stawiała alkohol. Ale najgorsze miało dopiero nadejść. Courtney Summers nie okaże Wam żadnej litości. Oszczędzi Wam wprawdzie opisów odrażających rzeczy, o których musieliście już nieraz słyszeć, ale nie myślcie, że to łagodzi wydźwięk książki. Powiedziałabym, że jest wręcz przeciwnie. Gdyby Courtney Summers nie szczędziła nam szczegółów opisów zbrodni, to istniałoby ryzyko, że czytelnik, jakkolwiek okropnie to zabrzmi, z czasem stanie się mniej czuły na owe bezeceństwa. Bo to niełatwa sztuka: wstrząsać odbiorcą istnym zalewem takich detali. Nie niewykonalna, ale niełatwa. Summers podeszła więc do tego od innej strony. Łatwiejszej, ale tylko pod warunkiem, że nie tyle rozumie się ofiary, ile potrafi się w sposób emocjonalny o nich pisać. Bo „Sadie” zabiera nad do umysłu osoby, o której powiedzieć, że wiele w życiu przeszła, to nie powiedzieć nic.

West McCray jest prezenterem radiowym, który po raz pierwszy słyszy o zabójstwie trzynastoletniej Mattie Southern podczas swojego objazdu po paru małych amerykańskich miasteczkach, w celu zebrania materiału do swojego najnowszego programu. Informacja o śmierci dziewczynki z Cold Creek w Kolorado bynajmniej nie skłoniła go do przyjrzenia się tej sprawie. Bo przecież ciągle morduje się ludzi – ofiar, nawet wśród nieletnich, nie brakuje. McCray w tamtej chwili nie widzi w tym więc obiecującego tematu na program radiowy. Nie wtedy, ale rok później angażuje się w tę sprawę. Courtney Summers skonstruowała swoją opowieść po części w sposób tradycyjny (perspektywa Sadie, narracja pierwszoosobowa), a resztę stylizując na podcast stworzony przez Westa McCraya. Program w odcinkach zatytułowany „The Girls”, przedstawiający śledztwo tego prezentera radiowego starającego się odnaleźć Sadie. Młodą kobietę, która niedługo po odnalezieniu ciała swojej młodszej siostry, nikomu nic nie mówiąc kupiła używany samochód i pojechała nie wiadomo gdzie i w jakim celu. My jednak wiemy, co nią kierowało, bo dostajemy wgląd w jej umysł. Dosłownie. Courtney Summers karze nam nurzać się w jej psychice. Wchodzić w nią coraz to głębiej i głębiej. Odkrywać coraz to nowe pokłady bólu i smutku. Katusze, jakie przechodzi ta dziewczyna niejednego by złamały, ale nie ją. Oczywiście Sadie też stoi nad przepaścią i co więcej myśl o skoku w tę mroczną gardziel niezbyt ja przeraża. Właściwie zdaje się czerpać pociechę ze świadomości, że w każdej chwili może położyć kres cierpieniu, które było z nią od zawsze. Całe jej życie to jedno wielkie pasmo nieszczęść. Do niedawna Sadie miała jednak kogoś, kto dawał jej siłę, nadawał sens jej życiu. Młodszą o sześć lat siostrę Mattie, której już nie ma. Zabrał ją człowiek, którego Sadie bardzo dobrze zna. Tym samym nadając życiu Sadie nowy cel. Tytułowa bohaterka omawianej powieści Courtney Summers nie spocznie dopóki morderca jedynej osoby, którą całym sercem kochała, nie zapłaci za to własnym życiem. Sadie chce go zabić. Na własną rękę wymierzyć sprawiedliwość. I trudno się jej dziwić. Summers co prawda nie rozwodzi się nad słabościami systemu, ale łatwo można z tego wywnioskować, że przynajmniej w tych materiach, na których skupia się „Sadie”, w jej przekonaniu nie zdaje on egzaminu. Policja nie potrafi znaleźć tytułowej bohaterki, a cóż dopiero mordercę jej siostry. Obie te ściśle związane ze sobą sprawy przez rok pozostają niewyjaśnione. Co najmniej przez rok, bo nie możemy być pewni wyników śledztwa prezentera radiowego Westa McCraya. Ale wreszcie jest nadzieja na odnalezienie Sadie, bo McCray jest skuteczniejszych od organów ścigania. Idzie dalej niż ktokolwiek przed nim. Na swoje i nasze nieszczęście. Bo historia Sadie to wstrząsające studium jednostki, której los był przesądzony już w momencie jej poczęcia. Główna bohaterka poruszającej powieści Summers tak naprawdę od początku była skazana na życie w mękach. W biedzie, z nieokazującą jej miłości matką uzależnioną od alkoholu. Nazwiska ojca Sadie nigdy nie poznała, ale w jej życiu nie brakowało dorosłych mężczyzn. Coraz to nowych partnerów jej matki, głównie ludzi jej pokroju, kolejno pomieszkujących w ich przyczepie. W szkole Sadie też nie miała lekko – przez swoje jąkanie była wyśmiewana przez rówieśników. A sąsiedzi? A organy państwowe? Organy państwowe... dobre sobie. Ale w miasteczku byli ludzie, którym los Sadie i jej młodszej siostry nie był zupełnie obojętny. Dokładnie dwie osoby, co też jest znamienne. Summers daje jasno do zrozumienia, że osoby naprawdę potrzebujące pomocy rzadko ją znajdują. Jeśli w ogóle. Zazwyczaj zdani są na własne siły. Znieczulica społeczna to jedno, ale nie zawsze do tego się to sprawdza. Krzywdy często dokonują się za zamkniętymi drzwiami rodzinnego domu. Nie ma świadków, a i nie każda ofiara, co zrozumiałe, potrafi mówić o tym, co przeżyła. Jeśli w ogóle uda jej się przeżyć, bo przerażająco często dzieje się inaczej. Poza tym w sąsiedztwie takich przechodzących przez istne piekło osób, mieszkają przecież jednostki borykające się z własnymi problemami. Trudno ich więc winić za to, że pozostają ślepi na cierpienia innych? Summers wprawdzie całkowicie ich nie usprawiedliwia, ale co myślę jest dosyć odważnym posunięciem, skłania nas do tego byśmy podjęli próbę zrozumienia ludzi, których na ogół z góry się potępia. Gdyby to było doniesienie medialne, to najprawdopodobniej jego wydźwięk byłby taki: zawinili sąsiedzi, ale przede wszystkim matka. Summers nie feruje takich wyroków, ale wręcz każe nam zastanowić się, czy ci wszyscy ludzie naprawdę zasługują na stanowcze potępienie. A czy Sadie na nie zasługuje? Wiemy co zamierza zrobić. Znamy jej plan i coraz bardziej poznajemy człowieka, który jest jej celem. Chociaż nie. Bo bardzo łatwo się tego domyślić: ułożyć sobie w głowie praktycznie cały obraz tego mężczyzny. W istocie przewidywalna to powieść, ale w tym przypadku to akurat bardziej pomaga niźli szkodzi owemu osiągnięciu Courtney Summers. Zwiększa emocje, które komfortowe na pewno nie są. Bo i nie na naszej wygodzie zależy autorce. Ona chce tylko opowiedzieć historię małej dziewczynki, która musiała przedwcześnie dorosnąć, a potem... Cóż, chyba lepiej gdyby „potem” nigdy dla niej nie nadeszło. Dla niej może i lepiej, ale czy dla innych również? Sadie może być bowiem jedyną nadzieją – nie zimną zabójczynią tylko targaną przeróżnymi strasznymi uczuciami młodą kobietą, która może coś zmienić. Odmienić czyjś los, bo ona... Ona nie ma już nic. Dla niej prawdopodobnie jest więc już za późno...

Potężny ładunek emocjonalny, który być może dla niektórych będzie nie do zniesienia. Niełatwo coś takiego udźwignąć i nie ma tutaj absolutnie żadnego znaczenia, że problematyka, na której w „Sadie” skupia się kanadyjska pisarka Courtney Summers, nowatorska nie jest. Podobne historie znamy nie tylko z literatury czy filmu, ale też z doniesień medialnych. Tym gorzej dla nas. Bo historia Sadie sama w sobie jest ciężka, ale jeszcze bardziej rani świadomość, że to nie jest jedynie produkt wyobraźni pisarskiej, że fizyczne i psychiczne katusze, o których pisze tutaj Summers przechodzi tak wielu ludzi na całym świecie. A my zdecydowanie za mało o tym mówimy, a już na pewno nie robimy wszystkiego co w naszej mocy, by się tej zgniliźnie przeciwstawić. Wciąż zbyt mało uwagi poświęcamy ofiarom, a zdecydowanie za dużo ich oprawcom. Poznajcie punkt widzenia jednej z ofiar (fikcyjnej postaci), jeśli macie odwagę. Sprawdźcie co czuje Sadie, dziewczyna, która chce się zemścić na człowieku do szczętu zepsutym, w umysł którego wglądu nie dostaniecie. I wierzcie mi, w ogóle nie będzie Wam na tym zależało. Bo głos należy się przede wszystkim ofiarom. Posłuchajcie, jeśli chcecie. Ale pamiętajcie: od tej historii ciężko się uwolnić. Zakładając, że to w ogóle możliwe. Ja cały czas myślę o Sadie i tych wszystkich... Nie, już dość! Poprzestańmy na tym, że mocna to rzecz.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 2 listopada 2019

„Upiorne opowieści po zmroku” (2019)


Rok 1968. W halloweenowy wieczór w małym miasteczku Mill Valley w stanie Pensylwania troje zaprzyjaźnionych nastolatków, Stella Nicholls, Auggie Hilderbrandt i Chuck Steinberg, uciekając przed szkolną gwiazdą Tommym Milnerem i jego bandą, poznają będącego tutaj przejazdem chłopaka imieniem Ramón. Zabierają go do owianego złą sławą opuszczonego domostwa niegdyś należącego do majętnej rodziny Bellows. Młodzi ludzie znajduje w nim sekretny pokój dawniej należący do Sarah Bellows, młodej kobiety, która popełniła samobójstwo pod koniec XIX wieku. Stella znajduje tam książkę zawierającą krótkie historyjki z dreszczykiem, którą zabiera ze sobą. Niedługo potem dziewczyna odkrywa, że książka wciąż się pisze, a każda nowa opowieść, która się w niej pojawia rozgrywa się w rzeczywistości.

Wyreżyserowany przez Norwega Andre Ovredala („Future Murder”, „Łowca trolli”, „Autopsja Jane Doe”) amerykańsko-kanadyjski horror „Upiorne opowieści po zmroku” (oryg. „Scary Stories to Tell in the Dark”) powstał w oparciu o trzytomowy cykl książek skierowanych głównie do młodszych czytelników autorstwa Alvina Schwartza. Pisarz zebrał w nich mniej i bardziej znane legendy krążące po świecie, których niewielka część trafiła do scenariusza omawianej produkcji. Pomysłodawcami tego ostatniego projektu byli Marcus Dunstan (reżyser „The Collector” z 2009 roku, „Kolekcjonera” z roku 2012 i „The Neighbor”) oraz Patrick Melton, a scenariusz napisali Dan i Kevin Hageman oraz Guillermo del Toro, który ponadto został jednym z producentów filmu. Budżet „Upiornych opowieści po zmroku” Andre Ovredala opiewał na mniej więcej dwadzieścia pięć milionów dolarów, poza tym wydano około dwudziestu milionów dolarów na samą jego promocję. Inwestycja się opłaciła, bo dotychczasowe wpływy z całego świata przekroczyły dziewięćdziesiąt pięć milionów dolarów.

Andre Ovredal w dzieciństwie nie miał styczności z opowieściami z dreszczykiem zebranymi przez Alvina Schwartza w jego dosyć kontrowersyjnym trzytomowym cyklu zapoczątkowanym „Scary Stories to Tell in the Dark”, książką pierwotnie opublikowaną w 1981 roku. Norweg tłumaczy to swoim pochodzeniem – podczas gdy w Stanach Zjednoczonych cieszyły się one niemałą poczytności, w kraju z którego pochodzi nie zostały nawet wydane. Ovredal o tych publikacjach dowiedział się dopiero po otrzymaniu skryptu filmu pod tym samym tytułem, co pierwszy tom opus magnum Alvina Schwartza. Wtedy zapoznał się ze wszystkimi historyjkami grozy przelanymi na papier przez tego nieżyjącego już pisarza i... wpadł w niemały zachwyt. Podobało mu się także to, w jaki sposób wykorzystano w scenariuszu niektóre z tych opowieści. Jak z kilku tak różnych przecież legend skonstruowano spójną całość. Guillermo del Toro zdradził, że rozważano zrobienie z tego antologii filmowej, ale on wolał inną formułę. Mając w pamięci magiczną księgę, którą wymyślił na potrzeby swojego „Labiryntu fauna” del Toro uznał, że w tym przypadku dużo lepiej sprawdzi się coś w ten deseń. Wymyślił więc księgę z legendami, która nadal się pisze, a każda nowa opowieść, która się w niej pojawia rozgrywa się w rzeczywistości bohaterów filmu. Jest rok 1968. Jesteśmy w małym fikcyjnym miasteczku Mill Valley w Pensylwanii, które mieni się pastelowymi kolorami, tym bardziej zróżnicowanymi, bo właśnie mamy Halloween, z całą tą jego przyjemnie jarmarczną otoczką. Zdjęcia nie bardzo przypominają te, które pamiętamy z filmów zrealizowanych w drugiej połowie lat 60-tych XX wieku. Niemniej niosą poczucie nostalgii – tęsknoty za starym, dobrym kinem – mają w sobie coś takiego, co z rozczuleniem każe myśleć o tamtym złotym okresie kina. Magię tamtych lat, ale przede wszystkim magię dzieciństwa. Główna bohaterka „Upiornych opowieści po zmroku”, Stella Nicholls (przekonująco odegrana przez Zoe Margaret Colletti) jest licealistką. Tak samo jak jej najlepsi przyjaciele, Auggie Hilderbrandt i Chuck Steinberg (moim zdaniem równie dobre kreacje kolejno Gabriela Rusha i Austina Zajury), z którymi spędza ten, jak już wkrótce się okaże, nieszczęsny wieczór Halloween. Korzyść z niego taka, że marząca o zostaniu pisarką, mieszkająca tylko z ojcem Stella poznaje chłopaka imieniem Ramón (w tej roli według mnie nieustępujący pozostałym młodym aktorom Michael Garza), który w Mill Valley zrobił sobie postój w samochodowej podróży. Pomiędzy nim i Stellą szybko nawiązuje się nić porozumienia. Widać, że mają się ku sobie już podczas ich pierwszego spotkania. W kinie samochodowym - w którym właśnie puszczają „Noc żywych trupów” George'a A. Romero - gdzie Stella, Auggie i Chuck trafiają uciekając przez Tommym Milnerem i jego świtą. Szkolnymi sportowcami, którym tego wieczoru towarzyszy starsza siostra Chucka, Ruth (niezgorszy występ Natalie Ganzhorn), niepochwalająca zachowania swoich popularnych kolegów. Kolegów, którzy pragną dopaść osoby w szkole uchodzące za frajerów (i którym oni sami najczęściej uprzykrzają życie) i zemścić się za nie tak znowu niegroźny psikus, którego właśnie padli ofiarami. Potem następuje gwałtowna zmiana scenerii i oto wraz z bohaterami filmu stoimy przed ogromnym domostwem niby żywcem wyjętym z jakiejś gotyckiej opowieści o duchach. Czarną budowlą, która od wielu lat stoi pusta, strasząc swoim wyglądem miejscowe dzieciaki. I legendą o niejakiej Sarah Bellows. Wiedźmie, która zmarła pod koniec XIX wieku i od tego czasu jej duch nawiedza to miejsce. Opowiadając śmiercionośne historie, które i nasi bohaterowie będą mieli okazję poznać. Przeżyć i to dosłownie, bo opowieści grozy pojawiające się w księdze znalezionej w tym przeklętym domostwie rozegrają się w rzeczywistości. A ich ofiarami będą padać ci, którzy tej halloweenowej nocy 1968 roku przekroczyli próg nawiedzonego domostwa. Trzeba Guillermo del Toro przyznać, że nadał temu nader obiecującą formułę. Księga czytająca ludzi, po to by zrobić ich bohaterami krótkich historii z dreszczykiem, które rozegrają się w rzeczywistości, jak by na to nie patrzeć, nie jest pomysłem kompletnie pozbawionym świeżości (powiedzmy taka Niekończąca się opowieść", ale inaczej). A dodatkowego smaczku dodaje mu to, że historie z dreszczykiem, które w „Upiornych opowieściach po zmroku” Andre Ovredala nabierają realnego wymiaru to opowiastki przelane na papier przez Alvina Schwartza. Mniej i bardziej znane legendy od dawna krążące po świecie. W takich bądź trochę zmienionych wersjach.

Twórcy „Upiornych opowieści po zmroku” postawili przede wszystkim na praktyczne efekty specjalne, komputerem wspomagając się jedynie z rzadka. Kostiumy wykorzystane w tym przedsięwzięciu to niewątpliwe jeden z jego największych walorów. Fantazyjne stroje wyobrażające różnej maści potwory powoływane do życia poprzez przeklętą księgę wyniesioną z nawiedzonego domostwa przez pierwszoplanową bohaterkę filmu, nastoletnią Stellę Nicholls. Fankę horrorów, która w wolnych chwilach pisze własne opowieści grozy. Pierwszym z dosyć szerokiej palety stworów wkraczających w nie tak znowu beztroskie życie młodych Amerykanów w tylko pozornie idyllicznym, spokojnym miasteczku gdzieś w Pensylwanii (fikcyjne Mill Valley) jest strach na wróble z całkiem upiorną starczą twarzą, który pewnej nocy rozpoczyna pościg na polu uprawnym za niedowierzającym własnym oczom nastoletnim chłopakiem. Finał tej historii, jak wkrótce zauważa też jeden z bohaterów „Upiornych opowieści po zmroku”, jest niekonwencjonalny. I w miarę widowiskowy. Byłby bardziej, gdyby nie zauważalne wspomaganie się komputerem. Ale to nic w porównaniu do wizualizacji jednej z miejskich legend o pająkach, po którą sięgnęli również twórcy horroru „Ulice strachu: Krwawa Mary”, z moim zdaniem trochę lepszym skutkiem niż ten tutaj (och ta ropa...). Samo założenie jest identyczne – scenarzyści „Upiornych opowieści po zmroku” nic od siebie do tej legendy nie dodali, tak samo zresztą jak twórcy wspomnianej odsłony „Ulic strachu”, bo i nie o odstępstwa od mitów tutach chodziło. Celem było jak najwierniejsze przeniesienie na ekran kilku z legend zebranych w najsłynniejszym pisarskim osiągnięciu Alvina Schwartza, przy jednoczesnym zachowaniu narracyjnej ciągłości z główną ścieżką fabularną, czyli wymyślonym już przez twórców filmu wątkiem Stelli i jej znajomych starających się znaleźć sposób na wyjścia z koszmaru najprawdopodobniej zgotowanego im przez od dawną nieżyjącą Sarah Bellows. W scenie z pająkami dominują cyfrowe efekty. Pająki, tak jak w filmie „Ulice strachu: Krwawa Mary”, wygenerowano komputerowo. A szkoda, bo ta konkretna urban legend daje możliwość do stworzenia iście odrażającej sekwencji, która takie osoby jak ja, cierpiące na arachnofobię mogłaby dodatkowo nielicho przerazić. A tak... no cóż, trochę się zawiodłam. Nie mam wątpliwości, że komputer wykorzystano także w opowieści o „potworze z kominka”, którego już wcześniej miałam okazję poznać. Mam za sobą lekturę tylko pierwszego tomu „Upiornych opowieści po zmroku” Alvina Schwartza (na razie), z którego jak się okazało twórcy filmowej wersji sporo pomysłów zaczerpnęli. Widowiskowy upiór biegający po Mill Valley w dalszej części seansu (wspaniały strój na szczęście niezepsuty przesadną ingerencją komputera) to nie jedyny i moim zdaniem nawet nie najlepiej wykorzystany motyw zaczerpnięty z pierwszego tomu cyklu Alvina Schwartza stworzonego głównie z myślą o młodszych czytelnikach. Najbardziej trzymającą w napięciu, klimatyczną opowieścią zainspirowaną pierwszą odsłoną tej literackiej serii jest to kuriozum z palcem w gulaszu. Przytulanki w czarownym pokoju były już dla mnie nowością, aczkolwiek nie mogę powiedzieć, że dobrze przyjętą. Chyba że za plus uznać to, że twórcom udało się mnie rozbawić – grubaśne stworzonka spacerowym krokiem zbliżające się do jednego z bohaterów filmu w skąpanym w czerwonym świetle „labiryntowym” korytarzu prezentują się doprawdy komicznie. Wierszyk o karawanie też znajdziemy w pierwszym tomie „Upiornych opowieści po zmroku” Alvina Schwartza, ale prawdziwym hitem okazał się cover utworu z 1966 roku pt. „Season of the Witch” w wykonaniu Lany Del Rey. Nastrojowy kawałek idealnie pasujący nie tylko do tematyki filmu, ale również okresu, w którym osadzono jego akcję. Do tych malowniczych, ale i złowieszczych zdjęć niekoniecznie w każdym calu retro, ale na pewno mającymi w sobie jakże wyborny posmaczek dawno minionych lat. I dzieciństwa, bo w tym moim zdaniem tkwi największa siła tego niebanalnego osiągnięcia. Magia przywodząca na myśl „To” Stephena Kinga, choć oczywiście przesadą byłoby stwierdzenie, że to dzieło można spokojnie stawiać na równi z potężnym tomiszczem opowiadającym o prześladowanych przez innych uczniów (tak jak Stella i jej przyjaciele) dzieciach, które stają do walki z pradawnym złem pokazującym się między innymi pod postacią klauna Pennywise'a. Nie, „Upiorne opowieści po zmroku” nie mogą się mierzyć z tamtym ponadczasowym utworem, ale w mojej ocenie Andre Ovredal i jego ekipa wykazali się tutaj trochę większym smakiem i wyczuciem dramaturgii niż (nie bijcie) twórcy niezwykle dochodowego pierwszego rozdziału readaptacji „To”. Horror jak znalazł dla tych, którzy pragną znów poczuć się dziećmi. Przypomnieć sobie ten wspaniały czas, w którym wszystko było możliwe. W którym pod łóżkami chowały się potwory, w każdym opuszczonym domu straszyło, a kominem w każdej chwili mógł przedostać się do naszego domu gość, któremu daleko do Świętego Mikołaja. A my? My każdej nocy toczyliśmy boje z wszystkimi dziwami, jakie podsuwała nam nasza wybujała wyobraźnia. I właśnie do świata takiej dziecięcej wyobraźni zabiera nas Andre Ovredal, w mojej ocenie jeden z bardziej uzdolnionych twórców współczesnego kina grozy. Nadzieja dla mainstreamowego horroru, który w dzisiejszych czasach długoletnim miłośnikom gatunku zbyt wiele nie oferuje. „Upiorne opowieści po zmroku” to według mnie taka gwiazdeczka w morzu przeciętniaków. Wprawdzie żadne tam wyżyny współczesnej kinematografii, ale powiedzcie sami, czy to nie jest przyjemne doznanie? Ta baśniowa podróż dla ludzi tęskniących za czasami dzieciństwa/okresem nastoletnim i oczywiście za starym, dobrym kinem grozy. Tutaj całkiem zgrabnie zmieszanym z nowoczesnością.

Kolorowe lata 60-te, małe amerykańskie miasteczko i grupa młodych ludzi starająca się wyjść cało z koszmaru zgotowanego im przez nadnaturalną istotę gnieżdżącą się w opuszczonym domostwie i wykorzystującą w charakterze broni straszne opowieści. W tle wojna w Wietnamie, a na pierwszym planie magia dziecięcej wyobraźni. Potworne postacie, przeklęta posiadłości i stara księga o doprawdy niezwykłych właściwościach. Księga niekoniecznie niosąca śmierć, ale z całą pewnością stanowiąca zagrożenie dla młodocianych bohaterów filmu. „Upiorne opowieści po zmroku” w reżyserii Andre Ovredala to horror, który moim zdaniem powinien zobaczyć każdy fan gatunku, który nie tyle chce się przestraszyć, ile wybrać na pasjonującą wycieczkę do małego miasteczka z dosyć dalekiej przeszłości, w którym dosłownie wszystko może się zdarzyć. Bo w tym nostalgicznym świecie przedstawionym mroczne legendy dosłownie ożywają. A ofiarami stają się między innymi ludzie, z którymi niezwykle łatwo sympatyzować. Może dlatego, że to zwyczajni nastolatkowie w ewidentnie niezwyczajnej sytuacji. Nic genialnego, ale zabawy co niemiara!

czwartek, 31 października 2019

Marc Elsberg „Chciwość”


Berlin. Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie nauk ekonomicznych profesor Herbert Thompson i współpracujący z nim Will Cantor zmierzają na szczyt polityczny zwołany z powodu zbliżającego się największego w dziejach światowego kryzysu gospodarczego, gdzie Thompson ma wygłosić przemówienie. Noblista zamierza przedstawić wyniki pracy swojej i Cantora mogące zrewolucjonizować świat, ale jego plany zostają pokrzyżowane przez grupę wyszkolonych zabójców. Thompson, Cantor i ich kierowca padają ich ofiarami w drodze na szczyt, a jedynym świadkiem tego wydarzenia jest osiemnastoletni Jan Wutte, który w związku z tym staje się kolejnym celem zabójców. Ścigany również przez policję chłopak odnajduje człowieka, na którego nakierował go umierający Cantor: pochodzącego z Wielkiej Brytanii hazardzistę Fitzroya Peela. Wspólnie będą starali się rozwikłać zagadkę śmierci odkrywców przełomowej teorii ekonomicznej, bo to najprawdopodobniej jedyny sposób na oczyszczenie Jana z podejrzeń w związku ze śmiercią trzech osób. I przede wszystkim na ocalenie życia, ponieważ nie ma wątpliwości, że osoby, które dokonały tej zbrodni są gotowe zrobić wszystko, by prawda nie wyszła na jaw.

Austriacki pisarz Marcus Rafelsberger, publikujący również pod pseudonimem Marc Elsberg, na rynku literackim zadebiutował w 2004 roku wydaną pod własnym nazwiskiem powieścią detektywistyczną „Das Prinzip Terz”. Potem napisał jeszcze dwie powieści, ale głośno o tym autorze zrobiło się dopiero za sprawą jego „Blackout”, thrillera z 2012 roku opublikowanego pod pseudonimem Marc Elsberg. Książka ta otworzyła Austriakowi drzwi do międzynarodowej kariery. Jego kolejne utwory wydane pod tym samym pseudonimem, „Zero” i „Helix” (w Polsce wydana pod tytułem „Helisa”) również przyciągnęły wielu czytelników z różnych rejonów świata. „Chciwość” (oryg. „Gier”), kolejny thriller tego mieszkającego w Wiedniu autora swoją światową i polską premierę miał w 2019 roku i już zdążył zaskarbić sobie trochę fanów. Grupa ta zapewne w szybkim tempie będzie się rozrastać, bo Marc Elsberg nie odchodzi w owej powieści od tego, z czego przede wszystkim słynie. Czyli po raz kolejny przedstawia bardzo realną wizją globalnej katastrofy. Tym razem gospodarczej.

Jak jest teraz? Bogaci bogacą się kosztem biednych. A jak powinno być? Majątek obywateli winien być, w miarę możliwości, wyrównany? Nie, bo to byłby komunizm, a jak słusznie zauważa Marc Elsberg w omawianej powieści wiemy już, że ustrój ten nie zdaje egzaminu. Więc pozostaje krwiożerczy kapitalizm. Lepsza droga nie istnieje. A przynajmniej tak może się co poniektórym wydawać. Akcję „Chciwości” zawiązuje zabójstwo między innymi człowieka, który zmierzał na szczyt polityczny zorganizowany w Berlinie, celem przedstawienia pracy mogącej całkowicie zmienić oblicze świata. Pracy, która mogłaby zrewolucjonizować światową gospodarkę i nie tylko. W teorii odkrycie to mogłoby znacznie poprawić jakość życia na Ziemi w prawie wszystkich jego aspektach. Dobrobyt dla wszystkich nieuchylających się od pracy, brak wojen, a może nawet przywrócenie równowagi naturalnej planecie, którą my ludzie już prawie zniszczyliśmy. Jeszcze nie do końca, ale już niedługo pewnie dopniemy swego. W końcu jesteśmy na najlepszej drodze ku temu. To samo można powiedzieć o światowej gospodarce. W świecie przedstawionym w „Chciwości” największy w dziejach kryzys ekonomiczny jest już pewnikiem. Obywatele co prawda jeszcze nie odczuwają jego skutków, ale to niedługo się zmieni. Możni tego świata biorący udział w szczycie politycznym zorganizowanym w Berlinie wiedzą już, że nie da się tego uniknąć. Co nie znaczy, że nie robią nic, by... to powstrzymać? Nie. Los ludzi z niższych warstw społecznych, co nikogo nie powinno zaskoczyć, w ogóle ich nie obchodzi. Dbają wyłącznie o siebie. Wiedzą, że w tej sytuacji też można szybko pomnożyć swoje majątki. Trzeba tylko sprytnie to rozegrać, a potem spokojnie patrzeć jak inni umierają z głodu. Marc Elsberg nie jest cynikiem tylko realistą. Widzi świat takim, jakim jest. A to zdumiewająco rzadka zdolność w dzisiejszych czasach. Ten austriacki pisarz na kartach swojej „Chciwości” bez ogródek mówi nam to, co dla wszystkich powinno być oczywiste. Ale jakoś nie jest. Niemała część ludzkości wciąż wierzy w niezawodność systemu rzekomo demokratycznego. Rzekomo, bo w wielu (jeśli nie we wszystkich) krajach demokratycznych tak naprawdę rządzi garstka bogaczy. Multimilionerów i multimiliarderów wśród których pewnie i są altruiści, ale większość dba wyłącznie o własny interes. Żyją po to, by mnożyć swoje majątki. Bo pieniądz daje władzę. A gdzie w tym wszystkim są politycy? Wybrańcy narodu? Cóż, niewiele mają do powiedzenia, ale oczywiście się nie poddają... Starają się uszczknąć coś dla siebie. „Chciwość” to woda na mój młyn – powieść zawierająca w sobie wnioski, które sama już dużo wcześniej zdążyłam wyciągnąć. I od tego czasu już tylko dziwię się, że tak, zdaje się, wielu ludzi tego nie dostrzega. Akcja „Chciwości” rozgrywa się w Berlinie, na ulice którego wyległo mnóstwo demonstrantów upominających się o swoją część tortu. Sprzeciwiających się układowi, co się zowie kapitalizmem. Ciężko pracujący ludzie mają dość utrzymywania bogaczy. Bo właśnie do tego to się sprowadza – biedni pracują, a bogaci czerpią z tego największe korzyści. Co więcej Elsberg przytomnie zauważa, że ludzie z niższych warstw społecznych nie mają praktycznie żadnych szans na dostanie się do tego zaklętego kręgu osób władających światem. To warunkuje przede wszystkim urodzenie i/lub odpowiednie znajomości. Wykształcenie zazwyczaj w tym nie pomaga, ale na przykładzie Jeanne Dalli, asystentki multimiliardera Teda Holdena, Elsberg pokazuje, że takie cuda też się zdarzają. Tylko że Jeanne została szczodrze obdarzona przez naturę. Jej wygląd i już w mniejszym stopniu imponujący umysł ścisły (utalentowana ekonomistka) w połączeniu z jej sprytną strategią, pozwoliły tej wywodzącej się z klasy robotniczej i niemającej na starcie tak zwanych dobrych znajomości, jeszcze przed trzydziestką wspiąć się dużo wyżej od większości śmiertelników. Dalli towarzyszy swojemu szefowi na szczycie w Berlinie zwołanym w związku ze zbliżającym się kryzysem gospodarczym, a w tym samym czasie główny bohater książki, osiemnastoletni Jan Wutte walczy o życie u boku hazardzisty Fitzroya Peela. Wieloletniego przyjaciela właśnie zamordowanego Willa Cantora, współautora teorii ekonomicznej, która może doprowadzić do tego, że powiedzenie „nie ma sprawiedliwości na tym świecie” przejdzie do historii.

„Chciwość” została spisana w niezbyt komfortowym dla mnie stylu. Krótkie rozdziały zbudowane z maksymalnie uproszczonych zdań, w których wydaje się nie ma czasu na dokładne przyglądanie się bohaterom i antybohaterom, ani nawet odpowiednie zobrazowanie poszczególnych miejsc w Berlinie, w których dwóch do niedawna nieznających się mężczyzn walczy o życie. Jednocześnie prowadząc swoje amatorskie śledztwo związane z potrójnym zabójstwem, którego na początku książki dopuścili się tajemniczy mężczyźni teraz podążający ich śladem. Zbrodnia ta dokonała się bowiem na oczach kształcącego się na pielęgniarza osiemnastoletniego Jana Wutte, któremu nie dość, że nie udało się przekonać policji do tego, co na swoje nieszczęście widział, to na domiar złego podejrzenia śledczych skierowały się na niego. Jak już wspomniałam Marc Elsberg w bardzo powierzchowny sposób wykreśla postacie zaludniające „Chciwość”. Głównego bohatera i jego kompana, Brytyjczyka Fitzroya Peela, autor zaszczycił wprawdzie trochę uważniejszym spojrzeniem od pozostałych postaci występujących w tej nie tak znowu złożonej opowieści, ale spory niedosyt i tak niestety miałam. Tym bardziej, że to, czego Elsberg pozwolił mi dowiedzieć się o ludziach, którzy nieoczekiwanie znaleźli się w samym centrum śmiertelnie niebezpiecznej intrygi najprawdopodobniej ściśle związanej z przełomową pracą profesora Herberta Thompsona i Willa Cantora, brzmiało nader obiecująco. Widziałam w nich niemały potencjał – materiał na pamiętny duet fikcyjnych bohaterów. Ich charaktery są skrajnie różne, ale to akurat bardzo im się przydaje w tej zupełnie nowej dla nich sytuacji, w której przypadkiem się znaleźli. Dopełniają się nawzajem. Fitzroy to umysł ścisły – człowiek, który patrzy na świat poprzez liczby, matematyk i fizyk, który od jakiegoś czasu swoje talenty wykorzystuje wyłącznie w hazardzie. Nic więc dziwnego w tym, że ogromnie zależy mu na zapoznaniu się z teorią ekonomiczną opracowaną przez jego długoletniego przyjaciela Willa Cantora i profesora Herberta Thompsona, którzy właśnie stracili życie z rąk, jak wszystko na to wskazuje, zawodowych zabójców. Tymczasem jedyny świadek tego wydarzenia, młody mężczyzna, który znajduje sojusznika w Fitzu, jak zwykł nazywać Fitzroya, Jan Wutte, myśli, jak większość z nas. Nie ma większej ochoty rozmawiać o skomplikowanych równaniach matematycznych, teoriach ekonomicznych, systemach gospodarczych na nich zbudowanych etc. Jego interesuje przede wszystkim wyjście cało z sytuacji, w której ni z tego, ni z owego się znalazł. Co nie znaczy, że nie ma nic do powiedzenia na temat ustroju, w którym przyszło mu żyć. Owszem ma, a że są to obserwacje poczynione przez osobę znajdującą się na tym lub bardzo mu bliskim poziomie hierarchii społecznej, na której znajduje się lwia część ludzkości, to spora część odbiorców najpewniej to właśnie z nim będzie się najsilniej solidaryzować. Ale to, jeśli już, przyjdzie z czasem. Kiedy już rozeznamy się w gąszczu postaci i zsynchronizujemy się z dynamicznym rytmem tej opowieści. Bo już na początku książki zostajemy wrzuceni niejako w sam środek akcji, która w dalszych etapach z rzadka będzie zwalniać i to tylko na chwilę. Wydarzenia następują po sobie we wręcz zastraszającym tempie, a odbiór dodatkowo komplikuje mnogość postaci, przeskoki z jednej perspektywy w inną (w narracji trzecioosobowej). Tak naprawdę odbywające się przez cały czas trwania lektury, ale nie to najbardziej utrudniało mi odnalezienie się w tej opowieści tylko skąpienie informacji o postaciach. Z czasem dowiedziałam się o nich więcej, ale przez jakiś czas miałam problem w rozróżnieniu kto jest kim. Albo inaczej: nie bardzo potrafiłam się zorientować, jaką rolę w tej historii pełnią niektórzy z nich, a pozostałych mogłam tylko uszeregować jako tych złych, tych dobrych i tych najmniej rozeznanych w sytuacji, czyli policjantów pracujących nad tą zagadkową sprawą. No dobrze, niezbyt tajemniczą, bo kiedy już zdołałam sobie to wszystko poukładać, w czym bardzo pomogło poszerzenie portretów kluczowych postaci (w lwiej części przypadków bardzo lekkie, a w pozostałych dwóch-trzech tylko trochę większe), tajemnicą pozostawało już dla mnie tylko odkrycie, jakiego dokonali profesor Herbert Thompson i Will Cantor. Niemniej od tego momentu dużo lepiej już mi się to czytało. Nadal oczywiście ubolewałam nad ewidentnymi zaniedbaniami bohaterów (o czarnych charakterach już nie wspominając) oraz szczątkowymi opisami poszczególnych miejsc, w które trafiali podczas tej śmiertelnie niebezpiecznej rozgrywki, w której stawką było nie tylko ich życie, ale także przyszłość całego świata (zakładając, że jakąś ma, a to przecież bardzo śmiałe założenie). Tak, to nadal stanowiło niemałe uniedogodnienie w tej podróży między innymi u boku Jana Wutte, Fitzroya Peela i Jeanne Dalli, której towarzystwo tak naprawdę najbardziej sobie ceniłam. Według mnie to najciekawsza i najmniej przewidywalna postać w tym dosyć szerokim gronie osób niezbyt wprawnie wykreowanych przez Marca Elsberga. A na pewno mniej zgrabnie od wizji świata, który nie jest nam tak zupełnie obcy, bo pamiętamy przecież poważny kryzys finansowy. Tylko, że ten z lat 2007-2009 przy scenariuszu wykreślonym przez Elsberga na kartach „Chciwości” jest co najwyżej drobną uciążliwością. Austriacki autor przygotował dla swoich bohaterów coś nieporównanie gorszego. I nas też to czeka, jeśli nie zmienimy myślenia. Praca profesora Herberta Thompsona i Willa Cantora może być remedium na wszystko, kluczem do stworzenia istnej utopii. Kluczem, który tak naprawdę od zawsze jest nam znany. Czemu więc z niego nie skorzystaliśmy? Marc Elsberg udzieli na to odpowiedzi, ale to nie znaczy, że nie można tłumaczyć sobie tego na swój sposób. Co trzeba jeszcze dodać w „Chciwości”, jak pewnie zdążyliście się już domyślić, aż roi się od matematyki. O zgrozo...! Nie, nie, spokojnie. Autor przedstawił to wszystko w taki sposób, żeby nawet laik (jak przyznaje w posłowiu taki jak on) albo taki kompletny głąb matematyczny jak ja mógł bez większego trudu w wystarczającym stopniu wszystko to sobie przyswoić. Nie czuć się przytłoczonym, ujmując rzecz w skrócie, liczbami i równaniami.

Thriller „Chciwość” autorstwa Marca Elsberga (właściwie Marcusa Rafelsbergera), austriackiego bestsellerowego powieściopisarza, który zyskał międzynarodową sławę dzięki swoim katastroficznym, wielce prawdopodobnym wizjom, niepokojącym scenariuszom będącym siłą napędową jego najpoczytniejszych książek, wpisuje się w ten trend. Elsberg znowu przedstawia realistyczną wizję końca znanego nam świata, przy okazji zmuszając nas do głębokiego zastanowienia się nad rzeczywistością, w której przyszło nam żyć. Nad systemem, który pozwala bogatym bogacić się kosztem biednych. Prawdopodobnie to nie będzie pierwszy raz, kiedy przyjdzie Wam roztrząsać w myślach te problemy współczesnego świata, które Marc Elsberg zechciał w rzeczonej publikacji przedstawić, ale istnieje niemała szansa, że co poniektórych przekona on do wyciągnięcia z tego wniosków różniących się od tych, do których sam wcześniej doszedł. Przede wszystkim innego spojrzenia na tak zwany demokratyczny ustrój. System, w którym w teorii rządzi większość obywateli (z poszanowaniem praw mniejszości), a w praktyce garstka najbogatszych. „Chciwość” moim zdaniem nie jest thrillerem idealnym – daleko mu do tego – ale i tak uważam, że warto poświęcić mu trochę czasu, nie tylko dlatego, że można czegoś się z tej powieści nauczyć, ale też dla jej walorów stricte rozrywkowych. Bo takowe też posiada, choć bardzo pobieżny warsztat autora dla co poniektórych może stanowić niemałe utrudnienie. Przynajmniej przez jakiś czas, bo z własnego doświadczenia wiem, że można się z nim oswoić na tyle, żeby móc czerpać jako taką przyjemność z tej dynamicznej opowieści o między innymi pewnym przełomowym odkryciu i dwóch mężczyznach, którzy niechcący uwikłali się w niebezpieczną intrygę, rozwój której Marc Elsberg pozwala nam prześledzić. Wprawdzie niezbyt dokładnie, ale przypuszczam, że miłośnicy thrillerów i tak do pewnego stopnia dadzą się temu ponieść.

Za książkę bardzo dziękuję grupie wydawniczej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...