sobota, 19 sierpnia 2017

Clive Barker „Księgi krwi 5”

Pierwotnie wydawane w latach 1984-1985 „Księgi krwi” to sześć krótkich zbiorów opowiadań autorstwa angielskiego pisarza, reżysera, scenarzysty i ilustratora, Clive'a Barkera. Polskie wydania ukazały się w pierwszej połowie lat 90-tych XX wieku – trzy pierwsze części wypuściło wydawnictwo Phantom Press (każda pod tytułem „Księga krwi”, liczba pojedyncza), a kolejne trzy wydawnictwo Rebis (jako „Księgi krwi”). Choć rzeczona sześciotomowa publikacja przez wielu wielbicieli literatury Barkera jest uważana za jego opus magnum w Polsce jak na razie nie doczekała się kolejnych wydań. Najlepsza byłaby edycja zbiorcza (wszystkie sześć tomów w jednej książce), ale nic nie wskazuje na to, żeby w najbliższym czasie miano obdarować polskich czytelników nowymi wydaniami „Ksiąg krwi”. Ani pojedynczymi, ani publikacją zbiorczą. Clive Barker wyznał, że do stworzenia tego działka zachęciła go antologia, „Dark Forces”, w skład której wchodzą opowiadania z gatunku horroru pióra różnych pisarzy i której premierowe wydanie ukazało się w Stanach Zjednoczonych w 1980 roku. Projekt Barkera zatrząsł sceną literackiej grozy - sam Stephen King po przeczytaniu pierwszego tomu stwierdził, że Anglik jest przyszłością horroru... a jego słowa poniekąd okazały się prorocze.

„Księgi krwi 5” zawierają w sobie cztery opowiadania autorstwa Clive'a Barkera. Zbiorek otwiera tekst, który został (w rozbudowanej formie) przeniesiony na ekran w 1992 roku przez Bernarda Rose'a. Doskonały slasher pt. „Candyman” jest adaptacją opowiadania „Zakazany”, które nie wytrzymuje porównania z filmem, ale zestawiając je z innymi historiami wchodzącymi w skład „Ksiąg krwi” (znanymi mi, bo wszystkich jeszcze nie przeczytałam – zapoznałam się ponadto z tomami: pierwszym, drugim i trzecim) doszłam do wniosku, że wpisuje się ono w poczet tych, które bez wątpienia uświetniają cały projekt. Główną bohaterką jest Helen Buchanem, pisząca pracę zatytułowaną „Graffiti wyrazem miejskiej rozpaczy”. Aby zebrać potrzebne materiały wybiera się do zaniedbanej dzielnicy, w której jak wkrótce się dowiaduje kwitnie przestępczość. Dochodzą ją nawet słuchy o bestialskich morderstwach popełnionych w tej okolicy. Na ścianie w jednym z opuszczonych mieszkań Helen znajduje malunek twarzy mężczyzny, która robi niepokojące wrażenie, a na przeciwległej ścianie napis: „Słodycze dla Cukiereczka!”. Osoby, którym film nie jest obcy od początku będą świadomi istnienia mężczyzny z hakiem, będą wiedzieli, że opowieści, które niedługo potem dojdą uszu Helen nie są produktem wyobraźni zastraszonych mieszkańców podejrzanej dzielnicy lubujących się w rozsiewaniu plotek. Nie zderzą się jednak z historią mordercy, którego można przywołać poprzez pięciokrotne wypowiedzenie jego przydomka do lustra, nie skonfrontują się z przeżyciami kobiety wrabianej w zbrodnie przez nadnaturalnego zabójcę z hakiem tylko z krótkim amatorskim śledztwem, które prostą drogą prowadzi do konfrontacji z oprawcą. Opowiadanie nie ujawnia tyle o Candymanie, co film Bernarda Rose'a – jak się bowiem okazuje, reżyser i scenarzysta filmowej wersji znacznie rozbudował tę postać. Fabułę zresztą również, ale choć chciałoby się dłużej poczytać o tym ponadczasowym fikcyjnym mordercy nie można Clive'owi Barkerowi odmówić zdolności budowania szybko zagęszczającego się klimatu grozy. Podszytej złowróżbną tajemniczością, ściskającej krtań aury zbliżającego się okrucieństwa, w postaci mordercy z hakiem w miejscu dłoni, żerującego w brudnej dzielnicy miasta. Co ciekawe największa groza nie emanuje z ostatnich kart tej opowieści, ze spotkania z agresorem i następującego chwilę po nim finału, tylko z wcześniejszej opowieści o morderstwie dokonanym w publicznej toalecie i późniejszego oglądania przez Helen tego feralnego budynku. W tych miejscach Barker daje zdecydowanie największy popis wirtuozerii – wie, które sznurki pociągnąć, żeby dosłownie przydusić widza atmosferą grozy... i robi to.

Nie chciała mieć nic wspólnego z tymi gapiami żądnymi sensacji, kolejnego tematu do plotek. Nie należała do nich i nigdy nie będzie należeć. Miała ochotę uderzyć w każdą z tych zaciekawionych twarzy, by ich właściciele odzyskali wrażliwość, zapytać: „Chcecie poznać ból i cierpienie? Dlaczego? Dlaczego?” (mnie też zastanawia to ściąganie tłumów w miejsca jakichś tragedii. Tym bardziej więc uradowało mnie muśnięcie tego zjawiska przez Barkera, po raz enty udowadniającego, że jest uważnym obserwatorem i analitykiem niechwalebnych ludzkich zachowań, które jak sam zauważa na szczęście nie dotyczą wszystkich).

Wydaje mi się, choć mogę się mylić, że „Madonnę” , drugie opowiadanie zamieszczone w omawianym zbiorku, zainspirowała twórczość H.P. Lovecrafta. A ściślej, że Clive Barker czerpał natchnienie z Mitologii Cthulhu, założeń której nie kopiował w bezmyślny, odarty z indywidualizmu sposób, dzięki czemu powstała zapadająca w pamięć mieszanka dwóch konwencji – wodolubne monstra z domieszką typowego dla Barkera ekstremum. A to wszystko osadzone w wielkomiejskich realiach, w niefunkcjonującym już krytym basenie. Budynku niegdyś dobrze prosperującym jako pływalnia, a obecnie jeśli plan głównego bohatera opowiadania, Jerry'ego Coloqhouna się ziści, mającego pełnić zupełnie inną funkcję. To ma być legalny interes, ale żeby mógł się powieść Jerry musi zawiązać współpracę z lokalnym gangsterem, ponieważ tylko on jest gotowy zainwestować w to przedsięwzięcie. Podczas pierwszej wędrówki w towarzystwie Jerry'ego po mrocznych, zaniedbanych pomieszczeniach niegdysiejszego basenu rzeczony gangster dostrzega na oko nastoletnią nagą kobietę, która chwilę potem znika. Rozochocony wraca tam w nocy i przystępuje do poszukiwań młodej piękności. W końcu ją znajduje, ale dziewczyna ma towarzystwo i to bynajmniej nie takie, które ludzki rozum z łatwością może objąć. Szczegóły koszmaru przeżytego w feralnym budynku szybko zacierają się w pamięci gangstera, ale ogólny zarys pamięta i szybko dochodzi do wniosku, że owe przerażające przeżycia zgotował mu Jerry. Clive Barker bez wdawania się w detale, ale i tak w pobudzający wyobraźnię sposób, na kartach „Madonny” odmalował makabryczne scenki silnie osadzone w tradycji body horroru, pamiętając o spowiciu całości gęstą atmosferą nadnaturalnego zagrożenia, przesyconego nieustającym zwiastunem jakiegoś ohydztwa. Czym zapewnił temu opowiadaniu pierwsze miejsce w moim osobistym rankingu tekstów wchodzących w skład „Ksiąg krwi 5”.

W mojej ocenie najsłabiej prezentuje się trzecie opowiadanie zamieszczone w omawianym zbiorku zatytułowane „Dzieci krzyku”. Akcja tej opowieści rozgrywa się na malowniczej wyspie, która to dla głównej bohaterki, Vanessy Jape, miała być oazą spokoju, tymczasowym azylem, miejscem, w którym nieniepokojona przez nikogo spędzi wakacje. Zamiast tego kobieta stała się więźniem grupy mężczyzn zajmujących prywatny teren w głębi wyspy. Oprócz niej w odgrodzonym od reszty świata budynku przetrzymuje się kilku mężczyzn w podeszłym wieku, którzy przez strażników są traktowani nieporównanie gorzej niż ona. Długo trzeba będzie czekać na wyjaśnienie, w jakim celu ci wszyscy ludzie są przetrzymywani w tym zacisznym miejscu, a kiedy już to nastąpi trudno będzie oprzeć się przeświadczeniu, że Clive'owi Barkerowi brakło dobrego pomysłu na pociągnięcie tego tematu. Wyglądało to tak, jakby koniecznie chciał umieścić akcję na wyspie, nie dbając o to, że nie wymyślił interesującego wątku, którego rozwój mógłby zaprezentować w tej jakże chwytliwej scenerii. Coś z tego wykrzesać próbował – obracał się wokół dwóch możliwych interpretacji, starając się zdezorientować czytelnika i podsycić jego ciekawość (w moim przypadku bezskutecznie), w końcu skłaniając się w stronę tej bardziej wydumanej. W zespoleniu z wcześniej ujawnionymi informacjami to wyjaśnienie tworzy logiczniejszy obraz niż miałoby to miejsce w przypadku obrania przez autora tej drugiej ścieżki interpretacyjnej, ale to nie zmienia faktu, że można było postawić na mniejsze kombinacje. Temat niezwiązany z żadną z wcześniej poczynionych sugestii. Najlepiej taki, w którym czuło by się ducha Clive'a Barkera, coś obrzydliwego albo chociaż zakleszczającego wszystkie zmysły czytelnikach w objęciach atmosfery zepsucia bądź klimatu rozpanoszenia nadnaturalnego zła. Tego w „Dzieciach nocy” nie znalazłam, ale oryginalnego spojrzenia na popularny motyw odmówić temu opowiadaniu nie mogę – znajdziemy tutaj silny powiew świeżości, ale tylko dlatego, że mało kto odważyłby się na przelanie takiej durnoty na papier, w dodatku w tak nieskoordynowany sposób.

Ostatnie opowiadanie zamieszczone w „Księgach krwi 5” nosi tytuł „W ciele” i rozgrywa się w więzieniu Pentonville. Do celi zajmowanej przez cieszącego się estymą wśród współwięźniów Clevelanda Smitha zostaje dokooptowany młody mężczyzna, William Tait,, nad którym Cleve na polecenie naczelnika roztacza opiekę. To jest stara się chronić go przed innymi osadzonymi i zaznajomić z panującymi tu zwyczajami. Z czasem główny bohater uświadamia sobie, że ma dużo sympatii do swojego współlokatora, że traktuje go jak przyjaciela. Tait zdaje się odwzajemniać te uczucia, ale jak z czasem uświadamia sobie Cleve nie ufa mu na tyle, żeby powierzyć mu swoje tajemnice. A bez wątpienia je ma. Wiele wskazuje na to, że Tait wdraża w życie jakiś demoniczny plan, mający związek z jego niegdyś straconym dziadkiem za zamordowanie żony i dzieci, z wyjątkiem córki (matki Taita). Dobrze opracowany plan, w którym Clive Barker zawarł wizję krainy, do której trafiają grzesznicy po śmierci i ciekawy, miejscami zahaczający o stylistykę body horroru sposób przenikania się dwóch światów: cielesnego i duchowego. Egzystencji doczesnej i pozagrobowej w zimnych więziennych murach, które to najsilniej przyczyniają się do tworzenia mocno klaustrofobicznego klimatu – niewielka cela, którą nocą nawiedza coś strasznego, chwilami wręcz odpychającego. Na miejscu Barkera trochę dłużej popracowałabym nad końcówką, bo unaocznia się w niej niezrozumiały pośpiech, jakby pragnienie jak najszybszego dotarcia do mety, bez dbałości o odpowiednią atmosferę i wciągającą narrację. Epilog miał przede wszystkim informować, a nie w pełni angażować, co sprawiło, że z całkowitą obojętnością przyjęłam los, jaki autor zgotował jednemu z bohaterów „W ciele”. A jest to tego rodzaju pomysł, który owszem pewnie i tak by nikogo nie zaskoczył, ale powinien emanować całą gamą nieprzyjemnych emocji, ogłuszać odbiorcę nie elementem zaskoczenia, ale najczystszym tragizmem, wynikającym również z postawy pewnego delikwenta.

„Księgi krwi” Clive'a Barkera przez wielu uważane są za swego rodzaju kamień milowy w historii literatury grozy – zróżnicowane tematycznie i stylistycznie, makabryczne i nastrojowe teksty, niektóre poprzenoszone na ekran, inne mogące jeszcze na nim zawitać, bo wydają się stanowić niemalże gotowe materiały na scenariusze. A jeszcze inne jak dla mnie będące unaocznieniem drastycznego spadku formy tego pisarza, prezentujące się tak kiepsko, że wydaje się, iż Barker pisał je w chwilach wielkiej słabości. Ale te wpadki nie przesądzają o wartości całokształtu, nie deklasują całego projektu, który w Polsce naprawdę jak najszybciej powinien zostać wznowiony, bo nieznający języków obcych wielbiciele literatury grozy w obecnej sytuacji muszą się nieco natrudzić (i pewnie wykosztować), aby zebrać wszystkie stare wydania Phantom Press i Rebis. Co jest doprawdy okrutnym zaniedbaniem ze strony polskich wydawców.

czwartek, 17 sierpnia 2017

„Mauzoleum” (1983)

Wywodząca się z majętnej rodziny Susan Farrell w dzieciństwie ciężko przeżyła śmierć swojej matki. Również wówczas odwiedziła mauzoleum usytuowane na cmentarzu nieopodal grobu jej rodzicielki, gdzie została opętana przez jakąś niepojętą siłę. Teraz szczęśliwe pożycie małżeńskie z Oliverem Farrellem nieoczekiwanie zostaje zakłócone. Kobieta zaczyna borykać się z koszmarami sennymi i władać nadnaturalną mocą, którą wykorzystuje do zabijania wybranych osób. Mężczyzn zwykle kusi swoimi wdziękami. Pod nieobecność męża uwodzi innych przedstawicieli płci przeciwnej zanim przystąpi do ich eliminacji. Niezdający sobie sprawy ze zbrodniczych zachowań swojej małżonki Oliver wkrótce dostrzega w jej sypialni coś, co zmusza go do zaangażowania w sprawę psychiatry Susan, doktora Simona Andrewsa, który jest w posiadaniu dziennika jej przodka, przekazanego mu przez ciotkę Susan, Corę Nomed. Wedle zapisków w nim poczynionych nad ich rodziną ciąży klątwa, ale psychiatra nie daje temu wiary. Do czasu ujrzenia oblicza demona, który opętał Susan.

„Mauzoleum” to jedyny horror w skąpym reżyserskim dorobku Michaela Dugana. Drugi pełnometrażowy film w jego karierze, mający swoją premierę siedem lat po jego debiucie, komedii familijnej „Super Seal”. Scenariusz „Mauzoleum” został napisany przez producentów filmu, Roberta Baricha i Roberta Madero (ten pierwszy odpowiadał również za zdjęcia), na podstawie historii wymyślonej przez Katherine Rosenwink, a w roli głównej wystąpiła Bobbie Bresee, która zanim zajęła się aktorstwem przez jakiś czas była jednym z Króliczków Playboya. Jej występ w „Mauzoleum” został wyróżniony nominacją do Saturna. W Wielkiej Brytanii kopie omawianego tworu Michaela Dugana były konfiskowane do roku 1987, choć nie ciążyły na nim takie zarzuty, jak na produkcjach wciągniętych na niesławną listę video nasty.

„Mauzoleum” to horror klasy B, ewidentnie zainspirowany „Egzorcystą” Williama Friedkina, co najmocniej rzuca się w oczy podczas sceny hipnozy opętanej przez demona pierwszoplanowej postaci, Susan Farrell. Jej odtwórczyni, Bobbie Bresee w materiałach dodatkowych zamieszczonych w amerykańskim wydaniu DVD, zdradziła że próbowała do pewnego stopnia odwzorować demoniczny głos Pazuzu z „Egzorcysty” - z miernym skutkiem, ale już sama ta informacja powinna utwierdzić wszystkich w przekonaniu, że inspirację czerpano właśnie ze wspomnianego arcydzieła Williama Friedkina. Zbliżonej jakości radzę jednak się nie spodziewać, bo oba te filmy dzieli ogromna przepaść. Konwencja obrana przez twórców „Mauzoleum” też jest inna - zdecydowanie bliżej jej do późniejszej „Nocy demonów” Kevina Tenneya niż do „Egzorcysty”. Założeniem nie jakością, a i to pierwsze nie jest dokładnie takie samo. Koncepcja Katherine Rosenwink dawała możliwość niejednoznacznego poprowadzenia przypadku Susan Farrell. Długiego utrzymywania widza w niepewności co do charakteru jej przypadłości. Z łatwością można było wykrzesać z tego więcej tajemnicy, przeskakując z jednego prawdopodobnego wyjaśnienia jej stanu (choroba psychiczna) w drugi (opętanie przez demona). Ale scenarzyści, Robert Barich i Robert Madero, woleli uświadomić widza już podczas prologu obrazującego wejście małej dziewczynki do mauzoleum. Ta scena nie pozostawia absolutnie żadnych wątpliwości, co do opętania pierwszoplanowej postaci przez jakiś morderczy byt. Nie zwlekano również z informacją na temat klątwy ciążącej nad rodem Nomedów, do którego przynależy Susan. Dowiadujemy się, że kobietom z tej familii pod żadnym pozorem nie wolno przekraczać progu feralnego mauzoleum, w którym spoczywa jakaś nadnaturalna szkarada. Wiemy już, że Susan odwiedziła to miejsce w dzieciństwie, ale wszystko wskazuje na to, że dopiero teraz, w dorosłym życiu, rozpoczął się proces przemiany w... wampa. Wolałabym, żeby scenarzyści „Mauzoleum” przez dłuższy czas kazali mi szukać wyjaśnienia drastycznej zmiany osobowości Susan Farrell, ale mimo tej niedogodności opowieść o demonicznej uwodzicielce, a la modliszce, która stara się zaspokoić swoje seksualne i mordercze żądze, oglądało się całkiem znośnie. Kiedy jej oczy zaczynają żarzyć się kiczowatą zielenią wiemy, że do głosu dochodzi demon tkwiący w jej ciele, władający nadzwyczajnymi mocami chętnie wykorzystywanymi w procesie eliminacji wybranych osobników. Susan nie ogranicza się jedynie do zabijania mężczyzn, ale bez wątpienia stanowią oni główny obiekt jej zainteresowania. Doprawdy nie wiem, czym konkretnie Bobbie Bresee ujęła Academy of Science Fiction, Fantasy and Horror Films, co skłoniło ich do wyróżnienia jej kreacji nominacją do Saturna, bo jak na moje oko przede wszystkim obniżała potencjał tkwiący w tej postaci. Ósmy pasażer Nostromo był bardziej uwodzicielski od niej – Bresee kusiła mężczyzn w sposób absolutnie mechaniczny, beznamiętny, powabu nie było w tym za grosz. Podejrzewam, że w tych momentach miała emanować czymś na kształt zimnej namiętności, z czego udało jej się unaocznić tylko chłód. Nawet gdy obnażała się przed mężczyznami, gdy kadry wypełniały jej nagie piersi brakowało w tym jakiejś żarliwości, hipnotyzującej, acz wyraźnie demonicznej pasji – czułam się, jakbym oglądała robota, ale nie mojego kochanego R2-D2, bo w nim paradoksalnie kłębiło się nieporównanie więcej emocji niż w usztywnionej Bobbie Bresee. A nie sądzę, żeby dokładnie na takim efekcie zależało Michaelowi Dugano. Myślę, że chciał pokazać kobiecy czarny charakter na miarę wampirzych lesbijek, tchnący takim samym magnetyzmem... którego niestety nie odnalazłam w kreacji Bresee.

Kulawy warsztat Bobbie Bresee znacznie przytępił mój zapał do tej historii. Mimo tego, że wprost przepadam za filmowymi (i literackimi, jak już o tym mowa) kobiecymi czarnymi charakterami, ten konkretny występ niczym mnie nie ujął. Choć oczywiście postawienie na wampa, sam pomysł sięgnięcia po tego rodzaju sylwetkę uważam za interesujący (nie mylić z innowacyjnym). Słaba kreacja antagonistki w moich oczach znacznie obniżyła wartość wspomnianego elementu – tak mocno, że gdyby niniejszy zamysł był jedynym superlatywem „Mauzoleum” najprawdopodobniej nie dotrwałabym do napisów końcowych. Ale ekipa techniczna, pomimo niedostatków finansowych potrafiła zadbać o całkiem dobrą oprawę wizualną. Odpowiednio mroczną i dosyć mocno przybrudzoną, przy czym należy nadmienić, że niektóre zdjęcia są źle wykadrowane (chwilami kamera była umieszczona ciut za wysoko), ale nie jest to aż tak częste zjawisko, żeby znacznie utrudniało odbiór prezentowanej historii. Nastrojowa ścieżka dźwiękowa nie raz, nie dwa „gra pierwsze skrzypce” - pogłośnione dźwięki czasami silniej zwiastują szybko zbliżające się zagrożenie niż obserwowane w tym samym czasie wydarzenia, co na ogół mnie cieszyło, ale nie obyło się też bez paru krótkich sekwencji, którym akompaniował niezsynchronizowany z obrazem jazgot. Właściwie nie wiadomo, w jakim celu w danych momentach wybrzmiewający. W każdym razie oprawa wizualna do najgorszych nie należy (właściwie to deklasuje większość współczesnego mainstreamu), ale z całej ekipy technicznej na największe wyróżnienie moim zdaniem nie zasłużył sobie ani reżyser, ani dyrektor zdjęć, ani kompozytor tylko twórcy efektów specjalnych. Zwłaszcza za warstwę gore. UWAGA SPOILER Gumowaty potwór pojawiający się w końcowych partiach filmu KONIEC SPOILERA i charakteryzacja Bobbie Bresee we wcześniejszych fazach opętania też są niczego sobie. Czego już nie mogę powiedzieć o pokazanym pod koniec tandetnie się prezentującym trikiem z nakładaniem się na siebie dwóch różnych obrazów i tym nieszczęsnym zielonym światłem bijącym z oczu Susan. Scenarzyści w momentach eliminacji ofiar wykazali się niemałą pomysłowością, a przekładający tę wizję na ekran twórcy efektów specjalnych potrafili zadbać o może nie maksymalną, ale przynajmniej zadowalającą wiarygodność. I co równie ważne odniesione obrażenia wypełniały ekran na tyle długo, aby można było dokładnie przyjrzeć się wszystkim makabrycznym szczegółom. Czy to (przykładowo) roztapiającej się połowie twarzy mężczyzny, czy oraniu haczką oblicza innego, czy wreszcie rozrywaniu klatki piersiowej kolejnej ofiary demonicznej Susan. Lewitację moim zdaniem można było już sobie odpuścić, ale w samych umiarkowanie krwawych (bo wbrew pozorom twórcy nie przesadzają z gore) scenkach w sumie niczego bym nie zmieniała. Prezentują się one dokładnie tak jak lubię: praktyczne efekty specjalne, duża pomysłowość i na tyle długie zbliżenia, żebym nie miała poczucia obcowania z tworem stworzonym przez bandę tchórzy.

Summa summarum: średniak. W miarę dobrze się to ogląda. Można nawet liczyć na kilka niepospolitych eliminacji ofiar i całkiem mroczny, w miarę złowieszczy klimat grozy, nie radzę jednak spodziewać się oryginalnej, ani nawet mocno wciągającej opowieści. Lepiej nie nastawiać się na niezapomnianą rozrywkę, w którą bez żadnego wysiłku można się w pełni zaangażować i wpaść w zachwyt nad niebanalną koncepcją scenarzystów. „Mauzoleum” nadzwyczajną B-klasówką na pewno nie jest. Tak na dobrą sprawę to mocno schematyczny obraz o kobiecie opętanej przez demona, która zaspokaja swoje seksualne i mordercze żądze, o klątwie i szkaradzie do niedawna uwięzionej w mauzoleum, a teraz siejącej spustoszenie na wolności. Nic zachwycającego, ale jeśli jest się wielbicielem XX-wiecznych horrorów klasy B to mimo wszystko powinno się dać mu szansę, choćby ze względu na warstwę gore i całkiem mroczny, przybrudzony klimat. Atmosferę z charakterem, której ewidentnie brakuje wielu współczesnym horrorom.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Jorn Lier Horst „Felicia zaginęła”

Recenzja przedpremierowa

Podczas prac budowlanych zostaje odnaleziony szkielet kobiety, spoczywający w szafce umieszczonej kilka metrów pod ziemią. Komisarz William Wisting i jego zespół szybko dowiadują się, że ofiara nazywała się Felicia Natholm i zaginęła przed blisko dwudziestoma pięcioma laty. Za parę dni sprawa się przedawni, śledczy muszą więc działać szybko, aby morderca młodej kobiety mógł zostać postawiony przed sądem. Niedługo po odnalezieniu szkieletu Felicii, Wisting dostaje zgłoszenie o zaginięciu innej młodej kobiety, Andrei Amalie Lund. Komisarz bierze pod uwagę możliwość, że obie te sprawy są ze sobą połączone. Jego przełożona powątpiewa w takie założenie, wymagając od Wistinga i jego zespołu potraktowania priorytetowo niedawnego zaginięcia Lund. Komisarz policji z gminy Larvik stara się jednak równocześnie zgłębić tajniki sprawy sprzed dwudziestu pięciu laty. Dowiedzieć się dlaczego samotną matkę spotkał tak okrutny los i przede wszystkim kto ponosi winę za jej morderstwo.

„Felicia zaginęła” to druga, po „Kluczowym świadku”, powieść o Williamie Wistingu, fikcyjnym komisarzu policji, dowodzącym Wydziałem Śledczym w Larvik, pióra norweskiego pisarza Jorna Liera Horsta. Premierowe wydanie ukazało się w 2005 roku, spotykając się z ciepłym przyjęciem miłośników kryminałów – zbierając jeszcze więcej pozytywnych recenzji niż jego debiutanckie dziełko, oparty na faktach „Kluczowy świadek”. W Polsce jak dotąd ukazało się osiem (wliczając omawianą) powieści o Williamie Wistingu, głównie tych późniejszych tomów wchodzących w skład rzeczonej serii, ale wydawnictwo Smak Słowa w 2017 roku „cofnęło się do początków”. Po pierwszej części, przyszła pora na drugą, omawianą „Felicia zaginęła”, a jeszcze na ten rok zapowiedziano odsłonę trzecią, która jeśli wierzyć zapowiedziom będzie rozpowszechniana pod tytułem „Gdy sztorm nadchodzi”.

Pierwsza część kryminalnej literackiej serii o komisarzu Williamie Wistingu mogła wyrobić w jej odbiorcach (jak się z czasem okazało błędne) przekonanie, że Jorn Lier Horst nie potrafi, albo nie chce tworzyć zawiłych intryg, optując raczej za nazwijmy ją „starą szkołą kryminału”. Mając w pamięci późniejsze tomy wchodzące w skład tego poczytnego cyklu wiedziałam, że „Kluczowy świadek” nie unaocznił tkwiącego w Horście zamiłowania do komplikacji. Wiedziałam wówczas że jest on zdolny do kreślenia piętrowych dochodzeń, nie wiedziałam tylko kiedy nastąpi przeskok w bardziej rozbudowane śledztwo. Jak się okazało bardzo szybko, bo opublikowana rok po „Kluczowym świadku” druga odsłona serii o Williamie Wistingu zaoferowała mi dużo bardziej skomplikowaną intrygę kryminalną, choć nie bardziej niż w przypadku kilku późniejszych tomów („Psy gończe” w moim osobistym rankingu nadal na szczycie). W „Felicia zaginęła” Jorn Lier Horst zdecydował się na dobrze znany wielbicielom kryminałów, niezmiennie frapujący zabieg rozgałęzienia śledztwa, tj. zawiązania kilku wątków, które z czasem mogą połączyć się w jedną całość, ale wcale nie muszą. Fani kryminałów w takich wypadkach na ogół starają się odnaleźć jakieś punktu wspólne, niejako mimowolnie przyjmując za pewnik to, że wszystkie pozornie niezwiązane ze sobą sprawy są ze sobą ściśle powiązane. Horst nie stara się przed dłuższy czas ukrywać wszystkich punktów wspólnych przed czytelnikiem, kilka stosunkowo szybko przed nim obnażając w formie powiązań pomiędzy ofiarami. Ale nie zdradzając, czy każda z trzech poszkodowanych osób padła ofiarą tego samego sprawcy. Jeśli przyjmiemy, że tak być musiało to szybko zderzymy się z metaforycznym murem, w postaci zapytania o motyw. Bo w tym przypadku znalezienie odpowiedzi na pytanie „dlaczego?” będzie nastręczało czytelnikowi największych trudności – większych nawet niż przeniknięcie tożsamości sprawcy. Choć z drugiej strony to ostatnie przez wielu odbiorców „Felicia zaginęła” może nie zostać rozpracowane w całości, co wnioskuję w oparciu o zasadność moich własnych domysłów, które okazały się jedynie w części pokrywać ze stanem faktycznym. A więc zarzucić omawianej lekturze maksymalnej przewidywalności w żadnym wypadku nie mogę i nie tylko z powodu kilku niespodzianek wrzuconych przez Horsta w końcowe partie powieści. W toku śledztwa wychodzi bowiem na jaw tyle zdumiewających faktów, że grzechem byłoby ocenianie elementu zaskoczenia jedynie przez pryzmat końcówki. Ilekroć miałam poczucie zbliżania się do jakieś ważkiej informacji, która najprawdopodobniej pchnie śledztwo prowadzone przez komisarza Williama Wistinga do przodu, Horst ni z tego, ni z owego przechodził do konfrontacji z tropem, którego charakter chwilę wcześniej starałam się rozpracować. Po czym bez zbędnej zwłoki dawał mi jasno do zrozumienia, że odpowiedź na jedno z pytań, która to parę stron wcześniej wydawała się być kluczem do rozwiązania zagadki, tak naprawdę nie ma większego znaczenia dla sprawy. Sam Wisting w takich momentach ma wrażenie, że po zrobieniu jednego kroku w przód, on i jego zespół zaraz potem cofają się o dwa kroki. W domyśle wiedząc jeszcze mniej niż tuż przed rozpracowaniem jakiegoś obiecującego śladu. W każdym razie w trakcie dochodzenia Horst nie dał mi szans na samodzielne dojście do owych problematycznych tropów – zanim zdążyłam sobie wszystko poukładać, autor, jakby doskonale wiedząc w jakim kierunku zmierzam, uprzedzał moje myśli niespodziewanie podsuwając tak uporczywie poszukiwaną przeze mnie odpowiedź na nurtujący mnie problem. Ale najbardziej męczył mnie wspomniany motyw, bezpośrednia przyczyna „całego tego zamieszania”, którego Horst w żadnym razie nie zamierzał szybko ujawniać, czym w zdecydowanie największym stopniu wzmagał moją ciekawość.

Kolejnym superlatywem „Felicia zaginęła” jest obracanie się śledczych w kręgu rodzinnym, przyglądanie się bliskim Andrei Amalie Lund, wśród których znajdują się jednostki zdające się coś ukrywać. Sugestia zahaczenia o motyw mrocznych tajemnic rodzinnych jest aż nadto czytelna, ale Horst nie zamierza ułatwiać nikomu zadania podsuwając klarowny, dosyć wąski krąg podejrzanych. Rozciąga go na osoby zaprzyjaźnione z bliskimi Lund i z nią samą, jednostki ledwie zaznajomione z nimi i na przestępczość zorganizowaną. Ten ostatni człon został sportretowany najbardziej pobieżnie, co akurat niezmiernie mnie uradowało, bo nigdy nie przepadałam za tematyką mafijną, ale to nie zmieniało faktu, że wydawał się pozostawać w jakimś związku z dochodzeniem prowadzonym przez komisarza Williama Wistinga. Śledztwo w przeważającej mierze skupia się na Andrei Amalie Lund, młodej kobiecie, która po kłótni ze swoim narzeczonym wyszła z domu i nigdy do niego nie wróciła. Ale zahacza również o sprawę Felicii Natholm, której szkielet został odnaleziony tuż przed zaginięciem Lund w szafce spoczywającej kilka metrów pod ziemią. Za parę dni minie dwadzieścia pięć lat od jej zaginięcia, a więc zgodnie z ówczesnym norweskim prawem sprawa ulegnie przedawnieniu – winnego morderstwa Natholm nie będzie można postawić przed sądem. Wykorzystanie tego kontrowersyjnego przepisu w fabule powieści przynosi dwojakie korzyści: daje czytelnikowi możliwość osądu tej praktyki, otwiera dodatkowe pole do dyskusji nad „Felicia zaginęła” i podkręca napięcie dzięki nieustającej świadomości, że w tym przypadku pośpiech ze strony śledczych jest kluczowy. Jeśli bowiem spóźnią się choćby o godzinę sprawiedliwości najprawdopodobniej nie stanie się zadość (o ile ktoś uważa karę więzienia za sprawiedliwą w przypadku morderstwa z domniemaną premedytacją). Warstwę kryminalną Jorn Lier Horst przeplata ze zdecydowanie uboższą płaszczyzną obyczajową, koncentrującą się na prywatnym życiu komisarza Williama Wistinga, w czym nie odnajduje się już tak dobrze, jak we wspomnianej dominującej stylistyce. Właściwie to życie małżeńskie głównego bohatera, łącznie z późniejszymi rozterkami komisarza związanymi z jego żoną w moich oczach stanowiły coś na kształt nieprzyjemnych przerywników, przestojów, które zmuszały mnie do, na szczęście chwilowego, zbaczania z jakże emocjonującego toru, przemierzanego przez śledczych, starających się rozwiązać jakże intrygującą zagadkę kryminalną. Złożoną z trzech wyraźnie nakreślonych wątków i jednego bardziej enigmatycznego, choć równie tajemniczego, który może się wydawać kompletnie nieistotny, ale równie dobrze można podejrzewać, że z czasem nabierze głębszego znaczenia i właśnie z takim nastawieniem śledzić jego ogólnikowo wyłuszczany rozwój. Na koniec taka adnotacja do fanów serii o Williamie Wistingu: córka głównego bohatera, Line, nie pojawiła się jeszcze w mieście. Przeprowadza kilka krótkich konwersacji z ojcem przez telefon, ale nie odgrywają one żadnej roli w toczącym się śledztwie, co oznacza, że na świetny duet Wistingów trzeba jeszcze trochę poczekać. Co przyjęłam z ubolewaniem, bo bez Line pierwszoplanowy bohater serii wydaje mi się... bo ja wiem... niepełny?

Dobry kryminał. Wiem, oszczędne w słowach to podsumowanie, ale gwarantuję, że w pełni oddaje ono moje nastawienie do „Felicia zaginęła”. Właśnie takie przeświadczenie towarzyszyło mi w trakcie trwania lektury i z taką konkluzją Jorn Lier Horst pozostawił mnie po sfinalizowaniu swojej opowieści. Sam w sobie interesujący pomysł na fabułę zyskuje na atrakcyjności dzięki przykuwającej uwagę konstrukcji, która wymaga od czytelnika podzielności uwagi, przemierzania kilku różnych ścieżek i „patrzenia pod nogi”, bo w końcu gdzieś tam może leżeć coś, co połączy wszystkie wątki w jedną, spójną całość. Ale wcale nie musi, co czyni owe poszukiwania jeszcze bardziej interesującymi. Polecam nie tylko osobom zaznajomionym z innymi powieściami wchodzącymi w skład serii o komisarzu Williamie Wistingu, ale w ogóle wszystkim miłośnikom literackich kryminałów.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 13 sierpnia 2017

„The Belko Experiment” (2016)

Osiemdziesięcioro pracowników Belko Industries zostaje uwięzionych w budynku firmy postawionym w zacisznym zakątku Bogoty. Wśród nich są jedynie osoby pochodzenia amerykańskiego, którym tuż po przyjęciu do pracy wszczepiono w głowy nadajniki, rzekomo mające lokalizować miejsce ich pobytu w przypadku porwania. Nieznany im mężczyzna wydaje za pośrednictwem zainstalowanych w budynku głośników polecenie zabicia dwóch wybranych osób w określonym czasie, grożąc, że jeśli tego nie zrobią zginie więcej ludzi. Uwięzieni pracownicy nie wykonują jego polecenia, co skutkuje ziszczeniem wcześniej rzuconej groźby. Zaraz po tym stawka wzrasta. Od przerażonych Amerykanów oczekuje się zabicia jeszcze większej liczby osób. Wyłonienia ze swojego grona kilkudziesięciu pracowników Belko Industries i pozbawienia ich życia, po to, aby ludzie odpowiedzialni za ich krzywdę nie wyeliminowali dwa razy więcej nieszczęśników.

Pomysł na fabułę „The Belko Experiment” narodził się w głowie Jamesa Gunna, amerykańskiego reżysera i scenarzysty, dobrze znanego zwłaszcza fanom komiksów, ale i wielbicieli horrorów obdarował niegdyś całkiem zacną produkcją pt. „Robale” (pracował również między innymi nad scenariuszem remake'u „Świtu żywych trupów”). Scenariusz „The Belko Experiment” James Gunn spisał jeszcze przed nakręceniem filmu „Super”, którego pierwszy pokaz odbył się w 2010 roku. W kolejnych latach poświęcił się jednak innym projektom, odkładając rzeczony materiał. Sięgnięto po niego w 2015 roku. James Gunn miał reżyserować „The Belko Experiment”, ale z powodów osobistych musiał zrezygnować. Jego scenariusz powierzono więc Gregowi McLeanowi, twórcy „Zabójcy” z 2007 roku, jak na razie dwóch części „Wolf Creek” i „The Darkness”.

„The Belko Experiment” to thriller wykorzystujący nieobcy miłośnikom gatunku motyw przetrzymywania w zamknięciu grupy ludzi, w których próbuje się obudzić mordercze instynkty. Podobną tematykę podejmowały choćby takie filmy, jak „Eksperyment” Olivera Hirschbiegela i jego remake z 2010 roku oraz „Ultimatum” Stevena R. Monroe'a. Budynek Belko Industries w Bogocie zostaje zamieniony w Dom na Przeklętym Wzgórzu – okna i drzwi zasłania jakieś żelastwo, które jak się z czasem okazuje jest zrobione z niezniszczalnego tworzywa. W środku tkwi osiemdziesięcioro pracowników korporacji amerykańskiego pochodzenia, od których wymaga się zabijania swoich towarzyszy. Jak w pewnym momencie stwierdza jeden z więźniów niezidentyfikowanych oprawców, mężczyzna przemawiający do nich za pośrednictwem głośników zainstalowanych w firmie jest ich nowym bogiem, istotą, której żądania należy spełniać, jeśli chce się przeżyć. Główny bohater „The Belko Experiment”, Mike Milch (niezła kreacja Johna Gallaghera Jr.), wychodzi ze zgoła innego założenia. Potrafi spojrzeć na zaistniałą sytuację zdecydowanie bardziej racjonalnym okiem. Wydaje się być swoistym głosem rozsądku w w morzu szaleństwa, osobą, która nie pozwala aby niczym niepoparta nadzieja przyczyniła się do przekształcenia go w maszynę do zabijania. Mężczyzna dyktujący warunki swoim więźniom stara się wyrobić w nich przekonanie, że stosowanie się do jego poleceń jest gwarantem przetrwania, ale jak trzeźwo zauważa Mike nie ma żadnego powodu, żeby w to wierzyć. Jednakże w niektórych osobnikach nawet taka nikła sugestia przetrwania budzi najniższe instynkty, nie potrzeba wiele, aby ich złamać. W tej konkluzji próżno szukać jakiegoś przekłamania, socjopsychologicznego wypaczenia, rażącego wyolbrzymienia ludzkich wad i właśnie z tego powodu przesłanie „The Belko Experiment” może zmrozić krew w żyłach jego odbiorców. Nieraz już wałkowane przez różnych artystów, ale nadal aktualne i nie mam żadnych wątpliwości, że będzie takowe, aż do kresu rasy ludzkiej. Greg McLean podszedł do dosyć ciężkiej problematyki „The Belko Experiment” w dosyć zaskakujący sposób. Zamiast przytłaczać widza mrocznymi zdjęciami, którym akompaniowałyby nastrojowe tony muzyczne, doskonale znany fanom horrorów reżyser zdecydował się na swego rodzaju kontrast. Nawet po wyłączeniu głównego oświetlenia w Belko Industries widza nie przygniata złowroga ciemność, a wcześniej ma okazję popatrzeć sobie na kolorowe, silnie skontrastowane obrazki, które o dziwo nie łagodzą klaustrofobicznej aury spowijającej tę położoną na kolumbijskim pustkowiu ogromną nieruchomość. Co jakiś czas w tle wybrzmiewają skoczne utwory muzyczne, wesołe dźwięki, które z definicji powinny przeszkadzać w tworzeniu klimatu bezpośredniego zagrożenia życia, ale Greg McLean jak na moje oko z takim wyczuciem to przedstawił, tak zręcznie porozkładał, że właściwie ani przez chwilę nie ma się poczucia niepotrzebnego rozładowywania atmosfery. Na marginesie taka ciekawostka: na początku filmu będziemy mogli posłuchać hiszpańskiej wersji kultowej piosenki „I Will Survive”. Oprawa audiowizualna nie przygniata mrocznością, nie cechuje się „przybrudzeniem”, które stanowiłoby swoiste odbicie aktualnego stanu psychicznego tych jednostek, które postanowiły dostosować się do narzuconych reguł gry, czyli wykonywać polecenia nieznanego mężczyzny w nadziei, że to zapewni im przeżycie. Gdyby James Gunn w swoim scenariuszu ograniczył się do tej jednej reakcji na doprawdy niewygodną sytuację, w jakiej znaleźli się bohaterowie omawianego filmu, uznałabym, że poczyniona przez niego analiza ludzkich zachowań jest mało wiarygodna, że przedstawiona okoliczność nijak nie mogłaby oddziaływać w taki sam sposób na tak zróżnicowane osobowości. Nie potrafiłabym uwierzyć w to, że w tak licznej grupie nie ostałaby ani jedna osoba, która w tak krótkim czasie nie zamieniłaby się w maszynę do zabijania, narzędzie zniszczenia pracujące bez żadnej gwarancji na przeżycie. Ale scenarzysta uniknął takich nieprzekonujących demonizacji, nie generalizował, przez co postacie i zaprezentowany ciąg wydarzeń zyskały na wiarygodności.

W pewnym momencie pierwszoplanowy bohater „The Belko Experiment”, tak sympatyczny i trzeźwo myślący, że chyba nie sposób mu nie kibicować, stwierdza, że okoliczności nie zmieniają tego co jest dobre, a co złe. Na co jego dziewczyna Leandra Florez (w którą z dobrym skutkiem wcieliła się Adria Arjona) odpowiada, że powinien odrzucić tę naiwną filozofię, że ludzka natura jest tak skonstruowana, że jak przychodzi co do czego każdy myśli tylko o sobie. Mike próbuje przekonać innych do współpracy skoncentrowanej na próbach wydostania się z pułapki, gdy tymczasem kilku innych mężczyzn z Barrym Norrisem na czele (przekonująca kreacja Tony'ego Goldwyna) staje w opozycji do niego, wychodząc z założenia, że tylko mordercy mają szansę na wyjście cało z opresji. Nie wiem, jak inni widzowie, ale ja automatycznie opowiedziałam się po stronie Mike'a – w zaproponowanym przez niego sposobie działania dostrzegałam więcej sensu niż w bezmyślnym wykonywaniu rozkazów jakiegoś zwyrodnialca. Wątpiłam w jego skuteczność, ale czepianie się właśnie tej nadziei (na szukaniu sposobu wydostania się z pułapki bez zabijania kolegów i koleżanek) w zaistniałych okolicznościach wydawało mi się nieporównanie bardziej racjonalne. Barry Norris i jego kompani poddali się instynktowi mordu, uczepili się nikłej nadziei zaszczepionej w nich przez jakiegoś psychola, tym samym stając się czymś na kształt bezrozumnych marionetek, zniewolonych umysłów, nie jedynie ciał. Jak już wspomniałam propozycje Mike'a wydawały mi się bardziej sensowne, choć w domyśle nieefektywne, ale przez długi czas najlepsza była postawa nowej pracownicy Belko Industries, Dany Wilkins (w tej roli taka sobie Melonie Diaz), która po prostu schowała się w piwnicy. Nie jestem w stanie z absolutną pewnością powiedzieć, jak ja zachowałabym się w podobnej sytuacji, bo nigdy nie wiemy, jak nasz umysł zareaguje na momenty krytyczne, ale z punktu widzenia biernego obserwatora to właśnie modus operandi Dany powinien wydawać się najbardziej stosowny w tych okolicznościach. Pod warunkiem oczywiście, że rzeczony obserwator nie potrafi wykrzesać z siebie ufności do osób odpowiedzialnych za krzywdę pracowników korporacji. W „The Belko Experiment” jak na standardy thrillerów (nie kina gore) pojawia się całkiem sporo krwawych ujęć, przy czym sprowadzają się one do widoków rozpaćkanych głów i ciał podziurawionych kulami posyłanymi z broni palnej. Najbardziej makabrycznie jawią się zbliżenia na głowy, w których chwilę wcześniej eksplodowały nadajniki (każdemu przyjętemu do Belko Industries Amerykaninowi wszczepiono nadajnik, który teraz pełni rolę pomysłowego narzędzia zbrodni), ale nie wydaje mi się, żeby owa makabra była w stanie choćby delikatnie zniesmaczyć długoletniego wielbiciela krwawych filmów grozy. Szacowany budżet filmu opiewał na sumę pięciu milionów dolarów, ale jak boleśnie się przekonałam to nie starczyło na zatrudnienie utalentowanych twórców efektów specjalnych – zamiast praktycznych krwawych efektów dostałam zlepek żałosnych sztuczności, z których wyraźnie przebijała ingerencja komputera. Drugim, z mojego punktu widzenia, istotnym minusem tej produkcji jest zakończenie, które pewnie oceniłabym zgoła odwrotnie, gdybym parę lat wcześniej nie widziała filmu, w którym pojawia się bardzo podobne zamknięcie, bo to sprawiło, że właściwie od początku spodziewałam się właśnie takiego finału.

„The Belko Experiment” w mojej ocenie zasługuje na uwagę fanów thrillerów, zwłaszcza tych, którzy nie oczekują od tego gatunku przede wszystkim oryginalności. Nie niedobór krwawych ujęć narzekać chyba nie można, ale ich jakość moim zdaniem pozostawia wiele do życzenia, a więc osoby poszukujące głównie maksymalnie realistycznych makabrycznych efektów specjalnych mogą poczuć się zawiedzeni. Ale abstrahując od poziomu umiarkowanie krwawych efektów, oceniając ten film pod kątem fabuły, klimatu i sposobu prowadzenia akcji (Greg McLean niemalże idealnie rozłożył środki ciężkości, z dużą dbałością o praktycznie nieustający wysoki poziom dramaturgii) w mojej ocenie jest całkiem dobrze. Dlatego też nie mam żadnym oporów przed zarekomendowaniem tej pozycji każdemu miłośnikowi dreszczowców podejmujących tematykę haniebnych eksperymentów przeprowadzanych na uwiezionych ludziach. Powstało oczywiście kilka lepszych obrazów podpinających się pod ten motyw, ale nie sądzę, żeby Greg McLean miał czego się wstydzić, żeby jego dzieło nie zasługiwało na uwagę zwłaszcza wskazanej grupy odbiorców.

sobota, 12 sierpnia 2017

„Pierwsza potęga” (1990)

W Los Angeles grasuje seryjny morderca, któremu nadano przydomek Pentagramowy Zabójca, od jego zamiłowania do wycinania pentagramów na ciałach swoich ofiar. Dzięki pomocy anonimowej informatorki, detektywowi z wydziału zabójstw Russellowi Loganowi udaje się go schwytać. Parający się okultyzmem sprawca kilku brutalnych mordów, Patrick Channing, zostaje skazany na śmierć w komorze gazowej. Po egzekucji Logan miewa halucynacje i sporadycznie słyszy głos straconego zbrodniarza, a na domiar złego zostaje odnalezione ciało policjantki, którą ktoś potraktował w taki sam sposób, jak czynił to Patrick Channing. Niedawna informatorka Russella, którą okazuje się być jasnowidząca psychiatra Tess Seaton, próbuje przekonać go, że Pentagramowy Zabójca powrócił. Logan początkowo jest sceptycznie nastawiony do jej słów, ale wydarzenia w centrum których wkrótce się znajdzie uświadomią mu, że dusza Patricka Channinga wchodzi w ciała wybranych przez niego osób i zawłaszcza je, tym samym dając możliwość seryjnemu mordercy na kontynuowanie jego krwawego procederu. Russell i Tess będą musieli znaleźć sposób na zgładzenie Pentagramowego Zabójcy.

Zrealizowany za dziesięć milionów dolarów horror okultystyczny, „Pierwsza potęga”, został wyreżyserowany przez osobę niemającą żadnego doświadczenia w pełnym metrażu, Roberta Resnikoffa. W 1988 roku nakręcił on krótkometrażówkę pt. „The Jogger”, następnie reżyserując na podstawie swojego własnego scenariusza „Pierwszą potęgę”, po której nie stworzył już nic. Krytycy tę ostatnią przyjęli bardzo chłodno, ale to wcale nie przeszkodziło produkcji „zarobić na siebie” - film spotkał się z na tyle dużym zainteresowaniem opinii publicznej, żeby przynieść twórcom zadowalający dochód. W Polsce film był swego czasu dystrybuowany na VHS-ach. Nie wiem, jak sprawa przedstawiała się wówczas, ale obecnie „Pierwsza potęga” nie cieszy się dużym zainteresowaniem Polaków – w Stanach Zjednoczonych wygląda to lepiej, ale i tak trudno mi oprzeć się wrażeniu, że pełnometrażowy debiut Roberta Resnikoffa powoli osuwa się w kompletne zapomnienie.

Czytając skrótowy opis fabuły „Pierwszej potęgi” co poniektórzy mogą mieć wrażenie deja vu. „Shocker” Wesa Cravena i „W sieci zła” Gregory'ego Hoblita, horrory dużo bardziej znane od „Pierwszej potęgi”, koncentrowały się na zbliżonej tematyce, ale jeśli miałabym wyłonić z tej trójcy swojego faworyta to bez wahania wskazałabym obraz Roberta Resnikoffa. Wszystkie wskazane obrazy traktują o mordercy skazanym na śmierć, który po egzekucji powraca jako byt zdolny do zawłaszczania ciał wybranych osób, ale jak na moje oko to właśnie twórcy najmniej docenianego z nich stworzyli najlepszą oprawą audiowizualną. Natchnęli całość najgęściejszym klimatem grozy i poprowadzili fabułę w najatrakcyjniejszy dla mnie osobiście sposób. Scenariusz „Pierwszej potęgi” jest bardziej płynny niż w przypadku wcześniejszego „Shockera”, mniej pokombinowany i lepiej rozkładający środki ciężkości. Ponadto odnajdziemy w nim więcej wizualnych atrakcji niż w powstałym kilka lat później obrazie Gregory'ego Hoblita, więcej dodatków stricte horrorowych i zdecydowanie mniej rozwleczone wątki. Jeśli chodzi o to ostatnie to oczywiście nie rozciąga się to na całość „W sieci zła”, a i niektóre ze spowolnionych sekwencji są dostarczycielem niemałego napięcia, ale ilekroć ten film oglądam i tak nie mogę oprzeć się przeświadczeniu, że zaprezentowana historia tylko zyskałaby na okrojeniu niektórych (innych) scen. Robert Resnikoff w swojej „Pierwszej potędze” nie posuwał niczego do ekstremum, nie brutalizował swojej opowieści tak dalece, żeby można wyrobić w sobie przekonanie, że dążył do maksymalnego zniesmaczenia widza. Myślę, że przede wszystkim pragnął zelektryzować go oblepiającym dosłownie każdy kadr klimatem grozy i ciągiem trzymających w napięciu wydarzeń. Odpowiadający za zdjęcia Theo van de Sande postawił na „przybrudzoną nadnaturalność” - z oprawy wizualnej tchnie aura jakiegoś zepsucia zmiksowana z potężnym zwiastunem paranormalnego zagrożenia, którą należycie potęguje nastrojowa ścieżka dźwiękowa Stewarta Copelanda. Rzeczona nadnaturalność nie zasadza się na konwencji ghost story - „Pierwszej potędze” bliżej do horroru satanistycznego, ponieważ jak się okazuje antybohater, seryjny morderca Patrick Channing, za życia parał się okultyzmem, dzięki któremu w domyśle zawiązał pakt z Szatanem. Księcia ciemności nie zobaczymy, ale jego ingerencja w losy tzw. Pentagramowego Zabójcy wydaje się być bezsprzeczna. A więc choć niewidoczny ma swoje miejsce w tej opowieści. Powiedziałabym nawet, że bardzo istotne. W końcu to właśnie współpraca z Lucyferem zaowocowała nadaniem seryjnemu mordercy tytułowej pierwszej potęgi, tj. możliwości zawłaszczania przez jego duszę ciał osób żyjących, czyli swego rodzaju wskrzeszenia, powrotu „na stare śmieci” w nowej, potężniejszej postaci, którą o wiele trudniej jest zabić. O czym przekonuje się policjant, któremu udało się schwytać Patricka Channinga (świetna kreacja Jeffa Kobera), niedługo potem straconego w komorze gazowej. Za wcielającym się w tę pierwszoplanową postać, detektywa Russella Logana, Lou Diamondem Phillipsem, osobiście nie przepadam, dlatego wolałabym wybór jakiegoś innego aktora. Tym bardziej, że tym konkretnym występem nie udało mu się zmienić mojego niechętnego nastawienia do niego – ekspresyjnej amatorki nie pokazał, aż tak źle nie było, ale też niczym konkretnym mnie nie ujął. Lepiej odbierałam kreację partnerującej mu Tracy Griffith, której całkiem niezły warsztat dodatkowo uatrakcyjniała osobowość jej postaci, moim zdaniem dużo ciekawsza od Russella Logana. Diamond wciela się w typowego dla tego rodzaju filmów glinę, który zrobi wszystko, aby dopaść seryjnego mordercę grasującego w Los Angeles, osobę „twardo stąpającą po ziemi”, niewiernego Tomasza, który nie uwierzy dopóki nie zobaczy... Przeciwwagą dla tego konwencjonalnego sceptyka jest Tess Seaton, psychiatra obdarzona zdolnością przewidywania przyszłości i odbierania myśli innych ludzi. Te dwa przeciwstawne bieguny łączą siły w walce z seryjnym mordercą, który powinien nie żyć, podczas której jak można się tego spodziewać niedowiarek stopniowo pozbędzie się swojego sceptycznego nastawienia do zjawisk nadprzyrodzonych.

Twórcy „Pierwszej potęgi” nie szafują ujęciami gore. Krwawych scen nie ma wiele, a jak już się pojawiają to nic nie wskazuje na dążenie filmowców do wywołania w widzach skrajnego niesmaku. Myślę, że te dodatki miały pełnić rolę straszaka, a nie szokera – wprawiać widza w trwożliwy nastrój napędzany przekonaniem, że sytuacja ze sceny na scenę coraz bardziej się pogarsza, że całe miasto (a pierwszoplanowy duet pozytywnych bohaterów w szczególności) coraz ciaśniej oplata widmo bolesnej śmierci. W przypadku Russella Logana poprzedzonej swoistymi gierkami jego przeciwnika, które twórcy wizualizują z satysfakcjonującym wyczuciem gatunku, z dbałością o odpowiednio mroczną atmosferę, z której emanuje niemała dawka czystego napięcia. Po swojej śmierci Patrick Channing przypuszcza atak na prowadzącego jego sprawę detektywa Russella Logana, najpierw ograniczając się jedynie do dręczenia go halucynacjami i a la omamami słuchowymi. Z tychże zdecydowanie najlepiej prezentuje się sekwencja z zakrwawionym pomieszczeniem w domu Logana, niemalże przygniatająca upiorną atmosferą, tajemniczą i zarazem odrobinę makabryczną. Ale głos mordercy docierający do uszu Logana w kilku kolejnych scenach, nieodbierane przez towarzyszących mu policjantów słowa widmowego mordercy również osnuto należycie zagęszczoną aurą diabolicznego zagrożenia. Ale wracając do umiarkowanie krwawych aspektów „Pierwszej potęgi”, albo raczej podlanych odrobinką substancji imitującej posokę to oprócz wspomnianych zakrwawionych ścian zobaczymy ją w ujęciach portretujących owoce zbrodniczej działalności nieuchwytnego mordercy. Jego modus operandi wymyślny nie jest – ot, podrzyna gardła swoim ofiarom i wycinana na ich klatkach piersiowych pentagram, który stanowi jego podpis, i który zainspirował media do nadania mu przydomka Pentagramowy Zabójca. Widoków okaleczonych zwłok nie ma wiele, ale gdy już się pojawiają operatorzy nie rezygnują ze zbliżeń na odniesione rany, o wiarygodny wygląd których twórcy efektów specjalnych bez wątpienia zadbali. Rzeczone atrakcje wpleciono w scenariusz, który co poniektórym może się wydać nazbyt schematyczny, który przez niejednego widza może być postrzegany, jako taka mocno uproszczona historyjka o podążaniu śladami mordercy, którego dusza po unicestwieniu jego cielesnej powłoki zyskała nadnaturalną zdolność wchodzenia w ciała innych ludzi. No tak, warstwa tekstowa niczym nadzwyczajnym, niczym oryginalnym, ani choćby odrobinę skomplikowanym nas nie obdarowuje. Dostajemy racze standardowy pościg za nadnaturalnym bytem, który z kolei bacznie obserwuje (i co jakiś czas atakuje) osoby dybiące na jego istnienie wśród żywych. Ale Robert Resnikoff wyłuszczył tę schematyczną historyjkę z taką swobodą, z taką starannością rozkładając środki ciężkości, jakby intuicyjnie wyczuwając kiedy należy nieco spowolnić akcję, a kiedy nadać jej pęd, że nawet przez sekundę nie czułam się zmęczona powtarzalnością motywów, a o nudzie to już w ogóle mogłam zapomnieć.

„Pierwsza potęga” Roberta Resnikoffa, nastrojowy horror okultystyczny podejmujący dobrze znaną fanom gatunku problematykę mordercy, którego dusza po śmierci zawłaszcza ciała innych ludzi, moim zdaniem jest stanowczo niedoceniana przez opinię publiczną. Można wręcz powiedzieć, że obecnie chowa się „pod grubą warstwą kurzu”, zwłaszcza w Polsce, gdzie wydaje się być znana jedynie garstce kinomaniaków. Nie twierdzę, że to jakieś arcydzieło, którego miłośnikom horrorów wprost nie wypada nie znać, bo na taką rangę moim zdaniem sobie nie zasłużył, ale uważam, że jakość, którą nam serwuje zasłużyła sobie na coś więcej. Na więcej pozytywnych recenzji i zdecydowanie mniejszy ostracyzm współczesnych widzów. Powinno więcej się o nim mówić z użyciem większej liczby pochlebnych słów, zwłaszcza w kręgu sympatyków klimatycznych, niewyszukanych horrorów okultystycznych, bo na tle tychże w mojej ocenie wypada całkiem nieźle. No właśnie w mojej, całkowicie subiektywnej ocenie, która trzeba to zaznaczyć, wcale nie musi pokrywać się z faktyczną, obiektywną wartością „Pierwszej potęgi”.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Sarah Lotz „Dzień czwarty”

Noworoczny rejs wycieczkowcem o nazwie „Piękny Marzyciel” czwartego dnia zostaje zakłócony. Statek ma awarię, w wyniku której zaczyna dryfować po Oceanie Atlantyckim, a załoga traci łączność ze światem zewnętrznym. Na domiar złego na pokładzie wybucha epidemia norowirusa, a jeden z pasażerów jest seryjnym gwałcicielem odpowiadającym za śmierć młodej kobiety. Warunki panujące na statku szybko się pogarszają, a wszystko wskazuje na to, że pomoc nigdy nie przybędzie. Część pasażerów i członków załogi gromadzi się wokół medium Celine del Ray, która zachowuje się w nietypowy dla siebie sposób. Jej asystentka, Madeleine Gardner, tymczasem łączy siły z nemezis swojej pracodawczyni, blogerem Xavierem Smithem. Kobieta coraz bardziej upewnia się w przekonaniu, że z jej szefową coś jest mocno nie tak, nie wie tylko jaki cel przyświeca tej „nowej Celine”. Czy jej pracodawczyni jest jeszcze człowiekiem, czy może jakimś innym bytem, starającym się nakłonić ludzi do wykonywania jej rozkazów? Czy jej przewodnictwo przyniesie im ratunek, czy raczej doprowadzi wszystkich do zguby?

Mieszkająca w Kapsztadzie powieściopisarka i scenarzystka, Sarah Lotz, światową sławę zdobyła po publikacji mrocznego thrillera z elementami horroru zatytułowanego „Troje”, pierwotnie wydanego w 2014 roku. Ma jednak na koncie również inne pozycje literackie – część napisanych w pojedynkę, kilka do spółki z innymi autorami i publikowanymi pod różnymi pseudonimami. Uznanie z jakim spotkało się „Troje” prawdopodobnie stanowiło największą zachętę dla Lotz do stworzenia jej sequela, zachęciło ją do (pozornego bądź faktycznego) rozciągnięcia owej koncepcji na kolejny tom. Nie dotyczyło to formy, bo „Dzień czwarty” nie eksperymentuje z narracją w takim stopniu, jak jego poprzedniczka, powieść „Troje”. Autorka obiera tutaj zupełnie inną perspektywę, pełną mniej lub bardziej subtelnych nawiązań do „Troje”, które z czasem doprowadzą zaznajomionego z rzeczoną książką odbiorcę do poruszonego wcześniej motywu, albo skonfrontują go z zupełnie inną problematyką, której wcale nie należy interpretować przez pryzmat części pierwszej.

Eksperymentalna forma i niebywale tajemnicza fabuła, zmuszająca czytelnika do przemierzania wielu ścieżek interpretacyjnych celem dojścia do jądra prezentowanej opowieści to elementy, które chyba najbardziej przyczyniły się do sukcesu „Troje” Sarah Lotz. W „Dniu czwartym” autorka mocno powściągnęła to pierwsze, czym znacznie ułatwiła odbiór całości. Z drugiej jednak strony pozbawiła owe dziełko świeżości na miarę głośnego „Troje”, równocześnie pozwalając odbiorcy na bardziej wygodnickie podejście do lektury. W tym przypadku również konieczne będzie obieranie różnych kierunków interpretacyjnych, patrzenie na poszczególne wątki pod najróżniejszymi kątami, szukanie odpowiedzi na zadane, jakże pobudzające wyobraźnię, pytania, w przeróżnych punktach. Korzeni których możemy upatrywać w tradycji kinematografii i literatury grozy, ale wcale nie jest powiedziane, że przyjęcie takiego drogowskazu doprowadzi nas do obranego celu. Jednakże w porównaniu do zadania, jakie Sarah Lotz postawiła przed nami na kartach „Troje”, to tutaj wydaje się być o niebo mniej wymagające. Nie chcę przez to powiedzieć, że dotarcie do istoty całej intrygi nie nastręczy odbiorcy żadnych trudności, że ani razu nie da się wyprowadzić w pole, że nie zagubi się w błędnych domysłach i fałszywych przekonaniach, bo podejrzewam, że sytuacja będzie zgoła odwrotna. Wydaje mi się jednak, że przyswojenie wszystkiego będzie dla czytelnika łatwiejsze. A atmosfera tajemniczości nie będzie atakowała go z równą siłą, nie będzie tak namacalna jak w „Troje”. Co nie znaczy, że w ogóle jej nie znajdziemy – ot, moim zdaniem jest jedynie (albo aż) mniej zagęszczona. Sporym wyzwaniem będzie za to klasyfikacja wyłowionych informacji, powkładanie ich do przegródek opatrzonych etykietami: „fakty”, „półprawdy” i „fałszywe tropy”, czyli podobnie jak w „Troje”. Fabułę „Dnia czwartego” Sarah Lotz prezentuje z perspektywy kilku osób, przebywających na feralnym wycieczkowcu o nazwie „Piękny Marzyciel”, który niedługo przed planowanym dobiciem do portu ulega poważnej awarii, co daje nam szeroki ogląd sytuacji. Poszczególne, coraz to bardziej złowieszcze wydarzenia rozgrywające się na dryfującym po Oceanie Atlantyckim statku w większości są wyłuszczane w trzeciej osobie, ale w ich centrum niezmiennie tkwi któryś z wyróżnionych przez Lotz bohaterów. Czy to jeden z ochroniarzy wchodzących w skład załogi, czy jego koleżanka dbająca o czystość w kajutach, seryjny gwałciciel, który tuż przed awarią dopuścił się nieplanowanego zabójstwa, starsza kobieta, która wraz ze swoją przyjaciółką zaplanowała wspólne popełnienie samobójstwa w trakcie noworocznego rejsu „Pięknym Marzycielem”, lekarz walczący z uzależnieniem i borykający się z wyrzutami sumienia, asystentka przebywającej na pokładzie medium Celine del Ray, czy wreszcie mężczyzna parający się demaskowaniem szarlatanów na swoim blogu. Ten ostatni opisuje wszystko, z myślą o publikacji zgromadzonego materiału w przyszłości, gdy już będzie miał dostęp do Internetu – my mamy okazję zapoznać się z nim już teraz i aż do ostatnich partii „Dnia czwartego”, którym nadano formę przesłuchań będą to jedyne ustępy podane w pierwszej osobie. Z samego umiejscowienia akcji dla poszukującego klimatycznych opowieści czytelnika płynie wiele korzyści. Uszkodzony wycieczkowiec, dryfujący po oceanie, który traci kontakt ze światem zewnętrznym obiecuje klaustrofobiczne doznania silnie nasycone widmem destrukcji, zwiastunem paniki, która w niedalekiej przyszłości może doprowadzić wszystkich do zguby. Trochę przypomina to serial „Ostatni okręt” wyprodukowany przez telewizję TNT, zwłaszcza wówczas, gdy ludzie zaczynają snuć potęgujące dramatyzm sytuacyjny, apokaliptyczne wizje, gdy zaczynają podejrzewać, że tylko oni przeżyli jakiś globalny kataklizm. Być może nawet apokalipsę zombie – w końcu w dobie swoistego zafiksowania, zwłaszcza Amerykanów, na punkcie tych fantastycznych przepowiedni wzięcie pod uwagę tej możliwości przez co poniektóre osoby przebywające na „Pięknym Marzycielu” wcale nie powinno dziwić. A podsunięte przez Sarah Lotz wyjaśnienie daje nadzieję na może nie nowatorskie, ale na pewno rzadziej proponowane przez pisarzy i filmowców podejście do historii o żywych trupach dziesiątkujących ludzkość.

UWAGA SPOILER Mój ulubiony cytat z „Dnia czwartego”: „Jak na diabła była zbyt okrutna […] Jeśli już kimś miałaby być, to Bogiem.” KONIEC SPOILERA

Jestem skłonna zaryzykować twierdzenie, że Sarah Lotz co nieco zaczerpnęła z twórczości Stephena Kinga. A ściślej jego dwóch utworów. O pierwszym wspomina „bez ogródek” tuż po zaprezentowaniu martwej kobiety w wannie (do jakiej powieści niekoronowanego króla horroru nawiązuje chyba pisać nie muszę). Z drugą domniemaną inspiracją Lotz (bo wciąż nie jestem do końca przekonana, że rzeczywiście czerpała z tego konkretnego dzieła Kinga) sprawa przedstawia się inaczej, bo autorka rezygnuje z podsuwania tytułu odbiorcom „Dnia czwartego”. Wielbiciele prozy Stephena Kinga pewnie i bez tego połączą motyw swego rodzaju sekty z opowiadaniem najpopularniejszego współczesnego autora horrorów zasilającego zbiór pt. „Szkieletowa załoga”. W obliczu zagrożenia i ewidentnego wyalienowania część ludzi gromadzi się wokół medium, kobiety w podeszłym wieku pełniącej rolę ich przewodniczki duchowej, której słowa chłoną jak gąbki jednocześnie wykazując ciągłą gotowość do wypełniania wszystkich jej poleceń. W tym punkcie Lotz umieściła najpotężniejszy ładunek wrogości, postać Celine del Ray, która utrzymuje, że nawiązuje kontakt z duszami osób zmarłych wydaje się stanowić największe zagrożenie dla pasażerów i członków załogi „Pięknego Marzyciela”. Wydaje się, ale dzięki zręcznej żonglerce Lotz, nie możemy uznać tego za pewnik. Autorka „Dnia czwartego” robi wszystko, aby czytelników nie opuszczały wątpliwości odnośnie prawdziwej natury i zamiarów Celine del Ray – demonizuje ją, ale równocześnie każe nam brać pod uwagę możliwość, że rzeczywiście, tak jak mówi, stanowi jedyny ratunek dla ludzi zagubionych na Oceanie Atlantyckim. Co więcej Sarah Lotz obkłada zwiastunem mniej lub bardziej zdefiniowanej groźby inne składowe fabuły omawianej powieści, wśród których być może znajdują się pierwiastki pozostające w ścisłym związku z Celine del Ray, ale przez jakiś czas doprawdy trudno będzie to stwierdzić z absolutną pewnością. Epidemia norowirusa, seryjny gwałciciel i morderca jednej z pasażerek „Pięknego Marzyciela”, ograniczanie dostępu do kapitana i wiele podejrzanie brzmiących komunikatów wydawanych przez opiekuna rejsu (czyżby część załogi uczestniczyła w jakimś spisku?), brak łączności z lądem, który może być wynikiem awarii, ale równie dobrze może uwiarygadniać teorię o zagładzie ludzkości i wreszcie tajemnicze widmowe postaci przemykające po statku, które albo są duchami, albo projekcjami umęczonych umysłów nieszczęśników dryfujących po oceanie. Albo jeszcze czymś innym, nieskończenie bardziej demonicznym od standardowych dusz osób zmarłych, błąkających się po różnego rodzaju obiektach. W tym przypadku mamy do czynienia z jednostką pływającą, która z godziny na godzinę staje się coraz bardziej mroczna i odpychająca, która nieubłaganie chyli się ku upadkowi w pewnym sensie dotrzymując w tym kroku słabnącej kondycji psychicznej osób uwięzionych na statku. Najpierw jest zagubienie, potem złość, która prostą drogą powadzi do anarchii. Niektórzy pasażerowie przestają zachowywać się w cywilizowany sposób, co odbija się na obiekcie, na którym są zmuszeni egzystować. Do uniedogodnień powstałych w wyniku awarii dochodzą owoce działalności ludzi, którzy nie potrafią oprzeć się zewowi prymitywizmu. Jeśli miałabym wybrać najlepiej sportretowany element z tej całkiem intrygującej mieszanki idealnie się dopełniających wątków to postawiłabym na studium socjopsychologiczne, na wiarygodną analizę zachowań ludzi znajdujących się w sytuacji zagrożenia z dala od tak zwanego cywilizowanego świata. Dodam, że wielce zróżnicowaną, bo na pokładzie „Pięknego Marzyciela” możemy zaobserwować nie jedno, a kilka sposobów radzenia sobie z nieoczekiwanym koszmarem.

Do poziomu „Troje” Sarah Lotz w „Dniu czwartym” moim zdaniem nie dobiła, ale też poprzeczka była wysoko zawieszona, więc powiedziałabym, że było z czego schodzić. Innymi słowy niniejszy spadek formy (przypominam, że to subiektywne odczucie) nie oznacza spłodzenia utworu, od którego fanom „Troje” radziłabym trzymać się z daleka, bo na tle współczesnej literatury grozy „Dzień czwarty” i tak prezentuje się całkiem solidnie. Zanim jednak jakiś miłośnik literackich thrillerów i horrorów przystąpi do lektury omawianej powieści powinien sięgnąć po „Troje”, bo obawiam się, że bez znajomości poprzedniczki „Dnia czwartego” nie zrozumie wszystkich wątków. Tak więc najpierw „Troje”, a potem rejs „Pięknym Marzycielem”, wycieczkowcem, na którym miłośnik nastrojowych thrillerów i horrorów powinien całkiem dobrze się odnaleźć.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

„Zabójcza ziemia” (2016)

Zalesiony zakątek nad rzeką w Tasmanii. Właśnie tam lekarz Ian i jego dziewczyna Sam postanawiają rozbić namiot. Tam chcą odpoczywać od wielkomiejskiego zgiełku, spędzić jakiś czas na łonie natury, ciesząc się wzajemnym towarzystwem. Na miejscu zastają już jeden namiot, rozbity przez czteroosobową rodzinę, z którą Ianowi i Sam nie udaje się porozmawiać. Nazajutrz Sam odkrywa, że sąsiedni namiot jest pusty. Ona i Ian zamierzają sprowadzić pomoc, ale okazuje się, że opona w ich samochodzie jest przebita. Mężczyzna stara się ją wymienić, ale zanim jego wysiłki przyniosą pożądany skutek na drodze pojawia się myśliwy Chook, który proponuje Ianowi wspólne poszukiwanie zaginionych wczasowiczów. Gdy ruszają w drogę pojawia się przyjaciel tego pierwszego, German, ze swoim wiernym psem. Wkrótce młoda para zostanie zmuszona do walki o przetrwanie w tym zacisznym, oddalonym od cywilizacji miejscu.

„Zabójcza ziemia” to australijski survival thriller w reżyserii debiutującego w pełnym metrażu Damiena Powera, który jest również autorem scenariusza. Pierwszy pokaz filmu odbył się na Melbourne International Film Festival w 2016 roku, a poza granicami Australii zaczął być rozpowszechniany dopiero w roku następnym. Szacowany budżet wyniósł milion trzysta tysięcy dolarów australijskich, a amerykańskie stowarzyszenie MPAA (Motion Picture Association of America) nadało mu kategorię R. Damien Power w jednym z wywiadów wyznał, że jednym z jego głównych celów było maksymalne uwiarygodnienie swojej historii, że pragnął zachować dużą dbałość o realizm nie tylko w kwestii ekranowej przemocy, ale również w postępowaniu postaci.

Reżyser i scenarzysta „Zabójczej ziemi” chciał, żeby jego film wyróżniał się na tle innych survivali. Zauważył, że tego typu obrazy są na ogół bezlitośnie liniowe, postanowił więc trochę poeksperymentować z narracją. Nielinearne otwarcie rzeczywiście okazało się ciekawym odstępstwem od reguły, ale osobiście nie w tym upatruję największych korzyści dla tej bądź co bądź konwencjonalnej opowieści. Zauważyłam, że „Zabójcza ziemia” jest przez niektórych widzów porównywana do „Wolf Creek” Grega McLeana i istotnie wszystko wskazuje na to (łącznie ze słowami samego Damiena Powera), że wywarł on pewien wpływ na scenarzystę omawianej produkcji. Ale ja oglądając „Zabójczą ziemię” miałam przed oczami przede wszystkim „Eden Lake” Jamesa Watkinsa, bo w końcu tutaj również śledziłam walkę o życie młodej pary, która na swoje nieszczęście wybrała się na biwak w odludną okolicę. Rzeczony motyw był oczywiście wałkowany wielokrotnie, ale do mnie przyczepił się właśnie ten konkretny tytuł... Nietypowy kształt nadany przez Powera wstępnym partiom „Zabójczej ziemi” na początku może odrobinę dezorientować, ale gdy scenarzysta przekształci w końcu ten niewielki chaos w spójny, zwarty wątek pewnie niejeden odbiorca odczuje zadowolenie takim podejściem do tematu. W żadnym wypadku niebędącym wyrazem niespotykanej do tej pory, przeogromnej kreatywności, ale na tyle dobrze poukładanym i na tyle odbiegającym od pospolitości, że naprawdę mającym szansę przykuć uwagę nawet długoletnich wielbicieli kina grozy. Pierwsze partie filmu zostały osadzone na trzech płaszczyznach reprezentowanych przez różne postacie. Na pierwszy plan wysuwają się Sam i Ian (przekonująco wykreowani przez Harriet Dyer i Iana Meadowsa), młoda para, która postanowiła spędzić kilka dni pod namiotem w zacisznym zakątku Tasmanii. Nie trzeba być Einsteinem, żeby już podczas ich podróży samochodem nabrać pewności, że planowana idylla nigdy się nie ziści, że prędzej staną się mimowolnymi bohaterami „Uwolnienia” niż zaznają upragnionego odpoczynku na łonie natury. Kto będzie nosicielem ich koszmaru też zapewne dla każdego oglądającego żadną tajemnicą nie będzie. Power przeplata bowiem wątki poświęcone tej dwójce z losami zaprzyjaźnionych myśliwych, Chooka i Germana (całkiem obleśne, jak na standardy współczesnych rąbanek, kreacje Aarona Glenane'a i Aarona Pedersena – co żeby nie było żadnych wątpliwości uważam za duży plus tego filmu), z których szybko wyłania się niepochlebny, odpychający obraz dwóch jednostek, którym czyste okrucieństwo bez wątpienia nie jest obce. Ostatni człon owego nieliniowego otwarcia skupia się na czteroosobowej rodzinie, złożonej z borykającej się z koszmarami sennymi nastolatki, jej na oko niespełna dwuletniego brata i ich rodziców. Podobnie jak w przypadku Iana i Sam, Power nie decyduje się w tym miejscu na wyraziste nakreślenie osobowości którejkolwiek z tych postaci, co swoją drogą uważam za element najbardziej szkodzący tej produkcji. Doprawdy ciężko jest zatopić się w umyśle któregoś z protagonistów, co wcale nie oznacza, że nie można im współczuć. Bo sposób, w jaki twórcy „Zabójczej ziemi” podeszli do ich krzywdy znacznie ułatwia (jeśli nie gwarantuje) wykrzesanie z siebie tej emocji. Znajdą się pewnie osoby, które będą utyskiwać na wycofanie Powera, na uciekanie od krwawych detali i kompletny brak innowacyjnych sposobów odbierania życia innym. Mnie jednak cieszyło takie podejście do tematu – szafowanie wymyślnymi scenkami gore z czasem być może uodporniłoby mnie na krzywdę protagonistów. Beznamiętna makabra zmniejszyłaby siłę rażenia brutalizmu i prawdopodobnie wkrótce zmusiłaby mnie do walki z narastającą obojętnością. Twórcy „Zabójczej ziemi” z dużą empatią podchodzą do krzywdy ofiar dwóch miejscowych myśliwych. Dbają o to, żeby z okrutnych czynów oprawców bił mrożący krew w żyłach chłód, który ma natchnąć widzów potwornym przekonaniem, że mają do czynienia z jednostkami wyzutymi z wszelkiego współczucia, z ludźmi, dla których liczą się jedynie własne korzyści, których wręcz bawi znęcanie się nad niewinnymi turystami. Chook początkowo nie czerpie radości z rozpoczętego właśnie zbrodniczego procederu. Podczas niezwykle emocjonującej, buchającej przygnębiającym sadyzmem, zabawy ze strzelaniem do celu (do puszek ustawionych na głowach związanych, sponiewieranych ludzi) German musi nakłaniać swojego kompana do udziału w niej w roli kata. Nic nie wskazuje na to, żeby Chook miał opory przed gwałtem (ukrytym przed wzrokiem widzów), ale kiedy przychodzi pora na zabijanie mężczyzna musi się do tego zmuszać. Co okazuje się punktem zwrotnym w jego życiu, momentem, który zepchnie go w otchłań zepsucia.

Widziałam wiele mniej lub bardziej krwawych horrorów, obrazujących cierpienia zadawane ludziom przez wszelkiej maści zwyrodnialców, które podchodziły do tematu o wiele bardziej litościwie niż miało to miejsce w tym konkretnym przypadku. Owszem w survival horrorach posoka na ogół leje się obficiej, takie filmy nierzadko raczą nas długimi zbliżeniami na odniesione rany, ale moim zdaniem o wiele bardziej druzgocący dla widza może okazać się właśnie taki, minimalistyczny w formie, ale maksymalistyczny w przekazie thriller, jak „Zabójcza ziemia”. Scenariusz Damiena Powera nie zna litości, artysta nie boi się docierać blisko granic ekranowej przemocy, chętnie dotyka tematu, który wielu współczesnym twórcom rąbanek nawet nie postałby w głowie. A co dopiero mówić o zdecydowaniu się przez nich na pokazanie czegoś takiego opinii publicznej... Nie chcę, żeby to zasugerowało komukolwiek, że „Zabójcza ziemia” najpewniej skonfrontuje go z mnóstwem odstręczających tortur, że zmusi go do oglądania obrazków powodujących odruchy wymiotne, bo nie na efektach specjalnych zasadza się bezkompromisowość tej opowieści. Ona tkwi w tekście, w samym charakterze tej walki o przetrwanie osadzonej, jak to zwykle w australijskich rąbankach bywa, w zapierającej dech w piersi scenerii, zalesionym zakątku Tasmanii, rozpościerającym się po obu stronach spokojnej rzeki. Większa część akcji rozgrywa się w pełnym świetle dziennym, ale to wcale nie odbija się negatywnie na klimacie. Atmosfera wyalienowania i zdefiniowanego zagrożenia została całkiem należycie oddana, choć oczywiście oplatałaby widza jeszcze ciaśniej, gdyby operatorzy i oświetleniowcy zdecydowali się na przynajmniej lekkie „ubrudzenie” zdjęć. Jeśli zaś chodzi o wspomniane już wcześniej popchnięcie fabuły w stronę ekstremum to wcale nie dotyczy ono porażającej „zabawy” ze strzelaniem do puszek tylko losów pewnego dzieciątka. Potraktowania na oko niespełna dwuletniego (może półtorarocznego) dziecka jak jakąś rzecz, zaserwowania tej niewinnej istocie wprost niewyobrażalnych cierpień, które powinny głęboko poruszyć niejedno bardziej lub mniej miękkie serce. Damien Power w pewnym momencie jasno daje do zrozumienia, że zwierzę może mieć w sobie więcej przyzwoitości, współczucia i zmysłu opiekuńczości niż człowiek, że nie należy spoglądać na Chooka i Germana jak na zwierzęta, bo wykazalibyśmy się wówczas dużą niesprawiedliwością w stosunku do tych drugich. UWAGA SPOILER Być może nawet próbuje rozciągnąć tę myśl na jeszcze jedną postać, na jednego pozytywnego bohatera, który w pewnym momencie decyduje się na oburzający postępek. Część widzów być może wyrzuci w tym miejscu scenarzyście odejście od logiki. Lekarze na ogół cechują się dużą odpornością na stres, zdolnością logicznego myślenia nawet w najbardziej krytycznych chwilach, dlatego też rezygnacja ze sprawdzenia funkcji życiowych leżącego nieruchomo dziecka niektórym może wydać się odrobinę naciągana. Myślę jednak, że w prawdziwym życiu nie brak lekarzy, którzy w podobnej sytuacji, w momencie bezpośredniego zagrożenia życia swojego i swojej dziewczyny również poddaliby się panice, nie potrafiliby działać w pełni logicznie KONIEC SPOILERA. Co wcale nie oznacza, że obyło się bez może niekoniecznie całkowicie wyzutych z logiki, ale na pewno zastanawiających wstawek, jak chociażby moment, w którym Ian stara się dotrzeć do porzuconej broni – na moje oko wystarczyło mu czasu na jej pochwycenie, on jednak zdecydował się wycofać. Nie przekonały mnie również końcowe partie, te z udziałem gamoniowatych policjantów, ale i finalna konfrontacja, sfinalizowana w rozczarowujący sposób. Chociaż nie do końca, bo niedopowiedzenie, na które zdecydował się wówczas Damien Power odrobinę uatrakcyjniło zakończenie.

Swoich przeciwników „Zabójcza ziemia” już znalazła i z czasem owo grono pewnie się powiększy, ale jej zwolenników również nie brakuje i jestem przekonana, że także ta druga grupa będzie się rozrastać. Wielką fanką tego obrazu nie zostanę, ale z czystym sumieniem dopisuję się do obozu widzów zadowolonych z seansu. Pełnometrażowy debiut Damiena Powera z całą pewnością nie zatrzęsie całym gatunkiem, nie okaże się jedną z najjaśniej błyszczących gwiazd pośród survival thrillerów i horrorów, ale myślę, że wielu miłośników tego typu filmów powinien usatysfakcjonować. Przynajmniej na tyle, żeby tak samo jak ja, określali go jako dobry. Nie zjawiskowy, nie idealny tylko zwyczajnie dobry.

sobota, 5 sierpnia 2017

„El guardian invisible” (2017)

Inspektor policji z Pampeluny, Amaia Salazar, z polecenia swojego przełożonego zaczyna kierować sprawą morderstw nastoletnich dziewcząt popełnionych przez tego samego niezidentyfikowanego sprawcę w kilkutygodniowym odstępie. Obie ofiary pochodziły z Elizondo, rodzinnego miasta Amaii, dlatego policjantka jest zmuszona tam poprowadzić śledztwo. Niedługo po jej przyjeździe do Elizondo morderca, któremu media nadały przydomek Basajaun, w nawiązaniu do mitologii baskijskiej, znowu atakuje. Wszystko wskazuje na to, że sprawca ukrywa się w tym niewielkim mieście, ale śledczy nie znajdują nic, co obciążałoby jedną konkretną osobę. Wysoka aktywność seryjnego mordercy zmusza ich do wzmożonego wysiłku, ale mozolne przedzieranie się przez dowody przez dłuższy czas nie przynosi pożądanych rezultatów. Na domiar złego inspektor Amaię Salazar co jakiś czas nawiedzają traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa i zostaje zmuszona do kontaktów z siostrą Florą, z którą jest skonfliktowana. Druga siostra Amaii i ciotka, która wychowała tę drugą nie mają jej za złe wyjazdu z Elizondo, ale Flora nie potrafi jej wybaczyć porzucenia rodzinnej piekarni i chorej matki.

Hiszpańsko-niemiecki thriller „El guardian invisible” w reżyserii Fernando Gonzaleza Moliny powstał na podstawie powieści hiszpańskiej pisarki Dolores Redondo, stanowiącej pierwszą część trylogii o Amaii Salazar, w Polsce wydaną pod tytułem „Niewidzialny strażnik”. Za scenariusz filmu odpowiada Luiso Bordejo, wcześniej pracujący nad między innymi takimi produkcjami, jak „Świąteczna opowieść”, „[Rec]”, „[Rec] 3: Geneza” i „Granice bólu”. A szacowany budżet „El guardian invisible” wyniósł pięć milionów euro.

Nader rzadko udaje mi się natrafić na jakiś współczesny thriller o seryjnym mordercy, który nie wywoływałby we mnie przygnębienia, a czasami nawet czystej wściekłości na widok oprawy wizualnej. Moim zdaniem najlepszą dekadą dla tego typu obrazów były lata 90-te XX wieku. Nie oznacza to, że wcześniej i trochę później nie kręcono znakomitych dreszczowców o seryjnych mordercach, ale wydaje mi się, że we wskazanym okresie najtrudniej jest odnaleźć obraz, który cierpiałby na poważny deficyt mrocznego klimatu i należytego napięcia. Tymczasem z powstałych w ostatnich latach thrillerów o seryjnych mordercach ciężko jest wyłowić taki, który może się poszczycić złowrogą atmosferą, z którego nie przebijałyby „tony plastiku”. Jeśli spojrzeć na to od tej strony „El guardian invisible” jawi się niczym ewenement – coś na kształt cudu w morzu współczesnej tandety (pod kątem klimatu). Odpowiedzialny za zdjęcia Flavio Martinez Labiano w pełni zasłużył sobie na kilka prestiżowych nagród, bo dosłownie wszystkie kadry są autentycznie przesycone nieokiełznaną groźbą. Ciemna kolorystyka, posępne naturalne krajobrazy, pastwiska i lasy, nierzadko oblewane rzęsistym deszczem i wyraźne emanacje mitologiczne, tajemniczość, która wcale nie skupia się głównie na zagadkowej tożsamości seryjnego mordercy. W scenariuszu zawarto kilka subtelnych odniesień do mitologii baskijskiej, które Labiano wyolbrzymił swoim doskonałym wkładem, tak dalece, że wprost nie można się oprzeć pragnieniu poszukiwania powiązań pomiędzy płaszczyzną mityczną i kryminalną, podejmowaniu prób odnajdywania sensu, racjonalizowania czegoś irracjonalnego. Scenarzysta sugeruje niezwykłe pochodzenie seryjnego mordercy, daje nam do zrozumienia, że korzenie jego istnienia mogą znajdować się w uniwersum mitologii Basków, sygnalizując również bytowanie czegoś innego, być może obdarzonego opiekuńczą naturą w okolicznych lasach, prezentujących się tak, jakby żywcem wyjęto je z jakiegoś utworu dark fantasy. I właśnie ten drugi kierunek wskazany przez Bordejo, osnuwany nieznośną wręcz atmosferą tajemniczości przez ekipę techniczną pod wodzą uzdolnionego reżysera Fernando Gonzaleza Moliny, najsilniej podsycał moją ciekawość. Drugim mocno intrygującym wątkiem poruszonym w „El guardian invisible” jest traumatyczna przeszłość głównej bohaterki, Amaii Salazar, wiarygodnie wykreowanej przez Martę Eturę. Twórcy zaznajamiają nas z jej szczegółami stopniowo, za pośrednictwem wstawek retrospektywnych, ale już podczas pierwszej powinniśmy nabrać przekonania, że z matką małej wówczas Amaii było coś nie tak. Z czasem dowiemy się przez jakie niewyobrażalne piekło przeszła niewinna dziewczynka, jakie cierpienia musiała znosić i jak to odbiło się na jej dorosłym życiu. Przede wszystkim na kontaktach ze starszą siostrą, Florą, ale również na aktualnym samopoczuciu, po przyjeździe do Elizondo zostaje bowiem zmuszona do bolesnej konfrontacji z demonami przeszłości. Powiem szczerze, że pokrótce przybliżone wyżej wątki zainteresowały mnie nieporównanie bardziej niż płaszczyzna kryminalna, tj. przebieg śledztwa kierowanego przez główną bohaterkę filmu dotyczącego seryjnego mordercy nastoletnich dziewcząt mieszkających w Elizondo. Jego wizytówka, czyli pozostawianie zwłok na zalesionych terenach po uprzednim rozebraniu, obmyciu, ułożeniu rąk w wiele mówiącej pozycji oraz wygoleniu łona, na którym następnie kładzie ciasteczko porusza wyobraźnię głównie dlatego, że wydaje się to być częścią jakiegoś mistycznego rytuału, być może nawiązującego do mitologii baskijskiej. Z drugiej jednak strony może być jedynie wynikiem makabrycznej kreatywności sprawcy, wymyślną formą chwilowego rozładowania jego destrukcyjnych zapędów, procederem, który daje mu tak upragnione katharsis (na chwilę) – tego przez długi czas nie będziemy w stanie zgłębić, przez co modus operandi mordercy tylko zyska na intrygującej tajemniczości.

Moim zdaniem największym błędem twórców „El guardian invisible” było rozwlekanie aspektów kryminalnych, które co prawda zostały utrzymane w bardzo mrocznym klimacie (tworzonym z obrazów i dźwięków, bo nie należy przecież zapominać o niezwykle nastrojowych kompozycjach Fernando Velazqueza), ale w porównaniu do rodzinnego życia głównej bohaterki i ukłonów w stronę mitologii baskijskiej (w przeważającej większości wyłącznie atmosferycznych) wypadały może nie płasko, ale na pewno dużo mniej widowiskowo. Jeśli zabrać wyżej wspomniane dwie płaszczyzny zostaje pospolite dochodzenie śladami seryjnego mordercy, standardowe przedzieranie się przedstawicieli hiszpańskich organów ścigania przez niezliczone dowody, przesłuchania osób, które mogą, ale wcale nie muszą być zamieszane w tę sprawę, badania miejsc zbrodni, przeglądania akt z innych spraw i doniesień prasowych etc. A to wszystko uparcie podąża po przetartym torze, ściśle trzyma się doskonale znanej fanom tego typu thrillerów konwencji. Co samo w sobie nie uważam za wadę, ale w zestawieniu z paroma ponadczasowymi dreszczowcami o seryjnych mordercach wątek śledztwa w „El guardian invisible” wydaje się być mało wyrazisty, tak jakby twórcy zapomnieli o nadaniu mu odpowiedniego tonu, o jaskrawym zaznaczaniu jego centralnego przecież miejsca w scenariuszu. Miałam nieodparte wrażenie, że dochodzenie, chociaż najszerzej omówione przez twórców niezmiennie usuwało się na dalszy plan, było przykrywane innymi, powiązanymi z tymże, motywami, że te poboczne wątki były nośnikiem największego napięcia. Przez co wbrew sobie na szczegóły dochodzenia Amaii Salazar niejednokrotnie patrzyłam z narastającym zniecierpliwieniem, oczekując szybszego przejścia do jej życia rodzinnego lub kolejnego tekstowego nawiązania do mitologii baskijskiej. Znudzona nie byłam, ale emocje jakich dostarczyło mi to konkretne śledztwo do najsilniejszych na pewno nie należały. A gdyby nie doskonała oprawa audiowizualna moje reakcje pewnie byłyby o wiele bardziej krytyczne. Myślę, że „El guardian invisible” zyskałby na okrojeniu, tj. skróceniu sekwencji skupiających się na śledztwie kierowanym przez główną bohaterkę (film trwa trochę ponad dwie godziny), bo nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że wiele z nich niepotrzebnie porozciągano w czasie i to w sposób, który zamiast wzmagać swego rodzaju intymność, wzmacniać więź pomiędzy mną i pozytywnymi bohaterami tej produkcji, wybijał mnie z rytmu, zmuszał do obcowania z mało emocjonującymi dłuższymi ustępami. Ale tożsamości sprawcy nie udało mi się rozszyfrować – nie jest to niemożliwe, ale też owe wyzwanie do najłatwiejszych nie należy, dlatego mogę oddać twórcom biegłość w zaciemnianiu tego aspektu „El guardian invisible”. Ale z drugiej strony nie mogę stwierdzić, że to rozwiązanie wywarło na mnie piorunujący efekt, że kolokwialnie mówiąc „opadła mi szczęka” i dotyczy to zarówno personaliów sprawcy, jak i motywów, którymi się kierował.

W mojej ocenie „El guardian invisible” wyróżnia się na tle współczesnych thrillerów doprawdy mroczną, praktycznie przesyconą mityczną tajemniczością i rozbuchaną złowieszczością atmosferą, tak zjawiskową oprawą audiowizualną, że wprost nie można oderwać od niej oczu. Nawet w chwilach, w których scenariusz nieco kuleje, gdy raczy się nas mało widowiskowymi detalami z dochodzenia prowadzonego przez główną bohaterkę filmu, ze śledztwa, które pewnie byłoby męczące, gdyby nie odniesienia do mitologii baskijskiej i jakże ponurej przeszłości pierwszoplanowej postaci. Ale na szczęście mało widowiskowa warstwa stricte kryminalna została urozmaicona wielce interesującymi wątkami pobocznymi i uatrakcyjniona wspomnianym już mrocznym klimatem. Dlatego mimo wszystko nie mam oporów przed poleceniem tej produkcji każdemu długoletniemu miłośnikowi thrillerów o seryjnych mordercach.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...