sobota, 4 maja 2019

„Krwawa zemsta” (2013)

Niesłysząca młoda kobieta imieniem Zoe wyrusza w samotną podróż samochodową chcąc dostać się do swojego narzeczonego Dane'a. Po wjeździe do małego pustynnego miasteczka w Nowym Meksyku kobieta omal nie potrąca rannego Indianina, a chwilę później widzi jak grupa mężczyzn zabija innego członka tej rdzennej ludności amerykańskiej. Zoe próbuje uciec wraz z okaleczonym mężczyzną, ale nie udaje jej się. Indianin zostaje zabity, a jego niedoszła wybawicielka trafia do siedziby oprawców. Mężczyźni przywiązują ją drutem kolczastym do łóżka, gwałcą, a na koniec jeden z nich odbiera jej życie. Ciało Zoe trafia do płytkiego grobu na pustyni. Znajduje je pewien Indianin, który odprawia rytuał wskrzeszenia nieszczęsnej kobiety. Zoe wraca, ale nie jest taka jak przedtem, co nie wróży dobrze jej oprawcom.

„Krwawa zemsta” to niskobudżetowy amerykański horror z nurtu rape and revenge w reżyserii i na podstawie scenariusza (stworzonego z niewielką pomocą Deona van Rooyena) Michaela S. Ojedy. Jego pierwszy film, dramat pt. „Lana's Rain”, ukazał się w 2002 roku, a potem w roli reżysera i scenarzysty Ojeda realizował się głównie w telewizji. Dalej sięgał jako operator filmowy – w tym charakterze ma najbogatsze doświadczenie – i trwało to do 2013 roku, kiedy to ukazał się jego „Savaged”. Dystrybutorzy z czasem zmienili angielski tytuł na „Avenged”, w Polsce natomiast film wyszedł pod nazwą „Krwawa zemsta”. I jest to jeden z tych nielicznych przypadków, w których przymiotnik „krwawy” nie okazuje się mocno przesadzony.

Michael S. Ojeda w jednym z wywiadów wyznał, że chciał tutaj pokazać coś, czego jeszcze na ekranie nie widział, dając do zrozumienia, że tak już ma, iż nie satysfakcjonuje go powielanie pomysłów innych twórców. Chce dawać coś od siebie, wymyślać historie, które czymś się wyróżniają, które proponują widzom jakieś nowe (albo mniej pospolite) rozwiązania. Na tle całego gatunku „Krwawa zemsta” nie wypada nowatorsko, ale jeśli spojrzeć na nią przez pryzmat nurtu, do którego przynależy (rape and revenge), to trudno uznać ją za sztampową. Ten podgatunek exploitation, jak sama jego nazwa wskazuje, skupia się na zazwyczaj kobietach, które dokonują słusznej zemsty na swoich gwałcicielach (np. „Pluję na twój grób” Meira Zarchiego). Bywa jednak i tak, że to inni wymierzają zasłużoną karę ich oprawcom („Ostatni dom po lewej” Wesa Cravena, „Pociąg tortur” Aldo Lado). Konstrukcja takich obrazów jest bardzo prosta – najpierw przyglądamy się niewyobrażalnej krzywdzie zadawanej kobiecie bądź kobietom, a potem role się odwracają. Oprawcy stają się ofiarami. Tak jest i w „Krwawej zemście”, ale tutaj dochodzi jeszcze pierwiastek paranormalny, UWAGA SPOILER w postaci ducha Indianina, który zamierza zemścić się na potomkach swojego mordercy KONIEC SPOILERA. Poza tym, podobnie jak na przykład w „Thanatomorphose” Erica Falardeau i „Contracted” Erica Englanda, ciało głównej bohaterki ulega rozkładowi. To po jej wskrzeszeniu, ale zanim kobieta umrze będziemy mogli przyjrzeć się męce, zgotowanej jej przez grupę rasistów z Nowego Meksyku (wymuszonych stosunków seksualnych nie zobaczymy). Ludzi, którzy mają na sumieniu życie wielu Indian, ale jak widać choćby na przykładzie Zoe, nie mają oporów przed krzywdzeniem również białych. Jeśli sytuacja tego wymaga to bez namysłu targną się także na życie tych Amerykanów, których los nie jest zupełnie obojętny opinii publicznej. Degeneraci z Nowego Meksyku wychodzą bowiem z założenia, że mogą bezkarnie polować na Indian, bo władze nie zainteresują się ich zniknięciem, w przeciwieństwie do zaginięcia jakiegoś białego człowieka. I trudno nie przyznać im racji – w świecie przedstawionym przez Micheala S. Ojedę nikt nie wszczyna śledztwa w sprawie zaginięć rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej. Grupa białych mężczyzn (plus jeden Indianin) od lat poluje na tych ludzi i specjalnie się z tym nie kryje. Widać to już w pierwszej partii „Krwawej zemsty”, podczas morderstwa dwóch Indian w środku dnia, w miejscu, którego nie można uznać za odosobnione. Bo to w końcu autostrada – owszem niezbyt ruchliwa, ale to nie zmienia faktu, że w każdej chwili można natknąć się tam na jakiegoś podróżnego. I tak też się staje. Świadkiem podwójnego zabójstwa jest głucha kobieta imieniem Zoe, która zmierzała do swojego narzeczonego, Afroamerykanina Dane'a. Film otwiera scena żegnania się głównej bohaterki z matką, potem Zoe wsiada do samochodu i rusza do swojego partnera. Jej podróż nie trwa długo, akcja nabiera rozpędu już po kilku minutach. Zoe przemierza właśnie pustynną asfaltową drogę, gdy przed maską wyrasta jej nagle ranny mężczyzna. Kobiecie udaje się go nie potrącić, ale nieznajomy i tak umiera. Zostaje zabity przez jednego z rasistów, którzy to chwilę wcześniej również na oczach Zoe pozbawili życia jego kolegę. Ją natomiast spotka jeszcze gorszy los – świadek tego podwójnego morderstwa, ta niepełnosprawna kobieta niezwłocznie zostanie przewieziona do siedziby tych degeneratów, gdzie przejdzie niewyobrażalne męki zakończone śmiercią. Przywiązana drutem kolczastym do łóżka, zgwałcona przez kilku mężczyzn kobieta podejmie próbę ucieczki (dosyć mocna sekwencja wyswobadzania się z więzów), ale jej trud okazuje się daremny. Kobieta zostaje zadźgana, jej ciało znajduje jednak pewien Indianin, który odprawia rytuał wskrzeszenia. Zoe wraca, ale jej ciało jest martwe – jest żywych trupem, żądnym zemsty zombie, istną maszyną do zabijania, która musi działać szybko, bo jej ciało ulega rozkładowi.

Autorem zdjęć do „Krwawej zemsty” jest sam Michael S. Ojeda, któremu to udało się stworzyć z lekka duszący, przybrudzony klimat wyalienowania i całkowitego rozpadu moralnego. Bo kadry te tchną degeneracją, mentalną zgnilizną, kompletnym odejście od tego, co optymistycznie, a wręcz narcystycznie, nazywa się człowieczeństwem. Oczywiście tak zgniatającej, oblepionej brudem atmosfery, jak choćby w „Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną” Tobe'a Hoopera tutaj nie znajdziemy, ale trzeba oddać Ojedzie, że nie poprzestał na chwytliwym miejscu akcji, że jak wielu innych twórców horrorów nie uznał, że całą robotę wykona odpowiedni krajobraz. Piaskowe, przygaszone barwy idealnie współgrają z nihilistycznym wydźwiękiem scenariusza i potęgują wrażenie wyobcowania, wpadnięcia w istną dzicz (normalnie Dziki Zachód), do świata, do którego cywilizacja jeszcze nie dotarła. Sama ta kolorystyka rodzi poczucie, że jedynym prawem jaki obowiązuje na tych terenach jest prawo dżungli, choć to oczywiście nieprawda, bo zdaje się, że ciche przyzwolenie na zabijanie nie dotyczy wszystkich. Jeśli jesteś białym tubylcem zabijającym Indian to w porządku, róbta co chceta, ale zabrania się rozciągania tej zbrodniczej działalności na członków innych ras. Ten grzech szybko zostanie zauważony, na to nikt oczu nie przymknie, za to odpowiedzialności nie uda ci się tak łatwo uniknąć. Będziesz ścigany przez tutejszą policję... ale to najmniejszy z twoich problemów. „Łowcy Indian” w omawianym obrazie Michaela S. Ojedy nie mają co obawiać się prowincjonalnych gliniarzy, skoro poluje na nich biegły w sztukach walki zombie, istota, której nie da się łatwo uśmiercić... bo jej organizm już jest martwy. Moim zdaniem pomysł ten wykorzystano całkiem nieźle, ale tylko w zakresie body horroru. Zbliżenia na robaki kłębiące się w ręce Zoe, skórę, którą zdziera sobie z palca i wnętrzności, które wyjmuje z własnego ciała, z pewnością zwracają uwagę. Tym bardziej, że efekty specjalne nie rażą sztucznością. Substancja służąca za krew jest co prawda nazbyt rozwodniona, ale nie wpływa to jakoś szczególnie na odbiór płaszczyzny gore. Nie nazwałabym tego filmu mocno krwawym, ale na niedobór takich śmiałych ujęć narzekać nie mogłam. Tym bardziej, że nie ograniczano się tutaj do chlapania sztuczną posoką – poszarpane brzegi ran, ludzkie wnętrzności, ze szczególnym wskazaniem na „zabawę w przeciąganie liny”, w której zamiast liny mamy jelito, i oczywiście kończyny. Wszystko to tu mamy i to w całkiem niezłym wykonaniu, ale do ideału moim zdaniem „Krwawej zemście” jeszcze sporo brakuje. Doceniam chęć odejścia od zwyczajowej konstrukcji rape and revenge, samo to postanowienie Ojedy by pokazać coś może niekoniecznie nowego w ogóle, ale na pewno nietypowego dla tego konkretnego prądu kina eksploatacji. O efektach komputerowych mogę napisać tylko tyle, że ucieszyło mnie, że nie było ich więcej – te dwa cyfrowe koszmarki, które zobaczyłam zupełnie mi wystarczyły. Szkoda, że nie dało się ich odzobaczyć... Nie to jednak irytowało mnie w „Krwawej zemście” najbardziej. Gorzej znosiłam sekwencje skręcające w stronę kina akcji. I to w dodatku taniego, emanującego zwykłą tandetą. Posiadająca niemalże takie zdolności jak superbohaterowie z komiksów Marvela, nieumarła istota w wykonaniu Amandy Adrienne Smith, niezbyt mnie przekonała. Miejscami wręcz drażniło mnie tak daleko idące przerysowanie też postaci, tak przez scenarzystę, jak aktorkę. Swoją drogą od Smith słabszy warsztat miał tylko odtwórca roli Dane'a, Marc Anthony Samuel, wszyscy pozostali członkowie obsady omawianego filmu, a zwłaszcza „łowcy Indian” moim zdaniem zaprezentowali się nieporównanie lepiej. Mścicielka może i wypada nowatorsko na tle całe tego podgatunku (rape and revenge), ale nowe nie zawsze znaczy dobre. A przynajmniej mnie ta wizja nie przekonała. Właściwie to uważam, że to jeden z tych filmowych przypadków, któremu usilne dążenie do oryginalności bardzo zaszkodziło. Tak, wolałabym, żeby Michael S. Ojeda bardziej trzymał się konwencji – motyw polowań na Indian był zgrabnym dodatkiem, tak samo zombie, ale na te dalsze kombinacje w mojej ocenie nie powinno się porywać. Trąciło to takim kiczem, którego ja mimo najszczerszych chęci zaakceptować nie potrafiłam. Gdyby nie to „Krwawą zemstę” oceniłabym zdecydowanie wyżej. A tak? Uważam, że wychodzi trochę ponad średnią, ale tylko odrobinę.

Klimat i te praktyczne efekty specjalne prezentują się na tyle solidnie bym czuła się w obowiązku polecić „Krwawą zemstę” Michaela S. Ojedy każdemu wielbicielowi krwawego/umiarkowanie krwawego kina grozy, ze szczególnym wskazaniem na nurt rape and revenge, ale to nie wystarczy bym czuła się zmuszona kogokolwiek o to prosić, naciskać, czy coś w tym rodzaju. Obejrzeć można, ale radzę nie nastawiać się na istną petardę. Myślę, że za dużo w tym kiczowatej akcji, dosyć ciężkostrawnej dynamiki, przekombinowanej tak w formie, jak w treści. Co z tego, że horror tchnie świeżością, że w swoim podgatunku jawi się całkiem pomysłowo, skoro twarda konwencja lepiej się sprawdza. A przynajmniej ja wolałabym dostać dobrze już znaną konstrukcję fabularną. Daleka jednak jestem od wyrzucania sobie tego wyboru – tak, dobrze, że mogłam to zobaczyć, w sumie nie żałuję czasu przeznaczonego na tę produkcję i podejrzewam, że niewielu miłośników filmowych rąbanek całkowicie spisze na straty te mniej więcej półtorej godziny poświęcone na „Krwawą zemstę”. Coś dla siebie przynajmniej część z tych osób bez wątpienia w tym filmie znajdzie. Tak, to na pewno.

2 komentarze:

  1. Potwierdzam, twarda konwencja lepiej się sprawdza. Przekombinowanie fabularne spowodowało, że wcale nie kibicowałem dziewczynie w zemście, skoro... no właśnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny filmy, trzymający w napięciu do samego końca , brutalny ale taki musi być , poruszając tego typu historie . 10/10😃 polecam.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...