
Tygodniowy
pobyt na jednej z chorwackich wysp gwarantuje młodym ludziom mnóstwo
dobrej zabawy. Conocne mocno zakrapiane imprezy każdego
roku przyciągają tłumy licealistów i studentów. Julia, jej
najlepsza przyjaciółka Jessica i kilka inna osób z ich niedawnej
klasy w taki właśnie sposób świętują ukończenie szkoły
średniej. Ale sielanka nie trwa długo. W trakcie jednej z imprez
pomiędzy Julią i Jessicą dochodzi do kłótni, po której
dziewczęta się rozdzielają. Nazajutrz Julia odkrywa, że jej
przyjaciółka nie wróciła do zajmowanego przez nie pokoju
hotelowego. Usilne próby skontaktowania się z nią nie przynoszą
rezultatów, ale Julia odbiera jedną wiadomość wysłaną z numeru
zaginionej koleżanki. Zdjęcie przekreślonej twarzy Jessiki, które
po paru sekundach samo się kasuje. Jej znajomi nie przejmują się
tą sytuacją, ponieważ mają powody zakładać, że dziewczyna
opuściła wyspę. Ale Julia mocno się zamartwia. Tym bardziej, gdy
ich grono zmniejsza się o kolejną osobę. Nastolatka jest coraz
bardziej przekonana, że wszystkim im grozi śmiertelne
niebezpieczeństwo.
Austriacki
teen slasher „Party Hard Die Young” (tytuł alternatywny:
„Die letzte Party deines Lebens”) jest trzecim pełnometrażowym
horrorem Dominika Hartla - po melodramacie „Beautiful Girl” z
2015 roku i horrorze komediowym „Atak tyrolskich zombie” z 2016
roku - i pierwszym, nad scenariuszem którego nie pracował. Ale z
konieczności znacznie skrócił pierwotny skrypt autorstwa Roberta
Buchschwentera i Karin Lomot. Dominik Hartl „Party Hard Die Young”
kręcił głównie z myślą o młodych Austriakach, a w związku z
tym to ich reakcji obawiał się najbardziej. Okazało się, że
niepotrzebnie, bo film został dobrze przyjęty w tamtych kręgach.
Zresztą poza Austrią też zdążył już znaleźć trochę
sympatyków. Budżet „Party Hard Die Young” oszacowano na trzy
miliony euro, a swoją premierę miał w marcu 2018 roku w Austrii.
Dominik Hartl nie wyklucza powrotu do horroru w niedalekiej
przyszłości, ale na razie pracuje nad czymś innym. Nad filmem,
który, wedle jego słów, jest głębszy i bardziej osobisty od jego
dotychczasowych dokonań.
Miejsce
akcji: chorwacka wyspa. Bohaterowie: grupa młodych ludzi.
Antagonista: morderca w minimalistycznej masce. Jak to się rozwinie?
Wiadomo: tajemniczy zabójca urządzi sobie polowanie w tej
malowniczej scenerii, ograniczając swoje cele do zaledwie kilku z
paru tysięcy osób goszczących na wyspie. Dominik Hartl chciał
zarazem oddać współczesne realia młodych ludzi i przywołać
ducha lat 80-tych XX wieku. A ściślej ówczesnych teledysków.
Kontrastujące ze sobą jaskrawe kolory, migające światła i
dynamiczny montaż miały nadać temu lekki koloryt szalonych lat
80-tych, przy jednoczesnym zachowaniu nowoczesnego klimatu i
nowoczesnych bajerów: portale społecznościowe, filmiki nagrywane
telefonem, samo kasujące się zdjęcia i przede wszystkich zrzuty z
ekranów smartfonów niektórych bohaterów. W efekcie „Party Hard
Die Young”, jak słusznie zauważyli już niektórzy jego odbiorcy,
przypomina hollywoodzkie rąbanki naszych czasów. Czyli dużo żywych
kolorów, sporo akcji i minimum, nazwijmy je, makabrycznych efektów
specjalnych. Powiedzmy, bo z owej makabry wyróżnić można tylko
sekwencję z butelką wbijaną w gardło UWAGA SPOILER (która
łączy się z kadrem unaocznionym podczas napisów końcowych)
KONIEC SPOILERA, która mogła (ale nie musiała) powstać z
inspiracji „Ty będziesz następna” w reżyserii Stewarta
Hendlera, będącym luźnym remakiem „Domu pani Slater” Marka
Rosmana. Bo to bardzo charakterystyczna scena mordu – bodaj
najsilniej kojarząca się z tamtym filmowym przedsięwzięciem. W
innym momencie przyszedł mi natomiast na myśl horror Roberta Heatha
w Polsce dystrybuowany pod tytułem „Raz dwa trzy umierasz ty”.
Zaznaczyć jednak trzeba, że motyw, o którym tutaj mowa jest już
bardziej pospolity. Jeszcze inny tytuł przywołali sami twórcy.
Celowo nawiązali do „Koszmaru minionego lata” Jima Gillespiego i
to z dużym wdziękiem. W sposób, który chyba nie może nie wywołać
życzliwego uśmiechu na twarzach miłośników filmów slash.
Wydawać by się mogło, że jednym z najatrakcyjniejszych, z punktu
widzenia fana gatunku, składowych „Party Hard Die Young” będzie
sceneria, bo wyspy w tego typu obrazach zwykle gwarantują
przynajmniej lekkie poczucie wyalienowania, izolacji, dyskomfortowego
zamknięcia w jednej przestrzeni z wrogiem, ale w tym przypadku ten
sugestywny klimat gdzieś się niestety gubi. Ale wróg jest. Kto
zacz, okaże się później, ale przypuszczam, że niewielu częstych
odbiorców wszelkiej maści horrorowych rąbanek, to rozwiązanie
jakoś szczególnie zelektryzuje. I mówię tutaj też o tych
osobach, którym do tego czasu nie uda się rozszyfrować tożsamości
sprawcy, ponieważ sama się do nich zaliczam. Z drugiej strony
istnieje możliwość, że rozwiązanie tej zagadki nie wywarło na
mnie zamierzonego efektu, dlatego że kojarzyło mi się ono z innym,
również powstałym w XXI wieku slasherem osadzonym na
wyspie. Co nie znaczy, że nie znalazłoby się więcej horrorów
wykorzystujących podobny motyw. Bo nie jest on bardziej wyszukany od
pozostałych partii scenariusza. No dobrze, maska noszona przez
mordercę bądź morderczynię jest pomysłowa i jestem przekonana,
że można by na niej zbudować kilka w miarę upiornych sekwencji,
gdyby nie ograniczono się do szybkich migawek tego absolutnie
nieprzekombinowanego rekwizytu. Sama naturalnie tego nie zauważyłam,
ale znalazłam wypowiedź Dominika Hartla, w której zdradza, że
poza maską i niektórymi fragmentami ubioru głównej bohaterki w
„Party Hard Die Young” nie widać koloru żółtego. On i jego
ekipa wystarali się o to – to było jak najbardziej celowe
zagranie, mające przemawiać do podświadomości widzów. A skoro
nie do świadomości, to nie potrafię powiedzieć, czy na mnie ten
eksperyment się powiódł.
Imprezy,
imprezy, imprezy. Huk, rażące światła, mnóstwo żywych kolorów
i nieprzebrana ilość młodych ludzi ściśniętych niemal jak
sardynki w puszce. Innymi słowy sceneria wprost wymarzona dla osób
lubiących poruszać się niekoniecznie w takt muzyki i wypić tyle,
żeby następny poranek spędzić na kolanach przed tronem. Bo czyż
jest coś wspanialszego od torsji? Nie, nie, o tym nie myślimy.
Bawimy się, jakby jutro miało nigdy nie nadejść. A mamy do tego
naprawdę doskonałe warunki. Cała wyspa tętni nocnym życiem –
wszędzie słychać muzykę, rozentuzjazmowane głosy i podkręcające
imprezowy nastrój gadki organizatora tego bardzo dochodowego
przedsięwzięcia. Corocznego spędu tysięcy młodych ludzi na
tygodniową balangę. Bawimy się każdej nocy, a w dzień głównie
leczymy kaca i wylegujemy się na plaży. Żyć nie umierać. Tylko
że tego lata niektórzy pożegnają się z życiem na tej
chorwackiej wyspie. Pierwszą osobą, która doda dwa do dwóch
będzie Julia, w całkiem przekonujący sposób wykreowana przez
Elisabeth Wabitsch. To znaczy w zaistniałych warunkach, bo trzeba
zaznaczyć, że nawet ta domniemana final girl, nie została
potraktowana przez twórców „Party Hard Die Young” z należytą
uwagą. Na jej koleżankach i kolegach w tej kwestii tym bardziej
więc nie ma co polegać. Powiecie: przecież w slasherach
normą jest pobieżne przedstawianie bohaterów. Niepogłębione,
wąskie portrety osobowościowe ludzi, którzy stają się zwierzyną
dla takiego czy innego często zamaskowanego mordercy. Nie, aż tak
powierzchowni scenarzyści tego rodzaju horrorów przeważnie nie są.
Zdarza się, nie mówię, że nie, ale średnia jest wyższa.
Generalnie nie mam trudności z wczuciem się w slasherowych
bohaterów, a przynajmniej z poskładaniem sobie ich charakterów na
tyle, bym mogła traktować ich jako oddzielne, indywidualne
stworzenia. W „Party Hard Die Young” natomiast znajomi głównej
bohaterki nierzadko zlewali mi się w jedno. Zwłaszcza męska część
tego grona. Z kobietami (nie wszystkimi) było łatwiej tylko
dlatego, że przy ich tworzeniu wspomagano się większą ilością
szablonów od dawna wykorzystywanych w tego typu horrorach. Mamy więc
racjonalną Julię, która na początku filmu wprawdzie pozwala sobie
na chwilę „szaleństwa”, tak przecież nietypową dla final
girl starszego typu (bo później ukształtował się też inny
model final girl, w który tamto nieprzemyślane posunięcie
Julii lepiej się wpasowuje), ale poza tym nie wychodzi poza
archetypowe ramy tej postaci. Nie ma posłuchu w grupie - nawet
wówczas, gdy niejako na ich oczach ginie już druga osoba z ich
wąskiego grona, nie potrafi przekonać reszty do przynajmniej
rozważenia możliwości, że to nie był zwyczajny wypadek. Nie
potrafi, wzorem swoich kolegów i koleżanek, przejść do porządku
dziennego nad zniknięciem Jessiki, trwać w imprezowym nastroju w
sytuacji gdy najpierw znika jedna z nich, a potem druga, już ponad
wszelką wątpliwość, traci życie. Wśród żeńskich postaci, w
pewnym sensie, wyróżnia się jeszcze klasowa piękność (a
przynajmniej za takową jest uważana, ale i sama zdaje się być
przekonana o swojej niezwykłej urodzie), która znajduje przyjemność
w dręczeniu puszystej koleżanki. Koleżanki, która nie daje sobą
pomiatać, która nie przepuści okazji do utarcia nosa zapatrzonej w
siebie rówieśniczce. W swoim osobistym rankingu postaci
zaludniających „Party Hard Die Young” na przedzie umieściłam
właśnie tę ostatnią, co tu dużo mówić, wojowniczkę, ale
żałowałam, że jedną konkretną kobiecą postać uśmiercono tak
szybko. Z drugiej strony nie spodziewałam się tego. Więcej
przewrotności w procesie eliminacji bohaterów jednak już nie
zaznałam. Szerzej też nie. Historia toczy się po utartym torze, co
samo w sobie dla mnie wadą nie jest, wszak wprost uwielbiam twardą
konwencję slasherów, ale jeśli dodać do tego przesadnie
krzykliwą oprawę audiowizualną, wyraźny brak cierpliwości w nie
tak znowu licznych sekwencjach z zamaskowanym oprawcą, niestarannie
wykreślone postacie młodych ludzi, którzy walczą o życie na
notabene akurat mocno zaludnionej wyspie, to robi się naprawdę
nieciekawie. Najpierw jednak przechodzimy przez zwyczajowe podchody,
domniemania, wątpliwości, podejrzenia etc. A to wszystko w lekko
teledyskowej formie, która mnie tylko utrudniała śledzenie owej
nieskomplikowanej opowiastki o nastolatkach, na których ktoś
dosłownie się uwziął. Dlaczego? Bo tak? W slasherach
motywy nie zawsze są istotne, ale w „Party Hard Die Young”
niekoniecznie też tak będzie. Oprócz tożsamości mordercy można
próbować odgadnąć, co nim kieruje. Ot tak, na wszelki wypadek.
Inna sprawa, czy to zajęcie dla wszystkich odbiorców omawianej
produkcji, z długoletnimi fanami slasherów włącznie,
będzie na tyle zajmujące, żeby wytrwali do napisów końcowych. Ja
co prawda wytrzymałam, ale wierzcie mi, nie przyszło mi to łatwo.
Bo to zdecydowanie nie nie są moje klimaty. Slashery jak
najbardziej, ale nie w takim wydaniu. Za dużo Hollywoodu, za mało
mroku czy posępności. O poziomie brutalności już nie wspominając,
bo ten nawet jak na rzeczony nurt horroru jest bardzo niski. A
emocjonalne napięcie? Hmm... a cóż to takiego?
Jako
fanka slasherów i osoba zasadniczo (są wyjątki)
nieprzepadająca za horrorami komediowymi wybieram... „Atak
tyrolskich zombie”. Wierzcie w to lub nie, tamto dokonanie Dominika
Hartla bardziej mnie przekonało. Co z tego, że „Party Hard Die
Young” jest utrzymany w konwencji mojego ulubionego podgatunku
horroru, skoro tak silnie wieje z niego nudą? Nie żeby klimatu ta
produkcja nie miała. Owszem ma. Jest kolorowo, hucznie i w ogóle po
hollywoodzku. A co myśleliście, że Austriacy są gorsi? Nie, nie
myślcie sobie, że tylko Amerykanie potrafią nakręcić slasher
na bogato – dynamiczną, krzykliwą, plastikową rąbankę dla
ludzi o słabszych żołądkach. Film o zamaskowanym mordercy
obierającym sobie za cel absolwentów szkoły średniej bawiących
się na chorwackiej wyspie, gdzie alkohol leje się strumieniami, a
muzyka gra do rana. Film, w którym aż roi się od kolorów, tylko
jakoś czerni i szarości mało... Ale po co komu takie smęty, skoro
może mieć widowisko na miarę naszym czasów? Wszystko ma się
błyszczeć, od przesytu ma nam się zakręcić w głowach, bo
techniczne przejaskrawienia to jest to, czego współczesna publika
oczekuje. A wieloletni wielbiciele slasherów? No cóż, pewna
być nie mogę, ale jakoś wątpię, żeby do wielu z nich ta
propozycja przemówiła.
Ciężko mi zdecydować, czy bym chciała go obejrzeć, czy jednak nie xD
OdpowiedzUsuńwww.whothatgirl.pl