Pewnej
nocy 1953 roku trójka dzieci rozpoczyna grę, w której stawką jest
ich życie. O północy przywołują potwora, Midnight Mana,
lubiącego poprzedzać śmierć swoich ofiar konfrontacjami z ich
największymi lękami. Dzieci są przekonane, że jeśli będą
przestrzegać reguł gry to uda im się przetrwać do godziny
trzeciej trzydzieści trzy, bo właśnie wówczas bestia będzie
musiała wrócić tam skąd przybyła. Ale tylko jednej z nich udaje
się przetrwać tę noc.
W
czasach współczesnych nastoletnia Alex Luster wraca do domu, w
którym się wychowała, aby roztoczyć opiekę nad swoją chorą
babcią Anną. Tego samego, w którym w latach 50-tych pojawił się
Midnight Man. Wkrótce dziewczyna znajduje na strychu pudełko z
akcesoriami niezbędnymi do podjęcia śmiertelnie niebezpiecznej gry
z Midnight Manem. Ona i jej przyjaciel Miles zapoznają się ze
znalezioną w pudełku niepełną instrukcją i podążając za tymi
wskazówkami przywołują potwora. Nie potrzebują dużo czasu na
dojście do przekonania, że to nie jest niewinna zabawa dla dzieci
jak początkowo sądzili. Midnight Man istnieje i bardzo zależy mu
na wygraniu tej rozgrywki.
Travis
Zariwny, twórca między innymi remake'u „Śmiertelnej gorączki” Eliego Rotha i thrillera pt. „Intruder”, scenariusz swojego
kolejnego pełnometrażowego filmu, „The Midnight Mana”, spisał
w oparciu o film Roba Kennedy'ego. „Midnight Man” Zariwny'ego
jest bowiem remakiem irlandzkiego horroru o tym samym tytule z 2013
roku. Obsadę nowszej wersji zasilili doskonale znani wielbicielom
horrorów Robert Englund i Lin Shaye, ale nawet oni nie byli w stanie
zapewnić „The Midnight Manowi” dużej publiki. To obraz niszowy,
nierozpowszechniany na szeroką skalę, ukierunkowany na raczej
wąskie grono odbiorców, złożone głównie z osób
nieograniczających swojej przygody z filmowym horrorem do
mainstreamu. I tych, którzy nie mają dużych wymagań względem
kina.
Boogeyman,
Bye Bye Man, Crooked Man, a teraz jeszcze Midnight Man. Trochę się
tego namnożyło, a (moim zdaniem) i tak żaden z wyżej wymienionych „Manów”
nie umywa się do Candymana, postaci stworzonej przez Clive'a Barkera
na potrzeby jednego z jego opowiadań, które zostało przeniesione na ekran
przez Bernarda Rose'a. Ale do rzeczy. Omawiany film Travisa
Zariwny'ego, człowieka, który naraził mi się mizernym remakiem
bardzo dobrej „Śmiertelnej gorączki”, przedstawia z gruntu
prostą historyjkę, która (za wyjątkiem prologu i epilogu) zaczyna
się pewnego wieczora, a kończy już nad ranem, gdy za oknami panuje
jeszcze ciemność. Główną bohaterką jest nastoletnia Alex Luster
(taka sobie Gabrielle Haugh), która zawiesiła naukę, aby zająć
się swoją chorą babcią. Mieszkającą w dużym, starym domu
pełnym leciwych przedmiotów, w którym Alex spędziła dzieciństwo.
Wszystkie pomieszczenia spowija gęsty mrok, którego żarówki nie
są w stanie całkowicie rozproszyć. W miejscach tak skąpo
oświetlonych ciemność jest mniej zagęszczona, przyblakła, ale
wciąż obecna. A wokół nich bardziej zwarta. Wystarczy bowiem rzut
oka na dalszy plan, aby dostrzec napierającą zewsząd atramentową
czerń. Oświetleniowcy dbali jednak o to, żeby widz się w niej nie
zagubił, żeby nie przedzierał się po omacku przez wytwory
wyobraźni Roba Kennedy'ego i Travisa Zariwny'ego, ale ograniczając
przy tym ingerencję sztucznego oświetlenia do absolutnego minimum.
Jak na standardy współczesnego kina grozy oprawa wizualna „The
Midnight Mana”, kolorystyka zdjęć, wypadają całkiem smacznie.
Szkoda tylko, że Travis Zariwny nie potrafił właściwie ich
wykorzystać. Zręcznej żonglerki klimatem mi nie pokazał, nie
wydobył na powierzchnię niemałego potencjału drzemiącego w
obrazkach, a wręcz przeciwnie: ciągnął go w dół swoimi
rozpaczliwymi zabiegami, które w moim przypadku odnosiły skutek
przeciwny do zamierzonego. Nieśpieszne wędrówki protagonistów po
starym domostwie zamiast windować napięcie zmuszały mnie do
błądzenia gdzieś myślami, a i manifestacji Midnight Mana nie
poprzedzały elektryzujące, niezauważalne, ale doskonale odczuwalne
sugestie szybko zbliżającego się zagrożenia. Potwór nie
wypełniał ekranu wówczas, gdy moje nerwy były napięte jak
postronki, ani nawet w tych ułamkach sekund, w których nie byłam
na nie w pełni przygotowana (jump scenki), ale kiedy już się
pojawił robiło się dużo ciekawiej. Czarna maszkara, która nie
wzbudzała we mnie ani niesmaku, ani tym bardziej lęku, właściwie
to jej wygląd był mi kompletnie obojętny, zdołała mnie nieco
rozerwać. Zdecydowanie najlepsza była konfrontacja Midnight Mana z
przyjaciółką Alex i Milesa, imieniem Kelly, fanką creepypasty,
która później dołączyła do śmiertelnie niebezpiecznej gry.
Infantylizm bijący z tej sceny był wręcz rozbrajający – już
dawno się tak nie uśmiałam, a to przecież lepsze od nudnych
wędrówek bohaterów po ciemnym domostwie. Zaczyna się od tego, że
Kelly gaśnie świeczka, a wedle reguł gry w takim wypadku ma się
jedynie dziesięć sekund na jej zapalenie. Jeśli akurat nie da się
tego zrobić trzeba stworzyć krąg z soli i wejść do niego, bo w
przeciwnym razie padnie się ofiarą Midnight Mana. Świeczka Kelly
gaśnie. Knot jest mokry, więc jej przyjaciele ruszają na
poszukiwania nowej, a Kelly w tym czasie tkwi w ochronnym kręgu. I
wtedy Midnight Man, podejmuje pierwszą próbę zniszczenia kręgu,
puszczając wąski strumień wody w jego kierunku. Dziewczyna zarzuca
mu oszustwo (bo ponoć jego też obowiązują zasady tej gry), a on
to: „I co mi zrobisz?”. Więc Kelly naprędce wysypuje z doniczki
trochę ziemi w celu zatrzymania wody niebezpiecznie zbliżającej
się do kręgu. „No, no sprytna dziewczyna”, przyznaje pozornie
skonfundowany potwór, po czym ni z tego, ni z owego oblewa ją
litrami wody tym samym niszcząc zbawienny krąg. „Ha, ha i co ty
na to durne dziewczę?”. Oczywiście dokładnie takie zdania w tej
scence nie padały, trochę to podkoloryzowałam, ale nie sądzę,
żebym wypaczyła przy tym sens tego wszystkiego.
Podczas
gdy większość współczesnych nastolatków znalazłoby milion
lepszych sposób na wspólne spędzenie nocy, Alex i Miles, decydują
się przetestować starą grę znalezioną na strychu domu babci tej
pierwszej. Nie wierzą w istnienie Midnight Mana, zastanawia ich
jednak przerażenie w jakie wprawił Annę widok akcesoriów
niezbędnych do jej przeprowadzenia. A jako że nie mają nic
lepszego do roboty to myślą sobie: a co tam, pobawimy się trochę.
Jak dzieci... wróć... jestem pewna, że nawet dużo młodsi od nich
osobnicy współcześnie nie marnowaliby wolnego czasu na coś
takiego. Ale zostawmy to. Alex i Miles stosunkowo szybko wyzbywają
się sceptycyzmu. Dostają twarde dowody na istnienie potwora żądnego
krwi graczy, ale mają powody sądzić, że jego też obowiązują
pewne zasady. Ponoć bestia nie może wyrządzić im krzywdy dopóki
ich świeczki nie zgasną, a nawet jeśli do tego dojdzie to mają
dziesięć sekund na ponowne zapalenie ich. A w razie gdyby to nie
było możliwe zawsze mogą usypać krąg z soli, bo dopóki będą w
nim tkwili to Midnight Man ich nie tknie. Bo jeśli ich dopadnie będą
musieli zmierzyć się ze swoimi największymi lękami, po czym
niechybnie stracą życie. Umrą też wówczas, gdy wyjdą na
zewnątrz, więc ucieczka z domu w ogóle nie wchodzi w grę. Alex,
Miles, a potem także Kelly będą również musieli unikać
dłuższych postojów, bo pozostawanie w ruchu zmusza Midnight Mana
do trzymania się na dystans. Ale przecież to utrudnia prowadzenie
dyskusji, a w końcu trzeba wszystko dokładnie omówić, nawet
wówczas, gdy jedna z uczestniczek gry znajduje się w sytuacji
bezpośrednio zagrażającej jej życiu... Travis Zariwny oblał
kilka ujęć niewielką dawką substancji imitującej krew, zahaczał
o warstwę gore nawet poprzez zbliżenia na poszarpane rany,
ale takie nieśmiałe próby zniesmaczenia odbiorców mogą
zniesmaczyć co najwyżej te osoby, które nigdy wcześniej z krwawym
kinem grozy się nie zetknęły. Wydaje mi się, że twórcom „The
Midnight Mana” bardziej zależało na stworzeniu horroru
paranormalnego, filmu o nadnaturalnym bycie, lekko okraszonego
umiarkowanie krwawą makabrą, ale z zachowaniem dominującej roli
tego pierwszego rodzaju horroru. Widać, że przede wszystkim starali
się zbudować atmosferę grozy wynikającej z nieustannie
odczuwalnej obecności bestii nie z tego świata, ale na mnie te ich
wysiłki nie wywarły żadnego wrażenia. Dwoili się i troili, a
moje nerwy nawet nie drgnęły. Chociaż nie. Parę sekwencji z
udziałem Lin Shaye, lekko trącały we mnie jakąś głęboko ukrytą
strunę, troszkę złowieszczości z nich emanowało, ale tylko z
powodu kunsztu tej aktorki, bo realizatorzy ewidentnie trzymali się
w jej cieniu. Nie potrafili zbudować mrożącej krew w żyłach
otoczki dla doskonałego warsztatu Shaye. Poza tym muszę przyznać,
że takiego obrotu sprawy w finale (przed epilogiem) się nie
spodziewałam. Nie przewidziałam tego, ale nie była to rewelacja
takiej wagi, żeby wgniotła mnie w fotel.
„The
Midnight Man” jest dla mnie horrorem poniżej przeciętnej. Takim
prostym, lekkim i dosyć naiwnym tworem, który próbuje budować
jakiś tam klimat, ale choć twórcy zauważalnie wkładali w to
sporo wysiłku oczekiwanego efektu, przynajmniej na mnie, to nie
wywarło. Scenariusz też nie porywa, a infantylizm bijący z paru
scen co poniektórych widzów może nielicho zirytować. A innych,
tak jak mnie, zwyczajnie rozśmieszyć. A przecież lepiej się
trochę pochichrać niż nudzić jak mops...
Tytuł zapisuję.
OdpowiedzUsuńŚwietny film, jak można nie pochwalić tej szalonej babci i samego demona mającego w sobie coś z iglaczka z Hellraisera, podobne okrucieństwo i brak wrażliwości. Muzyka naprawdę buduje klimat, niby schematyczne a jednak mnie wzięło. Gdy ciągnie kolejne zwłoki, które przegrały z sumieniem lub jakimś lękiem o innej genezie, czuje się dreszcz. Ten film przypomina mi Naznaczonego, równie powolne tempo, skoncentrowanie się na wnętrzu właściwie jednego domu, umysłu. Najlepsze kreacje to babcia i sam potwór, ma jakiś taki wesoły charakterek, niczym właśnie Fredy Kruger vel Robert Englund który grał w tym filmie doktora. Zło lubi się bawić i oszukiwać. Gra zniszczyła wszystkich, całą rodzinę,trwała przez lata, od babci do wnuczki i przeniosła się dalej, niczym kostka z Hellraisera. Jak to powiedział King, horror to gatunek konserwatywny, w kółko obraca te same tematy i mi to w tym filmie wystarczy. Nie wiedziałem że to remake. Muszę zobaczyć oryginał. Dzięki za fajną choć okrutną recenzję. Andrzej
OdpowiedzUsuń