piątek, 4 października 2019

Stephen King „Instytut”


Były policjant, Tim Jamieson, zmierzając do Nowego Jorku zatrzymuje się w małym miasteczku DuPray w Karolinie Południowej, gdzie udaje mu się zdobyć posadę nocnego strażnika.
Bardzo inteligentny dwunastolatek posiadający niewielkie zdolności telekinetyczne, Luke Ellis, zostaje porwany i przetransportowany do placówki zwanej Instytutem, położonej gdzieś w lasach Maine. Chłopiec budzi się w pokoju łudząco podobnym do jego własnego, ale pozbawionym okna. Luke szybko odkrywa, że są tu przetrzymywane też inne dzieci, a każde z nich jest obdarzone jedną z dwóch niezwykłych zdolności: telekinezą lub telepatią. I właśnie na tych ich zdolnościach zależy ludziom pracującym w Instytucie. Dzieci nie wiedzą jednak jaki jest cel ich działań. Wiedzą natomiast, że ich pobyt w tak zwanej Przedniej Połowie Instytutu nie będzie trwał długo, że wkrótce tak jak inni, którzy byli tu wcześniej, zostaną przeniesieni do Tylnej Połowy. Nie wiedzą, co ich tam czeka, ale podejrzewają, że coś dużo gorszego od tego, co przeżywają w Przedniej Połowie. Gorszego od tych wszystkich, często bolesnych testów, którym są tutaj poddawani. Przez ludzi zdających się nie mieć żadnych skrupułów, którym nie robi większej różnicy to, że wyrządzają nieodwracalną krzywdę dzieciom. Za posłuszeństwo więźniowie są nagradzani, a wszelki opór spotyka się z dotkliwą karą. Luke i nowi koledzy będą musieli znaleźć jakiś sposób na wydostanie się z Instytutu zanim będzie dla nich za późno. Ze strzeżonej placówki, z której jeszcze nikomu nie udało się uciec.

Wydana w 2019 roku powieść Stephena Kinga pod tytułem „The Institute” („Instytut”) była reklamowana jako powrót mistrza literatury grozy do korzeni. Do motywów, z którymi z sukcesami już się mierzył. Tajna placówka badawcza i dzieci z psychokinetycznymi zdolnościami zwiastowały opowieść w stylu „Podpalaczki”. Ale nie tylko, bo King niejednokrotnie czynił postaciami swoich utworów nieletnich obdarzonych niezwykłymi mocami („Carrie”, „Lśnienie”. Tak na marginesie: King wspomina też tutaj „Miasteczko Salem”). Swoich horrorów, „Instytutowi” natomiast zdecydowanie bliżej do thrillera science fiction. W mojej ocenie dla mniej wymagających czytelników. Książka ta przez osoby niezbyt dobrze rozeznane (lub wcale) w twórczości Kinga może być porównywana do głośnego serialu Netflixa „Stranger Things”, ale to mylny trop, bo jeśli już, to twórcy tej pozycji czerpali z niewielkiej części jego literackiego dorobku. I dotyczy to także dziecięcej przyjaźni. Z tym motywem King też już nieraz się mierzył. Z największym rozmachem w „To” i o tej właśnie powieści myślał tworząc relację pomiędzy małoletnimi więźniami tytułowego Instytutu.

Stephen King nie ukrywa swojej, delikatnie mówiąc, niechęci do obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, Donalda Trumpa. Zasiadając do lektury „Instytutu” nie miałam więc wątpliwości, że prędzej, czy później o nim wspomni. I długo nie musiałam czekać na pierwszą wzmiankę na jego temat. Stephen King zaczął pisać „Instytut” niedługo przed zajęciem fotela prezydenckiego przez Donalda Trumpa, wykazał się jednak niezbyt imponującą (bo nietrudno było się domyślić, kto wygra przedmiotowe zmagania polityczne) zdolnością przewidywania przyszłości. „Instytut” King skończył pisać w 2018 roku, grubo ponad rok po wygranej Trumpa w wyborach prezydenckich, ale zarzeka się, że w tej materii niczego nie zmienił. Mówi, że to po prostu jeden z tych przypadków, w których rzeczywistość dogoniła fikcję. O „wielkomiejskim jełopie”, autor „Instytutu” pisze zaskakująco mało - jak na siebie, pamiętamy bowiem „Uniesienie”. Abstrahując więc już od Donalda Trumpa, ta nieskomplikowana podróż rozpoczyna się od Tima Jamiesona. Byłego policjanta, który trafia do, oczywiście, małego miasteczka DuPray - to już mniej oczywiste - w Karolinie Południowej. A gdzie Maine? Ta wizytówka prozy (nie całej) Stephena Kinga? Będzie, tylko trochę później. Kiedy już pokrótce zapoznamy się z Timem, nowo zatrudnionym nocnym strażnikiem w mieścinie, w której diabeł mówi dobranoc. I z dwunastoletnim Lukiem Ellisem, bardzo inteligentnym chłopcem mieszkającym w Minneapolis w stanie Minnesota. Z kochającymi rodzicami, którzy zdają sobie sprawę z tego, że ich syn jest niezwykły. Nie tylko dlatego, że to istny mały geniusz. Wiedzą również o jego słabych zdolnościach telekinetycznych, do których jednakowoż, tak jak on, nie przywiązują dużej wagi. Ważniejsza dla nich wszystkich jest imponująca inteligencja dwunastolatka, która z kolei nie będzie miała żadnego znaczenia dla jego porywaczy. Bo Luke już wkrótce zostanie wbrew swojej woli odtransportowany do ściśle tajnej placówki w...tadam!... lasach Maine. Placówki, w której gromadzi się dzieci obdarzone mocami telekinetycznymi oraz telepatycznymi. Również takie, u których jedna z tych zdolności jest prawie znikoma. Nie nazwałabym „Instytutu” powieścią asekurancką, bo jakby na to nie patrzeć, King ofiarami czyni dzieci. Ofiarami nie tak znowu tajemniczych dorosłych poddających ich, już bardziej tajemniczym, eksperymentom. Tuż po przebudzeniu w tym nieprzyjemnym miejscu Luke poznaje niewiele starszą od siebie Kalishę Benson, telepatkę, która przedstawia mu resztę towarzystwa. Pozostałe dzieci przetrzymywane w Instytucie, z którymi szybko połączy go przyjaźń. Z nimi i z niektórymi osobami, które pojawią się tutaj później. Zwłaszcza z dziesięcioletnim Averym Dixonem, silnym telepatą, którego Luke i Kalisha otoczą troskliwą opieką. Na tyle troskliwą, na ile to możliwe w takim miejscu, jak Instytut. W miejscu, w którym dzieci traktuje się jak króliki doświadczalne. Poddaje się je męczącym i często bolesnym badaniom, karze za wszelkie przejawy nieposłuszeństwa i próbuje się im wpoić, że są żołnierzami, że działają dla wyższego dobra. Jednym słowem, że są bohaterami. Ale bynajmniej się tak nie czują. Tęsknią za swoimi bliskimi i słodkim poczuciem wolności, drżą na myśl o kolejnych testach, które bez wątpienia jeszcze ich czekają, ale najbardziej boją się czegoś, co się zowie zastrzyki na kropki. I Tylnej Połowy Instytutu. Tam bowiem w końcu trafia każde dziecko z Przedniej Połowy. I już nie wraca. To niepodobne do Stephena Kinga, ale niezbyt poradził sobie z postaciami omawianej powieści. Główny bohater, Luke Ellis, naturalnie najbardziej wyróżnia się z tej gromadki. O nim wiemy najwięcej, jemu najczęściej towarzyszymy, a więc tutaj najłatwiej o więź. Czy silną, to już inna sprawa. Właściwie to ja bardziej przywiązałam się do osoby, na temat której dostałam dużo mniej informacji. Trochę starszego od Luke'a Nicka Wilholma, krnąbrnego chłopca, nieustannie stawiającego skazany na niepowodzenie opór swoim oprawcom. Choć zdecydowana większość dzieci, które na swoje nieszczęście trafiły do tego sekretnego miejsca szybko dochodzi do wniosku, że nieposłuszeństwo jest nieopłacalne, bo i personel robi wszystko, by skłonić je do takiego myślenia, to Nick przez cały czas walczy. Wie, że nie ma najmniejszych szans na wygraną, wie że kara jest nieunikniona, ale to go nie zniechęca. Znakomity materiał na rewolucjonistę, czyż nie? Nick jest prawdziwą inspiracją dla Luke'a. Imponuje mu, bo i trudno żeby taki rodzaj odwagi nie budził podziwu. Luke jednak obiera inną strategię. Podczas gdy Nick stawia jawny opór oprawcom, Luke działa zakulisowo. Wykorzystuje swoją ponadprzeciętną inteligencję w tym bardzo nierównym starciu. Gra w szachy, rozgrywa partię, w której stawką jest życie jego i jego nowych przyjaciół.

Dziecięca przyjaźń przedstawiona na kartach „Instytutu” nie przypominała mi tej zapamiętanej z „To” tego samego autora. Nie sposób zakwestionować tego, że pomiędzy niektórymi osobami uwięzionymi w tajnej placówce zwanej po prostu Instytutem istnieje silna i niezwykła więź, tak jak pomiędzy małoletnimi protagonistami „To”. Ale to niestety nie jest ta skala. Klub Frajerów tworzą barwne, zróżnicowane charakterologicznie postacie, skrupulatnie przedstawione osobowości, które wzajemnie się dopełniają. Razem tworzą jedność prawdopodobnie nie do pokonania. To się czuje i żałuje, że nie jest się częścią tego ich zaklętego kręgu. Nie dosłownie, bo w wyobraźni trudno nie przenieść się do ich świata i nie stanąć u ich boku. Paczce, do której przynależy między innymi Luke Ellis boleśnie brakuje tej magicznej iskry. Związek garstki dzieci z Instytutu nie jest tak zajmujący, jak ten na czele którego stoi Bill Denbrough. Jakieś emocje, owszem generuje, ale gdzie im do tych z „To”. Myślę, że głównym winowajcą tego, że relacja ta, przynajmniej w moich oczach, nie zagrała tak jak w „To” była nieobecność Żółwia. Żartuję. Kocham Żółwia, ale mam pewność, że nie w tym rzecz. Problematyczne były dla mnie portrety młodocianych bohaterów „Instytutu” (dorosłych postaci zresztą też). Luke'a Ellisa pominę, bo o nim wiedziałam dosyć sporo. O Nicholasie Wilholmie już mniej, ale jako że King wyróżnił te jego cechy, które w ludziach cenię (buntownik pełną gębą), to zauważalna niepełność jego obrazu tak bardzo mi nie przeszkadzała. Nie tak, jak w przypadku Kalishy Benson (zagorzałej przeciwniczki Donalda Trumpa), Avery'ego Dixona, George'a Ilesa, Iris Stanhope i Helen Simms. Nie mogę powiedzieć, że King sprowadził ich wszystkich tylko do nazwisk, ale dużo dalej z całą pewnością nie poszedł. Aczkolwiek sądzę, że to i tak lepsze od tego, co mieli mi do zaoferowania antagoniści. W tamtych przypadkach wiedziałam za mało, a w tych aż za dużo. Nie, inaczej. Takie złudne wrażenie odnosiłam przez to, że ilekroć byłam zmuszona im towarzyszyć, a zdarzało się to dosyć często, to czas wlekł mi się niemiłosiernie. Ot, w zdecydowanej większości zbieranina ludzi pozbawionych wszelkich skrupułów, okrutników, którymi kieruje jakiś wyższy cel (wyższe dobro?), którzy pracują dla... King chyba chciał przez jakiś czas utrzymać to w tajemnicy. Nie mam wprawdzie takiej pewności, ale na wszelki wypadek pominę tę informację. Bo kto wie, może ktoś się tego nie domyśli. Raczej wątpliwe, ale załóżmy. W każdym razie sprawa sprowadza się do tego, że w Instytucie prowadzi się eksperymenty na obdarzonych niezwykłymi mocami dzieciach, że robią to osoby praktycznie pozbawione empatii względem nich, bo jak przystało na burzycieli występujących w rozlicznych utworach science fiction w ich przekonaniu tutaj cel całkowicie uświęca środki. Rzeczony cel, może nie w szczegółach, ale w zarysie łatwo przedwcześnie rozpracować. Podobnie przebieg akcji. „Instytut” zauważalnie dzieli się na trzy części. Pierwszą poświęcono byłemu policjantowi Timowi Jamiesonowi. Raczej dla nikogo nie powinno być tajemnicą, jaką rolę w tej historii ów mężczyzna odegra, ale zanim to nastąpi poznamy dwunastoletniego Luke'a Ellisa i inne dzieci uwięzione w tytułowym Instytucie. Ich dzieje w tej placówce uważam za najciekawszy człon owej opowieści, mimo tego, że wszystko przebiega tutaj bez potężnych zaskoczeń. Klimat tego miejsca – alienacja młodych bohaterów (strzeżony, acz niezbyt mocno tajny obiekt gdzieś w lasach stanu Maine), okrucieństwo dorosłych, którzy w każdej chwili mogą ich zabić i nie ma się wątpliwości, że specjalnie ich to nie obejdzie – co prawda nie oddziaływał na mnie szczególnie mocno, ale pewne napięcie emocjonalne z niego płynęło. W przeciwieństwie do ostatniej partii „Instytutu”, którą mogę podsumować tylko jako tanią akcyjkę. Jest dynamicznie i... beznamiętnie. Fabuła pędzi na łeb na szyję po utartej ścieżce, ku przewidywalnemu finałowi, którego szczerze mówiąc nie mogłam się doczekać. Nieustanne przeskoki pomiędzy postaciami i miejscami – raz przyjmujemy punkt widzenia Luke'a, innymi razy Tima, jeszcze innymi Kalishy, dyrektorki Instytutu i szefa ochrony tego tajnego obiektu (każdorazowo jednak w trzeciej osobie), którzy prawie przez cały czas są w biegu. Nie ma czasu na głębsze przemyślenia i emocje, nie ma się okazji z dużą dokładnością rejestrować krajobrazów, nie wspominając już o nieśpiesznym zawieraniu znajomości. Przyjaźnie zawiązują się szybko, bo i okoliczności tego wymagają. Bo w ostatniej partii wszystko dzieje się szybko – to znaczy dla bohaterów i antybohaterów „Instytutu”, bo mnie szło to raczej opornie. Dosyć mozolnie. Co tam dosyć – z niemałym trudem brnęłam przez ostatnie kilkaset stronic „Instytutu”, tracąc wszelką nadzieję na powrót umiarkowanych emocji skupionych wokół Luke'a i jego przyjaciół. Aż tak tragicznie na szczęście nie było, bo ta prosta akcyjka miewała emocjonujące momenty, ale raczej niewiele. Im dalej w przysłowiowy las, tym większe zmęczenie odczuwałam.

Powiedziałabym, że to nie jest ten sam Stephen King, którego znamy, ale to nie do końca byłaby prawda. „Joyland”, „Doktor Sen” i „Śpiące królewny” stworzone wespół z synem Owenem Kingiem, w mojej ocenie plasują się na tym samym poziomie co „Instytut” (wyjątkowo szpetne okładki prawie wszystkich dotychczasowych wydań). A to tylko przykłady. Niezłe czytadła dla osób niespragnionych najmocniejszych wrażeń, emocji na miarę m.in. „Lśnienia”, „To”, „Bastionu”, czy wreszcie „Smętarza dla zwierzaków”. Pomyłką w imponującej karierze Stephena Kinga „Instytut” według mnie nie jest. Bez przesady. Niedosyt jednak mam. I to duży. Ale godzę się z tym. Z natury jestem pesymistką, więc nie zakładam, że King jeszcze wróci na dawne powieściowe tory, że jeszcze napisze coś na miarę swoich najlepszych horrorów, ale i przestałam już tego od niego wymagać. Doszłam do wniosku (słusznego czy nie, sami oceńcie), że fanom gatunku dał już aż nadto. Zachłannością byłoby żądać od Stephena Kinga jeszcze więcej, nieprawdaż?

1 komentarz: