Stronki na blogu

poniedziałek, 13 listopada 2023

Christopher Berry-Dee, Victoria Redstall „Kanibale. Sylwetki morderców”

 
Christopher Berry-Dee, brytyjski kryminolog, dziennikarz śledczy, pisarz i potomek doktora Johna Dee, nadwornego astrologa królowej Elżbiety I. Victoria Redstall, urodzona w Anglii, mieszkająca w Stanach Zjednoczonych aktorka, modelka (patronka wielu znanych marek), korespondentka, producentka i gospodyni programów telewizyjnych, w tym kryminalnych, która na rynku wydawniczym zadebiutowała w 2011 roku bestsellerową książką non-fiction „Serial Killers Up Close and Very Personal: My Death Row Interviews with the Most Dangerous Men on the Planet”. W tym samym roku pojawił się jej pierwszy owoc współpracy z Christopherem Berrym-Dee „The Voices of Serial Killers: The World's Most Maniacal Murderers in their Own Words” i prawdopodobnie dzieło jedynie natchniona przez panią Redstall „Cannibal Serial Killers: Profiles of Depraved Flesh-Eating Murderers” (pol. „Kanibale. Sylwetki morderców”), autorem między innymi takich prac, jak „Monster: Aileen Wuornos. Zrozumieć seryjną zabójczynię”, „Rozmowy z seryjnymi mordercami”, „Rozmowy z psychopatami. Podróż w głąb umysłów potworów”, „Rozmowy z seryjnymi morderczyniami. Królowe zbrodni”, „Rozmowy z seryjnymi mordercami. Najgorsi na świecie”, „Rozmowy z psychopatami. W otchłani zła”, „Rozmowy z seryjnymi mordercami. Głosy zza krat”, „Rozmowy z seryjnymi mordercami. Stalkerzy”, „Rozmowy z psychopatami. Masowi mordercy i szaleńcy” i „Rozmowy z seryjnymi mordercami. Żony i kochanki”.

Okładka książki. „Kanibale. Sylwetki morderców”, Czarna Owca 2023

W 2006 roku swoją światową premierę miała książka „Eat Thy Neighbour. A History of Cannibalism” autorstwa Daniela Diehla i Marka P. Donnelly'ego, w Polsce wydana dwa lata później przez Świat Książki (Klub dla Ciebie) pod tytułem „Dzieje kanibalizmu”. Publikacja, jak sam tytuł wskazuje, zawiera krótką historię antropofagii oraz mini biografie wybranych zabójców-kanibali (i tylko domniemanych ludożerców). W 2023 roku oficyna Czarna Owca wprowadziła na polski rynek podobny utwór zatytułowany „Kanibale. Sylwetki morderców” - pozycję non-fiction, która swoją światową premierę miała już w roku 2011. Okładkę pierwszego polskiego wydania zaprojektował Paweł Panczakiewicz, a tekst przetłumaczył Radosław Madejski. Tekst Christophera Berry'ego-Dee, który w jego przekonaniu nigdy by nie powstał, gdyby nie poznał Victorii Redstall, która w swoim życiu przeprowadziła mnóstwo wywiadów z seryjnymi i masowymi zabójcami (pracowała też w biurze szeryfa hrabstwa Los Angeles). Do studiowania sposobu myślenia sprawców najbardziej odrażających zbrodni, wielokrotnie pomawianą przez dziennikarzy, Victorię Redstall mogła popchnąć trauma z dzieciństwa – przyjaciele rodziny padli ofiarami masowego mordercy – i można założyć, że właśnie ten obszar jej zainteresowań (Redstall prowadzi bogate życie zawodowe) w końcu doprowadził ją do brytyjskiego kryminologa Christophera Berry'ego-Dee, który wśród swoich największych zasług ma wyjaśnienie starej sprawy zabójstwa, jak się okazało dokonanych przez seryjnego mordercę i gwałciciela Michaela Bruce'a Rossa; odegranie kluczowej roli w odnalezieniu miejsca porzucenia ciała ofiary Kennetha Allena McDuffa; wyjaśnienie zagadki śmierci dziesięcioletniego chłopca i trzydziestoletniej kobiety ze stanu Nowy Jork – zamordowani przez Arthura Johna Shawcrossa i uzyskanie obszernych zeznań od Davida Alana Gore, amerykańskiego mordercy, który przyznał się do pozbawienia życia sześciu osób.

Stanley Dean Baker. Edward 'Ed' Theodore Gein. Jeffrey Lionel Dahmer. Hamilton Howard 'Albert' Fish. Peter Kürten. Joachim Kroll. Karl Denke. Carl Friedrich Wilhelm Grossmann. Friedrich 'Fritz' Heinrich Karl Haarmann. Edmund Emil 'Duży Ed' Kemper III. David Harker. Issei Sagawa. Tracey Avril Wigginton i Lisa M. Ptaschinski. Andriej Romanowicz Czikatiło.

Czternaście mrożących krew w żyłach opowieści autentycznych plus dwa rozdziały (wcześniej Podziękowania i Przedmowa) poświęcone innym potwierdzonym (fakty) i mocno wątpliwym (mity) przypadkom zjadania ludzi przez ludzi. Kanibalizm in extremis (z tej nazwy korzystali Daniel Diehl i Mark P. Donnelly w swoich „Dziejach kanibalizmu”, według mnie zgrabniejszym omówieniu tytułowego tematu tabu) oraz kanibalizm religijny, kulturowy, rytualny. Jedynym narratorem jest Christopher Berry-Dee, co w połączeniu z podziękowaniami kierowanymi do Victorii Redstall, każe mi sądzić, że udział tej drugiej w niniejszym przedsięwzięciu ograniczył się do rozwiania ówczesnych wątpliwości tego zasłużonego brytyjskiego kryminologa odnośnie kontynuowania kariery pisarskiej. No dobrze, nie mogę wykluczyć, że Redstall miała jakiś wkład w gromadzenie materiałów do „Cannibal Serial Killers: Profiles of Depraved Flesh-Eating Murderers”, niezbyt obszernej publikacji (niespełna trzysta stron; Czarna Owca 2023), będącej wynikiem zdumiewającego odkrycia pana Berry'ego-Dee dokonanego w pierwszej dekadzie XXI wieku. „Przekonałem się, że istnieją setki stron internetowych poświęconych antropofagii, czyli dosłownie zjadaniu ludzi. W ciągu kilku zarwanych nocy odkryłem, że przedstawiciele naszego gatunku od niepamiętnych czasów zjadają się nawzajem – gotują mięso swoich ofiar, smażą, grillują, opiekają na rożnie, duszą, pieką albo podgrzewają w kuchence mikrofalowej”. Tym wyznaniem właściciel i redaktor naczelny czasopisma „The Criminologist” Christopher Berry-Dee kończy swoją przedmowę do kanibalistycznej opowieści niefikcyjnej. I przechodzi do skrótowego omówienia tego zjawiska w starożytnych i nowożytnych kulturach. Oczywiście nie pomijając choćby takich głośnych spraw, jak wyprawa Donnera i dramat w Andach, myślę jednak, że czytelnicy najbardziej docenią mniej znane, przynajmniej w Polsce, przypadki pożerania bliźnich. Na przykład koszmarny los poszukiwaczy złota pod nieszczęsnym przywództwem Alfreda Packera. Tragiczna górska ekspedycja z 1873 roku, którą pozwolę sobie podsumować podobno autentycznymi słowami sędziego Melvile'a Greena (w książce jest sporo takich cytatów, co się chwali): „W hrabstwie Hinsdale mieliśmy tylko siedmiu demokratów, a ty pożarłeś pięciu z nich!”. Parę lat później, w 1879 roku w innej części świata, traper Katist Chen zwany Żwawym Biegaczem podczas polowania rzekomo został opętany przez legendarnego Wendigo Bo jak inaczej wyjaśnić jego nagłą potrzebę posilenia się swoimi bliskimi - „wrzucenia na ruszt” matki, brata, żony i sześciorga dzieci? Nie mógł też pominąć autor wypraw morskich i oceanicznych, prawdziwego rogu kanibalistycznej obfitości. Można chyba uznać, że „błękitne pustkowie” to ścisła czołówka scenerii dla kanibalizmu z przymusu (zwalczanie głodu w warunkach ekstremalnych; pewność, że to jedyny sposób na przetrwanie). To samo zresztą można powiedzieć o prymitywnych plemionach, nie zawsze słusznie oskarżanych o takie odrażające praktyki przez białych podróżników/odkrywców (autor omawianej książki wspomina, że szczególnie wybujałą wyobraźnią wykazywał się Marco Polo, snując swoje fantastyczne opowieści o kanibalistycznych ucztach rzekomo widzianych na własne oczy), dla równowagi wskazując również takie rdzenne społeczeństwa, które najpewniej inspirowały włoskich filmowców w drugiej połowie XX wieku mniej lub bardziej świadomie tworzących nowy nurt horroru, którego liderem, jak mniemam, jest „Cannibal Holocaust” Ruggero Deodato, choć osobiście w tej paskudnej gromadce najbardziej cenię sobie „Cannibal Ferox” Umberto Lenziego.

Okładka książki. „Cannibal Serial Killers: Profiles of Depraved Flesh-Eating Murderers”, Ulysses Press 2011

Zdecydowaną większość swojej rozprawy o kanibalizmie (aż czternaście rozdziałów), Christopher Berry-Dee poświęcił tytułowym sylwetkom mniej i bardziej znanych zbrodniarzy. Zjadaczy ludzkiego mięsa (też handlarzy tymże) i morderców jedynie podejrzewanych o takie praktyki. Wśród wątpliwych - w odczuciu autora – ludożerców jest człowiek, który według Berry'ego-Dee jest chyba kimś w rodzaju praojca kina slash. Tak czy inaczej, Edward Theodore Gein (więcej na temat tego obłąkanego człowieka znajdziecie chociażby w „Psychopacie” Harolda Schechtera), znany też jako Rzeźnik z Plainfield, właściciel Farmy Grozy, na pewno jest współodpowiedzialny za to „filmowe szaleństwo”. Autor „Kanibali. Sylwetek morderców” przytacza kilka tytułów, które ponad wszelką wątpliwości i tylko przypuszczalnie powstały pod natchnieniem makabrycznej historii niepozornego Eddiego (m.in. „Psychoza” Roberta Blocha i jej ekranizacja w reżyserii Alfreda Hitchcocka, „Teksańska masakra piłą mechaniczną” Tobe'ego Hoopera, „Deranged” Alana Ormsby'ego i Jeffa Gillena, „Maniak” Williama Lustiga), zapominając o Buffalo Billu z „Milczenia owiec” Thomasa Harrisa i filmowej odpowiedniczki tej kultowej powieści, obsypanej nagrodami (w tym zdobywczyni pięciu Oscarów) produkcji Jonathana Demme'a z 1991 roku. Co nie znaczy, że w ogóle nie będzie o Hannibalu Lecterze; pan Berry-Dee napomknie o tym dżentelmenie przy innej okazji, w innej partii książeczki o okrutnych, podłych, złych. Czasami po prostu chorych, ale zazwyczaj uznawanych za osoby w pełni władz umysłowych. Jeden z moim zdaniem najstaranniej opisanych zabójczych przypadków w przedmiotowym dziełku – dzieje Edmunda Kempera III – poza wszystkim innym dobitnie pokazuje, że aktywny seryjny morderca przez „mądre głowy” może zostać uznany za w pełni zresocjalizowanego. Przerażające talenty aktorskie drapieżników, katastrofalne pomyłki wyspecjalizowanych badaczy ludzkich umysłów i kolegów policjantów. Poczciwy Duży Ed. Ale najbardziej zdumiewającą sprawą, z zebranych w tym tomie, może się okazać mord dokonany w 1981 roku przez studenta pochodzącego z Japonii, który nie tylko uniknął kary za zjedzenie swojej koleżanki, ale wręcz wylansował się na tej wstrętnej zbrodni. Kanibal-celebryta Issei Sagawa, co za świat... Antybohater filmu Fritza Langa z 1931 roku pt. „M-Morderca” (oryg. „M”), najwyraźniej dobrze znanego Christopherowi Berry'emu-Dee, Wampir z Düsseldorfu, czyli Peter Kürten, podobnie jak dotąd nieznane mi Tracey Avril Wigginton i Lisa M. Ptaschinski, bodaj jest mocniej kojarzony z hrabią Draculą z wybitnej powieści Brama Stokera przypuszczalnie zainspirowanej autentyczną postacią Włada Palownika (właściwie Vlad Țepeș) niż Sawneyem Beanem (o którym również jest mowa w „Kanibalach. Sylwetkach morderców”, to samo zresztą trzeba powiedzieć o „Draculi” Brama Stokera i jego domniemanym historycznym odpowiedniku). Niemniej krążą pogłoski, że Kürten peklował ludzkie mięso w swojej obskurnej kuchni. Niewykluczone, ale jeśli chodzi o przechwałki „niejakiego” Davida Harkera, nasz tutejszy przewodnik po świecie kanibali niewątpliwie skłania się ku „stekowi kłamstw”. Dlaczego więc uwzględnił Harkera w niniejszym zestawieniu? Może dlatego, że to niepospolity przykład „bajkopisarza”. Fascynujące i zarazem odpychające mordercze stworzenie, które być może próbowało wypromować się wyssanymi z palca opowieściach o nieakceptowalnych społecznie zamiłowaniach kulinarnych. Najbardziej zawodne okazały się sylwetki najpłodniejszych seryjnych morderców, a przynajmniej mnie najbardziej zmęczyła, bądź co bądź, chwalebna inicjatywa w miarę możliwości niepomijania ofiar. Szkoda że nie dano im więcej miejsca – a już zwłaszcza przy omówieniu zbrodni Andrieja Romanowicza Czikatiło, czyli Rzeźnika z Rostowa (zainteresowanych bardziej szczegółowym omówienie jego żywota zachęcam do lektury „Krwawego rzeźnika” Petera Conradiego), wszak to jeden z najwydajniejszych seryjnych morderców w historii najnowszej. Zabrzmi dziwnie, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że poczucie humoru Christophera Berry'ego-Dee dodaje uroku tej publikacji. Wisielcze żarciki z kanibalistycznej kuchni.

Wolę „Dzieje kanibalizmu” Daniela Diehla i Marka P. Donnelly'ego, ale „Kanibale. Sylwetki morderców” Christophera Berry'ego-Dee i powiedzmy mniej zaangażowanej (rola drugoplanowa) Victorii Redstall, też wydaje mi się nie najgorszą ofertą dla grupy czytelniczej true crime. Coś mi mówi, że wielu z nich doceni i tę antropofagiczną podróż, wyprawę w głąb mrocznych umysłów zorganizowaną przez cenionego brytyjskiego kryminologa. Skróconą historię kanibalizmu z wyróżnieniem kilkunastu zabójczych postaci niefikcyjnych.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 11 listopada 2023

Przemysław Borkowski „Diabelski krąg”

 
Gabriela Seredyńska z Prokuratury Okręgowej w Warszawie przybywa do rodzinnego miasteczka pod Olsztynem na pogrzeb ojca, z którym nie miała kontaktu od okresu nastoletniego. Kobieta zamierza jeszcze tego samego dnia wrócić do stolicy, zaraz po dopełnieniu formalności związanych ze sprzedażą odziedziczonego domu, w którym się wychowała, ale ceremonia pogrzebowa nieoczekiwanie się opóźnia, a niedługo potem Gabriela odkrywa domniemane miejsce nielegalnego pochówku. Nabiera podejrzeń, że na posesji wchodzącej w skład spadku po rodzicielu Wiktorze Seredyńskim pogrzebano ciało człowieka, ale na przeprowadzenie czynności policyjnych musi poczekać do następnego dnia. Wynajmuje więc pokój w miejscowym pensjonacie, prowadzonym przez mężczyznę wyraźnie niezadowolonego z jej obecności, członka tutejszego koła łowieckiego, do którego swego czasu należał też jej ojciec. Kierując się przeczuciem prokurator Seredyńska, niejako wbrew sobie, rozpoczyna prywatne śledztwo w bliżej nieznanej sprawie, a w centrum jej podejrzeń jest krąg ludzi uprzywilejowanych.

Okładka książki. „Diabelski krąg”, Czwarta Strona 2023

Czwarta księga kryminalnej serii z fikcyjną warszawską prokurator Gabrielą Seredyńską tworzoną przez Przemysława Borkowskiego, współzałożyciela Kabaretu Moralnego Niepokoju (też współautor tekstów i aktor), scenarzysty, felietonisty, poety i oczywiście powieściopisarza, między innymi stwórcę psychologa Zygmunta Rozłuckiego, głównego bohatera poczytnej trylogii „Zakładnik” (2017), „Niedobry pasterz” (2018), „Widowisko” (2019). Ponadto Przemysław Borkowski wraz z żoną Gabrielą prowadzi podcast „Żona Kryminalisty”, gdzie między innymi oprowadzają internautów po nawiedzonych zakątkach Polski (cykl „Wakacje z duchami”). Wydawniczym opiekunem serii z zawziętą prokurator jest Czwarta Strona, która zadbała o spójną szatę graficzną (edycja w miękkiej oprawie) kolejno „Rytuału łowcy” (2020), „Śmierć nie ucieknie” (2021), „Wieży strachu” (2022) i wreszcie „Diabelskiego kręgu” (2023) – projekt okładki: Daniel Rusiłowicz.

Samotne zmagania warszawskiej prokurator na złowieszczej prowincji. W nienazwanym miasteczku w województwie warmińsko-mazurskim, w którym spędziła pierwsze kilkanaście lat życia. Malowniczej miejscowości, do której wolałaby nigdy nie wracać. Mimo wszystko wypadało jednak zjawić się na ceremonii pogrzebowej biologicznego rodzica – mimo głębokiego zawodu, jaki jej sprawił. Poza tym prokurator Gabriela Seredyńska chciała jak najszybciej sfinalizować sprzedaż rodzinnego domu, niechcianej schedy po ojcu. Wiktor Seredyński niegdyś był ważnym członkiem tego małego społeczeństwa, ale między wyprowadzką jego żony i córki a śmiercią Wiktora Seredyńskiego najwyraźniej sporo się zmieniło. Większość tego czasu mężczyzna spędził w pobliskim Olsztynie, coś jednak skłoniło go do powrotu w rodzinne strony, gdzie w końcu dopadła go niewzruszona dama z kosą. Seredyńska nie ma powodu doszukiwać się w tym znamion przestępstwa, posiada wszak niezbity(?) dowód na to, że jej rodziciel umarł z przyczyn naturalnych. Początkowo nie przywiązuje też większej wagi do zamieszania spowodowanego przez tutejszy zakład pogrzebowy: skandalicznego opóźnienia pochówku. Przyjmuje wyjaśnienia zawstydzonych pracowników firmy – takie sytuacje nie zdarzają się wprawdzie często, ale to możliwe, że ktoś pomylił terminy – nie ma jednak najmniejszej ochoty wraz z pozostałymi żałobnikami przeczekać w restauracji, którą niegdysiejszy przyjaciel denata, przedsiębiorca Janusz Zagoński, wynajął na stypę. Czołowa postać „Diabelskiego kręgu” Przemysława Borkowskiego postanawia zabić czas przechadzką po „starych śmieciach”, która szybko nabiera niemal mistycznego wymiaru. Pierwsze spotkanie „ze zwierzęciem totemicznym”, niewiarygodnym przewodnikiem zasłużonej pracownicy Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Kolejna zastanawiająca rzecz rozegra się pod koniec „wytęsknionej” ceremonii pogrzebowej, opłaconej przez jedyną sukcesorkę Wiktora Seredyńskiego – zaniedbywaną córkę, którą wielce zastanowi nietypowe zachowanie jednego z uczestników pogrzebu i bezpardonowa reakcja paru innych mężczyzn. Ale do przedłużenia pobytu w tym nieprzytulnym miasteczku skłoni Gabrielę dopiero późniejsze znalezisko na odziedziczonej posesji. Przypadkowe oględziny przydomowego podwórka rodzą podejrzenia – poparte zawodowym doświadczeniem – że to miejsce nielegalnego pochówku. I tak prokurator Seredyńska zalicza pierwsze zderzenie kulturowe. Układ zamknięty. Typowa lokalna klika – nadzwyczajna kasta, kolesiostwo gminne – nietypowa zorganizowana grupa przestępcza, czy stara, niedobra zasada sektora publicznego mówiąca „co masz zrobić dzisiaj, zrób jutro”? Tak czy inaczej, nasza przewodniczka po klimatycznym świecie przedstawionym w „Diabelskim kręgu” w pewnym sensie zostaje zmuszona do przenocowania w tym upiornym miasteczku, a najbliższy przystanek to pensjonat „Damian”, zapuszczony przybytek nad jeziorem, którego właścicielem jest Janusz Kutera, znajomy Wiktora Seredyńskiego, który bynajmniej nie cieszy się na widok jego niekochającej córeczki. Przypomniała sobie o ojcu dopiero po jego śmierci – niewykluczone, że nieskrywana niechęć tego starszego mężczyzny do Gabrieli bierze się właśnie z takiego przekonania. Męska solidarność, nieobiektywna ocena sytuacji rodzinnej, zamykanie oczu na ewidentne zaniedbania ojca. Bo jak by nie patrzeć piłka najpierw była po stronie Wiktora; nastoletnia dziewczyna po przeprowadzce zorganizowanej przez matkę, miała prawo oczekiwać choćby minimalnego zainteresowania ze strony ojca. Nie odwiedził jej ani razu, nawet nie zadzwonił, dał aż nadto wyraźnie więc do zrozumienia, że mu na niej nie zależy. To samo zresztą Gabriela mogłaby powiedzieć o swojej biologicznej matce, która uwiła sobie w Olsztynie nowe rodzinne gniazdko, z ulgą przyjmując wyjazd „piątego koła u wozu”, czyli swojej pierworodnej, na studia. I chyba nie przejęła się, gdy Gabrysia przestała składać jej wizyty, uznając, że nie jest osobą najbardziej pożądaną w tym skromnym mieszkanku nieopodal przeklętego miasteczka, w którym przeprowadzi prawdopodobnie najbardziej ryzykowne śledztwo w swojej prokuratorskiej karierze.

Materiał promocyjny. „Diabelski krąg”, Czwarta Strona 2023

Wszelkie fazy rozkładu jego ciała pozostaną ukryte. Nikt nie będzie widział, jak rozpada się i gnije. Wiele rzeczy możemy robić wspólnie, lecz ten proces musimy przejść w samotności.”

Powolne zanurzenie. Błądzenie w intuicyjnej mgle. Prokurator Gabriela Seredyńska normalnie nie zdaje się na przeczucia, normalnie podąża za twardymi dowodami i miękkimi poszlakami, w bezimiennym rodzinnym miasteczku zaskakuje więc samą sobie, bo tak naprawdę nic dobitnie nie przemawia za jej prywatną inicjatywą dochodzeniowo-śledczą. Centralna postać „Diabelskiego kręgu” nie zna nawet charakteru swojej sprawy. Szuka dziury w całym? Wydawać by się mogło, że do działania popchnie ją domniemanie zabójstwa Wiktora Seredyńskiego, ale to prędzej suma innych okoliczności i czystych emocji. Zagadkowe poczucie zagrożenia, podskórny horror rudowłosej prokurator ryzykownie działającej poza swoją jurysdykcją. Rzucającej na szalę swoją satysfakcjonującą karierę tylko dlatego, że coś jej tutaj nie gra. Skrzywienie zawodowe, początki paranoi, a może najzwyczajniej nie służy jej tutejsze powietrze? Za dużo tlenu:) W każdym razie to może być swego rodzaju reakcja alergiczna na atmosferę panującą w tym znajomym i zarazem zupełnie obcym miejscu. Nie zmieniło się nic i zmieniło się wszystko. Nieśmiała dziewczynka przeistoczyła się w pewną siebie, ważną panią prokurator; twardą na zewnątrz, roztrzęsioną w środku. Zupełnie sama w potencjalnym gnieździe jadowitych węży. Seredyńska nie może bowiem liczyć na wsparcie innych przedstawicieli organów ścigania, w przynajmniej nie takie, do jakiego zdążyła przywyknąć. Umiesz liczyć, licz na siebie – ale co jeśli zapomniałaś, kim jesteś? Syndrom Simby... „Bates Motel” Przemysława Borkowskiego, czyli obskurny pensjonat „Damian” w niespokojnym zakątku kingowskiego miasteczka. Zgnilizna niedokładnie przykryta idyllą. Sprawnie autor pogrywa samym klimatem tego dusznego miejsca, wyraźnie flirtując z horrorem nadnaturalnym. Tajemne rytuały w naturalnym środowisku (nie)naturalnego lisa. Krzyki słyszane nocą w niegościnnym pensjonacie myśliwego, członka najważniejszego koła w tej nieszczęsnej mieścinie. Koła łowieckiego dawno temu założonego przez znienawidzonego ojca głównej bohaterki tej nieśpiesznie budującej się powieści. Nie ukrywam, że miejscami odrobinę męczącej – choć wprost przepadam za takimi klimatami, w pierwszej partii „Diabelskiego kręgu” zaliczyłam parę nużących przystanków. Wyglądało to trochę tak, jakby „władca marionetek” na głos zastanawiał się, w którym kierunku pchnąć, ten poza tym bardzo zajmujący, „teatrzyk”. Kryminalno-psychologiczny spektakl, który spokojnie można obejrzeć bez znajomość poprzednich przygód prokurator Gabrieli Seredyńskiej. Zagubionej w małomiasteczkowym piekiełku. Ostrożnie, z namysłem poruszającej się po mocno niepewnym, grząskim gruncie. Jeden fałszywy kroczek może zakończyć jej, w gruncie rzeczy świetlaną, karierę w sektorze publicznym. To ta lepsza opcja, bo zgodnie z przewidywaniami, Gabriela będzie tylko utwierdzać się w przekonaniu, że ściśle tajna (dla niej na pewno) misja, której się podjęła może być czymś w rodzaju misji samobójczej. Dlaczego zawsze musi się prosić o kłopoty? Jakie licho ją podkusiło do organizowania długiego weekendu (właściwie dwa dni urlopu okolicznościowego plus zwykły weekend) w tej koszmarnej mieścinie? Zawsze jednak może się wycofać, prawda? Tak jej się wydaje, ale czytelnik pewnie nie podzieli tego odczucia. Za daleko zabrnęła, żeby mieć szansę na bezpieczny odwrót. Tylko kiedy dokładnie? Już w dniu pogrzebu ojca (rzekomy trup w ogrodzie) czy na etapie przepytywania mieszkańców? Wyciągania mniej i bardziej przydatnych informacji od ludzi... zastraszonych? Oczywiście nie wszyscy, w zdecydowanej większości niechętni, rozmówcy Seredyńskiej na takich wyglądają, ale nie ulega wątpliwości, że działa tu jakaś siła, której interesy drastycznie rozmijają się z interesami prokurator Seredyńskiej. Łatwo się domyślić jaka to siła, ale jeszcze łatwiej zagalopować się z oskarżeniami. Gdzieś między słowami Przemysław Borkowski przypominał mi, żeby zanadto nie przywiązywać się do jednej teorii, tym bardziej, że niektóre elementy tej kryminalnej układanki nijak do niej nie pasują. Brzytwa Ockhama to zawodna bestyjka, a już na pewno w świecie Gabrieli Seredyńskiej, która nigdy wcześniej nie była tak wylewna jeśli chodzi o jej rodzinę. Może dlatego, że niewiele o niej wiedziała? Niewtajemniczona w największe sekrety onegdaj szanowanego rodu z miasteczka łowców. Warto dodać, że na sam koniec pan Borkowski przygotował małą niespodziankę dla swoich wiernych czytelników.

Tajemnice lasu Przemysława Borkowskiego. Mistyczne polskie miasteczko nową obsesją prokurator Gabrieli Seredyńskiej. Czwarta powieść z jej udziałem, „Diabelski krąg”, to kryminał obyczajowy/thriller psychologiczny delikatnie ocierający się o opowieść niesamowitą, (nie)klasyczną ghost story, który na dobrą sprawę jest bardziej wymagający od swoich poprzedniczek. Wymaga większej cierpliwości od spragnionych kryminalnych wrażeń czytelników. Slow burn w literaturze. Niewyborna, ale wciąż smaczna, nastrojowa powieść „łowcy duchów”.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 9 listopada 2023

„When Evil Lurks” (2023)

 
Bracia Pedro i Jaime 'Jimi' Yazurlo znajdują w lesie niekompletne zwłoki mężczyzny, a w pobliskiej chacie zastają gnijącego człowieka opętanego przez nienarodzonego demona, ukrywanego przez matkę i młodszego brata, od dawna czekających na przybycie wezwanego abortera nadnaturalnego zła. Chcąc jak najszybciej powstrzymać rozprzestrzenianie się demonicznej zgnilizny, bracia Yazurlo wraz z tutejszym właścicielem ziemskim Ruizem podejmują próbę pozbycia się z wioski nieszczęsnego opętanego, ich starania jednak odnoszą odwrotny skutek. Zaraza nabiera rozpędu, a spanikowany Pedro rusza na ratunek swoim dwóm synom, mieszkającym z matką, ojczymem i przyrodnią siostrą.

Plakat filmu. „Cuando acecha la maldad” 2023. Aramos Cine, Machaco Films, La Puerta Roja, Shudder

Głośny argentyńsko-amerykański hiszpańskojęzyczny horror demoniczny w reżyserii i na podstawie scenariusza Demiána Rugny, twórcy między innymi „Nocnych istot” z 2017 roku. Film, który zachwycił krytyków i wielu fanów gatunku, zdobywca drugiej nagrody na Sitges Pitchbox oraz Blood Window Screenings Award na wczesnym pokazie w Puerto Madero, dzielnicy Buenos Aires. A natchnienie przyniosły Rugnie doniesienia medialne o pestycydach powodujących problemy zdrowotne w jego rodzimej Argentynie. Korporacyjna znieczulica, zysk przedkładany nad życie także małoletnich pracowników. Pandemia raka w biurokratycznym piekiełku. Z filmowych wpływów twórca „When Evil Lurks” (oryg. „Cuando acecha la maldad”) wymienia „Drogę” Johna Hillcoata, na podstawie powieści Cormaca McCarthy'ego, „Lament” Honga-jin Na i oczywiście „Martwe zło” Sama Raimiego, podkreśla jednak, że starał się zanadto nie wzorować na tych historiach, ponieważ jego celem jest stworzenie własnej mitologii – świeże spojrzenie na jego ulubiony gatunek, niekomercyjny wkład w tenże, kręcenie z myślą o oddanych miłośnikach horrorów, a nie szerszej publiczności. „When Evil Lurks” nakręcono w 2022 roku, a oficjalna premiera filmu odbyła się we wrześniu 2023 na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto. Dystrybucję kinową otwarto w pierwszym tygodniu października 2023 (główny sprawca IFC Films), a dystrybucję internetową w ostatnim tygodniu tego miesiąca. Na platformie Shudder, która to firma swoją drogą wspomogła też produkcję – współpraca z Aramos Cine i Machaco Films – co czyni „When Evil Lurks” pierwszym hiszpańskojęzycznym obrazem w produkcyjnej działalności tego gatunkowego giganta streamingowego.

Zło kocha dzieci. A dzieci kochają zło. Takie przesłanie niesie drugi hitowy horror Demiána Rugny, dynamiczna opowieść o niezwykłej zarazie, zgniliźnie toczącej nie tyle Argentynę (miejsce akcji), ile cały współczesny świat. Reżyser i scenarzysta bezkompromisowego „When Evil Lurks” stwierdził, że tradycyjne wykorzystanie motywu opętania w horrorze praktycznie nie przystaje do dzisiejszych realiów. W „Egzorcyście” Williama Friedkina ratunkiem był Kościół, ale kiedy wiara zgasła... Demián Rugna, podobnie jak ludzie zamknięci w jego świecie przedstawionym, nie jest wyznawcą żadnej religii, ale zdecydowanie nie pała nienawiścią (wręcz przeciwnie!) do ludzi prawdziwie wierzących. Co innego robienie z tego biznesu, czerpanie monstrualnych zysków z czegoś, co powinno być bardziej ukierunkowane na pomaganie bliźnim. Bo czy Kościół jako instytucja z czasów „Egzorcysty” jest taki sam jak Kościół z czasów „When Evil Lurks? Taka sama korporacja, jak wszystkie inne? Tak czy inaczej, demony szturmujące mały światek braci Yazurlo – zwane encarnado (ang. „The Rotten”) - nie zadrżą na widok krzyża dzierżonego przez człowieka wielkiej wiary i bezlitośnie kropiącego ich cielesne łupy żrącą wodą święconą. Nie muszą się obawiać niezłomnych żołnierzy Najwyższego uparcie wygłaszających swoje biblijne inkantacje, nieubłaganie przywołujących Wszechmocną Istotę, która niechybnie przepędzi bezczelnego złodzieja ze zmaltretowanego ciała stworzenia Bożego. Nowi bogowie, Materializm i Egoizm, nie tylko nie pomogą, a wręcz jeszcze zaszkodzą w walce ze wstrętnymi najeźdźcami. W wojnie ze Zgniłymi bezwzględnie należy przestrzegać paru prostych zasad (na przykład: nie strzelaj do opętanych z broni palnej, nie używaj światła elektrycznego, unikaj zwierząt), ale czy gatunek ludzki jest jeszcze zdolny do takiej minimalnej samokontroli? Chciwość, lenistwo, impulsywność: grzechy główne obecnych pokoleń? Czołowa postać „When Evil Lurks”, Pedro Yazurlo (według mnie przeciętna gra Ezequiela Rodrígueza), najpierw działa, a potem... żałuje. Myślenie nie jest jego mocną stroną, co było zamierzonym działaniem scenarzysty, ale moim zdaniem autor trochę przesadził z tym akcentowaniem ludzkiej głupoty. Wydaje mi się, że można było przekazać tę prostą prawdę, że największym zagrożeniem dla ludzkości jest sama ludzkość (mimowolny sojusznik Złego), w sposób mniej inwazyjny dla protagonisty. Weźmy choćby kino slash – tak zwane nielogiczne zachowania bohaterów rzadko rzutują na mój osobisty stosunek do nich, zazwyczaj nie biję się z życzeniami śmierci, w duchu kierowanymi pod ich adresem, tym razem jednak nie potrafiłam zakrzyczeć złośliwego(?) głosu utrzymującego, że najlepiej dla wszystkich byłoby, gdyby Pedro wreszcie zszedł z tego krwi padołu. Nawet jeśli Demián Rugna zabiegał o taki stosunek do postaci przewodniej – a wiele na to wskazuje – to jednak wolałabym znaleźć w sobie więcej współczucia dla człowieka kierującego się bezwarunkową miłością do swojego potomstwa. Kochającego ojca grzęznącego w nieziemskich nieczystościach. Bagnie Zgniłków.

Plakat filmu. „Cuando acecha la maldad” 2023. Aramos Cine, Machaco Films, La Puerta Roja, Shudder

Wbrew pozorom Demiánowi Rugnie mniej zależało na wyniesieniu z „When Evil Lurks” jakichś ważkich treści społeczno-obyczajowych i gospodarczych, a bardziej na zapewnieniu (nie)zwykłej rozrywki fanom gatunku. Chorych horrorów, ostrej jazdy w stylu „Martwego zła”, uważam, nie tyle Sama Raimiego, ile Fede Álvareza. Ale darujemy sobie słowo wstępne, wieczorek zapoznawczy i inne tego typu bzdety, bo współczesny widz pragnie akcji, akcji i jeszcze raz akcji. Jak najmniej gadania, jak najwięcej działania. Horror nierozładowujący się – ciągle pod wysokim napięciem, co grozi uodpornieniem. W każdym razie ja po jakimś czasie oswoiłam się z „impulsami elektrycznymi” zawzięcie wysyłanymi przez twórców „When Evil Lurks”, przywykłam do tych wszystkich w gruncie rzeczy silnych bodźców, reszta tej makabrycznej przejażdżki upłynęła mi więc w niepożądanym spokoju. Nazwałabym to komfortem emocjonalnym, gdyby nie dopadło mnie zwykłe, prymitywne znudzenie. Zblazowana klientka krwawego parku rozrywki. Niewesołego miasteczka argentyńskiego horrormaniaka, który nie ma wątpliwości, że najwyższy już czas na porządne przewietrzenie tego gatunkowego korytarza. Wyjście z pułapki powtarzalności. Rugna ma niedosyt oryginalnych pomysłów i przesyt niedoskonałych, żeby nie powiedzieć ułomnych, kopii. Za dużo tych marnych podróbek i stanowczo za mało soczystych owoców wyobraźni własnej. „When Evil Lurks” chce świecić przykładem – inspirować do wdrażania nowych rozwiązań, a przynajmniej przeformułowywania starych. Reinterpretacja horroru religijnego. Podgrupa: „demoniczne opętania”. Ludzi i zwierząt. W rolniczym przedsionku Buenos Aires, na ponurej wsi Rugny ludzie są boleśnie świadomi tego nadnaturalnego niebezpieczeństwa. Znają zasady postępowania w takich sytuacjach, ale trudno nie ulegać emocjom, kiedy taka katastrofa nadejdzie. Powiedzcie to męskiej częściej populacji, bo panie potrafią zachować zimną krew. Przypominają, tłumaczą, błagają, ale wszystko na nic. Kiedy masz przed sobą opętaną kozę, a pod ręką spluwę, nie będziesz wsłuchiwał się w biadolenie kobiety. Jesteś tylko ty i to przeklęte zwierzę. A wszystko przez to, że nie pozwoliłeś innej kobiecie załatwić tego tak, jak trzeba. Dobrze to wiedziałeś, tak jak i twoi wspólnicy, ale ubzduraliście sobie, że pośpiech jest bardziej wskazany od uzbrojenia się w cierpliwość. Nie chcieliście czekać na seryjnego zabójcę życia nienarodzonego, wyspecjalizowanego abortera demonów – wzięliście sprawy w swoje ręce, a teraz patrzcie i płaczcie. I niech ręka nieboska (bo przecież nie wierzycie w Boga) was chroni przed ratowaniem innych. No i polazł. Nie wiedzieć czemu uznał, że najlepiej pozbyć się potencjalnie zainfekowanych ubrań w przytulnym gniazdku rodzinnym, w którym nigdy nie jest mile widziany. W tym miejscu dojdzie do wydarzenia, które ma szansę złotymi literami zapisać się w historii gatunku. Trafić na listy najmocniejszych, najbardziej traumatycznych, okrutnych scenek z Królestwa Horroru. Niewielu twórców odważyłoby się na coś takiego – w drugiej połowie XX wieku owszem, ale współczesne kino grozy nie rozpieszcza nas tak siarczystymi policzkami. Tak intensywnymi okropnościami. „When Evil Lurks” Demiána Rugny przede mną bardziej chwalił się jakością niż ilością makabrycznych efektów specjalnych. Niewygenerowane komputerowo, praktyczne ohydztwa, które sprawiły, że przyjmowałam to bardziej jak rasowy body horror niż rzecz o demonicznych opętaniach. Epidemii zgnilizny, niechcianych ciążach przenoszonych drogą albo kropelkową, albo pokarmową, nie jestem pewna. Niepokalane szatańskie poczęcia. Rozkład żywych ciał. Brzydko opuchnięte, wzdęte, ropiejące, broczące inkubatory Zgniłych. Poszarpane rany, poodrywane kończyny, walające się wnętrzności i wreszcie bladolice, upiorne istotki, które przypomniały mi „Miasteczko Salem” Stephena Kinga – zwłaszcza niesamowicie klimatyczny moment z chłopczykiem, który oddalił się od babci. W skromnych progach tutejszej ekspertki od zjawisk paranormalnych, a na pewno diabelskiej zgnilizny; prawdopodobnie ostatniej deski ratunku jeśli już nie dla wszystkich mieszkańców Ziemi, to na pewno dla strudzonych wędrowców, którym nie zazdroszczę przewodnika. Mirtha (przekonujący występ Silviny Sabater) miała już nieprzyjemność z tym paskudnym czymś – urocza anegdotka o wymiotującym w świątyni, UWAGA SPOILER którą niekoniecznie z rozrzewnieniem powspominamy sobie w finale „When Evil Lurks” KONIEC SPOILERA – co zachęciło ją do dokładnego przestudiowania tematu, zaopatrzenia się w wiedzę niezbędną do zażegnania podobnego kryzysu w przyszłości. Miała nadzieję, że nie będzie musiała z niej korzystać, ale zawsze znajdzie się jakiś kretyn, który podepcze twoje skromne marzenia. Niewygórowane potrzeby starszej pani z prowincji, która co prawda nikomu nie pozostawia wątpliwości, że zna się na rzeczy, ale czy tyle wystarczy, by przeprowadzić skuteczny kontratak? Nieobliczalna to historia, choć na dobrą sprawę podejmuje jeden z najstarszych tematów (odwieczna wojna dobra ze złem, duchowe starcie z niewewnętrznymi demonami i własnymi słabościami), ale podchodzi do niego dość okrężną drogą.

Niepospolity horror sprinterski. Szybko, chaotycznie, krwiście i mięsiście. Błyskawiczne zanurzenie w morzu czerwonym, zwolennicy wolniejszych klimatów mogą więc nie być w pełni usatysfakcjonowani. Ja nie jestem, wypada jednak zaznaczyć, że „When Evil Lurks” Demiána Rugny już został chóralnie okrzyknięty horrorem sezonu. Straszy, szokuje, zachwyca nawet osoby, które w tym gatunku widziały już wszystko. A przynajmniej tak im się wydawało:) Zobacz dzisiaj, bo za chwilę ta bestyjka będzie na wszystkich liczących się(?) listach najlepszych filmów grozy 2023.

wtorek, 7 listopada 2023

Robert McCammon „Królowa Bedlam”

 
Rok 1702, Nowy Jork. Sekretarz sądowy Matthew Corbett po latach wytężonych, acz bezskutecznych starań jest zmuszony porzucić szczytną misję postawienia przed obliczem Temidy zdemoralizowanego zarządcy sierocińca Ebena Ausleya. Bystry dwudziestotrzyletni asystent sędziego pokoju znajduje sobie lepiej rokujące zajęcie: angażuje się w sprawę tajemniczego zabójcy zwanego Maskerem, ofiarami którego padają prominentni mieszkańcy Nowego Jorku. Na prośbę przyjaciela Corbett rozpoczyna też prywatne śledztwo skoncentrowane na wielebnym Williamie Wadzie, powszechnie szanowanym pastorze, którego zachowanie w ostatnim czasie mocno odbiega od normy. Żegna się też Matthew z marzeniem o zostaniu prawnikiem, kiedy w jego życiu pojawiają się dostojna biznesmenka Katherine Herrald i jej nieokrzesany wspólnik Hudson Greathouse, ludzie, którzy wprowadzą dociekliwego młodzieńca w branżę przyszłości. Tą drogą Matthew Corbett dojdzie do zakładu dla umysłowo chorych w Westerwicke, gdzie pozna Królową Bedlam, zagubioną we własnym świecie starszą panią, która może być kluczem do rozwiązania zagadki zbrodni Maskera.

Okładka książki. „Królowa Bedlam”, Vesper 2023

W 2002 roku swoją światową premierę miała entuzjastycznie przyjęta monumentalna powieść historyczno-kryminalna „Speaks the Nightbird” (pol. „Zew nocnego ptaka”), napisana wiele lat wcześniej przez Roberta McCammona, autora między innymi „Magicznych lat”, „Łabędziego śpiewu”, „Dziedzictwa Usherów”, „Godziny wilka” i późniejszego „Słuchacza”. Potem ten wielokrotnie nagradzany amerykański powieściopisarz zadał sobie pytanie: jaką książkę chciałbym teraz przeczytać? I uznał, że najbardziej interesują go dalsze losy łebskiego Matthew Corbetta, że chciałby wrócić do świata wykreowanego w „Zewie nocnego ptaka”. Mało tego, postanowił wypłynąć na naprawdę szerokie wody – spróbować czego nowego, zorganizować najdłuższą epicką przygodę w swojej pisarskiej karierze. Stworzyć całą serię z jego Sherlockiem Holmesem, prawdziwą epopeję osadzoną w tak uwielbianych przez niego realiach historycznych. W 2023 roku na amerykańskim rynku wydawniczym pojawiła się dziewiątą powieść z Matthew Corbettem (po drodze były też dwa opowiadania: odcinki 2.5 oraz 6.5), a tymczasem w Polsce zadebiutowała dopiero druga odsłona poczytnego cyklu Roberta McCammona, „Królowa Bedlam” (oryg. „The Queen of Bedlam”) – wielkie literackie wydarzenie (spójna szata graficzna z „Zewem nocnego ptaka” wydziergana przez Macieja Kamudę) zorganizowane przez wydawnictwo Vesper, które już planuje kolejne spotkania ze specjalistą od rozwiązywania problemów z przełomu XVII i XVIII wieku.

Prawie siedemsetstronicowa (druk drobny) publikacja w twardej oprawie z utrzymanymi w duchu epoki ilustracjami Macieja Kamudy i w nieocenionym tłumaczeniu Janusza Ochaba. Ambitne przedsięwzięcie Roberta McCammona, który niezmiennie chce pokazać ludziom, że historia wcale nie musi być sztywniacka i nudna, udowodnić, że można opowiadać o czasach dawno minionych w sposób barwny i maksymalnie zajmujący. A przynajmniej ma nadzieję, że ta przepastna kronika życia fikcyjnego Matthew Corbetta zarazi niejedno istnienie jego niesłabnącą miłością do historii. Minęły trzy lata od polowania na czarownicę w osadzie Fount Royal. Matthew Corbett wrócił do swojej małej ojczyzny, prężnie rozwijającego się miasta Nowy Jork, gdzie względnie spokojnie żyje sobie jego najstarszy wróg, odrażający zarządca tutejszego przytułku, w którym Matthew spędził znaczną część dzieciństwa. Prawdopodobnie najgorszy fragment swojego, w gruncie rzeczy, niesatysfakcjonującego życia. Czyżby zmarnował ostatnie lata na uganianie się za nieuchwytnym zwyrodnialcem? Matthew słynie z silnego poczucia sprawiedliwości i zamiłowania do rozwiązywania nawet najbardziej skomplikowanych zagadek. Nic więc dziwnego, że nie potrafi pogodzić się z bezkarnością Ebena Ausleya, aroganckiego hazardzisty, który od dawna straszliwie krzywdzi swoich młodych podopiecznych. My nazwalibyśmy go pedofilem, ale w 1702 roku, w którym to troczy się akcja „Królowej Bedlam” ten termin nie był jeszcze używany (wprowadzony w drugiej połowie następnego stulecia; oczywiście najpierw używany wyłącznie w środowisku medycznym: pedophilia erotica). W każdym razie Matthew niewątpliwie wpadł w sidła potencjalnie niszczącej obsesji. Zatracił się w chwalebnej działalności, która jak wszystko na to wskazuje, nie ma szans powodzenia. Czas poświęcony Ebenowi Ausleyowi mógł wykorzystać na rozwój własny, na zbliżenie się do swojego zawodowego celu. Urodzony prawnik? Tak myślał, ale czcigodny sędzia Nathaniel Powers najwyraźniej uznał, że jego sekretarz jest stworzony do innych rzeczy. Jak myślicie, skąd wzięło się słowo „detektyw”? Kto je wymyślił i w jakich okolicznościach? Autor „Królowej Bedlam” ma pewną teorię... A tymczasem przedstawi nam elegancką Katherine Herrald, kobietę sukcesu, która jako jedna z pierwszych dostrzegła ogromny potencjał Nowego Jorku. Wcale by się nie zdziwiła, gdyby przebił nawet Londyn, serce Ziemi, jądro cywilizacji, z dystansu podziwiane także przez Matthew Corbetta. Namiętnego czytelniczka „Gazette”, która zainspirowała jego przyjaciela Marmaduke'a Grigsby'ego do założenia pierwszej redakcji w Nowym Jorku. A ściślej stworzenia miejscowej gazety o niewdzięcznej nazwie „Pluskwa” - szybko zmienionej na „Skorek”. I tak po tej stronie oceanu zaczęła się odwieczna wojna organów ścigania z czwartą władzą. Tak zaczęło się kombinowanie jak by tu zamknąć usta wścibskim pismakom. Wiedza jest niebezpieczna – lepiej trzymać ludzi w błogiej nieświadomości, w fałszywym poczuciu bezpieczeństwa. Gardner Lillehorne, naczelny konstabl Nowego Jorku, albo naprawdę wierzy, że Masker to urojona postać Grigsby'ego, albo z premedytacją próbuje ukryć wstrząsającą prawdę przed tutejsza ludnością. Fakt, że w mieście grasuje osobnik, którego my nazwalibyśmy seryjnym mordercą. Nowy gubernator Nowego Jorku, postać historyczna Edward Hyde, znany też jako lord Cornbury – w tamtych czasach osobowość skandaliczna – ma niepopularny pomysł na zwiększenie bezpieczeństwa mieszkańców i wygląda na to, że w przeciwieństwie do zadufanego naczelnego konstabla jest otwarty na propozycje Matthew Corbetta, dwudziestoparolatka, który nie może oprzeć się wrażeniu, że urodził się przynajmniej pół wieku za wcześnie. Mentalność człowieka przyszłości.

Okładka książki. „The Queen of Bedlam”, Subterranean Press 2014

Królowa Bedlam” okazała się bardziej wymagającym stworzeniem od „Zewu nocnego ptaka”. Robert McCammon musiał przeprowadzić bardziej pogłębione badania epoki Matthew Corbetta, poszukać wszelkich informacji na temat tym razem autentycznego miasta. Fount Royal zbudował od podstaw, wyczarował osadę, która w odróżnieniu od upatrzonego dla powieści z młodym śledczym, Nowego Jorku, nie figurowała na mapach. A skoro już przy tym jesteśmy: McCammonowi udało się zdobyć tylko mapy z 1690 i z 1730 roku, musiał więc poczynić trochę założeń na temat interesującego go krajobrazu miejskiego mniej więcej w pół drogi tych uwodzicielskich rysunków. Szczególnie zwodnicza okazała się mapka z 1730 roku – architekt „Królowej Bedlam” poniewczasie (jakiś czas po wydaniu tej wielowątkowej superpowieści) uzyskał pożądane informacje na temat Nowego Jorku Anno Domini 1702, które niestety w niejednym punkcie (nazwy ulic) rozminęły się z jego założeniami. A że jest perfekcjonistą – co widać choćby w omawianym dokonaniu tego Wielkiego Literata – w głębi ducha zapewne wyrzuca sobie, że tak bardzo polegał na, jak by nie patrzeć, nieadekwatnej mapie. Z drugiej strony utwierdził się w przekonaniu, że poczynił też sporo jak najbardziej trafnych założeń, z czasem upewnił się, że w „Królowej Bedlam” na jedną faktograficzną pomyłkę przypada dziesięć rzetelnych danych. Podobnie jak „Zew nocnego ptaka”, lekturze uniwersalnej, olśniewającej bez względu na gatunkowe preferencje. Podbijającej serca zarówno miłośników powieści historyczny, przygodowych i łotrzykowskich/romansów awanturniczych, jak i historii kryminalnych, nadnaturalnych, westernów, a nawet science fiction (zwycięzca w kategorii „Best Book of the Year” w konkursie organizowanym przez grupę miłośników fantastyki naukowej). James Bond na Dzikim Zachodzie: mniej więcej taki pomysł Robert McCammon miał na drugą partię szachów Matthew Corbetta. Historia alternatywna... a może nie? Może w pomroce dziejów zagubiła się jednostka łudząco podobna do idealisty Matthew Corbetta? Może i to założenie pana McCammona jest strzałem w dziesiątkę? Tak czy owak, młody mistrz dedukcji na początku XVIII wieku niejedną zagadkę zapragnął rozwiązać. Kim jest zabójca zwany Maskerem i co nim kieruje? Jaki sekret skrywa wielebny William Wade? Jakie znaczenie mają maniakalne zapiski zarządcy sierocińca i co się zdarzyło młodzieńcowi pochowanemu w bezimiennym grobie? Diaboliczny profesor Fell i tytułowa smutna dama z ośrodka powszechnie nazywanego zakładem dla obłąkanych. Najbardziej rozpieszczana pensjonariuszka zwiastuna przyszłości – placówki medycznej w Westerwicke, która nie przypomina innych tego typu obiektów prowadzonych w nieoświeconych czasach oświeconego Mathew Corbetta. W zasadzie sporo się zmieniło od naszego rozstania z tym oczytanym „detektorem”, chuderlakiem Hudsona Greathouse'a, grubiańskiego partnera wytwornej potencjalnej pracodawczyni nieoszlifowanego diamentu marnowanego w sektorze publicznym. Chłopak pewnie bardziej przysłuży się społeczeństwu w prywatnej agencji, bo w nowojorskiej Świątyni Sprawiedliwości wyżej się już nie wespnie. Bo chyba nawet on nie wierzy, że dostanie się na studia prawnicze. Sierota bez grosza przy duszy? Urzędnik niskiego szczebla mieszkający na poddaszu skromnego domku i zarazem warsztatu garncarskiego dobrodusznego małżeństwa z niezwykłym pupilem. Robert McCammon z właściwym sobie rozmachem i wręcz paranormalną plastycznością opisuje tętniące życiem miasto z chaotycznymi, niewybrukowanymi uliczkami, po których pod osłoną nocy przechadza się zabójczy Masker. Miasto, które nigdy nie zasypia. Po zapadnięciu zmroku na każdym rogu mamy po brzegi wypełnione tawerny, gdzie dobija się różnych targów, robi większe i mniejsze interesy, gdzie zawsze można przegrać albo wygrać parę szylingów (karty, szachy) i rzecz jasna wlać w siebie hektolitry podłego trunku. Na niedostatek klientów nie narzeka też tutejsza świątynia rozpusty, gorsząca najbardziej bogobojnych ludzi, wydaje się jednak, że zarówno dżentelmeni regularnie odwiedzający Sodomę i Gomorę Polly Blossom, jak i najbardziej oddane Owieczki Boże, dni święte przykładnie święcą. Wielu spotyka się na mszach prowadzonych przez wielebnego Williama Wade'a, pastora bodaj najbardziej lubianego za krótkie (czyli nieprzekraczające dwóch godzin) kazania. Pastora, który już w pierwszej partii „Królowej Bedlam” rozbudza podejrzenia w miejscowym specjaliście ds. rozwiązywania problemów. A to tylko jedno piętro tego kryminalnego wieżowca. Zagadki bardziej złożonej niż w Fount Royal, bo jak podejrzewa nasz niestrudzony przewodnik po tym hipnotycznym świecie przedstawionym, niektóre z nitek, za którymi uparcie podąża, prowadzą do tego samego kłębka. Pewnie okropnie brudnego, ale Matthew Corbett niezmiennie woli wstrętną prawdę od bajecznego kłamstwa. Nie jest jednak człowiekiem bez skaz (a że nie ma ludzi idealnych, według mnie to tylko dodało mu wiarygodności), a w każdym razie ktoś tak „zabełtał mu błękit w głowie”, że niejednokrotnie może wyjść przed czytelnikiem „z przyszłości” na zwykłego hipokrytę. Jest jeszcze roszczeniowość bezdomnego. Ma swoje powody, ale niektórzy mogą uznać, że panicz Corbett trochę przesadza, bo ten kij z całą pewnością ma dwa końce. Ochłodzenie relacji międzyludzkiej, alarmująco szorstka męska przyjaźń po spektakularnej, tragicznej akcji z bykiem zainspirowanej ulubionym filmem córki Roberta McCammona, „Duchem w niewidzialnym bikini” Dona Weisa. Odchodzimy od klimatu niesamowitości „Zewu nocnego ptaka”, ale pozostajemy w klimacie mrocznym. Złowróżbne, intensywne ciemności w ekscytującej kronice Bedlam.

Ze zjawiskowego archiwum Matthew Corbetta. Genialna kontynuacja wybitnej pieśni nocnego ptaka. Giganty Roberta McCammona, a to wciąż zaledwie ułamek „dokumentacji duchowego przodka Sherlocka Holmesa”. Epickiego kolosa pisarza, którego talentów niepodobna przecenić. Można brać „Królową Bedlam” bez znajomości „Zewu nocnego ptaka”, tylko po co? Jak się bawić, to na całego! Zwłaszcza, że tak wystawne przyjęcia w świecie literackim nie zdarzają się codziennie. Może raz na dekadę... W każdym razie uważam, że to prawdziwe perły w koronie i już nie mogę się doczekać następnego spotkania z detektywem z Ameryki kolonialnej.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 5 listopada 2023

„Zły omen” (2022)

 
Podczas pandemii COVID-19, mieszkająca z ojcem i bratem Monique dostaje niepokojącą wiadomość od przyjaciółki Mavis i mimo strachu przed śmiercionośnym wirusem, decyduje się spędzić u niej kilka dni. Okazuje się, że koleżanka zmaga się z niezwykle realistycznymi koszmarami sennymi, często nienaturalnie długo nie mogąc się obudzić. Mavis wierzy, że jest prześladowana przez nadnaturalną humanoidalną istotę z głową ptaka, z kolei Monique uważa, że przyjaciółka powinna poszukać pomocy lekarskiej. Zmienia zdanie, gdy tajemnicze stworzenie staje się stałym elementem jej krainy marzeń sennych. Nabiera przekonania, że Mavis nieświadomie zaraziła ją demoniczną obecnością.

Plakat filmu. „The Harbinger” 2022. One Bad Idea Films

Latem 2020 roku Andy Mitton, twórca „The Witch in the Window” (2018) i współtwórca „YellowBrickRoad” (2010), „To nie jest koniec” (2016) oraz jednego segmentu antologii „Chilling Visions: 5 Senses of Fear” (2013), znienacka został nawiedzony przez obiecujący pomysł na film. To było jak pierwotny krzyk rozdzierający nocny płaszcz ciszy. Następnego dnia zainicjował debatę telefoniczną z zaufanym producentem i kiedy już szczegółowo omówili wszystkie plusy i minusy planu Mittona, pomysłowy Andy rozpoczął pracę nad scenariuszem horroru nastrojowego pt. „The Harbinger” (pol. „Zły omen”). Z pełną świadomością wchodzenia w „strefę zagrożenia wybuchem”. Akcja jego opowieści miała rozgrywać się podczas pandemii SARS-CoV-2 (fikcja miała dogonić rzeczywistość), a Mitton nie przypominał sobie bardziej polaryzującego tematu. Podziały zawsze były, ale tak drastyczne? Reżyser, scenarzysta, montażysta i kompozytor muzyczny „Złego omenu” podejrzewał, że covid jest najbardziej drażliwym tematem w najnowszej historii ludzkości. Ale też „językiem uniwersalnym”, rozumianym we wszystkich zakątkach globu ziemskiego, problemem, który w ten czy inny sposób, dotknął wszystkich. Rozumiał osoby, które chcą po prostu uciec od tej sytuacji, zapomnieć o tym szaleństwie, czy jak kto woli „nowej normalności”, miał jednak nadzieję, że zarazi swoim katharsis jakiś ułamek publiczności. Efekt przerósł jego oczekiwania – niskobudżetowe, skromne przedsięwzięcie, które zostało zauważone i docenione przez krytyków i fanów gatunku. W sumie film zebrał mieszane recenzje, ale Mitton nawet na to nie liczył, a przynajmniej nie za pokoleń, które przeżyły pandemię COVID-19.

Zły omen”, drugi samodzielny pełnometrażowy film w reżyserii Andy'ego Mittona był kręcony w Binghamton i Johnson City - w tym na terenie The Goodwill Theatre - w stanie Nowy Jork. Na planie ekipa spędziła czternaście dni, pracując w tak zwanym reżimie sanitarnym tłumaczonym pandemią SARS-CoV-2. Pierwszy pokaz tego kameralnego horroru nadnaturalnego/psychologicznego odbył się w lipcu 2022 roku na Fantasia International Film Festival i bynajmniej nie było to jedyne święto filmowe, w którym uczestniczyło to dokonanie twórcy „The Witch in the Window”. Szerszą dystrybucję (sale kinowe i platformy VOD) otwarto w grudniu 2022, a do Polski obraz przyleciał w listopadzie 2023, na internetowych skrzydłach HBO Max. Andy Mitton jest zdania, że horror zawsze był areną poglądów na przeróżne bieżące wydarzenia, mrocznym studiem, w którym toczą się dysputy polityczne, za które twórcom nierzadko obrywa się od ludzi nieinteresujących się polityką (takie opowieści często są wdzięczniejszą ofertą dla następnych pokoleń). Prawdą jest jednak, że polityka interesuje się nimi, co niejednemu obywatelowi uświadomił dopiero zły covid. Bo tak zwana walka z koronawirusem pod wieloma względami była sprawą stricte polityczną. Mitton nie ukrywał, że w tej wojnie stał po stronie nauki i nierzadko złościł się na tych, którzy nie uczestniczyli we wzajemnym zapewnianiu sobie bezpieczeństwa, nie pozwalał sobie jednak na komfort traktowania tych drugich jak zaprzysięgłych wrogów. Wrogów ludzkości. Pandemia jak w soczewce skupiła słabości człowieka i cywilizacji. Pokazała, że króle są nadzy – rzekomo silne, żeby nie powiedzieć pancerne (wedle współczesnej mitologii) systemy okazały się zamkami z piasku, które runęły po dmuchnięciu wirusa. Mało tego: koszmar większości okazał się spełnieniem najskrytszych marzeń mniejszości, choćby osobowości autorytarnych na najwyższych szczeblach władzy i czujnych, elastycznych (szybkie przebranżowienia) biznesmenów. Areszty domowe bez wyroków, bez prawa do obrony. Prawo do decydowania o sobie, tak zwana wolność w wielu krajach demokratycznych wymieniona na niepewną obietnicę bezpieczeństwa. Przeżyjesz, jak zostaniesz w domu... O ile nie zaśniesz:) W „Złym omenie” Andy'ego Mittona, podobnie jak w „Koszmarze z ulicy Wiązów”, kultowej slasherowej serii zapoczątkowanej przez Wesa Cravena w 1984 roku, śmierć przychodzi w krainie marzeń sennych. Doskonałe warunki stworzone przez śmiercionośnego koronawirusa – nader podatny grunt dla innej choroby, że tak to ujmę, wiatr w żagle dla potencjalnej istoty nie z tego świata. Coś w rodzaju inkuba/sukkuba (postać androgyniczna?) odpowiadającego za zarazę niepamięci. Albo zbiorowa histeria, fobia: rezultat długotrwałego egzystowania w nieludzkich warunkach. Życia w klatce, w „orwellowskiej nowej normalności”, bez większej nadziei na powrót „starej normalności”. Główna bohaterka „Złego omenu”, młoda kobieta imieniem Monigue (taka sobie kreacja Gabby Beans) – dla przyjaciół Mo – sumiennie przestrzega „regulaminu covidowego” w przekonaniu, że to aktualnie najpewniejszy sposób na ochronę siebie i innych. Na względzie przede wszystkim ma dobro ojca i brata Lyle'a (przekonujący występ Mylesa Walkera, a to ledwie druga przygoda aktorska w jego karierze), ale jak mogłaby odmówić pomocy starej przyjaciółce? Tym bardziej, że istnieje sposób na zminimalizowanie ryzyka dla jej krewnych. Spędzi parę dni u Mavis (przeciętna kreacja Emily Davis), a potem przepisowe dwa tygodnie w odosobnieniu – kwarantanna we własnej sypialni. Tak to sobie zaplanowała... kiedy jeszcze nie znała szczegółów niecierpiącego zwłoki problemu przyjaciółki.

Plakat filmu. „The Harbinger” 2022. One Bad Idea Films

Ciasny horror zainspirowany brutalną rzeczywistością. Mitologia Andy'ego Mittona, lubiącego wymyślać i skutecznie „sprzedawać” (wmawiać, że to oficjalne mity) choćby znajomym mniej i bardziej złożone opowieści o demonach, czarownicach i innych upiorach. Taka rozrywka człowieka, który nie wyrósł z wybujałej wyobraźni. Tym razem „powołał do życia” stworzenie z przerośniętą głową przedrzeźniacza kalifornijskiego (california thrasher) w zwiewanym odzieniu, w domyśle przykrywającym ludzką sylwetkę. Eteryczny intruz żerujący na lockdownach. Rozkręcający swoją zbrodniczą działalność w okresie wzmożonej izolacji; rosnący w siłę w populacyjnym zamknięciu. Do takich wniosków dojdą przyjaciółki ze „Złego omenu”, przy czym decydującą rolę odegra tutaj zwyczajowa konsultacja z ekspertem za kadencji covida. Wcześniej Mavis pogardzi sporządzoną przez Monique jakże wymowną listą ludzi wyspecjalizowanych w zdecydowanie innych dziedzinach – leczenie przez internet – kategorycznie odrzucając naturalne wyjaśnienia swoich kłopotów zdrowotnych. Nadzwyczaj twardy, długi sen, somnambulizm, autoagresja: samookaleczanie śpiącej kobiety. Mavis nie dziwi mocno sceptyczny stosunek Mo do jej opowieści o nadnaturalnym dręczycielu – sama pewnie też by nie uwierzyła, gdyby była na jej miejscu – nie ma tego za złe przyjaciółce, która przecież zaryzykowała własnym zdrowiem, by dotrzymać jej towarzystwa w tym arcytrudnym okresie. Wokół niej pełno ludzi samotnych – na pewno więcej niż przed „reżimem covidowym” - ale Mavis jest w dużo gorzej sytuacji od Monique. Już abstrahując od jej problemów ze snem, w przeciwieństwie do czołowej postaci „Złego omenu” Andy'ego Mittona, kobieta nie ma przy sobie krewnych, ani nawet znajomych. Mieszka sama w starej kamienicy... gdzie powoli zamienia się w lokatorkę ze „Wstrętu” Romana Polańskiego? Cokolwiek dolega Mavis, może wystarczy sama obecność drugiego człowieka, by wyrwać ją ze szponów tego czegoś? Wroga działającego w ukryciu, nie takiego celebryty jak covid. Tematów niewątpliwie mniej popularnych, zagrożeń niemedialnych. Samotni, niepamiętani, wygumkowani. Jakby nigdy się nie urodzili. Istnienia wymazane ze wszystkich banków pamięci. Żywoty usunięte z przepastnej kroniki ludzkości, czy raczej niezapisane. Nic nie zostanie, nawet pojedyncze wspomnienie. Smutne, ale prawdziwe. Odwieczny, nieustający marsz niewidzialnych tłumów. Niegodnych zapamiętania czy po prostu niemożliwych do zapamiętania? A wszystko przez stworzenie znane w bardzo wąskich, wręcz mikroskopijnych kręgach? Siewca zapomnienia co się zowie Harbinger. Potwór, o którym lepiej nie mówić. Nie podawać dalej, prawda panie Krueger? Umowna rzeczywistość miesza się w „Zły omenie” z koszmarami sennymi, które według mnie na skali upiorności są daleko za haniebnymi harcami poparzonego gościa z nożową rękawicą. A na pewno daleko za pierwszym koszmarem z ulicy drzewiastej. To miała być propozycja zarówno dla zwolenników horrorów podskórnych, podwyższonych czy tylko powolnych (slow burn), jak i entuzjastów skocznych opowieści z dreszczykiem – reżyser starał się to wypośrodkować, ale wydaje mi się, że chcąc nie chcąc szerzej uśmiechał się do poszukiwaczy „straszydeł” bazujących głównie na klimacie. Zaszczucie, zamknięcie, ciasnota. Jest i szczypta obskurności, zaklęta choćby w chropowatej teksturze ścian, nie wspominając już o niszczejących, gołych wnętrzach. Jeśli o mnie chodzi najefektywniejszy występ miała drugoplanowa wyśniona postać, która chyba utknęła w krainie marzeń sennych, w drodze z Tej na Tamtą stronę. Mam tutaj na myśli pierwsze wejście, zdaje się, postaci klasycznej – tradycyjny gość w opowieści o duchach i innych zjawiskach nadprzyrodzonych. Tak czy owak, strategia twórców „Złego omenu” przy zacieraniu granicy między jawą a snem (tj. czy to jeszcze jawa, czy już potencjalnie śmiercionośny sen?) raz może zadziałać, ale drugi i trzeci? Odbiorca miał stać w pozycji Monique, a zatem mieć pewność, że protagonistka zasnęła tylko wtedy, kiedy ona ją miała, wydaje mi się jednak, że potrzeba większej pomysłowości, by tak zakręcić dzisiejszą publicznością, żeby przestała odróżniać umowne realia od wizji w objęciach Morfeusza. Miało być nieobliczalnie, klimatycznie i życiowo, ale w swoim podsumowaniu muszę wykreślić to pierwsze. I zastrzec, że „Zły omen” Andy'ego Mittona w moich oczach wybronił się aurą i smutkami dnia codziennego, ale w czysty zachwyt w żadnym razie nie wprawił.

Film lockdownowy Andy'ego Mittona. Minimalistyczna produkcja o niejednej zarazie. Klaustrofobiczna opowieści o koszmarach sennych w koszmarnej rzeczywistości. O potencjalnych zjawiskach nadprzyrodzonych w koronawirusowym piekle. Kameralny horror o „wyśnionym ptaszydle”, popadaniu w zapomnienie i naturalnej potrzebie bliskości, którą coraz trudniej zaspokoić na tym polaryzacji padole. „Zły omen”: małe dziełko człowieka, któremu nigdy nie przeszkadzało - wręcz przeciwnie, czemu tutaj daje wyraz - że horror to gatunek umoczony w polityce:) Po prostu śmiało uczestniczący w zażartych debatach publicznych. W lepszym, gorszym i, jak moim zdaniem tutaj, przeciętnym stylu.

piątek, 3 listopada 2023

Zakupy

 
A z ostatnio zakupionych lektur... Trylogia „Oblicza Victorii Bergman”, skandynawskie klimaty kryminalno-psychologiczne tym razem od Erika Axla Sunda. „Zaginiony świat” Arthura Conana Doyle'a z 1912 roku, który szczególnie powinien zainteresować miłośników „Parku Jurajskiego” Michaela Crichtona. Uzupełnienie draculowej kolekcji - nareszcie! - sequel ponadczasowej powieści Brama Stokera spłodzony przez jego przodka Dacre Stokera (też współautora prequela „Draculi” pt. „Dracul”) i Iana Holta. Są i krótkie formy: opowiadania młodsze (John Everson, Mort Castle) i starsze (Edgar Allan Poe, Guy de Maupassant).
 

 
Edgar Allan Poe „Czarny kot i inne opowiadania”
Arthur Conan Doyle „Zaginiony świat”
Guy de Maupassant „Horla”
Dacre Stoker, Ian Holt „Dracula: Nieumarły”
Brian Lumley „Nekroskop 5. Roznosiciel”
John Everson „Cokolwiek zechcesz”
 

 
Erik Axl Sund „Obłęd”
Erik Axl Sund „Trauma”
Erik Axl Sund „Katharsis”
Mort Castle „Księżyc na wodzie”
Matt Haig „Radleyowie”
James Dawson „Wypowiedz jej imię”

czwartek, 2 listopada 2023

„15 Cameras” (2023)

 
Sky i jej mąż Cam z pełną świadomością kupują bliźniaka wcześniej należącego do tytułowego antybohatera serialu dokumentalnego „The Slumlord Tapes”, podglądacza, porywacza i zabójcy uznanego za zmarłego. Para zajmuje jedno z niesławnych mieszkań, pokój gościnny oferując siostrze kobiety, Carolyn, która właśnie rozstała się z niewiernym partnerem, a lokal obok przekazując na wynajem. Pewnego dnia Cam znajduje sekretne pomieszczenie, z którego poprzedni właściciel bliźniaka najwyraźniej obserwował najemców. I przekonuje się, że w obu mieszkaniach wciąż znajdują się ukryte kamery wstrętnego Slumlorda. Cam nikogo nie informuje o swoim zdumiewającym odkryciu. Odkryciu, z którego coraz chętniej korzysta.

Plakat filmu. „15 Cameras” 2023. Hood River Entertainment

W 2015 roku swoją światową premierę miał thriller wojerystyczny w reżyserii i na podstawie scenariusza Victora Zarcoffa pt. „Slumlord” aka „13 Cameras” (pol. „13 kamer”), a trzy lata później wydano jego kontynuację, „14 Cameras” Setha Fullera i Scotta Hussiona, pracujących na scenariuszu twórcy jedynki. Jakiś czas później Zarcoff zwrócił uwagę na filmową twórczość Danny'ego Maddena, przyjaciela jego przyjaciela kręcącego głównie krótkometrażówki (wyjątkiem dramat „Bestio, bestio” z 2020 roku), w tym animowane. Tym sposobem do Maddena trafił scenariusz „15 Cameras”, trzeciej odsłony wojerystycznej serii otwartej przez człowieka, który tym razem zadowolił się rolą producenta wykonawczego. Scenariusz napisał PJ McCabe'a, odtwórca jednej z głównych ról w „13. kamerach”, współtwórca komediowego thrillera pt. „The Beta Test” (2021). Dystrybucja „15 Cameras” ruszyła w październiku 2023 roku, poczynając od rodzimego podwórka produkcji – film pokazano w wybranych amerykańskich kinach.

Młodszy brat reżysera „15 Cameras”, Will Madden (m.in. „Wilk ze Snow Hollow” Jima Cummingsa i „Jethica” Pete'a Ohsa), odtwórca epizodycznej postaci ze wspomnianego „The Beta Test” i większej roli w poprzednim pełnometrażowym przedsięwzięciu Danny'ego Maddena, w niezłym stylu przejmuje haniebną schedę po Slumroldzie, wykreowanym przez zmarłego w 2022 roku Neville'a Archambaulta. UWAGA SPOILER W „15 Cameras” tę popisową rolę powierzono Jamesowi Babsonowi, który miał oryginalny pomysł na casting: pomysłowe wykorzystanie kamer własnych KONIEC SPOILERA. Sekretna jaskinia Cama, prawnika ubezpieczeniowego, który wraz ze swoją małżonką Sky (przyzwoity występ Angeli Wong Carbone; m.in. „Wskrzeszenie” Andrew Semansa) niedawno dokonał ekscytującego zakupu. Nietypowe podejście do motywu przeprowadzki – upiorne lokum spełnieniem marzeń pary przewodniej. Sky jest fanką serialu dokumentalnego „The Slumlord Tapes”, opowiadającego o zbrodniczej działalności poprzedniego właściciela jej nowego mieszkania. Właściwie posiadacza wielu nieruchomości, niekoniecznie dokumentnie oczyszczonych z jego ukrytych kamer. Ta możliwość przeraża jedynie tymczasową współlokatorkę Sky i Cama, siostrę tej pierwszej o imieniu Carolyn (przykuwająca uwagę kreacja Hilty Bowen), która właśnie wyprowadziła się od swojego wybuchowego chłopaka Gio, ponieważ przyłapała go na zdradzie. „15 Cameras” Danny'ego Maddena to opowieść o obsesjach, o ludziach uzależnionych. Różne oblicza podglądactwa: nielegalny monitoring i legalny serial true crime. Do tej listy można ten dodać toksyczną miłość; uzależnienie od zdradliwego partnera, może nawet klasycznego przemocowca. Głównym tematem filmu jest jednak „hobbystyczna działalność” Cama i Sky. Odwrócenie konwencji, odejście od dotychczasowego schematu fabularnego, być może podyktowane... tym, co Sky nazwie spoilerem. W końcu wszystkie odcinki aktualnie jej ulubionego serialu jeszcze nie zostały wyemitowane, niemniej nie ulega wątpliwości, że kobieta doskonale wie, jak skończyła się historia Slumrolda. W tym świecie przedstawionym autentyczna sprawa kryminalna, która teraz rozgrywa się dosłownie obok Sky. Podczas gdy ona z wypiekami na twarzy ogląda serial dokumentalny o zabójczym podglądaczu, jej mąż coraz więcej czasu spędza w obskurnej jaskini obiektu fascynacji Sky. Ciasne pomieszanie słodko-gorzką tajemnicą mężczyzny rozpieszczającego swoją ukochaną, przyzwyczajonego do przedkładania jej potrzeb ponad własne. Drugoplanowa postać życia rodzinnego, której pozycja osłabła jeszcze bardziej po pojawieniu się Carolyn. Męskość stłamszona przez feminizm. Sfrustrowana dusza chowana przed ukochaną kobietą wyzwoloną. Silną osobowością, która nie ma pojęcia, jak bardzo Cam jest niezadowolony ze swojego życia. W centrum monitoringu Slumlorda „męskość” Cama zrzuca kajdany. Mężczyzna zniewolony przejmuje kontrolę, zachłystuje się paskudną – nawet dla niego – mocą sprawczą, tajemną wiedzą o wszystkich mieszkankach swojego bliźniaka. Naśladowca obleśnej gwiazdy małego ekranu, przed którym często przesiaduje małżonka tego pierwszego. Obsesja akceptowalna i nieakceptowalna społecznie. Chora i zdrowa? Czy zdrowe jest prześladowanie ofiar przemocy? Bieganie z kamerami za ludźmi, którym udało się przeżyć zderzenie ze Slumlordem? Nielegalne podglądactwo wymieniono na podglądactwo legalne. Szkoda, że twórcy nie pociągnęli tego wątku, bo naturalnym ciągiem dalszym wydaje mi się usprawiedliwianie zbrodniarzy i obwinianie ofiar, realne zjawisko, które nie wiedzieć czemu coraz rzadziej jest nazywane problemem. Nowa (orwellowska) normalność?

Plakat filmu. „15 Cameras” 2023. Hood River Entertainment

Serial dokumentalny, który przestał wystarczyć jednej z czołowych postaci „15 Cameras” Danny'ego Maddena. Cam znajduje większe źródło podniet, narkotyk nieporównywalnie twardszy od tego, którym nadal raczy się jego żona Sky. Ich tymczasowa współlokatorka, Carolyn, początkowo przygląda się tej fascynacji Slumlordem z nieskrywanym niesmakiem. Nie mieści jej się w głowie, że siostrze i szwagrowi zamarzyła się jedna z nieruchomości, w których ten degenerat popełniał te wszystkie przebrzydłe czyny szczegółowo omówione w mediach. Nie ma też większej ochoty na oglądanie tego przeklętego serialu, na punkcie którego zafiksowała się jej siostrzyczka. Tak, Carolyn z całą pewnością nie czuje się komfortowo w nowym domu Cama i Sky, ale też nie ulega wątpliwości, że stopniowo wkręca się w „Taśmy Władcy Slumsów”. Tymczasem jej szwagier nie poznaje samego siebie. Z jednej strony brzydzi się sobą, a z drugiej czuje tę moc. Przesiaduje w sekretnej izbie w bliźniaczym mieszkaniu wynajętym młodszym kobietom, Amber i Wren (przekonujące występy odpowiednio Hannah McKechnie i Shirley Chen), ze szczególną uwagą przysłuchując się ich pouczającym rozmowom o relacjach damsko-męskich, nie wspominając już o bardziej intymnych widokach. Scenach przewijających się na monitorze wcześniej należącym do zdecydowanie bardziej doświadczonego podglądacza. Cam jest nowicjuszem, ale szybko rozwijającym swoją nielegalną działalność niegospodarczą. Uczy się od najlepszego z najgorszych. Czarnego mistrza wojeryzmu. Sąsiedzka uprzejmość niebezpiecznie przechylająca się w stronę napastowania. Amber i Wren są mu wdzięczne za wniesienie ciężkiego mebla, ale zaraz potem Cam wprawia je w lekkie zakłopotanie. To pierwszy raz, kiedy dziewczyny ewidentnie czują się nieswojo w towarzystwie tego stale uśmiechniętego mężczyzny - starannie wykonana radosna maska, wyćwiczona mimika sukcesywnie tracąca na wiarygodności: coraz to gorsza jakość masek wesołego Cama – ale nie aż tak, żeby nie przyjąć jego, tylko trochę niestosownego, zaproszenia na podwórkową wyżerkę. Niby impreza powitalna, najemczynie mogą jednak się zastanawiać, dlaczego gospodarz nie uprzedził swojej żony. Wypadałoby zaprosić też Sky... Jak można się tego spodziewać, za sprawą Cama niezręczna sytuacja w bliźniaku będzie eskalować. Niepewny siebie, żeby nie powiedzieć zakompleksiony, mężczyzna, nieubłagania nabiera śmiałości. Najpierw robi, potem myśli, pewien, że odkrył drogę do serc przyszłych kochanek. Zaspokoi je, jak w swoim mniemaniu zaspokaja żonę, bo przecież jest mężczyzną, dla którego ważniejsza jest przyjemność kobiety od własnej. Sky chyba tego nie docenia, ale oczy może otworzy jej Carolyn, która na własnej skórze przekonała się, jak trudno znaleźć taką partię, jak Cam. Kochany, wierny Cam. Czyżby zawstydziła go rozmowa o filmach pornograficznych? Dla postronnego obserwatora tak to może wyglądać, ale odbiorca „15 Cameras” należy do wąskiego kręgu wtajemniczonych. Można powiedzieć, że siedzi w głowie tej zbłąkanej duszy. Wewnętrzna bitwa, którą zdaje się wygrywa ciemna strona Cama. Intrygujący portret psychologiczny jednostki prącej ku zatraceniu. Pewnie nie każdy dopatrzy się w „15 Cameras” jakiejś godnej odnotowania dbałości o płaszczyznę psychologiczną, ale ufam, że przynajmniej co poniektórzy sympatycy tego wojerystycznego – jak na razie – tryptyku nie pozostaną obojętni przynajmniej na postać Cama, że docenią ten (nie)wielki wkład w serię o nałogowych oglądaczach, że zaciekawi ich obraz człowieka kłócącego się z samym sobą. Odzyskującego szacunek do siebie i jednocześnie go tracącego. Brzmi dziwnie, wiem, niemniej właśnie tak to odbierałam. Mroczne sanktuarium człowieka sukcesu, który pragnie czegoś więcej. Trzymająca w napięciu, choć przewidywalna – może poza najmocniejszym akcentem, czyli akcją z wiertarką, która ma predyspozycje do zakotwiczenia się w pamięci nawet doświadczonych odbiorców kina paskudnego – opowieść o staczaniu się w otchłań bezeceństwa. Łamaniu kręgosłupa moralnego przez swoje własne, suwerenne wybory. Nie tak pożądanie niesmaczny jak jedynka, z podobnie zagęszczonym (czyli niedostatecznie) mrokiem, jak w dwójce, mimo wszystko wciągający dreszczowiec z nieprzemyślanym domknięciem. W każdym razie mnie jakoś nie przekonuje taki scenariusz, nie kiedy dookoła tyle potencjalnie przydatnych szpargałów. UWAGA SPOILER Może jestem naiwna, ale myślę, że w prawdziwym życiu taki nieszczęśnik znalazłby sposób na oswobodzenie się, wydostanie z takiego niepospolitego więzienia KONIEC SPOILERA.

Wielki Brat patrzy Victora Zarcoffa. Inwigilacja totalna po raz trzeci. „15 Cameras” tym razem w reżyserii Danny'ego Maddena to pierwsza część cyklu nienapisana przez ojca obleśnego Slumlorda, ale inicjatywa zdecydowanie przez niego wspierana. Producencki patron opowieści o człowieku idącym śladami zwyrodniałego przedsiębiorstwa. To dopiero patodeweloperka! Pegasus człowieka nieuprzywilejowanego, niemającego swego rodzaju koncesji (gwarancja bezkarności) na okradanie z prywatności bliźnich. Naśladowcy namiętnego podglądacza. Mnie się podobało, ale wymagającym fanom gatunku pewnie bym nie poleciła.