wtorek, 29 października 2019

„Godzina oczyszczenia” (2019)


Ojciec Max wsławił się przeprowadzaniem skutecznych egzorcyzmów na oczach internautów. Emitowany na żywo program internetowy pod tytułem „Godzina oczyszczenia', którego jest głównym bohaterem wykreował go na bożego wojownika pomagającego ludziom opętanym przez demony. Jego widzowie nie wiedzą, że to mistyfikacja. Skrupulatnie przygotowane inscenizacje będące dla Maxa i jego przyjaciół źródłem utrzymania. Dla fałszywego egzorcysty najważniejsze jest jednak to, że dzięki temu przedsięwzięciu stał się postacią rozpoznawalną. Łaknie jednak dużo większej sławy i na jego nieszczęście jego marzenie już wkrótce się ziści. Okoliczności zmuszają jego przyjaciela i zarazem biznesowego partnera, Drew, do obsadzenia w roli opętanej kobiety w najnowszym odcinku „Godziny oczyszczenia” jego narzeczonej Lane. Niedługo po rozpoczęciu programu kobieta przestaje trzymać się scenariusza. Jej twarz oraz głos ulegają drastycznej zmianie i co gorsza kobieta zyskuje nadnaturalne moce, które wykorzystuje przeciwko swoim znajomym, którzy nie mają wątpliwości, że Lane naprawdę została opętana przez demona. A cały ten koszmar rozgrywa się na oczach wielu widzów z całego świata.

W 2016 roku ukazał się dziewiętnastominutowy filmik w reżyserii Damiena LeVecka i na podstawie scenariusza Aarona Horwitza pt. „The Cleansing Hour” opowiadający o twórcach programu internetowego pokazującego udawane egzorcyzmy, którzy nieoczekiwanie muszą zmierzyć się z prawdziwym demonem. W branży filmowej LeVeck zajmuje się przede wszystkim montażem, ale stara się realizować również jako reżyser i scenarzysta. Rozszerzona wersja krótkometrażowego „The Cleansing Hour” pod tym samym tytułem (pol. „Godzina oczyszczenia”), to czwarty występ LeVecka w roli reżysera - wcześniej nakręcił dwa shorty i jeden segment w antologii filmowej „Dark, Deadly & Dreadful”. Scenariusz jego pełnometrażowego debiutu powstał we współpracy z Aaronem Horwitzem, tym samym, który napisał scenariusz krótkometrażówki stanowiącej materiał wyjściowy omawianej produkcji. Produkcji niezależnej, horroru satanistycznego stworzonego przez człowieka, który, jak sam mówi, ma słabość do praktycznych efektów specjalnych w kinematografii i „Egzorcysty” Williama Friedkina.

Damien LeVeck jest w pełni świadomy, że kultowy „Egzorcysta” z 1973 roku wciąż pozostaje niedoścignionym dziełem w tematyce opętań przez demony. Popularyzatorem konwencji, z którą nadal i wciąż z gorszym skutkiem od Williama Friedkina mierzą się co poniektórzy twórcy horrorów. On, człowiek o imieniu nader pasującym do tematyki jego pełnometrażowego debiutu (żarcik), nie chciał iść śladami tych wszystkich twórców podpinających się pod schemat „Egzorcysty”. Nie ukrywa inspiracji tamtym wiekopomnym dziełem (w głównej mierze dotyczy to Adama Horowitza, gdyż to on opracował całą historię), bo i trudno znaleźć horror o opętaniu, na które arcydzieło Friedkina nie miało żadnego wpływu (wśród powstałych po nim oczywiście), ale nie sposób nie zauważyć, że „Godzina oczyszczenia”, odstaje od tego, na co nastawia się chyba każdy fan kina grozy sięgający po horror o opętaniu i egzorcyzmach. Program internetowy emitowany w czasie rzeczywistym wziąwszy pod uwagę całokształt kinematografii żadnym novum nie jest, ale przynajmniej ja dotychczas nie widziałam horroru o opętaniu człowieka przez nadnaturalną istotę i naturalnie o egzorcyzmach wykorzystującego podobną koncepcję. Motyw internetowego show wmawiającego ludziom, że świadkują prawdziwym egzorcyzmom przeprowadzanym przez nieustraszonego księdza, bożego wojownika w każdym odcinku mężnie stawiającemu czoła jakiemuś demonowi (w domyśle zawsze innemu) gnieżdżącemu się w ciele jakiegoś nieszczęśnika. Ojciec Max (dobra kreacja Ryana Guzmana) i jego wieloletni przyjaciel Drew (wspaniały Kyle Gallner) oraz oczywiście pozostali członkowie ekipy technicznej programu pod tytułem „Godzina oczyszczenia”, rozkręcili całkiem intratny biznes polegający na ni mniej, ni więcej oszukiwaniu ludzi. Zanosi się więc na to, że trudno będzie z nimi sympatyzować. Stanąć po ich stronie, gdy nastąpi nieuniknione: gdy przyjdzie im się zmierzyć z prawdziwym demonem. Na wizji, na oczach nieustannie przybywających widzów, wśród których jak można się tego spodziewać ciężko będzie im znaleźć sojuszników. Wbrew pozorom organizatorzy „Godziny oczyszczenia” nie okażą się osobami skrajnie antypatycznymi. Chociaż ojca Maxa poznajemy jako zapatrzonego w siebie, egoistycznego typa, który bez skrupułów buduje sobie wizerunek księdza wypędzającego demony z ciał ludzi rzekomo zwracających się do niego o pomoc. Mężczyzny, który wykorzystuje swoich przyjaciół do promowania siebie. Nie żeby ich do tego zmuszał. Drew i inni działający w tym niegodziwym biznesie mogą w każdej chwili odejść, ale nie decydują się na ten krok, ponieważ czerpią z tego korzyści finansowe. A Drew ponadto nie chce ryzykować zniszczenia długiej przyjaźni z Maxem. Tylko Lane, w którą moim zdaniem w znakomitym stylu wcieliła się Alix Angelis, zamierza porzucić ten godny pogardy interes i stara się namówić do tego swojego przyszłego męża. Drew jest więc w rozterce: z jednej strony jest już zmęczonym tym wszystkim i chciałby robić coś, co nie będzie w nim budziło odrazy do samego siebie, ale z drugiej wątpi żeby udało mu się znaleźć równie duże źródło dochodu i nie chce zawieść swojego przyjaciela. Pomimo że zachowanie Maxa coraz bardziej go irytuje. Woda sodowa ewidentnie uderzyła do głowy mężczyźnie podszywającemu się pod katolickiego księdza. A że apetyt zwykle rośnie w miarę jedzenia, to Max chce więcej. Chce większej sławy. Przede wszystkim milionów fanów na całym świecie. Pieniądze mają dla niego drugorzędne znaczenie. Z tego wynika, że najlepszym charakterem z tego (nie)wesołego grona jest Lane. A więc młoda kobieta, która już wkrótce zostanie opętana przez nadnaturalną istotę, w istnienie której twórcy podcastu o egzorcyzmach wcześniej pewnie nawet nie wierzyli. Ale nie tylko jej widz będzie mógł kibicować w tej nierównej walce z demonicznym stworzeniem sypiącym tekstami, których pewnie nie powstydziłby się sam Freddy Krueger. Ze złą istotą, która budziła we mnie dosyć zaskakujące uczucia. I to, Panie i Panowie, w moich oczach najmocniej odróżnia „Godzinę oczyszczenia” Damiena LeVecka od znanych mi horrorów o opętaniach i egzorcyzmach. Jeszcze nigdy nie łapałam się na sympatyzowaniu z demoniczną istotą, która na ekranie wzięła w posiadanie ciało człowieka. Brzmi strasznie? Pewnie tak, ale zapewniam, że nie jest aż tak kontrowersyjnie, jak mogłoby się wydawać. Twórcy „Godziny oczyszczenia” nie pochwalają demonów, ale i nie pozostają ślepi na grzechy Kościoła katolickiego (części kleru). Ale i w ogóle nas wszystkich, bez względu na nasze wyznanie bądź jego brak. Nasze nastawienie do bohaterów „Godziny oczyszczenia” tak naprawdę zależy od tego, jak patrzymy na samych siebie. Jeśli uważamy się za osoby krystalicznie czyste, istne ideały, które nie mają na sumieniu żadnych, nawet najdrobniejszych przewinień, to przyznamy rację tym internautom śledzącym przeżycia bohaterów w dosyć mrocznym pomieszczeniu gdzieś w Los Angeles, którzy uważają, że realizatorzy programu pt. „Godzina oczyszczenia” w pełni zasłużyli sobie na śmierć w męczarniach.

Damien LeVeck dał w „Godzinie oczyszczenia” wyraz swojej miłości do praktycznych efektów specjalnych. Zatrudnił ekipę, która stworzyła trochę naprawdę wiarygodnie się prezentujących mniej i bardziej upiornych smaczków. Moim zwycięzcom tej nieformalnej konkurencji są oczywiście białawe, wyłupiaste oczy opętanej kobiety. Wykorzystane już w niejednym horrorze, ale wciąż do pewnego stopnia na mnie oddziałujące. Budzące lekki dyskomfort emocjonalny, czego zazwyczaj nie mogę powiedzieć o efektach komputerowych. LeVeck przy całym swoim uwielbieniu do fizycznie obecnych na planie rekwizytów, nie zrezygnował niestety z obrazów generowanych komputerowo. Nie ma ich wiele, ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie zakłócały mojego odbioru tego poza tym realistycznie się prezentującego obrazu. Lwia część fabuły „Godziny oczyszczenia” rozgrywa się w dość skąpo oświetlonym pomieszczeniu, które wprawdzie obiektywnie ciasne nie jest, ale dzięki zgrabnej realizacji i oczywiście założeniom scenariusza ma się takie wrażenie. Pełnometrażowy debiut Damiena LeVecka nie jest jakoś szczególnie klaustrofobiczny, ale delikatne poczucie ciasnoty zdecydowanie miałam obserwując gehennę twórców niechlubnego programu internetowego, zgotowaną im przez demona prawdopodobnie niedziałającego w dobrej wierze, ale chwilami takie wrażenie istotnie sprawiającego. Niekoniecznie tak do końca fałszywe, bo nie od dziś wiadomo, że prawda oczyszcza, a tego właśnie istota tkwiąca w ciele Lane od Maxa i jego kolegów zdaje się oczekiwać. Podzielenia się ze światem swoimi największymi grzechami – wyspowiadania się milionom internautów, między innymi z tego, że ich dochodowy program to zwykła mistyfikacja. Oszustwo drenujące kieszenie co naiwniejszych osobników. I robiące z Maxa prawdopodobnie najsłynniejszego egzorcystę naszych czasów. Chociaż w rzeczywistości nim nie jest. Opętana Lane nie obraca swojej głowy o sto osiemdziesiąt stopni, ani nie wygina całego swojego ciała pod nieprawdopodobnymi kątami, ponieważ LeVeckowi zależało na zachowaniu, w miarę możliwości, jak najbardziej wiarygodnego wizerunku osoby opętanej. Nie chciał uciekać w świat fantazji dalej niż to konieczne, ale to nie znaczy, że charakteryzacja nosicielki demonicznej istoty ogranicza się wyłącznie do białych oczu. Dla mnie gwaranta lekkiej upiorności, bo i na niej reżyserowi, współscenarzyście, współproducentowi i montażyście „Godziny oczyszczenia”, co oczywiste, bardzo zależało. Twarz opętanej ma dodatkowe smaczki. Nieprzesadne, minimalistyczne, co tylko dodaje im wiarygodności. UWAGA SPOILER Sama tego nie zauważyłam, ale w jednym z wywiadów przeprowadzonych z Damienem LeVeckiem wyczytałam, że oblicze opętanej jest odbiciem twarzy trochę kiczowato prezentującego się władcy piekieł ukazanego w całym swym „dostojeństwie” pod koniec filmu KONIEC SPOILERA. A nie zawsze mniej znaczy lepiej, co pokazuje choćby taka Regan MacNeil. Opętanej Lane rzecz jasna sporo brakuje do kultowej dziewczynki z „Egzorcysty”, ale taki wizerunek w moich oczach też się obronił. I złowieszczy głos, który stworzono poprzez nałożenie na siebie głosów Alix Angelis i Tary Karsian. Złowieszczy, ale i dowcipny, bo czyż można się nie roześmiać, gdy demon edukuje nieletnich odbiorców programu internetowego w kwestii narkotyków albo serwuje cięte i trafne riposty w kierunku swoich słabych przeciwników? Albo osób, które poddaje swego rodzaju egzorcyzmom, bo śledząc tę trzymającą w napięciu rozgrywkę nie mogłam nie zauważyć swoistego odwrócenia ról. Egzorcysta (tzn. człowiek udający egzorcystę) jest egzorcyzmowany przez demoniczną postać, która przywłaszczyła sobie ciało jego koleżanki. To znaczy może dostąpić katharsis, w pewnym sensie oczyścić się z grzechów, jeśli tylko odważy się podzielić nimi z internautami, wśród których jak wiemy z życia nie brakuje ludzi, którzy wykorzystują internet do krzywdzenia bliźnich. Ludzi, którzy chętnie przyłożą rękę nawet do morderstwa. Bo czemu nie? Przecież ofiarami są oszuści, czyli jednostki, które w przeciwieństwie do odbiorców ich programu mają sporo na sumieniu... O czym jeszcze trzeba wspomnieć „Godzina oczyszczenia” w dosyć przewrotny sposób przedstawia stosunek, myślę, niemałej części ludzkości do prawdy. W przewrotny, bo wykładowcą tego tematu staje się istota do szczętu zła. Czy prawda może działać oczyszczająco w świecie, któremu najwidoczniej przestało już na niej zależeć? Prawda was wyzwoli. Bzdura - zdaje się mówić bądź co bądź niegłupi demon. - Dajcie ludziom igrzyska, a uwierzą we wszystkie kłamstwa, którymi ich poczęstujecie. A nawet jeśli nie, to przynajmniej zbytnio nie ucierpicie, bo obecnie większe katusze przechodzą prawdomówni. Cóż począć, takie to czasy... Nie, twórcy „Godziny oczyszczenia” nie godzą się z tym. Morał ich filmu jest taki (swoją drogą, posiada on nietypowe dla tego rodzaju horroru zakończenie, a więc zaskakujące i jeszcze ważniejsze doskonale wpasowujące się w ramy tej historii), że należy robić wszystko, by przeciwstawiać się temu okropnemu zjawisku panującemu w obecnym świecie. Punktować ludzi znajdujących w sobie odwagę do podzielenia się z nami prawdą. Nawet wtedy, gdy nie stawia ich ona w najkorzystniejszym świetle i nawet wówczas, gdy jest bolesna dla nas samych.

Myślę, że „Godzina oczyszczenia” Damiena LeVecka ma dużą szansę stać się jednym z najbardziej rozpoznawalnych horrorów satanistycznych XXI wieku. Bo ten niezbyt doświadczony reżyser zrobił coś, co wydawało mi się, że już nigdy nie nastąpi, a mianowicie tchnął sporo świeżości w kostniejący nurt horrorów o opętaniach przez demony i naturalnie egzorcyzmach. Nie odciął się całkowicie od konwencji spopularyzowanej przez Williama Friedkina w jego legendarnym „Egzorcyście”, ale i tak poszedł dalej niż wszyscy inni współcześni twórcy tego typu produkcji. „Godzina oczyszczenia” nie jest wprawdzie tak przerażająca (w sumie to raczej nikogo nie przerazi), jak „Egzorcysta”, ani nawet tak frapująca, jak „Egzorcyzmy Emily Rose” Scotta Derricksona, ale ogląda się to z zadowalającym zainteresowaniem, w niemałym napięciu, ale i miejscami z rozbawieniem. Śmiejemy się jednak z twórcami, a nie z nich. No może z wyłączeniem dodatków cyfrowych. Więcej jednak znajdziecie tutaj wiarygodnie się prezentujących praktycznych efektów specjalnych skupionych wokół postaci, która ma szansę na trwałe zapisać się w historii kina grozy. Demonicznej istoty przemawiającej ustami bezbronnej młodej kobiety, która wyglądem co prawda zbytnio się nie wyróżnia, ale jej sposób bycia i wypowiedzi mają w sobie moc. Moc przyciągania, która najprawdopodobniej sprawi, że nie będziecie czuć się w pełni komfortowo. Bo i przecież nie o nasz psychiczny komfort twórcy horrorów zabiegają. Pełnometrażowy debiut Damiena LeVecka sprawi, że poczujecie się cokolwiek nieswojo, Wy wszyscy (a przynajmniej część z Was), którzy preferujecie takie klimaty. Uważajcie więc, żeby rzeczonego dziełka nie przegapić!

Za seans bardzo dziękuję

Film wchodzi w skład 4. Przeglądu Horrorów Fest Makabra

2 komentarze: