niedziela, 25 września 2016

Jonathan Holt „Carnivia. Rozgrzeszenie”


Na jednej z weneckich plaż zostaje znalezione okaleczone ciało mężczyzny w zagadkowej masce na twarzy. Prowadząca śledztwo kapitan Kat Tapo szybko odkrywa, że ofiara została zamordowana zgodnie ze starym masońskim rytuałem, przewidzianym dla zdrajców, ale niepraktykowanym w legalnych lożach. Kat stara się odnaleźć mordercę w kręgach wolnomularskich, w skład których wchodzą również wysoko postawieni Włosi, ale jej przełożeni nie są zadowoleni z kierunku, w jakim prowadzi swoje pierwsze samodzielne śledztwo. Tymczasem podporucznik Holly Boland w rzeczach ojca znajduje dokumenty, świadczące o tym, że tuż przed wylewem natrafił na jakiś szeroko zakrojony spisek, którego próbował zdekonspirować. Jej śledztwo z czasem zazębia się z dochodzeniem kapitan Kat Tapo i problemami uzdolnionego matematycznie programisty, Daniele Barbo, który odkrył, że w stworzonej przez niego wirtualnej Wenecji, zwanej Carnivią, grasuje haker dżihadysta, który próbuje wykorzystać stronę do własnych, niecnych celów.

Miałam nadzieję, że angielski pisarz Jonathan Holt porzuci zamiar stworzenia trylogii spod znaku „Carnivii” i zdecyduje się kontynuować koncept w kolejnych odsłonach, ale wszystko wskazuje na to, że poprzestanie na „Bluźnierstwie”, „Herezji” i „Rozgrzeszeniu”, co zważywszy na niemałą poczytność, jaką cieszy się niniejszy cykl jest wyrazem sporego zdyscyplinowania. Ale to wcale nie umniejsza mojego niedosytu – w końcu jak już wsiąknie się w jakąś literacką kilkutomową opowieść bardzo ciężko się z nią rozstać i chciałoby się, żeby jej autor rozszerzył ją o kolejne wątki w następnych odsłonach, nawet jeśli istnieje ryzyko przekombinowania. Ale cóż, pozostaje przynajmniej nadzieja, że przyszłe powieści Jonathana Holta niezwiązane z „Carnivią” (zakładając, że takowe powstaną) dorównają poziomem trylogii, dzięki której zaistniał w światku literackim.

„Mamy tylko prawo. Wobec korupcji, zorganizowanej przestępczości, knowań obcych mocarstw, polityków napychających sobie kieszenie, biurokratów, którym chodzi tylko o utrzymanie swoich emerytur, i rządów gorszych niż cała reszta razem wzięta… Prawo nie jest może doskonałe. Ale to wszystko, co nam pozostało. […] Tylko jeśli tacy ludzie jak my o nie walczą.”

Ostatni tom „Carnivii” zatytułowany „Rozgrzeszenie” cechuje się największym stopniem skomplikowania i najpokaźniejszą liczbą pozornie niezwiązanych ze sobą wątków o zabarwieniu spiskowym, które jak można się tego spodziewać z czasem zaczną się ze sobą zazębiać, aby finalnie przedstawić czytelnikom moim zdaniem jedną z najszerzej zakrojonych fikcyjnych intryg w historii literatury. Zanim jednak to nastąpi Jonathan Holt sportretuje trzy oddzielne dochodzenia, a każde będzie prowadzone przez innego członka czołowej trójcy „Carnivii”. Podporucznik amerykańskiej armii Holly Boland w poszukiwaniu człowieka, który w jej mniemaniu odpowiada za kalectwo jej ojca natrafi na trop siatki Gladio, struktury bojowej działającej na rzecz prawego skrzydła włoskiej polityki, stworzonej niegdyś w celu walki z komunizmem, a która jak się okazuje działa nadal realizując jakieś budzące podejrzenia zadania. Aby podnieść wiarygodność prezentowanego fikcyjnego dochodzenia Holt sięgnął do historycznych korzeni, co zresztą często czynił na kartach wszystkich trzech tomów „Carnivii”. Ten sam zabieg zastosował w przypadku poszukiwania przez Daniele Barbo hakera dżihadysty, grasującego w stworzonej przez niego wirtualnej Wenecji. Charakter napastnika, planującego zmasowane ataki terrorystyczne znajduje odbicie we współczesnych wydarzeniach – jest okazją do przedstawienia jednego z największych zagrożeń dzisiejszego świata, ale z dwóch perspektyw, gdzie z jednej przebija swego rodzaju przekora, uwidaczniająca się w próbie postawienia czytelnika na miejscu przyszłego terrorysty podczas szczątkowego zarysowywania jego młodzieńczych dziejów. Pisząc o bezdusznych włoskich rządach, które niegdyś oddały uchodźców w ręce libijskich służb, a ci z kolei na oczach małego chłopca poddali niewyobrażalnym torturom jego rodzinę, Holt bez wątpienia starał się czasowo wejść w skórę tak znienawidzonych przez wielu Europejczyków ludzi uciekających przed śmiercią w nadziei, że tak zwany cywilizowany, demokratyczny świat zapewni im bezpieczeństwo. Zważywszy na nastroje dominujące obecnie w Europie w kwestii uchodźców Holt portretując ten wątek wykazał się sporą odwagą, dając dowody swojego własnego (a przynajmniej tak to odebrałam), być może odrobinę kontrowersyjnego postrzegania rzeczywistości. Zresztą nie tylko w tym przypadku, bo nie należy zapominać o polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych tak gloryfikowanej przez wiele krajów Europy. Holt mówi wprost, że rządzący Amerykanie potajemnie wpływają na sprawy wewnętrzne Włoch (ja bym to rozciągnęła na niemalże wszystkich ich sojuszników) i są gotowi do największych zbrodni, aby skłonić inne państwa do przyłączenia się do wojny z terroryzmem. Gdzieś między słowami przebija z tego teza, że tak wywyższana w Europie polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych niewiele się różni od demonizowanych poczynań Rosjan. Oba mocarstwa starają się siłą narzucić innym wyznawane przez siebie wartości i własny ustrój, nawet kosztem wieloletniej wojny, po której zostają głównie zgliszcza i masa cywilnych ofiar. Ale to ostatnie to jedynie podtekst, wniosek, który sama wysnułam podczas obcowania z „Rozgrzeszeniem”. Autor wszak nie artykułuje tej tezy wprost, dobitnie demonizując Stany Zjednoczone w oparciu o inne rewelacje – te fikcyjne (np. rola Stanów Zjednoczonych w zamachach terrorystycznych) i te rzeczywiste (np. wyznanie Edwarda Snowdena), w ten sposób stając się jednym z nielicznych głosów, które nie boją się stanąć w opozycji do zachwytów wielu krajów Europy nad „wspaniałą działalnością rządów Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej”. Oczywiście, w ogólnym zarysie są to jedynie fikcyjne teorie spiskowe, ale utkane ze strzępów faktów, które jakoś umykają wielu Europejczykom.

„ Bo uznaliśmy, że możemy siłą narzucić reszcie świata naszą politykę zagraniczną. Bo zamieniliśmy przeciwnika za Uralem na przeciwnika za Bosforem, prawie bez żadnej przerwy. Bo gdzieś po drodze przestaliśmy być optymistycznym i młodym supermocarstwem z dawnych czasów, a staliśmy się zmęczonym, paranoicznym olbrzymem, jakim jesteśmy dzisiaj.” 

W „Rozgrzeszeniu” Jonathan Holt nie ogranicza się do polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych i terroryzmu, delikatnie zarysowując również wątek masoński, rozpracowywany przez kapitan Kat Tapo, która szczerze powiedziawszy straciła pazur. Nie zauważyłam w jej zachowaniu tyle samozaparcia i aż tak wyraźnego sprzeciwiania się przełożonym, jak w poprzednich częściach „Carnivii”. Co gorsza Holt nazbyt często zbaczał w stronę jej aktualnego romansu, którego przebieg na domiar złego wskazywał na zamiar porzucenia przez Kat dawnego stylu życia, polegającego na sypianiu z przełożonymi, który tak bardzo wyróżniał ją na tle zwyczajowych bohaterek literackich thrillerów. Wątek wolnomularzy w porównaniu do pozostałych części składowych zakrojonego na szeroką skalę spisku pisarz sportretował nazbyt pobieżnie, nieprzewidując jakiejś spektakularnej roli dla tego ruchu. Na szczęście pozostałe elementy intrygi wyłuszczył na tyle wyczerpująco, żeby stworzyć w moim umyśle całościowy, niezwykle złożony, acz spójny obraz okrutnych knowań bezwzględnych organizacji. A trzytorowa narracja jaką obrał, każdorazowo mająca swój początek w miejscach zdających się niczym nie zazębiać z pozostałymi odnogami, sprawiła, że zostałam niejako zmuszona do śledzenia w maksymalnym skupieniu wszystkich, nawet pozornie mało istotnych detali oraz nieustannego zastanawiania się, jak do diabła to wszystko ze sobą połączyć. Niepotrzebnie się wysilałam, bo jak się okazało Jonathan Holt zespolił trzy dochodzenia w punktach, których chyba nie sposób samodzielnie, bez pomocy autora rozpracować i jak zwykle uczynił to z maksymalną dbałością o napięcie, które sukcesywnie rośnie, nawet wówczas, kiedy jeszcze nie znamy istoty tego doskonałego spisku. Na koniec serwując nam iście przygnębiający morał – wydarzenie, które nie tylko pozostawi wielbicielom trylogii nieszczęśliwy finał „Carnivii”, ale również zmusi ich do przemyśleń na temat kondycji współczesnego, na wskroś zakłamanego, szemranego świata oraz zapytania, czy warto przeciwstawiać się systemowi choćby nawet w imię dobra ogółu.

Podejrzewam, że po lekturze „Rozgrzeszenia” niejeden zwolennik baz NATO w Polsce zmieni swoje zapatrywania na tę kwestię, a przynajmniej mam taką nadzieję. Ufam również, że spojrzenie Jonathana Holta chociaż jedną osobę zmusi do przemyśleń na temat polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych, a ściślej niektórych jej aspektów, bo należy pamiętać, że chociaż spisek zaprezentowany na kartach tej powieści w paru miejscach wyrasta z prawdziwych wydarzeń jego finalny kształt jest jedynie owocem przebogatej wyobraźni Jonathana Holta. Doskonałego pisarza, który ofiarował czytelnikom trzytomowy kawał naprawdę znakomitej prozy!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 24 września 2016

„Wendigo” (2001)


George i Kim postanawiają spędzić kilka zimowych dni z dala od miasta. Wraz ze swoim synem, Milesem, wyjeżdżają w leśne tereny, planując zatrzymać się w długo niezamieszkanym domu należącym do ich znajomych. Po drodze George potrąca rannego jelenia i wdaje się w sprzeczkę z jednym z polujących na zwierzę myśliwych, Otisem. Rodzinie udaje się dotrzeć na miejsce dopiero po zapadnięciu zmroku. W nocy są obserwowani przez Otisa, a Milesa dręczą koszmary senne i przywidzenia związane z niedawnym wypadkiem. Nazajutrz chłopiec spotyka w sklepie Indianina, który wręcza mu figurkę Wendigo, zapoznając go z niepokojącym mitem na jego temat. Krótko potem dochodzi do tragicznego wydarzenia.

„Wendigo” to niskobudżetowa produkcja wyreżyserowana przez Larry’ego Fessendena (twórcy między innymi „Ostatniej zimy” i „Pod powierzchnią”) na podstawie jego własnego scenariusza, którego nie sposób wtłoczyć w ramy tylko jednego gatunku filmowego. „Wendigo” wszak łączy w sobie stylistykę dramatu i thrillera psychologicznego z elementami tożsamymi dla horroru, co powinno być niejaką zachętą dla osób wprost przepadających za odchodzeniem od tak zwanej czystości gatunkowej. Ale myślę, że nie tylko ta jedna konkretna grupa odbiorców odnajdzie się w propozycji Fessendena, bo choć film nigdy nie cieszył się dużą popularnością z mojego punktu widzenia choćby klimatem wyróżnia się na tle XXI-wiecznych filmów grozy. Mizerna dystrybucja i znikoma kampania reklamowa skrzywdziły ten obraz, sprawiając, że niewiele osób, zwłaszcza w Polsce, zdaje sobie sprawę, że taka pozycja w ogóle powstała. A tak się akurat składa, że to jeden z ciekawszych obrazów, jaki w ostatnim okresie dane mi było zobaczyć.

Dawno temu (kiedy jeszcze dinozaury chodziły po ziemi) wraz z paroma członkami mojej rodziny obejrzałam w telewizji niskobudżetowy horror Serge’a Rodnunsky’ego pod tytułem „Lęk skrada się w milczeniu” i podczas gdy moi towarzysze byli zawiedzeni jego poziomem, ja nie mogłam nacieszyć oczu duszącym klimatem, jaki udało się stworzyć twórcom tego dziełka. Wspominam o tym, bo myślę, że podobna sytuacja może mieć miejsce w przypadku „Wendigo” – mam powody sądzić, że produkcja nie sprosta oczekiwaniom szerokiej grupy odbiorców, nastawionej na dosłowne, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach formy straszenia. Już prędzej ma szansę zadowolić widzów poszukujących filmów grozy zdominowanych przez dosłownie przygniatającą, mroczną atmosferę długo niedookreślonego zagrożenia i wyalienowania. Doskonała Patricia Clarkson, mniej zadowalający, bo nazbyt sztywny Jake Weber i przyzwoity chociaż miejscami manieryczny mały Erik Per Sullivan trafiają w samo serce Catskill, do niewielkiego domku położonego kilka czy też kilkanaście kilometrów od najbliższego miasteczka w otoczeniu gęstych lasów przykrytych grubą warstwą śniegu. Co naturalną koleją rzeczy powinno nasuwać skojarzenia z kultowym „Lśnieniem” (a jedno ujęcie nasunęło mi na myśl „Ducha” Tobe’a Hoopera) i co ważniejsze momentalnie wyrobić w widzach przekonanie, że przyszło im obcować z produkcją, której jedną z czołowych części składowych jest atmosfera wyobcowania, swoistej pułapki jaką może się stać niezaludniony teren zdominowany przez Naturę. Obok osadzenia akcji w okresie zimowym w zaniedbanym domku umiejscowionym gdzieś pośrodku niczego, bardzo pomocne w budowaniu naprawdę przytłaczającego klimatu okazało się nasycenie absolutnie wszystkich zdjęć ciemną, ponurą kolorystyką z mało wyrazistymi konturami, co dosłownie deklasuje wszystkie współczesne plastikowe horrory. Nie należy zapominać o nastrojowej ścieżce dźwiękowej skomponowanej przez Michelle DiBucci, a zwłaszcza kobiecych lamentów, swego rodzaju zawodzących zaśpiewów, które nadawały prezentowanym, nawet całkowicie zwyczajnym wydarzeniom jakiegoś nadnaturalnego pierwiastka. Wszystko to razem sprawia, że dostajemy potężny ładunek niezwykle mrocznego klimatu, a w połączeniu ze scenariuszem również kawałek naprawdę emocjonalnego kina. Przy czym zapewne nie takiego rodzaju, jakiego oczekiwaliby wielbiciele zapadających w pamięć scen, czy też zaskakujących rozwiązań fabularnych. Intryga zawiązuje się i rozwija w iście leniwym tempie, głównie zasadzając się na konwencji thrillera psychologicznego i dramatu, jedynie z rzadka wskakując w stylistykę kojarzoną z horrorem, nie licząc oczywiście duszącego klimatu, którym osnuto dosłownie każdy kadr. Fessenden już podczas wstępnych sekwencji sygnalizuje niebezpieczeństwo czyhające na rodzinę, która postanowiła spędzić kilka dni z dala od wielkomiejskiego zgiełku, w postaci scysji pomiędzy Georgem i jednym z tutejszych myśliwych, zaczepnym Otisem. Punktem zapalnym jest potrącenie przez tego pierwszego okaleczonego jelenia, dobitego chwilę potem przez Otisa. Jak się z czasem okazuje ten incydent (czemu trudno się dziwić) przeraził małego Milesa, do tego stopnia, że nocą już po dotarciu do niewielkiego domku, przyszło mu zmagać się z koszmarnymi snami i niepokojącymi przywidzeniami. Wówczas twórcy po raz pierwszy ocierają się o stylistykę horroru i choć wykorzystują tanie, żeby nie rzec tandetne efekty przywodzące na myśl lata 90-te paradoksalnie wypada to całkiem udanie. Niezgrabny montaż podczas prezentowania różnych postaci pojawiających się w pokoju przerażonego Milesa i zbliżenie na zakrwawiony sznurek w najmniejszym stopniu mnie nie rozczarowały, ani miernym wykonaniem, ani oszczędną formą przekazu. A wręcz przeciwnie: kiczowate efekty z łatwością obudziły we mnie poczucie obcowania z czymś nieznanym. Bo choć owa sekwencja wskazuje na rozwój scenariusza w kierunku zapożyczonym ze „Lśnienia”, a ściślej akcentowania niezwykłych zdolności małego chłopca, albo mniej wymyślnego zwiastowania jego problemów psychicznych, dalszy rozwój fabuły każe sądzić, że Fessenden w swoim scenariuszu nie zamierzał poprzestać na akcentach stricte psychologicznych.

Incydent w sklepie znajdującym się w miasteczku położonym kawałek od domu, w którym zatrzymali się protagoniści, z udziałem widmowego Indianina i Milesa wprowadza w fabułę tytułowe mityczne stworzenie, aczkolwiek przez długi czas twórcy unikają jednoznaczności w tej kwestii. Nie zdradzają widzom, czy Wendigo rzeczywiście istnieje, czy jest jedynie owocem rozbuchanej wyobraźni chłopca (który, jak dowiedzieliśmy się wcześniej posiada książkę traktującą o Indianach, skąd przecież mógł zaczerpnąć informacji o ich wierzeniach). Ponadto ze scenariusza z czasem zaczynają przebijać aluzje wskazujące na niewywiązywanie się George’a z rodzicielskich obowiązków, a wręcz zaniedbywanie całej rodziny w związku ze stresującą pracą, czym Fessenden dawał do zrozumienia, że w tej rodzinie nie dzieje się najlepiej, i że owe drobne nieporozumienia mogą z czasem eskalować niechybnie prowadząc do jakiejś katastrofy. Żeby tego było mało scenarzysta stosunkowo szybko wyjawia widzom, że trzyosobowa rodzina jest obserwowana przez agresywnego myśliwego, Otisa, a domek, w którym się zatrzymali został jakiś czas temu ostrzelany (w dwóch miejscach), co mogło być dziełem ich nemezis. Innymi słowy choć akcja rozwija się bardzo powoli, bazując głównie na mrocznym klimacie i nieustannie wzrastającym napięciu towarzyszącym w większości zwyczajnym wydarzeniom mającym miejsce w otoczeniu zimowej scenerii, scenarzysta sukcesywnie podrzuca różne subtelne wątki świadczące o niebezpieczeństwie czyhającym na protagonistów. Tyle, że aż do dynamicznej końcówki właściwie nie wiemy, co konkretnie miałoby im zagrażać. Rychłą tragedię możemy wyczuć dzięki przygniatającej atmosferze i wywnioskować z pojedynczych, niewiele mówiących ustępów zwiastujących obecność nadnaturalnego stworzenia, czy też zaistnienie jakichś poważnych problemów psychicznych oraz obecności wściekłego uzbrojonego mężczyzny. Nie sposób tylko domyślić się, którą z tych możliwości wybierze scenarzysta, co świadczy o jego biegłości w procesie dezorientowania odbiorców i rzecz jasna rozbudza ciekawość w moim przypadku w takim stopniu, że ani na ułamek sekundy nie oderwałam wzroku od ekranu.

„Wendigo” to jeden z najbardziej klimatycznych, emocjonalnych horrorów, jakie dane mi było obejrzeć w ostatnim czasie, a biorę pod uwagę również produkcje nakręcone w XX wieku, o wiele korzystniejszym dla filmowego horroru. I niech to będzie zachętą dla każdego miłośnika niskobudżetowych, nastrojowych obrazów, które poruszają się nie tylko w ramach konwencji horroru, często odchodząc w stronę dramatu i thrillera psychologicznego, acz bez szkody dla naprawdę duszącego klimatu. Wielbiciele mainstreamu zapewne zachwyceni nie będą, ale mam nadzieję, że przynajmniej długoletni fani nastrojowego kina grozy przyjmą tę pozycję z podziwem porównywalnym do mojego.

czwartek, 22 września 2016

Ciekawe zapowiedzi książkowe

Matthew Gregory Lewis „Mnich”, premiera 12 października

Wydany pod koniec XVIII wieku „Mnich" M.G. Lewisa to, obok "Zamczyska w Otranto" Horacego Walpole'a i  "Tajemnic zamku Udolpho" Ann Radcliffe, jedna z trzech  powieści, które stanowią trzon nurtu literatury klasycznej, zwanej powieścią gotycką. Ale spośród nich to "Mnich" chyba najbardziej wpłynął na późniejszych twórców literatury grozy - mamy tu zarówno nadprzyrodzone zjawiska, perwersyjny erotyzm, dosadny realizm w opisach grobowo-lochowej scenerii. To w Mnichu" pojawia się klasyczna femme fatale, zaś Lucyfer zyskuje niespotykany wcześniej, magnetyczny wizerunek. Mnich", w tłumaczeniu Zofii Sinko, z klasycznymi drzeworytami George Tute'a, i posłowiem Macieja Płazy, 12 października b.r. dołączy do wydawanej przez Vesper serii Klasycznych Powieści Grozy.
 
Z posłowia Macieja Płazy: Mnich”, młodzieńcze dziecko M.G. Lewisa, dziś nieco trąci myszką, ale wciąż potrafi przerażać, budzić emocje i rozpalać erotyczne fantazje, o czym świadczą pojawiające się co pewien czas adaptacje i przeróbki filmowe. Jak widać, koncept żądz rodzących się pod mniszymi habitami zachowuje swoją łechczywość, a opowieść o diabelskim pokuszeniu intryguje ponadczasową uniwersalnością. Czytajmy więc Mnicha jak chcemy, choćby i jako perwersyjną powieść erotyczną, ale jeśli powstydzimy się własnej ekscytacji, będzie to znaczyć, że podziałał, i to podwójnie: dotknął jakiejś prawdy o ludzkich pragnieniach, a zarazem o zahamowaniach, jakie narzuca im obłudna moralność.

Źródło: materiały podesłane przez wydawnictwo Vesper http://www.vesper.pl/

Mark Z. Danielewski Dom z liści”, premiera 26 października

Johnny Wagabunda, były pracownik salonu tatuażu w Los Angeles, znajduje notes Zampano, starszego pana i odludka, który zmarł w swoim zagraconym mieszkaniu. Notes zawiera opatrzoną licznymi przypisami historię "Relacji Navidsona". Fotoreporter Will Navidson wprowadził się z rodziną do nowego domu - dalsze wydarzenia zostały zarejestrowane na taśmach filmowych oraz w postaci wywiadów. Od tamtej pory Navidsonowie stali się sławni, a Zampano - robiąc notatki na luźnych kartkach papieru, serwetkach i w gęsto zapisanych notatnikach - skompilował wyczerpującą pracę na temat wydarzeń w domu przy Ash Tree Lane. Jednakże ani Wagabunda, ani nikt z jego znajomych nigdy nie słyszeli o "Relacji Navidsona". Teraz zaś im więcej Johnny czyta o domu Navidsonów, tym bardziej zaczyna się bać i popadać w paranoję. Najgorsze jest to, że nie może potraktować znalezionych zapisków jako zwykłych majaczeń starego wariata. Zaczyna zauważać zachodzące w otoczeniu zmiany...

Książka niepospolicie oryginalna. Nie sposób oderwać się od lektury - tak jak nie sposób jej zapomnieć. "Dom z liści" trzyma w napięciu, przeraża i jest inny niż wszystkie książki, które znacie.

Źródło: http://www.mag.com.pl/

Peter Ackroyd „Alfred Hitchcock”

Biografia napisana przez Petera Ackroyda ukazuje mroczne prawdy, które kryją się za twórczością Alfreda Hitchcocka, jednego z najsłynniejszych dwudziestowiecznych reżyserów filmowych.

Alfred Hitchcock był dziwnym dzieckiem: samotny tłuścioch, karmiący się żarliwymi trwogami i niemniej gorącymi ambicjami żył w izolacji od rówieśników. Wyobraźnia jednak nie dawała się zamknąć w ścianach domu, więc planował wielkie podróże wzdłuż i wszerz Europy, do czego wykorzystywał kolejowe rozkłady jazdy. Jak więc do tego doszło, iż ten płochliwy malec stał się jednym z najbardziej szanowanych i cenionych reżyserów filmowych w historii? W wieku dorosłym Hitchcock bardzo starannie kontrolował to, jaki jego portret kreśli prasa i niektóre wydarzenia ze swego dzieciństwa bardzo rozbudowywał i upiększał, podczas gdy inne spychał w cień. Peter Ackroyd jednak sięga głębiej i pokazuje nam skutki: oto dumny ze swych sytuacyjnych żartów człowiek, który nawet w chwilach wesołości w głębi ducha pozostawał ponury i który codziennie tłukł jedną filiżankę, aby nieustannie przypominać sobie o kruchości życia.

W książce Ackroyda na chwilę migają wielkie gwiazdy kinowe, trochę na wzór słynnych cameo, pojawiających się w jednym, góra kilku kadrach filmu samego reżysera: widzimy Grace Kelly, Careya Granta czy Jamesa Stewarta, jak są zdegustowani jego pełnym dystansu stylem reżyserowania. Że była w tym pewna bezwzględność, o tym w sposób może najbardziej przekonujący świadczy fakt, iż w trakcie zdjęć do Ptaków Tippi Hedren została posiniaczona i pokaleczona przez najprawdziwsze, przerażone ptaki.

W swojej znakomitej książce Peter Ackroyd stara się dotrzeć do sedna naznaczonego okrucieństwem i pragnieniem dominacji życia i twórczości Alfreda Hitchcocka, jednego z najsłynniejszych dwudziestowiecznych reżyserów filmowych, który w przeciągu ponad pięćdziesięciu lat nakręcił ponad pięćdziesiąt filmów, z których wiele portretuje psychotycznych morderców.

Źródło: http://www.zysk.com.pl/

środa, 21 września 2016

„Piekielna noc” (1981)


Marti, Jeff, Denise i Seth chcą wstąpić do bractwa Alpha Sigma Rho. Aby stać się jego pełnoprawnymi członkami muszą spędzić noc w Garth Manor, opuszczonej posiadłości, w której przed dwunastoma laty ówczesny właściciel, Raymond Garth, zabił całą swoją rodzinę i popełnił samobójstwo. Według oficjalnej wersji, bo ciała jego zdeformowanego syna, Andrew, nigdy nie odnaleziono. Członkowie bractwa, z szefującym im Peterem na czele, zamykają czwórkę kandydatów w Garth Manor i odjeżdżają, a niedługo potem troje z nich wraca i przy pomocy rożnych urządzeń stara się ich nastraszyć. Na Marti, Jeffie, Denise i Sethcie starania kolegów nie robią większego wrażenia. Jakiś czas po tym, jak uświadamiają sobie obecność kilku członków bractwa na terenie posiadłości, żartownisie zaczynają padać ofiarami tajemniczego sprawcy, grasującego w tym miejscu. Celem mordercy są również długo nieświadomi zagrożenia Marti, Jeff, Denise i Seth.

„Piekielna noc” Toma DeSimone’a na podstawie scenariusza debiutującego wówczas Randy’ego Feldmana przez wielu widzów została odebrana, jako połączenie slashera i horroru gotyckiego. Podczas, gdy fabuła bazowała na schemacie typowym dla tego pierwszego nurtu, sceneria przywodziła na myśl klasyczne opowieści o nawiedzonych domostwach. Taki eksperyment nie sprostał wymaganiom publiczności w latach 80-tych. Niezależne dziełko DeSimone’a spotkało się wówczas z dużą krytyką, a odtwórczyni roli głównej znana z między innymi dwóch odsłon „Egzorcysty” i „Obcego w naszym domu”, Linda Blair, otrzymała nominację do Złotej Maliny. Z biegiem lat jednak „Piekielna noc” zaczęła być doceniana zarówno przez wielbicieli szeroko pojętego kina grozy, jak i wielu krytyków.

„Piekielna noc” powstała w okresie, który obejmował szczyt popularność filmów slash (pierwszą połowę lat 80-tych), w dobie „produkowanych taśmowo”, niskobudżetowych rąbanek zasadzających się na zbliżonych tematycznie szkieletach fabularnych. Scenariusz Randy’ego Feldmana już od pierwszych scen daje do zrozumienia, że będzie powielał znane wielbicielom slasherów rozwiązania fabularne. Już wstępna impreza zorganizowana przez członków bractwa Alpha Sigma Rho (motyw nasuwający skojarzenia z późniejszym „Domem pani Slater”), zgraja wygłupiających się podpitych młodych ludzi, wskazuje na tradycjonalny wymiar tej opowieści. To wrażenie wzmaga legenda Garth Manor wyłuszczona przez przewodniczącego bractwa, Petera, wedle której przed dwunastoma laty w aktualnie opuszczonym domostwie ówczesny jego właściciel zamordował swoją rodzinę, po czym popełnił samobójstwo. Wieść niesie, że jego zdeformowany syn, Andrew, wyszedł z tego cało i do dzisiaj przebywa na terenie posiadłości. Innymi słowy dostajemy klasyczną zbrodnię z przeszłości („Horror Amityville”, „Lśnienie”), zwyczajowego zdeformowanego maniaka i oczywiście grupkę młodych ludzi, którą morderca obierze sobie za cel w dalszych partiach filmu. Jednak tym, co odróżnia „Piekielną noc” od gromady standardowych slasherów jest miejsce akcji i narracja. Sceneria przywodzi na myśl „Nawiedzony dom” Roberta Wise’a – same opuszczone, niszczejące wielkie domostwo wyglądem przypomina miejsce akcji kultowej ekranizacji doskonałej powieści Shirley Jackson, ale nawiązania nie ograniczają się jedynie do tego oczywistego elementu, wszak uważni widzowie na pewno zwrócą uwagę również na bramę odgradzającą Garth Manor od świata zewnętrznego. Krzaczasty labirynt natomiast może nasuwać skojarzenia ze „Lśnieniem”. Moim zdaniem owe analogie były całkowicie zamierzone, wszak oglądając „Piekielną noc” nie da się nie zauważyć, że twórcy porwali się na swoisty narracyjny eksperyment, że starali się nakręcić swój film zarówno w duchu ghost stories, jak i slasherów. Innymi słowy skompilować stylistyki dwóch tak bardzo odmiennych nurtów kina grozy, tym samym udowadniając, że jedno może stanowić naprawdę ciekawe uzupełnienie drugiego. Co prawda twórcy ani przez chwilę nie pozwalają widzom sądzić, że przeszywające kobiece wrzaski rozlegające się w starym domostwie, czy widmowa postać rozkładającego się trupa powoli zbliżająca się do domniemanej final girl (Marti w wykonaniu znakomitej Lindy Blair) są oznakami nawiedzenia tego miejsca. Wiemy, że świadkujemy próbom poczynionym przez trójkę członków bractwa, mającym na celu napędzenie stracha czwórce ich kolegów, ale paradoksalnie to wcale nie rzutuje na jakość początkowo niezdefiniowanej aury zagrożenia, podlanej obfitą dawką gotyckiej aury przebijającej głównie z miejsca akcji.

Spotkałam się z opiniami widzów, utyskujących na długość „Piekielnej nocy”, a ściślej wypełnienie długich minut powolnymi wędrówkami protagonistów po niszczejącym domostwie, pełnym starych, zakurzonych przedmiotów oraz terenie otaczającym budynek, zwłaszcza labiryncie z żywopłotu. W moim odczuciu jednak owe wstawki podniosły poziom tego obrazu poprzez umiejętne stopniowanie napięcia. Dosłownie każdy kadr utrzymano w mrocznej, lekko przybrudzonej kolorystyce, ale prawdziwe mistrzostwo napięcia i złowieszczej atmosfery operatorzy i oświetleniowcy (mniej dźwiękowcy, bo muzyczne kompozycje nie zwracają uwagi niczym szczególnym) osiągnęli w powolnych sekwencjach skradania się młodych ludzi i wypatrywania przez nich realnego zagrożenia. Oraz prób wydostania się z feralnej posiadłości, czego najbardziej jaskrawym przykładem jest wspinanie się po bramie zwieńczonej ostrymi prętami – chwila nieuwagi może skutkować bolesną śmiercią, co sprawia, że ową długą wstawkę śledzi się w stanie maksymalnego napięcia. Zresztą tak samo jak pozostałe niezwykle klimatyczne perypetie zaszczutych protagonistów – ich długie wędrówki po brudnych pomieszczeniach, w których mrok rozpędza jedynie nikły blask świec i delikatne sztuczne oświetlenie, poszukiwanie mordercy w podziemnych tak ciasnych korytarzach, że właściwie bezwiednie przywołujących nieprzyjemne klaustrofobiczne odczucia i wypady na zewnątrz, gdzie króluje długo niepielęgnowana roślinność, każdorazowo oddano z poszanowaniem wszelkich zasad budowania napięcia, w towarzystwie naprawdę złowrogiego, mrocznego klimatu zaszczucia. A owe nastrojowe sekwencje niejednokrotnie finalizowano w iście widowiskowy, czy nawet zaskakujący sposób. Największe wrażenie zrobiła na mnie scena, w której za plecami ukrywających się w pokoju Marti i Jeffa powoli wyrasta postać zakryta kocem, ale ciekawie wypadło również starcie Setha z niezidentyfikowanych osobnikiem i niespodziewany atak oprawcy na dziewczynę starającą się przechwycić broń. Dużo gorzej od klimatu jawiły się niestety ujęcia eliminacji poszczególnych postaci - niemalże bezkrwawe, a jak już trochę posoki się pojawia to jej jaskrawa barwa nieco podkopuje realizm. Z ubolewaniem przyjęłam również wycofanie twórców w kwestii prezentowania obrażeń, właściwie to nie dane mi było zobaczyć jakichś diablo makabrycznych wstawek, czy to przez raz migawkową formę, a innym razem brak dużych zbliżeń na odniesione obrażenia.

„Piekielna noc” fabularnie bazuje na znanej konwencji slasherów – mamy grupę uwięzionych na ograniczonym terenie młodych ludzi, którzy padają ofiarami zdeformowanego mordercy i którzy uznają za stosowne często się rozdzielać oraz obowiązkową domniemaną final girl, która jak można podejrzewać w końcówce, jak to często w slasherach bywa, być może skonfrontuje się z oprawcą w jakimś spektakularnym stylu. Jednakże forma, jaką obierają twórcy (nawiązania do znanych horrorów nastrojowych, gotycka sceneria i maksymalne skupienie na budowaniu napięcia i klimatu zagrożenia) sprawia, że „Piekielna noc” wyróżnia się na tle XX-wiecznych niskobudżetowych slasherów, że może zostać równie dobrze przyjęta przez wielbicieli filmów slash, co osoby gustujące w horrorach bazujących głównie na klimacie.    
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...