Stronki na blogu

wtorek, 24 września 2019

„Laleczka” (2019)


Pracownica hipermarketu Karen Barclay przeprowadza się wraz ze swoim trzynastoletnim niedosłyszącym synem Andym do mieszkania w starej kamienicy. W tym samym czasie furorę na rynku robią zaawansowane technologicznie lalki, rozprowadzane pod nazwą Buddi. Zbliżają się urodziny Andy'ego, więc Karen wykorzystuje okazję, która trafia jej się w pracy. Zdobywa jedną sztukę tego technologicznego cudeńka zupełnie za darmo i wręcza ją swojemu synowi. Andy szybko zauważa, że zabawka jest uszkodzona, ale przyjmuje prezent, by zrobić przyjemność matce. Początkowo towarzystwo lalki, która sama nazwała się Chucky, jest dla Andy'ego bardzo męczące, ale z czasem nastolatek przywiązuje się do niej. Andy wie, że jego egzemplarz zachowuje się nietypowo, ale nabiera przekonania, że to bardziej zaleta niż wada. Chucky jest gotowy zrobić dla niego absolutnie wszystko. Nawet zabić, co z czasem, ku swojemu przerażaniu, odkryje młody Barclay.

„Laleczka” („Child's Play”) to zrealizowany za w przybliżeniu dziesięć milionów dolarów mainstreamowy horror twórcy „Polaroida” (2019), Larsa Klevberga, będący rebootem kultowego slashera Toma Hollanda z 1988 roku pod tym samym oryginalnym tytułem, a w Polsce rozpowszechnianym pod nazwą „Laleczka Chucky”. Scenariusz nowej laleczki napisał Tyler Burton Smith, a dotychczasowe wpływy z całego świata grubo przekroczyły czterdzieści milionów dolarów. Sukces kasowy nie jest zbyt duży, ale jest, więc bardzo możliwe, że już wkrótce na ekranach kin zawita kontynuacja „Laleczki”. Lars Klevberg już podzielił się swoim pomysłem na drugą odsłonę. Chciałby aby jej czołowym antybohaterem był niedźwiedź Buddi. A jeden z producentów filmu, Seth Grahame-Smith przed jego premierą zapowiadał, że w przypadku dobrej sprzedaży „Laleczki” w planach są jej kontynuacje. Czyli istnieje niemałe prawdopodobieństwo, że to początek drugiej serii o lalce imieniem Chucky.

Oryginalna seria o laleczce Chucky liczy sobie siedem części (jak dotychczas), ale widać komuś to nie wystarczyło. Ktoś najwidoczniej uznał, że tamten Chucky już się zdezaktualizował, że już czas na nowego Chucky'ego, który będzie bardziej robotem niż lalką. Bo przecież nikt już nie bawi się lalkami... Nikomu oczywiście nie postało w głowie, żeby po prostu stworzyć nową postać zamiast podpinać się pod dzieło Toma Hollanda. Bo filmy ze znanymi postaciami zazwyczaj lepiej się sprzedają. I faktycznie „Laleczka” całkiem nieźle się sprzedała. Co więcej, została dobrze przyjęta przez wielu widzów, w tym część krytyków i fanów oryginalnej serii o Chuckym. A więc można powiedzieć, że eksperyment się udał, prawda? To zależy kogo zapytać. Dla jednych oryginalny Chucky to już przeżytek. Zrobotyzowana lalka to jest dopiero coś. Znak naszych czasów, a nie jakieś tam dziadostwo z lat 80-tych XX wieku. Nowy Chucky rozprowadzany pod nazwą Buddi to technologiczne cudeńko – połączenie praktycznych efektów specjalnych z komputerowymi (animatronika plus CGI). Sztuczna inteligencja zaklęta w niezbyt dużej zabawce, na którą starałam się jak najmniej patrzeć. Z prawdziwym Chuckym niewiele to to ma wspólnego. Bardziej wyglądało mi to na parodię tamtej ponadczasowej postaci. Antybohater omawianego horroru Larsa Klevberga wygląda jakby urwał się z jakiejś familijnej produkcji – jednego z tych filmów z wygenerowanymi komputerowo postaciami, kręconych głównie z myślą o najmłodszych widzach. Mimika tego czegoś, co ma czelność nazywać się Chuckym... No błagam? Bardziej bajkowo już się nie dało? Cóż, na pewno dało się ponaśmiewać z tego robocika. Zmusić go do robienia cudacznych min, wykrzywiana tej do bólu sztucznej twarzyczki, byle tylko rozbawić widownię. „Laleczka” w ogóle jest dosyć obficie podlana czarnym humorem. Rzadko na mnie działał, ale przyznaję, że zdarzało mi się parskać śmiechem. Nie w reakcji na kuriozalną facjatę zrobotyzowanej lalki Andy'ego Barclaya, tylko na niektóre dowcipne kwestie bohaterów odpowiednio dopasowane do sytuacji. Czołową pozytywną postać „Laleczki” długoletni fani horrorów dobrze znają. A raczej kojarzą jej personalia, bo choć nowy Andy Barclay nie odbiega aż tak bardzo od oryginału, jak nowy Chucky, to jednak inne pokolenie. Pomijam już różnicę wieku, bo choć twórcy „Laleczki” czerpali z pierwszej odsłony mrocznych przygód Andy'ego, to nastoletnią wersję Andy'ego już mogliśmy zobaczyć (w trzeciej części oryginalnej serii, w wykonaniu Justina Whalina – wcześniej w Andy'ego wcielał się Alex Vincent). Nowego Andy'ego w bardzo dobrym stylu wykreował Gabriel Bateman, którego miłośnicy gatunku mogą kojarzyć z choćby „Kiedy gasną światła” Davida F. Sandberga. W ogólnym zarysie sytuacja przypomina tę nakreśloną w filmie Toma Hollanda z 1988 roku. Mamy laleczkę, która zabija i chłopca UWAGA SPOILER który bezskutecznie stara się skłonić dorosłych do przyjęcia tej prawdy KONIEC SPOILERA. Ale to potem. Najpierw Andy, który w „Laleczce” ma trzynaście lat i nosi aparat słuchowy, tak samo jak jego młodsza wersja z „Laleczki Chucky” Toma Hollanda, zaprzyjaźnia się z zabawką sprezentowaną mu przez matkę (w nową Karen w przekonujący sposób wcieliła się Aubrey Plaza), którą w przeciwieństwie do swojego pierwowzoru, z czasem zaczyna wykorzystywać przeciwko mężczyźnie, który ku jego wielkiemu niezadowoleniu, spotyka się z jego rodzicielką. Andy nie każe Chucky'emu zabijać. Nic z tych rzeczy. Nastolatek chce po prostu zabawić się kosztem swojego wroga. Trochę go postraszyć, nieco uprzykrzyć mu życie. Problem w tym, że jego narzędziem jest zrobotyzowana lalka, przy której jak wiemy ktoś majstrował. Ktoś, komu bynajmniej nie zależało na dobru firmy, która wprowadziła na rynek supernowoczesne lalki Buddi.

Nowy Chucky ma tylko jeden cel: uszczęśliwić Andy'ego Barclaya. Zabawka, która trafia w ręce tego nastolatka posiada zdolność uczenia się od ludzi. Te zaawansowane technologicznie lalki, i Chucky nie jest tu żadnym wyjątkiem, programuje się tak, aby darzyły przyjaźnią swoich młodych właścicieli. I dbały o to, by były szczęśliwe. W granicach rozsądku, rzecz jasna. Granice nie obowiązują jednak egzemplarza Andy'ego. Jego zrobotyzowana lalka posiada usterkę. Uczy się od ludzi, ale na swój sposób. Wnioski, które wyciąga z obserwacji głównie Andy'ego, delikatnie mówiąc, nie są trafne. I na domiar złego jak już Chucky sobie coś ubzdura, to nawet jego najlepszy przyjaciel, albo jak kto woli właściciel, nie jest w stanie wybić mu tego z głowy. Bo przecież Chucky widział niepohamowaną radość chłopca w reakcji na krwawą jatkę rozgrywającą się na ekranie telewizora (seans „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną 2” Tobe'a Hoopera), więc ma prawo zakładać, że to rozlew krwi go uszczęśliwia, prawda? Nie? A co powiecie na to, że Andy daje mu do zrozumienia, że chciałby, żeby niektóre żywe istoty zniknęły z jego życia? Robot może wszystko to zrozumieć opacznie, czyż nie? Początkowe zachowanie Andy'ego w reakcji na krwawą działalność jego nowej zabawki znacznie odbiega od postawy jego pierwowzoru. Tamten Barclay był za mały, żeby zaprzątać sobie głowę strasznymi konsekwencjami, jakie może mu przynieść podzielenie się prawdą z dorosłymi. Nie zakładał, że nikt mu nie uwierzy, bo przecież nie kłamał. Nowy Andy natomiast jest już na tyle duży, żeby wiedzieć, że mówienie prawdy czasem może szkodzić. Chłopak zakłada, że dorośli nie uwierzą w historię o morderczej lalce. Jest przekonany, że gdyby opowiedział matce, albo zaprzyjaźnionemu policjantowi, o bestialskich czynach Chucky'ego, to najpewniej obwiniliby jego. A jego znajomi, dziewczyna i chłopak mieszkający w sąsiedztwie, barwni nastolatkowie, w tym przekonaniu tylko go utwierdzają. I starają się pomóc mu wybrnąć z nader trudnej sytuacji, w której nieoczekiwanie (dla niego, nie dla nas) znalazł się z winy lalki, która kieruje się wyłącznie jego dobrem... Chucky zabija na różne sposoby – przydaje mu się i kosiarka (ktoś tu się chyba inspirował „Kosiarzem umysłów” Bretta Leonarda), i piła stołowa, i samochodów, a nawet inne zabawki. Akcja w końcówce przypomniała mi „Carrie” Kimberly Peirce i absolutnie nie jest to komplement. Wcześniejsze sceny mordów nie są aż tak efekciarskie, ale i nie powiedziałabym, że wypadają szczególnie realistycznie. Odważnie też nie bardzo. Chociaż wziąwszy pod uwagę co obecnie trafia do kin... W sumie we współczesnym mainstreamie coraz trudniej znaleźć horroru, choćby z taką umiarkowaną dawką makabry. Rzekłabym, że w dzisiejszych czasach nawet takie widoki poodcinanych kończyn, jakie mamy w „Laleczce”, zaczynają stanowić lekkie odstępstwo od normy. Ale wieloletnich miłośników krwawych horrorów takie obrazki raczej nie wzruszą. Nawet jeśli uznać „Laleczkę” za slasher, to na tle tychże też moim zdaniem nie wyróżnia się pod kątem makabry. Ani nie ma tego dużo, ani nie jest to szczególnie pomysłowe, ani tym bardziej realistyczne. Co gorsza, nie da się nie zauważyć, że makabra miejscami miała też śmieszyć odbiorców – nawet jeśli ta tandetna demolka w końcówce jest niezamierzenie komiczna, to już to, co Chucky zrobił z pewną głową i w ogóle wszystkie perypetie z nią związane, ewidentnie podano z przymrużeniem oka. A to tylko przykład. A ja naiwna myślałam, że reboot będzie kręcony na poważnie. Coś w stylu „Klątwy laleczki Chucky” Dona Manciniego, jak na razie mojego numeru jeden jeśli chodzi XXI-wieczne filmy wchodzące w skład tej franczyzy. „Laleczka” to niestety kolejna przejaskrawiona opowiastka o morderczej rudowłosej lalce. Historia, która nie może się zdecydować czy być bardziej horrorem, czy komedią. I chociaż nie mogę powiedzieć, że ciężko było mi przez to przebrnąć, że wytrzymanie do napisów końcowych stanowiło dla mnie wyzwanie, że cały ten niezbyt wyszukany ciąg wydarzeń, w centrum którego znajdowali się Chucky i Andy, był mi kompletnie obojętny, to zdecydowanie bardziej wolałabym czysty horror, z inną lalką i oprawą wizualną. Wieje plastikiem, och wieje. Ale chociaż bohaterowie sympatyczni. A na podróbę Chucky'ego wcale patrzeć nie trzeba...

Bez większych zaskoczeń. Spodziewałam się co najwyżej przeciętniaka i niech będzie, że go dostałam. Naciągane, bo to coś, co ma być nowym Chuckym... Jego ulepszoną wersją, czy parodią? Sami oceńcie, jeśli nie zraża Was już sama koncepcja zrobotyzowania Chucky'ego. Uspokajam jednak: to nie jest prawdziwy Chucky. To postać nim inspirowana, ale według mnie bardzo luźno. A film, w którym występuje? Ja tam uważam, że niczym nie wyróżnia się na tle współczesnego mainstreamu. Skrojony pod szeroką widownię, dynamiczny, efekciarski, ale na szczęście nieprzesadnie, lekki, łatwy, szybki i kolorowy. Mrok też miejscami z tego wyziera, ale mrok kontrolowany – aby przypadkiem ktoś nie poczuł się nieswojo. Toż to byłaby tragedia! Za kpiny przepraszam, ale jakoś tak same się cisną... W każdym razie, poza tą (o zgrozo!) lalką, tragicznie nie jest. Dało się to obejrzeć. Jakoś.

niedziela, 22 września 2019

Christi Daugherty „Piękne ciało”


Recenzja zawiera spoilery „Echa morderstwa” Christi Daugherty

W turystycznej dzielnicy Savannah zostają odnalezione zwłoki zastrzelonej młodej kobiety. Reporterka kryminalna gazety „Savannah Daily News” Harper McClain przybywa na miejsce zbrodni wraz ze swoją przyjaciółką Bonnie. Harper ma wrażenie, że zna ofiarę, ale nie potrafi sobie przypomnieć skąd. Ale Bonnie od razu rozpoznaje w niej swoją koleżankę Naomi Scott, studentkę prawa, którą obie widziały tej samej nocy, w której zginęła. Sprawę prowadzi detektyw Julie Daltrey, która tak samo jak większość policjantów z Savannah uważa Harper za zdrajczynię. Praca dziennikarki jest więc mocno utrudniona. Sprawa zabójstwa Naomi Scott tylko początkowo wydaje się prosta. Wiele wskazuje bowiem na to, że winny jest jej chłopak, Wilson Shepherd. Ale ojciec ofiary, Jerrod Scott, nie wierzy, że to on pozbawił życia jego ukochaną córkę. Nie ma żadnych wątpliwości, że sprawcą jest ten sam człowiek, który prześladował ją przez kilka ostatnich miesięcy. Zna jego nazwisko, ale detektywi zajmujący się tą sprawą zdają się ignorować jego słowa. Jerrod zwraca się więc do Harper McClain, która obiecuje dokładniej przyjrzeć się tej sprawie. I wskazanemu przez niego człowiekowi.

„Piękne ciało” („A Beautiful Corpse”) to druga odsłona mrocznych przygód reporterki kryminalnej Harper McClain, pióra amerykańskiej powieściopisarki Christi Daugherty. Byłej dziennikarki, która potem skłoniła się w stronę literatury młodzieżowej. Jako C.J. Daugherty stworzyła między innymi poczytną serię książek dla młodych ludzi, „Night School”, w Polsce lepiej znaną jako „Wybrani”. A w 2018 roku opublikowano jej pierwszą powieść (również) dla starszych czytelników – „Echo morderstwa” („The Echo Killing”) otwierające planowaną serię kryminałów/thrillerów z Harper McClain. Druga odsłona pojawiła się już w roku 2019 (także w Polsce), a na kolejny rok zaplanowano światową premierę trzeciej części zatytułowanej „Revolver Road”.

Nieprzejednana reporterka kryminalna Harper McClain powraca i niemal natychmiast znowu pakuje się w kłopoty. Minął rok od wydarzeń przedstawionych w „Echu morderstwa”. I bynajmniej nie było to przyjemny rok dla Harper. Zarówno w sferze prywatnej, jak i zawodowej. Miłość jej życia odeszła, a jej praca jest cięższa niż przedtem. Nie tylko dlatego, że nad gazetą, w której pracuje, „Savannah Daily News”, nieustannie wisi widmo zwolnień. A nawet nie przede wszystkim dlatego. Dużo poważniejszy problem stanowi dla na niej postawa większości policjantów z Savannah. Ludzi, z którymi kiedyś łączyły ją przyjacielskie stosunki, ale przed rokiem wszystko się zmieniło. Policjanci uznali Harper za zdrajczynię, bo... zrobiła to, czego oczekuje się od policji. Dzięki niej zabójca został schwytany, ale wygląda na to, że mundurowi z Savannah woleliby, aby ten konkretny zbrodniarz pozostawał na wolności. Bo był jednym z nich, a swoich należy chronić, prawda? Harper na szczęście nigdy z takiego założenia nie wychodziła. Zawsze uważała, że każdy przestępca zasługuje na karę, choćby nawet był nim jej mentor, człowiek, którego traktowała jak ojca. Christi Daugherty na kartach „Pięknego ciała” przedstawia dosyć wnikliwą analizę środowiska policyjnego. Nie patrzy na nie wyłącznie krytycznym okiem, można więc powiedzieć, że jest sprawiedliwa, ale z drugiej strony czytelnik może uważać, że troszkę wyidealizowała wizerunek policji. To już każdy sam sobie oceni. Zaczynamy od sytuacji, która wydaje się być z życia wzięta. Ofiara zabójstwa i praktycznie jeden podejrzany o dokonanie tego czynu. Chłopak denatki, który (o jak pięknie!) ma kryminalną przeszłość. Sytuacja wprost wymarzona dla każdego detektywa z wydziału zabójstw. Tym bardziej, że podejrzany nie ma prawie nikogo, kto by się za nim wstawił. Prawie, bo chłopak zyskuje dość zaskakującego w tych okolicznościach sojusznika. Ojca zastrzelonej pewnej nocy w sercu turystycznej dzielnicy Savannah Naomi Scott, taksówkarza Jerroda Scotta. Mężczyzna jest gotowy zrobić wszystko, by morderca jego córki odpowiedział za ten ohydny czyn i nie zniechęca go bardzo wysoka pozycja, którą jego typ zajmuje w hierarchii społecznej. Jerrod jest przekonany, że córkę zabrał mu człowiek wywodzący się z bogatej i bardzo wpływowej rodziny. Takie familie są bodaj w każdym mieście. A przynajmniej w większości. Rodziny, którym wolno więcej. Jak u George'a Orwella „wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych”. Znamy to z życia. Ale czy w prawdziwym świecie można znaleźć taką dziennikarkę (lub dziennikarza), jak Harper McClain? O to już trudniej. Postać stworzona przez Christi Daugherty na potrzeby tej serii, główna bohaterka jej kryminalnego cyklu, to osoba, która nie spocznie, dopóki sprawiedliwości nie stanie się zadość. To nie jest tak, że strach się jej nie ima. Boi się, ale w przeciwieństwie do przypuszczam większości ludzi, działa pomimo strachu. A w „Pięknym ciele” bez wątpienia ma czego się bać. Christi Daugherty nie poprzestała na jednym zagrożeniu. Na Harper nie czyha jedynie najpotężniejsza rodzina w Savannah, ale również tajemniczy człowiek, który nie wiedzieć dlaczego od dłuższego czasu bacznie ją obserwuje. Człowiek-widmo, można by rzec. A to jeszcze nie wszystko. Harper ma więcej zmartwień, a rozterki sercowe są najmniejszym z nich. Swoją drogą sytuacja z Lukiem Walkerem nic tylko mnie irytowała. Chyba najwyższy czas podziękować tej postaci, nie sądzi Pani, Pani Daugherty? Bo częste bicie się Harper z myślami typu „chce z nim być, ale on niestety nie chce”, naprawdę zrobiło się strasznie męczące. W sumie tylko to, bo choć nie wszystkie elementy fabularne „Pięknego ciała” spotkały się z moją aprobatą, to daleka byłam od zniechęcenia, które mnie dotykało, ilekroć na horyzoncie pojawiała się wielka miłość Harper.

Od stalkera do zabójcy niezbyt długa droga. A przynajmniej z takiego założenia wychodzą te nieliczne osoby, które w „Pięknym ciele” Christi Daugherty nabierają przekonania, że Naomi Scott zastrzelił człowiek, którego tatuś trzęsie całym miastem. Człowiek, który najprawdopodobniej odnajduje przyjemność w prześladowaniu wybranych kobiet. Chodzi za nimi, zastrasza je, ale... To jeszcze nie czyni go zabójcą. Harper McClain wie, że potrzebuje czegoś więcej, aby zmusić policję do przyjrzenia się temu młodemu mężczyźnie. Tym bardziej, że organy ścigania w Savannah zdają się podporządkowane ojcu głównego podejrzanego Harper. Poza tym dziennikarka nie może ignorować pozostałych nazwisk umieszczonych przez śledczych na liście podejrzanych. Istnieją bowiem, jeśli nie dowody, to na pewno przesłanki przemawiające przeciwko nim. I przez cały czas musi być bardzo ostrożna. Bo w tym przypadku wystarczy jeden fałszywy krok, by zaprzepaściła wszystko, na co przez długie lata tak ciężko pracowała. Jej dziennikarska kariera może w każdej chwili lec w gruzach. Jedno źle dobrane słowo w którymś z jej serii artykułów o sprawie Naomi Scott dla „Savannah Daily News” może pogrążyć nie tylko ją, ale całą gazetę. Ale z drugiej strony już sam fakt, że Harper skierowała swoje dziennikarskie oko na członka najpotężniejszej rodziny w Savannah mógł przesądzić sprawę na jej niekorzyść. Czytelnicy prawdopodobnie będą dłużej od Harper powątpiewać w trafność osądu Jerroda Scotta, ojca zamordowanej studentki prawa, ale i od czasu do czasu pewnie będzie ogarniać ich dużo większa pewność niż Harper, że mężczyzna ma rację. Bo w „Pięknym umyśle”, przynajmniej do pewnego momentu, poruszamy się między innymi w obrębie minimum trzech podejrzanych. Minimum, bo myślę, że mało który odbiorca omawianej powieści będzie brał pod uwagę wyłącznie te osoby, którym przyglądają się śledczy i Harper. Każdy miłośnik kryminałów, ale i thrillerów bowiem doskonale wie, że często winna okazuje się osoba, której żaden z bohaterów danej opowieści ani przez chwilę nie brał pod uwagę. Aż do finału. Jak już nadmieniłam w „Pięknym ciele” Christi Daugherty nie skupia się jedynie na sprawie morderstwa Naomi Scott. Istotny jest też wątek prześladowcy Harper, którego zachowanie jest równie zagadkowe, jak jego tożsamość. Albo jeszcze bardziej. Bo mnie bardziej zastanawiało jego dosyć nietypowe modus operandi niż to, kim jest ów człowiek. Dlaczego zainteresował się Harper McClain, przez dłuższy czas autorka pozostawia w sferze domysłów, ale rzecz bardziej w tym, czy ten człowiek stanowi dla niej śmiertelne zagrożenie. Co do tego można mieć wątpliwości. I nawet Harper je ma, ale to niezbyt umniejsza jej strach. Bo ta dwudziestoparoletnia kobieta istotnie żyje w strachu – tyle że nie zamierza pozwolić, by całkowicie nią zawładnął. Jest zdecydowana stawić czoło temu i innym niebezpieczeństwom. Powątpiewa jedynie w drogę, którą obrała w sprawie Naomi Scott. Nie chodzi tylko o to, że jej błąd może skutkować pogrążaniem młodego człowieka, który raczej niewiniątkiem nie jest, ale przedwczesna śmierć Naomi wcale nie musi obciążać jego sumienia. A co za tym idzie, w wyniku działalność Harper prawdziwy sprawca może uniknąć kary. Nie, ta dotychczas niezwykle odważna dziennikarka, bardziej obawia się o swoją zawodową przyszłość. Czy tym razem nie lepiej się wycofać? Zadziałać wbrew swoim przekonaniom, bo stawka jest po prostu zbyt wysoka? Nie tego zapewne spodziewają się po Harper McClain sympatycy tego literackiego projektu Christi Daugherty, ci odbiorcy „Echa morderstwa”, którzy na tyle przekonali się do tamtej powieści, by sięgnąć po jej kontynuację. Ta bohaterka nie dała się im przecież poznać, jako osoba skłonna do ustępstw w tych bardziej skomplikowanych sprawach kryminalnych, którymi się zajmuje. W ramach swojej pracy, ale jej siłą napędową jest również głębokie przeświadczenie, że żaden przestępca nie może pozostać bez kary. A jeśli tak się stanie, jeśli na przykład morderca Naomi Scott nie zostanie schwytany, to natura Harper każe jej obwinić za to siebie. Taka już jest ta nasza Harper. A jest taka głównie dlatego, że już w dzieciństwie poznała okropny smak zbrodni. Dotychczas nigdy się nie poddawała. Nawet jeśli musiała iść pod prąd. Ale teraz jej sytuacja wydaje się być bardziej napięta niż zwykle. Intryga, a raczej intrygi, skonstruowane przez Christi Daugherty w „Pięknym ciele”, podobnie jak w „Echu morderstwa” nie są zbyt skomplikowane. Prostym językiem, Daugherty, przekazuje dosyć prostą opowieść kryminalną. Co nie znaczy, że niemającą dla nas żadnych tajemnic, że wszystko szybciutko można tutaj przewidzieć. Można, ale na to potrzeba trochę czasu. A gdy już się do tego dojdzie powieść czyta się... równie dobrze jak wcześniej. To jeden z tych nie tak znowu licznych przypadków, których przewidywalność w moim oczach nie szpeci. Bo tak naprawdę bardziej niż kryminalne intrygi do tej serii przyciąga mnie postać stojąca w ich centrum. Pierwszoplanowa bohaterka, która zdaje się przyciągać wszelkie kłopoty. Bardzo charyzmatyczna, przesympatyczna, waleczna osobowość, która można powiedzieć, że jest istną zmorą przestępców działających w świecie przedstawionym przez Christi Daugherty.

„Piękne ciało” moim zdaniem wypada trochę lepiej od „Echa morderstwa” (radzę czytać po kolei), pierwszego tomu mrocznych przygód reporterki kryminalnej Harper McClain autorstwa Christi Daugherty. Druga odsłona tego cyklu jest trochę bardziej rozbudowana fabularnie od swojej poprzedniczki, choć nie aż tak, żeby zaraz mówić o dużej złożoności. Niemniej na pewno jest ciekawsza, a przynajmniej ja silniej w tę propozycję się zaangażowałam. I jeszcze lepiej poznałam bohaterkę, za towarzystwem której można powiedzieć, że tęskniłam. Dalszy ciąg jej historii ukaże się już w 2020 roku. Liczę, że także w Polsce, bo dłuższe oczekiwanie na Harper McClain bynajmniej mi się nie uśmiecha. Tym bardziej, że Christi Daugherty „Piękne ciało” zamknęła intrygującą zapowiedzią. Zwiastunem, myślę, jeszcze bardziej dramatycznych wydarzeń od tych, które wykreśliła dotychczas. Przeczytać więc trzeba. Jest mus.
 
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 20 września 2019

Zapowiedź: „Countdown”


Chciałbyś poznać datę swojej śmierci? Nawet jeśli wypada dzisiaj? 
W smartfonie można znaleźć dziś wszystko. Także śmierć.

„COUNTDOWN” wejdzie na ekrany kin 25 października 2019!


Oficjalny polski zwiastun: 

Ruth wraz z grupą przyjaciół w ramach żartu ściąga na smartfon tajemniczą aplikację, która ma przewidywać datę śmierci użytkownika. Śmiech szybko zmienia się w przerażenie. W internecie zaczynają pojawiać się doniesienia o tajemniczych zgonach użytkowników aplikacji… dokładnie w dniach przez nią zapowiedzianych. Ruth ma umrzeć za 3 dni i 7 godzin. Czy zdoła odwrócić przeznaczenie?

COUNTDOWN 
(COUNTDOWN)
PREMIERA: 25 PAŹDZIERNIKA 2019 
REŻYSERIA: Justin Dec 
OBSADA: Elizabeth Lail („Dawno, dawno temu” – serial, „Czarna lista” – serial”), Anne Winters („Trzynaście powodów” – serial, „Wieczorówka”), Peter Facinelli („Saga Zmierzch”, „Sześć stop pod ziemią” – serial, „Siostra Jackie” – serial), Charlie McDermott („Sekspedycja”, „Jutro będzie futro”, „Rzeka ocalenia”)
GATUNEK: horror 
PRODUKCJA: USA 2019

Źródło: wszystkie materiały od Rabbit Action Sp. z o.o.

„Wróciłam zza grobu” (2018)


W szpitalu w Los Angeles przychodzi na świat martwa dziewczynka. W kostnicy ożywa i zostaje zabrana przez jednego z tamtejszych pracowników. Szesnaście lat później, Tess Stern, bo tak nazywa się dziewczyna, która wróciła zza grobu, zabija swoich przybranych rodziców i rozpoczyna poszukiwania swojej rodzicielki. Szybko odkrywa, że jest nią niegdyś znana aktorka Lena O'Neill. Tess zbliża się do niej, nie zdradzając kim jest. W tym samym czasie detektyw Marc Fox zajmuje się sprawą zabójstwa Sternów. Inny zagadkowy zgon doprowadza go do Leny O'Neill. Ani on, ani ona nie wiedzą, że zabójczynią jest nastoletnia Tess. Dziewczyna mająca niezwykłą władzę nad elektrycznością.

Reżyser amerykańskiego horroru „Wróciłam zza grobu” („Reborn”), Julian Richards, na swoim koncie ma między inny takie obrazy, jak „Cichy krzyk” (2002), „Ostatni horror” (2003), „To straszne lato” (2007) i „Dreszczowiec” (2012). Richards zajmował się omawianym projektem równolegle z „Daddy's Girl” (2018), starając się przy tym znaleźć też czas dla rodziny – żony i ich małych bliźniąt. Podejmując się tego zadania Richards wiedział, że będzie ciężko mu to wszystko pogodzić, ale nie mógł oprzeć się sile przyciągania scenariusz Michaela Mahina. A konkretniej wątkowi zjednoczenia córki z matką. Richards dostrzegł w nim emocjonalny potencjał na miarę... „Frankensteina”. Nie ukrywa też wpływów „Omenu” Richarda Donnera, „Carrie” Briana De Palmy, „Furii: Carrie 2” Katt Shea oraz „Skanerów” Davida Cronenberga.

Pewnej burzliwej nocy w Los Angeles dochodzi do nietypowego wydarzenia. Na świat przychodzi martwe dziecko, które niedługo potem ożywa na oczach pracownika kostnicy, Kena Sterna. Nic nikomu nie mówiąc mężczyzna przygarnia dziewczynkę i wychowuje ją razem z żoną. W swoje szesnaste urodziny dziewczyna, która powróciła zza grobu, Tess Stern, domaga się od Kena informacji na temat swojej rodzicielki. Mężczyzna obiecuje, że zaspokoi jej ciekawość, jeśli Tess da mu to, na co od dawna czekał. Bo jest już duża, a oni przecież nie są spokrewnieni, więc... W każdym razie nastolatka traci cierpliwość i wtedy właśnie widz dowiaduje się o jej niezwykłych mocach. Tak przedstawia się początek historii, która tak urzekła Juliana Richardsa, że pomimo innych zobowiązań zdecydował się pokierować tym projektem. Historia nastolatki obdarzonej elektrokinetyczną mocą, którą nie waha się wykorzystywać przeciwko swoim wrogom. Kayleigh Gilbert moim zdaniem idealnie dopasowała się do tej produkcji. Jej kreacja jest tak samo ociężała, jak narracja „Wróciłam zza grobu”. Z partnerującą jej Barbarą Crampton (m.in. „Re-Animator”, „Zza światów” i „Potwór na zamku” Stuarta Gordona) było podobnie: dostosowała się do ciężkawego rytmu owej produkcji. Ciężkiego, bo wszystko wydaje się tu zrobione na siłę. I na wariackich papierach. Film trwa trochę ponad siedemdziesiąt minut, a to okazało się za mało nawet dla tak prostej opowieści. Twórcy przeprowadzają nas przez nią po łebkach, fragmentarycznie. Bez dbałości o należyte napięcie, o klimacie grozy już nie wspominając. Bez zagłębiania się w postacie i z silnym postanowieniem niewprowadzania żadnych większych tajemnic. Oczywistość goni oczywistość, nie ma tutaj miejsca na prawie żadne niedomówienia. Niemal nad niczym nie trzeba się zastanawiać, bo wszystko już praktycznie od początku wiadomo. Yyy, to znaczy prawie wszystko, bo bransoletka, której Tess pozbywa się w dniu swoich szesnastych urodzin w pewnym sensie jest takim tajemniczym elementem. Łatwo się domyślić jak działa, a nawet kto ją skonstruował, ale tajemnicą pozostaje to, dlaczego, wydaje się, tak ważki przedmiot potraktowano tak niebywale ogólnikowo. Zupełnie, jakby o nim zapomniano. Głównym składnikiem „Wróciłam zza grobu” jest oczywiście elektrokineza. Motyw ten jeśli nawet nie jest żadną innowacją w horrorze, to na pewno nie można go nazwać powszechnym. Ma się więc prawo oczekiwać sporego powiewu świeżości, jakiejś bardziej wyróżniającej się pozycji, czegoś tchnącego żywotnością, której ewidentnie brakuje we współczesnych kinie grozy. Co rzecz jasna nie znaczy, że ta przypadłość dotyka wszystkie nowsze filmowe horrory. Ale „Wróciłam zza grobu” Juliana Richardsa niestety tak. Motyw elektrokinezy, owszem, wprowadza z lekka pomysłowe rozwiązania, ale jestem przekonana, że tkwił w tym nieporównanie większy potencjał. Efekt najbardziej jednak psuje rażąca beznamiętność bijąca z dosłownie każdego kadru. I pocięta narracja. Tak to wygląda. Odskakujemy od jednej powierzchownie wykreślonej postaci do innej, a potem następnej. I tak w kółko, aż do zakończenia, które nikogo zaskoczyć nie powinno. Bo i na zaskakiwaniu widzów zauważalnie filmowcom nie zależało. Ale ze słów Juliana Richarda wnoszę, że zależało im na emocjonalnym przedstawieniu relacji Tess i Leny. Matki i córki. Aktorki, która żyje w błędnym przekonaniu, że jej dziecko zmarło podczas porodu i szesnastolatki, która wreszcie poznaje tożsamość swojej rodzicielki. Zamiast jednak czym prędzej podzielić się tą wiedzą z główną zainteresowaną, Tess postanawia zbliżyć się do niej w inny sposób. W domyśle dlatego, że nie jest jeszcze gotowa na uświadomienie Liny i oczywiście woli najpierw poznać kobietę, która ją urodziła.

Po takim scenariuszu można spodziewać się silnej płaszczyzny psychologicznej. Rozpoczynając od zgłębienia relacji Tess z jej przybranymi rodzicami, ze wskazaniem na Kena Sterna, którego kochającym ojcem na pewno nazwać nie można. Być może odegrał on kluczową rolę w ukształtowaniu Tess na morderczynię. Ale tylko przypuszczalnie, bo stosunkom tej dwójki nie poświęcono należytej uwagi. Michael Mahin w swoim scenariuszu dosłownie prześliznął się przez ten człon i przeszedł do innego wątku, który można by nazwać psychologicznym, gdyby twórcy inaczej do niego podeszli. Nie tak szczątkowo. Oczywiście nie ulega wątpliwości, że Tess rozpaczliwie łaknie kontaktów z matką (i trudno się jej dziwić), że od dawna marzy wyłącznie o tym zjednoczeniu, a gdy to wreszcie staje się możliwe, jest zdecydowana zrobić absolutnie wszystko, by już zawsze były razem. Nie zamierza też dopuścić do tego, żeby jej rodzicielkę, Lenę O'Neill spotykały jakieś przykrości – chce, żeby była szczęśliwa i zamierza jej to zapewnić, dzięki nadzwyczajnym mocom, jakie posiada. Przyznaję, że morderstwa, których dopuszcza się Tess odznaczają się jako taką kreatywnością. Bo i trudno byłoby, żeby cegiełki postawione na takim fundamencie nie cechowały się pomysłowością. Przynajmniej krztyną. Okazuje się, że nawet takie banalne, jeśli mówimy o horrorze, przejechanie człowieka samochodem, może zbytnio nie pachnieć wtórnością (swoją drogą jump scenka w tej sekwencji pozytywnie mnie zaskoczyła – bo co nieczęsto mi się zdarza, odniosła zamierzony skutek). Z tej slasherowej palety - a bo mordercza działalność Tess kojarzy się głównie z tym podgatunkiem horroru, choć slasherem sensu stricto „Wróciłam zza grobu” bym nie nazwała – muszę wyróżnić zabójstwo Kena z wykorzystaniem jego aparatu słuchowego, ale myślę, że najbardziej makabryczny moment pojawia się nie w scenie mordu, tylko podczas pracy w kostnicy. W prologu. Nie należy jednak przez to rozumieć, że twórcy idą tutaj na całość – co to to nie! – ale w porównaniu do pozostałych akcentów gore ten moim zdaniem jest najbardziej plastyczny. Nazbyt efekciarsko też bywa. Moim zwycięzcą w tej konkurencji jest zabójstwo z wykorzystaniem fragmentu sieci wysokiego napięcia. Miało być widowiskowo, a wyszło tandetnie. Zresztą to samo mogę powiedzieć o sposobie prowadzenia niewyszukanej, bardzo prostej historyjki o zawiązywaniu więzi pomiędzy dwiema przedstawicielkami płci żeńskiej, które są bardzo blisko ze sobą spokrewnione (bliżej już nie można), ale tylko jedna z nich o tym wie. I o serii mordów dokonywanych przez tą młodszą. I o detektywie z wydziału zabójstw, który starając się rozpracować zagadkowe zgony w Los Angeles, dociera do Leny O'Neill. Niegdyś dosyć popularnej aktorki, której gwiazda z czasem przygasła, ale kobieta stara się wrócić na dawne tory zawodowe. I znaleźć grób swojej córki, którą tak naprawdę od niedawna ma u swojego boku. Warstwa... kryminalna? - no, niech będzie – bardziej skrótowo przedstawiona już być chyba nie mogła. W sumie dosyć naiwnie się to prezentuje. Mamy policjanta, o którym wiemy tylko tyle, że na tej zdumiewająco krótkiej drodze ku prawdzie, wyciąga wyłącznie trafne wnioski. UWAGA SPOILER Zwłaszcza w tej sytuacji. Bo skoro ma tutaj do czynienia z zabójczynią obdarzoną nadzwyczajnymi mocami, można zakładać, że rozwiązanie tej sprawy nastręczy mu większych trudności. Ale nie. Dla tego detektywa nawet coś takiego, jak sterowanie elektrycznością siłą woli wydaje się być czymś zupełnie normalnym. Ten człowiek bez najmniejszego oporu akceptuje to zjawisko, bo to nie jest człowiek malej wiary, ot co! KONIEC SPOILERA. Ale nie o Marcu Foxie przede wszystkim traktuje „Wróciłam zza grobu”. To tylko dodatek, który podejrzewam miał uwiarygodnić ową opowieść, ale moim zdaniem wyszło wręcz odwrotnie. Kluczowa jest pozbawiona głębi, o którą notabene aż się prosiła, relacja matki i córki. Obudowana odartą z napięcia morderczą działalnością tej młodszej, która będzie się kojarzyć pewnie głównie z Carrie White, ale ja patrząc na nią miałam przed oczami jej „podróbkę”: Rachel Lang z sequela kultowego filmu Briana De Palmy opartego na pierwszej wydanej powieści Stephena Kinga. Jedno Wam mogę obiecać: jest nowocześnie. Na czym zresztą Julianowi Richardsowi zależało. Dostrzegł w scenariuszu Michaela Mahina zapożyczenia z paru starszych horrorów (niektóre może i sam pożyczył, tego nie wiem) i uznał, że ciekawie będzie przełożyć je na współczesny język kina. Miało być nostalgicznie, ale jednocześnie na XXI-wieczną modłę... Chyba nie muszę dodawać, że eksperyment według mnie się nie udał.

Jeśli ktoś boi się horrorów i tak tego nie lubi, że stara się ich unikać, to jak bardzo mu się nudzi może sobie zerknąć na „Wróciłam zza grobu” Juliana Richardsa. Aczkolwiek nie obiecuję, że jeszcze bardziej się na tym nie wynudzi. Ale przynajmniej dojdzie do wniosku, że nie wszystkie horrory są tak straszne, jak mu/jej się wydaje. Miłośnicy gatunku natomiast... Cóż, zrobicie jak chcecie. Ale jak już ten twór obejrzycie, to nie mówcie, że Was do tego namówiłam. Absolutnie nie polecam! Nawet fanom filmów grozy o różnego rodzaju psychokinetycznych zdolnościach. Myślę, że już lepiej po raz enty obejrzeć „Carrie” Briana De Palmy, niż porywać się na „Wróciłam zza grobu”. Beznamiętny, plastikowy, dosyć chaotycznie i nad wyraz powierzchownie opowiedziany horror o między innymi nastolatce władającej nadzwyczajną mocą, którą wykorzystuje przeciwko osobom, które w jakiś sposób się jej naraziły. No nie. Dla mnie to bezapelacyjnie nie był dobry wybór.

czwartek, 19 września 2019

Zakupy


… czyli kolejna porcja książek, które na swoją kolej muszą jeszcze trochę (?) poczekać.

Stephen King „Instytut”
Edward Lee „Świnia”
Edward Lee „Wyrywacz rogów”
Raphael Montes „Dziewczyna w walizce”
Dan Simmons „Zimowe nawiedzenie”
Frank Schatzing „Odwet oceanu”
Sarah Waters „Ktoś we mnie”
Michel Bussi „Nie puszczaj mojej dłoni”
Louise Doughty „Mroczny zaułek”
Anna Snoekstra „Laleczki”
Luca D'Andrea „Istota zła”

środa, 18 września 2019

Ada Palmer „Do błyskawicy podobne”


Rok 2454. Państwa narodowe nie istnieją. Zamiast nich jest siedem frakcji zwanych Pasiekami, pomiędzy którymi nie ma większych konfliktów. Ich przywódcy, tak zwana Wielka Siódemka, żyją w przyjaźni doprawionej współzawodnictwem. Religie jakiś czas temu zostały zniesione, a potrzeby duchowe obywateli zaspokajają osoby zwane senseistami. Większość ludzi żyje w baszach. To niewielkie skupiska ludzkie, które stanowią rodzinę, nawet jeśli faktycznie nie są ze sobą spokrewnieni ani spowinowaceni. Jednostkami, które nie przynależą do żadnego baszu ani Pasieki są usługowcy, przestępcy skazani na świadczenie wszelkiej pomocy każdemu praworządnemu obywatelowi, który się do nich zwróci. Takim usługowcem jest Mycroft Canner, człowiek bardzo cenny dla Wielkiej Siódemki. I trzynastoletniego chłopca potrafiącego czynić cuda imieniem Bridger, o którego istnieniu wie zaledwie kilka osób. Robią oni wszystko, by świat się o nim nie dowiedział. Ani świat, ani tym bardziej chłopiec nie są bowiem jeszcze na to gotowi. Mycrofta zaprząta jeszcze jedna ważna sprawa. Sprawa osobliwej kradzieży, która może zaważyć na losach całego świata. Kradzieży, która między innymi zwraca uwagę wszystkich na basz, dający schronienie Bridgerowi.

„Do błyskawicy podobne” („Too Like the Lightning”) to debiutancka powieść amerykańskiej historyczki Ady Palmer, która otwiera jej czterotomową serię science fiction „Terra Ignota”. Swoją światową premierę książka miała w 2016 roku, a już w następnym ukazały się dwie kolejne odsłony cyklu: „Seven Surrenders” i „The Will to Battle”. Pierwsze wydanie ostatniego tomu „Terra Ignota”, „Perhaps the Stars” zaplanowano na rok 2020. Za „Do błyskawicy podobne” Ada Palmer otrzymała Nagrodę im. Johna W. Campbella (najlepsza nowa pisarka). Ponadto powieść uhonorowano Nagrodą Comptona Crooka, za najlepszy powieściowy debiut. Książka otrzymała też szereg nominacji, w tym do Nagrody Hugo. Jej autorka zdradziła, że ta publikacja jest spełnieniem jej największego marzenia. Zawsze chciała zostać pisarką. I ciężko na to pracowała. Na sukces, który bez wątpienia już odniosła, ale bynajmniej nie ma zamiaru się wycofywać. Ada Palmer wiąże swoją przyszłość z pisarstwem. I dobrze, bo taki talent nie powinien się marnować.

Pierwsze polskie, przepiękne wydanie w twardej oprawie „Do błyskawicy podobne” Ady Palmer (wydawnictwo Mag, rok 2019), pojawiło się bez głośniejszych fanfar. A to przecież może być jedno z najważniejszych tegorocznych wydarzeń literackich! Jeśli nie najważniejsze. Bo oto do Polski zawitał cenny nabytek gatunku science fiction. Pierwsza powieść Amerykanki, która włada piórem tak, jakby się z nim urodziła. Wydawnictwo Mag wypuściło to dzieło w swojej bodaj kultowej już serii „Uczta Wyobraźni” i trzeba przyznać, że ta nazwa idealnie je określa. Ada Palmer w „Do błyskawicy podobne” zabiera nas w niezapomnianą, ale i niełatwą podróż po wyimaginowanym świecie, który zdumiewa swoim rozmachem. Uniwersum wykreowane na kartach omawianej powieści to uniwersum kompletne. Każdy mniej i bardziej istotny składnik tego świata, dzięki imponującej pieczołowitości autorki, w wyobraźni odbiorcy nabiera trójwymiarowości. Jest niemal tak samo realny, jak rzeczywistość, w której żyje. Choć zdecydowanie ciekawszy. Zagłębianie się w świat przedstawiony w „Do błyskawicy podobne” nie jest procesem łatwym, a już na pewno nie szybkim. Palmer przyjęła bowiem dosyć osobliwą narrację. Osobiście potrzebowałam czasu, żeby się z nią oswoić, zsynchronizować się ze stylem (tłumaczenie Michała Jakuszewskiego), który bez wątpienia jest najbardziej charakterystyczną cechą tej publikacji. To przede wszystkim odróżnia ją od innych powieści science fiction, ale i oczywiście nie należy zapominać o niezwykłym świecie tutaj odmalowanym. Przez jakiś czas prawie nic nie wiedziałam. Czytam, czytam... i nie mogę się w tym rozeznać. Narratorem Ada Palmer uczyniła trzydziestojednoletniego Mycrofta Cannera (parę późniejszych fragmentów przedstawi nam inny mężczyzna), człowieka, który odpokutowuje za jakieś przestępstwo. Później dowiemy się jakie, ale poznajemy go jako człowieka wzbudzającego zarazem współczucie, jak i podziw. Mycroft został skazany na bycie usługowcem, czyli człowiekiem nieprzynależącym do żadnej Pasieki ani baszu, którego zadaniem jest pomaganie każdemu, kto się do niego zwróci. W granicach prawa. Jest rok 2454, który niejednego nam współczesnego pewnie przyprawiłby o atak serca. Państwa narodowe nie istnieją – zamiast nich są tak zwane Pasieki, które ściśle ze sobą współpracują. Religie też zostały obalone. Tworzenie wszelkiego rodzaju grup wyznaniowych jest zabronione, ale to nie znaczy, że ludziom w ogóle nie wolno poruszać tematów teologicznych. To jest dozwolone, ale oczywiście w pewnych granicach. Rolę duchowych przewodników pełnią tak zwani senseiści. Ich zadaniem bynajmniej nie jest nawracanie ludzi na jakąś wiarę – tego robić im wręcz nie wolno – tylko edukowanie ich. Zapoznają swoich pacjentów/uczniów z dawnymi religiami, z filozofią, historią, ale i pełnią rolę ich psychiatrów. Pomagają ludziom w utrzymywaniu wewnętrznej równowagi. Świat, w którym egzystuje Mycroft Canner to pod pewnymi względami czysta utopia. Ludzie żyją w harmonii ze sobą i z innymi. Medycyna, technologia i gospodarka są nad wyraz rozwinięte, do poważnych przestępstw prawie już nie dochodzi, a wojna? Jaka wojna? Przecież nie ma ani państw narodowych, ani religii, a to one według autorki stanowiły niegdyś coś w rodzaju zapalników większości konfliktów pomiędzy ludźmi. Podziału na płeć też nie ma. Tak, tak, wiem ten straszny gender... I to najbardziej utrudniało mi lekturę. Nie mityczny potwór zwany gender, tylko częste przyjmowanie rodzaju nijakiego. Mycroft litościwie przyjmuje zwyczajową w naszych czasach formę. Dzieli ludzi na kobiety i mężczyzn, ale czyni to wedle własnego uznania. Pozostałe postacie najczęściej wyrażają się o sobie i innych w rodzaju nijakim. Z czasem się do tego przyzwyczaiłam, ale początki naprawdę łatwe nie były. Innym, już mniejszym, utrudnieniem było wplatanie w akcję wynurzeń filozoficznych, teologicznych i historycznych (obok znanej nam historii są przeszłe wydarzenia znane tylko postaciom wykreowanym przez Adę Palmer i ludziom, którzy może żyją po nich), w których jednakowoż z czasem się rozsmakowałam. Dezorientacja z czasem bowiem odeszła w zapomnienie. Wsiąkłam w tę złożoną opowieść Mycrofta Cannera, który już w pierwszej partii „Do błyskawicy podobne” daje do zrozumienia, że nie jest osobą godną sympatii, ale jeszcze nie zdradza dlaczego tak uważa. Mówi tylko, że niegdyś dopuścił się jakiegoś przestępstwa, za które został skazany na bycie usługowcem. To doprawdy wspaniały zabieg. Długie odmawianie nam pełnej wiedzy o narratorze i zarazem głównym bohaterze (antybohaterze?) powieści. Sygnalizując jedynie, że czegoś zdrożnego kiedyś się dopuścił, dużo więcej uwagi poświęcając jego jasnym stronom. Jego ciężkiej pracy dla dobra ogółu. A zwłaszcza pewnego cudownego nastolatka, którego los autentycznie kraje serce.

Ada Palmer w „Do błyskawicy podobne” prowadzi dialog z odbiorcą. I to nie tylko w przenośni. Nasz narrator, Mycroft Canner, nierzadko zwraca się bezpośrednio do czytelnika, traktując go jak swojego pana i władcę. Co jakiś czas wtrąca nawet w swoją relację słowa, które przypisuje swojemu „słuchaczowi”. Po prostu wyobraża sobie, jakie myśli w danym momencie towarzyszą osobie zapoznającej się z „jego” opowieścią, aczkolwiek ani razu przez myśl mu nie przechodzi, że jego czytelnik nie żyje ani w jego teraźniejszości, ani tym bardziej w przyszłości, tylko w przeszłości. Jego spojrzenie na czytelnika jest więc zniekształcone. Przez to Mycroft nieumyślnie potęguje naszą dezorientację. Błędnie zakłada, że niektóre fakty z jego świata są nam doskonale znane, nie objaśnia więc wszystkiego tak dokładnie, jak byśmy chcieli. A jakby tego było mało czasami rozwodzi się nad wydarzeniami, w których praktycznie nie sposób się odnaleźć. I Mycroft o tym wie, zaznacza jednak, że tego akurat rozumieć nie musimy... Innymi słowy niejako każe nam czytać bez zrozumienia, a przynajmniej bez podejmowania prób spamiętania tego, co w tych nie tak znowu krótkich ustępach nam przedstawia. I teraz już chyba nikt nie powie, że narracja obrana przez Adę Palmer w „Do błyskawicy podobne” nie odznacza się oryginalnością, że w swojej debiutanckiej powieści idzie po linii najmniejszego oporu. Nie. Nie dla niej najprostsze rozwiązania. Nie dla niej ścieżki wydeptane przez innych. Ona ma swój niepowtarzalny styl i swoje pomysły. I te mniej, i te bardziej ściśle wpasowujące się w ramy science fiction. Gatunku, który darzy ogromną miłością. Co więcej, jak na dłoni widać, że Ada Palmer nie powątpiewa w inteligencję swoich czytelników. Traktuje go jak równego sobie, bez względu na to, jak on sam się na to zapatruje. Wyjaśnię. Otóż, podczas lektury „Do błyskawicy podobne” nierzadko ogarniało mnie przekonanie, że Ada Palmer zdecydowanie mnie przecenia, że zbyt wiele wymaga od takiego laika jak ja. Ona jest historyczką, ja nie. Ona doskonale orientuje się w zagadnieniach filozoficznych i teologicznych, ja nie bardzo. I nie mam wątpliwości, że niejeden odbiorca „Do błyskawicy podobne” do takich samych wniosków dojdzie. Bo nie każdy sympatyk literatury science fiction posiada takie przygotowanie, taką wiedzę, jak autorka tego dzieła. Tylko że... Jednym z bohaterów „Do błyskawicy podobne” jest senseista Carlyle Foster, który zostaje oddelegowany do baszu, jak odkrywa, ukrywającego trzynastolatka posiadającego niezwykłe moce. Wspaniałego Bridgera – empatycznego chłopca, któremu grozi ogromne niebezpieczeństwo. Carlyle staje się jednym z jego przewodników, ale nie z gatunku tych, którzy patrzą na swoich podopiecznych z góry i którzy starają się narzucić im swój sposób patrzenia na świat. I według mnie taką samą rolę przyjmuje Ada Palmer. Autorka omawianej książki też jest dla nas taką przewodniczką. Zaprasza nas do dyskusji na przeróżne tematy od wieków zajmujące ludzkość. Zachęca nas do wyciągania własnych wniosków, do przyjmowania takiej perspektywy, jaka najbardziej odpowiada nam, nie jej. Ale też w pewnym sensie liczy na życzliwą dyskusję. Palmer zdaje się być jedną z tych, niestety nielicznych, osób, które nie tylko akceptują różnice pomiędzy ludźmi, ale wręcz są przekonane, że one są nam potrzebne. Owszem, bywają destrukcyjne, ale dlatego, że tak duża część ludzkości skrajnie negatywnie się na nie zapatruje. Nie traktuje wszystkiego, co nas różni jak dar tylko przekleństwo, które wszelkimi sposobami należy zwalczać. Różnice mogą budować, ale tylko jeśli na to pozwolimy. W świecie, w którym żyje Mycroft Canner, wiele z tych różnic, którymi nie wiedzieć czemu, w naszym świecie poświęca się mnóstwo uwagi, całkowicie się zatarło. A te które są nie konfliktują ludzi. Bo społeczeństwo wykreowane na kartach „Do błyskawicy podobne” jest nieporównanie bardziej rozwinięte. Niekoniecznie jest lepsze w absolutnie wszystkich aspektach, ale powiedzie sami: czyż życie w świecie bez konfliktów zbrojnych nie jest pociągające? Bez bezsensownych i często niebezpiecznych sporów pomiędzy politykami, z tak rozwiniętą medycyną, że spokojnie można dożyć wieku, który w naszym świecie jest poza zasięgiem i technologią, która przypomina wręcz magię? A to tylko niektóre z zalet świata wymyślonego przez Adę Palmer. Utopia? Jak fan science fiction słyszy to słowo to najpewniej myśli: to tylko pozory. Tym bardziej, gdy na horyzoncie pojawia się tajemniczy złodziej i cudowne dziecko, które nie może czuć się bezpiecznie. A czołową postacią jest przesympatyczny mężczyzna, któremu nie powinniśmy ufać, ale... No jak tu nie zaufać takiemu altruiście, jak Mycroft Canner?

Magiczna, pobudzająca intelektualnie, niezwykle dojrzała, oryginalnie opowiedziana powieść science fiction. Niezapomniana podróż do świata wyobraźni, która najwidoczniej nie ma granic. Wyobraźni amerykańskiej historyczki, Ady Palmer, który taki oto nietuzinkowy debiut wręczyła sympatykom literackiej fantastyki naukowej. Niełatwy debiut otwierający czterotomowy cykl „Terra Ignota”. „Do błyskawicy podobne” to wyzwanie, które naprawdę warto podjąć. Książka ta wymaga od nas pewnego wysiłku, ale chociaż przez jakiś czas możecie być mocno zdezorientowani, nie poddawajcie się. Czytajcie dalej, nawet jeśli niewiele z tego będziecie rozumieć. Bo z czasem wszystko powinno się Wam rozjaśnić. Wtedy, albo paradoksalnie jeszcze wcześniej, odkryjecie, że wcale nie chcecie z tego uniwersum wychodzić, że Ada Palmer praktycznie Was zaczarowała. I to już może we wstępnej fazie tej fenomenalnej przygody u boku zresocjalizowanego (?) przestępcy Mycrofta Cannera, tylko jeszcze wtedy nie byliście tego świadomi. Tak czy inaczej wpadniecie w to. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że wcześniej czy później ta książka Was zachwyci. A gdy skończycie prawdopodobnie zakrzykniecie: dawać kolejne części „Terra Ignota”!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 16 września 2019

„Nightmare Cinema” (2018)

 
Alejandro Brugues (jeden segment „ABCs of Death 2”), Joe Dante („Pirania”, „Skowyt”), Ryuhei Kitamura („Nocny pociąg z mięsem”), David Slade („30 dni mroku”) i Mick Garris (miniserial „Lśnienie”, „Desperacja”) spotykają się w jednym projekcie filmowym – antologii grozy pt. „Nightmare Cinema”. Prawie każdy z nich wyreżyserował jedną krótką historię, które spina opowieść rozgrywająca się w amerykańskim kinie Rialto. Opowieść zatytułowana „The Projectionist” w reżyserii i na podstawie scenariusz Micka Garrisa. Antologia została ogłoszona we wrześniu 2017 roku, zdjęcia ruszyły jeszcze tego samego roku, a pierwszy pokaz „Nightmare Cinema” odbył się w lipcu 2018 roku na kanadyjskim Fantasia Film Festival.

Noc. Zabytkowe, świecące pustkami kino Rialto gdzieś w Stanach Zjednoczonych. Nie, zaraz. Ktoś tam jednak jest. Tak, to Mickey Rourke jako tajemniczy kinooperator. A w jego repertuarze horrory o ludziach z widowni. Każdy, kto przestąpi próg tego kina niby wprost wyjętego ze Strefy Mroku, zobaczy na ekranie siebie. W niezwykłych okolicznościach, bo jako postać horroru. Krótkiej opowieści grozy o... To zależy, bo Mickey Rourke dla każdego widza przygotował coś innego. A właściwie to twórcy „Nightmare Cinema”, antologii filmowej, która ewidentnie wyraża tęsknotę za starym, dobrym kinem grozy. Za siódmą i ósmą dekadą XX wieku, którą cechowała rzadko dziś spotykana twórcza swoboda (bijąca z ekranu, w praktyce jednak nie zawsze tak to przebiegało). „Zabawa gatunkiem”: to mogła być zasada przyświecająca ludziom, którym zawdzięczamy omawiane działko. Produkcję stworzoną przez fanów horrorów dla fanów horrorów. „Nightmare Cinema” wychodzi z o tyleż ciekawego, co prostego pomysłu uczynienia bohaterami/antybohaterami członków widowni. Nie spotykamy się tutaj z sytuacją rodem „The Final Girls” Todda Straussa-Schulsona, „Midnight Movie” Jacka Messitta albo „Udręki” Bigasa Luny (w tym ostatni przypadku przynajmniej nie do końca). Na psychikę widzów z „Nightmare Cinema” filmy, które oglądają w kinie Rialto mogą co prawda jakoś oddziaływać, ale „nie wchodzą w buty pewnej Alicji”, nie wnikają do danego filmu, tylko siedzą w kinowym fotelu i, tak jak my, wgapiają się w ekran. A tam się dopiero dzieje. Oj, dzieje się...

Maraton filmowy otwiera Alejandro Brugues swoim „The Thing in the Woods”. Nietypowym slasherem, którego scenariusz napisał sam. Wstęp: środek akcji. Widzimy zakrwawioną, biegnącą kobietę, która jak już wiemy w tym samym czasie siedzi w kinie. Szybko wychodzi na jaw, że jej filmową odpowiedniczkę ściga osobnik w stroju spawacza. Jeszcze nie wiemy kto zacz, ale wieloletni miłośnicy slasherów pewnie od razu odgadną o co tu chodzi. Ot, zamaskowany morderca szlachtuje ludzi w jakimś leśnym zakątku najprawdopodobniej Stanów Zjednoczonych, a ta pani, na którą teraz poluje to nikt inny, jak final girl. Prościej być już nie mogło, prawda? Tak, twórcy „Nightmare Cinema” bez wątpienia nie chcieli niczego nadmiernie komplikować. Bo od razu widać, że to miał być horror retro, swoisty hołd dla filmów grozy z lat 70-tych i 80-tych XX wieku. Ale to nie znaczy, że obędzie się bez zaskoczeń. Przecież chodzi też o zabawę gatunkiem – pogrywanie z odbiorcami dobrze zorientowanymi w regułach, jakimi rządzi się... w tym przypadku slasher. Ta oto pastiszowa przygoda, dosyć mocno podlana substancją imitującą krew. Fizycznie obecną na planie cieczą, nie obrazami generowanymi komputerowo. W efekcie dostałam dosyć zaskakującą, szaloną rąbankę, celowo uwypuklającą niektóre znane cechy filmów slash oraz tak jak i cała ta produkcja, utrzymaną w klimacie retro (stosownie mroczne, lekko przybrudzone zdjęcia, w których nie znać jaskrawych, żywych kolorów), który wprawił mnie w iście sentymentalny nastrój. I z takim nastawieniem ochoczo weszłam w kolejną opowiastkę...

… tym razem podchodzącą pod body horror. „Mirari” w reżyserii Joego Dantego i na podstawie scenariusz Richarda Christiana Mathesona, syna mocno zasłużonego w horrorze nieżyjącego już pisarza Richarda Mathesona. Poznajcie Annę, młodą kobietę, która ma kompleksy na punkcie swojej twarzy. A ściślej niemałej blizny rozciągającej się na jednym policzku. Jej narzeczony David próbuje ją przekonać, że to nic takiego, ale kobieta po prostu nie potrafi zaakceptować siebie z tą, według niej, bardzo szpetną blizną. I dłużej znosić dziwnych spojrzeń obcych ludzi. David postanawia więc sfinansować jej zabieg plastyczny. I od tego momentu robi się trochę Cronenbersko. Czuć w tym ducha mistrza body horroru (tj. Davida Cronenberga) – nawet silniej niż Joego Dantego, notabene też rozpoznawalną postać w światku horroru. Pomimo przewidywalności, uważam „Mirari” za najsilniejszy człon „Nightmare Cinema”. Trzymający w napięciu, diablo klimatyczny segment w zdecydowanej większości rozgrywający się w klinice chirurgii plastycznej, prowadzonej przez doktorka, który... Jest klasycznym burzycielem, czy nie? Jakkolwiek będzie wyglądało wyjaśnienie owej zagadki, długoletni fani horrorów najpewniej od początku będą patrzeć na niego bardzo podejrzliwym okiem. Odbierać złe fluidy emanujące z tego człowieka. A na końcu – no, czeka nas widok jak z koszmaru. Widok, który coś ważnego chce nam chyba powiedzieć. Nam, współczesnym ludziom (nie wszystkim) zafiksowanym na punkcie swojego wyglądu. Nie, nie wewnętrznego, to byłaby utopia. A co jak co, ale w utopijnym świecie to na pewno nie żyjemy.

Mashit” Ryuheia Kitamury, segment oparty na scenariuszu Sandry Becerril rozgrywa się w katolickiej szkole dla dzieci obojga płci, której dyrektorem jest kolejny gość tajemniczego kinooperatora. Kapłan dopuszczający się „zakazanych praktyk”. Nie myślcie, że okultystycznych. Nie, nie, nic z tych rzeczy. Człowiek ten przyjmie rolę bożego wojownika – gościa, który z podniesionym czołem stanie do walki z demonem panoszącym się w jego szkole. „Mashit” to bez wątpienia ukłon w stronę ponadczasowego „Egzorcysty” Williama Friedkina. Pamiętacie „pajęczy krok” Regan MacNeil? Na pewno. Być może szybkie migawki - demona? diabła? - wychwytywane przeze mnie kątem oka też miały nawiązywać do „Egzorcysty”. Tak, na to wygląda. Nie jestem tego absolutnie pewna, ale wydaje mi się, że przy tych wstawkach majstrował komputer. Jeśli tak, to dobrze, że ta demoniczna postać ma tak króciutkie wejścia. A co ponadto? No cóż, powiedziałabym, że więcej się tu dzieje niż w niejednym pełnometrażowym horrorze satanistycznym XXI wieku (ciut za dużo). Och, czego tu nie ma? Opętanie przez demona? Obecne! Krwawe łzy? Są! Profanacja chrześcijańskich figur? Jest! Egzorcyzmy? Próbujemy, próbujemy. Do tego spadający krzyż, niewytłumaczalne hałasy i (tutaj aż włos zjeżył mi się na głowie) grube, skrzeczące głosy opętanych jednostek. I rąbanka. Masakra w szkole katolickiej, która myślę, że może wzbudzić małe kontrowersje. Innymi słowy: istne szaleństwo. Z lekkim przymrużeniem oka – na przykład oprawa muzyczna ujęcia zwłok małego chłopca. Zabawa, której chyba niewinną nazwać nie można. Chociaż... Nie, lepiej to zostawmy.

David Slade napisał scenariusz swojego wkładu w „Nightmare Cinema” wspólnie z Lawrence'em C. Connollym. Czarno-biały filmik „This Way to Egress” opowiada o kobiecie, która szuka pomocy u pewnego psychiatry. Do budynku, w którym ów jegomość przyjmuje pacjentów przybyła z dwójką swoich małoletnich synów, którzy nie są zadowoleni z tego, że muszą tu tkwić. Wystrój tego miejsca jest iście piekielny, a i większość personelu wygląda i zachowuje się dosyć nietypowo. Najprawdopodobniej dlatego, że przyjmujemy punkt widzenia kobiety chorej psychicznie. Kobiety, która nie widzi części rzeczy i ludzi takimi jakimi są, która tak naprawdę żyje w niekończącym się koszmarze, zgotowanym jej przez własny, niezdrowy umysł. Wspaniała, bardzo mroczna oprawa wizualna towarzyszy raczej smutnej opowieści o kobiecie rozpaczliwie poszukującej wyjścia z opłakanej sytuacji, w której się znajduje. To horror psychologiczny z domieszką demoniczności. Nieprzekombinowana opowieść o matczynej miłości, która przetrwa dosłownie wszystko. Czy to dobrze? Pewnie tak, ale niekoniecznie w tym segmencie. Matczyna miłość przygasza zew śmierci, daje nadzieję, która nie zawsze (moim zdaniem nigdy, ale to tak na marginesie) jest dobra. Czasami lepiej się poddać – ale powiedzcie to kochającej matce, takiej jak główna bohaterka „This Way to Egress”, która woli UWAGA SPOILER życie w kłamstwie od zaakceptowania faktu, że nie ma już dzieci. Możliwe nawet, że nigdy ich nie miała KONIEC SPOILERA. Czegoś mi tu jednak brakowało. Nie wiem, może ożywienia środkowej części tej historii, bardziej zdecydowanego potęgowania napięcia, bo coś za płasko to wyszło. Jest dobrze, ale mogło być lepiej.

A teraz przed Państwem ponownie Mick Garris, człowiek najbardziej znany z tworzenia filmów opartych na prozie Stephena Kinga. Ale swoje pomysły też miewa. Przykładem „Dead” (i „The Projectionist” rzecz jasna), nie licząc klamry piąty segment „Nightmare Cinema”, opowiadający o bratniej duszy Cole'a Seara („Szósty zmysł” M. Nighta Shyamalana”). O chłopcu imieniem Riley, który widzi zmarłych ludzi. A wszystko przez to, że przez kilkanaście minut sam był martwy. Widok Annabeth Gish w ogóle mnie nie zaskoczył (bo to w końcu Mick Garris), ale jej rola, muszę przyznać, trochę tak. Aktorka ta wciela się tutaj w postać matki głównego bohatera, która na początku zostaje zastrzelona przez jakiegoś obcego mężczyznę. Jej mąż i zarazem ojciec Rileya też traci wówczas życie. Jedynie ich utalentowanemu muzycznie synkowi udaje się przeżyć. Teraz dochodzi do siebie w szpitalu, a to raczej nie jest najlepsze miejsce dla osoby widzącej duchy... Praktyczne efekty specjalne (no dobrze, jest jedna scenka obrobiona komputerowo, zamierzenie kiczowata, w stylu lat 80-tych XX wieku), niewyszukana opowiastka o chłopcu, który zyskuje nadzwyczajną zdolność. To bardziej przekleństwo niźli dar. Owszem, dzięki temu rozmawia ze swoją zmarłą matką, ale... Zawsze jest jakieś „ale”, prawda? W każdym razie: ujdzie w tłoku. Ze wszystkich opowieści zamieszczonych w „Nightmare Cinema” ta najmniej mnie urzekła, chociaż do jej centralnej postaci zbliżyłam się najbardziej. Klimacik retro nie był niestety w stanie w całości zrekompensować mi, moim zdaniem, nazbyt grzecznej fabuły „Dead”. Jakoś się to oglądało, ale przydałoby się to podkręcić. Więcej koszmarków bym poprosiła.

Jak skończy się ten filmowy maraton? Jaki los spotka niewielką widownię mrocznego kina obsługiwanego przez tajemniczego jegomościa? Sprawdźcie sami, jeśli się nie boicie... Hi, hi, hi. Antologia filmowa „Nightmare Cinema” to propozycja przede wszystkim dla osób stęsknionych za starym, dobrym kinem grozy. A konkretniej rozkochanych w filmowych horrorach z lat 70-tych i 80-tych XX wieku. Za klimatem, efektami, nieskomplikowanymi fabułami, a nawet za takim kiczem, jaki cechował wiele nieśmiertelnych dzieł z tamtego okresu. Okresu świetności kina grozy, czasów niesłusznie minionych (tj. dla filmowego horroru), wspaniałej poetyki, która została niemalże wyparta przez plastik. Nie całkiem, bo jednak wciąż istnieją twórcy można powiedzieć, że niepokorni. Idący pod prąd, nie goniący za współczesnymi trendami, tylko jak mantrę powtarzający, że kiedyś było lepiej. I pokazujący to. Choćby w „Nightmare Cinema”, antologii, która praktycznie mnie zaczarowała. Nie wierzycie, że w tym projekcie jest moc, której nie ma w zdecydowanej większości współczesnych horrorów głównego nurtu? Obejrzyjcie, to może (tylko może) się o tym przekonacie.

sobota, 14 września 2019

Zapowiedź: Eva García Sáenz de Urturi „Rytuały wody”

„Cisza białego miasta” stała się najgłośniejszym zagranicznym thrillerem kryminalnym pierwszej połowy 2019 roku. Nadchodzi jej godny następca – „Rytuały wody”. Druga część hiszpańskiej trylogii, sprzedanej w łącznym nakładzie miliona egzemplarzy, to opowieść o tym, że zło nigdy nie śpi. „Rytuały wody” w księgarniach już 30 października.

Trylogia, którą rozpoczęła „Cisza białego miasta”, została za granicą okrzyknięta fenomenem nie tylko ze względu na milion czytelników, lecz także dlatego, że otrzymała niezwykle pozytywne recenzje. 95 procent czytelników, którzy wystawili jej oceny w największym książkowym portalu świata (goodreads.com) uznało, że to książka bardzo dobra lub co najmniej dobra. Średnia ocena to 4.32 na 5. Takich not nie dostają ani literackie arcydzieła, ani – tym bardziej – thrillery czy kryminały. Także w Polsce „Cisza białego miasta” bardzo szybko zyskała status bestsellera. „Rytuały wody” to jeszcze mocniejsza i mroczniejsza opowieść z domieszką baskijskiego klimatu.

Musiałem ją uratować. Nie upłynęło nawet dziesięć sekund, gdy ją zobaczyłem. I ten widok: jej ciało, jej ramiona, tułów i nogi szamoczące się pośród lawiny, wystarczył, żeby zburzyć tamę, którą mój mózg zbudował kilka miesięcy temu. – Ty nie! – krzyknąłem i po raz pierwszy od sierpnia moje usta wypowiedziały słowa zrozumiałe dla wszystkich. Ty nie. 
fragment powieści „Rytuały wody”

W górach znaleziono ciało kobiety w ciąży. Bez wątpienia było to morderstwo. Ofiara została utopiona w zabytkowym celtyckim kotle z wodą i powieszona za nogi na drzewie. Sprawca inspirował się pochodzącym sprzed wieków rytuałem potrójnej śmierci. Okazuje się, że śledczy Kraken znał ofiarę — to jego pierwsza dziewczyna, Anna Belén Liaño, którą poznał dwadzieścia cztery lata wcześniej. Pojawiają się przypuszczenia, że po tym zabójstwie mogą nastąpić kolejne. Wszystko wskazuje też na to, że na celowniku mordercy znajdują się osoby, które wkrótce mają zostać rodzicami. Śledztwo zostaje utajnione, policjanci boją się kolejnego wybuchu zbiorowej paniki w Vitorii. 
Podkomisarz Alba Díaz de Salvatierra, szefowa i kochanka Krakena, jest w ciąży. Nie ma pewności, kto jest ojcem dziecka. Jeśli jest nim śledczy, zagraża mu śmiertelne niebezpieczeństwo: może znaleźć się na liście potencjalnych ofiar zabójcy praktykującego rytuały wody. Morderca nie należy do łatwych przeciwników. Jego metody przerażają, ale on sam też imponuje — przebiegłością i inteligencją. Precyzyjnie dba o każdy element makabrycznej układanki.

W „Rytuałach wody” Eva García Sáenz de Urturi w mistrzowski sposób łączy trzymające w napięciu wątki seryjnych morderstw i rodzinnych tajemnic z niezwykłymi opisami zabytkowego miasta i emblematycznych miejsc prowincji Álava.

Wybrane opinie czytelników:

Larsson wysoko postawił poprzeczkę, osiągając mistrzostwo w dziedzinie tego gatunku, a teraz ma godną następczynię.

To jedna z tych książek, które wszyscy czytają i mówią tylko o niej, a kiedy sięgasz po nią, okazuje się, że naprawdę było warto.

Autorka osiągnęła mistrzostwo. Mota nas, czytelników, i prowadzi na linie, ciągnie, wprost zmuszając do postawienia następnego kroku. Biegniemy po stronach fabuły, chłoniemy to, co jest niebezpieczne, i godzimy się na ryzyko.

Eva García Sáenz de Urturi — hiszpańska pisarka urodzona w 1972 roku w Vitorii, od piętnastego roku życia mieszka w Alicante. Jest dyplomowaną optometrystką, pracowała w zawodzie przez dziesięć lat, następnie zaczęła wykładać na Uniwersytecie w Alicante. Przez trzy lata pisała wieczorami, by ukończyć swoją pierwszą powieść. Początkowo wydała ją samodzielnie na stronie hiszpańskiego Amazona. Dzięki entuzjastycznym recenzjom czytelników powieść szybko stała się bestsellerem i znalazła swojego wydawcę. Na potrzeby „Ciszy białego miasta” ukończyła kurs kryminologii i medycyny sądowej. „Rytuały wody” to kolejna część Trylogii Białego Miasta.

Autor: Eva García Sáenz de Urturi 
Tytuł: „Rytuały wody” 
Wydawnictwo: MUZA 
Premiera: 30 października 2019 
Cena: 49,90 zł

Źródło: wszystkie materiały od Business and Culture i wydawnictwa Muza