wtorek, 11 sierpnia 2020

„Little Necro Red” (2019)

 

Starająca się o pracę w agencji detektywistycznej Diane łączy siły z byłym dziennikarzem w pracy nad sprawą tajemniczego zniknięcia młodej kobiety imieniem Annie. Córki przyjaciółki Diane, Angeli, przekonanej, że ktoś ją prześladuje. Drogi obu kobiet rozeszły się jakiś czas temu, ale teraz Diane bardzo chce odbudować ich relację. I dowiedzieć się, co spotkało córkę Angeli. Na wieść o intruzie, który podobno nachodzi jej przyjaciółkę, Diane za jej zgodą decyduje się na jakiś czas zatrzymać w jej inteligentnym mieszkaniu. Chce by Angela poczuła się bezpieczniej, ale zamierza też pozyskać więcej informacji o Annie. W końcu natrafia na ślad niebezpiecznej sekty religijnej.

Zrealizowany za zaledwie sto pięćdziesiąt tysięcy euro, włoski anglojęzyczny horror gore ze stajni Necrostorm Production, „Little Necro Red”, powstał w oparciu o scenariusz Giulia De Santi i Tiziany Machelli, którzy reżyserię wzięli na siebie. Zostali też producentami filmu, a De Santi ponadto dołączył do obsady. „Little Necro Red” reklamuje się jako najbardziej krwawy i pokręcony slasher, jaki kiedykolwiek widziałeś i choć nie nazwałabym tego slasherem, to też nie sadzę, żeby obietnica ta w oczach dużej części odbiorców niniejszego, bez wątpienia odważnego, przedsięwzięcia, okazała się bez pokrycia. Inna sprawa, czy poza krwawymi/obrzydliwymi praktycznymi efektami specjalnymi „Little Necro Red” ma coś fanom kina grozy do zaoferowania... W każdym razie w planach jest sequel „Little Necro Red”, któremu nadano już roboczy tytuł „Three Necro Pigs” oraz obraz luźniej powiązany z tamtymi dwoma.

Jedno jest pewne: „Little Necro Red” nie jest horrorem przeznaczonym dla osób, dla których ważna jest fabuła. Giulio De Santi i Tiziana Machella zdaje się szukali jedynie pretekstu dla efektów gore. Podejrzewam naprędce sklecona historia Diane, jej przyjaciółki Angeli oraz tajemniczej sekty religijnej, w szpony której najprawdopodobniej trafiła córka tej ostatniej, ma jedynie uzasadniać brutalne sceny mordów. A przynajmniej ja nie mogłam oprzeć się takiemu wrażeniu. Denerwująco poszarpana, płytka, naiwna, koszmarnie zrealizowana opowieść o dwóch powierzchownie wykreślonych przyjaciółkach: kreowanej przez Lucy Drive, Diane i Angeli, w którą wcieliła się Victoria Hopkins. Już ta pierwsza, główna bohaterka „Little Necro Red” poziomem aktorskim niebezpiecznie zbliża się do obsady polskich paradokumentów namiętnie serwowanych w telewizji, ale już przy Hopkins urasta do rangi Meryl Streep. Widok do prawdy niezapomniany. Ścisła czołówka najgorzej wykreowanych postaci, jakie dane mi było w horrorze zobaczyć. I biorę tutaj też pod uwagę XX-wieczne obrazy: wszystkie, nawet te nakręcone za tak zwane grosze. Nie wiem jak wytrzymałam towarzystwo Angeli, bo to naprawdę była arcytrudna przeprawa. Nie tylko uszy i oczy, ale nawet zęby mnie bolały, gdy patrzyłam na jej... hmm... starania. Pozostałe postacie, również negatywne, też rażą amatorką, ale nie aż taką jak Angela. Rozpaczająca po stracie córki kobieta, która coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że ktoś czyha na jej życie. Nie czuje się już bezpiecznie w swoim inteligentnym mieszkaniu. Albo ktoś się o to postarał, albo tragedia, którą wciąż przeżywa odbija się na jej zdrowiu psychicznym. Jej przyjaciółka, Diane, nie wyklucza żadnej z tych możliwości. Przyjaciółka, która pragnie odkupić swoje winy i po prostu zaspokoić ciekawość losem, jaki spotkał córkę Angeli, Annie. Sprawę tę rozpracowuje wraz z byłym dziennikarzem, z którym kontaktuje się wyłącznie przez Internet. I na jakiś czas wprowadza się do Angeli. Tymczasem w mieście grasuje niebezpieczna sekta religijna złożona z nadludzko silnych osobliwości. Postaci o niepięknych aparycjach. Przyznam, że jedna charakteryzacja wzbudziła we mnie autentyczny wstręt. Ta cieknąca ropa... W każdym razie owa sekretna organizacja najprawdopodobniej odpowiada za zniknięcie Annie. I wszystko wskazuje na to, że właśnie urządza sobie polowanie na ludzi. Raczej nieprzypadkowych, prędzej starannie wyselekcjonowanych, ale pewności mieć nie możemy. Czy to jednak kogoś będzie obchodzić? Czy w ogóle cokolwiek poza gore w „Little Necro Red” może obchodzić? Ścieżka dźwiękowa bywa złowieszcza, trochę klimatycznych zdjęć też można wypatrzyć (ujęcia ruin, w których prawdopodobnie ukrywają się członkowie morderczej sekty), ale to sporadyczne momenty. Przyjemniejsze odstępstwa od trudnej do zniesienia reguły. Maleńki budżet „Little Necro Red” widać prawie w każdym ujęciu nienastawionym na szokowanie/zniesmaczanie odbiorców. Straszna amatorka. Naprawdę ciężkostrawna forma; operatorska fuszerka, na dodatek zmontowana tak, by maksymalnie utrudnić odbiorcy przyswajanie tej prościutkiej przecież historyjki. Tego pretekstu dla jatki, jakiej nie znajdziecie w żadnym współczesnym horrorze na szeroką skalę dystrybuowanym w kinach. Może i nie jest to najbrutalniejsza produkcja, jaką w życiu obejrzałam (w sumie to trudno mi ocenić), ale przyznaję, że w żołądku nieraz mi się zakotłowało. Głównie na początku, bo choć drastyczność ma tendencję rosnącą, to jak to zwykle z przesadnie krwawymi filmami bywa, z czasem mi to spowszedniało (wiem, brzmi strasznie). Trzeba znać umiar, bo w przeciwnym wypadku można niechcący oswoić odbiorcę z tym, z czym oswajać się go na pewno nie chciało. Tym, co miało budzić skrajne emocje. Wywoływać mdłości, bić po pysku, dotąd, aż z głowy ostanie się ochłap podobny do tych pokazywanych na ekranie z szokującą dokładnością. Pornograficzne zbliżenia na rzeczy, których większość śmiertelników chyba wolałaby nie oglądać. „Little Necro Red” to chory horror, istne ekstremum, któremu dużej śmiałości nawet najbardziej doświadczone w kinie gore jednostki prawdopodobnie nie odmówią. Bo czego tu nie ma? MA-SA-KRA!

(źródło: https://www.imdb.com/)

Pierwsze uderzenie: szok. Najprawdziwszy, czyściutki szok. Drugie uderzenie: bez jaj! Sceny mordów ocierają się wprawdzie o groteskę – wszystkiego zdaje się być ciut za dużo: za dużo krwi, wnętrzności i ochłapów mięsa – ale to jakoś szczególnie nie wpływa na jakość tych wszystkich obrzydliwych efektów. Stopień realizmu mimo wszystko jest wysoki. Pod warunkiem, że nie uważa się praktycznych efektów specjalnych za przeżytek. Bo głównie na takich bazuje „Little Necro Red”. Jeden z najohydniejszych filmów w mojej „karierze” widza. Należy to czytać i jako komplement, i jako krytykę. Główne zadanie stojące przed twórcami kina gore w moim odbiorze wykonane zostało. I to z nawiązką, bo szczerze mówiąc już dawno przestałam wymagać autentycznego, paraliżującego szoku od tej maści horrorów. A już zwłaszcza współczesnych. Nawet z Włoch, kraju, który złotymi literatami zapisał się w historii krwawego/umiarkowanie krwawego kina grozy (giallo i kino kanibalistyczne), ale to było w poprzednim wieku. Wydawało mi się, że nowe pokolenia włoskich twórców poszły za powszechnym trendem „stępionego pazura”. A tutaj proszę: rzeź nawet większa niż we wszystkich znanych mi włoskich horrorach z ubiegłego stulecia. I nic ponadto. Dawniej Włosi potrafili opowiadać. Snuć proste i pewnie niezbyt wyszukane opowieści, ale potrafiące wciągnąć mnie do reszty. Sprawić, że z narastającym napięciem i przynajmniej lekkim, w pełni zamierzonym wstrętem, śledziło się starcia bohaterów z różnymi mordercami, zazwyczaj w nihilistycznym klimacie. Brudnym, zepsutym, „śmierdzącym”. „Little Necro Red” co prawda też jest dość obskurny, ale nie mogłam oprzeć się poczuciu, że część z tego to efekt uboczny półamatorskiej realizacji, że szpetota czasami brała się z niezręczności zwłaszcza operatorów, ale też montażystów i oświetleniowców, a nie ich celowego działania. I ten rodzaj brzydoty był dla mnie nie do zaakceptowania, ponieważ była to brzydota niesamowicie tandetna. Kiczowata w najgorszym znaczeniu tego słowa. Zupełnie inaczej rzecz prezentuje się w dość częstych sekwencjach obliczonych na szokowanie tej wąskiej grupy odbiorców, na którą mogli liczyć autorzy „Little Necro Red”. Aktorzy, plan, dosłownie wszystko spływa gęstą krwią (i nie zdziwiłabym się gdyby przy okazji oberwało się też ekipie technicznej). Flaki, ochłapy ludzkiego mięsa, kawałki mózgu (jeden zostanie wrzucony na patelnię...), poszarpane rany, także twarzy, a i skóra niemiłosiernie zdzierana z głowy. No i eksplodujące głowy i chyba najbardziej pomysłowe w tej kreatywnej rąbance, wykorzystanie własnego ciała jako broni palnej. Dosłownie strzelające ciało! Nagromadzenie krwawych, oślizgłych, gąbczastych, nieomal pulsujących efektów specjalnych, prawie jak w „Martwicy mózgu” Petera Jacksona. Ale mimo wszystko więcej w tym powagi. Mniej groteski, karykaturalności. Co oczywiście nie znaczy, że takich, jak mniemam celowych, przejaskrawień w ogóle w „Little Necro Red” się nie uświadczy. Ci, co dotrwają do napisów końcowych, na pewno to zauważą. Obstawiam jednak, że nie będzie ich wielu. I nie tylko dlatego, że niniejsze przedsięwzięcie Giulia De Santi i Tiziany Machelli stara się wywołać, powiedzmy, niepopularne reakcje; emocje, za którymi raczej nie goni duża część dzisiejszej publiki. A nawet nie przede wszystkim dlatego, że silny nacisk położono tutaj na warstwę gore – w moich oczach całkiem solidnie wykonane, szczegółowo prezentowane przeróżne ohydztwa. Bardziej przez niesamowicie nudną fabułę. Również przez niewprawną, niemiłosiernie poszatkowaną narrację, ale i sama ta koncepcja ciekawości u większości odbiorców tego chorego horroru zapewne nie wzbudzi. Prędzej zmęczy możliwe, że w takim samym samym stopniu, jak półamatorska realizacja. Nie dotyczy to wykonania gore, ale raczej marne to pocieszenie, kiedy ma się do czynienia z tak mizernym scenariuszem, tak nieudolną pracą kamer, niewygodnym kadrowaniem i jeszcze bardziej drażniącym montażem. Marność nad marnościami wokół porządnie wykonanych krwawych efektów, na niedostatek których na pewno narzekać nie będziecie. Nawet Wy, zaprawieni w bojach, wieloletni fani tak zwanych chorych horrorów. Obrazów wyklętych, niepokornych, niegrzecznych, niemoralnym, brudnych, wściekłych, gnijących...

Little Necro Red”, włoski horror gore w reżyserii i na podstawie scenariusza Giulia De Santi i Tiziany Machelli to film stworzony głównie z myślą o długoletnich fanach kina gore. Po to, by szokować, wywoływać mdłości, budzić wstręt u tych, którym może się wydawać, że widzieli na ekranie już wszystko, że pod tym kątem nic już nie jest w stanie ich zaskoczyć. To ma sporą szansę nimi wstrząsnąć. I to porządnie. Z tego tylko powodu uważam, że oni powinni się temu przyjrzeć, ale zalecałabym oglądanie na przewijaniu. Tak chyba będzie wygodniej, bo poza naprawdę mocnymi efektami specjalnymi trudno znaleźć tutaj coś, dla czego w mojej ocenie warto by po to sięgać. Po ten obiektywnie niedługi, bo trwający niespełna osiemdziesiąt minut, ale mnie niemiłosiernie się dłużący, chory horror z ekstremalnie niskim budżetem. I to niestety widać, słychać, a nawet czuć.

niedziela, 9 sierpnia 2020

„Dom umarłych” (2017)

 

Roger, jego dziewczyna Lisa i jego nastoletnie dzieci, Colin i Summer, organizują weekendowy wypad do chatki w lesie. Zabierają ze sobą najlepszego przyjaciela Colina, Jasona, który podkochuje się w jego siostrze. Tuż po dotarciu na miejsce młodzi postanawiają obejść okolicę. Po niedługiej przeprawie przez las przed ich oczami wyrasta dom z zagraconym podwórzem. Buszowanie w śmieciach przerywa im powrót właścicielki w towarzystwie dwóch nowo poznanych mężczyzn. Kiedy cała trójka wchodzi do środka Jason, Summer i Colin podglądają ich przez okno. Kobieta na ich oczach usypia swoich gości i karmi nimi żywe trupy. Spanikowani młodzi ludzie rzucają się do ucieczki. I zostają zauważeni przez swoją tymczasową sąsiadkę.

Kanadyjski horror komediowy, zombie movie, „Dom umarłych” (oryg. „Dead Shack”), to pełnometrażowy debiut reżyserski Petera Ricqa, którego scenariusz stworzył wespół z Davilem LeBlankiem i Philem Ivanusikiem. Zapytany o inspirację Ricq powiedział, że duży wpływ miało jego dzieciństwo, które przypadło na lata 80-te XX wieku. A konkretniej filmy, którymi wówczas z wypiekami na twarzy się raczył. Między innymi takie obrazy, jak „Lśnienie” Stanleya Kubricka, „Postrach nocy” Toma Hollanda i „Pogromcy duchów” Ivana Reitmana. Reżyser „Domu umarłych” zawsze lubił opowieści z udziałem dzieci i nadal jest wiernym fanem kina grozy, również tego doprawionego humorem. Chciał więc połączyć te pasje w niepospolitym filmie o żywych trupach. Nie interesowało go podczepianie się pod wyeksploatowaną konwencję apokalipsy zombie – postanowił podać to w skali mikro. Na wesoło, ale bez przesady. Tak by komedia nie dominowała nad horrorem. „Dom umarłych” był wyświetlany w 2017 roku na różnych festiwalach filmowych, w tym na FrightFest w Wielkiej Brytanii i Splat!FilmFest w Polsce, a szerszą dystrybucję (w Internecie) rozpoczęto w roku 2018.

Drewniana chatka w lesie. Zabójcze sąsiedztwo. I zwariowane dzieciaki walczące ze złem. Prosty przepis na dobry horror. Horror o żywych trupach mieszkających w domu pod lasem. Horror komediowy, ale jak obiecał dyrektor tego widowiska, Peter Ricq, humor nie przysłania walorów horrorowych. Z lokacją wynikło mało zamieszanie, bo początkowo pozytywnie nastawiony do użyczenia filmowcom swojej akurat nieużytkowanej nieruchomości, człowiek, zmienił zdanie, gdy dowiedział się jakiego rodzaju obraz zamierzają kręcić. Jednak już dwa dni później udało im się znaleźć idealny dom, jak się okazało mającego mniej uprzedzonego właściciela, który swoją drogą i tak planował w najbliższym czasie zburzyć ten dom oraz zaskakująco chętnych do współpracy w tych okolicznościach tymczasowych mieszkańców (z uśmiechami na twarzach opuścili lokum). Po generalnym sprzątaniu, w zakres którego weszło również pozbywanie się czarnej pleśni, filmowcy mogli przez nikogo nie niepokojeni ruszyć ze zdjęciami. To właśnie dom umarłych – miejsce zamieszkania jasnowłosej kobiety, której imienia nie znamy oraz jej nietypowych podopiecznych. Młodociani bohaterowie tej opowieści, Summer, Colin i Jason – wspaniale kreowani przez odpowiednio Lizzie Boys, Gabriela LaBelle'a i warsztatowo trochę im ustępującego Matthew Nelsona-Mahooda – niczym, również nastoletni, Charley Brewster z „Postrachu nocy” Toma Hollanda, w podobny sposób, odkrywają, że wspomniana kobieta z własnej, nieprzymuszonej woli pozyskuje świeże mięso dla swoich potwornych „dzieci”. Zanim jednak to nastąpi długoletni wielbiciele kina grozy prawdopodobnie będą mieć przed oczami głównie „Martwe zło” Sama Raimiego. I nie tylko dlatego, że pozytywne postacie przybywają do zaniedbanej drewnianej chaty w lesie, ale i przez charakterystyczny sposób filmowania zadrzewionej okolicy (najazdy kamery). Atmosfera panująca w tym miejscu jest, jak na nowszy horror komediowy, zaskakująco mroczna i ponura. W czym zasługa nie tylko stosownych zdjęć Christophera Charlesa Kempinskiego, ale także nastrojowej ścieżki dźwiękowej, skomponowanej przy użyciu syntezatorów z lat 80-tych XX wieku. Ale choć poczyniono pewne starania w kierunku przywołania ducha kina grozy z przedostatniej dekady poprzedniego stulecia, nie spotykamy się tutaj ze zdecydowaną stylizacją retro. „Dom umarłych” bardziej wpada w nowoczesne, acz nieplastikowe widowisko. Nie tylko dla entuzjastów żartobliwego podejścia do horroru. W moim poczuciu „Dom umarłych” zachowuje na tyle powagi, żeby przyciągnąć także osoby nieprzepadające za mieszaniem horroru z komedią. Istnieje też szansa, że wizja Petera Ricqa, Phila Ivanusica i Davila LeBlanca zainteresuje też tych, którzy są już zmęczeni opowieściami o zombie. Czują przesyt tymi wszystkimi filmami o końcu znanego nam świata na skutek zarazy zamieniającej ludzi w nieumarłe bestie łaknące mięsa swoich niedawnych bliźnich. W „Domu umarłych” mamy bardzo wąskie grono tych konkretnych potworów (charakteryzacja wprawdzie niezbyt śmiała, ale też trudno mówić o minimalizmie – w sumie przekonująca robota, ale niewywołująca silniejszych emocji) i dość wąską przestrzeń. Dwa niewielkie domy i kawałek mrocznego lasu, tj. obszar rozciągający się pomiędzy tymi posępnymi nieruchomościami. Krew, ludzkie wnętrzności, odcięte kończyny, eksplodujące głowy – wszystko to dostaniemy w praktycznej (całkiem przekonującej) formie, ale w bardzo ograniczonych dawkach. No może poza substancją udanie imitującą posokę, bo ta chwilami bryzga na prawo i lewo. Koloruje podłogi i ściany dwóch nieruchomości na gęsto zadrzewionym kawałku kanadyjskiej ziemi.

Pomysł na zawiązanie akcji „Domu umarłych” trudno uznać za ogromny powiew świeżości (wspomniany już „Postrach nocy” Toma Hollanda, ale i wcześniejsze „Okno na podwórze” Alfreda Hitchcocka wyszły od podobnej koncepcji, żeby wymienić tylko te dwa tytuły), ale coś nowego przy okazji przemyca. A przynajmniej ja nie widziałam jeszcze opowieści o człowieku mieszkającym z zombiakami, które dobrowolnie i nie w celach badawczych, eksperymentalnych, karmi ludźmi. Krokodyla owszem - „Zjedzeni żywcem” Tobe'a Hoopera – ale żeby żywe trupy? Nie, nie przypominam sobie takiego szaleństwa. Matkowania takim bestiom, u których na dodatek znajduje się posłuch. Zombiastyczni podopieczni bezimiennej blondynki w średnim wieku, generalnie są jej posłuszni. Zazwyczaj stosują się do jej poleceń, ale ich opiekunka (raczej bezbarwny występ Lauren Holly) woli dmuchać na zimne. Przetrzymywać ich w szczelnie zamkniętym pomieszczeniu, a na spacery wyprowadzać na łańcuchu. W każdym razie na zażywanie świeżego powietrza może liczyć jeden jej podopieczny – nie wiadomo, czy pozostała dwójka w ogóle wyściubia nosy z domu. Po drugiej stronie barykady tymczasem mamy zwariowaną rodzinkę i towarzyszącego im czternastolatka imieniem Jason, który skrywa niejedną tajemnicę. Jedna z nich dotyczy trochę starszej od niego, nastoletniej siostry jego najlepszego przyjaciela, który to wmiksował go w ten weekendowy wypad w leśną głuszę. Z nieodpowiedzialnymi dorosłymi: swoim ojcem Rogerem i jego nową dziewczyną Lisą (przyzwoite kreacje Donavona Stinsona i Valerie Tian), mającą ogromny pociąg do alkoholu. Większy nawet od ojca Colina i Summer. Ani alkohol, ani nawet praktykowane przez Rogera skakanie z kwiatka na kwiatek, nie ma jednakże niszczącego wpływu na ich relację z rodzicielem. Colin i Summer często na niego narzekają, ale raczej pro forma. Tak dla zasady, bo w rzeczywistości cieszą się, że mają tak ekstremalnie swobodnie podchodzącego do życia i rodzicielstwa ojca. Co innego Lisa – jej nie lubią i tego nie ukrywają. Nad czym zresztą Lisa nie ubolewa. W ogóle ją to nie obchodzi. Właściwie to sprawia wrażenie, jakby liczył się dla niej wyłącznie alkohol. A Roger... No cóż, przydaje się jako kompan do butelki. Bohaterowie w moich oczach stanowią największą siłę napędową scenariusza „Domu umarłych”. Pomysł wyjściowy, choć chwytliwy, nie umywa się do przedstawienia pozytywnych postaci. Zwłaszcza małoletnich, a już szczególnie Summer, ale Rogerowi i Lisie też nie mogę odmówić przebojowości. Klimat, wybrane motywy fabularne i czarne charaktery pasują do horroru, ale już pozytywne jednostki i ich reakcje na poszczególne zdarzenia bardziej pachną komedią. Niegłupkowatą. Nieprzedobrzoną. Nienachalną. Można się pośmiać, ale i z jako takim napięciem śledzić nierówny pojedynek nastoletnich (i nie tylko) mieszczuchów z potworami i „ich mamusią”. Bo los tych dzieciaków i ich nieodpowiedzialnego ojca autentycznie leżał mi na sercu. Pewnie dlatego, że to niepozbawione indywidualności, niepowierzchownie wykreślone, pasujące do sobie, ale też wyraźnie odrębne postaci, emanujące odżywczą młodzieńczą beztroską, która wprawiła mnie w iście sentymentalny nastrój. Powrót do okresu, w którym najpierw się działało, a dopiero potem myślało. Do okresu, w którym włamanie się do domu kanibali pod przewodnictwem pijanego dorosłego pewnie nie wydawałoby się aż tak ryzykownym posunięciem, żeby się na niego nie zdobyć. Bo co się może stać? Przecież nas nie zjedzą... Summer i Jason co prawda nie palą się do pomysłu Rogera, ale dochodzą do wniosku, że lepiej iść z nim, niż usilniej starać się przemówić mu do rozumu. Z pijanymi ludźmi trudno przecież dyskutować. A zwłaszcza takimi, którzy po paru głębszych zamieniają się w nieustraszonych pogromców potworów. Siekiera w rękę i heja na sąsiadów! To nie może skończyć się dobrze, ale cóż poradzić, jak tata się uparł? Roger oczywiście nie dowierza gadającym o kanibalach młodym ludziom, ale jego zamroczony alkoholem umysł i tak każe mu to sprawdzić. W sumie to Roger wydaje się być typem człowieka, który na trzeźwo zrobiłoby dokładnie to samo. Wszedł do czyjegoś domu bez pytania, po uprzednim wysłuchaniu fantastycznie brzmiącej relacji dzieciaków o mieszkających tam istotach żywiących się ludzkim mięsem. Bo to może być naprawdę niezła przygoda, a Roger lubi przygody chyba nawet bardziej od swoich nieletnich dzieci. Dalej, jak można się tego spodziewać, czekają nas starcia z nieumarłymi kreaturami i ich uzbrojoną opiekunką. Czasami zabawne, z lekka makabryczne bijatyki i strzelanki nocą. W lesie pod gołym niebem i w dwóch domach, które staną się dla naszych dzielnych przyjezdnych (odwagą młodzieńczą, spontaniczną, można powiedzieć szaloną, bo nieważącą całego, potężnego przecież, ryzyka) zarazem chwilowym schronieniem, jak śmiertelnie niebezpieczną pułapką (skojarzenia z
„Nocą żywych trupów” George'a Romero gwarantowane). Warstwa gore mogłaby być bardziej rozbudowana, a i wolałabym, żeby trochę spowolniono akcję – więcej bazowania na klimacie i tych niesamowicie przyciągających bohaterach, a mniej regularnej, dynamicznej rąbanki. Ale i tak bawiłam się całkiem nieźle. A i jest też przesłanie: pieniądze szczęścia nie dają, pamiętajcie o tym, drodzy dorośli.

Kanadyjski horror komediowy o zombie. Przyznam, że nie brzmiało to dla mnie zbyt zachęcająco. Ale jako że akurat nie miałam bardziej obiecujących filmowych widoków „skoczyłam na tę głęboką wodę”. Też trochę dlatego, że z lekka zaintrygował mnie skrótowy opis fabuły, a konkretniej motyw kobiety mieszkającej z żywymi trupami, które zaopatruje w świeże ludzkie mięso. Leciutko. I dobrze się stało, że „Dom umarłych”, pełnometrażowy debiut reżyserski Petera Ricqa, moje oczy zobaczyły. Znać rękę wieloletniego fana gatunku, ze wskazaniem na dzieła starsze, których magicznego ducha udało się w tym widowisku przywołać. Z dużą delikatnością, ale tyle wystarczyło by poprawić mi nastrój. I ta zwariowana fabuła, i jeszcze bardziej zwariowani bohaterowie. I ta lekkość, ten bezpretensjonalny, łatwo przyswajalny styl. Czysta, całkiem zadowalająca rozrywka. Jakkolwiek dziwacznie może to komuś zabrzmieć (fanów gatunku to oczywiście nie dotyczy) w odniesieniu do horrorowej rąbanki z udziałem żywych trupów i małoletnich bohaterów.

piątek, 7 sierpnia 2020

Robert Małecki „Żałobnica”


Recenzja przedpremierowa

Mąż i nastoletnia pasierbica Anny Kowalskiej umierają w wypadku, a ona dziedziczy pokaźny majątek partnera. Niedługo potem dochodzi do zaginięcia dróżniczki, która nienaumyślnie przyczyniła się do śmierci bliskich Anny. Prowadząca śledztwo podkomisarz Lena Wolska zaczyna przyglądać się Kowalskiej, kobiecie, która jak się okazuje skrywa wiele tajemnic. Anna miała wrogie stosunki z pasierbicą, a jej małżeństwo przeżywało poważny kryzys. Kobieta miała romans z przyjacielem męża, który po zaginięciu dróżniczki oddala się od niej. Annę jednak bardziej martwią informacje na jej temat, które przedostają się do mediów. Informacje stawiające ją w złym świetle, wśród których są i takie sięgające jej młodzieńczych lat. Ponadto kobieta od dłuższego czasu jest obserwowana przez prywatnego detektywa, a na domiar złego dostaje niepokojące wiadomości od anonimowego nadawcy. Wygląda na to, że wszystko sprzysięgło się przeciwko niej, ale może nie bez powodu. Może zasłużyła sobie na los, jaki ją spotyka...

Robert Małecki: jeden z bardziej znanych autorów polskiej literatury kryminalnej. Z wykształcenia politolog i filozof, obecny prezes zarządu Fundacji Kult Kultury, wcześniej realizujący się między innymi jako dziennikarz, a teraz utrzymujący się z pisarstwa. Autor poczytnej trylogii kryminalnej z dziennikarzem Markiem Benerem: „Najgorsze dopiero nadejdzie”, „Porzuć swój strach” i „Koszmary zasną ostatnie”. Tworzył też powieściowy cykl z komisarzem Bernardem Grossem, w skład której dotychczas weszły „Skaza”, „Wada” i „Zadra”. Pisze też opowiadania. Za „Skazę” otrzymał Nagrodę Wielkiego Kalibru. Jest też szczęśliwym zdobywcą nagrody Kryminalnej Piły. Fantazyjnie opakowana „Żałobnica” (okładkę pierwszego wydania zaprojektował Tomasz Majewski. Czwarta Strona/Wydawnictwo Poznańskie, 2020) to thriller psychologiczny zmiksowany z kryminałem ujęty z perspektywy żyjącej w kłamstwie, osaczonej i przeżywającej wewnętrzne katusze kobiety, która mogła dopuścić się najgorszego.

Trzydziestotrzyletnia piękna jasnowłosa kobieta, Anna Kowalska, powinna przeżywać żałobę po stracie męża Piotra i nastoletniej pasierbicy Roksany. I faktycznie wygląda na osobę przygniecioną smutkiem, ale prawdopodobnie to tylko poza na użytek postronnych obserwatorów. Robert Małecki odkrywa tytułową postać omawianej powieści stopniowo – warstwa po warstwie obnaża tajemnice bogatej wdowy, której chce się ufać, ale... Im więcej się o Kowalskiej dowiadujemy, tym bardziej utwierdzamy się w przekonaniu, że stara się ukryć swój udział w zbrodni. I może nawet nie jednej. Robert Małecki daje pewien wgląd w umysły Anny Kowalskiej. Patetyczną, drażniąco uduchowioną galopadę myśli podającą w wątpliwość jej kondycję psychiczną, ale i chłodne planowanie świadczące o jej wyrachowaniu. Femme fatale? Wiele na to wskazuje. Narcystyczna osobowość z mroczną przeszłością, która usidliła bogatego mężczyznę, a gdy między nich weszła jego nastoletnia córka, wdała się w płomienny romans z jego przyjacielem. A kiedy jej małżonek i znienawidzona pasierbica ponieśli śmierć w wypadku stała się nie tak znowu szczęśliwą wyłączną posiadaczką jego pokaźnego majątku. I nie zamierza dzielić się nim z wyraźnie o to zabiegającymi rodzicami i siostrą męża. Bo czemuż miałaby wspomagać finansowo ludzi, którzy nigdy jej nie akceptowali? Niewykluczone jednak, że wcześniej czy później i tak będzie musiała rozstać się z majątkiem męża. Jeśli braknie jej czujności i determinacji, a nie wygląda na to, żeby Kowalska była osobą łatwo wypuszczającą z rąk dobra, które pozyskała. Na skutek swoich niecnych poczynań bądź zwykłego przypadku. Szczęśliwego dla niej zrządzenia losu. Koszmarne sny, które dręczą naszą wdowę niemal każdej nocy mogą wskazywać na jej udział w śmierci męża i pasierbicy. Na dodatek istnieją przesłanki wskazujące na udział Anny w zniknięciu kobiety, którą mogła winić za śmierć bliskich. Prowadząca śledztwo podkomisarz Lena Wolska najwyraźniej tak na to patrzy, ale przynajmniej na razie nie dysponuje twardymi dowodami przeciwko Annie. Krąży więc wokół niej, ale zdaje się, że nie przykłada się do tego tak mocno, jak inni. Bo tytułowa postać „Żałobnicy” Małeckiego wie, że jest obserwowana także przez ludzi spoza kręgów policyjnych. Prywatny detektyw, dziennikarz i anonim, który podsyła jej zawoalowane groźby bądź litościwe ostrzeżenia przed jakimś innym przeciwnikiem. Wielu więc ma jakiś interes w zniszczeniu Kowalskiej. Sojuszników natomiast boleśnie jej brakuje. Nawet kochanek, z którym wiązała pewne nadzieje na przyszłość znacznie ograniczył kontakty z nią. Wyraźnie jej unika od kiedy policja zaczęła się nią interesować. Czy słusznie? Czy ta coraz bardziej osamotniona i zapalczywie atakowana przez opinię publiczną wdowa mogła wejść na zbrodniczą ścieżkę? Wielu internautów i przynajmniej jeden dziennikarz, jak to zazwyczaj w podobnych przypadkach bywa, już ją osądzili. A żeby było ciekawiej Anna nie pierwszy raz zderza się z czymś takim. Z jawnym pogwałceniem konstytucyjnej zasady domniemania niewinności. Robert Małecki, i chwała mu za to, pochyla się w „Żałobnicy” nad tym haniebnym procederem. Krytyczny stosunek do samosądów wybrzmiewa jednakowoż w odniesieniu przede wszystkim do osoby, która w oczach czytelnika pewnie nie będzie uchodzić za niewinną ofiarę pomówień i prześladowań. Tyle że w przeciwieństwie do ludzi lekką ręką ferujących wyroki na kartach „Żałobnicy”, nie będzie wolny od wątpliwości. Bo nam dane będzie wejrzeć w umysł Anny i dokładniej prześledzić jej mniej i bardziej odległą przeszłość. Zajrzeć za kurtynę utkaną z kłamstw i przemilczeń. Bo prawda nie zawsze wyzwala.

Boję się prawdy, bo w nagrodę za nią spotykało mnie samo zło. Dlatego tak dobrze nauczyłam się kłamać. Dzięki kłamstwu, i nie tylko, bo również dzięki zatajonej prawdzie, zawsze utrzymuję się na powierzchni. Jestem niezniszczalna.”

Robert Małecki skonstruował historię żałobnicy przeplatając jej teraźniejszość z przeszłością. Retrospekcje dotyczą jej pożycia małżeńskiego i zdarzeń zaistniałych tuż po śmierci męża i pasierbicy tytułowej bohaterki bądź antybohaterki powieści oraz czasu, kiedy była jeszcze nastolatką mieszkającą na wsi ze swoją owdowiałą rodzicielką. Wówczas stało się coś, co ukształtowało Annę Kowalską. Coś, co zamieniło ją w wyrachowaną, zimną, nieprzejednaną kobietę, która tylko na pozór jest osobą samowystarczalną. Tak naprawdę dręczy ją samotność. Samotność, którą prawdopodobnie sama sobie zgotowała. Pierwszoplanowa postać w mojej ocenie jest drugim (po finale) najsilniejszym składnikiem tej dość zagadkowej opowieści osadzonej i w konwencji thrillera psychologicznego, i kryminału. Największym wyzwaniem był dla mnie natomiast styl Roberta Małeckiego. Chwilami nazbyt kwiecisty, bombastyczny wręcz, ale dominuje prostota. Pobieżne opisy i dynamiczny rozwój niepozwalający mi należycie wczuć się w coraz cięższe położenie Anny Kowalskiej. Z drugiej strony jeśli zestawić ją z pozostałymi postaciami zaludniającymi „Żałobnicę” można tylko się cieszyć, że Małecki „nie skroił jej na ich podobieństwo”. Dał jej zdecydowanie więcej charakteru, plastyczności, która wprawdzie mogłaby być większa, ale prawdą też jest, że Kowalska to jedyna jednostka wykreowana na potrzeby omawianego utworu, której nie mogę nazwać papierową. Ani jednoznaczną. Zbudowaną z oczywistości, łatwą do zaszufladkowania. Dobra kobieta? Zła kobieta? Trudno to rozstrzygnąć, przynajmniej przez większą cześć trwania lektury. Małeckiemu udało się bowiem „powołać do życia” jednostkę, której z jednej strony nie sposób nie współczuć, ale też łatwo ją potępiać. Chce się co prawda z nią solidaryzować, ale do tego potrzebne jest zaufanie, na które autor nam nie pozwala. Obciążające ją poszlaki w niejednej kryminalnej sprawie zabójstwa i/lub zaginięcia to jedno, ale nie bez znaczenia są też wewnętrzne przeżycia Anny w umownej teraźniejszości. Każące sądzić, że kobieta powoli, acz nieuchronnie popada w szaleństwo. Przez to, czego się dopuściła w mniej i jak się okazuje bardziej odległej przeszłości? Wyrzuty sumienia? To możliwe. Ale równie prawdopodobne jest to, że ta owdowiała kobieta jest ofiarą spisku. Że ktoś z jakiegoś sobie tylko znanego powodu próbuje dokumentnie zniszczyć jej życie. Może nawet więcej niż jedna osoba, bo Anna niewątpliwie mogła narobić sobie wrogów w swoim niedługim, acz intensywnym życiu. Niepozbawionym szczęśliwości, ale też naznaczonym czarnymi kartami, które dopiero teraz wychodzą na światło dzienne. Ku jej przerażeniu, bo to prawdopodobnie oznacza koniec wygodnej, dostatniej egzystencji, którą sobie wywalczyła. Założenie fabularne, pomysł na tę historię, przykuwa uwagę. Nawet jeśli nie preferuje się tak uproszczonych sposobów snucia literackich fikcyjnych opowieści, to z własnego doświadczenia wiem, że burzliwe dzieje Anny Kowalskiej mogą to częściowo rekompensować. A właściwie odsuwać na dalszy plan, bo choć łaknęłam dłuższych i bardziej szczegółowych opisów, choć tęskniłam za dogłębniejszym przedstawieniem postaci, to wciąż narastała we mnie ciekawość tym co w świecie przedstawionym przez Małeckiego już się dokonało i co dopiero nastąpi. A wokół Anny Kowalskiej zadziało się wiele niepokojących rzeczy. Niezbyt może odkrywczych, ale na pewno mocno dramatycznych. Tragicznych. Ale choć zaskakujących i zarazem przygnębiających zwrotów akcji w asortymencie Małeckiego nie zabrakło, to naprawdę miażdżący okaże się dopiero finał. Suma wszystkich tragedii. Coś, co przypuszczam nikomu obdarzonemu choćby szczątkową empatią nie pozwoli odłożyć „Żałobnicy” z lekkim sercem. W spokoju ducha, w emocjonalnym komforcie, bez obracania w myślach tej potwornej sekwencji zdarzeń, z którą przebiegły autor „Żałobnicy” Was zostawi. Książki w moim odbiorze w miarę emocjonującej, jako tako trzymającej w napięciu, intrygującej i nawet mrocznej, ale najlepsze zachowującej na koniec. Książki, która wprawdzie mogłaby być lepiej napisana, ale też nie mam wątpliwości, że taka pogłębiona forma znajdzie więcej zwolenników niż przeciwników, więc nie widzę powodu, dla którego miałabym odradzać miłośnikom literackich thrillerów psychologicznych i//lub kryminałów zorganizowanie sobie spotkania z żałobnicą Anna Kowalską. Na marginesie: autor wspomina tutaj „Misery” Stephena Kinga i mam wrażenie nawiązuje do „Martwego zła” Sama Raimiego – kultowa scena z drzewem.

Kusząca mroczną okładką „Żałobnica” pióra cenionego polskiego pisarza specjalizującego się w kryminałach, Roberta Małeckiego, to powieść może i niezbyt wymagająca, ale potrafiąca zaangażować, nawet jeśli gustuje się w zdecydowanie bardziej drobiazgowych pisarskich warsztatach. Podzielona na kilka nierównomiernie przeplatających się newralgicznych okresów z życia Anny Kowalskiej, tytułowej postaci skrywającej mroczne tajemnice; nieprzewidywalna, dynamicznie rozwijająca się historia o samotności, kłamstwach, prześladowaniach, zbrodni i niewykluczone, że również postępującym szaleństwie. Opowieść o potencjalnych mniej i bardziej oddalonych w czasie grzechach, demonach dręczących rozpaczliwie starającą się wyrwać z zacieśniającej się matni kobietę niewątpliwie mającą doświadczenie w niebezpiecznych gierkach. Ale czy aż tak niebezpiecznych? Sprawdźcie sami jak ważą się losy „czarnej wdowy” w mieszance thrillera psychologicznego i kryminału od Roberta Małeckiego. Śmiało, większość z Was na pewno tego nie pożałuje.

Za książkę (i torbę) bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 5 sierpnia 2020

„Babski weekend” (2016)


Daniela, Stephanie i Gem decydują się spędzić weekend w górach wraz z Nancy, jedyną członkinią ich paczki z liceum, z którą przez ostatnie lata nie utrzymywały regularnych kontaktów. Nancy bez uprzedzenia zabiera swoją koleżankę z pracy, Annie, która przeżywa separację z mężem. Jej dawne przyjaciółki nie są zachwycone tą decyzją, ale nie sprzeciwiają się głośno towarzystwu nieznajomej kobiety. W drodze Daniela proponuje dodatkową atrakcję: pozostawienie samochodu na poboczu na kilka godzin i przespacerowanie się po lesie. Wszystkie, poza Nancy, dość ochoczo przystają na ten pomysł, ale ich entuzjazm nie trwa długo, bo wszystko wskazuje na to, że z tego lasu nie ma wyjścia. Na domiar złego prześladuje ich jakaś zagadkowa siła, która łaknie ofiar w ludziach.

Niskobudżetowy amerykański survival horror „Babski weekend” (oryg. „All Girls Weekend”), czwarty pełnometrażowy film fanki horrorów Lou Simon - po mało znanych obrazach grozy „The Awakened” (2012), „HazMat” (2013) i „Agoraphobia” (2015) i przed „3” (2017) – powstał z inspiracji jej ukochanym „Zejściem” Neila Marshalla i „Lekcją przetrwania” Lee Tamahoriego. Scenariusz Simon napisała sama (została też współproducentką filmu), a zajęło jej to trzy-cztery dni. Na miejsce akcji wybrała Everglades na Florydzie, ale w ekipie, którą udało jej się skompletować, pojawiły się głosy, że panujące tam upały znacznie utrudnią im pracę. Ostatecznie Simon zdecydowała się więc na lasy w Georgii. Zdjęcia trwały trzynaście dni, podczas których ekipę raz zaskoczyła śnieżyca. W swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych i w Niemczech film został wydany w lipcu 2016 roku.

Babski weekend” Lou Simon nie został dobrze przyjęty przez widzów (choć oczywiście wyjątki są), co ona sama tłumaczy przede wszystkim niskim budżetem. Reżyserka i scenarzystka niniejszego obrazu zdążyła już wyrazić swoje ubolewanie nad tym, że publiczność zwykła oceniać niskobudżetówki przez pryzmat drogich produkcji. Ich twórcy mają zdecydowanie większe pole manewru i swoisty komfort tworzenia, o którym filmowcy dysponujący „groszowymi” budżetami mogą jedynie pomarzyć. Przyjmowanie takich samych kryteriów dla tanich i drogich produkcji Simon uważa za podejście z gruntu niesprawiedliwe. I pewnie przyznałabym jej rację, gdybym w swoim życiu nie obejrzała już trochę niskobudżetówek w mojej ocenie zrealizowanych nieporównanie lepiej niż niejedna szeroko reklamowana i dystrybuowana tzw. superprodukcja.„Babski weekend” niestety nie jest jednym z tych tanich horrorów, który z niskiego budżetu czyni walor. Obskurność, nihilizm, naturalizm... Widać, że celowano w takie klimaty i słusznie, bo w ten sposób chyba „najłatwiej wybrnąć z trudnej sytuacji finansowej”, ale nie nazwałabym tego strzałem w dziesiątkę. Irytujące kadrowanie, nie najlepiej obliczone zbliżenia i oddalenia, tandetny montaż (jak w jakiejś południowoamerykańskiej telenoweli) i jeszcze mniej wprawna gra światłem i cieniem. Wiele zdjęć zdaje się być prześwietlonych, a miejsce akcji... No cóż, trochę przypomina scenę w jakimś podrzędnym teatrze. „Babski weekend” kręcono w prawdziwym lesie, ale ekipa techniczna jakby robiła wszystko, co w jej mocy, by stworzyć taką szkodliwą ułudę. Z drugiej strony klimat jest dość ponury, bywa stosownie mroczny i co najlepsze: przybrudzony. Niezbyt mocno, ale zawsze. Wiem, że takie horrory nie powinny się podobać. Wiem, że w dzisiejszych czasach w złym guście jest doszukiwanie się jakichś plusów w takich koszmarkach. Wiem, że w oczach wielu takie przedsięwzięcia, jak „Babski weekend” należy li wyłącznie obrzucić błotem. A najlepiej omijać szerokim łukiem. Tak, wszystko to wiem, ale co poradzę na to, że tak gładko trawiło mi się ten oto obiektywnie zły obraz. Dla Lou Simon „Babski weekend” to kino przygodowe z elementami horroru. Tymczasem ja odbierałam to jako nadprzyrodzony survival horror. Szkoła przetrwania. Po sporo mówiącym prologu przenosimy się do mieszkania trzech bohaterek filmu, Danieli, Stephanie i Gem, gdzie najmocniej rzuca się w oczy wiszący na ścianie plakat omawianego obrazu (!). Choć Simon nie stawiała sobie tego za cel, obsada „Babskiego weekendu” jest zróżnicowana narodowościowo/rasowo. Dwie białe Amerykanki (Katie Carpenter i Jamie Bernadette), jedna Afroamerykanka (Sharron Calvin), a do tego Hinduska (Karishma Lakhani) oraz Hiszpanka (Gema 'GiGi' Calero). Powiedziałabym do wybory, do koloru, ale nie chcę zostać posądzona o niepoprawność polityczną:) Więc ograniczę się jedynie do stwierdzenia, że byłam pozytywnie zaskoczona warsztatem tych pań. Żadna tam wirtuozeria, ale w moich oczach wszystkie wypadły całkiem przekonująco. A już zwłaszcza wcielająca się w postać Danieli, Katie Carpenter i Gema Calero jako Gem. Ta pierwsza przewodzi grupie, z czego najbardziej niezadowolona jest Nancy. Jedyna, która po skończeniu liceum niejako oderwała się od reszty. A teraz wróciła ze swoją koleżanką z pracy Annie, ale tylko po to, by spędzić razem dosłownie jeden weekend. W górach. Potem Nancy zamierza wrócić tam skąd przyszła i wnosząc po jej zachowaniu w dalszym ciągu unikać kontaktów z Gem, Stephanie i przede wszystkim z Danielą. Rządzicielką, której wszyscy ustępują przez wzgląd na przeszłość, ale nie aż tak, żeby nigdy nie odpowiadać na jej słowne zaczepki. Nancy, w przeciwieństwie do pozostałych, z Annie włącznie, nie ma zamiaru dawać Danieli żadnej taryfy ulgowej. Gdy więc Daniela proponuje kilkukilometrowy marsz przez las, tylko Nancy się temu głośno sprzeciwia. Ale jest w mniejszości, więc nie pozostaje jej nic innego, jak podążyć za resztą w głąb, jak już wiemy z prologu, niezwyczajnego lasu.

Miłośnicy wszelkiej maści horrorowych rąbanek mogą zauważyć, że „Babski weekend” wyróżnia się podejściem do postaci. Oczywiście, nie on jeden, ale przyznacie chyba, że tego rodzaju obrazy najczęściej są mniej skoncentrowane tak na poszczególnych osobowościach, jak relacjach pomiędzy nimi. Lou Simon skupiła się głównie na tym drugim, trzymając się raczej stereotypowych rysów psychologicznych, sprawdzonych modeli osobowości, ale przygotowałam się na bardziej powierzchowną robotę. Założyłam też, że czeka mnie cała seria głupkowatych zachowań i mnóstwo bezsensownego trajkotania. Bo to tania rąbanka. Film o miastowych zagubionych w leśnej głuszy. Zimą (ale na śnieg trzeba będzie poczekać). W niezbyt ciepłych strojach – kurtki jesienne, ale chociaż o rękawiczkach pamiętały – i z lichym ekwipunkiem. Bo to miał był tylko kilkugodzinny, odprężający spacerek. Problem w tym, że nieoczekiwanie dla nich nagle zaczął się wydłużać. A jakby tego było mało jedna z kobiet przez swoją nieuwagę poważnie się zraniła. Trzeba przyznać, że to przekonujący powód do rozdzielenia grupy. Czyli wprowadzenia jednego z ulubionych zagrań twórców kina grozy. Decyzji, która często jest mimowolnym ułatwieniem dla takiego, czy innego wroga. W „Babskim weekendzie” to potencjalnie niebezpieczne posunięcie prowadzi do czegoś innego. Czegoś, co niektórych może zmusić do wypatrywania wiedźmy z Blair:) Ale nie, ona chowa się w innym lesie. Tutaj tkwi inna, acz też mordercza siła. Szept w silnych podmuchach wiatru – tak się objawia to leśne zło, co pewnie niejednego odbiorcę „Babskiego weekendu” dodatkowo rozczaruje, ale ja z satysfakcją przyjęłam tę decyzję twórców. Przy tak napiętym budżecie moim zdaniem lepiej ograniczyć ilość zleceń dla twórców efektów specjalnych. Trochę praktycznych, w zamyśle makabrycznych dodatków w „Babskim weekendzie” się pojawia, a część z nich można nawet uznać za dość śmiałe, acz nieoryginalne, ale ich wykonanie pozostawia trochę do życzenia. Substancja służąca za krew zwykle jest trochę rozwodniona (barwa miejscami bardziej wpada w pomarańcz niż w czerwień), a rany widać co najwyżej w krótkich przebłyskach. Aczkolwiek na tyle, na ile jestem w stanie stwierdzić po tak szybkich ujęciach, przyłożono się do nich chyba bardziej, niż do poszukiwań cieczy mającej udawać krew. Która nie leje się zbyt obficie. „Babski weekend” to przede wszystkim opowieść o kobietach starających się przetrwać w leśnej głuszy. Alienacja, postępujące tak fizyczne, jak psychiczne wyczerpanie. Brak pożywienia i konieczność picia potencjalnie skażonej wody (obawa z tym związana). Dotkliwe zimno i tylko jedno widoczne schronienie. Chatka w lesie. Czujecie to? Nie? To pewnie nie widzieliście „Martwego zła” Sama Raimiego. No ale, nawet jeśli już pierwszy rzut oka na ten zaniedbany przybytek nie uruchomi wszystkich dzwonków alarmowych w Waszych głowach, to na pewno uczyni to widok zastany wewnątrz. Bo nasze dzielne wędrowniczki oczywiście wkroczą w te niegościnne progi. Na ich miejscu zrobiłabym to samo, choć horror uczy, żeby nigdy, pod żadnym pozorem, nie wchodzić do opuszczonych domów. A już zwłaszcza w lesie. Ale gdy alternatywą jest zamarznięcie i na dodatek Wasza koleżanka krwawi, to inaczej się na to patrzy. Chcę przez to powiedzieć, że Simon, podobnie jak ze wspomnianym już rozdzieleniem się bohaterek na nieznanym, nieprzyjaznym terenie, w pełni usprawiedliwia także to posunięcie. Posunięcie przez długoletnich wielbicieli gatunku, osoby doskonale znające zasady, jakich należy się trzymać, chcąc przeżyć w horrorze, przeważnie odbierane jako poważny błąd taktyczny. Czy Simon rozegra to w podobnie przewrotny sposób, jak akcję z rozdzieleniem się bohaterek, czy może wejście do tej opuszczonej chatynki przypieczętuje ich tragiczny los, tak jak się tego spodziewałam? Pozwolę sobie tego nie zdradzać. Ale jakkolwiek rozwinie się ta opowieści, wiedzcie jedno: Simon przygotowała jeden zwrot akcji, którego naprawdę się nie spodziewałam. Nie żeby dosłownie mnie zmiażdżył, ale... kurczę podobała mi się ta koncepcja. Nie tylko narzędzie, ale w ogóle cała natura zagrożenia zaproponowana przez Lou Simon. UWAGA SPOILER Osobę, której prywatnie bardzo leży na sercu dobro Matki Natury. Ludzkość powinna podchodzić do niej z szacunkiem i respektem również dlatego, że to jedna z najpotężniejszych sił na świecie – takie jest przesłanie „Babskiego weekendu”, więc można go też włożyć do szufladki z napisem eko horror KONIEC SPOILERA.

Nic się nie dzieje. Stanowczo za mało efektów specjalnych. Marniutka realizacja. Takich głosów pewnie będzie jeszcze sporo. Przy śmiałym założeniu, że grupa odbiorców „Babskiego weekendu” Lou Simon na tyle się rozrośnie, żeby uzasadnione było słowo „sporo”. Przewidywalny, konwencjonalny, naiwny, nadmiernie uproszczony – prawdopodobnie i takie określania będą na to filmowe przedsięwzięcie w nieodległej przyszłości spływać. Nieodległej, bo nie sądzę, żeby w jakiejś dalszej przyszłości (i znowuż: zakładając, że taka nastanie) ktoś zwrócił uwagę na to skromne przedsięwzięciem filmowe. No może jakaś garstka zapaleńców... Tak czy inaczej: nie polecam, choć samej sobie wyboru pogratulowałam. Naprawdę, nie żałuję, że dałam szansę tej niskobudżetowej (i to dość mocno rzuca się w oczy!), w miarę angażującej horrorowej rąbance. Ale ogromna większość z Was zapewne by żałowała, że dała się skusić jakiejś wariatce, więc: trzymać się z daleka. Tak będzie bezpieczniej.

poniedziałek, 3 sierpnia 2020

Caz Frear „Słodkie kłamstwa”


#wakacjezthrillerem

W 1998 roku na irlandzkiej wsi zaginęła siedemnastoletnia Maryanne Doyle. Osiemnaście lat później młoda detektyw z londyńskiego wydziału zabójstw, Catrina 'Cat' Kinsella, nadal myśli o tej sprawie, ponieważ zawsze podejrzewała, że jest w nią zamieszany jej ojciec, Michael McBride. Sytuacja dodatkowo się komplikuje po morderstwie niejakiej Alice Lapaine. Cat jest w zespole zajmującym się tą sprawą, ale ukrywa przed swoimi kolegami osobiste związki z nią. Okazuje się bowiem, że aktualne dochodzenie łączy się ze sprawą zaginięcia Maryanne Doyle, którą Cat pamięta ze swojego dzieciństwa. Pamięta też, że jej ojciec okłamał policję mówiąc, że nie miał z Doyle bliższych kontaktów. A teraz Cat odkrywa, że jej rodziciel nie ma alibi na czas zabójstwa Alice Lapaine. Podczas gdy reszta zespołu koncentruje się na innych wątkach, Kinsella ukradkiem bada także powiązania swojego ojca z zagadkowym zaginięciem Doyle i nie mniej tajemniczą śmiercią Lapaine.

Caz Frear dorastała w Coventry w Anglii, studiowała historię i nauki polityczne, a zawodowo realizowała się w usługach finansowych jako łowczyni głów. W międzyczasie napisała książkę dla kobiet, która jednak nigdy nie została wydana. To trochę osłabiło jej motywację, ale w końcu zdecydowała się na drugie podejście. Frear powiedziała, że niezupełnie było tak, że od dzieciństwa marzyła o zostaniu pisarką. Już raczej zakładała, że to zajęcie dla kogoś innego, ale po latach, mimo wciąż dręczących ją wątpliwości, postanowiła spróbować. A że zawsze lubiła powieściowe kryminały, uznała, że na tym gatunku powinna się skupić. Prace nad jej pierwszą wydaną książką zajęły około dwóch lat, a wyszło z tego coś więcej niż typowy kryminał. Powieść „Sweet Little Lies” (w Polsce, nakładem wydawnictwa Czarna Owca, wypuszczony pod dwoma tytułami: „Słodkie kłamstwa” i „Słodkie kłamstewka”, w doprawdy malowniczej okładce) swoją światową premierę miała w 2017 roku i stanowi pierwszą część literackiej serii z detektyw Cat Kinsellą. W 2019 roku pojawiła się druga odsłona zatytułowana „Stone Cold Heart” - która w Polsce ukaże się już niebawem pod nazwą „Z zimnym sercem” - a w roku 2020 swoją światową premierę miała kolejna część mrocznych przygód Cat, „Shed No Tears”.

Słodkie kłamstwa” debiutującej na arenie literackiej Caz Frear to utwór, w którym kryminał spotyka się z thrillerem psychologicznym. Mozolne, często suche policyjne śledztwo ubarwiają wewnętrzne rozterki głównej bohaterki, w dużej mierze dotyczące tajemnicy sprzed lat, w którą jak myśli zamieszany jest jej własny ojciec. Autorka stawia na drobiazgowe opisy właściwie w każdym aspekcie tej dość złożonej opowieści. Bo rzecz dotyczy dwóch zagadkowych spraw. I jak to zwykle w takich przypadkach bywa, aby poznać odpowiedź na pytanie „kto zabił?” trzeba skrupulatnie prześledzić obie. Frear szybko ujawnia co łączy sprawę zaginięcia siedemnastoletniej Maryanne Doyle, do którego doszło w irlandzkiej wiosce Mulderrin w 1998 roku (autorka wrzuca parę krótkich retrospekcji z tego okresu) ze sprawą brutalnego zabójstwa Alice Lapaine, której ciało znaleziono w Londynie w roku 2016, czyli umownej teraźniejszości. I bynajmniej nie chodzi tylko o związanego ze światem przestępczym, Michaela McBride'a, ojca głównej bohaterki „Słodkich kłamstw”, Cat Kinselli. Teraz dwudziestosześcioletniej detektyw z londyńskiego wydziału zabójstw, biorącej czynny udział w policyjnych poszukiwaniach mordercy Alice Lapaine. Pierwszoplanowej bohaterce i zarazem narratorce „Słodkich kłamstw” Caz Frear dała zarówno rozliczne zalety, jak drobne wady. A w każdym razie cechy, które wielu uważa za negatywne. Nieufność, emocjonalny dystans również, albo raczej przede wszystkim, w stosunku do swojej rodziny i trochę cyniczny ogląd świata. Trochę, bo Cat (od siebie dodam: w swojej naiwności) wierzy w sprawiedliwość. Wierzy, że każdy poważny grzech prędzej czy później spotka dotkliwa kara. A każde kłamstwo musi wyjść na jaw. Choćby dopiero po kilkunastu latach... „Jedyna prawda to kłamstwo” - takim paradoksalnym zdaniem kusi okładka polskojęzycznego wydania debiutanckiej powieści Caz Frear. Historii, w której trudno odsiać fundamentalną prawdę od zalewu kłamstw i półprawd. Trudno zgadnąć, która z zamieszanych w wielowątkową sprawę śmierci Alice Lapaine osób, nie stara się wywieść policji w pole. Pytanie „kto?”, jak to przeważnie bywa w kryminałach, okazuje się równie palące, jak pytanie „dlaczego?”. Dlaczego Alice Lapaine została zamordowana? Dlaczego, ktoś uznał, że ta niekonfliktowa, cicha, zamknięta w sobie, od lat bezskutecznie starająca się o dziecko ze swoim mężem, kobieta, musiała zginąć? I dlaczego udała się do Londynu, którego wedle słów jej małżonka, nigdy wcześniej nie odwiedzała, bo miała prawdziwą awersję do tego miasta. Czy była ona powodowana czymś konkretnym, czy może nie należy doszukiwać w tym drugiego dna. Może po prostu nie czuła się tam dobrze. Albo jej mąż kłamie. Tak samo, jak zdaję się prawie wszystkie osoby przesłuchiwane w tej sprawie przez zespół, któremu przewodzi podziwiana przez wielu, w tym Cat, nadkomisarz Kate Steele. Legenda londyńskiej policji, bezpośrednia starsza kobieta, która stała się kimś w rodzaju szorstkiej opiekunki swojej dwudziestosześcioletniej podwładnej. Mowa oczywiście o Cat Kinselli, walczącej z niejednym demonem posterunkowej, która też nie jest zupełnie szczera ze swoimi kolegami i koleżankami z pracy. W takim gąszczu kłamstw łatwo się pogubić, ale Frear jest od tego jak najdalsza. „Słodkie kłamstwa” cechuje imponująca celowość – nic nie jest pozostawione przypadkowi, każdy szczegół w toczącym się śledztwie ma jakieś mniej czy bardziej ukryte znaczenie, choć przez długi czas może się wydawać, że niedoświadczona przecież pisarka popełnia tu, uważam, kardynalny błąd autora kryminałów. Że w dużym stopniu opiera się na mało prawdopodobnych zbiegach okoliczności. W jednym punkcie rzeczywiście tak jest, ale jako że wszystko inne ostatecznie przybrało w pełni wiarygodną, nienaciąganą formę, doszłam do wniosku, że rzeczony wyjściowy zbieg okoliczności to niska cena za już dogłębnie przemyślany rozwój wypadków.

Jakie jest prawdopodobieństwo, że ośmioletnia dziewczynka podczas wakacji w Irlandii poniekąd wmiesza się w sprawę, która po osiemnastu latach wróci do niej w Anglii? W mojej ocenie raczej znikome. Właściwie to Cat Kinsella myślała o zaginięciu Maryanne Doyle przez wszystkie te lata, ponieważ pewne poszlaki wskazywały na udział jej ojca w tej sprawie. Fakty, których nikomu nie ujawniła. Nawet stawianej na piedestale matce, która zmarła przed paroma laty. Jej ociec jednak wciąż żyje i wygląda na to, że przeszłość właśnie go dopadła. A przy okazji jego najmłodszą córkę, Cat. Jego oczko w głowie, które po zaginięciu Maryanne Doyle zaczęło sprawiać kłopoty... Główna bohaterka „Słodkich kłamstw” od dawna utrzymuje co najwyżej połowiczne kontakty z ojcem. Stara się go unikać, a gdy już zdarzy jej się spotkać z ojcem, to nawet nie próbuje ukrywać niechęci, jaką doń żywi. Michael może tylko zgadywać skąd bierze się ta jej wrogość. Albo nie. Albo doskonale wie, o co podejrzewa go najmłodsza latorośl i możliwe, że nie ma jej tego za złe. Bo odpowiedzialność za to, co spotkało siedemnastoletnią Maryanne Doyle w 1998 roku rzeczywiście spoczywa na nim. Tak, dużym zbiegiem okoliczności jest fakt, że Cat Kinsella po osiemnastu latach, już jako policyjna detektyw ponownie styka się ze sprawą Doyle, która na dodatek miała miejsce w innym kraju. Ale jak mówi jej mentor, detektyw Luigi Parnell, zbiegi okoliczności się zdarzają. Trudno się z tym nie zgodzić, ale w powieściach kryminalnych, niejako wbrew sobie, zwykle odbieram tego rodzaju posunięcia, jako pójście przez autora po linii najmniejszego oporu. Niemożność znalezienia lepszego pomysłu na popchnięcie fabuły do przodu. Twórcy kryminałów częściej posiłkują się zbiegami okoliczności w dalszych partiach swoich utworów: czy to w środkowej, czy w finalnej części. Caz Frear natomiast pozwala sobie wyjść od dość naciąganych okoliczności. Ale potem... Cóż, potem często ogarniało mnie przekonanie, że niedoświadczona autorka znowu sięga po to koło ratunkowe, jakim jest mało prawdopodobny zbieg okoliczności. A były to przekonania z gruntu błędne, bo choć przypadki w śledztwie w sprawie śmierci Alice Lapaine i jednocześnie zaginięcia Maryanne Doyle się zdarzają, to jeśli wziąć pod uwagę wszystkie odkryte pod koniec powieści fakty, trudno odbierać je, jako pójście na łatwiznę. Osoby oczekujące modelowego kryminału mogą mieć trudności z odnalezieniem się w historii wymyślonej przez Caz Frear. A już zwłaszcza ci, których męczą długie, szczegółowe opisy i powolne dochodzenie do prawdy. Bardzo nieśpieszne, niektórzy mogą nawet powiedzieć, że ślamazarne, poszukiwanie zabójcy Alice Lapaine. Kobiety, która jak wiele na to wskazuje, miała swoje mroczne tajemnice, które przynajmniej w przekonaniu Cat, w jakiś sposób łączą się z sekretnym życiem jej ojca. A ściślej: z kłamstwem, którym uraczył policję przepytującą go przed kilkunastoma laty w związku z zagadkowych zniknięciem Maryanne Doyle. Tak, akcja rozwija się bardzo wolno. I tak, dla Caz Frear nawet najdrobniejsze detale świata przedstawionego w tej emocjonującej powieści, w której kryminał idzie w parze z thrillerem psychologicznym, są istotne. Dzięki temu w moich oczach nabierał w pełni satysfakcjonującej plastyczności. Obrazy kompletne, wyrastające w mojej wyobraźni niejako automatycznie. Nie musiałam wkładać w ten magiczny proces żadnego wysiłku – dojrzały warsztat początkującej przecież powieściopisarki zrobił całą robotę. Skądinąd wiem, że tak wyczerpujące opisy i tak wolno postępujące fabuły nie cieszą się jakimś ogromnym powodzeniem czytelników. „Słodkie kłamstwa” trafiły wprawdzie na całkiem szeroki podatny grunt, ale grono zawiedzionych też jakoś szczególnie wąskie nie jest. Szczerze mówiąc to bardziej dziwi mnie tak relatywnie duża liczba sympatyków „Słodkich kłamstw” od tych krytycznych głosów. Bo wydawało mi się, że tak mało spektakularne, tak drobiazgowo rozpisane kryminały generalnie dostarczają pożądanych wrażeń mniej licznej grupie. Więc może nie powinnam przestrzegać zwolenników szybkich, dynamicznych, obfitujących w mocno zaskakujące, a jeszcze lepiej miażdżące zwroty akcji, powieści z powierzchownie wykreślonymi postaciami? Może nie, ale bezpieczniej będzie polecić tę powieść – i to gorąco – osobom znajdującym przyjemność w przedzieraniu się przez niezbyt wymyślne, powiedziałabym, że całkiem zwyczajne sprawy kryminalne. Wraz z dogłębnie scharakteryzowanymi bohaterami. Takimi jak Cat Kinsella, postać, której wiarygodności dodaje prosty fakt, że nie jest idealna. Tak jak każdy człowiek ma swoje słabości. Popełnia błędy i niewątpliwie nie jest niezniszczalna. Ot, zwyczajna kobieta zadręczająca się nie tak znowu zwyczajnymi rzeczami, która coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że już wkrótce będzie musiała dokonać najtrudniejszego wyboru w całym swoim dotychczasowym życiu. Wydać ojca i najprawdopodobniej przy okazji zniszczyć swoją karierę w policji albo dochować tajemnicy i żyć w strachu przed odkryciem jej wstydliwego, przestępczego posunięcia. Ona tak myśli, ale prawda może okazać się zupełnie inna. Może nawet gorsza, niż zakładała...

Już ostrzę sobie zęby na drugą odsłonę mrocznych przygód młodej detektyw z londyńskiego wydziału zabójstw, stworzonej przez miłośniczkę literackich kryminałów Caz Frear. Brytyjską autorkę, która swoją pisarską karierę zaczęła od tej tutaj klimatycznej, emocjonującej i dość złożonej, ale nieprzekombinowanej opowieści o morderstwie. I o zaginięciu sprzed kilkunastu lat. I w pewnym sensie stojącej w centrum tych zagadkowych wydarzeń, młodej policjantki, wykreślonej z imponującą dokładnością i bez rażącej stronniczości. To samo zresztą można powiedzieć o prawie wszystkich postaciach powołanych do życia w „Słodkich kłamstwach” Caz Frear. Zręcznej mieszance kryminału i thrillera psychologicznego, w której jednakowoż prędzej rozsmakują się zwolennicy wolnych fabuł i nieuproszczonych warsztatów, niż osoby celujące w szybsze i jak najprościej spisane opowieści o policjantach rozpracowujących groźnych przestępców.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 1 sierpnia 2020

„Noc komety” (1984)


Ziemia pierwszy raz od dziesiątków milionów lat ma przejść przez ogon komety. Mieszkająca w Los Angeles osiemnastoletnia Regina Belmont jest jedną z niewielu osób spędzających tę wyjątkową przedświąteczną noc w zamkniętym pomieszczeniu. Rankiem dziewczyna odkrywa, że prawie wszyscy ludzie obrócili się w pył. A ci, którym udało się przeżyć zamienili się w zombie. Ale nie wszyscy. Jej młodszą siostrę, Samanthę, też ominął niszczący wpływ komety. Tak samo nowo poznanego Hectora Gomeza. Młodzi ludzie połączą siły w walce z krwiożerczymi kreaturami, w tym szalonymi naukowcami mającymi tajną bazę gdzieś na pustyni.

Scenariusz kultowej „Nocy komety” (oryg. „Night of the Comet”) pióra Thoma Eberhardta miał być wyrazem jego zamiłowania do opowieści postapokaliptycznych. Koniecznie z silnymi bohaterkami. Przy ich tworzeniu inspirował się Ginger Rogers, ale bardzo pomocne okazały się też rozmowy z nastoletnimi ludźmi, których poznał, gdy pracował nad innym projektem. Kiedy scenariusz był już gotowy, Eberhardt rozpoczął rozmowy ze studiem na temat reżyserii. Od początku upierał się, że to on powinien rzecz wyreżyserować, ale dostał zielone światło dopiero, gdy niezależna firma Atlantic Releasing Corporation postanowiła wyłożyć pieniądze na ten projekt. Konkretnie: siedemset tysięcy dolarów. Producenci „Nocy komety”, Andrew Lane i Wayne Crawford, delikatnie mówiąc, nie byli entuzjastycznie nastawieni do tego przedsięwzięcia. Nie podobało im się, że to Eberhardt, a nie oni, zasiadł na krześle reżyserskim. Poza tym za ujmę uznali przydzielenie ich do tak taniego projektu. Eberhardt był jednak wdzięczny za ich bezcenną pomoc.

Przez jakiś czas najpoważniejszą kandydatką do głównej roli w „Nocy komety” była Heather Langenkamp, dzisiaj kojarzona głównie z „Koszmarem z ulicy Wiązów”, ale ostatecznie postawiono na Catherine Mary Stewart. Urodziwą i jak się okazało zabójczo skuteczną w tej odsłonie młodą aktorkę, której w „Nocy komety” partnerowała niewiele jej ustępująca Kelli Maroney jako młodsza siostra Reginy Belmont, Samantha. Ta sama, która później (między innymi) inspirowała Jossa Whedona podczas tworzenia postaci Buffy Summers. Przy tych kobietkach kreujący Hectora Gomeza, Robert Beltran, w moich oczach uchodził za coś w rodzaju ozdobnika. Warsztatowo wypadł całkiem dobrze, ale gdy masz obok takie petardy, jak Regina i Samantha Belmontówny, to trudno walczyć o pełną uwagę widza. Jego towarzyszki stanowią intrygującą mieszankę młodzieńczej swobody, frywolności, a miejscami i naiwności z ogromną kobiecą siłą. Militarne przeszkolenie, jakie siostry odebrały od swojego ojca, teraz będzie niezmiernie przydatne. Bo oto nadszedł koniec znanego nam świata. A przyniosła go kometa, niecierpliwie wyczekiwana przez dużą część ludności całego globu. Osiemnastoletnia Regina zamierzała dołączyć do ludzi tłumnie wylegających na ulice Los Angeles tej wiekopomnej nocy niedługo przed Świętami Bożego Narodzenia, ale dała się namówić niejakiemu Larry'emu, koledze z pracy, z którym pozostawała w dość luźnym związku, na spędzenie tego czasu razem. W pomieszczeniu, do którego, jak potem się okaże, niszcząca moc komety nie była w stanie wniknąć. Jej młodsza siostra, Samantha, też miała szczęście, ale prawie wszyscy pozostali... Z ogromnej części ludzkości został jedynie czerwony pył, a niektórzy zamienili się w kreatury przypominające zombie. Co więcej, wiele wskazuje na to, że wśród tych nielicznych osób, którym udało się przetrwać ową feralną noc w niezmienionej postaci, są i tacy, którzy już niedługo też staną się zombiakami. Czy Reginę, Samanthę i ich nowego przyjaciela Hectora, też to czeka? Łatwo odpowiedzieć sobie na to pytanie, zważywszy na charakter tej opowiastki. Thom Eberhardt w swojej „Nocy komety” wymieszał science fiction z komedią i horrorem. Apokaliptyczny/postapokaliptyczny świat przedstawiony, żywe trupy (a przynajmniej coś w ten deseń), szaleni naukowcy i „wojownicze księżniczki”. Do tego nutka à la wampiryzmu. To znaczy krew odegra istotną rolę w rozwoju tej szalonej opowieści. Lekkiej, przyjemnie kiczowatej, zabawnej, ale i potrafiącej utrzymać w należytym napięciu dłużej, niż można by się spodziewać po tak niezobowiązującym obrazie. Obok czołowych bohaterek największe wrażenie wywarła na mnie czerwona barwa, jaką przybrało niebo po przejściu Ziemi przez ogon komety. Prawie wszystkie sceny dzienne zyskały dzięki temu charakterystyczną czerwonawą poświatę. Tak, to zdecydowanie znak rozpoznawczy tej kultowej produkcji. Dodajmy do tego świecące pustkami ulice i budynki w do niedawna tak tętniącej życiem, potężnej metropolii. W Los Angeles, bo w tym właśnie mieście toczy się większa część akcji „Nocy komety”. Dość przygnębiający widok. I mocno złowieszczy – długie ujęcia wyludnionych obszarów Miasta Aniołów mogą wprawić w niemały dyskomfort emocjonalny. Zwłaszcza widok ubrań zalegających na chodnikach. Ubrań, z których jak się domyślamy jeszcze zanim zostanie to ubrane w słowa, „ich nosiciele wyparowali” w trakcie tytułowej nocy. Nocy, która rozwiązała problem globalnego przeludnienia. Przy okazji powstał nowy gatunek, który wcześniej można było spotkać jedynie w filmach, powieściach i komiksach. Monstra przypominające żywe trupy. Wyglądające i zachowujące się trochę jak u George'a Romero. Zgaduję, że Thoma Eberhardta z tej stajni inspirował głównie „Świt żywych trupów” (1978), bo w „Nocy komety” też wybrzmiewa krytyka konsumpcjonizmu. Tyle że nie tak donośnie, jak w tamtym legendarnym dokonaniu tzw. ojca zombie movies.

Ankietowane przez Thoma Eberhardta na potrzeby scenariusza „Nocy komety”, nastoletnie dziewczyny zgodnie uznały, że życie w postapokaliptycznym, wyludnionym świecie, byłoby nie lada przygodą. Dostrzegły jednak jeden zasadniczy minus – trudności ze znalezieniem partnera. Perspektywa życia bez randek to najstraszniejsze, co były sobie w stanie wyobrazić w związku z hipotetyczną sytuacją nakreśloną im przez reżysera i scenarzystę „Nocy komety” (przepytywane osoby nie wiedziały, do jakiego konkretnie projektu niejako przykładają rękę). Eberhardt wykorzystał to w scenariuszu. Frustracja wizją samotnego życia dopada Samanthę Belmont. Gdy już staje się dla niej jasne, że jej starsza siostra, Regina, jak zwykle odbiła jej prawdopodobnie ostatniego mężczyznę na Ziemi. Czyli Hectora Gomeza, kierowcę ciężarówki meksykańskiego pochodzenia, którego poznały w stacji radiowej, gdzie udały się w nadziei na znalezienie życia. Relacje zaskakująco niepowierzchownie wykreślonych młodych bohaterów filmu, zauważalnie nie miały dla Eberhardta drugorzędnego znaczenia. Na co, szczerze mówiąc, się przygotowałam. Bo czegóż innego spodziewać się po komediowym horrorze science fiction? Na pewno nie takiej eksploatacji protagonistów. Na pewno nie tak barwnych, złożonych osobowości i tak skrzących kontaktów. Mowa przede wszystkim o Reginie i Sam, ale bez Hectora pewnie to nie byłoby to samo. Choć zazwyczaj trzymał się z tyłu, to jego obecność, można powiedzieć, dodała pikanterii pożyciu sióstr w postapokaliptycznych realiach. Nie należy jednak przez to rozumieć, że wcześniej nie wpasowywały się w stereotyp rodzeństwa, które często „drze koty”. Regina i Samantha niewątpliwie bardzo się kochają, ale potrafią też porządnie zajść sobie nawzajem za skórę. Regina, jako ta starsza i bardziej odpowiedzialna siostra (co oczywiście nie zawsze idzie w parze), stara się studzić nastroje. Nie żeby zaraz we wszystkim ustępowała rozkapryszonej siostrze, ale w takich burzliwych chwilach zwykle próbuje skierować jej uwagę na coś innego. Na przykład zakupy. Bo wiadomo, że jedną z korzyści życia w zdziesiątkowanym świecie jest możliwość zaopatrzenia się we wszystko, czego tylko dusza zapragnie. I to zupełnie za darmo. Dobrze, trzeba myśleć o zagrożeniu w postaci mięsożernych bestii, które wcześniej były zwyczajnymi ludźmi. Tak, trzeba opracować jakiś plan przetrwania. I w ogóle wymyślić sobie życie na nowo, odnaleźć się w tej depresyjnej rzeczywistości. Ale najpierw przyjemności. Bo głupio byłoby czym prędzej nie skorzystać z nowych, wspaniałych możliwości, prawda? Smutki na bok. Co ma być, to będzie. A teraz niechaj zacznie się szaleństwo zakupowe! Takiego Black Friday to jeszcze nikt nie przeżył... Podobnie jak to miało miejsce w „Świcie żywych trupów” George'a Romero, centrum handlowe stanie się areną dość pasjonujących wydarzeń, w których z całą mocą unaoczni się siła sióstr. Doskonała współpraca z nutką humoru, bo trzeba pamiętać, że to „żołnierki” z duszami zwariowanych nastolatek. Potrafią walczyć, ale nawet koniec znanego im świata nie pozbawił ich młodzieńczego ducha. Generalizując, bo przecież nie brakuje nastoletnich ludzi, którzy nie przykładają takiej wagi do randek i modnych ciuchów, jak Regina i Sam. I którzy w starciu z uzbrojonymi przeciwnikami najpewniej nie sililiby się na żarciki. I nie byliby aż tak nonszalanccy... A to tylko początek niewiarygodnych przejść protagonistek w tym czerwonym świecie. Bo oto na horyzoncie pojawiają się postacie niby żywcem wyjęte z jakiegoś klasycznego utworu science fiction. Szaleni naukowcy, modelowi burzyciele-eksperymentatorzy. Gwardia mózgowców, która prawdopodobnie knuje coś niecnego. Prowadzi jakieś tajemnicze badania, które owszem mogą okazać się szansą dla ludzkości, ale jakoś trudno w to uwierzyć. Powiecie: pomieszanie z poplątaniem? Thom Eberhardt oczywiście miesza doskonale znane fanom horroru i fantastyki naukowej motywy, ale czyni to z tak odprężającą lekkością, z tak elektryzującym wyczuciem, że nie ma się wrażenia przesytu. A przynajmniej ja tak to widziałam. Tę kwintesencję szalonych lat 80-tych XX wieku. Dynamiczny, ale i niepozbawiony wciągającego podłoża psychologicznego, mieniący się żywymi kolorami, ale gdy trzeba też mroczny i ponury, stricte rozrywkowy, magicznie kiczowaty obraz z godnymi zapamiętania żeńskimi postaciami. Przydałoby się tylko więcej umiarkowanie krwawych efektów specjalnych. Jedna oniryczną wstawka... i to w zasadzie tyle. A przecież po takim scenariuszu można spodziewać się większej makabry. To w końcu zombie movie. I mniejsza, że nie tylko.

Noc komety” - docenione przez krytykę i niemałą część oddanych fanów horrorów i/lub science fiction, dość dochodowe „dziecko” Thoma Eberhardta. Amerykański niskobudżetowy obraz, który pewnie zawiedzie tych, co to spodziewają się krwawej przeprawy przez postapokaliptyczne realia u boku bohaterów z pełną powagą mierzących się ze śmiertelnie niebezpiecznymi wyzwaniami, jakie nieoczekiwanie przed nimi staną. Ale jeśli szukacie lżejszej, acz tak zupełnie niepozbawionej napięcia, opowieści promieniującej ożywczą energią kina grozy lat 80-tych XX wieku - trochę kiczowatej, klimatycznej, zabawnej, przebojowej historii z przykuwającymi uwagę postaciami oraz z motywem żywych trupów i szalonych naukowców – to „Noc komety” uznajcie za pozycję obowiązkową. Tak Wam radzę, ja: osoba zauroczona tym małym-wielkim komediowym horrorem science fiction.

czwartek, 30 lipca 2020

„The Beach House” (2019)


Zakochani młodzi ludzie, Emily i Randall, przybywają do domku na plaży należącego do ojca chłopaka. Planują spędzić trochę czasu jedynie w swoim towarzystwie, ale na miejscu zastają starsze małżeństwo, Mitcha i Jane, które twierdzi, że zostało zaproszone przez właściciela domu. Emily i Randall nie są tym zachwyceni, ale decydują się zostać, co bardzo cieszy niespodziewanych gości. Pierwszy wieczór spędzają we czwórkę w całkiem swobodnej atmosferze. W pewnym momencie na zewnątrz zauważają niespotykane, piękne zjawisko, a wkrótce potem nadciąga nietypowa mgła. Nazajutrz na pierwszy rzut oka wszystko wygląda normalnie, ale okazuje się, że jedno z nich zniknęło, a pozostali nie czują się najlepiej.

Niskobudżetowy pełnometrażowy debiut Jeffreya A. Browna w roli reżysera i scenarzysty. Horror science fiction „The Beach House”, na którego wpływ miały między innymi „Inwazja porywaczy ciał” Dona Siegela, „Dreszcze” Davida Cronenberga, „Obcy – 8. pasażer Nostromo” Ridleya Scotta i „Zemsta kosmosu” Vala Guesta. Nakręcony w osiemnaście dni w 2017 roku na Cape Cod (tytułowy dom w istocie jest własnością ojca jednego z producentów filmu, Andrew Corkina) obraz przez jego reżysera jest definiowany jako horror science fiction z lat 50-tych XX wieku we współczesnym ubraniu. To swoisty hołd dla starych, dobrych filmów grozy. Zwłaszcza niskobudżetowych, w których to Brown przede wszystkim gustuje. „The Beach House” w 2019 roku był pokazywany wyłącznie na festiwalach filmowych, a szeroka dystrybucja rozpoczęła się w lipcu 2020 roku w Internecie – na platformie Shudder.

The Beach House” Jeffreya A. Browna to film wpisujący się w tak zwaną nową falę horroru. Dość oszczędny w środkach, klimatyczny, wolno się rozwijający obraz osadzony w chwytliwej scenerii. Opustoszała plaża, bezkresny ocean i niewielki domek, w którym zatrzymały się cztery osoby. Studentka chemii organicznej imieniem Emily, w którą w bardzo dobrym stylu wcieliła się Liana Liberato, trochę ustępujący jej warsztatowo Noah Le Gros, jako Randall, jej chłopak, który niedawno rzucił studia oraz starsze małżeństwo: Mitch i Jane, solidnie wykreowani przez Jake'a Webera i Maryann Nagel. Reżyser i scenarzysta „The Beach House” zdradził, że pisząc tę historię poniekąd znajdował się pod natchnieniem swoich osobistych doświadczeń. Konkretnie: podróży do Cape Cod, podczas której nastąpił definitywny rozpad jednego z jego związków miłosnych. Emily i Randall też najwyraźniej znaleźli się na rozstaju. Nadal się kochają, ale chyba oboje mają świadomość, że ich związek może nie przetrwać. A wszystko przez odmienne aspiracje. Emily chce zostać naukowcem, Randall natomiast wolałby, żeby poszła w jego ślady. Rzuciła studia i cieszyła się prostszym życiem u jego boku. Na co ta ambitna dziewczyna przystać nie może. Wygląda więc na to, że ich ścieżki już wkrótce się rozejdą. Chyba że znajdą sposób na pogodzenie kariery Emily z niezobowiązującym trybem życia Randalla. Syna lekarza, który jest właścicielem tytułowego domu na plaży. Plaży zastanawiająco opustoszałej tego umownie gorącego lata. Tylko umownie, bo ekipa filmowa tak naprawdę zmagała się z chłodem. Scenariusz cechuje prostota, co było celowym zabiegiem, mającym upodobnić „The Beach House” do kina grozy z lat dawno minionych. Wątków pobocznych w sumie tutaj nie znajdziemy, chyba że za takowe uznać informacje mające nieco przybliżyć nam sylwetki czterech osób przebywających w domku na plaży. Nieco, bo na dobrą sprawę o bohaterach wiemy niewiele. To jednak nie stanowiło dla mnie najmniejszej przeszkody. W przeżywaniu tej historii właściwie każdą komórką swojego ciała. Bo „The Beach House” to horror nakręcony w sposób, za którym wprost przepadam. Intensywny do bólu, niby wyciszony, ale w istocie wprost kłębiący się od emocji, kameralny obraz o działających na wyobraźnie anomaliach pogodowych/biologicznych. Jak u H.P. Lovecrafta zagrożenia prawdopodobnie należy wypatrywać w ocenie. W mrocznych głębinach, które tak fascynują główną bohaterkę filmu. Inteligentne dziewczę, której rozległa wiedza na temat morskich organizmów w tym przypadku może okazać się niewystarczająca. Bo z takim zjawiskiem ludzkość jeszcze nigdy się nie zetknęła. To coś zupełnie nowego. Coś o niespotykanej sile niszczenia. Albo tworzenia. Najpierw jednak Emily i Randall poznają starsze małżeństwo, które niespodzianie zastają w domu na plaży. Okoliczności są dość zagadkowe, a nawet złowieszcze. Mitch i jego poważnie chora żona Jane wyjaśniają wprawdzie swoją obecność w tym miejscu i Randalla i Emily to przekonuje, ale na zaufanie widza pewnie będą musieli bardziej zapracować. Mitch i Jane wyglądają nieszkodliwie... i w tym problem. W horrorze niewinna powierzchowność tego typu osobników zwykle nie wróży dobrze. Nieznajomych z nagła wkraczających w życie bohaterów i praktycznie z miejsca zdobywających ich zaufanie. Już ten początek „The Beach House” wciąga nas do, jak ja to nazywam, Strefy Mroku. Sytuacja może i nie jest jakoś szczególnie osobliwa, ale nie można oprzeć się poczuciu, że już za moment dokładnie taka się stanie. Coś ewidentnie wisi w powietrzu. Jakaś nieuchwytna groźba, aura zepsucia, która na razie nieśmiało wpełza do drewnianego domku na plaży. Poczucie klaustrofobii narasta. Osamotnienie bohaterów jest coraz mocniej wyczuwalne. Dręczące, przygniatające. Mrok gęstnieje, pojawiają się różnobarwne światła (wspaniały efekt), przybywa mgła, a potem... Potem nastaje słoneczny poranek. Słoneczny i zarazem ponury. Paradoks? Na pewno niełatwa sztuka, którą mogliśmy już zaobserwować choćby w „Midsommar. W biały dzień” Ariego Astera. Oczywiście efekt nie jest aż tak miażdżący, ale i tak robi wrażenie. I jeszcze ta przynajmniej pozorna lekkość przy budowaniu atmosfery „The Beach House”. Atmosfery zmiennej, nieobliczalnej, ale zawsze tchnącej wrogością.

(źródło: https://starrymag.com/)
Cisza. W „The Beach House” Jeffreya A. Browna w pewnym sensie cisza jest głośniejsza od dźwięków. Oddziałuje silniej niż rozpaczliwy wrzask, który będzie przecinał ją później. Cisza przykrywa to zastanawiająco odludne miejsce nad groźnym oceanem. I zwiastuje ogromne niebezpieczeństwo równie dobitnie, jak pojawianie się... nieproszonych gości? Mitch i Jane twierdzą, że dostali zgodę właściciela domu na pobyt w tym nadmorskim domku. Ale nawet jeśli nie mijają się z prawdą (w co mocno powątpiewałam), to bohaterowie i tak nie unikną konfrontacji. Z czymś innym. Czymś kompletnie nieznanym. Obcym przybyłym z morskich głębin? A może anomalią pogodową? W każdym razie fenomenem, które Emily poniekąd objaśni nam jeszcze zanim on nastanie. A gdy już to przypełznie, zrobi się naprawdę dziwnie. Niepewność towarzyszyła mi dosłownie przez cały seans „The Beach House”. Trudno przewidzieć, co się stanie i kiedy dokładnie należy spodziewać się kolejnego uderzenia. Wpływ klasycznych body horrorów unaocznia się w pełnometrażowym debiucie Jeffreya A. Browna później. Wcześniej natomiast zobaczymy silny skłon w stronę XX-wiecznego kina science fiction. Niskobudżetowych, magicznie kiczowatych, swobodnych opowieści na przykład o przybyszach z innych planet. Albo z oceanicznych głębin, przed którymi ostrzegał nas H.P. Lovecraft w swojej ponadczasowej twórczości. Oślizgłe kokony, bardzo długie glisty wijące się w ludzkim ciele i wreszcie widok jak z „Coś” Johna Carpentera albo 
„Towarzystwa” Briana Yuzny. I jeszcze upiorności, które przywodziły mi na myśl „Klątwę” Takashiego Shimizu, a w jednym charakterystycznym momencie nawet „Egzorcystę” Williama Friedkina. Chociaż tym razem schody pokonano w mniej przerażającym stylu. Ale choć twórcy „The Beach House” zdołali wyrwać trochę grosza z napiętego budżetu na efekty praktyczne i cyfrowe, to film przede wszystkim bazuje na atmosferze. Makabryczne, z lekka upiorne dodatki nie pojawiają się zbyt często, ale ilekroć wchodzą w kadr przywołują tę cudowną obskurną energię kina z lat minionych. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, ale fani na przykład body horrorów Davida Cronenberga pewnie zrozumieją w czym rzecz. To do nich między innymi skierowany jest ten niesamowicie klimatyczny obraz o ludziach uwięzionych na plaży, którą opanowało coś nadzwyczajnego. Coś, co ostatecznie doprowadzi nas do pewnego od dawna cieszącego się praktycznie niesłabnącym powodzeniem motywu. Pójdziemy tam zaś niewydeptaną ścieżką. Niepospolitą drogą dojdziemy do mety, która może rozczarować poszukiwaczy oryginalności. Ale możliwe, że też tych, którzy przygotują się na duże zaskoczenie, którzy chcieliby pożegnać się z tym obrazem w niemałym zdumieniu. Bo twórcy „The Beach House” już wcześniej rozwiewają wątpliwości. Początkowo ów finalny motyw skutecznie się przede mną chował. Nie potrafiłam odgadnąć, do czego doprowadzi mnie ta emocjonująca przygoda na plaży, ta orzeźwiająca wyprawa do Strefy Mroku, ale z czasem stało się to już oczywiste. Inaczej trudno byłoby prowadzić tę opowieść – bez „przedwczesnego” nakierowania widzów na ów popularny motyw – ale z drugiej strony to posunięcie nie zamykało przecież drzwi na jakiś dodatkowy, miażdżący akcent na koniec. Niewykluczone jednak, że znajdą się odbiorcy „The Beach House”, na których to zamknięcie wywrze właśnie takie wrażenie. Zakładam, że nie będzie ich wielu, bo i podejrzewam, że całokształt „The Beach House” nie znajdzie ogromu sympatyków. To raczej niszowe kino, ukierunkowane przede wszystkim na dozgonnych fanów XX-wiecznego, głównie tańszego kina science fiction i body horrorów. I oczywiście zwolenników klimatycznych, oszczędniejszych w formie współczesnych horrorów z mocno uproszczonymi fabułami. Kameralnych dzieł. I zacisznych, odludnych scenerii, gdzie wąskie grono osób zderza się z czymś osobliwym. Zupełnie obcym zjawiskiem przynoszącym drażniący zapaszek gnicia. „The Beach House” to dość skromny projekt, w którym niedostatków budżetowych jakoś się nie dostrzega. Właściwie to świata poza ekranem nie widziałam. Tak, zdecydowanie moje klimaty!

Pierwszy pełnometrażowy film Jeffreya A. Browna. Jeszcze raz: amerykański niskobudżetowy horror science fiction, „The Beach House”, to pierwsze reżyserskie osiągnięcie tego pana, nie licząc shortów. Oparte na jego własnym, dość pomysłowym scenariuszu, na który spory wpływ miała garść kultowych XX-wiecznych dokonań innych filmowców. Niektórym być może trudno będzie w to uwierzyć. Żeby coś takiego na starcie?! Ale zdarza się. Pytanie co dalej: czy Brown, jak wielu przed nim, da się skomercjalizować, czy pozostanie przy tak elektryzujących formach? Zostanie w tej niszy, czy spróbuje dotrzeć do dużo większej grupy odbiorców? Dał do zrozumienia, że planuje dalej działać w gatunku horroru, więc liczę, że już niedługo znowu o nim usłyszę. I oby przy okazji powstania dzieła formą zbliżonego do jego „The Beach House”. Widowiska, od którego oczu nie mogłam oderwać!