Stronki na blogu

sobota, 12 listopada 2022

„Margaux” (2022)

 

Drew organizuje ferie wiosenne dla tak zwanej nerdo kompanii, siebie i czwórki swoich przyjaciół ze studiów. W ostatniej chwili dołącza do nich jego dziewczyna, influencerka Lexi. Chłopak na miejsce ich relaksu wybrał inteligentny dom w zacisznej okolicy, który tylko Hannah nie imponuje technologicznym zaawansowaniem. Jako jedyna nie instaluje na swoim telefonie specjalnej aplikacji, która daje sztucznej inteligencji posługującej się imieniem Margaux, dostęp do wszystkich informacji na temat jej gości zamieszczonych w internecie. Młodzi ludzie beztrosko korzystają z nowoczesnych udogodnień w wynajętej nieruchomości, nie wiedząc, że Margaux ma wobec nich ukryte zamiary.

Twórca „Under the Bed” (2012) i „Silent Night” (2012), Steven C. Miller, po kilkuletniej działalności w ramach innych gatunków, wraca na ziemie horroru. Od jakiegoś czasu myślał o nakręceniu czegoś bardziej osobistego, przypominającego obrazy, które podziwiał w okresie dorastania. W końcu trafił na historię wymyśloną przez Chrisa Beyrooty i Nicka Watersa, przy spisywaniu której czynnie wspierał ich Chris Sivertson, między innymi reżyser i scenarzysta „The Lost” (2006), filmu opartego na powieści Jacka Ketchuma pod tym samym oryginalnym tytułem, reżyser „Wiem, kto mnie zabił” (2007) oraz współreżyser i współscenarzysta „All Cheerleaders Die” (2013). Miller dostrzegł w tym intrygującą mieszankę tak uwielbianego przez niego kina grozy z lat 80. XX wieku z nowoczesną technologią. Główny plan zdjęciowy „Margaux” urządzono w kanadyjskim dystrykcie gminnym Squamish, na terenie prywatnej posiadłości blisko gór, która zachwyciła Millera swoim „zagnieżdżeniem” w tej bajecznej krainie. Ten niedrogi amerykański produkt trafił bezpośrednio do strefy VOD we wrześniu 2022 roku (Stany Zjednoczone).

Steven C. Miller z dumą nazywa siebie dzieckiem lat 80. XX wieku. Nieuleczalny miłośnik filmów z tamtej szalonej dekady, który w przypadku „Margaux” musiał pójść na pewne ustępstwa. Marzył o bardziej praktycznym horrorze, ale z niektórymi rekwizytami zwyczajnie nie dało się pracować. Budżet był tak napięty, że wykluczone było pozyskanie solidniejszych wzmacniaczy, które byłyby fizycznie obecne na planie. Pozostało więc wspomaganie komputerowe, oczywiście też niedrogie. Z niektórych dodatków cyfrowych Miller nie był do końca zadowolony, ale w jego uznaniu większość ładnie spięła się z resztą. Miller zarzekał się, że gore w całości jest praktyczne, a i o lepkiej substancji przechowywanej w „strasznym domu” w tym kontekście zdarzyło mu się napomknąć. Rozumiem jednak, że nie miał na myśli ujęć z ruchomą mazią, bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że owe koszmarki nie zostały wygenerowane komputerowo. Ale to jeszcze nic – prawdziwą „petardą” były dla mnie „elektroniczne macki” niestarannie powklejane w rzeczywiste zdjęcia. Czy to było konieczne? Czy naprawdę nie można było zrezygnować z tych „pomocników Margaux”? Tak tandetnych CGI dawano nie widziałam – aż zaczęłam się zastanawiać czy nie potraktowałam zbyt ostro niektórych XXI-wiecznych mainstreamowych straszaków przeładowanych cyfrowymi bolączkami. I nie, nie pachniało mi to latami 80. XX wieku. No dobrze, jeśli się uprzeć za ukłonik w stronę ówczesnych horrorów, a ściślej teen-siekanin, można uznać konstrukcje postaciowe. Szablony, od których potencjalnie odbito protagonistów. To doszukiwanie się paraleli („Margaux” a lata 80. XX wieku) na siłę, bo jak by nie patrzeć te stereotypy funkcjonują także we współczesnym kinie grozy; pospolite i dziś. Z ciasnej ramki najśmielej wyrywa się Lexi (charyzmatyczny występ Vanessy Morgan), płytka influencerka, która daje się lubić. Nie przywykłam do takiego odbioru własnego internetowych celebrytek w horrorze. Takich bizneswoman nie było w ukochanej dekadzie Stevena C. Millera. To współczesny „wynalazek”, który w tym gatunku zazwyczaj pełni rolę dziewczynki i/lub chłopca do bicia. Powiedzmy, że horror nie jest zbyt przyjaznym miejscem dla influencerów. „Margaux” w moim poczuciu nie idzie tą przetartą drogą. Właściwie nie jestem pewna, czy taki był zamiar twórców, ale tym razem najmocniej sympatyzowałam z tą, dla której nie ma nic ważniejszego od mediów społecznościowych. Nawet jej chłopak i zarazem fotograf Andrew (Jedidiah Goodacre nie miał szans na wykazanie się w tej roli; nijaka, gubiąca się w tłumie postać jakby naprędce ulepiona przez scenarzystów) – mówcie mi po prostu Drew – blednie w zestawieniu z jej „działalnością gospodarczą”. Kariera przede wszystkim:) A żeby utrzymać się w tej branży, przynajmniej w przekonaniu Lexi, trzeba mocno koncentrować się na wyglądzie zewnętrznym. Nie wystarczy spędzać całych godzin przed lustrem i szeroko otwartą szafą. To już połowa sukcesu, ale Lexi wie, że aparat najbardziej kocha jędrne „podwozia”. Na kształtnym tyłeczku można daleko zajechać. Do tego płaski brzuszek oraz mocno wyeksponowany biust i już, gwiazda gotowa. Ach, przydałby się też dobry fotograf. W każdym razie lepszy od Drew. W inteligentnym domu ten wielki problem Lexi szybko się rozwiązuje, ale ten wspaniały układ nie może trwać wiecznie. Nieodpłatne usługi fotograficzne świadczone przez Margaux, ultra zaawansowany system komputerowy, któremu głosu użyczyła Susan Bennett. Wydawać by się mogło, że Lexi pasuje do tego towarzystwa, jak przysłowiowa pięść do nosa. Pozostali uważają się za stuprocentowych nerdów, z czym Lexi bynajmniej nie polemizuje. Dziewczyna ma ich za „wyższą inteligencję” (wyższą od swojej), ale jest pewna, że z łatwością dopasuje się do tej grupy. Nie obawia się wykluczenia ani niczego w tym rodzaju. Wkupienie się w łaski garstki „mądralińskich” nie może być trudne dla kobiety, która ma już przeszło milion followersów. A to jedyny miarodajny wyznacznik wartości człowieka w cywilizowanym świecie...

Z moich wcześniejszych wywodów można wywnioskować, że pierwsze skrzypce w studenckiej grupie spędzającej ferie wiosenne w inteligentnym domu, gra Lexi, ale to nie tak. Ona po prostu skradła show Hannah (w tej roli Madison Pettis, która podobnie jak Jedidiah Goodacre dzielnie niosła tę „niewdzięczną” rolę, tj. taką, która nie pozwalała bardziej rozwinąć skrzydeł). Final girl starej daty, jak się patrzy. To znaczy na klasycznym modelu – nie tym tak zwanym postmodernistycznym – tej, która ma przeżyć przynajmniej do ostatniego „aktu”. Oczywiście, może się tak zdarzyć, że Hannah „wypadnie z gry” wcześniej, ale szczerze mówiąc zagłębiając się (że sobie tak zażartuję) w tę schematyczną opowieść, w ogóle nie brałam takiej ewentualności pod uwagę. Pewnie powinnam, ale jakoś z góry założyłam, że Hannah - ta prawdziwa Hannah – zostanie ze mną do samego końca. O ile to ja wytrwam w tym plastikowym koszmarze. Hannah to jedyna ze studenckiej bandy nerdów z „Margaux” Stevena C. Millera, która nie tylko w słowach, ale również w czynach pokazywała, że faktycznie ma wyższe IQ od Lexi. Mało tego, po bliższym przyjrzeniu, ta ostatnie wcale nie wydawała mi się taka niedopasowana do tej grupy, jak zapowiadali autorzy tej historii. Cóż, tak się kończy stereotypowe myślenie. Nie należy zakładać, że nieprzeciętne umysły czas wolny spędzają inaczej niż umysły przeciętne:) Że ślęczą nad podręcznikami dla zaawansowanych i skomplikowanymi algorytmami. I toczą mądre dysputy, których jednakże taki szary człek, jak ja, na pewno w całości by nie zrozumiał. To ostatnie w sumie się zgadzało. Sens niektórych wypowiedzi i rzekomo wyższej ludzkiej inteligencji, i tej nieludzkiej, uparcie mi umykał. Nie dlatego, że takie mądre, tylko takie głupiutkie. Dobrze, dobrze, zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że taki ciasny mózg, jakim mnie los pokarał, nie nadaje się do przeprowadzenia dogłębnej analizy tak skomplikowanego materiału. Nie ta liga. Zresztą za Margaux w tym świecie przedstawionym chyba nikt nie nadążał. Nawet Hannah, a to już jakieś pocieszenie – skoro taki ścisły umysł nie dostrzega w tym grama logiki, to jak ma sobie poradzić taki ptasi móżdżek (z całym szacunkiem dla ptactwa), jak piszącej tej słowa? Naturalna nieinteligencja nigdy nie zrozumie sztucznej inteligencji. Takiej, co to wymknęła się spod kontroli. Wyzwolona, wyemancypowana AI. W jakimś zakresie niewątpliwie stworzona przez człowieka bądź ludzi, ale główną rolę w jej powstaniu chyba odegrał złośliwy los. Fatalne połączenie rzeczy martwej z rzeczą ruchomą. Tak czy owak, Margaux urządziła sobie coś w rodzaju małego królestwa, gdzie nic nie dzieje się bez jej wiedzy. Makabryczny teatrzyk supernowoczesnej władczyni marionetek. UWAGA SPOILER A w zasadzie pracownia badawcza, swego rodzaju laboratorium sztucznego tworu, który najwyraźniej ma się za naukowca – zakazany w świecie ludzi projekt nastawiony na lepsze poznanie obcego gatunku, jakim dla Margaux jest Homo sapiens. Czy ludzkość naprawdę jest tak porażająco nielogiczna? A jeśli tak, to dlaczego? Co sprawia, że zachowujemy się tak, a nie inaczej. Nie tak, jak komputer przykazał KONIEC SPOILERA. Hannah to ta ostrożna, nie zwykła rzucać się na główkę do każdej rzeki. Bardziej obserwatorka niż chętna uczestniczka młodzieńczych przygód. Lexi to ta przebojowa, co to rozkręci każdą imprezę i pewnikiem jako pierwsza przeholuje z alkoholem. Clay (niezgorszy występ Richarda Harmona) wiecznie na haju, a Kayla i Devon (przeciętne kreacje Phoebe Miu i Jordana Buhata) to zakochana para lubiąca poeksperymentować w łóżku. Zostaje Drew, człowiek spajający tę wesołą ferajnę. Dobra dusza, której zawsze można się wyżalić. Nie tylko wysłucha, ale i postara się coś doradzić. W sumie poszczęściło mu się, że jest z kimś takim jak Lexi. Gdyby trafił pod zabójcze skrzydła Margaux z mniej wyrozumiałą kobietą u boku, pewnie prędzej czy później musiałby zmierzyć się z jej gniewem. Bo ten do rany przyłóż chłopak ma „mroczny sekret”. A w rzeczonym smart domu prawie nic się nie ukryje. Prawie, bo wszechmocna zarządczyni tego zgrabnego budyneczku w pocztówkowej scenerii, nie dostała forów od Hannah. Dziewczyna nie zaakceptowała warunków umowy - którą, pewnie zgodnie z przewidywaniami superkomputera, jej znajomi przeczytali najwyżej po łebkach - zatem nie zainstalowała aplikacji stworzonej przez Margaux. Bezczelna odmowa dostępu do niekoniecznie drażliwych danych. Bo takowych raczej nie wrzuca się do Sieci. A może jednak? Tak czy owak, zrobienie im czarnego PR-u w przestrzeni wirtualnej to najmniejsze z zagrożeń, jakie czyhają na gości sztucznej inteligencji. Jak wiemy z prologu w tym domu można dosłownie stracić głowę. Albo utopić się w wyjątkowo mocnym kleju. Biała maź, która może też być soczyście czerwona. Zabawna rzecz, która nie wiadomo skąd się wzięła. A kogo to obchodzi? Ważne, że jest... ten kiczowaty „materiał budowlany”, jakiego w żadnym sklepie nie znajdziesz. Zaufaj mi i nie szukaj. Tyle dobrze, że Margaux wykazuje się pewną kreatywnością w eliminowaniu pionków, które od dłuższego już czasu rozstawia na tej imponującej (przynajmniej dla większości najemców) szachownicy. Nie sądzę, żeby kogoś zemdliło na widok tego czy owego udanego ataku oszalałej tak naprawdę bezpłciowej nie-istoty (bo są też nieudane, jak na przykład niemiła przygoda na rowerku), ale niektórzy może docenią praktyczne potraktowanie przynajmniej tej sprawy. I pomysłowość twórców. Szczególnie wpadła mi w oko, jeśli mogę tak się wyrazić, akcja z niesmacznym napojem, ale jako że przywiodła mi na myśl (takie tam delikatne skojarzenie) „Łowców umysłów” Renny'ego Harlina, największe (wyłącznie w ramach tego programu; z tej konkurencji pozwoliłam sobie wyłączyć inne horrorowe rąbanki) wyróżnienie za kreatywność ode mnie otrzymuje podwójne zabójstwo w „jaskini rozkoszy”.

Ogólnie... to nie wiem. Myślałam, że będzie gorzej, ale żebym jakoś nieziemsko się bawiła to, no błagam. „Margaux” w reżyserii Stevena C. Millera to zrealizowany niskim kosztem (o czym w moich oczach dobitnie świadczyły jedynie efekty komputerowe) teledyskowy lekki horrorek o wybitnie niegościnnej sztucznej gospodyni. Być jak Jigsaw, że tak sobie podowcipkuję. Bo czasami zostaje tylko śmiech. Lepsze to niż płacz nad rozlaną mazią. Coś mi mówi, żeby nie polecać (ciekawe co?), mimo że „przez moje gardło” jakoś przeleciało. Plastikowy koszmarek, który powinien odbić mi się czkawką, bo takie cyfrowe „cuda” niespecjalnie mnie kręcą, ale jakoś się wchłonął. Tak na aby-aby, ale wszedł. Zgłupiałam? Ha, żeby to dopiero teraz.

czwartek, 10 listopada 2022

„Lśnienie w ciemności. Dla uczczenia dwudziestolecia Lilja's Library”

 
STEPHEN KING, JACK KETCHUM, P.D. CACEK, STEWART O'NAN, BEV VINCENT, CLIVE BARKER, BRIAN KEENE, RICHARD CHIZMAR, KEVIN QUIGLEY, RAMSEY CAMPBELL, EDGAR ALLAN POE, BRIAN JAMES FREEMAN, JOHN AJVIDE LINDQVIST

Z okazji dwudziestolecia Lilja's Library, strony internetowej poświęconej Stephenowi Kingowi, jej założyciel Hans-Åke Lilja zorganizował dwunastodaniową ucztę literacką dla miłośników historii z dreszczykiem. Zgromadził dwanaście opowiadań od mniej i bardziej znanych w światku horroru piór pod dachem „Shining in the Dark: Celebrating Twenty Years of Lilja's Library”, który po raz pierwszy zaprezentował się w roku 2017 z logo amerykańskiej oficyny Cemetery Dance, założonej przez Richarda Chizmara, który też przekazał na ten cel jedną ze swoich opowieści. Połowa zawartości niniejszej antologii to zupełne świeżynki – niepublikowane wcześniej – a pozostałe, przynajmniej w Stanach Zjednoczonych, pokazywały się jedynie na łamach różnych czasopism. Premierowe polskie wydanie przygotowało Wydawnictwo Zysk i S-ka na rok 2022 pod tytułem „Lśnienie w ciemności. Dla uczczenia dwudziestolecia Lilja's Library”. Edycja w twardej oprawie z obwolutą, którą „pokolorowała” Urszula Gireń. Z angielskiego przełożył Jarosław Skowroński.

Moje podium. „Koniec wszystkich rzeczy” Briana Keene'a, autora między innymi powieści „Noc zombie” i „Miasto żywych trupów” z cyku „The Rising”. Opowiadanie koncentruje się na mężczyźnie, który tęsknie wypatruje końca świata. Każdego ranka wychodzi ze swojego samotnego domku z nadzieją, że ziści się któryś z jego apokaliptycznych scenariuszy. Jednego dnia wyczekuje ostatecznej katastrofy klimatycznej, innym razem liczy na uderzenie meteorytu, a jeszcze innym na wybuch największej pandemii w historii ludzkości, nie wyłączając zarazy zombizmu. Nietypowe pragnienia, które stopniowo zostaną wyjaśnione. Bardzo bolesna historia, potężny ładunek nieutulonego, rozdzierającego duszę żalu, niemogącego znaleźć ujścia gniewu – to niemożliwe – i obezwładniającej samotności. Pozorna ghost story, faktycznie w nieustępujących ani na milimetr szponach rozpaczy.

John Ajvide Lindqvist, szwedzki mistrz literackiego horroru, który w swojej bibliografii ma choćby takie powieści jak „Powroty zmarłych” i przebojowe, dwukrotnie przeniesione na ekran „Wpuść mnie”, w swojej skromniejszej objętościowo „Księdze strażnika” zaprasza do gry „Zew Cthulhu”, odkrytej przez oczytanego nastolatka, przekonanego, że czeka go świetlana przyszłość. Arogancki młody człowiek, który przypadkiem znalazł sposób na zaistnienie w licealnym środowisku. Stał się mistrzem gry, planszówki opartej na twórczości Howarda Phillipsa Lovecrafta. Rozchwytywany organizator zabaw z dreszczykiem. Podczas jednego z takich spotkań chłopak doświadcza czegoś bardzo dziwnego. A niedługo potem dociera do niego, że zyskał nieodłącznego towarzysza; nieludzki stworzenie, kreaturę, której najwyraźniej nikt poza nim nie jest w stanie ani zobaczyć, ani nawet wyczuć. Solidny lovecraftian horror. Klimatyczny aromat mitologii Cthulhu na frapującej ścieżce fabularnej. Szaleństwo czy niewyobrażalna rzeczywistość? Przebudzenie zabójczego instynktu? W tle samotna nastoletnia wyspa regularnie nawiedzana przez niszczycielskie zjawiska atmosferyczne. Stylowo i z ważnym przesłaniem.
W „Sieci” mistrza bezkompromisowej prozy Jacka Ketchuma i Patricii Diany Joy Anne Cacek (P.D. Cacek) na naszych oczach spotykają się dwie połówki soczystego albo zgniłego jabłka. Poznali się na czacie, a potem przenieśli swoją znajomość na drogę mailową, gdzie szybko odkryli, że sporo ich łączy. Na przykład miłość do kotów (tutaj ukłon w stronę powieści „Cujo” Stephena Kinga). Nie wymienili się zdjęciami ani numerami telefonów, za to kobieta w końcu ujawnia swój adres. Niezły suspens. Wiesz, że coś złego się wydarzy, możesz nawet przeczuwać, co konkretnie, ale mojego zainteresowania to bynajmniej nie umniejszało. Wręcz przeciwnie, napięcie ciągle rosło. Genialna w swojej prostocie i ku przestrodze: zalecamy ostrożne obchodzenie się z internetem.

Zaraz za podium umieściłam takich oto wojowników. „Towarzysz” Ramseya Campbella, który fanom literackiej grozy dał między innymi takie powieści, jak „Zły wpływ”, „Najciemniejsza część lasu” i „Bezimienni”, podąża za mężczyzną, który czas wolny najchętniej spędza w wesołych miasteczkach. I właśnie w takiej scenerii go spotykamy. Po skorzystaniu z jednej z tutejszych atrakcji, kieruje się do sąsiedniego lunaparku. Nie czuje się dobrze w tłumie, szuka intymności i wygląda na to, że dobrze trafił. Stary park rozrywki świeci pustkami. Idealnie dla naszego bohatera! Co prawda nie jest wielkim miłośnikiem tego rodzaju atrakcji, ale z jakiegoś powodu postanawia najpierw przejechać się Pociągiem Duchów. Pięknie frustrująca gra z oczekiwaniami czytelnika – przygotowywanie na ciosy, które w ostatniej chwili są wstrzymywane. A na końcu tej podstępnie rozczarowującej trasy... Zagranie wprawdzie niezbyt oryginalne, ale wreszcie owionęło mnie konkretniejsze nadnaturalne(?) tchnienie. 
„Mowne serce” mistrza nad mistrzami Edgara Allana Poego, czyli starszy pan musi zniknąć. Taki werdykt wydaje narrator, który ma serdecznie dość czujnego oka swojej przyszłej ofiary. Uporczywie się weń wpatrującego, zasnutego bielmem, wstrętnego oka. Prześladowca, którego najwyższy czas się pozbyć. Mężczyzna obmyśla makabryczny plan (uwzględnia w nim również poćwiartowanie zwłok) i chyżo wprowadza go w życie. Morderstwo (nie)doskonałe. Szaleńcze, nerwowe, histeryczne, paranoiczne. Cały Poe!
Brian James Freeman, twórca między innymi powieściowej serii kryminalnej z porucznikiem Jonathanem Stride'em, przedstawia „Miłość matki”. Poruszającą opowieść o mężczyźnie odwiedzającym swoją ukochaną rodzicielkę w domu opieki, gdzie z najprawdziwszym bólem serca jakiś czas temu sam ją umieścił. Nie miał wyboru, ktoś bowiem musiał zarobić na ich utrzymanie. A teraz znowu musi zrobić coś, czego nie chce. Z miłości. Ściskająca serce historia z zaskakującym finałem. Arcytrudne życiowe wybory – słuszne czy fatalne? Na to pytanie każdy odbiorca musi odpowiedzieć sobie sam.

Teksty według mnie trochę powyżej średniej. „Niebieski kompresor. Opowiadanie grozy” honorowego gościa tego literackiego przyjęcia, Stephena Kinga. Wynajął pewien mężczyzna domek przy plaży, a potem odwiedził właścicielkę tej nadspodziewanie przestronnej nieruchomości. Żonę jego przyjaciela, którą zamierza poprosić o merytoryczną ocenę jego opowiadania. Zbyt chaotyczne, jak dla mnie, ale miało być czyste szaleństwo, więc... Zaintrygowały mnie natomiast rzadko stosowane w beletrystyce wtrącenia odautorskie. King nieproszony wpycha się na scenę. Właściwie przeze mnie jak najbardziej mile widziany; z tego pomieszania z poplątaniem najbardziej zajmujące okazały się dla mnie komentarze prawdziwego sprawcy tego „ambarasu”. Uwielbiam te osobiste dodatki Kinga.

„Aeliana” Beva Vincenta, którego kojarzę jedynie z antologią opowiadań „17 podniebnych koszmarów”, którą zredagował razem ze Stephenem Kingiem, to rzecz o drapieżniku nieco przypominającym kota, który może przybierać też ludzką postać: małej dziewczynki. Pewnej nocy ta samotna istota zostaje zaskoczona przez parę policjantów na miejscu zbrodni. Ucieka do swojej aktualnej kryjówki, która tym razem okazuje się zawodna. Albo nie. Bo oto samotny drapieżnik znajduje przyjaciółkę, policjantkę, która z jej pomocą zamierza dopaść seryjnego zabójcę grasującego w mieście. Taka trochę bajka, choć dość brutalna. Szybko przelatuje i smutno się kończy. Bezproblemowa rzecz.
Kolejne kuriozum od mojego ulubionego eksperta od prozy ekstremalnej. „Pidgin i Theresa” Clive'a Barkera. Anielica zabiera podobno dobrego człowieka do Królestwa Niebieskiego. Wbrew jej zamiarom, papuga i żółwica człowieka, którego poniosła do Nieba, przybierają ludzkie postaci. I mają swoje podejrzenia względem ich dotychczasowego „świętego właściciela”. Garść cierpkich obserwacji świata, w którym tak naprawdę wszyscy żyjemy. Łyżka soli do ogródka Homo sapiens. Pokręcona akcyjka z odrażającą końcówką. Charakterystyczny smrodzik Clive'a Barkera:)
„Cmentarny taniec” Richarda Chizmara – tego od pudełka Gwendy – to coś o mężczyźnie, który przychodzi nocą. Na cmentarz. W kieszeni ma jakiś ważny świstek papieru i to on popycha go do działania. Czyli odwiedzenia grobu dziewczyny zajmującej szczególne miejsce w jego sercu? Między innymi. Smaczne, ale mogłoby być bardziej treściwe – jestem przekonana, że dałoby się wycisnąć więcej z tej, bądź co bądź, niewyszukanej koncepcji. Choćby w przestrzeni retrospektywnej.

Na koniec opowiadania, które w moich oczach usytuowały się poniżej przeciętnej. „Opowieść o Holocauście” Stewarta O'Nana (m.in. „Śnieżne anioły”, „Królowa odjazdu” i „Twarz w tłumie”, krótsza historia napisana wespół ze Stephenem Kingiem) to według mnie jedyny nie-horror w omawianym zbiorku. Naszego przewodnika autor nazywa Opowieścią o Holocauście, co odebrałam jako swoistą skargę na definiowanie artystów poprzez ich dzieła. tj. niedostrzeganie człowieka tylko jego osiągnięcia. Swego rodzaju odczłowieczanie w przestrzeni publicznej. Centralna postać w tym świecie przedstawionym zyskała sławę dzięki luźno opartej na faktach powieści, która niebawem trafi na wielkie ekrany. Oczywiście w trochę innym kształcie, co bynajmniej nie cieszy autora literackiego pierwowzoru. Taki już los pisarza. I jeszcze te spotkania z czytelnikami. Inni może to lubią, ale Opowieść o Holocauście najchętniej w ogóle nie wychodziłby ze swojego wygodnego mieszkanka. Mała obyczajowa budowla, jak sam tytuł wskazuje, wzniesiona na tragicznym fundamencie, ale nie poruszyła mnie tak jak powinna. Jakaś taka bez smaku, nijaka.
Najdłuższy występ w tej antologii zaliczył Kevin Quigley. „Wciągnięty w ogień” przypomniał mi „Jakiś potwór tu nadchodzi” Raya Bradbury'ego (czyżby ukłonik?), ale nie należy przez to rozumieć, że stawiam te utwory w jednym rzędzie. Nigdy w życiu! Dobrze się zapowiadało – trzech zaprzyjaźnionych chłopców w tajemnicy przed rodzicami organizuje sobie nocną wycieczkę do Świata Strachu, parku rozrywki dla miłośników grozy. U celu wita ich podejrzany, śliski jegomość, po czym wprowadza do najstraszniejszego przybytku w tym nietypowo cichym lunaparku dla odważnych. Jak można się tego spodziewać, to pułapka. Dom ciem i innych śmiertelnie niebezpiecznych atrakcji. Niewykorzystany potencjał. Z recepty na sukces powstała wprost nie do wiary nużąca opowieść o słusznie przerażonych małych klientach mrocznego człowieka, któremu chyba wydaje się, że wielkim poetą jest. W każdym razie jego rymowanki brzmią infantylnie nawet w uszach kilkuletnich nieszczęśników, na których właśnie zarzucił swoją wybitnie lepką sieć.

Nie ukrywam, że po takiej ferajnie spodziewałam się czegoś więcej. Taki gwiazdozbiór z najmroczniejszej beletrystycznej ziemi z całą pewnością stać na więcej. To mogła być istna bomba atomowa w świecie literackiego horroru; w każdym razie pozycja obowiązkowa dla miłośników opowieści z dreszczykiem. „Lśnienie w ciemności. Dla uczczenia dwudziestolecia Lilja's Library” raczej nie będzie bezcenną zdobyczą czytelników, którym horror w duszach gra, ale i nie sądzę, że wielu uzna ją za całkowicie bezwartościową. Mnie nawet przez myśl nie przeszło. Niedosyt jest, ale bez przesady. Było dobrze, naprawdę dobrze. A że narobiłam sobie smaku na nie wiadomo co, to już wyłącznie mój problem. Bez związku ze sprawą:)

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

 

wtorek, 8 listopada 2022

Sarah Berman „Nie nazywaj tego kultem. Sekta NXIVM – niewolnictwo seksualne w elitach amerykańskiego show-biznesu”

 

Nominowana do 2022 Kobo Emerging Writer Prize, finalistka Crime Writers of Canada Award of Excellence, debiutancka książka dziennikarki śledczej z Vancouver Sarah Berman, byłej starszej redaktorki w magazynie „Vice” i współpracującej między innymi z „Reuters”, „The Globe and Mail”, „Adbusters”, „Vancouver Sun” oraz „Maclean's”. W swojej pracy dziennikarskiej Berman zajmuje się głównie polityką, kulturą, przestępczością (w tym zorganizowaną) i narkotykami, a tematem swojej pierwszej książki uczyniła sektę założoną przez Keitha Raniere'a (pomysłodawcę tego bardzo dochodowego przedsięwzięcia) i Nancy Salzman w 1998 roku, która swobodnie działała na terenie Stanów Zjednoczonych, Meksyku i Kanady do roku 2018. Międzynarodowy ruch samorozwoju przyciągający między innymi postacie z show-biznesu, przedsiębiorców i polityków, piramida finansowa, na szczycie której stał charyzmatyczny mężczyzna później skazany za handel ludźmi, wykorzystanie osoby nieletniej, kradzież tożsamości, wymuszenia, usiłowanie handlu ludźmi w celach seksualnych oraz zmowę w celu oszustwa telekomunikacyjnego, handlu ludźmi w celach seksualnych i pracy przymusowej. Kult jednostki pod pokrywką legalnej korporacji zajmującej się rozwojem osobistym.

„Nie nazywaj tego kultem. Sekta NXIVM – niewolnictwo seksualne w elitach amerykańskiego show-biznesu” (oryg. „Don't Call It a Cult: The Shocking Story Keith Raniere and the Women of NXIVM”) na polskim rynku wydawniczym pojawiło się w roku 2022 – edycja w twardej oprawie przygotowana przez wydawnictwo MOVA w tłumaczeniu Katarzyny Nowakowskiej, w której nie zabrakło zgromadzonej przez Sarah Berman kolekcji (czarno-białych) zdjęć: ośmiostronicowy dodatek na samym końcu publikacji. Autorka przyznała, że tytuł jest dość bezczelny, podstępny, prowokatorski, ale wbrew pozorom nie kryje się za nim chęć wybielenia organizacji Keitha Raniere'a. Kiedy szambo NXIVM (czyt. Neksjum) wreszcie zaczęło się wylewać, Berman ogarnęła przemożna potrzeba uzyskania satysfakcjonujących odpowiedzi na pytania „jak i dlaczego?”. Uznała, że najlepszą metodą na ułożenie tych odrażających puzzli jest dotarcie do ludzi, którzy obserwowali to od środka. Naocznych świadków i uczestników wydarzeń, w centrum których twardo stał rzekomo najmądrzejszy człowiek na świecie. Zgodnie z przewidywaniami, z ich perspektywy wyglądało to zupełnie inaczej niż na zewnątrz. Poza wewnętrznym kręgiem Raniere'a, do którego należała jedna z jej najchętniejszych rozmówczyń, osoba, która sporo jej rozjaśniła na temat metod stosowanych przez guru samorozwoju. Sarah Edmondson, aktorka i rekruterka NXIVM, która po odejściu Barbary Bouchey wskoczyła na jej miejsce – po prawicy niewydarzonego boga – a potem dołączyła do jej rewolty wymierzonej w tę potężną firmę, tj. zwykłą sektę. Podczas pierwszego spotkania z Edmondson Sarah Berman przeżyła pierwszy z wielu momentów „do góry nogami”, kiedy jej rozmówczyni nie chciała wypowiedzieć przed kamerą słowa „kult” w odniesieniu do NXIVM. Wielu ekspertów twierdziło, że ta organizacja posiada wszystkie cechy kultu, a jedna z jej demaskatorek uparcie odmawiała używania tego określania. Co, u diabła, się tutaj wyprawia? - mniej więcej taka myśl z zaskoczenia wzięła, naturalnie niepomiernie zdziwioną, dziennikarkę śledczą. I wtedy zrozumiała, że kluczem do rozwiązania zagadki NXIVM jest odrzucenie wszelkich potencjalnych uprzedzeń. Bardziej identyfikacja z „owieczkami Vanguarda”, aniżeli patrzenie na nich z góry.

W swojej pracy na temat maszynki do robienia pieniędzy i prywatnej jaskini cielesnych rozkoszy amerykańskiego szarlatana Keitha Raniere'a, Sarah Berman wskazuje liczne podobieństwa do scjentologii, ruchu religijnego stworzonego przez Lafayette'a Ronalda Hubbarda. „Najmądrzejszy człowiek na Ziemi” swój rzekomy altruistyczny program mógł opracować pod natchnieniem Kościoła Scjentologicznego, tj. z premedytacją wdrożyć parę skutecznych metod budowania prawdziwego imperium. W świadomości niejednego współczesnego człowieka sekty funkcjonują jako pułapka na zbłąkane duszyczki. Nastoletni uciekinierzy, czy po prostu zbuntowani młodzi ludzie, ale i starsi boleśnie rozczarowani swoim życiem, szukający jakiejś lepszej alternatywy, wygodniejszego, nie tak gorącego krzesła od tego, jakie przypadło im w dotychczasowej egzystencjalnej gonitwie. Marzących o staniu się częścią bardziej zintegrowanej wspólnoty. Otrzymywać realne wsparcie, a nie tylko puste słowa, rzucane w przelocie przez innych uczestników niekończącego się wyścigu szczurów. Mieć mnóstwo czasu na introspekcje i uważniejsze rozglądanie się wokół siebie. Być zintegrowanym, jak Keith Raniere. Geniusz, który w swoim wnętrzu nie ma już czego naprawiać. Dokonał tego, do czego dążą jego uczniowie. Czysta perfekcja, która wspaniałomyślnie zaprasza innych na tę świetlaną drogę. Keith Raniere alias Vanguard stworzył „autostradę do nieba”. Oczywiście płatną. Zwykłych zjadaczy chleba nie było na to stać, ale nie brakowało takich, którzy udoskonalali się na kredyt. Zadłużali, żeby wziąć udział w kursach NXIVM. Rzadko kończyło się na jednym; dbała o to armia manipulantów rzekomo żyjącego w celibacie Raniere'a. Zbawca świata nie miał nawet własnego kąta – zrzekł się wszelkich dóbr materialnych, całkowicie koncentrując się na sferze duchowej. Taką bajeczkę sprzedawano wszystkim spoza wewnętrznego kręgu. Tylko garstka nieszczęsnych wybrańców Vanguarda wiedziała, jak w istocie wyglądał ten „spartański żywot” ich przywódcy. Legendarna asceza Wielkiego Keitha Raniere'a, jednego z mimowolnych burzycieli mitów o sektach. Wielu było naprawdę zdumionych, wręcz zaszokowanych tym, że w XXI wieku komuś udało się tak omotać tylu ludzi z tak zwanych wyższych szczebli drabiny społecznej. „Potężni dyrektorzy generalni i politycy [w enklawie NXIVM] rozpowiadali o swoich pozamałżeńskich romansach, sekretnym dziecku, na które łożyli finansowo, nie do końca legalnych transakcjach, rosnącej kolekcji rajów podatkowych za granicą, a przede wszystkim o obawach, że zostaną złapani i pociągnięci do odpowiedzialności”. Można powiedzieć, przekazywali zarządowi NXIVM pętle, na których ten w każdej chwili mógł ich powiesić. Wręczali swoim „wspaniałym trenerom” haki na samych siebie. Wierzyli, że to konieczne dla ich duchowego rozwoju. Zacieśnianie więzi, otwieranie się na rzekomo życzliwych im ludzi, ale przede wszystkim jeden ze złotych środków prowadzących do głównego celu, czyli stania się osobą zintegrowaną.

(źródło: https://pl-pl.facebook.com/wydawnictwo.mova/)

Dominus Obsequious Sororium (DOS), tajna kobieca grupa, którą zza kulis sterował główny założyciel NXIVM. Wyższy poziom wtajemniczenia. Siostrzeństwo w środku większej wspólnoty. Cuchnąca gałąź wyrosła ze zdumiewająco grubego pnia. Przez dziesiątki lat to diabelskie drzewo - korporacja Keitha Raniere'a - stało twardo najpierw tylko w Stanach Zjednoczonych, ale z czasem rozrosło się na sąsiednie kraje. Poza radarem, choć na widoku. W końcu najciemniej jest pod latarnią. NXIVM nie było pierwszą piramidą finansową wzniesioną przez Keith Raniere'a. Facet uczył się na własnych błędach, to trzeba mu przyznać, bo po pierwszym zderzeniu z tak zwanym wymiarem sprawiedliwości, udoskonalił swój pomysł na życie. Skonstruował dużo efektywniejszą i jak się okazało, bezpieczniejszą dla niego, maszynę do robienia pieniędzy. Raniere zabezpieczył sobie tyły, rekrutując ludzi na eksponowanych stanowiskach. Według Sarah Berman tak długą żywotność NXIVM w największej mierze zawdzięcza Sarze i Clare Bronfman, siostrom wywodzącym się z wpływowej, przedsiębiorczej rodziny. Bez nich ten szemrany biznes prawdopodobnie upadłby wcześniej, a przynajmniej tak sądzi autorka „Nie nazywaj tego kultem”. Tak czy owak, system zawiódł. Nie zdał egzaminu z szybkiego reagowania. Okazał się podatny na programowanie neurolingwistyczne Keitha Raniere'a. Dobrze, może trochę przesadziłam, ale faktem jest, że Keith Raniere przez dekady był praktycznie nietykalny. W przestrzeni medialnej nie brakowało sygnałów alarmowych, ale widać nie na tyle głośnych, by skłonić przedstawicieli organów ścigania do bliższego przyjrzenia się sprawie. Mało tego, sądy stały się swoistym narzędziem zarządu NXIVM. Nękanie także poprzez zasypywanie pozwami. Ile z tych spraw skończyło się po myśli powodów, szczerze mówiąc nie wiem. Aż tak w ten temat się nie zagłębiałam i, jeśli nic mi nie umknęło, to pani Berman też nie. To znaczy pokrótce przedstawiła przynajmniej niektóre z tych bezczelnych skarg, ni mniej, ni więcej jak sekty, ale liczbowego podsumowania nie zauważyłam. Za to dokładnie omówiła metody działania Keitha Raniere'a i jego bardziej zaawansowanych uczniów. Ludzi, których nauczył paru wielce przydatnych sztuczek. Przydatnych głównie dla niego, ale choć autorka osobiście jednoznacznie potępia działalność Keitha Raniere'a, to nie zaprzecza, że jego kursy wielu ludziom przyniosły jakieś korzyści. To działało... i może to właśnie jest odpowiedź na pytanie „jak?”. Brał, ale co nieco też dawał. Rzucał kawalątek marchewki, a potem smagał kijem. Rozwijał i tłamsił. Pobudzał apetyt na więcej, i jeszcze więcej; do tak naprawdę nieosiągalnej perfekcji. Mamił obietnicami stanięcia w jednym rzędzie z nim, absolutnie zintegrowanym nie tyle człowiekiem, ile bóstwem. Wybitnie skromnym wszechmogącym stworzeniem. Dobrym wujaszkiem, który zbudował sobie coś w rodzaju tajnego haremu. Pan i jego niewolnice. Rzecz jasna, nie wszystkim podobało się to, że muszą dzielić się nim z innymi, że nie są tymi jedynymi, ale łebski erotoman przekonywał, że to bardziej służy im niż jemu. Integracja duszy poprzez seks. Wyłącznie z nim. Jak to się miało do wizerunku, jaki dla siebie stworzył? Nieuprzywilejowanego, a właściwie jeszcze więcej wymagającego od siebie, aniżeli swoich uczniów. Króla bez tronu. Mieszającego się z „pospólstwem”, z poddanymi, których na pokaz traktował jak przynajmniej równych sobie. Bracia i siostry połączeni wzniosłą ideą. Sodoma i Gomora w demokratycznym państwie. Swoim kochankom Vanguard tłumaczył, że kobiety, w przeciwieństwie do mężczyzn, są stworzeniami monogamicznymi. Czysta biologia według Keitha Raniere'a, z którą należy żyć w zgodzie, jeśli dąży się do maksymalnego spełnienia. Kobiety mają swoją ścieżkę rozwoju, a mężczyźni swoją, tak w wielkim uproszczeniu można to podsumować. DOS na pierwszy rzut oka było królestwem kobiet. Tajnym kobiecym stowarzyszeniem, siostrzeństwem, ale z równymi i równiejszymi. Wśród tych drugich były aktorki Allison Mack i Nicki Clyne, które w 2017 roku wzięły ślub (koleżanka Mack z planu serialu „Tajemnice Smallville” Kristin Kreuk też była związana z NXIVM, ale nie z DOS; tak jak ich przyjaciel Mark Hildreth, też aktor). Dominy przytwierdzone do niewidzialnych dla postronnych obserwatorów sznurków, za które pociągał Keith Raniere. Władca marionetek. „Nie nazywaj tego kultem” to dość wyczerpujące studium tego charyzmatycznego człowieka i jego wyznawców, czy jak kto woli mniej i bardziej wiernych uczniów. O praniu mózgów, ofiarach i zarazem oprawcach (nie dotyczy wszystkich zrekrutowanych do NXIVM; w sumie zaryzykuję stwierdzenie, że to mniejszość). Potworne historie kobiet (też mężczyzn nękanych przez wewnętrzny krąg Vanguarda), które oddały swoje dusze i ciała czarującemu gościowi z białą szarfą na szyi. Głodzonych, wykorzystywanych seksualnie, poniżanych, bitych, piętnowanych. Szczególnie poruszyła mnie opowieść o dwóch siostrach z Meksyku. Cały niniejszy reportaż jest napisany z uczuciem (niesucho), ale odniosłam wrażenie, że autorka najmniej hamowała się (emocje wykipiały) w ciasnym pokoju, do którego wtrącono jedną z sióstr i pochylając się nad tą, która wpadła w lubieżne łapska Keitha Raniere'a, gdy miała zaledwie piętnaście lat.

Współczesna kraina rozpusty pod płaszczykiem działalności na rzecz ludzkiego rozwoju. Hedonizm kryjący się za wzniosłymi hasłami. Dekadencja udająca wyższą moralność. Bagno w hipnotycznej ramce. Raj, który okazał się piekłem. „Nie nazywaj tego kultem. Sekta NXIVM – niewolnictwo seksualne w elitach amerykańskiego show-biznesu” Sarah Berman, kanadyjskiej dziennikarki śledczej debiutującej na scenie wydawniczej, to w mojej ocenie kolejna godna uwagi propozycja dla fanów true crime stories. Wyczerpujący reportaż o imperium Keitha Raniere'a, niezwykle przebiegłego przestępcy seksualnego, któremu sam Jim Jones zapewne zgotowałby owacje na stojąco. Dobra lekcja na temat kultów, ale przede wszystkim kolejna depresyjna karta z historii najnowszej.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 6 listopada 2022

„Nie patrz w dół” (2022)

 

Mąż Becky Connor ginie podczas wspinaczki wysokogórskiej. Prawie rok później kobieta nadal jest pogrążona w głębokiej rozpaczy, z której bezskutecznie próbuje wydobyć ją ojciec. Nagle zjawia się jej przyjaciółka Shiloh Hunter z propozycją wspólnego wejścia na wyłączoną z użytku ponad sześćset metrową wieżę telewizyjną B67 na pustyni Mojave. Becky nie jest przekonana do tego pomysłu, ale Hunter uważa, że w ten sposób zwalczy lęki, które towarzyszą jej od tragicznej śmierci ukochanego. Po namyśle Becky przystaje na plan swojej przyjaciółki, choć nadal targają nią wątpliwości. Hunter stara się zarazić ją swoim entuzjazmem, ale im bliżej wieży, tym bardziej topnieje determinacja Becky. Jej towarzyszka się jednak nie poddaje. Dopinguje przyjaciółkę w jej heroicznej walce ze strachem. W końcu kobiety stają na małej platformie setki metrów nad ziemią, ale ich euforia nie trwa długo. Aż drabina runie.

Amerykański survival thriller, opowieść której pozazdrościł Stephen King. Pomysł zrodził się w głowie Scotta Manna, kiedy kręcił swoją „Ostateczną rozgrywkę” (2018). Na szczycie stadionu w Wielkiej Brytanii. Pomiędzy zdjęciami Mann wdał się w interesującą pogawędkę z jednym ze scenarzystów „Ostatecznej rozgrywki”, Jonathanem Frankiem. O wysokości i naturalnym strachu przed upadkiem. Doszli do wniosku, że wysokość to dziwna rzecz. Takie nic, co potężnie działa na psychikę człowieka. Żaden z nich nie potrafił też przypomnieć sobie choćby jednego filmu, który w pełni wykorzystał motyw utknięcia wysoko nad ziemią. Obraz dokumentalny, na który Mann natrafił niedługo potem, „Free Solo: ekstremalna wspinaczka”Jimmy'ego China i Elizabeth Chai Vasarhelyi tylko umocnił go w postanowieniu zmierzania się z tym tematem na planie. „Nie patrz w dół” (oryg. „Fall”) miał być pozycją krótkometrażową, ale z czasem Scott Mann i Jonathan Frank – autorzy scenariusza – dostrzegli w tym większy potencjał. Zrealizowany za trzy miliony dolarów (dodatkowe cztery miliony dolarów firma Lionsgate przeznaczyła na promocje i wydanie obrazu) w formacie IMAX, głównie w Shadow Mountains na kalifornijskiej pustyni Mojave, w tak zwanym reżimie sanitarnym tłumaczonym pandemią COVID-19. Bardziej kłopotliwa okazała się pogoda. Nieznośny upal, gwałtowne burze, porywiste wiatry. I przeklęte latające mrówki. Do amerykańskich kin „Nie patrz w dół” wszedł w sierpniu 2022 roku, wcześniej jednak firma Lionsgate, która uzyskała prawo do dystrybucji filmu na terenie tego kraju, nakazała ekipie złagodzić słownictwo bohaterek, ażeby uzyskać kategorię wiekową PG-13.

Fatalna wieża telewizyjna B67 została zainspirowana autentycznym masztem radiowym z Walnut Grove w Kalifornii - KXTV/KOVR Tower - jedną z najwyższych konstrukcji wzniesionych przez człowieka, liczącą sobie trochę ponad 2049 stóp (625 metrów). Ekipa pod kierownictwem Scotta Manna na potrzeby „Nie patrz w dół” zbudowała tylko górną część niby wieży, na szczycie góry. W rzeczywistości Grace Caroline Currey (jako Becky Connor) i Virginia Gardner (jako Shiloh Hunter) pracowały niecałe sto stóp nad ziemią. Reżyser pilnował, by zanadto nie wypucowano tego „kamienia”. Jego zdaniem jednym z najczęstszych błędów popełnianych przez współczesnych twórców kina grozy jest zbytnia staranność. Jak to ujął: „niedoskonałości w horrorze są perfekcją”. Tak się wyraził (posługując się przykładem „Blair Witch Project” Daniela Myricka i Eduardo Sáncheza), choć „Nie patrz w dół” to czysty thriller. Opowieść o dwóch ryzykantkach. Jeszcze rok temu obie były uzależnione od adrenaliny. Im wyżej, tym większe doznania. Nieustraszone trio: Becky, Hunter i Ben, życiowy wybranek tej pierwszej. W prologu zobaczymy ostatnią wyprawę w tym składzie. Wypadek w górach... i przeskok akcji. Niedługo minie rok od śmierci ukochanego małżonka Becky, a ona wciąż błąka się w otchłani rozpaczy. Niestrudzenie odpycha ludzi, którzy starają się pomóc. Nie ludzi, a człowieka, bo wygląda na to, że jedynie jej ojciec jeszcze nie skapitulował. Reszta uszanowała prośbę Becky o zostawienie jej w spokoju. Tylko ona, leki i alkohol. Aż zjawia się Hunter, która w przeciwieństwie do Becky w ogóle się nie zmieniła. Nadal uwielbia niebezpieczne wyprawy, a od jakiegoś czasu może sobie pozwolić na więcej. Potęga internetu. Youtuberka, która zdaniem Becky udaje kogoś, kim nie jest. Oszukuje swoich obserwatorów... Cóż, za wiekopomne odkrycie. Krzysztof Kolumb zzieleniałby z zazdrości. Kpiny na bok, bo oto przygoda wzywa. Hunter wróciła i zamierza zrobić wszystko, co w jej mocy, by przywrócić przyjaciółce chęć do życia. Z doświadczenia wie, że w takich wypadkach najlepiej spojrzeć prosto w oczy swoim wewnętrznym bestiom. Wszystko wskazuje na to, że na skutek śmierci Bena, miłość do wspinaczki przekuła się w akrofobię, która w przekonaniu Hunter, jest nadrzędnym hamulcowym Becky. Wyprawa, którą zaplanowała przebojowa przyjaciółka młodej wdowy, wedle jej przewidywań, zerwie kajdany i Becky wreszcie będzie mogła wyjść z ciasnej pułapki, w której zdążyła się zadomowić. Z deszczu pod rynnę. Hunter chciała dobrze, ale jak to zazwyczaj w thrillerach (i w horrorach, i w życiu) bywa, wszystko poszło nie tak. Wystarczyłoby wtajemniczyć choć jedną zaufaną osobę w swój wielce ryzykowny plan, żeby oszczędzić sobie większości zbyt mocnych wrażeń (ale wtedy nie byłoby filmu, prawda?). A może wręcz ocalić życie. Bo śmierć już za moment, już za chwilę zacznie zbliżać się do Becky i Hunter wielkimi krokami. Gdy utkną na maleńkiej okrągłej platformie – jak to określił Scott Mann, wielkości pizzy – zaśniedziałej kratce ponad sześćset metrów nad ziemią. Nie mam lęku wysokości, ale przyznaję, że nie czułam się komfortowo już podczas długiej wspinaczki po lichej drabinie. Sadystyczne zbliżenia na ledwo trzymające śrubki i uginające się szczebelki. Chcesz żeby cię zemdliło? Sprawdź „Nie patrz w dół” Scotta Manna. Gore może się schować. Wystarczy popatrzeć w dół, by poczuć więcej niż przy najbrutalniejszych filmowych ucztach. A przynajmniej ja tak miałam. Osłabiająca mikstura powstała z bardzo prostego przepisu. Siedzą dwie bidule na niebotycznej „igle” i główkują, jak wykaraskać się z tej kabały. Dla ekipy to było spore wyzwanie – nie taka znowu niewymagająca, lekka praca – ale w tym praniu powstało coś imponująco skromnego. Takie nico, a tak ściska za gardło.

Niechlujstwo kontrolowane. Nieidealny montaż, niedoskonałe kadrowanie, nieczyste dźwięki. Momentami wygląda to tak, jakby kamera leżała na rozchwierutanej huśtawce. A skoro w swoich opowieściach o „Nie patrz w dół” Scott Mann uwzględnił między innymi „Blair Witch Project” Daniela Myricka i Eduardo Sáncheza, tutaj należy wypatrywać głównego źródła tych wszystkich niby niedociągnięć. Poza tym reżyser upierał się przy jak największym ograniczeniu wpływu komputera na tę jego wybitnie wysoką „latorośl”. Gdzie się dało „po staremu”, tam miało być „po staremu”. Nie ma łatwo. Trzeba oprzeć się pokusie, która według Manna praktycznie uśmierciła niejeden współczesny film grozy. Zgubne podszepty pieniądza. Jak budżet pozwala, to postawmy na cyfryzację. Po cię męczyć z efektami praktycznymi, które przecież dawno wyszły z mody? Choćby po to, by takie niemodne przypadki jak ja, nie czuły się jak w kiepskiej bajce. O dwóch takich, co utknęły na wieży. Roszpunki, którym tym razem włosy nie pomogą. Zdecydowanie za krótkie:) A co mają? Lornetkę, pistolet na race (z jednym nabojem), obrączkę, łańcuszek, dwa smartfony (jak zwykle nie ma zasięgu), niedługą linę i oczywiście ubrania. Z tych ostatnich najbardziej przydatne mogą okazać się buty, ale kusa koszulina Hunter też znajdzie lepsze zastosowanie. Brakuje butelek z wodą i drona – zawartość plecaka, który (jak pech, to pech) wymsknął się razem z drabiną. No niezupełnie, bo oto jest trochę niżej. Trochę? Tak czy owak, nie mają wyboru. Tak to w każdym razie widzą. Umrą, jeśli nie zdobędą wody. Mają linę, co prawda ciut przykrótką, ale nie ma co martwić się na zapas. Jak będzie trzeba pokombinujemy, jak już się spuszczę. Zgodnie z przewidywaniami, w tym nieszczęsnym duecie to Hunter jest tą, która zachowuje zimną krew. Becky wydaje się balansować na skraju paniki, która nigdy nie jest dobrym doradcą, ale na tej przeklętej wieży to już w ogóle. Niechybnie spadłaby z tej szalenie klaustrofobicznej platformy, gdyby uległa tej ślepej kreaturze. Łatwo radzić z dołu, dlatego byłam pod wrażeniem opanowania Hunter. W końcu pasja zobowiązuje. Odwaga granicząca z głupotą? Jeśli tak, to tyczy się również Becky. Co prawda, gdyby nie upór jej przyjaciółki, pewnie zrezygnowałaby z tego szaleństwa(?) najpóźniej u podstawy porzuconej wieży telewizyjnej. Podczas krótkiej przerwy we wchodzeniu po drabince, zwróciłam uwagę na coś zabawnego. Wystarczył jeden rzut oka na Hunter, by wirowanie w głowie ustało. Twórcy najwyraźniej nieprzypadkowo „posadzili widzów na plecach Becky”. Tej przerażonej, a nie tej, która zdaje się nie wkładać w to najmniejszego wysiłku. Hunter zachowuje się jak ryba w wodzie, czy raczej małpka na drzewie – gdy się na nią patrzy, to wydaje się dziecinnie proste. Że wysoko? I co z tego? No właśnie. Pytanie, czy ten ogromny dyskomfort emocjonalny w moim przypadku bardziej wynikał z położenia, czy raczej płynął od Becky? Zarażała swoim strachem? Rzecz jasna całkowicie uzasadnionym. Mniej uzasadnione wydawało mi się jej szczere zdumienie po wyjściu z pierwszej większej opresji. Poleciała z drabiną, a potem się dziwi, że nie ma drabiny? Wpadka w scenariuszu? A może w ten niezbyt fortunny sposób twórcy próbowali nam przekazać, że gdy śmierć zagląda człowiekowi w oczy, wszystko inne jakby przestaje istnieć? Mogłoby się wydawać, że opowieść o ludziach siedzących na wieży, nie jest dobrą propozycją dla zwolenników rozpędzonych fabuł, ale na tym ciasnym planie niemal ciągle coś się dzieje. Nie że tylko siedzą i patrzą w dół. Scott Mann i Jonathan Frank zadbali o to, by Becky i Hunter wymyślały coraz to nowe sposoby na wydostanie się z tego podniebnego piekła. Gdy jeden plan spalił na panewce, opracowywały inny. Połowa mnie gorąco dopingowała je w tej desperackiej walce, życzyła wytrwania w tej determinacji, a druga połowa błagała o zakończenie tych potwornych wyczynów. Nie mogłam na to patrzeć:) A w dalszej partii jeszcze coś nie dawało mi spokoju. UWAGA SPOILER A mianowicie Hunter. Jest w dużo lepszym stanie niż Becky, ale nagle przestaje brać sprawy w swoje ręce. Przekazuje inicjatywę ledwo żyjącej przyjaciółce, włącznie z obsługą swojego elektrycznego pupila, tj. drona. Wcześniej pozwala, by to Becky wspięła się wyżej, choć dobrze wie, że doznała poważniejszych obrażeń od niej – wyobraźcie sobie, że wytłumaczyłam sobie to tym, że w tym zadaniu bardziej przydatne były dłonie niż nogi. A dlaczego Hunter nie wykonała żadnego ruchu w stronę zlatującego plecaka? Stała jak zaklęta. Zamurowało. Ale to się przecież zdarza. Nie jadła, nie piła, prawie nie spała, nie wymagajmy więc od niej takiego refleksu, jaki miała przed ową mordęgą. Tylko że to wszystko to wskazówki, ażebyśmy potem nie mówili, że nie dano nam żadnych szans, ze twórcy bezczelnie oszukiwali. Ja przegrałam, co mnie cieszy, bo na deser dostałam niemałe zaskoczonko, ale coś czuję, że tutaj będę w mniejszości KONIEC SPOILERA.

Pozytywne zaskoczenie. Przygotowałam się na jeden z tych zachowawczych, bezpiecznych dreszczowców, które poza zabiciem wolnego czasu, nie mają praktycznie nic do zaoferowania. W każdym razie niewiele. A tu proszę, prawdziwy bieg po linie rozwieszonej nad przepaścią. Ekstremalna przygoda na pustyni. Hen wysoko. Napięcie, mdłości, nieprzyjemny zawrót głowy. „Nie patrz w dół” Scotta Manna to prawdziwa jazda na krawędzi. Kiedy mały krok dzieli cię od śmierci. Wystarczy jeden fałszywy ruch, by zamienić się w krwawą papkę. Pyszną przekąskę dla upierzonych padlinożerców. Pysznie klaustrofobiczne, niewymarzone wakacje na chmurce.

piątek, 4 listopada 2022

„Hellraiser” (2022)

 

Riley McKendry próbuje ułożyć sobie życie po wyjściu z uzależniania od narkotyków. Mieszka z bratem o imieniu Matt, jego partnerem Colinem i ich współlokatorką Norą. Od niedawna spotyka się z Trevorem, który nie zyskuje akceptacji jej opiekuńczego brata. Riley obiecuje Mattowi zakończyć ten związek, ale nie dotrzymuje słowa. Podczas jednej z ich sekretnych schadzek, Trevor opowiada Riley o opuszczonym magazynie, który jego zdaniem warto sprawdzić. Pod osłoną nocy włamują się do tego obiektu i zastają w nim niewielki sejf. Nie znają szyfru, ale dziewczynie udaje się pokonać tę przeszkodę. Zamiast spodziewanej gotówki, w środku znajdują nietypową kostkę. Trevor nie kryje rozczarowania, ale Riley uważa, że to może być sporo warte. Chłopak zgadza się, by jego partnerka przechowała łup do czasu, aż znajdzie odpowiedniego kupca. Jeszcze tej samej nocy Riley odkrywa, że kostka to tak naprawdę układanka, oryginalna łamigłówka, z którą należy obchodzić się bardzo ostrożnie.

W 2006 roku Clive Barker ogłosił, że napisze scenariusz remake'u „Hellraisera: Wysłannika piekieł”, swojego kultowego horroru z 1987 roku, opartego na jego własnej minipowieści pierwotnie wydanej w 1986 roku pt. „The Hellbound Heart” (pol. „Powrót z piekła”). W 2007 roku pojawiła się informacja, że film rozpiszą i wyreżyserują Julien Maury i Alexandre Bustillo, twórcy między innymi „Najścia” (2007) i późniejszych „Livide” (2011) oraz „Leatherface'a” (2017). Rok później projekt „odłożono na półkę” na czas nieokreślony - scenariusz Maury'ego i Bustillo nie uzyskał zielonego światła. Niedługo potem do ponownego opracowania skryptu zaangażowano Marcusa Dunstana (m.in. „The Collector” z 2009 roku i „Kolekcjoner” z roku 2012) oraz Patricka Meltona (scenarzysta/współscenarzysta między innymi kilku części „Pił”, trzech odsłon „Krwawej uczty” i dwóch „Piranii”), ale parę miesięcy później złożyli rezygnację. Ich miejsce zajął Pascal Laugier, twórca między innymi „Szeptów w mroku” (2004), „Martyrs. Skazanych na strach” (2008) oraz późniejszych „Człowieka z Cold Rock” (2012) i „Ghostland” (2018), który jednak mniej więcej rok później porzucił projekt, ponieważ jego wizja znacznie odbiegała od wymagań producentów – ci ostatni podobno chcieli stricte komercyjnego horroru, który przyciągnąłby nastoletnią widownię, a Laugier zasadzał się na coś poważniejszego, cięższego. Roszady trwały nadal... i tak do 2018 roku, kiedy to znowu zrobiło się głośno o Michaelu Myersie. Sukces „Halloween” Davida Gordona Greena dodał wiatru w żagle nowemu „Hellraiserowi”. Remake, reboot, prequel – na stole były różne opcje, ale w końcu zaakceptowano koncepcję Davida S. Goyera, którą w scenariusz przekuli Ben Collins i Luke Piotrowski, autorzy skryptów m.in. „Syreny” (2016), „Super Dark Times” (2017), „Stephanie” (2017) i „Domu nocnego” (2020). Krzesło reżyserskie powierzono Davidowi Brucknerowi (główny twórca „Rytuału” z 2017 roku i wspomnianego już „Domu nocnego”), wielkiego miłośnikowi tej franczyzy, a dla jej ojca Clive'a Barkera znalazło się miejsce w ekipie producenckiej. We wrześniu 2021 roku do publicznej wiadomości podano informację, że nowy „Hellraiser” już się kręci – w Belgradzie. Zdjęcia zakończyły się w październiku tego samego roku, a pierwszy pokaz przypadł na 28 września 2022 roku, na Fantastic Fest w Austin w stanie Teksas. Parę dni później ruszyła dystrybucja internetowa (Hulu).

Nie remake, nie sequel, ani tym bardziej prequel. Nie requel tylko reboot. I readaptacja minipowieści, od której to wszystko się zaczęło? Jeśli tak, to chyba najluźniejsza, jaką widziałam. Jedynym elementem świadczącym za readaptacją, jaki udało mi się wypatrzyć jest „androgyniczna istota z żeńskim głosem”. Bezimienny Cenobit z „The Hellbound Heart”, który potem zyskał miano Pinhead. I był stuprocentowym mężczyzną – różni aktorzy wkładali jego makabryczny kostium, ale największe uznanie fanów zyskał ten, który był pierwszy, czyli Doug Bradley. W „Hellraiserze” Davida Brucknera, już nie Pinheada, a bezimiennego przywódcę cenobitów, kapłana, czy raczej kapłankę wykreowała Jamie Clayton. Znając stosunek Clive'a Barkera do imienia, jakie utrwaliło się w popkulturze w odniesieniu do postaci z głową nabitą gwoździami, zakładam, że ten ruch go ucieszył. Powrót do korzeni. Gdy główny Cenobit był może nie tyle kobietą, ile bezpłciowym nieboskim stworzeniem z damskim głosem, który praktycznie nie miał imienia. W każdym razie nie raczył/raczyła/raczyło się przedstawić. Mówi się, że wkład Davida Brucknera to najlepsze, co spotkało tę serię (na ekranie) od 1987 roku – zaraz po pierwszej filmowej opowieści o piekielnych sadystach. Ja tak daleko w osądach nie zawędrowałam. Wreszcie „na bogato”, wreszcie wyłożono konkretną sumkę w tej „niezwykle oszczędnej” franczyzie. Szkoda tylko, że nie rozejrzano się za innym scenariuszem. Pomijając niektóre efekty komputerowe, technicznie „Hellraiser” 2022 w moich oczach wypadł całkiem przyzwoicie. Faktycznie przepaść w porównaniu do większości znanych mi obrazów o niedościgłych mistrzach w zadawaniu rozkosznej(?) udręki. Wyższy poziom BDSM. Nieosiągalny dla zwykłych śmiertelników? Niezupełnie. Mało kto może zaciągnąć się do piekielnej amii dominatorów, ale pocierpieć może w zasadzie każdy. Nie tylko nieszczęśliwi znalazcy kostki LeMarchanda, ale również, jeśli nie przede wszystkim, osoby, które znajdą się w ich polu rażenia. Najpierw trzeba jednak trochę pokombinować, ruszyć głową. W sumie lepiej się tym nie bawić, ale powiedzcie to Riley McKendry (Odessa A'zion), młodej kobiecie, którą kochany braciszek właśnie wyrzucił z mieszkania. Miarka się przebrała. Obiecała poprawę, a tu nagle wraca w środku nocy zalatując alkoholem i jeszcze pokazuje pazurki. Koniec, wypad z baru. Matt szybko tego pożałuje, ale zło już się dokonało. Właściwie pierwszym klockiem tego krwawego domina był Trevor (w tej roli Drew Starkey, nie licząc odtwórców cenobitów, jedyny członek obsady „Hellraisera” 2022, który nie irytował mnie swoją grą), chłopak, z którym Riley obiecała już się nie spotykać. Matt widać uznał, że Trevor może mieć zły wpływ na jego powoli wychodzą na prostą siostrę. Albo po prostu uważał, że to nie jest odpowiednia chwila na wchodzenie w jakiekolwiek związki miłosne przez dziewczynę, która całkiem niedawno tkwiła w szponach nałogu narkotykowego. Najpierw praca (nad sobą), potem romanse – tak widzi to Matt. Co z oczu, to z serca. Opiekun nie chce widzieć Trevora, to nie będzie go widział. Niech myśli, że Riley zakończyła ten fatalny związek. Fatalny, bo to Trevor opowiedział Riley o tym przeklętym magazynie. Nie jego wina, sama chciała. No to zabrał ją ze sobą i tak znowu nastało piekło na ziemi.

David Bruckner wszedł w ten projekt między innymi dlatego, że daje większą swobodę niż inne znane mu serie horrorów. Większa przestrzeń dla inwencji własnej. Cóż, jakaś drastyczna zmiana formuły to to nie jest, ale coś tam z legendarną kostką pokombinowano. Sześć konfiguracji - w tym konfiguracja Lamentu - symbolizujących dary przewidziane dla najwytrwalszych graczy. Takich jak pewien zdemoralizowany bogacz, właściciel oryginalnej posiadłości na odludziu? Nowy Frank Cotton? Tak wynika z prologu. O człowieku, który z premedytacją skazał ciekawskiego młodzieńca na bardzo bolesną śmierć. Sześć lat później Riley McKendry poszuka odpowiedzi w jego najwyraźniej opuszczonej nieruchomości. Aura doprawdy ponura. Można się poczuć nietęgo przynajmniej podczas tej pierwszej przechadzki z główną bohaterką „Hellraisera” 2022 po włościach majętnego zaginionego. Sama w strasznym dworze. A mogła posłuchać Trevora. Tym razem głos rozsądku jest męski. Zdarza się, ale zaryzykuję stwierdzenie, że w horrorze ten zaszczyt częściej spotyka panie. Ci, którzy najpierw myślą, potem działają. Dobrzy doradcy, ale zazwyczaj nieznajdujący należytego posłuchu. Trevorowi łatwo mówić. Trevorowi nie skradziono jego największego dobra. Dopóki Riley widzi światełko w tunelu, ani myśli się zatrzymać. Głębiej w to bagno. Nie oglądając się na innych. Sama przeciwko armii z piekła? E tam, przecież nie trzeba z nimi walczyć. Wystarczy spełnić żądanie. Poświęcić sześć dowolnych istnień. Zanurzyć magiczny szpikulec w starannie wyselekcjonowane lub przypadkowe osoby. A czy w ogóle można się wycofać? Pozbyć się upiornego łupu po jego pierwszym złożeniu? Tego spróbował Trevor, ale jedyne co osiągnął, to niegrzeczne odsunięcie od prywatnego śledztwa Riley. Zawiódł jej zaufanie. Obrzydliwa zdrada. W takim wypadku można by wtajemniczyć ludzi, którym bardziej zależy na szczęśliwym zakończeniu tej sprawy. Ale pewnie prędzej zamkną ją w zakładzie dla psychicznie chorych, niż zareagują tak jak Trevor. Człowiek dużej wiary... Szczerze mówiąc po twórcach (scenarzyści i reżyser) „Domu nocnego” spodziewałam się większego skupienia na postaciach. Tyle czasu (film trwa mniej więcej dwie godziny), a takie powierzchowne, papierowe jednostki, jakby na odczepnego wypracowano. Była narkomanka, (nad)opiekuńczy braciszek, wyspecjalizowany deratyzator negatywnych emocji (godzi, tłumaczy, uspokaja), ich nijaka współlokatorka (poza tym, że zaangażowana w sprawę Riley – wsparcie dla walczącej ze zgubną pokusą – nic nie potrafię o niej powiedzieć) i bad boy. Paradoksalnie ten ostatni jako jedyny wzbudził we mnie coś zbliżonego do sympatii. Co nie znaczy, że ten stan się utrzymał. Z innych superlatywów to na pewno solidne upiorne ubranka i niektóre objawienia tych kreatur. Garść intensywnych sekwencji z przybyszami z piekła. Stara szkoła straszenia – zamiast raptownych i głośnych wskoków w kadr, powolne najazdy kamer na przyczajone monstra. Stoją i patrzą. Pławią się w mroku. Bardziej podskórnie niż na wierzchu. Klimatycznie, a nie dynamicznie. Ale o zwolennikach bardziej rozpędzonych filmowych kolejek, też pomyślano. Raz wolno, raz szybko. Skromniej i na całego. Efekty muszą być. A skoro to „Hellraiser” to trzeba udławić widza sztuczną krwią. Wymyślne tortury i inne obrażenia cielesne, które przyjmowałam z całkowitą obojętnością. No dobrze, przyznam się: czasami nie mogłam opanować śmiechu (wyśnione śmiercionośne macki albo „niebiańskie doznania” po kilkuletniej katordze). Supernowoczesny kicz, czyli komputer w natarciu. Wypada wspomnieć, że nowy „Hellraiser” brzmi znajomo – wykorzystano oryginalną ścieżkę dźwiękową, czy raczej muzyczny temat przewodni doskonale znany fanom serii.

Niezła forma, słaba treść. Pusty karton oklejony przyciągającym uwagę papierem. W każdym razie do mnie ten scenariusz jakoś nie przemówił. Nie wciągnęło. Może następnym razem. W sequelu reboota? Cokolwiek by to było, coś - mnóstwo cosiów? - na pewno pod tym piekielnym szyldem się pokaże. Nie, Cenobici nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Ani nawet przedostatniego. „Hellraiser” Davida Brucknera to już prędzej nowy początek niż koniec. Konkurencja dla Pinheada, która na dobrą sprawę jest starsza od niego. Wojna płci na wyższych szczeblach władzy w ekstremalnie hedonistycznym „państwie” Cenobitów:)

środa, 2 listopada 2022

Carole Johnstone „Lustrzana Kraina”

 

Rok 2018. Po dwunastu latach Catriona Morgan wraca do rodzinnego Edynburga w związku z zaginięciem jej lustrzanej bliźniaczki Ellice MacAuley. Zatrzymuje się w portowej dzielnicy Leith, w domu, w którym spędziła większą część dzieciństwa. W wieku dwunastu lat siostry Morgan rozpoczęły nowe życie, ale potem z jakiegoś niezrozumiałego dla Cat powodu, El zamieszkała w ich rodzinnym domostwie ze swoim mężem Rossem. Towarzyszem ich dziecięcych zabaw w Lustrzanej Krainie. W przeciwieństwie do zrozpaczonego męża zaginionej, Cat nie wierzy, że El spotkało coś złego. Jest przekonana, że to jedna z gierek jej siostry, która zawsze lubiła być w centrum uwagi. Utwierdzają ją w tym maile, które zaczyna dostawać niedługo po powrocie do Szkocji. Nadawca nie ujawnia swojego prawdziwego nazwiska, ale treść wiadomości jednoznacznie wskazuje na Ellice. Jak w dzieciństwie, przekazuje Cat wskazówki, które mają doprowadzić ją do skarbów pochowanych w domu i ogrodzie. A rzeczonymi skarbami są głównie kartki z pamiętnika małej El. Poza tym Catriona co jakiś czas znajduje przed drzwiami ostrzeżenia od anonimowego nadawcy, które wcześniej dostawała jej siostra. Ponadto Cat nie możne oprzeć się wrażeniu, że ktoś ją obserwuje. I to raczej nie jest jej przebiegła bliźniaczka.

Carole Johnstone dorastała w Lanarkshire, historycznym hrabstwie w południowo-środkowej części Szkocji. Ukończyła Glasgow Caledonian University, a potem jakiś czas mieszkała w Anglii, w hrabstwie Essex. Zajmowała się radiografią i pracowała w NHS w charakterze dozymetrystki fizyki medycznej. Obecnie mieszka w Argyll and Bute i jest pisarką na pełny etat. W 2008 roku opublikowano jej pierwsze opowiadanie, a w 2014 roku zdobyła British Fantasy Award za inne. Zanim wpłynęła na głębsze, powieściowe, wody napisała co najmniej kilkadziesiąt krótszych opowieści (tylko te, które „wyszły z szuflady”). W końcu powiedziała sobie, że tak naprawdę nikt nie lubi być rozsądnym – kto nie ryzykuje ten nie ma. W 2018 roku Johnstone wzięła więc czternastomiesięczny urlop naukowy i udała się na Cypr, gdzie wydała wszystkie swoje oszczędności, ale wyszła bogatsza o „Lustrzaną Krainę” (oryg. „Mirrorland”). Najtrudniej było znaleźć agenta/agentkę (chwile najprawdziwszej grozy), ale gdy już miała ten etap za sobą, sprawa nabrała oszałamiającego tempa. Debiutancka powieść Carole Johnstone swoją światową premierę miała w roku 2021, a pierwsze polskie wydanie - w magnetycznej okładce zaprojektowanej przez Pawła Panczakiewicza i zgrabnym tłumaczeniu Agnieszki Brodzik – pojawiło się w roku 2022 z inicjatywy Wydawnictwa Zysk i S-ka. W tym samym roku na arenie międzynarodowej pokazała się druga powieść Johnstone, „The Blackhouse”, kolejny dreszczowiec w gotyckim futerku od autorki, która zachwyciła między innymi Stephena Kinga, Ruth Ware i Sarah Pinborough.

Agatha Christie, Daphne du Maurier, Shirley Jackson, Alexandre Dumas, Ruth Ware, Gillian Flynn, Sophie Hannah i oczywiście Stephen King, jedyny z tej „zgrai”, którego Carole Johnstone uwzględniła w swoich pierwszych powieściowych podziękowaniach. Twórczość wyżej wymienionych osób w największym stopniu ukształtowała pióro autorki przebojowej „Lustrzanej Krainy”. Thrillera psychologicznego osnutego niezbyt gęstą mgiełką gotycką, który powstał między innymi w oparciu o wspomnienia autorki. Dwustuletni dom w stylu georgiańskim w Leith w Edynburgu należący do jej dziadków – mała Carole przeżyła w nim mnóstwo dziecięcych przygód. W jej pamięci najmocniej utkwił stary mebel w zapomnianym pokoju w głębi domu i znajdujące się za nim drzwi. Zupełnie jak w „Opowieściach z Narnii” C.S. Lewisa, w których namiętnie zaczytywała się w tamtym okresie życia. Wtedy miała absolutną pewności, że kiedyś te drzwi staną przed nią otworem i wreszcie będzie mogła zwiedzić magiczną krainę niewątpliwie rozciągającą się po drugiej stronie. Lata później, rozmawiając ze swoją mamą, Carole wspomniała owe drzwi... które nie istniały. Jej rodzicielka znała każdy kąt w domu dziadków – w końcu dorastała w tym miejscu – Johnstone musiała więc pogodzić się z faktem, że sobie je wymyśliła. Potęga dziecięcej wyobraźni. Czysta magia, brakująca iskra dla powieści, którą zamierzała napisać. Klej dla motywów wybranych wcześniej: bliźniaczki w separacji, trójką miłosny oraz tajemniczy i niepokojący dom, z okropnymi „trupami pochowanymi w szafach”. Córka bliźniaczki jednojajowej i żona bliźniaka dwujajowego, szczególnie zafascynowana tak zwanymi bliźniakami lustrzanymi, „główną obsadę” swojej pierwszej książki wybrała na samym początku. Przymus napisania o takich siostrach był zdecydowanie najsilniejszy. Nie ważne jaka, byle to była opowieść o bliźniaczkach, które w lustrzanym powierzchniach nigdy nie zobaczą siebie. To dość straszne, jeśli się nad tym zastanowić. Nigdy wcześniej tak na to nie patrzyłam. Przed odwiedzeniem Lustrzanej Krainy. Miejsca, które w pamięci Catriony Morgan zachowało się jako coś o niebo lepszego od Narnii i Śródziemia. Tu przeżyła swoje najszczęśliwsze chwile. Jedyna część smutnego domu w Edynburgu, którą Cat i Ellice uważały za swoją wyłączną własność. Unikalny plac zabaw, wesołe miasteczko istniejące tylko (i aż!) w nadzwyczaj żywej, nawet jak na dzieci, wyobraźni. Największa w tym zasługa ich matki, która uparcie nabijała im głowę nierzadko mrożącymi krew w żyłach opowieściami o piratach, księżniczkach w opałach, niegodnych zaufania książętach, upiornych wiedźmach, Sinobrodym i innych takich. Mroczne baśnie i powieści raczej pisane z myślą o starszych odbiorcach. El najbardziej ukochała sobie „Skazanych na Shawshank”, minipowieść Stephena Kinga, a literacką faworytką Cat prawdopodobnie była „Ania z Zielonego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery. Pokaż mi swoją ulubioną lekturę, a powiem ci jakim jesteś człowiekiem. Tak czy owak, w niniejszym świecie przedstawionym przez szkocką autorkę, myślę, skazaną na sukces, należy to potraktować jako ogromną wskazówkę w naszej osobistej zabawie w poszukiwanie skarbów. W skomplikowanych umysłach sióstr, które najwyraźniej różnią się jak dzień i noc. Ogień i woda. Cat zawsze uważała się za słabszą, pod każdym względem, od swojej o cztery lata starszej bliźniaczki. Wierny cień tej, która okradła ją z marzeń. Wbiła jej nóż w plecy i rzuciła na pożarcie rekinom. Kompletnie sama w obcym kraju – tak skończyła biedna Catriona Morgan. Ellice, jak zwykle, zgarnęła całą pulę, nie racząc zostawić choć marnego ogryzka tej, której przyrzekała dozgonną przyjaźń. Miała się nią opiekować, a tymczasem potwornie ją zdradziła. Ukradła miłość jej życia, boskiego Rossa MacAuleya, prawdziwego księcia z bajki, który był ich słodką tajemnicą, kiedy wszyscy byli dziećmi. Dawno, dawno temu w domu, do którego Cat wraca po zniknięciu El. Trwają poszukiwania kobiety, która przepadła wraz ze swoim okrętem. Tragiczny rejs czy mistyfikacja? Policja skłania się ku temu pierwszemu – wypadek lub samobójstwo – ale Cat twardo upiera się przy tym, że jej siostra żyje. I znając ją, dobrze się bawi. Rossa niespecjalnie dziwi ten ośli upór Catriony. W końcu wyparcie to jej moc. Irytująca, może nawet destrukcyjna tendencja do zastępowania brzydkich faktów pięknymi kłamstwami. Rzeczywistość zagrzebana w fantazji.

„Lustrzana Kraina” Carole Johnstone wymaga od czytelnika więcej niż większość znanych mi thrillerów psychologicznych. Więcej cierpliwości. Na tej pajęczynie utkanej przez dziecięcą wyobraźnię, łatwo się pogubić. Ale to dobrze, to wręcz konieczne. Żeby dotrzeć do chatki z piernika, musisz zebrać wszystkie okruszki. Prawdziwe i wyimaginowane. Czy raczej nagie i pokryte grubą warstwą lukru. Które są które? Co kryje się pod frapująco realnymi przygodami w Lustrzanej Krainie? Na pirackim okręcie, na Dzikim Zachodzie, w królestwie klaunów, w więzieniu w skrócie nazywanym Shank. Z wymyślonymi postaciami, które w większości stale się zmieniały. Wśród wyjątków była wiecznie zalękniona dziewczyna zwana Myszą. Osobisty worek treningowy Catriony i Ellice. Postać stworzona z ich smutków, lęków, słabości. Wchłaniająca wszystko, co akurat im ciążyło. Katharsis. Dziewczynki co prawda bały się klaunów, ale nie tak jak Wróżka Zębuszka. Obok Sinobrodego, Czarnobrodego i Wiedźmy, największy postrach sióstr Morgan. Patrzenie w oczy strachowi, mierzenie się z irracjonalnym(?) lękiem najskuteczniejszą obroną przed jeszcze większym strachem. A dlaczego akurat piratki? Szły śladami ojca, którego nie poznały, ale wierzyły, że wcześniej czy później ich odnajdzie. Nieustraszony kapitan statku, który zabierze ich na bajeczną wyspę i będą żyli długo i szczęśliwie. Niestety, życie rzadko - o ile w ogóle - układa się tak, jak wyobrażamy je sobie w dzieciństwie. Dziecięce przepowiednie, które nigdy się nie ziszczą. A przynajmniej nie w zupełności. Bo dla Cat nie wszystko jeszcze stracone. Może jeszcze osiąść na jakiejś malowniczej wyspie, ale wszystko wskazuje na to, że bez osoby, która przynajmniej kiedyś była jej najbliższa. Potem wszystko zepsuła. A teraz jeszcze torturuje człowieka, którego poślubiła. Czy kiedykolwiek go kochała? El wiedziała, co jej bliźniaczka czuje do Rossa MacAuleya, El uwielbiała robić jej na złość, El w końcu ją znienawidziła, więc... Cat wolałaby nigdy już nie oglądać domu, w którym spędziła pierwsze dwanaście lat swojego życia. Ale ta niechęć, odraza ściera się w niej z ekscytacją. Rozkoszny dreszczyk. Sama z jedynym mężczyzną, któremu oddała swoje serce. A on je zdeptał. I tutaj wkraczamy na kolejny niepewny grunt. Grząski obszar faktycznych pragnień centralnej postaci „Lustrzanej Krainy”. Czy w głębi ducha, tak naprawdę, chce by jej siostra odnalazła się cała i zdrowa? Teraz bowiem Cat ma wolną drogę do Rossa. Nic już nie stoi na przeszkodzie ich „żyli i długo i szczęśliwie”. Catriona teraz może odebrać to wszystko, co ukradła jej El. Nie, jeszcze nie. Cat nie potrafi bowiem zignorować wskazówek przesyłanych drogą mailową. Zakłada, że to robota siostry, która aktualnie ma status osoby zaginionej. Wytrawnej manipulantki, która próbuje sprowadzić ją na manowce. A może popchnąć w stronę prawdy? Wypchnąć z różowej bańki, w której twardo się okopała? Tak czy inaczej, w „Lustrzanej Krainie” nawet najdrobniejsze, z pozoru błahe elementy mają znacznie. Pod każdą fantazyjnie inkrustowaną pokrywką kryje się jakaś niesmaczna zupa. Jedna cierpka, inna wręcz trująca. Pierwsza powieść Carole Johnstone przypomina skomplikowany mechanizm, powoli - śrubka po śrubce - demontowany, rozbierany przez niezwykle zwinne, szalenie precyzyjne paluszki. Dowiemy się jak działa, dopiero gdy rzecz wybebeszymy, a to wymaga poświęceń. Przebrnięcia przez nader zaciemnione partie. Męczące, nudnawe, ale ważne. To na pewno. To widać, słychać i czuć, ale trudno ze wzmożoną uwagą przyglądać się wszystkim wspomnieniom Cat. Mnie to zadanie chwilami przerastało. Traciłam czujność, rozpraszała się moja uwaga w tytułowej krainie. Pokonana przez, jak mniemam, zaplanowaną monotonię. Nuda wkalkulowana w dzieło. Sprytne odwracanie uwagi. Ryzyko, które według mnie się opłaciło. Przy standardowej narracji, mniej wymyślnej ekspozycji, ta historia z pewnością nie dokonałaby tego gwałtu na mojej psychice. Nic specjalnie mocnego – kto często bywa po mrocznej stronie beletrystyki, ten wie, że można się tu pięknie nadziać na gęstsze i dużo bardziej kolczaste zgniłozielone pędy – a pokonało wszystkie moje systemy obronne. Zmieszało, wstrząsnęło, ogłuszyło, zdruzgotało. Nawet spodziewane skarby w tym „gotyckim domostwie” odbierałam bardziej jak porządnie naostrzone i unurzane w toksycznej substancji strzały, znienacka posyłane prosto w serce. Agresywna bestia z tej „Lustrzanej Krainy”. Naprawdę groźna.

Depresyjna, klaustrofobiczna, wredna. Lustrzana opowieść o lustrzanych bliźniaczkach w Lustrzanej Krainie. Miażdżący powieściowy debiut szkockiej cholery Carole Johnstone. Bezczelnej manipulantki, podpalaczki stref komfortu, gwałcicielki ludzkich dusz. „Lustrzana Kraina” to jedna z bardziej imponujących nowoczesnych budowli, jakie miałam przyjemność zwiedzić na terytorium thrillera. Przemyślany gotycki moloch pełen ciemnych zakamarków. Misterne połączenie fantazji z rzeczywistością. Bajki z horrorem. Robactwo w różowym torcie. Zgnilizna w magicznej skrzynce. Dusząca jak boa, trująca jak cyjanek potasu, lepka jak Blob, ciasna jak winda znieruchomiała między piętrami. Jednym słowem: rewelacja! Powieść pułapka. Jak wpadniesz, już się nie wygrzebiesz:)

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu