Stronki na blogu

piątek, 12 lipca 2019

„Strange Nature” (2018)

Była piosenkarka pop Kim Sweet po latach wraca do swojego rodzinnego miasta Duluth w stanie Minnesota, mając nadzieję, że ona i towarzyszący jej jedenastoletni syn Brody zdołają ułożyć sobie życie w tym miejscu. Kim zamierza też wesprzeć swojego ojca Chucka w jego walce z rakiem. Ona i Brody wprowadzają się do niego. Do jego niewielkiego, drewnianego domu położonego na uboczu, nieopodal którego wkrótce grupka dzieci z podstawówki i ich nauczycielka dokonują zastanawiającego odkrycia. Znajdują zdeformowane żaby, które zostają przekazane do zbadania miejscowemu nauczycielowi przyrody Trentowi. Sprawa ta najbardziej interesuje Kim. Z obawy przed eskalacją tego niepokojącego zjawiska, kobieta rozpoczyna amatorskie śledztwo, w którym pomaga jej Trent.

W 1995 roku grupa uczniów odkryła setki zdeformowanych żab w pobliżu Henderson w stanie Minnesota. Do 1996 roku zgłoszenia o takich anomaliach napłynęły z trzydziestu pięciu stanów USA i trzech prowincji Kanady. Choć sprawa była intensywnie badana przez naukowców, nie udało się znaleźć przyczyny deformacji płazów. Amerykański eko horror „Strange Nature” w reżyserii i na podstawie scenariusza, w tych rolach debiutującego w pełnym metrażu, Jamesa Ojali (jako Jim Ojala), powstał z inspiracji tą głośną sprawą. Ten zajmujący się głównie tworzeniem efektów specjalnych filmowiec pochodzi z Duluth w stanie Minnesota, przyglądał się więc całej tej sprawie niejako od środka (w Minnesocie zdeformowanych żab było najwięcej). W jednym z wywiadów zdradził, że widząc zdjęcia zmutowanych płazów na pierwszych stronach gazet on i inni mieszkańcy tego regionu czuli się, jakby przenieśli się do jakiegoś horroru science fiction. Scenariusz „Strange Nature” James Ojala napisał w pierwszej dekadzie XXI wieku, nie opierając się jedynie na swoich własnych wspomnieniach i doniesieniach prasowych. Sięgnął także do książki Williama Soudera pt. „A Plague of Frogs”, zgłębiającej zjawisko deformacji żab. Ojala był bardzo zdziwiony tym, że filmowcy jeszcze nie pochylili się nad tym tematem, że w momencie kiedy on rozpoczynał pracę nad swoim pierwszym pełnometrażowym filmem nie było żadnych produkcji na ten temat. Ani tych fabularnych zainspirowanych autentyczną sprawą deformacji żab w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, ani filmów dokumentalnych traktujących o tejże. „Strange Nature” jest produkcją niezależną, częściowo sfinansowaną dzięki kampanii Kickstarter. Akcję promował magazyn „Fangoria”, co bardzo pomogło w uzbieraniu potrzebnej sumy pieniężnej. Jamesowi Ojali było łatwiej pozyskać fundusze niezbędne do zrealizowania tego filmowego projektu, ze względu na doświadczenie w branży – jest osobą dość rozpoznawalną, dzięki swojej wieloletniej pracy nad efektami specjalnymi.

Główne zdjęcia do „Strange Nature” powstawały w 2014 roku w stanie Minnesota (z przewagą miasta Duluth), ale co nieco dokręcono potem w Los Angeles. Światło dzienne film ujrzał dopiero cztery lata później – we wrześniu 2018 roku w końcu ukazał się w Stanach Zjednoczonych, zbierając mieszane recenzje. „Strange Nature” to jeden z tych współczesnych horrorów idących niejako pod prąd. Podczas prac nad tym filmem James Ojala nierzadko spotykał się ze sceptycyzmem kolegów z branży – niektórzy producenci doradzali mu złagodzenie dramatycznego tonu scenariusza i dodanie modnych w dzisiejszych czasach horrorowych trików. Decyzja reżysera i zarazem scenarzysty filmu o zatrudnieniu aktorów z Minnesoty, postawianie na nazwijmy to lokalną obsadę (nie w całości) oraz kręcenie w takim „niepopularnym” miejscu jak Duluth też zostały przyjęte dosyć powątpiewająco przez niektórych ludzi filmu. Ale Ojala nic sobie z tego nie robił. Chciał nakręcić to po swojemu. Chociaż musiał zdawać sobie sprawę z tego, że pozwala sobie na niemałe ryzyko. Bo jego nieproszeni doradcy, jakkolwiek by się to komuś nie podobało, mieli sporo racji. Horrory bez jump scenek, bez dużej ingerencji komputera i na dodatek cechujące się tak wolnym rozwojem fabularnym, w dzisiejszych czasach nie mają łatwego żywota. Takie podejście do kina grozy święciło triumfy w minionym wieku – teraz duża część kinomaniaków oczekuje czegoś zgoła innego. „A co mnie to obchodzi?” - zdaje się mówić James Ojala swoim pełnometrażowym debiutem. Takie wrażenie odnosiłam oglądając ten „niemodny” horror i... chwała za to. „Strange Nature” otwiera przyjazd głównej bohaterki filmu, byłej skompromitowanej wokalistki pop Kim Sweet i jej jedenastoletniego syna Brody'ego do Duluth w stanie Minnesota. To ponoć niepopularne miejsce, jeśli chodzi o kino, już wówczas poraża swoją dzikością i naturalnym pięknem. Mieniące się żywą zielenią gęste lasy, jeziora, bagna, pola uprawne i urocze domki porozsiewane w tej zacisznej scenerii. Trochę dalej wyrasta niezbyt gęsto zaludnione miasto. Jak wynika ze słów jednego z bohaterów filmu, to jedna z tych tak zwanych wymierających aglomeracji, bowiem wielu młodych ludzi ucieka stąd tak szybko, jak tylko może. Duluth w „Strange Nature” odmalowuje się jako miasto bez perspektyw dla praktycznie każdego, kto swojej przyszłości nie wiąże z rolnictwem. Kim Sweet, całkiem przyzwoicie wykreowana przez Lisę Sheridan, też przed laty opuściła to miasto. Zostawiła swojego ojca i znajomych, by robić karierę w branży muzycznej. I początkowo faktycznie odnosiła sukcesy, ale ta „bajka” nie trwała długo. Kim zakończyła swoją przygodę z muzyką w atmosferze kompromitacji, a potem urodziła syna, który to teraz, w wieku jedenastu lat, po raz pierwszy zawita w Duluth. Jonah Beres, w mojej ocenie, w tej roli radzi sobie jeszcze lepiej niż jego filmowa matka, ale Bruce Bohne wcielający się w postać Chucka, zmagającego się z nowotworem złośliwym ojca Kim i dziadka Brody'ego, w niczym mu nie ustępuje. Przebojowy, żyjący chwilą, wygadany dziadunio, to zdecydowanie najbarwniejsza postać „Strange Nature”, ale ja ze wszystkich osób zaludniających scenariusz „Strange Nature” i tak najbardziej upodobałam sobie Kim. Z tego prostego powodu, że wprost przepadam za silnymi, nieustępliwymi, jak lwice walczącymi o swoje, kobietami, stawianymi w centrum scenariuszy filmowych. A taka właśnie jest Kim Sweet. Co więcej, jest to osoba, która nie zwykła przechodzić obojętnie obok krzywdy innych, której nie jest obojętny los zarówno innych ludzi, jak i zwierząt. Jej syn też taki jest, u chłopca również mocno uwidacznia się ta niezwykle cenna cecha, ta potrzeba stawania w obronie słabszych. Choć nie zawsze w sensie dosłownym. Najwięcej przykrości w Duluth spotyka bowiem bardzo silnego, rosłego mężczyznę samotnie wychowującego córkę, rówieśnicę Brody'ego, która również jest obiektem ludzkiej złośliwości. Dlaczego ci najbliżsi sąsiedzi Chucka są tak traktowani? Otóż, dlatego że mają wrodzone wady twarzy, James Ojala dotyka tu więc problemu nienawiści, nierzadko podszytej strachem względem osób pokrzywdzonych przez los. Ludzi, których wygląd, jak to się mówi, odbiega od normy – jakkolwiek głupio to brzmi (bo przepraszam, jak niby wygląda ta norma?). Wkurzył mnie ten film. Ponieważ kazał mi (znowu) myśleć o potwornym zjawisku obecnym w prawdziwym życiu, jednej z tych ludzkich postaw, która niezmiennie wywołuje we mnie mdłości. Ciężki żywot najbliższych sąsiadów Chucka też spotykał się z taką reakcją z mojej strony. Czułam ogromny wstręt, ale absolutnie nie do nich, tylko do ich krzywdzicieli. Nie tylko tych, którzy pozwalali sobie na bardziej zdecydowane ataki względem tej dwójki, ale również tych którzy omijali ich szerokim łukiem, rzucając w ich kierunku wrogie i/lub zalęknione spojrzenia. Zupełnie jakby mieli się od nich czymś zarazić... Po wybuchnięciu afery z deformacjami organizmów żywych ta ich postawa była w pewnym sensie uzasadniona. Otóż, w Duluth zapanowało przekonanie (oczywiście, nie wśród wszystkich), że owa osobliwa zaraza wzięła się od tych ludzi, że to oni zarażają różne stworzenia deformacjami ciała. Czy to prawdopodobne widz sam będzie musiał ocenić. Przynajmniej do pewnego momentu, do czasu aż twórcy może zechcą sprawę wyjaśnić.

Powolny rozwój akcji moim zdaniem jest zarazem dobrodziejstwem, jak przekleństwem scenariusza „Strange Nature”. Ma to swoje plusy, ale i minusy z czasem z tego wyrastają. Doceniam, nazwijmy to, niezbyt nowoczesną konstrukcję fabularną. Nieśpieszne przeprowadzania widza przez kolejne etapy tej nieskomplikowanej opowieści zainspirowanej prawdziwymi wydarzeniami. Nieskomplikowanej i na pewno nieodkrywczej w szeroko pojętym horrorze. Za to dosyć niecodziennej, jeśli mówimy o „muzie” Jamesa Ojali. Czyli twardej rzeczywistości. Oczywiście twórca ten obudował to fikcyjnymi cegiełkami. Nie poprzestał na zagadkowych deformacjach żab, w tym sensie nie ograniczał się też do samych płazów. Poszedł z tym dalej i ciężko powiedzieć, że przedstawił to na modłę horroru. Widok zdeformowanych istot budził we mnie przede wszystkim smutek. UWAGA SPOILER Tak na marginesie, w pewnym momencie naszły mnie skojarzenia z „A jednak żyje” Larry'ego Cohena KONIEC SPOILERA. Niemniej myślę, że efekty specjalne, współtworzone przez samego Jamesa Ojalę, można nazwać odrażającymi (co w horrorze jest zaletą, nie wadą). Wszystkie bez wyjątku wypadają bardzo realistycznie i cechuje je dosyć duża śmiałość. Miejscami co prawda trochę przeszkadzały mi szaleńce ruchy kamer, sceny śmierci cechował nadmierny dynamizm, z gatunku tych, który znacznie utrudnia, jeśli nie uniemożliwia, zarejestrowanie wszystkich makabrycznych szczegółów. Ale jak na współczesny horror, płaszczyzna gore jest dosyć rozbudowana (a bo odnoszę wrażenie, że w uogólnieniu kino grozy nie jest już tak odważne, jak było niegdyś). Dostajemy zróżnicowane, umiarkowanie krwawe sceny okaleczeń i mordów oraz wymyślne cielesne deformacje organizmów żywych (w filmie wykorzystano również żywe żaby dotknięte takimi anomaliami), których myślę nie powstydziłby się żaden body horror. Elementy tego podgatunku w takiej postacie się ujawniają, ale „Strange Nature” egzystuje przede wszystkim w ramach eko horroru. I dramatu, bo narracja, jaką Ojala narzucił pierwszej i środkowej partii filmu zdaje się właśnie w tym kierunku popychać ową opowieść. Odbiera się to jako dramat, ewentualnie thriller ekologiczny z elementami horroru, ale tylko do pewnego momentu i tylko na, że tak to ujmę, jednym poziomie świadomości. Bo choć przez długi czas przyglądamy się dosyć prozaicznym czynnościom niektórych mieszkańców Duluth w stanie Minnesota, znajdującym się w niepospolitej sytuacji (o czym jeszcze nie wszyscy wiedzą), to właściwie przez cały czas czujemy nieuchronnie zbliżające się zło. Alienacja bohaterów filmu, ta zwarta ściana lasu otaczająca domek Chucka, usytuowany nieopodal potencjalnie skażonego jeziora, naturalną koleją rzeczy stwarza wrażenie pozostawania w swego rodzaju klatce, w której jak wskazują liczne i dobitne sygnały wysyłane przez scenarzystę, znajdują się również śmiertelnie niebezpieczne stworzenia. Niebezpieczne, ale i budzące litość, co nie jest żadnym novum w eko horrorze. Nowością nie jest też sugerowanie, że to członkowie gatunku ludzkiego odpowiadają za katastrofę ekologiczną, która w filmie Jamesa Ojali niepowstrzymanie szerzy się w Minnesocie. Do takiego wniosku dochodzi Kim, a pomagający jej nauczyciel przyrody z podstawówki imieniem Trent, to zdanie zdaje się podzielać. Winne mogą, ale wcale nie muszą, być pestycydy (czyli rzecz bardzo na czasie) stosowane przez tutejszych rolników (to jest w świecie przedstawionym w „Strange Nature”) i produkowane przez potężną, bardzo wpływową firmę. Mamy więc oto kolejną cegiełkę, która w eko horrorze nie jest czymś nietypowym. A mianowicie oskarżenie za to nieszczęście, które dotknęło między innymi Duluth pewnej bezdusznej korporacji. Burmistrzowi tego miasta (to znaczy nie temu prawdziwemu, tylko filmowemu) też się obrywa. Uparte ignorowanie problemu, przedkładanie zysku ponad bezpieczeństwo obywateli, dbałość głównie o intratne znajomości, a maluczcy niech radzą sobie sami i przypisywanie sobie zasług innych... Brzmi znajomo? Nie? A ja tam powiedziałabym, że to taki polityk z krwi i kości, typowy przedstawiciel tego środowiska. Polityk jakich wielu. James Ojala najwidoczniej w swojej twórczości nie ma zamiaru zakłamywać realiów:) Myślę jednak, że dobrze byłoby, gdyby trochę bardziej ożywił środkową partię filmu. Nie tyle efektami specjalnymi, ale rozbudowaniem osobistych dramatów niektórych mieszkańców Duluth, z jednoczesnym uszczegółowieniem ich rysów psychologicznych. Życie szkolne Brody'ego, los najbliższych sąsiadów Chucka (mężczyzny i jego jedenastoletniej córki dotkniętych wrodzonymi wadami fizycznymi) i rozwój choroby nowotworowej Chucka, rozbudziły we mnie wszak większe zainteresowanie niż amatorskie śledztwo Kim i Trenta, któremu poświęcono dosyć sporo miejsca, w sposób, który mnie wydał się zwyczajnie przegadany. Myślę, że na fundamentach tamtych wątków można by wznieść więcej, niż zaoferowała mi działalność na rzecz ogółu w wykonaniu Kim i jej nowego „kolegi”. Ta spokojnie mogłaby zostać skrócona, a pozostałe z wymienionych wątków obudowane jeszcze bardziej dramatycznymi, złowrogimi, ale i tragicznymi momentami. A tak miejscami (tylko od czasu do czasu) robiło się nudnawo, żeby nie rzec trochę męcząco.

Myślę, że James Ojala ma powody do satysfakcji, bez względu na to, czy jego film dobrze się sprzeda, czy nie. Bo jak na razie do szerokiego grona odbiorców nie trafił, co w pewnej, być może głównej mierze, jest spowodowane lichą dystrybucją. Ale i opinie innych widzów, w tym krytyków, mogą na co poniektórych działać zniechęcająco. Trochę sympatyków „Strange Nature” też zdążył już znaleźć, ale moim zdaniem może być ich dużo więcej, jeśli tylko miłośnicy XX-wiecznego kina grozy, ze szczególnym wskazaniem na eko horrory i body horrory dadzą mu szansę. Nie mówię, że wszystkich ich ta propozycja przekona, ale to nie zmienia faktu, że głównie w tych szeregach upatruję najbardziej podatnego gruntu dla pełnometrażowego debiutu, w roli reżysera i scenarzysty, Jamesa Ojali. Fani animal attacków i monster movies też jednak mogliby na to zerknąć... A co tam, niechaj obejrzą to wszyscy fani filmowych horrorów! Jak szaleć to szaleć.

środa, 10 lipca 2019

Amy Lloyd „Niewinna żona”

Dwadzieścia jeden lat temu małym miasteczkiem Red River w Stanach Zjednoczonych wstrząsnęła wiadomość o okrutnej śmierci jedenastoletniej dziewczynki Holly Michaels. Mniej więcej w tym samym czasie zaginęło parę innych dziewcząt, ale w przeciwieństwie do Holly ich ciał nie znaleziono. O zbrodnię tę oskarżono Dennisa Dansona, miejscowego siedemnastoletniego chłopaka pochodzącego z biednej rodziny, który od lat sprawiał kłopoty. Został uznany za winnego i skazany na karę śmierci. Jego sprawą zainteresowała się ekipa filmowa z Los Angeles, która nakręciła głośny dokument sugerujący niewinność Dennisa. Nauczycielka z Anglii imieniem Samantha za sprawą tego materiału zaczęła żywo interesować się sprawą Dennisa Dansona, coraz bardziej utwierdzając się w przekonaniu, że mężczyzna został niesłusznie skazany. Listowna korespondencja z osadzonym w celi śmierci Dennisem jeszcze bardziej zbliżyła ją do tego człowieka. A teraz Samantha decyduje się przenieść ich znajomość na kolejny poziom. Udaje się do Stanów Zjednoczonych, by spotkać się z mężczyzną, który ma zostać stracony. I na jednym spotkaniu się nie kończy. Sporą część pozostałego czasu Samantha spędza z twórcami filmu, który zmienił jej życie. Teraz kręcą serial dokumentalny o Dennisie Dansonie, mając nadzieję, że pomoże on w nieustannie trwającej walce o uniewinnienie go. Ratunek przychodzi jednak z nieoczekiwanej strony. Dennis po przeszło dwudziestu latach wychodzi na wolność, wówczas będąc już mężem Samanthy. Ich życie nie wygląda jednak tak, jak kobieta by chciała. Samantha jest coraz bardziej zaniepokojona zachowaniem Dennisa. Nie może oprzeć się wrażeniu, że mężczyzna po wyjściu na wolność zmienił swój stosunek do niej. A jakby tego było mało kobieta podejrzewa, że mąż coś przed nią ukrywa. Nie odrzuca jednak możliwości, że problem tkwi w niej.

Pierwotnie wydana w 2018 roku „Niewinna żona” („The Innocent Wife”) jest debiutem literackim Brytyjki Amy Lloyd. Absolwentki Cardiff Metropolitan University (studiowała literaturę angielską i kreatywne pisanie), która mieszka w Cardiff wraz ze swoim partnerem. Powstała z inspiracji dokumentami „Paradise Lost: The Child Murders at Robin Hood Hills” (1996) i „West of Memphis” (2012), powieść „Niewinna żona” została laureatką konkursu Daily Mail Bestseller Competition i weszła na listę bestsellerów „Sunday Timesa”. W 2019 roku wydano drugą powieść Amy Lloyd zatytułowaną „One More Lie”, również bardzo entuzjastycznie przyjętą przez czytelników.

Thriller psychologiczny „Niewinna żona” to spisana prostym, acz treściwym językiem opowieść o podejrzanej kobiecie, która za męża bierze sobie jeszcze bardziej podejrzanego mężczyznę. Samantha jest zakompleksioną kobietą po trzydziestce, która bardzo chciałaby wreszcie znaleźć „swoją drugą połówkę”. Od jakiegoś czasu czuje, że tą osobą jest Dennis Danson, Amerykanin, osadzony w celi śmierci. Mężczyzna skazany przed przeszło dwudziestoma laty, w wieku siedemnastu lat, za zabójstwo jedenastoletniej dziewczynki. Domniemany seryjny morderca, wiele osób bowiem żyje w przekonaniu, że parę dziewcząt, które zaginęły w czasie zbliżonym do zabójstwa Holly Michaels w ich rodzinnym Red River, również padło ofiarami Dennisa. Samantha w to nie wierzy – ona nie ma żadnych wątpliwości, że człowiek ten został niesłusznie skazany, bo... obejrzała sugerujący to film dokumentalny i zanalizowała wszystkie informacje na ten temat, jakie udało jej się znaleźć w Internecie. Amy Lloyd na kartach swojej debiutanckiej powieści opisuje zjawisko, które doskonale znamy z życia. Wydawanie wyroków w oparciu o fakty, domniemania, półprawdy i kłamstwa wyszperane z przepastnej gardzieli Internetu, we współczesnym świecie jest na porządku dziennym. Tak samo jak wyrabianie sobie opinii na temat jakiejś kryminalnej sprawy pod wpływem stronniczych filmów i seriali. Takim obrazem w „Niewinnej żonie” jest „Fałszowanie prawdy: Morderstwo Holly Michaels” - film dokumentalny stworzony przez ekipę z Los Angeles, w szeregach której jest między innymi Carrie, przebojowa homoseksualistka, która stała się jedną z najważniejszych osób w życiu Dennisa. Kobietą tą nie kieruje przede wszystkim chęć zysku i pragnienie rozsławienia swojego nazwiska, tylko troska o Dennisa. Carrie nie ma absolutnie żadnych wątpliwości, że Dennis został niesłusznie skazany, a obok takiej niesprawiedliwości obojętnie nie zamierza przechodzić. Od wielu lat Carrie zaciekle walczy o uniewinnienie człowieka, z którym połączyła ją nierozerwalna przyjaźń. Film, który już nakręciła i serial, który właśnie kręci są stronnicze – sugerują, że Dennis został wrobiony w zbrodnię, której nie popełnił – ale Carrie i jej ekipa nie czują, żeby oszukiwali opinię publiczną. Według nich tak przedstawia się prawda, na którą tak zwany wymiar sprawiedliwości od przeszło dwóch dekad pozostawał kompletnie ślepy. „Fałszowanie prawdy” odniosło jednak inny skutek – dokument ten sprawił, że grono sojuszników Dennisa znacznie się powiększyło. Praktycznie na całym świecie są spore grupy osób, które ten film napełnił przekonaniem, że w amerykańskiej celi śmierci tkwi mężczyzna, który nie zasłużył sobie na taki los. Jedną z tych osób jest Samantha, mieszkająca w Anglii nauczycielka, która ma istną obsesję na punkcie „chłopaka z Red River”. Można powiedzieć, że główna bohaterka bądź antybohaterka (to się jeszcze okaże) rzuca się na głęboką wodę przyjmując propozycję małżeństwa od Dennisa Dansona, że pozwala sobie na niezwykle ryzykowny krok. W oczach opinii publicznej od tego momentu uchodzi za żałosną groupie. Jednych głębokim wstrętem napawa uczucie, jakim darzy mordercę dzieci, inni natomiast uważają, że chce ona wybić się na plecach przystojnego mężczyzny, który zasługuje na kogoś lepszego. W zależności od tego, jaki ma się pogląd na sprawę Dennisa Dansona. Opinia publiczna jest wszak podzielona, a czytelnik... zagubiony? Tak, to chyba odpowiednie słowo. Bo „Niewinna żona” to istna sinusoida nastrojów. Myślę, że Amy Lloyd na kartach tej powieści pokazuje, jak szybko można pogubić się w domysłach. I przede wszystkim do czego może doprowadzić błyskawiczne ferowanie wyroków. Ten kij ma dwa końce. Z jednej strony to może doprowadzić do skazania niewinnego człowieka, a z drugiej do wypuszczenia na wolność człowieka jak najbardziej winnego. Jest jeszcze jedna możliwość i Amy Lloyd takową też wprowadza. Otóż, istnieje prawdopodobieństwo, że uniewinniony w końcu Dennis Danson faktycznie nigdy na zbrodniczą ścieżkę nie wkroczył, ale w oczach dużej części społeczeństwa zbrodniarzem będzie zawsze. Bez względu na to, ile mocnych dowodów świadczących o jego niewinność się jej przedstawi. Bo niektórzy tacy po prostu są – osądzają szybko i na zawsze. Podejrzewam jednak, że podczas lektury „Niewinnej żony” niejedna osoba nabierze przekonania, że w tym przypadku lepiej wstrzymać się z osądem.

Wnikliwa analiza tendencji dużej części ludzkości do wydawania wyroków pod wpływem emocji, często niesprawdzonych informacji oraz stronniczych filmów i książek (bez gruntownego zapoznania się z kompletnym materiałem dowodowym), to według mnie jeden z najmocniejszych punktów „Niewinnej żony”. Ale nie jest to jedyny problem współczesnego świata, nad którym pochyla się tutaj Amy Lloyd. Autorka dosyć szybko daje nam do zrozumienia, że Dennis Danson mógł paść ofiarą systemu, że mógł zostać w całą sprawę zwyczajnie wrobiony, między innymi przez policjanta, który od zawsze żywił do niego ogromną niechęć. Wcale nie musiało być to celowe działanie, obliczone na pozbycie się z miasteczka chłopaka, który jak dobrze wiedział nikomu życia nie odebrał. Może ten prowincjonalny gliniarz faktycznie był i nadal jest przekonany, że Dennis jest mordercą (może nawet wielokrotnym). Może prowadząc sprawę morderstwa jedenastoletniej Holly Michaels mimowolnie interpretował dowody przez pryzmat swojego negatywnego nastawienia do Dennisa. A prokuratura? A sąd? Amy Lloyd w te odnogi amerykańskiego systemu sprawiedliwości tak bardzo się już nie zagłębia – nie odkrywa przed nami wszystkich szczegółów procesu Dennisa Dansona. Nie wiemy, czy coś zostało celowo zatajone przed ławą przysięgłych, nie znamy całego materiału dowodowego ani motywacji wszystkich osób w tym sensie zamieszanych w ową sprawę. Ale Amy Lloyd daje nam do myślenia. To mógł być spisek, ale równie dobrze o losie Dennisa mogły przesądzić fałszywe przekonania największej słabości władzy sądowniczej: czynnika ludzkiego. Najprostsza ewentualność jest natomiast taka, ze Dennis Danson zabił Holly i inne nieletnie dziewczęta, które oficjalnie zostały uznane za zaginione. Że ten świeżo upieczony mąż Samanthy jest seryjnym mordercą. To najprostsze, ale i najbardziej alarmistyczne wyjaśnienie, dlatego że Dennis wychodzi na wolność. I wraca w rodzinne strony – do małego miasteczka o nazwie Red River, w którym prawie nikt nie wierzy w jego niewinność. Towarzyszy mu żona, która ma za sobą jakąś niepokojącą przeszłość. Amy Lloyd daje nam jasno do zrozumienia, że kobieta ta ma na sumieniu poważny grzech, że w jej życiu zdarzyło się coś, co bynajmniej nie stawia jej w dobrym świetle. Co dokładnie dowiemy się później i być może ta rewelacja okaże się kluczowa w wyjaśnieniu intrygi skonstruowanej przez debiutującą powieściopisarkę. Ale już wcześniej będziemy brać pod uwagę możliwość, że źródłem zagrożenia wcale nie jest małżonek Samanthy, tylko ona sama. I bynajmniej nie dlatego, że to ten typ kobiety, który bez głębszego zastanowienia rzuca się w ramiona osoby skazanej za potworną zbrodnię (i przez wielu posądzaną o dopuszczenie się też paru innych, równie ohydnych morderstw). A przynajmniej nie tylko dlatego. Wspomniana wcześniej, w domyśle mroczna tajemnica Samanthy, najprawdopodobniej dużo bardziej uczuli czytelników na tę postać. Ale jej aktualne zachowanie – obsesja na punkcie Dennisa Dansona, chorobliwa zazdrość o niego, różnego rodzaju działania wbrew sobie celem uszczęśliwienia go, okłamywanie policji znowu węszącej wokół Dennisa i heroiczne wręcz przyjmowanie wszystkich przykrości, jakie sprawia jej mąż. Im bardziej on się od niej dystansuje, tym bardziej ona do niego lgnie. Jak ten piesek całkowicie oddany swojemu panu, który niczym na taką bezgraniczną wierność i miłość sobie nie zasłużył. Bo i nie zawsze trzeba sobie na nią zasłużyć. Czasami (niektórzy powiedzą pewnie, że zawsze tak jest) miłość jest zupełnie bezwarunkowa i taki mniej więcej przypadek Amy Lloyd w „Niewinnej żonie” odmalowuje. Samantha oczekuje od Dennisa tylko tego, by przy niej trwał, by ją kochał, również w sensie fizycznym, bo przed tym mężczyzna z jakiegoś powodu się wzdraga i jej nie zdradzał. Chciałaby też, by nie miał przed nią tajemnic, żeby całkowicie jej ufał, ale jest gotowa przymknąć oko na to, że nie mówi jej wszystkiego, jeśli pozwoli jej czuć się kochaną. Bo Samantha ma poważne wątpliwości, czy Dennis odwzajemnia jej uczucia, czy faktycznie jest mu tak niezbędna, jak on jej. Co gorsza niedługo po ich przyjeździe do Red River zaczynają docierać do niej też inne, dużo bardziej niepokojące sygnały. Amy Lloyd konsekwentnie będzie potęgować w nas podejrzenia względem Dennisa Dansona, ale i jego żony. Które z nich okaże się oprawcą, a które ofiarą? A może niebezpieczeństwo przybędzie z innej, zupełnie nieoczekiwanej strony? Bo że w końcu przyjdzie, jest pewne właściwie od początku tej historii. Niezbyt wyszukanej, dosyć pospolitej, w dużej mierze bazującej na ogranych schematach, ale tak skonstruowanej, że trudno przejść obok tego zupełnie obojętnie. A przynajmniej ja beznamiętnie się w to nie zagłębiałam – każdy kolejny etap tej historii odkrywałam z niesłabnących zainteresowaniem. Z narastającym napięciem oczekiwałam rozwiązania tej zagadki, a gdy już je poznałam... No cóż, troszkę się zawiodłam. Nie tyle przez to, że po części okazało się przewidywalne (a ściślej w bardzo ogólnym zarysie była to jedna z ewentualności, którą zakładałam i pewnie każdy odbiorca „Niewinnej żony” będzie brał to pod uwagę), ale przez zbytni pośpiech, jaki Amy Lloyd sobie wówczas narzuciła. W efekcie zamknięcie tej historii prezentuje się trochę niechlujnie, bałaganiarsko i ogólnikowo. A najgorsze było dla mnie to, że w tym pośpiechu Lloyd zapomniała o dopięciu ważnego dla mnie wątku. O wyjaśnieniu co stało się z pewnymi jakże istotnymi (z mojego punktu widzenia) bohaterami książki – jednym dorosłym osobnikiem i kilkoma maluchami. Wiem, że to dziwne, ale strasznie mnie to męczy...

Literacki debiut brytyjskiej powieściopisarki Amy Lloyd to jeden z tych nielicznych thrillerów psychologicznych, któremu w moich oczach prosty język nie szkodzi. Głównie dlatego, że nie idzie on w parze z małą ilością fragmentów opisowych. Portrety psychologiczne ważniejszych postaci, poszczególne miejsca i wydarzenia oraz analiza pewnych znanych nam z życia zjawisk (choć fabuła jest fikcyjna) – wszystko to Amy Lloyd przedstawiła w na tyle wyczerpujący, wnikliwy, ale i emocjonalny sposób, żebym bez żadnego wysiłku ze swojej strony wsiąknęła w tę opowieść. Dosyć mocno trzymającą w napięciu, w pewnym sensie smutną historię o niełatwej egzystencji pewnego wielce podejrzanego małżeństwa. Małżeństwa, w skład którego wchodzi mężczyzna, za którym ciągnie się, zgodna z prawdą bądź nie, opinia seryjnego mordercy dzieci i pełna kompleksów kobieta, która ewidentnie coś ukrywa. Małżeństwa, które prawdopodobnie zechcecie rozłożyć na czynniki pierwsze – zagłębić się w to niezwyczajne pożycie i w ogóle w całą tę zagadkową intrygę zbudowaną na kartach tej powieści przez początkującą powieściopisarkę. W każdym razie ja do tego spotkania fanów literackich thrillerów psychologicznych zachęcam.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 8 lipca 2019

„Klub kanibali” (2018)

OSOBY NIEPEŁNOLETNIE PROSZĘ O OPUSZCZENIE TEGO TEKSTU

Bogate małżeństwo, Otavio i Gilda, mają w zwyczaju zabijać i zjadać niektórych swoich pracowników. Mężczyzna ponadto jest jednym z członków sekretnego klubu prowadzonego przez kongresmena Borgesa. To nieformalne stowarzyszenie tworzy garstka majętnych, wpływowych ludzi, który rozsmakowali się w ludzkim mięsie. Gilda, ku swojemu ogromnemu niezadowoleniu, nie „dostąpiła zaszczytu” wstąpienia w te szeregi, ale pewnego wieczora odkrywa coś, o czym wie jeszcze mniej ludzi. Poznaje inną tajemnicę kongresmena Borgesa, którą początkowo z nikim się nie dzieli, nawet z Otaviem. Sytuacja jest dosyć niezręczna, ale Gilda nie widzi powodów do niepokoju. Zamiast wypatrywać zagrożenia ze strony Borgesa, wraz z mężem oddaje się przygotowaniom do kolejnej uczty.

„Klub kanibali” to brazylijski horror w reżyserii i na podstawie scenariusza Guto Parente, który gościł na wielu festiwalach filmowych, zbierając mieszane recenzje od widzów, w tym krytyków. Oficjalnie obraz został sklasyfikowany jako horror komediowy, ponieważ jest on między innymi satyrą społeczną, ale nie powiedziałabym, że zostało to posunięte na tyle daleko, aby uzasadnione było doklejanie „Klubowi kanibali” etykietki komedii. Film kosztował niespełna dwieście pięćdziesiąt tysięcy euro, a do szerszego obiegu wszedł dopiero w 2019 roku, wcześniej goszcząc jedynie na festiwalach.

Do obejrzenia „Klubu kanibali” zachęciły mnie recenzje. A konkretnie te głoszące, że film ten nie patyczkuje się z widzem – przekracza granice dobrego smaku, szokuje, zniesmacza, i tym podobne. Film istotnie otwiera w miarę mocne uderzenie. Poznajemy oto majętne małżeństwo, Otavia i Gildę, którzy zastawiają pułapkę na swojego ogrodnika. Pan domu informuje go, że wyjeżdża i jednocześnie prosi o pilnowanie domu oraz jego żony. Ale tak naprawdę zostaje i najpierw obserwuje stosunek seksualny Gildy i swojego ogrodnika (bynajmniej niebiernie, bo jego ręka w tym czasie pracuje pełną parą...), a potem wchodzi do sypialni i zabija kochanka swojej żony. Otavio właśnie w tym momencie przeżywa orgazm (twórcy nie omieszkali pokazać nam kapiącego nasienia, swoją drogą z takich niby-odważnych detali można jeszcze wyróżnić późniejsze korzystanie z toalety i wymiotowanie), a Gilda z rozkoszą rozmasowuje krew ofiary po swoim nagim ciele. Potem mamy ćwiartowanie zwłok, które nie trwa długo, ale i tak zwraca uwagę realistycznymi efektami specjalnymi. Już podczas zabójstwa ogrodnika dało się zauważyć dużą dbałość twórców o ten aspekt filmu, ale podczas sztukowania mięsa rzuca się to w oczy dużo silniej. Scenę tę kończy uczta – romantyczna kolacja Otavia i Gildy, gdzie daniem głównym jest dopiero co zamordowany przez nich ogrodnik. Radzę jednak nie spodziewać się wkładania do ust surowych organów wyjętych z zakrwawionego ciała, bo Otavio i Gilda nie są przecież dzikusami rodem z włoskiego kina kanibalistycznego, tylko wytwornymi smakoszami. Zauważycie może, że Hannibal Lecter też był szykowny, ale jego filmowy odpowiednik przed czymś w ten deseń wcale się nie wzdragał (pamiętna sekwencja z konsumpcją mózgu przez samą ofiarę z „Hannibala” Ridleya Scotta). Tak, ale Guto Parente chciał inaczej. Zdecydował się podejść do ludożerstwa w sposób mocno ocenzurowany – ot, pokażemy upieczone mięso, już wcześniej dając jasno do zrozumienia, że jest ludzkie i niechaj wyobraźnia widza pracuje. U niektórych odbiorców filmu pewnie zda to egzamin, ale ja niestety nie czuję wstrętu na widok idealnie przyrządzonego dania mięsnego podawanego na czyściutkich talerzach. Chyba że to powodowane myślą o zwierzęciu, które „straciło życie, żeby można było nakręcić te sekwencje”. Innymi słowy, mojej wyobraźni te scenki nie uruchamiały w sposób, o który twórcy „Klubu kanibali” zabiegali. Inna sprawa, że było ich niewiele. Tak samo zresztą jak krwawych mordów. Te aspekty ustępują warstwie erotycznej. Seksu jest więcej i co ciekawe pełni on różne role. Twórcom zdecydowanie nie chodziło tylko o świecenie golizną, czy że tak to ujmę, o seks dla samego seksu - ażeby było bardziej pikantnie. Nie, stosunki seksualne są ważnymi składnikami fabuły „Klubu kanibali”, mają niebagatelne zadania do wypełnienia. To znaczy ważkie w kontekście tego moim zdaniem mizernego scenariusza. Otavio i Gilda „zakazanymi” uciechami cielesnymi wabią swoje ofiary. Seks z elegancką panią domu w czasie nieobecności jej męża służy sprowadzeniu upatrzonego mężczyzny w konkretne miejsce i uśpieniu jego czujności. Ale jest też źródłem podniet Otavia i Gildy, bo to tak zwani swingersi są. W sekretnym klubie prowadzonym przez kongresmena Borgesa organizowane są erotyczne pokazy, które filmuje się „dla potomności”. Starsi mężczyźni w ciszy i prawie w kompletnym bezruchu przyglądają się swoim przyszłym ofiarom znajdującym się w niedwuznacznej sytuacji i doskonale zdają sobie sprawę z tego, że uczestniczą w publicznym pokazie. Guto Parente nie zgłębia tego tematu, ale można wywnioskować, że Otavio zapożyczył sobie ów modus operandi, że przeniósł ten zbrodniczy sposób działania w domowe pielesze. I że nie są to dobrowolne publiczne pokazy, że członkowie klubu porywają kobiety i mężczyzn, a potem jakimiś nieznanymi nam sposobami zmuszają ich do seksu. Nie muszą usypiać ich czujności, mogą ich po prostu zabić, ale to byłoby przecież marnotrawstwo. Napełnić nimi brzuchy można później, po nacieszeniu się podniecającymi i być może zaostrzającymi apetyt widokami. Najistotniejszy dla rozwoju akcji będzie jednak homoseksualny stosunek – niepozostawiający niczego wyobraźni widza seks dwóch mężczyzn zajmujących różne pozycje w tak zwanej hierarchii społecznej. Jeden obrzydliwie bogaty i wpływowy, a drugi pracujący jako ochroniarz dla bardzo wymagającego człowieka. To ma znacznie z tego względu, że Guto Parente pozwolił sobie na skomentowanie społecznej i politycznej sytuacji w swoim kraju. Na krytyczne, do pewnego stopnia satyryczne spojrzenie na współczesną Brazylię. Ot, taki krytycyzm w lekko krzywym zwierciadle.

Dosyć przekonująco wykreowani przez Tavinha Teixeira i Anę Luizę Rios, Otavio i Gilda, to bogate małżeństwo, w którym co prawda często pojawiają się tarcia, ale w sumie bardzo się kochają. Łączą ich nietypowe gusta kulinarne, silny pociąg do zbrodni, preferencje seksualne, dosyć osobliwy światopogląd (nie cały) i zamiłowanie do wystawnego, wygodnego życia. Za to dzieli ich przynależność Otavia do tytułowego klubu oraz nieposłuszeństwo Gildy. To znaczy Otaviowi przeszkadza to, że jego żona nie chce mu się podporządkować – facet najwidoczniej ma skrajnie konserwatywny pogląd na pożycie małżeńskie. Według niego żona powinna być całkowicie podległa mężowi. Gildę natomiast nie tyle denerwują, ile bawią tego rodzaju żądania męża. Bo to tak zwana kobieta wyzwolona... Choć bardziej adekwatne byłoby tutaj stwierdzenie, że to kobieta do szczętu zepsuta, zresztą tak jak jej konserwatywny mąż. A najzabawniejsze jest w tym to, że ci oto mordercy i kanibale mają się za szacownym reprezentantów brazylijskiego społeczeństwa. Koledzy z sekretnego klubu, w którego skład wchodzi Otavio, też mają takie mocno wypaczone spojrzenie na siebie samych. Nienawidzą brazylijskiego rządu między innymi za to, że nie walczy skutecznie z wszelkiej maści przestępstwami i nie stara się zatrzymać nieustannie postępującego rozwarstwienia społecznego, przeciwdziałać szerzeniu się skrajnego ubóstwa. Takie płomienne mówki głoszą, a co robią? Nadużywają swojej wysokiej pozycji w hierarchii społecznej, twardą ręką trzymają służbę, z góry patrzą na osoby, którym w życiu się nie powiodło, zabijają własnymi bądź cudzymi rękami (zlecanie morderstw), w domyśle porywają ludzi i zmuszają ich do odbywania stosunków seksualnych na ich oczach oraz spożywają mięso osób, które w bestialski, bezduszny sposób mordują. Jeden z członków klubu wypomina rządowi to, że przymyka oczy na tak zwanych pederastów. W Polsce ta nazwa (choć nie przez wszystkich) zwykła być rozumiana jako pejoratywne określanie homoseksualistów i myślę, że właśnie o nich tutaj chodziło. I to kolejny przejaw hipokryzji, o tyle niecodzienny (bo przecież o zjawisku udawanej homofobii krypto homoseksualistów słyszeli już chyba wszyscy), że przez jakiś czas wygląda to tak, jakby ów człowiek nie przyjmował do wiadomości tego, że sam jest gejem. Jakby wypierał ten fakt ze świadomości, nie zdawał sobie sprawy z tego, z kim zdradza żonę albo po zakończeniu każdego stosunku z mężczyzną natychmiast o nim zapominał. Co do pozostałych przekonań członków klubu kanibali i Gildy, to nie miałam już absolutnie żadnych wątpliwości, że oni naprawdę wierzą, w swoje słowa, że mają się za praworządnych, uczciwych, dobrotliwych obywateli, którzy całym sercem kochają swój kraj i są gotowi zrobić wszystko, co w ich mocy, by zapobiec całkowitemu upadkowi Brazylii. Bo ci oto „patrioci” są święcie przekonani, że jak niczego się nie zrobi, to ich państwo upadnie, pogrąży się w deprawacji, występku i biedzie. Warstwa fabularna swoje smaczki więc ma. Nic szczególnie zajmującego, ani tym bardziej wyszukanego, czy złożonego, ale choćby konstrukcja czarnych charakterów (pozytywnych postaci jest nieporównanie mniej), czy krytyczne i w pewnym stopniu satyryczne komentarze Guto Parente na temat kondycji politycznej i społecznej Brazylii oraz te niestety nieliczne, bardzo realistycznie się prezentujące umiarkowanie krwawe efekty specjalne, przynajmniej utrzymały mnie przed ekranem. Silnych emocji nie wzbudzały, ale dzięki nim albo przez nie (zależy jak na to spojrzeć) wytrwałam do napisów końcowych (w ich trakcie jest jeszcze jedna scenka). Do plusów mogę dodać ścieżkę dźwiękową, za którą odpowiada Fernando Catatau. Ale to już taki malutki plusik. Za to ogromny minus za zdjęcia. Zdecydowanie za dużo żywych kolorów, a mroku prawie wcale. No cóż, być może Guto Parente chciał pochwalić się malowniczymi krajobrazami Brazylii i w przyciągający wzrok sposób skontrastować to z haniebnym trybem życia czołowych postaci filmu. Mnie jednak ten kontrast mocno drażnił – w moich oczach nie malowało się to dobrze, nie grało mi to tak, jak grać w takich przypadkach powinno. Uważam, że ten niełatwy przecież, nieraz już przeprowadzany w kinie grozy (również w efektywny sposób), eksperyment, przerósł twórców owego filmu. I to z przytupem, bo ta mdląca wręcz jaskrawość przynajmniej mnie najbardziej psuła odbiór „Klubu kanibali”. Bardziej nawet niż warstwa tekstowa, którą znaczy duża naiwność, banalny i przewidywalny przebieg akcji (ta cała a la intryga) i niesprzyjający silnym emocjom nadmierny pośpiech. Dynamizm, którego nie powstydziłaby się hollywoodzka superprodukcja.... No nie, bo trzeba by jeszcze powpychać w to multum drogich efektów komputerowych.

„Klub kanibali” co poniektórym może nasuwać skojarzenia z „Hostelami” (dotychczas nakręcono trzy części: dwie stworzył Eli Roth, a jedną Scott Spiegel) i to nie tylko przez sekretny klub istnych zwyrodnialców – Gilda kąpiąca się w ludzkiej krwi do złudzenia przypomina pewną kobietę, która w drugiej odsłonie „Hostelu” chciała poczuć się jak Elżbieta Batory. Ale nie sądzę by znalazło się wiele osób, które przyznają brazylijskiemu „Klubowi kanibali” w reżyserii Guto Parente wyższość nad wspomnianymi przedsięwzięciami Eliego Rotha. Nad „Hostelem 3” prędzej, ale ciężko to uznać za duży komplement. Fani horrorów kanibalistycznych, i być może kina gore w ogólności, pewnie tak czy inaczej to obejrzą (jeśli tylko będą mieli możliwość). Inna sprawa, ile z tych osób wyjdzie z rzeczonego spotkania z jako taką satysfakcją. Cóż, jakoś nie potrafię uwierzyć (abstrahuję tutaj od przynajmniej na razie niezbyt dużej dostępności tego filmu) w istny wysyp takich szczęściarzy.

sobota, 6 lipca 2019

Andrew Neiderman „Adwokat diabła”

Recenzja przedpremierowa

Mieszkający w niewielkim mieście Blithedale na Long Island młody adwokat, Kevin Taylor, po wygraniu kontrowersyjnej sprawy sądowej, dostaje propozycję pracy w nowojorskiej firmie prawniczej John Milton i Wspólnicy. Dużo wyższa pensja, możliwość nieodpłatnego mieszkania w apartamentowcu na Manhattanie i reprezentowanie oskarżonych w głośnych sprawach karnych. Takiej szansy Kevin nie może odrzucić, tym bardziej, że jego ukochana żona Miriam też szybko przekonuje się do pomysłu przeprowadzki do Nowego Jorku. Nowy nabytek firmy John Milton i Wspólnicy dowiaduje się, że panuje w niej rodzinna atmosfera, że pracownicy wspierają się nawzajem, tak na gruncie zawodowym, jak prywatnym. A swojego szefa, Johna Miltona, traktują niemal jak ojca. Kevin też z miejsca się do niego przekonuje. Jest wręcz zauroczony tym niezwykle hojnym, dystyngowanym człowiekiem sukcesu i zamierza zrobić wszystko, co w jego mocy, by go nie zawieść. Kevin, podobnie jak Miriam, szybko przyzwyczaja się do nowojorskiej egzystencji, a właściwie to oboje są zachwyceni tym zupełnie dla nich nowym, wystawnym, ekscytującym trybem życia. Z czasem jednak Kevin zaczyna zauważać niepokojące anomalie, odbierać złowieszcze sygnały, które burzą jego dotychczasowy spokój ducha. Mężczyzna nabiera przekonania, że z firmą, w której niedawno został zatrudniony jest coś mocno nie tak. A im dłużej nad tym myśli, tym bardziej utwierdza się w przekonaniu, że John Milton nie jest zwyczajnym człowiekiem i że realizuje jakiś potworny plan, którego mimowolnym wykonawcą jest również on, Kevin.

Amerykański powieściopisarz, scenarzysta i producent filmowy Andrew Neiderman to jeden z najbardziej płodnych żyjących autorów. Ma na koncie ponad sto książek, z czego większość napisał jako V.C. Andrews. Po śmierci tej poczytnej pisarski w 1986 roku, jej spadkobiercy zatrudnili Neidermana do pisania w jej imieniu. Neiderman wciąż pisze jako V.C. Andrews, ale wydaje też pod własnym nazwiskiem. Jego najsłynniejszą publikacją pozostaje pierwotnie wydany w 1990 roku „Adwokat diabła”, który na polskie wydanie musiał czekać, bagatela, prawie trzydzieści lat. Tak duży rozgłos „Adwokat diabła” po części zawdzięcza swojej hollywoodzkiej adaptacji w reżyserii Taylora Hackforda z niezapomnianą kreacją Johna Miltona w wykonaniu Ala Pacino. Nie jest to jedyny utwór Neidermana przeniesiony na ekran - ze swojej strony polecam jeszcze film „Manekin” Sandora Sterna. W 2015 roku swoją światową premierę miał „Judgement Day”, prequel powieściowego „Adwokata diabła”, również autorstwa Andrew Neidermana, który mam nadzieję na polskim rynku nie ukaże się za kolejne dwadzieścia dziewięć lat...

Przyznaję, że jeszcze przed spotkaniem z „Adwokatem diabła” Andrew Neidermana, w myślach umieściłam tę powieść obok „Dziecka Rosemary” Iry Levina, „Egzorcysty” Williama Petera Blatty'ego i „Omenu” Davida Seltzera. W tym sensie, że spodziewałam się fabuły, którą z wyłączeniem kilku szczegółów, dobrze znam. Dlaczego? Zabrzmi to niepoważnie, ale największy wpływ na to miał fakt, że to również horror satanistyczny. Myślenie poprzez wątłe skojarzenia, całkowicie błędne, jak się okazało, bo filmowa wersja „Adwokata diabła” ma niewiele wspólnego z omawianym dziełem Andrew Neidermana. Owszem, punkty wspólne są, ogólne ramy tych historii są podobne, ale wierzcie mi w tym przypadku to tyle co nic. Bo w „Adwokacie diabła” Andrew Neidermana najważniejsze są właśnie detale – szczególiki, nie tylko te głośne, ale również ledwo wychwytywane sygnały, których produkcja Taylora Hackforda, z całym szacunkiem dla niej (bo bardzo ją lubię), praktycznie nie posiada. Historia Andrew Neidermana rozgrywa się na dwóch nieustannie przenikających się płaszczyznach. To, co oczywiste miesza się z tym, co odbieramy intuicyjnie. Prawie jakbym miała do czynienia z przekazem podprogowym... Niezupełnie tak było, bo im głębiej w to wchodziłam, tym bardziej uczulałam się na złowróżbne słowa, niejako przemycane przez autora w nawet najbardziej niewinnie prezentujących się sytuacjach. Zupełnie jakby pogrubiono druk albo wyróżniono je jakimś jaskrawym kolorem. Tak oczywiście nie było, ale takie wrażenie odnosiłam. Działało to u mnie na zasadzie automatyzmu, absolutnie nie bezuczuciowego, ale tak jakby odbywającego się bez udziału mojej woli. Bo ja nawet nie szukałam tych wszystkich alarmistycznych słów w (szczegółowych) opisach i dialogach. To nie była zabawa w szukanie niepokojących słówek – czy tego chciałam, czy nie, one same rzucały mi się w oczy. A były chwile, w których wolałabym ich nie widzieć. Pragnęłam wytchnienia od tego w gruncie rzeczy nieustającego gwałtu na mojej psychice, jednocześnie nie chcąc jeszcze odrywać się od lektury, robić sobie przerwy w czytaniu. „Adwokat diabła” to powieść, w której aż kotłuje się od emocji, chociaż pozornie niewiele się w niej dzieje. Z perspektywy długoletniego fana horrorów historia ta może jawić się dosyć zwyczajnie, może nawet nader niewinnie. Ale tylko z wierzchu. Bo pod powierzchnią (a myślę, że mało komu uda się oprzeć nęcącej sile nakazującej wchodzić w to głębiej i głębiej) dzieją się rzeczy tak upiorne i co jeszcze straszniejsze, tak ponętne, że ani się obejrzymy, jak całkowicie zmienimy zdanie na temat tego nietuzinkowego literackiego dokonania. No dobrze, takich reakcji nie można spodziewać się u wszystkich odbiorców „Adwokata diabła” Andrew Neidermana – są osoby, na których to nie podziałało i nie mam powodów, by wątpić w to, że ta grupa jeszcze się powiększy. Ale jestem też przekonana, że jeszcze niejeden miłośnik literatury grozy dopisze tę pozycję do listy swoich ulubionych powieści. Albo przynajmniej uzna ją za jeden z najlepszych horrorów satanistycznych, jakie dotychczas napisano. To prawdopodobnie będą te osoby, które okażą się podatne na hipnozę zastosowaną przez Andrew Neidermana. Tak, dobrze rozumiecie: ten amerykański autor właśnie to tutaj robi: hipnotyzuje czytelnika, po kawałku zabiera mu wolną wolę, zamienia go w swojego niewolnika, a najlepsze w tym wszystkim jest to, że chce się być przezeń prowadzanym na smyczy. Dla mnie nie tylko John Milton był tutaj kusicielem, ale także autor powieści. Jego barwny warsztat skłaniał do porzucenia rzeczywistości, w której żyję i wkroczenia do hedonistycznego świata Johna Miltona. Do wejścia w sidła zastawione przez tę jednocześnie przyciągającą i odpychającą postać, mając przy tym pełną świadomość, z kim tak naprawdę mam do czynienia. Czy nauki Miltona do mnie przemawiały? Czy dzieliłam jego poglądy na świat, w którym wszyscy żyjemy? Niektóre tak (system prawny nie powstaje w imię sprawiedliwości, tylko po to, by utrzymywać porządek i sprawować nad ludźmi kontrolę), ale to nie on mnie prowadził – nie byłam kolejną owieczką prowadzoną ku zatraceniu przez tego oto charyzmatycznego prawnika, tylko niewolnicą pisarstwa Andrew Neidermana, którego cele zdecydowanie nie były zbieżne z dążeniami Johna Miltona. On wolał... bo jak wiem... umoralniać? Powiedzmy, przestrzegać przed wygórowanymi ambicjami, pychą, żądzą sławy i bogactwa, przed folgowaniem wszelkim zachciankom bez względu na cenę, jaką się za to płaci (gloryfikacja konserwatywnego, prowincjonalnego trybu życiu mi nie umknęła – a i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autor kieruje oskarżycielki palec w stronę skrajnego liberalizmu). W tym sensie Neiderman jawi się niczym ten aniołek szepcący nam do jednego ucha, podczas gdy diabełek w postaci Johna Miltona w opozycji do niego stara się wlać swoją truciznę w nasze drugie ucho.

Filmowa adaptacja „Adwokata diabła” wzorem powieści koncentruje się na młodym prawniku, który ku swojej ogromnej radości dostaje pracę w prestiżowej firmie prawniczej, której właścicielem jest charyzmatyczny John Milton. Tyle że u Taylora Hackforda przybytek ów to tak zwane gniazdo żmij, miejsce w którym każdy walczy o swoje, nie oglądając się na kolegów, a tymczasem w powieści firma John Milton i Wspólnicy to „jedna wielka rodzina”. W książce pracownicy pomagają sobie nawzajem, nikt nie myśli tylko o sobie, nikt nie dąży do wejścia na czoło tak zwanego wyścigu szczurów. Bo wszyscy już tam są. Główny bohater powieści, Kevin Taylor, zostaje poinformowany, że tutaj na sukces każdego adwokata pracuje każdy (sromotne porażki tak naprawdę się nie zdarzają). Ale nie tylko w sferze zawodowej każdy pracownik Johna Miltona może liczyć na wsparcie. W prywatnym życiu też nie jest się pozostawionym samemu sobie – macki firmy John Milton i Wspólnicy sięgają daleko, co początkowo Kevin poczytuje jako kolejną z wielu korzyści płynących z pracy w tej nowojorskiej firmie. Jak można się tego domyślić, z czasem jednak nabierze przekonania, że zamiast do raju trafił do piekła, że to co wydawało mu się pięknym snem na jawie, tak naprawdę jest najprawdziwszym koszmarem, z którego być może nie da się wybudzić. Kevin będzie jednak próbował. Co innego jego żona Miriam, która jest zupełnym przeciwieństwem życiowej partnerki pierwszoplanowej postaci adaptacji „Adwokata diabła” w reżyserii Taylora Hackforda. Miriam przypominała mi małżonkę głównego bohatera „451 stopni Fahrenheita” Raya Bradbury'ego. Żona Kevina szybko stała się kimś na kształt marionetki, wręcz robota zaprogramowanego na dostarczanie swojemu ciału i umysłowi wyłącznie przyjemnych doznań. Z moralnej, ciepłej gospodyni domowej przekształciła się w egoistkę, materialistkę, brzydko mówiąc bezmózgi plastik, niechcący słyszeć o rzeczach, które go nie dotyczą. Powieściowy Kevin także różni się od tego filmowego. W literackim pierwowzorze główny bohater jest bardziej odporny na pokusy wystawnego życia w wielkim mieście. Na szatańskie podszepty. Oczywiście, to przychodzi z czasem, ale zdecydowanie szybciej niż u jego filmowego odpowiednika. Fabularnych odstępstw od literackiego pierwowzoru w hollywoodzkim dziele Hackforda jest nieporównanie więcej. Wieszcząca nieszczęścia nowa sąsiadka Taylorów, żona jednego z prawników Johna Miltona, historia poprzedników Kevina i Miriam, erotyczne niby-sny (pomysłowe i nielicho mieszające w głowie), sprawy, w których Kevin i jego koledzy występują w rolach obrońców oskarżonych (niektóre są podobne, ale... wiadomo, że prawie robi wielką różnicę), jakże istotne szczegóły szeroko zakrojonego spisku, z którym niespodziewanie zderza się Kevin i ostateczna (?) konfrontacja dobra ze złem. Finalne wydarzenia szczerze powiedziawszy w moich oczach wypadły gorzej (dosyć banalnie) od tych zaprezentowanych w filmie. Ale sens został zachowany – wszystko się ze sobą spięło, wszystkie cegiełki powskakiwały w swoje miejsca, tworząc jedną, spójną całość, konstrukcją bardzo zbliżoną do szwajcarskiego zegarka. Tak dokładnie Andrew Neiderman wszystko rozplanował, obliczył, wytyczył, że co by nie mówić, niekonsekwencji, gapiostwa, przekombinowania zarzucić mu raczej nie można. Na koniec krótko o polskim wydaniu. Wyborne! No dobrze powiem więcej: twarda oprawa, którą zdobi przyciągająca wzrok nastrojowa ilustracja autorstwa Krzysztofa Wrońskiego. A w środku jeszcze więcej jego (już czarno-białych) grafik i dosyć obszerne posłowie napisane przez Wiesława Kota, w którym omawia on nie tylko literacką i filmową wersję „Adwokata diabła”, ale zabiera nas też w podróż po historii horroru satanistycznego/religijnego - taki skrótowy przegląd niektórych dzieł z tego nurtu.

Doskonale napisana, przemyślana w najdrobniejszych szczegółach, intertekstualna, najsłynniejsza powieść Andrew Neidermana, która doczekała się głośnej adaptacji filmowej i literackiego prequela, i która niemal trzydzieści lat czekała na polskie wydanie. Nie wypatrywałam z niecierpliwością tej pozycji, a wyszło na to, że powinnam. Bo to jeden z najlepszych... wróć... bo to najlepszy powieściowy horror satanistycznych, jaki dotychczas wpadł mi w ręce. Kocham „Dziecko Rosemary” Iry Levina, ale „Adwokata diabła” pokochałam bardziej. Przepraszam, ale tak wyszło. Andrew Neiderman porwał mnie bez reszty, doprowadził wręcz do czystej ekstazy, tak swoim dojrzałym, wnikliwym warsztatem, jak prawie wszystkimi pomysłami wykorzystanymi w tej opowieści. Przemyślaną konstrukcją fabularną, pozostawiającą pole do różnych interpretacji, trzymającą w nieustającym napięciu (z tendencją wznoszącą) nawet w momentach, w których nic niepokojącego się nie dzieje. Czyżby? Hmm, w „Adwokacie diabła” Andrew Neidermana tak naprawdę cały czas dzieje się coś upiornego, makabrycznego, szalonego, na wskroś potwornego, tylko nie zawsze w sposób jawny, w całości odkryty, maksymalnie oczywisty. Tutaj, Proszę Państwa, cały czas odbywa się kuszenie przez mistrza manipulacji, przez demoniczną postać, która jak nikt inny wie, że do tego potrzeba precyzji, a nie siły. John Milton kusi Kevina Taylora, a Andrew Neiderman czytelnika. Cele mają inne. A skuteczność? Zgadnijcie. A jeszcze lepiej to sprawdźcie. I to tak szybko, jak tylko się da.
 
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 4 lipca 2019

„Scars of Xavier” (2017)

Xavier jest zamkniętym w sobie mężczyzną mieszkającym i pracującym w Pradze. Na pierwszy rzut oka wydaje się zupełnie nieszkodliwy. Ludzie z jego otoczenia mogą go widzieć jako nieszukającego kłopotów, spokojnego człowieka, bo Xavier skrzętnie ukrywa przed światem swoje mroczne popędy. Zaspokaja je tylko w niektóre noce. Poluje na młode kobiety: wyłuskuje swoje cele z tłumu, śledzi je czekając na odpowiedni moment do ataku, a kiedy ten wreszcie nadchodzi obezwładnia je i przetransportowuje do swojego mieszkania, gdzie na najróżniejsze sposoby pozbawia je życia. Tak najczęściej działa, ale od czasu do czasu pozwala sobie na odstępstwa od sprawdzonych metod. Zbrodniczy tryb życia Xaviera wiąże się z jego traumatyczną przeszłością, z latami, które spędził u boku okrutnej matki. Wspomnienia z tego strasznego okresu wciąż go prześladują, a jedynym znanym mu sposobem na radzenie sobie z nimi jest brutalne traktowanie wybranych młodych kobiet.

Pełnometrażowy debiut reżyserski Kaia E. Bogatzkiego pt. „Scars of Xavier” to nagrodzony na kilku festiwalach niemiecki (acz anglojęzyczny) thriller psychologiczny z elementami kina gore. Scenariusz napisał Bogatzki, ale przy obmyślaniu fabuły pomagał mu Marc Engel, odtwórca roli Xaviera i obok Bogatzkiego główny producent filmu. Można powiedzieć, że obraz ten wziął się z osobistych zainteresowań Bogatzkiego autentycznymi seryjnymi mordercami. Konstruując postać Xaviera twórca ten silnie inspirował się niektórymi prawdziwymi wielokrotnymi zabójcami, ale jego pełnometrażowego debiutu nie należy traktować jak filmu biograficznego - tytułowy antybohater produkcji Kaia E. Bogatzkiego w ogólnym rozrachunku jest postacią fikcyjną.

Marc Engel w ramach przygotowań do roli Xaviera na jakiś czas odizolował się od społeczeństwa i zrzucił kilkanaście kilogramów. Ale nawet nie znając tych faktów, na ekranie widzi się duże zaangażowanie aktora w tę niełatwą rolę. Engel jest naprawdę przekonujący w tym, co tutaj robi. Czego niestety nie mogę powiedzieć o pozostałych członkach obsady. To znaczy nie dotyczy to każdego, bo prawie wszystkie kobiety padające ofiarami Xaviera w mojej ocenie ze swojego zadania wywiązały się całkiem dobrze. Inna sprawa, że ich role wiele od nich nie wymagały. Ale drugoplanowe postacie... No cóż, najbardziej drażnił mnie ich „kwadratowy” akcent, ale mimika też pozostawiała trochę do życzenia. Zwłaszcza gdy zestawiło się ją z warsztatem Marca Engela. Aktor bezbłędnie gra twarzą (do jego dykcji też nie mam zastrzeżeń), co w tym przypadku jeszcze zyskuje na znaczeniu. W centralnym punkcie tej opowieści nieodmiennie stoi właśnie Xavier – wszystko kręci się wokół niego, kamera praktycznie go nie odstępuje, w pewnym sensie to on nadaje kierunki fabule, wprawia w ruch (i bezruch) świat przedstawiony w pierwszym pełnometrażowym filmie Kaia E. Bogatzkiego. A że jest człowiekiem małomównym, nieskorym do dzielenia się z innymi swoimi przemyśleniami, przeżyciami i w ogóle w żaden sposób niezabiegającym o przyjaciół, raczej stroniącym od towarzystwa, to Marc Engel musiał nadrabiać to ciałem. Zwłaszcza twarzą, ale nie tylko. Jego gra zrobiła na mnie niemałe wrażenie, ale nie mogłam odsunąć od siebie myśli, że na gruncie tekstowym w pewnym sensie tego antybohatera skrzywdzono. Ogólny zarys tej postaci, choć nieoryginalny, jest nader frapujący, chociaż Xavier aż prosi się o pogłębienie. Mamy oto introwertyka, mężczyznę w pojedynkę zajmującego jedno z mieszkań w Pradze, który nie nawiązuje bliższych relacji z ludźmi (chyba że za takową uznamy krótkotrwałe kontakty kata z ofiarą...) i od lat boryka się z traumą, jaką zgotowała mu jego własna matka. Ze strasznymi wspomnieniami z przeszłości, którą spokojnie można uznać za decydującą fazę w jego życiu. Reminiscencje Xaviera są podawane w sposób subiektywny – z jego punktu widzenia, co nie jest zbyt powszechne w kinie. A przecież sceny wspomnieniowe, przenoszenie się myślą przez filmowe postacie do czasów minionych zyskują na wiarygodności, gdy przedstawia się ja tak, jak w tym przypadku. Tyle że dla co poniektórych odbiorców subiektywna perspektywa może być mniej wygodna – prawdopodobnie dlatego filmowcy tak rzadko na nią stawiają w sekwencjach reminiscencyjnych. Retrospekcje w „Scars of Xavier” dużych niedogodności jednak nie powinny rodzić. Zwłaszcza jeśli będzie się wówczas pamiętało o tytule owego filmu. Bo skoro nie widzimy twarzy młodego Xaviera, skoro patrzymy na świat jego oczami, to może głównym celem takiego filmowania było ukrycie przed nami czegoś okropnego. Czegoś, co być może w całej swojej wstrząsającej okazałości objawi nam się później. Wspomnienia Xaviera mogą nieco skomplikować odbiór tej postaci. Poznajemy go jako seryjnego mordercę młodych kobiet, a więc z miejsca nastawiamy się do niego skrajnie negatywnie. Ale potem stopniowo dowiadujemy się, dlaczego jest tym, kim jest. I... Nie mogę powiedzieć, że traumatyczna przeszłość Xaviera sprawiła, że obdarzyłam go sympatią, że jego wizerunek w moich oczach znacznie się ocieplił. Nie, dorosły Xavier nadal w tym sensie działał na mnie odpychająco, budził we mnie niemały wstręt, ale miałam sporo współczucia dla młodszej wersji tej postaci. Dla tego młodzieńca niegdyś mieszkającego z delikatnie mówiąc niestabilną psychicznie matką, którą najpewniej darzył bezgraniczną miłością, chociaż bardzo się jej bał. Czy ten strach w końcu przejdzie w nienawiść? A może Xavier przez cały czas, wzorem niektórych autentycznych seryjnych morderców, matkę zarazem kochał i nienawidził? Powodów do nienawiści względem niej miał aż nadto. Bo to okrutna kobieta była...

Zdjęcia autorstwa Lucasa Blanka i Philippa Peißena bez wątpienia robią różnicę. Metaliczne szarości przyciągają wzrok najsilniej, ale w warstwie technicznej godne odnotowania jest też zadowalające zagęszczenie mroku, wybór utworów muzycznych (hałaśliwych, jazgotliwych, delikatnie szarpiących nerwy), mnóstwo zbliżeń i dosyć charakterystyczny montaż. Dynamiczne i całkiem pomysłowo posklejane sekwencje głównie tych brutalnych zdarzeń (ale nie tylko), przetykają bardzo powolne, wręcz ślimacze sceny z codziennego życia Xaviera. Z tej zwyczajnej, monotonnej sfery jego egzystencji prywatnej i zawodowej. Kaiowi E. Bogatzkiemu i jego ekipie udało się wypracować pewną intensywność przekazu. Braki w scenariuszu częściowo nadrobiła płaszczyzna techniczna – z samej pracy kamer co nieco na temat Xaviera można wyczytać, dopowiedzieć sobie, dodać do moim zdaniem niepełnego obrazu tego mężczyzny przelanego na papier przez Kaia E. Bogatzkiego. Rzecz nie tyle w tym, że za mało faktów na jego temat podano (choć pewnie więcej by nie zaszkodziło), ile w nienależytym wgłębianiu się w nie. Nie powiedziałabym, że scenarzysta jedynie się przezeń prześlizgiwał, nie zarzuciłabym mu ogromnej powierzchowności, ale jednak konstrukcja psychologiczna tej postaci pozostawiła we mnie pewien niedosyt. Kompletnej rekompensaty owej niedogodności od tej, bądź co bądź, bardzo dobrej realizacji, nie otrzymałam. Portret psychologiczny Xaviera, mimo wszystko jednak budził we mnie emocje (głównie tego rodzaju nieprzyjemne uczucia, które w psychothrillerach o seryjnych mordercach, ale i horrorach z nurtu gore, są jak najbardziej na miejscu), niejako zmuszał do uważnego przyglądania się tej postaci. W niemal takim samym stopniu jak niebanalna gra Marca Engela. Ale rozwój wydarzeń, ta główna oś akcji osadzona w umownej teraźniejszości (retrospekcji to nie dotyczy), to zainteresowanie chwilami mocno obniżał. Cały czas miałam nadzieję, że fabuła wejdzie na ciekawsze tory, że już wkrótce nastąpi tak bardzo pożądany przeze mnie zwrot w kierunku czegoś innego, czegoś niechże nawet iście pospolitego, czegoś często spotykanego w kinematografii, ale odróżniającego się od tego wszystkiego, co już mi pokazano i zasugerowano. I tylko po części się doczekałam. Nie zrozumcie mnie źle, umiarkowanie krwawe efekty specjalne całkowicie mnie usatysfakcjonowały. Substancja służąca za krew, poszarpane rany, w ogóle wszystkie praktyczne, makabryczne dodatki wykorzystane w „Scars of Xavier” w moich oczach malowały się bardzo realistycznie. Maska mordercy też wpada w oko. Zdarzało mi się nawet krzywić z niesmakiem – najbardziej „zabolała mnie” sekwencja zszywania własnej dłoni (te powolne przeciąganie nici przez skórę... brrr!), ale odpiłowywanie głowy (dalsze rozczłonkowywanie już w domyśle, ale moją wyobraźnię aż nadto udało się twórcom tutaj uruchomić), podcięcie gardła i zapamiętałe miażdżenie głowy... No naprawdę, twórcy efektów specjalnych mają powody do dumy. Ale największy popis dano „na wstecznym”. Czegoś takiego na ekranie chyba jeszcze nie widziałam. Prosta, acz niezwykle widowiskowa sztuczka. Pomysłowa nawet bardziej od charakterystycznego zakończenia. Zakończenia w formie może trochę przekombinowanego, ale w treści w sumie w punkt. Chociaż może należałoby nadać temu więcej tragizmu, wymyślić coś bardziej wstrząsającego. Albo troszkę bardziej sprawę skomplikować – zmusić widza do „ruszenia głową”, rozważenia więcej niż jednej interpretacji, w poszukiwaniu tej najbardziej pasującej do obrazu Xaviera. Chociaż znowu: czy taki finał naprawdę można odczytywać tylko w jeden sposób? Czy istotnie nikomu nie nasunie się tutaj więcej niż jedna rewelacja na temat tytułowego antybohatera omawianego obrazu? Co do tego nie jestem przekonana, bo sama rozważałam dwie możliwości. UWAGA SPOILER Banalne rozdwojenie jaźni i też raczej powszechne dopuszczenie do głosu bestii, która tak naprawdę może czaić się wewnątrz każdego z nas (albo przy bardziej pesymistycznym nastawieniu istotnie tkwi w każdym człowieku stąpającym po ziemi) – no wiecie mamy w sobie tyle samo dobra co zła, i tylko od nas zależy którą drogą pójdziemy. Przy założeniu, że ta interpretacja jest właściwa wszystko wskazuje na to, że Xavier na pewnym etapie swojego życia wybrał obie. A na końcu filmu najprawdopodobniej zdecydował się całkowicie porzucić tę jasną stronę swojej osobowości. Wyzbycie się tych dobrych cech symbolizuje zabicie „jednego Xaviera” w wyobrażonym, mrocznym mentalnym świecie, do którego przenosimy się w ostatniej partii filmu. Ale może to być także symbol uśmiercenia drugiej jaźni Xaviera. Ata trzecia postać, którą wówczas widzimy pełni rolę swego rodzaju naczynia – to ciało Xaviera, które zostanie wzięte w wyłączne posiadanie przez tę złą jaźń/ciemną stronę osobowości mężczyzny, po pozbyciu się tej dobrej KONIEC SPOILERA. Tak to widzę. Na takie sposoby rozpatrzyłam to zakończenie i tak naprawdę nie odrzuciłam żadnego z nich (biorę pod uwagę obie te wersje). Może i brzmi to skomplikowanie, ale gdy się to ogląda to takowe się nie wydaje. Pod warunkiem, że moje spostrzeżenia są trafne. Bo nie mogę wykluczyć, że twórcy chcieli przekazać tutaj coś zupełnie innego. Coś, co mi umyka, ale być może innym odbiorcom „Scars of Xavier” rzuci się w oczy. W trakcie napisów końcowych jest jeszcze jedna scena.

Kai E. Bogatzki moim zdaniem nie ma powodów, by wstydzić się swojego pełnometrażowego debiutu. Nie chodzi mi tylko o to, że „Scars of Xavier” został wyróżniony na kilku festiwalach filmowych, a nawet nie przede wszystkim o to. Nagrody nagrodami, ale ważniejsze jest to, czy obraz ten potrafi przemówić do ścisłego grona fanów psychothrillerów o seryjnych mordercach. Moim zdaniem tak, może sprostać wymaganiom tych osób. Ale i ludzi preferujących bardziej brutalne obrazy – powiedzmy umiarkowanie krwawe kino gore o różnego rodzaju zwyrodnialcach, ludziach, którzy odnajdują przyjemność/ukojenie w zabijaniu swoich bliźnich. Do ideału moim zdaniem jeszcze sporo mu brakuje, ale to nic. Nie żałuję, że dałam mu szansę i jestem prawie pewna, że niewielu miłośników cięższych, mocniejszych, brutalniejszych obrazów (aczkolwiek bez przesady) „zapłacze” nad bezpowrotnie straconym czasem. Tak więc im radzę to cuś sprawdzić, na wszelki wypadek nie spodziewając się jednak jakiegoś miażdżącego efektu. On może przyjść, nie mówię, że nie, ale dużej szansy na to nie upatruję. Chociaż ta „jazda na wstecznym”...? No nie wiem, nie wiem...

wtorek, 2 lipca 2019

Emma Viskic „Zatoka milczenia”

Mieszkający w Melbourne niesłyszący Caleb Zelic po otrzymaniu niepokojącej wiadomości od swojego przyjaciela, policjanta Gary'ego Marsdena, udaje się do jego domu, gdzie znajduje jego okaleczone zwłoki. Zrozpaczony mężczyzna wzywa policję. Śledztwo prowadzi detektyw Tedesco, który jak zauważa Caleb podejrzewa, że Gary był zamieszany w jakieś nielegalne interesy. Zelic w to nie wierzy. Przypuszcza jednak że to on sprowadził na przyjaciela niebezpieczeństwo, prosząc go o pomoc w jednej ze spraw, nad którą ostatnio pracował wraz ze swoją partnerką, byłą policjantką Frankie Reynolds, którą kilka lat wcześniej zatrudnił w swojej firmie zajmującej się bezpieczeństwem korporacyjnym. Na domiar złego Caleb uświadamia sobie, że też jest celem ludzi, którzy torturowali i pozbawili życia jego przyjaciela. Wie, że za tym wszystkim stoi człowiek o imieniu Scott, ale nie zna jego nazwiska i nie ma pojęcia jakie motywy nim kierują. Ale jest zdecydowany się tego dowiedzieć.

Emma Viskic to australijska klarnecistka i powieściopisarka specjalizująca się w kryminałach. Jej pierwotnie wydana w 2015 roku debiutancka powieść pt. „Resurrection Bay” („Zatoka milczenia”) z niesłyszącym Calebem Zeliciem otworzyła jej drogę do międzynarodowej kariery. Dobrze przyjęta przez australijskich i zagranicznych krytyków oraz wielu fanów gatunku, laureatka Ned Kelly Award za najlepszy debiut oraz Davitt Award za najlepszą powieść dla dorosłych, najlepszy debiut i wybór czytelników, „Zatoka milczenia” zapoczątkowuje kryminalną serię o Calebie Zelicu. W 2017 roku ukazała się druga część, „And Fire Came Down”, która została uhonorowana Davitt Award za najlepszą powieść dla dorosłych, a premierę trzeciej odsłony zatytułowanej „Darkness for Light” zaplanowano na 2020 rok. Niebezpieczne przygody niesłyszącego mężczyzny to jak na razie jedyny dorobek literacki Emmy Viskic. Autorka nauczyła się australijskiego języka migowego, aby stworzyć tę postać, a ściślej by nadać Calebowi Zelicowi wiarygodności.

Na początku był chaos. Tak maluje się przed nami gwałtowny zwrot w życiu Caleba Zelica rozpisany na pierwszych stronicach „Zatoki milczenia”. Wiemy, że główny bohater książki właśnie znalazł zmaltretowane ciało swojego przyjaciela, policjanta Gary'ego Marsdena, który pozostawił żonę i dwójkę dzieci; wiemy, że mężczyzna został zamordowany najprawdopodobniej przez bądź z rozkazu niejakiego Scotta. I wreszcie wiemy, że współpracował z Calebem prowadzącym firmę zajmującą się bezpieczeństwem korporacyjnym. Podejrzewamy, że śmierć sprowadziła na niego praca, jaką ostatnio wykonywał dla Caleba. Możemy też brać pod uwagę wersję, w którą zdają się wierzyć policjanci zajmujący się tą sprawą, mówiącą o tym, że Gary zajmował się jakimiś ciemnymi interesami. Cała ta sytuacja została nakreślona w atmosferze chaosu, w samym środku koszmaru, w którym znalazł się bohater, którego jeszcze nie znamy. Emma Viskic nie bawi się w długie wstępy – wrzuca czytelników w sam środek akcji, serwując im strzępy informacji, które mają rozbudzić w nich ciekawość, ale nie dając im czasu na przetrawienie tych danych. Gdzież ta pani tak się śpieszy? - pomyślałam. Czyż nie lepiej byłoby ustać w miejscu do czasu, aż czytelnik odnajdzie się w tej sytuacji, przeniesie do świata przedstawionego w „Zatoce milczenia”, stanie u boku niesłyszącego (aparat słuchowy umożliwia mu odbieranie stłumionych dźwięków) Caleba Zelica? Mnogość niewiele mówiących informacji wrzucanych na szybko – to tu, to tam... i jedziemy dalej. Nie oglądając się na czytelnika, nie patrząc czy nadąża. Cóż, ja nie nadążałam. Gdy akcja przeniosła się do mieszkania Caleba, ja byłam jeszcze na miejscu zbrodni, w pobliżu okaleczonego ciała przyjaciela głównego bohatera książki, próbując zorientować się w tej niecodziennej sytuacji. Myśląc: ale o co chodzi? Powiecie: ktoś właśnie zabił policjanta, ot żadna filozofia. Tak, ale cała ta otoczka, wszystkie te niejasne podejrzenia narosłe wokół tak ofiary, jak człowieka, który znalazł martwe ciało na pierwszej stronicy „Zatoki milczenia”, wokół ludzi, o których zdążyłam dowiedzieć się tyle co nic, to wszystko zdawało się mieć dużą wagę, pomimo tego, że autorka tylko przezeń się prześlizgiwała. Bo nie wiedzieć czemu bardzo jej się śpieszyło. Po bezskutecznej próbie zatopienia się w przeżyty właśnie przez Caleba koszmar nagłej straty przyjaciela, postanowiłam podejść do tego od innej strony. Zamiast starać się coś konkretnego z tego wyciągnąć, nadać tej intrydze jakiś kierunek, jakieś ramy, wlokłam się po prostu za Calebem, który też zdawał się nie mieć żadnego punktu zaczepiania. Oboje byliśmy jak te dzieci we mgle – zagubione w nieuporządkowanym „świecie Emmy Viskic”. A potem... Nagle, ni z tego, ni z owego odkryłam, że stoję w Resurrection Bay – naprawdę tam stoję, chociaż krajobraz jest rozmyty (pewnie zapomniałam okularów), niby zamglony, ale najważniejsze, że wreszcie tu jestem. W Melbourne tak naprawdę (wcześniej) mnie nie było – tam gdzie rozegrała się pierwsza partia niebezpiecznej przygody Caleba Zelica w wyobraźni się nie przeniosłam, ale gdy główny bohater książki ponownie tam zawitał, gdy jego niejako przymusowa wizyta w rodzinnym miasteczku Resurrection Bay dobiegła końca, ja już twardo stałam u jego boku. Tak więc summa summarum Melbourne też w pewnym sensie zwiedziłam. Szkoda tylko, że Viskic nie postawiła na szczegółowe, barwne opisy miejsc – tym bardziej, że rzecz działa się w malowniczej Australii, która mogłaby przyjemnie kontrastować z makabrycznymi przeżyciami Caleba Zelica, gdyby tylko Emma Viskic tak dalece nie zaniedbywała fragmentów opisowych. W tej konkretnej materii, bo z postaciami w mojej ocenie radziła sobie nieporównanie lepiej.

Caleb Zelic bez wątpienia wyróżnia się na tle bohaterów literackich kryminałów. To jedna z tych postaci, która nie wtapia się w tło, nie upodabnia się do wielu innych fikcyjnych sylwetek prowadzących różnego rodzaju śledztwa na kartach powieści, ale i nie powiedziałabym, że to najbardziej charakterystyczna postać, z jaką w tego rodzaju beletrystyce się spotkałam. Zelic, podobnie jak Lincoln Rhyme stworzony przez Jeffery'ego Deavera, jest niepełnosprawny, ale jego problemem nie jest tetraplegia tylko brak słuchu. Aparat słuchowy zapewnia mu dosyć marną namiastkę tego zmysłu. Ułatwia mu też mówienie. Caleb biegle włada językiem migowym, ale z ludźmi częściej porozumiewa się głosem. Najbardziej przydatnymi zdolnościami Caleba są jednak czytanie z ruchu warg i fotograficzna pamięć. Bohater ten nigdy nie zapomina twarzy, co w jego pracy (prywatnego detektywa od spraw korporacyjnych) bardzo się przydaje. Ponadto Caleb jest rozwodnikiem, który nigdy nie przestał kochać swojej żony, czarnoskórej piękności imieniem Kathryn. Dla niej Emma Viskic też przewidziała pewną rolę w swojej debiutanckiej powieści. Kat dodaje pikanterii tej opowieści – ta utalentowana artystka nie tylko ubarwia prywatną sferę życia Caleba, odgrywa ważną rolę w jego pozazawodowym życiu, ale jej udział dodaje również dramaturgii sprawie, nad którą głowi się czołowy bohater „Zatoki milczenia”. Kat nie jest jedyną kobietą w życiu Caleba. Drugą ważną dla niego osobą jest Frankie Reynolds, starsza kobieta, która niegdyś była policjantką, a teraz pracuje dla niego. Frankie to jego najlepsza przyjaciółka, osoba, na której zawsze mógł polegać, a która teraz, w tych jakże krytycznych dla niego dniach, zaczyna go zawodzić. Jego partnerka właśnie teraz, po tylu latach, wraca do nałogu alkoholowego, przez który straciła pracę w policji, i który skłócił ją z siostrą. Frankie walczy z pragnieniem sięgnięcia po alkohol, nie poddaje się, choć w tym ciężkim boju nieraz zdarza jej się upaść. A Caleb próbuje jej pomóc – tyle że w sytuacji, w której obecnie się znajduje nie może sobie pozwolić na poświęcanie przyjaciółce tyle uwagi, ile by chciał. Musi myśleć przede wszystkim o sprawie, w którą zamieszany jest niejaki Scott. O intrydze zawiązanej przez.. ha, dobry wybór... która na jego przyjaciela i parę innych osób już sprowadziła śmierć, a to makabryczne żniwo bynajmniej nie zostało jeszcze zebrane. Wszystko wskazuje na to, że Caleb i jego bliscy też figurują na liście celów niezidentyfikowanych zabójców, szajki przestępczej, której macki sięgają daleko. Nie można powiedzieć, że Caleb w związku z tym nie ufa nikomu, bo jednak ostało się kilka osób w jago życiu, co do których ma absolutną pewność. Wie ponad wszelką wątpliwość, że stoją po jego stronie, ale ma również świadomość, że grozi im ogromne niebezpieczeństwo, które on sam w pewnym sensie na nie sprowadza. Bo to jego pragną dopaść zabójcy Gary'ego, a w tym celu nie zawahają się skrzywdzić jego bliskich. Brata też? Mieszkającego w Resurrection Bay mężczyznę, który ponoć niedawno wyszedł z nałogu narkotykowego, i który bez wątpienia ma jakiś związek z tą sprawą. Jaki? Przez lwią część lektury możemy jedynie snuć luźne domysły. Razem z Calebem Zeliciem, który robi wszystko, co w jego mocy, by dopasować do siebie elementy tej układanki zanim będzie za późno. Zanim umrze któraś z bliskich mu osób bądź on sam straci życie w tej szaleńczej pogoni za prawdą. Dosyć zaskakującą prawdą, muszę dodać. To znaczy zaskakującą dla mnie, bo podejrzewam, że nie każdego Emmie Viskic uda się zwieść. Ja miałam o tyle utrudnione zadanie, że nie do końca potrafię odnaleźć się w tak dynamicznych opowieściach, w fabułach, które nader rzadko zwalniają i które są snute w tak powierzchowny sposób. Prościutki język, zawrotne tempo akcji, która nie bardzo wiadomo dokąd zmierza (ale, wierzcie mi, dokądś na pewno), to zdecydowanie nie moje klimaty. Sytuację w moich oczach podratowały jednak postacie. Interesujące osobowości, w które Viskic co prawda nie zagłębia się jakoś szczególnie, ale rysuje je na tyle wyraźnie, żeby nie miało się (a przynajmniej ja nie miałam) wrażenia potężnego niedosytu. Porównywalnego chociażby do tego, który niestety stwarzają opisy poszczególnych miejsc odwiedzanych przez niesłyszącego Caleba Zelica. Gdyby Viskic do ważniejszych postaci podeszła w taki sam sposób, jak do scenerii, to pewnie przyjmowałabym tę opowieść całkowicie beznamiętnie. Prawdopodobnie udałoby mi się dobrnąć do końca, bo „Zatokę milczenia” czyta się błyskawicznie (prosty język i nieduża objętość), ale bez tego napięcia, które towarzyszyło mi podczas lektury literackiego debiutu Emmy Viskic. Nie było ono szczególnie silne, tak samo zresztą jak pozostałe emocje, które się we mnie przewijały, ale to i tak było dla mnie niespodzianką. Bo zapoznając się z pierwszą partią „Zatoki milczenia” miałam pewność, że żadnych uczuć ta australijska pisarka we mnie nie rozpali. Ba, byłam przekonana, że nawet nie będą się we mnie tliły, a tu proszę naprawdę obawiałam się o bezpieczeństwo Caleba Zelica i paru innych osób. I co jeszcze bardziej mnie zaskoczyło naprawdę dałam się wciągnąć w jego rozterki miłosne na tyle, by trzymać kciuki, za to by w sprawach sercowych mu się poukładało. Żeby jednak tak się stało on i jego ukochana muszą wyjść cało z tej koszmarnej sytuacji, w której nieoczekiwanie się znaleźli – że Caleb przeżyje wątpliwości nie miałam, ale w jakim stanie fizycznym i psychicznym, i czy z ukochaną kobietą oraz najlepszą przyjaciółką? Co do tego pewności mieć nie mogłam. 
 
Literacki debiut australijskiej pisarki Emmy Viskic w mojej ocenie do najlepszych nie należy. Powieść ta otworzyła jej drzwi do wielkiej kariery i to nie tylko w jej rodzimym kraju, odbiła się dosyć głośnym echem w światku beletrystyki kryminalnej, ale mnie szczególnie nie porwała. Co nie znaczy, że lektura tego pisarskiego dokonania pozostawiła we mnie skrajnie negatywne odczucia. Nie, tak źle nie jest. „Zatoka milczenia” to w gruncie rzeczy taka niezobowiązująca, lekka rozrywka, dostarczająca umiarkowanych emocji, niezbyt męcząca, pomimo swego rodzaju rozgardiaszu warsztatowego i przyciągająca uwagę przede wszystkim niebanalnym, charakterystycznym bohaterem zajmującym centralny punkt tej kryminalnej opowieści. Ot, średniaczek, który szybko się czytało, nawet delikatnie się to przeżywało, a po zakończeniu lektury nie miało się poczucia zmarnowania paru godzin życia. Tak moje spotkanie z powieścią mogę podsumować. Rozgłos, jaki zyskała ona na arenie międzynarodowej, nie pozostawia mi jednak wątpliwości, że jeszcze wielu oddanych fanów znajdzie. Przede wszystkim wśród miłośników kryminałów, ale myślę, że osoby gustujące w literaturze akcji, w różnego rodzaju bardzo dynamicznych opowieściach napisanych prostym językiem też spokojnie mogą tego spróbować. Bardzo możliwe, że im również posmakuje owa potrawa przyrządzona przez początkującą powieściopisarkę.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 1 lipca 2019

Zapowiedź: „Rabid”

… czyli na co czekam najbardziej.

Jen i Sylvia Soska (m.in. „Dead Hooker in a Trunk”, „American Mary”, „Oczy zła”) w 2016 roku zostały zatrudnione do stworzenia remake'u „Wściekłości”, kultowego body horroru w reżyserii niekwestionowanego mistrza tego podgatunku Davida Cronenberga. Scenariusz kanadyjskiego filmu „Rabid” siostry Soska napisały wspólnie z Johnem Serge'em, ale reżyserowaniem zajęły się same. Główne zdjęcia rozpoczęły się latem 2018 roku w Toronto. Film jest już gotowy i czeka na światową premierę, która najwcześniej nastąpi jesienią 2019 roku, ale w grę wchodzi też dopiero 2020 rok. W Stanach Zjednoczonych „Rabid” ma być wpuszczony do kin i na platformę VOD. Ponadto zakupiono już prawa do dystrybucji w Kanadzie i w Wielkiej Brytanii.

Główną bohaterką „Rabid” jest młoda kobieta imieniem Rose (w tej roli Laura Vandervoort, którą nieźle tutaj „upiększono”) marząca o zostaniu projektantką mody. Pewnego razu doznaje ona wypadku, na skutek którego zostaje oszpecona. Zrozpaczona kobieta decyduje się na radykalny krok – eksperymentalne leczenie komórkami macierzystymi, które przynosi zdumiewające efekty. Rose nie tylko odzyskuje dawny wygląd, ale jej życie zaczyna układać się tak, jak sobie wymarzyła. Ale to tylko jedna strona medalu.

Siostry Soska powiedziały, że dla nich ogromnym zaszczytem jest uwspółcześnienie legendarnego horroru Davida Cronenberga. Dodały, że są przeciwniczkami bezdusznych przeróbek klasycznych filmów, które wydają się być trendem w dzisiejszych czasach, ponieważ nie szanują one ani oryginalnych dzieł, ani ich fanów. Zdradziły, że ich remake podejmuje myśli i konwersacje ujęte w pierwowzorze, modernizując jednakowoż kobiecą perspektywę. Według nich „Wściekłość” Davida Cronenberga to coś więcej niż horror. Stwierdziły, że prawdziwe przesłanie jego filmu jest potężne, a jeszcze zyskuje na znaczeniu, gdy przyjrzymy się rzeczywistości, w której obecnie żyjemy. Paul Lalonde, jeden z producentów „Rabid”, oświadczył, że dodanie do zespołu sióstr Soska to prawdziwy zamach stanu. Mówił, że jeśli przerabia się taki horror, jak „Wściekłość” Cronenberga nie można iść na kompromis, jeśli chodzi o reżysera. Dodał, że uważa iż siostry Soska należą do najgorętszych młodych reżyserów horrorów, dlatego jak najbardziej ucieszył go ten wybór. Siostry Soska ogłosiły, że ten film to ich triumfalny powrót do body horroru, na który ich fani z całego świata tak bardzo czekali. I zapewniły, że z szacunkiem podeszły do oryginału Davida Cronenberga. Swój remake nazwały listem miłosnym do „Wściekłości” z 1977 roku.

(źródło: https://www.imdb.com/)