niedziela, 4 grudnia 2016

„Morgan” (2016)

Konsultantka z działu zarządzania ryzykiem, Lee Weathers, przyjeżdża do ośrodka badawczego, w którym trwają prace nad projektem finansowanym przez firmę, dla której pracuje. Kobieta utrzymuje, że jej zadaniem jest zbadanie wszystkich okoliczności incydentu, do jakiego niedawno doszło w tym miejscu. Eksperymentalny hybrydowy organizm biologiczny zwany Morgan okaleczył jedną z osób wchodzących w skład zespołu badawczego, którego członkowie tak mocno zżyli się z efektem swojej pracy, że starają się bagatelizować to wydarzenie. Po przeprowadzeniu krótkiego rozpoznania Lee Weathers spotyka się z pięcioletnią hybrydą, która przez ten krótki okres osiągnęła rozmiary dorosłego człowieka, a członkowie zespołu badawczego zwracają się do niej, jak do przedstawicielki rodzaju żeńskiego. Weathers woli podchodzić do Morgan, jak do produktu rodzaju nijakiego, pomimo jej zdolności odczuwania i w przeciwieństwie do osób, którzy spędzili z nią kilka lat jest świadoma niebezpieczeństwa, jakie może na nich sprowadzić.

Morgan” to pełnometrażowy debiut Luke'a Scotta, syna osławionego Ridleya, twórcy między innymi takich produkcji, jak „Obcy – 8. pasażer Nostromo”, „Hannibal” i „Prometeusz”. Zrealizowany za osiem milionów dolarów thriller science fiction początkującego reżysera powstał w oparciu o scenariusz Setha W. Owena, który w 2014 roku dostał się na tzw. „Black List” zawierającą najbardziej lubiane tego typu dziełka. Nic więc dziwnego, że nastawiano się na spory zysk, tym bardziej, gdy opinię publiczną obiegła wiadomość, że „Morgan” wyreżyseruje syn Ridleya Scotta, który z kolei jest jednym z producentów filmu. Jednak przewidywania okazały się nazbyt optymistyczne – „Morgan” nie osiągnęła kasowego sukcesu i co więcej niedługo gościła na ekranach amerykańskich kin. Kompletną klapą finansową chyba nie można tego nazwać, bo jednak jakiś nieduży zysk produkcja przyniosła, aczkolwiek z całą pewnością nie jest to zadowalający wynik w przypadku filmu, którego jednym z producentów był Ridley Scott.

Nie sądzę, żeby wielbiciele filmów science fiction Ridleya Scotta po obejrzeniu „Morgan” nabrali przekonania, że syn idzie śladami swojego ojca. Niewykluczone, że kolejne przedsięwzięcia Luke'a będą cechować się większym realizacyjnym rozmachem i nieco bardziej złożonymi fabułami, ale póki co mogę jedynie wnioskować, że ceni sobie minimalizm, prostotę i to w wydaniu, która niekoniecznie zaspokoi gusta bardziej wymagających odbiorców. Scenariusz Setha W. Owena zasadza się na znanym motywie eksperymentu przechowywanego na jakiejś ograniczonej, zamkniętej przestrzeni, który wymknął się spod kontroli. „Maszyna śmierci” i „Człowiek widmo” to pierwsze produkcje, które teraz przychodzą mi na myśl, jeśli chodzi o tę konwencję, ale z całą pewnością nie są jedyne. W ten oto schemat Owen wkomponował wątek hybrydy Morgan z wykształconą sferą emocjonalną, którą stworzono na potrzeby pewnej tajemniczej korporacji. Egzystująca z dala od cywilizacji, przetrzymywana w niewielkim ośrodku badawczym, usytuowanym w zacisznym leśnym zakątku i poddawana niezliczonym badaniom, hybrydowa istota jest dziełem ludzkich rąk, co sprawia, że ma się niemałe problemy z ukierunkowaniem sympatii. Choć członkowie ekipy badawczej czuwającej nad Morgan to całkiem sympatyczna zbieranina zróżnicowanych osobowościowo, acz raczej ogólnikowo nakreślonych osobników, przez sam bulwersujący eksperyment, jakiego się dopuścili, dużych trudności nastręcza sympatyzowanie z którymkolwiek z nich, a przynajmniej na początku. Największe szanse na zdobycie przychylności widza w mojej ocenia ma behawiorystka Amy Menser (w którą w zadowalającym stylu wcieliła się Rose Leslie), zauważalnie najbardziej zżyta z przetrzymywaną w przeszklonym pomieszczeniu istotą wyglądającą jak człowiek, przy czym trudno wyprzeć z pamięci fakt, że bierze udział w tym haniebnym przedsięwzięciu, a co za tym idzie nie sposób całkowicie się do niej przekonać. Jeszcze bardziej niewygodnie sytuacja przedstawia się w przypadku głównej bohaterki, zdystansowanej Lee Weathers, z której bije wręcz nieludzki chłód. Kamienna twarz odtwórczyni tej roli, znakomitej Kate Mary, właściwie pozbawione mimiki oblicze i zimne spojrzenie, sprawiają, że nie sposób się z nią utożsamić, a nawet zapałać do niej jakimiś cieplejszymi uczuciami już w pierwszych sekwencjach z jej udziałem, jeszcze zanim zapoznamy się z zadaniem, które przed nią postawiono. UWAGA SPOILER Doprawdy nie mogłam pojąć, dlaczego Luke Scott tak pokierował Marą. Dlaczego nie poczynił żadnych prób, które choć w części zbliżyłyby mnie do postaci Lee Weathers, dlaczego uparł się, abym miała wrażenie, że bohaterka odpycha mnie od siebie. Zresztą tak samo jak członków zespołu badawczego, których pracę poddaje kontroli, z ramienia firmy finansującej ich przełomowy projekt. Ta zagadka znalazła wyjaśnienie w finale, który sprawił, że dziwiłam się samej sobie, iż wcześniej nie zdołałam rozpracować zamysłu scenarzysty i przyklasnęłam mu za to, że zdołał mnie zaskoczyć, aczkolwiek podejrzewam, że niejednemu widzowi uda się przewidzieć końcowy akcent KONIEC SPOILERA. Sympatyzowanie z tytułową postacią (w tej roli przyzwoita warsztatowo Anya Taylor-Joy) również jest mocno utrudnione, bo choć już na początku wyjaśnia się, że jest ofiarą, produktem stworzonym przez ludzi bawiących się w bogów to nawet średnio obeznany z science fiction widz już podczas wstępnych sekwencji powinien uświadomić sobie, że potencjalne zagrożenie najpewniej wypłynie z jej strony. Niemniej nie sposób nie zauważyć tragicznego losu, jaki spotkał nieproszącą się na ten świat istotę, która zgodnie z zamysłem naukowców nie jest pozbawioną zdolności odczuwania maszyną tylko osobą z krwi i kości z wykształconą sferą emocjonalną, z którą jednak się nie afiszuje. Na jej obliczu jedynie z rzadka widać przejawy jakichś uczuć – najczęściej przywdziewa „kamienną maskę”, dzięki której jej postać spowija aura tajemniczości. Wiemy, że eksperymentalny organizm, którym jest Morgan budową i emocjonalnością przypomina człowieka, ale równocześnie zdajemy sobie sprawę, że nie jest przedstawicielem rasy ludzkiej. Jest wyjątkowym okazem, który może współpracować ze swoimi stwórcami, ale łatwo wyczuć, że równie dobrze może się im przeciwstawić.

Scenariusz Setha W. Owena trudno określić słowem „ambitny”. Co prawda niesie sobą jakąś treść, ale nie rozbudowuje jej w takim stopniu i tak błyskotliwie, żeby mieć poczucie obcowania z dojrzałym, czy też odkrywczy dziełem. Autor scenariusza pobieżnie analizuje problem kompleksu Boga, a nawet poddaje krytyce całą rasę ludzką, bo przecież Morgan jako organizm wzorowany na człowieku posiada również destrukcyjne zapędy, co uświadamia się nam już na początku podczas spotkania Lee Weathers z kobietą okaleczoną przez hybrydę. Ale scenarzysta cały czas pilnuje się, żeby nie zbaczać z prostej ścieżki fabularnej, nie rozwijać zanadto kwestii, które poruszył. Chociaż gwoli sprawiedliwości w podtekście można dopatrzeć się pobieżnej analizy kilku cech ludzkości. Nie wysuwa się ona jednak na pierwszy plan, jest swego rodzaju dodatkiem do fabuły, elementem zawiązującym akcję, która to konsekwentnie trzyma się wyświechtanego schematu. Czy mi to przeszkadzało? Absolutnie nie. Bo szczerze powiedziawszy mam już dość przeintelektualizowanych opowieści science fiction i zamiłowania wielu współczesnych twórców przedstawicieli tego gatunku do efektów komputerowych. Propozycja Luke'a Scotta była miłą odskocznią od wielowątkowych, złożonych utworów wpisujących się w ten gatunek, a niechęć (czy też „zło konieczne” spowodowane niezbyt wygórowanym budżetem) do epatowania widowiskowymi efektami przyjęłam wręcz z ulgą. Moje zadowolenie byłoby co prawda większe, gdybym mogłam w pełni sympatyzować, z którąś z postaci, gdyby bohaterzy nie cechowali się taką jaskrawo nakreśloną ambiwalencją, ale w samej technicznej i fabularnej prostocie oraz braku większej innowacyjności nie widziałam niczego złego. W początkowych sekwencjach, rozgrywających się w ciasnych pomieszczeniach obiektu badawczego zabrakło mi większej śmiałości w budowaniu klaustrofobicznej atmosfery, której przecież ma prawo się oczekiwać od takiej scenerii i od wątku zamknięcia istoty przypominającej człowieka w niedużym pomieszczeniu, ale nie w aż takim stopniu, żebym poczuła się rozczarowana staraniami operatorów i oświetleniowców. Alienację Morgan da się odczuć, mimo niezbyt mrocznego klimatu i niedostatecznego akcentowania ciasnoty wnętrz. A i dynamiczna akcja dominująca w dalszych partiach filmu, choć na ogół nie przepadam za tego rodzaju potyczkami, zaspokoiła moje niewygórowane oczekiwania. Popracowałabym nad montażem walk wręcz, bo jak na mój gust podano to w nazbyt dezorientujący migawkowy sposób, ale cieszył mnie tak niski poziom efekciarstwa – spodziewałam się przydługich strzelanek i hektolitrów substancji imitującej krew, ale twórcy nie przedobrzyli w tej materii, większą wagę przykładając do budowania całkiem zadowalającego poziomu napięcia (choć nie zaszkodziłoby poświęcić więcej czasu powolnym podchodom w budynku) i akcentowania nieprzejednanej postawy Lee Weathers.

Mam wątpliwości, czy debiut Luke'a Scotta jest pozycją, która powinna być wyświetlana w salach kinowych. Nie wydaje mi się, żeby była to produkcja, która mogłaby sprostać oczekiwaniom szerokiej opinii publicznej, a zwłaszcza tej jej części, która nawykła do zdecydowanie bardziej efekciarskich i złożonych fabularnie kinowych obrazów science fiction i nie potrafi odnaleźć się w prostych opowieściach oddanych w minimalistycznych formach. „Morgan” może się podobać, ale tylko wówczas, jeśli od gatunku, w który się wpisuje nie oczekuje się przede wszystkim skomplikowanych, wielowątkowych historii, czy mnogości widowiskowych efektów. Przy czym nawet tej grupie odbiorców radziłabym nie oczekiwać cudów – już chyba lepiej nastawić się na czystą, odprężającą rozrywkę, która nie ma dużych szans, aby na trwałe osiąść w pamięci widza. A przynajmniej ja tak to widzę – należy jednak wziąć poprawkę na to, że moje przewidywania wcale nie muszą być trafne.

sobota, 3 grudnia 2016

„Dom Glassów: Dobra matka” (2006)

Po śmierci rodziców w wypadku nastoletnia Abby i jej młodszy brat Ethan trafiają pod opiekę nowo poznanego małżeństwa, Eve i Raymonda Goode, których syn jakiś czas temu utopił się w ich niewielkim jeziorze. Wkrótce po wprowadzeniu się do nowego domu Abby zaczyna mieć wrażenie, że gospodarze ograniczają jej swobodę, nie pozwalając oddalać się od miejsca zamieszkania. Z czasem dziewczyna zaczyna wdawać się w konflikty z apodyktyczną Eve, mającą obsesję na punkcie dbałości o dom i wypełniania swoich dziwnie pojmowanych obowiązków rodzicielskich. Raymond natomiast zdaje się być całkowicie podporządkowany woli małżonki. Relacje Abby i Eve stają się coraz bardziej napięte, a dziewczyna zaczyna stopniowo odkrywać mroczną tajemnicę małżonków równocześnie nabierając pewności, że jej i Ethanowi grozi wielkie niebezpieczeństwo.

W 2001 roku pojawił się thriller w reżyserii Daniela Sackheima, „Dom Glassów, opowiadający o rodzeństwie, które trafiło pod opiekę pewnego podejrzanie się zachowującego małżeństwa. Szacuje się, że na realizację filmu przeznaczono bagatela trzydzieści milionów dolarów, czego może potem żałowano, bo produkcja nie odniosła spektakularnego komercyjnego sukcesu, a jeśli wierzyć niektórym portalom internetowym wkład pieniężny nawet się nie zwrócił. To jednak nie odstraszyło ludzi z branży filmowej, którzy pięć lat później postanowili podpiąć się pod przedsięwzięcie Sackheima. Scenariusz „Domu Glassów: Dobrej matki” autorstwa Bretta Merrymana wspomaganego przez Wesleya Stricka, scenarzystę pierwszej odsłony (reżyserią zajął się debiutujący w tej roli Steve Antin), co prawda tematycznie jest nieco zbliżony do wspomnianego obrazu, ale tylko w ogólnym zarysie. Bezpośrednio nie nawiązuje do filmu Sackheima – nie odnajdziemy w nim wątków odnoszących się do rodziny Glassów i ich młodych podopiecznych. Fabuła koncentruje się na zupełnie innym małżeństwie, których haniebne postępowanie względem przygarniętych dzieci determinują zgoła odmienne pragnienia. A więc jeśli ktoś nie oglądał „Domu Glassów”, a ma okazję zerknąć na reżyserski debiut Steve'a Antina nie powinien się obawiać o kompleksowe zrozumienie fabuły.

Przyznam się, że większą sympatią darzę obraz Steve'a Antina od przedsięwzięcia Daniela Sackheima. W ogólnym rozrachunku „Dom Glassów” odbieram na plus, ale jakoś nigdy nie potrafiłam wybaczyć jego twórcom zmarginalizowania roli Diane Lane i delikatnie plastikowej oprawy wizualnej. „Dom Glassów: Dobrą matkę” zrealizowano niższym kosztem, co być może pomogło w wytworzeniu bardziej preferowanego przeze mnie klimatu. Zamiast silnie skontrastowanych zdjęć, mamy lekko przybrudzone, ziarniste obrazy, które podkreślają klaustrofobiczną atmosferę wynikającą z warstwy tekstowej i miejsca akcji. Położona na uboczu duża posiadłość Eve i Raymonda Goode, z rozległym ogrodem i małym jeziorkiem z zewnątrz jawi się bardzo okazale, wręcz bajecznie, ale wszystkie pomieszczenia wewnątrz domu sportretowano w taki sposób, że ma się wrażenie, jakby były węższe niż w rzeczywistości, jakby protagoniści byli uwięzieni na mocno ograniczonej przestrzeni, tak ciasnej, że aż przytłaczającej. Niemałą zasługę w wytworzeniu takiego odczucia miało oświetlenie – szczególnie w ujęciach dziennych, kiedy to przez okna do środka przedostawało się jedynie blade światło, nierozpraszające wszystkich cieni zalegających w poszczególnych pomieszczeniach. W połączeniu z lekko przybrudzoną kolorystyką daje to naprawdę zadowalający efekt, z punktu widzenia osoby poszukującej umiarkowanie klimatycznych dreszczowców. Jednak w moim odczuciu to nie oprawa wizualna jest najsilniejszą częścią składową „Domu Glassów: Dobrej matki”, choć w tej materii twórcy zdecydowanie mnie nie zawiedli. Z dużo większym uznaniem przyjęłam jednak postacie kobiece, których kreacje i charaktery dosłownie niosły ten obraz. To głównie dzięki nim mogłam się cieszyć tak potężnym emocjonalnym ładunkiem, emanującym dosłownie z każdej sekwencji z ich udziałem. Jako, że wprost ubóstwiam kobiece czarne charaktery, tak w kinematografii, jak i literaturze, z ulgą przyjęłam fakt, że twórcy drugiej odsłony „Domu Glassów” nie poszli śladami swoich poprzedników i nie zminimalizowali udziału gospodyni na rzecz jej małżonka. Tutaj mamy do czynienia z odwrotną sytuacją – od początku wydaje się, że największe zagrożenie stwarza nie „głowa rodziny” tylko jego żona, pedantyczna Eve, która jak kąśliwie zauważa Abby zgrywa żonę ze Stepford, zawsze prezentując się wręcz nieskazitelnie i przeznaczając większość czasu na prace domowe. Największym marzeniem Eve jest zostanie dobrą matką, aczkolwiek sposób, w jaki obchodzi się z nowymi podopiecznymi tylko przez nią samą uważany jest za właściwy – w widzach powinien raczej wywoływać oburzenie. Eve ewidentnie boryka się z problemami psychicznymi, które w połączeniu z twardym charakterem dają iście wybuchową mieszankę. Kobiecy czarny charakter przypadł w udziale Angie Harmon, bodajże najbardziej znanej z roli Jane Rizzoli w serialu „Partnerki” (dodam, że znakomitym, co jest z mojej strony na tyle dużym komplementem, że bardzo rzadko trafiam na serial, który potrafi mnie zainteresować), która dała prawdziwy popis aktorski, elektryzując mnie swoją ekspresją ilekroć tylko pojawiła się na ekranie. Wydaje mi się jednak, że nie wypadłaby tak zjawiskowo, gdyby nie towarzysząca jej Jordan Hinson, wcielająca się w postać nastoletniej Abby (ciekawa rzecz, bo w „Partnerkach” postać kreowana przez Harmon największe wrażenie robi w sekwencjach z Sashą Alexander). Wszystkie scenki, w których obie panie wchodzą w jakąś interakcję, które koncentrują się na ukazywaniu ich wzajemnych relacji charakteryzują się takim ogromem elektryzujących emocji, że autentycznie czuję dreszczyk ogarniający całe moje ciało ilekroć odświeżam sobie tę pozycję. Mogłabym w nieskończoność obserwować zaogniający się konflikt pomiędzy Eve i Abby, dlatego tym bardziej cieszyło mnie, że scenarzysta najbardziej rozbudował ten wątek filmu, nie śpiesząc się z eskalacją przemocy. Przez długi czas wyraźnie, acz nie nazbyt nachalnie dawał widzom do zrozumienia, że z Eve jest coś nie tak, że pod fasadą idealnej pani domu skrywa swoje prawdziwe, niecne zamiary. A osobą, która wyprowadza ją z równowagi jest nastoletnia Abby, siostra Ethana, do którego Eve wydaje się mieć słabość. 

Moim zdaniem w drugiej odsłonie „Domu Glassów” jest dużo więcej psychologii niż w pierwszej, że twórcy omawianego obrazu więcej uwagi poświęcili osobowościom poszczególnych postaci, zwłaszcza kobiecych, choć na niedobór informacji o Raymondzie również nie można narzekać. I co ważniejsze poczynili starania, aby napięcie wynikało przede wszystkim z niepokojących zachowań antagonistki względem podopiecznych i swego rodzaju buntu nastoletniej postaci. Zadziorność Abby, słowne przeciwstawianie się woli gospodyni, która ewidentnie sprawuje niepodzielne rządy w swoim domostwie, sprawia, że Eve zaczyna postrzegać ją w kategoriach uciążliwego problemu. Na początku stara się wymusić posłuszeństwo na nastolatce, szukając sposobów, które mają jej uświadomić, że opór na nic się nie zda, bo trafiła na przeciwniczkę o wiele cwańszą od siebie. Patrząc na cios, jaki Eve wymierza Abby podczas kolacji, obserwując fortel z potłuczonymi naczyniami, które boleśnie ranią nieuważną dziewczynę, czy nawet przysłuchując się surowym reprymendom wypływającym z ust antagonistki, widz właściwie nie ma wątpliwości, że zachowanie Eve ze sceny na scenę będzie się odznaczało coraz większą brutalnością. Nie tylko w stosunku do Abby, ale również jej młodszego brata. Nie mogę nie pochwalić twórców za to, że podeszli do problematyki swojego filmu w tak wyważony sposób, że przez długi czas nie atakowali mnie wymyślnymi formami znęcania się nad nieletnimi, że z taką starannością podeszli do dawkowania napięcia wynikającego z warstwy psychologicznej. Bo dzięki temu fizyczne obrażenia, jakie odnoszą dzieci w dalszej partii produkcji jawiły się dużo bardziej tragicznie, niż zapewne miałoby to miejsce, gdyby filmowcy bez chwili zbędnej zwłoki zaprezentowali mi do czego zdolna jest pani Goode, do jakich bezeceństw popycha ją choroba psychiczna. Widać w tym duże podobieństwa do „Kwiatów na poddaszu”, ale osobiście nie uważam owej powtarzalności motywów za mankament. Wręcz przeciwnie: moim zdaniem wykorzystanie takich, a nie innych wątków w moim pojęciu idealnie wkomponowało się w całość, potęgując napięcie i poczucie nieuchronnie zbliżającej się tragedii. Reżyserskiemu debiutowi Steve'a Antina zarzuciłabym jednak zbytnią przewidywalność, bo właściwie już od pierwszych ujęć łatwo przewidzieć, w jakim kierunku potoczy się akcja. Nawet tajemnica skrywana przez państwo Goode tak naprawdę żadną tajemnicą dla mnie nie była, bo przedwczesne rozszyfrowanie tego akcentu jakoś samo nasunęło mi się na myśl już podczas pierwszej połowy projekcji. Myślę jednak, że przewidywalna fabuła nie miałaby dla mnie żadnego znaczenia, gdyby nie diablo rozczarowujący finał – gdyby twórcy „Domu Glassów: Dobrej matki” nie wykazali się takim brakiem odwagi i zaserwowali mi jakiś mocniejszy akcent, który to zatarłby wrażenie obcowania z historią zmierzającą do jakże oczywistego zakończenia. Gdyby to poprawić omawiany thriller Antina znacznie zyskałby w moich oczach, ale nawet wziąwszy pod uwagę owe niedostatki nie jestem w stanie nie doceniać jego przedsięwzięcia.

„Dom Glassów: Dobra matka” z całą pewnością nie jest pozycją przeznaczoną dla entuzjastów wysokobudżetowych amerykańskich thrillerów – tj. tych spośród nich, które charakteryzują się plastikowymi oprawami wizualnymi i zawrotnym tempem akcji. Osoby, dla których duże znaczenie mają innowacyjne, czy też zaskakujące scenariusze również mogą być głęboko rozczarowani propozycją Steve'a Antina. Moim zdaniem film ma szansę zadowolić głównie odbiorców akceptujących proste, nieprzekombinowane historie z dużą dozą psychologii. Może nie głębokiej, ale z mojego punktu widzenia na tyle umiejętnie wyłuszczonej, żeby poczuć oczekiwany dreszczyk emocji. I być może w takim samy stopniu zachwycić się kobiecymi postaciami, jak ma to miejsce w moim przypadku. Dlatego mniej wymagającym widzom, jak najbardziej polecam, nawet tym niezaznajomionym z pierwszą odsłoną, bo jak się okazuje nie jest to konieczne do całościowego zrozumienia fabuły tej produkcji.

czwartek, 1 grudnia 2016

„Fender Bender” (2016)

Nastoletnia Hilary Diaz zalicza stłuczkę podczas prowadzenia nowego samochodu matki. Winę ponosi drugi kierowca, który proponuje nie angażować w to policji. Dziewczyna wymienia się z nim danymi osobowymi i numerami ubezpieczeń, nie zapominając zrobić również kilku zdjęć. Po powrocie do domu dowiaduje się, że w ramach kary za uszkodzenie samochodu nie wybierze się z rodzicami na długo wyczekiwaną weekendową wycieczkę. Wieczorem po ich wyjeździe kierowca, który uderzył w samochód matki Hilary kontaktuje się z dziewczyną za pośrednictwem SMS-ów, a niedługo potem dochodzi do incydentu, który każe nastolatce sądzić, że ktoś włamał się do jej domu. Gdy odwiedzają ją przyjaciele, Rachel i Erik, dziewczyna na chwilę odsuwa od siebie myśl o potencjalnym wtargnięciu intruza. Wkrótce jej niepokój okazuje się w pełni uzasadniony, ponieważ zamaskowany oprawca ujawnia swoją obecność.

Miłośnikom kina grozy Mark Pavia może kojarzyć się z „Nocnym złem”, adaptacją opowiadania Stephena Kinga, która ukazała się w 1997 roku i jak dotychczas była jedynym pełnometrażowym obrazem tego artysty. Aż dziewiętnaście lat przyszło widzom czekać na kolejną produkcję Pavii, również horror, ale wykorzystujący zgoła odmienną konwencję. Scenariusz do swojego drugiego pełnometrażowego filmu zatytułowanego „Fender Bender” Mark Pavia napisał sam, wpisując fabułę w ciasne ramy nurtu slash, co według wielu widzów w połączeniu z maksymalną prostotą miało stanowić ukłon w stronę slasherów z lat 80-tych. Miało być swego rodzaju powrotem do przeszłości - do okresu, w którym na ekranach kin królowały nieskomplikowane rąbanki, pozbawione drogich efektów specjalnych. Warstwa tekstowa rzeczywiście przypomina XX-wieczne slashery, przy czym Mark Pavia nie poszedł śladami niektórych swoich kolegów po fachu, którzy znajdują upodobanie w stylizowaniu zdjęć na starą modłę. Zamiast tego zdecydował się na współczesną oprawę wizualną, co moim zdaniem nie wyszło „Fender Bender” na dobre.

„Fender Bender” to opowieść o nastoletniej Hilary Diaz, która staje się celem seryjnego mordercy, skrywającego swoją twarz pod fantazyjną maską i dzierżącego w ręku długi nóż. Brzmi pospolicie? Powinno, bo jak już wspomniałam Mark Pavia zauważalnie nie miał zamiaru kręcić nowatorskiego horroru. Jedynym elementem, który odróżnia fabułę „Fender Bender” od innych filmowych rąbanek jest sposób, w jaki morderca pozyskuje informacje o swoich aktualnych celach. Nie marnotrawi czasu na długie podchody, nie śledzi upatrzonych ofiar, o przeglądaniu portali społecznościowych już nie wspominając. Zamiast tego znajduje prostszy i zdecydowanie szybszy sposób na dowiadywanie się wszystkiego, co konieczne o młodych kobietach, które ma zamiar pozbawić życia. Bo po co godzinami szukać potrzebnych informacji, jak można je dostać od samej ofiary, nieświadomej zagrożenia, jakie na siebie sprowadza? Fortel „bezimiennego” kierowcy charakteryzuje się zarazem niskim stopniem skomplikowania, jak i sporą pomysłowością. W dodatku może nieść pewną przestrogę dla kierowców, którzy niefrasobliwie przekazują swoje dane osobowe nieznajomym, bez uprzedniego zawiadomienia policji o niegroźnej stłuczce. Właśnie tak postępuje nastoletnia Hilary Diaz, tym samym sprowadzając wielkie zagrożenie na siebie i swoich znajomych. I na tym w zasadzie można by zakończyć przybliżanie zarysu fabuły „Fender Bender”, bo chyba nikt, kto to czyta nie ma wątpliwości, w jakim kierunku potoczą się dalsze wydarzenia. Dostaniemy spodziewany motyw kojarzący się głównie z nurtem home invasion, ale oddany w stylistyce slash, który sprowadza się do tego, że oprawca wkracza do domu głównej bohaterki, aby zabić wszystkich, którzy w nim przebywają. Nie mogę powiedzieć, że ubodła mnie tak daleko posunięta konwencjonalność, bo co jak co, ale standardowe slashery, pozbawione bzdurnych udziwnień są czymś, co wprost ubóstwiam i to nieprzerwanie od najmłodszych lat. Jednak wolałabym, żeby Mark Pavia dopracował warstwę techniczną. Stylizacja na produkcję z lat 80-tych idealnie wkomponowałaby się w prościutką fabułę, niemniej jakoś udało mi się zaakceptować nowoczesną oprawę, czego nie mogę niestety powiedzieć o sposobach budowania napięcia. Nie wszystkich, bo na przykład moment, w którym Hilary i Erik ukrywają się w ciasnym pomieszczeniu w remontowanej części domu dziewczyny, podczas gdy za drzwiami krąży uzbrojony mężczyzna nieco podniósł mi adrenalinę we krwi. Długie zbliżenia na przerażone twarze młodych ludzi i podchodzącego do ich kryjówki oprawcy, ciemna kolorystyka i dokładnie taka długość, jaka być powinna, sprawiły, że siedziałam „jak na szpilkach” w oczekiwaniu na rychły atak. Niestety, takiego samego efektu nie udało się twórcom osiągnąć podczas portretowania między innymi chwil poprzedzających zabójstwo kobiety w prologu, czy wydarzeń mających miejsce przed pojawieniem się przyjaciół Hilary Diaz w jej własnym domu. W moim odczuciu Mark Pavia nie wyliczył tego należycie w czasie, nazbyt przeciągając sygnalizowanie obecności intruza za pośrednictwem długich najazdów kamer mających sugerować, że podglądamy na ujęcia z jego perspektywy. W ten sposób początkowo doskonale wyczuwalne napięcie z czasem zaczyna opadać, co samo w sobie nie byłoby takie złe, bo przecież moment, w którym widz traci czujność jest najlepszy na pojawienie się mordercy. Problem w tym, że oprawca wkracza „na scenę” długo po wyparowaniu emocjonalnego napięcia, wówczas, gdy widz jest już tak znudzony, że obecność agresora nie robi już na nim większego wrażenia. Myśli wszak głównie o tym, żeby dana sekwencja dobiegła końca zanim wpadnie w objęcia zbawczego snu. Doprawdy szkoda, że twórcy polegli na tak nietrudnej sztuce, jak właściwe wyliczenie wszystkiego w czasie (w paru scenach), bo oprawa audiowizualna jak na współczesny slasher była odpowiednio złowieszcza.

Oglądając „Fender Bender” miałam nieodparte wrażenie, że Mark Pavia w swoim scenariuszu uparł się uwypuklać wszelkie głupstewka będące domeną filmów slash, nie starając się w przekonujący sposób tłumaczyć takiego, a nie innego zachowania protagonistów i co ważniejsze prezentując kilka zastanawiających poczynań bohaterów zaistniałych bez widocznego powodu. Przykładem pierwszego „fenomenu” niech będzie moment, w którym samotnie przebywająca w domu Hilary po uświadomieniu sobie, że wewnątrz może przebywać ktoś jeszcze chwyta za kij baseballowy zamiast w pierwszej kolejności dzwonić pod numer alarmowy, który zostaje mało wiarygodnie wyjaśniony nieco później, gdy z jej ust pada kwestia, że nie chce angażować w to organów ścigania, bo jak na jeden dzień ma dość nieprzyjemności. Ale to jeszcze nic. Dużo bardziej zdumiewający jest ustęp, w którym Hilary odkrywa, że ktoś sfotografował ją pod prysznicem, na co w pierwszej chwili reaguje głośnym nawoływaniem rodziców, tak jakby myślała, że to ich sprawka. Po co rodzice nastolatki mieliby robić jej wstydliwe zdjęcia, nie wiadomo, ale jak widać dla dziewczyny miało to sens... Kolejnym wyraźnie zaznaczonym mało wiarygodnym posunięciem młodych ludzi jest skonsumowanie przez dwoje z nich tortu, zostawionego pod domem Hilary przez kogoś proszącego ją o wybaczenie. Domniemana final girl i jej przyjaciele nabierają przekonania, że prezent został podrzucony przez jej byłego chłopaka, Andy'ego, z którym zerwała po przyłapaniu go na zdradzie. Jednak nie mogą przecież mieć pewności, a jakoś nie wydaje mi się, żeby w rzeczywistości ludzie tak ochoczo zajadali produkty przyniesione przez osoby ukrywające swoją tożsamość, choć mogę się mylić. Wielbiciele slasherów w tego typu rozwiązaniach fabularnych zapewne dostrzegą pewien urok, bo w końcu takie smaczki są niejako wpisane w tradycję owego podgatunku. Ale choć niniejsze ukłony w stronę wyświechtanej konwencji w pewnym stopniu nawet mnie cieszyły to wydaje mi się, że moje zadowolenie byłoby dużo większe, gdyby Pavia nie uderzał w takie oczywistości, gdyby dostrzegalnie, ale mniej wyraziście je uwypuklał. Jednakże pomimo tych utyskiwań jedno mu muszę oddać – zdołał zmusić mnie do głośnego kibicowania głównej bohaterce, nawet wówczas, gdy jej zachowanie działało mi na nerwy. Makenzie Vega wcielająca się w rolę Hilary Diaz nie mogła pochwalić się doskonałym warsztatem, bodaj najbardziej wiarygodnie wypadając w chwilach, w których musiała tylko stać i wrzeszczeć. Na domiar złego przyszło jej grać postać, która nie grzeszy wysoką inteligencją, właściwie to wydaje się dosłownie pchać w objęcia mordercy - nie wzywa policji jak jeszcze ma okazję, nie dobija leżącego oprawcy, nie próbuje biec w stronę drogi bądź najbliższego domostwa ani uruchomić samochodu, kiedy nadarza się ku temu sposobność itd. I mimo tego wszystkiego udało mi się poczuć jakąś więź z domniemaną final girl, nie miałam problemów z sympatyzowaniem z nią, pewnie dlatego, że przez cały czas czuło się iż w młodziutkiej dziewczynie drzemie jakaś ukryta siła, która wcześniej, czy później na pewno się ujawni. Pierwszy raz dochodzi do głosu podczas niezapowiedzianych odwiedzin podpitego byłego chłopaka Hilary – sposób, w jaki się z nim obchodzi powinien wzbudzić podziw wszystkich kobiet skrzywdzonych przez niewiernych mężczyzn, ale to jeszcze nic. Mark Pavia idzie na całość w końcowej partii „Fender Bender”, UWAGA SPOILER kiedy to w ułamku sekundy Hilary przeobraża się z zastraszonej ofiary w żądną zemsty wojowniczkę. Podobnie, jak to ma miejsce w przypadku akcentowania nieprzemyślanych zachowań protagonistów, ostatecznej konfrontacji nie brakuje jaskrawości – kiedy filigranowa kobietka tłucze rosłego mężczyznę, który okazuje się zaskakująco słaby widz ma wrażenie, że twórcy wrzeszczą do niego, że tak właśnie bywało w slasherach z XX wieku, że przecież tam również kobiety dawały wycisk umięśnionym oprawcom. Z tą różnicą, że ich twórcy rzadko decydowali się na takie przerysowanie – częściej final girls po prostu miały szczęście i/lub korzystały z jakiegoś fortelu. Hilary natomiast odważnie staje naprzeciw oprawcy i przy pomocy różnego rodzaju przedmiotów znajdujących się pod ręką właściwie bez większego wysiłku na chwilę go unieszkodliwia KONIEC SPOILERA. A ja tymczasem mam nielichą frajdę z tego co widzę. Co tam wiarygodność, liczy się efekt;)

„Fender Bender” w moim odczuciu delikatnie wybija się ponad średnią. Brakowało mi wymyślnych sposobów eliminacji ofiar (bo dźganie młodych ludzi wielkim ostrzem w różne części ciała w tym nurcie horroru jest już mocno wyeksploatowane) i co ważniejsze wiele sekwencji mających potęgować napięcie moim zdaniem nieumiejętnie wyliczono w czasie, przez co nie obyło się bez nadmiernego znużenia, ale cała koncepcja – tekstowe ukłony w stronę klasycznych slasherów i wzbudzająca sympatię główna bohaterka sprawiły, że w ostatecznym rozrachunku całkiem dobrze spędziłam czas. Nie mam wątpliwości, że szybko o tym filmie zapomnę, ale przynajmniej projekcja dostarczyła mi trochę tak upragnionej czystej rozrywki (jakkolwiek dziwnie to brzmi w przypadku filmu o mordercy szlachtującym młodych ludzi).

wtorek, 29 listopada 2016

Carter Wilson „Pokusa czerni”

Hannah Parks od dłuższego czasu wyczuwa, że jej mąż Dallin dystansuje się od niej. Początkowo daje wiarę jego tłumaczeniom, że ma dużo pracy w swojej firmie, która w niedługim czasie zrobiła z nich milionerów, ale pewnej nocy uświadamia sobie, że mężczyzna u boku którego spędziła wiele lat może być kimś zupełnie innym niż do tej pory myślała. Słowa, które Dallin wypowiada przez sen dają Hannah do zrozumienia, że fantazjuje o zgwałceniu i zamordowaniu kobiety. Innych możliwości kobieta do siebie nie dopuszcza, dopóki nie zostaje zaatakowana przez partnera. Wówczas uświadamia sobie, że przez cały czas mogła żyć pod jednym dachem z mężczyzną owładniętym pragnieniem skrzywdzenia kobiety. Decyduje się więc opuścić Dallina, przynajmniej do czasu przemyślenia całej sytuacji, ale okazuje się, że mąż nie zamierza pozwolić, aby ułożyła sobie życie z dala od niego. Hannah zaczynają ścigać ludzie pozostający na usługach Dallina, a jej jedynym sojusznikiem jest niedawno poznany biegły w sztuce ukrywania się Black.

„Pokusa czerni” to trzecia powieść amerykańskiego pisarza Cartera Wilsona. W Polsce na razie nie ukazała się jego debiutancka książka, „Final Crossing”, ale wydawnictwo Świat Książki w 2015 roku opublikowało jego drugą powieść zatytułowaną „Chłopiec w lesie”, która autentycznie podbiła moje serce. Od momentu jej przeczytania z utęsknieniem oczekiwałam kolejnej dawki prozy Cartera Wilsona, zastanawiając się, czy zgrabne nawiązania do twórczości Stephena Kinga i Deana Koontza były tylko jednorazowym incydentem, czy raczej stanie się to znakiem rozpoznawczym jego twórczości. I oczywiście ciekawiło mnie, czy moja fascynacja jego warsztatem aby nie osłabnie przy ponownym spotkaniu, kiedy nie będzie już magicznego „efektu nowości”. „Pokusa czerni” uhonorowana w 2016 roku „Colorado Book Award”, „National Indie Excellence Award Winner”, „International Book Awards Winner” i „RONE Award Finalist” udowodniła mi, że Carter Wilson nie jest autorem jednego dobrego dzieła, który najpewniej szybko odejdzie w zapomnienie. Drugie spotkanie z jego prozą przekonało mnie, że ma jeszcze wiele do zaoferowania wielbicielom trzymających w napięciu thrillerów, aczkolwiek muszę zaznaczyć, że „Pokusa czerni” nie zachwyciła mnie, w aż takim stopniu, jak „Chłopiec w lesie”. Jeszcze w tym roku w Stanach Zjednoczonych ma ukazać się czwarta powieść Wilsona, pt. „Revelation”, więc widać, że pisarz na razie nie ma zamiaru „schodzić ze sceny”. Miejmy nadzieję, że w przyszłości nadal będzie raczył nas niezapomnianymi wrażeniami, i że stanie się jednym z najlepiej rozpoznawalnych współczesnych autorów dreszczowców, bo chyba nie znajdzie się wiele osób, które trwają w przekonaniu, że sobie na to nie zasłużył.

Carter Wilson w „Chłopcu w lesie” tak wysoko zawiesił poprzeczkę, że w swojej następnej publikacji mógł spokojnie nieco zaniżyć poziom, nie narażając się na wzmożoną krytykę czytelników, którzy mu zaufali. Przy czym muszę podkreślić, że jest to jedynie moja subiektywna opinia, bo zdążyłam już zorientować się, że niejeden odbiorca wyżej ceni sobie „Pokusę czerni” od „Chłopca w lesie”, więc powyższe stwierdzenie kieruję głównie do osób, które tak jak ja uważają jego drugą powieść za dzieło doskonałe w każdym calu. Oni przede wszystkim powinni „mieć się na baczności”, aczkolwiek jednocześnie radziłabym nie wpadać w skrajność, nie unikać trzeciej publikacji Wilsona, bo nie uważam, żeby była tak drastycznie słabsza od „Chłopca w lesie”, żeby rozczarować fanów wspomnianej książki. „Pokusę czerni” rozpoczyna iście porażające zdanie, które jak się wydaje miało pełnić rolę „hitchcockowskiego trzęsienia ziemi”. Wilson pisze „Hannah nie miała żadnego planu poza tym zakładającym podpalenie ojca”, a czytelnik czuje jakby od razu spuszczono na niego bombę, bez uprzedniego nakreślenia kontekstu sytuacyjnego. Oczywiście, Wilson czyni to w następnej kolejności, odmalowując przed naszymi oczami obraz dysfunkcyjnej rodziny – kobiety i dwóch jej córek, starszej Hannah i młodszej Justine, tyranizowanych przez „głowę familii”, Billy'ego. Prolog szczątkowo zarysowuje przeszłość głównej bohaterki - jej trudne życie u boku agresywnego ojca, maltretowanej matki i młodszej siostry, która w przeciwieństwie do niej nie miała problemów z akceptowaniem takiej egzystencji. Wilson jednak nie zdradza wówczas wszystkich szczegółów z dzieciństwa Hannah, ogranicza się jedynie do ogólników, ze szczególnym wskazaniem na wydarzenie, które pozwoliło jej i Justine rozpocząć nowe życie,. Detale zostawił na kolejne partie książki, której właściwa akcja rozgrywa się lata później, gdy u boku Hannah tkwi bogaty mąż, Dallin, dbający żeby niczego jej nie brakowało. To znaczy niczego poza jego obecnością. Jak się wydaje zapracowany mężczyzna nie ma ani siły, ani czasu na pielęgnowanie ich związku, czyli początkowo Wilson sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z klasyczną historią o małżeństwie przeżywającym kryzys. I rzeczywiście tak będzie, ale „Pokusa czerni” nie będzie miała nic wspólnego ze stricte melodramatyczną opowiastką o zgnębionej parce, co mogą sugerować wstępne przemyślenia dorosłej Hannah. Powieść szybko zacznie się upodabniać do „Dobranego małżeństwa” Stephena Kinga, minipowieści wchodzącej w skład zbioru zatytułowanego „Czarna bezgwiezdna noc”, co dla mnie było dowodem na to, że Wilson nadal pozostaje pod silnym wpływem twórczości niekoronowanego króla współczesnej literatury grozy. I dobrze, bo jak mało kto potrafi umiejętnie wkomponowywać motywy kojarzone z dziełami Stephena Kinga w owoce swojej własnej wyobraźni – nie wiem czy celowo, ale podobieństwa są na tyle duże, żeby czytelnik miał wrażenie, iż autor sięga po pomysły Kinga, jednak nie w aż takim stopniu i z całą pewnością nie w tak nieudolnym stylu, żeby miało się poczucie obcowania z powieścią spłodzoną przez zwykłego kopistę, który nie jest w stanie pochwalić się własną inwencją. W głowie Cartera Wilsona kłębi się wiele elektryzujących koncepcji, które w dodatku potrafi przelać na papier z zachowaniem prawideł rządzących gatunkiem i bez mała chwaląc się dojrzałym warsztatem, za pośrednictwem którego jak się wydaje bez większego wysiłku roztacza przed oczami czytelnika szczegółowe wizje wszystkiego, co ma miejsce na kartach jego powieści. Człowiek niemalże przenosi się do wykreowanego przez niego świata, ze zdziwieniem odkrywając, że stał się uczestnikiem (nie obserwatorem) niebezpiecznych wydarzeń.

Gdyby Carter Wilson poprzestał na beznamiętnym kopiowaniu Stephena Kinga „Pokusa czerni” byłaby opowieścią o kobiecie odkrywającej, że jej mąż jest seryjnym mordercą, która starałaby się w pojedynkę stawić czoło zagrożeniu. Ale jak już wspomniałam autor omawianej powieści nie jest zwyczajnym kopistą, nie zamierzał prezentować światu kolejnego „Dobranego małżeństwa” tylko w dużej mierze thriller drogi – szaleńczą pogoń śladami sterroryzowanej kobiety, której towarzyszy specjalista od ukrywania się, starający się znaleźć sposób na ocalenie głównej bohaterki. Już w poprzednim zdaniu powinno wybrzmieć echo Deana Koontza, drugiego z inspiratorów Cartera Wilsona. Bo jak doskonale wiedzą jego wierni fani, Koontz wprost przepada za motywem postaci pozostających w niemalże ciągłym ruchu, uciekających przed jakimś zagrożeniem i jednocześnie szukających wyjścia z koszmarnej sytuacji, w jakiej z różnych przyczyn się znaleźli. Ktoś powie: oho, Wilson znowu sięga po pomysły innych i zapewne zada sobie pytanie, gdzie ta wspomniana już własna inwencja. Otóż, ujawnia się ona z czasem w szczegółowym przebiegu całej intrygi i portrecie głównej bohaterki, która musi walczyć nie tylko z zagrożeniem w postaci uzbrojonych mężczyzn dybiących na jej życia, ale również z niszczącą żądzą mordu, która w jej mniemaniu została uwarunkowana genetycznie. Hannah jest przekonana, że ojciec przekazał jej „w spadku” agresję, którą dotychczas udawało jej się tłumić, ale krzywda, jaka właśnie ją spotyka wydaje się powoli kruszyć mur, za którym się skryła. System obronny Hannah zostaje nadwątlony i wydaje się, że tylko nowo poznany Black jest w stanie odwieść ją od wkroczenia na ścieżkę zła. Carter Wilson poświęca dużo uwagi, jakże emocjonującym, wewnętrznym rozterkom głównej bohaterki, ale nie zamyka fabuły „Pokusy czerni” w wąskich ramach opowieści psychologicznej, wzbogacając swoją historię złożonym spiskiem, prawdziwy kształt którego poznamy dopiero pod koniec powieści. Do tego czasu „pod dyktando” autora będziemy formułować kilka różnych teorii, dając się zwodzić mylnym tropom i czując bezbrzeżne zaskoczenie, ilekroć uświadomimy sobie, że wszystko co wcześniej wiedzieliśmy właśnie obróciło się w pył, a cała intryga w idealnie poprowadzonym zwrocie akcji wkroczyła na zupełnie inny poziom. Wilson parokrotnie wykorzystuje ten zabieg, przez co niejako zmusza czytelnika do nieustannej czujności i i podejrzliwości, nawet wówczas gdy musi przebrnąć przez zdecydowanie mniej atrakcyjne ustępy portretujące szaleńczą podróż czołowych bohaterów, przerywaną krótkimi przystankami w różnego rodzaju kryjówkach. Motyw drogi w moim odczuciu nie został oddany w sposób, który dorównywałby wątkom psychologicznym i spiskowym, głównie z powodu niezbyt wyrazistego zagęszczania napięcia. A tego oczekiwałabym od szaleńczej pogoni i pozornych chwil wytchnienia podczas pobytu bohaterów w różnych kryjówkach - wówczas można było bardziej zdecydowanie nakreślić siłę zagrożenia nieustannie czyhającego na głównych bohaterów, czy to poprzez bezpośrednie starcia z agresorami, czy z wykorzystaniem klaustrofobicznej atmosfery. Wilson to czynił, ale nie w takim stopniu, jakiego bym pragnęła. Tymi niedociągnięciami odrobinę obniżył moje ogólne wrażenia z lektury, ale nie aż tak żebym poczuła się rozczarowana, bo jednak plusów było nieporównanie więcej.

Swoje ponowne spotkanie z twórczością Cartera Wilsona uważam za udane, choć nie mogę powiedzieć, że „Pokusa czerni” dosięgła poprzeczki zawieszonej przez autora w „Chłopcu w lesie”. Lektura jego poprzedniej powieści była dla mnie wprost niesamowitym przeżyciem, natomiast „Pokusa czerni” zagwarantowała mi na tyle silne emocje, abym wyczekiwała kolejnej publikacji tego autora, ale ich natężenie było mniejsze niż w przypadku jego poprzedniej książki. Innymi słowy Carter Wilson zaprezentował mi taką jakość, żebym wciąż uważała go za wartościowego pisarza, choć wcześniej udowodnił, że może być jeszcze lepszy. Co niejednemu czytelnikowi, który zapozna się z „Pokusą czerni” nie znając „Chłopca w lesie” najpewniej wyda się prawie niemożliwe. Bo na tle współczesnych literackich thrillerów omawiana pozycja i tak wypada bardzo dobrze.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 28 listopada 2016

„February” (2015)

Uczennice żeńskiej szkoły z internatem położonej w miasteczku Bramford wyjeżdżają do domu na ferie zimowe. Rodzice Kat i Rose nie przyjeżdżają na czas, aby je odebrać, więc dziewczęta są zmuszone zostać do czasu ich przybycia. Już pierwszego wieczora, gdy Rose wraca ze spotkania z chłopakiem zauważa, że jej towarzyszka dziwnie się zachowuje, a z czasem jej postawa robi się coraz bardziej niepokojąca. Do Bramford zmierza pewne małżeństwo. Kierowca zabiera z przystanku młodą, małomówną kobietę Joan, starając się w ten sposób udzielić jej pomocy, nie zwracając uwagi na obiekcje żony. Kiedy kierowca zwierza się nowej pasażerce ze swoich problemów, kobieta staje się bardziej czujna w kontaktach ze swoimi wybawicielami.

Amerykańsko-kanadyjski horror „February”, znany również pod tytułem „The Blackcoat's Daughter” to reżyserski debiut Oza Perkinsa, na podstawie jego własnego scenariusz. W 2016 roku ukazał się jego drugi film, „I Am the Pretty Thing That Lives in the House”, ale został odrobinę mniej przychylnie odebrany przez widzów niż obraz, którym rozpoczął swoją przygodę z reżyserią. Nie oznacza to, żeby ogół zwykłych widzów był zachwycony tym dokonaniem - dominują raczej wypośrodkowane oceny. Krytycy natomiast w większości wydają się być zadowoleni z tej pozycji. To chyba jednak nie wystarczy, aby „February” miał szansę opuścić niszę w której tkwi – wedrzeć się do głównego nurtu i rozsławić nazwisko reżysera. Inna sprawa, czy Oz Perkins w ogóle tego pragnął, bo oglądając „February” odniosłam wrażenie, że bardziej interesują go oczekiwania pewnej wąskiej grupy odbiorców niźli zapatrywania na kino grozy częstych bywalców multipleksów.

Zaryzykowałabym twierdzenie, że większość współczesnych widzów nieobeznanych z dawnymi sposobami straszenia od nastrojowych horrorów oczekuje przede wszystkim multum jump scenek, efektów specjalnych i szybkiego tempa akcji, a „February” tymczasem prezentuje sobą zupełnie inną szkołę filmowania. To wcale nie oznacza, że osoby, które wprost przepadają za starszymi minimalistycznymi formami, bez wyjątku rozsmakują się w propozycji Oza Perkinsa, ale mam wrażenie, że mają na to większą szansę, aniżeli pierwsza wymieniona grupa odbiorców. Bo „February” staje niejako w opozycji do obecnych trendów, można powiedzieć, że płynie pod prąd, czym w moim odczuciu zapełnia pewną lukę we współczesnym kinie grozy, aczkolwiek dostrzegalną przez doprawdy wąską grupę odbiorców. Chociaż „luka” to chyba za mocno powiedziane, bo gwoli sprawiedliwości wciąż od czasu do czasu pojawiają się takie oszczędne w formie straszaki, których twórcy nie uciekają się do prymitywnych sposobów straszenia, wyżej ceniąc sobie gęsty klimat grozy i warstwę tekstową. Jednak w moim odczuciu wciąż jest ich zbyt mało, pewnie dlatego, że takie produkcje mają mniejsze szanse, żeby się dobrze sprzedać, niż pozycje a la James Wan. Wspomniana atmosfera spowijająca dosłownie każdy kadr „February” jest bodaj najlepszą częścią składową tego obrazu, przy czym obawiam się, że nie przez każdego zostanie doceniona w takim stopniu, na jaki w moim pojęciu sobie zasłużyła, bo twórcy przez lwią część filmu nie odczuwają potrzeby akcentowania jej jakimiś mocniejszymi akcentami. Wyłączając niezbyt widowiskowo się prezentującą cienistą postać w piwnicy żeńskiego internatu, Kat wymiotującą na stół zastawiony do kolacji i w jednym ujęciu wyginającą swoje ciało pod nieprawdopodobnym kątem oraz rzecz jasna końcówkę, właściwie nie dostajemy nic, na co moglibyśmy się zapatrywać w kategoriach momentu szczytowej grozy, kulminacji zgromadzonego wcześniej napięcia. A i wymienione sekwencje nie zostały zobrazowane w taki sposób, żeby sprostać oczekiwaniom widzów nawykłych do dynamicznego montażu podkreślonego głośnymi tonami muzycznymi. Zdjęciom oczywiście akompaniowała szarpiąca nerwy ścieżka dźwiękowa, ale nie odniosłam wrażenia, żeby pełniła rolę „straszaka”, prymitywnego zabiegu mającego poderwać widza z fotela. Twórcy nie wkomponowali jej w niespodziewane, raptowne ujęcia wszelkiego rodzaju okropieństw. Wręcz przeciwnie: tak nieśpiesznie wchodzili w niniejsze sekwencje, wcześniej długo stopniując zarówno napięcie, jak i natężenie dźwięku, że o żadnych atrakcjach typu jump scenka nie może być mowy. I chwała im za to, bo jakoś bardziej przemawiają do mnie te manifestacje nieznanego, które mogę dokładnie objąć wzrokiem, niźli szybkie migawki starające się za wszelką cenę poderwać mnie z fotela. Ta druga emocja jest krótkotrwała, znika właściwie ułamek sekundy po tym, jak się pojawia. Tymczasem nieśpieszne uchylanie rąbka tajemnicy bez upierdliwych efekciarskich zrywów podsyca ciekawość i poczucie złowieszczości przez nieporównanie dłuższy czas. Tym bardziej, gdy oddaje się to w otoczeniu tak gęstej aury, wręcz namacalnej mroczności, przebijającej z ciemnych, lekko ziarnistych zdjęć, przywołujących na myśl sznyt twórców niektórych XX-wiecznych nastrojówek. Dodatkowo wydarzenia rozgrywające się w żeńskiej szkole z internatem mogą się pochwalić iście klaustrofobicznym wydźwiękiem – niemalże czuje się, jak dawno niemalowane ściany przybliżają się do bohaterek filmu, zwłaszcza gdy zostaje już zaakcentowana obecność czegoś nieznanego, gnieżdżącego się w owych murach. A ten moment następuje wówczas, gdy Rose udaje się dostrzec coś wyginającego się w piwnicy, aczkolwiek choćby za sprawą umiejętnie budowanego klimatu widz już wcześniej powinien przygotować się na nieuchronny koszmar.

Oz Perkins w swoim scenariuszu zdecydował się troszkę pokombinować z narracją, dzięki czemu fabuła „February” choć sama w sobie niezbyt odkrywcza jawi się całkiem intrygująco. Kilka wyświechtanych motywów kina grozy przedstawiono w nowym świetle, który ułatwił twórcom wprowadzenie aury tajemniczości, odkrywanej w kilku zwrotnych ujęciach. Aby to osiągnąć zdecydowano się na starą, dobrą dwutorową narrację – ujęcie tematu z perspektywy dwóch uczennic czekających w internacie na rodziców (przyzwoite kreacje Lucy Boynton i Kiernan Shipki, która zaskoczyła mnie swoim warsztatem, bo w readaptacji „Kwiatów na poddaszu” niezmiernie mnie irytowała) i młodej kobiety podróżującej z dopiero co poznanym małżeństwem, w którą w równie zadowalającym stylu wcieliła się Emma Roberts. Można domniemywać, że te dwie małe frakcje coś łączy, coś tak istotnego, że niechybnie zmusi nas to do wcześniej uwarunkowanej zmiany postrzegania problematyki „February”, ale początkowo niełatwo jest domyślić się, na czym ten związek miałby polegać. Początkowo, bo już pierwszy zwrot akcji zdradza wystarczająco, aby bez większych trudności poskładać sobie to wszystko w jedną, spójną całość, co gorsza łącznie z dalszym przebiegiem fabuły. Moim zdaniem to jeden z dwóch największych błędów scenarzysty – nazbyt szybko przechodzi do zwierzeń jednej z postaci, tym samym odbierając widzom przyjemność obcowania z „wielką tajemnicą” zarysowaną chwilę wcześniej. Ale nie niwecząc klimatu wszechobecnego zagrożenia towarzyszącego zarówno podróżującej trójce bohaterów, jak i nastolatkom przebywającym w internacie. I co równie ważne nie rozbudowując znanych motywów kina grozy w sposób, który nie pozostawiałby żadnych wątpliwości, co do prawdziwej natury zagrożenia, nie wpadając w oczywistości, czy to UWAGA SPOILER w kwestii opętania, czy nawiedzenia budynku w Bramford, bo równie dobrze wyjaśnienia możemy szukać w warstwie psychologicznej. Zamiast stawiać na standardową sferę nadprzyrodzoną możemy z równie zadowalającym skutkiem obrać stricte psychologiczną ścieżkę interpretacyjną KONIEC SPOILERA. Wybór Oz Perkins pozostawia nam, ale choć interpretacja pozostaje w gestii widza to ciąg przyczynowo-skutkowy już nie. A szkoda, bo wydaje mi się, że „February” bardziej zachęcałby do dyskusji, gdyby zrezygnować z kilku ostatnich ujęć. Już dużo wcześniej udało mi się wpaść na to, co pokazano w ostatniej partii, ale myślę, że gdyby twórcy pozostawili ten wątek bez jasnej odpowiedzi poświęciłabym trochę czasu na szukanie innych wyjaśnień, a przecież każdemu reżyserowi powinno zależeć na tym, aby odbiorca roztrząsał w myślach jego dzieło nie tylko w trakcie seansu, ale również długo po jego zakończeniu. Ozowi Perkinsowi niestety nie przyświecał taki cel, co wcale nie oznacza, że tym posunięciem obniżył jakość wszystkiego, co pokazał mi wcześniej. Wcale nie, „February” mimo tego potknięcia i zbytniej przewidywalności od jednego konkretnego momentu i tak uważam za dzieło niezwykle klimatyczne i diablo wciągające – dużo bardziej, aniżeli większość współczesnych mainstreamowych tworów, których twórcy nawet nie myślą o tak powolnym, cechującym się dużą cierpliwością dawkowaniu klimatu grozy, jak to miałam przyjemność zobaczyć w „February”.

Pomimo moich pozytywnych zapatrywań na reżyserski debiut Oza Perkinsa, czuję się w obowiązku przestrzec przed nim potencjalnych odbiorców. „February” nie został nakręcony w sposób, który miałby szansę zachwycić miliony współczesnych odbiorców, przyzwyczajonych do wysokobudżetowych, hollywoodzkich straszaków. To obraz niszowy, skierowany głównie do osób poszukujących oszczędnych w formie, acz mocno klimatycznych horrorów, które rozwijają się tak nieśpiesznie, że nie mam wątpliwości, iż cierpliwość niejednego widza zostanie wystawiona na próbę. Ale może ci nieliczni wielbiciele kina grozy, stęsknieni za niegdysiejszymi sposobami filmowania docenią pacę Perkinsa, przynajmniej na tyle, żeby nie kwitować jej słowem „nudna”, bo przy odpowiednim nastawieniu i takowych preferencjach wcale nie musi taka być. Wiem, bo ja ani przez chwilę nie czułam się znużona.

niedziela, 27 listopada 2016

Zapowiedzi VOD

Atak tyrolskich zombie”

Premiera VOD: 30 grudnia 2016 roku
Gatunek: horror, komedia
Produkcja: Austria, 2015
Reżyseria: Dominik Hartl
Polski zwiastun: tutaj

Uhonorowany nagrodą publiczności na prestiżowym festiwalu filmów fantastycznych Fantaspoa bezkompromisowy horror komediowy w stylu „Wysypu żywych trupów” i „Martwicy mózgu”. 
 
Steve jest młodym profesjonalnym snowboardzistą, który wskutek głupiego żartu mającego miejsce podczas sesji zdjęciowej, zostaje uwięziony na szczycie góry razem z dziewczyną Branką i kumplem Joshem. Schronienie znajdują w pobliskiej gospodzie, tym razem wyjątkowo gwarnej z powodu hucznej imprezy wydanej na cześć najdłuższej nocy w roku. Zdarzenia przybierają coraz tragiczniejszy obrót, gdy okazuje się, że prowadzący naukowe eksperymenty miejscowy przedsiębiorca uwalnia śmiertelnie niebezpieczną substancję, zmieniającą miejscowych pijaczków w krwiożercze zombie. W przetrwaniu epidemii tyrolskich nieumarłych, trojgu pechowcom pomoże umiejętność, której nie posiadają zombie - jazda na snowboardzie.

Źródło: wszystkie materiały podesłane przez Kino Świat Sp. z o.o.

 
Włamywacz”

Premiera VOD: 9 grudnia 2016 roku
Gatunek: horror, thriller
Produkcja: USA, 2016
Reżyseria: Travis Zariwny
Polski zwiastun: tutaj

Louise Linton ("The Power of Few") oraz Moby w klimatycznym filmie, którego akcja rozgrywa się w centrum szalejącego sztormu.
 
O tej porze roku Oregon nawiedzają groźne sztormy. Młoda wiolonczelistka Elizabeth postanawia spędzić spokojny weekend w domowym zaciszu. Zaszywa się w swojej oazie bezpieczeństwa i spokoju, odgradzając się od szalejącej wokół burzy. Wkrótce jednak dziewczyna zaczyna mieć wrażenie, że ktoś ją obserwuje, ktoś dotyka jej rzeczy… Elizabeth nie wie, że nie jest pierwszą ofiarą szalonego prześladowcy.
 
Źródło: http://www.cineman.pl/

piątek, 25 listopada 2016

J. Jefferson Farjeon „Zagadka w bieli”

W wigilijny wieczór na skutek śnieżycy pociąg zatrzymuje się niedaleko wioski Hemmersby. Paru pasażerów postanawia podjąć próbę pieszego dotarcia do najbliższej stacji. Jednak udaje im się znaleźć jedynie samotnie stojący dom, w którym nie zastają gospodarzy, ale wszystko wygląda tak, jakby jeszcze niedawno w nim przebywali i zostali zmuszeni do opuszczenia go w wielkim pośpiechu. Przewodniczący grupie zagubionych wędrowców Edward Maltby, członek Królewskiego Towarzystwa Parapsychologicznego, jest przekonany, że w tym miejscu doszło do jakiejś zbrodni, a jej sprawca wciąż może znajdować się w pobliżu. Przytłoczeni atmosferą spowijającą ten dom, odcięci od reszty świata przez zamieć śnieżną i pełni złych przeczuć odnośnie ewentualnego nawiedzenia, nieproszeni goście zostają zmuszeni do rozwikłania zagadki kryminalnej. Jednocześnie bacząc na to, żeby nie paść ofiarami tajemniczego oprawcy.

Anglik Joseph Jefferson Farjeon był bardzo płodnym i poczytnym powieściopisarzem i dramaturgiem, który zaczął tworzyć w pierwszej połowie XX wieku. Jego najbardziej znanym dziełem jest sztuka teatralna „No. 17” przeniesiona na ekran w 1932 roku przez Alfreda Hitchcocka. Pozostały dorobek Farjeona z czasem odszedł w zapomnienie, które trwało aż do 2015 roku, kiedy to wydawnictwo British Library wznowiło jego „Zagadkę w bieli”, pierwotnie wydaną w 1937 roku. Nieoczekiwanie powieść podbiła serca współczesnych czytelników, sprzedając się w niemalże stu tysiącach egzemplarzy, choć przed publikacją podejrzewano, że zainteresuje jedynie wąską grupkę wielbicieli klasycznych kryminałów. Polskie wydanie „Zagadki w bieli” Tadeusz Zysk opatrzył przedmową, przybliżając czytelnikom skrótową historię tej pozycji i wyrażając swoją opinię na jej temat.

Usytuowany z dala od cywilizacji opuszczony dom, zamieć śnieżna szalejąca na zewnątrz i kilkoro pasażerów pociągu znajdujących schronienie w tym jeżącym włosy na głowie miejscu. Nie, to nie jest „Lśnienie” Stephena Kinga, choć na pierwszy rzut oka widać pewne podobieństwa. Zwłaszcza w momentach, w których J. Jefferson Farjeon sugerował obecność czegoś nieznanego, odnosił się do rzekomej sfery paranormalnej, interpretację tych zjawisk pozostawiając jednak czytelnikom. Czołowym bohaterem „Zagadki w bieli” jest podstarzały członek Królewskiego Towarzystwa Parapsychologicznego, Edward Maltby, który już na początku powieści informuje swoich towarzyszy, że niektóre miejsca silnie oddziałują na ludzi, że brutalne, gwałtowne czyny, do jakich w nich doszło mogą być wyczuwalne nawet po wielu latach. Początkowe wynurzenia Maltby'ego w moim odczuciu miały za zadanie uczulić odbiorcę na późniejsze wydarzenia - ukierunkować go tak, aby dopuszczał do siebie możliwość, że niektóre wrażliwe dusze istotnie odbierają „złe wibracje” płynące z niektórych przedmiotów znajdujących się w opuszczonym domu. Zasugerować, że irracjonalny lęk jaki budzi w bohaterach książki wiszący nad kominkiem obraz przedstawiający złowrogo się prezentującego starszego mężczyznę można tłumaczyć wpływem czegoś nieznanego, jakiegoś przekleństwa, które dotknęło mieszkańców feralnego domostwa. Farjeon nie nawiązuje do ewentualnej sfery nadprzyrodzonej jedynie poprzez owe reakcje poszczególnych postaci na niektóre składowe wystroju wnętrz, w tej kwestii nie ogranicza się jedynie do krótkich opisów z nagła ogarniających ich, negatywnych emocji. Atmosferę niesamowitości tworzy również umiejscowienie domu, warunki atmosferyczne panujące na zewnątrz i oczywiście zagadkowa nieobecność gospodarzy, tym bardziej niepokojąca, że podobnie jak na pokładzie Mary Celeste wszystko wskazuje na to, że opuścili to miejsce nagle, bez poczynienia odpowiednich planów i bez zabezpieczenia domostwa. Rozpalono w kominkach, nastawiono wodę na herbatę, przygotowano pokoje na przyjęcie gości, po czym z jakiegoś niepojętego powodu opuszczono to miejsce. „Witamy w strefie mroku!” - taki okrzyk ciśnie się na usta, gdy pasażerowie pociągu przekraczają próg feralnego domostwa na pustkowiu. I chociaż Farjeon nie zawraca sobie głowy rozwlekłymi opisami (co niegdyś było typowe dla autorów kryminałów), nie raczy czytelników szczegółowym nakreśleniem aury spowijającej ten dom to jednak zwięzłość wcale nie przeszkadza odczuć na własnej skórze klimatu niezdefiniowanego zagrożenia, ciężkiej aury zalegającej w portretowanym przez niego domu. Śmiem nawet domniemywać, że gdyby J. Jefferson Farjeon wybrał literaturę grozy jego twórczość miałaby większą szansę przetrwać próbę czasu, bo wielu współczesnych wielbicieli horrorów na pewno doceniłoby tę niełatwą sztukę budowania atmosfery grozy z wykorzystaniem tak niewielu słów, posiłkując się wręcz enigmatycznymi środkami wyrazu. Nie we wszystkich przypadkach, bo jednak w „Zagadce w bieli” pojawiają się bardziej zdecydowane odniesienia do rzekomej sfery nadnaturalnej, głównie za sprawą wpadającej w trans chórzystki, która wcześniej silnie reagowała na jedno konkretne łóżko i jeden fotel, co z czasem znalazło swoje uzasadnienie w przeszłości. Jednak nie zostało zracjonalizowane przez żadnego z protagonistów, dzięki czemu można wnosić, że bohaterowie mimo wszystko zetknęli się ze zjawiskami paranormalnymi. Nie jest to oczywiście jedyna możliwość, bo jak się okazuje Farjeon nie był typem pisarza, który nie odnajdywałby przyjemności w pozostawianiu niektórych kwestii wyobraźni widza, który nie stawiałby na drobne niedopowiedzenia, a przynajmniej nie w przypadku „Zagadki w bieli”. Bo przecież czytelnik wcale nie musi dopuszczać do siebie możliwości ingerencji sił nadprzyrodzonych w losy kilku „rozbitków”, autor wszak daje mu możliwość poprzestania na tak pospolitym zjawisku, jak majaki udręczonego umysłu i mówienie przez sen.

To, co nazywamy dobrem i złem, jest jedynie odbiciem naszych własnych pragnień i niechęci. Na tym polega niedoskonałość naszego krytycyzmu.”

Zadziwia mnie, że J. Jefferson Farjeon nie poświęcił się literaturze grozy nie tylko dlatego, że w „Zagadce w bieli” dał znakomity pokaz budowania złowieszczej atmosfery i wpadł na pomysł, który idealnie wkomponowuje się w tradycję tego gatunku, ale również przez zdecydowanie mniej zajmującą warstwę kryminalną. A przynajmniej z punktu widzenia współczesnego czytelnika, bo w pierwszej połowie XX wieku taki sznyt był na porządku dziennym, taką narrację preferowali ówcześni odbiorcy, a pisarze dostosowywali się do ich wymagań. Nie jestem tylko przekonana, czy dzisiejsi wielbiciele kryminałów zdołają rozsmakować się w absolutnie wszystkich częściach składowych płaszczyzny stricte kryminalnej. Czy przekona ich postać „wszystkowiedzącego” Edwarda Maltby'ego, który niczym Sherlock Holmes potrafi znaleźć wytłumaczenie dla wszystkich tropów znalezionych w feralnym domostwie i jego okolicach, zgrabnie przeformułowując domniemany przebieg wydarzeń ilekroć w sprawie pojawi się nowa okoliczność, aby w końcu udzielić odpowiedzi na wszystkie pytania, które tak na dobrą sprawę nie są jedynie wynikiem zwykłej dedukcji, ale również zbitką trafnych przewidywań, niezbyt przekonujących bo nieznajdujących poparcia w zgromadzonych dowodach? Nie do końca przemówił do mnie geniusz Maltby'ego. Zresztą tak samo jak jego denerwująca maniera informowania towarzyszy i czytelników o wszystkich okolicznościach, w jakich pozyskał dany dowód, ponieważ sprawiało to wrażenie, jakby autor nazbyt obsesyjnie zabezpieczał się na wypadek wyrzucania mu nietrafnego umiejscowienia tego wszystkiego w czasie i przestrzeni. Za przykład niech posłuży tutaj moment, w którym Maltby zwraca uwagę Davida, że kiedy wszedł do domu on schodził z piętra, co niechybnie dowodzi temu, że miał sposobność do pozyskania nowego dowodu. Wymienione elementy trochę „trącą myszką”, ale niesprawiedliwa byłaby dyskredytacja absolutnie wszystkich części, z których upleciono warstwę kryminalną, bo jednak wiele konkluzji Maltby'ego przekonująco umotywowano, a i cała intryga, choć determinowana jednym z najbardziej pospolitych ludzkich pragnień, okazuje się na tyle spójna, żeby nie mieć poczucia niepotrzebnego przekombinowania ze strony autora. Zbrodnie, do jakich doszło w świecie wykreowanym przez J. Jeffersona Farjeona jawią się tak intrygująco, bo aż do końca właściwie nie sposób domyślić się, w jaki sposób do nich doszło – sprawca, aż do finału pozostaje dla czytelników zagadką, chociaż protagoniści mają swój typ. Tak samo niejasne są jego motywacje i oczywiście przebieg całego procederu. Dostajemy jedynie kilka niewiele mówiących tropów, które należałoby jakoś zinterpretować. Farjeon nam tego nie ułatwia, wręcz przeciwnie ilekroć wydaje się, że poszczególne części układanki zaczęły się już do siebie dopasowywać, nowe okoliczności „wywracają wszystko do góry nogami”, zmuszając nas do poszukiwania innych odpowiedzi na kluczowe pytania wypływające z fabuły powieści. I właśnie ta sztuka sprawia, że warstwa kryminalna „Zagadki w bieli”, pomimo kilku mankamentów, wypada tak interesująco. Pogrywanie z czytelnikiem, niszczenie jego wyobrażeń i komplikowanie wszystkiego nowymi, nieprzystającymi do wcześniejszych domysłów okolicznościami. Ponadto całość wzbogaca poczucie humoru autora, uwidaczniające się w niektórych dialogach – o tyle odświeżające, że w ogóle nieprzystające do wulgarnych, dosadnych dowcipów szpecących niejedną współczesną powieść. Humor Farjeona jest subtelny, dostosowany do okoliczności, miejscami nawet cyniczny, dzięki czemu nie ma się wrażenia, że za wszelką cenę próbuje się nas rozbawić (co w moim przypadku zazwyczaj przynosi odwrotny skutek) i przez to w paru momentach wprost nie sposób się nie uśmiechnąć... i przyklasnąć rozczulającej swobodzie autora.

„Zagadka w bieli” J. Jeffersona Farjeona przeżywa właśnie swoją drugą młodość, wkupując się w łaski współczesnych czytelników, pomimo że parę rozwiązań fabularnych odrobinę się zestarzało. Być może czytelników zmęczyły już eksperymentalne formy współczesnych autorów kryminałów, może tęsknią za czymś prostszym, bardziej klarownym i niezespolonym z płaszczyzną obyczajową, w takim stopniu w jakim ma to miejsce w wielu nowszych pozycjach wpisujących się w ten gatunek. Bo jeśli usilnie poszukuje się właśnie takiej literatury, klasycznego podejścia do kryminału, szczęśliwie okraszonego nutką grozy to „Zagadka w bieli” wydaje się wyborem wręcz idealnym. Ja bawiłam się całkiem dobrze podczas lektury tej powieści – pytanie tylko, czy książka sprosta oczekiwaniom wielu innych współczesnych wielbicieli kryminałów, czy będą w stanie w pełni zaaprobować taki klasyczny sznyt... To już zależy od osobistych preferencji każdego czytelnika.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 24 listopada 2016

„Los Inocentes” (2015)

XIX wiek. Mały Rodrigo wychowuje się w dużej posiadłości, dookoła której rozciąga się plantacja. Właścicielem wszystkiego jest jego despotyczny ojciec, który w okrutny sposób wykorzystuje czarnoskórych niewolników. Nie chcąc, aby Rodrigo wychowywał się w takich warunkach, matka w porozumieniu z mężem decyduje się odesłać go do miasta. Po kilkunastu latach Rodrigo wraca do posiadłości, zabierając ze sobą żonę Biancę, którą zamierza przedstawić rodzicom. Ojciec jest zachwycony jego wybranką, matka natomiast zmaga się z poważną chorobą, na skutek której nie ma kontaktu z rzeczywistością. Bianca nie czuje się dobrze w nowym miejscu, nie tylko dlatego, że nie potrafi wykrzesać z siebie sympatii do ojca Rodrigo, ale również z powodu złej atmosfery zalegającej w tym domu. Wkrótce kobiecie zaczynają się objawiać losy czarnoskórego rodzeństwa, służącego w tej posiadłości w okresie dzieciństwa jej męża.

Argentyński film „Los Inocentes” jest reżyserskim debiutem Mauricio Brunettiego. do którego scenariusz napisał wespół z Natacha Caravia. Ze względu na lichą dystrybucję produkcja nie jest jeszcze dobrze znana na arenie międzynarodowej, ale te osoby, które zdołały już obejrzeć „Los Inocentes” wydają się zgodni w twierdzeniu, że film błędnie zaklasyfikowano do gatunku horroru. I mają dużo racji, gdyż debiutowi Brunettiego zdecydowanie bliżej do dramatu. Jednakże z elementami horroru, które jednak chyba nie mają takiej zdecydowanej siły przekazu, żeby zaniepokoić nawet mniej obytych z gatunkiem widzów. Chociaż w paru krótkich ustępach Brunetti zauważalnie do tego dąży, a więc uznanie „Los Inocentes” za tylko i wyłącznie filmowy dramat byłoby niezbyt precyzyjne. Nawet jeśli sekwencji tożsamych dla kina grozy jest tak niewiele.

W prologu twórcy „Los Inocentes” portretują fragment losów czarnoskórego rodzeństwa, Eloise i jej młodszego brata Adumy, którzy pozostają na usługach okrutnego zarządcy rozległej plantacji w Argentynie. Bezwzględność właściciela ziemskiego uwidacznia się już w pierwszych ujęciach, kiedy to widzimy jak chłosta Adumę, uginającego się pod silnymi uderzeniami bata. Podczas zbliżeń na jego okaleczone plecy widać, że Brunetti nie zatrudnił profesjonalnych speców od efektów, że rany nie wypadają tak realistycznie, jak powinny, ale chwiali się, że debiutant nie wzdragał się przed dosłownością, nawet jeśli owa dosłowność nie zadziałała odstręczająco. A przynajmniej nie wizualnie, bo na polu psychologicznym z mojego punktu widzenia idealnie wywiązała się z tego zadania. Do właściciela ziemskiego, ojca głównego bohatera Rodrigo, z miejsca zapałałam antypatią, która eskalowała z biegiem trwania seansu. Patrząc, w jak bezwzględny sposób wykorzystuje swój wysoki status, jak nieludzko obchodzi się z czarnoskórymi niewolnikami, traktuje ich jak jakąś niższą formę życia, która w jego mniemaniu istnieje tylko po to, żeby zaspokajać jego zachcianki, właściwie z utęsknieniem oczekiwałam krwawej zemsty ciemiężonych, całkowicie opowiadając się po ich stronie. I bez wątpienia twórcy dążyli do właśnie takiego ukierunkowania sympatii odbiorców, co po części negatywnie odbiło się na warstwie horrorowej, z tego względu, że widz mógł obawiać się jedynie o życie Rodrigo i jego zony Bianki, gdy prolog dobiegł końca i rozpoczęła się właściwa akcja filmu. Rozgrywająca się kilkanaście lat później, ale często urozmaicana retrospekcjami, stopniowo przybliżającymi nam całościowe dzieje Eloise niewolonej przez despotycznego majętnego człowieka. Powrót dorosłego już Rodrigo do rodzinnej posiadłości w towarzystwie niedawno poślubionej Bianki, daje nadzieję na iście klimatyczną ghost story dzięki zgrabnym ujęciom ponurych pomieszczeń pełnych drogich przedmiotów, które jednak nie umniejszają złowieszczego wyglądu tego miejsca, już raczej zgrabnie kontrastują z początkowo odczuwalną aurą niezdefiniowanego zagrożenia zalegającą w dosłownie każdym kącie owego domostwa. Odizolowanego od reszty świata, otoczonego ciągnącym się wszędzie jak okiem sięgnąć polem uprawnym i dodatkowo uatrakcyjnionego strojami z epoki, w które odziano bohaterów, co przywodziło na myśl niektóre horrory gotyckie. Całe to miejsce wydaje się nawiązywać do tradycji gotyckiej, ale przez długi czas nie wynika z niego niemalże nic, co mogłoby przywodzić na myśl klasyczną opowiastkę o duchach. Za wyjątkiem pełnych napięcia, acz zdecydowanie zbyt krótkich sekwencji obrazujących nocne wędrówki Bianki po skąpanym w ciemnościach korytarzu, na którym w jednym ujęciu wyrasta nagle jakaś enigmatyczna postać, aż do dynamicznej końcówki nie będzie nam dane przyglądać się manifestacjom zjaw, gnieżdżących się w tym przeklętym domostwie. Skonfrontujemy się raczej ze stricte dramatyczną opowieścią dotykającą problematyki ludzkiego zezwierzęcenia, manii wielkości i źle pojmowanego oddania Bogu, którą w pewnej mierze scenarzyści ujmują z wykorzystaniem Bianki, borykającej się z niepojętymi wizjami. Kilka retrospekcji pojawia się za sprawą koszmarnych snów żony Rodrigo, które w rzeczywistości nie są zwykłymi snami tylko projekcjami wydarzeń mającymi miejsce w rodzinnej posiadłości jej męża przed kilkunastoma laty. To właśnie dzięki tym dawnym dziejom szczegółowo poznajemy gospodarzy i do pewnego momentu zarówno ich historia, jak i ciemiężonej Eloise jawi się arcyciekawie, przykuwając uwagę coraz to większym okrucieństwem, które na domiar złego w ówczesnych czasach było akceptowane przez ogół społeczeństwa. Nie widziano niczego złego w niewoleniu czarnoskórych osobników i w bezwzględnym obchodzeniu się z nimi, ponieważ wówczas majętnym białoskórym ludziom wolno było więcej.

Ojciec Rodrigo zwykł wykorzystywać swoich niewolników nie tylko do ciężkiej pracy w polu. Równie chętnie korzystał z ciał młodych czarnoskórych kobiet, z czego jego żona doskonale zdawała sobie sprawę, ale nie cechowała się taką siłą woli, żeby choćby spróbować przerwać ten krzywdzący również dla niej proceder męża. Skupiła się więc na oddawaniu czci Bogu i kontaktach z księdzem, które z czasem zaowocują próbką oburzającej hipokryzji, błędnie pojmowanej bogobojności, albo raczej wykorzystywaniem wiary do własnych niecnych celów. Innymi słowy dostajemy zgrabną opowieść o dwóch zdemoralizowanych, choć w zgoła odmienny sposób, jednostkach, które dbają jedynie o swój interes, nie licząc się z uczuciami według nich tak nieistotnych stworzeń jak czarnoskórzy niewolnicy. Pan domu znajduje przyjemność w upokarzaniu służby, a jego „bogobojna” żona skupia się na minimalizowaniu szkód płynących z jego poczynań i szukaniu sposobu na wymierzenie kary za świętokradczy czyn. Dobrze by było, gdyby te intrygujące, w dużym stopniu oburzające dawne dzieje rodziców Rodrigo znalazły równie ciekawe dopełnienie w przyszłości, gdyby Brunetti bardziej zdecydowanie rozsnuł wątek nadprzyrodzony, zamiast ograniczać się do kilku króciótkich wstawek, podczas których nie sposób odczuć na własnej skórze atmosfery niezdefiniowanego zagrożenia w takim stopniu, jakiego można by oczekiwać od tego rodzaju scenariusza. Właściwie to retrospekcje szybko wypierają wydarzenia rozgrywające się kilkanaście lat później, jawią się o wiele bardziej atrakcyjnie, przez co dzieje dorosłego Rodrigo i jego żony Bianki z czasem zaczyna się postrzegać w kategoriach nieprzyjemnych przerywników, niemiłosiernie nużących, a miejscami nawet irytujących zbytnim uciekaniem od prawideł, którymi rządzi się nurt ghost story. Nie licząc oczywiście końcówki, która jednak choć serwuje nam jeden pomysłowy akcent tak na dobrą sprawę pomimo dosłownego ujęcia tematu uniemożliwia obserwowanie tego wszystkiego z narastającym przestrachem, z tego prostego powodu, że poszczególne dynamiczne sekwencje następują po sobie w nazbyt szybkim tempie, bez tak bardzo oczekiwanego stopniowania napięcia i budowania klimatu grozy. W takim rozrachunku pozostaje jednie cieszyć się wtłoczonymi w ramy filmowego dramatu retrospekcjami, bo raczej wątpię, żeby znalazło się wiele osób, które przyznają, że Mauricio Brunetti wykazał się w „Los Inocentes” jakimś talentem w sferze horroru. Za to zmysł dramatyczny bez wątpienia posiada i moim zdaniem właśnie w tym kierunku powinien popchnąć swoją dalszą twórczość.

Myślę, że „Los Inocentes” może się podobać tylko wówczas, jeśli nie da się wiary oficjalnej klasyfikacji tego filmu i nastawi się na dramat z elementami kina grozy, zamiast horror w ścisłym tego słowa znaczeniu. I zasiądzie się do seansu z przeświadczeniem, że debiutujący reżyser, Mauricio Brunetti nie potrafił należycie sportretować tych nielicznych ustępów osadzonych w stylistyce ghost story, że choć starał się miejscami zaniepokoić widzów sferą paranormalną brakowało mu śmiałości, żeby należycie wywiązać się z tego zadania, o incydentalności tych wstawek już nie wspominając. A przynajmniej ja odnosiłam takie wrażenie podczas projekcji „Los Inocentes” - moim zdaniem całkiem dobrego filmu, ale na pewno nie w kategoriach horroru, chociaż liczę się z tym, że znajdą się widzowie, którzy zgoła odmiennie będą zapatrywać się na propozycję Brunettiego.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...