Stronki na blogu

piątek, 27 stycznia 2023

„Obóz Cheerleaderek” (1988)

 

Zmagająca się z koszmarami sennymi Alison Wentworth, jej chłopak Brent Hoover i pozostali członkowie ich drużyny przybywają na letni obóz dla cheerleaderek i cheerleaderów prowadzony przez nieodpowiedzialną panią Tipton. Alison nie może oprzeć się wrażeniu, że Brent nie poświęca jej tyle uwagi, co innym obozowiczkom, że bezwstydnie flirtuje z także zainteresowanymi nim dziewczynami. Niedługo po przybyciu na obóz Alison znajduje zwłoki jednej z nich. Wszystko wskazuje na samobójstwo, ale dziewczyna ma wątpliwości. Kolejny makabryczny incydent skłania ją do bliższego przyjrzenia się tej sprawie. Początkowo podejrzenia cheerleaderki koncentrują się na jednym z pracowników pani Tipton, ale wraz z rozwojem sytuacji będzie w niej rosła obawa o stan własnej psychiki. Coraz częściej będzie dopuszczać do siebie myśl, że to ona jest zabójczynią.

W Polsce funkcjonujący pod trzema nazwami: „Obóz Cheerleaderek”, „Wakacje z cheerleaderkami” i „Wodzirej” (oryg. „Cheerleader Camp”, pierwotnie zatytułowany „Bloody Pom Poms” i pod tym tytułem dystrybuowany choćby w niektórych europejskich krajach; znany też jako „Bloody Nightmare” i „Bloody Scream”) amerykański niskobudżetowy camp slasher wyreżyserowany i wyprodukowany przez debiutującego w tej pierwszej roli, nieżyjącego już Johna Quinna. Scenariusz napisali David Lee Fein i R.L. O'Keefe podobno luźno inspirując się autentycznym morderstwem amerykańskiej licealistki Kirsten Mariny Costas, do którego doszło w 1984 roku w jej rodzinnym miasteczku Orinda w Kaliforni – zadźgana przez koleżankę z klasy Bernadette Protti. Główne zdjęcia powstawały we wrześniu 1987 roku głównie w hrabstwie Tulare w stanie Kalifornia (Camp Nelson i Sequoia National Forest) oraz mieście Bakersfield w hrabstwie Kern w Kalifornii. Twórcy „Obozu Cheerleaderek” zaangażowali się też w pracę nad kontynuacją tej pozycji, ale projekt upadł, czy raczej doprowadził do powstania „Camp Fear” aka „The Millennium Countdown” aka „Mystic Mountain” (1991), w gruncie rzeczy odrębnej, niezależnej produkcji w reżyserii i na podstawie scenariusza Thomasa Edwarda Keitha. Sequel pojawił się dopiero w 2014 roku w wyniku działalność innego zespołu filmowców: „Cheerleader Camp: To the Death” Dustina Fergusona.

Była żona Jigsawa, Jill Tuck, w młodości bawiła na Camp Hurrah. A właściwie Betsy Russell odtwórczyni pierwszoplanowej postaci w pierwszym reżyserskim osiągnięciu Johna Quinna. Niepoważnym camp slasherze, który wprawdzie obrósł małym kultem, ale wśród wielbicieli gatunku trudno wypatrzyć osoby stawiające go w jednym rzędzie choćby z takimi gigantami obozowych siekanin, jak „Piątek trzynastego” Seana S. Cunninghama i „Uśpiony obóz” Roberta Hiltzika, a nawet mniej docenianym „Madmanem” Joego Giannone. Też uważam, że to zupełnie inna liga slasherowania, na co prawdę mówiąc przygotował mnie już prolog „Obozu cheerleaderek”. Nieutrzymany w stosownie onirycznym klimacie (w świecie marzeń sennych panuje praktycznie identyczna atmosfera, co w umownej twardej rzeczywistości), za to stosownie zwariowany wstęp do dłuższego koszmaru nastoletniej Alison Wentworth. Słoneczne lato „na włościach” antypatycznej pani Tipton (niezgorsza kreacja Vickie Benson), w zalesionym zakątku Stanów Zjednoczonych, gdzie w domyśle każdego lata gromadzą się zespoły pomponiarzy z różnych szkół średnich. Wakacje na Camp Hurrah pod przewodnictwem nie takiej znowu rasowej final girl, przekonująco odegranej przez wspomnianą już Betsy Russell (według mnie to najlepszy aktorski występ na tym filmowym planie) cheerleaderkę, która od początku ma złe przeczucia w związku z tym wypadem. Właściwie w związku ze swoim chłopakiem, Brentem Hooverem (przeciętna gra Leifa Garretta), zachowującym się trochę jak dzieciak w sklepie ze słodyczami. Istny raj dla takiego podrywacza jakim niewątpliwie jest Brent – twórcy udowadniają to tuż po szumnym „dobiciu do brzegu” Alison, Brenta, Timmy'ego Mosera, Bonnie Reed, Pameli Bently, Theresy Salazar i pełniącej funkcję maskotki w ich zespole Cory Foster. Chłopak na oczach swojej dziewczyny wdaje się w miłą pogawędkę z jasnowłosą obozowiczką. Naszych uszu dojdzie wiele mówiący fragment tej zajmującej rozmowy, Alison jednak zaalarmuje wyłącznie mowa ich ciała. Właściwie już wcześniej martwiła się o swój związek z Brentem, miała uzasadnione zastrzeżenia do zachowania jej wielkiej miłości. Przewodnia postać „Obozu Cheerleaderek” nie zamierza tak łatwo się poddać; jest zdecydowana walczyć o Brenta, niekoniecznie jednak „wszelką dostępną bronią”. Chłopak od dawna namawia ją do skonsumowania ich związku, definitywnego rozstania z pasem cnoty, ale Alison woli z tym poczekać. Może boi się, że po spełnieniu jego życzenia, Brent z nią zerwie. Niezwłocznie przystąpi do poszukiwań następnej naiwnej, inne oficjalnej dziewczyny, której zapewne też nie będzie wierny. Bo tylko czekać, aż Brent znajdzie bardziej chętną damą od Alison. Aż zazna upragnionej rozkoszy w ramionach innej. Żeby tylko jednej...? Postawa Brenta nie jest jedynym zmartwieniem Alison. Jej biedną głowę zaprzątają też koszmarne sny, w jej mniemaniu mogące mieć jakiś związek (wskazówki?) z niepokojącymi wydarzeniami na obozie. I tak potencjalna final girl trafi na listę podejrzanych sporządzoną przez scenarzystów „Obozu cheerleaderek”. Ona sama będzie coraz bardziej utwierdzać się w przekonaniu, że to właśnie jej ręce są splamione krwią. Jej alter ego eliminuje konkurentki w grze miłosnej? Osobowość wieloraka? Bo raczej nie wyrachowana morderczyni, z premedytacją wkładająca maskę niewiniątka, świadomie ukrywająca swoje okrutne ja. Raczej niemająca wiele wspólnego z inną nietypową final girl, która narodzi się dekady później (dość głośny slasher z 2006 roku). Zakładając, że podejrzenia Alison są słuszne, że jej największa obawa znajdzie potwierdzenie prawdopodobnie dopiero w finale tej dość topornej obozowej historyjce. I mimo wszystko mocno przewidywalnej.

Królem płaszczyzny komediowej twórcy „Obozu Cheerleaderek” zdecydowanie uczynili puszystego Timmy'ego Mosera (widowiskowa kreacja Travisa McKenny). Napalonego misia, młodocianego wojerystę, którego śmiałe wyczyny bardziej bawią, niż denerwują obozowe środowisko. A przynajmniej rówieśniczki tego niemoralnego domorosłego dokumentalisty nie potrafią się na niego gniewać. Chłopak ma ogromnych dystans do siebie, potrafi obrócić w żart nawet najbardziej niezręczne sytuacje, w pewnym sensie celując w samego siebie. Zamiast się wściekać pośmiejcie się z faceta przebranego za babkę, który „w wielkim stylu” już wjechał do obozu pani Tipton. Świecąc pośladkami i nie piekąc raka nawet wtedy, gdy to małe widowisko nieco wymknęło się spod kontroli. Z pewnością nie taki był plan Timmy'ego, ale koniec końców widać docenił poczucie humoru Opatrzności. Zabawę jego kosztem. „Prawą ręką” tego koronowanego klauna w moim przekonaniu jest pani Tipton, lekkomyślna, rażąco niesprawiedliwa, wręcz infantylna kierowniczka tytułowego przybytku. Kobieta ciesząca się specjalnymi względami u szeryfa, zaalarmowanego przez inną tymczasową mieszkankę tego przeklętego obozu. Nie tego chciała niemądra szefowa między innymi obleśnej złotej rączki, nieprzychylnego jej, w ogóle dość aroganckiego pijaczka, pierwszego podejrzanego nastoletniej „pani detektyw”. Może Alison powinna była się tego trzymać? Poświęcić więcej czasu owemu wścibskiemu, hałaśliwemu osobnikowi? Alison zainteresowała się nim po drugim ekstremalnie nieprzyjemnym przeżyciu na Camp Hurrah. Najpierw (w sumie dwukrotnie) „nadziała się” na martwe ciało blondynki, która najwyraźniej wpadła w oko Brentowi. Obozowiczki, która teoretycznie podcięła sobie żyły. Dlaczego? Nikt nie wie, ale stan zwłok nie pozostawia niezbyt przejętej kierowniczce (faktyczne przekonanie czy część jej gry, sposób na odsunięcie od siebie ewentualnych podejrzeń?) wątpliwości, że dziewczyna sama targnęła się na swoje życie. Jak widać skutecznie. Bo widać – nieruchoma postać z rozpostartymi ramionami i dość obficie zakrwawionymi (niezbyt przekonująca imitacja posoki) nadgarstkami, leżąca na swoim obozowym łóżku. Z mocniejszych akcentów wyróżnia się jednak sekwencja z nożycami/sekatorem, czyli mocne pchnięcie w głowę. Zaryzykuję twierdzenie, że to jedyny krwisty moment, który ma szansę zapaść w pamięć przynajmniej częstych gości w domu slash, ale muszę też docenić mięsistą ranę (uroczo poszarpane mięsko): śmiertelny cios w plecy oraz „wysyp” ludzkich wnętrzności. Nic szczególnie drastycznego, niemniej w tym nurcie widziałam dużo mniej dosadne produkcje. Większych skąpców jeśli chodzi o wizualne masakry, ale w niektórych przypadkach (pierwszy z brzegu przykład: „Halloween” Johna Carpentera) nieporównywalnie bardziej emocjonujących. W „Obozie Cheerleaderek” wszystko wydawało mi się takie... płaskie? Tak, to chyba odpowiednie słowo. Denerwująco przyjazny klimat – dominują sceny dzienne, w których próżno szukać tej ponurości, jaką cechuje się choćby niewątpliwie najsłynniejszy camp slasher w historii kina (mowa oczywiście o „Piątku trzynastego” Seana S. Cunninghama), a kiedy wreszcie przychodzi najpewniej najdłuższa noc w życiu tutejszych bohaterów, atmosfera jakoś nie staje się cięższa. W każdym razie przez gęste ciemności na tym zabójczym obozie nie będzie trzeba się przedzierać. Jasność ani razu nie umknie jak niepyszna, nie pozwoli wysforować się naprzód przebrzydłemu mrokowi. Niby John Quinn i jego ekipa skompletowana na potrzeby „Obozu Cheerleaderek” poświęcili trochę czasu na budowanie odpowiedniego podłoża (w zamiarze powolna intensyfikacja napięcia) pod niektóre agresywne wejścia niewidocznego oprawcy, ale na mnie to jakoś nie działało. Zamiast jakże pożądanego napięcia czułam coś niebezpiecznie graniczącego z nudą. Przeklęta obojętność, frustrująco spokojne oczekiwanie na nieuniknione. Usilne próby zaciemnienia prawdy, wyprowadzenia w pole dociekliwych widzów, dzisiejszym odbiorcom mogą się wydać w najlepszym razie śmieszne, a w najgorszym przerażająco żałosne. Tylko dzisiejszym? Czy takie zabiegi szczyciły się dużo większą skutecznością w ostatnich dekadach XX wieku? Czy wówczas pierwsze reżyserskie dokonanie Johna Quinna mniej ryzykowało przedwczesną dekonspiracją? Nie było aż tak przejrzyste, jak obecnie? Bo skoro tak mało domyślna osoba jak ja błyskawicznie rozwiązała Wielką Zagadkę Camp Hurrah, zagadkę pod tytułem „Kto zabija?”, to nie mam powodu zakładać, że innym odbiorcom niniejszej obozowej ciekawostki na tym polu mniej się poszczęści. Albo bardziej, bo jak by nie patrzeć to dodatkowa, może nawet największa atrakcja. Niespodzianki zawsze w cenie... a może się mylę?

Obóz Cheerleaderek” Johna Quinna poza już raczej wąskie grono nieuleczalnych pasjonatów filmów slash raczej nie wyjdzie. W każdym razie ja jakoś nie mam odwagi polecać tego dziełka nawet okazjonalnym odbiorcom horrorowych rąbanek. Tylko największym slasherowym obżarciuchom. Niewybrzydzającym, podobnie jak ja, biorącym wszystko, co podleci. Nieważne jaki, grunt, że slasher;) A na moje oko dość słabowite to dziełko. Niedomagające stworzonko, ale nieboraka z takiego zacnego rocznika nie przytulić? No musiałam - taki nałóg.

środa, 25 stycznia 2023

Mark Edwards „Zło pójdzie za tobą”

 

Mieszkający w Londynie Daniel Sullivan i Laura Mackenzie w trakcie letniej podróży po Europie zostają wyrzuceni przez pograniczników z pociągu, wraz z nowo poznaną młodą kobietą Aliną. Skąpana w gęstych ciemnościach rumuńska głusza nieoczekiwanie odkrywa przed nimi swój upiorny sekret. Szukając koleżanki Daniel i Laura docierają do zaniedbanego domu w lesie. Nieproszeni zagłębiają się w jego nieprzyjazne wnętrze, a niedługo potem wybiegają zeń w popłochu. Parę miesięcy po powrocie do Londynu Daniel rozpoczyna terapię psychiatryczną w nadziei na zwalczenie zespołu stresu pourazowego, fatalnego skutku mrocznej przygody w rumuńskim lesie. Stan psychiczny Laury wcale nie jest lepszy, ale kobieta nie zamierza korzystać z pomocy specjalisty i najwyraźniej, w przeciwieństwie do niego, nie jest zainteresowana utrzymaniem związku z Danielem. Przeprowadza się do przyjaciół, a wkrótce potem nabiera przekonania, że odwiedza ją duch boleśnie znanej kobiety. Daniel też nagle staje w centrum wielce niepokojących wydarzeń prawdopodobnie mającymi związek z ich traumatycznymi przeżyciami w Rumunii.

Druga wydana w Polsce - po „Głuszy” - samodzielna powieść Marka Edwardsa, bestsellerowego brytyjskiego autora, który szczególnie upodobał sobie thrillery psychologiczne z dodatkiem innych gatunków, najczęściej szeroko pojętego horroru. „Zło pójdzie za tobą” (oryg. „Follow You Home”) swoją światową premierę miało w 2015 roku, a prawa do sfilmowania niniejszej historii zostały sprzedane amerykańskiej firmie CBS Studios. Na polski rynek, tak samo jak w przypadku hitowej „Głuszy”, książkę wprowadziło wydawnictwo Muza w roku 2022, w sugestywnej intensywnie czerwonej okładce zaprojektowanej przez Mariusza Banachowicza i starannym tłumaczeniu Andrzeja Goździkowskiego. Mark Edwards, absolwent Rye College i Staffordshire University, z dyplomem z socjologii, były pracownik kolei i nauczyciel języka angielskiego w stolicy Japonii, w swojej całkiem obszernej bibliografii obok samodzielnych powieści ma utwory napisane wspólnie z Louise Voss. W Polsce jak dotąd ukazał się tylko jeden owoc ich współpracy, thriller/kryminał pt. „Śmiertelna terapia” wypuszczony przez oficynę Hachette Polska.

Coś za nimi chodzi. Za trzydziestoparoletnimi londyńczykami, programistą zajmującym się tworzeniem aplikacji mobilnych Danielem Sullivanem oraz pracującą w dziale marketingu w organizacji dobroczynnej ukierunkowanej na osoby nieletnie Laurą Mackenzie, zakochaną parą, którą nieoczekiwanie rozłączyła mrożąca krew w żyłach przygoda w ojczyźnie Draculi. W posłowiu załączonym do „Zło pójdzie za tobą” Mark Edwards przedstawia historię ze swojej młodości, która zainicjowała ten literacki projekt. Podróż, która nie do końca ułożyła się po myśli jego i jego ówczesnej towarzyszki. Podróż, która sympatykom kina grozy może przypomnieć „Hostel” i/lub „Hostel 2” Elia Rotha. Główny bohater i zarazem częściowy narrator Daniel (pozostałe, skoncentrowane na wybrance jego serca, rozdziały, spisano w trzeciej osobie) razem ze swoją dziewczyną Laurą uznał, że przed wejściem w związek małżeński, i jeśli szczęście im dopisze, sprowadzeniem na świat przynajmniej jednego potomka, warto wybrać się na dłuższą wycieczkę, na niemały objazd Europy. Zastajemy ich na stacji kolejowej w Budapeszcie, gdzie niebawem zajeżdża pociąg, którym przekroczą granicę węgiersko-rumuńską. Przy okazji poznając inną, ale już chyba mniej dobraną parę: małomówną niespełnioną autorkę komiksów Alinę i bardziej kontaktowego Iona. Kiedy zmęczenie zacznie porządnie dawać im się we znaki, Daniel i Laura odważą się skorzystać z pustego wagonu sypialnego. Ich bilety nie pozwalają na korzystanie „z takich luksusów”, ale nowi znajomi obiecują, że będą ich zabezpieczać. Po przebudzeniu, Anglików czeka jednak koszmar na jawie. Nie dość, że ktoś ich okradł, to jeszcze pogranicznicy traktują ich z najwyższą surowością. Wyrzucają Daniela, Laurę i Alinę z pociągu, zostawiają na jakimś odludziu – w środku nocy tuż pod bezkresnym lasem. Na terytorium „dzieci nocy krwiożerczego hrabiego”. W każdym razie pechowych podróżników niepokoją zdziczałe czworonogi, złowieszcze preludium do tajemniczego przedstawienia w głębi rumuńskiego lasu. „Martwe zło” Sama Raimiego? Prędzej „Jaś i Małgosia” braci Grimm, które to skojarzenie niewątpliwie nasunęło się także autorowi „Zło pójdzie za tobą”. Na szczegóły traumatycznego przeżycia Daniela i Laury będziemy musieli trochę poczekać. Mark Edwards będzie opuszczał tę kurtynę stopniowo, nie zachowując przy tym porządku chronologicznego, motywując to psychiczną blokadą głównych zainteresowanych. Po powrocie do Londynu Daniel i Laura podjęli beznadziejną walkę z toksycznymi wspomnieniami. Myśleli, że niemówienie o tym, pomoże im zapomnieć, a przynajmniej osłabi niszczącą siłę obrazów wdrukowanych w ich biedne głowy. Laura wytrwała w tym postanowieniu, ale jej niedoszły małżonek, w końcu stracił wiarę w skuteczność tej metody. Znalazł psychoterapeutkę, która utwierdziła go w przekonaniu, że nabawił się PTSD. Daniel podejrzewa, że jego była dziewczyna ma identyczny problem... A właściwie wszystko wskazuje na to, że kondycja psychiczna Laury jest w bardziej opłakanym stanie. Psychoza? Tak czy inaczej, przyszłość ukochanej Daniela maluje się w czarniejszych barwach. On wreszcie odnosi drobne sukcesy w zajadłej walce z wewnętrznymi demonami, a ona nieubłaganie gaśnie w oczach. I upiera się, że odwiedza ją eteryczna kobieta w czerni. Znana twarz, która w potwornych okolicznościach rozstała się z życiem doczesnym. Paranormalna czy po prostu kryminalna zagadka, intryga zawiązana przez jakichś śmiertelników przeciwko przedstawicielom klasy średniej, którzy swoją wielką europejską wycieczkę mimowolnie zakończyli w iście drastyczny sposób? Mając w pamięci pobyt w Płytkich Zdrojach, w „Głuszy” Marka Edwardsa, właściwie automatycznie skierowałam się ku jedynej słusznej opcji. A przynajmniej tak parzyłam na to ja, osoba, której poza tym udzielała się dezorientacja twórcy aplikacji mobilnych ze stolicy Anglii.

W lesie, na polanie stoi dom. A w tym domu mieszka niekoniecznie martwe zło. I to zło pójdzie za tobą. Rumuński wilkołak w Anglii. Wschodnioeuropejska klątwa na zachodzie. Nemezis Jasia i Małgosi, zabójczy prześladowca Laurie Strode czy jakaś inna zmora, która z sobie tylko znanego powodu dręczy naocznych świadków tajemniczego procederu. Straumatyzowanych turystów wspieranych przez istotę zza światów? Tak czy inaczej, źle się dzieje w państwie angielskim. Daniel Sullivan nie może czuć się bezpiecznie nawet w swoim mieszkaniu, które do niedawna dzielił z najdroższą mu osobą, Laurą Mackenzie. Kobietą, która tymczasowo zamieszkała u ich wspólnych przyjaciół spodziewających się pierwszego dziecka. Kobietą, która wybrała ucieczkę. W odróżnieniu od Daniela uznała, że jedynym wyjściem z tej psychicznej matni jest całkowite odcięcie się od dotychczasowego życia. Nowy start... Kolejne fiasko straszliwie udręczonej jednostki. Daniel i Laura na swoje nieszczęście wybrali milczenie. Nie potrafili czy nie chcieli zwracać uwagi odpowiednich służb na upiorny domek w wielkim, strasznym rumuńskim lesie? Obawiali się, że ich przerażająca historia zostanie odebrana jako zwykłe bredzenie szaleńców? A może ich sumienia też nie są czyste? Grozi im odpowiedzialność karna? W ich wnętrzach prawie na pewno rozgościł się wstyd, a wręcz odraza do samych siebie. Daniel ucieka w alkohol, a kiedy to nie przynosi zadowalających rezultatów szuka też pomocy u specjalistki w dziedzinie zaburzeń psychicznych. Mniej więcej w tym samym czasie Laura daje mu jasno do zrozumienia, że zamierza poprzecinać wszystkie nici składające się na jej niegdyś całkiem szczęśliwe życie. Nie licząc czasu spędzonego w rodzinnym gniazdku, w domu rodziców, gdzie nawiązała pierwszą przyjaźń z duchem. Takie przekonanie zawsze żywiła ona sama, ale Daniel dość sceptycznie zapatruje się na te niestworzone historyjki swojej wielkiej miłości. Teraz, w tym mocno niepewnym okresie, po katastrofalnie zakończonej wycieczce po Starym Kontynencie, Laura upiera się, że nawiązała znajomość z kolejną niekoniecznie zagubioną duszyczką, ale uwaga Daniela bardziej skupia się na intruzach dziwnie poczynających sobie w jego mieszkaniu. Nietypowe incydenty w londyńskim bloku regularnie odwiedzanym przez głodnego liska. Daniel ma podejrzenie graniczącej z pewnością, że to zaskakujący ciąg dalszy wstrząsających wypadków we wschodnioeuropejskim lesie. Czytelnik większą wagę od niego zapewne będzie też przywiązywał do nagłych zgonów w otoczeniu tego zaszczutego programisty. Nie zabraknie też potencjalnej femme fatale, pięknej nieznajomej, bezwstydnie przystawiającej się do na początku nawet mile połechtanego protagonisty „Zło pójdzie za tobą”, domorosłego detektywa na tropie... międzynarodowych zbrodni? Jakikolwiek punkt docelowy Marks Edwards wybrał dla niniejszej opowieści z dreszczykiem, podobnie jak w „Głuszy”, zdecydowanie porusza się gdzieś na styku thrillera i horroru. Miłośnicy mrocznych opowieści mogą dopatrywać się tutaj ewentualnych wpływów nurtu home invasion, z szansą na późniejszą przebieżkę po slasherowych mokradłach – mnie w każdym razie ta słodka obietnica niejednokrotnie wybrzmiewała gdzieś między zgrabnymi słowami literata, który prawdopodobnie nawet najbardziej trywialne, z gruntu prozaiczne zdarzenia, potrafiłby ubrać w smakowicie ponure, hipnotycznie mroczne łaszki rasowego horroru. Bliżej „Blair Witch Project” Eduardo Sáncheza i Daniela Myricka czy „Drogi bez powrotu” Roba Schmidta? Bliżej ghost story czy torture porn? A może jakieś inne, nieumarłe kreatury zagnieździły się w tym przeklętym lesie Marka Edwardsa? W niepiernikowej chatce z daleka cuchnącej zgnilizną. Odpychającym domiszczu, w którym zalęgło się Zło. Uciążliwy prześladowca frustrująco skrytych, wręcz irytująco małomównych, długo strzegących brudnych sekretów tego niemal mistycznego zakątka, bestialsko okaleczonych przez sadystyczny los, bohaterów tej literackiej produkcji. Na najgorszym odcinku ich europejskiej wyprawy czułam się jak w Strefie Mroku nader szczodrze pokropionej, wręcz zalanej ludzką krwią, aczkolwiek gdzieś z tyłu głowy niestrudzenie tłukła mi się myśl, że przebiegły autor celowo wprowadza mnie w błąd, że ulegam sile sugestii wytrawnego manipulanta cudownie żerującego na utartych zwyczajach w państwie horroru. W zasadzie pierwszy przystanek, jaki Daniel i Laura zaliczyli po wyjściu z okropnej leśnej nieruchomości, wydawał mi się swoistym przedłużeniem tej mrocznej baśni. Wrażenie pod tytułem „świat się przekrzywił”. Zagubieni gdzieś poza czasem i przestrzenią. Co prawda „Głuszę” upodobałam sobie bardziej (przy tym drugim spotkaniu twórczość Edwardsa u mnie trochę straciła na elemencie zaskoczenia, ale przede wszystkim do głosu doszły tutaj moje osobiste preferencje; nazwijmy to, konwencjonalne sentymenty), ale daję słowo, że i w tych płynnych(?) realiach całkiem miło spędziłam czas. To znaczy niemiło, więc miło;)

Coś dla fanów dreszczowców psychologicznych i coś dla fanów horrorów. A i smakosze opowieści detektywistycznych mogą się poczuć zaopiekowani w tym mrocznym świecie poczytnego prozaika z Wysp Brytyjskich. „Zło pójdzie za tobą” Marka Edwardsa to trzymająca w napięciu, bolesna, bezkompromisowa historia o nieprzytulnym domku w lesie i wybitnie pechowych turystach. O zmaganiach z koszmarnymi wspomnieniami, mrocznych prześladowcach i innych głośnych alarmach na zgliszczach szczęśliwego pożycia niemal małżeńskiego. Paktowanie z duchem, pod czujnym okiem diabła, w kajdanach traumy. Jeden wielki spisek w ponurym parku rozrywki autora głośnej „Głuszy”.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

Więcej nowości literackich

poniedziałek, 23 stycznia 2023

„Niewiniątka” (2021)

 

Dziewięcioletnia Ida i jej autystyczna starsza siostra Anna przeprowadzają się do nowego mieszkania w bloku. Trwają letnie wakacje, Ida zakłada więc, że w najbliższym czasie trudno będzie jej znaleźć towarzyszy zabaw. Już pierwszego dnia poznaje jednak chłopca imieniem Ben, który pokazuje jej swój nadzwyczajny talent. Wkrótce potem Anna nawiązuje niezwykłą więź z małą Aishą, a Ida uświadamia sobie, że one również dysponują magiczną mocą. Cała czwórka z zapałem przystępuje do testowania tych fascynujących możliwości. Dobrze się bawią, nie bacząc na niebezpieczeństwa z tym związane. Beztroska nie trwa jednak długo, dziewczyny bowiem powoli nabierają pewności, że grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony chłopca, który dla rozrywki najwyraźniej jest gotowy przekroczyć wszelkie granice.

Nazywane skandynawskim „Stranger Things” drugie pełnometrażowe reżyserskie osiągnięcie (po dramacie „Ślepowidzenie” z 2014 roku) Eskila Vogta, oparte na jego własnym scenariuszu. Nadprzyrodzony thriller współscenarzysty „Thelmy” Joachima Triera zrealizowany za trochę ponad trzy miliony euro, który bardzo dosłownie traktuje wyrażenie „magia dzieciństwa”. Historia wykluła się głównie na skutek wielkiej ojcowskiej przygody Vogta, obserwacji jego własnych dzieci, u których jednak nie podpatrzył tych wszystkich przerażających uczynków przelanych na karty scenariusza „Niewiniątek” (oryg. „De uskyldige”, tytuł międzynarodowy: „The Innocents”). Jego pociechy przede wszystkim przypomniały mu jak bardzo sposób postrzegania świata przez dorosłych różni się od tego, co widzą, czego doświadczają dzieci. W swoim świecie przedstawionym szczególny nacisk postanowił położyć na budowaniu kręgosłupów moralnych w pierwszych latach życia poprzez przekraczanie granic, badanie różnych nieakceptowalnych społecznie „okazów”, eksplorowanie zakazanego terenu. „Niewiniątka” to koprodukcja norwesko-szwedzko-duńsko-francusko-brytyjsko-fińska, która swoją światową premierę miała w lipcu 2021 roku na Festiwalu Filmowym w Cannes. Prawa do dystrybucji na terenie Stanów Zjednoczonych nabyła firma IFC Midnight, która w maju 2022 roku wpuściła „Niewiniątka” do strefy VOD, w ograniczonym zakresie. Regularną dystrybucję internetową w Stanach Zjednoczonych otwarto w październiku 2022 za co odpowiadała już firma RLJ Entertainment.

Realizm magiczny na skandynawskim blokowisku. Porównywany do hitowego serialu Netfliksa pt. „Stranger Things” (który z kolei może przywodzić wspomnienia choćby „Podpalaczki” Stephena Kinga), ale zdecydowanie mniej przyjaźnie obchodzący się z widzem, bezpardonowy dreszczowiec o definitywnym pożegnaniu z niewinnością. Eskalacja przemocy może nie na miarę „Czy zabiłbyś dziecko?” Narciso Ibáñeza Serradora, kultowej hiszpańskiej produkcji grozy opartej na powieści Juana José Plansa (w 2012 roku pojawił się remake, ewentualnie readaptacja, w Polsce noszący tytuł „Pobawmy się” - meksykański obraz rozpisany i wyreżyserowany przez Makinova), niemniej jest to dość śmiała rozprawa o „magii dzieciństwa”. Obok której doprawdy trudno przejść obojętnie, nie ugrzęznąć w cuchnącym bagnie wyczarowanym przez „małe aniołki”. Słoneczne lato kontrapunktem w boleśnie piskliwej pieśni o sadystycznych skłonnościach milusińskich. Nie tak znowu rzadkim zjawisku, jak może się wydawać. Ciepła, wręcz bajeczna aura i przeraźliwie zimna treść. Makabra w letniej scenerii. Surowa opowieść pławiąca się w wesołym słoneczku. Soczyste kolory, które miast osłabiać, tylko potęgują pożądanie nieprzyjemne doznania w tej czarodziejskiej krainie. Warstwa wizualna z czasem jednak zyska na ponurości, zawisną nad tą nieszczęsną okolicą, nad tym nowym placem zabaw małoletnich sióstr, ciężkie brudnoszare chmurzyska, będące swoistym odbiciem nastroju słusznie zaniepokojonych dziewczynek. A to tylko przedsionek piekła, szalenie mrocznej nierzeczywistości, otchłani szaleństwa, w którą wciągną nas twórcy tego nietuzinkowego widowiska. Główną (niejedyną) przewodniczką Eskil Vogt uczynił dziewięcioletnią Idę (intrygująca, bezbłędna kreacja Rakel Lenory Fløttum, nie tylko filmowej córki Ellen Dorrit Petersen), w zasadzie od samego początku stąpającej po linie rozwieszonej nad przepaścią. Pod nią, w tych nieprzeniknionych ciemnościach, raz po raz rozlega się diaboliczny przyzywający głos, a przed sobą, na stabilnym gruncie, ma dwie serdeczne postaci zapraszające ją do siebie. Cierpliwie czekające na maruderkę, niedopuszczające do siebie myśli, że Ida koniec końców ulegnie namowom małego „mieszkańca podziemi”, święcie przekonane, że towarzyszka ich zabaw pomyślnie przejdzie tę próbę charakteru. Pojedynek ciemnej i jasnej strony osobowości, ścieranie się przeciwstawnych biegunów, zajadły wewnętrzny konflikt w złotowłosej główce. Podkręcany niezwykłymi talentami. Najprawdziwszą magią albo magią wyobraźni, bo choć z wypowiedzi pomysłodawcy i czołowego wykonawcy tego filmowego przedsięwzięcia, wywnioskowałam, że skłaniał się ku tej pierwszej opcji, choć i ja bardziej przywiązałam się do dosłownego odczytu, ta druga ścieżka interpretacyjna też nie wydaje mi się nazbyt wydumana. Mali czarodzieje symbolem niespożytej, bezkresnej wyobraźni, z której prędzej czy później prawdopodobnie wyrosną. Stracą swoją cenne różdżki, „awansują” na mugoli, pełnoprawnych obywateli szarego, nudnego świata. Innymi słowy: dojrzeją. Okiełznają wyobraźnię, ale może od czasu do czasu wspomną te chwile, w których nieskończona liczba wszechświatów stała przed nimi otworem. Kiedy dosłownie wszystko było możliwe. Kiedy człowiek jeszcze nie bał się marzyć... I eksperymentować. Skakać na główkę do ledwo odkrytych jezior lub, jak w „Niewiniątkach”, szaleć w wielkiej dżungli. Kpić sobie z niebezpieczeństwa (bezczelna kradzież tekstu z „Króla Lwa”) na łonie Matki Natury. W niemrocznym, złudnie jasnym, nasłonecznionym lesie, w którym nader łatwo nabić sobie guza, czy tam nabawić jakichś innych (poważniejszych?) obrażeń. Tym bardziej, gdy obok siebie masz niegodnego zaufania, przepełnionego gniewem człowieka, któremu Natura najwyraźniej mocno poskąpiła empatii. Osobowość psychopatyczną, na domiar złego władającą nadludzkimi mocami.

Zaczyna się od szczypania, a kończy na zabijaniu? Czasami i tak bywa. Okrutnie poszkodowana przez los dziewczynka imieniem Anna (pozamiatała Alva Brynsmo Ramstad), przed pojawieniem się Aishy (przekonujący występ Miny Yasmin Bremseth Asheim), że tak to nieelegancko ujmę, robiła za osobisty worek treningowy swojej młodszej siostry Idy. Zgniły owoc zazdrości – niechęć, wręcz wrogość zrodzona z poczucia zaniedbania. Przez matkę, bo ze strony ojca Idę najwyraźniej takie, zapewne niezamierzone, przykrości nie spotykają. Czyżby to było jedno z tych rodzinnych gniazdek, w których rodzice w pewnym sensie podzielili się dziećmi? Każdy ma inną ulubienicę? Młodsza córka właśnie tak zdaje się to odbierać, ale widz niekoniecznie będzie miał pełne zaufanie do jej oglądu sytuacji. Choćby z racji jej wieku - z całym szacunkiem dla wszystkich dziewięciolatków - ale i złośliwy błysk w jej oku u postronnych obserwatorów tych „dziecięcych igraszek” jakąś okrężną drogą (przez lekką antypatię?) może uderzać w obiektywizm. Kruszyć ten wątły murek. Największe kontrowersje wzbudziła szokująca scena z kotem, w domyśle moment zwrotny w życiu przynajmniej jednej postaci. O ile ten punkt tak zwanej Triady Macdonalda „nie został odhaczony” jeszcze przed przeprowadzką dwóch jasnowłosych sióstr. Czyste bestialstwo wobec brata mniejszego, miażdżąca, druzgocąca, odrażająca akcja w piwnicy, która dokonuje małego spustoszenia w umyśle Idy. Dziewczyna nie wie, czy ma się cieszyć, czy płakać. Pochwalić czy potępić. Pusta skorupa dosłownie wmurowana w podłogę. Jej kolega wyśmienicie się bawi, a Idzie jakby grunt usunął się spod stóp. Zdezorientowana, bo nigdy wcześniej z czymś takim się nie spotkała. Tak, uczestniczyła we wcześniejszej zabawie kosztem tego biednego stworzenia, ale to już gruba przesada. A może nie? Może to nic zdrożnego? Skąd ma wiedzieć, skoro to dla niej zupełna nowość? Pierwszy kontakt z ekstremalną przemocą. Zabijanie dla rozrywki, zaspokajanie chorego apetytu, którym Eskil Vogt głęboko uraził jakąś część publiczności. Przesadna brutalność, propagowanie bestialstwa, haniebny instruktaż dla zagubionych owieczek, które po czymś takim to już na pewno wejdą na drogę występku. Demoralizujący obraz, ot co! Cóż, mnie jakoś nie towarzyszyło przekonanie, że Eskil Vogt i jego ekipa łaskawym okiem patrzą na makabryczne ekscesy małolatów. Już prędzej dopominają się o większą uwagę od osób dorosłych. Uczulają, alarmują, przypominają, że słodkie buziunie nie są żadnym wyznacznikiem moralności. Kolejny kamyczek do ogródka siewców szkodliwej mitologii. Przebiegłej zabójczyni czujności, idącej ręka w rękę ze ślepą miłością. W szerszej perspektywie czasami bardziej destrukcyjną, niż budującą. Warto reagować zawczasu, a zatem wyhodować sobie dodatkowe pary oczu? Jak przechytrzyć prawdziwych mistrzów w sztuce manipulacji? Małe spryciule, którym w przeciwieństwie do wielu dorosłych nie brakuje wyobraźni? Zaryzykuję twierdzenie, że „Niewiniątka” to nie tylko przerażający, ale również pouczający, wnikliwy traktat o poszukiwaniu własnej tożsamości. O twardych i niebezpiecznie giętkim kręgosłupie moralnym oraz kręgosłupie amoralnym, który na naszych oczach wykształci się na niepokojąco wczesnym etapie życia. Telekineza, telepatia, sięganie wzrokiem dużo dalej od zwykłych śmiertelników, zagadkowe rekonstrukcje bieżących krzywd (widome, ale niefaktyczne przeniesienie na inne postaci, nie wyłączając obdarowanych, a przynajmniej jedną obdarowaną tymi niepowszednimi zdolnościami), to tylko niektóre „działające zaklęcia w szkole magii i czarodziejstwa Eskila Vogta”. Zdolności magiczne siostry i nowych przyjaciół Idy będą się rozwijać praktycznie wprost proporcjonalnie z mrokiem stopniowo obejmującym jedną z tytułowych duszyczek. Puszczą wszelkie hamulce tego fatalnego, koszmarnego lata. Ida, Anna, Aisha i Ben (intensywna kreacja Sama Ashrafa) wypłyną na niezwykle wzburzone wody. I jakoś nie miałam powodu przypuszczać, że wszyscy wyjdą z tego bez nieodwracalnego szwanku. Całkiem możliwe, że niektórzy pożegnają się ze światem doczesnym na tej jakże życiowej (no może pomijając niezwyczajne talenty dzieciaków) wyprawie. Problemy, z którymi powinni mierzyć się dorośli nagle spadają na nie tak znowu bezbronne ramiona nieletnich mieszkańców mniej ludnego niż zazwyczaj blokowiska sąsiadującego z (nie)przyjaznym lasem. Gdzie nikt nie poczuje fetoru rozkładających się zwłok... Wesołe miasteczko przypuszczalnie na zawsze straconej istoty, która mimo wszystko nie może czuć się bezpiecznie. Zaszczuty młody bóg. Niemiłosierny, okrutny, ale czy wszechmocny, czy niezniszczalny? Niestety istnieje takie prawdopodobieństwo w tej słonecznej krainie lodu.

Wyrwą Was „Niewiniątka” Eskila Vogta ze strefy komfortu, oj wyrwą. No dobrze, jakiś margines błędu sobie zostawiam, bo istnieją przecież supertwarde pancerze, których nie sforsują nawet takie brzydkie igraszki niesłodkich cherubinków. Upadłego aniołka wodzącego na pokuszenie inną „kruszynę”. Twardy realizm w magicznym sosie. Niewygodne prawdy o tak zwanym wieku niewinności. O okrucieństwie wpisanym w niejedno dzieciństwo. O lilipucich krzywdzicielach i ich nieświadomych rodzicach. O krwi bez skrupułów przelewanej z dala od wścibskich spojrzeń niezawodnych psujów zabaw wszelakich, czyli oczywiście „wszechwiedzących” dorosłych. Mroczne sekrety gangu słodziaków z tak zwanych dobrych domów. Kolczasty, nielukrujący rzeczywistości thriller paranormalny, którego piekielnie gorąco rekomenduję wszystkim entuzjastom mocniejszych kinematograficznych brzmień.

sobota, 21 stycznia 2023

„Diabelskie warsztaty” (2022)

 

Niespełniony aktor Clayton Walker stara się o rolę demonologa w filmie fabularnym, a jego najpoważniejszym konkurentem jest znajomy z warsztatów teatralnych, występujący głównie w reklamach Donald. Z myślą o przygotowaniach do przesłuchania Clayton zamieszcza w internecie ogłoszenie skierowane do demonologów, na które odpowiada niejaka Eliza Atwood, kobieta mieszkająca samotnie w zacisznej okolicy, mająca doskonałe rozeznanie w interesujących go tematach. Uradowany Clayton niezwłocznie korzysta z zaproszenia w jej skromne progi, gdzie otrzymuje kolejną propozycję. Osobliwa gospodyni namawia go do wzięcia udziału w rytuale oczyszczenia, co wiąże się z koniecznością wydłużenia tej nietowarzyskiej wizyty.

W 2017 roku amerykański reżyser, scenarzysta, producent filmowy i długoletni fan horroru Chris von Hoffmann – między innymi „Drifter” (2016), „Potworna impreza” (2018), jeden segment w antologii grozy pt. „Phobias” (2021) – zajmował się projektem telewizyjnym w rodzaju „Strefy mroku” (1959-1964), antologicznego serialu łączącego w sobie satyrę i horror. W każdym razie ze wszystkich koncepcji ta propozycja von Hoffmanna wzbudziła największe zainteresowanie pozostałych członków ekipy, ale nigdy nie została zrealizowana. Projekt upadł w 2019 roku, ale Chris von Hoffmann nie zamierzał tak łatwo rozstać się ze swoimi pomysłami. Przekuł materiał w scenariusz filmowy, spisany pod natchnieniem swojej teatralnej muzy (wielka miłość do teatru), któremu ostatecznie nadał tytuł „Devil's Workshop” (pol. „Diabelskie warsztaty”). Nakręcony mniej więcej w dwa tygodnie nadnaturalny horror z elementami humorystycznymi/satyrycznymi spod szyldu Lionsgate, Grindstone Entertainment Group i innych, który we wrześniu 2022 roku trafił do strefy VOD i do wybranych kin między innymi w swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych.

Roztrzepana opowieść o trzydziestoparoletnim niepewnym siebie kawalerze nazwiskiem Clayton Walker, z uporem maniaka próbującym zaistnieć w branży aktorskiej. Pokazać wszystkim niedowiarkom, że przez ostatnie kilkanaście lat nie gonił za nierealnymi marzeniami. W tę postać wcielił się Timothy Granaderos, który - i tutaj pewnie uplasuję się w mniejszości - w moim poczuciu przyćmił bodaj największą gwiazdę tej produkcji Radhę Mitchell (m.in. „Silent Hill” Christophe'a Gansa, „Zabójca” i „Duchy kanionu” Grega McLeana, „Opętani” Brecka Eisnera – remake „Szaleńców” George'a A. Romero - „Ofiara” Petera A. Dowlinga, „Dreamkatcher” Kerry'ego Harrisa). Chyba, bo obsadę „Diabelskich warsztatów” zasiliła też inna zanana twarz, a mianowicie Emile Hirsch, czołowy reprezentant warstwy satyrycznej w ciasnym, intymnym światku Chrisa von Hoffmanna. Umiarkowanie zabawna postać o imieniu Donald, która powstała w wyniku obserwacji współczesnych realiów poczynionych przez scenarzystę i zarazem reżysera „Diabelskich warsztatów”. Współczesnych celebrytów i prawdopodobnie największych autorytetów: ludzi skutecznie promujących samych siebie w cyberprzestrzeni. Taki zwykły śmiertelnik jak Clayton Walker nie może się równać z takim „zwierzęciem scenicznym” jak Donald. Co prawda ten ostatni może się pochwalić jedynie występami w reklamach, ale Clayton nawet tego mu zazdrości. Na dokładkę do sławy, jaką Donald cieszy się w Sieci. Urodzony aktor, wielki talent, który nie wiedzieć czemu się marnuje... Cóż, to tylko kwestia czasu, aż główny konkurent przodującego bohatera „Diabelskich warsztatów” Chrisa von Hoffmanna dołączy do największych gwiazd kina, aż całe narody będą przed nim klękać, na podobieństwo choćby prowadzącego zajęcia teatralne, na które obaj uczęszczają. Clayton nie wyobraża sobie innej przyszłość dla przemądrzałego Donalda, ale i nie ma zamiaru mu tego ułatwiać. Może i nie czeka go tak oszałamiająca kariera, jaka w jego przekonaniu jest pisana Donaldowi, ale najpewniej cieszyłby się nawet z pomniejszych ról w niszowych obrazach. Na razie jednak mierzy trochę wyżej – pierwszoplanowa postać w szykowanym raczej niewielkim wydarzeniu filmowym, postać, którą upatrzył sobie także jego znienawidzony znajomy. Obaj zaliczają wstępne przesłuchanie, a sprawę ma rozsądzić ponowny casting, termin którego już został wyznaczony. Clayton i Donald mają zaledwie parę dni na przygotowania, ale tylko jeden z nich traktuje to nad wyraz poważnie. Skrajnie nieostrożny przewodnik po tym dosyć obskurnym świecie przedstawionym – możliwe że Chris von Hoffmann za wzór wziął sobie tutaj „Teksańską masakrę piłą mechaniczna” Tobe'ego Hoopera, nigdy bowiem nie krył podziwu dla atmosfery panującej w tym kultowym slasherze. Skoro Clayton ubiega się o rolę domonologa, warto poszukać jakiegoś eksperta. Albo ekspertkę, bo na jego ogłoszenie odpowiada niejaka Eliza Atwood (Radha Mitchell), która swoje pierwsze wejście na te okrutnie podziurawione deski nie-teatru miała już w prologu. Jakiś telewizyjny program o zjawiskach nadprzyrodzonych? Twórcy „Diabelskich warsztatów” jeszcze do tego wrócą. Podczas pobytu Claytona w mrocznym domku wielce podejrzanej niewiasty, najwyraźniej osoby jak najbardziej kompetentnej do wspomożenia człowieka ubiegającego się o rolę domonologa. Wiedza i doświadczenie w dziedzinie okultyzmu. Eliza prowadzi dość pustelniczy żywot, ale jej drzwi zawsze są otwarte dla takich ludzi jak Clayton. Albo to stroniąca od bliźnich jednostka, która dla niego robi wyjątek. Twierdzi, że chce go uwolnić od złych duchów, które powoli unicestwiają jego ja. Porywacze ciał, niebędące godnymi przeciwnikami dla dziewczyny tak obytej w sferze tajemnej, jak Eliza Atwood. A przynajmniej takie wrażenie ta alarmująca nieznajoma stara się wywrzeć na swoim gościu. Uważnym słuchaczu, wprawdzie sceptycznie nastawionym do jej opowieści o duchach i demonach, ale naprawdę pilnie uczącym się do być może najważniejszego przesłuchania w swoim jak dotąd wybitnie rozczarowującym życiu.

Horror-durszlak. Trudno powiedzieć, czy skokowa narracja miała przykryć brak pomysłów na rozwinięcie poszczególnych, niezbyt wyszukanych wątków, czy Chris von Hoffmann w takim brutalnym „szarpaniu materiału” widział tę magiczną oryginalność niestrudzenie poszukiwaną przez jakąś część (nie tylko) miłośników kina grozy. Banalna historyjka podana w niebanalny sposób, o to chodziło? Cokolwiek kierowało głównym architektem „Diabelskich warsztatów”, owoc tych zagadkowych zabiegów, wzbudził we mnie lekkie, zdecydowanie niepożądane mdłości. Zupełnie jakby filmowcy za punkt honoru postawili sobie zadeptywanie wszelkich zalążków zainteresowania przynajmniej u takiego modowego bezguścia jak ja. Niepoprawnej zwolenniczki do bólu konwencjonalnych straszaków. Na gruncie fabularnym „Diabelskie warsztaty” na dobrą sprawę niczym się nie wyróżniają, powiedziałabym wręcz, że biegną dość utartą ścieżką na terytorium horroru, ale pod kątem technicznym mogą uchodzić za mały rarytas. Niekoniecznie absolutne novum w kinematografii grozy, ale na pewno niepospolite zjawisko, które skojarzyło mi się z sylwestrowymi pokazami fajerwerków. Gwarantowany ból głowy dla jednych, wyśmienita zabawa dla innych. Chris von Hoffmann i jego ekipa robią hałas – klasyczne „straszenie” efektami dźwiękowymi, którym nader rzadko towarzyszą „równie upiorne” obrazki. Raptowne przejścia, agresywne wrzutki (nieskoordynowana, szaleńcza zabawa w „buu!”), które nie pozwalały mi zsynchronizować się z rytmem tej opowieści. Głośne kolaże pomyślane jako wzmacniacze generalnie rzecz biorąc alarmującego, niepokojącego klimatu, co ciekawe panującego nie tylko w „jaskini” Elizy Atwood, najbardziej niezawodnymi, najwytrawniejszymi zabójcami mojego zainteresowania. Tak się marnuje dobre zdjęcia, powstałe pod kierownictwem Jacquesa Brautbara. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że robi się z tego kolejny szkodliwy trend w kinie grozy. W każdym razie ja coraz częściej obserwuję większą dbałość o kolorystykę obrazów, a mniejszą o ich sklejanie. Stylowe tace w niezgrabnych rękach. To tak na moje oko, oczywiście - inni „klienci klaustrofobicznej restauracji von Hoffmanna” mogą nie podzielać mojego rozdrażniania. Fabuła kręci się wokół tajemniczego rytuału, który nowa znajoma protagonisty ma zamiar przeprowadzić podobno na jego użytek. Clayton Walker zgadza się spędzić noc u ekscentrycznej Elizy Atwood, która podobno wypatrzyła w jego biednym ciele potencjalnych intruzów, jakieś nieczyste istoty powoli pożerające... jego duszę? W każdym razie Eliza informuje klasycznego niedowiarka, że wcześniej czy później jego osobowość zostanie całkowicie wyparta przez nieproszonych gości, z obecności których mężczyzna przynajmniej nigdy wcześniej nie zdawał sobie sprawy. Bo chyba można założyć, że niespełniony aktor szukający natchnienia do upragnionej roli, stopniowo będzie zrzucał sceptyczny pancerzyk w nieprzytulnym domku domniemanej demonolożki? Tymczasem najmniej lubiana przez niego osoba miło spędza czas z dwiema paniami. Kameralna imprezka w domu jednej z nich, która wkrótce zamieni się w istne przesłuchanie, wedle Donalda, mające przysłużyć się obu stronom. On przygotuje się do castingu, a jedna z jego towarzyszek otrzyma coś w rodzaju katharsis. Jak to się ma do przeżyć Claytona? Gałąź niepasująca mi do pnia. Droga donikąd – takie tam niemałe dygresje, denerwującym sposobem na wyjście z twórczego impasu? Tak mi to niestety wyglądało. Kiedy utkniesz, kiedy nie masz pomysłu na pociągniecie lub spuentowanie rozmówek Claytona z podejrzaną panią, czy jakiegoś zastanawiającego zdarzenia pod jej (nie)gościnnym dachem, ratuj się Donaldem. Może przy jego wygłupach nagle cię olśni, a jeśli nie to zawsze można troszeczkę przesunąć wskazówki zegara w niewielkiej nieruchomości na odludziu. Innymi słowy, nie trzeba wracać do problematycznych(?) momentów, udać, że temat już się wyczerpał, a zatem warto zacząć następną dyskusję albo wreszcie zakasać rękawy, bo rytuał sam się przecież nie przygotuje. W zasadzie trzeba przygotować człowieka, który jako rzecze Eliza Atwood, wymaga wyegzorcyzmowania. Z wypowiedzi Chrisa von Hoffmanna wnoszę, że zależało mu na przywołaniu w „Diabelskich warsztatach” klimatu podpatrzonego w serialu „Strefa mroku” i w moim przekonaniu miał ku temu doskonałe narzędzie (zdjęcia!), ale niestety dla mnie zachciało mu się poskakać. Tyle dobrze, że chociaż na końcu (nie mówię o dowcipnych scenkach wciśniętych w napisy końcowe) było na czym oko zawiesić. Kameralna makabryczna uczta, którą nadpsuł wygenerowany komputerowo, porażająco tandetny ogień, a i nie miałabym nic przeciwko, gdyby rzadziej uciekano z kamerą. Więcej ujęć od przodu, mniej od tyłu w pierwszym cudnie niesmacznym uderzeniu. Nie dotyczy patrzenia pod nogi, bo doprawdy ładne rzeczy się tam wyrabiają:)

Strata czasu. Niekompletna, ale marna to pociecha. Jakiś diabeł mnie podkusił do wzięcia udziału w tych, nomen omen, „Diabelskich warsztatach”. Niepouczających zajęciach zorganizowanych przez Chrisa von Hoffmanna. Hałaśliwym wydarzeniu z paroma ironicznymi komentarzami społeczno-obyczajowymi (niekoniecznie przesadna krytyka naszej epoki). Miało to dziełko zadatki na niemożliwie brudny, niemiłosiernie klaustrofobiczny i frapująco, przerażająco paranoiczny horror okultystyczny, które w moim poczuciu pożarła przeklęta trampolina. Narracyjna gorgona.

czwartek, 19 stycznia 2023

Louis Bayard „Bielmo. Niezwykły przypadek Edgara Allana Poe”

 

Rok 1830. Samotnie mieszkający w skromnej chacie w Buttermilk Falls emerytowany konstabl Augustus Landor na prośbę rektora Akademii Wojskowej Stanów Zjednoczonych w West Point, Sylvanusa Thayera, rozpoczyna śledztwo w sprawie zbezczeszczenia zwłok domniemanego samobójcy, kadeta Leroya Frya. Gus nie potrzebuje dużo czasu, by dojść do wniosku, że wstępna ocena okoliczności śmierci młodzieńca była błędna, że w istocie ma do rozwikłania zagadkę zabójstwa, najprawdopodobniej dokonanego przez któregoś z mieszkańców Akademii. Uwagę emerytowanego nowojorskiego konstabla zwraca kadet z pierwszego roku nazwiskiem Edgar Allan Poe, artystyczna dusza, którą w porozumieniu ze swoimi zleceniodawcami Landor ostatecznie czyni swoim asystentem, licząc przede wszystkim na to, że uda mu się pozyskać dodatkowe informacje od kolegów, bez wyjątku niewtajemniczonych w tę nową, szpiegowską działalność egzaltowanego pierwszoroczniaka.

Kryminalna powieść amerykańskiego pisarza i wykładowcy na George Washington University, która swoją światową premierę miała w roku 2006 i została wyróżniona nominacjami do Nagrody im. Edgara Allana Poego i Dagger Award. Jej autor, Louis Bayard, urodził się w Albuquerque w stanie Nowy Meksyk w pierwszej połowie lat 60. XX wieku, a dorastał w Wirginii Północnej. Absolwent Princeton University, z tytułem magistra dziennikarstwa uzyskanym na Northwestern University i były pracownik Izby Reprezentantów Stanów Zjednoczonych. „Bielmo. Niezwykły przypadek Edgara Allana Poe” (oryg. „The Pale Blue Eye”) to pierwszy utwór Bayarda wydany w Polce – edycja wydawnictwa Zysk i S-ka z 2023 roku w sugestywnym tłumaczeniu Tomasza Bieronia i w filmowej miękkiej okładce ze skrzydełkami. Literackie wydarzenie zainspirowane uwolnieniem ekranowanej wersji niniejszej historii, wysokobudżetowej produkcji ze stajni Netflix - pod tym samym oryginalnym tytułem (pol. „Bielmo”) - wyreżyserowanej i rozpisanej przez Scotta Coopera z Christianem Bale'em w roli Augustusa Landora i popisową kreacją Edgara Allana Poego w wykonaniu Harry'ego Mellinga.

Osadzona w XIX-wiecznych realiach, skąpana w gotyckim klimacie fikcyjna opowieść kryminalna z paroma historycznymi postaciami i nawiązaniami do twórczości Edgara Allana Poego. Umownie relacja emerytowanego nowojorskiego konstabla Augustusa 'Gusa' Landora z załącznikami rzekomo skreślonymi utalentowaną ręką jeszcze szerzej nieznanego Edgara Allana Poego. W tym świecie przedstawionym materiał przygotowany przez Landora z myślą o potomnych, a w rzeczywistości beletrystyczne dziełko współczesnego powieściopisarza specjalizującego się w historical mysteries, Louisa Bayarda. Wymagające nieoficjalne śledztwo doświadczonego „psa gończego”, który przed paroma laty wraz z małżonką i córką przeniósł się z metropolii do osamotnionej chatynki w Buttermilk Falls w stanie Nowy Jork. Parę godzin konnej jazdy od kontrowersyjnej Akademii Wojskowej, którą obecnie kieruje całkowicie oddany sprawie Sylvanus Thayer. Niespełna trzydzieści lat po otwarciu tego przybytku, w 1830 roku, widmo jego definitywnego zamknięcia nieoczekiwanie znacznie zyskuje na sile. A człowiekiem, w którym reaktor pokłada największe nadzieje jest zmagający się z suchotami nie taki znowu staruszek, jak jak jemu samemu się wydaje. Wielkiej sławy konstabl w stanie spoczynku, od dwóch-trzech lat prowadzący niemal pustelniczy żywot wdowiec Augustus Landor, którego krótko po śmierci żony opuściła także ukochana córka, jedyne dziecko głównego bohatera i narratora „Bielma. Niezwykłego przypadku Edgara Allana Poe” fantazyjnego pióra Louisa Bayarda. Wyfrunęła z rustykalnego gniazda, nie dbając o podtrzymanie kontaktu z troskliwym ojcem. Powoli usychającym z tęsknoty wnikliwym detektywem, który gdyby urodził się kilkadziesiąt lat później mógłby spełniać się w roli profilera. Kto wie, może nawet byłby jednym z najcenniejszych nabytków Wydziału Analizy Behawioralnej FBI. Do nieszczęsnej Akademii Wojskowej Gusa sprowadza sam rektor, któremu, co zrozumiałe, bardzo zależy na dyskretnym przeprowadzeniu czynności śledczych w związku z makabrycznym wydarzeniem, które może być gwoździem do trumny West Point. Choć Thayer jest gotowy sowicie wynagrodzić Landora za fatygę, ten nie jest zainteresowany podreperowaniem swojego budżetu. Pro publico bono na rzecz instytucji, której Gus nie darzy wielką sympatią. Pod czujnym okiem komendanta Ethana Allena Hitchcocka, nader zasadniczego, szorstkiego jegomościa, który najwyraźniej jest najbardziej zaufanym pracownikiem Thayera. Twarda prawa ręka też niemiękkiego dżentelmena, dla którego najważniejsze jest dobro Akademii. Niedługo po rzekomo samobójczej śmierci jednego z kadetów, niejakiego Leroya Frya, jego zwłoki zostały skradzione, a gdy ponownie je odnaleziono, brakowało już serca. Wbrew przewidywaniom zleceniodawców Landora, jego udział nie ograniczy się do poszukiwań osoby bądź osób, które sprofanowały ciało wisielca. Nadzwyczaj spostrzegawczy cywil błyskawicznie zwietrzy zabójstwo, a dalsze wypadki będą tylko utwierdzać go w przekonaniu, że życie innych kadetów też jest zagrożone, że w West Point na dobre rozgościła się Kostucha. Gus uważa, że mordercy należy szukać wewnątrz, a do inwigilacji adeptów sztuki wojskowej, zaprzęga nadgorliwego pierwszoroczniaka będącego jego zupełnym przeciwieństwem. Piorunujący duet zestawiany głównie z Sherlockiem Holmesem i doktorem Johnem H. Watsonem, nieśmiertelnymi stworzeniami Arthura Conana Doyle'a. Mocno stąpający po ziemi, pragmatyczny, cyniczny, chłodny w obyciu doświadczony śledczy i bujający w obłokach żółtodziób, który za Wielkiego Poetę się ma. Słusznie, ale ówczesne otoczenie bodaj najstarszego kadeta West Point, może to odbierać jako wyraz komicznie rozdętego ego nieuleczalnego lekkoducha. Patologicznego kłamcy? Tak czy inaczej, Edgar Allan Poe (tak, TEN Edgar Allan Poe) uparcie koloryzuje swoją biografię, na podorędziu zawsze ma jakąś przynajmniej na poły fantastyczną historyjkę, albo dwie, o swoich rzekomych doświadczeniach w szerokim świecie. Jak można się tego spodziewać, Augustus Landor nie zasili - w domyśle niezbyt wielkiego - grona bezkrytycznych słuchaczy tego, bądź co bądź, outsidera. Niereformowalnego fantasty z rzadkim zmysłem detektywistycznym. A przynajmniej Landor pod tą całą bufonadą dopatruje się smykałki do rozwiązywania zagadek kryminalnych. Czy uczeń przerośnie mistrza? A może udręczony chłopak doczeka się w końcu ojca z prawdziwego zdarzenia? Na pewno nareszcie znajdzie przyjaciela, w tym idealnego kompana do kieliszka. A to nie koniec cudownych przeżyć późniejszego autora między innymi „Zagłady domu Usherów”, „Kruka”, „Maski Czerwonego Moru”, „Serce oskarżycielem” aka „Mownego serca” i „Zabójstwa przy Rue Morgue”. Wniebowziętego protegowanego absolutnie imponującej mu jednostki, która też nie miała w życiu lekko.

Sporo bym straciła, gdybym swój kontakt z „Bielmem” ograniczyła do głośnego filmu Scotta Coopera. Do tej małej wizualnej uczty zasiadłam tuż po zakończeniu literackiego pierwowzoru i muszę przyznać, że gorąco pogratulowałam sobie narzucenia takiej kolejności. W przeciwnym razie „na rozbiegu tej historii” mogłabym ulec złudzeniu, że dłuższe bytowanie w tym powieściowym światku jest w zasadzie zbędne, bo wszystkie najsoczystsze owoce wyobraźni Louisa Bayera skonsumowałam na stylowym, acz nudnawym balu Scotta Coopera. Prawda jest taka, że filmowcy – nie wiedzieć czemu – wyjęli z tej fabularnej budowli niejedną emocjonującą cegiełkę. Na ekranie najbardziej ubódł mnie przedostatni „akt”, wykastrowana powiedzmy ostateczna konfrontacja Bayarda. Jak dla mnie niewybaczalna zbrodnia, której przecież bez większego trudu można było uniknąć. Wierzcie mi, w zestawieniu z oryginałem to bajeczka dla grzecznych dzieci. Przynajmniej w tym jednym punkcie, ale niektórych równie boleśnie może ukuć w oczy choćby przebieg kolacji u Marquisów, kameralnego spotkania towarzyskiego, któremu bezpardonowo obcięto najdłuższy pazur. Albo opuszczenie heroicznych zmagań Augustusa Landora na wysokościach, trzymającego w napięciu fatalnego rozwinięcia teoretycznie przypadkowego spotkania z pewną damą. Albo „uśmiercenie” jednego z najbardziej egzotycznych ptaków ze świata Bayarda, rdzennego mieszkańca Ameryki (w filmie zrobiono z niego Francuza) posiadającego rozległą wiedzę (i niebagatelny księgozbiór) w tematach, którymi z czasem będzie zmuszony zainteresować się też nasz ewidentnie nienarzucający się z towarzystwem, niezbyt zabiegający o sympatię czytelnika – a jednak na swój sposób całkiem uroczy, a przynajmniej we mnie budzący jakieś ciepłe uczucia – nadużywający alkoholu urodzony detektyw. Jego rzeczowa relacja zaskakująco przyjemnie kontrastuje z kwiecistymi wywodami zbeletryzowanego Edgara Allana Poego, na które swoją drogą autor każe nam dość długo czekać. To zdecydowanie nie jest jedna z tych kryminalnych epickich przekąsek, pozycji, które bez ceregieli (tj. bez dłuższych opisów) konsekwentnie prowadzą nas od punktu A do punktu B. Nie szaleńczy bieg, tylko leniwy spacerek w odurzającym klimacie. Według mnie przekonująco Louise Bayard odmalował w swoim diabelsko klimatycznym „Bielmie. Niezwykłym przypadku Edgara Allana Poe” XIX-wieczne realia. Malownicza amerykańska śnieżnobiała kraina, hipnotyczny zakątek stanu Nowy Jork, którego naturalny spokój nagle burzy odrażająca zbrodnia. I raczej nie mamy powodu zakładać, że chory apetyt niekoniecznie jednego tajemniczego osobnika został już zaspokojony, że kadet Leroy Fry będzie jedyną ofiarą tego sekretnego przedsięwzięcia. Chora zabawa? Słodka zemsta? A może nieświęta misja? Jak przystało na dobrego detektywa, Augustus Landor nie przywiązuje się do żadnej teorii. Szeroko otwarta głowa, która pomieści niemal nieskończoną ilość najróżniejszych hipotez, ale nie zadowoli się półśrodkami. Wygląda na takiego, który prędzej dałby się zabić, niż przyjął wyjaśnienie niepoparte twardymi dowodami. Mniej restrykcyjny jest natomiast umysł jego młodszego wspólnika. Szpiega z krainy West Point. Skłonnego do przesady prawdziwego romantyka, z niebezpiecznym(?) przechyłem w stronę makabry. Śmierć pięknej niewiasty to najbardziej poetycka scenka, jaką jest sobie w stanie wyobrazić ten ekscentryczny dżentelmen. „Mam wrażenie, że słońce dopiero co zasiadło na tronie, a ono już abdykuje, pozwalając ciemnościom, temu mrocznemu najeźdźcy, zstąpić na nas jak Sąd Ostateczny i noc zaprowadza swoją okrutną tyranię”. Prawda, że piękne? To wyjątek ze sprawozdań Edgara Allana Poego - w interpretacji Louisa Bayarda - sumiennie przedkładanych Gusowi Landorowi, który, myślę, doskonale oddaje ton, w jaki uderza to indywiduum właściwie nie tylko na papierze. Mogę się założyć, że pan Landor raz po raz przewracał oczami, kręcił z politowaniem głową i/lub wzdychał bezsilnie przedzierając się przez te uduchowione, coraz słodsze, wręcz przesłodzone raporty. Cukierkowa przygoda Poego, która, o dziwo, nie wytrącała mnie z równowagi – siła narracji, ale wyczuwalna niedookreślona groźba, „jak tuszę” jeszcze bardziej mi się tutaj przysłużyła; jeszcze wydajniej pracowała na mój pozytywny odbiór tych romantycznych wynurzeń. W każdym razie owe nietuzinkowe opowieści dla Landora w zawodzie tego drugiego pewnie są ewenementem na skalę nie tylko krajową, ale nawet światową. Nie, nie miałam wątpliwości, że Gus po raz pierwszy w swojej karierze spotkał się z takimi relacjami z czynności... hmm... śledczych? Ten do bólu racjonalny, niezwykle zasłużony konstabl w stanie spoczynku z jakiegoś zagadkowego powodu ma ogromną słabość do „podstarzałego” kadeta. Zupełnie jakby Poe rzucił na niego najprawdziwszy urok. Landor nie wierzy jednak w takie rzeczy i też niespecjalnie zastanawia go, dlaczego tak ciągnie go do takiego dziwaka (to chyba powszechna - co nie znaczy, że niekrzywdząca - opinia na temat Poego w surowej Akademii). Podejrzana sprawa... jedna z wielu w tej pysznie mrocznej rzeczywistości, w której entuzjaści zdumiewających zwrotów akcji też przypuszczalnie nie poczują się zaniedbani. Nieoryginalny finalny chwyt, ale mnie Bayard wziął z zaskoczenia. Wziął i poddusił.

Współczesna literatura kryminalna nie obfituje w takie okazy, jak „Bielmo. Niezwykły przypadek Edgara Allana Poe” amerykańskiego literata Louisa Bayarda, i choćby z tego powodu zachęcam do przyjrzenia się rzeczonej „epickiej produkcji”. Całkiem możliwe, że to będzie najlepszy kryminał, jaki w tym roku przeczytacie. O ile nie będziecie zanadto odwlekać tej przypuszczalnej przyjemności. Magicznej wyprawy do XIX-wiecznych Stanów Zjednoczonych. Prędko poznajcie nieznaną historię Edgara Allana Poego; nieoficjalną, wyimaginowaną opowieść o Wielkim Poecie i też nie pierwszym lepszym (emerytowanym) konstablu. O miłości i zbrodni. O przyjaźni i zdradzie. O Akademii Wojskowej, którą zawładnęły moce ciemności. Cud-miód, malina.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 17 stycznia 2023

„Dom mroku” (2022)

 

Hapgood Jackson odwozi do domu ponętną kobietę poznaną tego samego wieczora w barze. Ku jego zaskoczeniu okazuje się, że jego towarzyszka mieszka w najprawdziwszym zamku, który podobno od pokoleń należy do jej rodziny. Niewiasta zaprasza go do środka, a Hap ani myśli nie wykorzystać takiej szansy. Mężczyzna jest przekonany, że czeka go upojna noc z nader chętną i podniecająco tajemniczą kobietą z zamożnego rodu i początkowo faktycznie wszystko układa się po jego myśli. Romantyczny wieczór przy kominku, w gustownie urządzonym saloniku w ogromnej zabytkowej posiadłości w pewnym momencie zostaje jednak zakłócony. Pojawia się nowa, nieprzewidziana okoliczność, która wprowadza Hapa w nielekkie zakłopotanie, ale gdy emocje opadają, dostrzega w tym kolejny szeroki uśmiech od losu. Fałszywy uśmiech?

Kameralny neogotycki horror/thriller psychologiczny z domieszką czarnego humoru w reżyserii i na podstawie scenariusza Neila LaBute'a, twórcy między innymi „Kultu” (2006), remake'u kultowego folk horroru Robina Hardy'ego z 1973 roku pod tym samym polskim i oryginalnym („The Wicker Man”) tytułem oraz dreszczowca z Samuelem L. Jacksonem i Patrickiem Wilsonem pt. „Dzielnica Lakeview” (2008). „Dom mroku” (oryg. „House of Darkness”) to mały pomnik dla klasycznych produkcji grozy ze stajni Hammer Film Productions, co też nie było bez znaczenia, postawiony przez człowieka realizującego się nie tylko w branży filmowej, ale także teatralnej. Idealny projekt na okres bezwzględnego panowania covida, tym bardziej, gdy trzeba sobie radzić z mniejszym budżetem. Lockdown w prywatnym zamku w stanie Arkansas, zorganizowany przez amerykańskiego reżysera, scenarzystę i producenta (ale akurat nie producenta „Domu mroku”), który na liście ulubionych filmów ma między innymi „Draculę” Toda Browninga i niewymienionego w czołówce Karla Freunda, „Głód miłości” Claire Denis oraz „Tylko kochankowie przeżyją” Jima Jarmuscha.

Justin Long (m.in. „Smakosz” Victora Salvy, „Wrota do piekieł” Sama Raimiego, „Życie.po.Życiu” Agnieszki Wójtowicz-Vosloo, „Kieł” Kevina Smitha, „Barbarzyńcy” Zacha Creggera) i Kate Bosworth (m.in. „Black Rock” Katie Aselton, „Zanim się obudzę” Mike'a Flanagana, „Zwykli obywatele” Mike'a P. Nelsona, „Barbarzyńcy” Zacha Creggera) dawno, dawno temu... w czasach nam współczesnych. „Dom mroku” Neila LaBute'a otwierają i zamykają tablice z krótkimi tekstami będące wyraźnym ukłonem w stronę kina z pierwszych dekad XX wieku (przede wszystkim kina niemego). Aktorską obsadę można policzyć na palcach jednej ręki, a prawie cała akcja toczy się w jednej nieruchomości, ponurym zamczysku w zwyczajnej dzielnicy zwyczajnego amerykańskiego miasta. Jak choćby w „Śmierci i dziewczynie” oraz „Wenus w futrze” Romana Polańskiego czy „Rozmowie z gwiazdą” Steve'a Buscemiego, spektakl w największej mierze zasadzający się na dialogach. Jeden z tych scenariuszy, który równie dobrze sprawdziłby się na deskach teatrów, z czego jego autor, Neil LaBute, doskonale zdawał sobie sprawę. Więcej: nosił się z takim zamiarem i prawdopodobnie zrealizowałby go, gdyby nie obostrzenia tłumaczone walką z pandemią COVID-19. Nienormalność, którą z uporem maniaków reklamowano jako nową normalność (iście orwellowska nowomowa), że tak to ujmę, najbardziej przychylna była właśnie takim filmowym produkcjom. Produktywne spożytkowanie czasu w areszcie domowym, szerzej znanym jako twardy lockdown (eh, ten marketing), w imponującej rezydencji jakby żywcem wyjętej ze starych dobrych opowieści gotyckich. Zamku należącym do nowej znajomej Hapgooda Jacksona, doradcy biznesowego, przedstawiciela niższej klasy średniej, któremu chyba już nie mogło bardziej się poszczęścić. Tak widzi to on, ale odbiorcy „Domu mroku” prawdopodobnie zgoła inaczej będą się na to zapatrywać. Wystarczy spojrzeć na obiekt pożądania tego wygadanego i nieostrożnego mężczyzny. Młodego boga, któremu trafił się prawdziwie niebiański nektar. Enigmatyczna, ale wyraźnie chętna urodziwa panienka z wyższych sfer, która bez najmniejszych oporów wprowadza tego, bądź co bądź, nieznajomego „ogiera” w swoje wystawne progi. Wierzcie lub nie, ale wystarczył mi jeden rzut oka na tę niedobraną parkę, by przeniknąć zamiary twórców. Mocno przedwczesne rozeznanie w sytuacji. UWAGA SPOILER A mówią, żeby nie oceniać ludzi po wyglądzie:) Wydaje mi się jednak, że pierwsze celowe silniejsze pchnięcie na ścieżkę zrozumienia (wariacja na temat ponadczasowego arcydzieła literatury gotyckiej pewnego nieżyjącego już Irlandczyka, ewentualnie jego filmowych adaptacji/ekranizacji tudzież wiekowego plagiatu) to moment, w którym tajemnicza nieznajoma zdradza swoje imię. Dalszy ciąg tej gry w skojarzenia nastąpi w najmniej dogodnym dla naszego wątpliwego bohatera (antybohatera?) momencie: następne wiele mówiące imię. Skoro w sekcji spoilerowej jesteśmy, to pozwolę sobie jeszcze zwrócić uwagę na ostatni akt tej ekranowej sztuki, pochwalić wysiłek filmowców - niepospolita, bardziej makabryczna niż w standardowej mitologii (tak, tak są wyjątki), smacznie niesmaczna konsumpcja znanych bestyjek ze świata horroru KONIEC SPOILERA. W tak ulepionych historiach wiele, jeśli nie wszystko, zależy od obsady. Mógłby się posypać ten mroczny „domek z kart”, gdyby choć jedno ogniwo w krótkim aktorskim łańcuchu w niedostatecznym stopniu wczuło się w swoją postać. Cóż, w moich oczach stał całkiem stabilnie – maleńka trupa zgromadzona przez Neila LaBute'a w tym chłodnym zamczysku, uważam, sprostała temu wyzwaniu, wyróżnić muszę jednak Kate Bosworth, „solidną rekonstruktorkę”, czy jak kto woli, pilną uczennicę tych wszystkich emanujących seksapilem, niegodnych zaufania, ale w gruncie rzeczy bardziej przyciągających aniżeli odpychających pań, które swoje czarne skrzydła bodajże najbardziej rozwinęły w latach 70. XX wieku. Tak czy inaczej, w głowach długoletnich fanów kina grozy ten szalenie intensywny występ Kate Bosworth może uruchomić swoisty pokaz slajdów, tj. kadrów wyrwanych z tożsamej, tyle że starszej, fali – wspomnienia pewnych horrorów z poprzedniego wieku.

Słowny ping-pong, psychologiczne szachy, zabawa w (po)chowanego według Neila LaBute'a. Oferta dla skromnisi, ludzi, którym niewiele do szczęścia potrzeba. Chcę przez to powiedzieć, że „Dom mroku” cechuje bardzo daleko posunięty minimalizm. Środkowy palec wymierzony w horrory łubudubu. Bezczelnie odmawiają nam twórcy tego dziełka zabawy w „buu!” i każą tak niemiłosiernie długo czekać na soczystsze, dosadniejsze obrazki. Toż to modowa zbrodnia! Żeby aż tak iść pod prąd, żeby w takim poważaniu mieć oczekiwania dzisiejszej publiczności? Niecałej, bo mimo wszystko ostało się jeszcze trochę „leśnych dziadków” (to ja) wprost przepadających za „takim nudziarstwem”. Co to z wypiekami na twarzy przysłuchują się zwykłemu ględzeniu nieruchawych postaci. Siedzą i gadają, i gadają, i dalej gadają... To jakiś żart? Jeśli zabawny, to tak. Jeśli żałosny, to nie, takie perwersje LaBute'owi prawie na pewno w głowie nie były podczas prac nad tym filmowym wywrotowcem. Kino drastycznie cofnięte w rozwoju. W sumie klimat mógłby być bardziej retro (boleśnie brakowało mi stylizacji zdjęć na powstałe w XX wieku; oczywiście abstrahując od wspomnianych już tablic z „bajową treścią”, czołówki i napisów końcowych), mogliby twórcy wzmocnić archaiczny wystrój strasznego zamczyska. Tuż po przekroczeniu tego niekoniecznie niegościnnego progu, ale wszystko na to wskazuje, Hapgood Jackson zauważa jakąś postać, której absolutnie się tutaj nie spodziewał. Całkiem upiorna sylwetka, którą ostatecznie bierze za zwykłe przywidzenie. W końcu tego wieczora nie wylewał za kołnierz, a wcześniej wylał litry potu w biurze. Innymi słowy, to był nielicho męczący dzień i pełen pozytywnych wrażeń wieczorek w barze w centrum miasta. A to jeszcze nie koniec niespodzianek, jakie Opatrzność przygotowała dla tego nieprawdomównego człowieka. W każdym razie sam przyznaje, że zdarza mu się ściemniać, ale dla swojej przygodnej towarzyszki jest gotów zrobić wyjątek. Tak mówi, ona jednak nie wyglądała mi na przekonaną. Czyżby w duchu naigrawała się z tych „rycerskich” zapewnień? Tylko kreowała się na ostatnią naiwną? Niedokładnie przylegająca maska niewiniątka noszona przez istotę z piekła rodem? Femme fatale czy przyszła ofiara proszonego gościa? Aktor ze spalonego teatru i potencjalna wielka gwiazda sceniczna. Laureat Złotej Maliny i być może zdobywczyni Oscara w życiowym melodramacie – rzekomy dżentelmen i najwyraźniej absolutnie zauroczona panna. Do tego doprowadziły Neila LaBute'a rozmyślania o najbardziej nieudanej randce, jaka (nie) może się człowiekowi przytrafić. Taki mały eksperyment myślowy, zabawianie się „durnowatymi” wizjami. Intencje Hapa, wbrew jego staraniom, od samego początku były dla mnie całkowicie czytelne, ale aby nie pozostawić żadnych niedomówień, rozwiać ewentualne wątpliwości, jego stwórca już wkrótce każe Hapowi przeprowadzić jedną rozmowę telefoniczną. Maska definitywnie opada. No, chyba że to taka zwykła gadka-szmatka, popisywanie się, szpanowanie przed kolegą. Niech tamten (wyimaginowany, a na pewno niesłyszany przez widzów rozmówca niemal skaczącego z radości dzisiejszego wybranka urodziwej dziewoi) zzielenieje z zazdrości, a ja tymczasem zachowam się jak istny Książę z Bajki? Dacie wiarę? Przecież jak na dłoni widać, że Hap z trudem utrzymuje swojego najlepszego przyjaciela, albo najzacieklejszego wroga, w spodniach, że najchętniej przeszedłby już do rzeczy. Co go powstrzymuje? Na pewno nie kobieta, która tak pięknie go ugościła, o czym najdobitniej zaświadczy przejęcie przez nią inicjatywy. Nie taki znowu śmiały podrywacz z tego naszego Hapa. A przynajmniej dla tej enigmatycznej nieperfekcyjnej pani niezwyczajnego domu, to zdecydowanie żółwie tempo. Nudzą ją takie „niekończące się” seksualne podchody, więc w końcu „chwyta tego byka za rogi”. A on udowodnia, że nie taki z niego oprych, jak mogłoby się wydawać. Jeśli to jakiś test, to Hap w mojej ocenie zdaje go śpiewająco. Ale noc jeszcze młoda. Kto wie, jakie pułapki czekają w ciemnych zakamarkach tego upiornego zamczyska? Na niego albo na nią. Bo niebezpiecznie jest sprowadzać do mieszkania nieznajomych. Tym bardziej, gdy „twoja chata tak bezwstydnie bogata”. Tym bardziej, gdy z nikim nie dzielisz tego nie tak znowu nieprzytulnego lokum. Neil LaBute dokonał tutaj świadomego odwrócenia ról – zamarzyło mu się wywrócenie do góry nogami twardszego filmowego materiału – chyba przede wszystkim podyktowanego ciekawością, jak odbiorcy odnajdą się w tej niestereotypowej sytuacji. Czy te osoby, którym zdarzało się już zagorzale dopingować fikcyjne panie w opalach, które szczerze obawiali się o ich życie, tak samo zareagują na mężczyznę w opałach? Zakładając, że w tym wąskim gronie to właśnie jemu trafiła się najbardziej trefna karta od Opatrzności. Jest i pogrywanie z widzami, którym nie są obce jumperowe strachajła – tam, gdzie inni zrobiliby hałas, LaBute specjalnie (zmyślnie) odmawia nam takich podniet. Jest jeszcze jedna godna uwagi mała przerwa w tych nocnych rozmowach – przystanek jaskinia – i przerażająca historia rzekomo o duchach. Jeśli o mnie chodzi dostatecznie zajmujących rozmowach, aczkolwiek bywało, że moje zainteresowanie nielekko spadało. Takie tam sporadyczne nieciekawe chwile w ciekawym świecie przedstawionym przez profesjonalną ekipę pod przewodnictwem Neila LaBute'a. W bebechach Domu Mroku.

Polecać albo nie polecać; oto jest pytanie. Urokliwa symfonia, ale obawiam się, że tylko dla wąskiej niszy. „Dom mroku” Neila LaBute'a to z premedytacją przegadane dziełko. Hermetyczny, „zastoinowy”, niehałaśliwy horror w stylu gotyckim i zarazem thriller psychologiczny niezbyt szczodrze posypany wisielczym humorem. Pomnik dla Hammer Film Productions (ośmielę się dodać, że nie tylko) może i nie trwalszy niż ze spiżu, mój wzrok jednak ściągnął. No, ale ja niewymagająca jestem – wiecie ten typ, co to z reguły zadowala się byle czym – z całym szacunkiem dla pozostałych sympatyków tego „oburzająco kameralnego potworka”. To o mnie, nie o Was.

niedziela, 15 stycznia 2023

„Obłąkana” (2022)

 

Spodziewający się dziecka Julie i Daniel Riversowie niespełna dwa miesiące przed planowanym porodem zostają zmuszeni do zawieszenia remontu świeżo zakupionego domu. Dla dobra dziecka kobieta musi spędzać jak najwięcej czasu w łóżku i unikać stresu. Początkowo największym wrogiem praktycznie uwięzionej we własnej sypialni przyszłej matki jest nuda, ale to się zmienia, kiedy zaczyna widywać małego chłopczyka. Julie nie ma wątpliwości, że to pierworodne dziecko jej i Daniela, które przed paroma laty urodziło się martwe. Bojący się o jej stan psychiczny, ale i niechcący zaniedbywać pracy małżonek, wynajmuje prywatną pielęgniarkę, Delmy Walker, która ma opiekować się Julie głównie podczas jego nieobecności.

Debiut reżyserski Lori Evans Taylor na podstawie jej własnego scenariusza napisanego w 2015 roku. Na pomysł wpadła po narodzinach córki, a właściwie podsunęło go samo życie, jak to nazwała „jej własny mały moment Jacka Torrance'a”. Długotrwałe przebywanie w domu, gorączka kabinowa i też noszone w pamięci dotkliwsze doświadczenia jej znajomych praktycznie przykutych do łóżka – Taylor uświadomiła sobie, że nigdy nie spotkała się z taką koncepcją w swoim ukochanym gatunku (już w okresie dorastania pasjami „pożerała” horrory). Konstruując fabułę „Obłąkanej” (oryg. „Bed Rest”) Taylor odnosiła się również do jeszcze gorszego wydarzenia ze swojego życia, do osobistej tragedii, którą, można powiedzieć, obarczyła czołową postać tego horroru psychologicznego i potencjalnie nadprzyrodzonego. W swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych uwolnionego w grudniu 2022 roku na platformie Tubi.

Kiedy „Wstręt” Romana Polańskiego spotyka meksykańską legendą o La Lloronie wykorzystaną między innymi w The Conjuring Universe: „Topielisko. Klątwa La Llorony” w reżyserii Michaela Chavesa. Nie jestem pewna co do tego pierwszego, ale Lori Evans Taylor utrzymuje, że opowieść o La Lloronie poznała po opracowaniu pierwszej wersji scenariusza „Obłąkanej”. Jeśli już, to w tym punkcie natchnęły ją doniesienia medialne – potężna ilość chwytających za serce, katastrofalnych historii potwornie zdesperowanych matek i ich nieszczęsnych dzieci. Główną rolę Taylor, z polecenia ludzi z Project X Entertainment (jeden z producenckich filarów tej produkcji), powierzyła Melissie Barrerze, z którą ci ostatni mieli przyjemność współpracować choćby przy „Krzyku” Matta Bettinelliego-Olpina i Tylera Gilletta, a jej filmowym parterem został Guy Burnet. Pomijając położenie głównej bohaterki, pierwsze reżyserskie przedsięwzięcie kobiety obecnie pracującej między innymi nad kolejną częścią „Oszukać przeznaczenie”, popularnej franczyzy zapoczątkowanej w 2000 roku przez Jamesa Wonga, biegnie utwardzoną grozową ścieżką. Konwencjonalna ghost story, która równie dobrze może być swoistą analizą przypadku chorobowego. A to wszystko, oczywiście, po przeprowadzce do nowego-starego domu. Wiekowej nieruchomości wymagającej generalnego remontu, do czego Julie i Daniel Riversowie w domyśle zabrali się niezwłocznie po sfinalizowaniu owego niebagatelnego zakupu. Piętrowy budynek z czerwonej cegły, który - a jakże! - pamięta przynajmniej jedną koszmarną historię. Łatwo odgadnąć jaką. Właściwie to, wbrew zamiarom twórców, nad niczym nie musiałam się tutaj głowić. Przeźroczysta zagadka. Zero wątpliwości, żadnych pytań, tylko spokojne oczekiwanie na odkrywanie kolejnych kart przez nieprzebiegłych filmowców. W nie tak ciasnej przestrzeni na jaką się zanosiło. Nie tak subiektywnie klaustrofobicznej, bo domostwo, w którym powoli „więdnie” ciężarna kobieta doprawdy trudno uznać za klitkę. Spory metraż na odludziu, gdzie wrażenie izolacji dodatkowo potęguje zimowa aura. Właściwie życie Julie Rivers przez mniej więcej dwa miesiące ma toczyć się jedynie w dwóch pomieszczeniach tego zapewne nietaniego nabytku pary po przejściach. Najwięcej czasu ma spędzać w całkiem przestronnej sypialni na piętrze, a potrzeby fizjologiczne załatwiać w przylegającej maleńkiej łazience, gdzie też ma brać, zapewne rzadsze niż dotychczas, niedługie kąpiele. Prawie jak Paul Sheldon z „Misery” Stephena Kinga (i jej filmowej odpowiedniczki wyreżyserowanej przez Roba Reinera), prawie jak Torrance'owie ze „Lśnienia” tego samego autora (i Stanleya Kubricka, i Micka Garrisa). Z naciskiem na „prawie”. Sytuacja postaci wymyślonej przez Lori Evans Taylor nie jest aż tak beznadziejna. W przeciwieństwie do nieszczęsnych pozasezonowych opiekunów hotelu Overlook ma kontakt ze światem zewnętrznym i nawet jeśli wpadła w sidła pielęgniarki pokroju Annie Wilkes, to ma nieporównywalnie większe możliwości na zaalarmowanie innych. A przynajmniej tak jej się wydaje, bo jak można się tego spodziewać, człowiek, w którym pokłada największe nadzieje, głęboko ją rozczarowuje. Z jej punktu widzenia Daniel mimowolnie przeszedł na stronę wroga, bo trwa w błędnym przekonaniu, że jego ukochana doznaje halucynacji. Prawdopodobnie nie po raz pierwszy. Typowy konflikt w świecie horroru: ona utrzymuje, że po ich posesji krąży duch, on stanowczo obstaje za problemami zdrowotnymi. Odżywa trauma w twardym lockdownie. Szeroko otwiera się nie taka znowu stara rana, która przypuszczalnie nigdy do końca się nie zabliźni. W samotności budzą się wewnętrzne demony. Albo zewnętrzne, Julie jednak nie wypatruje zagrożenia w niecodziennym współlokatorze. Bo dlaczego miałaby się bać swojego dziecka? Ukochanego synka, który urodził się martwy. Ulubionym miejscem w częściowo wyremontowanym nowym gniazdku Riversów jest pokój wybrany (i już urządzony) dla jego niecierpliwie wyczekiwanej siostrzyczki, ale w odróżnieniu od Julie ta hipotetyczna, coraz mniej wesoła duszyczka zdaje się całkiem swobodnie poruszać po „prywatnej wyspie” małżeństwa w kryzysie. I tutaj twórcy kłaniają się przede wszystkim miłośnikom zabawy w „buu!” - raptowne manifestacje trupio bladego malca, które niestety nie przyprawiały mnie o szybsze bicie serca. Za to w lekki dyskomfort wprawił mnie pierwszy kontakt Julie z nieznanym, samotna zabawa (nie)tajemniczego chłopca na podwórzu przerwana przez przyjaźnie nastawioną, praktycznie unieruchomioną przewodniczkę po tym całkiem swojskim świecie przedstawionym. Wyróżnić mogę też zabawę z piłeczką oraz upiorną twarz dostrzeżoną w lustrze wiszącym w pokoju dziecięcym (nieprzesadna, powiedziałabym nawet, że minimalistyczna charakteryzacja nieproszonego gościa), gdzie Julie może zaglądać bez wychodzenia z łóżka - dzięki kamerze.

Kolorystyka zdjęć, z których złożono „pierworodne reżyserskie dziecko” Lori Evans Taylor, powstałych pod kierownictwem Jeana-Philippe'a Berniera (m.in. „Lato 84” François Simarda, Anouk Whissell i Yoanna-Karla Whissella, „Godzina oczyszczenia” Damiena LeVecka i „Musimy coś zrobić” Seana Kinga O'Grady'ego), średnio mi pasowała do tak tradycyjnego współczesnego straszaka. Dla takich scenariuszy najczęściej „rezerwuje się” plastikowe opakowania, a tutaj mamy barwy bardziej, że tak to ujmę, kartonowe. Niesoczyste, przygaszone, jakby brudnawe, może nawet lekko depresyjne. Kolejna dobra wróżba, która w moim przypadku się nie sprawdziła. Według mnie nie wykorzystała pani Taylor możliwości drzemiących w tym chropawym wkładzie zespołu operatorskiego pod doświadczonym okiem Berniera. To dziwne, ale w tym potencjalnie nawiedzonym domu, czułam się dokładnie tak, jak w przyjaźniejszych, wydelikaconych, błyszczących przeklętych zakątkach projektowanych przez wielu współczesnych filmowców. Mroczniejsza oprawa niż w pierwszym lepszym ultranowoczesnym „popcornowym straszydle”, a efekt w zasadzie identyczny. Nieintensywna przygoda niekoniecznie z duchami. Przymusowy odpoczynek w czterech ścianach własnego, ale w gruncie rzeczy obcego domu. Julie Rivers może i zdążyła się już zadomowić w tej spasionej nieruchomości, ale jeszcze sporo musi się o niej dowiedzieć. Albo o sobie. Samotność zdecydowanie jej nie służy, więc jej „zmyślny” mąż zatrudnia doświadczoną pielęgniarkę Delmy Walker (niezgorsza kreacja Edie Inksetter). Sympatyczna twarz... i nieszczera troska o Julie? Bije od niej ciepło (nie to co od pani Danvers z „Rebeki” Daphne du Maurier, nie wspominając już o Annie Wilkes), ale to może być tylko spytana zasłona dymna dla jej rzeczywistych zamiarów. „Ciocia dobra rada”, sumiennie wykonująca swoje zawodowe obowiązki i być może cierpliwie czekająca aż wreszcie będzie mogła wdrożyć w życie swój diaboliczny plan. Julie wprawdzie nie przyjmuje Delmy z otwartymi ramionami, ale z dnia na dzień coraz bardziej przekonuje się do jej towarzystwa. Właściwie przeradza się to w przyjaźń, w którą klin, umyślnie czy nie, wbije mały duszek, ewentualnie projekcja nielicho osłabionego umysłu uwięzionej kobiety. Obiektywnie patrząc to udany występ Melissy Barrery – a przynajmniej ja żadnych warsztatowych niedociągnięć nie zauważyłam – ale jej charyzma niespecjalnie na mnie działała. Przychylna, ale nie oczarowana. W czysty zachwyt ani razu nie wpadłam, gdybym jednak miała wskazać najsłabsze ogniwo w tej skromniej aktorskiej ferajnie, to mój wybór padłby na Guya Burneta. Nie chcę pisać „drewno”... więc nie napiszę;) A wracając do naszej dzielnej matki i jej, powiedzmy, że skomplikowanej relacji z domową pielęgniarką. Przebrzydłą porywaczką lub zabójczynią niemowląt albo poczciwą kobieciną, dokładającą starań, by wydobyć swoją podopieczną z okowów nieutulonego żalu, jakoś pomóc w przepracowaniu żałoby, która mogła już przejść w psychozę czy jakąś inną poważną dolegliwość psychiczną. Delmy wydaje się być nieczuła na straszne podejrzenia Julie. Może nie została wtajemniczona w owe niekoniecznie paranoiczne myśli głównej bohaterki tej kameralnej sagi rodzinnej, może z doświadczenia wie, że przy odpowiedniej opiece, to prędzej czy później minie, że to nie tyle suwerenny pogląd Julie, ile złośliwe podszepty jej splątanego umysłu? A może czerpie z tego perwersyjną przyjemność? W duchu śmieje się z krzywdy, jaką już jej zadała i spokojnie szykuje się do ostatecznego ciosu. Może gratuluje sobie wygranej, już wita się z gąską. Nie żeby ta kwestia zajmowałam moje myśli na tej niezamglonej, niewyboistej drodze ku „Wielkiej Prawdzie”. Banalna, ale jadalna historyjka, która pod koniec niemal przyprawiła mnie o roztrój żołądka. Brakowało tylko uroczych cherubinków wygrywających niebiańską melodię na bosko lśniących harfach.

Bo w matkach jest moc! Nawet najczarniejszą rozpacz, nawet najokropniejszą żałobę można przekuć w pozytywną energię. Debiutująca reżyserka Lori Evans Taylor przedstawia „Obłąkaną” kobietę w zaawansowanej ciąży, która równie dobrze może mieć do czynienia z istotami z zaświatów. Trauma, samotność, izolacja, depresja, czyli stara śpiewka na tym gatunkowym poletku (zresztą nie tylko tym). Desperackie zmagania kochającej matki w typowej nieruchomości w „państwie” horroru. Jak dla mnie niedostatecznie klimatyczna, mocno przewidywalna, niezbyt emocjonująca, niecharakterna opowiastka, która mimo wszystko nie wystawiała mojej cierpliwości na jakieś wielkie próby. Nie, przemożna pokusa przerwania tej nijakiej przygody jakoś mnie nie ogarniała. A to już coś.