czwartek, 30 listopada 2017

Zapowiedź: Stephen King „The Outsider”

Jedenastoletni chłopiec zostaje znaleziony w miejskim parku zamordowany po okropnym ataku. Odciski palców (a później także DNA) prowadzą do najbardziej popularnego trenera baseballu w mieście, Terry’ego Maitlanda, człowieka o nieskazitelnej reputacji, męża i ojca dwóch córek. Detektyw Ralph Anderson, którego syna trenował właśnie Maitland, zarządza natychmiastowe i publiczne aresztowanie. Maitland trafia do więzienia i nikogo nie obchodzi jego alibi. Nie ratują go nawet zdjęcia świadczące, że w czasie morderstwa przebywał w innym mieście.

Stephen King konstruuje pędzącą intrygę, gdzie trwa wyścig z czasem by zidentyfikować tożsamość przerażającego i diabolicznego zabójcy, który zostawia za sobą ofiary – a także „winnych” – w całym kraju i który planuje kolejny straszny czyn.

W tej wyjątkowo dramatycznej i upiornej historii dostajemy psychologiczny suspens Kinga w najbardziej atrakcyjnym wydaniu. Jest on oszałamiająco wyrazisty pokazując doświadczenie bycia niesłusznie oskarżonym przez współmałżonka, dzieci, przyjaciół, nawet tych najbardziej lojalnych i niemożności oczyszczenia się z zarzutów (jeśli w ogóle uda się przeżyć). Pokazuje też wybitnie, że nadprzyrodzone potwory są zdumiewająco podobne do ludzi, którzy robią potworne rzeczy.

Premiera w 2018 roku

Źródło tekstu: http://stephenking.pl/
Źródło grafiki: https://www.amazon.com/

wtorek, 28 listopada 2017

„Nails” (2017)

Trenerka Dana Milgrom zostaje potrącona przez samochód. Budzi się w szpitalu Hopewell, starej placówce, która ma duże braki budżetowe. Podłączenie do aparatu oddechowego za pomocą rurki wpuszczonej do jej gardła utrudnia Danie komunikację z otoczeniem, małżonek Steve zaopatruje ją więc w laptopa z programem głosowym. Kobieta szybko zaczyna odnosić wrażenie, że po zapadnięciu zmroku ktoś ją obserwuje, że w zajmowanym przez nią pokoju szpitalnym pojawia się jakaś istota zamierzająca ją skrzywdzić. Z obawy o swoje życie próbuje namówić Steve'a do wydostania jej z tej placówki, ale ubezpieczenie Dany nie pokryje kosztów pobytu w innym szpitalu. A powrót do domu, do męża i nastoletniej córki Gemmy, ze względu na stan jej zdrowia póki co jest wykluczony. Personel jest przekonany, że Dana doświadcza zwyczajnych napadów lęku, podczas których doznaje halucynacji. Steve również jest sceptycznie nastawiony do jej opowieści o nadnaturalnej istocie nachodzącej ją nocami, ale stara się być dla niej wsparciem. Jego pomoc jest jednak niewystarczająca. Dopóki Dana tkwi w szpitalu Hopewell nie może czuć się bezpiecznie.

Irlandzki horror „Nails” został wyreżyserowany przez debiutującego w tej roli Dennisa Bartoka, który ma na koncie scenariusze dwóch filmów krótkometrażowych i wszystkich segmentów antologii „Trapped Ashes” (reż. Sean S. Cunningham, Joe Dante, John Gaeta, Monte Hellman i Ken Russell). Bartok zauważył, że tym co odróżnia jego debiutancki obraz od większości horrorów jest położenie głównej bohaterki, stan uniemożliwiający jej ucieczkę, czyli zachowanie typowe (i całkowicie zrozumiałe) dla protagonistów produkcji wpisujących się w ten gatunek. Scenariusz Bartok spisał we współpracy z Tomem Abramsem, a rolę główną powierzył Shaunie Macdonald, fanom horrorów znanej przede wszystkim z „Zejścia” Neila Marshalla i jego sequela.

Dennis Bartok ma predyspozycje do zostania jednym z lepszych reżyserów współczesnych horrorów nastrojowych. Nie wiem, w którym kierunku potoczy się jego kariera, ale po tym, co pokazał mi w swoim debiutanckim dziele nie mam żadnych wątpliwości, że może się pochwalić wyczuciem tego gatunku, znajomością jego reguł i co najważniejsze wiedzą, jak z dobrym skutkiem przełożyć je na ekran. „Nails” nie pokazał mi niczego, co kazałoby mi sądzić, że Bartok dążył do nakręcenia czegoś przełomowego, do wręczenia światu dzieła, które zapisze się złotymi zgłoskami w historii kinematografii grozy i będzie źródłem inspiracji dla wielu innych reżyserów. Scenariusz Toma Abramsa i samego Dennisa Bartoka jest powrotem do korzeni (chociaż oczywiście, obecnie też od czasu do czasu kręci się takie filmy), do prostoty, która niekoniecznie sprosta wymaganiom pokolenia wyrosłego na XXI-wiecznych mainstreamowych horrorach. Opowieść o kobiecie przykutej do szpitalnego łóżka, która nocami musi mierzyć się z nadprzyrodzoną istotą, wychodzącą ze schowka znajdującego się w zajmowanym przez nią pokoju to nie jest coś, co można by posądzić (albo pochwalić) o wysoki stopień skomplikowania. Nawet szczegółowe informacje o tym przypadku podane w dalszych partiach scenariusza, geneza niezwykłych zjawisk zachodzących w szpitalu Hopewell nie gmatwa tej opowiastki. I na pewno nie jest to wątek, który wychodziłby poza ramy konwencjonalności. No, może poza pewną dziwną obsesją... Tym, co nieco odbiega od szablonu, jak zauważył sam Bartok, jest położenie głównej bohaterki. Niemożność wydostania się na własnych nogach z nawiedzonego szpitala, opuszczenia łóżka, które jest śmiertelnie niebezpieczną pułapką. Oryginalnym tego motywu nazwać nie mogę, bo mam w pamięci choćby „Misery” Stephena Kinga, ale z pewnością nie jest to rozwiązanie często spotykane w nurcie ghost story. Osadzenie głównej bohaterki w akurat takiej, wielce niewygodnej pozycji nie jest zagraniem mocno wyświechtanym w horrorze, ale nie to jest jego największą siłą. Ten nieprzekombinowany, z gruntu prosty wybieg dopomógł twórcom w wywindowaniu poziomu zagrożenia. Dana Milgrom (bardzo dobra kreacja Shauny Macdonald) nie może, jak wielu innych bohaterów ghost stories, polegać na własnych nogach. Podjąć skutecznej próby obrony bądź ucieczki przed napastnikiem, poza wystrzeganiem się snu (jak zauważyło już kilku recenzentów nasuwa to skojarzenia z „Koszmarem z ulicy Wiązów”, aczkolwiek muszę zaznaczyć, że „Nails” nie mówi o zabijaniu we śnie) i wzywaniem członków personelu ilekroć odwiedzi ją nieproszony gość. To tak jakby wokół kobiety kłębiły się jakieś jadowite stworzenia, a ona z jakiegoś powodu nie mogłaby ruszać nogami. Innymi słowy główna bohaterka „Nails” tkwi nieosłonięta i bezbronna w samym centrum koszmaru, w pomieszczeniu, w którym w każdej chwili może pojawić się wysoki jegomość nie z tego świata, żeby jednym ruchem pozbawić ją życia. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że twórcom omawianego filmu udało się stworzyć odpowiednio mroczną oprawę dla tej opowieści.

Nędzny wystrój szpitala Hopewell, w którym przebywa główna bohaterka „Nails”, Dana Milgrom, ma swój, jakże cenny, udział w budowaniu złowrogiej atmosfery. Obdrapane, brudne ściany i stare, psujące się sprzęty skąpane w mdłym świetle, które za dnia zdaje się nie obejmować jedynie pokoju pierwszoplanowej postaci. Tę część doby przykuta do łóżka kobieta spędza w jaskrawym świetle dziennym, które nie dociera do innych pokazywanych pomieszczeń, przy czym twórcom „Nails” nawet to mocne oświetlenie udało się okrasić niemałą posępnością. W nocy pokój Dany pogrąża się w ciemnościach, rozpraszanych przez oświetleniowców na tyle, żeby widz nie miał żadnych problemów z dojrzeniem szczegółów, ale nie aż tak, żeby tępić wrażenie napierającej zewsząd nielitościwej ciemności i pewności, że już za chwilę wychynie z niej nadnaturalna istota, która dla mnie jest przykładem umiejętnego wykorzystania współczesnej technologii w horrorze. Wysoki mężczyzna z upiorną twarzą został wygenerowany komputerowo, ale chociaż wolałabym, aby postawiono na makabryczną charakteryzację aktora to nie mogę powiedzieć, że czułam się porażona sztucznością, że manifestacje złego ducha odbijały się negatywnie na tej produkcji. Szacunkowy budżet „Nails” opiewał na pięć milionów euro, a w dzisiejszych czasach za mniejsze sumy można nakręcić tak przepełniony efektami komputerowymi film, że wygląda tak, jakby jego twórcami kierowała głównie chęć popisania się nowoczesną technologią, jakby opowiadanie jakiejś historii miało dla nich drugorzędne znacznie. Albo żadne... Dla Dennisa Bartoka ważniejsza jest natomiast sama opowieść i spowijający ją klimat. Zależy mu na przystępnym snuciu ciekawej, prostej opowieści i budowaniu mrocznej oprawy, która może się pochwalić delikatnym posmakiem retro – w zdjęciach widać trochę starodawności, co jest w równym stopniu spowodowane złym stanem szpitala, w którym przebywa główna bohaterka i przytłumioną kolorystyką obrazów. Manifestacje nadnaturalnego agresora są jedynie dodatkiem, formą skumulowania wcześniej tak skrupulatnie gromadzonego napięcia, do czego w następnej scenie twórcy ochoczo wracają. I w ten oto sposób cykl się powtarza. Bartok i jego ekipa samą sugestią (która do czasu wyjaśnienia całej zagadki współistnieje z sugestią halucynacji doznawanych przez Danę) obecności agresywnego ducha potrafią podkręcić atmosferę. Tworzenie silnego i ani na chwilę nieodstępującego od widza wrażenia istnienia przyczajonego zła wydaje się przychodzić im z dużą łatwością. Widać tutaj naturalność, a nie toporne zmaganie się z własnymi ograniczeniami. Montaż scen z udziałem tajemniczej istoty wychodzącej ze schowka w pokoju szpitalnym zajmowanym przez okaleczoną pacjentkę (za wyjątkiem wygenerowanego komputerowo zdania wykwitającego na jej brzuchu obrażenia są bardzo realistyczne) dodaje im dodatkowego dramatyzmu. Nawet niektóre jump scenki na mojej osobie odniosły zamierzony efekt – a najsilniej drgnęłam podczas końcówki filmiku oglądanego przez Danę na laptopie (bezbłędna charakteryzacja ducha i idealnie obliczona w czasie, gwałtowna kulminacja). Na plus odnotowuję też kobiecy głos wydobywający się z komputera Dany. Demoniczna zmysłowość – tak mogę opisać ten mechaniczny aparat mowy, którym wspomaga się główna bohaterka.

„Nails” to jak na razie najlepszy tegoroczny horror, jaki obejrzałam. Jestem świadoma tego, że nie ma szans zadowolić szerokiej grupy odbiorców. Pewnie nawet nie znajdzie się wielu w pełni usatysfakcjonowanych sympatyków współczesnego nastrojowego kina grozy, ale wydaje mi się, że osoby tęskniące za prostymi, klimatycznymi filmowymi horrorami tak popularnymi w XX wieku mają szansę rozsmakować się w propozycji Dennisa Bartoka. Poszukiwacze dynamicznych, plastikowych ghost stories pełnych różnorodnych efektów komputerowych muszą udać się pod inny adres. Tak samo osoby pragnące innowacji i fabularnych komplikacji. Bo niniejszy film na pewno nie był kręcony z myślą o tych odbiorcach współczesnych straszaków.

poniedziałek, 27 listopada 2017

„Fantom centrum handlowego” (1989)

Melody Austin zostaje zatrudniona w nowym centrum handlowym postawionym na działce, na której wcześniej stał dom należący do jej chłopaka Erica Matthewsa i jego rodziców. Młoda kobieta od roku zmaga się ze stratą swojego ukochanego, jest bowiem przekonana, że wraz ze swoimi rodzicami zginął on w pożarze wywołanym przez niezidentyfikowanego osobnika. Ale Ericowi udało się przeżyć. Oszpecony mężczyzna osiadł w podziemiach centrum handlowego nikogo o tym nie informując, a teraz zaczyna wdrażać w życie plan zemsty. Tymczasem Melody poznaje miejscowego reportera, Petera Baldwina, który postanawia przyjrzeć się sprawie podpalenia domu Matthewsów. Jego dociekliwość nie pozostaje niezauważona. Pewni ludzie zrobią wszystko, aby prawda nigdy nie wyszła na jaw, choćby miało się to wiązać z koniecznością wyeliminowania ciekawskiego reportera i nowej pracownicy centrum handlowego.

„Fantom centrum handlowego” (w Polsce wydany też pod tytułem „Duch z centrum handlowego: Zemsta Erica”) to B-klasowy amerykański slasher w reżyserii Richarda Friedmana. Twórcy między innymi „Scared Stiff”, „Schronienia przeznaczenia”, dwóch odcinków serialu „Piątek trzynastego” (1987-1990), czterech odcinków serialu „Opowieści z ciemnej strony” (1983-1988) i jednego z segmentów wchodzących w skład antologii „Stephen King's Golden Tales”, gdzie pojawił się również reżyserski debiut Jodie Foster. Scenariusz „Fantomu centrum handlowego” jest wspólnym dziełem Scotta Schneida, Tony'ego Michelmana i Roberta Kinga. Ten pierwszy razem z Frederickiem R. Ulrichem byli pomysłodawcami tej historii, a inspirację czerpali z „Upiora w operze”.

Budżet „Fantomu centrum handlowego” oszacowano na trzy miliony dolarów. Nie jest to suma przyprawiająca o zawrót głowy, ale jak na slasher z lat 80-tych XX wieku to całkiem sporo. Richard Friedman nie starał się jednak spożytkować tych pieniędzy tak, aby jego filmu nie oglądało się w przeświadczeniu obcowania z horrorem klasy B. Wręcz przeciwnie: „Fantom centrum handlowego” wydaje się być dużo tańszy niż w rzeczywistości, co dla jednych będzie plusem, a dla innych minusem. Część zdjęć powstała w centrach handlowych Sherman Oaks Galleria i Promenade Mall (Westfield Promenade), a inne zrealizowano w Valencia Studios z zachowaniem ducha starszych niskobudżetowych rąbanek. Film Richarda Friedmana klimatem bardziej przypomina B-klasówki z lat 90-tych, a nie 80-tych, ale trudno się temu dziwić zważywszy na to, że powstał on u schyłku drugiej z wymienionych dekad. W styczniu tego samego roku swoją premierę miał inny slasher, którego akcję osadzono w sklepie (a dokładniej w supermarkecie), wspaniały „Intruz” Scotta Spiegela. „Fantom centrum handlowego” wyszedł po nim, w grudniu, ale oprócz miejsca akcji i osadzenia w konwencji slash, jak na moje oko nic go nie łączy z wymienionym dokonaniem Spiegela. Nie sądzę, żeby pomysłodawcy tej historii właśnie stamtąd czerpali inspirację – z „Upiora w operze” z całą pewnością, ale raczej nie z „Intruza”, pomimo wykorzystania podobnego (nie takiego samego) miejsca akcji. Połowa twarzy Erica Matthewsa (dobry warsztat Dereka Rydalla) została poparzona w trakcie pożaru, który przed rokiem strawił dom, w którym mieszkał wraz z rodzicami. A teraz gdy na działce, która niegdyś była ich własnością stanęło centrum handlowe, ukrywający się w jego podziemiach Eric decyduje się zasłonić oszpeconą część twarzy maską (samoróbką) bardzo przypominającą tę noszoną przez upiora w operze. Nie skłania go do tego wstyd przed klientami i obsługą tylko pojawienie się jego ukochanej Melody Austin, kobiety która od roku żyje w przekonaniu, że bezpowrotnie go utraciła. Całkiem nieźle wykreowana przez Kari Whitman pierwszoplanowa bohaterka „Fantomu centrum handlowego” już na początku seansu każdego wielbiciela slasherów powinna napełnić przekonaniem, że patrzy na final girl. Dziewczynę, która albo jako jedna z nielicznych bądź jedyna wyjdzie cało z opresji, albo umrze dopiero na końcu filmu. Świadczy o tym nie tylko to, że Melody Austin od początku zajmuje centralne miejsce w panteonie pozytywnych postaci tej produkcji, ale również (albo przede wszystkim) jej osobowość, którą skonstruowano w oparciu o model final girl. Najbardziej rzuca się to w oczy podczas sekwencji w sklepie z ubraniami, gdzie Melody wybiera się ze swoją przyjaciółką Suzie, która także dostała pracę w nowo otwartym centrum handlowym. Głównej bohaterce filmu wpada wówczas w oko jedna z sukienek. Suzie próbuje namówić ją do zakupu, na co Melody odpowiada, że nie może sobie pozwolić na taki wydatek, bo musi oszczędzać na szkołę. Wtedy z ust Suzie pada pytanie: „Czy ty nigdy nic nie robisz pod wpływem impulsu?”, na które Melody odpowiada krótkim „nie”. Ta niedługa konwersacja uzmysławia odbiorcom, że Melody podchodzi do życia w sposób typowy dla standardowych final girl. Dawna dziewczyna Erica Matthewsa kieruje się rozsądkiem zamiast poddawać się chwilowym zachciankom, którym z kolei nie opiera się jej najlepsza przyjaciółka, Suzie, co jest kolejnym argumentem przemawiającym za silnym osadzeniem „Fantomu centrum handlowego” w konwencji slasherowej. Bo w tym podgatunku na ogół rys psychologiczny najlepszej przyjaciółki final girl jest całkowitym przeciwieństwem tego posiadanego przez pierwszoplanową pozytywną postać płci żeńskiej.

Umiejscowienie akcji w centrum handlowym, niemalże całkowite zamknięcie jej na tym dosyć szerokim obszarze, posiadającym jednakowoż wiele ciasnych, mrocznych pomieszczeń w mojej ocenie było jednym z lepszych pomysłów twórców „Fantomu centrum handlowego”. Nie ze względu na dużą oryginalność, bo już choćby wspomniany „Intruz” rozgrywał się w sklepie (aczkolwiek nieporównanie mniejszym, bo w supermarkecie, a nie w centrum handlowym) tylko z powodu możliwości, jakie dawał taki obiekt żądnemu zemsty mężczyźnie, który urządził się w podziemiach tego kompleksu. Przez cały czas towarzyszyło mi poczucie przebywania potencjalnych ofiar na co prawda dużym, acz zamkniętym (choć w rzeczywistości drzwi cały czas stały otworem), zadaszonym obszarze, który nie ma żadnych tajemnic dla mordercy. Eric Matthews jako jedyny zdaje się znać wszystkie zakamarki centrum handlowego, tak dobrze, że swobodnie mógłby poruszać się w nim z zamkniętym oczami. Przewagę daje mu również znajomość sztuk walki (pomysł kiepski, a i wykonanie mizerne – ocierało się to o groteskę, zdecydowanie nie wpasowując się dobrze w slasherową konwencję) i przekonanie jego adwersarzy, że od roku spoczywa w grobie. Eric może więc z zaskoczenia atakować swoich wrogów. Do momentu dekonspiracji, która zdaje się być tylko kwestią czasu. Niewątpliwym plusem „Fantomu centrum handlowego” jest proces eliminacji ofiar. Miłośnicy gore mogą narzekać na zbyt małą drastyczność, ale fani slasherów najprawdopodobniej poczują się jak w domu, bo omawiany obraz Richarda Friedmana uderza tutaj w nieprzesadną strunę najczęściej poruszaną przez twórców tego nurtu horroru. A przy tym stawia na różnorodność – Eric na przeróżne sposoby pozbawia życia swoich wrogów, wykazując się przy tym dużą pomysłowością. Między innymi wpycha głowę jednego mężczyzny w wentylator, głowę innego podkłada pod opadające stalowe drzwi (dekapitacja), a jeszcze innemu zapewnia spotkanie z kobrą i to w miejscu, w którym chciałoby się mieć trochę prywatności. Najlepsze było jednak klasyczne porażenie prądem, a ściślej finalizacja tej scenki w formie szybkiego (ale nie na tyle, żeby nie dało się objąć tego wzorkiem) wypadnięcia oczu niczym strzelające korki od szampana. Sama opowieść nie wybiega poza ciasne ramy slasherowego schematu. Mamy zbrodnię z niedalekiej przeszłości, która przez policję została zaklasyfikowana jako wypadek, my jednak tak samo jak Melody już od początku filmu nie mamy żadnych wątpliwości, że Eric i jego rodzice padli ofiarami spisku. Kapitalizm jest brutalny, boleśnie przekonał się o tym młody mężczyzna, któremu udało się przeżyć, ale nie bez poważnych obrażeń ciała. Dopiero pod koniec filmu można dokładnie przyjrzeć się jego twarzy, a szkoda, bo charakteryzatorzy bardzo dobrze wywiązali się ze swojego zadania – wyłupiaste oko, poparzona połowa głowy, na której nie ma już włosów (na drugiej są) robią iście realistyczne i w miarę potworne wrażenie. Doprawione nutką współczucia w stosunku do tej postaci. Zresztą odczuwanego już dużo wcześniej. I właśnie to najbardziej psuło mi projekcję „Fantomu centrum handlowego” - nie czułam się komfortowo w roli kibica Erica Matthewsa. Co prawda częściowego, bo pomocne w budowaniu aury zagrożenia okazały się jego powiązania z sympatyczną Melody, a dokładniej dawanie do zrozumienia, że czarny charakter ma na jej punkcie taką obsesję, że nie spocznie dopóki jej nie zdobędzie. A fakt, że młoda kobieta właśnie zaprzyjaźniła się z innymi mężczyzną, przystojnym reportem Peterem Baldwinem, potęguje to przeczucie nieuchronnie zbliżającego się nieszczęścia. Nie z taką siłą jakiej bym chciała, bo przecież równocześnie pragnęłam, aby Eric dokończył wymierzanie sprawiedliwości. Tym bardziej, że twórcy nie rozbudowali sekwencji bezpośrednio poprzedzających ataki mordercy i scen wędrówek protagonistów po poza nimi bezludnych korytarzach kompleksu handlowego. A to by chyba wystarczyło, aby mimo utrudnień generowanych przez tekst wykrzesać z tego dużo napięcia. I jeszcze coś mi nie pasowało. UWAGA SPOILER To że pani burmistrz (rzekomo bezinteresownie) wspierała pozytywnych bohaterów, że próbowała być pomocna, że obchodził ją los „szaraczków”. Toż to sprzeczne z naturą – pomyślałam. Politycy tacy nie są! Natychmiast więc ogarnęła mnie pewność, że pani burmistrz maczała palce w szemranym interesie omówionym na kartach scenariusza „Fantomu centrum handlowego”. I tym oto sposobem przewidziałam tę końcową „rewelację” kilkadziesiąt minut wcześniej, tj. podczas sceny zaatakowania Melody przez mężczyznę w kominiarce na parkingu centrum handlowego KONIEC SPOILERA.

Summa summarum taki średniaczek. Z punku widzenia oddanego miłośnika slasherów jednym z większych plusów „Fantomu centrum handlowego” może być silne osadzenie jej w tak bardzo lubianej przez niego konwencji, pomysłowe, zróżnicowane sceny mordów, w miarę mroczna kolorystyka zdjęć i chwytliwe miejsce akcji. Ale niedobór napięcia, przewidywalny scenariusz, który na dodatek zmusza odbiorcę do częściowego sympatyzowania z mordercą grasującym na terenie centrum handlowego i brak czegokolwiek co miałoby szansę na dłużej osiąść w pamięci widza sprawiają, że chyba nawet oni, tj. długoletni miłośnicy filmów slash nie będą w pełni usatysfakcjonowani tym dokonaniem Richarda Friedmana. Ale jako że oglądało mi się to całkiem znośnie, jestem skłonna zarekomendować ten film fanom XX-wiecznych rąbanek klasy B z zastrzeżeniem, że nie jest to jeden z lepszych obrazów tego typu. Ale na jeden nudny wieczór powinien się nadać – jako tako, a to już coś.

piątek, 24 listopada 2017

„Radius” (2017)

Liam ma wypadek samochodowy. Po odzyskaniu przytomności nie pamięta niczego ze swojego życia. Nie zna nawet swojej tożsamości. W drodze do miasta znajduje martwych ludzi z białymi oczami, tłumacząc to sobie zarazą rozprzestrzeniającą się w powietrzu. Po odnalezieniu swoich dokumentów kieruje się do własnego domu, gdzie wkrótce odkrywa, że to on sprowadził śmierć na wszystkich ludzi, których zwłoki znalazł w drodze do tego miejsca. Każde żywe stworzenie, które przebywa nieopodal niego natychmiast umiera, a Liam nie potrafi kontrolować tej niszczącej mocy. Pewnego wieczora przybywa do niego niezidentyfikowana kobieta, Jane Doe, która twierdzi, że znajdowała się w jego samochodzie, gdy doszło do wypadku i tak samo jak on straciła pamięć. Kobieta może przebywać w pobliżu Liama nie narażając się na śmierć. Posiada też jeszcze jedną zdolność, ale tak samo jak mężczyzna nie wie, w jaki sposób ją nabyła.

Kanadyjski thriller science fiction pod tytułem „Radius” jest dziełem Caroline Labreche i Steeve'a Leonarda, którzy wcześniej, wspólnie, nakręcili tylko jeden film, komedię „Sans dessein”. A już wkrótce ma ukazać się drugi thriller Labreche – telewizyjna produkcja zatytułowana „Second Opinion”. I to tylko jeśli chodzi o dotychczasowe projekty tej dwójki. Doświadczenie bywa bardzo pomocne, ale nie jest czynnikiem niezbędnym do nakręcenia dobrego filmu, ten argument w moim przypadku nie przemawiał więc przeciwko tej produkcji. Za też nie – ot, ta informacja była mi kompletnie obojętna. Natomiast tym, co zachęciło mnie do dania szansy omawianemu obrazu były opinie co poniektórych widzów utyskujących na brak akcji.

Nie jest to pierwszy przypadek filmu, po który sięgnęłam pod wpływem negatywnych, nie pozytywnych recenzji. To, co według jednego odbiorcy zasługuje na potępienie, w oczach innego będzie prezentowało się nad wyraz smacznie. Dlatego właśnie nigdy nie sugeruję się reakcjami osób opiniujących dane dziełko. Nie przykładam większej wagi do subiektywnych ocen recenzentów, zamiast tego skupiając się na samych informacjach na temat danego tworu. Jeśli więc parę osób twierdzi, że film jest słaby, bo nic się w nim nie dzieje to odbieram tę wypowiedź jako okoliczność zachęcającą. Bo w powolnych, minimalistycznych obrazach na ogół łatwiej mi się odnaleźć niż w efekciarskich produkcjach z galopującą akcją. „Radius” faktycznie nie grzeszy dynamiką, mocno rozbudowaną treścią i nadmiarem efektów specjalnych. Tych ostatnich jest „jak na lekarstwo”, a przecież od science fiction przynajmniej część (jeśli nie większość) publiczności oczekuje multum cyfrowych bądź praktycznych ozdobników, w ich oczach ten gatunek musi być nośnikiem tego rodzaju obrazków, bo jak nie jest to pozostaje jedynie wydmuszką, marną podróbą science fiction, na którą nie warto poświęcać swojego wolnego czasu. Na szczęście dla mnie wciąż istnieją osoby, które zgoła odwrotnie zapatrują się na ten gatunek i kinematografię w ogóle – na szczęście, bo inaczej zapewne przestano by kręcić minimalistyczne filmy albo powstawałoby ich tak mało, że musiałabym się porządnie napocić, żeby odnaleźć takie dziełka. W filmie Caroline Labreche i Steeve'a Leonarda króluje prostota i to zarówno w scenariuszu, jak w realizacji. Fabuła zasadza się na motywie, któremu nie można zarzucić rażącego braku oryginalności, który to nie został zapożyczony z niezliczonych utworów science fiction, który nie był wielokrotnie wałkowany czy to na ekranie, czy na kartach dzieł literackich. I co o niebo ważniejsze nie miałam tutaj do czynienia z mocno przekombinowaną koncepcją, z nadmiernie udziwnionym pomysłem, który przedstawia sobą nazbyt uparte dążenie do pokazania czegoś innego. Zamiast toporności, absurdalności, czy denerwującego zagmatwania dostałam coś genialnego w swojej prostocie. Prościutką koncepcję, która była głównym dostarczycielem atmosfery tajemniczości i dramaturgii, która obudziła we mnie uwierającą wręcz ciekawość i pewność, że dalej będzie tylko gorzej. W sensie, że poziom zagrożenia będzie wzrastał, że życie głównych bohaterów będzie coraz trudniejsze, a i bezpieczeństwo jeszcze większej liczby ludności będzie zagrożone. Wspomniany „geniusz w swojej prostocie” to motyw odbierania ludziom życia bez udziału woli – każde żywe stworzenie przebywające w pobliżu Liama (w którego w miarę przekonująco wcielił się Diego Klattenhoff) raptownie umiera. Jego oczy szybko zachodzą bielą, po czym nieszczęśnik pada bez życia na ziemię, a borykający się z amnezją Liam nie ma pojęcia dlaczego tak się dzieje. Zanim ten wątek zostanie szczegółowo wyłuszczony widz towarzyszy głównemu bohaterowi w jego pieszej wędrówce w stronę miasta. Te wstępne ujęcia wręcz przygniatają złowieszczą tajemnicą, wszystko bowiem wskazuje na to, że gdy Liam spoczywał bez przytomności w swoim pogruchotanym samochodzie cała okolica wymarła. A być może nawet cały świat. Stan ludzkich zwłok – ciała są nienaruszona, ale ich wytrzeszczone oczy pokryły się zagadkową mętną bielą – wskazuje na jakąś zarazę, która z jakiegoś niezrozumiałego powodu nie dotknęła Liama. Może jestem uodporniony? - zastanawia się główny bohater. Szybko jednak odkrywa, że to on sprowadza śmierć na ludzi i zwierzęta, że to z niego emanuje niewidoczny destrukcyjny promień, a jedynym sposobem na zapewnienie bezpieczeństwa osobom żyjącym wydaje się być całkowita izolacja. Odcięcie się od społeczeństwa, trzymanie się z dala od ludzi. Za wyjątkiem kobiety (kreacja Charlotte Sulivan jest mniej naturalna od kreacji partnerującego jej Klattenhoffa) , która utrzymuje, że odzyskała przytomność w tym samym samochodzie co on i także doznała amnezji.

„Radius” nie jest filmem idealnym. Nie jest obrazem cechującym się silną intensywnością emocjonalnego przekazu, choć unaocznia się tutaj dążenie w tym kierunku. Akcja nierzadko dosłownie staje, a odbiorca w tych momentach ma okazję nasycić wzrok naturalnym krajobrazem, często utrzymanym w ponurych barwach, ale nieodzierających owych widoczków z całej ich malowniczości. Sęk w tym, że rzeczone zdjęcia, choć same w sobie bardzo efektowne, nie dostarczały mi dodatkowego ładunku emocji, nie emanowały taką intensywnością, jaką powinny. Albo ja zwyczajnie nie potrafiłam zsynchronizować swojego spojrzenia z perspektywą operatorów. Jeszcze słabszy efekt wywierały na mnie sekwencje mające spotęgować napięcie. Wstawki, podczas których nic się nie dzieje, ale daje się nam do zrozumienia, że już za chwilę, za momencik coś się stanie. I nie będzie to przyjemne dla głównych bohaterów bądź ludzi przebywających w ich otoczeniu. Innymi słowy, filmowcy nie wykazali się dużą sprawnością w żonglowaniu napięciem, emocje nasila przede wszystkim treść, warstwa techniczna zauważalnie za nią nie nadąża. Nie zawsze, bo wystarczy choćby ponownie przytoczyć nastrojową pieszą wędrówkę Liama w kierunku miasta zaraz po odzyskaniu przez niego przytomności we wstępnej partii „Radiusa” albo jego późniejsze oględziny miejsca niedawnego wypadku samochodowego w towarzystwie Jane Doe, ale w większość scen nie została niestety nasycona tak potężną złowieszczością, jaką oczekuje się od tego typu sekwencji. Odrobinką owszem, ale gdyby nie trzymający w napięciu scenariusz to z całą pewnością poziom adrenaliny w mojej krwi nie podniósłby się nawet o milimetr. Gdyby nie fabuła, która nie dość, że wciągnęła mnie bez reszty, nie dość, że roznieciła we mnie ogromną ciekawość, którą bardzo chciałam zaspokoić (chociaż miałam swoje podejrzenia), a więc ani razu nie ogarnęła mnie chęć przerwania seansu to na dodatek zaserwowała mi niemałą niespodziankę. Zwrot akcji zaskoczył mnie nie dlatego, że sięgnięto po coś odkrywczego, bo tak naprawdę wykorzystano tutaj mocno wyświechtany motyw, tylko z powodu odnalezienia dla niego miejsca w historii zupełnie innego rodzaju, w konwencji, której zazwyczaj nie łączy się z akurat tym motywem. UWAGA SPOILER Mowa o seryjnym mordercy, nie wyjaśnieniu skąd wzięły się niezwykłe moce Liama i Jane, bo kosmos praktycznie od początku był moim faworytem KONIEC SPOILERA.

Pomimo nie do końca zadowalającej realizacji, a ściślej niezbyt wprawnego przekazywania i potęgowania emocji samą warstwą techniczną, ośmielę się polecić „Radiusa” wielbicielom minimalistycznych thrillerów science fiction opartych na prostych scenariuszach, nieodznaczających się topornymi, zupełnie niepotrzebnymi kombinacjami. Wprowadzających powiew świeżości w ten gatunek w naturalny, niewymuszony, nieprzejaskrawiony sposób. Caroline Labreche i Steeve Leonard ponadto rozłożyli środki ciężkości w treści z na tyle dużym wyczuciem, że nawet niedostatki techniczne nie były w stanie odwieść mnie od dalszego oglądania. Takie nieefekciarskie, nienadmiernie dynamiczne, nieskomplikowane, a i tak zaskakujące opowieści mogę oglądać nawet w dużo słabszej realizacji. I podejrzewam, że część sympatyków science fiction także przekona się do tej produkcji. Aczkolwiek moim zdaniem większą szansę na to mają miłośnicy niszówek z niewielką ilością efektów specjalnych niż fani wysokobudżetowych filmów trafiających na wielkie ekrany, a ściślej tych których akcje pędzą do przodu z prawie że prędkością światła.

czwartek, 23 listopada 2017

„Szklana trumna” (2016)

Amanda wybiera się na galę, na której ma otrzymać nagrodę za całokształt swojej kariery aktorskiej. Wsiada do wynajętej luksusowej limuzyny nie mając przedtem okazji zobaczyć szofera, który ma ją dowieźć na miejsce. W trakcie jazdy Amanda prowadzi rozmowę telefoniczną ze swoim mężem Saulem niemogącym pojawić się na rozdaniu nagród. Połączenie nagle zostaje zerwane, co nie napawa kobiety niepokojem, ale chwilę potem zauważa, że podróż się przeciąga. Próbuje wyjaśnić sprawę z szoferem, ale zamiast usprawiedliwień z jego strony słyszy coś, co początkowo bierze za żart, za którym według niej stoi Saul. Jednak szybko weryfikuje ogląd sytuacji. Zniekształcony przez modulator głos informuje ją, że jeśli chce wydostać się z limuzyny musi wykonywać jego polecenia. Musi być posłuszna tajemniczemu osobnikowi, który z jakiegoś nieznanego jej powodu postanowił zgotować Amandzie istne piekło.

Hiszpański thriller, „Szklana trumna”, jest pełnometrażowym debiutem Haritza Zubillagi, reżysera i scenarzysty kilku shortów, które tworzył od 1999 roku. Wyświetlona na paru festiwalach filmowych, od Stiges Film Festival począwszy, a w Japonii wpuszczona już na rynek DVD, „Szklana trumna”, wedle słów samego reżysera jest rozwinięciem dwóch jego wcześniejszych projektów, krótkometrażówek „Las horas muertas” i „She's Lost Control”. W tym drugim filmiku wystąpiła Paola Bontempi, ta sama, której Zubillaga powierzył rolę główną w swojej pierwszej pełnometrażowej produkcji. Reżyser „Szklanej trumny” zaznaczył jednak, że on i Aitor Eneriz, z którym napisał scenariusz omawianego obrazu, nie poprzestali na rozbudowaniu wątków zawiązanych w rzeczonych dwóch shortach, że nie dążyli do serwowania powtórki z rozrywki w wersji rozszerzonej, że w „Szklanej trumnie” ośmielili się zbadać nowe obszary, wykorzystać nowe pomysł, pójść o krok dalej.

Scenariusz „Szklanej trumny” opiera się na wielokrotnie poruszanym w kinematografii grozy motywie uwięzienia człowieka w jakimś obiekcie i poddawania go torturom. W filmie Haritza Zubillagi rzeczony obiekt to luksusowa limuzyna z pancernymi szybami, której wnętrze za sprawą oświetlenia przypomina futurystyczne pomieszczenie, przestrzeń, która z powodzeniem mogłabym być wykorzystana przez twórcę jakiegoś kameralnego obrazu science fiction. Już sam wybór miejsca akcji zasługuje na uznanie, ale z pewnością jawiłby się on nieporównanie mniej atrakcyjnie, gdyby realizatorzy nie starali się wysunąć go poza ramy zwyczajności. Praca kamer sprawia, że wnętrze luksusowej limuzyny w wielu ujęciach wydaje się być większe niż w rzeczywistości. W innych natomiast „ulega znacznemu skurczeniu”, zbliżenia sprawiają, że ma się wrażenie raptownego zmniejszenia przestrzeni, na której na swoje nieszczęście przebywa ceniona aktorka Amanda. A to rodzi delikatne poczucie klaustrofobii. Delikatne, bo „Szklana trumna” nie przygniata odbierającą dech ciasnotą, w zdjęciach nie widać, aż takiej śmiałości ze strony ich autorów, nie emanują one niemalże sadystycznym dążeniem do stłamszenia odbiorcy zewsząd napierającymi (również na niego, choć nie w dosłownym znaczeniu tego stwierdzenia) ściankami luksusowego pojazdu. „Szklana trumna” rodzi wrażenie klaustrofobii, ale twórcy nie pozwalają, aby całkowicie zawładnęło ono odbiorcą, nie nadaje mu takiej siły, o jaką szczerze powiedziawszy ta produkcja aż się prosiła. Niemniej ten niedosyt w moim przypadku po części został zaspokojony futurystycznym, miejscami wręcz psychodelicznym (nieprzesadnie, czyli tak jak lubię) wyglądem feralnego wnętrza. A żeby takowy uzyskać wystarczyło pobawić się światłami, poeksperymentować z trzema jaskrawymi kolorami otulającymi główną bohaterkę. Białe światło oznacza względne bezpieczeństwo, moment, w którym Amanda może zaczerpnąć tchu i psychicznie przygotować się na kolejne poniżające wyzwanie. Czerwone natomiast zapala się w momencie rozpoczęcia kolejnej próby bądź kary i pada na całe otoczenia protagonistki i ją samą do czasu jej zakończenia. A niebieskie to chyba coś pomiędzy stanem wzmożonego niebezpieczeństwa i względnego spokoju. Ewentualnie niemająca żadnego symbolicznego przełożenia na fabułę forma wzbogacenia atmosfery generowanej światłami, dokładająca swoją cenną wizualnie cegiełkę do swego rodzaju metafizycznej otoczki. Gdybym miała rozpatrywać „Szklaną trumnę” jedynie przez pryzmat miejsca akcji to musiałabym obsypać twórców niezliczonymi komplementami, z tylko jednym zastrzeżeniem odnośnie niezbyt silnego poczucia klaustrofobii, ale rzeczony obraz składa się też z innych elementów, nie jest pozbawionym treści pokazem technicznych zdolności filmowców, próbą unaocznienia wirtuozerii operatorów i oświetleniowców, projektem ludzi, którzy nie uznali za stosowne wymyślić jakiejś historii stanowiącej rdzeń ich przedsięwzięcia. Realizatorskie ozdobniki, jak widowiskowe by nie były pozostają tylko ozdobami, forma przekazu jest ważna, ale dla mnie fabuła zawsze jest najważniejsza. Nie musi być wymyślna, oryginalna, zaskakująca, nie musi przekazywać głębszych treści, skłaniać do ważnych przemyśleń, ani poddawać się kilku interpretacjom. Proste historyjki mają nawet większą szansę sprostać moim wymaganiom, pod warunkiem, że opowiada się je w sposób pozwalający mi w pełni zaangażować się w wydarzenia pokazywane na ekranie. A żebym mogła to osiągnąć muszę przede wszystkim „wejść w skórę” którejś z postaci albo mocno się do niej przywiązać, tak aby jej los nie był mi obojętny. Wydawać by się mogło, że thriller, w którym przez większość czasu pokazuje się zniewoloną, poniżaną kobietę będzie miał silnie rozbudowaną warstwę psychologiczną, że twórcy zagłębią się w jej psychikę w stopniu jeśli już nie zachwycającym to przynajmniej zadowalającym. A tymczasem tak na dobrą sprawę dostajemy jedynie ogólniki z życia głównej bohaterki, Amandy, w którą w nie do końca przekonujący sposób wcieliła się Paola Bontempi i parę tak nieśmiałych prób zanalizowania jej osobowości, że wrażenie niedosytu jest praktycznie gwarantowane.

„Szklana trumna” wbrew sugestii zawartej w tytule nie opowiada o człowieku uwięzionym w zakopanym samochodzie. Tajemniczy oprawca nie zasypuje ziemią samochodu, w którym tkwi jego ofiara, wzorem choćby głównego bohatera opowiadania Stephena Kinga pt. „Cadillac Dolana”, tylko zwyczajnie parkuje w jakimś zacisznym miejscu, gdzie nikt nie zakłóca mu wprowadzania jego okrutnego planu w życie. A polega on na nakręceniu filmu z cenioną aktorką w roli głównej, choć należałoby chyba powiedzieć, że jest to jedynie forma, w jaką ubiera swój zbrodniczy plan, a nie tworzenie filmu sensu stricto. Gatunek: porno, a w rol głównej aktorka, która dotychczas nigdy nie rozbierała się przed kamerą, która jak w pewnym momencie stwierdza jej oprawca wolała obnażać przed publicznością swoją duszę, nie ciało. Zasady są proste: Amanda musi wykonywać każde polecenie swojego oprawcy, którego zniekształcony głos wydobywa się z głośnika zainstalowanego w limuzynie, bo w przeciwnym wypadku spotka ją bolesna kara. Zachowania, do których jest zmuszana również dostarczają jej niemałych cierpień – tyle że natury psychicznej, a nie fizycznej. Kobieta jest poniżana przez człowieka, który wydaje się być zwykłym erotomanem wprowadzającym w życie swoje chore fantazje. Po drodze odnosząc również kilka obrażeń ciała, które prezentują się w miarę realistycznie (tylko krew mogłaby być nieco ciemniejsza), aczkolwiek nie zaszkodziłoby, gdyby trochę bardziej rozbudowano warstwę gore – dodano parę innych cielesnych tortur w takiej samej formie, jak te nieliczne ukazane na ekranie, czyli za pośrednictwem długich zbliżeń na poszarpane, broczące większą lub mniejszą ilością krwi rany. Ale nie to jest największą bolączką „Szklanej trumny”, niski stopień brutalności (w sensie cielesnych tortur) można jeszcze twórcom wybaczyć, ale na wspomniane już zaniedbanie płaszczyzny psychologicznej chyba nie sposób przymknąć oka. Haritz Zubillaga i Aitor Eneriz sprawiają, że ich scenariusz do pewnego momentu intryguje zagadkowością nie tylko w kwestii tożsamości i motywacji czarnego charakteru, ale również w przypadku pierwszoplanowej postaci będącej jego ofiarą. O Amandzie wówczas wiemy tylko tyle, że jest aktorką zmierzającą na galę, gdzie ma jej zostać wręczona nagroda za całokształt kariery i że ma męża imieniem Saul, który przez nieprzewidziane okoliczności tego wieczora nie będzie jej towarzyszył. Dowiadujemy się też, że jej kariera nabrała rozpędu po udziale w jakimś ambitnym filmie, który wprost zachwycił opinię publiczną. I do pewnego momentu ta garstka informacji wystarczy, aby z zainteresowaniem śledzić portretowane dzieje Amandy. Tajemnicza otoczka i oburzające wyzwania, przed jakimi stawia ją niezidentyfikowany oprawca sprawiają, że do pewnego momentu „Szklana trumna” stanowi całkiem intrygujące, trzymające w napięciu widowisko, w centrum którego tkwi osoba, której dobrze nie znamy, ale jeszcze wówczas przynosi to więcej korzyści niż strat. Bo roznieca w nas ciekawość, która zdaje się być większym dobrodziejstwem niźli możliwość wniknięcia w umysł kobiety. Z czasem jednak osobowość pierwszoplanowej postaci „zaczyna dopominać się o większą uwagę”, gehenna jaką Amanda przeżywa w luksusowej limuzynie i tajemnicza otoczka przestają wystarczać, a przynajmniej ja od pewnego momentu zaczęłam wręcz marzyć o szczegółowym portrecie głównej bohaterki. Po zwrocie akcji, który, przyznaję, zdołał mnie zaskoczyć nie tylko swoją treścią, ale także wyborem momentu, w którym został ujawniony, „Szklana trumna” zamienia się w dosyć banalny filmik. W nadal zubożałą pod kątem psychologii, aczkolwiek w nieco mniejszym stopniu, opowieść o czymś, co rozczarowuje nie tyle brakiem innowacyjności, ile pobieżnym zarysowaniem, niezbyt wnikliwym podejściem do tematu, bo akurat tej produkcji takie rozbudowanie bardzo by się przydało. „Szklana trumna” nie trwa nawet osiemdziesiąt minut – w dalszych partiach uwidacznia się duży (zbyt duży) pośpiech twórców, niejaki pęd do finału, a o ile bardziej emocjonalna „Szklana trumna” mogłaby być, gdyby dodano jej kilkadziesiąt minut, które poświęcono by na budowanie silniejszej więzi na linii widz-Amanda, na tworzenie większej intymności, zażyłości graniczącej z przedzierzgnięciem się w ofiarę odrażających praktyk pewnego osobnika.

W „Szklanej trumnie” uwidacznia się doświadczenie jej reżysera Haritza Zubillagi w krótkometrażowych obrazach w postaci, nazwijmy to, zubożenia fabularnego. Bo jest to tego rodzaju historia, która aż prosiła się o rozbudowanie warstwy psychologicznej, o rozciągnięcie dalszych partii scenariusza i ubranie wszystkiego w intensywniejszą formę. Ale mimo tych niedociągnięć (dla mnie, bo przecież nie każdy będzie się tak na to zapatrywał) „Szklana trumna” da się lubić – może niewielu widzów autentycznie się w niej zakocha, ale choćby miejsce akcji, jego futurystyczny wygląd i całkiem emocjonujący przebieg pierwszych partii seansu mają szansę do pewnego stopnia zadowolić oddanych wielbicieli thrillerów opartych na motywie zniewolenia jednostki, którą poddaje się przede wszystkim psychicznym torturom o zabarwieniu seksualnym. Emocje, które towarzyszyły mi później były nieporównanie słabsze, ale nigdzie nie jest powiedziane, że każdy odbiorca „Szklanej pułapki” podzieli moje odczucia. I faktem jest, że nawet wówczas, pomimo poczucia niedosytu, nie męczyłam się jakoś szczególnie, nie nabrałam przekonania, że oto postawiono mnie przed ogromnym wyzwaniem, że jeśli chcę dotrwać do napisów końcowych to muszę przejść przez gehennę niemalże tak samo bolesną, ja ta, którą przeżywa kobieta widziana na ekranie. Nie, aż tak źle nie było – idealnie też nie, ale na wzmożoną krytykę „Szklana trumna” i tak sobie nie zasłużyła.

Za seans bardzo dziękuję


Film wchodzi w skład przeglądu Fest Makabra 2

wtorek, 21 listopada 2017

„Devil's Whisper” (2017)

Alex jest głęboko wierzącym nastolatkiem, w przyszłości pragnącym zostać księdzem katolickim. Mieszka z rodzicami i młodszą siostrą Alicią, z którymi ma bardzo dobre relacje i jest ministrantem w parafii, której proboszczem jest ojciec Cutler, człowiek, u którego Alex często szuka dobrej rady. Pewnego dnia nastolatek w starej szafie, niegdyś należącej do jego nieżyjącej już babci ze strony matki, znajduje drewniane pudełko. Aby sprawdzić co jest w środku jego ojciec musi rozciąć znalezisko. Okazuje się, że wewnątrz spoczywa krzyżyk, którego Alex niezwłocznie wiesza sobie na szyi. Od tego momentu praktycznie ani na chwilę się z nim nie rozstaje. Wkrótce chłopca zaczyna nękać jakaś bestia, która zdaje się wpływać na jego osobowość.

„Devil's Whisper” to horror religijny, który w czerwcu 2017 roku gościł na Dances with Films Festival, a do szerokiego obiegu w Stanach Zjednoczonych został wpuszczony kilka miesięcy później, jesienią, trafiając na rynek DVD. Jego reżyserem jest niemający doświadczenia w kręceniu pełnometrażowych horrorów Adam Ripp, który był między innymi jednym z producentów „Everly” Joe Lyncha. O czym wspominam, bo mam wielką słabość do tego filmu. Scenariusz został napisany przez Paula Todisco i Olivera Robinsa, czyli Robbiego Freelinga z „Ducha” Tobe'a Hoopera i jego sequela.

Głównym bohaterem „Devil's Whisper” jest niespełna szesnastoletni Alex, w którego z całkiem dobrym skutkiem wcielił się Luca Oriel, a motywem przewodnim filmu jest jakże wysłużone opętanie. Wszystko zaczyna się od tajemniczego znaleziska, drewnianego pudełka ukrytego w starej szafie (lwa i czarownicy nie będzie), za jej życia należącej do babci głównego bohatera. Chyba każdy fan gatunku wie, że zagadkowe przedmioty znajdowane bądź otrzymywane przez bohaterów horrorów wróżą nie lada kłopoty, a więc już we wstępnej partii „Devil's Whisper”, po wydobyciu przez Alexa z wnętrza szafy małego pudełka, najpewniej usłyszą dzwonki alarmowe. Nabiorą przeświadczenia, że życie nastoletniego Alexa już wkrótce zamieni się w koszmar. Bogobojny, układny chłopiec, który marzy o zostaniu księdzem przekształca się w impertynenckiego, skorego do bitki wyrostka, głęboko raniącego swoich bliskich. Młodzieńczy bunt? Nie. My wiemy, że Alex został opętany przez jakąś nadnaturalną istotę, ale jego rodzice są przekonani, że jego problemy mają podłoże psychiczne. Otóż, w okresie dziecięcym główny bohater „Devil's Whisper” przeżył traumę, której nie pamięta i według nich dopiero teraz, w okresie dorastania, daje ona o sobie znać. W ten oto sposób scenarzyści wprowadzają w fabułę wątek psychologiczny, ale nie czynią tego w celu zaciemnienia istoty przypadłości Alexa. Nie chcą, żeby odbiorcy przez cały czas zastanawiali się, co tak naprawdę dolega głównemu bohaterowi, już prędzej starają się doprowadzić do koegzystencji obu tych motywów. Opętanie w „Devil's Whisper” ma współistnieć z pobieżniej zarysowanym wątkiem psychologicznym, oba te płaszczyzny mają być ze sobą nierozerwalnie związane, uzupełniać się nawzajem i jak na moje oko to zjawisko zostało ukazane całkiem znośnie. Oczywiście ubolewam nad tym, że nie zdecydowano się na dogłębniejsze wniknięcie w psychikę udręczonego nastolatka, że jego przypadku nie zanalizowano dużo szerzej, że poprzestano na półśrodkach pozostawiających pewien niedosyt. W zgłębianiu jego psychiki najbardziej przeszkadzała nieco rozproszona narracja – raptowne wskoki w kolejne wydarzenia bez należytego rozwinięcia poprzednich, co wyglądało tak, jakby scenarzyści mieli tak dużo do powiedzenia, że nie mogli sobie pozwolić na „marnowanie czasu” wchodzeniem w szczegóły. Tyle że wcale nie mają dużo do opowiadania, ich historia nie obfituje w coraz to bardziej zdumiewające wydarzenia, akcja nie pędzi do przodu w zawrotnym tempie atakując widza mnóstwem informacji. Twórcy mieli mnóstwo czasu na stworzenie intymności, na nurzanie się w umyśle głównego bohatera i generowanie zdecydowanie silniejszego napięcia w sekwencjach bezpośrednio poprzedzających konfrontację z tym czymś. „Tym czymś” nazywam efekt komputerowy, który robi za istotę nawiedzającą nastoletniego Alexa. Tak nierealistyczny twór, że jestem przekonana, że nawet gdyby coś takiego nagle wyrosło tuż przede mną, gdybym zobaczyła tak wadliwy obrazek w rzeczywistości to parsknęłabym śmiechem. Czarna postać z zamazującymi się konturami, która co jakiś czas objawia się głównemu bohaterowi, przemawia do niego, jej szept wręcz wwierca się w umysłu chłopca, który stara się oprzeć sile jego perswazji, dla mnie jest zdecydowanie najsłabszym, najżałośniejszym elementem tego obrazu. Żywym dowodem na to, że zastępowanie praktycznych efektów specjalnych wstawkami komputerowymi to jeden z najgłupszych trendów w historii kinematografii grozy.

Minęło już ponad czterdzieści lat od premiery bezcennego „Egzorcysty” Williama Friedkina, filmu który spopularyzował motyw opętania. Ale choć popularność tego wątku nie słabnie, choć powstały dziesiątki tego typu filmów i nic nie wskazuje na to, żeby kiedykolwiek przestano je kręcić to żaden nie może równać się z ponadczasowym „Egzorcystą” i jestem przekonana, że to nigdy nie ulegnie zmianie. „Devil's Whisper” „Egzorcyście” to nawet butów nie może czyścić. Nawet do tego jest za cienki – obok mrocznego horroru religijnego to nawet nie stał, a i o przerażającej charakteryzacji opętanego nieszczęśnika możemy zapomnieć. Złowieszcze spojrzenie Luci Oriela, błyskawice jakie momentami ciskają jego oczy, które później będą wyraźnie podkrążone to właściwie jedyna widoma oznaka złego stanu, w jakim się znajduje. Podczas jednego z irytująco efekciarskich spotkań z nadnaturalną istotą, będącego czymś na kształt mentalnego pojedynku z prześladowcą, gdzie stawką jest ciało chłopaka, twarz Oriela zostaje poddana kiepskiej obróbce komputerowej (zacieranie konturów), a z jego ust wąskimi strumyczkami wydobywa się ślina i to chyba tyle jeśli idzie o wygląd zewnętrzny opętanego chłopaka. Na szczęście dla mnie manifestacje bestii nie były zbyt częste, twórcy „Devil's Whisper” zauważalnie preferowali spokojniejsze podejście do motywu opętania, takie nieszafujące jump scenkami, czy coraz to bardziej niepokojącymi bądź obrzydliwymi dodatkami. Parę razy wytrącili mnie z równowagi tymi nieszczęsnymi CGI, ale zaraz po nich jakoś udawało mi wykrzesać z siebie umiarkowane zainteresowanie, pomimo nierównomiernego rozłożenia środków ciężkości. Najbardziej rzuca się to w oczy w dalszych partiach filmu, które nazbyt pośpiesznie przeprowadzają nas przez dramat nastoletniego chłopca, jego rodziny i znajomych. UWAGA SPOILER Największy niedosyt pozostawia wątek zabijania przez bestię każdego, komu Alex o niej opowiedział. Ledwo się zaczął, a już dobiegł końca. No i zastanawia mnie dlaczego demon oszczędził dziewczynę Alexa, skoro jego kolegów zabił w tym samym dniu, jednego po drugim. Księdza przemilczę, bo istnieje przecież możliwość, że chroniło go jego boskie powołanie... Drugim wątkiem, którego moim zdaniem należało nieco poszerzyć, omówić go dokładniej to dzieje dziadka Alexa, który jak wiele na to wskazuje również był ofiarą złośliwego demona teraz prześladującego jego wnuka. Przydałaby się dokładniejsza geneza tego nawiedzenia, bo poprzestanie na sugestii, że to pewien krzyżyk sprowadza na jego posiadacza owe przekleństwo jakoś mi nie wystarczało KONIEC SPOILERA. Ostatnim elementem, który aż prosił się o dopracowanie jest klimat. A ściślej o nadanie zdjęciom nieporównanie większej mroczności, nawet tym zrobionym pod osłoną nocy. Dominują jednak obrazy dzienne, które atakują feerią jasnych barw nieprzyjemnie kontrastujących ze złowieszczym tekstem mówiącym o szybko pogarszającym się stanie nastolatka, w sposób, który źle wróży osobom w jego otoczeniu. Ale i tak jakoś się to oglądało – bez silny wrażeń, na pewno nie całkowicie bezboleśnie, ale śledząc tę historię nie miałam poczucia niemiłosiernie dłużącego się czasu, nie ogarniało mnie przeświadczenie, że to się nigdy nie skończy, a oglądając współczesne horrory nierzadko borykam się z takim wrażeniem.

Horror religijny w wersji lajt – tak w skrócie mogę podsumować „Devil's Whisper” w reżyserii Adama Rippa. Według mnie to prosty film grozy, który niczym zapadającym w pamięć się nie wyróżnia, który grzeszy niedoborem napięcia, deficytem mrocznego klimatu i doprawdy żałosnymi efektami komputerowymi, ale ma do opowiedzenia w miarę ciekawą, choć na pewno nie oryginalną historię w centrum której tkwi postać, która da się lubić, której losy nie były mi obojętne. Chociaż nie poddano jej tak wnikliwej analizie, jakiej oczekiwałabym od tego typu historii. Od opowieści, w której kładzie się pewien nacisk na warstwę psychologiczną – ten nacisk powinien być silniejszy, ale przynajmniej nie czułam nieprzyjemnego dystansu do głównego bohatera. Obyłabym się bez znajomości tego filmu, bo pewnie i tak szybko o nim zapomnę, ale faktem jest, że nie męczyłam się zanadto podczas seansu „Devil's Whisper”. Ot, wypełniacz wolnego czasu na jeden raz, coś na co można się pogapić, ale nie trzeba. Chyba że jest się oddanym fanem horrorów o opętaniu, takim, który odczuwa wewnętrzną potrzebę obejrzenia wszystkich tego rodzaju filmów, jakie powstały i powstaną.

sobota, 18 listopada 2017

„Śmierć nadejdzie dziś” (2017)

Studentka Tree Gelbman zostaje zamordowana przez zamaskowanego osobnika w dniu swoich urodzin. W momencie swojej śmierci budzi się w akademiku i rozpoczyna się ten sam dzień co wczoraj. Dziewczyna widzi dokładnie to samo, przysłuchuje się wypowiedziom ludzi ze swojego otoczenia, które już zna, a wieczorem ponownie spotyka się z niezidentyfikowanym osobnikiem, który znowu pozbawia ją życia. I Tree po raz kolejny wita ten sam dzień. Wie co się wydarzy i może zmienić bieg wypadków, co też stara się uczynić. Młoda kobieta jest przekonana, że jeśli uda jej się przeżyć ten feralny dzień to wydostanie się z pętli czasowej, w którą z jakiegoś nieznanego jej powodu wpadła.

Reżyser „Śmierć nadejdzie dziś”, Christopher Landon, ma już pewne doświadczenie w filmowych thrillerach i horrorach. Pracował między innymi nad scenariuszami (sam i we współpracy z innymi autorami) „Paranormal Activity 2, 3, 4”, „Paranormal Activity: Naznaczeni”, Łowców zombie” w jego własnej reżyserii i „Niepokoju”, thrillera D.J. Caruso, który dla mnie jest najlepszą wizytówką Landona. Zrealizowany za niespełna pięć milionów dolarów horror z elementami czarnej komedii na podstawie scenariusza Scotta Lobdella w Polsce dystrybuowany pod tytułem „Śmierć nadejdzie dziś” (w oryginale „Happy Death Day”), odniósł niemały sukces kasowy. Szacuje się, że zarobił blisko dziewięćdziesiąt milionów dolarów, a przy tym zebrał sporo pozytywnych recenzji, również od krytyków.

Do „Śmierć nadejdzie dziś” zdążyła już przylgnąć etykietka: skrzyżowanie „Krzyku” Wesa Cravena z „Dniem świstaka” Harolda Ramisa (tytuł tego drugiego obrazu pada w omawianym filmie). I jak to w przypadku pastiszy często bywa gros widzów uznało oficjalną klasyfikację filmu za błędną. Przez wielu obraz „Śmierć nadejdzie dziś” jest uważany za czarną komedię i rzeczywiście sporo tego rodzaju (innego zresztą też) humoru objawia się w tej produkcji, ale moim zdaniem nie jest to jeszcze powód, żeby odmawiać jej przynależności do gatunku horror. Film Christophera Landona, tak samo jak nadmieniony „Krzyk”, jest pastiszem slasherów, przy czym za sprawą motywu przewodniego podejście tego pierwszego jest bardziej eksperymentalne. W kontekście wspomnianego nurtu horroru, bo już choćby „Dzień świstaka” (o którym dużo słyszałam i czytałam, ale nigdy go nie oglądałam – podejrzewam, że na te słowa wielu odpowie popukaniem się w czoło...) opowiadał o ciągłym powtarzaniu tego samego dnia przez głównego bohatera. W scenariuszu Scotta Lobdella każdego (w istocie tego samego) portretowanego wieczora z rąk tego samego człowieka ginie ta sama osoba, co jest ogromnym powiewem świeżości w podgatunku slash. Tak samo zresztą, jak „zmartwychwstania” zabitej wcześniej kobiety, a ściślej powroty do tego samego dnia z wiedzą o wszystkim, co ją czeka. W „Śmierć nadejdzie dziś” nie dochodzi jedynie do mordów głównej bohaterki (na przeróżne sposoby i w różnych miejscach), od czasu do czasu ginie ktoś jeszcze, a późniejsza śmierć tejże jest dla nich wybawieniem. Z czego następnego dnia, tj. tego samego, w ogóle nie zdają sobie sprawy. Nie pamiętają niczego z „poprzedniego” dnia, bo tak naprawdę rozpoczynają ten sam dzień. Tree, w doskonałym stylu wykreowana przez Jessicę Rothe, jest jedyną osobą przechowującą w pamięci wydarzenia z ostatnich kilkunastu godzin, a więc jedyną która może zmienić bieg wypadków. Bo, co ważne, w niniejszym filmie główna bohaterka nie jest zmuszana przez jakąś niepojętą siłę do powtarzania popełnionych już błędów. Można domniemywać, że jej najgorszym posunięciem w ten feralny poniedziałek, w dniu jej urodzin, była samotna wędrówka po mieście pod osłoną nocy, z zamiarem dostania się na imprezę organizowaną przez jej „siostry” z bractwa studenckiego. To wówczas została napadnięta przez zamaskowanego osobnika, który szybko pozbawił ją życia. Wydaje się więc, że zapobiegnie własnej śmierci po prostu nie zapuszczając się w ten rejon, ale niedługo potem okazuje się, że cokolwiek by zrobiła, gdziekolwiek by się udała, nie uniknie spotkania ze swoim oprawcą. Osobnikiem skrywającym swoje oblicze pod jakże pomysłową, dowcipną i zarazem złowieszczą, maską wyobrażającą twarz bobasa zaprojektowaną przez Tony'ego Gardnera, której pomysłodawcą był sam Christopher Landon, myślący wówczas o rychłych narodzinach swojego syna. Gardner jeśli wierzyć informacjom zamieszczonym na paru stronach internetowych wraz z Lorenem Gitthensem stworzył maskę Ghostface'a, którą potem wykorzystano w serii „Krzyk” w reżyserii Wesa Cravena. Wszystkie zgony Tree oraz mordy popełniane na osobach trzecich wydelikacono do granic możliwości. Najczęściej w chwili opuszczania narzędzia zbrodni na ciało głównej bohaterki następuje cięcie i raptowny przeskok do pokoju w akademiku zajmowanego przez niejakiego Cartera, z którym Tree spędziła noc z niedzieli na poniedziałek i jego współlokatora. Zbliżeń na odniesione obrażenia, litrów substancji imitującej krew wylewającej się z ciał ofiar (nazwijmy go) Bobasa, czy choćby szczegółowo ukazywanych momentów zagłębiania się w nie różnego rodzaju ostrych narzędzi w „Śmierć nadejdzie dziś” nie zobaczymy i w mojej ocenie jest to najpoważniejszy mankament tej produkcji. Posuwanie drastyczności do ekstremum mogłoby zaszkodzić temu projektowi, ale kilka delikatniejszych w formie i zdecydowanie bardziej pomysłowych scen mordów na pewno mocno by się mu przysłużyło, głównie dlatego, że w moich oczach trochę śmielsze podejście do warstwy gore stanowiłoby bardziej wyraziste uwypuklenie konwencji slash.

„Śmierć nadejdzie dziś” nie jest tak zwariowanym pastiszem, jak „Dom w głębi lasu”, czy nawet „The Final Girls”. Nie kombinuje z motywami kojarzonymi z horrorem w stopniu porównywalnym do tego pierwszego i nie zawiera tyle humoru i takiej swoistej lekkości przekazu co ten drugi, ale dowcip ujawnia się w nim częściej niż w „Krzyku”, z którym tak chętnie jest zestawiany. Christopherowi Landonowi i oczywiście Scottowi Lobdellowi udało się zgrabnie to wypośrodkować – doprowadzić do sytuacji, w której humor stanowi doskonałe dopełnienie motywów charakterystycznych dla kina grozy, element bez którego ta druga stylistyka w tym przypadku mocno by zubożała. Historia straciłaby na wyrazistości, ot stałaby się kolejną teen slasherową opowiastką o nudnej dziuni mierzącej się z zamaskowanym mordercą. I tylko pętla czasowa, motyw kojarzący się głównie z gatunkiem science fiction, odróżniałby ten obraz od wszystkich średniawych młodzieżowych rąbanek wyprodukowanych w XXI wieku, ale podejrzewam, że poważniejsze zacięcie w tym konkretnym przypadku zaszkodziłoby temu jakże chwytliwego wątkowi, na którym zbudowano zaskakująco trzymającą w napięciu slasherową opowieść o młodej kobiecie, od której wprost nie mogłam oderwać wzroku. O studentce, która znacznie wyróżnia się na tle pierwszoplanowych postaci zaludniających filmy wpisujące się w ten podgatunek horroru, która przez długi czas stanowi antytezę rasowej final girl. Jej osobowość jest przeciwieństwem charakterów czołowych kobiecych postaci pokazywanych w niezliczonych slasherach. Tree nie jest dziewicą, jak ognia unikającą używek i przeciwstawiającą się wszelkim młodzieńczym, kompletnie nieprzemyślanym wyskokom planowanym przez jej znajomych. Nie, główną bohaterkę „Śmierć nadejdzie dziś” poznajemy jako rozwiązłą seksualnie imprezowiczkę, która jest uwikłana w romans z żonatym wykładowcą, w ogóle nie przejmuje się uczuciami innych i przeżywa ciężkiego kaca po ubiegłonocnej zabawie, z której właśnie przez spożyty alkohol niewiele pamięta. Chociaż Tree stoi na pierwszym planie, przez długi czas bardziej upodabnia się do drugoplanowych kobiecych postaci ze slasherów. Do bohaterek, które zazwyczaj są najlepszymi przyjaciółkami final girls stanowiącymi ich kompletne przeciwieństwo. I przyznam szczerze, że to odwrócenie konwencji, ten typ czołowej bohaterki filmu slash, jaki zaprezentowano mi w omawianym obrazie, silniej przypadł mi do gustu od klasycznego obrazu „finałowej dziewczyny”. Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby każdy kolejny slasher obstawał przy takiej osobowości głównej bohaterki, żeby propozycja twórców „Śmierć nadejdzie dziś” była początkiem nowego trendu w tym nurcie kina grozy, bo jeśli o mnie chodzi niegrzeczne dziewczynki pokazywane na ekranie są większym gwarantem widowiskowości niźli przykładnie się prowadzące szare myszki, które starają się tonować swoich narwanych towarzyszy. Wspomniałam już, że recenzowane przedsięwzięcie Chrisophera Landona zaskakująco trzyma w napięciu, ale nie wyjaśniłam dlaczego to tak bardzo mnie zdumiało. Otóż, „Śmierć nadejdzie dziś” to kino stricte rozrywkowe, mainstreamowy horror ze sporą dawką humoru, a więc choćby już z tych powodów można się spodziewać kompletnie wyjałowionego z mrocznego klimatu patrzydła na jeden raz, o którym zacznie się zapominać już na początku napisów końcowych. Produkcji tak beznamiętnie podchodzącej do prawideł, którymi rządzi się ten gatunek filmowy, emanującej takim bezsensem, całą sobą krzyczącą, że metaforycznie rzecz ujmując jest towarem zdjętym z linii produkcyjnej, skrojoną pod tych stałych bywalców kin, dla których gatunek filmu nie ma znaczenia, liczy się tylko to, aby film był nowy. A tymczasem obraz Christophera Landona, pomimo najczęściej dosyć jasnej kolorystyki i praktycznie znikomej drastyczności, potrafi podnieść adrenalinę, zagrać na emocjach, otoczyć odbiorcę atmosferą nieuchronnego nieszczęścia, która ulega znacznemu zagęszczeniu w wielu sekwencjach poprzedzających zgony głównej bohaterki, dzięki nieśpiesznym przejściom od ataku Bobasa do śmierci jego ofiary, gdzie wszystko co pomiędzy filmowane jest z takim wyczuciem gatunku, że aż trudno uwierzyć, że ma się do czynienia z horrorem z głównego nurtu. I co istotne z punktu widzenia długoletniego wielbiciela slasherów w „Śmierć nadejdzie dziś” nie brakuje drobnych smaczków stanowiących niejaką wizytówkę tego podgatunku horroru – zobaczymy między innymi chwilowe ogłuszenie oprawcy i rezygnację z dobicia go albo powolne zbliżanie się z bronią do ponoć śpiącego mordercy zamiast zabicia go już w drzwiach, co znacznie zminimalizowałoby ryzyko. Takich nieprzemyślanych, żeby nie rzec nielogicznych zachowań głównej bohaterki będących celowych ukłonem w stronę tradycji filmów slash jest oczywiście więcej – z podejmowaniem wielokrotnych prób odkrycia tożsamości sprawcy na czele, bo przecież dużo łatwiej i szybciej byłoby po prostu zaczaić się na niego z bronią palną, co ułatwiała Tree wiedza o tym gdzie i kiedy się pojawi i zdjęcia maski z jego twarzy już po oddaniu śmiertelnego strzału – a każdy taki dodatek jest wpleciony w całość z takim smakiem i emanuje taką znajomością nurtu slash, że nie ma się wątpliwości, iż grupą docelową „Śmierć nadejdzie dziś” byli również, jeśli nie przede wszystkim, widzowie doskonale zaznajomieni z tym podgatunkiem horroru. Christopher Landon i jego ekipa nie zapominają o tej grupie odbiorców, a wręcz przeciwnie: próbują, i w moim przypadku skutecznie, przypodobać się im, sprostać ich wymaganiom podczas snucia historii, która w zarysie mocno odstaje od znanego im schematu, ale w szczegółach, także w przypadku portretu głównej bohaterki, stanowi doskonałe odzwierciedlenie tego co znają i kochają. Ponadto istnieje spora szansa, że końcówka zaskoczy niejednego widza, w takim samym stopniu, jak mnie. Aczkolwiek muszę zaznaczyć, że to co nastąpiło chwilę potem, sekwencja zamykająca, odrobinę mnie rozczarowała. UWAGA SPOILER Wolałabym niedopowiedzenie w postaci czarnego ekranu z odgłosem bijącego zegara. I niech każdy się zastanawia, jaki jest teraz dzień KONIEC SPOILERA
 
„Śmierć nadejdzie dziś” to jeden z lepszych horrorów z ostatnich lat, jaki widziałam. Zgrabny, trzymający w napięciu, ale też miejscami całkiem zabawny pastisz filmów slash, który owszem moim zdaniem nie dorównuje „Krzykom” Wesa Cravena i „The Final Girls” Todda Straussa-Schulsona, ale jak się okazuje wcale nie musi, żeby sprostać moim oczekiwaniom. Satysfakcja nie jest pełna, bo parę rzeczy można było poprawić, ale na tle większości współczesnych horrorów ta pozycja i tak wypada bardzo dobrze. Wydaje się być niemalże wyśmienitą propozycją dla wielbicieli slasherów. I entuzjastów kina rozrywkowego, ale nie tych, którzy tak bardzo przywiązali się do czystości gatunkowej, że ilekroć sięgną po coś bardziej eksperymentalnego spotykają się z głębokim rozczarowaniem, którzy zwyczajnie nie są w stanie zaakceptować absolutnie wszystkich hybryd komedii i horroru, którzy ze wstrętem wspominają między innymi wyżej wymienione pastiszowe produkcje.

piątek, 17 listopada 2017

Akcja CZYTAJ PL

Już w listopadzie w całej Polsce pojawi się 7 tysięcy darmowych wypożyczalni e-booków. Znajdziemy je m.in. na przystankach autobusowych, w restauracjach i w szkołach. Czytaj PL – jedna z największych na świecie akcji promujących czytelnictwo i jedyna taka w Polsce opanuje blisko 500 miast i mniejszych miejscowości na terenie całego kraju. Swoim zasięgiem wielokrotnie przebije poprzednie edycje i po raz pierwszy na taką skalę wykroczy poza granice kraju. Do wypożyczenia dostępne będą same bestsellery m.in. „Sekretne życie drzew” oraz „Shantaram”. 

Czytaj PL (www.czytajPL.pl) do tej pory było organizowane w niespotykanej w Polsce i na świecie skali, a w tym roku zasięg akcji będzie wielokrotnie większy. Akcja obejmie ponad 30 miast i dodatkowe 450, w których znajdują się szkoły biorące udział w akcji. Spośród 5000 zgłoszeń uczniów organizatorzy wyłonili 1000 Ambasadorów. Na ponad siedmiu tysiącach nośników pojawią się darmowe wypożyczalnie e-booków i audiobooków. Udostępnione zostaną kody QR do 12 bestsellerów, w tym 5 absolutnych nowości z 2017 roku. Po raz pierwszy w akcji weźmie udział 10 miast zagranicznych m.in.: Barcelona, Dublin, Lwów, Norwich, Nottingham, Praga i Reykjavik – Miasta Literatury UNESCO. Wszystko to będzie możliwe dzięki jednemu kodowi i jednej aplikacji. Zeszłoroczna edycja zachęciła do czytania tysiące osób. W tym roku przekona ich jeszcze więcej. Akcja organizowana jest już po raz piąty przez Krakowskie Biuro Festiwalowe, operatora programu Kraków Miasto Literatury UNESCO oraz platformę e-bookową Woblink.com. 
Wśród bestsellerowych książek każdy znajdzie coś dla siebie. W kategorii kryminał do wirtualnej wypożyczalni trafi szwedzka „Księżniczka z lodu” Camilli Läckberg, której powieści przetłumaczone zostały na ponad 40 języków w 60 krajach. Miłośnicy książek przygodowych będą mieli okazję przeczytać m.in. głośną powieść „Shantaram” Gregory'ego Davida Robertsa, która przedstawia historię legendarnego zbiega ukrywającego się w Indiach. W lesie dzieją się zdumiewające rzeczy! Odkryje je przed czytelnikami Peter Wohlleben w „Sekretnym życiu drzew”. Do wypożyczenia będą również nagrodzone Nagrodą Zajdla „Czterdzieści i cztery” Krzysztofa Piskorskiego, „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast” Filipa Springera, „#WstydźSię!” Jona Ronsona i „Korona śniegu i krwi” Elżbiety Cherezińskiej.

Do organizowanej z inicjatywy Instytutu Książki, pilotażowej odsłony akcji “Upoluj swoją książkę” zgłosiło się aż 1000 szkół ponadpodstawowych z całego kraju. Umożliwi ona wypożyczenie książki na 5 minutowej przerwie wprost z korytarza. Wystarczy smartfon i aplikacja. Na uczniów czekają również konkursy z atrakcyjnymi nagrodami. Ale to nie wszystko. W 200 restauracjach w ramach akcji „Czytaj PL na przystawkę” goście wypożyczą książki nie odchodząc od stolika, dzięki specjalnym nakładkom na menu.

Akcja Czytaj PL od początku jest organizowana w ramach programu Kraków Miasto Literatury UNESCO.

Aby skorzystać z darmowych wypożyczalni e-booków i audiobooków, należy pobrać aplikację Woblink ze sklepu App Store lub Google Play i przejść do zakładki Czytaj PL. Wystarczy jeden kod. Do całej kolekcji każdy może też zaprosić aż 5 znajomych. Czytaj PL trwa od 2 do 30 listopada. Lokalizator darmowych wypożyczalni e-booków można znaleźć na stronie www.czytajPL.pl


http://akcja.czytajpl.pl/
http://akcja.czytajpl.pl/obietnica.html



Lista dostępnych książek:

1. Wojciech Drewniak „Historia bez cenzury 2”
2. Krzysztof Piskorski „Czterdzieści i cztery”
3. Gregory David Roberts „Shantaram”
4. Filip Springer „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast”
5. Anna Kamińska „Wanda”
6. Jakub Małecki „Ślady”
7. Dan Ariely „Szczera prawda o nieuczciwości”
8. Elżbieta Cherezińska „Korona śniegu i krwi”
9. Camilla Lackberg „Księżniczka z lodu”
10. Peter Wohlleben „Sekretne życie drzew”
11. Jon Ronson „#WstydźSię!”
12. Marek Kamiński „Marek i czaszka jaguara”

Organizatorzy Czytaj PL: Krakowskie Biuro Festiwalowe, Woblink
Partner strategiczny: Instytut Książki
Organizatorzy odsłony w szkołach (Upoluj swoją książkę): Instytut Książki, Krakowskie Biuro Festiwalowe, Woblink
Wydawcy: Znak Horyzont, Wydawnictwo Literackie, Wydawnictwo Marginesy, Wydawnictwo Karakter, SQN, Smak Słowa, Zysk, Wydawnictwo Czarna Owca, Otwarte, Insignis Media, Znak Emotikon
Miasta partnerskie: Kraków, Poznań, Łódź, Wrocław, Gdańsk, Katowice, Lublin, Toruń, Częstochowa, Opole, Gdynia, Rzeszów
Pozostałe miasta biorące udział w akcji: Warszawa, Białystok, Bydgoszcz, Bytom, Chorzów, Mysłowice, Rybnik, Sosnowiec, Szczecin, Tychy
Miasta Literatury UNESCO biorące udział w akcji: Barcelona, Dublin, Dunedin, Edynburg, Lwów, Norwich, Nottingham, Praga, Reykjavik, Dundee
Patronat medialny: LubimyCzytać.pl, Niestatystyczny.pl
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa
Akcja objęta Patronatem Ministra Edukacji Narodowej


Źródło: wszystkie materiały podesłane przez wydawnictwo Smak Słowa / Business & Culture

czwartek, 16 listopada 2017

Shari Lapena „Nieznajoma w domu”

Karen i Tom Krupp to szczęśliwe małżeństwo mieszkające na bogatym przedmieściu Nowego Jorku. Ich dotychczasowe wspólne życie było zupełnie pozbawione większych trosk. Uważali się za idealną parę, toczącą wymarzoną egzystencję w spokojnym zakątku Stanów Zjednoczonych. Wszystko zmienia się w wieczór, podczas którego dochodzi do wypadku samochodowego w podejrzanej dzielnicy miasta. Karen po złamaniu kilku przepisów drogowych traci panowanie nad kierownicą i pojazd uderza w słup linii wysokiego napięcia. Kobieta doznaje wstrząśnienia mózgu i kilku innych niegroźnych obrażeń ciała. Od momentu przebudzenia w szpitalu utrzymuje, że nie pamięta niczego z tego feralnego wieczora. Nie potrafi wyjaśnić policji i swojemu mężowi, co robiła w owianej złą sławą dzielnicy, dlaczego przedtem w takim pośpiechu wybiegła z domu i złamała tyle przepisów ruchu drogowego. I co najistotniejsze nie jest w stanie powiedzieć detektywom z wydziału zabójstw kim jest zamordowany tego samego wieczora mężczyzna, z którym tuż przed jego śmiercią Karen najprawdopodobniej się spotkała. Lekarz zajmujący się nią w szpitalu twierdzi, że amnezja w przypadku wstrząśnienia mózgu nie jest niczym niezwykłym i istnieje duża szansa, że z czasem Karen wszystko sobie przypomni. Policjanci prowadzący tę sprawę mają jednak wątpliwości co do prawdomówności kobiety, dopuszczają możliwość symulowania częściowej utraty pamięci przez ich główną podejrzaną. Tom także nie potrafi jej zaufać, jest właściwie przekonany, że żona przez cały czas trwania ich związku coś przed nim ukrywała. Wkrótce okazuje się, że on również nie był z nią całkowicie szczery.

Kanadyjka, Shari Lapena, na rynku literackim zadebiutowała w 2008 roku powieścią „Things Go Flying”, która otrzymała nominację do Sunburst Award. W 2012 roku ukazała się jej druga książka, „Happiness Economics”, którą nominowano do Stephen Leacock Memorial Medal for Humour, a w 2016 roku odniosła całkiem spory międzynarodowy sukces dzięki pierwszemu thrillerowi w swojej pisarskiej karierze zatytułowanemu „Para zza ściany”. Poczytność, jaką cieszy się owa publikacja i ogrom pozytywnych recenzji, które zebrała, najprawdopodobniej stanowiły największą zachętę dla Lapeny, aby na dłużej zatrzymać się przy tym gatunku literackim. Kolejny dreszczowiec jej autorstwa, „Nieznajoma w domu”, ukazał się rok później i zdążył już zebrać wiele słów pochwalnych od zwykłych czytelników, krytyków i innych pisarzy.

„Para zza ściany” to jedno z moich większych odkryć literackich ostatnich lat. Fenomenalny thriller, który obudził we mnie podejrzenie (ale nie pewność), że właśnie obserwuję narodziny wielkiej gwiazdy, że jeśli tylko zdecyduje się ona pozostać przy gatunku, dzięki któremu rozsławiła swoje nazwisko ma dużą szansę dołączyć do panteonu najwartościowszych współczesnych autorów powieściowych dreszczowców. Lektura „Pary zza ściany” tak bardzo przypadła mi do gustu, że po najnowszą książkę Shari Lapeny sięgnęłam niejako w ciemno – nazwisko i przynależność gatunkowa były jedynymi danymi, którymi kierowałam się podczas wyboru lektury. Nie zapoznawałam się ze skrótowym opisem fabuły „Nieznajomej w domu”, ani tym bardziej z jej recenzjami opublikowanymi w Sieci, bo uznałam to za zbędny trud. „Para zza ściany” natchnęła mnie tak silnym postanowieniem przyjrzenia się kolejnemu thrillerowi Lapeny, jeśli tylko takowy pojawi się w Polsce, że absolutnie nic, żadne krytyczne słowa nie były w stanie odwieść mnie od tego zamiaru. Mimo wszystko nie pozwalałam sobie na zbyt duży entuzjazm, na wszelki wypadek zawsze staram się tłumić w sobie nadzieję, bo to pozwala uniknąć wielu rozczarowań. Choć oczywiście nie zawsze ta sztuka mi się udaje, ciągle pracuję nad zabijaniem tej przeklętej emocji, dlatego jak na razie odnoszę jedynie częściowe sukcesy. Właśnie taki niepełny sukces odniosłam w przypadku nastawienia do „Nieznajomej w domu” - wmówiłam sobie, że książka nie będzie wielką bombą, że pewnie zaobserwuję lekki spadek formy tej kanadyjskiej powieściopisarki, ale jednocześnie pozwoliłam sobie na przekonanie, że omawiany thriller okaże się na tyle dobry, żebym nie miała poczucia kompletnej straty czasu. I faktycznie, teraz nie wyrzucam sobie wyboru tej powieści, ale zgadza się również to, że dostrzegłam w niej pewien spadek jakości w porównaniu do „Pary zza ściany”. Uwidacznia się on w przewidywalności - właściwie przez cały czas o jeden krok wyprzedzałam autorkę. Może się to wydawać niewiele. Jeden kroczek to prawie tyle co nic, ważne, że już na początku nie rozszyfrowałam zakończenia... Ale w przypadku takiej konstrukcji fabularnej wspomniany mankament znacznie zyskuje na sile, nie pozwala odbierać tej opowieści w sposób, jaki próbowała narzucić autorka, ten najbardziej satysfakcjonujący, bo oszałamiający niespodziewanymi uderzaniami. Bombami, które nagle, bez żadnego ostrzeżenia zmieniają obraz całości, zmieniają nasze nastawienie do pierwszoplanowych postaci i kształt kryminalnej intrygi mozolnie rozpracowywanej przez dwóch detektywów z wydziału zabójstw. Nie wiem jak inni, ale ja miałam trochę czasu, żeby oswoić się z nową rewelacją i to jeszcze zanim Shari Lapena ją zaserwowała. A przez to, że nie mogłam mieć absolutnej pewności co do prawdziwości swoich podejrzeń zanim nie zostały one potwierdzone przez samą autorkę, przez wątpliwości, które do tego czasu siłą rzeczy mi towarzyszyły o piorunującym efekcie nie mogło być mowy. Częściową winę za przewidywalność ponosi moja znajomość stylu Shari Lapeny – „Para zza ściany” powiedziała mi czego powinnam wypatrywać, jaką perspektywę przyjąć i na co zwracać największą uwagę, bo Lapena w „Nieznajomej w domu” wykorzystała podobne zabiegi narracyjne. Wątpię jednak, żeby ciągle udawało mi się wyprzedzać autorkę o ten jeden nieszczęsny krok, gdyby swojej historii nie skleiła z tak popularnych motywów, z wątków, które wielokrotnie były już wałkowane zarówno przez powieściopisarzy, jak i scenarzystów. Tak, bez wątpienia przyczyniły się one do naznaczenia tej powieści niemałym stopniem przewidywalności, ale z mojego punktu widzenia przyniosły one tej historii także dużą korzyść.

Kryminalna intryga rozpoczyna się w momencie spowodowania wypadku przez Karen Krupp, gospodynię domową mieszkającą na przedmieściu ze swoim mężem Tomem. Ten wątek zostaje zawiązany już na początku powieści, Shari Lapena zanim jeszcze pozwoli nam dobrze zapoznać się z głównymi bohaterami „Nieznajomej w domu” opisuje wydarzenie, które jak można się tego spodziewać skomplikuje ich dotychczas bezproblemowy związek. Zaraz potem autorka przechodzi do nieoryginalnego, acz wciąż bardzo chwytliwego motywu częściowej utraty pamięci przez Karen i nie mniej znanego podejrzenia postaci ponoć dotkniętej amnezją o zabójstwo jeszcze wówczas niezidentyfikowanego mężczyzny. W tym momencie rodzą się pytania, czy kobieta rzeczywiście dopuściła się zbrodni, o którą jest podejrzewana i czy nie symuluje utraty wspomnień z tego feralnego wieczora, aby zwiększyć swoje szanse w nieuchronnie zbliżającym się starciu z wymiarem sprawiedliwości. Karen ewidentnie coś ukrywa, już na początku żaden odbiorca „Nieznajomej w domu” nie powinien mieć co do tego żadnych wątpliwości, ale nie jest takie pewne, że jej tajemnice mają jakiś związek z morderstwem popełnionym w podejrzanej dzielnicy Nowego Jorku. Pomimo tego, że wiadomo ponad wszelką wątpliwość, iż tego samego wieczora przebywała na miejscu zbrodni, że zostawiła tam coś, co do niej należało, i że w wielkim pośpiechu opuściła chylący się ku upadkowi budynek, w którym znaleziono podziurawione zwłoki mężczyzny. Pytania szybko zaczynają się mnożyć, pojawia się coraz więcej wątpliwości, grono podejrzanych zaczyna się rozrastać, a czytelnik nabiera coraz większej pewności, że ma do czynienia z dużo bardziej złożoną intrygą od tej zasugerowanej w pierwszej partii książki. Z opowieścią ulepioną z kilku motywów bardzo dobrze znanych każdemu długoletniemu wielbicielowi filmowych i literackich thrillerów, które stapiają się ze sobą w tak naturalny, niewymuszony sposób, że wprost nie można nie przyklasnąć biegłości Shari Lapeny w tej dziedzinie. Autorka wykorzystuje wyżej wspomniane i kilka innych wątków (których nie przedstawię, ażeby nikomu nie odebrać potencjalnego elementu zaskoczenia) charakterystycznych dla tego gatunku do zbudowania swojej własnej opowieści, w której nie znajdziemy żadnych, albo przynajmniej poważnych, przejawów zaniedbywania stopnia prawdopodobieństwa. Lapena nie naciąga faktów, nie zaniedbuje logiki sytuacyjnej, nie pląta się w swojej relacji, nie brakuje jej konsekwencji tj. ani na chwilę nie zapomina o podrzuconych wcześniej dowodach, o zasygnalizowanych tropach, które aż proszą się o jakąś interpretację. Przedstawiona przez nią intryga jest zwarta, spójna i bardzo prawdopodobna, a i portretom psychologicznym najważniejszych postaci nie można wyrzucać żadnych istotnych zaniedbań. Kanadyjka każdą płaszczyznę „Nieznajomej w domu” portretuje w sposób zwięzły, nie wdając się w rozwlekłe opisy miejsc, sytuacji i emocji towarzyszących czołowym uczestnikom tego „dramatu”, w dodatku cały czas pilnując aby akcja nie zwalniała zanadto na dłużej niż to jest konieczne i oczywiście często nadając jej jeszcze większy pęd od tego narzuconego w początkowej partii powieści. A najciekawsze w tym wszystkim jest to, że dynamizm nie przykrywa aspektów psychologicznych, nie utrudnia procesu „wnikania w skórę” pierwszoplanowych bohaterów przez czytelnika, nie ma się wrażenia śledzenia losów papierowych postaci, które byłyby nam kompletnie obojętne. Budzą silne podejrzenia, współczucie, sympatię i antypatię i właśnie zmuszenie mnie do obrania tych skrajnie różnych postaw względem nich uważam za największe osiągnięcie Shari Lapeny w tym konkretnym projekcie.

„Nieznajoma w domu” to nie „Para zza ściany” - osobom zaznajomionym z pierwszym thrillerem Shari Lapeny radzę nie nastawiać się na taki sam, moim zdaniem bardzo wysoki, poziom podczas zasiadania do lektury jej najnowszego dreszczowca. Tak na wszelki wypadek, bo oczywistym jest, że moje przekonanie o lekkim spadku formy tej kanadyjskiej powieściopisarki nie znajdzie odzwierciedlenia u absolutnie wszystkich odbiorców tych dwóch publikacji. Część czytelników może nawet dojść do wniosku, że „Nieznajoma w domu” przewyższa poprzedni thriller Lapeny, ale jeśli ktoś mnie pytałby o zdanie to bez namysłu wskazałabym „Parę zza ściany” jako zwyciężczynię tego umownego starcia. Niemniej omawianą powieść również muszę polecić fanom gatunku, ponieważ to że uważam to dokonanie za nieco słabsze od poprzedniego wcale nie oznacza, że nie dostarczyło mi ono żadnej przyjemności.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...