piątek, 24 lutego 2017

„Shallow Grave” (1987)

Cztery zaprzyjaźnione studentki, Patty, Rose, Sue Ellen i Cindy, wybierają się do Fort Lauderdale. Nieopodal małego miasteczka Medley w stanie Georgia, na rzadko uczęszczanej drodze dziurawi im się opona. Dziewczęta rozdzielają się – Rose i Cindy zostają przy samochodzie, Patty rusza pieszo po pomoc, a Sue Ellen idzie za potrzebą do pobliskiego lasu. Jej uwagę zwraca para kochanków, która właśnie zakończyła miłosne igraszki. Pomiędzy nieznajomymi dochodzi do kłótni. Pogróżki kobiety wymierzone w stronę zdenerwowanego mężczyzny popychają go do zbrodni. Dusi swoją kochankę na oczach przerażonej Sue Ellen, której chwilę potem udaje się niepostrzeżenie uciec. Przeciągająca się nieobecność przyjaciółki zmusza Rose i Cindy do przeszukania lasu. Pech chce, że spotykają mężczyznę, który przed chwilą dopuścił się zbrodni. Tymczasem Sue Ellen dołącza do Patty i relacjonuje jej niedawne wydarzenia. Niedługo potem dziewczęta zostają zatrzymane przez zastępcę szeryfa Scotta, a jeszcze później odkrywają, że winnym morderstwa jest jego przełożony, szanowany obywatel Medley, szeryf Dean, który stara się zniszczyć dowody zbrodni.

Debiutancki obraz Richarda Stylesa, „Shallow Grave”, tak samo jak pozostałe reżyserowane przez niego produkcje nie przyciągnął przed ekrany wielu widzów. Właściwie to niemalże zagubił się w zalewie niskobudżetowych, sobie podobnych horrorów z lat 80-tych. Niemalże, bo istnieje garstka widzów, którym dane było zobaczyć „Shallow Grave”, a wśród nich również tacy, którzy uważają, że warto dać mu szansę. Zwłaszcza jeśli jest się wielbicielem mniej krwawych, acz klimatycznych rąbanek z lat 80-tych XX wieku. Scenariusz George'a Edwarda Fernandeza zręcznie miesza motywy przystające do slashera z elementami kojarzonymi z survival horrorami, tak więc grupa docelowa może być całkiem szeroka. Pod warunkiem oczywiście, że nie ma się zbyt wygórowanych wymagań względem tego typu kina.

Podejrzewam, że prawie każdy, kto chociaż raz w życiu oglądał doskonałą „Psychozę” Alfreda Hitchcocka uśmiechnie się z rozrzewnieniem na widok wstępnej scenki pod prysznicem, która to bez wątpienia miała stanowić hołd dla tego ponadczasowego dzieła. Twórcom „Shallow Grave” nie udało się zaatakować widzów ładunkiem najczystszej grozy na miarę pierwowzoru, ale sama sytuacja w oderwaniu od klimatu i siły elementu zaskoczenia została dosyć wiernie odzwierciedlona na ekranie. Oprawa muzyczna, ruchy dłoni napastnika dzierżącego długi nóż, który jak widzimy na zbliżeniach nie zagłębia się w ciało ofiary, powolne zsuwanie się dogorywającej kobiety po ścianie, a nawet dłuższe ujęcie jej dłoni i moment zrywania ostatkiem sił zasłony prysznicowej – wszystko to nie pozostawia żadnych wątpliwości, że twórcy starali się powtórzyć sławetną scenę pod prysznicem w sposób, który nie pozostawiałby zaznajomionym z „Psychozą” odbiorcom żadnych wątpliwości, że składali należny ukłon w stronę tej kultowej sekwencji. Zaraz potem filmowcy przechodzą do zawiązywania właściwej akcji „Shallow Grave”, która to na początku jest silnie osadzona w konwencji slash. Poznajemy cztery zaprzyjaźnione studentki, które wybierają się do Fort Lauderdale, czyli dostajemy jakże popularny zwłaszcza w rąbankach motyw grupki znajomych, która gdzieś tam wyjeżdża. Domniemaną final girl można wytypować już na początku, jak to zresztą na ogół bywa w slasherach. Patty, całkiem znośnie wykreowana przez Carol Cadby, posiada kilka typowych dla tego rodzaju postaci cech, które scenarzysta ochoczo uwypukla. Czytująca w podróży „Raj utracony” autorstwa Johna Miltona dziewczyna przyjmuje propozycję koleżanek polegającą na odpłatnym napisaniu za nich zadanych wypracowań, co świadczy o tym, że jest pilną uczennicą, której zdobywanie wiedzy sprawia przyjemność. W przeciwieństwie do jej przebojowych koleżanek. I w porównaniu do nich bardzo praktyczną, co najsilniej uwidacznia się po złapaniu gumy, kiedy to okazuje się, że tylko Patty wie jak zmienić koło i tylko jej niestraszna perspektywa zniszczenia paznokci. Niestety, nie ma okazji się wykazać, bo jak się szybko okazuje niezbyt lotna Rose przed podróżą uznała, że aby zmieścić wszystkie bagaże należy pozbyć się koła zapasowego (!). Dziewczęta mają więc dwa wyjścia – albo czekać na tej opustoszałej, mało uczęszczanej drodze usytuowanej nieopodal lasu na jakiegoś kierowcę, który jakimś cudem zapuści się w tę okolicę, albo wyruszyć pieszo po pomoc. Tylko Patty decyduje się na tę drugą opcję – jej wygodnickie koleżanki wolą wszak unikać takiego wysiłku. Może poza Cindy, która jednak musi zostać z pozostałą dwójką i przypilnować, żeby nie zrobiły niczego głupiego. Patty rusza więc w drogę sama, a tymczasem Sue Ellen świadkuje wydarzeniu, które uwarunkuje dalszy rozwój akcji. Podejście twórców do zbrodni popełnionej w głębi niewielkiego lasu każe przypuszczać (jak się okazuje słusznie), że „Shallow Grave” wpisuje się w poczet delikatnych w formie, nieepatujących skrajną drastycznością rąbanek, co akurat w slasherach nie jest niczym nadzwyczajnym. Ale jeśli nawet od tego nurtu nie oczekuje się multum odstręczających krwawych ujęć to zapewne niejeden ich miłośnik będzie liczył na przynajmniej kilka pomysłowych sekwencji okaleczania i zabijania nieszczęsnych jednostek. Richard Styles nie zaspokoi jednak tego konkretnego wymagania fanów rąbanek, poprzestając na tak pospolitych sposobach odbierania życia, jak duszenie, czy niemalże bezkrwawe dziurawienie ciał za pośrednictwem broni palnej. Najwięcej substancji imitującej krew (dodam, że bardzo nieudolnie) zobaczymy w krótkim ujęciu dłoni pogryzionej przez psa, podczas którego jednak nie sposób dostrzec samych poszarpanych ran. „Shallow Grave” nie jest więc pozycją dla osób nastawiających się na szafowanie budzącą wstręt makabrą, co wcale nie oznacza, że ci którzy od rąbanek oczekują przede wszystkim emocjonującej rozgrywki pomiędzy protagonistami i antybohaterem oraz lekko przybrudzonego klimatu nieustannie zagęszczającego się zagrożenia nie znajdą w tym obrazie nic, na czym można spokojnie zawiesić oko.

Wyświechtane, acz jakże chwytliwe motywy sugerujące podpięcie się George'a Edwarda Fernandeza pod pod konwencję slash (wycieczka grupki zaprzyjaźnionych studentek, utknięcie na rzadko uczęszczanej drodze, świadkowanie zbrodni i oczywiście „nieśmiertelne” rozdzielenie się pozytywnych bohaterek), osnute magiczną atmosferą kina grozy lat 80-tych, z której najsilniej przebija niemalże namacalny zwiastun tragedii były dla mnie zdecydowanie najbardziej atrakcyjnymi elementami pierwszej partii „Shallow Grave”. Byłam jednak przekonana, że z czasem mój entuzjazm osłabnie, bo wszystko wskazywało na to, że twórcy zdecydują się na poprzeciągane w czasie pościgi za ostałymi przy życiu młodymi kobietami, które w dodatku nie będą urozmaicane wymyślnymi i przynajmniej umiarkowanie krwawymi sekwencjami mordów. Scenarzysta zdecydował się jednak na coś zgoła ciekawszego i nieporównanie bardziej trzymającego w napięciu, a mianowicie zamknięcie dwóch studentek w areszcie - na posterunku, w którym władzę sprawuje szeryf Dean (niezła kreacja Tony'ego Marcha), czyli mężczyzna, który wcześniej na oczach jednej z nich zabił swoją kochankę z obawy przed demaskacją ich romansu. Sama ta niecodzienna sytuacja dostarcza sporo emocji, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że zły glina stara się zatrzeć ślady swojej zbrodni, a więc nie zawaha się również przed wyeliminowaniem świadków. Najpierw jednak chce się upewnić, czy Sue Ellen jest w stanie go rozpoznać, bo jak szybko daje się nam do zrozumienia sylwetka Deana miała nieco odbiegać od najpowszechniejszego obrazu slasherowego antybohatera. Szeryf nie jest tak zwaną „maszynką do zabijania”, maniakiem szlachtującym każdego, kogo napotka tylko jednostką, która z własnej winy znalazła się w trudnej sytuacji i stara się zrobić wszystko, aby odsunąć od siebie podejrzenia. Innymi słowy dostajemy typowy motyw zbrodni, która pociąga za sobą kolejne – chcąc zatuszować nieplanowane morderstwo kobiety mężczyzna musi zabić każdego, kto może go zdemaskować. Wspomniany wątek funkcjonuje w otoczeniu małomiasteczkowej, sennej scenerii, w miejscu w którym wszyscy się znają i zdawałoby się, że żadne ważne wydarzenie nie może przejść niezauważone, co tylko utrudnia Deanowi ukrycie jego zbrodniczego czynu. Takie miejsce akcji we wprawnych rękach zawsze doskonale sprawdza się w horrorze. Nie inaczej jest w przypadku tego filmu – hermetyczna społeczność, w której morderca cieszy się dużym zaufaniem i szacunkiem, usytuowana w malowniczym leśnym zakątku, oddana w lekko przyblakłych i przybrudzonych barwach tworzy klaustrofobiczną aurę wyobcowania. Bo jak się wydaje dwie przyjezdne młode kobiety nie mają szans na znalezienie pomocy w gronie ludzi zżytych ze swoim szeryfem, a wręcz jak zobaczymy wkrótce podczas stricte survivalowych pościgowych wstawek niektórych z nich powinny się obawiać. W tym wszystkim z mojego punktu widzenia najsłabiej wypada wątek poświęcony dwóm studentom, Chadowi i Owenowi, którzy starają się odnaleźć niedawno poznane w przydrożnym barze dziewczyny. Głównie dlatego, że w porównaniu do pozostałych wydarzeń ich losy nakreślono bardzo pobieżnie, a biorąc pod uwagę finał ich podróży wydaje się wręcz, że ich ingerencja w akcję była tak znikoma, że z powodzeniem można było darować sobie ich udział. Z drugiej jednak strony niniejsze zakończenie ich wyprawy zauważalnie wychodzi poza ramy schematu, a co za tym idzie całkiem skutecznie pogrywa z oczekiwaniami nawykłego do wszelkiej maści rąbanek odbiorcy. To samo zresztą można powiedzieć o UWAGA SPOILER zaskakującym wyeliminowaniu domniemanej final girl przed jej rozwiązłą seksualnie koleżanką KONIEC SPOILERA. Pochwalić muszę również złowieszcze zamknięcie całej opowieści – niby proste, nieodznaczające się żadną spektakularną wymyślnością, ale i tak pozostawiające widza w stanie wzmożonej czujności, bez dania mu szansy na rozładowanie skumulowanych emocji. Co tylko udowadnia, że kombinacje czasem są wręcz niewskazane, że czasami (moim zdaniem najczęściej) prostota sprawdza się nieporównanie lepiej.

„Shallow Grave” to jeden z mniej znanych slasherów / survival horrorów, do czego w dużej mierze mogła przyczynić się licha dystrybucja. Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że tylu oddanych fanów rąbanek z premedytacją ignoruje ten tytuł. Zwłaszcza po ówczesnym zapoznaniu się z opiniami tych, którzy debiutancki film Richarda Stylesa wdzieli, bo z tego grona naprawdę nietrudno wyłowić paru jego entuzjastów, którzy nie bez kozery przyznają, że niniejsza produkcja może pochwalić się mnogością składowych, które są tak cenne dla miłośników rąbanek z lat 80-tych. Nawet jeśli same mordy nie przedstawiają sobą praktycznie żadnej wartości. Klimat i całkiem emocjonujący przebieg akcji powinny bowiem przynajmniej w części zrekompensować ten niedostatek.

środa, 22 lutego 2017

Michel Bussi „Mama kłamie”

Trzyipółletni Malone Moulin rozpowiada w przedszkolu, że jego rodzice nie są jego rodzicami. Psycholog dziecięcy Vasile Dragonman jako jedyny daje wiarę jego zapewnieniom, pozostali dorośli przebywający w otoczeniu Malone'a przypuszczają, że mały ma zbyt wybujałą wyobraźnię. Dragonman zwraca się więc z prośbą o pomoc do komendantki Marianne Augresse, która również podchodzi sceptycznie do tej sprawy. Niemniej psycholog nie ustaje w wysiłkach, aby ją przekonać, że należy jak najszybciej sprawdzić wyznanie Malone'a, zanim wszystkie mgliste wspomnienia, podtrzymywane dzięki rozmowom jakie chłopiec prowadzi ze swoim pluszakiem Gutim, całkowicie zatrą się w jego pamięci. Dragonman nie wyklucza możliwości, że chłopcu może grozić jakieś niebezpieczeństwo, nie tylko związane z traumą, którą bez wątpienia niegdyś przeżył. Pomimo tego, że chłopca wydaje się łączyć silna więź z kobietą, która jak sam utrzymuje nie jest jego matką.

Pierwotnie wydana w 2015 roku powieść „Mama kłamie” autorstwa francuskiego pisarza Michela Bussiego w swoim rodzimych kraju znalazła się w pierwszej dwudziestce najlepiej sprzedających się thrillerów roku. Co w przypadku jego twórczości nie jest żadnym fenomenem – praktycznie każdy utwór Bussiego cieszy się dużą poczytnością, również poza granicami Francji, i sporym uznaniem także ze strony krytyków literackich. Wielokrotnie nagradzany pisarz do perfekcji doprowadził sztukę manipulacji, którą ochoczo wykorzystuje na kartach swoich powieści, sprowadzając odbiorców swojej prozy do pozycji marionetek całkowicie podporządkowanych jego woli. Bussi znajduje przyjemność w pogrywaniu z czytelnikiem, nieustannym udowadnianiu mu, że nie jest w stanie przeniknąć zasłony utkanej z pozorów, nawet wówczas, gdy wydaje mu się, że dysponuje już wszystkimi częściami owej misternej układanki. Przypuszczam, że głównie ta niełatwa sztuka zagwarantowała mu sukces na rynku literackim, co oczywiście nie oznacza, że jego utwory są pozbawione innych zalet.

Akcję „Mama kłamie” zapoczątkowuje zagadkowy wątek, który może nasuwać skojarzenia z „Inwazją porywaczy ciał” Jacka Finneya. Trzyipółletni chłopiec utrzymuje, że jego rodzice tak naprawdę nie są jego rodzicami, choć nie istnieją żadne namacalne dowody na poparcie jego słów. Jeśli miałoby się kierować zasadą brzytwy Ockhama to można by założyć, że mamy do czynienia z owocem wybujałej wyobraźni dziecka, jednak niniejszą hipotezę zdaje się wykluczać informacja podana w prologu. Michel Bussi stwierdza wówczas wprost, że wszystko co mówi chłopiec jest prawdą i daje jasno do zrozumienia, że kluczem do rozwiązania zagadki jest bezgraniczna wiara w zapewniania małego Malone'a Moulina. Pisarz lubi wykorzystywać ten przewrotny zabieg zasadzający się na domniemanym wczesnym wyjawieniu istoty jednej z zagadek wplecionych w fabułę. W gestii czytelnika natomiast leży rozstrzygnięcie, czy powinien zaufać podstępnemu autorowi, który przecież zauważalnie podchodzi do swoich historii jak do gier, w których odbiorca jest jego przeciwnikiem, nie towarzyszem. Michel Bussi rzuca mu wyzwanie, niejako zmusza do „podniesienia rękawicy” i przystąpienia do umysłowej rozgrywki, której celem jest przewidywanie kolejnych posunięć przeciwnika. Autor stara się uwarunkować czytelnika tak, aby jego procesy myślowe biegły przewidywalnym dla niego torem, odbiorca natomiast musi próbować oddzielić prawdę od mylących zagrywek Bussiego, co nie jest wcale łatwe. Nie dlatego, że autor pilnuje, aby pozostawał na straconej pozycji przez choćby niewystarczającą ilość informacji jakimi z jego winy dysponuje, bo tychże nie brakuje – problemem jest zbyt mała ilość pewników. Nawet wówczas, gdy Bussi zapewnia nas o słuszności jakiejś tezy (w tym przypadku radzi podzielić zapatrywania psychologa dziecięcego Vasile'a Dragonmana na problem Malone'a) nie sposób bezkrytycznie podejść do jego słów. Może autor rzeczywiście „daje nam fory”, może istotnie wręcza w nasze ręce klucz do rozwiązania zagadki, ale pamiętając o jego dążeniu do ogrania czytelnika trudno wyzbyć się nieufności. Osoby dobrze zaznajomione z twórczością Bussiego na początku nie powinny mieć problemu z rozwianiem tej wątpliwości, obawiam się jednak, że z biegiem trwania lektury nawet oni zaczną stopniowo uświadamiać sobie, że mimo obrania jak się okazało właściwej ścieżki interpretacyjnej umknęło im to, co najistotniejsze. Podczas gdy oni skupiali się na wątku przewodnim, szukając luźno rozrzuconych dowodów na poparcie słów trzyipółletniego dziecka, autor wplatał w swoją historię nieporównanie ważniejsze informacje trwając w przekonaniu, że zostaną one całkowicie zignorowane przez odbiorcę. Odrzucone jako nieistotne, odbierane w kategoriach, czy to przerywnika służącego do rozbudowania nudnawych wątków pobocznych, czy nieudolnej próby zamieszania mu w głowie poprzez agresywne odciąganie jego uwagi od motywu przewodniego. Nie zdziwiłabym się, gdyby Bussi celowo obniżył jakość ustępów skupiających się na wydarzeniach, w centrum których nie tkwi mały, zagubiony chłopiec. W porównaniu wszak do jego nietypowego problemu drugi szeroko omówiony wątek jawi się dużo mniej atrakcyjnie, nie dostarcza tak silnych emocji, jak losy Malone'a i próbującego mu pomóc Vasile'a Dragonmana. Miejscami nawet wkrada się w niego czysty chaos, jakby Bussi największą wagę przykładał do dynamiki, a nie porywającego ciągu przyczynowo-skutkowego. W zestawieniu z nim bezwładne, naiwne myśli przemykające przez głowę trzyipółletniego chłopca, w które często mamy bezpośredni wgląd wydają się być bardziej spójne i konkretne. Nawet wtedy kiedy próbuje się nas przekonać, że bajkowy świat Malone'a zaludniony przez piratów i ogrów nie jest tylko produktem jego wybujałej wyobraźni. Nawet wtedy, gdy wraz z nim przysłuchujemy się nocnym opowieściom jego pluszaka, Gutiego, które jak sądzi Vasile Dragonman mają za zadanie podtrzymywać pamięć o poprzednim życiu dziecka, chociaż tak na dobrą sprawę nie sposób odnaleźć w tych opowiastkach niczego, co wybiegałoby poza ramy zwykłych bajeczek na dobranoc.

Vasile poczuł nagle ogromną odpowiedzialność, jaka spadła na jego barki, jakby ten dzieciak powierzył mu właśnie swoje własne, gorące i bijące, serce.”

Uczynienie jednego z głównych bohaterów trzyipółletniego chłopca posłużyło Michelowi Bussiemu do wygenerowania nieznośnego wręcz napięcia emocjonalnego. I to nie tylko dlatego, że zagrożenie zdaje się koncentrować na niewinnej, bezbronnej istocie, która budzi jedynie ciepłe uczucia czytelnika. Emocje intensyfikują również informacje o funkcjonowaniu pamięci tak małego dziecka - szeroko omówione przez Vasile'a Dragonmana przekonanie, że Malone wkrótce zapomni wszystko, co jest związane z jego rzekomym poprzednim życiem. Fakt, że czas może działać na niekorzyść chłopca, że przesuwające się wskazówki zegara mogą procentować utratą tych i tak wątłych punktów zaczepienia w formie niejasnych przebłysków wspomnień w głowie chłopca sprawia, że z niecierpliwością oczekujemy podjęcia jakichś konkretnych działań. Popędzamy w myślach upartego psychologa dziecięcego i wykazującą się denerwującą biernością komendantkę Marianne Augresse, drżąc na myśl o tym, co może się stać, jeśli ich śledztwo szybko nie przyniesie żadnych rezultatów. I tak na dobrą sprawę tylko to nas interesuje, nawet wówczas gdy Bussi raz po raz daje nam dowody na bezgraniczną miłość, jaką rzekoma uzurpatorka darzy Malone'a i dobitnie akcentuje duże przywiązanie chłopca do kobiety, która jak uparcie utrzymuje nie jest jego prawdziwą matką. Wspomniana już zasada brzytwy Ockhama nie znajduje zastosowania w „Mama kłamie”, Bussiego wszak nie interesują najprostsze rozwiązania. Czytelnik, który pragnie choćby zbliżyć się do jądra tajemnicy musi opierać się na różnego rodzaju założeniach, nawet wówczas gdy na pierwszy rzut oka wydają się one naciągnięte do granic absurdu. Nie wolno mu odrzucać żadnej, choćby najbardziej nieprawdopodobnej ewentualności. To na początek, zaś z dalszej części lektury musi wyłowić tylko te informacje, które mają jakieś znaczenie i dopasować je do któregoś z wcześniejszych założeń. To niełatwe, bo jak szybko zauważymy Michel Bussi nie szczędzi nam różnego rodzaju tropów, z których część należy traktować jako zwykłe zmyłki, a większość doprawdy trudno wkleić w całości z zachowaniem wszelkiej logiki. Bo cały czas trzeba pamiętać, że uzdolniony Francuz wielką wagę przykłada do tego ostatniego – nie pozwala sobie na naciągane zwroty akcji, nie posiłkuje się prymitywnymi zbiegami okoliczności, choć w pewnych momentach może się tak wydawać. Nie, w jego historiach nie brak spójności, nawet wówczas gdy raczy nas długim ciągiem coraz to bardziej zdumiewających zwrotów akcji, bo jak się niedługo potem okazuje znajdują one wiarygodne uzasadnienie w wydarzeniach zaprezentowanych wcześniej. W „Mama kłamie” Bussi eksperymentuje również z narracją, co jakiś czas wskakując w przyszłość, podczas której zdradza nam podejrzanie dużo o toczącym się śledztwie. Tak jakby miał w poważaniu wszystkie zasady budowania zagadkowej intrygi kryminalnej polegające na utrzymywaniu czytelnika w niepewności, aż do ostatniej partii powieści. Jakby śpieszno mu było do rozwiania aury tajemnicy, co jak można się domyślić jest jedynie zmyślnym sposobem na zdezorientowanie odbiorcy, bo paradoksalnie wprowadza więcej wątpliwości niźli pewności. Drugi wybieg narracyjny, polegający na naprzemiennym wyłuszczaniu całej historii z punktu widzenia kilku kluczowych bohaterów również znacznie komplikuje całą intrygę, ale jednocześnie pomaga w kompleksowym zrozumieniu wszystkich procesów myślowych kluczowych postaci i w przynajmniej paru przypadkach ułatwia wytworzenie silnej więzi pomiędzy nimi i odbiorcami. W czym pomocna okazała się również zdolność Michela Bussiego do kreowania sympatycznych, czasem nawet nieco skomplikowanych psychologicznie postaci. Wspomniany już chaos znamionujący na początku styl Bussiego z biegiem trwania lektury wyparowuje i mimo że autor cały czas operuje niedługimi zdaniami na niedobór treściwych opisów nie można narzekać, również w warstwie stricte psychologicznej.

„Mama kłamie” to kolejne znakomicie skonstruowane, niebywale zaskakujące dzieło wciąż niedocenianego w Polsce francuskiego pisarza, który w sztuce manipulacji prawie nie ma sobie równych. Pozycja obowiązkowa dla osób lubiących mierzyć się z autorami thrillerów, którzy nade wszystko pragną ich zaskakiwać, pogrywać z ich oczekiwaniami poprzez między innymi nietypowe podejście do gatunku. W „Mama kłamie” wszystko wydaje się nie być tym, czym wydaje się na pierwszy rzut oka – ta książka to jedna wielka układanka, której poszczególnych elementów chyba nawet najbardziej przenikliwy czytelnik nie będzie w stanie złożyć w jedną, spójną całość. Będzie oczywiście próbował, ale z czasem najprawdopodobniej uświadomi sobie, że tak naprawdę nie pozostaje mu nic innego, jak pozwalać autorowi „wodzić się za nos”. Cieszyć diablo pasjonującą historią w stanie wzmożonej ciekawości, którą zaspokoić może jedynie sam autor - przełknąć gorycz porażki i przyznać, że stał się kolejną ofiarą manipulacji Michela Bussiego. A przynajmniej ja znowu przegrałam w starciu z tym autorem i bardzo dobrze, bo w przeciwnym wypadku najpewniej nie przewracałabym z taką gorączkowością kolejnych stronic „Mama kłamie”. I co tu dużo mówić z czystym zachwytem nad technikami i pomysłami pisarza, który po raz kolejny dał mi przesłanki do przypuszczenia, że jest jedną z „najjaśniej świecących gwiazd” w panteonie współczesnych autorów thrillerów.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 21 lutego 2017

Zapowiedzi wydawnictwa Dom Horroru

Nie będzie chyba przesadne stwierdzenie, że nowe wydawnictwo Dom Horroru jak na tę chwilę przedstawia najlepszą ofertę dla polskich wielbicieli horroru ekstremalnego – niszowego nurtu, który ostatnimi czasy był traktowany po macoszemu przez naszych rodzimych wydawców. Dom Horroru stara się to naprawić. W przeciwieństwie do aktualnie funkcjonujących na rynku wydawnictw skupia się przede wszystkim na tej niemalże wyklętej prozie. Po debiutanckiej publikacji, zbiorku opowiadań Edwarda Lee oraz dwóch książkach naszych rodaków – zbioru opowiadań Tomasza Czarnego i Karoliny Kaczkowskiej pt. „Ofiarologia” oraz powieści Sylwii Błach pt. „Syndrom Riddocha” (tom pierwszy) zapowiedziano kolejne publikacje, które powinny zwrócić uwagę miłośników horroru ekstremalnego.

W najbliższym czasie nakładem wydawnictwa Dom Horroru mają ukazać się następujące pozycje:

„Zgroza w Innswich” Edwarda Lee

Opis fabuły za Horror Online: Rok 1939. Foster Morley to młody mężczyzna z bogatego domu, który ma prawdziwego bzika na punkcie H.P. Lovecrafta. Utwory Mistrza, jak nazywa „samotnika z Providence”, potrafi cytować z pamięci, odwiedza również miejsca, w których bywał Lovecraft, by jeszcze lepiej zrozumieć jego osobę i twórczość. W ten sposób trafia do Innswich Point, małego rybackiego miasteczka, z zaskakująco dużą liczbą ciężarnych kobiet, którego próżno szukać na oficjalnych mapach. Już sama nazwa – Innswich – budzi u Fostera skojarzenia z osławionym Lovecraftowskim Innsmouth. Morley wkrótce przekona się, że ma ono więcej wspólnego z Lovecraftem niż mógłby przypuszczać, a do tego to, co do tej poru uznawał za literacką fikcję, okaże się brutalną rzeczywistością, wyciągniętą niemal wprost z cthulhowskiego koszmaru. Źródło: http://www.horror.webd.pl/books/recka.php?id=684

„Population Zero” Wratha Jamesa White'a

Opis fabuły za Horror Online: Historia dotyczy niejakiego Todda, faceta pracującego dla opieki społecznej, który ma dość patrzenia jak dilerzy, prostytutki i oszuści starają się za wszelką cenę oszukać system. Tym, co zniesmacza go szczególnie, są kobiety nieodpowiedzialnie zachodzące w ciążę. Jak się okazuje, Todd jest zwolennikiem organizacji Population Zero, której ideologia opiera się na założeniu, że światu grozi skrajne przeludnienie, a każdy przychodzący na świat człowiek staje się przyczyną wyginięcia licznych gatunków zwierząt i destrukcji całych połaci lasów równikowych. Wściekłość Todda doprowadza go do tego, że zaczyna proponować aplikantom zasiłek w zamian za aborcję i sterylizację. Źródło: http://horror.com.pl/books/recka.php?id=590

„Fields Of Flesh” Johna Eversona (tytuł roboczy)

Jak na razie zaprezentowano jedynie projekt polskiej okładki „Zgrozy w Innswich”. Powieść najprawdopodobniej pojawi się jako pierwsza. Przedsprzedaż zaplanowano na marzec 2017 roku. Ujawniono już że będzie rozpowszechniana w limitowanym wydaniu w twardej oprawie i w zwykłym w oprawie miękkiej.

Źródło: https://pl-pl.facebook.com/domhorroru/

niedziela, 19 lutego 2017

„Oczy matki” (2016)

Na niewielkiej farmie mała Francisca spędza czas głównie u boku matki, która stara się przekazać jej swoją wiedzę o anatomii. Ich spokojny żywot zakłóca pojawienie się nieznajomego mężczyzny, Charliego, który prosi o pozwolenie na skorzystanie z ich łazienki. Gdy matka Franny wpuszcza go do domu Charlie niezwłocznie przystępuje do ataku. Przybyły na miejsce ojciec dziewczynki ogłusza napastnika, ale nie może już pomóc żonie. Charlie zostaje uwięziony w stodole, a ciało jego ofiary pozostali członkowie rodziny zakopują w okolicznym lesie. Kiedy Franny jest już dorosłą kobietą traci ojca, co skutkuje dojmującym poczuciem pustki. Towarzystwo okaleczonego Charliego jej nie wystarcza, więc decyduje się znaleźć kogoś, kto pozwoli jej zapomnieć o samotności.

„Oczy matki” to czarno-białe dzieło debiutującego tak w roli reżysera, jak i scenarzysty Nicolasa Pesce. Pierwszy pokaz filmu odbył się na Sundance Film Festival w styczniu 2016 roku. Do szerszego obiegu trafił dopiero pod koniec rzeczonego roku – w Stanach Zjednoczonych rozpowszechniano go w kinach w ograniczonym zakresie i za pośrednictwem platformy VOD. Gdyby opinie krytyków warunkowały rozwój kariery danego artysty (na szczęście tak nie jest) to przed Pesce rozciągałaby się całkiem świetlana przyszłość, ponieważ „Oczy matki” zebrały sporo pozytywnych recenzji od tak zwanych znawców kina. Zresztą nie tylko od nich, bo spora część zwykłych odbiorców również nie mogła wyjść z podziwu nad dokonaniem początkującego twórcy.

Istnieje pewna rozbieżność zdań wśród osób, które miały okazję już obejrzeć „Oczy matki”, a dotycząca klasyfikacji gatunkowej. Oficjalnie produkcję Nicolasa Pesce uznano za hybrydę dramatu i horroru, jednakże niektórzy widzowie negują choćby częściową przynależność do tego drugiego gatunku. Brutalizm przebijający ze scenariusza, degrengolada jednostki to elementy często przewijające się w obrazach gore, ale jak mniemam od produkcji pretendujących do tego miana współczesna publiczność oczekiwałaby nieco śmielszej formy. Nie cała, bo jednak część widzów bez trudu odnalazła w „Oczach matki” składowe nawiązujące do tradycji gore - ja również, aczkolwiek przyznaję, że nie jest to obraz cechujący się czystością gatunkową. Oprócz miejscowych skrętów w stronę dramatu dostrzegałam w tym obrazie również cechy thrillera psychologicznego, a wszystko to oddane w chłodnej atmosferze takiego bestialstwa, do jakiego zdolny jest tylko człowiek. Mogłoby się wydawać, że czarno-białe zdjęcia utalentowanego Zacha Kupersteina znacznie złagodzą wydźwięk scenariusza, ale jak się okazuje posępne wyprane z kolorów kadry tylko wzmagają oddziaływanie aury wszechobecnego rozkładu. Wynaturzenie głównej bohaterki co prawda niezmiennie wysuwa się na pierwszy plan, to ono napędza fabułę, to ono jest źródłem wszystkich coraz to bardziej druzgocących nieszczęść, ale Nicolas Pesce na tym nie poprzestaje. Robi wszak wszystko, aby zintensyfikować tragizm sytuacyjny poprzez akcentowanie izolacji. Farma położona z dala od skupisk ludzkich, skryta przed wzrokiem ciekawskich zwartą ścianą lasu ułatwia głównej bohaterce (albo raczej antybohaterce) rozwijanie okrutnego procederu zapoczątkowanego już w dzieciństwie. Twórcy „Oczu matki” doskonale zdawali sobie sprawę z tego, jak ważna w kinie grozy jest klaustrofobiczna, wręcz przygniatająca atmosfera wyalienowania, swoistego pozostawania w miejscu, z którego nie sposób szybko się wydostać. Sam wybór scenerii sprzyjającej wytworzeniu takich emocji nie gwarantuje jednak sukcesu. Tutaj z pomocą pośpieszyli przede wszystkim Zach Kuperstein i Ariel Loh, operator i kompozytor, którzy dzięki swojej idealnie zsynchronizowanej pracy w pełni wykorzystali potencjał drzemiący w miejscu akcji. Co ciekawe mniejszą wagę przyłożyli do uwypuklania wpływu tego odizolowanego miejsca na psychikę ofiar bezwzględnej Franny. Bardziej skupili się na niszczącym oddziaływaniu miejsca akcji na samą agresorkę, odczuwającą paniczny lęk przed samotnością, niepotrafiącą egzystować bez jakiegoś towarzysza. Ta ogromna potrzeba bliskości drugiego człowieka determinuje gwałcące normy społeczne zachowanie kobiety, ale nie bez znaczenia jest również wychowanie jakie odebrała. Jej matka przez jakiś czas zajmowała się chirurgią oczu, a kiedy osiadła na farmie u boku małomównego męża i łaknącej wiedzy córeczki starała się zarazić tą drugą swoimi anatomicznymi zainteresowaniami. Francisca od najmłodszych lat świadkowała zarzynaniu zwierząt hodowlanych – miała wgląd w ich wnętrzności, nauczyła się porcjować mięso i dowiedziała się jak wyglądają i funkcjonują organy wewnętrzne człowieka. Zamiast jednak przyjmować owe wiadomości z chłodnym dystansem, spoglądać na nie okiem lekarza, którym jak ufała jej matka zostanie w przyszłości, Franny obserwowała poczynania rodzicielki z narastającą fascynacją, czerpiąc przyjemność z widoku krwi i wnętrzności. Forma jaką obrał Nicolas Pesce pozwala, co prawda na zanurzenie się w chorej psychice głównej bohaterki, nie utrudnia nam taplania się w jej szaleństwie, ale na pewno nie ułatwia zatapiania się w fabułę. Rwana narracja, częste raptowne przeskoki w czasie (nagłe zmiany miejsca i zachowania głównej bohaterki), różne nierzadko wymyślne kąty widzenia kamer (nawet z perspektywy podłogi), które oczywiście potęgują klaustrofobiczne odczucia, ale z całą pewnością nie ułatwiają usilnych prób zaangażowania się w akcję. Na szczęście silnie skontrastowane, długie ujęcia z oddali i powolne najazdy kamer na oddającą się codziennym pracom Franny nieco rekompensują miejscami poszarpaną narrację. Przy okazji wytwarzającą swoistą intymność, szokującą, bo rozciągającą się głównie na postać psychotycznej Franny – jej ofiarom będziemy towarzyszyć jedynie w niedługich zrywach, nie oznacza to jednak, że nie da się nam czasu na współczucie, szczególnie w ostatnim rozdziale.

„Oczy matki” podzielono na trzy rozdziały, będące swoistym przekrojem życia Franny, w którą w bardzo dobrym stylu wcieliły się młoda Olivia Bond i dorosła Kika Magalhaes. Jak można się tego spodziewać każdy kolejny rozdział jest brutalniejszy od poprzedniego, przy czym rzeczona brutalność nie zasadza się na hektolitrach sztucznej krwi i mnogości rekwizytów imitujących ludzkie wnętrzności. Twórcy pokazują dość, żeby nie mieć wątpliwości co do charakteru czynów, jakich dopuszcza się główna bohaterka w zaciszu swojej farmy, ale nie szafują makabrą, większość tego całego ohydztwa skrzętnie skrywając przed wzrokiem widza. Widzimy na przykład jak Franny wkłada do lodówki woreczki z mięsem i choć nie mamy żadnej wątpliwości co do pochodzenia tego pożywienia to poprzedzającemu niniejszą sekwencję porcjowaniu nie pozwala nam się przyjrzeć. Wystarczy jednak świadomość, że Franny zamierza skonsumować owe mięso, żeby rozbudzić w nas niesmak - atakowanie naszego wzorku mocno krwawymi ujęciami nie jest nieodzowne do wzbudzenia takich skrajnych emocji. To samo można powiedzieć o naszych reakcjach na osoby więzione w stodole. Nie musimy widzieć zabiegów wykonanych na ich ciałach, wystarczy bowiem widok zaszytych oczu i poszarpanych również zszytych cięć na ich szyjach, żeby wiedzieć jak okrutnie Franny się z nimi obeszła. I przynajmniej w przypadku jednego z jej więźniów zareagować z wręcz druzgocącą litością i swego rodzaju solidarnością, łącznia się z ową osobą w niedoli, jaka ją spotkała. Nie mniej niesmaczne i równocześnie dosłownie przeładowane niemalże namacalną rozpaczą są krótkie wstawki mające uwypuklić tęsknotę Franny i jej trudne do zwalczenia przywiązanie do zmarłych rodziców. Widząc zdruzgotaną kobietę przytulającą się w wannie do bezwładnego ciała ojca, czy wykopującą czaszkę matki po to, aby przygarnąć ją do piersi wprost nie sposób odsunąć od siebie niesmaku. Nie przyćmiewa on jednak poczucia straty i pustki (odczuwalnych, acz przynajmniej w moich oczach nieocieplających wizerunku Franny), które trawią samotną młodą kobietę pragnącą przede wszystkim tego, żeby rodzice do niej wrócili, bo w przeciwieństwie do choćby takiego Eda Geina doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że ich straciła. Niemniej jest przekonana, że duch matki nieustannie jej towarzyszy i pomaga odnaleźć szczęście u boku jakiegoś nieszczęśnika. Doprawdy ciężki to film, niosący tak ogromny ładunek emocjonalny, w dodatku kumulujący się na niezdrowej jednostce dopuszczającej się skrajnie okrutnych czynów, że chwilami trzeba walczyć z przemożnym pragnieniem przerwania tego spektaklu szaleństwa. Zwłaszcza podczas ostatniego, niebywale przygnębiającego, może nawet szokującego rozdziału, w którym choroba tocząca psychikę głównej bohaterki osiąga punkt krytyczny, z naszej perspektywy, bo ona sama jest przekonana, że znalazła wreszcie upragnionego towarzysza. „Oczy matki” przyjmuje się z tym mniejszym komfortem, z tym większym poczuciem obcowania z czymś niebywale ciężkim, bo przebieg akcji odstaje od zwyczajowych szkieletów fabularnych. Można wręcz powiedzieć, że fabułę nakreślono dosyć szczątkowo, nie przywiązując wagi do wyraźnego zarysowywania wstępu, rozwinięcia i zakończenia, poza eskalacją przypadłości, z jaką boryka się główna bohaterka. Bo na tym praktycznie zasadza się cały scenariusz – obrazie szaleństwa, jakie dotknęło Franny, które notabene rzutuje na egzystencję paru innych osób.

„Oczy matki” pomimo minimalizacji krwawych scen z całą pewnością nie jest obrazem kręconym z myślą o szerokiej grupie odbiorców. Jeśli ktoś nie zapatruje się przychylnie na obrazy, które nade wszystko starają się zniesmaczyć, zaszokować oglądającego to powinien trzymać się z dala od tej pozycji. Bo Nicolas Pesce wcale nie musiał posiłkować się mocno krwawymi efektami specjalnymi, żeby wywołać emocje, których nie powstydziłby się żaden film pretendujący do miana gore. Początkujący twórca podszedł do tego głównie od psychologicznej strony, co nie oznacza, że oddziałuje ona z mniejszą siłą na spragnionego mocnych wrażeń odbiorcę. Dobre, bezkompromisowe dziełko, które powinno zadowolić wielbicieli tak zwanych chorych horrorów, aczkolwiek nie jestem przekonana, czy w pełni, bo nie da się ukryć, że konstrukcja scenariusza wespół z miejscowymi wybijającymi z rytmu kombinacjami operatorów i montażystów nieco utrudniają odbiór całości, obniżając zaangażowanie, pomimo tego że niektóre ze wspomnianych technik wpływają korzystnie na przytłaczający klimat degrengolady jednostki, wyalienowania i samotności. Klaustrofobiczną i niebywale złowieszczą atmosferę mentalnego zepsucia doprawioną nutką osobistej niedoli, która jednak przegrywa w starciu z okrucieństwem. Trudno wszak współczuć borykającej się z samotnością zrozpaczonej kobiecie, która szukając ratunku wykazuje się takim bestialstwem, nawet wziąwszy pod uwagę jej ewentualną chorobę, pomimo starań twórców również w tym kierunku.

sobota, 18 lutego 2017

H.P. Lovecraft „W górach szaleństwa i inne opowieści”

Przeszło 700-stronicowa publikacja wydawnictwa Zysk i S-ka w twardej oprawie z poruszającą wyobraźnię grafiką na okładce zatytułowana „W górach szaleństwa i inne opowieści” to kolejny godny najwyższej pochwały ukłon w stronę miłośników prozy Howarda Phillipsa Lovecrafta, jednego z najważniejszych autorów weird fiction. Mimo że wszystkie utwory zamieszczone w niniejszym zbiorze są doskonale znane fanom prozy Samotnika z Providence – jestem bowiem przekonana, że z ochotą uświetnią oni swoje prywatne kolekcje tą przecudną publikacją. Istnieje również spore prawdopodobieństwo, że propozycja Zysk i S-ka zwróci uwagę szerszego grona czytelników, zachęci osoby, które dotychczas nie miały okazji zapoznać się z twórczością osławionego H.P. Lovecrafta do wypuszczenia się w pierwsze podróże z nim w roli przewodnika po światach, w których króluje najczystsza groza. Wydawcy wszak zdecydowali się zebrać w jednym miejscu siedemnaście w ich mniemaniu najbardziej reprezentatywnych utworów Lovecrafta, dzieł z którymi każdy czytelnik odczuwający pociąg do literatury grozy winien się zapoznać. Opowiadania i minipowieści króla weird fiction zamieszczone w niniejszym zbiorku wydają się być niemalże doskonałą propozycją dla osób dopiero wkraczających w świat jego niezmierzonej wyobraźni, ponieważ większość opowieści wchodzących w skład tej publikacji można śmiało traktować jako swoiste kamienie milowe w historii literatury grozy. Jeśli kogoś nie porwą historie zamieszczone w tej książce to najprawdopodobniej już nic nie przekona go do twórczości H.P. Lovecrafta.

Z wszystkimi utworami wchodzącymi w skład zbiorku „W górach szaleństwa i innych opowieści” miałam przyjemność zapoznać się już wcześniej. Z większością pierwotnie zaznajomiłam się przy okazji lektur „Zgrozy w Dunwich i innych przerażających opowieści” oraz „Przyszła na Sarnath zagłada. Opowieści niesamowite i fantastyczne”, wyłączając „Przyczajoną grozę”, którą jednak jakiś czas temu znalazłam w zbiorku zatytułowanym „Coś na progu”. Lektura „W górach szaleństwa i innych opowieści” była więc dla mnie powrotem do znanych i w większości lubianych historii. Jednak abstrahując od kilku wyjątków utwory te nie były mi obce w innym tłumaczeniu - nieocenionego Macieja Płazy władającego dużo bogatszym słownictwem (ktoś może powiedzieć, że bardziej kwiecistym) od tłumaczy przewijających się w niniejszym wydaniu. Nie ukrywam, że wolę warsztat Macieja Płazy, ale wykazałabym się skrajną niesprawiedliwością, gdybym zdeprecjonowała omawiany zbiorek tylko dlatego, że tłumaczenie okazało się nieco słabsze. Podkreślam „nieco”, bo biorąc pod uwagę ogół polskich publikacji zagranicznych autorów to i tak jest całkiem wysoki poziom.

Gdybym miała wskazać utwór H.P. Lovecrafta, który darzę największą sympatią to wahałabym się pomiędzy „Coś na progu” a „Kolorem z przestworzy”. Oba opowiadania widnieją w omawianym zbiorku – nie mogłoby przecież zabraknąć takich arcydzieł literatury grozy w książce, która w zamyśle miała zawierać najbardziej reprezentatywne dzieła Samotnika z Providence. „Coś na progu”, tak samo zresztą jak „Piekielną ilustrację”, „Zapomniane miasto”, „Herberta Westa – Reanimatora” i „Model Pickmana” w skrócie omówiłam już w recenzji „Przyszła na Sarnath zagłada. Opowieści niesamowite i fantastyczne”, więc wstrzymam się od powtarzania (przestrzegam jednakże, że tytuły mogą się trochę różnić). Natomiast wyszczególniony wyżej „Kolor z przestworzy” to osadzona w wiejskich realiach, wprost emanująca atmosferą wyalienowania opowieść o rolniczej rodzinie, której dotychczasowy spokój zostaje zburzony przez meteoryt o doprawdy niezwykłych właściwościach. Lovecraft w tym utworze doszedł do perfekcji w budowaniu zagęszczającej się aury niezdefiniowanego zagrożenia, tym większej że doprawionej potężną dawką wyobcowania, wszak niepokojące zjawiska mające miejsce na farmie pięcioosobowej familii szybko skutkują ostracyzmem ze strony pozostałych mieszkańców okolicznego obszaru. W twórczości H.P. Lovecrafta można zauważyć pewną tendencję, polegającą na nadmiernym rozwlekaniu końcowych partii jego opowieści, w których to wcześniej nakreślona i z czasem znacznie zintensyfikowana groza wreszcie osiąga apogeum. W „Kolorze z przestworzy” udało mu się tego uniknąć – zamiast zdawałoby się niekończącej się, drobiazgowo wyłuszczonej ucieczki bohatera dostajemy niezwykle spektakularny pokaz morderczej siły, który skutkuje wręcz przygniatającą aurą zagrożenia spowijającą nieszczęsnych protagonistów. Od wspomnianej tendencji Lovecraft odstąpił również w dziele, które śmiało można nazwać minipowieścią – opowieści o młodzieńcu zafiksowanym na punkcie historii, który zaczyna interesować się swoim zmarłym przodkiem budzącym niegdyś lęk okolicznych mieszkańców ze względu na swoje demoniczne praktyki. „Przypadek Charlesa Dextera Warda” znamionuje, co prawda nudnawy wstęp, w którym autor pokusił się o szczegółowe opisy architektoniczne, ale cierpliwość czytelnika wkrótce zostanie nagrodzona niezwykle klimatyczną opowiastką o budzących odrazę praktykach i zatracaniu swojego „ja”, sfinalizowaną w całkiem zaskakujący sposób. W tym utworze Lovecraft obficie unaocznił swoje zamiłowanie do retrospekcji – zaglądania w przeszłe wydarzenia, które rzutują na teraźniejszość jego bohaterów, proponując nam doprawdy intrygującą historię podszytą czystym szaleństwem. Retrospektywne wstawki odgrywają prawie równie ważną rolę w „Widmie nad Innsmouth”, opowieści o mieście zamieszkiwanym przez dziwacznych osobników, którzy przez paktowanie z niewyobrażalnymi stworami sprowadzili na siebie przekleństwo. Małomiasteczkowy klimat zamkniętej społeczności skrywającej przed resztą świata jakieś odrażające sekrety, w budowaniu którego Lovecraft nie ma sobie równych, barwne opisy osobliwej anatomii członków wyklętego społeczeństwa i przewrotny finał to zdecydowanie najsilniejsze składowe tego opowiadania, właściwie gwarantujące każdemu spragnionemu mocnych wrażeń wielbicielowi horroru wprost niezapomniane wrażenia. „Widmo nad Innsmouth”, podobnie jak wiele innych tekstów zamieszczonych w tym zbiorze, jest silnie osadzone w mitologii Cthulhu, opus magnum Samotnika z Providence. Opowieściach o Wielkich Przedwiecznych (w zależności od tłumaczenia nazywanych również Wielkimi Starymi Bogami), czyli potężnych szkaradnych bytach, które przyszły na świat na długo przed pojawieniem się człowieka. Spotkałam się już z opiniami głoszącymi, że proza Lovecrafta jest monotematyczna, że wszystkie opowiadania i minipowieści tego autora cechuje denerwująca powtarzalność. Bohaterzy pojawiający się na kartach jego utworów rzeczywiście mogą irytować odarciem z indywidualności - każda pozytywna postać stworzona przez Lovecrafta upodabnia się do pozostałych, tak bardzo, że ciężko spamiętać który protagonista pojawiał się w danej opowieści. Nie zgadzam się jednak z twierdzeniem, że Lovecraft w kółko mielił ten sam motyw, bo wystarczy choćby bliżej przyjrzeć się stworzonej przez niego mitologii, aby odkryć, że cechuje ją porywająca różnorodność, że wymyślił bardzo złożone uniwersum, pełne naprawdę zróżnicowanych stworów wymykających się wyobraźni pierwszego lepszego, przeciętnego artysty. Ogólny schemat zasadzający się na konfrontacji jakiegoś nieszczęśnika z siłą niepochodzącą ze znanego nam świata może tworzyć ułudę obcowania z tym samym, ale jeśli pochylić się nad szczegółami nie sposób nie zauważyć mnogości poruszających wyobraźnię koncepcji.

Nie jest umarłym ten, który może spoczywać wiekami.
Nawet śmierć może umrzeć wraz z dziwnymi eonami.”

Poza zamiłowaniem do retrospekcji H.P. Lovecrafta cechował również między innymi pociąg do motywu lokalnych legend, które to w mniejszym lub większym stopniu przewijają się w wielu jego utworach. Wyraźne echa tego zamiłowania odnajdziemy między innymi w „Przyczajonej grozie”, „Szczurach w murach”, czy „Szepczącym w ciemności” - właściwie to można śmiało założyć, że gdyby nie odniesienia do lokalnego folkloru owe opowieści straciłyby na atrakcyjności. Gdyby nie szczegółowe opisy lękliwych postaw okolicznych mieszkańców względem danego w ich mniemaniu przeklętego miejsca wymienione opowiadania nie przygniatałyby taką złowieszczością, tak obezwładniającym zwiastunem niebezpieczeństwa, makabryczne szczegóły którego, jak można się tego spodziewać, z czasem dane nam będzie zgłębić. Kolejnym często przewijającym się motywem w twórczości Samotnika z Providence jest wyprawa naukowa, celem której jest poszerzenie wiedzy ludzkości. Wydawcy „W górach szaleństwa i innych opowieści” pamiętali o zamieszczeniu historii poruszających również ten charakterystyczny dla prozy Lovecrafta wątek. Najsilniej przebija on z minipowieści „W górach szaleństwa”, która moim zdaniem natchnęła Dana Simmonsa do napisania znakomitego „Terroru”. Akcję Lovecraft umieścił na Antarktydzie, zaśnieżonym pustkowiu skrywającym pod lodem przerażające tajemnice, które na swoje nieszczęście odkrywa grupa dociekliwych naukowców. Autor z nawiązką wykorzystał dobrodziejstwa płynące z tej mroźnej, odizolowanej scenerii, przez długi czas z wprawą prawdziwego wirtuoza słowa pisanego (którym przecież był) podsycając klimat niedookreślonego zagrożenia, który z największą siłą uderzył we mnie w ustępie poświęconym implikacjom pierwszego ataku nieznanego, mającego miejsce w obozie rozbitym przez część naukowców. Wyprawa napędzana pragnieniem zgłębiania tajemnic wszechświata jest też jednym z głównych wątków „Cienia spoza czasu”, aczkolwiek w tej odsłonie nie wzbudził on we mnie porównywalnego zachwytu. Oddane w mocno onirycznej stylistyce, niezwykłe mentalne podróże głównego bohatera, w snach i wizjach, miały dla mnie jedynie taką korzyść, że przybliżały ważne detale związane z mitologią Cthulhu, bo już przystająca bardziej do fantasy niźli horroru atmosfera emanująca z kart tego opowiadania nie potrafiła zadowolić mnie w takim stopniu, jak to miało miejsce w przypadku poprzednio omówionego dziełka. Mniejszą sympatią darzę również „Przybysza”, który zauważalnie miał cały swój w zamyśle zaskakujący potencjał unaocznić w ostatniej partii. Problem w tym, że wcześniej Lovecraft nieopatrznie wyjawił tajniki swojego fortelu króciutkim, acz łatwym do zinterpretowania wtrętem. Skupiający się na opuszczonym, niszczejącym kościele, które jest siedliskiem złych mocy „Duch ciemności” w moim pojęciu wypada dużo lepiej, może dlatego, że Lovecraft położył tutaj silny nacisk na kreślenie atmosfery zagrożenia silnie promieniującej z odpychającego budynku, o którym krążą jakieś niesamowite historie, zamiast rozwodzić się przede wszystkim nad nudnawymi szczegółami wydostawania się delikwenta z zamkniętej twierdzy. Z jeszcze lepszej strony pokazał się w „Muzyce Ericha Zanna”, traktującej o skrywającym mroczną tajemnicę starszym mężczyźnie komponującym przepiękne utwory muzyczne i w opowiadaniu zatytułowanym „Zew Cthulhu”, które jak sam tytuł wskazuje jest silnie osadzone w lovecraftowskiej mitologii i dosyć szczegółowo portretuje specyfikę dziwacznego kultu, przybliża nam charakter obsesyjnych wyznawców Wielkich Przedwiecznych oddających się przerażającym praktykom oraz pewną mrożącą krew w żyłach wyprawę, która utwierdza głównego, bohatera w przekonaniu, że owe pierwotne istoty naprawdę istnieją. I cierpliwie czekają, aż czas ich niepodzielnego panowania nad wszechświatem znowu nadejdzie.

„W górach szaleństwa i inne opowieści” jest publikacją przeznaczoną głównie dla posiadających żyłkę kolekcjonerską długoletnich wielbicieli prozy H.P. Lovecrafta, parających się gromadzeniem różnych wydań utworów ich ulubionego autora oraz dla bibliofilii przywiązujących dużą wagę do estetyki wydania. Nie wolno jednak zapominać o osobach, które dotychczas nie miały okazji zapoznać się z twórczością Howarda Phillipsa Lovecrafta, bo owa publikacja wydaje się być wręcz idealną pozycją wyjściową – swoistą podróżą przez wiele bardziej wartościowych dzieł Samotnika z Providence, którą to moim zdaniem najlepiej odbyć na starcie. Jeśli zamieszczone w tym zbiorze opowiadania i minipowieści króla weird fiction nie rozbudzą czyjegoś apetytu to chyba żaden inny jego utworów już tego nie dokona. Jeśli ktoś chce się przekonać, czy jest w stanie pokochać jego prozę to proponuję właśnie to wydanie.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 16 lutego 2017

„Havenhurst” (2016)

Jackie po opuszczeniu ośrodka odwykowego wynajmuje dom w starej kamienicy. Właścicielka budynku, starsza kobieta Eleanor, zapewnia ją, że będzie mogła mieszkać tutaj jak długo zechce pod warunkiem, że nie wróci do nałogu alkoholowego. Ta zasada dotyczy wszystkich lokatorów kamienicy, składających się z ludzi borykających się z różnego rodzaju zgubnymi uzależnieniami. Jackie zajmuje mieszkanie swojej przyjaciółki Danielle, której aktualnego miejsca pobytu nie jest w stanie ustalić. Kobietę na tyle niepokoi jej zniknięcie, że zwraca się z prośbą o odnalezienie Danielle do znajomego detektywa z wydziału zabójstw Tima. Wkrótce Jackie poznaje nieletnią lokatorkę kamienicy, Sarah, która daje jej do zrozumienia, że eksmisje osób powracających do nałogu nie przebiegają w typowy sposób. Tymczasem kolejni lokatorzy znikają w tajemniczych okolicznościach, co utwierdza Jackie w przekonaniu, że z tym miejscem coś jest mocno nie w porządku.

Reżyser i scenarzysta Andrew C. Erin w pełnym metrażu debiutował w 2006 roku horrorem „Jezioro Sam”. Z czasem skupił się na produkcjach telewizyjnych, tworząc między innymi takie obrazy, jak „Klinika zbrodni”, „Strzeż się sąsiada” i „Zabójczy sekret Clary”. Jeden z nowszych filmów Erina, „Havenhurst”, pierwotnie wyświetlony na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes był szansą dla mało znanego twórcy na spopularyzowanie jego nazwiska, zwłaszcza, że film przedostał się do szerszego obiegu – na wielkie ekrany, aczkolwiek w ograniczonym zakresie. Jak na razie jednak nie przyciąga rzeszy zainteresowanych, co po części może być spowodowane lichą kampanią reklamową, ale nie umniejszałabym również roli recenzentów, z krytykami włącznie, wśród których znajduje się spora grupa osób niepotrafiąca dopatrzeć się żadnych dobrych stron w omawianym przedsięwzięciu Andrew C. Erina.

Z mojego punktu widzenia Andrew C. Erin popełnił w „Havenhurst” identyczny błąd, co w swoim pierwszym pełnometrażowym obrazie „Jezioro Sam”. Lata doświadczeń w branży filmowej nie pomogły mu go uniknąć, może dlatego, że poświęcił się głównie tworzeniu telewizyjnych thrillerów, uciekając od gatunku, którym zaczynał swoją karierę, a może zwyczajnie nie jest w stanie należycie wykorzystać potencjału drzemiącego w swoich filmach. Scenariusz „Havenhurst” pisał wespół z Danielem Farrandsem, między innymi współautorem scenariusza „Dziewczyny z sąsiedztwa”, produkcji opartej na głośnej powieści Jacka Ketchuma pod tym samym tytułem. I choćby już z tego powodu miało się prawo podwyższyć oczekiwania względem najnowszego tworu Andrew C. Erina, a przynajmniej oczekiwać czegoś więcej od fabuły niźli zaobserwowanej nijakości. Tak bowiem można w skrócie podsumować niniejszy projekt, chociaż początkowe sceny sugerowały coś dużo lepszego. Główną bohaterkę, Jackie, dobrze wykreowaną przez Julie Benz, poznajemy w chwili, w której opuszcza ośrodek odwykowy. Uzależniona od alkoholu kobieta jakiś czas temu była sprawczynią tragedii, którą w szczegółach scenarzyści objaśnią dużo później, aczkolwiek widz już dużo wcześniej powinien bez nadwerężania mózgownicy domyślić się jej charakteru. Kiedy Jackie wprowadza się do mrocznej kamienicy, której właścicielką jest podejrzanie przesadnie urocza starsza kobieta Eleanor, prowadząca cały interes z pomocą syna Ezry, łatwo dojść do przekonania, że fabułę zainspirowało kultowe „Dziecko Rosemary” Romana Polańskiego. Mamy bowiem starą kamienicę, w której jak wiemy z prologu (gdzie pojawia się znana fanom kina grozy Danielle Harris) dzieją się dziwne rzeczy oraz sympatyczną staruszkę, która z miejsca powinna zaalarmować każdego średnio obeznanego z kinem grozy odbiorcę, zwłaszcza wówczas, gdy wręcza nowej lokatorce do podpisania umowę wcześniej informując ją o zasadzie, której złamanie będzie skutkować natychmiastową eksmisją. W tym momencie wprost nie mogłam się oprzeć skojarzeniom z motywem cyrografu, paktu z diabłem, co z kolei kazało mi sądzić, że fabuła „Havenhurst” będzie poruszać się w ramach konwencji horroru satanistycznego. Nie miałabym twórcom za złe gdyby rzeczywiście tak było, bo nie mam nic przeciwko pospolitym rozwiązaniom fabularnym, pod warunkiem oczywiście, że wyłuszcza się je w sposób, który uważam za atrakcyjny. W tym przypadku jednak o atrakcyjności nie mogło być mowy, bo szybko okazało się, że chwytliwe miejsce akcji nie zostało należycie wykorzystane. Mroczna kamienica pełna budzących niepokój, podejrzanie się zachowujących lokatorów to wręcz wymarzona sceneria dla nastrojowego horroru, w którym na początku dominuje aura jakiejś złowieszczej tajemnicy, podsycanej zagadkowymi incydentami z udziałem bliżej nieokreślonej istoty w roli agresora i paru mieszkańców, którzy na swoje nieszczęście nie zastosowali się do warunków umowy najmu. Wydawało się więc, że wystarczy uwzględnić te wszystkie wyżej wymienione elementy, aby zagwarantować widzom kawał mocno klimatycznego kina, który miałby szansę może niekoniecznie przestraszyć dobrze zaznajomionego z horrorem odbiorcę, ale przynajmniej wprawić go w lekki niepokój wypływający z przeświadczenia, że głównej bohaterce grozi śmiertelne niebezpieczeństwo być może ze strony jakiegoś stwora niepochodzącego z tego świata. Bo tak od pewnego momentu można zapatrywać się na wydarzenia mające miejsce w mrocznej kamienicy – widzimy bowiem jakąś zamazaną postać wyrastającą za placami przerażonej ofiary, która wcale nie musi być człowiekiem. Na co wskazywałyby zagadkowe okoliczności, w jakich znikają „nieposłuszni” mieszkańcy tego budynku. Gwałtowny skręt z rzekomego horroru satanistycznego w domniemaną ghost story każe nam sądzić, że scenarzyści porwali się na mały eksperyment, swoisty miszmasz popularnych nurtów horroru, który pomijając wszystko inne miał za zadanie pogrywać sobie z oczekiwaniami odbiorców.

Mało odkrywcze, acz zachęcające do oglądania zagrywki scenarzystów zapewne wypadłyby nieporównanie lepiej gdyby poświęcono więcej czasu budowaniu dramaturgii, której w „Havenhurst” pomimo tekstowych wybiegów twórców właściwie nie było. Zdecydowanie zbyt mało miejsca poświęcono głównej bohaterce, oferując nam jedynie kilka ogólników na jej temat, które nie sprzyjały wytworzeniu silnej więzi pomiędzy Jackie i oglądającym. Ponadto wydawało się, że cały ciężar budowania klimatu zagrożenia „zrzucono na barki” miejsca akcji i zagadkowych zniknięć lokatorów – nawet nie pomyślano o wstawieniu kilku dłuższych, trzymających w napięciu sekwencji poprzedzających atak tajemniczego osobnika, stawiając na dynamiczny przebieg tego rodzaju incydentów. Mało widowiskowych, bo pozbawionych nawet tak prymitywnych zagrywek, jak jump scenki, o upiornych rekwizytach już nie wspominając, przez co szybko zacierających się w pamięci widza (może z wyjątkiem zbliżenia na odcięte palce pedofila), sprowadzonych głównie do błyskawicznych porwań nieszczęśników, osnutych gęstą ciemnością. No właśnie, na tym chyba w pojęciu Erina polega budowanie klimatu grozy – mocne przyciemnienie obrazu według niego chyba było tym, czego opinia publiczna wymaga od sekwencji poprzedzających pojawienie się agresora. Myślał chyba, że to całkowicie zrekompensuje denerwujący pośpiech cechujący dosłownie każde zagadkowe zaniknięcie danego lokatora, w moich oczach owocujący całkowitym wyjałowieniem z napięcia. Na domiar złego tak wprawnie nakreślona na początku filmu aura tajemnicy szybko wyparowała z winy samych twórców, którzy zdecydowanie zbyt wcześnie zdradzili nam istotę koszmarnego procederu mającego miejsce w wielkiej kamienicy. Wówczas to pojawia się najbardziej krwawe ujęcie przepołowionego mężczyzny, które tak na dobrą sprawę wydaje się być jedynym przebłyskiem śmiałości ze strony filmowców. Wszystko inne jest tak ugrzecznione, oddarte z emocji oraz widomego zagęszczania się klimatu zagrożenia, tak spłycone, mało charakterystyczne i pozbawione pasji, że aż człowiek zaczyna się zastanawiać, czy istnieje równie skuteczny sposób na zaprzepaszczenie potencjału drzemiącego w pomyśle wyjściowym. Tak samo, jak w „Jeziorze Sam” Andrew C. Erin zrobił wiele, aby zepsuć mi dobrze zapowiadający się seans, zresztą z pomocą scenarzysty, od którego oczekiwałam wiele dobrego, bo nie da się ukryć, że akcja z czasem wpada w taką samą nijakość, co realizacja, oferując przyjemny zryw dopiero w finale. Do tego czasu jednak przyjdzie nam zmagać się z nudnawym zgłębianiem tajemnicy budynku mieszkalnego przez Jackie i wpierającego ją Tima, której istotę notabene my sami odkryjemy dużo wcześniej. UWAGA SPOILER Przy okazji uświadamiając sobie, że scenarzyści poza wspomnianymi delikatnymi ukłonami w stronę dwóch popularnych podgatunków horroru zdecydowali się również na liźnięcie konwencji slashera KONIEC SPOILERA. Czy jednak przeprowadzili nas przez ten eksperyment na tyle poprawnie, aby zwrócić uwagę wielu długoletnich fanów kina grozy? Śmiem w to wątpić.

„Havenhurst” to w moim pojęciu kolejny bezbarwny twór będący doskonałym przykładem na to, jak łatwo dokumentnie zniszczyć dobrze zapowiadający się pomysł wyjściowy, jak łatwo zaprzepaścić potencjał przebijający z początkowych partii scenariusza. Wystarczy wyjść z błędnego założenia, że miłośnicy nastrojowych horrorów oczekują przede wszystkim gęstych ciemności i dynamicznych sekwencji bazujących na bezpośrednim zagrożeniu życia protagonistów oddanych w chwytliwych wnętrzach mrocznej kamienicy, że takie „szczególiki”, jak długie generowanie napięcia, upiorne efekty specjalne, czy sprzyjająca żywszym emocjom, intensywna aura tajemniczości obecna aż do ostatnich partii filmu nie mają dla publiczności większego znaczenia. To drugie byłabym jeszcze w stanie Andrew C. Erinowi wybaczyć, ale pozostałe uchybienia w moim pojęciu drastycznie obniżyły jakość tego obrazu, zresztą tak samo jak nudnawy rozwój akcji.

wtorek, 14 lutego 2017

„Wążżżż” (1973)

Herpetolog doktor Carl Stoner z pomocą swojej córki Kristiny prowadzi badania nad wężami we własnym domu. Gdy potrzebuje dodatkowego asystenta zwraca się do znajomego wykładowcy, który rekomenduje mu jednego ze swoich studentów, Davida Blake'a. Chłopak z entuzjazmem przyjmuje ofertę pracy i wprowadza się do domu Stonera. Nie zniechęca go nawet konieczność przyjęcia serii zastrzyków, które jakoby mają chronić go przed jadem węży. W istocie jednak jest to stworzony przez doktora Stonera specyfik, którego istnienie utrzymuje w tajemnicy przed resztą świata. Eksperyment, którym poddaje niczego nieświadomego Davida wkrótce zaczyna przynosić skutek. Student zauważa na swoim ciele liczne zmiany, które doktor Stoner tłumaczy reakcją organizmu na szczepionki. Chłopak nie podaje w wątpliwość jego uspokajających słów, koncentrując się głównie na zacieśnianiu więzi z Kristiną.

Nieżyjący już reżyser Bernard L. Kowalski skupiał się głównie na pracy dla telewizji, nieczęsto tworząc obrazy z przeznaczeniem na duże ekrany. Jeden z jego szerzej dystrybuowanych filmów, „Wążżżż” wpisuje się w grono najbardziej znanych pełnometrażowych dzieł Kowalskiego, choć należy zaznaczyć, że nawet ono nie cieszy się zatrważającą popularnością. Nakręcony za trochę ponad milion dolarów horror Kowalskiego otrzymał nominację do Saturna w kategorii „najlepszy film science fiction”, zbierając kilka pozytywnych recenzji krytyków, aczkolwiek dominują raczej chłodne reakcje tak zwanych znawców kina. Spowodowane są głównie delikatnym ujęciem tematu (przewagą elementów tożsamych dla dramatu) i wykorzystaniem przewidywalnych rozwiązań fabularnych. Wciąż jednak istnieje garstka widzów, która w pełni pozytywnie zapatruje się na produkcję Kowalskiego, widząc wyłącznie dobre strony w takim połączeniu dramatu z horrorem science fiction.

„Wążżżż” Bernarda L. Kowalskiego na postawie scenariusza Hala Dresnera, którego pomysłodawcą był Daniel C. Striepeke zwraca uwagę już chwytliwym oryginalnym tytułem „Sssssss”, ale jak możemy zaobserwować to nie wystarczyło, aby uchronić ten obraz przed osuwaniem się w zapomnienie. Nie pomogła również całkiem zadowalająca dystrybucja i tak dalece profesjonalna realizacja, że właściwie trudno wyrzucić mu nadszarpnięcie zębem czasu. Nie mogę powiedzieć, żebym była zdziwiona takim stanem rzeczy, bo w XX wieku powstało wiele nieporównanie lepszych produkcji, o których dzisiaj mało się słyszy, niemniej wciąż ubolewam, że tak się dzieje. Moim zdaniem takie dziełka, jak „Wążżżż” nie zasłużyły sobie na ostracyzm kolejnych pokoleń widzów, bo prezentują sobą zdecydowanie wyższy poziom od zdecydowanej większość współczesnych wysokobudżetowych tworów. Chociaż dzisiejsi filmowcy dysponują o wiele większymi możliwościami często brakuje im autentyczności – niepohamowane pragnienie popisywania się drogą technologią owocuje wyjałowieniem z realizmu, który to w horrorze odgrywa bardzo ważną rolę. W filmie Bernarda L. Kowalskiego nie brakuje autentyczności, bo niemalże wszystkie ujęcia z wężami nakręcono z udziałem prawdziwych gadów, o czym zresztą informuje widzów krótka notka umieszczona na początku filmu. Jedynie podczas pokazu doktora Carla Stonera z kobrą królewską posiłkowano się rekwizytem, ale uczyniono to na tyle zgrabnie, żeby skrzętnie ukryć niniejszy fortel przed wzorkiem mniej uważnego widza. Nie ukrywam, że jestem wielką wielbicielką węży, że pozostaję pod silnym wrażeniem ich piękna podszytego nutką dzikości, dlatego też wprost nie mogłam nacieszyć się tak dużym udziałem prawdziwych gadów, choć osoby borykające się z ofidiofobią z pewnością będą zgoła inaczej się na to zapatrywać. Rozumiem, dlaczego „Wężżżżowi” wyrzuca się odejście od stylistyki horroru na rzecz dramatu, aczkolwiek nie rozumiem opinii głoszących, że jakoby obraz Kowalskiego tylko ostatnią partią nawiązuje do tradycji kina grozy. Wcześniej też to czyni – subtelnie, ale dostrzegalnie, wykorzystując motywy przystające do dramatu również po to, aby spotęgować poziom dramaturgii, wynikający głównie z tekstowego przekazu, nie odrzucających, czy przerażających efektów specjalnych. Doktora Carla Stonera sportretowano tak, aby żaden nawet najmniej domyślny widz nie miał wątpliwości, co do jego prawdziwych zamiarów, choć nie wiem, czy był to zamierzony zabieg twórców, bo długo powstrzymują się oni przed wyjawieniem jego planu. Niemniej zdradzają na tyle dużo, żeby uczulić każdego odbiorcę na jego osobę. Zwłaszcza podczas dosyć kiczowatej projekcji koszmarnych snów nawiedzających jego nowego asystenta, Davida Blake'a niedługo po zaaplikowaniu mu pierwszej dawki rzekomej szczepionki. Chociaż już nieco wcześniej pojawia się czytelna aluzja do niecnych zamiarów doktora Stonera w postaci mętnego tłumaczenia przez niego zniknięcia jego poprzedniego asystenta. Więc prawie od początku spoglądamy na herpetologa, w którego w doskonałym stylu wcielił się Strother Martin, jak na klasycznego burzyciela silnie zakorzenionego w tradycji science fiction. Co więcej z łatwością można odgadnąć na czym dokładnie polega jego demoniczny plan, na który on sam jak na tego rodzaju antagonistę przystało zapatruje się zgoła inaczej: widząc w swojej pracy szansę na uratowanie ludzkości, nie zaś sposób na doprowadzenie jej do upadku. Z filozofii doktora Carla Stonera przebija strach przed katastrofami naturalnymi, które w niedalekiej przyszłości według niego z całą pewnością unicestwią rasę ludzką oraz rozczulające przywiązanie do zwierząt, zwłaszcza węży. To ostatnie najdobitniej obrazuje sekwencja wieczornego czytania ustępów z książki „na użytek” boa imieniem Harry, który jest pupilem dwuosobowej rodziny Stonerów. Mowa w nich o silnym przywiązaniu autora do zwierząt, czerpaniu większej przyjemności z przebywania w ich towarzystwie niźli w obecności ludzi, z powodu ich godnego pochwały podejścia do życia, pozbawionego materializmu i malkontenctwa. W filozofii doktora Stonera trudno znaleźć jakieś jaskrawe przekłamanie, niemniej kierunek, jaki nadała ona jego badaniom do chwalebnych z pewnością nie należy, chociaż on sam jest o tym całkowicie przekonany.

Fabuła „Wężżżża” rozwija się powoli, na początku koncentrując się głównie na pracy herpetologa i jego córki Kristiny (całkiem zadowalająco wykreowanej przez Heather Menzies-Urich). Sekwencji z wężami jest na tyle dużo, żeby wysnuć śmiały wniosek, iż są one równie ważnymi postaciami co przedstawiciele rasy ludzkiej. Tym bardziej, że wiele scen z ich udziałem chwilami dynamizuje fabułę poprzez czy to ich tragiczne konsekwencje, czy pełne napięcia zapowiedzi rychłego nieszczęścia. Kiedy widzimy, jak Stoner wyjmuje z akwarium mambę czarną nie sposób nie odczuć dreszczyku trwogi na myśl o niebezpieczeństwie, jakie na siebie ściąga, a kiedy spoglądamy w ślepia nieustannie obserwującej go kobry królewskiej wprost nie możemy odsunąć od siebie przeświadczenia, że gad wykorzysta każdą okazję, żeby go unicestwić. Choć jednak na jakimś poziomie drżymy na myśl o tym, do czego może doprowadzić nieostrożność podczas pracy w takich warunkach, nie tylko dzięki licznym zbliżeniom na śmiertelnie groźne stworzenia, ale również za sprawą nastrojowej (aczkolwiek co jakiś czas urozmaicanej sielankowymi tonami) oprawy dźwiękowej skomponowanej przez zdolnego Patricka Williamsa, trudno po części nie sympatyzować z więzionymi gadami. Zwłaszcza po zobaczeniu jednej z bardziej widowiskowych sekwencji starcia doktora Stonera z kobrą królewską ku uciesze gawiedzi. Zawsze podchodziłam ze wstrętem do ludzi drażniących zwierzęta, dlatego też podczas owego podyktowanego pragnieniem zysku pokazu na użytek rozentuzjazmowanego tłumu trwałam przed ekranem z nadzieją na wygraną nieszczęsnej kobry królewskiej. Poza tym zdając sobie sprawę z haniebnych czynów, jakich dopuszcza się herpetolog w stosunku do Davida Blake'a trudno było oczekiwać ode mnie kibicowania właśnie jemu. Z czasem wręcz nie mogłam doczekać się odwetu węży, do których Stoner co prawda zazwyczaj podchodził z dużą troską, ale z ich punktu widzenia zapewne wyglądało to inaczej (wszak nie da się ukryć, że były one jego niewolnikami). Wcześniej jednak węże są wykorzystywane jako broń Stonera, mimowolnie walczą po jego stronie, przy czym sekwencjom mordów nie można oddać zapadającej w pamięć spektakularności. Minimalistyczne wykonania czy to śmierci młodego chłopaka pod prysznicem po ukąszeniu przez mambę czarną, czy połknięcia mężczyzny przez ogromnego pytona, podczas którego widzimy jedynie jego obutą stopę zapewne rozczarują poszukiwaczy dosadności, aczkolwiek „skorzystanie z pomocy” prawdziwych węży ma szansę odrobinę zrekompensować ten niedostatek. Zresztą tak samo jak wkład twórców efektów specjalnych w końcowe partie filmu, kiedy to wreszcie serwuje się nam rezultat osobliwego eksperymentu ekscentrycznego doktora w całej jego okazałości. Kiedy wreszcie możemy zobaczyć do czego przez cały czas dążył opętany obsesją herpetolog i pozachwycać się nieprzekombinowanym, widowiskowym produktem uzdolnionych członków ekipy Bernarda L. Kowalskiego, który udowadnia, że wcale nie potrzeba odważnych akcentów gore, aby skraść uwagę widza, uraczyć go pomysłowością i przede wszystkim wprawić w stan najwyższego napięcia, aż do ostatnich jakże emocjonujących sekund filmu.

Moim zdaniem największą bolączką „Wężżżża” jest jego przewidywalność – prawie każdy zwrot akcji można z łatwością rozszyfrować na długo przed jego pojawieniem się, łącznie z wnioskami wysnutymi przez Kristinę podczas jej samotnej podróży. Myślę, że jedynie finalne wstawki mają szansę zaskoczyć co poniektórych odbiorców, choć twórcy zauważalnie bardzo się starali zaserwować nam parę niespodzianek. To w lwiej części im się nie udało, ale radziłabym nie przykładać do tego mankamentu największej wagi. Bo obraz Bernarda L. Kowalskiego posiada nieporównanie więcej superlatywów, które rekompensują niniejsze potknięcie, chociaż mogą nie spotkać się z uznaniem osób nastawiających się na makabryczne, upiorne wstawki, które w agresywnym stylu dążyłyby do zniesmaczenia bądź przestraszenia oglądającego. Groza jest jednym ze składników tego obrazu, ale nakreślono ją w tak subtelny sposób, że nie należy nastawiać się na mrożące krew w żyłach widowisko. Raczej wciągającą mieszankę dramatu z delikatnym horrorem science fiction, profesjonalnie zrealizowanym i niosącym ciekawe treści. Inaczej mówiąc fani choćby takiego „White Dog” w reżyserii Samuela Fullera powinni być zadowoleni z propozycji Kowalskiego, choć tak na marginesie najbardziej przygnębiająca sekwencja pojawiająca się w „Wężżżżu” nie dorównuje tej pokazanej we wspomnianym obrazie (zresztą nie tylko ona, bo w ogólnym rozrachunku moim zdaniem dzieło Fullera prezentuje sobą wyższy poziom). Jednak obie te produkcje zasadzają się na podobnej stylistyce, nazwijmy ją dramatyczno-horrorowej, która charakteryzuje się między innymi sporym ładunkiem emocjonalnym przy wykorzystaniu bardziej minimalistycznych form.

niedziela, 12 lutego 2017

„Koszmar” (2015)

Nastoletnia Tina traci przytomność na jednej z licznych imprez, na których bywa wraz z grupą przyjaciół. Po odzyskaniu świadomości wraca do domu, ale hałasy dobiegające z parteru nie dają jej odpocząć. Okazuje się, że powoduje je mały stwór, który znika po zaalarmowaniu rodziców przez przerażoną dziewczynę. Nie dają oni wiary zapewnieniom córki o istnieniu potwora, podejrzewając jakiś problem natury psychicznej. Psychiatra Tiny przepisuje jej leki i radzi, aby spróbowała skontaktować się ze stworkiem, gdy jeszcze raz go ujrzy. Niedługo potem dziewczyna znowu zastaje go w swoim domu, a z czasem staje się on jego stałym bywalcem. Tina odkrywa, że łączy ją z nim współodczuwanie bólu, upewnia się również że nie jest on halucynacją wbrew podejrzeniom jej psychiatry i rodziców. Stworek ukrywa się jednak przed innymi ludźmi, zdradzając swoją obecność jedynie nastolatce, która z czasem mocno się do niego przywiązuje.

Powstały za niespełna sto tysięcy euro niemiecki film Achima Bornhaka (pod pseudonimem Akiz) pt. „Koszmar” przez niektóre portale internetowe był zapowiadany jako horror, jednak reżyser od początku nie był zainteresowany poruszaniem się w ramach tego gatunku. Jego scenariusz miał kłaść nacisk na aspekty psychologiczne - jak czytamy na oficjalnej stronie „Koszmaru” zainspirowane rozprawą Jakuba I Stuarta pt. „Daemonologie”, która powszechnie uważana jest za podstawę refleksji demonologicznej. Zamiast więc typowego monster movie, na co wskazywał szczątkowy opis fabuły filmu, dostaliśmy mieszankę dramatu i thrillera psychologicznego, która wbrew pozorom nie jest produkcją łatwą do odczytania. Choć tak może wydawać się na pierwszy rzut oka Bornhak nie poprzestał na wyświechtanym motywie choroby psychicznej nastoletniej dziewczyny, nie ograniczył się jedynie do jednoznacznego portretowania jej przypadłości, komplikując swoją opowieść jednym również często wykorzystywanym zabiegiem i innym rzadziej spotykanym, który może silnie zdezorientować co bardziej uważnych widzów. Bo i też chyba taki był cel niemieckiego twórcy.

Motywem przewodnim scenariusza Achima Bornhaka jest rzekoma choroba psychiczna, mieszkającej wraz z rodzicami w piętrowym domu, nastoletniej Tiny. Objawia się ona na tyle widowiskowo dla widza, bo koncentruje głównie na widywaniu małego, garbatego stworka, choć takie klasyczne zagrania jak koszmarne sny również są składową jej przypadłości. Twórcy bardzo szybko prezentują nam źródło niepokoju nastolatki, oferując właściwie tylko jedną sekwencję osnutą atmosferą tajemnicy i czającego się zagrożenia. Co zresztą czynią bez należytego wyczucia napięcia, zdecydowanie nazbyt szybko finalizując nocną wędrówkę Tiny po domu w poszukiwaniu sprawcy zagadkowych hałasów. Jeśli dodamy do tego mało wyrazistą kulminację pozostaje tylko się cieszyć, że Bornhak nie kręcił swojego filmu z myślą o horrorze, aczkolwiek trochę ubolewam nad niezbyt zadowalającym, topornym wykonaniem aspektów przystających do filmowego thrillera. Dramaturgia wypływa głównie z warstwy tekstowej, płaszczyzna techniczna natomiast, choć pozbawiona bzdurnego efekciarstwa, aż prosiła się o większą intymność, która jestem o tym przekonana znacznie zintensyfikowałaby przekaz. Od początku wszak nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że realizatorzy, pewnie niezamierzenie, dystansują się od głównej bohaterki „Koszmaru”, w czym mógł zawinić również nie do końca przekonujący warsztat Carolyn Genzkow. Większa ilość zbliżeń i dłuższych sekwencji z jej codzienności zapewne wspomogłyby proces wytwarzania niejakiej więzi pomiędzy widzem i czołową postacią filmu. Niemniej warstwa tekstowa, jak już wspomniałam, odrobinę zrekompensowała mi niedostatki techniczne, które na szczęście nie rozciągały się na sylwetkę garbatego stworka widywanego przez Tinę. Stworzony przez doprawdy utalentowanych twórców efektów specjalnych potworek budzi nieporównanie cieplejsze uczucia niż główna bohaterka. A przynajmniej ja nie mogłam się napatrzeć na ten znakomity produkt ludzkich rąk, przywiązując się do niego już w pierwszej sekundzie, w której go ujrzałam. Zamiast jak można by się tego spodziewać budzić lęk, niewielkie stworzenie napawało mnie litością i przemożną potrzebą wzięcia go w ramiona. Nie widziałam w nim bowiem szkaradzieństwa, odrzucającej pokraczności, za to doskonale wyczuwałam bijący z niego niezgłębiony smutek, tak roztkliwiający, że właściwie niemożliwy do opanowania. A naprawdę próbowałam powściągnąć swoje uczucia do niego, zdając sobie sprawę, że wpadam w swoistą pułapkę zastawioną przez twórców – w pewnym sensie (nie dosłownie) podążam tą samą drogą, co główna bohaterka, ku całkowitemu zatraceniu się w szaleństwie. Na początku trudno wszak nie zdawać sobie sprawy z tego, że obserwujemy początek poważnej choroby psychicznej, która manifestuje się głównie poprzez projekcje słodziutkiego stworka. Im bardziej dziewczyna się do niego zbliża tym bardziej oddala się od tak zwanej normalności. Przestaje świadomie oddzielać to co rzeczywiste od wytworów zwichrowanego umysłu. Z czasem uznaje, że niezgrabny potworek jest autentyczną postacią, nie imaginacją, która w dodatku odczuwa to samo, co ona i na odwrót. Zaczyna go więc pielęgnować, dbać o jego potrzeby, równocześnie coraz bardziej się do niego przywiązując. Jeśli patrzeć na scenariusz Achima Bornhaka jedynie pod tym kątem „Koszmar” wydaje się dosyć prostym, jednoznacznym obrazem o osuwaniu się w otchłań szaleństwa, ale nie można zapominać również o drugiej, nieco bardziej złożonej interpretacji natury małego stworzenia zamieszkałego w domu Tiny. Twórcy przeprowadzają nas bowiem przez swoisty proces oswajania się z własnymi lękami – początkowe przerażenie Tiny na widok próbującego dostać się do zapasów w lodówce garbatego potworka, z czasem przechodzi w akceptację, która z kolei ewoluuje w przywiązanie. Tak jakby dziewczyna w ten oto osobliwy sposób radziła sobie z trawiącym ją strachem manifestowanym poprzez postać dziwacznego stworka, od którego wkrótce praktycznie się uzależnia. Żeby tego było mało scenarzysta w dalszych partiach filmu postanowił jeszcze bardziej zamieszać w i tak już niejednoznacznej warstwie tekstowej.

Achim Bornhak wybrał dobrze znaną wielbicielom thrillerów psychologicznych opcję polegającą na sugestii, iż potworek nawiedzający nastoletnią Tinę naprawdę istnieje, że może nie być jedynie produktem jej umysłu, jak dotychczas dawano nam do zrozumienia. Pierwsza scenka, która ma za zadanie unaocznić nam tę hipotezę poraża raptownością – następuje nagle, bez żadnego ostrzeżenia, wybijając nas z leniwego tonu, w jaki wcześniej zostaliśmy wepchnięci przez twórców. Dynamizuje dotychczas powolną akcję (aczkolwiek na szczęście nieprzesadnie) i tragizuje akcję, wprowadzając mocno przygnębiający posmaczek. Tak samo jak Tina byłam zdruzgotana takim obrotem sprawy, tak samo jak ona odczuwałam dojmujący brak jej kuriozalnego towarzysza i liczyłam na to, że uda jej się wybawić go z opresji. Nie z troski o nią, bo jak już zaznaczyłam nie potrafiłam w pełni przekonać się do tej postaci, niemniej nie da się nie zauważyć, że pośrednio (poprzez stworka) silnie zaangażowałam się w jej dzieje. Pomimo utrudnień ze strony twórców, w postaci nieco zdystansowanej techniki filmowania - nieco, bo jednak miejscami da się zauważyć pewną intymność, zwłaszcza podczas kontaktów dziewczyny z małym stworzonkiem - i w większości nudnawych, denerwująco hałaśliwych migawek z imprez, na których Tina bawi się wraz z przyjaciółmi często w otoczeniu stroboskopowych świateł swą intensywnością wyciskających łzy z oczu (informacja zamieszczona na początku przestrzega ludzi cierpiących na epilepsję przed tymi efektami). W każdym razie mimo wspomnianego zabiegu mającego za zadanie nieco zamieszać widzom w głowach poprzez zaakcentowanie istnienia drugiej interpretacji prezentowanych wydarzeń, do tego momentu twardo trwałam przed ekranem w przeświadczeniu, że nadążam za koncepcją scenarzysty. Do chwili, w której ujrzałam pocałunek naszkicowany wcześniej przez Tinę. Jeśli to połączyć z jedną krótką sekwencją mającą miejsce na początku seansu (dotychczas zbywaną przeze mnie jako nieistotną, niemającą żadnego związku z fabułą) trudno odczytywać „Koszmar” przez pryzmat typowego obrazu psychologicznego, który może być albo studium szaleństwa, albo zwyczajną opowieścią o istniejącym w rzeczywistości potworku osobliwie połączonym z nastoletnią dziewczyną. Nie wydaje mi się bowiem, żeby owe dwie zagadkowe wstawki wkomponowano w całość bez żadnego powodu, żeby nie można było potraktować ich jak kierunkowskaz, wskazujący właściwą ścieżkę interpretacyjną.

„Koszmar” Achima Bornhaka nie jest filmem idealnym, wszak nie sposób nie zauważyć niedostatków technicznych – zdjęcia mogły mienić się większą intensywnością, klimat z powodzeniem można było jeszcze trochę podrasować, dodając mu więcej złowieszczości zwłaszcza w początkowych partiach, które to powinny zostać nieco rozciągnięte w czasie, bo taka problematyka, aż prosiła się o dłuższe podsycanie ciekawości widowni. Niemniej nawet w takim kształcie dzieło Bornhaka dostarcza sporo emocji i daje materiał do dłuższych przemyśleń. Głównie dzięki scenariuszowi, w którym to zawarto wiele intrygujących rozwiązań i co równie ważne poprowadzono go bez odwracającego uwagę od szczegółów, denerwującego pośpiechu okraszonego bzdurnym efekciarstwem. I oczywiście dzięki potworkowi, wspaniałemu produktowi doprawdy utalentowanych twórców.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...