Autor
dobrze sprzedających się thrillerów, Bert Amandale, niedawno
przeprowadził się wraz z żoną Miriam i szesnastoletnią córką
Britney z Londynu do Prowansji, do Saint-Remy, niewielkiej
miejscowości we Francji. Niedługo potem w miasteczku nieopodal
zamieszkał najlepszy przyjaciel Berta, Chucks, rockman, teraz
pracujący nad nowym albumem, który jak ma nadzieję pozwoli mu
wrócić na scenę po wielu latach przerwy. Miriam nie jest
zadowolona z pojawienia się Chucksa, od dłuższego czasu jest
bowiem przekonana, że mężczyzna potrafi jedynie stwarzać
problemy, ale Berta bardzo raduje towarzystwo długoletniego
przyjaciela. Pewnego dnia muzyk zdradza mu, że niedawno śmiertelnie
potrącił człowieka i pod wpływem paniki uciekł z miejsca
zdarzania. Gdy nazajutrz wrócił w to samo miejsce nie znalazł ani
ciała, ani innych śladów, które wskazywałyby, że na tym odcinku
drogi doszło do wypadku. Po przeprowadzeniu małego wywiadu w
okolicy Bert uświadamia sobie, że nikomu, nawet policji, nic nie
jest wiadome o takim wydarzeniu. Chucks od tego momentu żyje
natomiast w przekonaniu, że ktoś chce go zabić, co początkowo
każe Bertowi podejrzewać, że właśnie przeżywa on jeden z swoich
paranoicznych napadów. Ale kolejne niepokojące wydarzenia oraz
tropy, na jakie natrafia zmuszają go do gruntownego zbadania tej
sprawy.
niedziela, 16 lipca 2017
Mikel Santiago „Zła droga”
piątek, 14 lipca 2017
„Barwy nocy” (1994)
Nowojorski
psycholog, Bill Capa, rezygnuje z dalszego wykonywania zawodu po
samobójstwie jednej ze swoich pacjentek. Udaje się do Los Angeles,
gdzie zatrzymuje się u swojego przyjaciela terapeuty, Boba Moore'a,
który wzbogacił się dzięki napisaniu poczytnej książki. Zaraz
po przyjeździe Bill na prośbę kolegi uczestniczy w spotkaniu z
jedną z jego grup terapeutycznych złożoną z pięciu osób:
Clarka, borykającego się z nerwicą natręctw, nimfomanki i
kleptomanki Sondry, masochisty Caseya, niepotrafiącego poradzić
sobie ze śmiercią żony i córki Bucka i zmagającego się z
socjofobią szesnastoletniego Richiego. Nazajutrz Bob zdradza
Billowi, że ktoś mu groził, a on ma powody przypuszczać, że jego
prześladowcą jest ktoś z grupy, którą mu przedstawił. Niedługo
potem Moore zostaje zamordowany. Prowadzący śledztwo w sprawie jego
śmierci detektyw Martinez i sami członkowie grupy terapeutycznej
proszą Billa, aby ją przejął. Ten pierwszy ma nadzieję, że
psychologowi uda się wytypować mordercę. Bill daje się w końcu
przekonać. Obejmuje pieczę nad problematyczną grupą, po czym
przystępuje do bacznego przyglądania się swoim nowym pacjentom.
Dużą część wolnego czasu spędza natomiast z nowo poznaną młodą
kobietą, Rose.
Zrealizowany
za czterdzieści milionów dolarów amerykański thriller w reżyserii
Richarda Rusha, „Barwy nocy”, okazał się finansową klapą.
Zresztą nie tylko tego rodzaju porażka go spotkała - dużą liczbą
pochlebnych opinii również nie mógł się poszczycić. Miażdżąca
większość krytyków i spora część zwykłych odbiorców nie
szczędziła nieżyczliwych słów pod adresem tej produkcji,
laureatki Złotej Maliny w kategorii „najgorszy film”,
nominowanej do tejże również w wielu innych kategoriach. Co prawda
kawałek muzyczny pojawiający się w filmie został nominowany do
Złotego Globu, ale zdecydowanie dominowały „akcenty piętnujące”
niniejsze dokonanie Richarda Rusha. A ja tymczasem pytam: o co
chodzi? Skąd aż taka nienawiść do „Barw nocy”, w mojej ocenie
klimatycznego thrillera opowiadającego tak ciekawą historię?
„Barwy
nocy” to wysokobudżetowy thriller, w którym jednak nie uwidacznia
się żaden przepych, chyba że za przejaw takowego uznać obecność
znanych aktorów na planie. Główna rola przypadła w udziale, jak
zawsze znakomitemu Bruce'owi Willisowi, ale mnie osobiście
najbardziej ucieszył udział Lance'a Henriksena. Jedną z mniejszych
ról powierzono także dobrze znanemu opinii publicznej Bradowi
Dourifowi, a jedne z większych pól do popisu mieli Ruben Blades,
kreujący barwną postać nadpobudliwego detektywa Martineza i
partnerująca Willisowi Jane March. Scenariusz autorstwa Matthew
Chapmana i Billy'ego Raya koncentruje się na psychologu, Billu
Capie, który obwinia się za samobójstwo jednej z pacjentek.
Wyrzuty sumienia zmuszają go do porzucenia nowojorskiej praktyki i
wyjazdu do Los Angeles. Gdzie nie zamierza realizować się w
dotychczasowym zawodzie, ponieważ jak zdradza zaprzyjaźnionemu
terapeucie, u którego się zatrzymał, Bobowi Moore'owi, stracił
wiarę w to, co robił. Zmienia zdanie po morderstwie wspomnianego
kolegi. Przejmuje jedną z grup terapeutycznych Boba w nadziei, że
uda mu się znaleźć w tym gronie sprawcę i ze zwykłej chęci
niesienia chorym pomocy. Obawia się, że może im zaszkodzić, ale
sami pacjenci przekonują go, że jest najodpowiedniejszą osobą do
prowadzenia ich grupy. Pierwsze zabójstwo pojawiające się w
„Barwach nocy” i trzymająca w napięciu sekwencja je
poprzedzająca spokojnie mogłyby być wykorzystane w jakimś
slasherze. Pojawienie się za drzwiami tajemniczego oprawcy, z
gardła którego wydobywa się upiorny śmiech, raptowny skok na
ofiarę, który zmusił mnie do lekkiego uniesienia się z fotela i
finalizujący całość widok zakrwawionych zwłok mężczyzny, a
wszystko to podane w odpowiednio mrocznej oprawie, przed laty podczas
pierwszego seansu „Barw nocy” kazały mi sądzić, że będę
miała do czynienia z thrillerem obfitującym w trzymające w
napięciu sceny mordów, osiągającym taki poziom drastyczności,
jakim uraczyło mnie większość obejrzanych przeze mnie slasherów.
Ale na drugi atak mordercy przyszło mi długo czekać – zamiast
skupić się na zbrodniczej działalności tajemniczego mordercy,
zamiast zaoferować mi spodziewany proces eliminacji członków grupy
terapeutycznej obecnie prowadzonej przez Billa Capę, scenarzyści
woleli pochylić się nad jego amatorskim śledztwem, romansem z nowo
poznaną młodą kobietą, Rose, i próbami niesienia pomocy nowym
pacjentom. W tym pierwszym zajęciu głównego bohatera wspiera
detektyw prowadzący sprawę morderstwa jego przyjaciela, Martinez,
który zachowuje się tak jakby coś brał. Jego hałaśliwy sposób
bycia, zmienne nastroje i zabawne odzywki, którymi często raczy
swoich słuchaczy znacznie uprzyjemniają seans. Akcenty
humorystyczne przebijające z tej barwnej sylwetki w najmniejszym
nawet stopniu nie przykrywają aury niebezpieczeństwa spowijającej
właściwie wszystkie postacie, nie obniżają mrocznego wydźwięku
„Barw nocy”. Ale niestety nie mogę tego samego powiedzieć o
płaszczyźnie romantycznej. Docenione przez magazyn „Maxim”
sceny erotyczne z udziałem Bruce'a Willisa i Jane March niemalże
odrzucały mnie od ekranu i bynajmniej nie za sprawą sfery wizualnej
tylko dźwiękowej. Skomponowana przez Dominica Frontiere'a muzyka
przez większość czasu nie wzbudzała we mnie absolutnie żadnych
emocji – nie zwracałam na nią uwagi, za wyjątkiem scen seksu,
które za jej sprawą jawiły się niczym kawałki wprost wyjęte z
jakiejś telenoweli opowiadającej historię przesłodzonego do
granic możliwości, płomiennego romansu mężczyzny i kobiety.
Poetyckie monologi, którymi Bill niemalże za każdym razem wita
swoją kochankę to kolejna składowa tego irytująco sportretowanego
wątku, doprawiona taką warstwą cukru, że autentycznie mnie
zemdliło – podejrzewam, że gdyby kazano mi słuchać tego dłużej
pod moimi nogami pojawiłaby się kałuża wymiocin...
Ale
„Barwy nocy” to nie tylko zapis romansu mężczyzny z młodszą
od niego mieszkanką Los Angeles. A nawet nie przede wszystkim,
ponieważ scenarzyści zdecydowanie więcej miejsca poświęcają
pozostałym, nieporównanie lepiej poprowadzonym wątkom silnie
osadzonym w konwencji dreszczowca. Moim zdaniem najlepszym,
najbardziej intrygującym pomysłem scenarzystów była grupa
terapeutyczna. Zawężenie listy podejrzanych do grona złożonego z
pięciu pacjentów Boba Moore'a, raz w tygodniu spotykających się
na terapii grupowej. Każdy z nich boryka się z innym problemem,
portret osobowości każdego z nich przyciąga uwagę i każdy wydaje
się stanowić idealny materiał na filmowego mordercę - wybór
scenarzystów może paść na absolutnie każdego nowego pacjenta
Billa Capy, nikt nie wydaje się tak mało prawdopodobny, żeby można
było szybko wykluczyć go z grona podejrzanych. To znaczy ja nie
potrafiłam tego uczynić podczas pierwszej projekcji „Barw nocy”,
ale niewykluczone, że gdybym po raz pierwszy sięgnęła po niego
teraz to zdołałabym przewidzieć przynajmniej niektóre, te co
bardziej pomysłowe, elementy składające się na unaoczniony zwrot
akcji. Oglądając ten film ponowie, z pozycji osoby już oświeconej,
miałam wrażenie, że szczegóły naprowadzające widzów na, może
nie całościowe, ale na pewno częściowe rozwiązanie zagadki aż
nazbyt rzucają się oczy. UWAGA SPOILER Wybór aktorki z tak
charakterystycznymi jedynkami (zębami) moim zdaniem był wielce
ryzykowny KONIEC SPOILERA. Przy zasadności tego osądu nie
będę się jednak upierać, całkiem bowiem możliwe, że wspomniany
detal za drugim podejściem odznaczał się tak wyraźnie, bo
wiedziałam już, czemu powinnam się dokładnie przyjrzeć. Zanim
jednak scenarzyści przystąpią do odkrywania tajników całej
intrygi, zanim zaserwują nam może i nieodznaczające się
porażającą innowacyjnością, ale moim zdaniem dobrze przemyślane
i odpowiednio posklejane elementy składające się na dla niektórych
pewnie mocno zdumiewające rozwiązanie zagadki kryminalnej,
przeprowadzą widzów przez nieoszpecone niepotrzebnym efekciarstwem,
w zdecydowanej większości klimatyczne przeżycia Billa Capy w Los
Angeles. Najczęściej urozmaicane wstawkami z życia paru jego
aktualnych pacjentów. Miłośnicy dynamicznych thrillerów pełnych
wymyślnych efektów specjalnych zapewne będą rozczarowani
podejściem Richarda Rusha – powolnym rozwojem akcji (film trwa
trochę ponad dwie godziny), znacznym ograniczeniem liczby trupów i
trzymających w napięciu manifestacji tajemniczego oprawcy na rzecz
nieśpiesznej eksploracji płaszczyzny psychologicznej i kryminalnej
– przy czym, ten drugi aspekt dotyczy głównie rozwoju śledztwa
detektywa Martineza, w które zostaje zaangażowany psycholog Bill
Capa tj. mozolnego podążaniu głównie przez tego drugiego za
paroma tropami, na które natrafia. Za wyjątkiem ustępów
romantycznych i erotycznych film spowija frapująca aura złowrogiej
tajemnicy, która zapewne nie wywierałaby takiego wrażenia, gdyby
nie ciemne, a nawet lekko przybrudzone kadry i ciężar, jaki twórcy
„Barw nocy” położyli na grupę terapeutyczną, nad którą
pieczę dosyć szybko objął bohater pierwszoplanowy. Jeśli szybko
nie zdoła się znaleźć odpowiedzi na najważniejsze pytania
postawione w scenariuszu to właściwie nie sposób nie reagować na
to grono złożone z pięciu borykających się z problemami
psychicznymi osobników z ogromną nieufnością. Właściwie to
łatwo poczuć się ogłoszonym pokaźnym ładunkiem złowieszczości
bijącym z tej grupy, dać się zelektryzować atmosferze
przyczajonego zagrożenia, bo twórcy wprost przesycają nią
dosłownie każde ich spotkanie. Ale na tym nie kończy się proces
tworzenia klimatu tajemniczości, bo z równie dużą siłą rzeczony
pierwiastek unaocznia się również w scenach z prywatnego życia
Billa Capy, zwłaszcza po pokazaniu widzom fragmentu z życia jednej
z jego pacjentek. Wówczas trybiki w głowie oglądającego
prawdopodobnie zaczną kręcić się z niewyobrażalną prędkością,
zmuszając go do jeszcze większego główkowania niż chwilę
wcześniej. Pod warunkiem oczywiście, że do tego czasu nie uda mu
się co nieco przewidzieć.
„Barwy
nocy” Richarda Rusha to thriller, na którym doprawdy niewielu
amerykańskich krytyków litościwie postanowiło pozostawić chociaż
jedną suchą nitkę. To laureat Złotej Maliny, który nie może się
pochwalić dużą liczbą fanów również wśród zwykłych
odbiorców. A teraz, po
przekazaniu tych informacji, pragnę zarekomendować ten obraz
każdemu miłośnikowi klimatycznych dreszczowców, w których
najważniejsza jest fabuła i bohaterowie, nie zaś widowiskowe
efekty specjalne i pędząca na łeb na szyję akcja, w której
brakuje należycie zarysowanych wątków. Nie wiem, czy film będzie
w stanie zaskoczyć wielu długoletnich wielbicieli gatunku, ale
myślę, że przynajmniej ci z nich, którzy zasilają zarysowaną
przed chwilą grupę odbiorców będą śledzić tę historię z
sukcesywnie narastającym napięciem i całkiem dużym
zainteresowaniem.
środa, 12 lipca 2017
Sabine Durrant „Skłam ze mną”
Mało
znany powieściopisarz, Paul Morris, jest człowiekiem dbającym o
pozory, nieszczędzącym ludziom kłamstw, dzięki którym w oczach
innych jawi się niczym utalentowany człowiek sukcesu. Tymczasem w
rzeczywistości boryka się z problemami finansowymi i brakiem
jakichkolwiek perspektyw na przyszłość. Spotkanie z dawnym
znajomym, Andrew Hopkinsem, odmienia życie Paula. Mężczyzna ma
okazję, aby zbliżyć się do jego przyjaciółki, prawniczki Alice
Mackenzie, wdowy wychowującej trójkę dzieci, którą stara się
wykorzystać w nadziei na zapewnienie sobie darmowego lokum. Udaje mu
się wprosić na wakacje na greckiej wyspie Pyros w gronie
Mackenziech i Hopkinsów, gdzie zamierza kontynuować proces
zaskarbiania sobie sympatii Alice. Szybko uświadamia sobie, że
będzie musiał konkurować o jej względy z Andrew, który poświęca
jej więcej uwagi niż swojej żonie Tinie. Paulowi jeszcze przed
wyjazdem na wyspę udaje się zostać kochankiem Alice, ale to mu nie
wystarcza. Pragnie zdobyć jej serce, ale wciąż napotyka różnego
rodzaju przeszkody. Jego najpotężniejszą bronią są kłamstwa,
którymi chętnie raczy całe towarzystwo, nie biorąc pod uwagę
możliwości, że takim postępowaniem może sprowadzić na siebie
poważne kłopoty.
Uważny
czytelnik szybko wyczuje nieprzyjemny zapaszek wydobywający się ze
wzajemnych relacji Brytyjczyków spędzających wakacje na wyspie
Pyros. Sabine Durrant nie szczęści bowiem subtelnych sygnałów
wskazujących na to, że w tym gronie panoszy się jakaś zgnilizna,
że coś jest tutaj mocno nie tak. Coś zgrzyta – pytanie tylko co?
Godne potępienia zamiary Paula Morrisa są oczywiste. Znamy jego
niechlubny plan, który bez skrupułów konsekwentnie realizuje.
Opisy jego licznych występków są pozbawione odpowiedniego ciężaru
– pierwszoplanowa narracja każe nam spoglądać na nie oczyma
Paula, a więc między innymi takie czyny jak okradanie pozostałych
domowników oraz lubieżne spojrzenia, jakimi obdarza dorastające
dziewczęta odziane w stroje kąpielowe, córki swoich dorosłych
towarzyszy, są relacjonowane jak coś zupełnie niewinnego. Bo też
w taki sposób zapatrywał się wówczas na swoje poczynania sam
narrator. Wówczas, bo w „Skłam ze mną” pojawia się również
kilka ustępów z przyszłości, które nie pozostawiają żadnych
wątpliwości, że głównego bohatera czeka ciężki los. Zwracający
uwagę na detale odbiorca z całą pewnością szybko nabierze
przekonania, że podejrzenia nie powinny skupiać się jedynie na
pierwszoplanowej postaci, że Durrant stara się całej tej sytuacji,
w której tkwi Paul nadać znamiona osobliwości. Sprawić, żebyśmy
spoglądali na dosłownie wszystkich uczestników owej wyprawy z
narastającą nieufnością. To znaczy nie wszyscy – mowa jedynie o
odbiorcach wyczulonych na drobne niuanse, subtelne oznaki
kuriozalności i złowrogich niejasności, tak łagodnie
zaznaczanych, że jestem o tym przekonana, przez część czytelników
mogą w ogóle nie zostać zauważone. Moim zdaniem na kartach „Skłam
ze mną” Sabine Durrant osiągnęła prawdziwe mistrzostwo
budowania napięcia poprzez posuniętą do ekstremum enigmatyczność.
Na pierwszy rzut oka wygląda to tak, jakby sabotowała samą siebie.
Jakby wszystkie te liczne, acz niezwykle subtelnie zaznaczane
manifestacje obecności jakiegoś zagrożenia przykryła zbyt grubym
płaszczem, żeby czytelnik mógł je w ogóle zauważyć, a co
dopiero poddać jakiejś interpretacji. I takie wrażenie pewnie
odniosą ci, którym nie zechce się wniknąć głębiej, przedrzeć
się przez to, co oczywiste – zerwać ten metaforyczny płaszcz,
pod którym kryją się nieokiełznane emocje i gdzie znajdują się
nie tylko korzenie, ale też zarys całej intrygi. Jej charakter,
który jak podejrzewam, dla osób niepotrafiących „wpłynąć pod
powierzchnię” utkaną z kłamstw, półprawd i tego co agresywnie
wybija się na pierwszy plan, przez długi czas będzie kompletnie
niezrozumiały. Te osoby będą trwały w przekonaniu, że raczy się
ich obyczajową opowiastką, z której przebija zapowiedź jakiegoś
niebezpieczeństwa, jednak tak mglista, niewyraźnie zaznaczona, że
w żadnym wypadku niebędąca w stanie odpędzić wrażenia obcowania
z mało spektakularną, może nawet nudnawą opowiastką o wakacjach
na jednej z greckich wysp. Tymczasem ci, którym nie umkną naprawdę
liczne tropy powpychane w tę złudną sielankę z czasem dostrzegą
i docenią niebywale trzymającą w napięciu płaszczyznę
kryminalną. Wielu z nich najpewniej nie zdoła rozszyfrować tej
intrygującej zagadki, choć nie jest to niemożliwe – wiem, bo
mnie udało się przewidzieć niektóre elementy ujawnione w finale,
a co za tym idzie już wcześniej obrałam odpowiednią perspektywę.
Nie znaczy to jednak, że obniżyło to moje ogólne wrażenia z
lektury. Owszem, zakończenie nie zdumiało mnie tak bardzo, jak
chciała tego autorka, ale to wcale nie umniejszyło siły rażenia
wszystkich wątków je poprzedzających. Powiedziałabym nawet, że
zintensyfikowało napięcie, pogłębiło klaustrofobiczne odczucia,
a miejscami przynosiło coś na kształt paraliżu – należyte
odczytywanie na bieżąco co poniektórych tropów podrzucanych przez
Durrant sprawiało, że czasami musiałam się zatrzymać. Na chwilę
przerwać lekturę po to, aby jak mniemałam przygotować się na
rychłe nieszczęśliwe następstwo rzeczonego postępku, wyrazu
twarzy, wydarzenia etc.poniedziałek, 10 lipca 2017
„Amnezja” (2004)
Jessica
Shepard zostaje awansowana na inspektora wydziału zabójstw. Wraz ze
swoim nowym partnerem, Mikiem Delmarco, musi rozwikłać sprawę
zabójstwa mężczyzny, z którym Jessica jakiś czas temu spędziła
noc. Wkrótce zaczynają ginąć kolejni niegdysiejsi kochankowie
Shepard, a morderstwa mają miejsce w te noce, w które kobieta traci
kontakt z rzeczywistością. Komisarz John Mills, były partner ojca
Jessiki, który wychował ją po śmierci jej rodziców jest
przekonany, że seryjny morderca od dłuższego czasu obserwuje
policjantkę, ale uznaje, że odsunięcie jej od śledztwa zaszkodzi
sprawie i karierze jego podopiecznej. Shepard tymczasem coraz
bardziej wątpi w samą siebie. Zaczyna podejrzewać, że to ona
odpowiada za śmierć swoich byłych kochanków.
Jak
już nadmieniłam „Amnezja” nie eksperymentuje z konwencją
thrillerów o seryjnych mordercach (no chyba, że za coś w ten deseń
uznać okresowe zaniki świadomości u głównej bohaterki i
ewentualne domniemanie, że policjantka tak naprawdę ściga samą
siebie), niczego nie udziwnia i nie wpada w nadmierne komplikacje.
Oferuje widzom z gruntu prostą, w żadnym razie niezłożoną
zagadkę kryminalną z domieszką psychologii. W tej drugiej warstwie
również nie znajdziemy niczego, co „obciążałoby nasze umysły”,
co zmuszałoby nas do ogromnego skupienia i mozolnego przedzierania
się przez procesy myślowe zachodzące w głowie głównej bohaterki
celem uchwycenia istoty całej intrygi. Powiedziałabym raczej, że
„Amnezja” to niewymagający myślenia twór, przy którym przy
odpowiednim nastawieniu można się odprężyć po ciężkim dniu,
bez konieczności ciągłego główkowania nad fabułą. W
dzisiejszych czasach bardzo brakuje mi właśnie takiego
nienapuszonego, prostego podejścia do tematyki seryjnych morderstw –
thrillerów, które opowiadają zwyczajne historie, których twórcy
nie gmatwają wszystkiego w tak agresywny sposób, że ma się
wrażenie, jakby przystąpili do konkursu na najbardziej
przekombinowane filmidło. Jeśli weźmie się pod uwagę preferencje
dużej części współczesnej publiki trudno się im dziwić –
eksperymentowanie z formą i treścią obecnie wydaje się bardziej
doceniane niźli zwyczajnie nakręcone i opowiedziane historie, w
których nie znajdziemy innowacyjnych rozwiązań fabularnych i
spektakularnych zwrotów akcji. Wiem jednak, że istnieją jeszcze
widzowie, którzy tęsknią za prostotą, doceniają tradycyjne
podejście do opowieści o seryjnych mordercach ujętych z
perspektywy śledczych nawet jeśli owe nie mogą pochwalić się
nieprzewidywalnością. I moim zdaniem właśnie w ich stronę jest
ukierunkowana „Amnezja”, właśnie oni mają największą szansę
odczuć satysfakcję na widok tego przedsięwzięcia Philipa
Kaufmana. Chwilami generującego zadowalające napięcie emocjonalne
(acz z pewnością nie z gatunku tego paraliżującego zmysły
widza), osiągającemu może nie niebotycznie wysoki, ale w mojej
ocenie całkiem przyzwoity poziom dramaturgii oraz dosyć zgrabnie
intensyfikujący poczucie nieuchronnie zbliżającego się
zagrożenia. I oczywiście mogącego się pochwalić przystępną
narracją, konsekwentnym budowaniem interesującej (pomimo
konwencjonalności i przewidywalności) intrygi i takim samym
portretowaniem sylwetek równie ciekawych bohaterów.sobota, 8 lipca 2017
Jack Ketchum „Zabawa w chowanego”
Troje
studentów, Casey, Kimberley i Steven, wraz z rodzicami spędza
wakacje w małym miasteczku Dead River w stanie Maine. Miejscowy
młody mężczyzna, Dan Thomas, dołącza do ich paczki w nadziei na
zbliżenie się do Casey, która bardzo mu się podoba. Choć ma
pewne opory uczestniczy w ich wybrykach, głównie dlatego że
znajduje się pod silnym urokiem Casey. Ryzykantki, która lubi
stawiać na swoim i nie zwykła otwierać się przed innym. Dan stara
się lepiej ją poznać, odkryć dręczące ją fakty z jej
przeszłości, ale Casey reaguje złością, gdy mężczyzna kieruje
rozmowę na tematy osobiste. Podczas jednego z pierwszych spotkań z
młodymi wczasowiczami Dan opowiada im o domu należącym niegdyś do
Mary i Bena Crouchów, którzy zaginęli zostawiając budynek w
opłakanym stanie. Opuszczone, niszczejące domostwo, o którym krążą
przerażające historie porusza wyobraźnię przyjezdnych, ale
dopiero jakiś czas później zdecydują się wykorzystać drzemiący
w nim potencjał.
„Ludzie
to, ogólnie rzecz biorąc, idioci. Młodzi szczególnie. Bo
dzieciaki nie wierzą w śmierć. Muszą zostać tego nauczone, a
dobrym wykładowcą jest tylko choroba lub dziury w ciele. Rany. Ból.
Wszystko to przychodzi z czasem, ale za to jest nieuniknione. Bo
wszyscy bohaterowie to dzieci.”czwartek, 6 lipca 2017
„Strach przed ciemnością” (2003)
Dwunastoletni
Ryan Billings panicznie boi się ciemności. Jest przekonany, że w
mroku czają się potwory, które nie są w stanie egzystować w
świetle. Terapia, na którą zapisali go rodzice nie przynosi
żadnych efektów, a jego matka nie chce wyrazić zgody na czasowe
zamknięcie syna w ośrodku psychiatrycznym. Starszy brat Ryana,
Dale, podobnie jak ojciec, stara się uświadomić chłopcu, że
zachowuje się irracjonalnie, niestosownie do swojego wieku, że
powinien wreszcie dorosnąć i zapomnieć o dziecięcych lękach.
Ryan jest więc sam ze swoim strachem. Każdej nocy w pojedynkę musi
mierzyć się z potworami, które wcale nie są wytworem jego
wyobraźni. Gdy pewnego wieczora państwo Billings wychodzą na
przyjęcie dwunastolatek zostaje pod opieką starszego brata, który
tej burzowej nocy odkryje, że lęki Ryana wcale nie są
bezpodstawne.
W
„Strachu przed ciemnością” znalazłam odniesienia do dwóch
innych filmów grozy (ale niewykluczone, że jest ich więcej), które
to bez wątpienia miały być hołdem, nie zaś formą ich obśmiania.
Nie musiałam się zresztą wysilać, aby je zobaczyć, bo K.C.
Bascombe ewidentnie chciał, żeby rzucały się one w oczy każdemu
wielbicielowi kina grozy, nawet temu, który nawet nie próbuje
poddawać tego obrazu takiej analizie. Odniesienie do pierwszej
kultowej produkcji pojawia się, kiedy Ryan ogląda telewizję –
widzimy wówczas na ekranie kilka scenek z „Martwego zła" Sama
Raimiego. A drugie twórcy unaoczniają w formie werbalnej, za pomocą
pytania skierowanego do Dale'a przez jego dziewczynę Heather
Fontaine (dobra kreacja Rachel Skarsten) przez telefon, które to
dobitnie nawiązuje do „Kiedy dzwoni nieznajomy” Freda Waltona.
Ale wracając do braci Billings. Zdaje się, że większość
horrorów nastrojowych, w których pojawia się postać wierząca w
byty nadprzyrodzone już od początku ogląda się w przekonaniu, że
to właśnie ona jest „tym oświeconym”, że należy pokładać
wiarę w jej jakkolwiek fantastyczne opowieści i trwać w
przekonaniu, że te osoby z jej otoczenia, których cechuje
sceptyczny stosunek do tychże wynurzeń wykazują się skrajną
naiwnością. Innymi słowy tego typu horrory nierzadko gloryfikują
ludzi pokładających wiarę w zjawiska nadprzyrodzone, jednocześnie
wykpiwając postawę racjonalistów. Dale wychodzi z przekonania, że
jego brat wariuje, że nie potrafi okiełznać swojej własnej
wyobraźni, gdy tymczasem widz to właśnie na niego spogląda
lekceważącym okiem. Wierzy dwunastoletniemu chłopcu, nie twardo
stąpającemu po ziemi Dale'owi. John Sullivan w swoim scenariuszu w
całkiem rozczulającym stylu unaocznił pozycję przerażonego
małego chłopca w swoim własnym domu – pokazał jego bezsilność,
zagubienie i przeogromne pragnienie znalezienia sojusznika. Kogoś,
kto nie będzie spoglądał na niego, jak na niedojrzałego,
tchórzliwego chłopaka, który być może zaczyna popadać w chorobę
psychiczną. Ryan najbardziej na świecie pragnie tego, żeby ktoś
mu zaufał, tymczasem niezmiennie zderza się z wprost przeciwną
reakcją na swoje słowa. Z przekonaniem, że jego lęk jest
całkowicie irracjonalny, podczas gdy w rzeczywistości (jak widz
doskonale wie) bierze się on z prawdziwych konfrontacji z potworami.
Upiorami, które same w sobie zostały oddane na ekranie całkiem
zgrabnie – blade, demoniczne oblicze wysokiego mężczyzny i
starszej kobiety gnieżdżącej się w piwnicy najprawdopodobniej nie
zaniepokoją zaprawionego w horrorach odbiorcy, ale nie wydaje mi
się, żeby było to spowodowane przez nieudolną charakteryzację.
Przyczyny upatrywałabym raczej w niewystarczającym rozciągnięciu
w czasie sekwencji bezpośrednio poprzedzających ich manifestacje i
w ich otoczce. Twórcy „Strachu przed ciemnością” wykazują
pewne starania w kierunku wygenerowania odpowiedniego napięcia i
tworzenia mrocznej aury spowijającej domostwo Billingsów, nie
wychodzą jednak poza ramy delikatności. Innymi słowy, choć efekt
nie należy do tragicznych to i tak brakuje tutaj śmiałości, chęci
wyrwania się z okowów grzeczności w sposób, który dosłownie
sparaliżowałby odbiorcę nagromadzeniem złych emocji emanujących
z ekranu. Dodatkowym czynnikiem szkodzących są efekty komputerowe,
początkowo unaoczniane w formie pełzających cieni i wówczas
jeszcze łatwych do „przełknięcia”. Ale wizualizacja robali
pokazana pod koniec filmu dosłownie odrzuca sztucznością. Naprawdę
ciężko patrzeć na taką amatorkę i odgadnąć, co też kierowało
K.C. Bascombe'em w chwili, w której aprobował ten materiał. W
każdym razie emocje w „Strachu przed ciemnością” generuje
przede wszystkim sama nienapuszona, prosta opowieść, która została
wyłuszczona tak, aby całkowicie ułatwić widzowi proces wtapiania
się w nią i na czele której stoją sympatyczni bohaterowie, dwóch
braci, mierzących się ze złymi siłami żerującymi w
ciemnościach. Napięcie bierze się z obawy o los protagonistów, z
naszego przywiązania do tych postaci, nie zaś z porażającej
oprawy audiowizualnej. Atmosferę zagęszczającego się zagrożenia
tworzy sama świadomość obecności potworów i paniczna postawa
dwunastoletniego chłopca, nie zaś klaustrofobiczne, emanujące
nieokiełznaną wrogością kadry z domu Billingsów. Innymi
słowy tutaj liczy się opowieść, a nie jej otoczka.poniedziałek, 3 lipca 2017
„The Nesting” (1981)
Mieszkająca
w Nowym Jorku powieściopisarka, Lauren Cochran, zaczyna miewać
napady lęku, które jej psychiatra, doktor Webb, uznaje za objaw
agorafobii. Kobieta dochodzi do wniosku, że wielkomiejskie realia
nie sprzyjają procesowi zdrowienia, więc postanawia na jakiś czas
wynająć dom na wsi. Jej przyjaciel, Mark Felton, zgadza się
odwieźć Lauren do wybranego przez nią miejsca i towarzyszyć jej
podczas dopełniania wszystkich formalności. Podczas obchodu
zalesionego zakątka wsi Lauren i Mark znajdują duży dom, którego
powieściopisarka nigdy nie widziała, ale akcję jednej ze swoich
książek umiejscowiła w identycznym budynku. Kobieta postanawia
wynająć właśnie ten dom, który jak się okazuje należy do
zamożnego mężczyzny w podeszłym wieku, szanowanego pułkownika
LeBruna. Wszystkich niezbędnych formalności dopełnia jego wnuk,
fizyk Daniel Griffith, po czym Lauren bez dłuższej zwłoki
wprowadza się do starego domostwa. Choć wcześniej nie pamiętała
swoich snów, koszmary, które miewa w tym domu pozostają w jej
pamięci, co więcej niektóre wyśnione szczegóły szybko znajdują
odbicie w rzeczywistości. Natomiast zjawiska, którym Lauren
świadkuje, postacie, które widuje każą jej podejrzewać, że dom
jest nawiedzony. Nie zamierza jednak wracać do miasta dopóki nie
rozwiąże tej zagadki.
Nie
ukrywam, że fabuła „The Nesting” silnie mnie zaintrygowała,
głównie przez tę zagadkową otoczkę, niemalże namacalną aurę
tajemnicy, której rozwiązanie bardzo chciałam poznać. Armandowi
Westonowi udało się zachęcić mnie do podejmowania prób
samodzielnego zgłębiania tajników owej intrygi. Sprawił, że
chciało mi się szukać odpowiedzi zamiast tylko obojętnie wgapiać
się w ekran, pozostawiając wszystko w gestii scenarzystów. To jest
biernie czekać na wyjaśnienia, bez wykazywania jakiejkolwiek
gotowości „wcielenia się w postać domorosłego detektywa”.
Czasami mi się to zdarza – są filmy, które nijak nie potrafią
zachęcić mnie do samodzielnego poszukiwania odpowiedzi na
postawione przez scenarzystów pytania. Spotykałam się już z
intrygami, których sens w ogóle mnie nie ciekawił, ale w tym
przypadku miałam do czynienia ze zgoła inną sytuacją. Dałam się
wciągnąć w zaproponowaną intrygę, pomimo osadzenia w ramach
mocno wyeksploatowanej konwencji. Albo właśnie (również) dzięki
temu, bo jak już wspomniałam motyw nawiedzonego domu wpisuje się w
poczet moich ulubionych. Rzeczone nawiedzenie, manifestacje bytów
nadprzyrodzonych nie grzeszą widowiskowością, twórcy wszak nie
zawracali sobie głowy upiornym makijażem, demonizowaniem twarzy
odtwórców tych postaci, które w dodatku nie jawiły się niczym
przezroczyste, niematerialne zjawy tylko osoby z krwi i kości.
Wolałabym, żeby charakteryzatorzy wykazali się większą
śmiałością, w tym przypadku naprawdę bardzo mi jej brakowało,
czego nie mogę powiedzieć o otoczce sekwencji z udziałem zjaw. Ta
cechowała się należytą mrocznością i przynajmniej w jednym
przypadku szarpiącą nerwy raptownością (mowa o niespodziewanym
widoku kobiety na poddaszu). Jednakże to nie punkty kulminacyjne
wspomnianych scen przesądziły o moim pozytywnym odbiorze tychże.
Nieporównanie więcej emocji dostarczyły mi ujęcia je
poprzedzające, trzymające w napięciu, powolne wędrówki głównej
bohaterki po zaciemnionych, zaniedbanych pomieszczeniach, w
poszukiwaniu źródeł różnych hałasów i paniczna ucieczka
Franka, mężczyzny zajmującego się dokonywaniem drobnych napraw
nieruchomości, sfinalizowana jakże realistycznie sportretowanym
atakiem w stawie. W „The Nesting” pojawia się również kilka
umiarkowanie krwawych scen mordów, każdorazowo okraszanych
dźwiękami, które przypominały mi niezapomnianą, wbijającą w
fotel kompozycję pojawiającą się w „Psychozie” Alfreda
Hitchcocka podczas kultowej sceny pod prysznicem. I w sumie owe mordy
prezentują się o wiele lepiej niż postacie duchów – chociaż
„The Nesting” to typowa ghost story twórcy wykazali się
większym zdecydowaniem i pomysłowością w ujęciach eliminacji
niektórych postaci niźli w kreśleniu bytów z tamtego świata.
Widoki przebitego oka, czy sierpa tkwiącego w głowie mężczyzny
zwracają uwagę dobrym (acz nie porażającym) wykonaniem i sporą
dozą kreatywnością. Prezentują się na tyle solidnie, że zapewne
nie powstydziłby się ich niejeden slasher. Chociaż
wydarzenia bezpośrednio poprzedzające ten drugi z wymienionych
mordów na miejscu twórców bardziej bym dopracowała, bo szaleńcza
pogoń za główną bohaterką była niezamierzenie komiczna. W tym
miejscu to najbardziej raziło, ale tak szczerze powiedziawszy w „The
Nesting” pojawia się więcej tego rodzaju niedociągnięć, do
czego moim zdaniem w głównej mierze przyczyniła się egzaltacja
Robin Groves, aktorki wcielającej się w postać Lauren – nie
unaocznia się cały czas, ale gdy kobieta wpada w ową przesadę
widzowi pozostaje albo wybuch śmiechu, albo czysta irytacja. W
jednej z mniejszych ról wystąpił nieodżałowany John Carradine,
który stanowił swoistą przeciwwagę dla miejscami denerwująco
sztucznej Groves. Szkoda tylko, że powierzono mu tak niewielką
rólkę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









