Stronki na blogu

środa, 15 sierpnia 2018

„Cthulhu” (2007)

Profesor historii Russell Marsh, z powodu śmierci matki, po latach wraca na wyspę w Oregonie, na której się wychował. Zwaśniony z ojcem mężczyzna zamierza opuścić to miejsce tak szybko, jak tylko się da, ale tuż po przyjeździe dowiaduje się, że sprawa spadkowa trochę potrwa. Russell jest więc zmuszony przedłużyć swój pobyt na wyspie, ale nie wykazuje żadnej chęci wykorzystania tego czasu na naprawienie swoich stosunków z ojcem. Ze stojącym na czele Ezoterycznego Zakonu Dagona, majętnym mężczyzną, który nie potrafi zaakceptować tego, że jego syn jest homoseksualistą. Mimo tego chce pogodzić się z Russellem i życzyłby sobie, by na stałe osiadł on na wyspie, na której jak wkrótce odkrywa profesor historii dzieją się niepokojące rzeczy.

„Cthulhu”, jedyny film wyreżyserowany przez Dana Gildarka i jak już sam tytuł wskazuje zainspirowany prozą Howarda Phillipsa Lovecrafta. A konkretnie opowiadaniem „Widmo nad Innsmouth”, do którego to twórcy omawianego obrazu podeszli z dużą swobodą. Gildark obmyślił tę opowieść wspólnie z Grantem Cogswellem, ale tylko ten drugi przelał ją na karty scenariusza. I jeśli wierzyć informacjom zamieszczonym w Sieci poświęcił swój majątek (dom i inne cenniejsze rzeczy, które posiadał) dla tego przedsięwzięcia. Ale i tak nie udało się zgromadzić dużej sumy pieniężnej. Twórcy „Cthulhu” mieli do dyspozycji w przybliżeniu siedemset pięćdziesiąt tysięcy dolarów, musieli więc nielicho się natrudzić, aby coś z tego stworzyć. W 2007 roku „Cthulhu” był pokazywany wyłącznie na filmowych festiwalach, poczynając od Seattle International Film Festival, a do szerszego obiegu trafił w roku 2008.

„Cthulhu” zebrał sporo negatywnych recenzji od zwykłych widzów. Do grona przeciwników tego obrazu wpisało się też wielu miłośników twórczości H.P. Lovecrafta, ale krytycy patrzyli na to dokonanie w miarę przychylnym okiem. Produkcji Dana Gildarka zarzuca się przede wszystkim nieoddanie klimatu typowego dla horrorów Lovecrafta - wrogiej niesamowitości, tajemniczych potworności czających się gdzieś w pobliżu, sukcesywnie narastającej grozy wynikającej przede wszystkim z pewności, że zagrożenie ujawni się już wkrótce w całej swej nieludzkiej postaci. Według mnie lovecraftowską atmosferę na ekranie najlepiej udało się oddać Johnowi Carpenterowi w jego „W paszczy szaleństwa” - zaznaczam jednak, że nie widziałam wszystkich filmów mniej lub bardziej inspirowanych utworami Samotnika z Providence. „Cthulhu” Dana Gildarka w tej materii pozostaje daleko w tyle za „W paszczy szaleństwa”, nie dosięga też do poziomu „Necronomiconu” z 1993 roku, ani „Zza światów” Stuarta Gordona. Ale jak sobie przypomnę taką „Przyczajoną grozę” C. Courtneya Joynera, „Przeklęty dom” Ivana Zuccona, czy „Hemoglobinę” Petera Svateka to dochodzę do wniosku, że „Cthulhu” Gildarka mógł wypaść dużo gorzej. I podejrzewam, że tak by się stało, gdyby twórcy tego obrazu dysponowali dużo większym budżetem, bo raczej wątpię, żeby nie powtórzyli wówczas (według mnie) błędu ekipy pracującej nad „Dagonem” z 2001 roku (także opartego na opowiadaniu „Widmo nad Innsmouth”), polegającego na szafowaniu nierealistycznymi efektami specjalnymi. W „Cthulhu” takich dodatków jest doprawdy niewiele, a większość z nich ujawnia się jedynie w szybkich migawkach. W ten sposób umożliwia nam się objęcie wzrokiem wyłącznie ogólnego kształtu danego okropieństwa, nie najdrobniejszych detali, co prawdopodobnie znacznie zwiększałoby ryzyko dostrzeżenia przez widza licznych zabijających realizm niedociągnięć. Z drugiej jednak strony, pamiętając „Widmo nad Innsmouth” H.P. Lovecrafta, miałam spory niedosyt. Chciałoby się, żeby pokazano przynajmniej niektóre nieprzyjemne dla oka postacie przewijające się w tymże utworze jednego z największych mistrzów literatury grozy w historii świata, oczywiście bez wspomagania komputerowego. Ale widać na kostiumy i odpowiedni makijaż nie wystarczyło już pieniędzy, albo co równie prawdopodobne zamiar Dana Gildarka od początku był właśnie taki. Reżyser ów mógł po prostu dążyć do stworzenia obrazu wiernego zasadzie „najbardziej boimy się tego, czego nie widzimy”, a przynajmniej nie dokładnie. Innymi słowy jego zamiarem było tak poruszyć wyobraźnię widza, żeby dopowiedziała sobie całą resztę. Bo potworności zrodzone w naszych umysłach najczęściej okazują się dużo bardziej przerażające od tego, co pokazuje się nam na ekranie (wybitne opowiadanie „Małpia łapka” Williama Wymarka Jacobsa można traktować, jako doskonały, przewrotny komentarz takiego zjawiska). Ale żeby rezygnować też z nieprzyjemnej aparycji członków społeczności oddającej hołd Wielkim Przedwiecznym? (Fanom prozy Lovecrafta nie muszę tłumaczyć kim oni są, a pozostałym powiem tylko tyle: zamiast dalej czytać te moje wypociny bierzcie się za horrory tego znakomitego pisarza) Nie, nie. Uważam, że akurat ten element stanowiłby dodatkowy, jeśli nie największy, środek pobudzający wyobraźnię odbiorcy, a charakteryzacja aktorów wcale nie musiała generować sporych kosztów, bo minimalistyczne podejście byłoby (przynajmniej) przeze mnie nieporównanie milej widziane, z tego prostego powodu, że takowe dużo rzadziej rani moje oczy niską wiarygodnością. 

„Cthulhu” Dana Gildarka co najwyżej delikatnie ociera się o Lovecraftowski klimat grozy. Nie znalazłam tutaj ani jednego momentu osnutego dokładnie taką atmosferą, jaką generował Samotnik z Providence w swojej mitologii Cthulhu, ale według mnie filmowcom udało się ją musnąć. Nie w scenach kręconych za dnia, tak sfuszerowanych przez oświetleniowców, że naprawdę ciężko było na to patrzeć. Zdjęcia często były zanadto oświetlone, prawie że prześwietlone, a barwy nierzadko kojarzyły mi się z jarmarkiem, jakąś tandetną, małomiasteczkową imprezą, która to z Lovecraftowskim klimatem nie miała absolutnie nic wspólnego. Z profesjonalnym kinem grozy też nie. Oświetleniowcy, a miejscami też operatorzy (bo część obrazów źle wykadrowano) w scenach dziennych pokazali mi zwykłą amatorkę, ale już wydarzania rozgrywające się, czy to pod osłoną nocy, czy w ciemnych pomieszczeniach, które główny bohater filmu, Russell Marsh odwiedza za dnia, cechowały się jako takim profesjonalizmem. Właśnie te sekwencje przywoływały ducha Lovecraftowskiej prozy, aczkolwiek nie w takim stopniu, żebym poczuła się w pełni usatysfakcjonowana. Widać, że twórcy omawianego filmu mieli poważny kłopot z operowaniem światłem dziennym, że lepiej czuli się w zamkniętych pomieszczeniach, do których co najwyżej docierały jego nikłe promyki, gdzie opierali się przede wszystkim na gęstych ciemnościach zewsząd napierających na pierwszoplanową postać i raczej skąpym sztucznym oświetleniu. W tych scenach dominowała tajemniczość podszyta ogromną groźbą, dało się odczuć obecność jakichś potwornych istot jeszcze pozostających w ukryciu, ale coraz to wyraźniejsze sugestie czynione przez twórców „Cthulhu” kazały sądzić, że ten stan rzeczy już niedługo zmieni się na gorsze. Z „Widma nad Innsmouth” wyrwano Ezoteryczny Zakon Dagona. W filmie tej sekcie przewodniczy ojciec głównego bohatera, profesora historii Russella Marsha, który ku wielkiemu niezadowoleniu ojca jest homoseksualistą (odnoszę wrażenie, że niektórzy widzowie tę seksualną orientację czołowej postaci uważają za jeden z głównych mankamentów „Cthulhu”). Cala otoczka – osadzenie akcji w XXI wieku, powrót protagonisty na wyspę na której się wychował w celu uregulowania spraw po zmarłej matce, postawienie jego ojca, z którym to główny bohater od lat jest skłócony, na czele Zakonu Dagona, relacje Russella z paroma innymi mieszkańcami wyspy, poszukiwania zaginionego chłopca... no większość została wymyślona przez Granta Cogswella i Dana Gildarka. Z pierwowzoru literackiego zaczerpnięto coś na kształt tła – bluźniercza sekta oddająca cześć Wielkim Przedwiecznym, składanie ofiar z ludzi, rozmowa z miejscowym pijaczyną (w stosunku do oryginału mocno okrojona) i UWAGA SPOILER DOTYCZĄCY OPOWIADANIA rodzinne powiązania głównego bohatera z tym przeklętym miejscem, z tymi ohydnymi praktykami mającymi zapewnić tutejszym ludziom dobrobyt KONIEC SPOILERA. W „Cthulhu” Dana Gildarka jest więcej niejasności niż w opowiadaniu „Widmo nad Innsmouth” - twórcy nie wykładają wszystkiego tak dobitnie, z takim rozmachem, tak jednoznacznie jak uczynił to Lovecraft w tym swoim utworze. Filmowcy przez dłuższy czas starają się utrzymywać odbiorcę w niepewności co do faktycznej natury zagrożenia - Wielcy Przedwieczni, czy zwykłe halucynacje zaszczepione przez to toksyczne środowisko, przez cudaczną wiarę ojca głównego bohatera i jego trzódki oddziałującą na umysł głównego bohatera filmu, wiarę w stwory, które tak naprawdę nie istnieją? Właśnie, starają się, ale czy tak do końca im to wychodzi? Przyznaję, trochę tajemniczo było, ta historia przez jakiś czas nie była dla mnie oczywista, mimo tego, że znam opowiadanie. Bo było tu tyle odstępstw od literackiego oryginału, że nie mogłam wykluczyć obrania jakiegoś innego kierunku. Niemniej uważam, że można było przedstawić to jeszcze bardziej tajemniczo i pozostawić więcej miejsca na interpretację widza. Chociaż zamknięcie tej opowieści, ostatnie ujęcie bardzo mnie zadowoliło – podejrzewam jednak, że wielu widzów doprowadzi ono do szewskiej pasji...

Przyjemny średniaczek, ot co. Niskobudżetowa produkcja, której to moim zdaniem największym felerem jest tandetna realizacja sekwencji rozgrywających się w świetle dziennym, a najjaśniejszym punktem ocieranie się o lovecraftowski klimat niesamowitości, tajemniczości podszytej jakąś potwornością, która nieuchronnie zbliża się do głównego bohatera coraz bardziej zagubionego na nieprzyjaznej wyspie, gdzie się wychował i którą opuścił tak szybko, jak tylko się dało. Po to, żeby po latach tu wrócić, aby skonfrontować się z, czy to demonami własnego umysłu, czy szkaradnymi istotami mieszkającymi w oceanach. Innymi słowy obejrzeć można, ale radzę nie nastawiać się na multum niezapomnianych wrażeń, nawet jeśli jest się długoletnim wielbicielem twórczości H.P. Lovecrafta. Albo zwłaszcza wtedy, bo z tego, co zdążyłam się zorientować (acz głową nie ręczę za tę obserwację), w tym gronie nie ma wielu miłośników „Cthulhu” Dana Gildarka.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Wendy Walker „Śladami Emmy”

Siostry Tanner, piętnastoletnia Cassandra i siedemnastoletnia Emma, zaginęły przed trzema laty. Teraz młodsza z nich wraca do domu, do narcystycznej matki Judy Martin mieszkającej ze swoim drugim mężem. Prowadzący tę sprawę agent FBI Leo Strauss pozwala uczestniczyć w niej doktor Abigail Winter, psychologowi sądowemu z ich biura, która tak jak on była zaangażowana w sprawę zniknięcia sióstr Tanner przed trzema laty. Kobieta była i wciąż jest przekonana, że w domu Judy Martin źle się działo i w przeciwieństwie do innych osób biorących udział w śledztwie podejrzewała, że matka Cass i Emmy ma narcystyczne zaburzenie osobowości. Ale Cassandra nie opowiada o swoim trudnym życiu u boku chorej matki tylko o ostatnich trzech latach spędzonych na jednej z wysp w stanie Maine. O ludziach, którzy przetrzymywali tam ją i jej siostrę wbrew ich woli, o piekle jakie zgotowali jej i Emmie i o swojej ucieczce z wyspy. Nade wszystko pragnie, by odnaleziono jej siostrę, ale informacje, które podaje agentom są tak skąpe, że to wymaga czasu. Tymczasem doktor Winter zaczyna podejrzewać, że ta sprawa ma jakieś drugie dno.

Amerykanka Wendy Walker, była analityczka finansowa i prawniczka specjalizująca się w prawie rodzinnym, na rynku literackim zadebiutowała w roku 2016 – wówczas to w Stanach Zjednoczonych ukazało się pierwsze wydanie jej pierwszej powieści, thrillera psychologicznego „All Is Not Forgotten”, który w Polsce pojawił się w roku 2017 pod tytułem „Nie wszystko zostało zapomniane”. „Śladami Emmy” to druga książka Walker i na pewno nie ostatnia, bo pisarka ogłosiła już, że właśnie pracuje nad swoim kolejnym utworem, który to tak samo jak jej dwie poprzednie powieści będzie thrillerem. I dobrze, bo choć „Nie wszystko zostało zapomniane” nie miałam jeszcze okazji przeczytać to „Śladami Emmy” wyrobiło we mnie przekonanie, że w tym gatunku Walker czuje się jak przysłowiowa ryba w wodzie.

„Wierzymy w to, w co pragniemy wierzyć”. Takim oto stwierdzeniem Wendy Walker rozpoczyna swoją opowieść (nie licząc króciutkiego ustępu zamieszczonego tuż przed). Zdaniem przewijającym się w głowie osiemnastoletniej Cassandry Tanner, która po trzech latach przymusowej rozłąki z rodziną wraca do domu. To ważne, bo to ona będzie opowiadać o tym, co działo się z nią i jej starszą siostrą, Emmą, przez ostatnie lata. Tylko ona posiada wiedzę o tym, co najbardziej interesuje czytelnika, można wręcz rzec, że w tej materii tylko na niej może polegać. Ale już to pierwsze zdanie zabrania odbiorcy w pełni jej ufać, każe mu podejrzliwie reagować na jej słowa, starać się oddzielić prawdę od kłamstw. A przynajmniej ja tak odczytałam zamiary Walker, a żeby było jeszcze ciekawiej w parze z podejrzliwością szło we mnie przemożne pragnienie odrzucenia precz tego sceptycyzmu i zaprzestania doszukiwania się w tym jakiegoś drugiego dna. Bo opowieść Cass była na tyle prawdopodobna i szczegółowa, że spokojnie można było w to uwierzyć. Gdyby nie jej przemyślenia, drobne nieścisłości, które wkradały się w jej zeznania (chociaż te można było wytłumaczyć stresem, w jakim żyła) i silne postanowienie niedzielenia się ze śledczymi swoją traumatyczną egzystencją w domu rodzinnym, w którym niepodzielną władzę sprawowała jej narcystyczna matka Judy Martin. Chociaż może nie do końca „niepodzielną”, bo jak zauważyła sama Cass miejsce to było polem bitwy paru osób, gdzie każda dążyła do osiągnięcia swoich własnych celów. A Cass była tylko obserwatorem, niemalże niewidzialną istotą, która z trudem znosiła coraz bardziej napiętą atmosferę panującą w domu. W omawianej powieści przeplatają się dwie perspektywy – trzecioosobowa skupiająca się na doktor Abigail Winter i pierwszoosobowa, z punktu widzenia Cass. Ta druga cechuje się nieporównanie większą wnikliwością. Walker najbardziej zagłębia się w umysł najmłodszej członkini rodu Tannerów, która to poddaje dosyć szczegółowej analizie całe swoje otoczenie. Głównie pozostałych domowników w okresie sprzed zaginięcia jej i jej siostry, bo w „Śladami Emmy” odnajdziemy liczne retrospekcje, będziemy wpychani przez Cass w przeszłość, która bynajmniej nie była dla niej usłana różami. Wszak mieszkała pod jednym dachem z osobą dotkniętą narcystycznym zaburzeniem osobowości, z matką, która wykorzystywała swoje córki do podnoszenia swojego poczucia wartości, dla której liczył się tylko jej własny komfort życiowy, a jeśli ktoś ośmielił się go zakłócić bezzwłocznie przechodziła do ataku. Postać Judy Martin, wybór akurat tego zaburzenia psychicznego stanowi jeden z czołowych motorów napędowych „Śladami Emmy”. To wionący świeżością, mocno intrygujący motyw, który generuje niemałe napięcie, stanowi zapowiedź rychłego nieszczęścia, którego natury aż do ostatnich partii książki możemy się tylko domyślać. Część z tego udało mi się przewidzieć, ogólny zarys finału mnie nie zaskoczył - szczerze mówiąc to wymyśliłam sobie trochę bardziej wstrząsający scenariusz, ale nie oznacza to, że ostało się bez żadnych niespodzianek, bo kilka ważnych detali zamykających tę opowieść przyjęłam z niemałym zdumieniem. Na tyle dużym, żebym doszła do przekonania, że Wendy Walker w pewnym stopniu już opanowała sztukę zaskakiwania czytelników, że niewiele jej brakuje do osiągnięcia mistrzowskiego poziomu na tym konkretnym polu.

Dwie pierwszoplanowe bohaterki. Trzy okresy czasowe. I mnóstwo pytań, na które jak najszybciej chce się znaleźć odpowiedzi, a które autorka książki długo stara się zaciemniać. W stosunkowo krótkiej publikacji Wendy Walker udało się zmieścić aktualne dzieje Cass Tanner i doktor Abigail Winter, poprzedzający je pobyt tej pierwszej i jej starszej siostry Emmy na jednej z wysp w stanie Maine i jeszcze wcześniejsze wyrywki z ich życia u boku narcystycznej matki. Styl autorki do najbardziej szczegółowych z pewnością nie należy – Walker nie operuje długimi zdaniami i nie serwuje bardzo obszernych opisów miejsc i wydarzeń, chociaż kluczowe postacie, poza doktor Winter omawia dosyć szeroko, a przecież w tego typu historiach akurat bohaterowie i antybohaterowie są najważniejsi. Niemniej nie miałabym nic przeciwko większemu rozbudowaniu tej opowieść. Zwłaszcza w przypadku retrospekcji z życia Cass i Emmy u boku rodzica z narcystycznym zaburzeniem osobowości chciałoby się bardziej szczegółowych opisów i jeszcze więcej burzliwych i coraz to bardziej złowróżbnych sytuacji. Bo te fragmenty angażowały mnie najsilniej, dostarczały zdecydowanie najwięcej tak pożądanych niewygodnych emocji, więcej nawet niż opowieść Cass o uwięzieniu jej i Emmy na wyspie przez małżeństwo, które zdawało się być zdolne nawet do morderstwa. Co nie wróżyło dobrze starszej siostrze Cassandry, którą ta była zmuszona zostawić z ich oprawcami. Nie oznacza to jednak, że z trudem zagłębiałam się w zeznania osiemnastoletniej panny Tanner, dziewczyny dzielącej się ze śledczymi swoimi przeżyciami z ostatnich trzech lat, nastolatki, której udało się uciec, ale nie posiada informacji, które pozwoliłyby agentom FBI szybko dotrzeć do jej siostry. Czas ucieka – im dłużej śledczy kręcą się w kółko, tym większe prawdopodobieństwo, że już nigdy nie uda im się odnaleźć Emmy. A głównie na tym zdaje się zależeć jej młodszej siostrze. Właśnie „zdaje się”, bo czytelnicy, tak samo jak doktor Winter z czasem prawdopodobnie nabiorą przekonania, że Cass ma jakiś sekretny plan. Autorka wcale tego nie ukrywa. Wręcz przeciwnie: nie ustaje w wysiłkach mających wyrobić w odbiorcach pewność, że dziewczyna toczy jakąś grę i chociaż doskonale wiemy, kogo obrała sobie za cel, to już sposób jaki wybrała do osiągnięcia tego, o czym od dawna marzy, jest mocno zastanawiający. Jak to się ma do historii, którą Cass dzieli się ze śledczymi? I czy jakiś związek w ogóle istnieje? Dlaczego osiemnastolatka wybrała tak zawoalowany sposób na przekazanie innym prawdy o swojej rodzinie i co tak naprawdę wydarzyło się na wyspie? I czy w ogóle tam była? A jeśli nie tam, to gdzie spędziła ostatnie trzy lata swojego życia – co ona i Emma zrobiły takiego, że były zmuszone do ukrywania się przed światem? I czy w ogóle zrobiły coś złego, czy może rzeczywiście były, a jedna z nich nadal jest, ofiarami mocno zaburzonych jednostek? „Z deszczu pod rynnę”, ktoś mógłby rzec. Od znęcającej się nad nimi matki do równie okrutnych nieznajomych, którzy jak wynika z historii Cass (która wcale nie musi być prawdziwa) mieli zgoła inne potrzeby od ich narcystycznej rodzicielki. Wszystkie te pytania, wątpliwości, mnogość alternatywnych wersji wydarzeń, które się nasuwają podczas śledzenia wszystkich tych historii podawanych przez Cass Tanner – to wszystko tak silnie podsycało moją ciekawość, tak mocno przykuwało moją uwagę i rozpędzało trybiki w moim mózgu do tak szaleńczego tempa, że naprawdę ciężko było mi oderwać się od kart „Śladami Emmy”. Z wielkim żalem przyjmowałam konieczność zrobienia sobie przerwy od lektury i z ogromną radością (która pewnie byłaby jeszcze większa, gdyby bardziej ten utwór rozbudowano) wracałam do mrocznego świata wykreowanego przez Wendy Walker. A i jeszcze muszę pochwalić nastrojową okładkę polskiego wydania tej książki – kojarzy mi się z głównym plakatem „Egzorcyzmów Emily Rose” Scotta Derricksona.

Nie mam żadnych oporów przed rekomendowaniem „Śladami Emmy” każdemu miłośnikowi i miłośniczce literackich thrillerów psychologicznych. Nie jest to oczywiście powieść doskonała - to znaczy w mojej ocenie posiada kilka minusów, ale nie sądzę, żeby znacząco rzutowały one na jakość tego dokonania Wendy Walker. A właściwie to wątpię, żeby znalazło się wielu odbiorców, którzy w ogóle znajdą tutaj jakieś uchybienia. Coś, co według nich powinno się poprawić. Bo „Śladami Emmy” spisano w stylu preferowanym przez niezliczoną ilość współczesnych czytelników, a autorka na tyle zwinnie porusza się w ramach thrillera psychologicznego, tak dobrze dobrze czuje się w tym gatunku, że nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że jej druga powieść zyska sporo sympatyków. Do których, mimo wszystko, i ja się zaliczam.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 10 sierpnia 2018

„Nocny stróż” (2017)

Fernando dostaje pracę nocnego stróża w magazynie niegdyś należącym do domu aukcyjnego. Obecny właściciel tego rozległego budynku, zagraniczny deweloper, zburzy go, gdy tylko otrzyma pozwolenie na budowę, a do tego czasu do obowiązków Fernando należy nocne czuwanie nad tym miejscem i sprzątanie pomieszczeń wskazanych przez jego przełożonego. Po zapadnięciu zmroku Fernando ma zostawać tutaj całkiem sam, w pojedynkę przemierzać długie, mroczne korytarze ogromnego magazynu i wykonywać drobne prace zlecone przez kierownika. Ale mężczyzna jednak ma towarzystwo, którego jednak wolałby uniknąć. W magazynie często pojawiają się zagadkowo zachowujący się osobnicy, których nie powinno tam być.

Oscar Estevez jest kojarzony głównie z „La casa muda” Gustava Hernandeza, urugwajskim horrorem nastrojowym, remake którego ukazał się już rok po premierze pierwowzoru, a wyreżyserowali go Chris Kentis i Laura Lau. Oscar Estevez napisał scenariusz „La casa muda” i aż do „Nocnego stróża” był to jedyny scenariusz pełnometrażowego filmu znajdujący się na jego koncie. Jeśli zaś chodzi o reżyserię to jest to jego pierwsze takie doświadczenie w długim metrażu. Scenariusz „Nocnego stróża” Estevez spisał wspólnie z Federikiem Rocą, a w reżyserii wspomagał go Joaquin Mauad.

„Nocny stróż” to urugwajsko-argentyński thriller z elementami horroru, który póki co nie jest dystrybuowany na szeroką skalę. Chociaż może nie do końca dotyczy to Polski, bo film ten pojawił się już w telewizji, z tym że nie na ogólnodostępnych kanałach. Ale w sumie film Oscara Esteveza i Joaquina Mauada nie wydaje się być obrazem, który mógłby sprostać oczekiwaniom dużej części współczesnych widzów. Moich też nie całkiem. „Nocny stróż” dla mnie jest produkcją mocno nierówną, jedną z tych, które mają coś interesującego do pokazania, ale nie zawsze czynią to w sposób, który generowałby jakieś emocje. Jedną z tych, które posiadają frapujące, trzymające w napięciu momenty, ale pomiędzy nimi rozciągają się jałowe terytoria, przez które doprawdy niełatwo było mi przebrnąć. Przekonująco wykreowany przez Gastona Paulsa, Fernando, to człowiek-zagadka. Twórcy stopniowo podrzucają nam strzępy informacji na jego temat, które to musimy sami uporządkować, złożyć z tych fragmentów spójny obraz człowieka, który najpewniej nie miał w życiu lekko. Co mu się przydarzyło? Dlaczego wygląda jak człowiek przegrany, pokonany przez życie? Dlaczego toczy tak nędzną egzystencję – mieszka w mocno zaniedbanej klitce, nie ma przyjaciół, a rodzina nie chce mieć z nim nic wspólnego? Z tej postaci nieustannie emanuje smutek, do korzeni którego niejeden widz zapewne będzie chciał dotrzeć. A droga do zrozumienia będzie wyboista i będzie przebiegać przez mroczny, zaniedbany magazyn, który przypomina labirynt. Wybór tego budynku na główne miejsce akcji był jedną z najlepszych decyzji podjętych przez twórców „Nocnego stróża”. Brudne, ciemne, przepastne wnętrza, w których jak wyraźnie daje się nam do zrozumienia kryją się jacyś intruzi. Mdłe światło z latarki Fernanda i starych lamp rozmieszczonych w budynku bynajmniej nie rozprasza mroku. Wręcz przeciwnie: wydobywa z niego większą wrogość, trwa się bowiem w przekonaniu, że w każdej chwili w ten skąpo oświetlony obszar wkroczy jakaś nieprzyjaźnie usposobiona postać dotychczas kryjąca się w cieniu. Albo taka, która przybyła z zaświatów, żeby dręczyć i tak już umęczonego mężczyznę. W sekwencjach z Aną, tajemniczą kobietą, która pojawia się w magazynie scenarzyści „Nocnego stróża” wykazali się sporą kreatywnością i niemałą znajomością generowania iście intrygującej osobliwości, zjawiska, które niełatwo objąć rozumem. Wprost uwielbiam wstawki, które aż cisną na usta zdanie: „Witamy w Strefie Mroku”, w świecie, w którym nie obowiązują znane nam prawa fizyki, w którym dosłownie wszystko może się wydarzyć. A Oscar Estevez i Federico Roca w scenach z Aną wytworzyli naprawdę silne poczucie oderwania od rzeczywistości z wykorzystaniem prostych, acz jakże poruszających wyobraźnię, pomysłowych akcentów. Największą przeszkodą na drodze do zrozumienia tej historii jest zamykanie niektórych zagadkowych scen momentami przebudzenia głównego bohatera. Wyrywania się Fernanda z głębokiego snu, bo to sugeruje, że wydarzenia którym świadkowaliśmy chwilę wcześniej mogły być tylko koszmarami sennymi. Wyjaśniałoby to, dlaczego Fernando nie informuje swojego przełożonego o ludziach pojawiających się w nocy w magazynie, którego to ma strzec przed intruzami. Odpowiadałoby również na pytanie: dlaczego w miejscu pracy tytułowego bohatera pojawiają się również osoby, które ten zdaje się znać. Ale to może być mylące. Równie prawdopodobne wydaje się bowiem to, że w tym oto starym magazynie Fernando konfrontuje się z projekcjami swojego okaleczonego umysłu i że we wspomnieniach przenosi się w przeszłość. Albo że nawiedzają go duchy osób, którym w przeszłości wyrządził jakąś krzywdę, być może nawet doprowadził do ich śmierci...

 (źródło: https://www.imdb.com/)

Największym mankamentem „Nocnego stróża”, w moim odczuciu, jest niestety dosyć częsta niezgrabność ekipy technicznej jeśli chodzi o intensyfikowanie napięcia w scenkach, które właśnie temu miały służyć. Samotne wędrówki Fernanda po ciemnych, zawilgoconych korytarzach ogromnego magazynu nierzadko zamiast wyrabiać w widzach poczucie błyskawicznie zbliżającego się niebezpieczeństwa, zamiast zagęszczać aurę niezdefiniowanego zagrożenia już po paru sekundach zaczynają męczyć. Niby wszystko jest na swoim miejscu – ciemna kolorystyka, brudne wnętrza przypominające labirynt, różnego rodzaju odgłosy docierające naszych uszy i snop światła z latarki dzierżonej przez nocnego stróża, który nie dociera w te obszary, z których spodziewamy się uderzenia. A jednak nader często to nie działa. Operatorzy i oświetleniowcy nie potrafili wydobyć z tego takiej grozy, żebym przynajmniej z lekką obawą wypatrywała końca danej wędrówki Fernanda po przepastnych korytarzach mrocznego magazynu. Napięcie zamiast we mnie narastać z sekundy na sekundę głównie się obniżało. To znaczy najczęściej, bo muszę tutaj zaznaczyć, że nie dotyczyło to absolutnie wszystkich fragmentów, które to w zamiarze twórców miały budować odpowiedni nastrój pod spodziewany atak ze strony tajemniczych postaci. Były momenty, które generowały lekkie napięcie, z delikatną obawą towarzyszyłam wówczas głównemu bohaterowi w jego dążeniu do zidentyfikowania źródła danego odgłosu, choć zazwyczaj nie czułam się tak przez całą tę jego drogę. Od startu do mety. Ale finalizacje owych sekwencji nierzadko były dla mnie nie lada niespodzianką. Twórcy rzadko szli po linii najmniejszego oporu, nie zadowalały ich ujęcia przemykających cieni, czy jak to często w straszakach bywa próby przyprawienia widza o szybsze bicie serca jedynie poprzez raptowne pogłośnienie muzyki. Zamiast prymitywnych jump scenek dostawałam zastanawiająco i w miarę złowrogo się prezentujące scenki z udziałem wyglądających jak zwyczajni ludzie, ale mających w sobie jakąś upiorność, osobników nawiedzających Fernanda w feralnym magazynie. Sekwencja z ludźmi za kratami i ciemną postacią, do której Fernando będzie się powoli zbliżał, nie licząc prawie wszystkich scenek z Aną, dostarczyła mi największych wrażeń, ale fragment z milczącymi postaciami z szacunkiem pochylającymi głowy, obok, których główny bohater filmu w pewnym momencie przechodzi i scenka zaczynająca się od uruchomienia samochodu stojącego w miejscu pracy Fernanda też zasługują na wyróżnienie, choć jak myślę, trochę mniejsze. Ale żeby nie było tak różowo, „Nocny stróż” w moim odczuciu ma jeszcze dwa poważne felery. Pierwszym jest nazbyt rozproszona narracja, takie poszarpanie, taki fragmentaryzm, który nie tyle pomaga w zaciemnianiu widzom prawdy, ile wybija z odpowiedniego rytmu. Bo do prawdy (i to jest ten drugi duży minus) mimo tych uporczywych starań twórców dosyć łatwo dość. Chociaż przyznaję, że wątpliwości miałam, że nie byłam absolutnie pewna takiego rozwiązania tej zagadki. Brałam też pod uwagę inne możliwości, ale najmocniej uczepiłam się jednego z tropów podrzuconych przez filmowców długo przed napisami końcowymi. Wcale nie musiałam się wysilać, aby właściwie go odczytać, ale miałam nadzieję, że się mylę. Nie tylko dlatego, że chciałam, by mnie czymś zaskoczono, ale także przez to, że naprawdę mam już serdecznie dość tego motywu (i jemu podobnych), który ku mojemu rozczarowaniu jednak wykorzystano w „Nocnym stróżu”. A i jeszcze, muszę pochwalić początek planszy końcowej – te nastrojowe grafiki, które pewnie wypadałyby jeszcze lepiej, gdyby sfinalizować je pojawieniem się jakiejś widmowej postaci.

Od sporego zainteresowania po dotkliwą nudę, od dosyć silnego napięcia po skrajne zmęczenie – taką oto huśtawkę nastrojów miałam oglądając „Nocnego stróża” Oscara Esteveza i Joaquina Mauada. Były sekwencje, przez które już myślałam, że nie uda mi się przebrnąć, tak beznamiętne, potwornie dłużące się wstawki, że nie miałam wątpliwości, że prędzej, czy później obraz ten wepchnie mnie w objęcia snu. Ale tak się nie stało, bo pomiędzy tymi przestojami pojawiały się całkiem nieźle zrealizowane scenki, intrygujące pomysły, ciekawe wydarzenia rozgrywające się w jakże chwytliwym otoczeniu. W starym, mrocznym i brudnym magazynie, nocami pilnowanym przez udręczonego człowieka, o którym pragnie się dowiedzieć jak najwięcej, ale (i to też jest dobre) przez ten proces poznawania go widz przechodzi stopniowo. Innymi słowy mam mieszany stosunek do tego oto thrillera z elementami horroru – ani go nie polubiłam, ani nie znienawidziłam. Ot, obejrzałam i prawdopodobnie już niedługo o nim zapomnę.

środa, 8 sierpnia 2018

„Wyleczeni” (2017)

W Irlandii udało się w końcu opanować epidemię wirusa Maze, który zamieniał ludzi w żądne ludzkiego mięsa, bezrozumne bestie. Dwadzieścia pięć procent zarażonych odpornych na niedawno stworzony lek odizolowano od reszty obywateli, a wyleczonych waśnie zaczęto przywracać społeczeństwu, co spotyka się ze sprzeciwem wielu Irlandczyków. Dziennikarka Abbie, mieszkająca ze swoim małym synkiem Cillianem przyjmuje pod swój dach Senana, brata jej męża Luke'a, który zginął podczas epidemii. Mężczyzna jest jednym z wyleczonych i tak jak oni wszyscy pamięta, co robił i jak się czuł w okresie choroby. A jego najgorszym wspomnieniem jest moment śmierci jego brata. Decyduje się jednak nie opowiadać o tym Abbie. Tymczasem w mieście formuje się grupa złożona z wyleczonych, którzy mają dość traktowania ich jak obywateli drugiej kategorii, pod przewodnictwem przyjaciela Senana, Conora. Zamierzają oni zmienić ten niekorzystny dla siebie stan rzeczy. Conorowi bardzo zależy na tym, aby jego najbliższy kolega wstąpił w ich szeregi, ale Senan nie jest przekonany do tego pomysłu.

„Wyleczeni” to irlandzki horror w reżyserii debiutującego w pełnym metrażu Davida Freyne'a i na podstawie jego własnego scenariusza. Nominowany do IFTA (Irlandzkiej Nagrody Filmowej i Telewizyjnej) za charakteryzację i wyróżniony nominacją Davida Freyne'a do Nagrody Festiwalowej w sekcji „Prezentacje Specjalne” na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto, gdzie w 2017 roku odbył się jego pierwszy pokaz. Do szerokiego obiegu „Wyleczonych” wpuszczono w roku 2018.

Do pierwszego pełnometrażowego filmu Davida Freyne'a zdążyła już przylgnąć etykietka z napisem zombie movie, ale nie jestem pewna, czy w tym przypadku jest ona właściwa. Reżyser i scenarzysta stwierdził, że to potwory (tylko) podobne do zombie i z takim określeniem mogę się zgodzić. Bo osobnicy zainfekowani wirusem Maze istotnie zachowują się, jak żywe trupy (acz nie wiemy, czy ich serca faktycznie nie biją), choć można mieć zastrzeżenia do ich instynktu stadnego, klasyczne zombie wszak nie czują potrzeby działania w zespole w przeciwieństwie do zarażonych omówionych w „Wyleczonych”. Ale już ich główna potrzeba, najsilniejszy z ich instynktów jest taki sam jak u zombie. Tym czego nade wszystko łakną to ludzkie mięso, którym to się żywią. Innym elementem upodabniającym ich do żywych trupów jest niski iloraz inteligencji – są bezrozumnymi maszynkami do zabijania, wydobywającymi ze swoich gardeł jedynie jakieś nieartykułowane, nieskładające się ze słów dźwięki. I z czego zadowolona nie byłam potrafią biegać – tak, David Freyne wpisał się w tę denerwującą mnie modę na szybko poruszających się zarażonych, tutaj tylko przypominających zombie. To określenie, jeśli nic mi nie umknęło, ani razu w scenariuszu nie pada, ale nie to sprawia, że nie potrafię patrzeć na ofiary wirusa Maze, jak na klasyczne żywe trupy. Po prostu nie mam pewności, czy osobnicy, których dopadła ta choroba (przenoszona poprzez ugryzienie, mamy więc kolejną zbieżność z klasycznymi zombiakami) istotnie są ożywionymi trupami, czy może raczej ich serca cały czas biją. Jeśli nie, to wychodzi na to, że środek, który wyleczył siedemdziesiąt pięć procent zakażonych przywrócił ich do życia. Innymi słowy, że mamy tutaj do czynienia ze zmartwychwstaniem, ale jeśli rzeczywiście tak jest to (o ile niczego nie przegapiłam) twórcy filmu o tym nie wspominają. A w takim przypadku bezpieczniejsze wydaje mi się założenie, że chorzy z biologicznego punktu widzenia nie byli martwi. Dlaczego nie zwlekałam z obejrzeniem „Wyleczonych”? Ja, która nader niechętnie zasiada do seansu współczesnych horrorów o zombie i im podobnych, która jeśli chodzi o tego rodzaju filmy potrzebuje trochę czasu na mobilizację, a i nie zawsze się to udaje (to znaczy nie oglądam każdego takiego horroru, którego mam możliwość obejrzeć)? Odpowiedź jest krótka: Ellen Page. Aktorka, której grę bardzo lubię, która potrafi tworzyć miłe dla mojego oka kreacje, aż tak wiarygodne, że doszłam do wniosku, że umili mi ona przeprawę przez tę niepreferowaną przeze mnie konwencję kina grozy. I miałam rację – Ellen Page mnie nie zawiodła – ale tylko po części, bo historia wymyślona przez Davida Freyne'a nie była dla mnie tak nieodpowiednia, jak się spodziewałam. Przygotowałam się na kolejną opowiastkę o hordach zarażonych polujących na niezainfekowanych osobników, na apokaliptyczną historię o wirusie zamieniającym ludzi w bezrozumne bestie, a spojrzenie Davida Freyne'a okazało się inne. Tchnął w tę konwencję trochę świeżości, miał własny pomysł na horror o zarazie. Pomysł, który przyjęłam z otwartymi ramionami, dzięki któremu nie ogarniało mnie ogromne znużenie, który zaciekawił mnie na tyle, żebym nie musiała walczyć z przemożnym pragnieniem przerwania seansu. Zachwycona nie byłam, David Freyne i jego ekipa nie zdołali mnie olśnić, nie dali mi niczego, co doprowadziłoby mnie do przekonania, że mam do czynienia z dziełem wybitnym, z horrorem, którego żaden miłośnik tego gatunku nie może przegapić. Ale w kategoriach zwykłej rozrywki „Wyleczeni” w moim odczuciu spisali się całkiem nieźle.

Największa siła tej historii według mnie nie wynika z warstwy stricte horrorowej tylko z płaszczyzny obyczajowej/dramatycznej. Owszem, charakteryzacje zarażonych w miarę mnie usatysfakcjonowały – w miarę, bo mogłyby być bardziej makabryczne, ale z drugiej strony to minimalistyczne podejście twórców efektów specjalnych dodawało tym postaciom wiarygodności. Owszem, ujęcia gore nie miały w sobie ani grama sztuczności, ale było ich stanowczo za mało i pojawiały się w tak szybkich migawkach, że podejrzewam, iż nawet osoby nieprzyzwyczajone do krwawych horrorów nie zdążą poczuć nawet niewielkich mdłości. Jump scenki z kolei (bo przecież bez nich nie mogło się obyć...) na mnie nie wywarły pożądanego rezultatu. Nie wiem dlaczego nie podskakiwałam w fotelu, bo pojawiały się one w niespodziewanych momentach i akompaniowały im odpowiednio głośne, upiorne dźwięki. Wiem tylko, że moje ciało w ogóle na nie nie reagowało. Podsumowując: nie uważam, żeby wszystkie elementy charakterystyczne dla horroru w całości sfuszerowano. Miały swoje plusy i minusy, ale te pierwsze moim zdaniem były mniejsze od tych, jakich dostarczyła mi warstwa obyczajowa/dramatyczna. Scenariusz „Wyleczonych” najmocniej koncentruje się na Senanie, w którego w całkiem dobrym stylu wcielił się Sam Keeley. Na mężczyźnie, który jako jeden z tytułowych wyleczonych wraca do swojego rodzinnego miasta. W domu, w którym się wychował mieszka Abbie, żona jego zmarłego podczas epidemii wirusa Maze brata, wraz ze swoim kilkuletnim synkiem, która decyduje się przyjąć go pod ten dach. Kobieta w przeciwieństwie do dużej części Irlandczyków, którym udało się uniknąć tej okropnej choroby, uważa, że nie można winić wyleczonych za straszne czyny, których dopuszczali się przedtem. W „Wyleczonych” ten wyraźnie nakreślony konflikt jest jednym z głównych nośników aury niebezpieczeństwa, obok kilku tysięcy odpornych na leczenie a la zombie przetrzymywanych w celach. Irlandzki rząd właśnie decyduje się kolejno wyeliminować tych osobników – rozpoczyna proces eutanazji odpornych na leczenie, co budzi sprzeciw części społeczeństwa, innych natomiast takie rozwiązanie problemu w pełni satysfakcjonuje. Nie wiem, czy aby nie nadinterpretuję, ale odbierałam to wszystko jako komentarz do jednego ze znanych mi z rzeczywistości zjawisk. Bo w końcu nie brakuje ludzi, którzy wychodzą z założenia, że choroba nie usprawiedliwia zbrodniczych czynów, którzy domagają się karania tych osób, którzy podczas popełniania ciężkiego przestępstwa nie byli w pełni władz umysłowych. Zestawianie ludzi chorych psychicznie z a la zombie może i jest trochę nie na miejscu, ale wydaje mi się (zakładając, że rzeczywiście taka była intencja scenarzysty, bo jak już zaznaczyłam niewykluczone, że to nadinerpretacja, choć nie wydaje mi się, żeby tak było), że celem Davida Freyne'a nie było uwłaczanie ludziom chorym, że już prędzej się za nimi wstawiał. Oczywiście, Conor i jego trzódka, stwarzają zagrożenie dla społeczeństwa, ale ich agresja jest odpowiedzią na zachowania ich przeciwników. Wyleczeni są dyskryminowani, atakowani, spychani poza margines społeczeństwa, wykorzystywani, nie mają takich praw, jak ludzie, którzy uniknęli zarażenia wirusem Maze. Nie dziwi więc, że w końcu tracą cierpliwość, że postanawiają stawić opór. Pytanie tylko, czy sposoby jakie wybierają są aby właściwe? Przemoc rodzi przemoc. Takie przesłanie między innymi zawarto w tym filmie, a jego głównego bohatera Senana, postawiono w pozycji człowieka niejako rozdartego. Jest jednym z wyleczonych i tak jak pozostali członkowie tej grupy sprzeciwia się działaniom rządu (i wielu innych) względem nich i jednostek odpornych na leczenie, ale nie sądzi, by działalność nielegalnego stowarzyszenia Conora przyniosła dobre rezultaty. I wielu odbiorców „Wyleczonych” (jeśli nie wszyscy) będzie podzielać pogląd Senana na tę sprawę, sympatyzować właśnie z nim, pomimo wiedzy o strasznych czynach, jakich wcześniej się dopuszczał. Z Abbie oczywiście też łatwo nawiązać nić sympatii, ale to Senan stoi na pierwszym planie i to jego rozterki, jego trauma, jego ogromne cierpienie oddziaływało na mnie najsilniej. Acz i tak nie tak mocno, jakbym chciała, bo narracja mogłaby być dużo bardziej intensywna. Zagubienie, rozpacz, niemożność dostosowania się do społeczeństwa, przystosowania do obecnej rzeczywistości, wyrzuty sumienia i oczywiście nieuchronnie zbliżające się niebezpieczeństwo, to wszystko można było uwypuklić dalece mocniej, odmalowywać dużo bardziej sugestywnymi obrazami. Bardziej mrocznymi i przygnębiającymi. Innymi słowy, wolałabym, żeby David Freyne i jego ekipa poszli w stronę kina niszowego, a nie mainstreamowego, bo nie mogłam oprzeć się poczuciu działania tych filmowców pod dyktando tego drugiego. Ale na szczęście bez przesady. Zakończenie też bym poprawiła – rozczarowało mnie to zamknięcie, tym bardziej, że było tak blisko, że już, już myślałam, iż scenarzysta podąży w najlepszym z możliwych kierunków. To znaczy z tych, które zdołałam wymyślić.

Na tle znanych mi XXI-wiecznych horrorów o różnego rodzaju zarazach zamieniających ludzi w bezrozumne bestie, w zestawieniu z innymi tego typu apokaliptycznymi i postapokaliptycznymi współczesnymi obrazami, z którymi dotychczas się zetknęłam, „Wyleczeni” w mojej ocenie lekko wybijają się ponad średnią. Ale wziąwszy pod uwagę fakt, że nie jestem zapaloną miłośniczką takich klimatów, bardzo możliwe, że fani tychże wprost rozsmakują się w tej pozycji. Choć może nie wszyscy, bo nie jestem pewna, czy to trochę inne spojrzenie na horror o zarazie przekona tradycjonalistów, ludzi rozmiłowanych w konwencjonalnych historiach o zombie i im podobnych. Niemniej myślę, że nawet oni powinni dać szansę temu pełnometrażowemu debiutowi Davida Freyne'a, bo przynajmniej niektórym z nich może się to opłacić.

wtorek, 7 sierpnia 2018

„Noc pożera świat” (2018)

Sam przychodzi do swojej byłej dziewczyny z zamiarem odzyskania swoich kaset magnetofonowych. W mieszkaniu kobiety właśnie trwa przyjęcie, ale obiecuje ona Samowi, że jak trochę zaczeka odzyska swoją własność. Gdy mężczyzna zaczyna się niecierpliwić jego była proponuje, aby poczekał w innym pomieszczeniu. Tuż po dotarciu tam Sam zasypia i budzi się dopiero o poranku. Zaraz potem odkrywa, że gdy spał prawie wszyscy ludzie zamienili się w zombie, a niedobitki znajdujące się w polu jego widzenia są właśnie na jego oczach atakowane przez hordy łaknących ludzkiego mięsa żywych trupów. Wkrótce w pobliżu Sama nie ma już ani jednej niezarażonej osoby. A on sam zostaje uwięziony w starej kamienicy, w której stara się jakoś urządzić sobie życie.

Francuski zombie movie „Noc pożera świat” powstał w oparciu o powieść Pita Agarmena (pseudonim literacki Martina Page) pod tym samym oryginalnym tytułem („La nuit a devore le monde”). Reżyser filmu Dominique Rocher miał to szczęście, że producentka Carole Scotta niezwłocznie zaakceptowała ten projekt, do czego w głównej mierze przyczyniło się poprzednie przedsięwzięcie Rochera – uhonorowany prix d'Audi Talents short pt. „La vitesse du passe”. Scenariusz horroru „Noc pożera świat” Dominique Rocher napisał wspólnie z Jeremiem Guezem i Guillaumem Lemansem, a pierwszy pokaz filmu odbył się w styczniu 2018 roku na Festival Premiers Plans D'Angers.

„Noc pożera świat” niekoniecznie przemówi do miłośników tradycyjnych zombie movies, ponieważ jest to historia przede wszystkim o samotnym człowieku uwięzionym w starej paryskiej kamienicy i starającym się jakoś odnaleźć w apokaliptycznych realiach. Gdyby w miejsce żywych trupów wstawić jakichś innych agresorów, na przykład przybyszów z innej planety, wcale nie musiałoby to jakoś drastycznie zmienić tej opowieści. Tak, na ulicach Paryża (i jak podejrzewamy całej reszty świata) równie dobrze mogłyby grasować każde inne monstra na trwałe wpisane w gatunek horroru lub zrodzone w wyobraźni twórców omawianej produkcji. Ale postawili na żywe trupy, przez co potrzebowałam trochę czasu, aby zebrać w sobie siłę, niezbędną do przetrwania tej próby. Bo dzisiaj trudno o zombie movie, którego akcja nie pędziłaby w zawrotnym tempie w jakże przewidywalnym kierunku i który raz po raz nie raniłby moich oczu przesadzonymi efektami specjalnymi. Takie współczesne horrory o żywych trupach do mnie nie trafiają, ale jako że przeczytane przeze mnie w Internecie opinie odbiorców „Noc pożera świat” dawały jasno do zrozumienia, że nie jest to tego typu obraz, postanowiłam dać szansę pełnometrażowemu debiutowi Dominika Rochera. I rzeczywiście, historia ta odbiega od tego, do czego przyzwyczaiło nas tego rodzaju kino, choć przyznaję, że miałam pewne skojarzenia z „Nocą żywych trupów” i „Świtem żywych trupów” George'a Romero. Malutkie, ale zawsze. To samo mogę powiedzieć o „Wstręcie” Romana Polańskiego. Uprzedzam jednak, że wcale nie uważam, że twórcom „Noc pożera świat” udało się zbliżyć do jakości którejkolwiek z wyżej wymienionych pozycji filmowych. Tak dobrze nie było, ale na tle XXI-wiecznych zombie movies w moim oczach ta propozycja prezentuje się całkiem zacnie. Właściwie to nie miałabym nic przeciwko, gdyby wszystkie horrory o żywych trupach kręcono w podobny sposób, gdyby każdy tego typu obraz równie silnie koncentrował się na człowieku bądź ludziach, którym udało się (przynajmniej na jakiś czas) uniknąć zarażenia, gdyby akcja każdego takiego obrazu rozgrywała się w równie ograniczonej przestrzeni, tworzącej przynajmniej tak samo silne poczucie klaustrofobii i oczywiście gdyby z porównywalną pieczołowitością budowano we mnie różne emocje. Z „Noc pożera świat” emanuje przede wszystkim samotność. Główny bohater o imieniu Sam, w którego w dobrym stylu wcielił się Anders Danielsen Lie zostaje zmuszony do zamknięcia się w jednej z paryskich kamienic. Zmuszony przez hordy zombie, które wzięły we władanie całe miasto i najprawdopodobniej także resztę świata. Zaraz po przebudzeniu Sam dostrzega paru niezarażonych, ale już po paru minutach w polu jego widzenia są już tylko mięsożerne bestie, najczęściej w ślimaczym tempie przemierzające ulice lub stojące niemalże nieruchomo – niemalże, bo ich ciała często podrygują w niekontrolowany sposób – ale potrafiące też biegać. Niestety, bo do szybko poruszających się żywych trupów nie potrafię się przekonać... Charakteryzacje niektórych spośród owych kreatur są całkiem makabryczne, a przy tym nieprzesadzone, co tylko uwiarygadnia te postacie. Jednocześnie jednak mierna gra aktorska większości osób wcielających się w żywe trupy w moich oczach odbierała im część wiarygodności wypracowanej przez twórców efektów specjalnych. Nie dotyczy to jednak, że tak go nazwę, reinkarnacji Wilsona z „Cast Away – poza światem” Roberta Zemeckisa – żywego trupa, Alfreda, uwięzionego przez Sama w windzie, któremu to osamotniony człowiek chętnie będzie się zwierzał.

Miejsce akcji „Noc pożera świat”, stara paryska kamienica, powinno zaspokoić apetyt tych sympatyków brudnych horrorów, którzy w tej materii nie mają wygórowanych wymagań. Po przebudzeniu Sama korytarze wyglądają tak, jakby przeszło przez nie tornado. I faktycznie, podczas gdy on smacznie spał szalała tutaj wielka burza, w postaci rzezi dokonywanej przez spragnionych ludzkiego mięsa żywych trupów. Z czasem Sam trochę tutaj posprząta, ale jego starania na szczęście nie będą zbyt uporczywe. Plamy krwi, która to znacznie zyskałaby na wiarygodności, gdyby była odrobinę ciemniejsza, pozostaną na wielu ścianach, różnego rodzaju przedmioty nadal będą poniewierać się na podłogach niektórych pomieszczeń, a zdjęcia niezmiennie będą przybrudzone, barwy przygaszone, światło wdzierające się do tego budynku (zarówno dzienne, jak i biorące się z ognia rozniecanego przez głównego bohatera) mętne, dodające posępności całemu temu miejscu. Taka kolorystyka wzmaga poczucie alienacji, osamotnienia, tkwienia w pułapce, z której główny bohater być może już nigdy się nie wydostanie. Gdy zgromadzone przez niego zapasy się skończą pozostanie mu tylko umrzeć z głodu, albo dołączyć do zgrai zombiaków snujących się po ulicach Paryża. Zawsze może też popełnić samobójstwo, o ile żywe trupy wcześniej nie wedrą się do środka, by posilić się jego ciałem. Ale na początku Sam nie zaprząta sobie tym głowy – uczy się żyć w tej nowej rzeczywistości, zapewnia sobie rozrywki i znajduje powiernika w postaci żywego trupa, którego przetrzymuje w windzie. I bynajmniej nie jest to jedyny taki stwór znajdujący się w wątpliwej enklawie Sama. W jednym z mieszkań zamknął on bowiem zarażoną rodzinę, ponieważ nie potrafił odebrać im tej namiastki życia, którą obecnie muszą się zadowolić. Nie przeczę, że scenarzyści w tym portretowaniu dnia codziennego Sama w apokaliptycznych realiach trochę przeszarżowali. Nie twierdzę, że filmowi nie wyszłoby na dobre, gdyby nieco okroić te partie, skrócić sekwencje obrazujące rozrywki, jakim mężczyzna oddaje się w starej kamienicy i jego inne mniej lub bardziej pospolite czynności. Ten czas można było przeznaczyć na rozkwit płaszczyzny psychologicznej, UWAGA SPOILER na rozbudowanie wątku szaleństwa głównego bohatera wynikłego z samotności i trwania w ciągłym poczuciu zagrożenia ze strony mięsożernych bestii KONIEC SPOILERA. Jak bardzo Samowi doskwiera samotność pokazuje nie tylko jego relacja z, jak się wydaje, bezrozumną istotą zamkniętą w windzie, ale także ogromne ryzyko jakie w pewnym momencie decyduje się podjąć w celu zyskania nowego przyjaciela. Łatwo się domyślić, do czego to wszystko zmierza, jaki los już wkrótce spotka głównego bohatera filmu, ale muszę przyznać, że choć pawie od początku seansu było to dla mnie oczywiste, to twórcom i tak udało się mnie zaskoczyć. Z kolei ta intensywna narracja, powolne prowadzenie kamer i bezsprzeczne wyczucie gatunku tak reżysera, jak i pozostałych członków ekipy technicznej, nierzadko generowały na tyle silne napięcie, że w dużym stopniu rekompensowały mi nudnawe przestoje, ogólnie konieczne do stworzenia podwalin pod warstwę psychologiczną, ale jakoś nie mogę oprzeć się pewności, że można to było przeprowadzić w bardziej interesujący sposób albo po prostu trochę skrócić. Tak, jestem wręcz przekonana, że nawet ten drugi wariant nie wpłynąłby negatywnie na portret czołowej postaci, nie pozbawiłby wewnętrznego wizerunku Sama tych wszystkich szczegółów, dzięki którym nie patrzyłam na niego beznamiętnie. Nie był on dla mnie jednowymiarową, papierową sylwetką, której towarzystwo ciężko było mi znieść. Raczej wręcz przeciwnie – obchodził mnie jego los, czułam, że jest jakaś więź pomiędzy nami i bynajmniej nie brakowało mi danych na jego temat.

Dla fanów typowych zombie movies? Oj, wydaje mi się, że nie do końca. „Noc pożera świat” to horror, który w mojej ocenie może spodobać się przede wszystkim miłośnikom kameralnych, minimalistycznych, skoncentrowanych na powolnym wprowadzaniu i potęgowaniu różnych niewygodnych emocji, intensywnych filmów, w których to siejące śmierć kreatury stanowią coś w rodzaju tła (niedosłownie) dla człowieka, starającego się jakoś odnaleźć w apokaliptycznych realiach. To film przede wszystkim o trudach, rozrywkach i stanie umysłu uwięzionego w starej kamienicy mężczyzny, a dopiero w dalszym rzędzie o żywych trupach poszukujących ludzkiego mięsa.

niedziela, 5 sierpnia 2018

Zapowiedź: Jason Arnopp „Ostatnie dni Jacka Sparksa”

Informacja od wydawnictwa Vesper:
Tej jesieni czekają nas premiery aż trzech powieści grozy sygnowanych logotypem Vespera. Jako pierwsze, bo już połowie września, pojawią się "Ostatnie dni Jacka Sparksa". Książka Jasona Arnoppa to nietypowa pozycja w naszym katalogu. Przyzwyczailiśmy czytelników raczej do klasyki horroru, tymczasem "Ostatnie dni Jacka Sparksa" to powieść właściwie nowa - pierwotnie ukazała się w 2016 roku. Na wskroś współczesne są także realia jej fabuły: socialmedia, smartfony i nowoczesne technologie odgrywają w niej kluczową rolę. Ale czy w świecie "dzieci internetu" jest miejsce na zjawiska nadprzyrodzone? Duchy? Demony? Opętanie? Na to pytanie chciał znaleźć odpowiedź Jack Sparks. Chciał, bo jak domyślacie się po tytule, jego starania zakończyły się dość tragicznie i zdecydowanie definitywnie. Jednakże efekty śledztwa nie legły w grobie razem z nim. "Ostatnie dni Jacka Sparksa" to - dość dosłownie - zapis ostatnich chwil dziennikarza-celebryty, sceptyka i racjonalisty, który starał się udowodnić, że wiara z duchy i zabobony to bujda i bajania starych bab... 
 
OSTATNIE DNI JACKA SPARKSA

Autor: Jason Arnopp
Przekład: Lesław Haliński
Wydawnictwo Vesper
Stron: 360
Format: 135x205 mm
Oprawa miękka
ISBN 978-83-7731-310-7
Kod EAN 9788377313107
Cena detaliczna: 34,90 zł

O książce:
W 2014 roku, Jack Sparks – kontrowersyjny dziennikarz i celebryta – zginął w tajemniczych okolicznościach.
Wcześniej zasłynął książkami o gangach i narkotykach, teraz zaś pisał książkę o zjawiskach nadprzyrodzonych. Wywołał nawet burzę w mediach społecznościowych, kpiąc z egzorcyzmów, które obserwował w kościele na włoskiej prowincji.
Potem był filmik – czterdzieści sekund przerażającego materiału, od którego Jack wielokrotnie się odcinał, twierdząc, że nie ma z nim nic wspólnego. A jednak został on opublikowany na jego kanale YouTube.
Nikt nie wiedział, co działo się z dziennikarzem w kolejnych dniach. Aż do teraz. Książka, którą trzymacie w rękach, ujawnia mrożące krew w żyłach szczegóły ostatnich dni i godzin Jacka Sparksa.

„Omen czasów internetu”
Chris Brookmyre, autor thrillerów o Jacku Parlabane

„Zabawna, przerażająca i totalnie odjechana!”
Paul Tremblay, autor A Head Full of Ghosts

„Nie można się oderwać od lektury”
„Australian Way”

„Wspaniale oddaje koszmarną rzeczywistość XXI wieku…” 
Alan Moore

JASON ARNOPP to brytyjski pisarz, dziennikarz i scenarzysta. Obecnie wraz ze znanym amerykańskim reżyserem Ronem Howardem (Piękny umysł, Inferno) pracuje nad filmową adaptacją Ostatnich dni Jacka Sparksa.

Źródło: wszystkie materiały od wydawnictwa Vesper

piątek, 3 sierpnia 2018

Zapowiedź: Jorn Lier Horst „Nocny człowiek”

PREMIERA 14 SIERPNIA 2018 ROKU

Larvik, Vestfold, mglisty, jesienny poranek. Powoli ustępująca mgła, odsłania głowę kobiety wbitą na pal pośrodku rynku w Larvik. Jej tożsamość jest nieznana, ale widać, że to młoda osoba. William Wisting stoi przed koniecznością zbadania najbardziej groteskowego morderstwa w swojej policyjnej karierze. Cała Norwegia jest wstrząśnięta, media domagają się szybkiego wyjaśnienia sprawy. Presja nie maleje, kiedy zostają znalezione kolejne zwłoki, wyłowione z głębi rzeki…

„Kolejny bardzo dobrze skonstruowany kryminał.” 
Morten Abrahamsen, VG

Należy do śmietanki norweskich pisarzy kryminałów.” 
Terje Stemland, Aftenposten

Nattmannen Jest piątą książką Jørna Liera Horsta o policjancie Williamie Wistingu, a on sam już dawno utwierdził swoją pozycję na rynku jako solidny autor kryminałów. Jako że Horst sam jest policjantem, ma dużą wiedzę o czysto technicznej stronie zawodu, a także posiada zdolność opowiadania i budowania intrygi w znakomity sposób. Dodatkowo, przy okazji dostarcza wiele dobrych analiz społecznych.” 
Kurt Hanssen, Dagbladet

"Dobrze napisana, ważna i niezwykle zachwycająca!” 
Liv Gade, Norli

Źródło: https://sklep.smakslowa.pl/

czwartek, 2 sierpnia 2018

„Hagazussa” (2017)

XV wiek. Mała Albrun mieszka wraz z matką w drewnianej chatce w austriackich Alpach. Tutejsza społeczność uważa je za czarownice i chętnie daje wyraz swojej nienawiści względem nich. Pewnej zimy matkę Albrun dopada poważna choroba, a dziewczynka roztacza nad nią troskliwą opiekę. Po kilku dniach kobieta umiera, zostawiając swoją córkę zupełnie samą. Lata później dorosła już Albrun nadal mieszka w chatce, w której dorastała. Ma kilkumiesięczną córeczkę i kozy, dzięki którym może handlować mlekiem, ale wciąż jest atakowana przez „bogobojnych” mieszkańców tych okolic. Wkrótce jednak zaprzyjaźnia się z jedną z miejscowych kobiet, Swindą, która zdaje się nie wierzyć w to, że Albrun jest wiedźmą.

Prace (od pomysłu do finalizacji projektu) nad niemiecko-austriackim horrorem „Hagazussa” trwały aż cztery lata z powodu problemów finansowych. Film w reżyserii i na podstawie scenariusza Lukasa Feigelfelda został wyprodukowany przez Deutsche Film- und Fernsehakademie Berlin, ale jako że nie cieszył się odpowiednim wsparciem finansowym rozpoczęto kampanię crowdfundingową, dzięki której po długim czasie doprowadzono ten projekt do końca. W 2017 roku film był pokazywany na różnych festiwalach, a do szerszego obiegu trafił w roku 2018.

„Hagazussa” przez niektórych recenzentów jest porównywana do „Czarownicy: Bajki ludowej z Nowej Anglii” w reżyserii Roberta Eggersa. I rzeczywiście film Lukasa Feigelfelda został utrzymany w podobnym klimacie, a i w scenariuszu można odnaleźć pewne zbieżności z tamtym głośnym obrazem. Jeśli jednak wierzyć informacjom zamieszczonym w Internecie pomysł na „Hagazussę” zrodził się jeszcze przed pierwszym pokazem „Czarownicy: Bajki ludowej z Nowej Anglii”, dlatego nie jestem pewna, czy, przynajmniej na gruncie fabularnym, można wyrzucać twórcom omawianej produkcji zapożyczenia z dzieła Eggersa. A nawet jeśli to (w scenariuszu) owe podobieństwa sprowadzają się do motywu (tutaj faktycznych bądź tylko rzekomych) czarownic. Skojarzenia z „Czarownicą: Bajką ludową z Nowej Anglii” budzi przede wszystkim realizacja „Hagazussy” i jeśli o to chodzi to wcale bym się nie zdziwiła, gdyby twórcy tej drugiej produkcji wzorowali się na wzmiankowanym dokonaniu Roberta Eggersa. Co nie znaczy, że rzeczywiście tak było. Horror Lukasa Feigelfelda zdecydowanie nie jest pozycją dla każdego miłośnika gatunku. Nie jestem nawet przekonana, czy wszyscy fani „Czarownicy: Bajki ludowej z Nowej Anglii” (filmu, moim zdaniem, lepszego od tego tutaj) zapałają sympatią do tego obrazu, bo cechuje się on większą powolnością. Miejscami nawet dla mnie, miłośniczki takich leniwych narracji, za daleko idącą. Tylko czasami – przeważnie autentycznie pieszczono moje oczy iście klimatycznymi obrazami, którym nierzadko akompaniowała nastrojowa ścieżka dźwiękowa. Za dnia czasami mieniące się żywymi barwami, zapierające dech w piersi zalesione góry i rozległe błonie, a innymi razy kąpiące się w różnych odcieniach szarości i w porozpraszanej mgle, z czego aż nadto wyraźnie emanowała jakaś nieznana groźba. Nocami zyskiwała ona na sile – ciemność była tak gęsta, a schronienie głównej bohaterki tak wątłe, że bez żadnego wysiłku ze swojej strony śledziłam te fragmenty w ciągłym poczuciu zagrożenia. Niebezpieczeństwa, które w każdej chwili mogło nadejść zarówno ze strony innych mieszkańców tych okolic, jak i czegoś spoza znanego nam świata, jakiejś niematerialnej potworności żerującej w tej części Alp. W XV wieku, w okresie królowania wszelkiej maści zabobonów, w czasach posądzania ludzi o czary, o działalność na rzecz Szatana. Albrun i jej matka są pustelniczkami. Żyją w małej chatce wysoko w górach, w znacznym oddaleniu od pozostałych członków tej małej społeczności. Nie chodzą do kościoła, nie mają przyjaciół, za to całe mnóstwo wrogów złożonych z „bogobojnych” chrześcijan – to znaczy takich, co to uważają, że wolą Boga jest dręczenie jednostek, przez nich samych uważanych za czarownice. Kiedy matka Albrun po kilkudniowej chorobie umiera, notabene w dosyć niepokojących okolicznościach, akcja przeskakuje lata do przodu. „Hagazussę” podzielono na kilka rozdziałów, z których to tylko pierwszy koncentruje się na nieletniej Albrun. W kolejnych jest już dorosła, ale nadal prowadzi samotniczy tryb życia i wciąż jest obiektem ataków niektórych członków tutejszej społeczności. To znaczy całkowicie sama nie jest, bo ma kilkumiesięczną córeczkę i kozy zapewniające jej utrzymanie. Kozy, do których ma niezdrowy pociąg... Albrun często zostawia swoje dziecko samo w chatce na wiele godzin, ale po powrocie roztacza nad nim troskliwą opiekę. Wydaje się więc, że kocha swoją córkę, więc tym bardziej zastanawia to, że nie zabiera jej ze sobą, gdy wypuszcza się gdzieś dalej. Szczególnie, że nieżyczliwych jej ludzi nie brakuje, a drewniana chatka z całą pewnością nie stanowi w pełni bezpiecznego schronienia dla maleństwa. Ramiona matki też nie, ale według mnie i tak byłoby to dużo lepsze wyjście od zostawiania dziecka samego... W swoim scenariuszu Lukas Feigelfeld zawarł bardzo mało wypowiedzi aktorów. Właściwie to kwestii jest jak na lekarstwo - opowieść tę budują w większości niezwykle sugestywne obrazy, co jednak nie powinno zbyt wielu widzom utrudnić rozeznania się w fabule „Hagazussy”. Bo historia ta wielce skomplikowana nie jest, a i zdjęcia są tak wiele mówiące, że moim zdaniem dodatkowe słowa były tutaj zbędne. Nie potrzebowałam większej ilości dialogów, ale za to z ulgą przyjęłabym skrócenie co poniektórych sekwencji.

Lukas Feigelfeld i jego ekipa w mojej ocenie miejscami za mocno chcieli powoli potęgować napięcie. Proces ten czasami był tak niemiłosiernie przeciągany, że mniej więcej w jego połowie traciłam wszelkie zainteresowanie dalszym przebiegiem danego fragmentu filmu. Chciałam tylko, żeby już się skończył, bo napięcie zostało już ze mnie wyparte, a jego miejsce zajęło znużenie. Niektóre wędrówki dorosłej Albrun (dobra kreacja Aleksandry Cwen) po lesie i niektóre bardzo długie zbliżenia na jej postać w różnych miejscach, te sugerujące, że już za chwilę stanie się coś złego, ale i te następujące tuż po takich wydarzeniach, mocno mnie zmęczyły. Ale na szczęście w większości tego typu scenek, w moim odbiorze, twórcy wykazywali się dużą skutecznością w tej materii. Sprawiali, że wpatrywałam się w ekran z coraz to potężniejszym przeczuciem rychłego nieszczęścia, z narastającym napięciem, które tak długo nie znajdowało ujścia, że chwilami obawiałam się, że mogę tego nie wytrzymać. Ale zanim doszło do, nazwijmy to, przeciążenia, następowała kulminacja wcześniej nagromadzonej grozy. Parę tych zwieńczeń rzeczonych sekwencji wprost przygniotło mnie okropnym poczuciem nieodwracalnej straty. Smutek wręcz mnie obezwładniał i aż do napisów końcowych byłam przekonana, że to jedynie przedsmak tej konkretnej emocji, że twórcy już wkrótce pokażą mi coś dużo bardziej przygnębiającego, że skonfrontują mnie z jeszcze większymi tragediami, które być może „zostawią mnie w kawałkach”. I rzeczywiście coraz gorzej się działo, każda kolejna stacja na tej nieszczęsnej drodze boleśniej godziła w moje serce, a najlepsze w tym wszystkim było to, że domyślałam się do jakiej katastrofy to wszystko zmierza. Dzięki temu smutek był większy, przeżywałam to jeszcze silniej, z większą obawą myślałam o końcówce tej opowieści. Obawą o siebie, bo nie byłam pewna, czy wytrzymam to, co podejrzewałam, że wtedy nastąpi. Czy aby nie rozkleję się na widok tragedii takiego kalibru. A nie miałam żadnych wątpliwości, że zostanie ona podana w jeszcze bardziej emocjonalny sposób niż wcześniejsze smutne i niepokojące wydarzenia z życia Albrun. Bo muszę tutaj przyznać, że nocne scenki wskazujące na obecność jakiejś nadnaturalnej postaci (aczkolwiek istnieje też inne możliwe wyjaśnienie tych zjawisk) w chatce głównej bohaterki oraz w jej okolicach, lekko jeżyły mi włosy na głowie. Właśnie takie próby straszenia w horrorze lubię – zasiewanie ziaren niepewności, pozostawianie dużego pola dla wyobraźni widza, sugestie obecności jakichś widmowych intruzów, zamiast mało realistycznych dosłowności i prymitywnych jump scenek.

„Hagazussa” Lukasa Feigelfelda to według mnie pozycja obowiązkowa dla miłośników minimalistycznych, nieśpiesznie wyłuszczanych filmowych opowieści utrzymanych w iście mrocznym klimacie. Dla fanów historii o czarownicach (faktycznych bądź rzekomych) osadzonych w dawnych epokach, w przepięknych, ale też złowieszczych krainach, w których nie brakuje ludzi wrogo nastawionych do pogan, jednostek głęboko wierzących w to, że Bóg oczekuje od nich znęcania się nad każdym, kto w ich ocenie para się czarną magią. A czy takie osoby rzeczywiście w „Hagazussie” się pojawiają? Czy to film o czarownicy lub czarownicach? Czy właśnie stąd bierze się to namacalne wręcz zagrożenie emanujące z tych doskonałych zdjęć, czy raczej powinniśmy szukać innego źródła rzeczonego niebezpieczeństwa? Zdradzę tylko tyle, że twórcy „Hagazussy” nie kręcili pod dyktando mainstreamu, absolutnie nie celowali tutaj w miłośników wyłącznie tego typu kina. To horror dla tej mniejszości, która wprost przepada za kameralnymi, pozbawianymi bzdurnego efekciarstwa, wolno budowanymi historiami, utrzymanymi w zapadających w pamięć złowrogich klimatach. Dla tej mniejszości, w którą i ja się wpisuję.