piątek, 25 maja 2018

„Ciche miejsce” (2018)

Małżeństwo, Evelyn i Lee Abbottowie, wraz ze swoimi dziećmi Regan i Marcusem, żyją w świecie wziętym we władanie przez niewidome potwory z niezwykle czułym zmysłem słuchu. Od dawna nie widzieli żadnych innych ludzi, ale bardzo możliwe, że na Ziemi żyją jeszcze takie osoby, jak oni. Jednostki, którym udało się przetrwać, które nauczyły się egzystować w ciszy. Bo hałas przyciąga agresywne potwory, żądne mięsa bestie, które atakują błyskawicznie i nie znają żadnej litości dla innych stworzeń zamieszkujących obecnie tę planetę. Abbottowie przed ponad rokiem przeżyli ogromną tragedię. Stracili najmłodszego członka swojej familii, chłopca imieniem Beau. Evelyn i Lee są gotowi zrobić wszystko, aby taka katastrofa się nie powtórzyła, aby zapewnić jak największą ochronę swoim pozostałym dzieciom. I zamierzają wydać na ten ekstremalnie nieprzyjazny świat kolejnego potomka.

„Ciche miejsce”, horror science fiction w reżyserii Johna Krasinskiego, to jeden z najgłośniejszych tegorocznych filmów grozy, jeśli nie najgłośniejszy (jak do tej pory). Zrealizowany za siedemnaście milionów dolarów amerykański obraz przyniósł trochę ponad trzysta milionów dolarów przychodu, a pozytywnym recenzjom, również od krytyków filmowych, nie ma końca. A z nich wszystkich Krasinskiego ponoć najbardziej ucieszyła pochlebna opinia Stephena Kinga wyrażona na Twitterze. Mówi się, że to żona Johna Krasinskiego, aktorka Emily Blunt, zachęciła go do przyjęcia propozycji objęcia przez niego stanowiska reżysera. Artysta ponadto miał też swój udział w pisaniu scenariusza, nad którym to pracowali też Bryan Woods i Scott Beck (twórcy między innymi „Nightlight”), był jednym z producentów wykonawczych i kreował jedną z pierwszoplanowych postaci. A partnerowała mu jego małżonka Emily Blunt. 
 
„Ciche miejsce” jest dosyć nietypowym filmem. Zwłaszcza w realiach współczesnego mainstreamu. Bo gdyby taka koncepcja zajęła pewną niszę, gdyby projekt ten był kierowany do dużo węższej grupy osób to jego osobliwość najprawdopodobniej tak bardzo nie rzucałaby mi się w oczy. Już od czasu pojawienia się pierwszych zapowiedzi „Cichego miejsca” szczerze wątpiłam w ewentualny sukces tego przedsięwzięcia. Przypuszczałam, że spotka się ono z dużą krytyką, bo film o ludziach zmuszonych do życia w ciszy jakoś nie pasował mi do preferencji dzisiejszej tzw. masowej publiki. Horror niemy? W XXI wieku i to w dodatku na dużych ekranach? Nie, to nie mogło się udać. A jednak się udało (choć okazało się, że pozwolono sobie na trochę komunikacji werbalnej). I był to sukces tak spektakularny, że zaczęłam się zastanawiać, czy aby nie mam błędnych wyobrażeń na temat „Cichego miejsca”. Bo ta garść informacji, które zebrałam kazała mi przygotować się na minimalistyczny w formie, kameralny, może nawet iście intensywny horror science fiction (czyli tak jak lubię), który nie uraczy mnie tak powszechnymi we współczesnym głównym nurcie niezliczonymi jump scenkami i niszczącymi realizm efektami komputerowymi. A jako że duża część opinii publicznej zdaje się wprost przepadać za tymi bardziej dynamicznymi, na wskroś efekciarskimi horrorami te pozytywne reakcje widzów po prostu musiały zadziałać na mnie alarmująco. Szybko zmieniłam więc swoje nastawienie i gdy przyszła wreszcie pora na zobaczenie „Cichego miejsca” byłam w pełni przygotowana na... na coś innego. Okazało się, że niepotrzebnie zweryfikowałam swoje podejrzenia względem tego obrazu, że nie było potrzeby mentalnie przygotowywać się do zderzenia z plastikowym tworem wprost przepełnionym sztucznymi efektami specjalnymi. Bo choć tych ostatnich trochę było, i szczerze powiedziawszy patrzenie na to do najłatwiejszych zadań nie należało, to czerpałam pocieszenie z tego, że John Krasinski nie pozwolił, aby te komputerowe twory zdominowały jego film. Tfu, potwory – ślepe monstra niewiadomego pochodzenia obdarzone niezwykle czułym zmysłem słuchu (czyżby zapożyczenie z „Zejścia”?), które niezbyt często „wchodziły” na pierwszy plan, ale gdy już to robiły to ogarniała mnie silna pokusa spuszczenia wzroku z ekranu. I bynajmniej nie dlatego, że budziły one we mnie przerażenie. Już prędzej zażenowanie i bez wątpienia czystą wściekłość. Gdyby nie te mizerne efekty „Ciche miejsce” w moich oczach byłoby horrorem pozbawionym poważniejszych wad, nieporównanie silniej bym tę historię przeżywała, ale jak już wspomniałam, znacznie podniosło mnie na duchu oszczędne dawkowanie zbliżeń na anatomiczne szczegóły tych pikselowych maszkar. I dostałam wystarczająco dużo superlatywów, żeby nie pozwalać sobie na patrzenie na ten projekt Johna Krasinskiego głównie przez pryzmat wkładu twórców efektów specjalnych, choć oczywiście nie potrafiłam być całkowicie ślepa na ten (według mnie) mankament. Scenarzyści „Cichego miejsca” wyszli od całkiem nietypowego, jakże frapującego pomysłu. Postanowili wykreować świat, w którym przetrwać mogą tylko cisi, pokazać postapokaliptyczną wizję Ziemi. A właściwie to jej bardzo wąskiego kawałka. Protagonistami uczynili rodzinę Abbottów – czteroosobową familię żyjącą na farmie, która od dawna nie widziała innych ludzi. Wcześniej ich rodzina składała się z pięciu osób, ale ponad rok temu najmłodsze dziecko Evelyn i Lee padło ofiarą jednego ze skrzydlatych potworów, które to zdziesiątkowały nasz gatunek. Głupio byłoby zakładać, że Abbottowie to ostatni ludzie na Ziemi, ale John Krasinski i jego ekipa przez większość czasu starają się stworzyć taką ułudę (przez większość, bo nie można zapomnieć o pewnym mężczyźnie w podeszłym wieku). Dotkliwe osamotnienie Abbottów ma nam się udzielać. Myśl o niemożliwość przetrwania jedynie tej garstki ludzi jest wypierana przez te jakże przygnębiające obrazy wyludnienia (poza czołowymi bohaterami rzecz jasna), co może przypominać „Jestem legendą”, historię wymyśloną przez Richarda Mathesona kilka razy przekładaną na ekran. Ale jak już zaznaczyłam to tylko ułuda, twórcy nie mówią wprost, że Abbottowie są ostatnimi ludźmi na Ziemi. Wręcz przeciwnie: choćby sceną z nieznajomym staruszkiem dają do zrozumienia, że jest więcej takich niedobitków, a i „głowa rodziny”, Lee, wychodzi z założenia, że gdzieś tam żyją inni. W ciszy.

Emily Blunt, John Krasinski, Noah Jupe i Millicent Simmonds to aktorzy kreujący pierwszoplanowych bohaterów. W każdym przypadku w sposób całkowicie przekonujący, z pełnym profesjonalizmem, bez choćby najmniejszych warsztatowych zgrzytów. Ta ostatnia wciela się w postać głuchej nastolatki, która korzysta z implantu ślimakowego (dzięki niemu słyszy) i co ciekawe Millicent Simmonds rzeczywiście boryka się z tą niepełnosprawnością. Straciła słuch we wczesnym dzieciństwie na skutek przedawkowania leków. Ktoś powie, że aktorzy mieli tutaj ułatwione zadanie, bo w zdecydowanej większości scen nie musieli grać głosem. Poza paroma niezbyt długimi sekwencjami w omawianej produkcji rozmowy toczą się tylko za pomocą języka migowego. Czasami idącego w parze z tak cichym, że ledwo wychwytywanym przez moje uszy szeptem. Mnie wydaje się jednak, że granie głównie twarzą, mimiką, jest pewnym wyzwaniem dla aktora, rozpościera przed nim, nie wiem czy trudniejsze, ale na pewno nowe zadania, z których musi się wywiązać, jeśli chce przekonać współczesną publikę do swojej kreacji. Sprawić, aby widz utożsamił się z protagonistami, albo przynajmniej żeby nie był mu obojętny ich los. W „Cichym miejscu” ten czynnik jest kluczowy. Ten, komu nie będzie zależało na Abbottach, kto będzie na nich patrzył jak na „mięso armatnie” nie będzie przeżywał tej historii tylko śledził ją z pozycji chłodnego, osobiście niezaangażowanego obserwatora. Myślę jednak, że widzów odpornych na czar odtwórców czołowych ról i na magnetyzm tych mocno nastrojowych zdjęć, budzących uwierające wręcz poczucie izolacji od wszystkiego co znane i bezpieczne z jednoczesną bliskością wszystkiego co obce i zagrażające życiu, nie będzie zbyt wielu. John Krasinski i jego ekipa nakręcili to bowiem tak, aby, ani oddany miłośnik dynamicznych, efekciarskich horrorów, ani osoba wprost ubóstwiająca bardziej kameralne, nastawione na emocje kino grozy nie czuł się pominięty. Niektórym może się to wydać wprost niewiarygodne, ale udało im się znaleźć punkty styczne dla tych dwóch jakże odmiennych form przekazu i na ich fundamentach wybudować może nie tak do końca nową, ale na pewno nieczęsto spotykaną niszę, w której to rozpędzona akcja idealnie zazębia się z wprost kipiącą emocjami warstwą psychologiczną i stricte nastrojową. Taką która bazuje na nieustannie nawarstwiających się, konsekwentnie intensyfikowanych emocjach, zwłaszcza na napięciu, bo tego „Ciche miejsce” dostarczyło mi aż nadto. To film o prawdziwej, niepohamowanej sile rodzicielstwa, o tak potężnej miłości do własnych dzieci (i tak ogromnej potrzebie przedłużania gatunku, wydawania na świat kolejnych swoich potomków), że potrafiącej przezwyciężyć odwieczny strach przed śmiercią. Popychającej do czynów ryzykownych, każącej zawsze stawiać swoje dzieci na pierwszym miejscu, myśleć przede wszystkim o ich bezpieczeństwie, a nie swoim własnym. Nic nowego pod słońcem, nic zaskakującego, nic stojącego w sprzeczności z naturalnymi rodzicielskimi instynktami, odruchami. Ale to nic, bo pokazano to w tak emocjonujący, wręcz zaciskający krtań sposób, osnuto to tak gęstą atmosferą nieuchronnie zbliżającej się katastrofy, że absolutnie nie ma się za złe scenarzystom wykorzystania takiego nieodkrywczego przesłania.

Początkowo rozważano wcielenie tego projektu do cyklu filmów spod znaku „Cloverfield”, ale ostatecznie zdecydowano się zrobić z tego oddzielny obraz. John Krasinski, Scott Beck i Bryan Woods byli zadowoleni z takiego obrotu sprawy, co ten ostatni uzasadnił tym, że jako twórcy woleli oni nakręcić coś swojego, coś oryginalnego, niepodpinającego się pod dokonania innych. Co wcale nie znaczy, że teraz skoncentrują się wyłącznie na tworzeniu innych oddzielnych projektów, bo Beck i Woods ogłosili już, że mają pomysł na sequel „Cichego miejsca”, wyprodukowaniem, którego wytwórnia Paramount Pictures jest jak najbardziej zainteresowana. A po tym co zobaczyłam w tej odsłonie nie pozostaje mi nic innego, jak trzymać kciuki za wcielenie w życie tych planów, w czym zapewne nie jestem odosobniona. Bo niewiele współczesnych horrorów może pochwalić się tak dobrym przyjęciem przez widzów, jak „Ciche miejsce” Johna Krasinskiego.

środa, 23 maja 2018

„Stephanie” (2017)

Mała Stephanie od jakiegoś czasu przebywa sama w domu. Dziewczynki nie interesuje globalny kryzys, stara się żyć tak jak wtedy, gdy rodzice byli przy niej. Jednak przez cały czas towarzyszy jej widmo śmierci, na jej życie czyha bowiem potwór, który większość czasu spędza w znajdującym się nieopodal sadzie, ale coraz częściej wchodzi do domu. W takich momentach Stephanie ukrywa się przed nim, a gdy monstrum odchodzi wraca do swojej codzienności. Życia, w którym za jedynego towarzysza ma pluszowego żółwia, które zakłóca dotkliwa tęsknota za rodzicami, ale mimo wszystko przez większość czasu dziewczynce udaje się nie tracić pogody ducha. Pewnej nocy, nieoczekiwanie jej rodzice wracają do domu, co Stephanie przyjmuje z ogromną radością i nieopisaną ulgą. Ale to wcale nie oznacza, że życie małej dziewczynki w końcu wróciło do normy, że jej koszmar dobiegł wreszcie końca, że już może czuć się w pełni bezpieczna.

Akiva Goldsman większe doświadczenie ma jako producent i scenarzysta niźli reżyser. „Piękny umysł”, „Ja, robot”, „Kod da Vinci”, „Jestem legendą”, „Anioły i demony”, „Rings”, „Mroczna wieża”, „Piekielna głębia”, „Constantine”, „Łowcy umysłów” oraz moje ukochane „Czas zabijania” i „Totalna magia”, to tylko niektóre filmy, do których przyłożył rękę, ale póki co wyreżyserował tylko dwa pełnometrażowe obrazy: „Zimową opowieść” z 2014 roku i omawianą „Stephanie”. W tym drugim przypadku pracował na scenariuszu Bena Collinsa i Luke'a Piotrowskiego, scenarzystów „SiREN” i „Super Dark Times”. Pierwszy pokaz Stephanie odbył się w kwietniu 2017 roku na The Overlook Film Festival, ale dopiero w kwietniu 2018 roku trafił do szerszego obiegu w Stanach Zjednoczonych (platforma VOD).

„Stephanie” jest horrorem bazującym na tajemnicy. Widz może się tylko domyślać z jakiego rodzaju historią ma do czynienia, gdzie upatrywać zagrożenia i skąd, u licha, się ono wzięło. Co spowodowało, że tytułowa bohaterka tej produkcji, mała Stephanie, bezbłędnie wykreowana przez Shree Crooks, podzieliła los Kevina McCallistera? Co się stało z jej rodzicami i dlaczego dziewczynka nie szuka pomocy na zewnątrz? Tym bardziej, że doskonale zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa w jakim się znalazła, wie, że czai się na nią potwór, który nie wiadomo skąd się wziął. Stephanie jest na tyle bystra i samodzielna, że widz ma pełne prawo dziwić się tak niefrasobliwemu podejściu dziewczynki do tej zupełnie dla niej nowej, ekstremalnie trudnej sytuacji. Do czasu, aż jego uszu dobiegną informacje o jakimś globalnym kryzysie. W tym momencie każdemu, choćby tylko średnio zorientowanemu w kinie grozy, odbiorcy „Stephanie”, najpewniej zakiełkuje w głowie myśl o horrorze apokaliptycznym. Zapewne każdy taki widz zacznie podejrzewać, że ma do czynienia z kolejną wizją świata u progu zagłady, tyle że ubraną w dosyć nietypową formę. Gdzie więc w tym wszystkim umiejscowić potwora czyhającego na pierwszoplanową bohaterkę? Czyżby powtórka z filmów spod znaku „Cloverfield”? Scenarzyści „Stephanie” nie szczędzą nam takich wiele mówiących tropów, rozrzucają strzępki informacji, z których łatwo sklecić logiczny ciąg wydarzeń, które to doprowadziły tytułową postać do punktu, w którym aktualnie się znajduje. Czyli do momentu, gdy cały rodzinny dom ma wyłącznie do swojej własnej dyspozycji. Nie ma już starszego brata, mamy i taty – jest tylko ta przez większość czasu bardzo wesoła dziewczynka, która nie wyrosła jeszcze z beztroskich zabaw. Stephanie zwykła „rozmawiać” ze swoim pluszowym żółwiem, bawić się z nim, zwierzać mu ze swoich trosk i strofować go niczym matka niesforne dziecko. To ta maskotka od jakiegoś czasu jest jej jedynym kompanem – chociaż nie, inne zabawki i żywy królik też od czasu do czasu jej towarzyszą. Wyobraźnia dziecka jest wszak niezgłębiona, jest realną siłą, która pozwala przetrwać nawet najcięższe chwile i takie właśnie przesłanie wydawało mi się wypływać z pierwszej partii filmu. Jeszcze przed pojawieniem się rodziców Stephanie nabrałam pewności, że przeniknęłam zamysł twórców, że fabuła nie ma już dla mnie żadnych tajemnic, a teraz pozostaje mi jedynie czekać na zaognienie sytuacji. Ben Collins i Luke Piotrowski wrzucili mnie w sam środek tej historii przez co seans rozpoczął się od dużej dezorientacji. Rozeznanie się w tej opowieści dodatkowo utrudniała perspektywa, jaką obrali – wszystko pokazywano z punktu widzenia dziecka (acz nie dosłownie jej oczyma, praktycznie bez subiektywnej pracy kamer), bujającej w obłokach, niezbyt interesującej się problemami dorosłych, kilkulatki, a jak wiadomo ogląd świata tak młodej osoby może znacznie odbiegać od faktycznego stanu rzeczy. Widza będzie interesowało przede wszystkim spojrzenie jej rodziców – będzie chciał posiąść tę wiedzę, którą mają oni, poznać ich punkt widzenia, podpatrzeć ich myśli, bo będzie przekonany, że tylko wtedy będzie przyjmował rzeczy takimi, jakie są w rzeczywistości (tzn. w świecie przedstawionym), tylko tak oddzieli prawdę od wytworów wyobraźni. Ale i tak w jego głowie wciąż będzie się kołatać myśl, że dziewczynka może być obiektywnym obserwatorem, że wszystko na co patrzymy dzieje się naprawdę, rozgrywa się w tej umownej rzeczywistości od czasu jakiejś niedawnej katastrofy, która nawiedziła Ziemię.

Opowieści grozy utrzymane w atmosferze tajemnicy należą do moich ulubionych. Wprost przepadam za takimi nieoczywistymi historiami, w których autentycznie wszystko może się wydarzyć. I widz niemalże od początku spodziewa się niemożliwego. Stara się rozszyfrować zamysł twórców zanim przystąpią oni do objaśnień – jeśli w ogóle to nastąpi, bo jeszcze więcej uciechy dostarcza mi pozostawienie interpretacji w gestii odbiorcy. Podczas dużej części seansu „Stephanie” towarzyszyła mi niepewność. Oczywiście, były momenty, w których miałam absolutną pewność co do swoich teorii, w których nie miałam żadnych wątpliwości, że dobrze to wszystko poskładałam, ale zaraz potem znowu zaczynałam się zastanawiać. Może brzmi to tak, jakby omawiany film Akivy Goldsmana był niezwykle skomplikowany, jakby odnaleźć się w tym wszystkim mógł jedynie ktoś obdarzony ponadprzeciętnym zmysłem obserwacji i godną pozazdroszczenia zdolnością wyciągania właściwych wniosków z bezwładnie porozrzucanych strzępów informacji, z których na dodatek część może (ale nie musi) być jedynie produktem wybujałej wyobraźni dziecka. Zanim pozna się zakończenie tego obrazu można odnosić takie wrażenie, ale gdy już posiądzie się tę podstawową wiedzę, gdy twórcy wreszcie wszystko nam wyjaśnią, dojdzie się do wniosku, że to w istocie z gruntu prosta historyjka wykorzystująca znane motywy. O tym, że Ben Collins i Luke Piotrowski co nieco zapożyczyli z innych filmów będziemy wiedzieć już od dłuższego czasu (motyw globalnego kryzysu, który może doprowadzić do końca ludzkości, potwór polujący na małą dziewczynkę), ale tajemnica, w jakiej to wszystko utrzymano wielu widzom pewnie będzie kazała przygotować się na jakieś innowacyjne rozwiązanie tej opowieści. UWAGA SPOILER Oryginalne to to nie było – skojarzenia z „Carrie” nasunęły mi się natychmiast, praktycznie bez udziału woli KONIEC SPOILERA. Zaskoczona, owszem byłam. Zła na samą siebie też, bo po szybkim przebiegnięciu w myślach wszystkich informacji, które ujawniono wcześniej, uświadomiłam sobie, że tak naprawdę przez cały czas miałam przed oczami wyjaśnienie tego wszystkiego. Dałam się jednak zwieść twórcom, padłam ofiarą ich przebiegłości i chociaż wcześniej nie domyślałam się tego wcześniej wydaje mi się, że gdyby nie jeden konkretny moment w końcu bym na to wpadła. UWAGA SPOILER Mowa o ranach na ciele matki Stephanie, które połączyłam z właśnie szalejącą na świecie epidemią. Od tego momentu byłam przekonana, że kobieta została zarażona i tak też zaczęłam myśleć o jej mężu. I jak się okazało twórcom tej produkcji dokładnie na tym zależało – ta sekwencja miała za zadanie oddalić mnie od właściwej ścieżki. To była ich asekuracja, sposób na zwiększenie swojej przewagi nad widzem. A w „starciu ze mną” wręcz zagwarantowanie sobie zwycięstwa KONIEC SPOILERA. Wybór takiej koncepcji (tworzenie historii bazującej na tajemnicy) rozciągał przed filmowcami pewną przeszkodę, której ku mojemu ubolewaniu nie udało im się pokonać. Enigmatyczne podejście do trójki bohaterów, zwłaszcza rodziców Stephanie, ale i nie mogę oprzeć się przekonaniu, że w tytułową postać można było wniknąć nieco głębiej, z korzyścią dla filmu. Rysy psychologiczne jej prawnych opiekunów moim zdaniem też dałoby się bardziej rozbudować – twórcy „Stephanie” sporo by tym ryzykowali, ale myślę, że istniał sposób na wybrnięcie z tego impasu. Na powiedzenie o nich więcej (na tyle dużo, żebym nie miała poczucia patrzenia na papierowe postacie), zręcznie omijając przy tym to, co najważniejsze. Ukrywając najistotniejsze fakty. Drugą dużą bolączką było dla mnie stopniowanie napięcia w scenach w domyśle poprzedzających zdecydowane ataki czy to na samą Stephanie, czy na nią i jej rodziców. Mimo, że znacznie rozciągnięto je w czasie, a tym samym dano oglądającemu sporo czasu na maksymalne wczucie się w sytuację nieuchronnie zbliżającego się niebezpieczeństwa to było to tak mało intensywne, że szybko traciłam zainteresowanie. Finalizacje tych scenek witałam z dużą obojętnością, ale niektóre, a konkretnie to dwie, na powrót wprowadzały silniejsze emocje. Widok potwora miotającego swoją głową i dobrze znanego Stephanie człowieka małpującego opętaną Regan MacNeil cechowały się może nie ogromną, ale w miarę zadowalającą upiornością (tj. w moich oczach) i mogę tylko żałować, że takich prób bardziej dosłownego straszenia nie było więcej.

„Stephanie” to w sumie całkiem niezły horror. Żadne tam arcydzieło, nic na wskroś zachwycającego, ale nie mogę powiedzieć, że źle mi się to oglądało. Akiva Goldsman stworzył coś, co nie ma najmniejszych szans wejść do panteonu najbardziej wartościowych XXI-wiecznych filmowych horrorów, produkcji grozy, które każdy szanujący się miłośnik gatunku powinien znać. Nie uważam „Stephanie” za pozycję obowiązkową dla tej konkretnej grupy odbiorców, ale też nie sadzę, żeby duża jej część jakoś szczególnie żałowała tego wyboru. Moim zdaniem można podejść do tego filmu bez większych obaw, zwłaszcza jeśli gustuje się w nastrojowych horrorach bazujących na tajemnicy, a nie ogranicza wyłącznie do różnej maści rąbanek. Ale dużych oczekiwań też radzę nie mieć, bo wydaje mi się, że tylko nieliczni nie dopatrzą się w nim poważnych wad.

poniedziałek, 21 maja 2018

Jack Finney „Inwazja porywaczy ciał”

Recenzja przedpremierowa

Rok 1976, małe miasteczko Mill Valley w stanie Kalifornia. Tutejszy lekarz ogólny, dwudziestoośmioletni Miles Boise Bennell pewnego wieczora przyjmuje w swoim gabinecie dobrą znajomą Becky Driscoll, która prosi go o przyjrzenie się pewnej nietypowej sprawie. Jej kuzynka, Wilma, od jakiegoś czasu utrzymuje, że jej wujek tak naprawdę nie jest jej wujkiem. Wygląda tak samo, zachowuje się tak samo, mówi tak samo, ale kobieta jest przekonana, że to ktoś inny. Po pobieżnym zbadaniu tego przypadku Miles dochodzi do wniosku, że Wilma potrzebuje pomocy psychiatry. Kieruje ją do swojego znajomego, doktora Manfreda Kaufmana. Wkrótce Bennell przyjmuje kolejnych pacjentów mających taki sam problem co Wilma. Bardzo możliwe, że to zbiorowa obsesja i Miles pewnie by w to uwierzył, gdyby nie przypadek pisarza Jacka Beliceca. On i jego żona Theodora znaleźli w swojej piwnicy nietypowo wyglądające ciało człowieka. To znalezisko w połączeniu z niepokojącymi opowieściami paru pacjentów doktora Bennella każe mu przypuszczać, że Mill Valley zostało zaatakowane przez dotychczas nieznany ludzkości gatunek.

Jack Finney, a właściwie Walter Braden Finney swoją pisarską karierę rozpoczął na początku lat 40-tych XX wieku (od opowiadań). Jego pierwsza powieść, „5 Against the House”, pojawiła się dopiero w roku 1954. Rok później światło dzienne ujrzała „Inwazja porywaczy ciał” (w 1978 roku wypuszczono zaś wersję poprawioną), jeden z najważniejszych przedstawicieli horroru science fiction. Natomiast w 1970 roku wypuszczono premierowe wydanie „Time and Again”, innej powieści science fiction Jacka Finneya, która zyskała duży rozgłos. Oczywiście było tego więcej, ale w kontekście pisarstwa Jacka Finneya najczęściej wspomina się te dwa dziełka. Pisarz zmarł w 1995 roku, wcześniej, co chyba nie będzie przesadą, odciskając trwały, nieścieralny ślad na gatunku science fiction. Tak, Finney wpisał się złotymi literami w jego historię, był (i jest, bo jego nazwisko przecież nigdy nie zginie) jednym z najważniejszych propagatorów science fiction.

„Inwazja porywaczy ciał” Jacka Finneya doczekała się jednej ekranizacji (choć pewne zmiany nawet tam wprowadzono) i kilku filmowych adaptacji/wariacji. Ta pierwsza, istne arcydzieło kinematografii grozy, ukazała się w 1956 roku, a wyreżyserował ją Don Siegel. Z pozostałych godna wzmianki jest przede wszystkim „Inwazja łowców ciał” Philipa Kaufmana, ale można też wspomnieć o „Porywaczach ciał” Abela Ferrara oraz „Inwazji” Olivera Hirschbiegela i Jamesa McTeigue'a. I oczywiście o bardzo udanym horrorze science fiction „Oni” w reżyserii Roberta Rodrigueza, który nie jest ani ekranizacją, ani nawet adaptacją, ale wyraźnie odnosi się do bezcennego dzieła Jacka Finneya. Ten ostatni z wymienionych filmów mówił też o „Władcach marionetek” Roberta A. Heinleina, innej żelaznej pozycji science fiction, premierowe wydanie której ukazało się w roku 1951. Wielu sądzi, i moim zdaniem nie mijają się z prawdą, że Jack Finney czerpał inspirację z tej powieści podczas tworzenia „Inwazji porywaczy ciał”. Ale przy całej mojej sympatii dla „Władców marionetek”, palmę pierwszeństwa oddaję omawianej propozycji Finneya. Ten Amerykanin, którego to twórczość w Polsce jest ewidentnie zaniedbywana, obdarował świat utworem, którego moim zdaniem nie da się przecenić. Bez którego horror science fiction, i to zarówno literacki, jak i filmowy, prezentowałby się teraz dużo bardziej ubogo. Bo „Inwazja porywaczy ciał” inspirowała wielu pisarzy i filmowców, i jestem gotowa się założyć, że jeszcze niejednego artystę natchnie do stworzenia jakiegoś godnego uwagi dziełka. Książkę tę odczytywano na różne sposoby. Najwięcej zwolenników miała teoria zimnowojennej paranoi – dopatrywano się w tym odniesień do plagi komunizmu i panicznych reakcji Amerykanów na to niebezpieczne zjawisko, ale i bardziej oczywista interpretacja tj. ta mówiąca o inwazji Obcych na Ziemię nie była przez wszystkich ignorowana. Prawda jest taka, że Jack Finney wymyślił opowieść uniwersalną, taką, którą można dopasować do sytuacji politycznej w dowolnym okresie. Współczesny czytelnik na przykład, oprócz jak się wydaje, nieśmiertelnego zagrożenia komunizmem, może odczytywać „Inwazję porywaczy ciał” jako przestrogę przed terrorystami. Ale gdybym miała zgadywać to powiedziałabym, że zamiarem Finneya wcale nie było opowiedzenie historii o czy to ataku komunistów, czy (poniekąd proroczo) terrorystów tylko przybyszów z kosmosu. Moim zdaniem świadomie żerował tutaj wyłącznie na innym, jak się wydaje, nieprzemijającym lęku ludzkości (choć nie całej) – wykorzystał ciągle szerzącą się obawę przed najeźdźcami z kosmosu, przed agresywnymi stworzeniami, które w przekonaniu wielu wcześniej czy później zmiotą nas z powierzchni ziemi. Podczas czytania „Inwazji porywaczy ciał” nie raz, nie dwa przemknęła mi przez głowę myśl, że Finney w jednym, bardzo ważnym przypadku jest niczym dyktator. Pisarz wybiera sobie jeden lęk trawiący gatunek ludzki, intensyfikuje go innym, równie mocno dotkliwym, a kiedy już czytelnik jest w pełni uwarunkowany, kiedy jego niepokój osiąga stan krytyczny, wszystkie bariery ochronne rozbijają się w drobny mak, Finney jest już w domu. Może robić z czytelnikiem co mu się żywnie podoba – może go pocieszać, ale też podsycać jego obawę, może osłabić jego wiarę w jedno zagrożenie jednocześnie zmuszając go do zaakceptowania innego wyjaśnienia zaistniałych w Mill Valley wydarzeń. Autor „Inwazji porywaczy ciał” będzie dla czytelnika kotwicą, jedyną osobą, która będzie mogła wyrwać go z tej matni, wydobyć z otchłani szaleństwa, w które notabene to właśnie ten pisarz go wepchnie. Dokładnie tak zwykli postępować dyktatorzy – ożywiają w swoich poddanych strach przed jakimś mniej lub bardziej prawdopodobnym wrogiem, pilnując przy tym, aby cały czas wierzyli w to, że tylko oni są w stanie uchronić ich przez zagrożeniem z jego strony. Jack Finney co prawda nie kreuje się na tego, który w końcu wybawi z opresji sympatycznych protagonistów „Inwazji porywaczy ciał”, nie mówi wprost o tym, że zatrzyma inwazję Obcych, ale przecież żadnemu myślącemu człowiekowi nie trzeba o tym mówić. Wiadomo, że tylko autor dzieła może przywrócić ład, który wcześniej tak spektakularnie zburzył. Inne sprawa, czy tak naprawdę, tak z głębi serca właśnie tego chcemy...

Czasem sądzę, że udoskonalamy ten świat, usuwając wszystko co ludzkie z naszego życia.”

Ta wymyślona przez Jacka Finneya historia oddziałuje na mnie tak silnie nie z powodu jakiejś głębokiej, silnie zakorzenionej wiary w rychłą inwazję organizmów pozaziemskich na Ziemię. Gdyby ten niezwykle popularny i niespecjalnie niepokojący mnie motyw zamieniono na jakiś inny, gdyby bohaterom powieści zagrażał na przykład organizm, który wyewoluował na naszej planecie albo został on stworzony przez jakiegoś szalonego naukowca, to „Inwazja porywaczy ciał” w moich oczach nic by nie straciła. Bo tym, co wprawia mnie w duży, ale nie największy dyskomfort (i to zarówno podczas lektury książki, jak i seansów filmów zainspirowanych tym dziełem) jest wizja utraty tożsamości, przerażająca myśl o powstaniu duplikatu, który wygląda i zachowuje się jak ja, ale nie jest mną. Jest czymś, czego nie sposób ogarnąć umysłem, organizmem pozbawionym wszystkich znanych ludzkości emocji, niezdolnym do odczuwania czegokolwiek, kompletnie obojętnym, za wyjątkiem instynktownej potrzeby przetrwania. Pozaziemskie strąki, kosmiczne kokony ludzi duplikują wówczas, gdy ci znajdują się w objęciach snu, czyli wtedy kiedy są kompletnie bezbronni, przez co niejeden odbiorca tej powieści może nabawić się bezsenności:) Kiedy proces klonowania ich ciał dobiegnie wreszcie końca, organizm żywiciela ulega rozpadowi – przestaje istnieć, a jego miejsce zajmuje ten oto wyprany z emocji pasożyt. Ale to jeszcze nic. Jack Finney posiadał tak obrazowy styl, tak dobrze znał ludzką psychikę, z taką bezwzględnością uderzał w odpowiednie tony mojej wyobraźni, mojego umysłu, że często chwytałam błąkającą się gdzieś na obrzeżach mojej świadomości myśl o moich bliskich. O ludziach znajdujących się w moim otoczeniu. Co by było gdyby okazało się, że nie są oni tymi, za których się podają? Oczywiście, tak naprawdę w to nie wierzyłam, nawet kwitowałam te myśli kpiącym uśmieszkiem, ale potem znowu skupiałam się na lekturze i po jakimś czasie na powrót rozlegało się w mojej głowie nieprzyjemne brzęczenie. Paranoiczne myśli, podejrzenia, wątpliwości każdorazowo prowadzące do konkluzji, że zachowuję się doprawdy dziecinnie. Moja wyobraźnia się rozpasała, Jack Finney zmusił mnie do chwilowego wyparcia racjonalizmu, do cofnięcia się do czasów dzieciństwa, kiedy to absolutnie wszystko było możliwe. Do okresu, w którym to, co sobie wyobrażałam było bardziej realne niż to, co faktycznie mnie otaczało, niż to, co odbierałam pięcioma zmysłami. Paranoiczna atmosfera, która w błyskawicznym tempie ogarnia małe kalifornijskie miasteczko, śmiałe podejrzenia, które dręczą głównego bohatera i zarazem narratora „Inwazji porywaczy ciał” oraz kilkoro jego znajomych, z miejsca mi się udzieliły. Obserwując prawie niedostrzegalnie, ale jednak, zmieniające się spokojne amerykańskie miasteczko oczyma doktora Milesa Bennella, czułam się tak, jakbym nagle weszła w jakąś inną, wielce niewygodną skórę. Niby nie chciałam tam być, bo naprawdę źle się czułam w Mill Valley, ale jakaś nie do końca zagadkowa siła praktycznie zmuszała mnie do działania wbrew sobie. Pokusa była nie do odparcia, pragnienie dowiedzenia się, jak rozwinie się ta ekstremalnie niekomfortowa sytuacja było silniejsze od tych wszystkich jakże niewygodnych emocji. Albo co równie prawdopodobne właśnie to, właśnie ten dyskomfort, to poczucie nieuchronnego popadania w czyste szaleństwo, działało na mnie niczym narkotyk. Chciałam, żeby Jack Finney się nade mną znęcał, żeby trzymał mnie w szponach tego szaleństwa, po kawałku odbierał wszelką nadzieję na lepsze jutro dla bohaterów powieści i w ogóle całego znanego nam świata i na chwilę, przejściowo pozostawił w stanie, który kwalifikowałby mnie do domu bez klamek. Wiem, jak to brzmi, ale naprawdę rozkochałam się w tych jakże straszliwych emocjach, którymi tak bezlitośnie karmił mnie ten genialnych pisarz. I tylko zakończenie mocno mnie rozczarowało, tylko finał w mojej ocenie został dokumentnie wręcz zepsuty, tylko wtedy mój entuzjazm delikatnie osłabł. Delikatnie, bo tego, co Jack Finney ofiarował mi przedtem nawet ta wpadka zepsuć nie zdołała. To wszystko, co do tego, według mnie, nieudanego zakończenia prowadziło pozostanie w mojej pamięci na zawsze. A nawet jeśli wspomnienia nieco zblakną to przecież na tej jednej lekturze się skończy – nie mam żadnym wątpliwości, że (jeśli jeszcze trochę pożyję) w przyszłości wielokrotnie będę wracać do „Inwazji porywaczy ciał”, bo coś takiego nie ma prawa kiedykolwiek mi się znudzić.

Latami szukałam starego polskiego wydania „Inwazji porywaczy ciał”. Takiego używanego egzemplarza, którego cena w moich oczach nie byłaby wygórowana, aż w końcu straciłam wszelką nadzieję na przeczytanie tej kultowej powieści. Wyobraźcie więc sobie moją euforię na wieść o nowym polskojęzycznym wydaniu, o ilustrowanej (nastrojowe grafiki Piotra Herli) publikacji wydawnictwa Vesper, książce tak długo przeze mnie poszukiwanej, tak wymarzonej, że zdarzało się, iż nawiedzała mnie w snach. Nikogo więc nie powinno dziwić, że pierwszy fizyczny kontakt z tą powieścią, moment, w którym wzięłam w dłoń „Inwazję porywaczy ciał” wypuszczoną przez wydawnictwo Vesper (za co aż do śmierci będę tej firmie wdzięczna), dał mi coś bardzo zbliżonego do orgazmu. A i treść wielce mnie usatysfakcjonowała (z wyjątkiem zakończenia). Właściwie to nie mam nawet najmniejszych oporów przed nazywaniem „Inwazji porywaczy ciał” Jacka Finneya istnym arcydziełem literackiego horroru science fiction, jednym z najważniejszych reprezentantów tego gatunku.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 19 maja 2018

„Escape Room” (2017)

Na trzydzieste urodziny swojego chłopaka Tylera, Christen przygotowała drogą niespodziankę, z której mogą skorzystać także ich wspólni znajomi i siostra solenizanta. Polega ona na wzięciu udziału w grze, której celem jest wydostanie się z zamkniętego pomieszczenia. Uczestnicy mają godzinę na rozwiązanie wymyślonych przez organizatorów zabawy zagadek, gdyż tylko w taki sposób wyjdą zwycięsko z tej umysłowej rozgrywki. Do gry wchodzą Christen, Tyler, siostra tego drugiego i jej chłopak oraz zaznajomiona z nimi para. Początkowo wszystko zdaje się przebiegać tak jak powinno. Uczestnicy rozwiązują zagadki w zadaszonym obiekcie, którego położenia nie są w stanie zidentyfikować. Ale już wkrótce okazuje się, że nie biorą udziału w niewinnej zabawie tylko w grze, w której stawką jest ich własne życie.

Amerykański horror „Escape Room” to dzieło bardziej doświadczonego w roli producenta niźli reżysera Willa Wernicka, na podstawie scenariusza również dopiero wprawiającego się w tym zawodzie Noaha Dorseya. Fabułę panowie obmyślili wspólnie, ale tylko ten drugi przelał ją na papier, w sposób, który delikatnie mówiąc nie chwycił za serca milionów widzów z całego świata. „Escape Room” trafił na ekrany kin w kilkunastu krajach (a przynajmniej o tylu wiem), z Polską włącznie, zbierając zdecydowanie więcej negatywnych niż pozytywnych opinii. W 2017 roku pojawił się jeszcze jeden horror pod tytułem „Escape Room”, niszowy obraz Petera Dukesa niezwiązany z projektem Willa Wernicka.

„Escape Room” Willa Wernicka wielu jego widzom silnie skojarzył się z serią „Pił”, a ja nie jestem tutaj żadnym wyjątkiem. Choć nie znalazłam żadnych informacji na ten temat, za wyjątkiem przypuszczeń recenzentów, to wcale bym się nie zdziwiła, gdyby się okazało, że pomysłodawcy tej historii świadomie czerpali ze wspomnianego cyklu filmów spod znaku torture porn. Z drugiej jednak strony nie należy zapominać, że przede wszystkim inspirowali się stosunkowo nową (abstrahując od gier komputerowych), od niedawna bardzo popularną rozrywką polegającą na zamykaniu ochotników w pomieszczeniach pełnych zagadek, które należy rozwiązać, aby wydostać się z pułapki. To jedna z tych zabaw, które wydają się być w miarę wdzięcznym materiałem dla twórców kina grozy. Problem tyko w tym, że (między innymi) filmy spod znaku „Piła”, choć nie zostały pomyślane jako opowieści o właśnie tej grze, bardzo ją przypominają. A przez to „Escape Room” może kojarzyć się z tym znanym cyklem. Równie dobrze jednak pomysłodawcy tej produkcji mogli jednocześnie z pełną świadomością czerpać z tamtego kilkuczęściowego przedsięwzięcia. Uczynienie tematem horroru tej konkretnej gry wymuszało na twórcach podpięcie się pod nierzadko wykorzystywany w kinie grozy motyw zamknięcia protagonistów w jakimś obiekcie, w którym to będą zmuszeni walczyć o życie. Zagorzeli miłośnicy tego motywu pewnie więc wprost nie mogli doczekać się swojego spotkania z tym obrazem, choć podejrzewam, że entuzjazm przynajmniej niektórych z nich trochę przytłumiły wściekle krytyczne recenzje wielu z tych osób, które miały okazję przed nimi obejrzeć ten film. W sumie to wcale nie dziwią mnie tak skrajnie negatywne reakcje na „Escape Room” Willa Wernicka. To, co zobaczyłam rzeczywiście dobre nie było, właściwie to nawet nie dobiło do średniej (w moich oczach), ale szczęśliwie byłam akurat w takim nastroju, że chyba przetrzymałabym nawet największy chłam w historii kina. Włączyła mi się częściowa (bez przesady) tolerancja na horror niższych lotów, na głupiutką rąbankę, na której absolutnie nie wolno myśleć, bo ilekroć ruszy się głową nie można oprzeć się wrażeniu, że twórcy „Escape Roomu” mają (mieli) bardzo niskie mniemanie o inteligencji widza. Na pierwszym planie umieścili ponoć niezwykle inteligentnego trzydziestolatka (piszę ponoć, bo z czasem przestałam w to wierzyć), Tylera, w którego wcielił się Evan Williams i była to doprawdy komiczna kreacja. Jego przesadzona mimika niezmiennie wywoływała lekceważący uśmiech na mojej twarzy, a czasami kazała mi wręcz zastanowić się nad tym, czy aby zamiarem Willa Wernicka nie było stworzenie parodii horroru, czy nie powinnam przygotować się na wyśmiewanie jakichś konkretnych produkcji w dalszych partiach filmu. Elisabeth Hower wcielająca się w rolę Christen, dziewczyny Tylera, przykuła moją uwagę dopiero po wręczeniu solenizantowi wejściówek do Escape Roomu. Przyglądam się jej i widzę kobietę, która coś knuje, która właśnie zaczyna wprowadzać w życie jakiś niecny plan. A zaraz potem zaczynam się zastanawiać, czy twórcy tego filmu rzeczywiście porwaliby się na taki sabotaż? Bo jaki sens miałoby naprowadzenie widza na przygotowany zwrot akcji, tak wczesne sygnalizowanie rewelacji, którą wedle wszelkiego prawdopodobieństwa wyartykułują w końcówce „Escape Roomu”? Wystarczy przyjrzeć się twarzy Hower, jej tajemniczemu uśmieszkowi i przebiegłym błyskom w oku (a że subtelność nie jest domeną tej kreacji to bardzo łatwo to zauważyć), żeby podejrzewać ją o najgorsze. I wystarczy obejrzeć zaledwie kawałek tego filmu, żeby nabrać pewności, że scenarzysta, reżyser i sama Hower popełnili tutaj ogromny błąd, taki który pozbawi odbiorcę elementu zaskoczenia. UWAGA SPOILER Zakończenie przebiegło jednak inaczej niż to sobie wyobrażałam. Co nie znaczy, że lepiej, bo o wiele bardziej wolałabym przewidywalne zrobienie z Christen oprawcy od tego... no nie wiem czego. Bo chyba nie miała to być jakaś wielka bomba, coś wprost wgniatającego widza w fotel. Nie taki standard przecież... KONIEC SPOILERA.

O postaciach zaludniających scenariusz „Escape Roomu” nie wiemy wiele. We wszelkiej maści horrorowych rąbankach skąpienie informacji na temat bohaterów jest dosyć powszechne, ale dla mnie nie zawsze jest to przeszkoda nie do pokonania. W sumie to nawet często udaje mi się sympatyzować z pobieżnie nakreślonymi protagonistami tego typu obrazów, ale tutaj miałam doprawdy spory problem. Postać Christen, owszem, z lekka mnie zaintrygowała. Niedostatki warsztatowe Elisabeth Hower oczywiście raziły mnie, ale miałam powody by przypuszczać, że jest to ten typ filmowej sylwetki, który w większości znanych mi przypadków silnie mnie elektryzował, który w moich oczach znacznie wzbogacał daną historię. Kobiece czarne charaktery w filmie i literaturze są przeze mnie jak najbardziej pożądane, wyobraźcie więc sobie moje rozczarowanie, gdy odkryłam, że nie będzie ona wraz z pozostałymi rozwiązywać zagadek przygotowanych przez tajemniczego organizatora tej śmiercionośnej rozgrywki. Nie będzie, bo Christen rozebrano i zamknięto w niewielkiej klatce. Jej irytujący przyjaciele zobaczą to na monitorach i początkowo odczytają jako część zabawy, dojdą do wniosku, że celem tej atrakcji jest odnalezienie i uwolnienie porwanej koleżanki. Ale to oni. My tymczasem będziemy czekać, aż wreszcie dotrze do nich, że mają błędne wyobrażenie o intencjach organizatorów, aż uświadomią sobie, że stawką jest ich własne życie, a nie wygrana w jakiejś tam grze umysłowej. Najmniej domyślny, jeśli o to chodzi, jest człowiek, który to w swoim otoczeniu uchodzi za geniusza, a najbardziej podejrzliwy okazuje się być mężczyzna siedzący pod pantoflem swojej partnerki, która wprost marzy o romansie z tym ponoć niezwykle bystrym, z Tylerem, który to właśnie obchodzi swoje trzydzieste urodziny. O siostrze Tylera i jej chłopaku można natomiast powiedzieć tylko tyle, że ich ulubionym zajęciem jest obściskiwanie się, że świata poza sobą nie widzą i w sumie jest im kompletnie obojętne czy wygrają tę grę, czy nie. Pokoje, w których bohaterowie filmu dają się zamknąć mogłyby być bardziej mroczne, ale jak na standardy mainstreamowego horroru moim zdaniem tragicznie nie jest. Ciemności gęste nie są, a i poczucia klaustrofobii, na czym szczególnie mi zależało, absolutnie nie miałam, ale przynajmniej obyło się bez jaskrawych kolorów, bez tak często eksponowanego na wielkich ekranach plastiku. Z budowaniem napięcia twórcy mieli spory problem – wiele momentów, aż prosiło się o spowolnienie, o nieśpieszne najazdy i oddalenia kamer poprzedzające spodziewane uderzenia. A pułapki do najbardziej kreatywnych na pewno nie należały. Nie przeszkadzała mi tak mała liczba drastycznych szczegółów, tak tchórzliwe (może za wyjątkiem sceny z kwasem, chociaż tutaj też mamy serię szybkich migawek zamiast pornograficznych zbliżeń) podejście do płaszczyzny gore, ale brak pomysłu na ciekawe, charakterystyczne pułapki już tak. Po prostu seria „Pił” przyzwyczaiła mnie do większej kreatywności twórców w tej materii. Liczne głupotki, z niezwykłą wręcz przewidywalnością oprawcy (czyżby jasnowidz?) i kompletnie dla mnie niezrozumiałą sekwencją UWAGA SPOILER z otwieraniem drzwi rzekomo prowadzących na zewnątrz (dlaczego nie wykorzystano sznurka, którym to wcześniej była związana jedna para?) KONIEC SPOILERA na czele. Ale jak już wspomniałam „Escape Room” nie jest filmem, na którym powinno się myśleć, po który powinny sięgać osoby, dla których logika ma duże znaczenie. Bo dla jego twórców większego (albo wręcz żadnego) z całą pewnością nie miała.

Willowi Wernickowi świetlanej przyszłości w kinematografii grozy nie wróżę, ale kto wie, może „Escape Room” to tylko jednorazowa wpadka przy pracy? Może tym oto wątpliwej jakości dziełkiem wprawiał się przed jakimś arcydziełem horroru, zbierał doświadczenie, które okaże się niezwykle pomocne w przyszłości... Cóż, wątpię w to, ale mówią, że cuda się zdarzają. Jak na tę chwilę żadnego potencjału w tym reżyserze nie dostrzegam. Owszem, bez większego trudu wytrzymałam do napisów końcowych „Escape Roomu”, ale żebym gratulowała sobie wyboru tego filmu to nie, tak na pewno nie jest. Mogłam spędzić ten czas na dziesiątki lepszych sposobów. Ale też na wiele gorszych, więc summa summarum tak kompletnie stracone niespełna półtorej godziny to chyba nie było...

czwartek, 17 maja 2018

Christi Daugherty „Echo morderstwa”

Savannah w stanie Georgia. Harper McClain, reporterka kryminalna z „Daily News”, przed piętnastoma laty straciła matkę. Kobieta została zamordowana, a tożsamości sprawcy nigdy nie odkryto. Ciało ofiary znalazła jej dwunastoletnia wówczas córka. Ta niepowetowana krzywda zbliżyła Harper do miejscowych policjantów, co okazało się bardzo przydatne, gdy zaczęła pisać do gazety. Jej kontakty w połączeniu z naturalnym talentem sprawiły, że w niedługim czasie stała się jednym z najcenniejszych nabytków „Daily News”. Wkrótce w Savannah zostają odnalezione zwłoki kobiety, Marie Whitney. Zbrodnia ta do złudzenia przypomina Harper morderstwo jej matki, ale śledczy są zdania, że tych spraw nic nie łączy. Im bardziej jednak reporterka się w to zagłębia, tym więcej związków dostrzega. Ma powody by sądzić, że policja coś ukrywa przed opinią publiczną. Coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że zabójcą Whitney jest ta sama osoba, która przed piętnastoma laty odebrała jej matkę. Harper doskonale wie, że wiele ryzykuje zajmując się tą sprawą, ale nie zamierza odpuścić zanim nie odkryje prawdy.

Christi Daugherty, była dziennikarka, której międzynarodową sławę przyniósł cykl powieści młodzieżowych „Wybrani” („Nocna Szkoła”), napisany jako C.J. Daugherty, w końcu postanowiła sprawdzić się w literaturze ukierunkowanej na starszych odbiorców. „Echo morderstwa” to thriller/kryminał otwierający zaplanowaną serię z reporterką Harper McClain, bohaterką przy tworzeniu której Daugherty mogła czerpać ze swojej własnej przeszłości, z okresu, w którym pisała dla różnych amerykańskich gazet. „Echo morderstwa” zostało bardzo dobrze przyjęte przez czytelników (choć trochę głosów zawodu też się pojawiło). Tak przez fanów wcześniejszego pisarstwa Christi Daugherty, jak i osoby, dla których niniejsza powieść była pierwszym spotkaniem z jej twórczością. Publikację kontynuacji „Echa morderstwa” (w Stanach Zjednoczonych) wstępnie zaplanowano na rok 2019.

Charyzmatyczna czołowa postać to moim zdaniem połowa sukcesu literackiego kryminału. Wyrazisty bohater (lub bohaterka), z którym łatwo się utożsamić, po którym można spodziewać się nieszablonowych zachowań, ktoś, jak to się mówi, z charakterem. Człowiek nieprzejednany, potrafiący postawić na swoim, niebojący się iść po prąd, gotowy nawet poświęcić wszystko w celu doprowadzenia jakieś sprawy do końca. Dwudziestosiedmioletnia reporterka kryminalna Harper McClain jest właśnie takim typem postaci – twardą kobietą, która w dzieciństwie przeżyła ogromną traumę, a teraz zamierza zrobić wszystko, co w jej mocy, aby wreszcie poznać prawdę. Główna bohaterka „Echa morderstwa” ewidentnie zafiksowała się na punkcie morderstwa Marie Whitney, kobiety, której zakrwawione nagie ciało pewnego dnia znalazła jej dwunastoletnia córka w ich własnej kuchni. Ale wziąwszy pod uwagę podobieństwa pomiędzy tą sprawą, a zabójstwem matki Harper sprzed piętnastu laty, trudno dziwić się tej obsesji młodej kobiety. Właściwie to nie mam żadnych wątpliwości, że każdy odbiorca „Echa morderstwa” od początku będzie stał po jej stronie, że ani na chwilę nie zwątpi w jej poczytalność, w sens jej coraz to bardziej ryzykownych poczynań. Czym uplasuje się w zdecydowanej mniejszości. Bo prawie całe otoczenie Harper będzie zdania, że kobieta stanowczo przesadza, że powinna zostawić tę sprawę policji i na powrót skoncentrować się na swoich zwykłych obowiązkach. Ale jak może to zrobić w sytuacji, w której istnieje szansa na poznanie tożsamości mordercy jej matki, na zamknięcie sprawy, która dręczy ją od kilkunastu lat, na ukaranie człowieka, który tak bardzo ją skrzywdził? Ktoś bardziej bojaźliwy i ugodowy na jej miejscu prawdopodobnie szybko by się wycofał. Zostawił tę sprawę jej własnemu begowi, nawet w obliczu widma konieczności pogodzenia się z nierozwiązaniem jej przez śledczych. Ale Harper daleko do kogoś takiego – życie nauczyło ją żeby nigdy się nie poddawać, uparcie dążyć do obranego celu, choćby nawet kosztem wszystkiego, na czym dotychczas jej zależało. Kariera? Przyjaźnie? Kontakty w policji? Miłość? Czymże jest to wszystko w zestawieniu z szansą poznania tożsamości człowieka, który odebrał jej ukochaną matkę? Harper stara się oczywiście rozgrywać to tak, aby maksymalnie zminimalizować straty, nie dopuścić do poważnych uszczerbków w jej życiu, ale mimo tego im dalej brnie w tę sprawę tym więcej traci. Perspektywa ruiny jej życia prywatnego i zawodowego zdaje się być nieunikniona, a i Harper ma coraz mniej wątpliwości, że tak właśnie się stanie. Nie jest jej to kompletnie obojętne, często ogarnia ją strach na myśl o tak poważnych konsekwencjach jej czynów, ale nie pozwala, aby to ją zatrzymało. „Echo morderstwa” czytało mi się tak dobrze głównie z powodu uwierającej wręcz ciekawości tego, do czego jeszcze posunie się Harper i jak to się odbije na jej życiu. Ciągle zastanawiałam się, czy istnieje jakaś granica jej wytrzymałości, linia, której nie będzie w stanie przekroczyć, punkt, który zmusi się ją do wycofana się, a co za tym idzie zachowania wszystkiego, na co dotychczas tak ciężko pracowała. I im dalej zagłębiałam się w tę opowieść, tym większy podziw miałam dla tej młodej kobiety. Coraz bardziej mi imponowała, aż w końcu dotarło do mnie, że złączyła nas nierozerwalna więź – tak silna, że nawet jeśli intryga kryminalna, którą Christi Daugherty z taką pieczołowitością roztaczała przed moimi oczami w finale niczym mnie nie zaskoczy to i tak bez zastanowienia sięgnę po drugą odsłonę „Echa morderstwa” jeśli tylko pojawi się ona w Polsce.

Przewodni wątek omawianej powieści, morderstwo Marie Whitney, które łudząco przypomina zabójstwo matki głównej bohaterki książki sprzed piętnastu laty, do najbardziej skomplikowanych nie należy. Fani kryminałów i thrillerów wielokrotnie musieli się już spotykać z dużo bardziej zawiłymi zagadkami, z takimi wymyślonymi przez pisarzy dochodzeniami, w których nieporównanie łatwiej zatracić rozeznanie „gdzie jest góra, a gdzie dół”. Takimi, które na pewnym etapie zmusiły ich do kapitulacji, do zaniechania starań poszukiwania winnego na własną rękę i tym samym oddania zwycięstwa przebiegłemu autorowi. W historii Christi Daugherty, w dziennikarskim śledztwie roztoczonym na kartach „Echa morderstwa” poddawać się nie musiałam, a bo niemalże od początku rozwiązanie w moich oczach było aż nadto klarowne. Główna bohaterka miała swojego głównego podejrzanego, a ja swojego – jednego, jedynego, od którego to ani na moment nie odstąpiłam. Kto miał rację? Ja, Harper McClain, czy może sprawcą okazał się ktoś zupełnie inny? Ktoś, kogo wcześniej nijak nie dało się połączyć z tą sprawą? UWAGA SPOILER Ku mojemu rozczarowaniu jednak nie. Daugherty winnym zabójstwa Marie Whitney zrobiła tę osobę, którą cały czas typowałam, ale przynajmniej nie sparowała jej ze sprawą zabójstwa matki Harper, bo z tych dwóch ewentualności (połączenie istnieje bądź nie) bardziej skłaniałam się w stronę tego, że osoba, która odebrała życie bezwzględnej manipulantce i szantażystce ma również na sumieniu tę drugą okropną zbrodnię, tę sprzed kilkunastu lat KONIEC SPOILERA. Choć wolę obcować z bardziej zagmatwanymi kryminalnymi zagadkami, śledzić dużo bardziej skomplikowane dochodzenia budowane na kartach powieści to Christi Daugherty udało się zaangażować mnie w tę opowieść. Przekonać do takiego mniej wymagającego śledztwa – takiego, który absolutnie nie wymuszał na mnie nieustającej czujności, który nie wymagał pamiętania o każdym najdrobniejszym szczególiku, każdej poszlace w przekonaniu, że z czasem przynajmniej jedna z nich odegra kluczową rolę w śledztwie Harper McClain. To moje pozytywne nastawienie do przewodniego wątku „Echa morderstwa” wynikało przede wszystkim z tak chwytliwej kreacji głównej bohaterki, ale nie bez znaczenia był oddźwięk tego jej dochodzenia na jej własne, prywatne i zawodowe, życie. Ze wszystkich motywów poruszonych w tej książce to właśnie te konsekwencje ponoszone przez nieustępliwą reporterkę, następstwa jej coraz to bardziej ryzykownych czynów, najbardziej mnie interesowały. A że były one ściele powiązane ze sprawą morderstwa, w którą tak bardzo się zaangażowała to naturalną koleją rzeczy dałam się również wciągnąć w ten czołowy wątek, w samo śledztwo śladami niezwykle ostrożnego sprawcy. Najbardziej zaskoczyła mnie jednak moja reakcja na styl Christi Daugherty, bo tak prościutkie słownictwo często odbiera mi sporo przyjemności z czytania, znacznie obniża w moich oczach poziom nawet najlepiej skonstruowanych intryg. I na początku rzeczywiście trwałam w przekonaniu, że warsztat Daugherty ujemnie wpłynie na mój odbiór tej powieści, z czasem jednak uświadomiłam sobie, że już w ogóle mi nie przeszkadza. Nawet nie wiem kiedy te krótkie, nieskomplikowane zdania, te niezbyt wyczerpujące opisy zaczęły pobudzać moją wyobraźnię i to aż w takim stopniu, że miałam wrażenie jakbym fizycznie przeniosła się do świata przedstawionego Christi Daugherty, zamiast pozostawać zaledwie bezstronnym, niemym, biernym obserwatorem coraz to bardziej trzymających w napięciu wydarzeń, w centrum których tkwiła jakże charyzmatyczne młoda kobieta.

„Echo morderstwa” nie jest najlepszym thrillerem/kryminałem z jakim miałam przyjemność spotkać się w ostatnich paru latach. Na rynku literackim bez większego wysiłku można znaleźć sporo dużo bardziej wartościowych pozycji z tych dwóch gatunków (dwóch, bo Christi Daugherty porusza się tutaj w ramach obu), bo w tych rodzajach powieści poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko. Ale nieczęsto można znaleźć tak wyróżniające się postacie, takie ciekawe osobowości, jaką to Christi Daugherty obdarzyła główną bohaterkę „Echa morderstwa”. Bohaterkę, do której prawdopodobnie już wkrótce wróci, bo jej plany zakładają zrobienie z tego literackiej serii. I mam szczerą nadzieję, że szybko wprowadzi ten swój zamiar w życie, bo już nie mogę się doczekać kolejnych spotkań z Harper McClain. Nic to, że istnieją lepsze kryminały i thrillery – ja i tak chcę to czytać, poznać więcej trzymających w napięciu przygód reporterki kryminalnej, którą zdążyłam tak bardzo polubić. I nie mam żadnych wątpliwości, że wielu innych czytelników nawiąże z nią równie silną więź, tak trwałą, że po przeczytaniu ostatniej stronicy „Echa morderstwa” będą ubolewać nad rozstaniem z nią. Ale miejmy nadzieję, że tylko chwilowym.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 15 maja 2018

„Mama i tata” (2017)

Brent i Kendall Ryanowie mieszkają w spokojnej okolicy wraz z dwójką swoich dzieci, nastoletnią Carly i młodszym Joshem. Dziewczyna od jakiegoś czasu spotyka się z Damonem Hallem, chłopakiem nieakceptowanym przez jej ojca i często wdaje się w kłótnie z członkami swojej najbliższej rodziny. Brent i Kendall starają się jak najlepiej wywiązywać ze swoich rodzicielskich obowiązków, ale są chwile, gdy marzą o powrocie do młodzieńczych lal, gdy mają serdecznie dość dorosłego, odpowiedzialnego życia. Wkrótce w Stanach Zjednoczonych wybucha zagadkowa epidemia, której ofiarami stają się także Ryanowie. Rodzice zaczynają polować na własne dzieci, nie potrafią zagłuszyć w sobie niezrozumiałego pragnienia zabicia swoich pociech, są gotowi zrobić absolutnie wszystko, aby zaspokoić ten morderczy apetyt.

Współreżyser między innymi dwóch części „Adrenaliny” i współscenarzysta między innymi „Patologii” (2008), Amerykanin Brian Taylor, tym razem sam zasiadł na krześle reżyserskim. Powstały w oparciu o jego własny scenariusz horror komediowy „Mama i tata” po raz pierwszy został wyświetlony na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto we wrześniu 2017 roku, a do szerszego obiegu trafił w roku 2018. Od krytyków otrzymał głównie pozytywne recenzje, ale niezbyt wielu zwykłych odbiorców podzieliło ich odczucia. Role tytułowe przypadły w udziale Selmie Blair i Nicolasowi Cage'owi – ten ostatni przyznał, że „Mama i tata” to jego ulubiony film spośród tych, w których wystąpił w ostatnich dziesięciu latach.

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że Brian Taylor w „Mamie i tacie” powiela znany motyw zarazy pustoszejącej na oczach widza jakiś obszar świata. W tym przypadku Stanów Zjednoczonych, przy czym twórcy najsilniej koncentrują się na jednym z miast tego kraju, a jeszcze silniej na jednej familii w nim mieszkającej, poprzez przekazy medialne dając jednak jasno do zrozumienia, że pozostałą część państwa dotknął ten sam problem. Ale w przeciwieństwie do niezliczonych horrorów o różnego rodzaju chorobach, z zombizmem włącznie, pandemiach prostą drogą prowadzących do apokalipsy, w „Mamie i tacie” nie zobaczymy hordy bezrozumnych stworzeń atakujących każdego napotkanego zdrowego osobnika, ani nawet nie dostaniemy nic, co wskazywałoby na to, że ta przypadłość jest zaraźliwa. U Briana Taylora morderczy szał ogarnia kolejno w błyskawicznym tempie tylko osoby posiadające dzieci. Polują one tylko na swoich synów i córki – nieprowokowani nie wykazują żadnej chęci zgładzenia innych czy to dorosłych niezarażonych osobników, czy małoletnich członków gatunku ludzkiego. Niektórzy mogą pamiętać (na przykład) horror „Dzieci” Toma Shanklanda, w którym to mieliśmy do czynienia z odwrotną sytuacją. Zaraza dotknęła tam właśnie najmłodszych, aczkolwiek nie ograniczali się oni do polowania wyłącznie na swoich rodziców. Zebrawszy więc do kupy wszystkie te apokaliptyczne rąbanki o różnego rodzaju chorobach i zestawiając je z koncepcją Briana Taylora ciężko mówić tutaj o maksymalnej konwencjonalności. Trzeba oddać scenarzyście pewną pomysłowość – może i niezbyt dużą, ale myślę, że przyklejanie mu łatki bezrefleksyjnego kopisty w kontekście tej produkcji byłoby zwyczajnie niesprawiedliwe. Muszę przyznać, że zaintrygowało mnie takie podejście do motywu epidemii w horrorze – miało w sobie coś odżywczego, tchnęło trochę życia w ten skostniały nurt, którego to wielką fanką nigdy nie byłam. Bardzo możliwe jednak, że nie patrzyłabym na to tak przychylnych okiem, gdyby nie zabawowa forma, jaką nadano tej produkcji. Gdyby filmowcy podeszli do tego ze śmiertelną powagą, uderzali w wyłącznie pesymistyczne nuty. Komediowa otoczka, zabawne dialogi i sytuacje, dobrze wkomponowały się w elementy przystające do horroru, a to nie jest częste zjawisko. Te dwa gatunki ciekawie się zazębiały – miało to swój urok, na tyle silny, żebym szybko pozbyła się rezerwy. Bo do horrorów komediowych prawie zawsze podchodzę bardzo ostrożnie, bowiem w większości tego typu przypadków spotykam się z denerwującym spychaniem horroru poza nawias. Na ogół komedia jest w tym układzie gatunkiem dominującym, a jakby tego było mało często humor jest nie tyle śmieszny, ile po prostu żałosny. W „Mamie i tacie”, ku mojemu niemałemu zdziwieniu, nie spotkałam się z tym mankamentem – właściwie to łapałam się na zatracaniu rozeznania gdzie przebiega granica: gdzie kończy się horror i zaczyna komedia. Tak jakby te dwa tak różne przecież gatunki zbiegały się tutaj w jakichś magicznych punktach, jakby Brian Taylor znalazł wspólną niszę, stworzył obszar w którym te dwa rodzaje kina egzystują ze sobą w rozbrajającej harmonii, wzajemnie się dopełniają ostatecznie tworząc nierozerwalną jedność. Taylor oczywiście nie jest pierwszym (i pewnie nie ostatnim) twórcą, który znalazł sposób na atrakcyjne dla mojego oka połączenie horroru i komedii, ale wziąwszy pod uwagę fakt, że nieczęsto zdarza mi się tak dobrze bawić na tego rodzaju produkcjach, nie pozostaje mi nic innego, jak pochylić głowę na znak szacunku dla tego konkretnego dokonania Briana Taylora i jego ekipy.

Wbrew pozorom „Mama i tata” nie jest filmem nieprzekazującym żadnych ważniejszych treści. Historią, którą sprowadzono do prześmiewczej rąbanki, na której można spokojnie wyłączyć myślenie. Nie chcę przez to powiedzieć, że scenariusz jest jakoś szczególnie skomplikowany, ani nawet, że obfituje on w niezwykle błyskotliwe, głębokie spostrzeżenia, które zwrócą uwagę dorosłych osobników na jakiś dotychczas niedostrzegany przez nich problem. Brian Taylor rozpościera przed naszymi oczami obraz małżeństwa, które bardzo stara się stworzyć szczęśliwą, kochającą się rodzinę, zapewnić swoim pociechom dostatnie życie w bezstresowym otoczeniu, ale los wciąż rzuca im pod nogi jakieś przeszkody. Czy to w postaci nowego chłopaka ich nastoletniej córki, młodzieńca, którego jej ojciec zwyczajnie nie potrafi zaakceptować, czy w formie dopadającego ich co jakiś czas zwątpienia i poczucia nieodwracalnej straty. Zwłaszcza „głowa rodziny”, Brent Ryan, musi zmagać się z nawracającą tęsknotą za dawnymi czasami, w których to nie był obarczony obowiązkiem opieki na swoimi najbliższymi. Nie musiał harować jak wół, by móc utrzymać czteroosobową rodzinę (i wypłacać pensję ich gosposi) oraz zrzekać się drobnych przyjemności na rzecz spędzania czasu ze swoimi pociechami i małżonką. Przypomina to kryzys wieku średniego – wydaje mi się, choć mogę się mylić, że scenarzysta i zarazem reżyser „Mamy i taty” chciał pokazać coś w ten deseń, ale pociągając to do ekstremum, oddając to w wersji hard, w formie nie przemyślanego, w pełni świadomego wyboru rodziców tylko zagadkowej choroby polegającej na zamienieniu naturalnego instynktu chronienia swoich potomków w instynkt niszczenia ich. Ludzie dotknięci tą destrukcyjną przypadłością nie zamieniają się w bezrozumne, bełkoczące, odrażające wizualnie bestie. W niczym nie przypominają żywych trupów, najczęstszych antybohaterów tego typu konwencji. Wyglądają jak ludzie, potrafią mówić, acz nie zawsze z sensem (za przykład niech posłuży moment, w którym Kendall strofuje męża za trzymanie broni w domu, ponieważ jak mówi stwarza to niebezpieczeństwo dla dzieci, a słowa te padają wówczas gdy jej umysł zaprząta szukanie sposobu na pozbawienie ich życia), wiedzą kim są, zachowali wszystkie wspomnienia i prawie wszystkie typowo ludzkie potrzeby. Poza potrzebą chronienia swoich dzieci, bo ta została wyparta przez nieodparte pragnienie zabicia ich. Bardzo brakowało mi tutaj lekkich, nieprzesadnych ukłonów w stronę warstwy gore, kilku odstręczających obrazków, oblania tego większą ilością substancji imitującej posokę, bo aż tak wydelikacone podejście do tej płaszczyzny w przypadku horroru (nawet komediowego) traktującego o morderczym szale jakie ogarnia rodziców, akurat przeze mnie nie jest pożądane. Od tego rodzaju kina wymagam chociaż kilku mocniejszych, bardziej śmiałych obrazków, tym bardziej gdy klimat do najmroczniejszych nie należy. Ciemności, gdy już się pojawiały nie zagęszczały się w takim stopniu, żebym miała poczucie zgniatania mojej klatki piersiowej, groza nie emanowała z tego w takim stopniu, żeby mnie chociaż leciutko oszołomić, niemniej fabułę poprowadzono tak, że na niedobór napięcia utyskiwać nie mogłam. W czym miała też swój udział ścieżka dźwiękowa (wpadające w ucho utwory muzyczne) oraz zgrabny, miejscami nieco dziwaczny, acz w pozytywnym tego słowa znaczeniu, montaż. Warto jeszcze zaznaczyć, że niewielka rola przypadła tutaj w udziale Lance'owi Henriksenowi i że w dużych fragmentach filmu na pierwszy plan wysuwa się córka tytułowych postaci, Carly, w którą w bardzo dobrym stylu wcieliła się Anne Winters. Jej filmowy młodszy brat, kreowany przez Zackary'ego Arthura też spisał się niezgorzej – właściwie to odtwórcy młodszych członków rodziny Ryanów bardziej mnie usatysfakcjonowali od Selmy Blair (za którą to nigdy nie przepadałam) i Nicolasa Cage'a, który z niewiadomego mi powodu tak jakby wtapiał się w tło, to znaczy nie zwracał na siebie większej uwagi. Naprawdę nie wiem dlaczego tak go odbierałam, bo chociażby już ta zróżnicowana mimika powinna robić z niego najbardziej charakterystyczną sylwetkę „Mamy i taty”. A w moich oczach niezmiennie ustępował pola innym postaciom, nawet chłopakowi Carly, którego to później sprowadzono do roli UWAGA SPOILER deus ex machina. Pojawiał się w różnych krytycznych momentach, przychodził z odsieczą zagrożonemu rodzeństwu, po czym rychło tracił przytomność na skutek kontrataku przeciwnika. W każdym takim przypadku wydawało się, że umarł, do czasu aż znowu niczym Jason Voorhees „powstawał z martwych” KONIEC SPOILERA. Zakończenie pewnie sporo osób wyprowadzi z równowagi, ale ja do tej grupy się nie dopiszę, bo wprost przepadam za takimi złośliwościami, za takim graniem na nosie odbiorcom czy to filmowego, czy literackiego dziełka. 
 
Rozrywka przednia. Tak mogę w skrócie podsumować „Mamę i tatę” Briana Taylora. Nie obyło się oczywiście bez kilku zgrzytów, elementów, które nie przypadły mi do gustu, ale i tak nie wpłynęły one drastycznie na mój ogólny odbiór tego projektu. Cieszę się, że to obejrzałam, choć nie jestem pewna, czy moja reakcja nie byłaby zgoła inna, gdybym nie wstrzeliła się z seansem tego obrazu w odpowiedni moment. Akurat potrzebowałam takiej lżejszej, acz niebezrozumnej produkcji, czegoś, co z taką samą skutecznością by mnie rozśmieszało, co trzymało w napięciu. I tak się szczęśliwie złożyło, że właśnie coś takiego dostałam. Albo inaczej – że bez żadnego wysiłku udało mi się tak odbierać tę opowieść Briana Taylora w tym konkretnym momencie. Bo nie dam sobie głowy uciąć za to, że gdybym była wtedy w innym nastroju nie popatrywałabym na to dużo chłodniejszym okiem. Dlatego radzę każdemu bardzo starannie wybrać moment sięgnięcia po tę produkcję.

niedziela, 13 maja 2018

H.G. Wells „Wojna światów”

Na wrzosowisku pod angielską wsią Horsell ląduje tajemniczy obiekt pochodzący z Marsa. Wieść szybko roznosi się wśród mieszkańców tych okolic. Zaintrygowani ludzie tłumnie odwiedzają miejsce lądowania dziwacznej maszyny latającej, która po jakimś czasie otwiera się. Jednym ze świadków tego wydarzenia jest pewien pisarz i filozof. Mężczyzna widzi szkaradnych przybyszów z innych planet, którzy przypuszczają atak na ciekawskich Anglików. Udaje mu się wyjść cało z tej rzezi, ale to dopiero początek wojny. Na Ziemi wyląduje więcej obiektów z Marsjanami pragnącymi podbić naszą planetę. I bez dłuższej zwłoki przystępującymi do realizacji swoich planów. Wywodzący się z klasy średniej pisarz i filozof będzie musiał znaleźć w sobie siłę niezbędną do przetrwania tych ciężkich czasów. Tylko czy świat, jaki zobaczy po zakończeniu wojny będzie jeszcze przypominał znaną mu rzeczywistość? Czy człowiek utrzyma swoją władzę na Ziemi, czy co wydaje się bardziej prawdopodobne, będzie musiał odstąpić ją najeźdźcom z Marsa?

„Wojna światów”, po raz pierwszy wydana w 1898 roku powieść angielskiego pisarza Herberta George'a Wellsa nazywanego „ojcem science fiction”, to żelazny klasyk, jeden z najważniejszych przedstawicieli literackiej fantastyki naukowej. Legendarne dzieło wielokrotnie przenoszone na ekran – między innymi przez Byrona Haskina w 1953 roku i Stevena Spielberga w roku 2005. Poddawane licznym analizom, interpretowane na przeróżne sposoby, zasłużenie wychwalane przez badaczy literatury i niezliczonych zwykłych czytelników z miłośnikami science fiction na czele. Dzieło, które przetrwało próbę czasu, prawie wcale nie straciło na aktualności, wciąż stanowiące jedną z obowiązkowych lektur fanów gatunku. Jednym z godnych odnotowana wydarzeń związanych z „Wojną światów” było zainspirowane tą powieścią słuchowisko radiowe Orsona Wellesa z 1938 roku, które jak plotka niesie wywołało niemałą panikę wśród jego odbiorców. Byli tacy co to uwierzyli w inwazję Marsjan, ludzie przekonani, że spiker relacjonuje prawdziwe wydarzenia. Skala rzeczonej paniki była kwestionowana, ponieważ ówczesnych słuchaczy Orsona Wellesa i reszty tego zespołu nie było znowu tak wielu, żeby mówić o masowej histerii i jak się okazało część odbiorców tego słuchowiska radiowego była przekonana, że mowa w nim o właśnie odbywającym się zbrojnym ataku Niemców bądź jakiejś katastrofie naturalnej, a nie inwazji Obcych, o której to istotnie relacja owa traktowała.

Przyznaję bez bicia, że jedyną „Wojną światów” jaką jeszcze do niedawana znałam była filmowa adaptacja w reżyserii Stevena Spielberga. Wysokobudżetowa produkcja z Tomem Cruisem w roli głównej, którą oglądałam z praktycznie całkowitą obojętnością. Lektura literackiego pierwowzoru uświadomiła mi, że scenarzyści rzeczonego filmu bardzo swobodnie podeszli do fabuły dzieła H.G. Wellsa - sporo pozmieniano, ale motyw przewodni pozostał ten sam. Odwieczny lęk ludzkości przed najeźdźcami z innych planet, przekonanie, że nie jesteśmy sami we wszechświecie, z którego z kolei rodzi się podejrzenie, że wcześniej czy później staniemy się celem bezwzględnych Obcych. Według niektórych to tylko kwestia czasu – już, już wkrótce zostaniemy zmuszeni do oddania władzy nad Ziemią (bo tak ludzkość zwykła odbierać pozycję człowieka na tej planecie) przybyszom z jakiejś innej planety. Literatura i kinematografia najczęściej w roli tego rodzaju potencjalnych agresorów stawia Marsjan i H.G. Wells nie był tutaj wyjątkiem. Ten niezwykle zasłużony angielski pisarz w jednym ze swoich najsłynniejszych dzieł (obok „Wyspy doktora Moreau” i „Wehikułu czasu”) kreśli właśnie taką wizję upadku ludzkości. UWAGA SPOILER Bo mimo że jego opowieść stosunkowo dobrze się kończy, Marsjanie zostają pokonani najprawdopodobniej przez bakterie, Wells wysuwa przypuszczenie, że być może już w niedalekiej przyszłości Obcy zaatakują ponownie KONIEC SPOILERA. W centralnym punkcie „Wojny światów” stoi bezimienny pisarz i filozof, narrator, który może, ale nie musi być samym Herbertem George'em Wellsem. Ale żeby nie było żadnych niedopowiedzeń jeśli nawet nastąpiła tutaj taka identyfikacja pisarza z jego bohaterem, mamy tutaj do czynienia z wytworem jego bogatej wyobraźni, nie zaś jak wielokrotnie daje nam do zrozumienia narrator relacją z naocznych i zasłyszanych wydarzeń (wiem, wiem, to oczywiste, ale wolę to zaznaczyć, żeby nie zostać źle zrozumianą). Bezimienny główny bohater „Wojny światów” przede wszystkim skupia się na przybliżaniu swoich własnych losów tuż przed, w trakcie i tuż po inwazji przybyszów z Marsa, ale parę razy pochyla się również nad ówczesną sytuacją swojego młodszego brata nieprzebywającego w tym czasie w jego towarzystwie. Wells sygnalizuje nam tym, że zarówno główny bohater, jak i jego brat będą żyć przynajmniej do czasu swojego najbliższego spotkania. Podejrzewam jednak, że gros odbiorców „Wojny światów” szybko dojdzie do skądinąd dużo dalej idących wniosków, że domyśli się jaki będzie finał tego nierównego starcia na długo przed jego wyjawieniem. Niekoniecznie w każdym szczególe, ale udzielenie sobie odpowiedzi na główne pytanie naturalną koleją rzeczy wypływające z fabuły powieści, nie powinno nastręczać czytelnikom większych trudności z powodu uprzedzania faktów przez samego jej autora. „Wojna światów” to moje pierwsze spotkanie z twórczością Herberta George'a Wellsa, co przyznaję z ogromnym wstydem. Tym bardziej, że moje obawy po części zrodzone przez większość z tych filmowych wersji jego historii z jakimi się zetknęłam, okazały się całkowicie bezpodstawne. Samo obcowanie z takim warsztatem, z tak poruszającym wyobraźnię, skoncentrowanym na najdrobniejszych szczegółach stylem było istną ucztą dla mojego umysłu. Wydanie „Wojny światów”, które dane mi było przeczytać to publikacja wydawnictwa Vesper opatrzona wieloma bez wyjątku iście nastrojowymi grafikami Henrique Alvima Correi, w tłumaczeniu Lesława Halińskiego, który co należy podkreślić wprost znakomicie wywiązał się ze swojego zadania. Tak uwielbiane przeze mnie archaizmy tutaj zapewne będą w pełni akceptowane nawet przez osoby, które preferują współczesne słownictwo, bo czy to za sprawą samego Wellsa, który wyprzedzał swoją epokę, czy tłumacza, nawet te przestarzałe słówka nie każą pamiętać, że obcuje się z utworem napisanym pod koniec XIX wieku. Naprawdę można zapomnieć, że „Wojna światów” jest tak leciwa tym bardziej, że jej tematyka nie zdążyła się jeszcze zdezaktualizować. To znaczy jeśli przyjąć interpretację inną od tej najbardziej oczywistej, jeśli tak jak wielu badaczy literatury wypatrywać w tym zapowiedzi trzeciej wojny światowej albo inwazji przybyszów z innej planety, bo o Marsie wiemy już tyle, żeby móc wykluczyć istnienie tam inteligentnych organizmów. W XIX wieku, kiedy to Wells pisał tę opowieść teoria owa była natomiast bardzo popularna, aczkolwiek nie każdy znawca literatury skłania się ku temu, że „Wojna światów” miała opowiadać li tylko o zbrojnym ataku Marsjan. Według niektórych analiz omawianą powieść można odbierać między innymi jako historię o kolonializmie, imperializmie, a nawet dopatrywać się tutaj strasznego proroctwa, zapowiedzi dwóch wojen światowych, jakie nawiedziły naszą planetę w XX wieku.

Człowieka zrzucono z jego tronu i odtąd nie jest on już panem wszelkiego stworzenia, a ledwie zwierzęciem takim jak inne, poddanym obecnie władztwu Marsjan. […] Budzące grozę panowanie człowieka skończyło się bezpowrotnie.”

Marsjanie w wyobrażeniu H.G. Wellsa spokojnie mogłyby być wykorzystane w jakimś krwawym horrorze. W filmie w stylu „Coś” Johna Carpentera albo w jakimś body horrorze Davida Cronenberga. „Duże okrągławe cielska – a raczej głowy – liczące około czterech stóp średnicy”, gąbczaste organizmy pozbawione nozdrzy, z wielkimi oczami i mięsistymi dziobami, szesnaście macek wyrastających z tego przysadzistego organizmu, który z członkami własnego gatunku najprawdopodobniej komunikuje się telepatycznie, który nie posiada układu pokarmowego, ale mimo tego istnieje coś, czym się żywi. Coś, co budzi odrazę u każdego mającego pecha przyglądać się temu procesowi. Jednym z tych pechowców będzie głównych bohater i zarazem narrator „Wojny światów”. Jak można się tego spodziewać poczyni on dużo więcej obserwacji tych niezwykłych stworzeń, w szczegółowy sposób (umownie on) przeleje na papier swoje spostrzeżenia i przypuszczenia, wielce prawdopodobne wnioski, które jego filozoficzny umysł po głębszym namyśle z nich wyciągnie. To zadziwiające, że na tak niewielkiej liczbie stronic (trochę ponad dwieście, z których jednakowoż odjąć należy dosyć dużą przestrzeń zajmowaną przez czarno-białe ilustracje) Herbertowi George'owi Wellsowi udało się zawrzeć tak drobiazgową relację z przebiegu najbardziej niszczycielskiej z dotychczasowych wojen znanych ludzkości (Wells ocenia to tak, bo tworzył owe dzieło przed XX wiekiem, w którym to jak wiemy rozegrały się zbrojne starcia, przy których Wellsowska inwazja Marsjan wydaje się dziecięcą igraszką). Na kartach „Wojny światów” Marsjanie atakują Anglię, nie ma jednak powodów by przypuszczać, że zamierzają ograniczyć się do tego jednego kraju. Od początku powieści nie ma się żadnych wątpliwości, że Anglia to dopiero początek, że wkrótce przypuszczą zmasowany atak na wszystkie pozostałe państwa. Chyba że ludziom wcześniej uda się znaleźć sposób na zgładzenie ich. Zadanie utrudniają wysokie trójnogi, maszyny, w których tkwią wrogowie Ziemian, z których Obcy wypuszczają gorące promienie śmierci i trujący czarny dym, ustrojstwa, które nawet dysponującym potężną bronią żołnierzom bardzo trudno jest uszkodzić. Innym interesującym elementem świata przedstawionego wykreowanego przez człowieka obdarzonego godną pozazdroszczenia wyobraźnią, jest czerwona roślinność, celowo bądź przypadkiem wniesiona na Ziemię przez Obcych. Trzciny rozrastające się z niebywałą prędkością, bujne zielsko, rażące wręcz czerwienią, w oczach narratora tak nietypowe dla naszej planety. Opisy zbrojnych starć, szczerze powiedziawszy, trochę mnie męczyły, ale tylko dlatego, że z reguły nie przepadam za taką tematyką (z pewnością znajdą się osoby, których mocno one zainteresują), z ogromną przyjemnością przyjmowałam natomiast przeróżne analizy głównego bohatera, ze szczególnym wskazaniem na jego przemyślenia na temat natury i anatomii Marsjan i na jakże trafne spostrzeżenia na temat nas samych. Naszych morderczych instynktów, słabości, uprzedzeń, trawiących nas lęków i naszej bezdennej wręcz naiwności. Jeśli zaś chodzi o właściwą akcję to zdecydowanie najbardziej satysfakcjonujące były dla mnie przejścia głównego bohatera i pewnego wikarego w zrujnowanym budynku, bo to właśnie wtedy Wells najszczelniej oplatał mnie atmosferą zaszczucia, wyalienowania, pozostawania w mrocznej pułapce bez wyjścia mając w perspektywie powolną śmierć głodową. Pierwiastek zagrożenia jest obecny dosłownie przez cały czas i wynika on zarówno z obecności wrogo usposobionych przybyszów z Marsa, jak i z masowej histerii, jaka szybko ogarnia Anglików, ale gdybym miała wskazać najbardziej klimatyczną, najsilniej nasyconą namacalną wręcz wrogością partię „Wojny światów” to bez zawahania postawiłabym na ten całkiem długi pobyt głównego bohatera i jego towarzysza w ruinach domostwa, w którym na swoje nieszczęście postanowili poszukać tymczasowego schronienia.

Polecać nikomu „Wojny światów” Herberta George'a Wellsa chyba nie trzeba. Podejrzewam wręcz, że jestem jedną z nielicznych osób gustujących w literaturze science fiction, która tak długo zwlekała z zapoznaniem się z tym legendarnym dziełem. Z tą ponadczasową opowieścią pióra niezwykle utalentowanego, błyskotliwego, obdarzonego wspaniałą wyobraźnią angielskiego pisarza, prawdziwego wirtuoza słowa pisanego, przez niektórych uważanego wręcz za proroka. Bo istotnie wiele udało mu się przewidzieć, moim jednak zdaniem nie wzięło się to z jakichś pozazmysłowych zdolności tylko z jego ogromnej znajomości ludzkiej natury i wyciągania trafnych wniosków ze znanych mu faktycznych wydarzeń i naukowych badań, którą to sztukę aż nazbyt wyraźnie unaocznił na kartach „Wojny światów”.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...