Stronki na blogu

środa, 14 czerwca 2023

„Pollen” (2023)

 
Dwudziestotrzyletnia Hera nie posiada się ze szczęścia, kiedy świeżo po studiach udaje jej się dostać posadę młodszej analityczki danych w korporacji. Poza tym zaczęła spotykać się z przystojnym Zachiem, kierownikiem działu finansowego, z doświadczenia wiedzącym jak w szybkim czasie osiągnąć sukces i gotowym podzielić się z nią swoją wiedzą. Ale nie za darmo, o czym Hera boleśnie przekonuje się pewnego wieczora we własnym domu. Zmuszona do stosunku seksualnego przez człowieka, który wcześniej obdarował ją rośliną doniczkową. Nową najlepszą przyjaciółką ambitnej młodej kobiety, uwikłanej w toksyczny związek i prześladowanej przez drzewną istotę.

Plakat filmu. „Pollen” 2023, RoleCall, Bone Broth Films

Pełnometrażowy debiut reżyserski D.W. Medoffa na podstawie jego własnego scenariusza. Horror psychologiczny stworzony przez filmowca, dla którego najbardziej inspirujące są historie pokazujące ból istnienia, tragedie jednostek w tragicznym – destrukcyjnym i chaotycznym – świecie. Pracując nad „Pollen” Medoff pozostawał pod wpływem choćby takich obrazów, jak „Babadook” Jennifer Kent, „Coś za mną chodzi” Davida Roberta Mitchella, „Saint Maud” Rose Glass, „Lake Mungo” Joela Andersona oraz „Nawiedzonego domu na wzgórzu” Mike'a Flanagana, serialu na motywach kultowej powieści Shirley Jackson. A głównym źródłem inspiracji była mitologia grecka – drzewny potwór nawiedzający główną bohaterkę (nomen atque omen) powstał pod natchnieniem driad: nimf z zielonkawą skórą, bezlitosnych strażniczek lasów, żarliwych wyznawczyń kultu Matki Natury. „Pollen” został uwolniony w czerwcu 2023 roku – w swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych trafił bezpośrednio na platformy VOD.

Metaforyczna opowieść, która fanom kina grozy może przypomnieć choćby „Opiekunkę” aka „Strażnika” Williama Friedkina”, „Mroki lasu” Lucky'ego McKee czy „Z lasu” Corina Hardy'ego. Czarująca obrazem i dźwiękiem, dopieszczona na gruncie audiowizualnym - niesamowicie intensywne zdjęcia Blake'a Studwella, owocnie współpracujące z melancholijno-złowieszczą ścieżką dźwiękową Chrisa Campbella – wrażliwa analiza psychologiczna, nasycona aromatem eko horroru. Utrzymany w oldschoolowym klimacie arthouse horror opatrzony aktualnymi komentarzami społeczno-obyczajowymi. Imienniczka greckiej bogini małżeństwa, zazdrosnej, mściwej siostry i żony Zeusa (widowiskowy występ Avy Rose Kinard) to bohaterka czasów współczesnych... która jednak może nie być uznana za typową przedstawicielkę naszej epoki. Ambitna młoda kobieta, która nie chce być taka jak na przykład Eleanor Vance, bujająca w obłokach, infantylna osobowość, która zadławiła się nowymi, wspaniałymi, wyimaginowanymi(?) możliwościami. Ale inni tego chcą. W dżungli zwanej cywilizacją nie brakuje osobników gotowych zdeptać twoje marzenia. Mięsożerców. Herze wydaje się, że ma wszystko, co niezbędne do energicznego pięcia się po szczeblach kariery. Nie jest taka jak jej starsza siostra Demi (przyzwoita kreacja Ashley Ames), która jej zdaniem zadowala się byle czym. Haruje jak wół za psie pieniądze – pielęgniarka i samotna matka kilkuletniej Corey (przeciętny występ Riley Madison Fuller) – a na dodatek nie przykłada się do poszukiwań odpowiedniego nie tylko dla niej, ale i dla jej dziecka, życiowego partnera. Uważa, że Demi nie tylko jest osobą praktycznie pozbawioną ambicji, ale i niepotrafiącą zrozumieć tych, co ją mają. A już na pewno nie rozumie swojej młodszej siostry, która ledwo weszła na rynek pracy (nie licząc studenckiej przygody w kawiarni), a już odczuwa silną presję czasu. Ma dwadzieścia trzy lata, a jest „zaledwie” młodszą analityczką danych w korporacji. Szczęśliwa i zarazem niepocieszona, wręcz głęboko rozczarowana sobą. Zach (bezbłędny Tyler Buckingham – imponujące wczucie w niewdzięczną, to znaczy antypatyczną postać), jej mentor i książę z bajki, kierownik działu finansowego nie pozwolił jej nacieszyć się tym sukcesem. Wytłumaczył jak ważne jest natychmiastowe wysforowanie się naprzód. „Wspaniałomyślnie” wziął „świeże mięsko” pod swoje skrzydła. Bo dla Zacha ta dobrze wykształcona, ale niedoświadczona życiowo, niektórzy mogą wręcz uznać, że niedojrzała kobieta, tym właśnie jest – soczystym mięsem, na jego szczęście, przekonanym, że znalazło swoją drugą połówkę. Żałosnym stworzeniem najwyraźniej wychodzącym z założenia, że ludzie są z natury dobrzy. Ufne dziewczątko, trwające w fałszywym przekonaniu, że ma przed sobą świetlaną przyszłość. Porywa się z motyką na słońce, ale póki co w interesie Zacha leży podtrzymywanie w niej pewności, że w nią wierzy. Że wcale nie uważa, iż Hera powinna pomyśleć o pracy nauczycielki albo (o zgrozo!) pielęgniarki, a jeszcze lepiej skupić się na poszukiwaniach mężczyzny zarabiającego na tyle przyzwoicie, by ją utrzymywać. Zacha nie tyle denerwuje, ile bawi „eksperyment społeczny” polegający na uporczywym wciskaniu płci żeńskiej na rynek pracy. Głupim kobietkom wmówiono, że mogą robić to, co mężczyźni. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Zach ma się za przedstawiciela zdroworozsądkowej mniejszości – jednego z tych, którzy nie będą zaskoczeni, gdy wspomniany „eksperyment” wreszcie zostanie zarzucony. Bo to nie może się udać, wszak kobieta została stworzona po to by służyć mężczyźnie. Zaspokajać wszelkie jego potrzeby, zajmować się gospodarstwem domowym i oczywiście rodzić dzieci, nie oczekując przy tym pomocy w ich wychowaniu od jedynego żywiciela rodziny. Zach byłby skłonny rozpatrzyć kandydaturę Hery do zaobrączkowania, gdyby wyzbyła się tego całego feministycznego myślenia. Byle prędko, bo konkurencja nie śpi.

Plakat filmu. „Pollen” 2023, RoleCall, Bone Broth Films

Kiedy umiera nadzieja. Czołowa postać „Pollen” D.W. Medoffa zgrzeszyła marzeniami. Idealistycznie założyła, że fortuna sprzyja pracowitym. Między innymi tego nauczyła się w szkole, a jak kiedyś przytomnie zauważył Albert Camus „szkoła przygotowuje dzieci do życia, które nie istnieje”. „Pollen” to historia pewnego szczególnie bolesnego zderzenia wiedzy akademickiej z twardą rzeczywistością. Ambicji z mądrością życiową. W oczach Hery jej ukochana siostra zadowala się nadgniłymi resztkami z pańskich stołów. Spoczęła na laurach, choć mogłaby góry przenosić. W kapitalizmie chcieć to mieć. Hera chciała i dostała. A tak naprawdę uczciwie sobie na to zapracowała, bo na wolnym rynku każdy może wyznaczać sobie cele, ale potrzeba jeszcze odrobinę determinacji, by je osiągnąć. Z takim nastawieniem „dziewczyna Medoffa” wchodzi na pierwszy szczebel korporacyjnej drabiny. I nie potrzebuje dużo czasu, by udowodnić swoją wartość. Sęk w tym, że sprawna i dokładna młodsza analityczka danych nie zna niepisanych reguł. Marzy jej się błyskawiczny awans, a nawet nie potrafi się ubrać. Raz zjawia się w firmie w wyzywających ciuszkach, a innym razem w jakimś „stroju pokutnym”. Jak nie wamp, to marynarz. I jeszcze to ciągłe przepraszanie. Bezpośrednia przełożona Hery próbuje jej wytłumaczyć, jak ważna jest prezencja w tym, bądź co bądź, męskim świecie. Pożrą ją żywcem, gdy tylko zwietrzą okazję. Płotka wśród rekinów i piranii. Niegeneralizujący horror feministyczny. W świecie przedstawionym przez Medoffa nie istnieje coś takiego jak solidarność jajników, a przynajmniej nie istnieje w nowym miejscu pracy (pierwsze, które się liczy!) dwudziestotrzyletniej kobiety wykorzystanej seksualnie przez rzekomą miłość jej życia. Hera nie wini Zacha, wini siebie. Swoją przeklętą pruderyjność. Żałuje, że nie potrafi traktować seksu tak lekko jak jej siostra. Tak chętnie konsumować związku przecież nie z jakimś przypadkowym mężczyzną, tylko poważnym kandydatem na jej życiowego towarzysza. Ewidentnie najlepsza partia w firmie. Zeus i jego Olimp. Harem człowieka z kompleksem Boga, który łaskawie obdarzył Herę bezcenną rośliną doniczkową. Obłędny kwiatek dla kwiatu, którego jest pół światu. Jak nie Hera, to Vicky (intrygująco przejaskrawiony mały pokaz Bennett Welch), która w przeciwieństwie do tego niewdzięcznego żółtodzioba dobrze wie, jak się w to gra. Gotowa na robienie kariery przez łóżko, a zatem w oczach Zacha może być bardziej obiecującym materiałem na kobietę sukcesu. Zakładając, że pępek świata traci czas na takie przemyślenia. Po co, skoro w tym czasie może zaliczać? Zach bawi się kobietami i trzeba mu oddać, że jest przy tym dość uczciwy. Nie tyle manipuluje, ile wykłada kawę na ławę. Hera zdaje się nie dostrzegać, że jej „rycerz na czarnym koniu” traktuje ją protekcjonalnie. Właściwie pogarda do płci przeciwnej aż się z niego wylewa. No i zawsze może się pośmiać z „typowo kobiecych odchyłów”. Mizogin, który szarpnął się na magiczną roślinkę. Kapryśną Grace. Nimfę drzewnego stwora? Tak czy inaczej, Hera zaprzyjaźnia się ze swoją nową roślinką. Skoro ludzie tak okrutnie zawiedli jej zaufanie... A Demi? Demi nie zrozumie, Demi ma swój świat i swoje zabawki. Na tym ostrym zakręcie życia, w tej zaskakująco brudnej, skrajnie egoistycznej rzeczywistości, największym oparciem staje się tania roślinka z supermarketu. A kto powiedział, że „magiczna fasola” nie sieje się w tych świątyniach konsumpcjonizmu? Wszystko jest możliwe na polu bitwy z traumą. Toczy się zaciekła walka z wewnętrznymi demonami, przy czym główna zainteresowana wydaje się być tego kompletnie nieświadoma. Dla niej drzewny prześladowca jest jak najbardziej realny – właściwie dla odbiorcy też może taki być; jak komu wygodnie – najprawdziwszy potwór o nieprzeniknionych zamiarach. Chce ją zabić, postraszyć czy czegoś nauczyć? Wróg czy przyjaciel? A może obojętna siła Natury. Niszczycielski żywioł, który mógł dobitniej zaznaczyć swoją obecność. Zabrakło mi w „Pollen” mocniejszego uderzenia - powiedzmy upewniania się, że ta opowieść zakotwiczy się w pamięci miłośników gatunku. Starannie budujesz napięcie, konsekwentnie zagęszczacz atmosferę i... Nie chcę powiedzieć „i nico”, bo tak nie jest, niemniej we mnie pozostał pewien niedosyt. Za płasko sobie Medoff poczynał z tą enigmatyczną humanoidalną sylwetką drzewiastą, a i Grace pewnie dałaby radę dostarczyć mi jakichś silniejszych wrażeń (z tym pyłkiem można było śmielej pokombinować). Wsiąknięta, ale nie zgruchotana. Wkręcona, ale nie zmiażdżona. Przekonana, ale niewpadająca w jakiś ogromny zachwyt. Tylko w mały:)

Audiowizualna uczta niekoniecznie dla łakomczuszków. Niesuto zastawiony grozowy stół debiutującego w długim metrażu D.W. Medoffa. Za to pięknie zdobiony. W każdym razie w moje oko (i ucho) wpadło. Szkoda tylko że nie dało się nażreć. Zawsze musi być jakieś „ale”? Hmm... Intensywna opowieść o desperackiej pogoni za marzeniami, o okradaniu innych z nadziei, deptaniu cudzych ambicji, o niezwykłej powierniczce i potwornie nieosobliwej traumie. Tak lepiej? I jeszcze tak: nielukrujący rzeczywistości, sugestywny slow burn horror z nutką czarnego humoru. Klaustrofobiczny i paranoiczny. Coś za nią chodzi w paszczy korporacyjnego szaleństwa. Polecam „Pollen” przychylnie nastawionym do tak zwanej nowej fali kina grozy.

poniedziałek, 12 czerwca 2023

„Surogatka” (2022)

 
Pielęgniarka Natalie Paxton po wyjściu z pracy przeprowadza nieudaną reanimację na stacji benzynowej, a niedługo potem trafia do szpitala z krwotokiem z dróg rodnych. Po zażegnaniu kryzysu szpital zawiadamia opiekę społeczną, ponieważ wszystko wskazuje na to, że Natalie była w ciąży. Jej lekarz prowadzący początkowo nie ma wątpliwości, że doszło do porodu, ale po przeprowadzeniu wywiadu środowiskowego nie jest już tego taki pewien. W przeciwieństwie do pracownicy opieki społecznej Lauren Balmer, teraz najbardziej obawiającej się o bezpieczeństwo kilkuletniej córki Natalie imieniem Rose, którą kobieta wychowuje z pomocą matki i brata. Dotychczas Natalie nie przywiązywała większej wagi do opowieści swojej córki o przerażającej istocie regularnie pojawiającej się w jej pokoju, ale wstrząsające odkrycie Balmer i jej własne przeżycia zmuszają ją do potraktowania poważnie lęków swojego jedynego dziecka.

Plakat filmu. „Surrogate” 2022, Black Spade Productions, King Chester Productions

Niezależny australijski horror paranormalny wyreżyserowany przez Davida Willinga, twórcę między innymi dość entuzjastycznie przyjętych shortów „Collier Brothers Syndrome” (2003) i „My Little Life” (2017). Scenariusz „Surogatki” (oryg. „Surrogate”) jest wspólnym dziełem Willinga i Beth King, w gruncie rzeczy niemających doświadczenia w pracy nad pełnometrażowymi obrazami fabularnymi. Można spokojnie założyć, że ten projekt był dużym krokiem na polu zawodowym dla każdego z nich, a dla Davida Willinga także swego rodzaju przeglądem jego filmowych fascynacji. W okresie dorastania karmił się głównie horrorami i włoskim kinem (różnych gatunków) z lat 50. i 70. XX wieku. W szkole filmowej znacznie poszerzył swoje horyzonty – nie tylko odkrył, ale i zachwycił się ekranowymi opowieściami praktycznie z wszystkich zakątków świata. Kinem starszym i nowszym, artystycznym i gatunkowym (szeroko pojętym). W „Surogatce” Willing starał się zawrzeć jak najwięcej z tej swojej nieograniczonej filmowej pasji, szczególną uwagą obdarzając jednak kino z lat 70. i 90. XX wieku. Wyniki tego małego eksperymentu najpierw zaprezentowano w Australii – film trafił do wybranych kin w kwietniu 2022. Szerzej zakrojoną, międzynarodową, dystrybucję otwarto w kolejnym roku.

Nadnaturalny horror macierzyński/rodzinny, który w moim poczuciu powiew świeżości zdusił beznamiętnym odklepywaniem znanych formułek. Jak dla mnie nie tyle nazbyt twardo osadzony w jednej z ulubionych konwencji przynajmniej współczesnych filmowców - bo prawdę mówiąc tego rodzaju opowieści jeszcze mi się nie przejadły – ile odznaczający się czymś w rodzaju martwicy uczuć. Uderzająco przygaszony emocjonalnie. Spory wyczyn, zważywszy na ramy fabularne. Tekst z niemałym potencjałem depresyjnym. Tragiczna saga rodzinna, która silą rzeczy powinna budzić jakieś niewygodne emocje. Żeby z tak lekkim sercem przyjmować desperackie zmagania jednostki z burzycielką najpewniej nieprzynależącą do naszego świata... Niespecjalnie zagadkową dręczycielką małej Rose Paxton (w tej roli małoletnia Taysha Farrugia, która według mnie powinna zamienić się miejscami z Ellie Stewart, ponieważ jej warsztat dla mnie okazał się bardziej przekonujący), ukochanej córeczki Natalie (taki sobie występ Kastie Morassi), głównej bohaterki „Surogatki” Davida Willinga. Pielęgniarki od niedawna, od przeprowadzki (a jakże!), pracującej w Klinice Borden, pod którą pewnego wieczora zawędruje niespokojna, wręcz udręczona dusza. Zaniedbana kobieta rozmawiająca z jakąś wyimaginowaną istotą. A przynajmniej do takiego wniosku mogła dojść zagadnięta przez nią pielęgniarka, śpiesząca się do domu. Ale nie aż tak, by nie poświęcić więcej czasu nieznajomej przy ponownym spotkaniu, do którego dojdzie chwilę później na stacji benzynowej. Natalie przystępuje wówczas do reanimacji kobiety, która praktycznie na jej oczach targnęła się na własne życie. Wysiłki pielęgniarki nie przynoszą rezultatu – kobieta umiera, a ciało Natalie przeszywa silny ból. Cięcie i już jesteśmy w jej mieszkaniu, i już żegna się z matką, bez której zapewne dużo trudniej byłoby jej pogodzić pracę z opieką nad dzieckiem. Tak czy inaczej, rodzicielka Natalie, podobnie jak jej brat, bardzo jej pomagają, czego absolutnie nie można powiedzieć o biologicznym ojcu Rose. Ale dziewczynka i tak uważa się za wielką szczęściarę: ma aż trzy osoby, na które zawsze może liczyć, podczas gdy niejedno dziecko jest praktycznie samo na tym bezdusznym świecie. I oczywiście nie mogą mieć pewności, że po śmierci będzie lepiej. Czy jest więc możliwe, że niezwyczajna dręczycielka małej Rose próbuje się z nią zaprzyjaźnić? Zadawanie bólu sposobem na zwrócenie na siebie uwagi, a w dalszej perspektywie nawiązanie więzi ze śmiertelniczką? Pierwszy z tych hipotetycznych celów został już osiągnięty, póki co nie ma jednak żadnych widoków na rozproszenie ewentualnej samotności niezgorzej prezentującego się potencjalnego ducha (niewygenerowanego komputerowo). W zasadzie nawet nie chciało mi się rozpatrywać innych możliwości, a przecież nieproszony nocny gość Rose równie dobrze może być demonem. Sami więc widzicie, jak można się naciąć w kontakcie z tym jakże przebiegłym dziełem:) Spójrzcie jak zręcznie twórcy żonglują wyświechtanymi piłeczkami: nadnaturalna obecność i wymyślony (nie)przyjaciel. Zwyczajne dziecięce lęki, mniej czy bardziej groźne produkty wyobraźni albo intruz z zaświatów. To ci dopiero zagadka! A na poważnie, jedyne pocieszenie - pomijając charakteryzację niechcący bądź specjalnie szkodzącej nieśmiertelnej dziewoi - znalazłam w widmowej ciąży postaci prowadzącej. Nie, to się nie nazywa ciąża urojona.

Plakat filmu. „Surrogate” 2022, Black Spade Productions, King Chester Productions

Straszak w starym stylu? Nie zauważyłam. David Willing w przestrzeni publicznej może nie tyle solennie obiecywał, co sugerował, że „Surogatka” to retro horror; osadzony w epoce smartfonów, ale skąpany w niedzisiejszym klimacie. Utrzymany w duchu kina grozy z lat 70. i 90 XX wieku. Taki nieczytelny list miłosny? Z tą nieczytelnością, to stanowczo przesadziłam, bo jak zdążyłam się zorientować nie wszyscy odbiorcy „Surogatki” wykazali się tak zatrważającą nieczułością na zaklętą w tym dziele magię kina z dawnych lat. Innymi słowy, to, co mnie zaprezentowało się jako pierwszy gorszy popcornowy starszak w nowym stylu, Wam może pokazać się jako kolejne (mniej lub bardziej udane) wskrzeszenie specyficznego „leśnego dziadka” na planecie Horror. Żałuję, że go nie wypatrzyłam, że nie spotkałam tego czarownego „gościa” w świecie przedstawionym w „Surogatce”. Nie na płaszczyźnie technicznej, bo fabuła właściwie ta sama, co dziesiątki lat temu. No, może poza jednym wyjątkiem. Niekonwencjonalne zajście w ciążę, której nie widać. Natalie Paxton co prawda miewa poranne mdłości, ale trudno się jej dziwić, że w jej głowie ani razu nie pojawia się myśl o poczęciu. Nawet podczas porodu. Bo to musiałoby być niepokalane poczęcie. Najpewniej się zaraziła... Ciążą?! Tak to wygląda, bo to chyba nie miała być żadna tajemnica? Zapłodnienie Natalie widmowym dzieckiem. A jak by tego było mało, przyczepia się do niej nadgorliwa lub po prostu szczerze zatroskana pracownica opieki społecznej, niejaka Lauren Balmer (niezawodna Jane Badler). Zabiła drugie dziecko i maltretuje pierwsze – takie podejrzenia ewidentnie Lauren żywi w stosunku do biednej pielęgniarki. Ktoś krzywdzi jej dziecko i tym kimś może być ona. Rose jednak upiera się przy krwawiącej dziewczynce nawiedzającej jej pokój. Dziewczynce, która ją szczypie. Czy to aby nie zaczęło się po znamiennym krwotoku Natalie? UWAGA SPOILER W pewnym momencie Rose uraczyła mnie wyznaniem, że jej nocna zmora odwiedzała ją już przed przeprowadzką. Szalenie nieprecyzyjne tłumaczenie albo karygodne oszustwo, ewentualnie ogromne niedopatrzenie scenarzystów? Tak czy inaczej, nijak mi się to nie klei z późniejszymi odkryciami Natalie KONIEC SPOILERA. Później sytuacja trochę się poprawiła (albo ja się przyzwyczaiłam), ale w pierwszej partii filmowcy postawili na narracją skokową, która zdecydowanie nie należy do moich ulubionych. Wolę płynne przejścia ze sceny na scenę, które czasami warto urozmaicić agresywniejszymi pchnięciami akcji. Z wyczuciem i umiarem, a nie jak w „Surogatce” Davida Willinga. Ociężałej, pokracznej, topornej produkcji, w moim odbiorze. Ale słowo się rzekło: ta moja niegodna pozazdroszczenia sytuacja z czasem uległa lekkiej poprawie. Nie mogę powiedzieć, że wreszcie zaczęłam się angażować w niezwykłe problemy zwykłych zjadaczy chleba z niewielkiej australijskiej miejscowości, ale na pewno łatwiej było mi nadążyć za postacią prowadzącą. Zwłaszcza, że robiła dokładnie to, czego się po niej spodziewałam. Dzielnie podążała utartym szlakiem. Uwierzy w ducha, poszuka pomocy u ekspertów (w tym miejscu może się przypomnieć „Szósty zmysł” M. Nighta Shyamalana) i informacji o zawziętym stworzeniu niechcący bądź z premedytacją (nie sadzę, żeby wielu odbiorców „Surogatki” głowiło się nad tą kwestią; rzecz oczywista, ale niekoniecznie dla autorów tej opowieści) rujnującym jej życie. Jak wielu przed nią Natalie w końcu na własną rękę spróbuje rozwiązać zagadkę kryminalno-paranormalną. Niektóre zdjęcia przydałoby się doświetlić, ale muszę przyznać, że aura panująca w tym fikcyjnym świecie pozytywnie mnie zaskoczyła. Przygotowałam się na plastik, a dostałam stosownie przygaszone barwy. Niejaskrawe i jakby delikatnie pobrudzone obrazki, którym jednak moim zdaniem daleko do charakterystycznych ponurości kina grozy z lat 70. XX wieku. W każdym razie mnie w iście sentymentalny nastrój te pozornie chropawe zdjęcia nie wprowadziły, ale poniewczasie (opowieści reżysera i współscenarzysty, do których dokopałam się już po seansie) nabrałam podejrzeń, że David Willing był jak najbardziej zainteresowany dostarczaniem takich podniet. Nie zostałam pożądanie przygnieciona tą, bądź co bądź, nie najlżejszą atmosferą, ale jak na dzisiejsze standardy, w tej materii moim zdaniem nie ma się czego wstydzić. Na tle innych filmowych opowieści o wszelkiego rodzaju zjawiskach nadprzyrodzonych z ostatnich lat, a przynajmniej mainstreamowych „straszydeł”, „Surogatka” może uchodzić za pozycję nadspodziewanie/dostatecznie klimatyczną.

Australijski horror paranormalny w stylu amerykańskim. Pełnometrażowy debiut reżyserski Davida Willinga podobno stworzony pod natchnieniem produkcji z różnych zakątków świata, ale śmiem przypuszczać, że największy wpływ na „Surogatkę” mieli właśnie Amerykanie. Wyraźnie nakręcona niewielkim kosztem, kreatywnie zawiązana... konwencjonalna historyjka niekoniecznie z dreszczykiem. U mnie zero emocji, ale może Wam bardziej się poszczęści.

sobota, 10 czerwca 2023

„Prawdziwa fikcja” (2019)

 
Aspirująca pisarka Avery Malone dostaje pracę asystentki Caleba Conrada, autora poczytnych powieści grozy pilnie strzegącego swojej prywatności. Najbliższy czas kobieta ma spędzić w zasypanym śniegiem drewnianym domku na odludziu wyłącznie w towarzystwie swojego ulubionego powieściopisarza, pomagając mu w pracy nad kolejnym utworem. Zakres obowiązków Avery drastycznie jednak odbiega od jej wyobrażeń. Jak się okazuje kobieta ma być nie tyle asystentką, ile królikiem doświadczalnym artysty zamierzającego przeprowadzić badania nad ludzkim strachem. Avery może odmówić, ale Conrad nie pozostawia jej wątpliwości, że w takim wypadku będzie musiał poszukać innej asystentki. Kobieta naturalnie nie jest entuzjastycznie nastawiona do pomysłu bestsellerowego pisarza, ale jako że bardzo zależy jej na tej pracy, przyjmuje warunki mimo wszystko wzbudzającego zaufanie mężczyzny.

Plakat filmu. „True Fiction” 2019, 775 Media Corp

Kanadyjski thriller psychologiczny z elementami horroru w reżyserii i na podstawie scenariusza Bradena Crofta, twórcy mało znanych „Hemorrhage” (2012) i „Feed the Gods” (2014). W upiornych opowieściach zakochał się już w dzieciństwie, kiedy to pożyczył od ojca egzemplarz „Skeleton Crew” (pol. „Szkieletowa załoga”) Stephena Kinga, a decyzję o zostaniu filmowcem powziął już w szkole podstawowej. Inspirację do „Prawdziwej fikcji” (oryg. „True Fiction”) Croft znalazł między innymi w „Pułapce” Davida Slade'a i „Nawiedzonym domu” Roberta Wise'a (lub „Nawiedzonym” Jana de Bonta), wybornej ekranizacji kultowej powieści Shirley Jackson, ale w przestrzeni publicznej póki co dominują porównania do „Misery” i „Lśnienia” Stephena Kinga. Co poniektórym „Prawdziwa fikcja” Bradena Crofta przywiodła również na myśl „Podglądacza” Michaela Powella. Po ukończeniu prac nad scenariuszem Croft udał się do siedziby 775 Media Corp, wytwórni filmowej w Calgary w kanadyjskiej prowincji Alberta, gdzie pozyskał przynajmniej dwóch cennych sojuszników w planowanej filmowej operacji (producenci): Juliana Blacka Antelope'a i Michaela Petersona, twórcę między innymi „Knuckleball” (2018). Główne zdjęcia do „Prawdziwej fikcji” ruszyły na początku 2018 roku, a premierowy pokaz odbył się w kwietniu 2019 roku na Fantaspoa International Fantastic Film Festival w Brazylii. W sumie ten rok dla trzeciego reżyserskiego dokonania Bradena Crofta był rokiem festiwali – gościł jeszcze na paru takich imprezach, w tym na FrightFest w Wielkiej Brytanii. Do wybranych kin w swojej rodzimej Kanadzie trafił dopiero w marcu 2020 roku. W następnym roku objawił się na niemieckich platformach VOD oraz tamtejszym rynku DVD i Blu-Ray, a do Polski dotarł w czerwcu 2023 roku: oferta CDA Premium.

Gra umysłowa dwóch osób w odizolowanym domu. Eksperyment hipotetycznie wymykający się spod kontroli. Narastające napięcie w drewnianej pułapce. Podbijanie stawki w niekonwencjonalnym, śmiertelnie niebezpiecznym pokerze. W klaustrofobicznej przestrzeni, w której fikcja miesza się z rzeczywistością. Brzmi obiecująco? Mam nadzieję, bo „Prawdziwa fikcja” Bradena Crofta to jedna z bardziej emocjonujących filmowych przygód, jakie w ostatnim czasie przeżyłam. Ekscytujące widowisko, którego wprawdzie nie postawiłabym w jednym rzędzie z „Misery” i „Lśnieniem” Stephena Kinga, ale pewnie poleciłabym tę pozycję osobom szukającym podobnych melodii. „W paszczy szaleństwa” Johna Carpentera, „Dom na Słomianym Wzgórzu” Jamesa Kenelma Clarke'a i oczywiście „Ciemność” Jozefa Kariki – gonitwa wspomnień w złudnie uroczym domku na pustkowiu. W wygodnej przystani Caleba Conrada (intrygujący występ Johna Cassiniego), autora wyśmienicie sprzedających się powieści z gatunku horroru. Avery Malone (piękny popis aktorski Sary Garcii), niespełniona młoda kobieta, w pewnym sensie izolująca się od społeczeństwa, niedopuszczająca do siebie ludzi - królik jej jedynym przyjacielem - dostąpi wątpliwego zaszczytu poznania tego niesamowicie skrytego literata. Wierna czytelniczka, która szczególnie ukochała sobie jedną z jego powieści (zdecydowanie jej ulubiona!) zostanie dopuszczona do „tajemnej wiedzy”. Caleb Conrad pokaże jej swą twarz. Może nawet uraczy ją jakimiś szczegółami ze swojego prywatnego życia. Tak czy inaczej, Avery wstępuje w jego skromne progi (w domyśle to tylko jedna z nieruchomości enigmatycznego artysty) z przekonaniem, że Fortuna okazała się dla niej - choć ten jeden raz - nadzwyczaj łaskawa. Pewnie nie cieszyłaby się tak bardzo nawet, gdyby zgarnęła główną nagrodę w jakiejś wielkiej loterii. Ale cieszyłaby się bardziej, gdyby wkroczyła na mniej więcej tę samą drogę, co Caleb Conrad. Podbić rynek wydawniczy – najsłodsze marzenie Avery Malone, do spełnienia którego od jakiegoś już czasu desperacko dąży. A praca dla artysty takiego formatu może tylko dodać wiatru w żagle aspirującej mistrzyni pióra. Historia w zdecydowanej większości zamknięta w „ambiwalentnej chatce”. Bajkowe zewnętrze i na pierwszy rzut oka przytulne wnętrze. Ze smakiem urządzony drewniany domek, w którym panuje straszna duchota. Obskurna atmosfera w bynajmniej zaniedbanej „placówce badawczej” alarmująco sympatycznego człowieka. Pod jednym dachem z obcym człowiekiem. Avery najwyraźniej ma inne zdanie na ten temat, może się jej wydawać, że w wystarczającym stopniu (na tyle, by trochę z nim pomieszkać, ale nie na tyle, by zaspokoićj ciekawość) poznała ten egzotyczny okaz na współczesnej scenie artystycznej (nawet Samotnik z Providence mógłby uznać to za lekką przesadę – aż tak zazdrosne strzeżenie swojej prywatności), bo jego dusza, a przynajmniej jej integralna cząstka musi być zawarta w jego książkach. Avery jest naiwna? Normalnie jest bardzo ostrożna - niektórzy mogą sądzić, że aż za bardzo - w kontaktach z ludźmi. Skrajnie nieufna, zawsze pilnująca, by przypadkiem jakiś bliźni zanadto się do niej nie zbliżył, by nikt (może poza jej królikiem) nie rozgościł się w jej ciasnym światku, ale dla Caleba Conrada robi wyjątek. Fatalne otwarcie na drugiego człowieka? Cóż, na pewno mogła trafić dużo lepiej.

źródło: https://www.amazon.de/

O sile strachu i popularnym sposobie na wartościowanie sztuki. „W dzisiejszych czasach życie artysty jest ważniejsze od jego twórczości” - to gorzkie spostrzeżenie Braden Croft w scenariuszu „Prawdziwej fikcji” przypisał Calebowi Conradowi, którego kariera jest bardziej zaprzeczeniem niż potwierdzeniem tej tezy. Odniósł sukces na rynku literackim, choć dla świata jest postacią praktycznie anonimową. Znany z nazwiska (zakładając, że jest prawdziwe), ale nie z twarzy. Wyłączając jego najbliższych współpracowników, przyjaciół (jeśli ich ma) i rodzinę (jeśli ją ma). Jego życiorys też jest utrzymywany w ścisłej tajemnicy, a przynajmniej taka wersja (szersza), która miałaby szansę zaspokoić ciekawość opinii publicznej. Pierwszy stopień do piekła dla Avery Malone? Złe przeczucie twórcy zasiali we mnie już na starcie „Prawdziwej fikcji”, podczas rozmowy kwalifikacyjnej, najprawdopodobniej obleganego castingu na asystentkę nadzwyczaj skrytego powieściopisarza. Chwyt marketingowy, introwertyczna osobowość albo (nie)zwyczajne przekonania. Croft skorzystał ze sprawdzonej metody dokarmiania złych przeczuć potencjalnych widzów sympatyczną powierzchownością postaci, która z łatwością przebije się przez wysokie mury obronne, jakie Avery wzniosła wokół siebie. Ta budowa zaczęła się już w jej dzieciństwie – porzucona przez biologicznych rodziców, a niedługo potem z rozmysłem bądź tragicznym przypadkiem opuszczona przez ukochaną siostrę. Innymi słowy, w odróżnieniu od Avery „niewidzialny lokator” (widz) przeklętego domku na odludziu, nie da się zwieść życzliwej postawie gospodarza. A przynajmniej ja nie miałam najmniejszych wątpliwości, że to swego rodzaju zasłona dymna, niezawodna metoda na uśpienie czujności bohaterów nie tylko fikcyjnych opowieści upiornych. Z tą upiornością może trochę przesadziłam, ale niewątpliwie nie czułam się komfortowo w tych subiektywnie ciasnych wnętrzach. W rzeczywistości to dość przestronna „samotnia”, dołożyli jednak filmowcy wszelkich starań, by stworzyć złudzenie ugrzęźnięcia w maleńkim szambie. Szorstkie, przybrudzone, „hipnotycznie odpychające” zdjęcia Iana Listera, przemyślany - im dalej, tym bardziej rozgorączkowany, słusznie nerwowy - montaż samego Bradena Crofta i już mniej charakterna ścieżka dźwiękowa - nieprzeszkadzająca, ale mogłaby się bardziej wyróżnić; chyba wypadałoby bardziej wspomóc „kolegów” - Davida Arcusa i Michelle Osis. I jeszcze ta diablo efektywna gra światłem i cieniem. Weźmy chociażby nocne poszukiwania „boogeymana”. Najpierw łazienka, bo stamtąd płyną odgłosy, które najpewniej obudziły naszą Avery, a potem maksymalne zagęszczenie ciemności, zapuszczenie żurawia tam gdzie pewnie mało które dziecko odważyłoby się zaglądać „o tak nieludzkiej porze”. Nie wywołuj potwora spod łóżka. A może zwykłego podglądacza? Jakiegoś obleśnego mężczyznę - a czemu nie kobietę? No właśnie, czemu nie? - który niepostrzeżenie zakradł się do tej „chatki z piernika”. W końcu w kinie grozy mieliśmy już trochę dzikich lokatorów, sekretnych mieszkańców domowych pieleszy. Jednakże z jakiegoś powodu mocniej przywiązałam się do hipotezy z cichym wspólnikiem Caleba Conrada. A jeszcze mocniej (brzytwa Ockhama) do działalności samego twórcy tej koszmarnej gry. W każdym razie potencjalnie niebezpiecznej dla obiektu badań w najlepszym razie nieodpowiedzialnego, w najgorszym knującego coś złego, cenionego pisarza. I tak przechodzimy do chyba najbardziej niepokojącej ewentualności, coraz dobitniej sugerowanej przez zmyślnego autora tego filmowego doświadczania niejako z pogranicza dwóch światów – na przecięciu fikcji z (umowną) rzeczywistością. Kiedy ktoś miesza ci w głowie? Podsyca paranoję? Tak czy owak, Conrad wydawał mi się dobrym materiałem na „szalonego pseudonaukowca”, jednego z tych burzycieli zafiksowanych na jakiejś idei. W swoim przekonaniu działających w stanie wyższej konieczności. Poświęcających jednostki dla tak zwanego dobra ogółu, choć może przede wszystkim swojego – interes własny zawsze na propsie. Równie dobrze ten eksperyment mógł najzwyczajniej wymknąć się spod kontroli. Bo w niewprawnych rękach ludzki strach w każdej chwili może zamienić się w niszczycielki żywioł. Skierowany bardziej do wewnątrz niż na zewnątrz? Na to wygląda. Niestety, ale otwarcie się na drugiego człowieka dla tej ciężko doświadczonej młodej kobiety, której los bynajmniej nie był mi obojętny - może nie była to jakaś nadzwyczaj silna, nierozerwalna więź z filmową postacią, ale jakaś więź między nami kobietami na pewno była. No tak, ona pewnie zupełnie tego nie czuła;) - okaże się iście traumatycznym doświadczeniem. Brutalne wepchnięcie w nieopiekuńcze ramiona Obłędu? W „szalonym domu, stojącym samotnie [nie] pośród wzniesień” trudno wszak spodziewać się szczęśliwszego finału. A eskalacja przemocy? To już prędzej. UWAGA SPOILER Podczas tej skromnej, ale za to całkiem realistycznie się prezentującej makabry wypatrzyłam praktyczne wykorzystanie „sposobu Jigsawa” na zerwanie się z łańcucha KONIEC SPOILERA.

Nieobliczalny dreszczowiec Bradena Crofta. Minimalistyczny w formie, szalenie intensywny w moim odbiorze. Prawdziwie fikcyjny i niefikcyjnie prawdziwy. Strach, klaustrofobia, paranoja. Zimowy koszmar niekoniecznie na jawie. W piekielnym domu ulubionego pisarza, podejrzanie serdecznego hipotetycznego eksperymentatora, faktycznego lub udawanego domorosłego badacza „cukru autorów horrorów”. Skłaniające do ważkich refleksji o sztuce (a gdyby nagle wypłynęły jakieś haniebne fakty na temat Williama Szekspira albo Leonarda da Vinci? Czy w takim wypadku ich twórczość automatycznie zostałyby uznana za bezwartościową, chóralnie okrzyknięta chłamem?), o artystach i ich dorobku, niezdyscyplinowane, żeby nie powiedzieć wariackie widowisko duszące. Rewelacja! To znaczy w sam raz dla mnie, bo coś mi mówi, że „Prawdziwa fikcja” Bradena Crofta mnóstwa serc nie podbije. Taki brzydal? Bez szans.

czwartek, 8 czerwca 2023

Jack Jordan „Śmierć, która cię ocali”

 
Doktor Anna Jones jest wziętą lekarką, pracującą na oddziale kardiochirurgii w publicznym szpitalu na angielskim przedmieściu, a jej ośmioletni syn Zack, kartą przetargową śmiertelnie niebezpiecznych osobników. Niebawem kobieta ma zoperować cieszącego się dużym poparciem społecznym lewicowego polityka Ahmeda Shabira, a nieznajomi porywacze jej jedynego dziecka chcą, by doprowadziła do zgonu pacjenta. W przeciwnym razie już nigdy nie zobaczy syna. Życie Zacka za niepodejrzaną śmierć Ahmeda. To ma wyglądać na nieprzewidziane komplikacje podczas w gruncie rzeczy rutynowego zabiegu – jeśli spisek w ten czy inny sposób wyjdzie na jaw, Zack zginie. Obserwowana przez bezwzględnych szantażystów, bestialsko okradziona kochająca matka ma niewiele czasu na dokonanie najtrudniejszego wyboru w swoim życiu. Wyparcie się swoich przekonań, złamanie przysięgi lekarskiej, zabójstwo z premedytacją albo definitywne rozstanie z najdroższą jej istotą. Zegar tyka.

Okładka książki. „Śmierć, która cię ocali”, Muza 2023

Thriller medyczny, psychologiczny i sensacyjny „Śmierć, która cię ocali” (oryg. „Do No Harm”) to jedna z najgłośniejszych powieści brytyjskiego pisarza Jacka Jordana, który na rynku wydawniczym z powodzeniem egzystuje od roku 2015, od pierwszego wydania jego „Anything for Her”, powieściowego thrillera zainspirowanego silną więzią, jaką ma ze swoją matką, która wychowała go praktycznie w pojedynkę. Zamiłowanie do opowiadania historii miał od kiedy sięga pamięcią, ale do siedemnastego roku życia absolutnie nie widział się w roli pisarza. Myślał, że to zajęcie dla ludzi z wykształceniem wyższym, o którym on w tamtym okresie mógł jedynie pomarzyć. W każdym razie dorastał w przekonaniu, że college jest całkowicie poza jego zasięgiem. Objawienie nastąpiło podczas zmagań z agorafobią, kiedy na całego oddał się swojej największej pasji. Opowiedział dłuższą historię. Na papierze. Dokonał czegoś, co wydawało mu się niemożliwe. Został pisarzem, najwygodniejszą niszę odnajdując w dylematach moralnych – póki co właśnie takie opowieści najchętniej konstruuje. A pierwszy wydany w Polsce utwór Jacka Jordana – w 2023 roku przez wydawnictwo Muza; edycja w tłumaczeniu Radosława Madejskiego i w miękkiej oprawie zaprojektowanej przez Tomasza Majewskiego – dylemat doktor Anny Jones pierwotnie ujawniony w 2022 roku, idealnie wpisuje się w tę jego małą tradycją, którą on nazywa treningiem dla duszy czytelnika.

Wszyscy mamy klapki na oczach i wydaje się nam, że wiemy jacy naprawdę jesteśmy. Ale dopiero cierpienie ujawnia, do czego jesteśmy zdolni.”

Przetestuj swój kompas moralny z Jackiem Jordanem, natchnionym jednym ze swoich kontaktów ze służbą zdrowia. Przypuszczalnie jednym z bardziej stresujących – zabieg medycznych przeprowadzony w znieczuleniu ogólnym. Po wyjściu z narkozy myśli Jordana natychmiast podryfowały do przysięgi Hipokratesa. Co mogłoby skłonić lekarzy do złamania tego uroczystego przyrzeczenia? Domyślam się, że w polu jego zainteresowania nie znalazły się tak zwane czarne owce środowiska lekarskiego, tylko wzorowi przedstawiciele tego wymagającego zawodu. Świadczą o tym przemyślenia jednej z trzech narratorek „Śmierci, która cię ocali”, zdesperowanej kardiochirurg z angielskiego przedmieścia. Doktor Anna Jones wcześniej mieszkała i pracowała w Londynie, a przeprowadzka do Redwood była decyzją jej i jej męża Adama, z którym obecnie jest w trakcie rozwodu. Ich ośmioletni syn Zack mieszka z matką w imponującym domu stanowiącym główny przedmiot sporu w toczącym się procesie rozwodowym jego rodziców. Adam utrzymuje kontakt z synem, ale nie można powiedzieć, że bardzo aktywnie uczestniczy w jego życiu – podobnie jak Anna zdaje się być człowiekiem szaleńczo zabieganym. Pracoholikiem, któremu coraz trudniej utrzymać się na powierzchni, związać koniec z końcem. Po wyprowadzce Adama, z pomocą Annie pośpieszyła przemiła sąsiadka Paula Williams, starsza kobieta, która czerpała niematerialne korzyści z opieki nad Zackiem. Układ korzystny dla wszystkich. Co nie znaczy, że Anna nie czuła się winna za wyrażaną tęsknotę jej dziecka. Zack uwielbiał swoją opiekunkę, ale dawał jasno do zrozumienia, że brakuje mu towarzystwa matki. Wyrzucał Annie, że dla niej pacjenci są ważniejsi od niego. Nieprawda? Udowodnij. Innymi słowy, okrutny los powie „sprawdzam”. A raczej okrutni ludzie, którzy z jakiegoś sobie tylko znanego powodu pragną śmierci parlamentarzysty Ahmeda Shabira. Okazję zwietrzyli w operacji, jaką już wkrótce ma przeprowadzić doktor Anna Jones. Ambitny członek Partii Pracy – jeden z najpoważniejszych kandydatów na następnego lidera tej partii, możliwe, że też przyszły premier Wielkiej Brytanii – musi umrzeć, żeby ośmioletni Zack Jones mógł żyć. A przynajmniej tak to przedstawia zorganizowana grupa przestępcza, która pewnego wieczora zimno wita Annę w jej własnym domu. W zasadzie właścicielka nieruchomości jest niegrzecznie ignorowana przez uwijających się jak w ukropie intruzów ze wschodnioeuropejskim akcentem. Jak gdyby nigdy nic instalujących kamery w prywatnej nieruchomości. Iście surrealistyczny powrót do domu. A punkt kulminacyjny tego jakby sennego koszmaru nastąpi w salonie, gdzie na Annę – popijając herbatkę – spokojnie czeka przywódca bandy, aby niełaskawie rozjaśnić jej sytuację. Wprowadzić ją do zabójczej gry. Muszę przyznać, całkiem chwytliwe wprowadzenie Jack Jordan sobie wymyślił. Wie, jak przykuć uwagę czytelnika, że tak to ujmę, uzależnionego od adrenaliny. Łaknącego jakiejś konkretnej dramatycznej opowieści, zaciekłej walki na śmierć i życie w betonowej dżungli. Najwyraźniej cudzą śmierć i cudze życie. Doktor Anna Jones jest postacią, z którą niełatwo sympatyzować. Mam wręcz podejrzenie graniczące z pewnością, że ta kobieta, summa summarum, przyciągnie więcej niechętnych niż współczujących spojrzeń. Mnie natomiast rzeczona osobowość nielicho fascynowała. W sumie to ona najskuteczniej zabiegała o moją uwagę w dalszych partiach omawianej powieści.

Okładka książki. „Do No Harm”, Simon & Schuster UK 2022

Doktor Anna Jones, detektyw inspektor Rachel Conaty i Margot Barnes, którą poznajemy jako instrumentariuszkę, pracującą w publicznym szpitalu w Redwood. To nasze umowne sprawozdawczynie wydarzeń, niecieszące się porównywalną uwagą swojego stwórcy. Jack Jordan w „Śmierci, która cię ocali” najmniej uwagi poświęca upartej policjantce, która nie potrafi sobie wybaczyć, że przed piętnastoma laty spuściła z oczu swojego jedynego syna. To była głośna sprawa – tym gorzej dla detektyw Conaty. Zawsze zdumiewała ją niekonsekwencja, żeby nie rzec niestabilność opinii publicznej. Najpierw słowa wsparcia, potem rzucanie kamieniami. Nawet w zrozpaczoną matkę, której najprawdopodobniej porwano dziecko. Zack Jones przypomina jej biednego Jamiego, syna, którego prawie na pewno nigdy nie odzyska. Na nieszczęście doktor Jones? Zdesperowana matka nieszczęsnego ośmiolatka bez trudu mogłaby ominąć zabezpieczenia wprowadzone przez bezdusznych przestępców. Mogłaby zawiadomić organy ścigania. I może w końcu tak zrobi, ale na początku tej niesamowicie ciężkiej drogi w swoich planach musi uwzględnić czas. Patrzeć realistycznie. Zaplanować zabójstwo Ahmeda Shabira, mimo targających nią wątpliwości. Czy jest w ogóle zdolna do morderstwa? Jeśli tak, to cała reszta nie powinna już nastręczyć jej większych problemów. W każdym razie ukrycie zbrodni takiego kalibru dla doktor Jones może się okazać tą łatwiejszą częścią. Osobowość dominująca, w razie potrzeby bez najmniejszych skrupułów manipulująca otoczeniem, nieokazująca emocji, przebiegła, przewidująca królowa lodu. Mistrzyni samokontroli i protekcjonalności. Z jedną słabością: paskudnym natręctwem, z którym niemal bezskutecznie walczy od dzieciństwa. Tonąca w długach Margot Barnes już od jakiegoś czasu stara się nawiązać nić porozumienia z doktor Jones, przebić przez tę jej twardą skorupę, wciągnąć w jakąś miłą pogawędkę, uśpić czujność albo po prostu oczyścić atmosferę między nimi. Zaprzyjaźnić się z kobietą, która nie zwykła zniżać się do poziomu takich jak Margot? Instrumentariuszka nie ma wątpliwości, że Anna patrzy na nią z wyższością. Arogancka bogata dama z przedmieścia, która traktuje Margot jak wyjątkowo natrętną muchę. Pewnie najchętniej wymieniłaby ją na lepszy model - zdolniejszą pielęgniarkę asystującą jej przy zabiegach - a przynajmniej tak może myśleć panna Barnes. Gdyby to zależało od Anny Margot pewnie już żegnałaby się z pracą, a tym samym znalazła w piekielnym punkcie wyjścia? Właściwie Margot już od jakiegoś czasu stoi nad przepaścią – wystarczy krok, żeby proroctwo jej wyrodnej mamusi się spełniło. Trudno nie współczuć dziewczynie zaciekle walczącej z czymś w rodzaju klątwy rodzinnej, dokładającej wszelkich starań, by ułożyć sobie życie pomimo ogromnych kłód, jakie złośliwa Opatrzność nieubłaganie rzuca jej pod nogi. Wiatr w oczy od narodzin, ale niekoniecznie aż po grób. Margot ani myśli wywieszać białej flagi – za wszelką cenę będzie ciągnąć tę straszliwie nierówną walkę, jeśli już nie dla siebie, to dla istoty, którą nosi pod sercem. Podejrzenia, domniemania, odczucia, wyrobione i energicznie budujące się opinie, wyobrażenia o innych, które momentami czytelnikowi mogą wydać się kompletnie nietrafione. I na odwrót: autoanaliza narratorek w niektórych punktach może być uznana za mniej miarodajną od werdyktu obserwatorek z zewnątrz. Chcę przez to powiedzieć, że konstrukcja „Śmierci, która cię ocali” przysłużyła się pisarzowi, który jak mniemam, chciał nam jeśli nie uświadomić, to przypomnieć, że możemy postrzegać się zupełnie inaczej, niż postrzegają nas inni. Wydawać by się mogło, że siebie znamy najlepiej, ale autor tego jak dla mnie zbyt szczodrze podlanego sensacyjnym sosem thrillera, subtelnie, nienachalnie podaje w wątpliwość tę na swój sposób pocieszającą hipotezę. Powiedziałabym, obala jeden z wygodnych mitów. „Śmierć, która cię ocali” może więc skłaniać do refleksji, nawet jeśli tempo akcji niezbyt sprzyja takim „fanaberiom”. Co prawda nie nazwałabym tego zawrotną prędkością, pędzeniem na złamanie karku, czy czymś w tym rodzaju, niemniej im głębiej w ten świat przedstawiony, tym silniej dystansowałam się od większości postaci. Płaszczyzna psychologiczna odstawiona na boczny tor, niekompletnie przykryta przez dynamikę zdarzeń.

Wolałabym, żeby Jack Jordan w swojej „Śmierci, która cię ocali” więcej uwagi poświęcił sferze wewnętrznej pierwszoplanowych postaci, ale mimo tych odnotowanych przeze mnie zaniedbań, jestem skłonna polecić niniejszą, w sumie całkiem frapującą, lekturę miłośnikom gatunku. Właściwie to jestem zdecydowana, ale na wszelki wypadek zawężę polecajkę do osób preferujących trochę szybsze thrillery. I oczywiście powieści sensacyjne. Nie należy jednak przez to rozumieć, że uważam, iż zwolennicy wolniejszych klimatów nie mają czego szukać pod tym powieściowym adresem. Ja coś tam znalazłam, więc..

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 6 czerwca 2023

„The Pit” (1981)

 
Najlepszym przyjacielem dwunastoletniego Jamiego Benjamina jest jego maskotka, miś Teddy, a największym sekretem zapadlisko w lesie. Odrzucony przez rówieśników, przysparzający poważnych zmartwień rodzicom chłopiec, desperacko szuka odpowiedniego pożywienia dla włochatych stworzeń tkwiących w odkrytej przez niego dziurze. Przed zaplanowanym wyjazdem rodzice Jamiego zatrudniają młodą opiekunkę i zarazem gospodynię domową Sandy O'Reilly, która szybko zyskuje zaufanie swojego małego podopiecznego. Ale kobieta nie wierzy w jego opowieści o niejakich Tra-la-logach mieszkających w lesie. I czuje się coraz mniej komfortowo pod jednym dachem z ewidentnie zauroczonym nią chłopcem, właśnie wchodzącym w okres dojrzewania. A jeszcze nie poznała jego najnowszego sekretu...

Plakat filmu. „The Pit” 1981, Amulet Pictures

Kanadyjski horror podejrzany o inspirowanie George'a Lucasa przy projekcie jego Ewoków, cudnej rasy z uniwersum „Gwiezdnych wojen”. Też kość niezgody między scenarzystą Ianem A. Stuartem a debiutującym reżyserem, nieżyjącym już Lwem Lehmanem (właściwie twórcą tylko tego jednego dzieła). Stuartowi nie spodobały się zmiany podobno wprowadzone przez samego Lehmana. Oryginalny scenariusz „The Pit” (znany też jako „Teddy”) był utrzymany w poważniejszej tonacji, a problematyczny młody człowiek nadmiernie przywiązany do swojej maskotki miał najwyżej dziewięć lat. Premierę filmu poprzedziła publikacja minipowieści Johna Gaulta pt. „Teddy” - dystrybucja „The Pit” ruszyła w październiku 1981 roku, w Stanach Zjednoczonych, a pierwsze (i jak na razie jedyne) wydanie książkowej adaptacji scenariusza Iana A. Stuarta wypuszczono w sierpniu 1980 roku. Produkcja kanadyjska, ale plan zdjęciowy zorganizowano w stanie Wisconsin, w miastach Beaver Dam i Waupun (zapadlisko Tra-la-logów, nazywanych też Trogami) w Dodge County. To filmowe przedsięwzięcie, które z wiekiem obrosło małym kultem, pochłonęło mniej więcej milion dolarów kanadyjskich.

O chłopcu, który rozmawiał z pluszowym misiem. Film, który zachwycił pewną bliską mi sześciolatkę. A mówią, że młodzi nie doceniają XX-wiecznego kina... Czyli horror familijny? Według mnie tak, ale ja wychowałam się w innych czasach. Jestem typową leśną babcią, nienadążającą za dzisiejszymi trendami. Tym bardziej za obostrzeniami dla najmłodszych. Media społecznościowe tak – jak wynika z moich własnych obserwacji osób poniżej dziesiątego roku życia, ze wskazaniem „na doskonałego wychowawcę” o inicjałach TT – kino grozy nie. Oczywiście generalizuję, ale dla własnego bezpieczeństwa ujmę to tak: horror familijny dozwolony od lat osiemnastu. Dość już sobie „piwna nawarzyłam” dopuszczając do tego bezeceństwa jedną niewinną duszyczkę, która swoją drogą jest prawdziwą skarbnicą, czy jak kto woli dystrybutorką, upiorniejszych opowieści wygrzebanych w Sieci i zasłyszanych w przedszkolu. Zresztą nie ona jedyna. Nie żebym się usprawiedliwiała. Moja wina, moja bardzo wielka wina. Skrajna nieodpowiedzialność. Nie dość, że horror, to jeszcze o bardzo niegrzecznym dziecku. „The Pit” Lwa Lehmana podąża za dwunastoletnim Jamiem Benjaminem (schyłek przygody aktorskiej Sama 'Sammy'ego' Snydersa, zdecydowanie bardziej przekonującego w mowie ciała niż komunikacji werbalnej), utrapieniem nauczycieli i sąsiadów. Problemów Jamiego nikt nie zauważa. Może z wyjątkiem rodziców, którym jednak powoli kończy się cierpliwość. Kończą się pomysły na wydobycie ich jedynego dziecka z twardej skorupy, którą ich zdaniem sam sobie wyhodował. Ale to nie tak – to nie Jamie odizolował się od rówieśników, tylko rówieśnicy od Jamiego. Uznany za dziwnego, może nawet obłąkanego. Nic z niego nie będzie - chyba że kryminalista. Starsza pani z sąsiedztwa, która ostatnio naskarżyła na niego ojcu, pewnym głosem wygłasza tego rodzaju przepowiednie odnośnie Jamiego. Ciotka „małej diablicy” z jego klasy, złośliwej dziewczynki imieniem Abergail, najwyraźniej ma podobne zdanie o chłopaczysku Benjaminów. Nie życzy sobie, żeby Abergail się z nim zadawała, bo niechybnie sprowadziłby ją na złą drogę. Albo zrobiłby jej krzywdę, bo wszyscy wiedzą, że Jamie jest do tego zdolny. Wszyscy? Studentka psychologii Sandy O'Reilly (niezgorszy występ Jeannie Elias) nie ma powodów, by formułować tak daleko idące oskarżenia pod adresem zaledwie dwunastoletniej istoty ludzkiej. Uznaje, że ona i Jamie mogą pomóc sobie nawzajem. Korzystając ze zdobytej wiedzy, Sandy spróbuje wyprowadzić go na prostą – socjalizacja tak zwanego trudnego dziecka – tym samym zwiększając swoje szanse w staraniach o wymorzony dyplom psychologa. Państwo Benjamin pod opieką Sandy zostawiają też swoje gospodarstwo domowe – niania i gosposia w czasie kilkudniowej (kilkutygodniowej?) nieobecności rodziców Jamiego. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem Benjaminów, chłopak niedługo już będzie straszył tutejszych mieszkańców. Szykuje się najhuczniej świętowana przeprowadzka w historii tej sennej mieściny. Senna to dopiero będzie, kiedy nieskalana grzechem małomiasteczkowa wspólnota nie będzie już musiała znosić tego lilipuciego oprycha. Spędzającego czas ze swoimi ropuchami i pluszowym doradcą życiowym. Mąciciel Teddy. To żyje! Albo nie. Teddy, Ted... Pewnie kojarzycie tego drugiego: wulgarnego misiaczka Setha MacFarlane'a. Hmm, interesujący zbieg okoliczności.

Plakat filmu. „The Pit” 1981, Amulet Pictures

Najlepszy przyjaciel głównego przewodnika po świecie przedstawionym w „The Pit” Lwa Lehmana przy pobieżnym kontakcie może być uznany za jednostkę z marginesu pluszowego. Miś niechluj, żeby nie powiedzieć menel. A mama mówiła, żeby nie oceniać maskotek po wyglądzie. Bo posłuchajcie tylko jak nasz Teddy się wysławia! Nie rzuca mięsem na prawo i lewo, jak sławniejszy członek jego gatunku z powstałych dziesiątki lat później filmów komediowych „Ted” i „Ted 2” Setha MacFarlane'a. Ale pół biedy, gdyby przeklinał – Teddy ma nieporównywalnie większy feler. Zabawka, która wodzi dziecko na pokuszenie. Szatańska zabawka. Tak się jednak składa, że nikt inny nigdy nie słyszał Teddy'ego. Nikt, poza dwunastoletnim Jamiem Benjaminem. A zatem wyimaginowany żywy miś? Skoro to horror – czyli świat, w którym nie ma rzeczy niemożliwych – sami tego „supła” raczej nie rozwiążemy. Nie bez pomocy filmowców odpowiedzialnych za to urocze dziełko. A ściślej autora drugiej wersji „The Pit”, tej przeniesionej na ekran. To bowiem jeden z tych punktów, w których podobno rozbiegły się wizje Iana A. Stuarta i Lwa Lehmana. UWAGA SPOILER Jakiś margines wątpliwości moim zdaniem Lehman mimo wszystko pozostawił. Nie zamknął na cztery spusty bramki z chorobą psychiczną małoletniego, niemniej z jednej akcji (poruszająca się głowa Teddy'ego nie na oczach Jamiego) wnioskuję, że reżyser chciał by odbiorcy odczytali to jako opowieść o chłopcu z żywym pluszakiem. W takim razie mógł przedstawić to klarowniej? Mógł, ale ja tam cieszę się, że tego nie zrobił. A to jeszcze nic, bo później pojawi się duch... albo straszliwy wyrzut sumienia. Jak komu pasuje KONIEC SPOILERA. Klimatem „The Pit” Lwa Lehmana wydał mi się zbliżony do „Odmieńca” Roberta Mulligana, wspaniałej ekranizacji fenomenalnej powieści Thomasa Tryona w Polsce wydanej pod tytułem „Ten drugi” (Vesper, 2021). W każdym razie niestrudzenie przywoływał wspomnienia tamtej niemal zapomnianej grozowej perełki z lat 70. XX wieku. A co ze stworkami? No są. I to jakie ładne. Ale lepiej nie przytulać, bo raczej nie żywią się czekoladą. Sandy O'Reilly nie sądziła, że Jamie potraktuje tę sugestię poważnie, bo przecież zdążyła dać mu jasno do zrozumienia, że nie wierzy w istnienie jego Tra-la-logów alias Trogów. Założyła, że to tylko jego wybujała wyobraźnia, a tymczasem wszystko wskazuje na to, że w niezbyt gęstym lesie dwunastolatek faktycznie „hoduje egzotyczne zwierzątka”. Do szczętu zepsuty chłopak? Gdyby tak było, to raczej nie zawracałby sobie głowy jakimiś żyjątkami uwięzionymi w zapadlisku (puk, puk, tu „Impostor” Lee Cronina). Na pewno nie jest mu kompletnie obojętny los wszystkich żywych istot, poza nim samym. O czym zaświadczy też scenka z krową. Ups, spoiler? Jeśli ktoś dotychczas nie domyślił się, czym żywią się nieznane ludzkości małe „sierściuchy” tkwiące w niespecjalnie głębokiej jamie w ziemi, to z całego serca przepraszam za tę przeogromną wskazówkę. I za dalsze wnioski, jakie zapewne z tej bezczelnie ujawnionej, rozczulającej (no co? Mnie wzruszyła ta historia) przeprawy z mućką, wyciągnęliście. Zatem wiecie już, jak rozwinie się ten scenariusz. Dzieje nieletniego antybohatera i zarazem bohatera tragicznego. A przynajmniej w moim oczach Jamie Benjamin zaprezentował się jako taka frapująca hybryda. Ekstremalnie burzliwe wejście w okres dojrzewania. Tragiczny splot wydarzeń, doprawiony zwykłą, ludzką złośliwością. Zawsze musi być jakiś chłopiec lub dziewczynka do bicia. W tym kingowskim miasteczku - zgnilizna pod idylliczną pokrywką – padło na Jamiego, bo nie potrafi nawiązywać przyjaźni z przedstawicielami własnego gatunku i ma spaczone poczucie humoru, tj. najwyraźniej bawią go przykrości innych. Tym gorzej dla niego, że waży się płatać brzydkie figle dorosłym. Jak się okazuje nie tylko tym, za którymi nie przepada, którzy w ten czy inny sposób mu się narazili. Z drugiej strony Jamie wcale nie chce utrudniać swojej aktualnej opiekunce. To nie jego wina, to wina szalejących hormonów. Mały podglądacz, który nie chce, ale musi. Nie doceniłam „The Pit” Lwa Lehmana. Nastawiłam się na naiwną opowiastkę o potworkach bezmyślnie dokarmianych przez powierzchownie wykreślonego dzieciaka, a dostałam zdecydowanie treściwszą, niegłupią historię z niebanalną postacią prowadzącą i zaskakującym zakończeniem. Śmiem twierdzić, że to perfekcyjna kropka nad i. Ale żeby nie było tak różowo, emocje znacznie opadły w „akcie” bezpośrednio poprzedzającym to ostatnie uderzenie (epilog). Raptowna i nazbyt drastyczna zmiana tempa, nie wspominając już o tym, że reżyserowi jakby zapomniało się o Jamiem. Tak czy owak, wolałabym i przez tę partię – konsekwentnie – przewędrować także u boku tego potwornie zbłąkanego nastolatka. Zupełnie, jakby czas nagle zaczął okropnie gonić zespół skompletowany na potrzeby „The Pit”. Może rzeczywiście tak było. Tego nie wiem, ale żałuję, że ta nieszczęsna cząstka mojego niemałego filmowego odkrycia, nie została należycie rozbudowana. Że tak przegalopowała, co prawda oglądając się na wcześniejsze wydarzenia (nie od czapy, a przynajmniej ja fabularną aberracją bym tego nie okrzyknęła), ale to za mało, gdy „nogi” tak szaleńczo niosą.

Niedocenione reżyserskie osiągnięcie Lwa Lehmana. Jednorazowe zdarzenie w życiu tego niezbyt zaangażowanego filmowca. Zmarnowany talent? Mogło być gorze. Mógł nie nakręcić „The Pit”, wspomnianego moim zdaniem niedocenionego, klimatycznego, pasjonującego horroru o potworkach z zapadliska w leśnym ustroniu. I ich małoletnim żywicielu. O samotności w niewielkim mieście, o wybitnie trudnym okresie dojrzewania, o fatalnych wyborach, odtrąceniu i kuszeniu podobno przez pluszaka. Film obejrzany z wypiekami na twarzy.

niedziela, 4 czerwca 2023

„Ostatni klient” (2022)

 
Ceniona psycholog Susanne Hartmann przyjmuje nowego pacjenta Marka Zideniusa. Po zapoznaniu się z jego problemami, uznaje, że mężczyzna kwalifikuje się do leczenia psychiatrycznego. Po tej sugestii Mark daje jej pierwszy powód do niepokoju, a kiedy na chwilę wychodzi z gabinetu, Susanne znajduje w kieszeni jego wierzchniego okrycia coś, co wprowadza ją w stan najwyższej gotowości. Niezwłocznie konfrontuje się z młodym nieznajomym, który tymczasem przechodzi do kolejnego punktu swojego sekretnego planu. Przyznaje, że to on jest poszukiwanym przez policję Zabójcą Płodów i nie pozostawia wątpliwości, że chce w pełni wykorzystać wszystkie wykupione minuty w gabinecie Susanne Hartmann.

Plakat filmu. „Klienten” 2022, Deluca Film

Anders Rønnow Klarlund i Jacob Weinreich: zgrany duński duet występujący zarówno na scenie filmowej, jak i literackiej. Ich debiutancka powieść - tak jak pozostałe opublikowana pod pseudonimem A.J. Kazinski - , „Den sidste gode mand” (pol. „Ostatni dobry człowiek”), otwarcie cyklu z negocjatorem policyjnym Nielsem Bentzonem, swoją światową premierę miała w roku 2010, a w branży filmowej panowie działają od lat 90. XX wieku (m.in. autorzy scenariusza filmowej wersji „Miłości dla dorosłych” Anny Ekberg, obrazu Barbary Topsøe-Rothenborg z 2022 roku). Thriller psychologiczny „Ostatni klient” (oryg. „Klienten”, międzynarodowy: „The Last Client”) nigdy nie był rozważany pod kątem powieści. Co więcej, Klarlund i Weinreich konstruowali tę opowieść z myślą o produkcji niezależnej (reżyserował tylko pierwszy z wymienionych). Byli gotowi sami sfinansować całe przedsięwzięcie, byle tylko uniknąć denerwujących przestojów, nie wspominając już o potencjalnie mozolnych poszukiwaniach ludzi skłonnych zainwestować w ten projekt. Wyszli z założenia, że byłoby ich stać na dwuosobową obsadę, a kręcić mogliby we własnym biurze. Taki był pierwotny plan dla „Ostatniego klienta”, potem jednak bestyjka trochę się rozrosła. Inspirację Klarlund i Weinreich zaczerpnęli z tragedii greckiej (roboczy tytuł scenariusza: „En dansk tragedie”). Film został uwolniony w marcu 2022 roku. W Danii, ale na arenę międzynarodową „przedarł się” już w drugiej połowie tego samego roku.

Kameralny duński thriller psychologiczny wymyślony przez A.J. Kazinskiego. Teatr na ekranie. Forma, z którą kinomaniacy nieraz mogli się już spotkać – czy to w kontakcie ze „Śmiercią i dziewczyną” oraz „Wenus w futrze” Romana Polańskiego, czy przy okazji „Rozmowy z gwiazdą” Steve'a Buscemiego, czy jakiejś innej, mniej lub bardziej zajmującej filmowej konwersacji – ale jeśli chodzi o opowieści o seryjnych mordercach... Nasuwają mi się na myśl „Milczenie owiec” Jonathana Demme'a, na podstawie bestsellerowej powieści Thomasa Harrisa i mniej znane „Zło wcielone” Amber Sealey, powstałe w oparciu o transkrypcje z rozmów z autentycznym seryjnym mordercą Tedem Bundym oraz wspomnienia agenta specjalnego Billa Hagmaiera. Świat przedstawiony w „Ostatnim kliencie” Andersa Rønnowa Klarlunda jest jakby mniej dostępny dla osób postronnych. Szczelniej zamknięty, hermetyczny, ale w związku z tym niegwarantujący silniejszego poczucia klaustrofobii. Powietrze w gabinecie psycholog Susanne Hartmann gęstnieje praktycznie z minuty na minutę – konsekwentne naciąganie cięciwy emocjonalnego napięcia – ani razu jednak nie wydało mi się tak ciężkie jak w obskurnym „parku rozrywki” doktora Fredericka Chiltona. Szykując tego rodzaju „spektakle” szczególną wagę warto przywiązać do castingu, a to, co zobaczyłam w „Ostatnim kliencie” każe mi sądzić, że organizatorzy rzeczonego wydarzenia doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Nie tylko nie mam żadnych zastrzeżeń do gry zajmujących centralne miejsce na „deskach tego teatru” Signe Egholm Olsen i Antona Hjejle'a, ale i mam podejrzenie graniczącej z pewnością, że „ich datki” na rzecz „Ostatniego klienta” były najhojniejsze. Owocna współpraca kreatorów zantagonizowanych postaci. Szorstkie zdjęcia powstałe pod kierownictwem Madsa Thomsena i tym bardziej ścieżka dźwiękowa Sanne Graulund, nie tyle budują, ile podkreślają, wzmacniają intensywną aurę, która rozgości się w eleganckim gabinecie Susanne Hartmann za sprawą tytułowego klienta. Niczym niewyróżniający się dzień pracy tej drogiej terapeutki ma zakończyć jeszcze jedna czterdziestopięciominutowa sesja. A raczej wstępna rozmowa z młodym człowiekiem nazwiskiem Mark Zidenius, którego chyba nie stać na usługi Susanne. Tak czy inaczej, przekonuje ją, że nie ma takiego zaplecza finansowego, jak jej zwyczajowi klienci. Nie zajmuje kierowniczego stanowiska w korporacji, tylko pracuje dorywczo, aktualnie na budowie. Dlatego Susanne decyduje się skierować go pod inny adres? Mark najwyraźniej żywi takie podejrzenia, ale Susanne upiera się, że najzwyczajniej nie jest osobą kompetentną do poprowadzenia jego przypadku. Jej specjalizacją są mediacje biznesowe – tak, przyjmuje też inne zlecenia, ale nie tak poważne. Przynajmniej tak mi wynikało z jej słów skierowanych do udręczonej duszy, mającej za sobą niejedną próbę samobójczą i fantazjującej o nieistnieniu. To znaczy największym marzeniem Marka jest nigdy, przenigdy się nie urodzić. W takiej sytuacji poszukanie dobrego psychiatry nie wydaje się złym pomysłem, niemniej jakiś natrętny - wietrzący spiski:) - głosik w głowach przynajmniej co poniektórych odbiorców może podpowiadać kierowanie się przez Susanne głównie interesem własnym (widmo niewypłacalności Marka). Zresztą te wątpliwości niechybnie zejdą na drugi plan, a może nawet zupełnie stracą na znaczeniu. Anders Rønnow Klarlund i Jacob Weinreich zaproponują bowiem inny materiał do głębokich przemyśleń. Bardziej wymagający i zdecydowanie istotniejszy dla obu stron tego niecodziennego konfliktu. Właściwie uwięzienia kobiety w jej własnym biurze. Nader stanowczego dopominania się o uwagę od rozchwytywanej pani psycholog.

Plakat filmu. „Klienten” 2022, Deluca Film

Ostatni klient” w reżyserii Andersa Rønnowa Klarlunda co prawda w warstwie tekstowej nie wykazuje się aż taką skromnością, jak w formie, ale nie nazwałabym tego opowieścią wielowątkową. Brzemienne w skutkach spotkanie, nietypowa sesja, przebiegająca w coraz bardziej nieprzyjaznej atmosferze (a może zmiennej?) wizyta w gabinecie duńskiej terapeutki, która jest swego rodzaju pretekstem do dokonania psychicznej wiwisekcji nie tylko pacjenta. Koszmarna teraźniejszość, w którą nieubłaganie wdzierają się stare demony. Wyznania młodego Marka, czyli scenki retrospektywne przytomnie stylizowane na „widziane jego oczami”. Subiektywizacja mglistych scenek w tym świecie odmalowywanym dla unieruchomionej Susanne. W zasadzie jakieś pole manewru udaje jej się wygospodarować – sprytny ruch w niestandardowych szachach albo pogranie zgodnie z oczekiwaniami przeciwnika. Mark Zidenius nie wygląda na takiego, który najpierw działa, a dopiero potem myśli. Zorganizowany seryjny morderca z misją. Celuje w ciężarne kobiety, aby uratować ich nienarodzone dzieci. Nazwali go Zabójcą Płodów, ale ma się za ich ratownika. Mówią, że życie to bezcenny dar, a Mark to ekstremalny przykład zdania odrębnego. Nie zna gorszego przekleństwa od ziemskiej egzystencji, a jego czyny mają świadczyć o zaangażowaniu w tę „niepopularną działalność publiczną”. Nietrudno się domyślić, że życie Marka nie było usłane różami. Niektórzy mogą nawet uznać, że przegrał już na starcie, że to inni zadecydowali o jego losie. Brutalnie wepchnęli go na zbrodniczą ścieżkę, ukształtowali niezupełnie na swój obraz i podobieństwo. W „Ostatnim kliencie” toczy się odwieczna dyskusja o wpływie wychowania na osobowość człowieka. Zaburzenie nabyte czy wrodzone? Socjopatia czy psychopatia? Tak czy inaczej, w tym potwornym równaniu twórcy każą nam uwzględnić jeszcze jeden czynnik. UWAGA SPOILER Syndrom odrzucenia. Odrzucenia przez biologicznych rodziców, a przynajmniej matkę KONIEC SPOILERA. Niby brzmiało mi to tak, jakby Anders Rønnow Klarlund i Jacob Weinreich starali się usprawiedliwić antybohatera swojego scenariusza, ale... no właśnie, niby. Jeśli wsłuchać się uważniej w ową duńską tragedię, można dojść do wniosku, że jej autorzy nie zajmują żadnego stanowiska w tej sprawie. Jakby gabinet Susanne nagle przeistoczył się w sale sądową, a sprawcy tego angażującego zamieszania przyjęli role permanentnie bezstronnych sędziów, oczekujących na werdykt ławy przysięgłych, czyli odbiorców „Ostatniego klienta”. W sumie to nie tylko niezawiśli arbitrzy, ale też obiektywni sprawozdawcy bieżących wydarzeń, niepoddający w wątpliwość uzupełnień Marka. A Susanne, czy ona też będzie mogła się wypowiedzieć? Wypowiedzieć tak, ale czy opowiedzieć o sobie? Na to nie liczyłam, bo psycholodzy raczej nie mają w zwyczaju uzewnętrzniać się przed swoimi klientami. Na kozetce jest seryjny morderca, który w gruncie rzeczy musiał sobie wywalczyć tę jedną sesję. Dał jej szansę – zapłacił z góry i grzecznie odpowiedział na wszystkie pytania. Związał ją, bo tylko tak mógł zmusić Susanne do wysłuchania jego historii? I dlaczego tak mu zależy na tej rozmowie? Szuka pomocy? Jeśli tak, to trudno się dziwić, że ze wszystkich psychologów działających w mieście wybrał właśnie Susanne. Najdroższa, więc pewnie najlepsza – mniej więcej tymi słowy zaspokaja ciekawość kobiety, która może nie dożyć najbliższego wschodu słońca. Kochającej matki, która może już nigdy nie ujrzeć swojej córeczki. Podstępna historia, unikająca nadmiernych komplikacji. Prawdę mówiąc, nie miałabym nic przeciwko dołożeniu jeszcze jakiejś cegiełki do tej może i niespecjalnie wyszukanej, ale przykuwającej uwagę fabularnej budowli. Solidnie wykonany obiekt minimalistyczny. Nieobliczalna i rozbrajająco skromna, niewesoła opowieść psychologiczna.

Teatralny serial killer thriller. Duńska oferta dla spragnionych kameralnych klimatów. Spacer po mrocznych korytarzach ludzkiego umysłu „ukartowany” przez Andersa Rønnowa Klarlunda i Jacoba Weinreicha alias A.J. Kazinskiego. Nieśpieszne zanurzenie. Sprawne budowanie dramaturgii w pozornie nieprzepuszczalnym światku. Intymny „Ostatni klient”, czyli bezpośredni kontakt ze śmiertelnie niebezpieczną jednostką. Bliskie spotkanie z seryjnym mordercą. Jak dla mnie całkiem emocjonująca opowieść w dość gęstym psychologicznym sosie. Chore popędy i naturalne pragnienia w toksycznych oparach beznadziei, dotkliwego poczucia bezsensu istnienia - filozofia jednej z postaci odbijająca się w klimacie tego przebiegłego dreszczowca.

piątek, 2 czerwca 2023

„Wilcze stado” już na platformach VOD

 
Spektakularny i pełen akcji koreański horror prezentowany m.in. na festiwalach w Toronto (światowa premiera w sekcji Midnight Madness), Sitges, San Sebastian oraz na ostatniej odsłonie polskiego Splat! FilmFest.

Wilcze stado” na platformach VOD od 2 czerwca 2023

Wilcze stado © dystr. Kino Świat 2023

Wilcze stado © dystr. Kino Świat 2023

O filmie:
Kontenerowiec przewożący najniebezpieczniejszych kryminalistów zamienia się w pływające piekło, z którego nie da się uciec. „Wilcze stado” to mrożący krew w żyłach i naszpikowany akcją horror, który ani przez moment nie zwalnia tempa i nie oszczędza niczyjej wrażliwości. W obsadzie koreańskiego filmu znaleźli się m.in. gwiazda K-popu Seon In-guk, Jung So-Min („Alchemia dusz”), Gwi-hwa Choi („Zombie Express”, „Lament”) i Gwi-hwa Choi („Piraci: Ostatni królewski skarb”).

Grupa koreańskich skazańców na mocy ekstradycji jest transportowana z Filipin do ojczyzny. Kryminaliści z eskortującymi ich policjantami wsiadają na pokład wielkiego kontenerowca. Sytuacja wymyka się spod kontroli, a oswobodzeni bandyci zaczynają metodycznie masakrować funkcjonariuszy. Jednak ani jedni, ani drudzy nie mają pojęcia, że prawdziwe niebezpieczeństwo czyha na nich pod pokładem. Pływające piekło, z którego nie da się uciec.

Źródło: wszystkie materiały od Kino Świat

czwartek, 1 czerwca 2023

Maciej Kaźmierczak „Pomsta”

 
Warszawa. Komisarz Robert Foks z Komedy Stołecznej Policji, po nakryciu swojej żony na zdradzie, poznaje nastolatkę Nadię, która oferuje mu darmowe zakwaterowanie w należącym do jej ojca hotelu w centrum miasta. Tymczasem w Złotych Tarasach dochodzi do zuchwałej zbrodni: siedemnastoletnia Martyna Wolska zostaje pchnięta nożem i przerzucona przez barierkę przez nieznanego sprawcę, któremu internauci nadają przydomek Skaza. Sprawa zostaje przekazana komisarzowi Foksowi, któremu na polu zawodowym partneruje podkomisarz Paweł Radecki, w przeciwieństwie do swojego wyższego rangą kolegi, uporczywie trzymający się regulaminu. A to może okazać się niewystarczające do rozwiązania tej konkretnej kryminalnej zagadki. Niedługo po medialnym zabójstwie Wolskiej tajemniczy sprawca uderza ponownie, tym samym upewniając śledczych, że celuje w nastoletnie dziewczyny. A jedną z jego ofiar może być Paulina Gosik, córka byłego zawodowego partnera Foksa.

Okładka książki.Pomsta", Muza 2023

Ukończył polonistykę na Uniwersytecie Łódzkim, w przestrzeni wirtualnej znany też jako Poważny Postczłowiek. W swojej bibliografii ma między innymi takie powieści grozy, jak „Polowanie na kaczki” (2017) i „Wszechmocny” (2018) oraz między innymi takie powieści kryminalne, jak „Nikt” (2022), „Porzuceni” (2022) i „To mnie zabije” (2023). Zagościł też choćby w takich horrorowych antologiach opowiadań, jak „Zombiefilia” (2013), „Księga wampirów” (2014), „Zapomniane historie” (2016), „Gorefikacje II” (2016), „Krwawnik 2. Opowiadania z pozornie martwej strefy” (2016) i „Żertwa. Antologia słowiańskiego horroru” (2021). Zajął dwudzieste szóste miejsce na liście najpoczytniejszych autorów i autorek w Polsce 2022 (raport Biblioteki Narodowej). Pytanie retoryczne: o kim mowa? Na 2023 rok ten Ktoś we współpracy z wydawnictwem Muza przygotował pierwszy tom planowanej powieściowej serii kryminalnej z bezkompromisowym komisarzem Robertem Foksem. W cudnej okładce zaprojektowanej przez Mariusza Banachowicza.

Z natury unikam zdjęć, mediów społecznościowych i tak dalej. […] Im mniej ludzie o tobie wiedzą, tym mniej mogą przeciwko tobie wykorzystać.”

Szorstki glina nierzadko działający na granicy prawa przez wiele miesięcy namawiał Macieja Kaźmierczaka do przedstawienia go innym. Co więcej, to główny bohater „Pomsty”, Robert Foks z wydziału zabójstw Komendy Stołecznej Policji, prowadził swojego stwórcę, kiedy ten wreszcie zechciał pochylić się nad jego historią. Pierwsze skrzypce Kaźmierczak grał tylko w pierwszym etapie tej kryminalnej podróży. Kaźmierczak błyskawicznie przelał na papier pierwszy makabryczny występ tajemniczego nawet dla niego, potencjalnego seryjnego zabójcy nastolatek i zorganizował krótki wieczorek zapoznawczy - trzeba dodać, że w dość burzliwych okolicznościach - z protagonistą. Te pierwsze scenki „Pomsty” miał już dokładanie obmyślane, ale praktycznie całą resztę pozostawił w gestii opryskliwego Roberta. Autor szedł śladami swojej postaci, zamiast przecierać jej szlak. W sumie metoda spraktykowana przez niejedno pióro, tym bardziej pociągająca, gdy autor chce również bazować na elementach zaskoczenia. Skoro sam Kaźmierczak nie był przygotowany na gwałtowne zwroty w śledztwie komisarza Foksa, to jak ma przygotować się na nie czytelnik? Właściwie w jakimś zakresie to na pewno jest możliwe – wiem, bo nie wszystkie „rewelacje” przyjęłam ze stosownym zdziwieniem. Ot, przedwcześnie dogrzebałam się do niektórych „ukrytych” fragmentów tej bestialskiej układanki. Prawdopodobnie najskuteczniejszego śledczego w stolicy Polski poznajemy na ostrym zakręcie życia. Zdrada małżeńska, której główny bohater „Pomsty” zupełnie się nie spodziewał. Potężny cios prosto w serce od miłości jego życia. Foks jest człowiekiem porywczym, a przynajmniej niemającym dużej wprawy w powściąganiu gniewu, ale tym razem jakimś cudem zwalczył przemożne pragnienie poturbowania młodego mężczyzny baraszkującego z jego żoną w ich małżeńskim gniazdku. Nawet się nie odezwał – odwrócił się na pięcie i poszukał pocieszania u starego znajomego. Nie żeby Foks miał o nim jak najlepsze zdanie, ale w tej sytuacji Pan Alkohol w przekonaniu Foksa staje się praktycznie niezbędny. Lepiej poszukać chwilowego zapomnienia, stępić targające nim emocje, zanim dojdzie do jakichś rękoczynów. Bo Foks tej okropnej nocy nie ręczy za siebie. O czym na własnej skórze przekona się jakiś szukający zaczepki młodzieniec. Nietrzeźwy komisarz ruszy z odsieczą jego znajomej, która odwdzięczy się Foksowi darmowym pokojem w hotelu jej ojca. Nastoletnia Nadia Czarnenko przyjechała z Kijowa, gdzie dorastała pod okiem matki Ukrainki, która swego czasu przeżyła małą, niekoniecznie przyjemną, przygodę z Polakiem Przemysławem Olszewskim, wspomnianym właścicielem hotelu w centrum miasta, który nigdy nie wykazywał większego zainteresowania córką, ale po wybuchu wojny, „łaskawie” zapewnił jej azyl. A teraz zniknął. Nadia podejrzewa, że ma to związek z jego ciemnymi interesami i nie wygląda na specjalnie przejętą – nie miała dobrego kontaktu z rodzicielem, więc czemu miałaby się o niego zamartwiać? Nie, jeden powód do zmartwień Nadia niewątpliwie ma, a dotyczy on prowadzenia największego legalnego, ewentualnie półlegalnego biznesu ojca. Ma nadzieję, że jej zwykle przewidujący staruszek przygotował kogoś do tego zadania, bo ona, szeregowa recepcjonistka, naturalnie nie czuje się kompetentna do przejęcia pałeczki po być może nieżyjącym już ojcu. Wszystko wskazuje na to, że Nadia zupełnym przypadkiem poznała doświadczonego detektywa z wydziału zabójstw, który niebawem zaangażuje się w sprawę mogącą mieć związek ze zniknięciem Przemysława Olszewskiego. W każdym razie spodziewam się, że przynajmniej miłośnicy gatunku będą się liczyć z tą ewentualnością, a wręcz doszukiwać... być może nieistniejących punktów wspólnych;) Nie tylko między zniknięciem Olszewskiego i nieuchwytnym zabójcą nastoletnich dziewcząt zwanym Skazą, ale i wielce podejrzaną historią rodzinną. Znowu zupełnym przypadkiem komisarz Robert Foks dobrze zna - a przynajmniej wydaje mu się, że zna - rzeczoną trzyosobową rodzinę. Foks nie jest człowiekiem zbyt towarzyskim, ale jeśli kogoś uważał za swoją przyjaciela, to na pewno był nim Tomasz Gosik. Przez krótki czas byli zawodowymi partnerami, a potem okrutna Opatrzność zmusiła Tomasza do zmiany zawodu. Co ciekawe, o zaginięciu swojego jedynego dziecka, nastoletniej Pauliny, Foksa nie informuje jego były partner, tylko żona Tomasza Iwona. Kobieta robi to za plecami męża, który twierdzi, że zna miejsce pobytu córki, z jakiegoś jednak powodu nie zamierza wyjawić go nawet swojej małżonce. Czuły nos Foksa (bez)błędnie wychwytuje krętactwa człowieka, który dotychczas nigdy nie zawiódł jego zaufania. A teraz próbuje sprzedać mu, jak na jego wyćwiczone ucho, okrutnie naciąganą historyjkę.

źródło: https://www.facebook.com/maciejkazmierczakpisze/

Komisarz Robert Foks posiada cechy cynicznych detektywów z nurtu hardboiled, przy czym jego wizerunek wydawał mi się „nieco” cieplejszy. Maciej Kaźmierczak stworzył bohatera, który nie tylko nie stara się przypodobać odbiorcom „Pomsty”, ale i daje jasno do zrozumienia, że w ogóle nie jest zainteresowany zawiązywaniem nowych przyjaźni. Jakby oczekiwał, że wścibscy czytelnicy zachowają (nie)stosowny dystans, uszanują jego niewypowiedziane, domyślane życzenie, by się zbytnio nie spoufalać. Ewentualnymi karcącymi spojrzeniami Foks na pewno by się nie przejął, ale gdyby jakimś cudem dotarła do niego wieść o ludziach z tego naszego „alternatywnego” świata, przekonanych, że nawiązali z nim jakąś nić sympatii, to gdyby akurat (niechcący) „wstał prawą nogą” ubawiłby się setnie. Nie przesadzajmy – mistrzynią zatruwania powietrza w świecie przedstawionym w „Pomście” jest prokurator Eliza Kowalczyk. Prawdziwy wrzód wiadomo na czym. Co prawda uwzięła się tylko na Foksa, ale jej negatywne podejście, o ile mu wiadomo, drażni nawet jego przełożonego, nie wspominając już o bliższych rangą kolegach. Może z wyjątkiem jego partnera, podkomisarza Pawła Radeckiego. Foks nie ma pewności, ale ze wszystkich znanych mu policjantów, on wydaje się najlepszym kandydatem na duszę przychylną Kowalczyk. To nie tyle kwestia szerokiego otwarcia na ludzi – choć Radecki zdaje się życzliwiej usposobiony od Foksa – ile podejścia do pracy. „Brudnemu Harry'emu” trafił się partner, który trzęsie się na samą wzmiankę o jakimś nieregulaminowym posunięciu. Skaut i chuligan – albo skrajnie niedobrana zawodowa para, albo pięknie dopełniający się duet. Dream Team bądź idealny przepis na małą katastrofę w komendzie. Może kiedy bieżące śledztwo osiągnie temperaturę wrzenia? W zasadzie od początku zanosi się na pracę pod silną presją, bo niezidentyfikowany sprawca rozpoczął swoją zbrodniczą działalność z szokującym przytupem. Uderzył w miejscu publicznym, w dodatku w nieletnią dziewczynę, którą postronny obserwator mógłby nazwać osobą z dobrego domu. Martyna Wolska, pierwsza znana ofiara człowieka pilnie poszukiwanego przez warszawską policję, a już najpilniej przez komisarza Roberta Foksa, to córka dyrektorki prywatnej szkoły językowej i pracownika wyższego szczebla urzędu miasta. Nazwijcie mnie cyniczką, ale mam podejrzenie graniczące z pewnością, że członkowie zespołu Foksa nie musieliby wyciskać z siebie siódmych potów, gdyby dziewczyna wywodziła się choćby z klasy robotniczej. Nie byliby zmuszeni działać pod taką presją, choć w jakiejś dalszej perspektywie przełożeni pewnie oczekiwaliby mniejszych czy większych postępów w śledztwie. Skaza zabija na różne sposoby, a na miejscach zbrodni zostawia infantylnie brzmiące i niewiele mówiące Foksowi, krótkie wiadomości. Zawoalowane obwieszczenia, stwierdzenia, a najprędzej to własne (nieobiektywne?) opinie na temat tych nieszczęsnych młodych kobiet. Siedem grzechów niegłównych? „Zanim zdążył sobie przypomnieć, jak wyglądały zbrodnie w kultowym filmie „Siedem” Davida Finchera, bo tylko tak mógł skojarzyć, jakie grzechy należały do wspomnianej listy...”. Ech, ten Foks. Wbrew jego usilnym staraniom, całkiem sympatyczny z niego człek. Może i czasami działający na granicy prawa, ale jeśli system rzuca ci kłody pod nogi w pościgu za śmiertelnie niebezpieczną jednostką, to możesz albo przystawać i grzecznie czekać na zielone światło od biurokratów - oj przepraszam, miałam oczywiście na myśli zwierzchników Foksa – albo na bieżąco je pokonywać. Mniej czy bardziej sprytnie, lepiej lub gorzej zabezpieczając swoje tyły, nieważne. Grunt, żeby pokrzyżować plany niekoniecznie jednemu łotrowi. „Męski kryminał”, z którym nie zawsze było mi po drodze – miałam jakieś sporadyczne problemy z zawieszeniem niewiary – ale panu Kaźmierczakowi mimo wszystko udawało się podtrzymać we mnie zainteresowanie tym bezlitośnie toczącym się i nie zawsze oficjalnym śledztwem. Swoja drogą, nie miałabym nic przeciwko wzmocnieniu pierwiastka żeńskiego – Nadia starała się jak mogła, ale marzy mi się taka „egzotyczna para” (ściślejsza współpraca) jak Foks i Kowalczyk. Może w przyszłości, bo już wiadomo, że przynajmniej Robert Foks takową przed sobą ma.

Frapująca, wielowątkowa intryga, wyrazisty protagonista, dobre tempo (ani pośpieszny, ani ślimaczący się fabularny pociąg), całkiem pomysłowe wykorzystanie motywu serial killer, nieuciekanie od trudnych, wręcz depresyjnych tematów, od potworności tego świata, nieasekuracyjna i niemonotematyczna zbrodnicza działalność tajemniczego zabójcy. Spodobało mi się też poczucie humoru Macieja Kaźmierczaka, czy jak kto woli niektórych postaci żyjących na kartach jego „Pomsty”. Uroczystego otwarcia, na moje, nieźle (nie genialnie) się zapowiadającej powieściowej serii kryminalnej z komisarzem Robertem Foksem.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu