wtorek, 17 stycznia 2017

„Macki” (1977)

W nadmorskim mieście ludzie zaczynają padać ofiarami stworzenia, którego lokalna policja nie potrafi zidentyfikować. Sprawą zaczyna interesować się dziennikarz, Ned Turner, który ma powody przypuszczać, że za agresję morskiej istoty odpowiada firma budowlana omijająca przepisy, aby przyśpieszyć prace. Władze zwracają się z prośbą o pomoc w zażegnaniu kryzysu do miejscowego oceanografa, Willa Gleasona, który większość czasu poświęca trenowaniu dwóch orek. Wbrew obiekcjom żony, Vicky, mężczyzna postanawia wraz ze swoimi ludźmi przystąpić do poszukiwań tajemniczego stworzenia. Stosunkowo szybko odkrywa, że agresorem jest wielka ośmiornica, którą Gleason postanawia odnaleźć i zniszczyć.

Włosko-amerykańskie „Macki” to animal attack powstały na fali popularności kultowych „Szczęk” Stevena Spielberga. Reżyser Ovidio G. Assonitis przystępując do prac nad omawianą produkcją miał już na koncie jeden horror stworzony wspólnie z Robertem Barrettem pt. „Chi sei?” - w kolejnych latach nakręcił jeszcze dwie pozycje wpisujące się w ten gatunek, „There Was a Little Girl” i wspólnie z Jamesem Cameronem „”Piranię II: Latających morderców”. Assonitis nie ukrywał, że „Macki” powstały z pragnienia zmierzenia się z popularnymi „Szczękami”, co mogło mieć jakiś wpływ na negatywną ocenę większości widzów i krytyków. Nakręcony za 750 tysięcy dolarów obraz odniósł spory komercyjny sukces (szacuje się, że w sumie zarobił trzy miliony dolarów), ale dominowały chłodne i skrajnie krytyczne opinie - z niektórych przebijało również rozczarowanie nieudolnym podpieraniem się scenariuszem „Szczęk”. Jerome Max, Tito Carpi i Steven W. Carabatsos zamierzenie dostosowali się do konwencji rozpropagowanej przez dzieło Stevena Spielberga, w dodatku Assonitis podszedł do tego przedsięwzięcia, jak do swego rodzaju pojedynku z osławionym animal attackiem. Co moim zdaniem musiało rozgniewać wielu fanów „Szczęk” wychodzących z założenia, że każda próba przebicia tego ponadczasowego dzieła musi skończyć się fiaskiem.

Wielką miłośniczką „Szczęk” nigdy nie byłam, choć przyznaję, że obraz Stevena Spielberga to jeden z lepszych animal attacków, jakie do tej pory udało mi się obejrzeć. Nie zasilam jednak dużego grona wieloletnich miłośników kina grozy, którzy uznają ten obraz za najlepszego przedstawiciela tego podgatunku, niekwestionowanego króla animal attacków. Dlatego też do „Macek” mogłam podejść bez żadnych uprzedzeń, a pamiętając zjawiskową „Orkę – Wieloryba zabójcę” nawet z nadzieją, że dostanę coś, co z mojego subiektywnego punktu widzenia okaże się ciekawsze od filmu, którym zainspirowali się scenarzyści omawianego obrazu. Okazało się jednak, że trochę zapędziłam się z oczekiwaniami, bo ostatecznie nie mogę uznać, że dziełko Assonitisa choćby dorównało dokonaniu Stevena Spielberga, ale też nie sądzę, żeby film zasłużył sobie na taką zajadłą krytykę, jaka na niego spadła. Nakręcony w drugiej połowie lat 70-tych za zaledwie 750 tysięcy dolarów animal attack prawie wcale się nie zestarzał, co można uznać za spory sukces twórców. Powiem nawet więcej: czarny charakter prezentuje się nieporównanie bardziej realistycznie od wygenerowanych komputerowo zwierząt pojawiających się we współczesnych animal attackach, a klimat „Macek” deklasuje właściwie wszystkie tego typu obrazy powstałe w XXI wieku. Atmosfera, jak to często w animal attackach bywa, chwilami przywodzi na myśl kino familijne, ale złowieszcze nuty uwidaczniają się zdecydowanie częściej. Twórcy bardzo pilnowali, aby pozorna sielskość nie przysłoniła rzeczywistej aury zagrożenia, żeby to drugie przez cały czas było mniej lub bardziej dobitnie wyczuwalne. Nawet wówczas gdy obserwujemy sceny z udziałem starszej kobiety spędzającej czas ze swoim synem i jego przyjacielem mieszkającym w sąsiedztwie, z których przebijała niemalże czysta beztroska. Niemalże, bo zaalarmowany wcześniejszymi wydarzeniami widz doskonale będzie zdawał sobie sprawę z grożącego im niebezpieczeństwa, zwłaszcza w chwili wyjawiania widzom, że chłopcy zamierzają wziąć udział w regatach juniorów organizowanych na wodach, w których grasuje oszalałe morskie stworzenie. Wcześniejszy atak na maleńkie dziecko sugerował, że w dalszych partiach seansu twórcy nie będą mieć oporów przed „zabijaniem nieletnich”, że nie będą bali się dodawać nutki dramatyzmu poprzez sekwencje bazujące na eliminacji dzieci. Dlatego też można domniemywać, że zbliżające się regaty skończą się tragicznie dla ich uczestników, przy czym biorąc pod uwagę wcześniejsze ataki agresywnej ośmiornicy, na odstręczającą rzeź nie ma co liczyć. Twórcy „Macek” nie zawracali sobie głowy warstwą gore – drastyczne szczegóły skrzętnie ukrywali przed wzrokiem widza, czasem finalizując daną sekwencję wpadającymi w oko zdjęciami ośmiornicy oplatającej swoimi mackami jakiegoś nieszczęśnika, a w innych razach poprzestając na raptownych cięciach i natychmiastowych przeskokach w stronę innych bohaterów filmu. Moim zdaniem produkcji dobrze by zrobił mały ukłon w stronę gore – sprawiłby, że z nieco większym zaciekawieniem oczekiwałabym rezultatu prac ludzi odpowiadających za efekty specjalne. Ale samej ośmiornicy nie sposób niczego zarzucić. Bardzo pomocny w wytworzeniu realistycznego obrazu głowonoga okazał się dynamiczny montaż. Szybkie migawki obrazujące oślizgłe cielsko, ze szczególnym wskazaniem na grube ramiona i nieforemną, gąbczastą głowę ośmiornicy sprawiły, że napastnik jawił się naprawdę przekonująco. Powolne najazdy kamer być może uwidoczniłyby liczne niedostatki w wyglądzie agresora (poza finalnymi ujęciami, w których wykorzystano prawdziwą choć martwą ośmiornicę), ale twórcom udało się uniknąć owej demaskacji takim, a nie innym montażem, który co najważniejsze nie uniemożliwiał dostrzeżenia najbardziej widowiskowych cech morskiego stworzenia.

W mojej ocenie największym mankamentem „Macek” jest szkielet fabularny, który charakteryzuje się taką nierównością, że emocje widza zmieniają się, jak w kalejdoskopie. A przynajmniej ja tak reagowałam na warstwę tekstową. Atmosfera spowijająca poszczególne kadry była na tyle złowieszcza, żebym przez cały czas spodziewała się jakiejś tragedii, ale chwilami moja cierpliwość była wystawiana na ciężką próbę. Niepotrzebnie rozciągnięte w czasie konwencjonalne losy podstarzałego dziennikarza i oceanografa połączonego rozczulającą więzią z dwiema orkami momentami mocno mnie nużyły. Może dlatego, że postacie wykreowane przez Johna Hustona i Shelleya Wintersa nakreślono zbyt pobieżnie, co nie ułatwiało utożsamiania się z którymś z nich, pomimo przekonujących kreacji aktorskich. Może gdyby scenarzyści skoncentrowali się na jednym mężczyźnie zamiast dzielić narrację udałoby mi się zżyć z choćby jedną postacią, a co za tym idzie bardziej zaangażować się w jej dzieje, nawet pomimo schematycznego podejścia do fabuły. Chociaż gwoli ścisłości do dwóch bohaterów zapałałam wielką miłością – tak ogromną, że z prawdziwą trwogą, w stanie najwyższego napięcia śledziłam pomysłowe finalne starcie z oszalałą ośmiornicą. Wspomnianą sekwencję dodatkowo uatrakcyjnił wpadający w ucho, potęgujący dramatyzm sytuacyjny utwór muzyczny skomponowany przez Stelvio Cipriani. Ten pan miał również swój niemały udział we wcześniejszym akcentowaniu zagrożenia, co czynił z dużo mniejszym rozmachem niż pod koniec seansu, ale jak się okazało kilka prostych dźwięków również może znacząco spotęgować napięcie. Wcale nie potrzeba do tego wymyślnych kompozycji. Wracając jednak do przywar scenariusza należałoby jeszcze odnotować niekonsekwencję jego autorów. Wątek firmy budowlanej, której lekkomyślne postępowanie sprowadziło niebezpieczeństwo na ludność nadmorskiego miasta oraz informacja, że radia i krótkofalówki wabią ośmiornicę, aż prosiły się o większe rozbudowanie, bo w takim skrótowym wydaniu wyglądało to tak, jakby scenarzyści nie mieli pomysłu na przekonujące wyjaśnienie osobliwego zachowania morskiego stworzenia. Zamiast więc pokusić się o przekonującą, dogłębną analizę rzucili kilka ogólników, którymi nijak nie potrafiłam się zadowolić. Za to na plus muszę odnotować tragedię, jaka dotknęła Willa, która nadała tempa fabule i wprowadziła lekko przygnębiający wydźwięk. Ten i kilka innych wyżej wspomnianych przerywników przyczyniły się do tego, że nie potrafię całkowicie zdyskredytować pracy scenarzystów, ale to wcale nie oznacza, że zasłużyli sobie na „pieśni pochwalne”, bo niestety nie udało im się uniknąć kilku kardynalnych błędów, które nieco zepsuły mi odbiór całości.

Drugi film Ovidio G. Assonitisa wbrew nastawieniu samego reżysera moim zdaniem nie może konkurować ze „Szczękami” Stevena Spielberga. To zdecydowanie nie ta liga. Niemniej nie sądzę, żeby owa pozycja zasłużyła sobie na wzmożoną krytykę, bo może pochwalić się kilkoma superlatywami, które sprawiają, że seans upływa w miarę bezboleśnie, a chwilami nawet dostarcza sporo emocji. Scenarzystom co prawda nie udało się uniknąć potknięć, które owszem wpływają negatywnie na jakość filmu, ale jestem daleka od twierdzeń, że „Macki” składają się z samych mankamentów. To moim zdaniem gruba przesada.

niedziela, 15 stycznia 2017

„SiREN” (2016)

Z okazji zbliżającego się ślubu Jonaha jego brat Mac organizuje kawalerski wypad, na który zaproszeni zostają również przyjaciele przyszłego pana młodego, Rand i Elliott. Mężczyźni trafiają do podrzędnego baru ze striptizem, który nie zaspokaja ich oczekiwań. Mac zostaje zagadnięty przez jednego z klientów, który proponuje mu rozrywkę na najwyższym poziomie w dużo lepszym miejscu, dostępnym tylko dla wybranych. Czterech mężczyzn decyduje się pojechać za nieznajomym, który doprowadza ich do okazałego budynku położonego na odludziu, pełnego pięknych kobiet pilnowanych przez zamaskowanych ochroniarzy. W barze zastają kilku stałych bywalców oraz poznają właściciela tego przybytku, niejakiego Nyxa, który proponuje Jonahowi spotkanie z jego największą dumą, młodą kobietą imieniem Lily. W zamian oczekuje jedynie jednego wspomnienia od każdego z jego towarzyszy. Po hipnotyzującym spotkaniu z kobietą Jonah dochodzi do wniosku, że jest ona więźniem Nyxa. Postanawia ją uwolnić, co sprowadza na niego i jego kompanów ogromne niebezpieczeństwo.

„SiREN” to trzeci pełnometrażowy obraz Gregga Bishopa, powstały na podstawie „Amateur Night” jednego z segmentów wchodzących w skład głośnej filmowej antologii pt. „V/H/S”. Bishop miał już do czynienia z tym tytułem, gdyż w trzeciej jego odsłonie znalazła się nakręcona przez niego krótkometrażówka, aczkolwiek to nie ona doczekała się swojej pełnometrażowej wersji. Reżyser i współscenarzysta „Amateur Night”, David Bruckner, ograniczył swój udział w tym projekcie do roli producenta wykonawczego. Opracowanie scenariusza pozostawiono w gestii Bena Collinsa i Luke'a Piotrowskiego, którzy rzecz jasna podpierali się pierwotnym tekstem.

„SiREN” to jeden z tych horrorów, których nie potrafię jednoznacznie ocenić. Obiecujący początek nieprzyjemnie kontrastuje z rozczarowującym rozwojem akcji, podczas którego nie wykorzystano w pełni pomysłów zarysowanych wcześniej, a żeby tego było mało sprawę dodatkowo komplikuje nierówna warstwa techniczna. Operatorzy pod wodzą Gregga Bishopa wystarali się o ziarniste, lekko przybrudzone zdjęcia, nieprzystające do tak powszechnych we współczesnej kinematografii grozy silnie skontrastowanych, wygładzonych obrazków, nazywanych przeze mnie plastikowymi. Ale choć mroczny klimat konsekwentnie budowany w pierwszych partiach filmu sprawił, że właściwie bezwiednie, bez żadnego wysiłku ze swojej strony zsynchronizowałam się z ponurym spojrzeniem twórców, wtopiłam w ich iście nastrojową propozycję to z biegiem trwania seansu coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że nie byli oni w stanie w pełni wykorzystać potencjału drzemiącego w tych przytłaczających kadrach, a chwilami nawet z niezrozumiałych dla mnie powodów znacznie łagodzili ich wydźwięk. Najczęściej dowcipnymi odzywkami wydobywającymi się z ust bohaterów (jedna wypadła całkiem zabawnie, a mianowicie niepoprawna politycznie wymiana zdań pomiędzy Jonahem i jego bratem, kiedy to ten pierwszy mówi, że to nie jest dziewczyna tylko coś innego, a ten drugi pyta, czy chodzi mu o transseksualistę) i co gorsza nadmiernym zdynamizowaniem fabuły. Początkowe, jakże zgrabnie stopniujące napięcie sekwencje, z czasem zostają niemalże całkowicie wyparte przez nieustającą akcję, na którą składają się pościgi po lesie oraz starcia protagonistów z nieoczekiwanymi przeciwnikami. Właściwie to czułam się, jakbym oglądała zbitkę dzieł dwóch inaczej zapatrujących się na kino grozy reżyserów. Jakościowy rozdźwięk pomiędzy pierwszą i drugą połową seansu był dla mnie aż nazbyt wyraźny, aczkolwiek nie wykluczam, że znajdą się odbiorcy zgoła inaczej zapatrujący się na tę propozycję. Może nawet tacy, którzy z większym entuzjazmem podejdą do dalszych partii seansu, którzy w końcu doczekają momentu, w którym jak to się mówi „wreszcie zaczyna się coś dziać”. Coś o wiele ciekawszego od portretu jednego z najbardziej standardowych motywów kina grozy, czyli wypadu grupki młodych ludzi za miasto. Nie przeczę, że scenarzyści nie wysilili się zbytnio podczas zawiązywania akcji, że postawili na jeden z najbardziej wyświechtanych wątków, ale jako że bardziej cenię sobie prostotę od bzdurnych kombinacji i wprost przepadam za motywem wyjazdu grupki zaprzyjaźnionych ludzi na jakieś pustkowie, z przyjemnością przyjęłam brak większej inwencji w tej kwestii. Nawiązań do znanej konwencji, wykorzystywanej głównie we wszelkiego rodzaju rąbankach można upatrywać również w dialogach czterech mężczyzn zamierzających zabawić się w barze ze striptizem – niemalże wszystkie ich konwersacje sprowadzają się do tego, jak zamierzają spędzić wolny czas, czego spodziewają się po tym męskim wypadzie. A spodziewają się głównie widoku pięknych, roznegliżowanych kobiecych ciał i hektolitrów alkoholu. Na szczęście jednak scenarzyści nie przeszarżowali, nie rozciągnęli tych mało produktywnych rozmówek do ilości, która zaczęłaby wytrącać mnie z równowagi. Dosyć szybko przeszli do akcentowania zagrożenia, jakie zawisło nad pozytywnymi bohaterami „SiREN”. Początkowo subtelnie, acz wyczuwalnie – każdego wielbiciela kina grozy powinna zaalarmować propozycja, jaką przedstawia Macowi pewien nieznajomy, bo jak wiemy w tym gatunku tacy tajemniczy osobnicy zazwyczaj sprowadzają na bohaterów jakieś nieszczęście. Natomiast położony na odludziu okazały budynek pełen ponętnych kobiet powinien z miejsca wzmóc czujność widza, niejako utwierdzić go w przekonaniu, że lekkomyślni młodzi mężczyźni właśnie stanęli u progu istnego koszmaru. Jak tylko zobaczyłam ten przybytek od razu pomyślałam o kultowym dziele pt. „Od zmierzchu do świtu” - tam też mieliśmy bar pełen podejrzanych typów, który okazał się „wylęgarnią potworności”, aczkolwiek zupełnie innej natury.

Wziąwszy pod uwagę podpięcie się pod mocno wyeksploatowaną konwencję i oczywiście znając krótkometrażówkę Davida Brucknera, byłam przekonana, że propozycja Gregga Bishopa nie jest w stanie niczym mnie zaskoczyć, że wszystko będzie podążało utartym, łatwym do przewidzenia torem. I w przeważającej mierze dokładnie tak było, niemniej udało mi się znaleźć również akcenty, które odstają od standardowych rozwiązań fabularnych. Pierwszym jest osobliwa zapłata, jaką towarzysze Jonaha (przyzwoita kreacja Chase'a Williamsona) muszą uiścić właścicielowi klubu, Nyxowi (wpadająca w oko, nieco kuriozalna rola bezbłędnego Justina Welborna), za jego spotkanie z młodą kobietą, będącą największą atrakcją tego przybytku. Otóż, Nyx żąda od nich najprzyjemniejszego wspomnienia o ich matkach. Za ich zgodą zabiera je, tym samym napawając nadzieją spragnionego wrażeń widza na jakieś interesujące komplikacje tego osobliwego wydarzenia. Drugim ożywczym akcentem pojawiającym się w „SiREN” jest drink z pijawką, którego wypicie skutkuje swoistym oderwaniem od rzeczywistości. Owe stworzenia później pojawią się w innym miejscu, przyciągając wzrok wymyślną widowiskowością, ale podobnie jak wspomniana wcześniej transakcja wymienna te pomysłowe przerywniki nie zostaną wykorzystane w należyty sposób. Zamiast pociągnąć je dalej, zamiast na ich szkielecie zbudować jakieś zaskakujące motywy scenarzyści jakby o nich zapominają w swoim skupieniu nad wątkiem przewodnim. A w jego centrum, jak można się domyślić, tkwi młoda kobieta, Lily, przetrzymywana przez Nyxa, której Jonah postanawia zwrócić wolność. W tej roli wystąpiła Hannah Fierman i bynajmniej nie było to jej pierwsze spotkanie z tą postacią (kreowała Lily również w „Amateur Night”). MOŻLIWE SPOILERY Wyłupiaste oczy tej aktorki idealnie wpasowały się w upiorną rolę, którą jej powierzono. Co ważniejsze charakteryzatorzy nie przedobrzyli z dodatkami, no może poza wielkimi skrzydłami. Ogonek, który okazał się bardzo przydatny w trakcie stosunku z mężczyzną, zakrwawione usta i broda oraz nieprzesadna deformacja górnej części twarzy dawały całkiem zgrabny efekt. Myślę jednak, że byłby lepszy, gdyby twórcy „SiREN” albo pozostali przy nastrojowości widocznej w pierwszych partiach filmu i skoncentrowali się na próbach straszenia widza ową postacią, albo skręcili w stronę stylistyki gore. Zamiast tego wybrali jak dla mnie najgorszą możliwą opcję – obniżyli siłę rażenia mrocznego klimatu, ukryli najdrobniejsze szczegóły mordów przed wzrokiem odbiorcy pozostawiając jedynie dynamiczne zdjęcia z pogoni za ostałymi przy życiu nieszczęśnikami oraz mało widowiskowe starcia z agresorami. Szybko następujące po sobie urywki z pościgów i potyczek, czy to z ludźmi Nyxa, czy ze skrzydlatą bestią hipnotyzującą swoim śpiewem, urozmaicone wymyślnym wybiegiem właściciela feralnego klubu dążącego do ponownego schwytania swojej ulubienicy śledziłam bez większego zaangażowania KONIEC SPOILERÓW. Nie mogę powiedzieć żebym cierpiała patrząc na to, ale po klimatycznym wstępie spodziewałam się zdecydowanie większych emocji, nieporównanie bardziej zapadającego w pamięć horroru. Na plus mogę natomiast odnotować finał, który może i nie należy do zbytnio odkrywczych, ale wydaje mi się, że scenarzyści dokonali najlepszego wyboru ze wszystkich możliwych.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że „SiREN” miał dużą szansę wpisać się w poczet lepszych horrorów ostatnich lat, gdyby tylko scenarzyści nadali inny kierunek fabule i gdyby dopracowano warstwę techniczną w dalszych partiach filmu. Produkcja, która na początku tak wiele obiecywała z czasem zamienia się w typową akcyjkę, w której próżno szukać emocji tożsamych dla czy to krwawego, czy nastrojowego horroru. Moim zdaniem twórcom zabrakło wizji i cierpliwości koniecznej do intensyfikowania napięcia i klimatu. Wybrali łatwiejszą drogę, która może i ma coś tam do zaoferowania, ale czy aż tyle, żeby można uznać, że ich twór wybija się ponad przeciętność? Moim zdaniem nie, ale to już kwestia indywidualnych zapatrywań na kino grozy.

czwartek, 12 stycznia 2017

„The Watcher” (2016)

Młoda para, Emma i Noah, kupuje dom w spokojnej dzielnicy Los Angeles. Choć to dla nich spory wydatek, a nieruchomość wymaga remontu są szczęśliwi, że udało im się osiedlić w tym miejscu. Jednak ich radość nie trwa długo. Emma i Noah zaczynają dostawać pogróżki od anonimowego nadawcy, który utrzymuje, że jeśli nie opuszczą tego domu padną ofiarami Kruka. Prześladowca wysyła im również paczki pełne najróżniejszych, nieprzydatnych przedmiotów, które tak samo jak wiadomości bardzo niepokoją nowych właścicieli domu. Nabierają oni przekonania, że są obserwowani przez stalkera, który ma wobec nich coraz bardziej wrogie zamiary. Ich podejrzenia koncentrują się na owdowiałym poprzednim właścicielu domu, Wendellu. Noah zaniepokojony pogarszającym się stanem Emmy zaczyna ukrywać przed nią niektóre przejawy działalności prześladowcy, jednocześnie wraz z przedstawicielami organów ścigania starając się odkryć jego tożsamość.

Thriller „The Watcher” to pełnometrażowy debiut nieźle zapowiadającego się twórcy, Ryana Rothmaiera, szerszej publiczności zaprezentowany 9 października 2016 roku przez telewizję LMN. Scenariusz jego autorstwa zainspirowała autentyczna historia młodej pary z trójką dzieci, która w 2014 roku zakupiła dom w Westfield w stanie New Jersey i krótko potem stała się celem tajemniczego prześladowcy, nazywającego siebie Obserwatorem. Stalker nękał również poprzednich właścicieli domu, którzy zataili tę informację przed nowymi nabywcami – sprawa w końcu trafiła do sądu. Rothmaier dostrzegł w tym materiał na dobry dreszczowiec, przy czym nie wahał się wzbogacić owej historii kilkoma wymyślonymi wątkami, dynamizującymi akcję filmu, a w paru momentach delikatnie skłaniającymi się nawet w stronę stylistyki kojarzonej z filmowym horrorem.

Po hipnotyzującej czołówce, wskazującej że nie będziemy mieć do czynienia z kolejnym amerykańskim plastikiem, przychodzi pora na zawiązanie akcji wątkiem, który wielbicielom kina grozy powinien nasuwać na myśl przede wszystkim ghost stories. Otóż, dostajemy klasyczny motyw przeprowadzki głównych bohaterów do nowego domu. Podczas gdy oni spoglądają na nowe lokum w samych superlatywach obyty z tym wątkiem widz najpewniej nie będzie podzielał ich entuzjazmu. Nieruchomość nabyta przez Emmę i Noaha jest usytuowana w zacisznym zakątku Los Angeles, w sąsiedztwie tak samo zgrabnych domków otoczonych równo przyciętymi trawnikami, ale mimo tego nieprezentujących się zbyt malowniczo. Zamiast mieniących się intensywnymi odcieniami terenów zielonych, pastelowych barw, które miałyby przekonać nas, że główni bohaterowie osiedlili się w doprawdy idyllicznym zakątku Stanów Zjednoczonych, dostajemy osnute ciężkimi chmurami niebo, które nadaje okolicy swoistą ponurość, wydobywa głównie szpetotę z zabudowanych parceli otoczonych żółknącymi trawnikami z gdzieniegdzie rosnącymi drzewami, które powoli pozbywają się liści. Posępne zdjęcia i nastrojowa ścieżka dźwiękowa mają uświadomić widzom, że młodej parze grozi jakieś niebezpieczeństwo, że wbrew ich przewidywaniom nie trafili do oazy spokoju, która dopomoże im w rozpoczęciu nowego życia. Odbiorcom zaznajomionym z motywem przeprowadzki do nowego domu w kinie grozy nie trzeba tego sygnalizować oprawą audiowizualną – im wystarczy warstwa tekstowa, niemniej podejrzewam, że będą zadowoleni z tchnących mrocznością zdjęć, z których zbudowano „The Watcher”. Nawet jeśli Rothmaier nie poczynił prób skontrastowania początkowej pozornej idylli z upiornością dalszych wydarzeń, co jest dosyć częstym i lubianym przez widzów zabiegiem wykorzystywanym w produkcjach grozy zawiązujących akcję motywem przeprowadzki do nowego domu. Przekonująco wykreowani przez Erin Cahill i Ediego Gathegi, Emma i Noah, szybko uświadomią sobie, że stali się celem tajemniczego stalkera, który pragnie wypędzić ich z nowego lokum. Innymi słowy dostajemy klasyczny motyw prześladowcy, którego modus operandi przez długi czas nie charakteryzuje się niczym nadzwyczajnym. Młoda para jest nękana liścikami z pogróżkami i zasypywana paczkami z między innymi kubkami i karmą dla kotów. Ponadto zauważają, że nocami po ich posesji krąży jakiś osobnik, który najpewniej takim zachowaniem pragnie sprawić, aby poczuli się zagrożeni. Na początku, bo można domniemywać, że wrogość prześladowcy względem młodej pary będzie eskalować, że z czasem zrezygnuje on z manifestowania swojej obecności i przejdzie do bardziej zdecydowanych zabiegów, które okażą się dla nich śmiertelnie niebezpieczne. Twórcy „The Watcher” przeprowadzają widzów przez te wszystkie typowe dla stalkerów formy straszenia ofiar bez niepotrzebnych udziwnień i ze wzbudzającym zainteresowanie dużym skupieniem na reakcjach protagonistów – warstwa psychologiczna jest na tyle dobrze sportretowana, żeby nie miało się poczucia zaniedbania. Z łatwością wczułam się w sytuację głównych bohaterów i nie miałam problemów ze zrozumieniem ich poczynań, gdyż scenarzysta zadbał o ich wiarygodne umotywowanie. Wspomniałam, że w „The Watcher” nie znajdziemy niepotrzebnych udziwnień, ale to wcale nie oznacza, że Rothmaier nie wprowadza elementów niespotykanych w dreszczowcach o stalkerach, że jego produkcja nie może poszczycić się niczym charakterystycznym, co odróżniałoby ją od masy jej podobnych. Mroczna oprawa audiowizualna, pozbawiona plastikowych naleciałości to jedno, ale w warstwie tekstowej również pojawia się wątek, który wzbogaca ten obraz. Mowa o tajemniczym Kruku, który nawiedza domostwo protagonistów, za sprawą którego twórcy wprowadzają elementy przystające do horroru nastrojowego, choć nie w takim stopniu, żeby można było uznać tę produkcję za reprezentanta wspomnianego gatunku.

Z czasem Ryan Rothmaier zaczyna raczyć widzów klimatycznymi przerywnikami z przerośniętym Krukiem w roli głównej. Najczęściej czyni to z perspektywy Emmy, również w formie koszmarnych snów, które są następstwem prześladowań tajemniczego Obserwatora, dlatego można sądzić, że patrzymy jedynie na produkt umysłu zastraszonej kobiety, być może powoli osuwającej się w otchłań szaleństwa. Niemniej istnieją również dwie inne możliwości, których nie sposób odrzucić. Możemy domniemywać, że w domu młodej pary pojawia się intruz z krwi i kości przebrany za ptaka, albo tłumaczyć to klasycznym nawiedzeniem przez byt pragnący ich skrzywdzić, co z kolei kazałoby sądzić, że tajemniczy Obserwator starał się jedynie przestrzec ich przed niebezpieczeństwem, zamiast jak wcześniej sądziliśmy czyhać na ich życie. Choć przez długi czas scenarzysta stara się utrzymać nas w niepewności, co do rzeczywistej natury natrętnego Kruka nie wprowadza to zbytniego zamieszania w warstwę fabularną. Ryan Rothmaier dba o klarowność, nie wpada w takie skrajności, żeby miało się wrażenie przekombinowania, prowadzącego do zacierania się wątku przewodniego w sposób, który obniżałby emocjonalny przekaz. Nękanie niezmiennie wysuwa się na pierwszy plan, twórcy nieustannie podtrzymują aurę zaszczucia i swoistego pozostawania w śmiertelnie niebezpiecznej pułapce, jakim jest feralny dom młodej pary. Nawet ich relacje z paroma sąsiadami, czy to z młodym małżeństwem starającym się dopomóc im w zażegnaniu problemu, czy starszą kobietą Jeanne (w tej roli znana z m.in. „Smętarza dla zwierzaków” Denise Crosby) zajmującą się chorym psychicznie synem, Mikeyem, zgrabnie podporządkowano trzymającemu w napięciu czołowemu wątkowi. Zamiast pełnić rolę obyczajowych przerywników, które pozwoliłyby odbiorcy na chwilę wytchnienia, na oderwanie myśli od coraz radykalniejszych poczynań oprawcy, wzmagają w nim podejrzliwość, uczulają na otoczenie głównych bohaterów w stopniu, który ociera się o paranoję. Ociera się, ale nie wpada w nią całkowicie, co mam za złe twórcom „The Watcher”, bo film zapewne sporo by zyskał na zintensyfikowaniu szaleństwa pleniącego się w okolicy. Równie rozczarowująca była forma, jaką obrali operatorzy podczas portretowania klimatycznych manifestacji przerośniętego ptaszyska. Wpadający w oko kostium i mroczna oprawa wizualna nie rekompensowały pośpiechu twórców. Zamiast powoli budować napięcie długimi najazdami kamer na obserwowaną przerażoną kobietę, błyskawicznie przeskakiwano do finalnych akcentów. Przez to miałam nieprzyjemne wrażenie, że Ryan Rothmaier nie wykorzystał w pełni potencjału tkwiącego w mrocznych zdjęciach i nastrojowym udźwiękowieniu, że można było bardziej dosadnie wyeksploatować te dobrodziejstwa. Na szczęście jednak fabułę poprowadzono w na tyle interesujący sposób, żeby wynagrodzić mi niedostatki techniczne, w scenkach utrzymanych w stylistyce tożsamej dla filmowego horroru. Na przewidywalność również nie mogę narzekać, bo dałam się zaskoczyć finalnym zwrotem akcji. UWAGA SPOILER Nieco wcześniej pogratulowałam sobie domyślności, bo scenarzysta uraczył mnie wątkiem, którego od dłuższego czasu się spodziewałam, ale jak się okazało finalnie wybrał dużo ciekawszą opcję, której charakter co równie ważne dużo trudniej przedwcześnie przewidzieć KONIEC SPOILERA.

„The Watcher” nie jest żadną petardą, którą mogłabym dopisać do grona moim zdaniem najbardziej wartościowych reprezentantów gatunku. Nie jest pozycją, która miałaby szansę wprawić w czysty zachwyt wielbicieli dreszczowców, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że przyjmą ją z zadowoleniem porównywalnym do mojego. Nie ogromnym, ale na tyle dużym, żeby nie mieć poczucia straconego czasu. Ponad średnią jakość współczesnego kina grozy w moim pojęciu odrobinę się wybija, głównie dzięki interesująco poprowadzonej fabule i oprawie audiowizualnej, choć na zapadające w pamięć fajerwerki radzę się nie nastawiać.

wtorek, 10 stycznia 2017

„Pitchfork” (2016)

Hunter Killian przyjeżdża na jakiś czas na farmę rodziców, na której się wychował. Towarzyszy mu grupa najbliższych przyjaciół, licząca na krótkie wakacje na rolniczych terenach, ale zamierzająca również wspierać Huntera w kontaktach z konserwatywnym ojcem, który nie jest zadowolony z mało męskiej postawy syna. Parę godzin po przyjeździe młodych ludzi na farmę Killianów gospodarze zostają zaatakowani przez mężczyznę ukrywającego swoją twarz pod zwierzęcą maską i posiadającego widły zamiast dłoni. Następnie morderca zaczyna polować na pozostałe osoby przebywające w okolicy. Hunter i jego przyjaciele zostają zmuszeni do walki ze zdziczałym oprawcą, który z jakiegoś powodu pragnie pozbawić ich życia.

„Pitchfork” to debiutancki obraz Glenna Douglasa Packarda, którego scenariusz opracował wespół z początkującym w tej branży Darrylem F. Gariglio. Obiecujące zapowiedzi pojawiające się na anglojęzycznych portalach internetowych rozbudziły apetyty wielu oddanych wielbicieli slasherów, szczególnie w Stanach Zjednoczonych. Spodziewali się oni stylowego widowiska smacznie nawiązującego do tradycji tego podgatunku z pomysłowo wykreowanym mordercą w roli głównej, ale jak się okazało wielu z nich spotkało ogromne rozczarowanie. „Pitchfork” nie jest jeszcze znany szerokiej grupie odbiorców, jednak ta garstka, która się z nim zapoznała w zdecydowanej większości nie szczędzi krytyki Glennowi Douglasowi Packardowi. I mocno wątpię, żeby z biegiem czasu ta tendencja mogła się odwrócić.

W zamyśle scenarzystów „Pitchfork” miał być chyba osobliwym skrzyżowaniem „Koszmaru z ulicy Wiązów” i „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”, aczkolwiek nie wydaje mi się, aby twórcom zależało na dostosowaniu się do oczekiwań fanów tych dwóch kultowych slasherów. Forma, jaką przybrało debiutanckie przedsięwzięcie Glenna Douglasa Packarda w ogóle nie przypomina tej zaprezentowanej we wspomnianych produkcjach - już prędzej kiczowate współczesne teledyski. Z podobną stylistyką spotkałam się już podczas seansu tragicznego horroru zatytułowanego „Muck” i szczerze powiedziawszy nie potrafię powiedzieć, która z tych pozycji jest gorsza. Nie wiem, czy nakręcenie klimatycznego slashera jest dla wielu dzisiejszych twórców barierą nie do przebycia, czy po prostu uważają, że takie trudne do strawienia przejaskrawienie jest zdecydowanie fajniejsze, ale niezależnie od ich motywów faktem jest, że duża część widzów nie zapatruje się pozytywnie na tego rodzaju propozycje. Wydaje się więc, że twórcy tych produkcji celują w pewną niszę, a więc wypadałoby pochwalić ich niekomercyjne podejście do kinematografii, nawet jeśli nie przynależy się do tej konkretnej grupy odbiorców. Więcej przychylnych słów między innymi dla obrazu Glenna Douglasa Packarda nie znajduję, bo nie jestem miłośniczką, jak zaczęłam je nazywać „MTV horrorów”, niemniej od czasu do czasu daję szansę jakiemuś przedstawicielowi tego trendu kierując się jakimś masochistycznym podszeptem, każącym mi wpatrywać się w coś, co zadaje mi niemal fizyczny ból. Normalne może to i nie jest, ale dzięki niemal nadludzkim pokładom samozaparcia pomagającym mi wytrwać do napisów końcowych przez jakiś czas będę nieco przychylniej zapatrywać się na niejeden efekciarski twór przypisany do gatunku horroru – łatwiej będzie mi odnaleźć jakieś superlatywy w kilku mainstreamowych rąbankach i straszakach. A to już coś, jeśli idzie o korzyść płynącą z tego pożal się Boże tworu... Ale dość już tych stojących w sprzeczności do mojej natury optymistycznych akcentów – pora przejść do szczątkowego omówienia dokonania Packarda, którego potrafię rozpatrywać jedynie w samych negatywach. Pierwszym wielce deprymującym elementem „Pitchfork”, który rzucił mi się w oczy była kolorystyka – jaskrawe barwy przywodzące na myśl współczesne komedyjki, utrudniające właściwy odbiór krótkich sekwencji, wskazujących na obecność jakiegoś zagrożenia. Morderstwo pojawiające się w prologu i długie najazdy kamer „z lotu ptaka” na rozciągające się wszędzie, jak okiem sięgnąć trawiaste tereny oddane w tak krzykliwych kolorach nijak nie były w stanie zasiać we mnie ziarna niepokoju na myśl o rychłych wydarzeniach. Z biegiem trwania jakże miałkiej fabuły coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że głównym celem Packarda było przemieszanie dwóch odmiennych stylistyk, a być może nawet próba wzbogacenia jednego drugim. Tyle że smaczna żonglerka elementami tożsamymi dla komedii i horrorów to niełatwa sztuka wymagająca może niekoniecznie doświadczenia, ale na pewno talentu, którego Packard wydaje się nie posiadać. A przynajmniej nie unaocznił go w swoim debiutanckim obrazie, chyba że za przejaw niezwykłych zdolności uznać głupkowate dialogi, w stylu (parafrazuję, nie cytuję) „- Widziałam krew”, „- Co masz na myśli mówiąc krew?”. Albo mającą swoisty teatralny posmaczek choreografię taneczną wkomponowaną w akcję chyba tylko po to, żeby przypomnieć nam, że mamy do czynienia z „teledyskowym horrorem”. To samo zresztą można powiedzieć o „występach wokalnych” pojawiających się w ostatniej partii filmu. Takie wybiegi bardziej żenują niźli śmieszą – na domiar złego postać mordercy wprowadza nieprzyjemny dysonans, wydaje się tak bardzo nie na miejscu, tak dalece odstająca od stylistyki przyjętej przez twórców, że ma się wrażenie, jakby przypałętała się z innego planu, najpewniej jakiejś parodii slasherów.

Przyjazd grupy młodych ludzi na wiejskie tereny i pojawiający się pod koniec jakże przewidywalny zwrot akcji wskazują na inspirację „Teksańską masakrą piłą mechaniczną”, ale moim zdaniem największe podobieństwo do tego kultowego slashera odnajdziemy gdzie indziej. A mianowicie w sylwetce mordercy, który tak na dobrą sprawę jest karykaturalnym skrzyżowaniem Leatherface'a, Freddy'ego Kruegera i mordercy z hakiem zamiast dłoni ze znanej urban legend (ich filmowymi odpowiednikami są na przykład Candyman i Ben Willis). Jeśli jednak ktoś spodziewa się wiernego przeniesienia atrybutów tych trzech fikcyjnych zabójców to jest w wielkim błędzie, bo charakteryzatorzy postanowili zastąpić je czymś, co tylko nasuwa skojarzenia z ich znakami rozpoznawczymi, zamiast być ich idealną kopią. Tak więc nasz morderca nie ukrywa swojego oblicza pod skórą zdjętą z twarzy jakiegoś człowieka tylko zwierzęcia, a w miejscu dłoni nie ma haka tylko widły (nie wiem, dlaczego tak się w tej kwestii rozdrabniano – ja na miejscu twórców przytwierdziłabym tam dreamlinera... bo w końcu jak już chce się udziwniać to najlepiej po całości). W przywoływaniu skojarzeń z Freddy'm Kruegerem twórcy byli bardziej bezpośredni. Podczas szturmowania domu rodziców głównego bohatera widzimy mordercę stojącego w cieni u szczytu schodów prowadzących do piwnicy, którego sylwetka w miarę dokładnie odwzorowuje Freddy'ego Kruegera. Żeby tego było mało w pokoju siostry Huntera dochodzi do krwawego wydarzenia, sfinalizowanego ujęciem przywodzącym na myśl pamiętną sekwencję w wannie – z tą różnicą, że tutaj ostrza nie wyłaniają się z wody tylko przebijają łóżko od dołu. Być może takie karykaturalne ukłony w stronę znanych filmowych morderców mają w sobie jakiś urok – coś, co może wywołać entuzjazm niektórych wielbicieli slasherów, ale ja nie potrafiłam ich dostrzec. Głównie dlatego, że pomimo starań nie udało mi się rozsądzić, czy Glenn Douglas Packard pragnął oddać należny hołd popularnym czarnym charakterom, czy raczej ich obśmiać. W każdym razie na jednym i drugim polu w moich oczach poległ całkowicie, bo patrząc na mordercę z widłami z hakiem zamiast dłoni cisnęło mi się na usta tylko jedno słowo: żenada. Kicz do potęgi entej. Scenariusz, jak to w slasherach zasadza się na sukcesywnym eliminowaniu protagonistów, którzy upatrują szansy przeżycia w nieustannym rozdzielaniu się. Najczęściej jeden z bohaterów wychodzi przed szereg z zamiarem spowolnienia oprawcy, tak aby pozostali mieli czas na ucieczkę i tak aż do momentu, gdy na placu boju zostają dwie niedoszłe ofiary. Jak można się spodziewać każdy taki bohaterski czyn finalizuje umiarkowanie krwawa scenka, raniąca oczy niebywale sztuczną substancją imitującą posokę. Nasz zdeterminowany, dziwaczny osobnik zabija również mniej odważnych osobników, którzy starają się mu umknąć, bądź mieli nieszczęście znaleźć się w centrum wydarzeń, a to wszystko w otoczeniu metalicznej czerni, która jest mniej więcej tak samo skuteczna, jak teatralna, manieryczna obsada. Innymi słowy na widowiskowy mroczny klimat wyobcowania i zagrożenia nie ma co liczyć – za to sztuczności jest aż w nadmiarze. I przekombinowania, bo z czasem robi się coraz brutalniej. Twórcy skręcają w stronę torture porn, a że nie są w stanie uraczyć nas realistycznymi efektami specjalnymi nadrabiają takimi niesmacznymi ujęciami, jak erotyczne zapędy mordercy w zwierzęcej masce i oblewanie więźnia moczem. Inaczej mówiąc idą po linii najmniejszego oporu, tylko po to, żeby wywołać odruch wymiotny u oglądającego, a nie wydaje mi się, żeby w slasherach właśnie o to chodziło. Nie sądzę również, żeby finalny zwrot akcji kogokolwiek przekonał, bo dostrzegłam w nim jeszcze więcej przekombinowania niż we wcześniejszych jaskrawych akcentach. Ale nie wykluczam, że mój ograniczony umysł nie był w stanie dostrzec jakiejś ukrytej głębi, czy przynajmniej logiki w takim zamknięciu akcji.

Uroczyście przysięgam, że jeśli dojdą mnie słuchy, iż Glenn Douglas Packard nakręcił kolejny horror w stylu „Pitchfork” to będę się trzymać z dala od owego tworu. Wątpię, żeby moja psychika wytrzymała kolejne spotkanie z czymś zbliżonym do tego czegoś... Może i styl tego pana kogoś przekona, może jego film zyska jakichś miłośników, ale nie sądzę, żeby było ich wielu. Ja w każdym razie dopisuję się do grona antyfanów, widzów wręcz zażenowanych poziomem tego obrazu, którzy nade wszystko pragną wyrzucić z pamięci to, co zobaczyli na ekranie.

sobota, 7 stycznia 2017

„FirstBorn” (2016)

Młodej parze, Charlie i Jamesowi, rodzi się dziecko, dziewczynka, której dają na imię Thea. Spędzająca z nią całe dnie matka zaczyna wkrótce dostrzegać zagadkowe zjawiska zachodzące w pobliżu jej córeczki oraz blizny niewiadomego pochodzenia wykwitające na swoich plecach. Początkowo podejrzewa, że ma jakieś problemy psychiczne, ale z czasem zaczyna skłaniać się ku teorii, że to z Theą jest coś nie tak. James jest sceptycznie nastawiony do poglądów żony, ale w końcu niechętnie przystaje na jej propozycję poproszenia o pomoc jego ojca, Alistaira, który zajmuje się okultyzmem. Po krótkich oględzinach mieszkania mężczyzna informuje ich, że dziewczynka posiada niezwykłą moc, która może sprowadzić na nich wielkie niebezpieczeństwo. Ale dopiero sześć lat później Charlie i James przekonują się, z jak ogromnym zagrożeniem przyszło im się zmierzyć.

„FirstBorn” to brytyjski horror w reżyserii Nirpala Bhogala, twórcy, który jak na razie nie może pochwalić się bogatą filmografią. W 2010 roku nakręcił krótkometrażówkę pt. „Cold Kiss”, a rok później stworzył swój pierwszy pełnometrażowy film, kryminał „Sket”. Bhogal pracował jeszcze nad kilkoma odcinkami serialu „Wyklęci”, ale żadne z tych przedsięwzięć nie przyniosło mu większego rozgłosu. Jego najnowszy projekt, „FirstBorn”, najprawdopodobniej nie będzie dla niego przepustką do wielkiej kariery w światku filmowym, ale istnieje szansa, że zwróci uwagę niejednego wielbiciela kina grozy na nazwisko reżysera. Nirpal Bhogal w „FirstBorn” co prawda nie pokazał nic, co można by uznać za nadzwyczajne w tym gatunku, moim zdaniem nie nakręcił przełomowego horroru, o którym będą pamiętać kolejne pokolenia widzów, ale to wcale nie oznacza, że nie ma sobą absolutnie nic do zaoferowania. Bo na tle współczesnych horrorów o zjawiskach paranormalnych jego propozycja w mojej ocenie wypada całkiem dobrze.

Scenariusz „FirstBorn” Nirpal Bhogal opracował wspólnie z Seanem Hoganem, który ma już niejakie doświadczenie w kinie grozy („Lie Still”, „”Krew z krwi”, „Little Deaths”, „The Devil's Business”), choć jak dotychczas nie brał udziału w żadnym projekcie, który przyniósłby mu międzynarodową sławę. W „FirstBorn” obaj panowie postanowili zastosować pewien mylący zabieg, który chyba miał na celu zagrać na oczekiwaniach dobrze zaznajomionych z gatunkiem odbiorców. Zwrot akcji pojawia się stosunkowo szybko, a na rewelacji, którą wówczas ujawniono zbudowano cały następujący po niej przebieg akcji. Nie sposób jest pokrótce omówić tej produkcji z pominięciem owego wątku, dlatego też osobom, pragnącym zasiąść do tej pozycji bez znajomości wspomnianej informacji radzę pominąć dalsze partie tego tekstu. Nirpal Bhogal i Sean Hogan początkowo starają się przekonać widza, że proponują mu standardowy horror satanistyczny, że mała Thea jest Antychrystem, który sprowadzi na swoich rodziców, a być może i na całą ludzkość, wielkie niebezpieczeństwo. Scenarzyści nie mówią tego wprost, ale dobrze zorientowanych w tego typu kinie widzów na taki trop mają naprowadzić mniej lub bardziej subtelne sygnały świadczące o najpewniej diabelskiej naturze dziewczynki. Pierwsze ujęcie świadczące o demoniczności Thei pojawia się już na początku seansu, gdy Charlie nosi ją jeszcze pod sercem. Widzimy wówczas zadrapanie wykwitające na brzuchu brzemiennej, tak jakby zadane od wewnątrz, ale na tym nie kończy się proces uczulania widza na postać dziecka. Niedługo po porodzie Charlie jest świadkiem kilku irracjonalnych wydarzeń – zauważa, jak na placu zabaw huśtawki zostają nagle wprawione w ruch, a pewnego dnia zastaje swoją córeczkę leżącą na szafie, choć pamięta, że przed wyjściem z pokoju zostawiła ją na łóżku. Ponadto na swoich plecach odkrywa blizny niewiadomego pochodzenia, które w domyśle mogą wskazywać na złe zamiary Thei względem niej. Takie zawiązanie akcji chyba nie może być odebrane inaczej, niźli przez pryzmat horroru satanistycznego, dlatego też wyjaśnienie wszystkich nadnaturalnych wydarzeń mających miejsce w otoczeniu niemowlaka ma sporą szansę zaskoczyć wielu widzów. Może nie w takim stopniu, żeby autentycznie wstrząsnąć odbiorcą, ale można przynajmniej spodziewać się lekkiego zdumienia takim, a nie innym rozwojem akcji. Kiedy „na scenie” pojawia się ojciec Jamesa, okultysta Alistair, staje się jasne, że padliśmy ofiarami oszustwa, że scenarzyści nakierowali nas na niewłaściwy trop, po to aby wzmóc nieprzewidywalny wymiar akcentu zwrotnego i być może udowodnić nam, że początkowe dostosowanie do danej konwencji wcale nie musi świadczyć o tym, że opowieść nagle nie zmieni swojego oblicza. Przedstawienie Thei w roli magnesu świata nadprzyrodzonego, a nie jak początkowo można było sądzić kolejnego Antychrysta, moim zdaniem nie było jakimś porażająco wymyślnym pomysłem, ale przyznaję, że ze zdecydowaniem mniejszym zadowoleniem przyjęłabym „kolejną odsłonę przygód dziecka Szatana”. Zawsze to coś innego, a co ważniejsze w rękach Nirpala Bhogala niniejszy wątek wypadł całkiem emocjonująco, choć może nie do końca w takim sensie, jakiego oczekuje się od horroru o zjawiska nadprzyrodzonych. Bo „FirstBorn” w moim odczuciu ma najwięcej do zaoferowania w warstwie obyczajowej, choć to oczywiście nie oznacza, że twórcy nie wbiegają na płaszczyznę tożsamą dla horroru.

Początkowo fabułę „FirstBorn” nieco poszatkowano, prezentując widzom szybki przegląd losów pewnej młodej pary, Jamesa i Charlie (dobrze wykreowanych przez Luke'a Norrisa i Antonię Thomas), która spodziewa się dziecka. Scenarzyści nie koncentrowali się na przebiegu ciąży kobiety, w okamgnieniu przechodząc do porodu i błyskawicznie przeprowadzając nas przez początkową fazę rodzicielstwa. Forma jaką wówczas obrano kazała mi sądzić, że przez cały seans będą raczona takimi utrudniającymi wtopienie się w tę historię urywkami, które przez brak ciągłości serwują jedynie zalążki klimatu niezdefiniowanego zagrożenia – nie pozwalając zsynchronizować się z tajemniczą aurą spowijającą mieszkanie czołowych bohaterów filmu. Na szczęście jednak scenarzyści rezygnują z raptownych przeskoków w akcji, gdy Thea ma sześć lat. Wówczas przystają i pochylają się nad dziewczynką dźwigającą na swoich wątłych barkach ogromne brzemię oraz nad jej rodzicami drżącymi na myśl o niebezpieczeństwie, jakie przez nieuwagę może sprowadzić na nich ich rodzona córka. Twórcom „FirstBorn” udało się tak przedstawić głównych bohaterów, żebym bez żadnego wysiłku ze swojej strony zaczęła gorąco dopingować im w walce z nieznanym. Zależało mi na losie zagubionej dziewczynki, która pragnie jedynie być taka, jak inne dzieci i która w końcu zaczyna tracić kontrolę nad swoimi wrodzonymi zdolnościami. Pałałam również dużą sympatią do jej rodziców, robiących wiele, aby dać dziewczynce namiastkę normalności, dać jej szczęśliwe dzieciństwo i powstrzymać siły, które dybią na życie ich wszystkich. Codzienny rytuał, któremu poddaje się Thea mający odpędzić złe moce oraz unikanie wszelkich przedmiotów posiadających twarz (jak na przykład lalki) do pewnego momentu pozwalają trzyosobowej rodzinie na życie we względnym spokoju. Jedynie nocne incydenty z udziałem Thei i pojawiającego się w jej pokoju tajemniczego bytu zakłócają ich codzienne życie, nie licząc oczywiście przygnębiania dziewczynki, która zaczyna w pełni uświadamiać sobie, jak bardzo różni się od swoich rówieśników i jakie zagrożenie jej moc niesie dla ukochanych rodziców. Nirpal Bhogal rozwija fabułę bez niepotrzebnych udziwnień w postaci choćby częstych prymitywnych jump scenek, czy wyszukanych efektów specjalnych, dużo więcej uwagi poświęcając budowaniu narastającej atmosferze niezdefiniowanego zagrożenia. Cień jakiejś pokracznej postaci przemykającej po poszczególnych pomieszczeniach w mieszkaniu czołowych bohaterów to w środkowej partii filmu w zasadzie cały asortyment, jakim dysponują twórcy w swoim dążeniu do zaniepokojenia odbiorców. Moim zdaniem w tej kwestii dokonali właściwego wyboru – takie minimalistyczne manifestacje nieznanego pozwalały nacieszyć się całkiem mroczną aurą spowijającą główne miejsce akcji i umiejętnie potęgowanym napięciem. I uniknąć nieprzyjemnego poczucia obcowania z pozycją, której głównym zamiarem jest popisywanie się nowoczesną technologią. Nirpal Bhogal podszedł do fabuły „FirstBorn” z dużym wyczuciem, nie odwracając mojej uwagi od w miarę emocjonującego dramatu trzyosobowej rodziny zmagającej się z istnym przekleństwem. A przynajmniej do pewnego momentu, bo moment, w którym „na scenę” wkroczyła podstarzała okultystka, Elizabeth, kazał mi sądzić, że scenarzystom zabrakło inwencji na rozbudowanie całkiem oryginalnie zapowiadającego się wątku. Początkowo nieco wybiegli poza wyświechtane schematy horrorów o zjawiskach nadprzyrodzonych za sprawą preferencji małej dziewczynki, ale z czasem zaczęli korzystać z oklepanych motywów, których nie potrafili wyłuszczyć w tak interesujący sposób, jak zrobili to z wydarzeniami poprzedzającymi owe wątki. Wygląd stwora prześladującego Theę w pełni mnie zadowolił, bo nie dość, że nie dostrzegłam w nim „komputerowej sztuczności” to w dodatku jawił się w miarę upiornie – uwagę zwracały szczególnie jego szkaradne usta. Dynamicznie zmontowane makabryczne wstawki, którym urozmaicano akcję filmu również przyjęłam z dużym entuzjazmem, ale kierunek w jakim potoczyła się fabuła niezbyt mnie usatysfakcjonował, albo raczej sposób, w jaki twórcy podeszli do relacji Thei i Elizabeth, niemalże tak samo poszatkowany, jak wstępne sekwencje „FirstBorn”. Moim zdaniem można było wykrzesać z tego więcej emocji, przedstawić w dużo bardziej dramatyczny i klimatyczny sposób, nawet jeśli finał był łatwy do przewidzenia. Bo od pewnego momentu wszystko staje się aż nazbyt oczywiste, a przynajmniej ja bez nadwerężania mózgownicy bezbłędnie przewidziałam końcowy zwrot akcji.

„FirstBorn” w ogólnym rozrachunku mogę uznać za całkiem przyjemne widowisko. Film pozbawiony jakichś spektakularnych akcentów, które miałyby szansę dosłownie wbić w fotel zaprawionych w horrorach o zjawiskach nadprzyrodzonych odbiorców, ale też nie sądzę, żeby większość z nich poczuła się mocno rozczarowana. Produkcja Nirpala Bhogala w moim mniemaniu nie jest jakąś zjawiskową petardą, do której wielu widzów będzie często wracało, ale ogląda się ją całkiem dobrze, a jak na standardy współczesnego kina grozy to dość, żebym nie miała oporów przed zachęceniem do seansu wielbicieli gatunku. Choć tak jak zaznaczyłam, radzę nie mieć zbyt wygórowanych oczekiwań.

piątek, 6 stycznia 2017

Zapowiedź: Joe Hill „Strażak”

NOWA, SPEKTAKULARNA POWIEŚĆ AUTORA „ROGÓW” I „NOS4A2”

To moja wersja Bastionu – nasączona benzyną i podpalona” Joe Hill

Nikt nie wie dokładnie, kiedy i jak to się zaczęło. Przez kraj przetacza się przerażająca plaga, która uderza w kolejne miasta: Boston, Detroit, Seattle. Lekarze nazywają to Draco Incendia Trychophyton. Dla wszystkich innych to Dragonscale, wysoce zakaźny, śmiertelny zarodnik. Najpierw na ciele pojawiają się piękne czarno-złote plamy, a następnie ludzie stają w płomieniach. Zakażają się miliony, ogień wybucha wszędzie. Nie ma antidotum. Nikt nie jest bezpieczny. 
Pielęgniarka Harper Grayson opiekowała się setkami zainfekowanych pacjentów, zanim jej szpital całkowicie spłonął. Teraz złote plamy odkryła na własnym ciele. W szpitalu widziała wiele matek, które rodziły zdrowe dzieci, więc wierzy, że jej dziecko też takie będzie... jeśli sama dożyje dnia porodu. Bardziej niż ognia musi jednak unikać zbrojnej Bojówki Kremacyjnej, samozwańczego oddziału ścigającego bezwzględnie wszystkich tych, którzy ich zdaniem noszą w sobie zarodniki. Gdy ludzkość pogrąża się w płomieniach i szaleństwie, na horyzoncie pojawia się tajemnicza i fascynująca postać: człowiek w brudnej, żółtej kurtce strażaka, noszący żelazny pręt. Szalony Strażak, przemierzający ruiny New Hampshire, zainfekowany Dragonscale, zdołał kontrolować w sobie ogień i używa go jak tarczy, broniąc ściganych, i broni, gdy mści się za skrzywdzonych. Harper musi poznać jego tajemnicę, nim ogarną ją płomienie. Zachowajcie zimną krew, nadchodzi STRAŻAK!

Amazon.com uznał powieść Joe Hilla za jedną z 20 najlepszych książek pierwszej połowy 2016 r.

Przerażająca historia. Władca much dla pokolenia Twittera: po części postapokaliptyczna baśń, po części satyra społeczna. Inteligentna i wciągająca – ta książka daje solidnego kopa!” Joanne Harris

Tytuł oryginału: THE FIREMAN
Wydawnictwo: Albatros
Tłumaczenie: Anna Dobrzańska
Liczba stron: 800
Data wydania: 1 marca 2017

Źródło: http://www.wydawnictwoalbatros.com/

środa, 4 stycznia 2017

„Bodom” (2016)

W czerwcu 1960 roku czworo nastolatków zostaje zaatakowanych przez nieznanego sprawcę podczas swojego pobytu nad jeziorem Bodom w Finlandii. Potrójne brutalne morderstwo ma miejsce podczas snu młodych ludzi w namiocie. Jednemu z nich udaje się przeżyć, ale zabójca nie zostaje zidentyfikowany. Zafascynowany tą zbrodnią nastoletni Atte wraz ze swoim kolegą Eliasem organizuje krótki pobyt w miejscu, w którym niegdyś ktoś pozbawił życia trzy osoby. Dzięki podstępowi udaje mu się namówić do wyjazdu dwie znajome ze szkoły, Idę i Norę. Atte planuje przeprowadzić rekonstrukcję zbrodni z 1960 roku, o czym dziewczęta dowiadują się dopiero na miejscu. Starannie opracowany plan nastolatka zostaje jednak zaburzony niespodziewanym pojawieniem się mordercy.

Fińsko-estoński slasher w reżyserii Taneliego Mustonena został zainspirowany głośną zbrodnią z 1960 roku, która miała miejsce nad jeziorem Bodom w Finlandii. Scenariusz, który opracował wespół z Aleksim Hyvarinenem koncentrował się na fikcyjnej opowieści mającej miejsce jakiś czas później, która odnosiła się do autentycznych wydarzeń, ale sama w sobie nie była ich „filmowym odbiciem”. Szacuje się, że twórcy „Bodom” dysponowali budżetem opiewającym na milion sto tysięcy euro, czyli jak na standardy współczesnego kina sumą niezbyt zawrotną. Jak się jednak okazało w zupełności wystarczyła ona do stworzenia naprawdę solidnego slashera, znacznie przewyższającego amerykańskich reprezentantów tego nurtu powstałych w ostatnich latach. A właściwie to jestem skłonna uznać, że to najlepszy slasher od czasu remake'u „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” (choć może powinnam doliczyć jeszcze innych wyróżniających się reprezentantów tego nurtu z obecnego stulecia tj. Blady strach", Wszyscy kochają Mandy Lane" i Kłamstwo"), wziąwszy oczywiście pod uwagę te pozycje, które do tej pory udało mi się obejrzeć.

Od dłuższego czasu odnoszę wrażenie, że Amerykanie stracili zdolność kręcenia klimatycznych slasherów. Państwo, które wiodło prym na tym polu szczególnie w latach 70-tych i 80-tych XX wieku w następnym stuleciu głównie rozczarowywało długoletnich wielbicieli filmów slash. Bynajmniej nie dlatego, że scenarzystom brakowało pomysłowości, bo w tym podgatunku oryginalność nie jest konieczna. W moim pojęciu największą przywarą współczesnych amerykańskich slasherów jest plastikowa oprawa, która nijak nie przystaje do duszących kadrów prezentowanych niegdyś. Stąd też moje niepomierne zdumienie na widok nastrojowych zdjęć zaprezentowanych w „Bodom”. Twórcy nie wyjawili, w którym roku osadzili akcję swojego filmu – wiemy jedynie, że fabuła koncentruje się na wydarzeniach mających miejsce już po głośnej zbrodni nad jeziorem Bodom, czyli po czerwcu 1960 roku. Wygląd niektórych budynków i ogromna autostrada ujęta „z lotu ptaka” kazały mi przypuszczać, że fabułę osadzono w czasach współczesnych, ale zastanowił mnie brak podstawowego urządzenia każdego młodego człowieka, tj. telefonu komórkowego oraz kolorystyka przywodząca na myśl slashery z lat 70-tych i 80-tych. Tym ostatnim filmowcy mogli jedynie oddawać należny hołd niegdysiejszym przedstawicielom owego nurtu, jednocześnie czerpiąc ogromne korzyści z ich stylowości, dlatego też summa summarum wielkich trudności nastręcza odgadnięcie ram czasowych. W każdym razie z niniejszego celowego zabiegu scenarzystów wypływała pewna interesująca, zmuszająca do namysłu niejasność UWAGA SPOILER polegająca na niemożności rozszyfrowania charakteru mordercy – nie sposób orzec, czy jest on tym samym zbrodniarzem, który zamordował troje nastolatków w 1960 roku, czy jedynie naśladowcą zafascynowanym tamtym wydarzeniem. A właściwie to biorąc pod uwagę końcowe ujęcia w tej kwestii można też kombinować w zupełnie innym kierunku KONIEC SPOILERA. Wspomniane zdjęcia to doskonały przykład zjawiskowego efektu, jaki może dać połączenie kolorystyki zbliżonej do tej prezentowanej w slasherach z lat 70-tych i 80-tych ze współczesnymi technikami filmowania. Taneli Mustonen pokazał, że wcale nie trzeba stylizować obrazu na modłę niskobudżetowej rąbanki z XX wieku, aby przywołać ducha wspomnianego kina. Wyraźne zdjęcia, niezakłócane żadnymi zanieczyszczeniami i chwilami wymyślny montaż mogą idealnie koegzystować z przygaszonymi barwami, które to zwłaszcza na początku wprowadziły mnie w iście sentymentalny nastrój. Wyblakłe pomarańcze sygnalizujące chylenie się słońca ku zachodowi w połączeniu z pustkowiem widzianym za oknami samochodu protagonistów przywołały na myśl oryginalną „Teksańską masakrę piłą mechaniczną”, choć gwoli ścisłości w nieco ułagodzonym wydaniu – bez tej niezapomnianej aury zepsucia bijącej ze wzmiankowanej produkcji. Za to atmosfera wyalienowania i zagrożenia dosłownie atakuje zmysły widza już podczas tej niczym niezakłócanej podróży samochodem – sama oprawa audiowizualna sprawia, że nie ma się wątpliwości, iż młodzi ludzie zmierzają na spotkanie ze swoją śmiercią. A gdy wreszcie docierają na miejsce stopniowo zmienia się kolorystyka. Wyblakły pomarańcz jest wypierany przez powoli zalegającą ciemność, aczkolwiek nie atramentową, ponieważ widz nie ma najmniejszych problemów z dostrzeżeniem jeziora, nad którym osiadła gęsta mgła, rozciągającego się przed obozującymi na zimnych kamieniach nastolatkami i samych protagonistów oświetlanych ogniem buchającym z niewielkiego ogniska (wspomniana pomarańczowa barwa uwidacznia się wówczas na ich sylwetkach). Mustonen i Hyvarinen zarówno od strony technicznej, jak i tekstowej bezbłędnie przeprowadzają odbiorcę przez wstęp, cały czas pilnując, aby nie opuszczało go przeświadczenie o nieuchronnym koszmarze z udziałem nastolatków. Choć zdjęciom nie brakuje złowieszczości, choć z samej kolorystyki i ścieżki dźwiękowej emanuje czysta groza, scenarzyści nie sygnalizują realnego niebezpieczeństwa jedynie warstwą techniczną, jednocześnie przytaczając szczegóły zbrodni, która w 1960 roku wstrząsnęła Finlandią – autentycznej sprawy, co niewątpliwie dodaje smaczku tej produkcji. Miejscem docelowym głównych bohaterów „Bodom” jest ten sam brzeg jeziora, na którym niegdyś doszło do brutalnego potrójnego morderstwa, co powinno zaalarmować każdego odbiorcę, nawet tego mniej zaznajomionego z nurtem slash. Natchnąć go przekonaniem, że niniejszy skrawek odizolowanego terenu niedługo ponownie zbruka młodzieńcza krew.

Miłośnicy slasherów nieczęsto z uznaniem przyjmują zabawy filmowców z ich wyświechtaną konwencją, bardziej ceniąc sobie prostotę od daleko idących komplikacji. Wydaje mi się jednak, że propozycja Taneliego Mustonena ma sporą szansę w oczach wielu z nich jawić się niczym jeden z najbardziej udanych eksperymentalnych podejść do tego podgatunku. Film, który w ramach nurtu, w jakim egzystuje wykazuje się sporą pomysłowością na gruncie fabularnym, aczkolwiek nie uderza w skrajności, które można by uznać za przekombinowane. Doprawdy dziwny fenomen, bo naprawdę nieczęsto potrafię z entuzjazmem przyjąć większe modyfikacje w uwielbianej przeze mnie konwencji slasherów, a w „Bodom” właśnie takowe się pojawiają. Mimo to zamiast odebrać je, jako nadmiernie wymyślne, niepotrzebnie wypaczające to, co w wprost ubóstwiam w slasherach, czyli nienapuszone podejście do kinematografii, rozumienie, że w tym gatunku proste historie na ogół okazują się najlepsze, spoglądałam na owe komplikacje, jak na naturalne następstwo wszystkich wcześniejszych wydarzeń. UWAGA SPOILER W dodatku mocno zaskakujące, głównie dlatego, że scenarzyści z wprawą prawdziwych wirtuozów wcześniej nastawili widza na zupełnie inny rozwój wydarzeń. Zwłaszcza tego nawykłego do standardowych slasherów, którego obycie z niniejszym gatunkiem twórcy umiejętnie wykorzystali do swoich celów. Drugi zwrot akcji natomiast w moich oczach nie zbliżył się do poprzedniego osiągnięcia, bo morderstwo Atte nakierowało mnie na właściwy trop KONIEC SPOILERA. Kolejnym superlatywem „Bodom” są sceny mordów, którym co prawda zabrakło pomysłowości, ale to wcale nie umniejszało doskonałego wykonania – szczególnie mocne wrażenie robi końcowy kolaż ze zdjęciami zakrwawionych ofiar, ale nie zamierzam narzekać na wcześniejsze umiarkowanie krwawe ujęcia, które podlano naprawdę realistyczną substancją imitującą posokę, nie zapominając o diablo trzymających w napięciach wstawkach poprzedzających poszczególne morderstwa. Nora siedząca w lesie pod osłoną nocy, ściskająca w rękach narzędzie, którym w razie potrzeby zamierza okaleczyć sprawcę, który to jak wynika z paru subiektywnych ujęć czai się w pobliżu, czy spodziewane pojawienie się mordercy za plecami chłopaka wyznającemu dziewczynie prawdę o niedawnym koszmarze, który spotkał ją w szkole – to tylko niektóre przykłady bezbłędnego tworzenia napięcia i towarzyszącego mu niebywale mrocznego klimatu, które tak idealnie zespolono, że pozostają mi jedynie wyrazy najwyższego uznania dla talentu twórców „Bodom”.

Slasher Taneliego Mustonena to jak na razie najlepszy horror mający swoją premierę w 2016 roku pośród tych, które miałam okazję zobaczyć. Szczerze powiedziawszy to omal nie rozpłakałam się ze szczęścia widząc tak stylowe podejście do tego nurtu, bo współczesne rąbanki przyzwyczaiły mnie do czegoś zgoła innego. Zamiast wszędobylskiego plastiku dostałam kawał naprawdę nastrojowego horroru, doskonałą rąbankę, która wprost zachwyciła mnie zarówno warstwą techniczną, jak i fabularną. I którą czuję się w obowiązku polecić każdemu wielbicielowi umiarkowanie krwawego kina grozy, nawet sympatykom tych starszych pozycji, bo „Bodom” moim zdaniem wybija się ponad zwyczajową jakość slasherów z ostatnich lat.

wtorek, 3 stycznia 2017

„I Know You're in There” (2016)

Tom Redding dowiaduje się, że jego matka popełniła samobójstwo zostawiając mu w spadku dom w górach. Mężczyzna zostaje również poinformowany, że ma młodszą siostrę, Chloe, która cierpi na schizofrenię katatoniczną. Zajmująca się jej przypadkiem doktor Jorgenson próbuje skłonić Toma do pozostawienia dziewczyny w ośrodku zamkniętym, ale on decyduje się spędzić z nią trochę czasu. Postanawia wraz z Chloe spędzić kilka dni w domu odziedziczonym po matce, filmując swoją opiekę nad nią w ramach pracy dyplomowej. Niedługo po przyjeździe na odludzie Tom świadkuje niepojętym zjawiskom zachodzącym w domu i jego okolicach. Nabiera przekonania, że ich sprawczynią jest jego milcząca i nieruchoma siostra, do której jest coraz bardziej przywiązany. Sytuacja komplikuje się po przyjeździe dziewczyny Toma, Jamie.

Robert Lawson Gordon swoją przygodę z reżyserią rozpoczął w 2009 roku krótkometrażowym obrazem zatytułowanym „Love Echoes”. Rok później nakręcił 25-minutowy „Ugly, Strong, and Dignified”. Był również współautorem scenariusza pełnometrażowej komedii pt. „Siblings”, ale swoją własną dłuższą produkcję nakręcił dopiero w 2016 roku. „I Know You're in There” to niszowa hybryda gatunkowa. Scenariusz napisany przez samego Roberta Lawsona Gordona zawiera elementy tożsame dla horroru nadprzyrodzonego i thrillera psychologicznego, zmiksowane w sposób, który pewnie niczym nie zaskoczy wiernych miłośników obu tych gatunków, ale wydaje mi się, że nie o innowacyjność Gordonowi chodziło. Skłaniam się ku przypuszczeniu, że jego głównym celem było stworzenie standardowej choć wyrosłej na pomysłowych fundamentach opowieści, której największą siłą byłby przygniatający, paranoiczny klimat, a nie wymyślna warstwa tekstowa.

Niezmiernie cieszy mnie, że coraz częściej współcześni twórcy kina grozy rezygnują z nowoczesnego przepychu i skłaniają się w stronę minimalizmu. Oczywiście, nie zawsze jest to umotywowane pragnieniem odcięcia się od mainstreamu i dostosowania do oczekiwań węższej grupy odbiorców – często jest to spowodowane niedostatkami finansowymi, co mogło mieć miejsce również w przypadku „I Know You're in There”. Wolę jednak myśleć, że Robert Lawson Gordon swoim pełnometrażowym debiutem reżyserskim dawał wyraz głębokiej niechęci do efekciarskiego kina grozy i swoją przyszłość w tym zawodzie upatruje właśnie w tego rodzaju oszczędnych w środkach produkcjach. Być może to jedynie pobożne życzenia, może czas pokaże, że Gordon jest kolejnym karierowiczem, gotowym kręcić wszystko, co ma szansę przynieść jakiś dochód, choćby nawet miała to być przepełniona efektami komputerowymi szmira, której wejście na ekrany kin będzie poprzedzać obowiązkowa zakrojona na szeroką skalę kampania reklamowa. Jednak póki co na Roberta Lawsona Gordona nie sposób patrzeć, jak na przedstawiciela wspomnianej rzeszy twórców – jeszcze się nie skomercjalizował i być może z tego powodu udało mu się wydobyć tyle potencjału z doprawdy ograniczonych środków, którymi dysponował. Gordon zgromadził na planie niewielu aktorów, a lwią część akcji zamknął w starym niewielkim domku położonym w górzystej, malowniczej okolicy nieskażonej cywilizacyjnymi zdobyczami. Dom, który rodzicielka pozostawiła w spadku swojemu pierworodnemu dziecku, Tomowi Reddingowi, jest swego rodzaju samotną przystanią – oazą, w której można się schronić przed bezlitosną Naturą, rozciągającą się wszędzie jak okiem sięgnąć. Góry, lasy i jałowe pustkowia to wszystko, co leży w zasięgu wzroku każdego lokatora tego lichego domku – owa panorama zapiera dech w piersi swoją malowniczością i kusi spokojem, ale dzięki staraniom operatorów nie trudno dostrzec również skazę na tym uroczym obrazku. Niebo chwilami spowijają ciężkie, brudnoszare chmury, których obecność sprawia, że światło wpadające przez okna do domu Toma charakteryzuje się złowieszczą matowością, o wiele bardziej przytłaczającą od gęstych ciemności spowijających bohaterów filmu po zapadnięciu zmroku. Ale choć samotnie stojący domek w samym sercu tego pustkowia wydaje się jedynym miejscem w promieniu wielu kilometrów, w którym można znaleźć schronienie przed nieubłaganą Naturą, twórcy nie pozostawiają nam żadnych wątpliwości, że w jego wnętrzu natrafi się na zagrożenie zupełnie innego rodzaju, że przekraczając próg tego domu należy się liczyć z kolejnym niebezpieczeństwem. Jego źródła scenarzysta każe nam upatrywać w postaci Chloe (dobra kreacja Grainnne McDermott, choć z czasem jej warsztat szpeciła denerwująca dykcja), dziewczynki, która straciła kontakt z rzeczywistością, a przynajmniej w normalnym rozumieniu tego słowa. Bo główny bohater Tom Ridding, w którego w przyzwoitym stylu wcielił się Will Hurst, pewnego dnia odkrywa, że jego milcząca, nieruchoma siostra posiadła nadprzyrodzone moce, za pośrednictwem których nawiązuje z nim kontakt. Początkowo nie taki, jakiego by oczekiwał, bo rzekome przesunięcie siłą woli łyżeczki pozostawionej na stole przez mężczyznę to zbyt mało, aby mógł dotrzeć do siostry, ale dzięki wielkiej determinacji Tomowi z czasem udaje się poznać jej aktualne największe pragnienia. Robert Lawson Gordon zbudował swoją opowieść na chwytliwym, choć prostym fundamencie – przekonująco umotywował pobyt rodzeństwa na rozległym pustkowiu, uatrakcyjniając warstwę techniczną zdjęciami z kamer Toma, które w przeważającej mierze cechowały się stabilnością, aczkolwiek znalazło się kilka lekko rozchwianych, nocnych ujęć z udziałem przestraszonego Toma stojącego u progu przerażającej tajemnicy, które jednak całkiem mocno trzymały w napięciu, pomimo nielubianego przeze mnie zapożyczonego z found footage „drżącego kręcenia z ręki”.
 
Przyblakłe barwy, w których oddano przede wszystkim wydarzenia rozgrywające się w niewielkim domu zajmowanym przez Toma i Chloe wespół z długimi najazdami kamer na poszczególne wąskie pomieszczenia tworzą iście klaustrofobiczny klimat, doprawiony potężną dawką pierwiastka nadprzyrodzonego uosabianego złowieszczymi mocami drzemiącymi w chorej dziewczynce. Które manifestują się w tak niejednoznaczny sposób i które pojawiają się tak rzadko, że istnieje spore prawdopodobieństwo, iż nawykli do dosłownych prób straszenia odbiorcy szybko stracą cierpliwość i zrezygnują z obserwowania dalszego rozwoju wydarzeń. Twórcy wszak najbardziej skoncentrowali się na budowaniu złowrogiej otoczki „I Know You're in There”, generowaniu przytłaczającego klimatu zagrożenia, ograniczając efekty specjalne do absolutnego minimum. To samo zresztą można powiedzieć o składowych fabuły, którą cechuje podobna prostota, niechęć do wszelkich komplikacji, co w moim pojęciu było jak najbardziej trafionym wyborem. Czego z kolei nie mogę powiedzieć o końcowych próbach zaskoczenia mnie akcentem wcześniej ukrywanym przez scenarzystę, ponieważ moje doświadczenie z tego typu obrazami sprawiło, że jego starania nie przyniosły pożądanego skutku. Niezakłócane wydumanymi, nachalnymi próbami straszenia obserwowanie z dnia na dzień wzmacniającego się przywiązania Toma do niedawno poznanej siostry, niszczejącego wpływu jaki wywiera na niego podopieczna i przedłużająca się alienacja dostarczyło mi sporo przyjemności. Z radością przyjęłam tak mocno klimatyczną, prostą opowieść o rodzącej się obsesji, która przecież musi doprowadzić do wstrząsającego finału, wyczekiwanego w stanie wzmożonego napięcia. Wzmożonego, to prawda, acz gwoli formalności muszę przyznać, że twórcom ani razu nie udało się napiąć moich nerwów do granic wytrzymałości - nie zdecydowali się pójść o krok dalej i zaserwować mi choćby jedną dłuższą sekwencję, którą obserwowałabym z najwyższą trwogą, niepokojem o dalszy los któregoś z bohaterów. To, co osiągnęli wystarczyło, aby przykuć moją uwagę i dostarczyć mi sporo emocji, ale nie tak silnych, żebym mogła mówić o bezbrzeżnym zachwycie. Ponadto w moim pojęciu finalne wydarzenia nie przybrały tak zaskakującego kształtu, do jakiego bez wątpienia zmierzał scenarzysta, głównie dlatego, że kino grozy zdążyło już przyzwyczaić mnie do takich akcentów, a co za tym idzie dokładnie czegoś takiego się spodziewałam, łącznie z zamykającą krótką sekwencją, która miała za zadanie UWAGA SPOILER pozostawić widzów w stanie niepewności, co do charakteru wydarzeń pokazanych wcześniej. Zostawić interpretację fabuły w gestii odbiorców. Przy czym ścieżki są tylko dwie – albo odczytamy „I Know You're in There” w kategoriach opowieści o szaleństwie, albo dopatrzymy się tutaj wpływu nadprzyrodzonych mocy Chloe. A więc innymi słowy dostajemy możliwości, do których zdążyliśmy już przywyknąć i które mnie osobiście zaczynają już męczyć, a przynajmniej w takim wyraźnie nakreślonym wydaniu KONIEC SPOILERA.

Nie wszystko w „I Know You're in There” sprostało moim niewygórowanym wymaganiom. Przyznaję, że film posiada kilka felerów, które nieco obniżają moją ocenę całości, ale nie w takim stopniu, żebym uznała pierwsze pełnometrażowe dokonanie Roberta Lawsona Gordona za nieudane. Oczywiście, nie jest to produkcja przeznaczona dla szerokiej grupy odbiorców - wątpię, żeby zagustowały w niej osoby szukające w horrorach dosadnego straszenia efektami specjalnymi, ale nie zdziwiłabym się, gdyby film znalazł małą grupkę fanów wśród miłośników kina grozy stęsknionych za minimalizmem, tak technicznym, jak i fabularnym.

niedziela, 1 stycznia 2017

Gra książkowa „Ten dom” Agnieszki Wiatrowskiej

25 grudnia Wydawnictwo Wielokrotnego Wyboru świętowało szóstą rocznicę swojego istnienia. Z tej okazji na łamach witryny Masz Wybór opublikowało, dwudziestą już w swoim dorobku, grę książkową – „Ten dom” autorstwa Agnieszki Wiatrowskiej.

Ten interaktywny horror opowiada o pewnym domostwie i jego niepokojącym właścicielu, który niedawno w nim zamieszkał. Autorka zręcznie połączyła sztandarowe elementy gatunku takie jak wampiryzm, opętanie czy ożywające przedmioty z bardziej tajemniczymi elementami inspirowanymi Tybetańską Księgą Umarłych. Do tego już na samym początku przygody czytelnik-gracz musi wybrać pomiędzy postacią kobiecą a męską, co ma istotne znaczenie dla fabuły i możliwych do zdobycia zakończeń przygody.
 
Ten dom” to horror, w którym możesz brnąć w to, czego się najbardziej boisz, albo tego unikać. Świetna sprawa! Kawał solidnej gry! Opinia czytelnika

  Na takiego gamebooka czekałem od lat! Mam nadzieję, że to nie jedyny interaktywny, literacki projekt Agnieszki Wiatrowskiej i że swój talent będzie odkrywać w kolejnych dziełach. Mikołaj Kołyszko, autor kultowej serii Tajemne Oblicze Świata

Gamebook rozpowszechniany jest na licencji donationware, więc każdy, kto go pobierze, jest proszony o dobrowolną wpłatę nie mniej niż 2 zł na konto Fundacji na rzecz Osób Niewidomych Labrador-Pies Przewodnik.
 
Tytuł dostępny jest jako podlinkowany PDF, a także w dedykowanych na urządzenia mobilne formatach EPUB i MOBI pod tym adresem: http://masz-wybor.com.pl/ten-dom-na-pewno-cie-zaskoczy/

Źródło: wszystkie materiały podesłane przez redakcję witryny Masz Wybór
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...