środa, 3 czerwca 2020

Jack Ketchum „Babski wieczór”


Cysterna przewożąca tajemniczy ładunek rozbija się na drodze. Niedługo potem w mieszkankach Nowego Jorku zachodzi niezwykła przemiana. W zwyczajnych kobietach i dziewczynkach nagle budzi się morderczy instynkt. Zachowują się jak oszalałe bestie i niewątpliwie zamierzają zabić każdego, kto nie jest taki jak one. Ich głównym celem staje się więc płeć przeciwna. Tom Braun ten wieczór, tak jak i wiele poprzednich, spędzał w ulubionym barze, starając się poderwać jakąś nieznajomą. Jego małżeństwo z Susan już od dłuższego czasu przechodzi kryzys, na czym najbardziej cierpi ich nieletni syn Andy. Głównie z winy Toma, choć on jest innego zdania. Gdy Nowy Jork opanowuje istne szaleństwo mężczyzna obawia się przede wszystkim o Andy'ego. Chłopiec został w mieszkaniu ze swoją matką, a wygląda na to, że wszystkie kobiety opętała niekontrolowana żądza zabijania. Również małych chłopców...

Nieżyjący już pisarz Dallas William Mayr, szerzej znany jako Jack Ketchum (pseudonim literacki) w 1980 roku doczekał się publikacji swojej pierwszej powieści, „Poza sezonem”. Kontrowersyjnego horroru kanibalistycznego, który to projekt Ketchum rozwinął po latach – wraz z „Potomstwem” i napisaną z Luckym McKee „Kobietą”, „Poza sezonem” tworzy literacką trylogię kanibalistyczną. Swoją drogą „Potomstwo” i „Kobieta” doczekały się swoich filmowych wersji – pierwszy, „Offspring” został wyreżyserowany przez Andrew van den Houtena, a drugi, „The Woman” przez Lucky'ego McKee, współautora adekwatnej powieści. Ciekawostka: zasilająca obsadę obu tych filmów, w tej samej roli, Pollyanna McIntosh później wyreżyserowała kontynuację „The Woman” (w której także zagrała), „Darlin'” z 2019 roku. Do rzeczy. Po ukazaniu się „Poza sezonem” Ketchum zabrał się za tworzenie kolejnego dzieła, które ostatecznie rozrosło się do czterystu stron. Nie udało się znaleźć chętnego na wydanie tak brutalnego utworu, więc trafił do szuflady, a Ketchum oddał się innym projektom. Powieść ta, „Babski wieczór” (oryg. „Ladies' Night”), nie dawała mu jednak spokoju. Zaangażował nawet kolegę do przerobienia jej, ale dzieło, które udało się wydać dopiero w 1997 roku jest jego własnym opracowaniem pierwszej wersji „Babskiego wieczoru”. Całą genezę tej pozycji Jack Ketchum przybliżył w przedmowie do niej.

Czy tylko mnie okładka pierwszego polskiego wydania „Babskiego wieczoru” Jacka Ketchuma (wydawnictwo Dom Horroru, rok 2019) przypomina Chloë Grace Moretz z „Carrie” Kimberly Peirce? W upiorniejszej odsłonie, rzecz jasna. Koniec dygresji. Cała bibliografia Jacka Ketchuma na polski rynek jeszcze nie trafiła, ale z już wydanych utworów wyłaniają się dwa pisarskie oblicza nieodżałowanego „najbardziej przeżerającego faceta w Ameryce” według Stephena Kinga. Takie dzieła, jak na przykład „Dziewczyna z sąsiedztwa”, „Jedyne dziecko”, „Rudy” i „Straceni” starają się wstrząsać czytelnikiem bez zbytniego nagromadzenia gore. Bardziej skłaniają się ku psychologii, aniżeli krwawym kawałkom, na których z kolei bazują choćby „Poza sezonem” i „Potomstwo”. Te ostatnie to horrory ekstremalne pełną gębą. Do tej szufladki należy włożyć też „Babski wieczór”. Niespełna dwustustronicową powieść, dla której Ketchum wymyślił takie oto hasło: „Na wojnie płci właśnie padł pierwszy strzał”. W „Babskim wieczorze” faktycznie trwa zaciekła wojna płci. Aż nazbyt zaciekła... Ketchum posuwa bowiem damsko-męski konflikt do ekstremum. Tutaj nie bierze się jeńców. Tutaj nie ma miejsca na pertraktacje. Żadnych kompromisów. Żadnych układów, próśb, czy nakazów. Kobiety powstają i... Zaczyna się istna rzeź. We wstępie do „Babskiego wieczoru” Jack Ketchum wspomniał, że wśród niektórych redaktorów odrzucających tę powieść panowało przekonanie, że okrutnie obchodzi się z kobietami. Co autor skwitował: „Osobiście uważam, że książka jest okrutna wobec mężczyzn. Ale może to tylko moja opinia”. Tymczasem według mnie rzecz jest... bardziej złożona? Otóż, wydaje mi się, że zrobienie z prawie wszystkich mieszkanek Nowego Jorku bezrozumnych bestii kierujących się jedynie żądzą niszczenia, może oburzać. Eliminowanie każdego, kogo nie dotknęła tajemnicza zaraza. Ta sama, która opanowała niemal wszystkie przedstawicielki płci żeńskiej w Wielkim Jabłku. „Niemal”, a więc odczytywanie tego jedynie przez pryzmat wojny płci nie wydaje mi się tak do końca uzasadnione. Poza tym nic nie wskazuje na to, by wszystkimi oszalałymi kobietami kierowała wyłącznie jakaś potężna uraza względem mężczyzn. Właściwie to wiadomo tylko tyle, że dopadła ich tajemnicza choroba, która upodobniła je do zombie. Nie, nie umarły, ale ich mentalność nagle stała się równie prymitywna. Wciąż towarzyszy im podniecenie seksualne i nieodparta potrzeba zabijania. Zaspokajanie tej drugiej podsyca apetyt na seks, który jeśli już, to starają się zaspokoić w pojedynkę. Co całkowicie im się nie udaje – spełnienie nie przychodzi. Może dlatego, że ciągle polują. Fabułę „Babskiego wieczoru” można opisać jednym zdaniem: zarażone jakimś świństwem kobiety sieją terror w wielkim amerykańskim mieście. No dobrze, jest jeszcze wątek Braunów i naprędce zorganizowanej przez kilku amatorów akcji ratowniczej. Przeprawy przez nieoczekiwanie arcyniebezpieczny rejon Stanów Zjednoczonych w celu ratowanie chłopca. Mężczyźni, tak jak uprzedzał autor w przedmowie do „Babskiego wieczoru”, faktycznie nie są przedstawieni w samych superlatywach. W każdym razie nie wszyscy. Główny (anty)bohater powieści, Tom Braun, to sfrustrowany człowiek, który za swoje niespełnione ambicje zawodowe wini żonę, Susan. Właściwie nie wiadomo dlaczego. Założyłam więc, że Tomem kieruje iście infantylne podejście typu: ktoś musi być winny, byle nie ja. Padło więc na Susan, a skoro tak, to nie ma powodu, by nadal być jej wiernym. Jeśli w ogóle kiedykolwiek Tom potrafił taki być. Tak czy inaczej teraz skacze z łóżka do łóżka, a potem wraca w domowe pielesze z poczuciem, że to żona wszystko psuje. Hipokryzja niektórych nie zna granic, prawda? A inni mężczyźni? Barman Bailey sprawia bardziej sympatyczne wrażenie – chyba że weźmiemy pod uwagę to, że bez większych skrupułów pomaga, jak dobrze wie, żonatemu mężczyźnie, w podrywaniu obcych kobiet. A pozostali? No, szczerze mówiąc nie potrafię powiedzieć o nich nic ponad to, że robią wszystko by przeżyć w tej nieomal apokaliptycznej rzeczywistości. W której krew leje się nader obficie... UWAGA SPOILER Na końcu rzecz bardziej się klaruje: jedni powiedzą, że zachodzi tutaj demonizacja mężczyzn (dość daleko idąca generalizacja), inni pewnie będą się upierać, że Ketchum obnażył ich prawdziwą naturę KONIEC SPOILERA.


Ta książka ma mniej więcej tyle subtelności, co dziwka ciągnąca druta przed wjazdem do Tunelu Lincolna, ale jak na mój gust tak właśnie powinno być”. To słowa samego Jacka Ketchuma na temat jego „długo wyklętego dziecka”. Amerykański światek wydawniczy po prostu nie nadążał za Jackiem Ketchumem. To zdumiewające, jeśli weźmie się pod uwagę ówczesną ekspansję kina gore, ale prawdą jest, że w pierwszej połowie lat 80-tych XX wieku nie znalazł się wydawca, który odważył się „Babski wieczór” wydać. Utwór dużo obszerniejszy, który w końcu wypuszczono. Dopiero w drugiej połowie lat 90-tych XX wieku, kiedy już można powiedzieć amerykańska opinia publiczna była bardziej oswojona z krwawymi horrorami. Jack Ketchum w pewnym sensie był zwiastunem zmian. Wyprzedził epokę. W każdym razie w świecie wydawniczym, bo kino w materii gore było daleko z przodu. Różnie na te zmiany można się zapatrywać, ale... Jak komuś horror ekstremalny nie leży, to jak powiedziałby sam Ketchum, nikt nikogo do kontaktów z nim nie zmusza. To literatura niszowa, „najgorsza z najgorszych”, zła, brudna, chora, spaczona, nienormalna... I za to ją lubię! Za całe to jej wynaturzenie, za ten „środkowy palec wymierzony cywilizowanemu, rzekomo poukładanemu, grzecznemu światu”. Za ten prowokacyjny styl, za branie człowieka za mordę i bezlitosne nurzanie go w całym bagnie ziemskiego istnienia. Za chore jazdy ludzi, których spokojnie można nazwać prawdziwymi turpistami. Jack Ketchum też taki był – pisarz obdarzony drastyczną wyobraźnią, którą zechciał się z nami podzielić. W „Babskim wieczorze” nie chodziło wyłącznie o szokowaniem dla samego szokowania. Komentarz społeczny (odwieczna wojna damsko-męska) też gra tutaj rolę, ale nie da się ukryć, że prym wiedzie gore. Akcja koncentruje się głównie na zabijaniu. Zderzamy się z wymyślnymi sposobami eliminacji ludzkich istnień, jedziemy przez Nowy Jork, w którym ni z tego, ni z owego zapanowało prawo dżungli. Bez dłuższych przystanków, bez należytego planowania, prawie na pełnym spontanie przedzieramy się przez tę dziką rzeczywistość. Zakrwawieni, poturbowani, spływający śmierdzącym potem, kątem oka rejestrujemy krwawe scenki z życia w Nowym Jorku. Odcięte lub zmiażdżone kończyny, wnętrzności walające się po ulicach i podłogach, wysmarowane ekskrementami ściany, ludzkie ciała podziurawione, poszatkowane, poparzone, zmiażdżone... Długo by wymieniać. Autor nie wdaje się w szczegóły właściwie w żadnej materii – postacie są papierowe, fabuła już chyba prostsza być nie mogła, ale zakładałam, że chociaż w warstwie gore Ketchum postawi na detale. Tak, zdradził dość, by ogólne obrazy w mojej wyobraźni się wykrystalizowały, ale to niestety nie wystarczyło do ożywienia we mnie jakichś silniejszych emocji. Wstręt, niesmak, szok. Mogłam zapomnieć. Za szybko, zbyt powierzchownie, jakoś tak... nijako. Tak, dobrze rozumiecie. Opowieść o zabijaniu ludzi na wszelkie możliwe sposoby, o całonocnej wojnie toczonej na ulicach Nowego Jorku (również w budynkach), też może emanować nijakością. Na początku jakiś efekt jeszcze to przynosiło. Robiło jakieś tam delikatne wrażenie. Niewielkie, ale chociaż nie przyjmowałam całej ten makabry z całkowitą obojętnością. Z napięciem, ale i że tak to ujmę, podziwem dla śmiałej, bezkompromisowej wyobraźni Jacka Ketchuma. Z czasem mi to spowszedniało. Wkradła się w to monotonia. Co za dużo i co za szybko, to niezdrowo. Niemniej wątek Andy'ego i jego oszalałej matki niezmiennie przykuwał uwagę. Ilekroć Ketchum do niego wracał, powracały emocje. Nic wyszukanego, ale po co nadmiernie kombinować, skoro można zamknąć nieletniego chłopca w mieszkaniu z jego własną, acz drastycznie odmienioną matką, by dostarczyć czytelnikom jak najbardziej pożądanych doznań. Przywołać poczucie zagrożenia, a przy tym wygenerować jakieś zalążki klaustrofobii, których raczej nie doświadczałam w towarzystwie Toma i innych, biegnących z odsieczą Andy'emu. Od czasu do czasu ogarniało mnie przyjemnie nieprzyjemne, poczucie nieubłaganie upływającego czasu. Właściwie to kończącego się już czasu – żywota jedynego dziecka Toma na tym świecie. Chciałoby się więcej, ale tak na jeden raz niech będzie. Żadna tam maltretująca żołądek przejażdżka, ale nie powiem, żebym żałowała, że się na nią porwałam. Ujdzie.

Nie ukrywam, że zasadniczo wolę to drugie artystyczne oblicze Jacka Ketchuma – to z całą mocą unaocznione w kultowej „Dziewczynie z sąsiedztwa”, najbardziej wstrząsającej powieści, z jaką w w swoim dłuuugim życiu się spotkałam i już z trochę mniejszym pazurem, ale jednak w „Jedynym dziecku”. Po „Babskim wieczorze” oczekiwałam jednak czegoś w duchu „Poza sezonem”. Czegoś tak nihilistycznego, zepsutego, odrażającego... No, w ogóle bardziej emocjonującego. Jest krwawo, ale cała ta makabra stosunkowo szybko wytraca swą moc. Zamiast odrazy czuć znużenie. Co prawda nie było ono ciągłe, ale to dość bym nie zachowała najlepszego zdania na temat tego osiągnięcia mistrza Jacka Ketchuma. Najgorszego zresztą też nie.

poniedziałek, 1 czerwca 2020

Mats Strandberg „Przeklęty prom”


Prom „Baltic Charisma” codziennie przemierza tę samą trasę w obie strony po Morzu Bałtyckim. Ciągle jest tak samo: większość pasażerów bawi się do białego rana, bez umiaru racząc się alkoholem. Czasami dochodzi do niegroźnych bójek, częściej krótkotrwałych romansów. Niezmiennie jednak po każdej nocy na „Baltic Charisma” panuje spory bałagan, z którym załoga musi uporać się przed kolejnym rejsem. Tym razem będzie inaczej. Ta wyprawa drastycznie odróżni się od wcześniejszych. A wszystko za sprawą małego chłopca, który tak naprawdę tylko wygląda jak dziecko. W istocie jest leciwym krwiożerczym stworzeniem, które nie zamierza dłużej pozostawać w ukryciu. I nadal pozwalać, by autodestrukcyjny gatunek ludzki rządził tym światem. Beztroska zabawa na „Baltic Charisma” zamieni się w prawdziwą jatkę, z której narodzą się setki wampirów, w zdecydowanej większości myślących jedynie o zaspokojeniu głodu. Dręczącego apetytu na ludzką krew. A pożywienia na promie nie brakuje...

Szwedzki dziennikarz i powieściopisarz, Mats Strandberg, miłość do książek w pewnym stopniu zawdzięcza Stephenowi Kingowi. To dzięki niemu już w dzieciństwie odkrył uroki czytania. Wówczas też dołączył do grona fanów literatury grozy. Kiedy dorósł wszedł w szeregi ekipy dziennika Aftonbladet, gdzie zajmował się pisaniem felietonów – organizacja Newspapers and Magazines raz okrzyknęła go nawet felietonistą roku. Prywatnie jest mężem aktora Johana Ehna. Na rynku literackim Strandberg debiutował w 2006 roku powieścią fantasy pt. „Jaktsäsong”. Rozgłos przyniosła mu natomiast trylogia dla młodzieży „Engelsfors” napisana wspólnie z Sarą Bergmark Elfgren. W swojej bibliografii ma także horrory: wydany w 2017 roku „Hemmet” o domu opieki, w którym zachodzą niepokojące zjawiska, pre-apokaliptyczną powieść „Slutet” z roku 2018 i „Färjan” (pol. „Przeklęty prom”), który swoje premierowe, szwedzkie, wydanie miał w roku 2015. W Polsce powieść ukazała się dwa lata później nakładem wydawnictwa Marginesy, zbierając głównie negatywne recenzje. Na arenie międzynarodowej tymczasem książka cieszy się niemałym uznaniem nie tylko oddanych miłośników literatury grozy.

Na Bałtyku nikt nie usłyszy twojego krzyku” - ta parafraza hasła reklamowego ponadczasowego filmu Ridleya Scotta, horroru science fiction „Obcy – 8. pasażer Nostromo”, tłukła się po głowie Matsa Strandberga, zanim zasiadł do pisania „Przeklętego promu”. Myślał też o mitologicznych statkach i statku nazwanym „Demeter” z „Draculi” Brama Stokera. I o niesławnych dwudziestoczterogodzinnych rejsach alkoholowych Szwecja-Finlandia, Finlandia-Szwecja. Wystarczyło to jedynie odpowiednio poskładać i... Tak powstał jeden z najlepszych powieściowych horrorów wampirycznych, jaki w życiu czytałam! Widać, że Mats Strandberg pilnym uczniem Stephena Kinga jest. Długi wstęp, podczas którego autor skrupulatnie kreśli sylwetki ważniejszych postaci, wspominając też wielu innych pasażerów tytułowego obiektu. Zbudowany w 1989 roku prom „Baltic Charisma” codziennie kursuje po Morzu Bałtyckim między Szwecją i Finlandią. Zwykle przewozi trochę ponad tysiąc pasażerów, ale jego pojemność jest mniej więcej dwa razy większa. Dawniej był wypełniony po brzegi, ale czasy jego świetności już minęły. Załoga już od jakiegoś czasu jest przygotowana na zamknięcie podwojów. Strandberg sprytnie przyrównuje prom do małego miasteczka, a sposób w jaki przedstawia miejsce i ludzi bardzo przypomina podejście Stephena Kinga. Naturalnie tutaj na myśl nasuwa się przede wszystkim „Miasteczko Salem”. Bo wampiry, ale z podobną narracją spotykamy się też w innych utworach Kinga. Może nie aż tak porozbijaną, jak w „Przeklętym promie”, ale szwedzki mistrz pióra bez wątpienia osiąga z samym promem to, co King zwykł osiągać z małymi amerykańskimi często fikcyjnymi, miasteczkami. Wydobywa z małej społeczności (w tym przypadku w zdecydowanej większości zmiennej - personalnie, ale raczej nie charakterologicznie) wszystko co dobre, ale i wszystko co złe. Naświetla wady i zalety zwyczajnych ludzi. Dociera do zgnilizny tak naprawdę od zawsze trawiącej „Baltic Charisma”, ale nie pozwala sobie na komfort uogólnienia. „Baltic Charisma” to metafora małego miasteczka, przekrój w tym przypadku niezamkniętej, ale łatwo o tym zapomnieć, niewielkiej społeczności, a te zwykle są różnorodne. Nawet jeśli nie dostrzega się tego na pierwszy rzut oka, to w rzeczywistości nie wszyscy myślą jednakowo. Ksenofobia, homofobia, megalomania, nieumiejętnie skrywana zwierzęca agresja i oczywiście pijaństwo często połączone z przygodnym seksem, a czasami z narkotykami – tak to wygląda z zewnątrz, ale jeśli się przyjrzeć wyłonimy z tej ludzkiej ciżby jednostki, które nijak nie pasują do tego niechlubnego portretu. Są niejako z boku. Z obojętnością patrzą na ten hedonistyczny mikrokosmos, jakim jest statek wycieczkowy „Baltic Charisma” lub zaszywają się w kajucie z zamiarem przespania całej podróży. A więc można powiedzieć zamknięcia oczu na wszechobecne rozpasanie. Bo „Baltic Charisma” daje przede wszystkim możliwość wyrwania się na chwilę z cywilizacyjnych kajdan. Tutaj nie trzeba się hamować. Tutaj spokojnie można zdjąć niewygodną maskę, pod którą na lądzie tak wielu skrywa swoje prawdziwe oblicza. Tutaj nie trzeba tłumić swoich najskrytszych pragnień. Tutaj spełniają się najskrytsze, wstydliwe marzenia. Tutaj można zachowywać się gorzej niż dzikie zwierzę, aczkolwiek nie w poczuciu całkowitej bezkarności. Na „Baltic Charisma” dozwolone jest tylko to, co legalne. Prawa, ale już niekoniecznie porządku, pilnuje ochrona, gotowa wtrącić do celi każdego, kto stworzy jakieś zagrożenie dla siebie lub innych. Prom obiektywnie jest ogromny (na wewnętrznych stronach okładki wydania Marginesów z 2017 roku znajdujemy rysunek graficzny tego kolosa), ale poczucie, jakie towarzyszyło mi podczas lektury to klaustrofobia. Odbierająca dech ciasnota, tym gorsza, że znajdowałam się na pełnym morzu, a więc bez możliwości ucieczki przed zagrożeniem. Krwiożerczymi bestiami, których grono będzie się w szybkim tempie powiększać. I powiększać, i... Potwornie okaleczone trupy przykryją podłogi wszystkich piętr, a potem wstaną, by kontynuować dzieło zniszczenia. Albo odbudowy, zależy jak na to patrzeć. Bo istota od dziesiątek lat uwięziona w ciele dziecka oprócz niepohamowanej żądzy eksterminacji ludzkości i objęcia niepodzielnej władzy nad światem zdominowanym przez jego wampirzych bliźnich, przedstawi nam też trochę przykrych prawd o nas samych. Historia ludzkości w pigułce: konsekwentne niszczenie globu i między innymi w związku z tym, samych siebie. Tylko czy wampiry naprawdę mogą być lepsze jako samozwańczy władcy tego świata? Czy naprawdę jesteśmy aż tak destrukcyjni, że nawet krwiożercze, nieumarłe bestie zdają się być lepszą alternatywą dla Matki Ziemi? Mats Strandberg wprost może i nie odpowiada na to dręczące pytanie, ale mówi dość byśmy w tej całonocnej krwawej walce stanowczo opowiedzieli się po stronie ludzi. Przedstawicieli, tego owszem niedoskonałego gatunku, ale po drugiej stronie barykady stoją w większości bezrozumne, odpychające bestie (najpewniej tylko tymczasowo), które bez zmrużenia oka dokonują rzeczy strasznych. A to zaledwie przystawka, bo jeśli „Baltic Charisma” dobije do fińskiego lądu... Jeśli.


Brzydzi go wszystko na promie. Syntetyczne zapachy. Sztuczna muzyka. Imitacje drewna, skóry i marmuru. Stwierdza, że prawdziwe jest tylko obżarstwo. Zachłanność. Nieumiarkowanie. Ludzie niszczą planetę, wysysają ją jak pasożyty. Zabijają siebie i siebie nawzajem na setki sposobów z tysiąca żałosnych powodów.”

Szczerze mówiąc nie jestem zaskoczona negatywnym odbiorem „Przeklętego promu” w Polsce. Bardziej zaskoczył mnie dość entuzjastyczny odbiór tej książki na arenie międzynarodowej, bo już pierwsze stronice tego osiągnięcia Matsa Strandberga dały mi pewność, że to jedna z tych powieści... Powiedzmy, że napisana w stylu, któremu zdecydowanie trudniej się przebić, chyba że na okładce widniej „Stephen King”. Obfitujące w szczegóły, długie opisy (takie, które często określa się jako rozwlekłe), mnóstwo zwyczajnych interakcji międzyludzkich i... długie oczekiwanie na właściwą akcję. Autor w pewnym momencie zauważa, że głównym bohaterem „Przeklętego promu” jest sam prom. Żadna z wyróżnionych przez niego postaci (a jest ich całkiem sporo) nie zasługuje na to zaszczytne miano tak jak „Baltic Charisma”, choć autor poświęca im naprawdę sporo uwagi. Większość rozdziałów poprzedza imię postaci, perspektywę której, aczkolwiek w trzeciej osobie, przyjmie, a pozostałym fragmentom nadaje tytuł „Baltic Charisma” i w nich zwykle przedstawia nieco szerszy obraz aktualnej sytuacji na promie. Spotykamy tutaj byłego członka załogi, Callego, który zamierza oświadczyć się swojego partnerowi; nastoletniego chłopca, Albina, podróżującego ze swoimi adopcyjnymi rodzicami, ciotką oraz jej córką, kiedyś jego najlepszą przyjaciółką, której teraz ku swojemu ubolewaniu nie poznaje; nieszczęśliwą starszą kobietę, Marianne, która podczas tego rejsu nieoczekiwanie odnajdzie szansę na wyrwanie się z okowów samotności; młodą kobietę, Madde, która wraz ze swoją przyjaciółką często podróżuje tym promem głównie po to, by się wyszaleć. I paru innych, z których część ulegnie przemianie i to już w pierwszej fazie demonicznego planu jednego z pasażerów. Wampira w ciele małego chłopca, który wszedł na pokład ze swoją matką, istotą taką jak on. Tyle że myślącą inaczej. Mats Strandberg w „Przeklętym promie” tworzy własną wampirzą mitologię. Raczej nie innowacyjną, bo odporne na światło słoneczne, wodę święconą i krzyże wampiry przewinęły się już w niejednym dziele. Nawet gremium Starych ujawniające się w rozmyślaniach pokornej wampirzej matki i jej niepokornego wampirzego syna, żadnym novum nie jest – daleko nie szukając wystarczy przypomnieć sobie chociażby filmową serię „Underworld” zapoczątkowaną przez Lena Wisemana w 2003 roku. Ale już taka wymiana zębów, bolesna metamorfoza, wnosi odrobinę świeżości do mitu wampira. Albo naleciałości klasycznych zombie, choć niektórzy pewnie zauważą, że Richard Matheson w swojej minipowieści „Jestem legendą” zasadniczo dokonał czegoś zbliżonego, że kierował się taką samą wytyczną. Tyle że efekt nie jest dokładnie taki, jak w „Przeklętym promie”. U Strandberga wampiry przychodzą na świat jako bezrozumne bestie, niepotrafiące nawet mówić. Niezbyt szybkie, ale wyjątkowo silne istoty kierującej się jedynie pragnieniem jak najszybszego zaspokojenia bolesnego pragnienia krwi. Apetytu, którego tak do końca już nigdy nie uda im się zaspokoić. Ale jeśli nie chcą chorować, muszą nauczyć się umiaru. Zabić można ich zarówno przebijając im serce (czymkolwiek) bądź jak to najczęściej bywa z zombie celując w głowę. Skuteczne jest też odjęcie głowy bądź serca albo spalenie delikwenta. Z czasem tak zwani nowo narodzeni staną się istotami rozumnymi. Odzyskają nawet wspomnienia z poprzedniego życia. Jeden z nowo narodzonych na „Baltic Charisma” jest jednak wyjątkowy – to jedyny osobnik, który, można powiedzieć, natychmiast stał się wampirem kompletnym. Ominęła go faza bezrozumnej bestii. Akcja „Przeklętego promu”, jak można się tego domyślić, będzie się brutalizować. Powolny wstęp, w którym błyskawicznie się zatraciłam, stopniowo przechodzi w krwawą łaźnię. A wraz z ilością niemiłosiernie pokaleczonych trupów (w warstwie gore też nie odnotowałam opisowych zaniedbań) zacieśnia się elektryzująca aura tego przeklętego miejsca. Mrok, brud, przykre zapaszki, które autentycznie docierały i do moim nozdrzy, wszechobecne zagrożenie w naprawdę upiornej formie (zakrwawione, oszalałe kreatury), ciasne korytarze i bezkresne morze, na którym jak wiadomo nikt nie usłyszy twojego krzyku. Wpadłam w ową bezdenną otchłań i nie chciałam już z niej wychodzić. Na pokładzie „Baltic Charisma” czułam się wprost niebiańsko. Jakkolwiek dziwnie to brzmi. Mocno klimatyczna, całkiem krwawa, poruszająca wyobraźnię, trzymająca w napięciu, dosłownie ściskająca za gardło, opowieść o ludziach rozpaczliwie walczących o życie w coraz to ciaśniejszym obiekcie, który wydaje się pułapką bez wyjścia. Pułapką, która lepiej, żeby nigdy do brzegu nie dopłynęła.

Po skończeniu „Przeklętego promu” Matsa Strandberga wpadłam w lekko depresyjny nastrój. To już koniec wspaniałej przygody na pokładzie tytułowego obiektu opanowanego przez krwiożercze potwory. Koniec obcowania ze znakomitym piórem szwedzkiego pisarza, wyrosłego między innymi na literaturze Stephan Kinga. I to się czuje, ale z całym szacunkiem dla najsłynniejszego żyjącego autora literatury grozy, on już dawno nie wypuścił niczego, co w moich oczach równałoby się z tą oto perełką. Zdaję sobie sprawę, że nader chłodne przyjęcie „Przeklętego promu” Matsa Strandberga przez polskich czytelników może działać zniechęcająco na rodzimym wydawców, dlatego nie spodziewam się, że jeszcze będzie mi dane przeczytać jakiś horror jego autorstwa. I przez to czuję się jeszcze gorzej. Oczywiście, pewnie jeszcze wsiądę na „Baltic Charisma”, ale to nie to samo, co poznać inne powieści grozy człowieka, który rozpalił we mnie taki ogień. Bolesny głód, którego wzorem wampirów z „Przeklętego promu”, prawdopodobnie nigdy nie zaspokoję. I raczej nie tylko dlatego, że nie widzę dużej szansy na polskojęzyczne wydania innych jego powieści grozy, ale też dlatego, że ktoś, kto stworzył taką znakomitość jak „Przeklęty prom” nie wydaje mi się być obiecującym materiałem na autora tylko jednego udanego horroru. Z takim warsztatem nie wydaje mi się to możliwe. Uzależniającym. Chciałabym móc to sprawdzić. Naprawdę marzę o tym. Marzę już od momentu rozpoczęcia „Przeklętego promu”. Czy Wy też po tej lekturze zapragniecie więcej horrorów od Matsa Strandberga, nie wiem. Właściwie to mam wątpliwości, czy powinnam to polecać... A co mi tam? Gorąco zachęcam do skosztowania tej krwistej, mocno klimatycznej opowieści o upiornych krwiopijcach!


Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej
https://inverso.pl/

sobota, 30 maja 2020

„Killer Sofa” (2019)


Francesca zawsze przyciągała do siebie ludzi. Głównie płeć przeciwną. Gdy policja rozpoczyna śledztwo w sprawie śmierci mężczyzny, który jak się okazuje miał prawdziwą obsesję na punkcie Fransceski, kobieta zaopatruje się w stary rozkładany fotel. Niedługo potem ludzie z jej otoczenia zaczynają ginąć. Tymczasem dziadek jej najlepszej przyjaciółki Maxi, rabin Jack, stara się odnaleźć przeklęty mebel. Jest przekonany, że w fotelu zagnieździł się dybuk, który, jeśli nikt go nie powstrzymana, będzie z rozkoszą siał terror. Jack wierzy, że może go zniszczyć i tym samym ocalić wiele istnień, ale najpierw musi się dowiedzieć, w czyje ręce trafił zbrukany fotel.

Bernie Rao jest fanem XX-wiecznych horrorów, któremu we współczesnym kinie grozy trochę brakuje ich niezaprzeczalnej magii. Przez długi czas Rao wzdragał się przed spróbowaniem swoich sił w tym gatunku, ponieważ zakładał, że w dzisiejszych czasach stworzenie filmowego horroru w preferowanym przez niego stylu retro wymaga sporych nakładów pieniężnych. Z czasem uznał swoje założenia za przesadzone, a wraz z tym przyszło silne postanowienie o nakręceniu własnego horroru. Chciał stworzyć coś oryginalnego. Coś, czego nigdy wcześniej nie widział. Rozejrzał się po pokoju i zobaczył fotel. Eureka! Zrobię film o morderczym fotelu! Rao przyznał, że w tamtej chwili nawet nie pomyślał o tym, jak głupi jest to pomysł. Dla niego był wprost niesamowity. Poza tym, jak słusznie zauważa, z głupich pomysłów też może wyrosnąć znakomity obraz. Scenariusz Bernie Rao napisał sam, sam też zasiadł na krześle reżyserskim. Poza tym był głównym producentem, autorem zdjęć i współmontażystą „Killer Sofy”. Absurdalnego nowozelandzkiego horroru od października 2019 roku (Stany Zjednoczone) dystrybuowanego w Internecie.

Horror o zabójczym fotelu. Mmm. Cóż za obiecująca rzecz! No, musiałam to sprawdzić. Zwróćcie uwagę, że napisałam „fotel”, choć w oryginalnym tytule stoi sofa. Nie wiadomo dlaczego. W sumie to największa zagadka tego przedsięwzięcia – nie ja pierwsza i z pewnością nie ostatnia zastanawiam się, skąd ta myląca nazwa... Cóż za niedopatrzenie! Noż to zmienia postać rzeczy! Sofa to nie to samo co rozkładany fotel. To zupełnie inny typ zbrodniarza. Pytam się więc: czy to w porządku, że tytuł filmu przygotowuje nas na udział mebla, którego w nim nie ma? Sofa oczywiście mogła w ostatniej chwili wycofać się z tego projektu – sofa też człowiek, może się rozmyślić – ale chyba po zajęciu jej miejsca przez fotel można było zmienić tytuł... Czy nie? Dobrze, zostawmy zakulisowe zawirowania. Faktem jest, że „Killer Sofa” traktuje o rozkładanym fotelu z ewidentnie morderczymi ciągotami. Starym, wygodnym meblu z oczami w formie guzików i paszczą, która jakoś nie chce się otworzyć. Wiemy jednak, że tam jest – na oparciu kawałek pod oczami widać długie wgłębienie; wypisz, wymaluj zaciśnięte wargi. Dla Berniego Rao największym komplementem były porównania co poniektórych recenzentów „Killer Sofy” do „Christine” Johna Carpentera (ewentualnie Stephena Kinga) i „Morderczej opony” Quentina Dupieux. Poczuł się wprost zaszczycony zestawianiem „jego dziecka” z takimi gigantami światowej kinematografii. Inaczej: obrazami, które wprost uwielbia. Trudno tego nie skojarzyć, ale pozwolę sobie zauważyć, że podobieństwa zaczynają i kończą się na ożywionym przedmiocie urządzającym sobie polowanie na ludzi. Nasza sofa... i widzicie jak ten tytuł miesza człowiekowi w głowie? Więc, nasz FOTEL do niedawna był zwyczajnym meblem. Stał sobie w magazynie i nikomu nie szkodził. Aż przyszedł zły człowiek i dał mu życie. Fotel może nawet sobie tego nie życzył. Może dobrze mu było tak jak było. Ale nikt się nieboraka o zdanie nie pytał – wyrwano go ze strefy komfortu, siłą przeciągnięto na ciemną stronę mocy i cóż poradzić, fotel musiał opuścić swoje przytulne (ciemne, zakurzone i zagracone) schronienie. Nie że nagle dostał nóg i poszedł w siną dal... Owszem, teraz już umie chodzić, ale z magazynu wydostał się inaczej. Wkroczyli inni ludzie i wytaszczyli go na zewnątrz. A potem przetransportowali do mieszkania młodej kobiety o imieniu Francesca (celowo przerysowana, ale niewprawnie kreacja Piimio Mei), która też ma swoje problemy. Otóż, boli ją, że ludzie dosłownie za nią szaleją. Głównie mężczyźni, choć oczywiście nie wszyscy. Na szczęście wreszcie znalazła chłopaka, który nie ma obsesji na jej punkcie, który najwyraźniej jest odporny na wrodzony magnetyzm Franceski. Trochę jak we „Wszyscy kochają Mandy Lane” Jonathana Levine'a – tyle że, przynajmniej na mój gust, Amber Heard bardziej nadaje się na kogoś, w kim wielu bez opamiętania się zakochuje i to już od pierwszego wejrzenia, nie sądzicie? A co jeśli główna bohaterka „Killer Sofy” ma w sobie coś... bo ja wiem... cudownego? groźnego? Powiedzmy, że może się w tym kryć coś więcej. A może nie. Może rzecz jedynie w tym, że jej nowy-stary fotel jest opętany przez dybuka. Złego ducha wywodzącego się z żydowskiego folkloru, który wytrwale eliminuje ludzi z otoczenia swojej nowej właścicielki. Ją samą, przynajmniej na razie, oszczędza. A właściwie to... Jeśli przetrawiliście już informację o polującym na ludzi rozkładanym fotelu, to łapcie kolejną: Francesca i jej ostatni nabytek mają się ku sobie. Tak, tak, w kobiecie budzi się seksualny pociąg do tego fotela. Może nie do końca świadomie, ale traktuje go bardziej jak kochanka niż część wystroju mieszkania. I nie wygląda na to, żeby fotelowi to przeszkadzało. Właściwie to wiele wskazuje na to, że stary mebel zabiega o względy swojej nowej właścicielki, że stara się ją w sobie rozkochać... Olaboga.

(źródło: https://www.youtube.com/watch?v=3F_JWQbJ8gw)
Oglądając „Killer Sofa” można zauważyć, że Bernie Rao starał się znaleźć jakiś nowy kierunek w horrorze, oparty na sprawdzonych motywach. Mamy normalnie martwy przedmiot, który nagle ożywa i rozpoczyna polowanie na ludzi (w tym przypadku rozkładany fotel, ale historia horroru uczy, że można wstawić tutaj dosłownie wszystko: samochodową oponę na przykład albo kosiarkę do trawy), a konkretniej przedmiot opętany przez dybuka; mamy niebezpieczne obsesje, trochę voodoo oraz mistycyzmu żydowskiego. I wreszcie człowieka, który postanawia stawić czoło złu. Odkrywającego w sobie nadzwyczajną moc rabina Jacka (nie najgorzej odwzorowana przez Jima Baltaxe'a przejaskrawiona postać), który wprawdzie niewiele wie o dybukach, ale od czego jest Internet? Ten trudniący się handlem antykami starszy mężczyzna uzyskuje niezbędną wiedzę od pewnego internetowego znawcy tematu, po czym przystępuje do poszukiwań przeklętego fotela. Jack nie zdaje sobie bowiem sprawy z tego (bo i skąd?), że problematyczny mebel wpadł w ręce najlepszej przyjaciółki jego wnuczki, Maxi (taki sobie występ Nathalie Morris). A zawsze powtarzam: grunt to komunikacja. To fortunny zbieg okoliczności, że fotel trafił do mieszkania przyjaciółki jego wnuczki. Fotel, którego tajemnicę Jack nieoczekiwanie odkrył pewnego słonecznego dnia, dosłownie na chodniku bliżej nieznanego nowozelandzkiego miasta, w którym mieszka i prowadzi przynoszący coraz mniejsze dochody mały legalny biznes. Gdyby tylko od początku o tym wiedział... To co? Ocaliłby wiele ludzkich istnień? Nie, na pewno nie wiele. Trup w „Killer Sofie” nie ścieli się gęsto, ale muszę przyznać, że jeden pomysł nie tyle na samą śmierć, ile na to, co potem, przykuł moją uwagę swoją, hmm... kreatywnością. Tak, to chyba dobre słowo. Bo jak inaczej określić zassanie fragmentów ludzkiego ciała przez odkurzacz. Strzępy mięsa i oko w przezroczystym zbiorniczku. A wcześniej... Bernie Rao wyznał, że zależało mu na praktycznych efektach specjalnych. Co nie powinno zaskakiwać u kogoś, kto zasadniczo zdecydowanie wyżej ceni sobie XX-wieczne kino grozy od współczesnego, który swój wyjazd do Nowej Zelandii w dużym stopniu zawdzięcza „Martwicy mózgu” i „Złemu smakowi Petera Jacksona. Który jest wprost zakochany w dawnej twórczości Johna Carpentera i Dario Argento, w „Lśnieniu” Stanleya Kubricka, „Dziecku Rosemary” Romana Polańskiego i wielu innych legendarnych filmach gatunkowych. Rao jednakże, powiedzmy, zadziałał niejako wbrew sobie. To znaczy ostatecznie wykorzystał też efekty cyfrowe. Troszkę, ale szczerze mówiąc tyle wystarczyło, by wzbudzić we mnie niepożądany niesmak. Tandetne światła wystrzeliwujące z ciał ofiar opętanego fotela. Dość szkaradnego, ale według mnie mającego też w sobie coś milusiego (w wyglądzie, nie czynach), co chciałoby się przytulić (oho, chyba podzieliłam los Franceski...) - lubię kicz w kinie grozy, ale akurat nie taki. Nadzieja więc w fizycznych efektach... Płonna. Bo poza wspomnianą sceną z odkurzaczem i naturalnie występami nietytułowego śmiercionośnego mebla, nie bardzo jest o czym wspominać. Może okaleczenie TJ-a? W sumie niewiele wyobraźni widza pozostawiono, tyle że nie jest to koncepcja mająca wiele do zaoferowania osobom, które jakieś tam doświadczenie z kinem gore już mają. Choćby malutkie. A i wykonanie właściwie wszystkich scen okaleczeń i mordów, wysokiego realizmu z pewnością nie zachowuje. Niski budżet może być tu jakimś usprawiedliwieniem, ale z drugiej strony w swoim życiu widziałam już trochę tanich horrorów, którym udało się „zrobić coś z niczego”, więc... Myślę, że dałoby się zrobić to lepiej, i tyle. Już zaopatrzenie się w substancję bardziej udanie imitującą krew w moich oczach znacznie podniosłoby jakość owych, nie tak znowu dosadnych, momentów. Właśnie - „Killer Sofa” przemocą nie epatuje. Nie znajdujemy tutaj wielu długich zbliżeń na brzydkie rany. Co więcej: twórcy nie przeprowadzają nas z maksymalną dokładnością przez mordy dokonywane „rękami” starego mebla. I myślę, że ta decyzja nie była zdeterminowana jedynie koniecznością ograniczenia wydatków na praktyczne krwawe efekty specjalne, ale również, jeśli nie przede wszystkim, postacią samego agresora. Prawdziwego fotela, a nie jakiegoś tam komputerowego tworu. Trudno więc byłoby wprawić w ruch taki dość słusznych rozmiarów mebel w bardziej odkrytych scenach mordów, tak by nie odkryć za wiele. Na przykład człowieka popychającego fotel, bo mimo usilnych starań twórców w kierunku oddalenia od widzów takiego wrażenia, niestety właśnie tak mi to wyglądało. Jakby ktoś popychał tę landarę ku jej zupełnie nieprzygotowanym na atak ofiarom. Bo kto by się spodziewał zagrożenia za strony fotela? Swoją drogą zaskoczyło mnie, że Bernie Rao nie zdecydował się na mord, który nasuwa się sam przez się. W każdym razie ja byłam pewna, że fotelik wchłonie swoją paszczą przynajmniej jedną osobę. Pożre kogoś, kto na nim siądzie. A tu niespodzianka: niczego takiego w „Killer Sofie” nie ma. Za to później pojawia się coś nieoczekiwanego już w pozytywnym sensie. Najpierw pomyślałam: przecież to niemożliwe. Kompletna bzdura. A potem przypomniałam sobie, że to horror o zabójczym fotelu i... Wszystko stało się możliwe! Bzdura nagle zyskała niezaprzeczalny urok, a potem... No potem, wszystko prysło. Nie pierwszy raz zresztą. W mojej ocenie „Killer Sofa” Berniego Rao to obraz bardzo nierówny. Sekwencje, w których uwidaczniają się jakieś starania w kierunku wykrzesania napięcia, wygenerowania aury nieuchronnie zbliżającego się niebezpieczeństwa, niekoniecznie wyłącznie w formie ożywionego morderczego fotela, niekonsekwentnie zestawiano z nieodkrywczą historyjką, którą podano w dość karykaturalnej formie. To celowy zabieg. Problem w tym, że mocno mi się to gryzło. Prawdziwą sztuką jest uzyskanie smacznego efektu na podobnym kontraście (w zamyśle poważna, złowroga tonacja i czysty absurd, groteska) – sztuką, której moim zdaniem Bernie Rao nie pokazał. Zaryzykował i nic z tego nie wyszło. To znaczy, dobrze jest obejrzeć sobie horror z dodatkiem komedii (jeśli o mnie chodzi nieśmiesznej, poza rozrysowywaniem przez Jacka „jakże „skomplikowanego planu” walki ze złem) o chodzącym fotelu polującym na ludzi i rozkochującym w sobie kobietę, ale zdecydowanie ciekawiej byłoby bez tego wszystkiego, co wokół. Czary-mary, policyjne śledztwo, męczące gadki szmatki – ależ to wszystko infantylne. Pewnie tak miało być, ale wolałabym albo bardziej komedię, albo mniej komedię. Bo takie proporcje podziałały na mnie rozstrajająco. Nieprzyjemnie. Coś jak zatrucie pokarmowe, heh.

Killer Sofa” Berniego Rao obiecuje wiele, a tak mało daje... Chociaż podejrzewam, że ta produkcja i tak dała mi więcej, niż może dać wielu innym fanom kina grozy. Bo to film bardzo niszowy, emanujący taniością, niewykonany w pełni profesjonalnie (niektórzy na pewno uznają, że po amatorsku), niezbyt klimatyczny, niezbyt krwisty, niezbyt mądry... Właściwie to głupkowaty, ale tak miało być, więc... Tak czy inaczej nie jest to dobra propozycja dla każdego zjadacza filmowych horrorów. Dla fanów wszelkiej maści kuriozów, dla miłośników niskobudżetowych horrorów, sympatyków filmów o opętanych przedmiotach, zwłaszcza tych podanych z przymrużeniem oka, zwolenników XX-wiecznego kina grozy. Z tych grup według mnie najprędzej wyłonią się fani „Killer Sofy”. Ale obstawiam, że nie będzie ich wielu, że większość spotka duży zawód. Bo po horrorze o zabójczym fotelu (nie sofie!) spodziewamy się prawdziwej petardy, prawda? Czegoś, czego długo nie zapomnimy... No cóż, może i nie zapomnę tego śmiercionośnego mebla i prawdę mówiąc wolałbym, żeby tak było. Ale cała reszta? Nie, jakoś na zachowaniu innych wspomnień z „Killer Sofy” mi nie zależy. Polecać tego nie będę – wolę nie – ale dla tych, którzy na własną odpowiedzialność zechcą to to obejrzeć, mała rada: nie próbujcie tego siedząc w fotelu.

czwartek, 28 maja 2020

Zapowiedź: „Nieobliczalny”


Russell Crowe, zdobywca OSCARA za rolę w słynnym „GLADIATORZE”, tym razem w roli człowieka, którego nie chcielibyście spotkać na ulicy.

Scenariusz współtwórcy takich klasyków gatunku jak „RED EYE” i „NIEPOKÓJ”.

Film porównywany do słynnego „UPADKU” z Michaelem Douglasem.

Czuje się skrzywdzony, niewidzialny, wyrzucony poza nawias społeczeństwa. Od lat narasta w nim gniew i frustracja, chęć odwetu, który byłby też krzykiem rozpaczy. Dziś przeleje się czara goryczy.


„NIEOBLICZALNY” obudzi kina już 3 lipca.
Polski zwiastun:

Tego ranka Rachel jest już spóźniona do pracy, a przedzieranie się przez zakorkowane miasto to prawdziwa walka z czasem. Wszyscy kierowcy wokół są sfrustrowani i wzburzeni, ale jeden z nich jest tykającą bombą. Przepełniony gniewem i nienawiścią do świata, kipiący rządzą wymierzenia sprawiedliwości za wszystkie swoje nieszczęścia, tylko czeka na znak od losu. Gdy Rachel zatrąbi na niego na światłach, nieznajomy ruszy za nią w pogoń, gotowy dać jej bolesną lekcję. To co zaczęło się jak uliczna sprzeczka, wkrótce zmieni życie Rachel i jej bliskich w krwawą walkę o przetrwanie z człowiekiem, który nie ma już żadnych hamulców.

NIEOBLICZALNY
(Unhinged)
PREMIERA: 3 LIPCA 2020
Reżyseria: Derrick Borte
Obsada: Russell Crowe („Gladiator” - OSCAR, „Piękny umysł”, „Na cały głos” – serial, „Informator”, „Tajemnice Los Angeles”, „Równi goście”), Caren Pistorius („Gloria Bell”, „Światło między oceanami”, „Slow West”), Jimmi Simpson („Czarne lustro” - serial, „Tajemnice Silver Lake”, „Westworld” - serial)
Gatunek: thriller
Produkcja: USA 2020
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films

Źródło: wszystkie materiały od Rabbit Action Sp. z o.o. i Monolith Films

„Gra w śmierć” (2017)


Grupa przyjaciół bawi się w domu z basenem. Niebawem znajdują w nim nietypową grę towarzyską, którą postanawiają wypróbować. Gra nakazuje im zabicie dwudziestu czterech osób w jak najkrótszym czasie. W przeciwnym razie po kolei mają ginąć sami gracze. Młodzi ludzie naturalnie nie traktują tego poważnie. Nawet gdy jednemu z nich eksploduje głowa, najpierw podejrzewają atak ze strony innego człowieka. Potem pozostaje im już tylko pogodzić się z myślą, że gra w śmierć wciąż się toczy. I zdecydować: zginąć czy zabić. Zdania są podzielone, ale władzę nad grupą zyskuje chłopak zdecydowany walczyć o życie.

Francusko-kanadyjsko-amerykański horror w reżyserii debiutującego w pełnym metrażu Kanadyjczyka Laurence'a Moraisa-Lagace'a oraz kanadyjsko-fancuskiego twórcy Sebastiena Landry'ego, który przedtem nakręcił tylko jeden pełnometrażowy obraz, melodramat „Un parallele plus tard” (2014). Scenariusz „Gry w śmierć” (oryg. „Game of Death”) Morais-Lagace i Landry napisali wspólnie ze scenarzystą Edouardem H. Bondem, który wcześniej stworzył jedynie scenariusz dwunastominutowego filmiku pt. „La Chienne” (2013). Pierwszy pokaz filmu odbył się na South by Southwest Film Festival w marcu 2017 roku.

Śmiercionośna gra (niezupełnie taka jak w „Uciec przeznaczeniu” Alvaro de Arminana ani w „Zostań żywy” Williama Brenta Bella, o „Jumanji” Joego Johnstona już nie wspominając), garstka nader powierzchownie wykreślonych postaci i półamatorska realizacja. Taka w wielkim skrócie jest „Gra w śmierć”, niedługi film (trochę ponad siedemdziesiąt minut, włącznie z czołówką i planszami końcowymi) Sebastiena Landry'ego i Laurence'a Moraisa-Lagace'a nastawiony głównie na, no powiedzmy, rzeź. Za krwawe, praktyczne efekty specjalne odpowiadali m.in. Jean-Mathieu-Berube i Carlo Harrietha, współzałożyciele firmy Blood Brothers FX (patrz: „Aquaslash”), a efektami wizualnymi zajęła się firma Alchemy 24. Aż za dobrze widać, że „Gra w śmierć” nie miała wystarczającego budżetu, więc tym bardziej dziwi taka ilość efektów specjalnych. Nie powiedziałabym, że jakaś szczególnie wygórowana, ale według mnie w tym przypadku lepiej byłoby jeszcze bardziej to ograniczyć. Skupić się na samej historii (którą najpierw przydałoby się dopracować), a nie coraz to bardziej rozpaczliwych próbach wzbudzenia jakichś reakcji w widzach praktycznymi i cyfrowymi „bajerami”. Bo co my tu mamy? Grupę młodych ludzi, dla których najważniejsze zdają się być seks i alkohol, którzy dają się poznać jako zapaleni imprezowicze i... Właściwie niewiele więcej potrafię o nich powiedzieć. Jeden z nich jest wyznawcą wszelakich teorii spiskowych (w reptilianów też wierzy) i na tym w sumie koniec. Nic więcej o tych ludziach podczas „naprędce zorganizowanego wieczorka zapoznawczego” się nie dowiedziałam. Coś mogło mi jednak umknąć, bo w „Grze w śmierć” panuje taki realizacyjny rozgardiasz, że trudno o maksymalne skupienie tak na bohaterach, jak na samej akcji. Rozchwiane zdjęcia, chaotyczny montaż, zmienna rozdzielczość obrazu (rozszerzenia, zwężenia – i to z obu stron, bo od czasu do czasu dostajemy filmiki nakręcone telefonami komórkowymi, przynajmniej umownie), mnóstwo żywych barw i niewiele szarości (czerni bodaj wcale). Do tego trochę wstawek wyobrażających gry na konsole i automaty z dawnych lat i na pocieszenie wspomniane już praktyczne efekty gore. A w centrum oczywiście tytułowy przedmiot – niezwyczajna gra... hmm... towarzyska. Trochę jak skrzyżowanie planszówki z Game Boyem. Myślę, że gdyby wcielić ten motyw w staranniej rozpisaną opowieść, w której znalazłaby się przynajmniej jedna bardziej rozbudowana osobowość (choćby nawet stereotypowa) i zadbać o stronę techniczną, to coś by z tego wyszło. Coś przynajmniej lekkostrawnego, a może nawet całkiem intrygującego. I klimatycznego. Ale widać brakło już pieniędzy na to co ważniejsze. Zabrakło realizatorskich umiejętności, ale i brakło tego, co nic nie kosztuje, no może poza lekkim wysiłkiem – pobudzenia szarych komórek. Widać rozpisanie prostej historyjki grozy z nastolatkami w rolach głównych przerosło scenarzystów. W każdym razie ja tak się na to coś zapatruję. Teen horror, regularna rąbanka oparta na motywie śmiercionośnej gry. Generalnie sprawdzonym, ale niekoniecznie pod takim kątem. Nie przypominam sobie bowiem utworu, który opowiadałby o grze toczącej się na podobnych zasadach, co nie znaczy, że takowy nie istnieje. Dlatego uważam, że nie jest to koncepcja pozbawiona potencjału. Cóż, może kiedyś na tym fundamencie zostanie wzniesiona budowla, na którą przynajmniej łatwo będzie patrzeć. Bo w tym przypadku... To niewątpliwie było wyzwanie: wytrwać do końca. Młodzi ludzie widoczni na ekranie uczestniczyli w swojej grze, a ja w swojej. W moim przypadku „cała zabawa” polegała na tym, by znaleźć w sobie takie pokłady cierpliwości, które pozwolą mi z otwartymi oczami dociągnąć do napisów końcowych. Po co w to grałam, nie wiem. Może z głupiej upartości. Tak czy inaczej, udało się. Obejrzałam „Grę w śmierć” w całości i teraz mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że już dawno tak durnowatego horroru nie widziałam. Takiej irytującej tandety i to zarówno na gruncie technicznym, jak tekstowym.

Strzeżcie się, bo oto przybywa grupka młodych ludzi gotowych raczyć nas bezsensownymi, często patetycznymi i/lub niesamowicie przesłodzonymi gadkami, ale i pragnących podzielić się z nami swoimi „jakże głębokimi” przemyśleniami o życiu. Czyli seksie, alkoholu, imprezach... Wygląda na to, że według tych domorosłych filozofów do tego tak naprawdę sprowadza się całe istnienie człowieka na tym „hedonistycznym padole”. Po rozpoczęciu tytułowej gry nasi młodzi balangowicze zostają zmuszeni do, że tak to ujmę, rozszerzenia swojej filozofii. Muszą bowiem zmierzyć się z trudnym dylematem moralnym. Czy można zabijać niewinnych, by ocalić siebie? Czy powinno się godzić na taki warunek przetrwania? A może lepiej już na starcie się poddać? Można powiedzieć, poświęcić się dla innych. Jak można się tego domyślić, gracze postawią na własne przetrwanie. W każdym razie jeden z nich od początku będzie silnie zmotywowany na przeżycie, nie tyle własne, ile swojej ukochanej. Przede wszystkim na jej bezpieczeństwie mu zależy. Tak bardzo, że nie zawaha się zmusić innych do uczestniczenia w tym krwawym procederze. Można to usprawiedliwiać, bo jak by na to nie patrzeć, (anty)bohaterowie „Gry w śmierć” zabijają z przymusu. Krótka piłka: zabij albo giń. Zabijają więc, bo tak każe naturalny przecież instynkt... Ale widać też, że nie wszyscy gracze chcą go słuchać. Są tacy, którzy uważają, że cena jest stanowczo za wysoka, że lepiej już umrzeć, niż gwałtownie zakończyć ponad dwadzieścia ludzkich istnień. W teorii to lepsze wyjście z tej koszmarnej sytuacji – po prostu dać się wyeliminować z gry, a więc i z życia – ale to jeszcze nie znaczy, że w decydujących chwilach wytrwają w tym altruistycznym postanowieniu. Bo gdy śmierć zajrzy ci w oczy, twoje zapatrywania na tę kwestię mogą ulec drastycznej zmianie. Jest szansa, że wytrwasz w swoim godnym podziwu postanowieniu, że nie ulegniesz pokusie wykupienia się poprzez zabójstwo (na moment, bo bezpieczny będziesz dopiero po wyczerpaniu narzuconej przez niezwykłą grę puli ofiar w ludziach), ale raczej niewielka. W każdym razie spodziewałam się stopniowego pękania kręgosłupów moralnych. I eksplozji kolejnych głów. Niczym w „Skanerach” Davida Cronenberga? No niezupełnie, bo jakość praktycznych efektów pozostawia trochę do życzenia. Winy upatrywałabym przede wszystkim w niskim budżecie, a nie w zdolnościach Jeana-Mathieu-Berube'a i Carlo Harriethy, bo wciąż mam żywo w pamięci ich wkład w „Aquaslash” Renauda Gauthiera, który w mojej ocenie daje dużo bardziej realistyczny efekt. Obrazek z tylnego siedzenia samochodu – denatka pozbawiona prawie całej głowy (zostały poszarpane brzegi) oraz zbliżenia na ogromną dziurę w głowie innej, zwracają uwagę. Swoją drogą to drugie nasunęło mi na myśl remake „Teksańskiej masakry piły mechaniczną” w reżyserii Marcusa Nispela, a poprzedzający to lot kuli przypomniał mi „Krwawe walentynki” (remake) Patricka Lussiera: muszę jednak zaznaczyć, że jakość mimo wszystko nie jest współmierna. W „Grze w śmierć” dostałam słabsze wykonanie, jednakże taki kicz nie tylko mi nie przeszkadza, ale zwykle jest u mnie wartością pożądaną. W przeciwieństwie do cyfrowych wstawek vintage – zdjęć stylizowanych na grę na konsolę starego typu. Wybór substancji imitującej krew też według mnie nie był najlepszy (i na to brakło kasy?): odcień nazbyt metaliczny, a po zaschnięciu wygląda zupełnie jak tania farba do wnętrz. Szczególnie mocno rzuca się to w oczy na skórze aktorów. A nasi młodzi (anty)bohaterowie są dosłownie od stóp do głów tą substancją zbryzgani. Tak czy inaczej, radzę nie spodziewać się po „Grze w śmierć” Sebastiena Landry'ego i Laurence'a Moraisa-Lagace'a większego pogłębienia, ani tych już na początku byle jak przedstawionych, ani tym bardziej tych później wprowadzonych postaci (no chyba że kogoś przekona celowo przerysowana starsza kobieta mająca istną obsesję na punkcie swojego psa). Lepiej też przygotować się na boleśnie powierzchowne przedstawienie dylematu moralnego, przed którym postawiono młodych ludzi. Nazwijmy to, drugiego dna tej zbyt dalece uproszczonej i chaotycznie podanej opowieści. Dna, z którego tak naprawdę niewiele (jeśli w ogóle coś) wynika. Twórcy zaledwie liznęli temat, bez większego pomyślunku prześliznęli się przez ten nawet budzący zainteresowanie aspekt brutalnej przygody młodych ludzi z grą mającą iście nadnaturalne moce. Aż prosiło się przystanąć i trochę podywagować. W bardziej przystępny i szczegółowy sposób pokazać, jaki wpływ na każdego z graczy ma konflikt „zabij lub giń” (dodam jeszcze, że osoby wyeliminowane z rozgrywki przez samą grę litościwie pomniejszą pulę osób, które trzeba zabić, jeśli chce się żyć). Po prostu zainteresować się płaszczyzną psychologiczną, miast tylko bryzgać nieprzekonującą sztuczną posoką, rozwalać głowy od środka i dręczyć widza egzaltowanymi, wymuszonymi, czasami wręcz głupkowatymi przemowami poszczególnych jednostek, z których niewiele wynika. Niewiele ponadto, że to chyba miała być po trosze komedia. Najmocniej rzuca się to w oczy u kobiety praktycznie zakochanej w swoim psie, ale i ze słów pierwszoplanowych postaci często wnioskowałam, że to nie miało być tak zupełnie na poważnie. Że „Gra śmierci” została pomyślana jako horrorowa rąbanka w krzywym zwierciadle. Jeśli tak, to jakoś nie było mi do śmiechu... Nie mam jednak pewności. Równie prawdopodobne wydaje mi się bowiem, że to wszystko wypadki przy pracy, że nie chciano dowcipkować tylko zabrać widza na trzymającą w napięciu, wywołującą mdłości, szokującą przejażdżkę po retro grze bynajmniej nietoczącej się świecie wirtualnym. Ale jak widać od chcieć do móc droga daleka.

„Gra w śmierć” Sebastiena Landry'ego i Laurence'a Moraisa-Lagace'a: niskobudżetowy teen horror o śmiercionośnej grze, który spokojnie obejrzeć mogą... Yyy... Nie mam bladego pojęcia. Nie jestem w stanie wskazać najbardziej obiecującej grupy docelowej tego filmidła. Nawet sympatyków krwawych/umiarkowanie krwawych horrorów. Według mnie to jedna z najniższych półek kina grozy, choć potencjał był. Był, ale jakoś się schował. Wyszła głupiutka, niezgrabna, chaotycznie zrealizowana historyjka, którą z ledwością przetrzymałam. Może Wam oglądanie tej, mnie niemiłosiernie dłużącej się, choć w rzeczywistości niedługiej, rąbanki, nie nastręczy większych trudności. Może tak być. Ale to już na Waszą odpowiedzialność. Gdyby mnie kto pytał, powiedziałabym: trzymaj się od tego z daleka.

wtorek, 26 maja 2020

Julie Clark „Ostatni lot”


Recenzja przedpremierowa

Claire Cook żyje w złotej klatce. Z zewnątrz jej małżeństwo z wywodzącym się z wpływowego rodu, zamierzającym ubiegać się o miejsce w Senacie Stanów Zjednoczonych, filantropem Rorym Cookiem, przypomina bajkę, ale to tylko pozory. W istocie Claire przeżywa istne piekło, z którego w końcu postanawia się wydostać. Jednak jej plan ucieczki od agresywnego męża nie powodzi się, a Claire zabrnęła już tak daleko, że nie może się wycofać. Traf chce, że w odpowiednim momencie na jej drodze pojawia się nieznajoma kobieta, Eva James, która też marzy o ucieczce. Wymieniają się więc biletami lotniczymi – Eva ma polecieć do Portoryko, a Claire do Oakland w Kalifornii, gdzie czeka na nią mieszkanie jej nieoczekiwanej wspólniczki, której tożsamość właśnie przejęła. Kobieta zamierza zatrzymać się w nim do czasu, aż sytuacja się uspokoi, a ona postanowi co dalej. Zwłaszcza że szum medialny okazuje się dużo większy, niż zakładała. Wszystko przez katastrofę samolotu, którym miała lecieć. Claire Cook została uznana za zmarłą, więc tym bardziej musi się pilnować. Ale widmo rychłej demaskacji i co za tym idzie konfrontacja z rozwścieczonym mężem to tylko część problemów Claire. Bo będzie musiała zmierzyć się też z problemami kobiety, pod którą się podszyła.

Absolwentka University of the Pacific, obecnie mieszkająca w Santa Monica w stanie Kalifornia, gdzie samotnie wychowuje dwóch synów i uczy w szkole, Julie Clark na rynku literackim zadebiutowała w 2018 roku powieścią „The Ones We Choose”. Zainspirowana ruchem #MeToo potem przystąpiła do prac nad utworem, który jest też owocem jej długoletnich rozmyślań. Julie Clark od dawna bowiem zastanawiała się, czy we współczesnym świecie możliwe jest zniknięcie – na własną rękę porzucenie swojego dotychczasowego życia i rozpoczęcie nowego z fałszywą tożsamością. Zbierający pozytywne recenzje, także od krytyków, thriller psychologiczny „Ostatni lot” (oryg. „The Last Flight”, pierwsze wydanie: 2020 rok) autorstwa Julie Clark to powieść feministyczna, ale i hipotetyczny scenariusz takiej definitywnej zamiany znienawidzonego życia na egzystencję pełną nowych, również zupełnie nieoczekiwanych wyzwań.

Przeciwstawiłyśmy się całemu systemowi, który wmawia wszystkim, że na kobietach nie można polegać, a kiedy nie są już potrzebne, to należy je spisać na straty. Nasza prawda nie ma żadnego znaczenia, szczególnie jeśli zestawi się ją z prawdą jakiegoś mężczyzny.”

Czy uważasz, że można zniknąć bez śladu? Od takiego pytania amerykańska powieściopisarka, Julie Clark, wychodzi w swojej drugiej książce, „Ostatnim locie”. Czy w bieżącej rozwiniętej technologicznie epoce człowiek może uciec przed własnym życiem? Zmienić tożsamość i zacząć od nowa? Główna bohaterka powieści, Claire Cook, właśnie na taki ryzykowny krok się decyduje. Przyparta do muru, tylko takie wyjście dostrzega. Uznaje, że to jedyny sposób na wyrwanie się z koszmaru, w którym tkwi już od dziesięciu lat. A wszystko za sprawą jej męża, Rory'ego Cooka. Pochodzącego z bogatej rodziny z polityczną tradycją, właściciela fundacji charytatywnej, który w najbliższym czasie zamierza startować w wyścigu o fotel senatora. Rory to można powiedzieć polityk z krwi i kości. Przed kamerami ciepły, czuły człowiek, któremu leży na sercu los innych. Kochający mąż i patriota. Syn powszechnie szanowanej, przedwcześnie zmarłej pani sanator, który swoją pierwszą żonę stracił w tragicznych, a przy tym dość zagadkowych okolicznościach. Ale udało mu się ułożyć sobie życie z drugą kobietą, która... wolałaby nigdy go nie spotkać. O tym, co naprawdę przeżywa Claire wie jedynie garstka osób, zdecydowana większość których to lojalni pracownicy jej despotycznego męża. Rory bowiem robi wszystko, żeby jego brudne tajemnice nie wypłynęły na powierzchnię. A Claire wcale nie chce, by tak się stało. Nie marzy o zemście na człowieku, który przez te wszystkie lata dosłownie ją terroryzował. Znęcał się nad nią psychicznie i fizycznie, twardą ręką rządził całym jej życiem... I znowu: rasowy polityk. Chcę przez to powiedzieć, że osobowość Rory'ego moim zdaniem idealnie pasuje do środowiska, w którym pragnie się obracać. Zakłamany, przebiegły, opętany żądzą władzy człowiek, który ma prawo czuć się bezkarny. Bo ma pieniądze, a każde dziecko wie, że pieniądze często są gwarantem nietykalności. W każdym razie Claire wie to doskonale. Zdążyła już poznać tę potworną prawdę o tak zwanym cywilizowanym świecie. Świecie Orwellowskim, w którym są równi i równiejsi. Claire zawsze może zwrócić się do mediów, ale jak słusznie zauważa autorka, taki krok wiąże się ze sporym ryzykiem. Podziel się z opinią publiczną swoimi strasznymi przeżyciami to „ludzie zaczną grzebać w twojej przeszłości i uważnie przyglądać się wszystkiemu, co robiłaś. Usłyszysz wiele nienawistnych komentarzy wypowiadanych bez skrępowania, często prosto w twarz”. Co do tego ostatniego to bym polemizowała, bo wydaje mi się, że dzisiaj mało kto ma taką cywilną odwagę, by ze swoją nienawiścią wyjść poza Internet, ale zasadniczo Julie Clark dociera do sedna. Choć nie dokonuje w tym, ale i w innych miejscach „Ostatniego lotu” wielkich odkryć na temat rzeczywistości, w której tak naprawdę wszyscy żyjemy. Claire popełniła ten błąd, że związała się z człowiekiem z kręgu uprzywilejowanych. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziała, ale podjęła niemałe ryzyko, które w jej przypadku się nie opłaciło. Jeśli wiążesz się z kimś tak wpływowym jak Rory lepiej żebyś była świadoma tego, że w razie wystąpienia poważnych problemów małżeńskich, on będzie górą. Chyba że będziesz sprytniejsza od niego. I gotowa nawet na tak drastyczne posunięcie, jak definitywne pożegnanie się z całym swoim życiem. W pewnym sensie zrzeczenie się siebie. To znaczy przybranie nowej tożsamości i urządzenie się gdzieś, gdzie nikt cię nie zna. Claire właśnie tego dokonuje i to w całkiem oryginalnym stylu. Genialnym w swojej prostocie, acz jak się okazuje rodzącym dodatkowe niebezpieczeństwa. Bo kobieta, z którą zamieniła się na tożsamości, Eva James, nie powiedziała jej prawdy o sobie. Zataiła przed nią informację o śmiertelnie ryzykownym procederze, w którym z wyboru, ale i niejako z konieczności brała udział. A przynajmniej kiedyś wydawało jej się, że to jedyne wyjście z nader ciężkiej sytuacji w jakiej nagle się znalazła. To łączy ją z Claire Cook. Ale poza tym ich biografie całkowicie się od siebie różnią. Julie Clark na kartach „Ostatniego lotu” przedstawia nam historie tych dwóch bardzo silnych i niezwykle zdeterminowanych kobiet, które po prostu starają się przetrwać w męskim świecie. Nie, inaczej: wyrwać się spod bezwzględnej władzy mężczyzn stanowiących dla nich ogromne zagrożenie. Być może nawet śmiertelne...

Publiczne oskarżenie mojego męża byłoby jak skok w przepaść w nadziei, że uratuje mnie wspaniałomyślność i życzliwość innych. Żyję jednak zbyt długo wśród ludzi, którzy z radością patrzyli, jak spadam, ponieważ chcieli zachować dobre relacje z Rorym. Na tym świecie pieniądze i władza oznaczają nietykalność.”

W „Ostatnim locie” Julie Clark spotykamy się z dwiema perspektywami. Rozdziały ujęte z punktu widzenia Claire Cook toczą się w czasie rzeczywistym (umowna teraźniejszość, narracja pierwszoosobowa), natomiast akcja poświęcona Evie James (narracja trzecioosobowa) zawiązuje się parę miesięcy przed wiadomą katastrofą samolotu. I jak można się tego domyślić stopniowo będziemy się tutaj przybliżać do tragedii lotniczej, natomiast dzieje Claire będą nas od niej oddalać. Innymi słowy katastrofa samolotu to swoiste centrum, z którego odchodzą dwa osie akcji – można powiedzieć, że jedna idzie do wewnątrz, a inna na zewnątrz. Suspens w „Ostatnim locie” jest budowany „zgodnie z nauką Alfreda Hitchcocka”. Dobrze, niezupełnie, ale Clark niewątpliwe zaczyna od „trzęsienia ziemi”, a potem napięcie (nie)tylko wzrasta. Najpierw spłynęły na mnie skojarzenia ze „Złotą klatką” Camilli Lackberg (choć oczywiście motyw ten można odnaleźć też w wielu innych pozycjach) – zniewolona przez zamożnego, agresywnego męża kobieta, wreszcie decyduje się odzyskać dawno utraconą wolność. Na tym w sumie kończą się podobieństwa do wspomnianej powieści i zawiązuje się wątek, z którym dotychczas ani w literaturze, ani w filmie jeszcze się nie spotkałam. A przynajmniej nie przypominam sobie, żebym zetknęła się z takim pomysłem na zmianę tożsamości. A raczej zamianę, którą autorka wstępnie skorelowała z „Zakręconym piątkiem” Marka Watersa (filmem, do którego przyznaję dość często wracam). Ale spokojnie, to nie jest lekka komedia o zamianie ciał, tylko w miarę emocjonujący i czasami nawet zaskakujący thriller psychologiczny o dwóch osaczonych kobietach. Jedna z nich żyje w bogactwie, ale tęskni za okresem, w którym pieniędzy wprawdzie brakowało, ale wokół siebie miała osoby, przy których czuła się bezpiecznie i które z wzajemnością szczerze kochała. Claire już od dawna tylko udaje miłość do swojego męża Rory'ego. Tak naprawdę szczerze go nienawidzi i panicznie się go boi. Widzicie, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – jedni marzą o wielkim bogactwie, a inni, tacy jak Claire, oddaliby wszystko za życie od pierwszego do pierwszego. Skromną, nawet ubogą, ale bezpieczną egzystencję. Bez namysłu wyrzekliby się całego bogactwa, byle móc znów poczuć ten magiczny smak wolności. Pozornej, bo we współczesnym świecie tak naprawdę nikt nie jest w pełni wolny. A już na pewno nie będzie Claire, bo jak można się tego spodziewać, ucieczka od despotycznego męża nie tylko nie kończy jej problemów z tym człowiekiem, ale i jak się okazuje, rodzi kolejne niebezpieczeństwa. Również takie, których nijak nie mogła przewidzieć. Bo skąd miała wiedzieć, że kobieta, której tożsamość przyjęła tkwiła w takim bagnie? Przejścia Evy James dla mnie były zdecydowanie mniej atrakcyjne. Właściwie to trochę mnie wymęczyły, bo i proceder, w którym Clark kazała jej brać udział nie jest z gatunku tych, których tak w literaturze, jak w filmie zazwyczaj poszukuję. Najczęściej takie historie nie dostarczają mi pożądanych emocji, za to całe pokłady nieznośnej nudy. W „Ostatnim locie” aż tak źle ze mną na szczęście nie było, bo jednak dzieje Evy nie sprowadzały się tylko do jej nielegalnej działalności. Przeszłość tej postaci i pewien niezwykle jasny promyk, który nieoczekiwanie rozświetla jej dotychczas smutne, puste życie – nic nadzwyczajnego, ale to naprawdę były dla mnie miłe odskocznie od nużących opisów jej straceńczej działalności w Oakland. Co prawda niepozbawionej elementu zaskoczenia, ale poza tym nie odnalazłam w tej intrydze jakichś bardziej przykuwających momentów. Na szczęście była jeszcze Claire Cook – spiesząca z pomocą ilekroć akcja wokół Evy wytracała całe tempo (a działo się to dość często), choć trzeba zaznaczyć, że i jej losy nie są pozbawione nużących przestojów. Kiedy Claire wreszcie znajduje względnie bezpieczną, ale tylko chwilową przystań w postaci mieszkania swojej nieoczekiwanej wspólniczki, jak by nie patrzeć, w przestępstwie, prawie całe napięcie wyparowuje. Najpierw mocne uderzenia emocji, a potem... denerwujący zastój. Ale, ale, z odsieczą przybywa swego rodzaju obsesja naszej Claire. Albo raczej wdrożone przez nią środki ostrożności – rozmowy, które ma możliwość śledzić na swoim laptopie, działające na nią coraz bardziej alarmująco. A więc i na nas, czytelników, którzy zdążyli już mocno zżyć się z tą waleczną kobietą. Kobietą, której trudno nie współczuć, ale też trudno jej nie podziwiać. Bo dokonała czegoś, na co doprawdy niewielu by się zdobyło. Porzuciła całe swoje dotychczasowe życie i zaczęła dosłownie od zera. Od czystej karty... Chociaż nie, bo jej okrutny mąż wciąż trzyma rękę na pulsie. Wystarczy najdrobniejszy błąd, by ten naprędce wzniesiony domek z kart runął. „Ostatni lot” Julie Clark co prawda nie wlał we mnie tyle napięcia, ile bym chciała, ale nie mogę odmówić autorce trzeźwego spojrzenia na rzeczywistość, w której żyjemy; empatycznego podejścia względem maltretowanych kobiet; prostych, ale i tak mocno dających do myślenia prawd o życiu (na przykład rozmyślania Claire o tym jak to drobne decyzje mogą zaważyć na całym naszych życiu – już sama rozmowa telefoniczna z bliską osobą może zadecydować o życiu lub śmierci). I, co moim zdaniem najistotniejsze, o tym, jak łatwo zmanipulować współczesne, niby inteligentne, oświecone społeczeństwa. Uśmiechaj się przed kamerami, kreuj się na orędownika ludzi, którym się nie wiedzie, przytul się do żony i już jesteś kochany. Tak bardzo, że gdy pojawią się oskarżenia o znęcanie się nad własną małżonką, wielu stanie za tobą murem. Taki jest ten świat i cieszę się, że są jeszcze na nim tacy ludzie jak Julie Clark, które nie tylko to widzą, ale i na takich zgniliznach tego padołu budują całkiem wciągające fikcyjne opowieści, w centrum których stawiają tak niepowierzchownie scharakteryzowane postaci, jak Claire Cook i Eva James. Kobiety zaciekle walczące o... zwykłe, szare, skromne życie. Bo niektórym nawet takie minimum egzystencjalne nie było dane.

„Ostatni lot” Julie Clark moim zdaniem odniesie niemały międzynarodowy sukces. Może nawet kinowy, bo na końcu tej publikacji autorka wspomina o już podjętych staraniach w kierunku zekranizowania tej historii. Historii niepozbawionej świeżości, w miarę emocjonującej, ale przede wszystkim punktującej kilka nieupiększonych prawd o życiu we współczesnym świecie. Życiu kobiet? Głównie, ale nie da się nie zauważyć, że wiele z tych wprawdzie nieodkrywczych, ale wiecznie aktualnych obserwacji poczynionych przez autorkę, nie ma nic wspólnego z płcią. Problemy, które tutaj porusza tak naprawdę dotykają każdego z nas, choć nie każdy jest tego w pełni świadomy. Choćby z tego powodu polecam tę powieść właściwie wszystkim – bo Julie Clark nie patrzy na świat przez różowe okulary i co więcej widać, że nie wygasła w niej nadzieja na lepsze jutro. Może i to walka z wiatrakami (skazana na porażkę), ale grunt, że mówi, i to donośnie. Mówi o równych i równiejszych. Kobietach i mężczyznach, owszem. Ale przede wszystkim o politykach i całej reszcie. Zapraszam więc na pokład wszystkich tych, którym nie zależy tylko na chlebie i igrzyskach. I tych, którzy po prostu lubią dobre powieści z suspensem i solidnie wykreślonymi postaciami, z którymi niezwykle łatwo nawiązać emocjonalną więź.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 24 maja 2020

„Śmierć w ogniu” (2016)


Arogancki, opryskliwy młody mężczyzna imieniem Owen choruje na bulimię i często doznaje ataków paniki, które biorą się z jego traumatycznej przeszłości. Przed laty Owen stracił rodziców w pożarze, za który obwinia siebie. Jego siostra, Pearl, też przebywała w domu, gdy ten zajął się ogniem. Dziewczyna przeżyła, ale doznała poważnych oparzeń. Rodzeństwo trafiło pod opiekę babci Violet, ale Owen nie zabawił u niej długo. Teraz jego dziewczyna, Isabel, zmusza go do podjęcia próby pojednania z rodziną. Razem przyjeżdżają do domu Violet, która nie ukrywa, że nie cieszy się na ich widok. Owen i Isabel planują zostać tutaj kilka dni i postarać się nawiązać bliższą relację z domowniczkami. Przede wszystkim z Pearl, która większość czasu spędza w swoim pokoju i najwyraźniej nie zamierza przychylić się do usilnych próśb Owena o rozmowę. Violet tymczasem robi wszystko, by obrzydzić niechcianym gościom pobyt w swoim domu.

Nie oglądajcie tego z mamą, moja tego nie znosi”. To wypowiedź Richarda Batesa Jr. na temat „Trash Fire” (pol. „Śmierć w ogniu”), prawdopodobnie najczarniejszej komedii, jaką w życiu zobaczycie. A przynajmniej tak obiecuje reżyser i scenarzysta tego filmowego przedsięwzięcia. Twórca niezapomnianej „Chirurgicznej precyzji” (2012), „Suburban Gothic” (2014) i późniejszego „Tone-Deaf” (2019). Richard Bates Jr. scenariusz „Śmierci w ogniu” pisał w nieszczęśliwym dla siebie czasie. W roku, który w większości spędził w stanie przygnębiania i/lub zdenerwowania. Pisał więc z myślą o depresji – jak sam mówi, postanowił stworzyć postacie kojarzące się z tą chorobą. Chciał by pokazały one swój egoizm, ale zależało mu też na tym, by widz zrozumiał, jak szkodliwe może być wikłanie kogoś w nasze problemy. Film sklasyfikowano jako mieszankę komedii, horroru i dramatu, a po raz pierwszy został pokazany w styczniu 2016 roku na Sundance Film Festival.

Nie wiem, czy jest to najczarniejsza komedia, jaką widziałam, ale na pewno to mocno zakręcony film o dziwacznych ludziach. Niekonwencjonalnych osobowościach, które wchodzą w raczej rzadko spotykane w kinie interakcje. W moim poczuciu „Śmierci w ogniu” najbliżej do thrillera komediowego ze szczyptą horroru i dość silnie rozwiniętą płaszczyzną psychologiczną. Film wyraźnie podzielono na dwa akty. Dla Richarda Batesa Jr. pierwszy jest czarną komedią romantyczną, a drugi celowo przejaskrawionym horrorem. Nie uciekajcie! Nawet jeśli pierwszą partię „Śmierci w ogniu” odbierzecie tak, jak jej reżyser, to szczerze wątpię, że będziecie się czuć jak na rasowej komedii romantycznej. Jeśli już, to takiej... innej. W ogóle cały ten film jest inny. A co jeszcze ciekawsze, ta inność została wydobyta z powszechnie znanych motywów. Ze sprawdzonych elementów fabularnych – tyle że wypróbowanych w innych kształtach. Jądro znajome, ale cała otoczka... Co to, kurna, było?! To był Richard Bates Jr, człowiek, który już w swoim pełnometrażowym debiucie, „Chirurgicznej precyzji”, pokazał, że jest artystą nietuzinkowym i w pewnym sensie obrazoburczym. „Śmierć w ogniu”, podobnie jak jego pierwszy film, jest obrazem dość osobistym – swego rodzaju przeniesieniem własnych bolączek, przemyśleń, ówczesnego stanu ducha Richarda Batesa Jr. w bądź co bądź fikcyjną opowieść. Historię Owena (doskonała kreacja Adriana Greniera), człowieka, który delikatnie mówiąc ma talent do odpychania ludzi. Mówi to, co myśli, a że nie ma najlepszego zdania o innych... Swoją dziewczynę, Isabel (też bezbłędny występ Angeli Trimbur), bez wątpienia jednak darzy miłością. Choć sposób, w jaki ją traktuje często o tym nie świadczy. Owen z premedytacją i na każdym kroku rani ją słowami i swoją lekceważącą postawą względem niej. Kobiety, która się nim opiekuje. Na którą zawsze może liczyć, która nigdy nie odmawia mu, tak potrzebnej przecież w jego sytuacji, pomocy. Owen jest bulimikiem, ale największym problemem są dla niego ostre napady lękowe (przypominające ataki epileptyczne), których źródła należy upatrywać w jego przeszłości. W traumie, jaką przeżył przed laty i której oczywiście nigdy nie udało mu się przepracować. Tak więc można powiedzieć, że Owen nie jest sympatycznym człowiekiem, ale mimo wszystko godnym współczucia. Żeby być jednak zupełnie szczera bardziej żałowałam Isabel. Jak zakładałam, kobiety ślepo zakochanej w człowieku, który na jej miłość po prostu nie zasługuje. Coraz bardziej zdecydowanie życzyłam jej odnalezienia w sobie siły na definitywne zakończenie tego toksycznego związku. A potem... zmieniłam zdanie. Tuż po dotarciu tej dwójki do domu fanatyczki religijnej, ortodoksyjnej chrześcijanki Violet (bardzo dobry występ Fionnuli Flanagan), babci Owena ze strony matki, na myśl przyszła mi „Wizyta” M. Nighta Shyamalana. Nader podejrzanie zachowująca się staruszka, która na dodatek mieszka z mocno doświadczoną przez los młodą kobietą. Siostrą Owena imieniem Pearl (przekonująca AnnaLynne McCord), która doznała trwałych poparzeń w pożarze, w którym zginęli ich rodzice. Twórcy skrzętnie ukrywają jej twarz, ale nie sylwetkę. Pewnie zabrzmi strasznie, ale ta w dwójnasób okrutnie skrzywdzona kobieta, snuje się po domu niczym widmo. Bardziej kojarzy się ze zjawą, która nawiedziła ten depresyjny dom w spokojnej, nieodludnej okolicy, niż z człowiekiem z krwi i kości. Takie tylko wrażenie sprawia ta zniewolona? młoda kobieta. Mamy powody przypuszczać, że Violet w jakimś zakresie ją więzi. Pearl nie znajduje się wprawdzie pod kluczem – może poruszać się po całym domu (zwłaszcza nocą, gdy babcia już zaśnie), a nawet wychodzić na zewnątrz – ale niewątpliwie jest odizolowana od reszty świata. Pearl przypomina (i to też zabrzmi okropnie) wytresowane zwierzątko – od lat żyje tak, jak chce apodyktyczna babcia. Dla niej to naturalne, a i nie można wykluczyć, że gdyby dawniej miała jakiś wybór, to też wybrałaby izolację. Bo Pearl tak bardzo wstydzi się swojego wyglądu, że nie chce pokazywać się nikomu. A już zwłaszcza swojemu bratu, którego ma powody nienawidzić.

„Śmierć w ogniu” Richarda Batesa Jr. to historia pełna czarnego, histerycznego, śmiałego, a przy tym nienachalnego, błyskotliwego humoru, który zapewne niejednego widza wprawi w niemałe oburzenie. Autor tej szaleńczej wizji ośmielił się bowiem uderzyć w rzeczy, które w cywilizowanych społeczeństwach są uważane za świętości. W każdym razie za coś, czego nie należy w żaden sposób atakować (wykpiwać, wyśmiewać, demonizować, nazwijcie to jak chcecie), bo to niesmaczne, okrutne, po prostu chamskie. I tak to może być odbierane, ale jeśli wejrzeć głębiej i/lub spojrzeć na to wszystko pod innym kątem... Najpierw Owen i jego lęki. Człowiek przeżywający psychiczne katusze, powodowane nieodwracalną stratą, za którą wini siebie. Człowiek, który ze względu na swój stan zdrowia wymaga opieki drugiej osoby. Człowiek, który wyrósł w stosunkowo dysfunkcyjnej rodzinie i który czyni pewne starania w kierunku uporania się ze swoimi słabościami. Udało mu się już znacznie ograniczyć spożywanie alkoholu, a nowe środki psychotropowe powalają mu wreszcie uwolnić się od ataków lękowych. Ale chyba jeszcze bardziej korzystny wpływ na jego osobowość ma nieoczekiwana informacja od Isabel. Bates nie spogląda na wszystkie te trudne przejścia czołowej postaci swojego filmu nader współczującym okiem. Już prędzej go potępia. Zupełnie jakby mówił: temu gościowi wydaje się, że jego własne cierpienie daje mu prawo do krzywdzenia innych. Można powiedzieć, że Owen stosuje obronę przez atak. Odbija swój ból w stronę bliźnich. Atakuje ich werbalnie, bo to przytępia jego własne cierpienie. Na chwilę, bo nie można powiedzieć, że Owen jest typem osoby, która czerpie nieustającą przyjemność z krzywdy innych. Gdy już emocje opadną, mężczyznę dopadają wyrzuty sumienia i na swój dziwny sposób stara się zażegnać kryzys, który spowodował. Zwłaszcza w przypadku tak naprawdę jedynej bliskiej w jego życiu. W życiu tego nieszczęsnego, ale i w przeważającym stopniu samolubnego człowieka. Egoistycznego, bo dotkniętego depresją... Tak, Bates chciał przez to powiedzieć, że ludzie zmagający się z depresją krzywdzą innych. Więcej nawet: nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że w pewnym stopniu ich za to wini. Ale z biegiem tej niezwykle wciągającej i bardzo pomysłowej opowieści coraz silniej skłaniałam się ku bardziej budującej i, co tu dużo mówić, już w pełni akceptowalnej tezie mówiącej, że czasami warto trwać przy ludziach, którzy przysparzają nam nieznośnego bólu. Że nie powinniśmy porzucać ludzi chorych, nawet jeśli nas krzywdzą – w każdym razie nie tych, którzy wykazują jakąś, choćby najmniejszą, inicjatywę w kierunku poprawy swojego zachowania. I oczywiście nie rezygnują ze specjalistycznego leczenia. To już brzmi dobrze, prawda? W każdym razie bezpieczniej niż potępienie ludzi borykających się z zaburzeniami psychicznymi. Ale wydaje mi się, że nawet jeśli summa summarum, tak to się odczyta, to niesmak w niektórych odbiorcach „Śmierci w ogniu” i tak pozostanie. Niesmak wywołany nie tylko otwarciem, ale także oburzającym przedstawieniem młodej, okrutnie poparzonej kobiety, która została skazana, albo sama się skazała, na izolację. Kobiety także mającej problemy psychicznie. Kobiety, która jawi się dość upiornie, choć wcale nie chce się tak jej odbierać. Walczyłam z tym potwornymi odczuciami względem Pearl. Było mi zwyczajnie wstyd za to, że tak na nią reaguję – że patrzę na nią, jak na (przepraszam, ale muszę być szczera) potwora niosącego śmiertelne zagrożenie dla innych. Można śmiało powiedzieć, że Richard Bates Jr. zgwałcił moją osobistą wrażliwość, sprawił, że czułam obrzydzenie do samej siebie. Za co, paradoksalnie, jestem mu wdzięczna, bo między innymi takich reakcji oczekuję od kina grozy. Nie po to sięgam po thrillery i horrory, by znaleźć emocjonalny komfort. Chcę czuć się jak najgorzej... Chcę więcej takich filmów, jak „Śmierć w ogniu”! Jest jeszcze coś. Coś, do czego wielu odbiorców omawianej produkcji, może przywiązywać jeszcze większą wagę niż do przytoczonych już obrazoburczych aspektów tej kuriozalnej opowieści. Mowa o ujęciu wiary chrześcijańskiej. A właściwie to indywidualnym pojmowaniu nauk chrześcijańskich. Bo trzeba pamiętać, że zjadliwe oko Batesa nie dosięga całej wspólnoty kościelnej, choć to może być trudne skoro wszyscy praktykujący chrześcijanie przedstawieni w „Śmierci w ogniu” zostali przedstawieni w niekorzystnym świetle. Dla pastora Bates co prawda był łaskawszy niż dla pozostałych, ale i on bez wątpienia jest człowiekiem ulegającym „szatańskiej” pokusie. W konkurencji na hipokryzję przegrywa jednak z Violet. A nawet bratem Isabel: dewocyjnym pyszałkiem, który kocha bliźniego... ale nie każdego. Wybaczać wprawdzie potrafi, ale trzeba o to zabiegać, bo jak tak bez uprzedniego pokajania się przed jego świątobliwym majestatem. A Violet? Violet optuje za życiem w celibacie – uprawiasz seks to jesteś dziwką, proste. Ale jak nikt nie widzi to... No cóż, jej też przecież drobne przyjemności od życia się należą. I to nie jest grzech – u innych z całą pewnością jest, ale nie w jej przypadku. Proste. Warto jeszcze wspomnieć o dość kameralnej realizacji „Śmieci w ogniu”. Akcja w niemałym stopniu jest budowana poprzez dialogi – sporo bez mała nieruchliwych ujęć wygłaszających swoje często zabawne i/lub niepokojące, odrażające kwestie nielicznych postaci – ale gdy trzeba rusza z kopyta i dosłownie ściska za ja... hmm, gardło. Snująca się nocami po domu Pearl (biała koszula nocna i długie włosy w strąkach, za którymi „na modłę” azjatyckich ghost stories zwykła skrywać swoje poparzone oblicze) to tylko przedsmak napięcia, jakie przygotował dla nas twórca wspaniałej „Chirurgicznej precyzji” w tym równie udanym dziele. I nie mniej osobliwym, niesmacznym, chorym. No coś niesamowitego! Odpychającego... Tak, a oderwać się nie mogłam.

Dzięki, dzięki, dzięki! Dzięki ci o wielki talencie, Richardzie Batesie Jr. za podzielenie się swoimi smutkami. Dzięki za stworzenie niepospolitych, zaskakujących i niezwykle barwnych postaci. Dzięki za solidny czarny humor i za to żeś taki niegrzeczny. Taki nieokrzesany, taki niepokorny, taki... bezczelny. „Śmierć w ogniu” to nie jest film dla ludzi, którzy nie potrafią i nawet nie chcą śmiać się z czegoś, z czego nie wypada się śmiać. To nie jest film dla ludzi, którzy nie mają najmniejszej ochoty nawet przez moment spoglądać z potępieniem na osoby, którym powinno się współczuć i w miarę możliwości ich wspierać. To film okrutny, zły, wstrętny stworzony przez człowieka, który może i uznaje jakieś świętości, ale w tym thrillerze komediowym raczej ich nie odnajdziecie. W tym brzydko (oj, nieładnie) się bawiącym dziele, którym osobiście jestem wprost zachwycona. I zniesmaczona. Co, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, też traktuję jako wartość dodatnią „Śmierci w ogniu”. Kameralnego cudaka, dziwoląga z nadzwyczaj ostrym pazurem dla ludzi... Poprzestańmy może na bardzo ogólnym stwierdzeniu, że nie jest to produkt dla każdego. O, na pewno nie!