Stronki na blogu

sobota, 16 października 2021

Zakupy

 
Ostatnie „łupy” książkowe raczej nie do recenzji. To poniżej, a korzystając z okazji polecam świetny kawałek - słucham w kółko:) Słoń jak zwykle pozamiatał! Do odsłuchu tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=R1m8NOVmalk

Riley Sager „Ocalałe”
Dan Simmons „Wydrążony człowiek. Muza ognia”
John Wyndham „Dzień tryfidów”
Robert A. Heinlein „Drzwi do lata”
Robert A. Heinlein „Piętaszek”
John Everson „NightWhere”
Jon Athan „Uwodziciel”
Jonathan Butcher „Niegrzeczna dziewczynka”

Anna Musiałowicz „Kuklany las” 
Lisa Jewell „Widzę cię”
Graham Masterton „Białe kości”
B.A. Paris „Dylemat”
Mike Omer „Umysł zabójcy”
Jenny Blackhurst „Noc, kiedy umarła”
Michelle Frances „Córka”

 I takie cudo w prezencie:

piątek, 15 października 2021

R.L. Stine „Kill znaczy zabić. Ulica Strachu”

 

Nastoletnia Gretchen Page jest świeżo po przeprowadzce z Savanna Mills do miasteczka Shadyside w stanie Ohio. Dziewczyna wraz z matką zamieszkała na niesławnej Fear Street i rozpoczęła naukę w przedostatniej klasie w tutejszym liceum. W poprzedniej szkole Gretchen była kapitanką drużyny cheerleaderek, a teraz zabiega o miejsce w drużynie z Shadyside High. Jej konkurentką jest Devra Dalby, wychowywana przez bogatego ojca, rok starsza od Gretchen, dziewczyna, która nie zamierza grać uczciwie. Gretchen jest przekonana, że to ona odpowiada za przykre rzeczy, jakie ją spotykają. Z czasem sytuacja się zaognia. Pojawiają się ofiary i tylko Gretchen ma przekonanie, że sprawczynią jest Devra. Nie ma również wątpliwości, że dziewczyna prędzej czy później ją też spróbuje zabić.

Kill znaczy zabić” (oryg. „Give Me a K-I-L-L”) to - za kolejnością światowych premier - szósta powieść, która weszła w skład reaktywacji kultowego obszernego cyklu stworzonego przez Roberta Lawrence'a Stine'a (otwarcie w 1989 roku), „Fear Street” (pol. „Ulica Strachu”), i trzecia wydana w Polsce, po „Zabójczych grach” oraz „Dziewczynie znikąd”. Ta pierwotnie opublikowana w 2017 roku książka, zamyka tę konkretną odnogę Ulicy Strachu, ale amerykański pisarz zwany Stephenem Kingiem literatury młodzieżowej, R.L. Stine, w latach 2018-2019 wypuścił kolejną nitkę „Fear Street”: trzy powieści w stylu retro pod szyldem „Return to Fear Street Series”. W 2021 roku na Netfliksie ukazała się trylogia filmowa inspirowana tą popularną literacką serią w reżyserii Leigh Janiak.

Jeden z czołowych autorów tak zwanych powieści grozy dla młodzieży - jego najbardziej znane przedsięwzięcia to „Gęsia skórka” i oczywiście „Ulica Strachu” - Robert Lawrence Stine, przyznał, że rozwój technologii trochę utrudnił mu pracę. A najgorsze są telefony komórkowe. W dzisiejszych czasach trudno znaleźć nastolatka, który nie miałby tego ustrojstwa, niewiarygodne byłoby więc, gdyby młodzi mieszkańcy miasteczka Shadyside w stanie Ohio, bohaterowie i bohaterki nowej „Ulicy Strachu” nie mieli takich „kół ratunkowych”. W obliczu zagrożenia zawsze bowiem mogą wezwać pomoc... Stine musi więc szukać przekonujących sposobów na ominięcie tej przeszkody, której naturalnie nie napotykał „na starej Ulicy Strachu”. Ponadto pisarz pilnuje się, by nie zdradzić zbyt wielu szczegółów na temat wszelkich technologicznych cudeniek (telefony, komputery, telewizory), bo postęp w tej dziedzinie jest tak szybki, że nawet gdyby dał swoim postaciom najnowocześniejsze gadżety, to zapewne szybko stałyby się przeżytkiem. Tak książka nazbyt szybko zaczęłaby trącić myszką. A przynajmniej tak zapatruje się na to autor „Kill znaczy zabić”, powieści, w której znalazło się całkiem ciekawe zastosowanie dla technologii. Tym razem Stine zamiast tylko omijać niebezpieczeństwa wynikające z postępu elektronicznego, spróbował przekuć to na korzyść swojej historii. Przeszkodę zamienił w dobrodziejstwo. W moim przypadku mniejsze od zamierzonego, ale doceniam pomysł. Niekoniecznie oryginalny i łatwy do przewidzenia, ale ładnie współgrający – harmonijna kompozycja – z pozostałymi składnikami tej niewyszukanej potrawki. Stine, jak to Stine, przewidział trochę zakrętów, przygotował różne zwroty akcji, które na mnie spodziewanego efektu nie wywarły (a nie należę do najbardziej domyślnych czytelników), ale, też zgodnie ze swoim zwyczajem, nawet w tych momentach, nie odchodził od prościutkiej tonacji. Złowieszczo brzmiącej melodyjki z miasteczka z nadzwyczaj wysokim wskaźnikiem przemocy. W Shadyside przeżyć liceum jest dużo trudniej niż gdziekolwiek indziej. Ledwo bowiem odejdzie jedno śmiertelne zagrożenie, a już pojawia się następne. Kolejna opętana żądzą mordu jednostka. Niekiedy więcej niż jedna. W „Kill znaczy zabić” podejrzenia koncentrują się na Devrze Dalby, uczennicy ostatniej klasy liceum, która może liczyć na pewne przywileje w szkole. Bogaci mają lżej – tak było, jest i najpewniej zawsze będzie. Dopóki ojciec Devry wspiera szkołę finansowo, ona wcale nie musi się starać, żeby osiągnąć to, na czym jej zależy. Nowa uczennica Shadyside High, czołowa postać „Kill znaczy zabić”, Gretchen Page, pragnie tego samego, co Devra: obie chcą wejść do głównego składu szkolnej drużyny cheerleaderek, gdzie aktualnie jest tylko jedno wolne miejsce. Co prawda już obiecano je Devrze, ale gdy na horyzoncie pojawia się Gretchen, następuje zmiana planów. Trenerka daje jej szansę zawalczyć o to cenne miejsce z Devrą, która ma powody do obaw. W poprzedniej szkole Gretchen była jedną z dwóch kapitanek drużyny cheerleaderek i właściwie nikt – łącznie z Devrą – nie ma wątpliwości, że jest duża lepsza od swojej konkurentki. Tak zaczyna się konflikt pomiędzy dwiema ambitnymi nastolatkami. Tak zaczyna się kolejny koszmar w Shadyside. Ktoś uprzykrza życie Gretchen. Ktoś ją prześladuje, ktoś robi wszystko, by napędzić jej stracha. Możliwe nawet, że dybie na jej życie. Gretchen jest prawie pewna, że jej prześladowczynią jest Devra. Jedyna przecież osoba, której zdążyła się narazić. A przynajmniej tak jej się wydaje. Z czasem Gretchen przestaje widzieć sens dla tych zdrożnych działań Devry, ale to nie osłabia jej podejrzeń względem niej. Jaki Devra ma motyw? Czyżby sprawa sprowadzała się do zwykłej zemsty na dziewczynie, która zagroziła jej pozycji w drużynie cheerleaderek? A co z pozostałymi ofiarami? Czy oni też zrobili coś, co nie spodobało się tej rozpieszczonej pannicy? Dziewczynie, która najwyraźniej czuje się lepsza od innych. Bo i dlaczego miałaby się tak nie czuć? Władze szkoły przecież się o to postarały. Tę jedną naukę Devra na pewno wyniosła z liceum: masz pieniądze, masz wszystko. Także bezkarność?

Postacie, jak to u R.L. Stine'a, wykreślone raczej pobieżnie. Nie wdajemy się w szczegóły, nie zagłębiamy zbytnio w młode umysły coraz bardziej zaniepokojonych młodych ludzi z Shadyside. Włącznie z sylwetką prowadzącą, postawioną w centrum tego młodzieżowego horroru. Krótkiej powieści od niezwykle płodnego pisarza, który tym razem „w paru słowach” przedstawia nam nastolatkę, której rodzice niedawno się rozwiedli. Ona została z matką, która zdecydowała się na przeprowadzkę do Shadyside w stanie Ohio, miasteczka większego od Savanna Mills, w którym dotychczas mieszkały. Pani Page kupiła dom na niesławnej Fear Street w nadziei na rozpoczęcie nowego życia. Odcięcia się od przeszłości. Jej córka Gretchen nie zamierza jednak iść śladami matki. Podtrzymuje kontakt ze swoją najbliższą przyjaciółką, Polly Brown, drugą kapitanką drużyny cheerleaderek z Savanna Mills High, ale też nie można powiedzieć, że zupełnie nie zależy jej na kontaktach towarzyskich w Shadyside. Cieszy się, gdy udaje jej się znaleźć chociaż jedną przyjaciółkę, a jeszcze bardziej cieszy ją zainteresowanie, jakie okazuje jej Sid Viviano, asystent techniczny zespołu cheerleaderek w Shadyside High. Problem w tym, że Sid spotyka się z kapitanką drużyny, Stacy Grande. A właściwie... Gretchen jakoś specjalnie to nie martwi. Oczywiście, obawia się reakcji Stacy, ale nie czuje się winna. W każdym razie nieszczególnie. Tłumaczy to sobie tym, że taka była wola Sida, że chłopak miał prawo wybrać. Tylko że tak naprawdę jeszcze nie wybrał. Nie zakończył związku ze Stacy, czego Gretchen, biorąc pod uwagę okoliczności, nie ma mu złe. I trudno się jej dziwić. Zastanawiać może natomiast postawa tej dziewczyny z drużyny, która jako pierwsza poznała sekret Gretchen i Sida. Dlaczego nie podzieliła się tą wiedzą ze Stacy? Nie chciała jej zranić? Bo ponad wszelką wątpliwość nie kierowała nią troska o Gretchen. Jej największego wroga. Akcja „Kill znaczy zabić” toczy się jesienią, ale łatwo o tym zapomnieć, bo Stine, co nie jest nietypowe dla jego prozy, nie przywiązuje wielkiej wagi do krajobrazów. Właściwie tylko raz zaznacza się tutaj prawdziwie jesienny klimat. Klimat grozy. Nierzeczywistości. Na pewno takie wrażenie dopada główną bohaterkę, gdy wszystko wokół przysłania gęsta mgła. Gretchen trochę już w Shadyside wycierpiała, ale, jak można się tego spodziewać, najgorsze dopiero przed nią. Z opowieści o domniemanej stalkerce, która ma osobisty interes w pozbyciu się nowej uczennicy liceum, w opowieść o zabójcy/zabójczyni młodych ludzi z otoczenia Gretchen. Czyli raczej niezbyt pokrętną, dość prostą drogą, idziemy w stronę teen slashera. Nie mamy powodów podważać teorii Gretchen, że osoba odpowiadająca za tragedie, do jakich doszło na terenie szkoły, to ta sama osoba, która wcześniej zgotowała jej kilka naprawdę nieprzyjemnych przeżyć. Gretchen podejrzewa Devrę Dalby. Właściwie to jest pewna, że to ona odpowiada za te wszystkie straszne rzeczy, do jakich dochodzi w jej otoczeniu. Więcej nawet: Gretchen ma podstawy przypuszczać, że Devra usiłuje skierować podejrzenia na nią. I może ma rację, ale czytelnicy „Kill znaczy zabić”, w przeciwieństwie do niej, zapewne równie podejrzliwym okiem przyjrzą się też innym postaciom książki. Najpewniej nie pomijając samej Gretchen. W sumie łatwo rozwiązać tę złożoną przynajmniej z dwóch warstw, zagadkę, która znajdzie swój finał w miejscu - jeśli chodzi o charakter, funkcję jaką spełnia - pewnie nieraz odwiedzanym przez fanów nurtu slash. Kojarzy się z pewnym owianym złą sławą jeziorem, chociaż żadnego jeziora nie widać:) W każdym razie, mimo ogromnej przewidywalności, lektura „Kill znaczy zabić” wprawiła mnie w dokładnie ten nastrój, jakiego się spodziewałam po poprzednich wypadach do Shadyside (nowa „Ulica Strachu”, starą zwiedzałam w dzieciństwie, a zatem sporo już z głowy wywietrzało). Ta bezpretensjonalność, ta prostota chwilami granicząca z naiwnością (granicząca?! Zwróćcie uwagę na pokrętną logikę Gretchen, gdy tłumaczy ryzykowne przedsięwzięcie, jakie podejmuje pewnej „garażowej soboty”), ta rozczulająca lekkość, ten zagadkowy urok wypływający, obiektywnie rzecz biorąc, z niezbyt starannie konstruowanej opowieści. Niechlujnie, a tak milusio. Chyba tylko R.L. Stine potrafi tak mocno wciągnąć mnie w tak powierzchownie odmalowane światy. Tak szybko rozwijające się historie, gdzie próżno szukać wyczerpujących portretów psychologicznych oraz trzymających w nieznośnym wręcz napięciu, mrocznych, ponurych, elektryzujących samą tylko aurą, momentów. Tak mało, a tyle zabawy. To dopiero fenomen, ta „Ulica Strachu”.

Zabójcze gry”, „Dziewczyna znikąd” i „Kill znaczy zabić – powieści R.L. Stine'a spod „odkurzonego” szyldu „Ulica Strachu”, które łączy miejsce akcji, niewielkie fikcyjne miasteczko Shadyside, i postać Rachel Martin (w „Zabójczych grach” występ główny, w pozostałych dwóch powieściach tylko epizodyczny), ale nie wszystkie. W tej podgrupie są jeszcze trzy, ale na polski rynek nie trafiły. Przynajmniej na razie. Liczę na więcej. Na kolejne wycieczki do Shadyside. Na wszystkie powieści z nowej „Ulicy Strachu” i wznowienie oryginalnej serii. Nie jestem zachłanna, co? Ale dobre chociaż tyle. Poniekąd przeżyć to na nowo. Tę wielką przygodę z dzieciństwa. Stary, dobry R.L. Stine. Stare-nowe Shadyside i stara-nowa Fear Street. Nic tylko zwiedzać!

 
Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej
https://www.taniaksiazka.pl/

środa, 13 października 2021

Dorian Lynskey „Ministerstwo Prawdy. Biografia Roku 1984 Orwella”

 

W 1949 roku swoją światową premierę miała jedna z najbardziej przerażających książek, jakie w życiu przeczytałam. Książka, która miała być przestrogą, miała otwierać oczy, budzić, uczulać na zagrożenie, które najprawdopodobniej nigdy nie odejdzie. Wiecznie aktualne arcydzieło brytyjskiego powieściopisarza i publicysty, „uczłowieczenie pesymizmu”, krytyka systemów totalitarnych, demokratycznego socjalisty George'a Orwella (właściwie Erica Arthura Blaira), który zmarł w 1950 roku w wieku czterdziestu siedmiu lat. Brytyjski dziennikarz muzyczny, który ma w swoim CV współpracę między innymi z „The Guardian”, „The Observer” i „The Spectator” oraz autor książek non-fiction, Dorian Lynskey, w swoim wydanym w 2019 roku dziele przygląda się temu fenomenowi wydawniczemu. Obok „Folwarku zwierzęcego” (1945) najważniejszej powieści w pisarskim dorobku George'a Orwella. Nominowana do Nagrody Orwella w kategorii krytyka polityczna i The Baillie Gifford Prize, książka „Ministerstwo Prawdy. Biografia Roku 1984 Orwella” (oryg. „The Ministry of Truth: The Biography of George Orwell's 1984”), to niewyczerpane źródło informacji dla wszystkich fanów George'a Orwella, oczywiście ze wskazaniem na jego opus magnum, „Rok 1984”. Prawdopodobnie czołową przedstawicielkę literatury antyutopijnej/dystopijnej. I prawdopodobnie jedną z najbardziej przygnębiających, depresyjnych powieści, jaką w całym swoim życiu przeczytacie.

Ministerstwo Prawdy” nie jest kolejną biografią George'a Orwella. W każdym razie niezupełnie, bo siłą rzeczy w publikacji Doriana Lynskeya - która na polski rynek trafiła w roku 2021: staranne wydanie w twardej oprawie od Czarnej Owcy - znajdujemy szczegółowy portret i najróżniejsze scenki z życia jednego z największych pesymistów, jakich nosiła ziemia. Autor „Ministerstwa Prawdy” powadzi nas życiową ścieżką George'a Orwella, gdzie właściwie bez przerwy rozgląda się za wpływami na główny przedmiot jego tutejszych badań. Wszystko zaczęło się w 1936 roku, kiedy to Eric Arthur Blair, postanowił dołączyć do którejś z walczących stron w Hiszpanii. Na front jechał w przekonaniu, że widmo totalitaryzmu czai się na prawicy. Wtedy jeszcze wierzył, że lewica nie jest zdolna do takiego okrucieństwa, że w przeciwieństwie do swoich politycznych przeciwników, socjaliści brzydzą się kłamstwem. Mają więc głębokie poszanowanie dla wartości, której był gotów bronić za wszelką cenę. W tym mrocznym okresie, w jakim przyszło żyć człowiekowi znanemu jako George Orwell (planował oficjalnie - w urzędzie - zmienić nazwisko, ale nigdy się za to nie zabrał, co wcale nie przeszkadzało mu, także w życiu prywatnym, posługiwać się tym mianem, pseudonimem, którym podpisywał swoje książki i wszystkie pozostałe teksty) obrona owej wartości na pozór była trudniejsza niż kiedykolwiek. „Na pozór”, bo z omawianej, moim zdaniem wybitnej, książki Doriana Lynskeya, płynie między innymi taki morał, że walka o prawdę zawsze była i zawsze będzie jedną z najcięższych walk, jaką warto - zawsze warto! - toczyć. Każdego dnia, w każdej godzinie. Nie być jednym z „wierzących w satysfakcjonujące emocjonalnie kłamstwa, odrzucających niewygodne prawdy, oceniających rzeczywistość przez pryzmat szokujących podwójnych standardów i poprawiających w swojej pamięci bieg wydarzeń”. Niektórzy mówią, że „Rok 1984” George'a Orwella jako przepowiednia, proroctwo - którą powieść tak naprawdę, co podkreśla Lynskey w swojej zjawiskowej książce, nie miała być - w najmniejszym stopniu się nie sprawdziła. Okropne wizje odmalowane na kartach tej powieści, nie ziściły się ani w tytułowym roku 1984, ani nigdy potem. A Korea Północna? A Rosja? - to tylko wybrane przykłady przywoływane przez Lynskeya. No tak, ale tak zwany zachodni świat może czuć się bezpiecznie. Skutecznie opiera się podstępnemu zewowi totalitaryzmu. Rzeczone zagrożenie odeszło wraz z Adolfem Hitlerem i Józefem Stalinem. My nie musimy walczyć o wolność, tak jak nasi przodkowie. Nikt nam jej nie zabierze, nikomu nawet w głowie to nie postanie. Poprzednie pokolenia pewnie też miały takie przekonanie...

Kłamliwa propaganda. Tajna broń dyktatorów, na którą George Orwell miał coś w rodzaju uczulenia. Do szewskiej pasji doprowadzało go wmawianie ludziom, że czarne jest białe, a dwa plus dwa równa się pięć. Zinstytucjonalizowane pranie mózgu, diabelska moc, której nie byli w stanie oprzeć się nawet ludzie światli, jakaś część tak zwanej inteligencji. Co naturalnie napawało Orwella smutkiem, ale raczej nie dziwiło. Dorian Lynskey w swoim „Ministerstwie prawdy. Biografii Roku 1984 Orwella” zauważa, że do tego wnikliwego obserwatora i zagorzałego przeciwnika (nie tylko w słowach, ale i w czynach, choć Lynskey uczciwie punktuje także te fakty z życia Orwella, które trudno uznać za chwalebne) systemów totalitarnych, przylgnęła, niekoniecznie zgodna ze stanem faktycznym, etykietka pisarza, któremu ewidentnie brakowało wiary w ludzi. Człowieka, który w głębi serca nie wierzył, że obywatele świata kiedykolwiek uodpornią się na manipulację okrutników opętanych żądzą władzy. Władzy absolutnej, której heretycy tak naprawdę niestraszni. Jak wynika z książki Doriana Lynskeya, Orwell wiedział, że nawet najbardziej waleczni opozycjoniści, osoby niebojące się występować przeciwko takim zwyrodnialcom, jak Hitler i Stalin, są wykorzystywani do wzmacniania ustrojów totalitarnych. Wystarczy wmówić społeczeństwu, że zagrażają oni bezpieczeństwu całego państwa, zrobić z nich wrogów publicznych numer jeden, a potem „bohatersko” wyeliminować to rzekome niebezpieczeństwo. George Orwell, trzeba mu to oddać, na wylot przejrzał praktycznie wszystkie socjotechniki stosowane przez kreatury zarówno na prawej, jak na lewej stronie politycznej. Sam uważał się za demokratycznego socjalistę, ale po „Roku 1984” zaczął być odbierany jako antysocjalista. Lewica go znienawidziła, a pokochała prawica, z którą Orwell tak naprawdę nigdy się nie utożsamiał. Bo „Rok 1984” przez długie lata przez wielu był odbierany jako krytyka socjalizmu, która jest domeną lewej strony politycznej (choć nie wszędzie, znam wszak przynajmniej jeden kraj, w którym socjalizm kojarzony jest z prawicą). Dorian Lynskey nie próbuje – a przynajmniej ja takich prób nie wyłapałam – podważyć tej interpretacji najwybitniejszej książki George'a Orwella (dobrze, obok „Folwarku zwierzęcego”). Zwraca uwagę jedynie na to, że Orwell był nieubłaganym przeciwnikiem socjalizmu komunistycznego, którego nie należy mylić z socjalizmem demokratycznym. Poza tym czas pokazał, że „Rok 1984” może być czytany na różne sposoby. Światopogląd czytelnika, jego sympatie polityczne, nie mają takiego znaczenia, jak uważali ci, którzy swego czasu „przywłaszczyli sobie” tę, niestety, zawsze na czasie powieść Anglika, w którym, jak daje nam do zrozumienia, jak udowadnia David Lynskey w swoim „Ministerstwie Prawdy”, tliła się większa nadzieja, niż w jego „Roku 1984”. Nawet jeśli rzadko to okazywał, wierzył, że ludzkość nie dopuści do powstania takiego świata, jaki odmalował w swoim wiekopomnym dziele. Wierzył, że demokracja zwycięży z dyktaturą. Że wcześniej czy później inni otworzą oczy na to, co widział on. Czytelnik sam musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy owo masowe przebudzenie jest już za nami? Czy dziś, przynajmniej w tak zwanych demokratycznych krajach, występuje zjawisko, które Orwell nazwał dwójmyśleniem (w skrócie: „umiejętność wyznawania dwóch sprzecznych poglądów i wierzenia w oba naraz”)? Czy wolimy brzydką prawdę od pięknego kłamstwa? Jesteśmy czujni, czy pozostajemy w objęciach Morfeusza? A może wcale nie zależy nam na przereklamowanej wolności? Może lepiej, żeby ktoś decydował za nas? Na przykład Partia, kierowana przez mitycznego Wielkiego Brata? Brata, który uwolni nas od męki myślenia. Nas, szczęśliwych niewolników, gotowych skoczyć w ogień za swoim Wodzem. Mówią, że Orwell się pomylił. Mówią, że przesadzał w swoich rzekomych proroctwach (sam traktował to bardziej jako ostrzeżenie, a nie przepowiednie à la Nostradamus). Mówią, że był niepoprawnym czarnowidzem, że poszedł stanowczo za daleko w swoich strasznych wizjach. I może mają rację. Chciałabym, żeby mieli rację.

Rok 1984 nadal jest tym tekstem, do którego zwracamy się, kiedy prawda jest kaleczona, język – wypaczany, władza – nadużywana; i chcemy wiedzieć, jak źle jeszcze może być, bo ktoś, kto żył i umarł w innej epoce, był w stanie zauważyć to zło oraz miał dość talentu, by przedstawić je w formie powieści.”

Ministerstwo Prawdy. Biografia Roku 1984 Orwella” to istne kompendium wiedzy na temat jednej z najważniejszych, jeśli nie najważniejszej, powieści antyutopijnej w dziejach. Kilkukrotnie przenoszonej na ekran (tutaj trzeba wyróżnić film Michaela Andersona z 1956 roku i obraz Michaela Redforda z roku... 1984), nie wspominając już o spektaklach teatralnych, i inspirującej niezliczonych artystów. „Rok 1984” George'a Orwella miał bezcenny wkład w rozwój literatury dystopijnej, ale i sam najpewniej sporo zawdzięcza innym pisarzom. Dorian Lynskey omówi wszystkie mniej i bardziej pewne, faktyczne i tylko domniemane, literackie wpływy na „Rok 1984” - doświadczenia życiowe Orwella, zainteresowania, a wręcz fascynacje (Orwell, podobnie jak ja, mniej interesował się osobowościami między innymi takich dyktatorów jak Hitler czy Stalin, a bardziej „przyczynami, dla których tylu zwykłych ludzi ich popierało”), jego światopogląd, to wszystko też dostaje niemałą, może nawet większą przestrzeń w „Ministerstwie Prawdy”. Poczytamy sobie między innymi o Jacku Londonie, Edwardzie Bellamym, Aldousie Huxleyu, Jewgienijim Zamiatinie, Arthurze Koestlerze, czy wreszcie H.G. Wellsie, jedynemu koledze po piórze George'a Orwella, któremu Dorian Lynskey poświęcił cały rozdział. Pierwsza część omawianej książki koncentruje się na okresie sprzed powstania „Roku 1984”. W tym też obszarze – rzecz jasna później – Lynskey przywoła czas, w którym tytułowa powieść „się pisała” (fakty i mity), a potem zobaczymy jak kształtował się fenomen „świętego Orwella”. Część druga „Ministerstwa Prawdy” skupia się na tych dekadach, których nie dożył. Druga połowa XX wieku (ze szczególnym uwzględnieniem złowieszczego roku 1984), ale też początek nowego stulecia, bo „Rok 1984”, tak jak i „Folwark zwierzęcy” George'a Orwella, nadal cieszy się praktycznie niesłabnącą i według mnie w pełni zasłużoną popularnością. Co, jak wynika z tej imponującej pracy Doriana Lynskeya – dojrzały, wyczerpujący, a przy tym bardzo przystępny warsztat – może świadczyć o tym, że totalitaryzm nie jest jakąś na poły mityczną, dawno zgładzoną bestią, której nie trzeba się już obawiać. Swoją wieczną sławę „Rok 1984” może wszak zawdzięczać przede wszystkim temu, że zagrożenia, przed którymi przestrzegał Orwell nie wydają się nieaktualne. Nawet teraz, w tak na pozór silnych demokracjach (Lynskey za główny przykład bierze Stany Zjednoczone), można dojść do wniosku, że świat Winstona Smitha jest nam bliższy niż wcześniejszym pokoleniom. Cóż, wtedy też tak myślano. Każde pokolenie przynajmniej jedną nogą tkwi w Oceanii. I tylko kwestią czasu jest, aż rzeczywistość Winstona Smitha nałoży się na naszą. „Nie dopuść do tego. To zależy od ciebie” - tym cytatem z George'a Orwella Dorian Lynskey kończy swoją wnikliwą, pasjonującą, ale i niepokojącą, mrożącą krew w żyłach, inteligentną, ważną, potrzebną pracę na temat „Roku 1984”. Roku, który jeszcze nie przeminął. Jeszcze nie.

Ministerstwo Prawdy. Biografia Roku 1984 Orwella” pióra brytyjskiego dziennikarza i autora książek non-fiction, Doriana Lynskeya, to rzecz jasna dzieło ukierunkowane głównie na fanów twórczości George'a Orwella. Fanów „Roku 1984”, ale nie tylko. Będzie też o innych publikacjach tego angielskiego pisarza, a także jego kolegów po piórze. Będzie o radiu, teatrze, kinie i telewizji. Będzie o wojnie. O okrutnych dyktatorach, których nie ma bez nas. Wszak „tyrania potrzebuje współudziału”. Poddanych karmionych kłamliwą propagandą, bezwstydnymi, nierzadko bardzo grubymi nićmi szytymi kłamstwami. Obywateli okrutnie zmanipulowanych, nauczonych dwójmyślenia. „Ministerstwo Prawdy” Davida Lynskeya według mnie może się też przydać osobom, którym proza George'a Orwella jest znana co najwyżej ze słyszenia. Nie trzeba znać dzieł tego inteligentnego ponuraka, zatwardziałego pesymisty (albo realisty, zależy kogo zapytać), wirtuoza pióra i zdecydowanego przeciwnika systemów totalitarnych (od lewa do prawa), żeby zakochać się w tej publikacji. W końcu są streszczenia poczynione ręką Davida Lynskeya – najwięcej miejsca zajmuje, jakżeby inaczej, streszczenie fabuły „Roku 1984”, które znajdziecie na końcu, tuż przed indeksem. Pozostaje mi tylko gorąco polecić, a raczej ładnie poprosić o zwiedzenie „Ministerstwa Prawdy” Doriana Lynskeya. A zatem proszę, no błagam, nie przegapcie tego arcyważnego dzieła o innym arcyważnym dziele.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 11 października 2021

„Ktoś jest w twoim domu” (2021)

 

Nastoletnia Makani Young niedawno przeprowadziła się z Hawajów do małego miasteczka Osborne w stanie Nebraska i zaczęła uczęszczać do miejscowego liceum. Znalazła paru przyjaciół, ale nie zdradziła im swojego największego sekretu. Wstydliwego powodu swojej przeprowadzki. Nikomu nie powiedziała też, że wkrótce po przyjeździe do Nebraski zaczęła spotykać się z młodszym bratem tutejszego policjanta, Oliverem Larssonem, szkolnym wyrzutkiem, którego rówieśnicy mają za socjopatę. Teraz tajemnice Makani, tak samo jak i pozostałych uczniów Osborne High, są zagrożone. W miasteczku grasuje bowiem zabójca, który obnaża mroczne sekrety swoich ofiar.

Amerykańsko-kanadyjska adaptacja powieści Stephanie Perkins z 2017 roku pod tym samym tytułem, „There's Someone Inside Your House” (pol. „Ktoś jest w twoim domu”), w reżyserii Patricka Brice'a, twórcy między innymi „Dziwaka” (2014) i „Dziwaka 2” (2017). Scenariusz napisał Henry Gayden, który zasilił też grono producenckie, reprezentowane głównie przez założoną przez Jamesa Wana, twórcę między innymi „Naznaczonego” (2010) i „Obecności" (2013), firmę Atomic Monster Productions i firmę Laps 21 Entertainment, której założycielem jest Shawn Levy, kojarzony głównie z serialem „Stranger Things”. Projekt został wdrożony przez firmę Netflix, głównego dystrybutora (premierowy pokaz filmu odbył się na Fantastic Fest we wrześniu 2021 roku, a na platformy Netflixa trafił w następnym miesiącu) i „opiekuna” „Ktoś jest w twoim domu”, który dał Patrickowi Brice'owi i jego ekipie dużą swobodę w procesie tworzenia. Główne zdjęcia ruszyły w sierpniu 2019 roku w kanadyjskim Vancouver, a zakończyły się w październiku tego samego roku. W sierpniu 2020 roku sfinalizowano natomiast „etap dokrętek”.

Scenarzysta „Ktoś jest w twoim domu”, Henry Gayden, powiedział, że zanim przystąpił do tego projektu odświeżył sobie jakieś sto pięćdziesiąt slasherów i odnotował, że wiele z nich otwiera się zabójstwem kobiety. Miał to na uwadze opracowując fabułę filmowej wersji „Ktoś jest w twoim domu”. Od początku chciał dać tej opowieści coś, co odróżniałoby ją od innych obrazów slash. Pierwszym takim wyróżnikiem miał być atak na mężczyznę w pierwszym „akcie” (prolog), ale większą inwencją wykazał się podczas tworzenia sylwetki i modus operandi tajemniczego zabójcy grasującego w niewielkiej amerykańskiej miejscowości „stojącej na kukurydzy”. Według Gaydena powieść Stephanie Perkins, która stanowiła podstawę jego scenariusza, ma bogatą glebę emocjonalną (wiele warstw), którą zapewne trudno byłoby przenieść na ekran w sposób atrakcyjny dla widza. Autor scenariusza „Ktoś jest w twoim domu” zrobił więc coś, co można nazwać „upieczeniem dwóch pieczeni na jednym ogniu”. Wymyślił seryjnego zabójcę z miasteczka Osborbne w Nebrasce na nowo. To znaczy, w tym punkcie znacznie oddalił się od koncepcji Stephanie Perkins. Co miało przynieść podwójne korzyści – unikalne cechy, coś, co odróżni omawianą produkcję od innych horrorowych rąbanek z młodymi ludźmi w rolach głównych, ale też coś, co posłuży zbudowaniu podobnej ścieżki emocjonalnej, jaką, w pojęciu Gaydena, ma literacki pierwowzór tej teen slasherowej historii osadzonej w „kukurydzianym miasteczku”. Reżyser rzeczonej produkcji, Patrick Brice, chciał, żeby przywoływała ona klimat slasherów z przełomu XX i XXI wieku (ostatnia dekada tego pierwszego i pierwsze lata tego drugiego stulecia), ponieważ jest do nich usposobiony sentymentalnie. Pierwsze slashery, które obejrzał w kinie powstały właśnie w tym okresie – wcześniej nie wolno mu było oglądać takich filmów (współczuję). I pewnie ubolewałabym nad tym, że Patrick Brice i jego ekipa nie wzorowali się na wcześniejszych owocach ze slasherowego sadu (lata 70-te i przede wszystkim 80-te XX wieku), gdyby dla „Ktoś jest w twoim domu” udało się wypracować atmosferę zbliżoną do tej z przełomu wieków. Wytężałam wzrok, ale niestety nie znalazłam w tym nawet odrobiny tego nie tak znowu dawnego, ale na pewno odstawionego już na boczny tor, charakteru. Klimat na wskroś współczesny. Może inaczej: taki, na jaki najłatwiej natrafić w dzisiejszych slasherach. Jest kolorowo, jest błyszcząco, czyściutko i grzeczniutko. Plastikowo. Gdzie ten brud, gdzie ten nihilizm, gdzie spontaniczność, gdzie to magiczne niechlujstwo? Na pewno nie tutaj. „Ktoś jest w twoim domu” Patricka Brice'a to kolejna pstrokata, nie za bardzo krwawa (ażeby przypadkiem nikogo nie zniesmaczyć) opowiastka o małym amerykańskim miasteczku terroryzowanym przez zamaskowanego mordercę. I tu mamy pierwsze odstępstwo od reguły. Zabójcę z ekranowej wersji „Ktoś jest w twoim domu” wyróżnia to, że poluje w różnych przebraniach. Upodobania się do swoich ofiar, głównie poprzez maski 3D wyobrażające ich twarze. Ciekawy pomysł. Maniakowi z Osborne to jednak nie wystarczyło. „Wymyślił więc sobie” oryginalny modus operandi, polegający na wyjawianiu wstydliwych sekretów swoich ofiar. Zdaniem Henry'ego Gaydena to dodatkowy ładunek emocjonalny. Podwójna krzywda, podwójna tragedia. Młodzi ludzie z Osborne umierają bowiem z bolesną świadomością, że ich koledzy i koleżanki poznali ich najpilniej strzeżone sekrety. Że wszyscy już wiedzą, co zrobili... Ponadto obecnie najbardziej poszukiwany przestępca w Osborne, a może i w całej Nebrasce, urządza coś w rodzaju inscenizacji. Zanim odbierze im życie, zwykle w zawczasu przygotowanej scenerii, rzuca im w twarz najbardziej niewygodne fakty z ich życia. Tym sposobem chce coś udowodnić, uzmysłowić nie tylko im, ale również, może nawet przede wszystkim, całej tej małej społeczności, w której przypuszczalnie dorastał. Chyba że osobą odpowiedzialną za te zbrodnie jest dziewczyna z Hawajów.

Główna rolę w „Ktoś jest w twoim domu” Patricka Brice'a powierzono całkiem doświadczonej młodej aktorce Sydney Park, która, uważam, nie miała tutaj wielkiego pola do popisu. Postać Makani Young nie wymagała jakichś szczególnych, wybitnych zdolności aktorskich. Już w świecie przedstawionym przez Stephanie Perkins dziewczyna, może być odbierana jako typowy przykład slasherowej protagonistki. W filmowej adaptacji, czego można było się spodziewać, i tak już przecież niezbyt pogłębiony portret Makani, jaki sporządziła Perkins w swojej dość poczytnej powieści, został uszczuplony. U Perkins Makani Young jawiła mi się jako swoiste połączenie dwóch istniejący modeli final girl: klasycznego i tak zwanego postmodernistycznego. W scenariuszu Henry'ego Gaydena nie wybrzmiewa to tak głośno. Szczerze mówiąc, podejrzewam, że nie patrzyłabym na filmową Makani pod tym kątem, gdybym nie znała książki „od której to wszystko się zaczęło”. No, ale przynajmniej nie pozbawiono jej przeszłości. Osoby niezaznajomione z powieściową wersją „Ktoś jest w twoim domu” mogą się zastanawiać, co też stało się z rodzicami głównej bohaterki, bo w filmie właściwie całkowicie ich pominięto. Dowiadujemy się tylko, że Makani wcześniej mieszkała na Hawajach. Do Osborne w Nebrasce, do babci – troskliwej, bez wątpienia kochającej wnuczkę somnambuliczki – przeprowadziła się już jakiś czas temu. I wkrótce potem zaczęła po kryjomu spotykać się z Oliverem Larssonem, szkolnym outsiderem, któremu przyklejono łatkę socjopaty. Paczka, do której Makani weszła, ci jej przyjaciele, z którymi już jawnie przystaje, też nie składa się z powszechnie lubianych uczniów. Bliżej im do wyrzutków niż licealnych gwiazdek. Są jednak nieco wyżej w uczniowskiej hierarchii panującej w Osborne High niż Ollie Larsson, młodszy brat miejscowego policjanta Chrisa, który w książce miał nieporównywalnie większy udział. I co chyba jeszcze ważniejsze u Perkins nie wydawał mi się takim... kretynem. Parodia Christophera Larssona, prawnego opiekuna bodaj najbardziej nielubionego ucznia liceum w Osborne. Nie licząc Makani, która w przeciwieństwie do swojej przyjaciółki Alex, nie zwykła oceniać ludzi po pozorach. Zadziwiające – Netflix wypuszcza film z rasistką. Co w tym nietypowego? Może to, że Alex jest Afroamerykanką? To nie tak, że nienawidzi wszystkich białych ludzi. Z paroma nawet się przyjaźni, ale nie ma wątpliwości, i chętnie o tym rozprawia, że biali wciąż są traktowani ulgowo, że to nadal uprzywilejowana kasta, która jednak nauczyła się ukrywać swoją nienawiść do w sumie wszelkich mniejszości. Na przykład, gdy młodzi ludzie wznoszą na meczu okrzyki na cześć homoseksualnego zawodnika, który zdobył punkty dla ich drużyny, Alex nie ma wątpliwości, że większość z nich zmusza się do takich reakcji. Pod maską życzliwości, serdeczności, do między innymi czarnoskórych, homoseksualnych, niebinarnych osób, jest czysta wrogość. Zawsze była, ale w obecnych czasach w złym guście, niepoprawne politycznie jest pokazywanie swojego nietolerancyjnego ja. Tak uważa Alex, ale jak w pewnym momencie stwierdza Makani (oczywiście widz już wcześniej może dość do takiego wniosku), to Alex przepełnia nienawiść do bliźnich. Błyskawicznie szufladkuje ludzi. Dla niej wszystko jest albo czarne, albo białe. Główna bohaterka filmu natomiast na własnej skórze zdążyła się już przekonać, jak krzywdzące, jak niesamowicie bolesne może być takie pochopne ocenianie drugiego człowieka. Makani dobrze wie, że dopuściła się czegoś strasznego. Poczuwa się do winy, ma wyrzuty sumienia, ale też życzyłaby sobie, żeby nie wyrabiano sobie zdania na jej temat w oparciu o to jedno straszliwe wydarzenie. Najgorszy moment w jej życiu, o którym w Osborne nie wie nikt poza jej babcią. Makani już się o to postarała. Chciała zacząć od nowa, stać się kimś innym, albo raczej pokazać taką siebie, jaką zawsze była. Zimną zabójczynię? Właściwie podejrzewać można wszystkich, ale jakoś wątpię, żeby wielu poważnie rozważało sprawstwo Makani. Bo wygląda na final girl? Był taki jeden slasher, taka opowieść o modelowej final girl, która okazał się zabójczynią. Był też taki „Basen”, wyreżyserowany przez Borisa von Sychowskiego, w którym twórcy „Ktoś jest w twoim domu” mogli coś podpatrzeć. Nie mam pewności, ale akcja w szybie wentylacyjnym jakoś mi się skojarzyła. Z kolei przecięcie ścięgien Achillesa przypomniało mi „Hostel” Eliego Rotha. Zakładam, że nieraz już coś podobnego na ekranie widziałam, ale tamto wykonanie było na tyle dobitne, dosadne, że zakotwiczyło się w mojej pamięci. Poza tym mamy tradycyjne (horrorowe rąbanki) podcinanie gardeł i ciosy nożem. A także pchnięcie na nóż wbity w ściankę... nie powiem czego, bo to byłby spoiler:) W scenach okaleczeń i mordów nie zauważyłam wspomagania komputerowego. Nie było takiej potrzeby, skoro ran praktycznie nie widać. Krew tryśnie tu, chluśnie tam, pokapie gdzie indzie i to w zasadzie byłoby na tyle, jeśli chodzi o efekty, hmm, „gore”. Napięcie? Mało. Mrok? Jeszcze mniej. Niewiele czułam, niewiele mnie to wszystko obchodziło, ale czas jakby biegł szybciej przy tym, moim zdaniem, mocno przeciętnym młodzieżowym slasherku. Zjadłam, wydaliłam i koniec pieśni.

Czy powieść „Ktoś jest w twoim domu” Stephanie Perkins była wdzięcznym materiałem na film? Czy można było zrobić z tego zapadające w pamięć slasherowe widowisko? Mam co do tego poważne wątpliwości. Chociaż, gdyby z oryginału zachować tylko tytuł i może jeszcze nazwiska niektórych postaci? :) Ale to i tak trochę inna historia. Sporo zmian: cięć, uproszczeń, ale i parę bonusów. Dodatków, w tym takich, które można uznać za jakiś tam powiew świeżości. Gdyby „Ktoś jest w twoim domu” Patricka Brice'a dostał lepszą (czytaj: nieplastikową) oprawę wizualną, mroczniejszy, posępniejszy klimat „kukurydzianego miasteczka”, gdyby wykrzesano z tego więcej napięcia i gdyby „nie bano się porządnie pobrudzić”, to pewnie te moje wypociny byłyby utrzymane w tonacji chociaż umiarkowanie entuzjastycznej. A tak... znowu średnio na jeża.

sobota, 9 października 2021

„Dom nocny” (2020)

 

Mieszkająca w osamotnionym domu nad jeziorem Beth, przeżywa stratę ukochanego męża Owena, który nieoczekiwanie popełnił samobójstwo. Nietypowe zjawiska, jakie coraz częściej zachodzą w jej domu, kobieta zaczyna tłumaczyć nadnaturalną obecnością. Zakłada, że to jej mąż, który jak wszystko na to wskazuje, próbuje jej coś przekazać. Znajomi Beth uważają, że to efekt przeżywanej przez nią traumy, a jej najlepsza przyjaciółka Claire, wolałaby, żeby na jakiś czas wyprowadziła się z domu, z którym wiąże się tak dużo wspomnień jej męża. Wolałaby też, żeby Beth nie starała się odkryć domniemanych tajemnic Owena.

Zrealizowany za niecałe piętnaście milionów dolarów amerykańsko-brytyjski horror psychologiczny/nadnaturalny w reżyserii Davida Brucknera, twórcy między innymi jednego segmentu antologii filmowej „V/H/S” (2012) i jednego segmentu „Southbound” (2015) oraz „Rytuału” z 2017 roku, pełnometrażowego filmu opartego na powieści Adama Nevilla. Scenariusz „Domu nocnego” (oryg. „The Night House”) napisali Ben Collins i Luke Piotrowski, których fani kina grozy mogą kojarzyć choćby z takimi obrazami, jak „Syrena” (2016), „Super Dark Times” (2017), czy „Stephanie” (2017). Na 2022 rok wstępnie zaplanowano premierę kolejnego owocu ich współpracy z Davidem Brucknerem, nową wersję (przypuszczalnie reboot) horroru pt. „Hellraiser”. Bruckner zapragnął zrealizować „Dom nocny” już podczas pierwszej lektury scenariusza, w 2017 roku, ale trochę zajęło mu znalezienie producentów, którzy mieliby odwagę wejść w ten projekt. Po paru nieudanych próbach, dotarł do Keitha Levine'a i Davida S. Goyera, którzy pomogli mu nadać sprawie bieg. Filmowcy mieli ograniczony czas na znalezienie odpowiedniej lokalizacji – skupili się na rejonie w zachodniej części stanu Nowy Jork, gdzie znajduje się grupa jezior (Finger Lakes), które nasuwają Brucknerowi skojarzenia ze Styksem(!). Wypatrzyli tam jeden dom, który jednak tylko po części odpowiadał ich potrzebom. Coś trzeba było dodać, coś powiększyć, co nieco zbudować od podstaw. Główne zdjęcia ruszyły w maju 2019 roku, a już w styczniu 2020 roku odbył się pierwszy pokaz filmu, na Sundance Film Festival. Bardzo dobrze przyjętego przez krytyków filmu grozy, który większej publiczności pokazał się dopiero w roku 2021. Bo COVID.

Historia wymyślona przez Bena Collinsa i Luke'a Piotrowskiego, przez Davida Brucknera jest określana jako romans gotycki. Historia młodej wdowy, która mierzy się z zagadkowymi zjawiskami w swoim domu na odludziu. Reżyser „Domu nocnego” powiedział, że to „romans z ideą jej męża, a następnie romans z jej własnym smutkiem i ciemnością w pewnym sensie”. To opowieść o radzeniu, czy nieradzeniu sobie z nieodwracalną stratą. O żałobie, o szukaniu odpowiedzi, depresji, bezsensie życia, nicości. I o potencjalnej nadnaturalnej obecności, której zamiary trudno odgadnąć. Główna bohaterka „Domu nocnego”, młoda kobieta imieniem Beth, w którą w widowiskowym stylu wcieliła się Rebecca Hall (m.in. „Szepty” Nicka Murphy'ego i „Dar” Joela Edgertona – przede wszystkim te dwa obrazy miał w pamięci Bruckner, gdy powierzał Hall rolę w swoim filmie), pod pewnymi względami przypominała mi Claire Spencer z „Co kryje prawda” w reżyserii Roberta Zemeckisa, a główny krajobraz przywoływał wspomnienia „Sekretnego okna” Davida Koeppa, filmu opartego na minipowieści Stephena Kinga pt. „Tajemnicze okno, tajemniczy ogród”. Ze wszystkich znanych mi ekranowych opowieści „znad jeziora”, tylko ta przychodziła mi na myśl, ilekroć obejmowałam wzrokiem panoramę, w jakiej przycupną ładny domek, który stanie się istną zmorą dla jego jedynej mieszkanki. Przynajmniej jedynej przynależącej do tego świata. Bo wygląda na to, że rozpaczająca po stracie męża kobieta, ma nienaturalne towarzystwo. Niezupełnie niemile widziane. Naturalnie Beth przerażają niecodzienne zjawiska zachodzące w jej domu. Przeraża ją coraz silniejsze wrażenie, narastające przekonanie, świadomość, że nie jest sama w tym samotnym domu nad jeziorem. Że obserwuje ją jakaś nadnaturalna istota. Nie „jakaś”, tylko jej mąż. Beth straszliwie za nim tęskni, wręcz można powiedzieć, że ta tęsknota zżera ją od środka, niewątpliwie więc czerpie też jakąś pociechę (to widać, to czuć) z faktu, że duchem ukochany wciąż jest przy niej. „Dom nocny” to horror z tak zwanej nowej fali – powolna narracja, „straszenie” bardziej klimatem niż upiornymi efektami specjalnymi. Od czasu do czasu – tak dla pewności – wkraczają prymitywniejsze, zdecydowanie łatwiejsze zagrania „buu!”. W wielu przypadkach, chyba w większości, to uderzenia wyłącznie dźwiękiem. Technika sprawdzona we współczesnym kinie grozy, ale raczej nie kojarzona z tak zwaną nową falą horroru. Część odbiorców „Domu nocnego” klasyfikuje go jako thriller psychologiczny, inni (a wśród nich i ja) bez najmniejszych oporów wrzucają tę pozycję do szufladki z napisem „horror”. I wcale nie musi być to spowodowane przyjmowaniem różnych interpretacji. UWAGA SPOILER Wcale nie musi być tak, że ci, dla których „Dom nocny” jest pełnoprawnym horrorem wybrali bardziej dosłowne, silniej akcentowane, tłumaczenie mrocznych przeżyć Beth: sfera nadprzyrodzona. Zamieszanie, jak to zresztą często bywa, może brać się z rozbieżnych definicji horroru. Dla jednych bez zjawisk nadprzyrodzonych, niezwykłych, nieprzyziemnych elementów, nie ma horroru. A zatem na przykład część tak zwanego krwawego kina grozy - zbiorczo: gore - poczytują oni jako thrillery. Tak samo, jak zauważyłam, sytuacja przedstawia się z obrazami z etykietką „horror psychologiczny”: dla tej grupy osób część z nich to thrillery, ewentualnie dramaty psychologiczne. Inni, a w wśród nich i ja, kierują się narracją obraną przez filmowców. Emocjami, jakie przynajmniej próbują oni ożywić w publiczności. A jakkolwiek „Dom nocny” Davida Brucknera odczytamy, widać, słychać i czuć, że jego twórcom zależało na wywołaniu strachu, przerażania, a w najgorszym wypadku lekkiego niepokoju u odbiorców. Tyle mi wystarczy, by uznać to dzieło za horror. Horror psychologiczny. Nadnaturalny albo nie KONIEC SPOILERA.

Wbrew swoim zwyczajom, wiązałam dość duże nadzieje z „Domem nocnym” Davida Brucknera. Miałam przeczucie, że to będzie jedna z najjaśniej błyszczących gwiazd na grozowym firmamencie od wybuchu pandemii COVID-19. Podczas, której zdecydowanie częściej, niż zazwyczaj natykałam się na „horrory nie do obejrzenia”. To znaczy takie, na których przynajmniej ja nie byłam w stanie wytrwać do napisów końcowych. Po przeczytaniu paru recenzji „Domu nocnego” doszłam, do, jak się okazało słusznego, wniosku, że David Bruckner i jego ekipa popłynęli tutaj na nowej fali horroru. Klimatyczny, nieefekciarski (w każdym razie niezbyt, nieprzesadnie), głębszy film grozy, przynajmniej dla tych miłośników gatunku, którzy preferują albo chociaż tolerują, wolniejsze horrory/dreszczowce. „Dom nocny” faktycznie okazał się jedną z ciekawszych ofert filmowych, na jakie udało mi się natrafić w czasach panowania wrednego COVIDA, ale i tak mam poczucie, że przeszarżowałam z oczekiwaniami. Nauczka na przyszłość: nie obiecuj sobie nie wiadomo czego, zwalczaj wszelką nadzieję, bo to pozwala uniknąć rozczarowań. A niekiedy można się pozytywnie zaskoczyć. Doświadczenia niedawno owdowiałej kobiety w spokojnej, malowniczej okolicy – jezioro, las – przez większość czasu biegną po, poniekąd, utartym horrorowym torze. A to ciszę nocną niespodziewanie zakłóci sprzęt grający - zawsze ta sama piosenka. A to uszu Beth dojdzie szept prawdopodobnie jej zmarłego męża. A to na ścianie pojawi się cień niewidzialnego człowieka - wpadająca w oko, wręcz spektakularna gra cieniem i architekturą budynku. A to Beth nawiąże połączenie telefoniczne z umarłym, czy (wspaniała scena!) ujrzy szaleńczy bieg ku przepaści kobiet, które wzięły się znikąd. Koszmary senne głównej bohaterki w zagadkowy, nader frapujący sposób, korespondują, wchodzą w jakąś interakcję, tworzą dziwny, niepojęty związek z twardą rzeczywistością. Marzenia senne mieszają się z jawą. A za oknem niewzruszona tym wszystkim płynie... rzeka Styks. Właściwie jezioro, które może, ale nie musi kryć straszliwe sekrety. Las rozciągający się za domem cierpiącej kobiety, z całą pewnością coś ukrywa. A przynajmniej Beth w pewnym momencie nabiera takiego przekonania. Sny stają się jej drogowskazem w coraz bardziej desperackim, rozpaczliwym pościgu za domniemanymi sekretami jej męża, który odebrał sobie życie. Twórcy „Domu nocnego” nieśpiesznie przeprowadzają nas przez wszystkie etapy żałoby kobiety, która zdaje się przegrywać walkę o zachowanie zdrowych zmysłów. Niebezpiecznie zbliża się do przepaści, choroby, z której możliwe, że już nigdy się nie wydostanie. Kobiety, która dotychczas była sceptycznie nastawiona do idei życia po śmierci. Można powiedzieć, zatwardziała ateistka, która nigdy nie przekonała swojego męża do pesymistycznej wizji nicości, niebytu, jaki, jak sądziła, czeka nas wszystkich na końcu tej drogi zwanej życiem. To znaczy tak jej się zdawało, dopóki Owen był przy niej. Sytuacja zmieniła się po jego śmierci. On najwyraźniej żegnał się z tym padołem w przekonaniu, że to jego żona miała rację w tej kwestii, ale niedługo potem Beth też została zmuszona do zmiany tego swojego, dotychczas tak twardego, poglądu. Owen u schyłku życia przyjął jej wizję (nie)życia po śmierci, a jakiś czas później ona w pewnym sensie odwdzięczyła mu się tym samym. Dopuściła do siebie wiarę, jakiej przez lata uparcie trzymał się jej życiowy wybranek. Który kłamał. Którego, jak Beth zaczyna podejrzewać po jego ucieczce ze świata żywych, w ogóle nie znała. To jej zdanie, ale warunki, w jakich obecnie znajduje się Beth, jej kondycja psychiczna, przypuszczalnie nie będą pracować na zaufanie przynajmniej jakiejś części widzów. Mimo że łatwo się do niej przywiązać, bo twórcy, nie wspominając już o Rebecce Hall, według mnie, dołożyli starań, by wykreować postać, która nie będzie nam obojętna, która zasłuży sobie na nasz gorący doping, na tej wybitnie wyboistej ścieżce, na jakiej niespodziewanie się znalazła. Technicznie, moim zdaniem, bez zarzutu – intensywne, sugestywne, mroczne zdjęcia pod kierownictwem Elishy Christiana i też pracująca na atmosferę, choć moim zdaniem mniej energicznie, ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Bena Lovetta (m.in. wspomniany już „Rytuał” Davida Brucknera oraz „Demony prerii” aka „Wiatr” Emmy Tammi) i zgrabny montaż Davida Marksa. Pomysłowe, genialne w swojej prostocie, sztuczki operatorskie i niewiele widomym dodatków cyfrowych. W ogóle niewiele obliczonych na wywołanie żywszych emocji efektów specjalnych, tak komputerowych, jak praktycznych. Nie do końca jednak przekonuje mnie warstwa tekstowa. Myślę, że z powodzeniem można było bardziej „pobawić się” tą koncepcją. Pójść jeszcze dalej. Wejść jeszcze głębiej w poplątany, zagubiony umysł przechodzącej przez istne katusze kobiety, „śniącej na jawie” w domu na odludziu, który „zachowuje się” jak gniazdo czegoś nie z tego świata. Czegoś co może, ale nie musi być wrogo nastawione do jej osoby. Końcówka w moim poczuciu troszkę przekombinowana – brzydko kontrastująca z wcześniejszymi „aktami”: skromniej w środkach, na bogato w emocjach – ale pochwalić muszę, jak zwykle w takich przypadkach, pozostawienie pola na różne interpretacje.

Siedem na dziesięć. Taką ocenę wystawiłabym „Domu nocnemu” Davida Brucknera, gdybym swoją opinię miała wyrazić w liczbach. Solidna obsada, zręczna żonglerka napięciem, niegłupia i całkiem angażująca fabuła, prowadzona przez interesującą, dość złożoną, nieoczywistą postać, którą, uważam, przydałoby się jeszcze trochę rozbudować, pogłębić ten i tak niepłytki portret psychologiczny. Kameralnie, klimatycznie, powoli. „Skromnym pędzlem” malują twórcy mroczne, ale i na swój sposób urokliwe obrazki. Pokazują kreatywne, wpadające w oko triki operatorskie. Wprawnie, okiem prawdziwych znawców kina grozy, z chwytającą za serce swobodą (nic na siłę: tak to odbierałam), posługują się światłem i cieniem. Ale fabularnie nie idą tak daleko, jakbym sobie tego życzyła. Jak można było pójść w takiej historii. Pochodzić dłużej i uważniej poprzyglądać się ponuremu, depresyjnemu krajobrazowi z drugiego dna tej, bądź co bądź, w moim odbiorze, dosyć ekscytującej opowieści.

czwartek, 7 października 2021

Michael McDowell „Żywiołaki”

 

Po pogrzebie seniorki rodu Savage'ów, Marian, jej syn Dauphin i jego małżonka Leigh, udają się do Beldame w stanie Alabama, gdzie mają zamiar spędzić całe lato. Towarzyszą im matka kobiety, Duża Barbara McCray, jej przybyli z Nowego Jorku, syn Luker i trzynastoletnia wnuczka India, oraz czarnoskóra długoletnia służąca Savage'ów, Odessa Red. Odizolowany kawałek plaży nad Zatoką Meksykańską, gdzie stoją trzy wiktoriańskie domy wakacyjne, ekstremalnie zaciszne Beldame, to miejsce, które od pokoleń wchodzi w skład pokaźnego majątku Savage'ów. Jeden z domów swego czasu odsprzedali McCrayom, ale największą zagadką jest tak zwany trzeci dom, w którym od dawna nikt nie mieszkał. Częściowo zasypany piaskiem, w pełni umeblowany dom, wzbudzający szczególne zainteresowanie nastoletniej Indii, która jako jedyna w tym towarzystwie nigdy wcześniej nie była w Beldame. I jako jedyna się go nie boi. Do czasu.

Najlepszy współczesny autor książek w miękkich okładkach w Ameryce” - takimi słowami opisał Michaela McDowella jego kolega po piórze, Stephen King. Zmarłego w 1999 roku na chorobę spowodowaną AIDS (po jego śmierci żona Stephena Kinga, Tabitha została poproszona o dokończenie jego książki „Candles Burning”, pol. „W cieniu płonących świec”), powieściopisarza kojarzonego głównie z literaturą grozy, który działał też w branży filmowej. Miał swój wkład w kultowy „Sok z żuka” Tima Burtona – autor pierwszej wersji scenariusza, pomysłodawca niektórych wątków i postaci, które zostały zachowane w ostatecznej wersji tej fenomenalnej opowieści. McDowell przyłożył też rękę między innymi do takich głośnych seriali, jak „Alfred Hitchcock przedstawia” (1985-1989), „Opowieści z ciemnej strony” (1983-1988), „Opowieści z krypty” (1989-1996) i filmu animowanego „Miasteczko Halloween” w reżyserii Henry'ego Selicka. Współtworzył też scenariusz „Przeklętego” Toma Hollanda, filmu opartego na powieści Stephena Kinga. Warto też dodać, że obraz „Cold Moon” z 2016 roku, za reżyserię którego odpowiada Griff Furst został oparty na powieści McDowella pt. „Cold Moon Over Babylon” (1980). Po raz pierwszy wydana w 1981 roku powieść „The Elementals” (pol. „Żywiołaki”) to jedna z bardziej znanych książek Michaela McDowella. Ale nie w Polsce. Pierwsze polskie wydanie tego dzieła ukazało się bowiem dopiero w roku 2021. Wyszło pod szyldem wydawnictwa Vesper: w twardej oprawie, z przepiękną grafiką na froncie wykonaną przez Jakuba Sokólskiego, który stworzył też niekolorowe ilustracje do tego wydania „Żywiołaków”. Z posłowiem amerykańskiego powieściopisarza, scenarzysty i znawcy horroru Grady'ego Hendrixa.

Ile jest utworów o miejscach nawiedzonych przez jakieś nadnaturalne istoty? Mnóstwo. A ile znasz historii podobnych do „Żywiołaków” Michaela McDowella? Podobnych podejść do tego nieśmiertelnego motywu? Bo mnie nic się nie kojarzy. Nie, jeśli ograniczyć się tylko do tej materii, bo wokół tego tematu niewątpliwie orbitują „dziwnie znajome twarze”. Grady Hendrix wspomina o tym w swoim posłowiu, ale myślę, że ta część odbiorców omawianej książki, której nie jest obcy „Sok z żuka” Tima Burtona, dużo wcześniej dojdzie do wniosku, że te dzieła sporo łączy. Wygląda na to, że McDowell, świadomie czy nie, wrzucił do „Soku z żuka” składniki wcześniej wykorzystane w „Żywiołakach”. Nie wiem, jak to wyglądało w jego wersji scenariusza, ale z całą pewnością mogę powiedzieć, że to, co trafiło na szklany ekran, posiada kilka nie identycznych, ale na pewno podobnych aromatów. Podobnie cudacznych bohaterów, ze szczególnym uwzględnieniem nastolatki z zamiłowaniem do fotografii, u której ciekawość jest silniejsza od lęku. Strachu przed nieznanym, nieprzynależącym do tego świata. Strachu przed duchami? Jeśli w Beldame zagnieździły się jakieś duchy, to nie takie jak Maitlandowie z „Soku z żuka”. Nawet nie takie jak Beetlejuice/Betelgeuse. Chociaż nie, jest coś co łączy groźną istotę bądź istoty zamieszkałe w trzecim domu w Beldame z komicznym antybohaterem filmu Burtona. Wszyscy oni mogą przybierać przeróżne, dowolne formy. Zmiennokształtni. Coś jak Pennywise? Trochę tak, ale wróg czy wrogowie, jak sugeruje tytuł, od dawien dawna przyczajeni w odludnym zakątku nad Zatoką Meksykańską, najwyraźniej - o ile w ogóle istnieją - nie mają jakichś ulubionych kształtów, jak żarłoczny stwór grasujący w Derry (klaun, pająkopodobne coś) w „To” Stephena Kinga, czy truposz w pasiastym stroju z „Soku z żuka”. Istoty nazwane żywiołakami są, że tak to ujmę, dużo bardziej amorficzne. Powtórzmy: zakładając, że nie są jedynie mitem. Wytworem wyobraźni, wymysłem, projekcją nadmiernie wyciszonych umysłów, które niejedno lato spędziły „pod czujnym okiem” porzuconego wiktoriańskiego domu. W sąsiedztwie dwóch identycznych i równie starych budynków stojących na tej przeklętej(?) plaży. Ale najpierw pogrzeb. Trzeba przyznać, bardzo oryginalny. Zaskakujący, chory... Ród Savage'ów ma swoje tradycje. Zwyczaje kultywowane od pokoleń, a właściwie jeden zwyczaj, który osobom postronnym może wydać się „nieco” niesmaczny. Dawniej może i uzasadniony. Kiedyś może i miało to sens – pokręcony, ale zawsze – ale w drugiej połowie XX wieku (autor nie podaje dokładnej daty, ale chyba bezpiecznie można strzelić, że akcja książki toczy się w okolicach pierwszego wydania niniejszej powieści. Przypomnijmy: rok 1981), jak zresztą zauważa jedna z bohaterek „Żywiołaków”, trudno dopatrzeć się już jakiejś racjonalnej podstawy dla takiej praktyki. Ale tradycja, to tradycja. Rzecz święta. Dla Savage'ów z całą pewnością, ale gdyby zapytać McCrayów to zapewne powiedzieliby, że trzeba iść z duchem czasu, a nie ciągle oglądać się wstecz. A przynajmniej Luker i jego trzynastoletnia córka India, byliby takiego zdania. Mężczyzna wychował się w Mobile w Alabamie, ale jako jedyny z rodu McCrayów (na pewno jedyny z wciąż żyjących członków tej rodziny) opuścił swoje rodzinne strony. Przeprowadził się do Nowego Jorku... i przestał być Południowcem z krwi i kości. Michael McDowell jest znany jako swego rodzaju kronikarz południowej części Stanów Zjednoczonych. Wychował się w tych stronach (w Alabamie) i często o nich pisał. Historia, kultura, poglądy na różne kwestie i tak dalej, i tak dalej. W „Żywiołakach” McDowell można powiedzieć zderza Południe z Północą, która bynajmniej też nie była mu obca, wszak podobnie jak Luker McCray „wyemigrował” do północnej części Stanów Zjednoczonych. Mentalność południowców (generalizując) na kartach „Żywiołaków” najsilniej reprezentują Savage'owie, choć trzeba zaznaczyć, że to taka reprezentacja z przymrużeniem oka, w trochę krzywym zwierciadle. Tak samo zresztą autor potraktował reprezentantów mentalności (tu też: generalizując) z północy Stanów Zjednoczonych, czyli Lukera i Indię. I wszystkie pozostałe postacie zaludniające tę powieść. No może, z wyjątkiem rzeczywistych czy wyimaginowanych stworów zwanych żywiołakami. Tutaj już raczej próżno szukać tego komizmu, dryfowania w oparach absurdu zapewnianego nam przez tych członków dwóch zaprzyjaźnionych (połączonych też przez jedno małżeństwo) rodów, którzy na swoje nieszczęście wybrali się na wakacje.

Domniemany pierwowzór Lydii Deetz z „Soku z żuka” Tima Burtona, trzynastoletnia India McCray niezbyt mocno, ale zauważalnie, wysuwa się na pierwszy plan w świecie przedstawionym przez Michaela McDowella w jego poczytnych „Żywiołakach”. Dziewczyna z aparatem fotograficznym, która z równym zapałem podchodzi do robienia zdjęć – tą pasją zapewne zaraził ją ojciec, zawodowy fotograf – co do robótek ręcznych. Konkretniej, wyszywania. I, jak chyba większość młodych ludzi, jest ciekawa świata. Nad wyraz dociekliwa i nie tak strachliwa jak jej dorośli kamraci. Oni mówią: nie podchodź do trzeciego domu, a ona na to: niedoczekanie. Oni boją się trzeciego domu, o czym zresztą głośno mówią, ale nie ona. Bo nawet nie wie, czego konkretnie miałaby się bać. Zwykły dom, tyle tylko że częściowo zasłonięty górą nawianego przez lata piachu. Jego „bracia”, dwa pozostałe również wzniesione w XIX wieku, domy wakacyjne, stojące na tej odludnej plaży, w tej na pozór wybitnie spokojnej krainie, cichej, jeśli nie liczyć nieustającego szumu fal, w przeciwieństwie do niego mają stosunkowo troskliwych opiekunów. Nie zostały, tak jak on, porzucone. Osierocone. Pozostawione na pastwę żywiołów. Rzucone na pożarcie żywiołakom... Tak naprawdę śmiertelnicy nie mieli prawa głosu w tej kwestii. Trzeci dom został im zabrany. Przejęty przez jakieś złowrogie istoty? Straszliwych przybyszów z innego świata? A może potwory żyjące jedynie w wyobraźni Savage'ów i McCrayów? Luker, Dauphin i Leigh zdają się brać pod uwagę możliwość, że te tak zwane żywiołaki to jedynie produkty ich wybujałej wyobraźni z czasów dziecięcych. Lęki na tyle silne, żeby oprzeć się zazwyczaj zabijającej podobne strachy dorosłości. Lęki te, jak wynika ze słów samego McDowella, mogły zrodzić się w tych wtedy jeszcze bardzo młodych umysłach, na skutek izolacji. Parę tygodni w tak drastycznie odciętej od reszty świata krainie może przynieść taki efekt. W takich warunkach łatwo rodzą się potwory wyobraźni. Młodych i starszych. Ale nie Marian Savage. Ta nieżyjąca już, apodyktyczna kobieta przypuszczalnie nigdy nie wierzyła w opowieści o nadzwyczajnych intruzach bytujących w trzecim domu w Beldame. Stworach żerujących na tym (nie)zapomnianym kawałku amerykańskiej ziemi. W krainie nigdy. Czas w tym miejscu jakby się zatrzymał. Dzisiaj jest takie jak wczoraj, a i jutro najpewniej będzie dokładnie tak samo. Spędź parę dni w Beldame, to się przekonasz jak łatwo - i jakie to podstępnie przyjemne - zapomina się tu o całym świecie. Nie wiesz, jaki jest dzień i nic Cię to nie obchodzi. Mało myślisz, niewiele jesz, ale dużo pijesz, bo jest gorąco, coraz goręcej... Trzymasz się kurczowo tego rzekomego raju na ziemi, gdzie jedyną atrakcją jest dom z jedną ścianą prawie w całości zasłoniętą wydmą. I niekoniecznie istniejące stworzenia, których możliwe że nie zobaczysz nigdzie indziej (ja w każdym razie nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek, czy to w literaturze, czy kinematografii spotkała się z czymś takim). Mordercze(?) cosie ponoć grasujące na tej mocno ograniczonej, klaustrofobicznej, och jak duszącej, przestrzeni gdzieś w Alabamie. Na plaży obmywanej falami oceanicznymi. W boleśnie cichym miejscu, który, jak można się spodziewać, tego lata stanie się areną upiornych wydarzeń. Poleje się krew winnych i niewinnych. Nasi ekscentryczni, zdecydowanie nieszablonowi wczasowicze – tak, tak, wczasowiczki też – zderzą się z okropieństwami, których się nie spodziewali. A przynajmniej większość z nich, bo skoro są duchy (a są?), to można się spodziewać też osoby, która widzi, wie, potrafi więcej niż „zwyczajni” śmiertelnicy. Medium? Ktoś w tym guście.

Wyborne miejsce akcji. Kreatywne spojrzenie na klasyczny motyw nawiedzonego domu/miejsca. Niekonwencjonalne osobowości: konserwatyści, tradycjonaliści i liberałowie (prawdziwie wolne, maksymalnie wyzwolone... lekkoduchy) w nieprzesadnie satyrycznym kadrze - daję słowo, że zdarzało mi się śmieć na cały głos, z głębi serca. Szczypta makabry w lepkim klimacie nadnaturalnego zagrożenia, które może nie istnieć. Zbliżających się... nie, „oni już tu są”: stwierdziła pewna jasnowłosa dziewczynka. I miała rację, więc lepiej nie bagatelizować złych przeczuć trzynastolatki. Której wolno więcej nic większości(?) jej rówieśników. „Żywiołaki” Michaela McDowella to według mnie pozycja obowiązkowa dla fanów opowieści o nawiedzonych (choćby tylko rzekomo) miejscach. Domach i nie tylko, które przypuszczalnie są siedliskiem jakiejś istoty, czy istot z innego świata. Piękny nadnaturalny horror psychologiczny z nutką gore i garścią humoru, który według mnie aż prosi się o filmową wersję. Może kiedyś, a tymczasem łapcie książkę, póki dostępna. Tak tylko sugeruję:)

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 5 października 2021

„Zło wcielone” (2021)

 

Lata 80-te XX wieku. Świeżo upieczony profiler, agent specjalny Bill Hagmaier, zgłasza się na ochotnika do przeprowadzenia rozmów z przebywającym w celi śmierci na Florydzie seryjnym mordercą Tedem Bundym. Głównym celem agentów jest pozyskanie informacji na temat jego ofiar, ale przełożony Hagmaiera wątpi, żeby udało się przekonać Bundy'ego do kontaktów z pracownikiem znienawidzonego przez niego Federalnego Biura Śledczego. Bill uważa jednak, że warto spróbować. Nawiązuje z zabójcą korespondencję listowną i nieoczekiwanie uzyskuje od niego zgodę na spotkanie w cztery oczy. Z czasem pomiędzy mężczyznami narodzi się skomplikowana relacja.

Ja i film z Tedem Bundym? To dziwny związek” - pierwsza myśl brytyjsko-amerykańskiej aktorki, reżyserki, scenarzystki i producentki filmowej, twórczyni między innymi „How to Cheat” (2011) i „No Light and No Land Anywhere” (2016), Amber Sealey, po przekazaniu jej – przez jej agenta – materiałów na kolejny film o jednym z najbardziej znanych seryjnych morderców. Scenariusz stworzono w oparciu o nagrania i transkrypcje z bazy FBI oraz wspomnienia agenta specjalnego Billa Hagmaiera, który w latach 80-tych XX wieku przeprowadził serię rozmów z przebywającym w celi śmierci na Florydzie, niesławnym Theodore'em Robertem Bundym. Jego autorem jest Kit Lesser - pseudonim C. Roberta Cargilla, współscenarzysty między innymi „Sinister” Scotta Derricksona i „Sinister 2” Ciarána Foya. To pierwszy solowy scenariusz Cargilla, który już przy pierwszej lekturze przekonał Amber Sealey do zajęcia się nim od strony reżyserskiej. „Jak siedzieć tak blisko zła i pozostać dobrym człowiekiem?”, to przede wszystkim zaintrygowało ją w tej historii. Autentycznej historii człowieka, który autentycznie ją zafascynował: Billa Hagmaiera, emerytowanego już agenta FBI, światowej sławy profilera, który dostarczył filmowcom wielu cennych materiałów do „No Man of God” (pol. „Zło wcielone”). Dramatu psychologicznego z elementami thrillera zrealizowanego podczas lockdownu tłumaczonego pandemią COVID-19. Pierwszy pokaz filmu odbył się w czerwcu 2021 roku na Tribeca Film Festival, a w sierpniu tego samego roku otwarto dystrybucję internetową. Do Polski „Zło wcielone” trafiło w październiku 2021 roku: CDA Premium.

Podły, okrutny, zły” i miniserial dokumentalny „Rozmowy z mordercą: Taśmy Teda Bundy'ego” Joego Berlingera, „Ted Bundy: American Boogeyman” Daniela Farrandsa i oczywiście „Zło wcielone” Amber Sealey – a to tylko przykłady z ostatnich lat. Właściwie to takiej obfitości filmów o Tedzie Bundym (w tak krótkim okresie) jeszcze nie było. Skąd to wzmożone zainteresowanie w branży filmowej tym seryjnym mordercą, który został stracony w 1989 roku? Nie mam pojęcia. Ważniejsze pytanie to czy z tak wyeksploatowanego tematu da się jeszcze wydobyć jakieś „atrakcje” dla widza? Zaciekawić tą wielokrotnie wałkowaną już na ekranie (nie wspominając o literaturze) historią? „Zło wcielone” w reżyserii Amber Sealey niewątpliwie odróżnia się od poprzednich – przynajmniej tych znanych mi – produkcji o „jednym z największych celebrytów” wśród seryjnych zabójców. Jeśli nie największym. Od strony technicznej to dość ambitne przedsięwzięcie pod kierownictwem Amber Sealey, przypominało mi fenomenalny „Spotlight” Toma McCarthy'ego. Ładunek emocjonalny w moim poczuciu mniejszy, ale naga ekspozycja podobna. Oszczędne, minimalistyczne środki. Kameralny światek, w którym toczą się ważkie rozmowy. Cała intryga u Sealey zasadza się na interakcjach międzyludzkich. Zwłaszcza na tej jednej, na tej, która rozpoczęła oszałamiającą karierę w Federalnym Biurze Śledczym. Nie wiadomo, jak potoczyłoby się życie zawodowe agenta specjalnego, profilera Billa Hagmaiera, gdyby nie zajmował się przypadkiem Teda Bundy'ego. Gdyby ich ścieżki nigdy się nie przecięły. Nie można wykluczyć, że tak czy inaczej Hagmaier był skazany na sukces, że i bez Bundy'ego stałby się jednym z najbardziej znanych profilerów na świecie. Ale Bundy na pewno mu ułatwił. Niejeden osadzony z kręgu zainteresowania FBI był gotów rozmawiać tylko z nim, człowiekiem, który cieszył się szczególnymi względami samego Teda Bundy'ego. Bo Ted Bundy prawdopodobnie ze wszystkich ludzi na świecie, ze wszystkich grup społecznych, zawodowych, najbardziej nienawidził właśnie agentów Federalnego Biura Śledczego. W scenariuszu „Zła wcielonego” bynajmniej nie pominięto tej jego, w sumie zrozumiałej, awersji. W końcu ci ludzie stali „po drugiej stronie barykady”. Policjanci także, a jednak im było łatwiej namówić go na rozmowę w dość długim okresie spędzonym w celi śmierci na Florydzie. Amber Sealey i jej ekipa przenoszą nas do lat 80-tych XX wieku. Klimat retro jest, ale stylizacji na obraz powstały w tamtej dekadzie (jak choćby w „Grindhouse'ach” Quentina Tarantino i Roberta Rodrigueza), to tutaj nie zobaczymy. Chociaż nie, niekoniecznie. Od czasu do czasu, z rzadka, wkraczają wybornie zmontowane kolaże z fragmentami różnych nagrań pochodzących z tamtego okresu. Niektóre z nich może i odpowiednio wystylizowano, ale choćby ze słów samej Amber Sealey, wynika, że przynajmniej jakaś ich cześć „została wyjęta z archiwum”. Trzeba jeszcze dodać, że te konkretne wycieczki w przeszłość, te pięknie posklejane przerywniki, poprzetykano już jawnie, ponad wszelką wątpliwość, stworzonymi specjalnie na potrzeby tego obrazu sugestywnymi, całkiem mrocznymi wstawkami „przedzieramy się przez ciemny las” - „Blair Witch Project”:) Właściwa ścieżka fabularna biegnie przez umiarkowanie „posępną okolicę”. Monotonny „krajobraz”, w którym dominują przygaszone, metaliczne kolory. W żywszych, cieplejszych barwach odmalowano natomiast rzadkie scenki z Billem Hagmaierem za kierownicą samochodu. W każdym razie w tych miejscach zmiana tonacji kolorystycznej najmocniej rzucała mi się w oczy. Najsilniejszy kontrast, który poza wszystkim innym ciekawie koresponduje – ładnie się gryzie – z niepokojącymi sygnałami wysyłanymi do widza w tych pławiących się w słońcu „samochodowych perypetiach” głównego bohatera „Zła wcielonego”.

W takich filmach, jak „Rozmowa z gwiazdą” Steve'a Buscemiego, „Śmierć i dziewczyna” oraz „Wenus w futrze” Romana Polańskiego i wreszcie „Spotlight” Toma McCarthy'ego, właściwie wszystko zależy od aktorów. W takich filmach jak „Zło wcielone” Amber Sealey praktycznie cały ciężar spoczywa na barkach członków obsady. Przy tak opowiadanych historiach nawet najdrobniejsze zgrzyty, warsztatowe niedociągnięcia aktorów, mogą pogrążyć całość w oczach znacznej części widzów. Bo przy tak podanych historiach oko jest bardziej niż zwykle wyczulone na fałszywe nuty w mowie, gestach i mimice występujących na tych skromnych... deskach teatru. Bo to istotnie nasuwa silne skojarzenia ze spektaklami teatralnymi. Mnie na pewno. Już sam skrótowy opis fabuły „Zła wcielonego” wskazuje na spektakl dwóch aktorów. Jak chociażby w „Rozmowie z gwiazdą”. Ale nie. Nie do końca tak jest. Choć oczywiście skomplikowana relacja agenta FBI z seryjnym mordercą przebywającym w celi śmierci, jest głównym, integralnym, fundamentalnym składnikiem tej na swój sposób fascynującej historii. Opowieści, którą napisało życie. W każdym razie tę część, która się nagrała – taśmy zgromadzone przez w tamtym czasie nowy narybek Jednostki Nauk Behawioralnych FBI, agenta specjalnego Billa Hagmaiera, bo cała reszta opiera się na zeznaniach świadków, zwłaszcza samego Billa. Nie żebym zarzucała komuś kłamstwa. Chcę przez to powiedzieć tylko tyle, że co nieco trzeba (albo nie, to już zależy od widza) po prostu wziąć na wiarę. Zaufać emerytowanemu już agentowi specjalnemu. W którego w wyśmienitym stylu wcielił się Elijah Wood. Rola Teda Bundy'ego została natomiast powierzona Luke'owi Kirby'emu, który na początku odrzucił tę propozycję. Ale Amber Sealey nie chciała odpuścić. Tak się złożyło, że spotkali się w parku (stali metr-dwa metry od siebie, bo COVID) i wtedy udało jej się przekonać Kirby'ego do odegrania zła wcielonego. Jego kreacji Teda wprawdzie niczego zarzucić nie mogę – bezbłędny występ – ale pomimo uporczywych starań, nie potrafiłam zahamować napływu wspomnień Zaca Efrona, który, uważam, po mistrzowsku odegrał strasznego Teda w „Podłym, okrutnym, złym” Joego Berlingera. Gdybym tego nie widziała, to pewnie byłabym zachwycona aktorskim popisem Luke'a Kirby'ego, ale w takim układzie... Dobra robota, jednak to starcie Tedów u mnie wygrywa pan Efron. Pozostali aktorzy też stanęli na wysokości zadania – tutaj trzeba wyróżnić Aleksę Palladino, której po Woodzie i Kirbym dostało się największe pole do popisu. W tym zakładzie karnym, w którym toczą się ważne rozmowy. Najważniejsze to zmusić podręcznikowego psychopatę do podania nazwisk wszystkich jego ofiar i wskazania miejsc, w których porzucił zwłoki tych, których jeszcze nie odnaleziono. To główny cel agenta specjalnego Billa Hagmaiera. Cele jego interlokutora są zaś bardziej ukryte. Może szuka rozrywki, może przyjaciela, czy raczej kolejnej osoby (takiej „drugiej Ann Rule”, autorki kultowej książki true crime „Ted Bundy. Bestia obok mnie”, którą też wspomniano w scenariuszu „Zła wcielonego”), która zawsze go wysłucha, co już niekoniecznie będzie równie dobrze działało w drugą stronę. Najbardziej prawdopodobne wydaje się jednak to, że Ted Bundy, jak to on, szuka okazji do popisania się swoimi „wielkimi zdolnościami”. Zaimponować młodemu agentowi FBI w bliskiej mu dziedzinie. Udowodnić mu, że jest lepszym profilerem od niego. Billowi, ale i samemu sobie, bo Amber Sealey dołożyła starań, by widz odbierał Teda jako jednostkę niepewną siebie, chorobliwie wręcz łaknącą uwagi, usilnie szukającą poklasku. Reżyserka „Zła wcielonego” jest zdania, że Ted Bundy tylko udawał pewnego siebie, a rozmowy z agentem Billem Hegamaierem niewątpliwie podbudowywały jego poczucie własnej wartości. Pieściły jego ego, ale z filmu Sealey wynika także, że Bundy mógł czerpać z tej „przyjaźni” też inną korzyść. Że dodatkową podnietę czerpał z popychania „grzecznego chłopca” ku przepaści. Profiler i badany zamienili się miejscami i to już przy pierwszym spotkaniu w cztery oczy. Wygląda na to, że w tej rozciągniętej na lata partii szachów prowadzi „czaruś Ted”. Wodzi na pokuszenie niedoświadczonego agenta FBI. Uparcie wiedzie go w kierunku, który sam niegdyś obrał. Próbuje rozbudzić w nim instynkt mordercy. Nieodpartą potrzebą zabijania niewinnych. Interesująca, doskonale przemyślana praca kamer – przeróżne proste, acz jakże efektowne triki operatorskie, jak na przykład oblicze Teda w oku uformowanym z ramienia Billa. Budząca dyskomfort, uwierająca, nieprzyjemna intymność, którą zawdzięczamy także ciasnym, klaustrofobicznym, dusznym pomieszczeniom (oczywiście ze wskazaniem na mały pokój widzeń/salę przesłuchań), w których Bill spotyka się z Tedem. Intensywna próba sił. UWAGA SPOILER Która miała nam pokazać między innymi jak dobrym profilerem był Bill Hagmaier. Twórcom zależało byśmy, tak jak Ted, trwali w tym dziwnych związku w poczuciu, że biedny Bill jest okrutnie manipulowany przez nadzwyczaj przebiegłego seryjnego mordercę, gdy tak naprawdę jest na odwrót KONIEC SPOILERA. W moim odbiorze co prawda wkradała się w to jakaś monotonia, czasami dopadało mnie lekkie znużenie tymi rozmówki niekoniecznie o niczym, ale nawet wtedy ani myślałam odrywać oczu od ekranu. Tak mnie to wciągnęło. I jeszcze te wstrząsy. Dwa momenty, w których dosłownie ścisnęło mi krtań – gdy Ted wywiązuje się z obietnicy danej lata wcześniej Billowi (pod warunkiem, że mu zaufa) i gdy Bill odpowiada mu na pytanie pewnie retoryczne: dlaczego dano mu tak mało czasu? Dlaczego tak podle, tak bezdusznie go potraktowano? O ty nieszczęsny Tedzie...

Kolejne podejście do historii charyzmatycznego seryjnego mordercy Teda Bundy'ego, dramat psychologiczny z elementami dreszczowca pt. „No Man of God” (pol. „Zło wcielone”) wyreżyserowany przez Amber Sealey, w sumie pozytywnie mnie zaskoczył. Spodziewałam się „odgrzewania nieświeżego kotleta”, co najwyżej średnio emocjonującego powtórzenia materiału o życiu i śmierci strasznego Teda. I niecodziennej relacji z agentem, który potem stanie się jednym z najbardziej znanych profilerów na świecie. To przede wszystkim. O tym związku dwóch mężczyzn z zupełnie innych bajek (czyżby?) przede wszystkim opowiada to pięknie zrealizowane dziełko. Mniej znaczy więcej. Kameralność jest dobra. Nie zawsze, bo to dość kapryśna siła, ale ekipie „Zła wcielonego” w mojej ocenie udało się nad nią zapanować. Smakowało nadspodziewanie dobrze. Tylko dobrze. Nie mylić z bardzo dobrze.