Stronki na blogu

piątek, 12 kwietnia 2024

Widzowie pokochali horror „Puchatek: Krew i miód 2”! Czy kontynuacja poprawi wynik pierwszej części?

 
Pierwsza odsłona mrocznej wersji dziecięcych bohaterów ze Stumilowego Lasu porwała widzów na całym świecie. Producenci mieli co świętować, gdyż „Puchatek: Krew i miód” przyniósł im niemal 5 milionów dolarów czystego zysku! Bez chwili wahania zdecydowali, że kontynuacja musi powstać.

Plakat filmu. „Winnie-the-Pooh: Blood and Honey 2” 2024, ITN Distribution, Jagged Edge Productions, Premiere Entertainment Group

Powtórka z horroru
Czy „Puchatek: Krew i miód 2”, który trafi do polskich kin już 31 maja, spotka się z równie przychylnym przyjęciem jak pierwsza odsłona? Jest duża szansa, że będzie jeszcze lepiej. Po pierwsze: twórcy „Puchatek: Krew i miód 2” zwiększyli budżet i to dziesięciokrotnie: ze stu tysięcy do miliona dolarów! Dzięki tak solidnemu zastrzykowi gotówki dopracowali elementy scenografii, dekoracji, a także wyglądu głównych bohaterów. Po drugie, opinie widzów jakie publikują w serwisie www.rottentomatoes.com są entuzjastyczne. Aż 81 proc. użytkowników jest zachwycona produkcją.

„Po drugiej części mogliśmy się spodziewać, że będzie więcej krwi i przemocy. Jak dla mnie ta część jest znacznie bardziej udana od pierwszej. I bardziej dopracowana”, Owen Gleiberman, Variety.

„Obie części krwawej zemsty Puchatka są ze sobą powiązane. Obie prezentują brutalnie nieludzki świat, który dostarcza krwawej rozrywki pełnej rozczłonkowanych ciał. To zdecydowanie produkcja dla wielbicieli gatunku”, Chris Joyce, YouTube.

„Kontynuacja Puchatka jest o nieba lepsza od pierwszej części. Twórcy poprawili to, co mi zgrzytało w Puchatek: Krewi miód. Jestem naprawdę ciekawy, dokąd zmierza to szalone kinowe Uniwersum”, Cris Parker, 3C Films (YouTube).

„To kino w punkrockowym wydaniu, czyli ostre, hałaśliwe i bez kompromisów. Tanie, nieoszlifowane i wdzierające się w życie widza i w nurt popularnego kina z wystawionym środkowym palcem! Puchatek: Krew i miód jest surowy, ale ma to swój urok i nie warto tej krwawej produkcji skreślać”, Luke Y. Thompson, AV Club.

„Większy budżet, rozbudowana obsada, dopracowany w szczegółach scenariusz – to gwarancją tego, że druga część Puchatka będzie lepsza od pierwszej. I tak jest. Denerwują mnie tylko te przewidywalne zwroty akcji”, Carla Hay, Culture Mix.

Do tych wpisów dodajmy jeszcze recenzję zamieszczoną na portalu imdb.com:

„Chociaż to nie jest najlepszy horror, jaki kiedykolwiek powstał, ale ma on swoje plusy i atuty. Zwłaszcza dla tych, którzy lubią slashery, brutalne i krwawe horrory. To kino dla tych, którzy gustują w kolejnych częściach Piły lub fascynują się twórczością autorstwa Eli Rotha, np.: Borderlands (…) Puchatek: Krew i miód 2 to zwariowany horror z dynamicznymi zwrotami akcji, dzięki którym historia wciąga i intryguje widza przez cały czas trwania filmu. I mimo iż jest kilka scen komediowych, to jednak jest to krwawy slasher, który kreatywnie wykorzystuje postacie znane z pierwszej części, a nowe, które się pojawiły w drugiej, są naprawdę interesujące. Scenariusz, reżyseria i gra aktorska nie są na poziomie oscarowym, ale uczciwie należy przyznać, że patrząc na slashery obecnie powstające, to Puchatek: Krew i miód 2 wyróżnia się na plus! Ten film to nie jest produkcja, na którą spłynie deszcz nagród, bo ma on przerażać, ale i bawić. I to udaje mu się znakomicie”.

Kadr z filmu. „Winnie-the-Pooh: Blood and Honey 2” 2024, ITN Distribution, Jagged Edge Productions, Premiere Entertainment Group

Kadr z filmu. „Winnie-the-Pooh: Blood and Honey 2” 2024, ITN Distribution, Jagged Edge Productions, Premiere Entertainment Group

„Puchatek: Krew i miód 2” w opinii reżysera 
Reżyser obu horrorów Rhys Frake-Waterfield jest usatysfakcjonowany efektami pracy całej ekipy filmowej. Twierdzi, że odrobił lekcję i dlatego „Puchatek: Krew i miód 2” powali wielbicieli gatunku na kolana.
– Sequel będzie mroczniejszy i krwawszy. Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam pogłoskom, że w Puchatek: Krew i miód 2 aż trzydzieści osób zostanie brutalnie zamordowanych przez naszych bajkowych bohaterów. Potwierdzam natomiast, że nadal brakuje nam Tygryska – poinformował reżyser w „ScreenRant”.
– Po pierwszej części mieliśmy pewien niedosyt. Wiedzieliśmy, że Puchatek: Krew i miód 2 musi powstać, ponieważ za pierwszym razem nie ustrzegliśmy się błędów. W założeniach sequel miał być bardziej przerażający, krwawy, ale i zabawniejszy, i dający do myślenia. Tym razem mieliśmy też więcej pieniędzy i mogliśmy zadbać o scenografię, dekoracje, główne postacie, czy przeznaczyć część kasy na efekty specjalne, które wbiją widzów w kinowe fotele – dodał scenarzysta Matt Leslie w rozmowie na portalu collider.com.

„Puchatek: Krew i miód 2” trafi do polskich kin już 31 maja

Zobacz zwiastun: 

O filmie

Pięć miesięcy po masakrze w Stumilowym Lesie, Krzyś próbuje wrócić do normalnego życia. Policja szuka domniemanych bestii w miejscu masowego mordu, ale większość okolicznych mieszkańców uważa Krzysia za prawdziwego sprawcę. Tymczasem chłopak podczas terapii wraca do dramatycznych wydarzeń z dzieciństwa, gdy podczas jego piątych urodzin, uprowadzona została grupa dzieci wraz jego bratem bliźniakiem. Ukryty w głębi Stumilowego Lasu Puchatek wciąż pała rządzą zemsty. Wraz z nowymi, przerażającymi kompanami chce zgładzić nie tylko Krzysia, ale wszystkich pozostałych przy życiu uczestników urodzinowego przyjęcia sprzed lat. Dla niego krew jest słodka jak miód.

Kadr z filmu. „Winnie-the-Pooh: Blood and Honey 2” 2024, ITN Distribution, Jagged Edge Productions, Premiere Entertainment Group

Kadr z filmu. „Winnie-the-Pooh: Blood and Honey 2” 2024, ITN Distribution, Jagged Edge Productions, Premiere Entertainment Group
 
Reżyseria: Rhys Frake-Waterfield („Puchatek: Krew i miód”).
Obsada: Scott Chambers („Uciszyć zło”, „Patryk”, „Niewinny”); Ryan Oliva („Świat w ogniu” „Przebudzenie dusz”, „Duma i uprzedzenie, i zombie”); Simon Callow („Cztery wesela i pogrzeb”, „Wiedźmin” - serial, „Zakochany Szekspir”); Tallulah Evans („Whiet Lines” - serial, „Zło czai się w lesie”, „Syn Rambow”).
Gatunek: horror.
Produkcja: Wielka Brytania 2024.
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films

Źródło: wszystkie materiały od Monolith Films

czwartek, 11 kwietnia 2024

„The Black Room” (1982)

 
Larry mieszka na przedmieściu Los Angeles z żoną Robin i dwójką dzieci, a jedyne czego brakuje mu do pełni szczęścia to miejsce, w którym mógłby spełniać swoje seksualne fantazje. Pewnego ranka znajduje w gazecie ogłoszenie o wolnym miejscu schadzek, pokoju do wynajęcia w rezydencji w Hollywood Hills, jak wkrótce się okazuje, należącej do zmagającego się z rzadką chorobą fotografa Jasona, mieszkającego z młodszą siostrą imieniem Bridget. Gwarancja intymności i maksymalnej swobody w użytkowaniu lokalu, wystrój Czarnego Pokoju, niewygórowana cena oraz możliwość skorzystania z dodatkowych usług świadczonych przez enigmatycznego najemcę przerastają oczekiwania niezaspokojonego męża z peryferiów wielkiego miasta, niezwłocznie zawiera więc umowę z enigmatycznym nieznajomym i nie musi długo czekać na rozpoczęcie podniecającej przygody w domu na przeklętym wzgórzu. O swoich przygodnych kontaktach seksualnych w mrocznym pokoju rozpusty Larry chętnie opowiada małżonce, pilnując, by trwała w przekonaniu, że to tylko jego wyobraźnia.

Plakat filmu. „The Black Room” 1982, Butler-Cronin Productions, Lancer Productions Limited, Ram Productions

Owoc burzliwej współpracy urodzonego w Jerozolimie Elly'ego Kennera i nieżyjącego już Normana Thaddeusa Vane'a (wcześniej Norman Thatteus Vein), twórcy między innymi „Frightmare” (pol. „Gwiazda horroru”), horroru komediowego prawdopodobnie wydanego w 1983 roku (mówi się też o roku 1981 i 1982). Scenariusz „The Black Room” napisał ten drugi pod wpływem swoich osobistych doświadczeń; działalności rozkręconej, gdy pracował dla magazynu „Penthouse” w Wielkiej Brytanii – organizator schadzek z modelkami z rozkładówek, pokój rozkoszy redaktora pisemka dla panów. Tytułowy pokój przygotowano w wówczas niezamieszkanej rezydencji w Hollywood Hills w Los Angeles, wybudowanym w 1927 roku dawnym „mieszkanku” Ginger Rogers, a na produkcję ponoć przeznaczono tylko czterdzieści tysięcy dolarów. Po nakręceniu paru sekwencji reżyser Norman Thaddeus Vane wpuścił na pokład Elly'ego Kennera, który miał pokierować dalszymi pracami na planie – odpowiadał za stronę techniczną, kontakty z obsadą aktorską zostawiając głównemu organizatorowi wydarzenia. To partnerstwo okazało się dalekie od ideału: napięta atmosfera między Kennerem i Vane'em punkt kulminacyjny miała osiągnąć, gdy pierwszy z wymienionych zaczął upierać się przy przemilczeniu wkładu tego drugiego w reżyserię „The Black Room”.

Nagrany w 1981 roku, a uwolniony rok później amerykański horror niskobudżetowy z niewielką rolą ówczesnej Królowej Krzyku Linnei Quigley (m.in. „Pułapka na turystów” aka „Turystyczna pułapka” Davida Schmoellera, „Koniec szkoły” Herba Freeda, „Cicha noc, śmierci noc” Charlesa E. Selliera Jr., „Powrót żywych trupów” Dana O'Bannona, „Noc demonów” Kevina Tenneya, „Koszmar z ulicy Wiązów 4: Władca snów” Renny'ego Harlina, „Krwawa Maria” Johna Landisa, „Odwieczny wróg” Joe Chappelle'a, „Kolobos” Daniela Liatowitscha i Davida Todda Ocvirka), uznawany za UWAGA SPOILER przedstawiciela nurtu wampirycznego – domniemane przetworzenie mitu Draculi, mniej lub bardziej świadoma reinterpretacja literackiego arcydzieła Brana Stokera i zarazem dzieło prorocze: rzekoma zapowiedź epidemii AIDS, wyprzedzenie covida (tzw. wirus celebryta) lat 80. XX wieku KONIEC SPOILERA. W pierwszym tomie swojej książki „Horror Films of the 1980s” John Kenneth Muir identyfikuje „The Black Room” Elly'ego Kennera i Normana Thaddeusa Vane'a jako członka „precautionary tales”, które jego zdaniem definiują kino grozy z przedostatniej dekady dwudziestego stulecia naszej ery. Zwyczajne amerykańskie małżeństwo nieszczęśliwie odchodzące od przyjętych obyczajów społecznych. Fatalne doświadczenia seksualne. Wszystko zaczyna się od Larry'ego (przekonujący występ Jimmy'ego Stathisa, którego fani gatunku mogli też widzieć choćby w „Hospital Massacre” Boaza Davidsona czy „Vultures” Paula Ledera), prowadzącego monotonny żywot kochającego męża i dumnego ojca wiecznie rozgadanych szkrabów: małej dziewczynki i jeszcze mniejszego chłopca. Fantazjującego mężczyzny ze spokojnego przedmieścia Los Angeles. Jego miłość do Robin (niepozostająca w cieniu filmowego partnera mimo mniejszego udziału przewidzianego przez scenarzystę Clara Perryman) wprawdzie nie wygasła, ale w sypialni sprawy coraz częściej nie układają się po jego myśli. Nawet w środku nocy rodzicom trudno znaleźć chwilę dla siebie, ale gdyby tylko o to chodziło, Larry pewnie szukałby innego sposobu na rozwiązanie swego problemu. Innego od rozglądania za miejscem, do którego mógłby sprowadzać swoje młode kochanki. Nic nie wskazuje na to, by Larry zdradzał Robin przed znalezieniem Czarnego Pokoju, ale dzielenie się swymi ekscytującymi przeżyciami wyimaginowanymi widać tak weszło mu w krew, że nawet przez myśl mu nie przeszło, by w domu nie wspominać o wynajęciu pokoju rozpusty. Oczywiście Larry przedstawia to w nieodpowiedniej formie – prawdziwa historia przekazywana jako historia fikcyjna. Ryzykowna gra niewiernego męża. Dodatkowy dreszczyk emocji czy sposób na oczyszczanie sumienia? Wmawia sobie, że wytrwał w szczerości, że prawdomówny Larry nie zniknął wraz z podpisaniem cyrografu z diabłem? W zasadzie główny nie-bohater przyjemnie kameralnego, niemniej miejscami nieco ospałego „The Black Room”, w Jasonie (stosownie niepokojąca kreacja Stephena Knighta, pana z „Nekromancji” Berta I. Gordona) widzi cudownego sojusznika, praktycznie bezinteresownego wspólnika w jego małżeńskim występku. Drobnym przewinieniu mężczyzny, zbrodni kobiety. Przezabawna (i znamienna?) reakcja rogacza w dalszej partii opowieści o rodzeństwie z Hollywood Hills żerującym na dzikich żądzach niektórych rodaków. Niedostatecznie zagadkowym duecie przestępczym, „pająkach” gniazdujących w imponującej posiadłości na stromym wzgórzu w Mieście Aniołów.

Materiał promocyjny. „The Black Room” 1982, Butler-Cronin Productions, Lancer Productions Limited, Ram Productions

Wynajmę pokój jak z horroru gotyckiego - oblubienice Draculi z opus magnum Brama Stokera zapewne czułyby się tutaj jak w domu, jak w rumuńskim zamczysku swego pana – w celach kopulacyjnych za jedyne dwieście dolarów miesięcznie. Wygodne łoże, gustowne świeczniki i dobre wino na rozgrzewkę. Klimatyczne gniazdko („z atestem miłośników BDSM”) – ściany pomalowano czarną farbą i zadbano o naturalne, nieprzesadnie mocne oświetlenie – z lustrem weneckim... o którym na wszelki wypadek nie wspominamy w ogłoszeniu, wszak nie każdy lubi być podglądany, tym bardziej fotografowany, przynajmniej w sytuacjach tak intymnych. Jason i Bridget (widowiskowy popis Cassandry Gavy alias Cassandry Gavioli bodaj najbardziej znanej z roli wiedźmy w „Conanie Barbarzyńcy” Johna Miliusa) najprawdopodobniej przywykli do widoku niepozornie wyglądających żonatych mężczyzn spełniających swoje wyuzdane fantazje z dynamicznie zmieniającymi się kochankami, ale Larry może być najcenniejszym z dotychczasowych frajerów zamożnego fotografa i niedyplomowanej pielęgniarki. Cuchnie kazirodztwem... ale nie oceniajmy ludzi po zapachach:) Bladego jegomościa z przypadłością Normana Batesa (voyeuryzm) i nieskromnej modelki, którą ma na wyłączność. Największym problemem Jasona jest potrzeba, ale nie potrzeba podglądania kotłujących się golasów. To akurat traktuje jak czystą rozrywkę, jedną z niewielu przyjemności, jakie na otarcie łez zsyła mu sadystyczna Opatrzność. Niedługo zagadkowa słabość właściciela jaskini rozpusty jest również przekleństwem jego młodszej siostry – trafiona rykoszetem, bo żaden dobry uczynek na tym świecie nie pozostaje bez kary. Wspieranie chorego brata okupiła staropanieństwem i przerażającą wizją nieodległej przyszłości. Sama w wielkim domu pełnym wspomnień. Bridget oddałaby wszystko za możliwość zestarzenia się z Jasonem, a skoro to niemożliwe, to dlaczego miałaby dłużej odkładać poszukiwania swojego księcia z bajki? Właściwie sam do niej przyszedł, a przynajmniej „kolorowy ptak drapieżny” w niepodzielnym królestwie największej pijawki na planecie Ziemia, uważa, że właśnie ten mężczyzna jest mu – jej – pisany. Jeden z najemców Czarnego Pokoju, z którym Bridget tak świetnie bawiła się w ujeżdżanie byka, czy jak kto woli erotyczną odmianę corridy. Bardzo miękka pornografia Elly'ego Kennera i Normana Thaddeusa Vane'a – wbrew pozorom „The Black Room” nie obfituje w łóżkowe wygibasy (na dodatek się powtarza: akcja z prologu niepotrzebnie przypomniana trochę później), nie da się jednak ukryć, że w tym świecie przedstawionym panuje dość pikantna atmosfera. W rzeczywistości napalonego Larry'ego. Siódma komnata Sinobrodego w biznesie erotycznym. Pokój uciech, do którego lepiej nie wchodzić. Nie pokazywać się warczącej bestii, niezupełnie stojącej na straży tej dusznej miejscówki – niepiękny obrazek zwyczajnie sobie wiszący w klaustrofobicznym korytarzyku prowadzącym do smolistej izby śliskiego Jasona. Bogacza obsługującego przedstawicieli niższych warstw społecznych. Zadba o oprawę muzyczną (najczęściej wybiera utwory Antonio Vivaldiego, bo to jego ulubiony kompozytor, a na urozmaicenie może Fryderyk Chopin?), dyskretnie zaopatrzy w smaczne winko i niedobrze doradzi w razie potrzeby. Zarzucanie sieci na zrozpaczoną gospodynię domową i spełniającego swoje najskrytsze pragnienia Casanovy. Najgorętszy „towar” w Los Angeles? Wszyscy lecą na Larry'ego, nieśmiałego tatusia z przedmieścia. Zawstydzonego otwartością ponętnej studentki, autostopowiczki będącej w swobodnym związku z chłopakiem poznanym na uczelni, który też da się opętać Czarnemu Pokojowi. E tam, zwyczajnie trafiło się ślepej kurze ziarno – fart nowicjusza, bo przecież Larry'emu zdarza się płacić za seks. Zdarzyło się raz, w dodatku nie jestem przekonana, czy maślane oczęta urodziwej prostytutki były częścią przedstawienia odgrywanego dla większości klientów. Rozbrojona niewinnością Larry'ego? Na pewno podekscytowana okazją do wzbogacenia czyjegoś życia erotycznego, wprowadzenia kogoś w arkana sztuki ostrej, ale czy kobieta była bardziej odporna na magię Larry'ego od autostopowiczki? Zaraz tam magię, po prostu co nieco ponaciągano, żeby akcja się rozwijała. Powolutku do przodu. „Zjawisko atmosferyczne”, niebanalny horror bazujący na klimacie, ale też niestroniący od sztucznej krwi: wanna albo dwie.

Zajmująca opowieść z „wybuchową” końcówką. Upiory XX wieku i ten gorączkowy montaż – wszystko inne z pamięci za niedługo może mi wyparować, ale nie ten fragment „The Black Room” Elly'ego Kennera i Normana Thaddeusa Vane'a. Ostatni „rozdział” niedocenionego obrazu o niebezpiecznej pogoni za marzeniami, destrukcyjnych potrzebach, nieodpartych pragnieniach, ulotnych zachciankach, deprawacji, izolacji i anihilacji. „Opowieści o nawiedzonym domu”, neogotyckiego horroru nastrojowego z pomysłem na siebie. Coś innego. Taka tam godna zauważenia lekko pieprzna historia z morałem.

wtorek, 9 kwietnia 2024

Carlton Mellick III „Małpi szał”

 
Sześcioro zaprzyjaźnionych nastolatków wyjeżdża na weekend do drewnianego domku w lesie z zamiarem imprezowania. Po zjeździe z szosy głównej, na ostatnim odcinku trasy, ich oczom ukazują się niezliczone martwe zwierzęta i rzekomy trup myśliwego. Młodzi ludzie zostają ostrzeżeni, uspokaja ich jednak zdumiewająca rozmowa telefoniczna z kompletnie niewzruszoną przedstawicielką tutejszych służb porządkowych. W końcu docierają do nieokazale prezentującej się, trzypiętrowej budowli odziedziczonej przez organizatora wycieczki, mocno skupionego na sobie członka szkolnej drużyny futbolowej, opowiadającego o zdeformowanych istotach mieszkających w tych lasach. Ludziach gór podobno polujących na członków cywilizacji ziemskiej. Wszyscy są przekonani, że to zmyślone historyjki... dopóki z ukrycia nie wychodzi agresywny intruz.

Okładka książki. „Małpi szał”, Dom Horroru 2020 (oryg. Avant Punk Books/Eraserhead Press 2008)

Carlton Mellick III: działacz literackiego podziemia, wyklęty przez biblioteki i księgarnie głównego nurtu, jeden z czołowych amerykańskich przedstawicieli Ruchu Bizarro Fiction, „wychowany” między innymi na prozie Johna Skippa i Craiga Spectora, Kurta Vonneguta, Russella Edsona, Kathe Koji oraz filmach Davida Lyncha, Lloyda Kaufmana, Terry'ego Gilliama i Johna Watersa, pisarz osiadły w Portland w stanie Oregon. Nazywany szalonym geniuszem i wirtuozem dziwaczności człowiek piszący od dziesiątego roku życia – osiem lat później miał już dwanaście powieści, ale dotychczas tylko jedna z nich trafiła na rynek: „Electric Jesus Corpse”, druga opublikowana powieść Mellicka, po „Satan Burger” z 2001 roku (debiutował rok wcześniej zbiorem opowiadań zatytułowanym „Sunset with a Beard”) - który pióro wyszlifował w 2008 roku na warsztatach literackiej organizacji pozarządowej Clarion West, korzystając z rad między innymi Chucka Palahniuka, autora choćby „Fight Club. Podziemnego kręgu”, podstawy scenariusza nominowanego do Oscara za montaż dźwięku obrazu Davida Finchera z 1999 roku.

List miłosny autora „Nawiedzonej waginy” i późniejszego „Domu na ruchomych piaskach” - polscy czytelnicy mogą go też kojarzyć choćby z takich antologicznych publikacji, jak: „13 ran” (2012), „Zombiefilia” (2013), „17 szram” (2013) czy „Bizarro dla zaawansowanych” (2015) – minipowieść, która miała być scenariuszem filmowym. Aktorska przygoda Carltona Mellicka III, niewielki występ w niskobudżetowej produkcji „The Ancient” (2005) zainspirował go do napisania własnego scenariusza kiczowatego horroru o grupce przyjaciół na zabójczych wczasach, ale zamiast tego wysmażył utwór literacki, który „lekko” wymknął się spod kontroli. W przedmowie do „Małpiego szału” (oryg. „Apeshit”), w Polsce po raz pierwszy wydanego w roku 2020 - mniej więcej dwanaście lat po światowej premierze książki - przez oficynę Dom Horroru w tłumaczeniu Tomasza Kotkowskiego i stylowej okładce zaadaptowanej przez Kornela Kwiecińskiego, autor przytacza słowa Harlana Ellisona o fikcyjnych postaciach żyjących własnym życiem, przestającym słuchać swoich stwórców, zrywającym się ze sznurków „władców marionetek”. Taki „problem” Mellick miał z „Małpim szałem”, hołdem dla kina grozy klasy B z lat 80. XX wieku, przypuszczalnie zahaczając też o poprzednia dekadę. Niezupełnie tradycyjną siekaniną na odludziu. Tak się rozbrykało towarzystwo ze świata przedstawionego w tym paskudnym dziełku, że zawstydziło nawet księcia osobliwości. W każdym razie ojciec musiał się porządnie zastanowić nad wypchnięciem tego szkaradnego dzieciaka z gniazda. Coś takiego miałby pokazać ludziom? Nie ma takiej opcji! - krzyczała jakaś część niego. Ale wewnętrzny spór wygrał stary dobry wariat. Chrzanić to, wydajemy! I niech mnie przeklinają... po raz enty;) Nie ulega wątpliwości, że „Małpi szał” Carltona Mellicka III to utwór zdrowo rąbnięty, ale który nie jest? Przecież jego Martwe Zło nie wylazło tak nagle, bez ostrzeżenia – oswajał czytelników ze swoimi odjechanymi wizjami, przyzwyczajał do absurdalnej makabry, nieświadomie szykował na masakrę w ciemnym, mrocznym lesie. Na totalne przegięcie. Nie jego wina, bo ilekroć próbował przywołać swoją opowieść do porządku, zwykle w niewybrednych słowach, ta pokazywała mu środkowy palec. Szatański pomiot radośnie rozprawiający o ekstremalnym nieposzanowaniu życia od poczęcia aż do UWAGA SPOILER po śmierci KONIEC SPOILERA. Kapitan licealnej drużyny cheerleaderek z hafefobią Crystal, jej najlepsza przyjaciółka i zastępczyni we wspomnianym zespole sportowym, która ostatnio dokonała kilku niemałych zmian w swoim wyglądzie, wytatuowana panna z irokezem Desdemona oraz trzech członków szkolnej drużyny futbolowej, Kevin, Rick i Jason, organizują weekendowy wypad do „chałupy jak wyjętej z Martwego zła, tylko dwa razy większej i dziwaczniejszej”. Zabierają ze sobą mniej popularną koleżankę Stephanie, zamkniętą w sobie dziewczynę praktycznie rzecz biorąc zmuszającą się do tej wyprawy, mimo że to doskonała okazja do odbicia chłopaka pazernej znajomej. Crystal wystarczy Jason, ale wicekapitanka cheer-drużyny równocześnie sypia z biseksualistą i chłopakiem o nieokreślonych preferencjach seksualnych. Najpoważniejszą kandydatką na final girl jest Stephanie, ale po piętach depcze jej Crystal – pierwsza wieczory woli spędzać w samotności, najlepiej w łazience z odstresowującą szczoteczką do zębów („Zębów” Mitchella Lichtensteina) aniżeli mocno zakrapianych balangach bogatych dzieciaków, a druga sprawia wrażenie najrozsądniejszej i najmniej skupionej na sobie... klientki cuchnącej stacji benzynowej, która prawie na pewno „została przytargana” z „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” Tobe'ego Hoopera. Kanibale w amerykańskim lesie?

Okładka książki. „Apeshit”, Festa Verlag 2021

Jak dotąd bez niespodzianek, ale po zaliczeniu obowiązkowych odwiedzin w obskurnym przybytku zjeżdżamy z utwardzonej nawierzchni na terytorium backwood horroru. Nieslasherowa martwa strefa, ale najbardziej alarmujące znalezisko, główny bohater incydentu nieopodal chaty nomen omen Jasona, zdecydowanie slasherowe. Życzliwy nieznajomy uznany za obłąkanego wsioka, zupełnie jak nad Crystal Lake, tyle że bardziej straszący wyglądem. Dzień żywego trupa. Pora wezwać posiłki, ale... A nie! Zasięg jeszcze jest, tylko rozmówczyni niezbyt zainteresowana poważnie rannym mężczyzną nagabującym nieletnich i prawdopodobnie największym szwedzkim stołem dla padlinożerców na planecie Ziemia (jakaś zaraza? „Śmiertelna gorączka” Elia Rotha?). Skoro miejscowe władze się nie przejmują, to dlaczego mieliby zawracać sobie tym głowę nastoletni protagoniści „Małpiego szału” Carltona Mellicka III? Gdyby faktycznie istniało jakieś zagrożenie, jak wyraźnie sugerował ten „zmartwychwstały myśliwy”, to na pewno zostaliby ostrzeżeni przez tę bezimienną dyspozytorkę. Po co miałaby to ukrywać? Czyli nie ma co panikować, jedziemy dalej. I wreszcie jest – posiadłość osiemnastoletniego Jasona, scheda po dziadku, który starał się zrobić ze swego syna twardziela równego sobie. Nie żeby był zadowolony z ojca Jasona, ale najpewniej cieszyło go, że mężczyzna podawał dalej. Rodzinna musztra, której Stephanie mogłaby pozazdrościć dziedzicowi nieprzytulnego domku w górach. Dziewczyna, która utknęła w najprawdziwszym piekle. Ze swoją rzadką przypadłością w kroku, ale chyba lepsze to niż aborcyjny fetysz cheerleaderki, którą, bez wzajemności, uważa za swoją najbliższą przyjaciółkę? Takie łóżkowe baraszkowanie, że aż mnie zemdliło. A to tylko wstęp do największych podniet w leśnej chacie Mellicka. Wesołego miasteczka osobowości sadystycznych. Ale najpierw ukradkowa obserwacja niestereotypowej paczki z durnowatego horroru:) Wojerysta z „rodzinnej sagi” zapoczątkowanej przez Wesa Cravena w 1977 roku i niekończącej się historii oficjalnie rozpoczętej przez Roba Schmidta w roku 2003. Oczywiście nie mogło też zabraknąć opowieści przy ognisku – wprawdzie bez ogniska, ale homarowy chłopiec kiedyś może doczeka się równie świetlanej kariery, co zbiegły z zakładu psychiatrycznego seryjny zabójca z hakiem zamiast dłoni. Urban legend na miarę XXI wieku. Udany seans spirytystyczny pisarza bezkompromisowego: wywołanie ducha szalonych lat 80. Ołtarzyk dla campu. Powieść tak zła, że aż dobra. Bezsensowna jatka z drugim dnem, krwawa przejażdżka z nietradycyjnym „mięsem armatnim”, postaci może i niegrzeszących inteligencją, ale i tak byłam pozytywnie zaskoczona... Nie wiem, jak to nazwać, bo „psychologiczna głębia” jakoś nie bardzo mi pasuje, więc poprzestańmy na tym, że uległam podstępnym podszeptom ciasnej konwencji slash. A tu prawdziwe problemy (nie tylko) nastolatków. Mamusia jak z „Carrie” Stephena Kinga - w każdym razie ortodoksja religijna, czy jak kto woli, dziwnie pojmowane wartości chrześcijańskie rodzicielki zwykłego zboczeńca i jego biednej ofiary. Poszukiwanie tożsamości płciowej, niepewność, co do swoich preferencji seksualnych, eksperymentowanie i chowanie się, uciekanie w najlepszym razie w niekomfortową, a w najgorszym śmiertelnie niebezpieczną skorupę. Palący wstyd niekiedy (stanowczo zbyt często!) popychający do ostateczności. Udręka poszkodowanych w czasach „tylko nie mów nikomu”. Kulturalni ludzie nie rozmawiają o seksie, a już na pewno nie takim – zaklinanie rzeczywistości upartym milczeniem, udawaniem, że tego nie ma. Teatrzyk Cywilizacji Współczesnej. Mellick niegrzecznie odmawia udziału w tym obłudnym przedstawieniu, pluje na tę niepisaną umową społeczną, w jego słowniku nie ma słowa „tabu”. Ma potrzebę przelewania na papier wynaturzeń, o których nie śniło się filozofom i nie widzi powodu, by jej nie zaspokajać. Niech inni zachwycają się pięknem – on pozachwyca się brzydotą. Opowie o nadludzkich wyczynach dziewczyny nerwowo miętoszącej własne jelita; opowie o zaopatrzonej w ulubioną broń Jasona Voorheesa, niezaspokojonej onanistce ganiającej po lesie z niebezpiecznie zwisającą piersią (niechybnie odpadnie); opowie o pokawałkowanych istotach rodem z „Re-Animatora” Stuarta Gordona i wreszcie najbardziej podniecającym doświadczeniu w niegodnej pozazdroszczenia egzystencji niestereotypowej cheerleaderki. Okropieństwo!

Leśna masakra dildo w kształcie rączki niemowlaka. Chory horror w stylu lat 80. pióra amerykańskiego Czarodzieja Gore zakochanego w absurdalnych historiach mocnych. Surrealistyczne wizje makabryczne Carltona Mellicka III, tym razem oddającemu hołd kultowym jatkom filmowym. „Martwe zło” Sama Raimiego urządza „Teksańską masakrę piłą mechaniczną” Tobe'ego Hoopera w „Piątek trzynastego” Seana S. Cunninghama na „Wzgórzach mających oczy” Wesa Cravena. Perwersja totalna dla koneserów literatury niepoważnej. Campowy „Małpi szał”, który powinien zaskoczyć nawet najwytrwalszych eksploratorów (pod)gatunkowej ziemi nieczystej:) Ekstremalne doznania od turpisty lubiącego się powygłupiać. Uroczy dziwoląg.

Czaku, wielkie dzięki za polecenie!

niedziela, 7 kwietnia 2024

Hanns Heinz Ewers „Alraune. Historia pewnej żyjącej istoty”

 
Na przyjęciu u szacownej rodziny Gontramów dochodzi do incydentu z przekazywaną z pokolenia na pokolenie niezwyczajną figurką alrauneczką, a jeden z gości zapoznaje towarzystwo z legendą o korzeniu mandragory i niezdolnej do miłości, pozbawionej duszy istocie z niej zrodzonej. To inspiruje aroganckiego studenta medycyny Franka Brauna do rozwinięcia śmiałych eksperymentów znienawidzonego wpływowego wuja, tajnego radcy i profesora uniwersyteckiego Jakoba ten Brinkena. Młodzieniec przedstawia zamożnemu krewnemu naprędce wymyśloną hipotetyczną metodę na powołanie do życia mitycznego stworzenia, które daje i odbiera. Wkrótce potem rodzi się Alraune, córka skazanego na śmierć zbrodniarza i sztucznie zapłodnionej prostytutki, a jej prawny opiekun, Jego Ekscelencja Jakob ten Brinken, nie musi długo czekać na potwierdzenie skuteczności swego najśmielszego przedsięwzięcia naukowego. Niejedno potwierdzenie nadludzkich możliwości istoty amoralnej. Diabolicznej jednostki z niespotykaną charyzmą.

Okładka książki. „Alraune. Historia pewnej żyjącej istoty”, Zysk i S-ka 2024

Hanns Heinz Ewers, niemiecki filozof, aktor, poeta, podróżnik oraz autor wielu opowiadań i powieści, urodził się w Düsseldorfie w listopadzie 1871 roku, a po zakończeniu nauki (maturę zrobił w 1891 roku) dobrowolnie wstąpił do 1. Pułku Grenadierów Gwardii im. Cesarza Aleksandra, ale już po czterdziestu czterech dniach został zwolniony ze służby wojskowej z powodu krótkowzroczności. Jego działalność literacka oficjalnie rozpoczęła się w 1901 roku , wydanym tomikiem poezji satyryczne; wiersze pisał już w młodości, ale w tamtym czasie opinia publiczna mogła poznać jedynie jego utwór pochwalny w formie nekrologu dla niemieckiego cesarza Fryderyka III. Mniej więcej w tym samum czasie Ewers zawiązał wodewilową współpracę z pisarzem, krytykiem kultury i założycielem kabaretu w Niemczech Ernstem von Wolzogenem. Po przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do pierwszej wojny światowej, Hanns Heinz Ewers został uznany za niemieckiego agenta, „aktywnego propagandystę” i w związku z tym aresztowany w 1918 roku. Trafił do obozu dla internowanych Fort Oglethorpe w stanie Georgia, gdzie przebywał do 1921 roku. Dziesięć lat później skuszony nacjonalistycznymi hasełkami, kultem kultury krzyżackiej, a nade wszystko nietzscheańską kulturą moralną, wstąpił do Nacjonalistycznej Niemieckiej Partii Robotników (niem. Nationalsozialistische Deutsche Arbeiterpartei; NSDAP). Z łask przywódców partii wypadł parę lat później, po części przez swoją twórczość (postać Lotte Levi, Żydówki i niemieckiej patriotki), ale głównie przez skłonności homoseksualne. W 1934 roku literacki dorobek poczytnego niemieckiego pisarza „trafił do działu ksiąg zakazanych” w Niemczech, przejęto też jego majątek. Represjonowanemu obywatelowi po jakimś czasie udało się uwolnić swoją twórczość – skutek niezmordowanie składanych petycji w sprawie zniesienia zakazu publikowania i zapewne posiadania dzieł Hannsa Heinza Ewersa, który końca drugiej wojny światowej już nie dożył. Zmarł w czerwcu 1943 roku.

W 1910 roku na niemieckim rynku wydawniczym ukazała się zainspirowana 14-zwrotkową balladą Johanna Wolfganga von Goethego powstałą w 1797 roku pierwsza powieść Hannsa Heinza Ewersa, otwarcie tak zwanej Frank Braun Trilogy nazwane „Der Zauberlehrling” (ang. „The Sorcerer's Apprentice”, pol. „Uczeń czarnoksięski”), ze wspomnianą już Lotte Levi, kochanką głównego (anty)bohatera. Ostatnia powieściowa przygoda pana Brauna światową premierę miała natomiast dziesięć-jedenaście lat później: „Vampir” aka „Vampire” płodnego niemieckiego pisarza, który całe dekady po swojej śmierci „gościnnie wystąpił” w powieści Kima Newmana pt. „Krwawy baron. Anno Dracula 1918”, u boku choćby takiej znakomitości jak Edgar Allan Poe, uważanego za jednego z czołowych inspiratorów Ewersa. Środkowa część epickiego tryptyku „Wrogiego Obcego” w niewspółczesnym Nowym Jorku, to najsłynniejsze dzieło zafascynowanego okultyzmem wszechstronnego artysty (epika, liryka, dramat, scenariusze filmowe, reportaże podróżnicze, eseje, do tego aktor i producent filmowy) z wykształceniem prawniczym, którego podobno upodobał sobie Minister Propagandy i Oświecenia Publicznego, kanclerz III Rzeszy, zbrodniarz wojenny Joseph Goebbels. Pierwotnie wydana w 1911 roku „Alraune. Historia pewnej żyjącej istoty” (oryg. „Alraune. Die Geschichte eines lebenden Wesens”) - edycja z ilustracjami małżonki autora, cenionej malarki Ilny Ewers-Wunderwald - to wielokrotnie wznawiana i przenoszona na ekran (pierwsze adaptacje filmowe pojawiły się już w 1918 roku („Alraune, die Henkerstochter, genannt die rote Hanne” Eugena Illésa i Josepha Kleina oraz „Alraune” Michaela Curtiza (alias Mihály Kertész) i Richárda Falka, przy czym ten ostatni mógł zostać wydany w 1919 roku: różne dane w przestrzeni publicznej krążą), a ostatnia w pierwszej połowie lat 50. XX wieku („Alraune” Arthura Marii Rebenalta) perła literatury nazywana przeróbką mitu o Frankensteinie, właściwie ponadczasowego utworu Mary Wollstonecraft Shelley. Najbardziej ekstremalna opowieść o femme fatale wszech czasów, według Briana Stableforda, brytyjskiego naukowca, krytyka i pisarza specjalizującego się w szeroko pojętej fantastyce; dekadenckie arcydzieło według amerykańskiej edukatorki, autorki podręczników Mary Ellen Snodgrass, na które wpływ podobno miała dwutomowa publikacja z działu krytyki społecznej, „Degeneration” Maxa Nordau. W 2024 roku wydawnictwo Zysk i S-ka wprowadziło na polski rynek edycję w mistrzowskim tłumaczeniu i z posłowiem Barbary Grunwald-Hajdasz (życie i twórczość autora powieści oraz słów kilka na temat tłumaczenia tej bizarnej historii); opus magnum Hannsa Heinza Ewersa w wysmakowanej (twardej) retro oprawie: projekt graficzny Urszuli Gireń. Zewnętrzne i wewnętrzne zdobienia oferty specjalnej dla miłośników prozy niesamowitej. Książka (nie tylko) dla koneserów. W mojej ocenie najwyższa półka horroru – doskonały towarzysz dla „Wielkiego Boga Pana” (oryg. „The Great God Pan”) Arthura Machena, opowiadania w całości po raz pierwszy wydanego w 1894 roku wraz z inną niedługą historią nazwaną „The Inmost Light”. Niszczyciela reputacji Wielkiego Literata – arcydzieło wyklęte nie przez Howarda Phillipsa Lovecrafta i pisarzy skupionych wokół niego, nie przez Brama Stokera, a już na pewno nie przez Stephena Kinga, który „postawił mu maleńki pomnik” w swoim „Danse Macabre”. Potępiony przez ówczesną prasę tekst zdegenerowany, zboczony, paskudny... przynajmniej do lat 20. XX wieku. Zdecydowanie moje ulubione opowiadanie, które szczęśliwie prześladowało mnie podczas lektury „Alraune” Hannsa Heinza Ewersa. Prawdę mówiąc silniejsze skojarzenia miałam z „Wielkim Bogiem Panem” Arthura Machena niż „Frankensteinem” Mary Shelley. A stąd już krótka droga do innego arcydzieła literatury grozy monumentalnej „Ghost Story” (pol. „Upiorna opowieść”) Petera Strauba z 1979 roku. Polecam też uwolnioną dwa lata później filmową wersję w reżyserii Johna Irvina.

Okładka książki.  „Alraune”, Bandel Books 2014

„Ach, można by przesiać całą Amerykę i całą Australię i do tego dziewięć dziesiątych Europy – i nie znalazłoby się nigdzie takiego mnóstwa uczoności. Tylko że ona jest martwa […] dawno już umarła i śmierdzi rozkładem i zbutwieniem.”

Moralność panny ten Brinken, mentalna zgnilizna tocząca stan mieszczański i szalony pseudonaukowiec, archetypiczny burzyciel przesadnie zafascynowany genetyką – odrażająca praktyka w prywatnej posiadłości w Lendenich nad Renem. Miejscu rzekomo strzeżonym przez Jana Nepomucena. Mówi się, że stwórca skrajnie nieetycznego eksperymentatora, Hanns Heinz Ewers, „Alraune. Historię pewnej żyjącej istoty” pisał pod wpływem idei ruchu eugenicznego - tajny radca Jakob ten Brinken w pewnym sensie z tej gleby wyrósł. Profesor uniwersytecki z pedofilskimi skłonnościami zapalający się do fantastycznie brzmiącego pomysłu nielubianego siostrzeńca, impertynenckiego Franka Brauna, którego poznajemy jako bynajmniej pilnego studenta medycyny. Po wprowadzeniu bezimiennego narratora zwracającego się do „kochanej przyjaciółki”, „jasnowłosej siostrzyczki”, „siostry moich grzechów” (narracja drugoosobowa w Przygrywce i Intermezzach; wyjątki w narracji trzecioosobowej), umownego autora kroniki Alraune, korzystającego z notatek, oprawionej „sekretnej” księgi Jego Ekscelencji Jakoba ten Brinkena, „doktora medycyny, profesora zwyczajnego i rzeczywistego radcę tajnego”. I przedstawieniu rodziny Gontramów, opowiadającego niestworzone historie (patologiczny kłamca) radcy sądowego, jego śmiertelnie chorej małżonki z absurdalnym podejściem do dzieci, delikatnie mówiąc, nieodpowiedzialnej matki hałaśliwej bandy brudasów; najłagodniej jej myśli w słowa ubierając. Gromadki, z której autor wyróżni najmłodszego Wolfa "Wölfchena" i najstarszą Friedę, najlepszą przyjaciółkę jedynej córki Jej Królewskiej Mości, wspólniczki w zbrodni Jakoba ten Brinkena. Wątpliwy talizman rodzinny, legenda o Mandragora offcinarum, diabelskim nasieniu, wyrastającym pod szubienicami, zdaniem alchemików, na skutek ejakulacji pośmiertnej oraz wyzwanie rzucone przez bujającego w obłokach młodzieńca. Bo tak to mógł odebrać ambitny przedstawiciel nauki (faktyczny czy samozwańczy), makiaweliczny opiekun tytułowej istoty. Sztuczne zapłodnienie nierządnicy, rudowłosej piękności Almy Raune, kobiety rozwiązłej i okrutnie zmanipulowanej przez czarującego dżentelmena. Inseminacja domaciczna próbki nasienia pobranej od mordercy skazanego na śmierć – jak się okazuje pierwszym dzieckiem, które przyszło na świat dzięki metodzie in vitro była Alraune:) Osoba niebinarna? Wyprzedzenie swojej epoki, powieść prorocza czy po prostu zbiór wnikliwych obserwacji rzeczywistości przedwojennej. Realia nie mniej zakłamane od dzisiejszych. Sodoma i Gomora pod kopułą Pruderii. Czym różni się bezwstydnica, wulgarna ulicznica Alma od powszechnie szanowanych jurnych właścicieli ziemskich z przełomu XIX i XX wieku? Ludzi zajmujących eksponowane stanowiska w cywilizacyjnym bagienku i innych pracowitych konserwatystów z terenów miejskich? Czym różni się bezbożnica Alraune (chrzest Damiena Thorna) od przekupującej Boga Wszechmogącego Jej Królewskiej Mości i wymyślającej grzechy (świadomie opuszczającej rzeczywiste występki) dla spowiednika Friedy Gontram? I wreszcie czym różni się twór od stwórcy? Femme fatale i pedofil. Raduje się czarne serce, raduje się cuchnąca dusza na każdą wieść o okrucieństwie niesamowicie charyzmatycznej podopiecznej. Właściwie panny/panicza na włościach, niepodzielnej władczyni prawdopodobnie nienaturalnie rozrastającego się „królestwa” nad Renem. „Pamiętnik” voyeurystyczny, nietradycyjna opowieść wampiryczna w gęstym jak na swoje czasy sosie perwersyjnym (imponująca odwaga), oszałamiająco klimatyczny, przepięknie napisany (i przetłumaczony!) zuchwały nadnaturalny horror psychologiczny. Prowokatorska powieść wybitna. Fascynująca historia nieboskiego stworzenia, której przecenić niepodobna.

Zatrważająco dobre „Żywoty nieświętych” Hannsa Heinza Ewersa. Bezczelna powieść postaci kontrowersyjnej, osobowości niewątpliwie zasłużonej dla kultury niemieckiej, ale „mogącej budzić nieprzyjemne emocje”, że pozwolę sobie delikatnie sparafrazować fragment wywodu Everetta Franklina Bleilera, amerykańskiego redaktora, bibliografa oraz badacza literatury fantastycznej i kryminalnej, na temat autora – a przede wszystkim jego artystycznej spuścizny mrocznej - „Alraune. Historii pewnej żyjącej istoty”. Arcydzieła literatury grozy. Tak uważam i zdania nie zmienię. Nigdy przenigdy.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 5 kwietnia 2024

„Cold Meat” (2023)

 
Przed Świętami Bożego Narodzenia samotny kierowca David Petersen, podczas przeprawy przez zaśnieżony stan Kolorado, zahacza o przydrożną knajpę, gdzie zostaje obsłużony przez sympatyczną kobietę imieniem Ana. Kiedy do lokalu wkracza wzburzony ojciec jej jedynego dziecka, nietrzeźwy Vincent, klient staje w obronie kelnerki i choć udaje mu się zapobiec eskalacji konfliktu w ciepłym wnętrzu aktualnie nieobleganej przystani dla kierowców, niedługo po wyruszeniu w dalszą podróż ponownie musi się zmierzyć z porywczym mężczyzną. Z tego starcia David również wychodzi zwycięsko, ale zostaje uziemiony na bocznej drodze w Górach Skalistych. W trakcie potężnej śnieżycy.

Plakat filmu. „Cold Meat” 2023, Featuristic Films, Jakm3n Productions, Trilight Entertainment

Porównywany między innymi do „Ostatniego wjazdu” Adama Greena i „Knuckleball” Michaela Petersona pełnometrażowy debiut reżyserski Sébastiena Drouina, francuskiego filmowca specjalizującego się w efektach wizualnych. Brytyjsko-kanadyjski zimowy survival thriller nakręcony w trzynaście dni przy niewielkich nakładach finansowych. Scenariusz „Cold Meat” Drouin przygotował z Jamesem Kermackiem i Adamem Desmondem, z którymi miał już okazję współpracować choćby przy horrorze „Sonata” (2018) stworzonym pod kierownictwem artystycznym tego drugiego (wcześniej spotkał się z Desmondem na planie „Entity”, krótkometrażowej produkcji wypuszczonej w 2014 roku oraz przy okazji prac nad antologią filmową „Galaktyka horroru”, która swoją światową premierę miała w roku 2017). Film powstawał między innymi w mieście Prince George w prowincji Kolumbia Brytyjska (sceny zewnętrzne), a pierwszy pokaz „Cold Meat” zaliczył w sierpniu 2023 roku na FrightFest Film Festival w Wielkiej Brytanii. Szeroka dystrybucja ruszyła dopiero w lutym 2024: VOD i wybrane brytyjskie kina.

Uderzające podobieństwo do „Mroźnego wiatru” Gregory'ego Jacobsa! Uwięzieni na leśnej drodze w epicentrum burzy śnieżnej, za jedyne schronienie przed ekstremalnymi warunkami atmosferycznymi mając samochód osobowy. Z przedmowy „bezimiennej” bohaterki (głos z offu)„Cold Meat” Sébastiena Drouina wynika, że w tej oślepiająco białej głuszy została sterroryzowana przez jakiegoś potwora. Walka z siłami Natury i bezwzględnym stworzeniem... mieszkającym w Górach Skalistych? Prawdę mówiąc, zdecydowanie wolałabym bez rzeczonych słów wstępu – moim zdaniem to największy błąd autorów tego klaustrofobicznego dreszczowca nieinnowacyjnego. Jeden z zabiegów zastosowanych w „Cold Meat” może przypomnieć „Psychozę” Alfreda Hitchcocka, genialną ekranizację powieści Roberta Blocha albo literacką twórczość Iry Levina, znanego z nieodkładania teoretycznie największych niespodzianek na sam koniec. Zwieńczenie partii pierwszej „Cold Meat”, którego od nieszczęsnego wprowadzenia wówczas niewidzialnej narratorki niestety się spodziewałam. Nieplanowany przystanek Davida Petersena (popisowy występ Allena Leecha), który wybrał sobie naprawdę kiepską porę na wyprawę samochodową. Złe miejsce, zły czas. Śpieszy się na świąteczne spotkanie rodzinne? Poganiany przez tęsknotę za żoną i dziećmi? Tak czy inaczej, nasz zdeterminowany podróżnik postanawia wzmocnić się kawą i ciastem – wieczorny postój w przydrożnej restauracji, gdzie poznamy drugą zawodniczkę w pojedynku o życie. Ring Matki Natury. Kelnerka Ana (niezawodna Nina Bergman, która poza wszystkim innym miała niewielką rólkę w „Katakumbach” Tomma Cokera i Davida Elliota oraz większą w fatalnie przyjętym dodatku Tony'ego Giglio do znanej franczyzy, zatytułowanym „Doom: Anihilacja”) będąca w poważnym konflikcie z byłym partnerem, pijanym kierowcą Vincentem (krótki, ale znaczący występ Yana Tuala), najwyraźniej nieskutecznie walczącym w sądzie o prawa do opieki nad ich córką. Nieobliczalny mężczyzna nawiedzający świecący pustkami lokal na amerykańskim wygwizdowiu. Dama w opałach i nieuzbrojony rycerz z przypadku: niepozornie wyglądający klient ściągający na siebie gniew damskiego boksera. „Kujon kontra mięśniak” - siła argumentu zbijająca argument siły. Właściwie tylko odsuwająca w czasie odpowiedź na godną pochwały(?) reakcję na przemoc. Nieobojętny świadek w epoce zaniku empatii i rozkwitu egoizmu. Tak David Petersen zyskuje nową przyjaciółkę, która za heroiczną interwencję odwdzięcza się daniem dnia. Jedynie zasugerowana kolacja przygotowana dla podróżnika z niemal pustym portfelem na koszt nieposiadającej się z wdzięczności kobiety zaszczutej. Oskarżanej o uniemożliwianie kochającemu ojcu kontaktu z jedynym dzieckiem. Czysta złośliwość godząca w interes dziecka czy, jak twierdzi Ana, spełnianie życzenia córki? Jakkolwiek przedstawia się sytuacja w tej rozbitej rodzinie, na razie skupimy się na Davidzie, (nie)podręcznikowym bezmyślnym turyście. Nie zważając na błyskawicznie pogarszające się warunki pogodowe twardo prowadzi swego metalowego rumaka... na drogę bez powrotu. Skoro już musisz przedzierać się przez „ulewę śnieżną”, to przynajmniej trzymaj się głównych dróg. Większa szansa, że będą przejezdne, bo w taką zawieruchę standardowym postępowaniem nie jest kierowanie pługów na trasy leśne. Nie nadążają z odśnieżaniem autostrad, a mieliby udrażniać jakieś bocznej „ścieżynki”. Wielu tego oczekuje, współczesny człowiek wszak lubi myśleć, że z Naturą jego gatunek zawsze wygra. Taki człowiek nie chce słuchać wymówek, typu „sorry, taki mamy klimat” - warunki drogowe mają być niezależne od pór roku i basta! Czyli tradycyjnie zima zaskoczyła kierowcę? Trudno powiedzieć, ale drugi zły skręt Davida z całą pewnością został wymuszony przez innego uczestnika ruchu drogowego. Petersen nieświadomie ułatwił zadanie mężczyźnie pałającemu żądzą zemsty, podjętą trochę wcześniej i w gruncie rzeczy zrozumiałą decyzją zjazdu z drogi głównej. Mądry wybór niemądry:)

Plakat filmu. „Cold Meat” 2023, Featuristic Films, Jakm3n Productions, Trilight Entertainment

Instrukcja dla filmowców z niewielkim zapleczem finansowym. W zasadzie z „Cold Meat” Sébastiena Drouina moim zdaniem sporo mogliby się nauczyć też co poniektórzy „ważniacy z Hollywood”. Stawiający na green screen. Sceneria – jak w „Mroźnym wietrze” Gregory'ego Jacobsa – najważniejszym składnikiem minimalistycznego dreszczowca człowieka orkiestry (współautorstwo scenariusza, reżyseria, montaż, efekty wizualne, postprodukcja dźwięku i jeden z producentów wykonawczych). Miejsce akcji czołowym dostawcą emocji w niewygodnym samochodzie Davida Petersena. Lodowa trumna w górskim zakątku mającym swoją legendę. Mitologia Indian? W każdym razie mówi się o jakimś stworzeniu grasującym w tutejszych lasach. Karzącej ręce sprawiedliwości przyczajonej w tej części Gór Skalistych. Nie żeby David przejmował się jakimiś bajeczkami, ale na wyobraźnię Any najwidoczniej działają. Jakby nie dość miała problemów. „Pasażerka na gapę”, której buzia się nie zamyka. Pognębiony amerykański bohater współczesny i kobieta, w której dostrzegł ogromny potencjał. Odkrycie towarzyskie pana Petersena, „Harry'ego Pottera” z paskudnym złamaniem otwartym. Szczęśliwie zaopatrzonego w taśmę izolacyjną, nóż, rzekomy chloroform i pustą plastikową butelkę (na mocz). Rękawiczki też ma - niezbyt ciepłe, ale i tak pożałuje (znam to), że nie pomyślał o włożeniu ich przed podjęciem próby odkopania pojazdu. Co zadziwiające, na tym jednym podejściu do przeklętego koła się skończyło. Stan Davida nie pozwalał na takie akcje, ale na pierwszy rzut oka nic nie stało na przeszkodzie, by Ana zmierzyła się z wredną zaspą. Tak bardzo się lękała? Bo nie chce mi się wierzyć, że nie wpadło jej to do głowy. Miała niezbędne „narzędzia” do bezpiecznego przeprowadzenia takiej próby, ale zawsze istnieje ta jedna szansa na milion... Taka kalkulacja przed spodziewanym spotkaniem ze Śmiercią? Już sam głód powinien zagłuszyć domniemany strach przed potencjalnymi zagrożeniami związanymi z opuszczaniem niedostatecznie ciepłego schronienia, nie wspominając już o rosnącym przekonaniu, że od tego Jeźdźcy Apokalipsy tym razem szybszy będzie mróz. Innymi słowy, bezczynność prawie na pewno skończy się zamarznięciem dwóch istot ludzkich. Chyba że wydarzy się cud - w końcu zbliżają się święta - i ktoś będzie tędy przejeżdżał. Jakiś Dick Hallorann:) Tej nadziei Ana jedną ręką cały czas może się trzymać (ponoć tak zwana matka głupich umiera ostatnia) jednocześnie czując, że jest zdana wyłącznie na siebie. Przynajmniej dopóki jej świąteczne życzenie się nie spełni, bo przecież nie może polegać na Davidzie. Unieruchomionym współlokatorze, który właśnie odkrywa wspaniałe właściwości kompresów chłodzących (szczególnie polecam korzystającym z usług Narodowego Funduszu – ekhm, ciężko mi to przez klawiaturę przechodzi – Zdrowia). Nieznośny ból kończyny dolnej odgoniony przez Dziadka Mroza. Drobny sukces w paśmie porażek. Los długo mu sprzyjał, ale teraz nie ma już wątpliwości, że został okrutnie zdradzony. Zgubiła go zbytnia pewność siebie. Gdyby częściej noga mu się powijała, najprawdopodobniej zachowałby większą ostrożność podczas tej katastrofalnej przeprawy przez Kolorado. Tak to sobie tłumaczy, nie jest tylko pewien, czy szczęście opuściło go dopiero w miejscu pracy Any. Najbardziej żałuje, że odezwał się do Vincenta czy przyjazdu do tego stanu? Zamężny przedstawiciel klasy średniej, który nie szukał kłopotów? Został dotkliwie ukarany za dobry uczynek? Tak czy owak, David powoli żegna się z życiem, podobnie jak troskliwa matka, której pośpieszył z pomocą. (Nie)znajoma z tylnego siedzenia. Siedzą w tym razem, ale „działają” osobno. Annie Wilkes (żarcik Petersena) stanowczo odmawia współpracy, co z jednej strony bawi Davida, a z drugiej doprowadza do szału. Tak mu się odwdzięcza za utarcie nosa jej prześladowcy? Naprawdę nie zasłużył sobie na odrobinę zaufania?! Mogłaby chociaż nie nadużywać magicznej mikstury – byłby wdzięczny za tę drobną łaskę, bo znacznie utrudnia ucieczkę z nawiedzonej krainy marzeń sennych. Natrętny koszmar w niepokojąco znajomej scenerii. Niezobowiązująca obietnica wprowadzenia do królestwa horroru. Klimat sprzyja takim eksperymentom, wręcz prosi się o jakiegoś nadnaturalnego przybysza. Sugestywne ponurości Sébastiena Drouina.

Śmiertelnie mroźna zima w Górach Skalistych. Szkoła przetrwania w samochodzie osobowym. Niedrogie przedsięwzięcie z efektownymi „wyładowaniami atmosferycznymi”. Kameralny dreszczowiec mocno klimatyczny od niedoświadczonego w pełnym metrażu reżysera. Soczyste „Cold Meat” Sébastiena Drouina. Klaustrofobiczna śnieżna pułapka dla amatorów opowieści nastrojowych. Nietypowe podejście do popularnego motywu w niebanalnej oprawie. Malowniczej scenerii niebezpiecznej. Ponętne widowisko.

środa, 3 kwietnia 2024

Henry James „Nacisk śruby i inne opowieści o duchach”

 
Uważany za jednego z najwybitniejszych literatów anglojęzycznych, trzykrotnie nominowany do Nagrody Nobla, w 1915 roku przez króla Jerzego V odznaczony orderem za zasługi (Order of Merit) dla Wspólnoty Narodów, mistrz wieloznaczności Henry James i jego opowieści niesamowite. Wybór sześciu utworów z bogatego dorobku żyjącego w latach 1843-1916 amerykańsko-brytyjskiego powieściopisarza i nowelisty, związanego też z teatrem, przedstawiciela zarówno realizmu jak modernizmu w literaturze, zachwycającego subtelnościami i psychologią postaci. Syna teologa i filozofa Henry'ego Jamesa seniora i brata między innymi „ojca amerykańskiej psychologii”, czołowego myśliciela końca XIX wieku Williama Jamesa oraz pamiętnikarki Alice James. Kolekcja wydana w 2024 roku przez oficynę Zysk i S-ka pt. „Nacisk śruby i inne opowieści o duchach” zawiera jedną z najważniejszych (mini)powieści Henry'ego Jamesa juniora i pięć opowiadań grozy, w przepysznym tłumaczeniu Jerzego Łozińskiego. Edycja w twardej oprawie (z obwolutą) z minimalistyczną grafiką na froncie „wyczarowaną” przez Urszulę Gireń – obraz w stylu retro, w klimacie gotyckim – nawiązującą do tytułowego wielokrotnie wydawanego dzieła prozaika skutecznie eksperymentującego z formą i metodą. Wirtuoza półcieni w swoich ponadczasowych utworach konfliktującego osobowości i zderzającego kultury (Stary i Nowy Świat).

Okładka książki. „Nacisk śruby i inne opowieści o duchach”, Zysk i S-ka 2024

„Nacisk śruby” aka „W kleszczach lęku” (oryg. „The Turn of the Screw”)
Pierwotnie publikowana w odcinkach (od 27 stycznia do 16 kwietnia 1898 roku) na łamach nieistniejącego już amerykańskiego magazynu „Collier's Weekly”, jedna z głównych reprezentantek literatury gotyckiej: minipowieść szkatułkowa o teoretycznie nawiedzonej wiejskiej posiadłości w angielskim hrabstwie Essex. Historia napisana na zlecenie – oferta Collier's Weekly (zainteresowani zakupem opowieści o duchach w dwunastu częściach) przedstawiona Henry'emu Jamesowi w 1897 roku, którą przyjął z wdzięcznością. Potrzebował dodatkowego zastrzyku gotówki, a jego problemy zdrowotne mogły przyczynić się do wzrostu zainteresowania sferą duchową (dna moczanowa i przede wszystkim psychiczna udręka spowodowana śmiercią ukochanej siostry Alice, przyjaciela Roberta Louisa Stevensona, autora między innymi arcydzieła literatury światowej „Doktora Jekylla i pana Hyde'a” oraz przyjaciółki Constance Fenimore Woolson, autorki między innymi „Anne”, powieściowej przedstawicielki amerykańskiego regionalizmu literackiego) - w liście datowanym na październik 1895 roku James napisał: „wszędzie widzę duchy”. A w styczniu tego samego roku w swoim prywatnym dzienniku przytoczył historię opowiedzianą mu przez arcybiskupa Canterbury Edwarda White'a Bensona, z której prawdopodobnie co nieco zapożyczył realizując zlecenie dla Collier's. Z literackich wpływów na „Nacisk śruby” badacze i krytycy najczęściej wymieniają „Tajemnice zamku Udolpho” Ann Radcliffe 1794 roku i „Dziwne losy Jane Eyre” Charlotte Brontë z roku 1847. James mógł też czerpać z widoków zapamiętanych podczas pieszych przechadzek po angielskim hrabstwie Shropshire, ze wskazaniem na Wenlock Priory i jego najbliższe sąsiedztwo. Chwalona choćby za dwuznaczność narracji pierwszoosobowej przerażająca przygoda niegodnej zaufania guwernantki (tzw. narratorka niewiarygodna), która na znaczeniu zyskała dopiero w latach 30. XX wieku. Dotąd odbierana jako co prawda efektywna, ale fabularnie niewyszukana historyjka o duchach, nagle stała się niezwykle wdzięcznym obiektem niezliczonych analiz; domniemane myśli marksistowskie i feministyczne, drugie - stricte psychologiczne - dno. Różne oblicza żelaznego horroru gotyckiego Henry'ego Jamesa niejednokrotnie przenoszonego na ekran (po raz pierwszy w 1961 roku; kultowy obraz Jacka Claytona), ale najpierw była adaptacja teatralna; sztuka napisana przez Williama Archibalda, która swoją premierę miała w roku 1950.

„Ostatni z Valeriów” aka „Ostatni z rodu Valerio” (oryg. „The Last of the Valerii”)

W styczniu 1874 roku w „The Atlantic Monthly”, magazynie literackim i kulturalnym z siedzibą w Bostonie, zadebiutowało opowiadanie Henry'ego Jamesa o pogańskich korzeniach Europy oplatających właściciela zabytkowej rezydencji w Rzymie, tytułowego hrabię z mroczną obsesją na punkcie niezwykłego posągu, odkrytego podczas wykopalisk archeologicznych zainicjowanych przez małżonkę pechowego szlachcica. W publikacji książkowej ta nieoczywista opowieść o siłach nadprzyrodzonych po raz pierwszy pokazała się już rok później – tysiąc pięćset egzemplarzy każdy za dwa dolary (nie wszystkie oprawione – czterysta sztuk oprawiono w 1878 roku): „A Passionate Pilgrim and Other Tales” w ofercie James R. Osgood & Co.

„Upiorny czynsz” (oryg. „The Ghostly Rental”)

W „Scribner's Monthly”, ilustrowanym amerykańskim periodyku literackim w tej formie wydawanym w latach 1870-1881, we wrześniu 1876 roku objawiła się jedna z pierwszych ghost stories Henry'ego Jamesa - pomysłowa opowieść o potencjalnie nawiedzonym domu przypadkiem wypatrzonym przez dotąd raczej nieulegającego emocjom studenta teologii - propozycja z okresu wzmożonego eksperymentowania z narracją pierwszoosobową (od 1869 do 1877 roku James ujawnił kilkanaście owoców swojej wielkiej pracy nad stylem pamiętnikarskim, kilkanaście utworów unaoczniających przeogromny potencjał beletrystyki subiektywnej), w tym konkretnym przypadku dwugłosem pokoleniowym. Zderzenie rzeczywistości przedwojennej z powojenną, zaangażowani obserwatorzy różnych epok.

„Sir Edmund Orme” (oryg. „Sir Edmund Orme”)

Świąteczny prezent od redakcji populistycznego periodyku „Black and White” wręczony w roku 1891. Tak zaczynał „legendarny upiór” niewykluczone, że stworzony pod natchnieniem „Opowieści wigilijnej” Charlesa Dickensa. Prawdziwy dżentelmen świata duchowego, widmowy jegomość ukazujący się zdeterminowanemu kawalerowi ubiegającemu się o rękę ślicznej niewiasty najwyraźniej nieporuszonej jego urokiem osobistym. Ironiczny romans gotycki, satyra na epokę wiktoriańską, przestroga przed bezwzględną wiernością przykazaniom grzeczności i przyzwoitości, strukturą zbliżona do „The Turn of the Screw” pokazanego siedem lat później mroczniejszego i w gruncie rzeczy bardziej wymagającego utworu Henry'ego Jamesa – paranormalne(?) doświadczenie guwernantki mniej oczywistą spuścizną artystyczną Wielkiego Literata z podwójnym obywatelstwem.

Okładka książki. „The Jolly Corner”, CreateSpace Independent Publishing Platform 2018

„Ołtarz zmarłych” („The Altar of the Dead”)
Palenie świec w intencji bezpowrotnie utraconych bliźnich. Epicki pomnik dla zmarłych odkryty w zbiorze „Terminations”, który swoją światową premierę miał w roku 1895. Suma (nie)wszystkich smutków Henry'ego Jamesa juniora patrzącego jak jego bliscy kolejno odchodzą. Dręczonego myślą: "waves sweep dreadfully over the dead—they drop out and their names are unuttered". Z udostępnionych całe dekady po jego śmierci prywatnych zapisków („The Notebooks of Henry James”, 1947) wynika, że autor nie był zadowolony z efektu końcowego „The Altar of the Dead”, wziąwszy jednak pod uwagę fakt, że wyróżnił ten tekst w specjalnej 24-tomowej kolekcji nowojorskiej (New York Edition Henry James, warto zaznaczyć, że wypuszczona zarówno w Stanach Zjednoczonych jak w Wielkiej Brytanii), podejrzewa się, że pisarz nie tyle zawiódł się na samej opowieści, ile wydawcach magazynów zgodnie odrzucających tęskną opowieść pana Jamesa. Jeden z jego trzech utworów (pozostałe to po raz pierwszy wydany w 1896 roku „The Way it Came” i „The Beast in the Jungle” z roku 1903 ), który w drugiej połowie następnego wieku posłużył twórcom „Zielonego pokoju” - filmowy dramat psychologiczny François Truffauta z 1978 roku.

„Radosny zaułek” (oryg. „The Jolly Corner”)

Przeniesiona na ekran w 1975 roku – około czterdziestominutowy film telewizyjny w reżyserii Arthura Barrona pod tym samym oryginalnym tytułem – też wykorzystana w miniserialu Mike'a Flangana wydanym w 2020 roku jako „The Haunting of Bly Manor” (pol. „Nawiedzony dwór w Bly”) jedna z najbardziej rozpoznawalnych opowieści niesamowitych Henry'ego Jamesa. Uwolniona w 1908 roku w londyńskich czasopiśmie „The English Review” (czyli w pierwszym roku jego istnienia), zamkniętym niespełna trzydzieści lat później. Egzotyczna przechadzka po odziedziczonej nieruchomości rodzinnej. Powrót Spencera Brydona do tytułowego zakątka, w którym się wychował. Obsesyjne poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: kim by się stał, gdyby lata wcześniej nie zdecydował się wyfrunąć z tego bajecznego gniazda. Pogoń za drugim „ja”, teoretycznie nieistniejącym, wyobrażonym cieniem. Klasyczny motyw w klimacie magicznym. Poetycki język (brawa dla tłumacza) i perfekcyjnie przemyślana fabularna konstrukcja labiryntowa. Zabłąkani w mrocznych korytarzach dociekliwego umysłu i przypuszczalnie przeklętego budynku. Nawiedzony dom, nawiedzony bohater, nawiedzony czytelnik:)

Psychorealistyczny horror nadnaturalny w literaturze. Realizm, symbolizm i ekspresjonizm Henry'ego Jamesa. Architektura gotycka króla niuansów. Reprezentatywne opowieści niesamowite giganta prozy angielskiej i amerykańskiej, zebrane w jednym tomie i zarazem niewielka próbka prozatorskich zdolności pisarza wiecznie żywego, unieśmiertelnionego poprzez swoje wciąż na nowo odkrywane epickie dokonania. „Nacisk śruby i inne opowieści o duchach” pod redakcją pani Magdaleny Wójcik to nie tylko doskonała opcja na początek zapewne dłuższej przygody z twórczością młodszego brata jednego z prekursorów pragmatyzmu, ale też okazja do odświeżenia materiału. Solidny prezent dla kolekcjonerów klasycznych historii z dreszczykiem, oddanych czytelników Henry'ego Jamesa i innych czarodziejów z wieków minionych.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 1 kwietnia 2024

Zakupy

 
Maleńki stosik książkowy z cyklu prawdopodobnie nie do recenzji. Zbiory opowiadań Howarda Phillipsa Lovecrafta i Edgara Allana Poego oraz halloweenowa antologia „Cukierek albo psikus” zawierająca siedemnaście opowieści z dreszczykiem. Z dłuższych historii polecana przez Stephena Kinga „Droga kości” Christophera Goldena, amerykańskiego autora powieści i komiksów, związanego też z branżą filmową/serialową i przemysłem gier wideo. Laureatka Folio Prize i Lambda Literary Award autobiograficzna powieść pachnąca literaturą gotycką amerykańskiej autorki Carmen Marii Machado „W domu snów”. Trzy pierwsze części serii kryminalnej duńskiej powieściopisarki Elsebeth Egholm z dziennikarką Dicte Svendsen, na podstawie której powstał serial „Dicte” (2013-2016) i... parę innych tytułów.
 

 
Howard Phillips Lovecraft „Bestia w jaskini i inne opowiadania”
Christopher Golden „Droga kości”
Antologia „Cukierek albo psikus”
Carmen Maria Machado „W domu snów”
H.G. Wells „Wyspa doktora Moreau”, „Wakacje pana Ledbettera”
Edgar Allan Poe „Przedwczesny pogrzeb i inne opowiadania”
 

 
Adrian McKinty „Łańcuch”
Cody McFadyen „Dewiant”
Chandler Baker „Zmowa milczenia”
Elsebeth Egholm „Ukryte wady”
Elsebeth Egholm „Udział własny”
Elsebeth Egholm „Szkody w ludziach”