Rok
1968. Nastoletni Thad Beaumont zaczyna miewać potężne bóle głowy,
podczas których słyszy ptaki. Okazuje się, że w jego mózgu
zagnieździły się resztki jego nieprawidłowo wchłoniętego przez
Thada jeszcze w łonie ich matki brata bliźniaka, które z jakiegoś
niewiadomego powodu z czasem urosły. Po usunięciu przez lekarzy
fragmentów ciała nienarodzonego dziecka z mózgu Thada dolegliwości
ustępują.
Rok
1991. Thad mieszka w stanie Maine wraz z żoną Liz i dwójką ich
małych dzieci. Jest wykładowcą uniwersyteckim i powieściopisarzem.
Książki wydane pod jego nazwiskiem nie sprzedają się dobrze, ale
mężczyzna pisze też pod pseudonimem George Stark. Te powieści o
seksie i przemocy przynoszą mu niemały dochód i tylko garstka
ludzi wie, że to on jest ich autorem. Pewnego dnia na uniwersytecie
pojawia się niejaki Fred Clawson, który informuje Beaumonta, że
wyjawi jego tajemnicę opinii publicznej jeśli mu nie zapłaci. Po
rozmowie z żoną Thad uznaje, że najlepiej będzie ubiec Clawsona i
samemu się zdekonspirować. Czym prędzej podaje do publicznej
wiadomości informację, że to on ukrywał się pod pseudonimem
George Stark i że ta gałąź jego działalności dobiegła końca.
Okazuje się jednak, że to nie jest takie proste. George Stark nie
zamierza tak łatwo dać się usunąć. Mroczna strona osobowości
Thada zaczyna zabijać ludzi, którzy próbowali ją unicestwić, a
jedynym podejrzanym jest Beaumont. On sam natomiast jest przekonany,
że George Stark jakimś niepojętym sposobem ożył, stał się
odrębną istotą, która ze wszech miar pragnie utrzymać się przy
życiu.
Uważa
się (choć nie rozciąga się to na absolutnie wszystkich), że „Mroczna połowa” George'a A. Romero to jedno z
wierniejszych przeniesień na ekran twórczości Stephena Kinga, że
ten kojarzony przede wszystkim z zombie movies nieżyjący już
artysta bardzo pieczołowicie odwzorował fabułę powieści z 1989
roku na kartach scenariusza. Bo George Romero był zarówno reżyserem
jak i scenarzystą „Mrocznej połowy”, filmu który nie
zgromadził zatrważającej liczby wiernych fanów. Budżet produkcji
oszacowano na piętnaście milionów dolarów. Może i nie jest to
szczególnie wygórowana suma, ale dla człowieka, który przywykł
do niższych kwot, który kręcił za dużo mniejsze pieniądze,
piętnaście milionów dolarów to sporo. Jednakże utrudnienia i tak
się pojawiły. „Mroczna połowa” była gotowa w 1991 roku, ale
ze względu na problemy finansowe Orion Pictures Corporation na
wydanie musiała czekać do roku 1993.
Nie
jestem teraz w stanie ustosunkować się do krążących w Sieci
informacji o jakoby wiernym przełożeniu powieści Stephena Kinga na
ekran, ponieważ książkę pierwszy i jak na razie ostatni raz
czytałam przed paroma laty. Zarys tej historii ostał się w mojej
pamięci, ale szczegóły niestety wyparowały. Pamiętam, że nieźle
się to czytało, ale do grona moich ulubionych utworów Kinga
„Mroczna połowa” nie dołączyła. Do ekranizacji lub adaptacji
robiłam dwa podejścia. Pierwsze skończyło się fiaskiem (nie
zobaczyłam napisów końcowych) nie z powodu drastycznie niskiego
poziomu filmu tylko za sprawą okoliczności, że tak je nazwę
zewnętrznych (pojawiło coś ważniejszego do zrobienia). Potem mój
apetyt na „Mroczną połowę” zgasł. Mijały lata, a ja wciąż
nie mogłam zmusić się do ponownego sięgnięcia po tę pozycję. W
końcu się udało i tym razem nic nie przeszkodziło mi w oglądaniu
niniejszego przedsięwzięcia George'a Romero. Do przewidzenia było,
że „Mroczna połowa” „ojca żywych trupów” nie wejdzie w
poczet moich ulubionych adaptacji i ekranizacji utworów Stephena
Kinga, bo materiał wyjściowy (powieść) na to nie wskazywał.
Trudno byłoby wskoczyć parę pięter wyżej w filmie, przeskoczyć
o parę poziomów literacki pierwowzór, bo właśnie to musiałby
zrobić George Romero, żebym wpadła w prawdziwy zachwyt nad tym
projektem. Nie było to kompletnie niemożliwe, ale mało
prawdopodobne. Okazało się, że film oglądało mi się trochę
gorzej niż czytało książkę – wielkiej przepaści pomiędzy
tymi dwiema wersjami „Mrocznej połowy” nie dostrzegłam,
niemniej moje wrażenia podczas obcowania z lekturą były ociupinkę
większe. I nie tylko dlatego, że wolę czytać niż oglądać oraz
nie tylko z powodu naturalnej przewagi jaką daje pierwsze spotkanie
z daną opowieścią, a takowym w moim przypadku było słowo pisane.
Z tego co pamiętam Stephen King zręczniej żonglował napięciem –
ustępy mające na celu wzmóc poczucie zagrożenia, zagęścić aurę
niebezpieczeństwa poprowadził z nieco lepszym dla mnie skutkiem.
Choć znam powieści, w których King w tej materii spisał się o
niebo lepiej. George Romero i jego ekipa nie sprawili co prawda, że
śledziłam losy Thada Beaumonta z całkowitą obojętnością, nie
irytowali mnie kompletnym brakiem napięcia podczas scen z udziałem
alter ego tego bohatera, ale miażdżące to na pewno nie było. Z
tego materiału z łatwością można było wykrzesać więcej, tym
bardziej jak się nazywało George Romero. Timothy Hutton miał w
„Mrocznej połowie” podwójną rolę. W miarę przekonująco
wcielił się zarówno w postać niezdarnego powieściopisarza i
wykładowcy uniwersyteckiego, szczęśliwego męża i ojca małych
bliźniaków, jak i bezwzględnego George'a Starka, tytułową
mroczną połowę Beaumonta. Przyznam, że przez
jakiś czas trwałam w przekonaniu, że alter ego Thada kreuje inny
aktor, że dałam się zwieść tej, przecież bardzo oszczędnej,
charakteryzacji. Nie wiem, jak to się stało, ale tak było. Dopiero
później dotarło do mnie, że to Timothy Hutton, ten sam, którego
widzę na ekranie także w postaci Thada Beaumonta.
George'owi
Romero bez trudu przyszło odpowiednie przedstawienie wszystkich
ważniejszych postaci. Ten artysta już zdążył mi udowodnić, że
ludzie są dla niego ważni, że nie traktuje swoich bohaterów po
macoszemu, że nie poprzestaje na niewiele mówiących zarysach ich
osobowości. W psychikę Thada Beaumonta zagłębił się należycie,
aczkolwiek miałam poczucie, że nad mroczną stroną jego osobowości
powinien trochę dłużej popracować. George Stark mógł
prezentować się dużo bardziej demonicznie, mógł stanowić
silniejszy zwiastun niebezpieczeństwa, emanować lepiej odczuwalną
mocą niszczenia i przynajmniej w początkowej fazie jego
destrukcyjnej działalności mógł szczycić się bardziej
elektryzującą tajemniczością. Bo wydaje mi się, że nawet wiele
z tych osób, które książki nie czytały błyskawicznie rozpracuje
jego naturę, a te mylące tropy, które podrzuci im scenarzysta
przynajmniej część z nich skwituje drwiącym uśmieszkiem. Trochę
naiwne to było, nie da się ukryć, ale na obronę George'a Romero
napiszę, że Stephen King w tej kwestii też nie spisał się
najlepiej. Gdyby było inaczej „Mroczna połowa” na trwałe
osiadłaby w mojej pamięci. Bo to tego rodzaju opowieść, która aż
prosiła się o długie pogrywanie z odbiorcą, o intrygującą
wieloznaczność obecną przynajmniej do jej ostatniej partii.
Kunsztowne przeprowadzenie mnie przez ten proces z całą pewnością
sprawiłoby, że tę powieść wspominałabym dużo lepiej. Film
zresztą też. Grunt fabularny nie oszałamia, ale muszę oddać
operatorom i dźwiękowcom (Christopher Young się kłania) tchnięcie
w ten obraz Kingowskiego klimatu, zręczne przemieszanie
małomiasteczkowej sielankowości, rodzinnej i zawodowej idylli z
mrocznym, zepsutym pierwiastkiem uosabianym przez George'a Starka i
jego zbrodniczą działalność. Mamy tutaj do czynienia albo z
klasycznym rozdwojeniem jaźni, albo z niepojętym ożywieniem
mrocznej strony swojej własnej osobowości, tj. nadaniem jej
fizycznej formy. A być może mamy do czynienia z bratem
bliźniakiem... Bez względu na to, czy Stark jest drugą osobowością
Thada Beaumonta, czy odrębnym organizmem mimowolnie powołanym do
życia przez tego pierwszego to pewne jest, że zrobi wszystko, aby
zmusić Thada do pisania książek pod pseudonimem George Stark. Bo w
trakcie ich tworzenia Thad dopuszcza do głosu mroczną stronę
osobowości, wydobywa na powierzchnię Starka. Innymi słowy pozwala
mu cieszyć się życiem, a to jak można się domyślić może z
czasem pogrzebać jego jasną połowę. Zamienić dobrego człowieka
w tzw. potwora w ludzkiej skórze, w zdemoralizowaną, morderczą
jednostkę dbającą jedynie o własne interesy i czerpiącą
przyjemność z zadawania cierpienia innym. „Mroczna połowa”
mogłaby być dużo bardziej krwawa, proceder wszczęty przez
George'a Starka aż prosił się o odstręczające efekty specjalne.
Bo choć nie ukrywano przed widzami widoków zakrwawionych ciał jego
ofiar i choć prezentowały się one całkiem wiarygodnie to
ewidentnie brakowało mi długich najazdów kamer na poszarpane rany,
o organach wewnętrznych już nie wspominając. Niemniej ostatnia
sekwencja gore troszkę mi to zrekompensowała – tam twórcy
efektów specjalnych pozwolili sobie na trochę jakże widowiskowego
szaleństwa. No i wróble. Dobrze, że znalazło się dla nich
miejsce i w ogóle nie przeszkadzało mi, że ilekroć się pojawiały
myślałam o „Ptakach” Alfreda Hitchcocka.
Dla
mnie „Mroczna połowa” George'a Romero to takie niezadające
większych cierpień, ale i niedostarczające silnych wrażeń
patrzydło, po które można spokojnie sięgnąć jeśli optuje się
za psychologicznym spojrzeniem na kino grozy, aczkolwiek w mojej
ocenie takim z trochę niższej półki. Bo doskonałe studium
zwichrowanej psychiki, elektryzujący spektakl, mocne widowisko
odczuwalne dosłownie każdą komórką swojego ciała to to nie
jest. Dla mnie, bo wiem, że istnieją ludzie spoglądający na to
dokonanie George'a Romero dużo bardziej przychylnym okiem. Nie
tworzą oni ogromnej grupy, ale swoich miłośników filmowa „Mroczna
połowa” ma i bardzo możliwe, że jeszcze się ona powiększy. Nie
o moją osobę, ale do grona zajadłych przeciwników tej pozycji też
nie zamierzam się dopisywać. Dla mnie ani to porażka, ani
arcydzieło – da się obejrzeć, ale bez zachwytów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz