Stronki na blogu

piątek, 17 listopada 2023

Mona Awad „Króliczek”

 
Samantha Heather Mackey studiuje na elitarnym Uniwersytecie Warren na kierunku literacko-artystycznym. Jej jedyną przyjaciółką jest Ava, od rzucenia studiów pracująca w laboratorium przyrodniczym uczelni. A największą niechęcią Samantha darzy infantylne kobiety, z którymi uczęszcza na warsztaty pisarskie, różową klikę Króliczków: Eleanor Brown, Victorię Fielding, Caroline Anderson i Kirę Stone. Coś jednak ciągnie Sam do ich przesłodzonego świata, w głębi ducha pragnie stać się jedną z nich, dołączyć do tego brokatowego klubu. Jej najskrytsze marzenie w końcu się spełnia, Króliczki zapraszają ją do swojego magicznego kręgu i wtajemniczają w niezwykłą działalność mającą pobudzać kreatywność. Mroczny sekret, w którym Sam szybko się zatraca.

Okładka książki. „Króliczek”, Wydawnictwo Poznańskie 2023, adaptacja projektu dla Penguin Books

Finalista Goodreads Choice Award w kategorii najlepszy horror, prawa do sfilmowania którego nabyła amerykańska firma Bad Robot Productions – ponętny „Króliczek” (oryg. „Bunny”), druga opublikowana powieść Mony Awad, urodzonej w Montrealu w kanadyjskiej prowincji Quebec i osiadłej w Stanach Zjednoczonych autorki, która na rynku literackim zadebiutowała w 2016 roku, uhonorowaną Amazon First Novel Award i nominowaną do Giller Prize powieścią złożoną z opowiadań pt. „13 Ways of Looking at a Fat Girl”. Wcześniej jej teksty – opowiadania i felietony – ukazywały się w takich magazynach, jak „The New York Times”, „Vogue”, „Joyland”, „The Walrus”, „Post Road”, „McSweeney's”, „St. Petersburg Review” i „Maisonneuve”. Po ukończeniu Father Michael Goetz Secondary School w Mississauga w prowincji Ontario Awad studiowała literaturę angielską na University of York, uzyskując pierwszy tytuł licencjata, a następnie zdobywając tytuł MSZ na Brown University oraz tytuł magistra filologii angielskiej na University of Edinburgh, gdzie zrobiła również doktorat (praca na temat upiornych elementów w bajkach) – obroniła go na University of Denver, gdzie uzyskała również tytuł licencjata w zakresie kreatywnego pisania i literaturoznawstwa. Surrealistyczny horror psychologiczny „Bunny” swoją światową premierę miał w czerwcu 2019 roku – edycja Viking Press – a do Polski przykicał w listopadzie 2023 roku: oferta Wydawnictwa Poznańskiego w uroczo minimalistycznej (przemyślany koloryt) okładce zaadaptowanej z wydania Penguin Books przez Magdalenę Zawadzką i w starannym tłumaczeniu Natalii Wiśniewskiej.

A gdyby tak połączyć „Alicję w Krainie Czarów” Lewisa Carrolla, „Carrie” Stephena Kinga i „Szkołę czarownic” Andrew Fleminga? Niezwykłe moce dziewczyny z fikcyjnego miasteczka Chamberlain w stanie Maine (niezwiązanego z autentyczną wsią o tej samej nazwie) i królicza nora różowego klubu czarownic. Różowe sabaty w małej ojczyźnie Howarda Phillipsa Lovecrafta, inspiratora Nory Cthulhu, Alma Mater młodych artystów ze świata przedstawionego w „Króliczku” Mony Awad. Uniwersytet Warren to jej autorski projekt, uczelnia, która narodziła się w jej przepastnej wyobraźni niewątpliwie pod wpływem osobistych doświadczeń i obserwacji poczynionych w miejscach, w których się kształciła. Krytyka szkolnictwa wyższego, instytucjonalizacji procesu tworzenia w krzywym zwierciadle fikcyjnego Uniwersytetu Warrren. W oparach przerażająco słodkiego absurdu. Niemały wpływ na „Króliczka” miało też zaniepokojenie, przytłoczenie pani Awad w gruncie rzeczy niegroźną podatnością na czar rzeczy uroczych. Zwierzęcy magnetyzm lukru, hipnotyczna moc wszystkiego, co milusie. Króliczkowa (nie)rzeczywistość przebiegłej kanadyjskiej powieściopisarki z oryginalną wyobraźnią. Makabryczny bambinizm. Niegodna zaufania narracja pierwszoosobowa – dwudziestopięcioletnia Samantha Heather Mackey miała być tak zwaną narratorką niewiarygodną, współczesną Alicją zagubioną w krainie różoksięstwa. Poznajemy ją jako szkolną outsiderkę, z politowaniem, jeśli nie czystą pogardą, patrzącą na „wykształciuchów biegłych w każdej sztuce prócz sztuki konwersacji”, między innymi „białych ludzi w czerni rozprawiających o grantach, które otrzymali, aby z francuskiego tłumaczyć poetów, których nikt nie czyta”. Jeśli szkoła przygotowuje ludzi do życia w świecie, który nie istnieje, jak twierdził Albert Camus, to Uniwersytet Warren jest w tym niedoścignionym mistrzem. Prestiżowa uczelnia w Nowej Anglii specjalizuje się w rozwijaniu talentów artystycznych. Utopia dla marzycielek i marzycieli potrafiących zrobić użytek ze swojej wyjątkowej wyobraźni. Bujające w obłokach istoty, patrzące z góry na zwykłych śmiertelników. Ze swojego uczelnianego Olimpu. Samantha niby należy do tego elitarnego grona studenckiego, ale pociesza się myślą, że w przeciwieństwie do innych zachowuje zdrowy sceptycyzm. W swoim mniemaniu jest odporna na cały ten splendor Warren, niemądre zapewnienia, że Sztuka (nie mylić ze sztuką) to ich przeznaczenie. Pod warunkiem, że nigdy nie stracą z oczu Ciała, cokolwiek to znaczy. Sam jeszcze się tego nie rozszyfrowała, ale wszystko wskazuje na to, że jej znienawidzone znajome, pozostałe uczestniczki Warsztatów Fosco - przydomek nadany przez naszą niepewną przewodniczkę, której wykładowczyni przypomina złoczyńcę z gotyckiej powieści Wilkie'ego Collinsa pt. „Kobieta w bieli” - samozwańcze Króliczki osiągnęły już ten wyższy poziom studenckiego wtajemniczenia. Niedojrzałe kobiety doskonale wiedzą, o co chodzi z tym całym Ciałem. Nastoletnie dusze mieszkające w nieco starszych ciałach. Dwudziestoparoletnie kobiety zachowujące się jak stereotypowe popularne licealistki. Płytkie zołzy z bogatych domów. A króliczek siedzi i zawija te pustaki w sreberka, że pozwolę sobie tak podsumować recenzje autorstwa Zbuntowanych Aniołów Warren. Właściwie Ava już zakończyła edukację na tej, jej zdaniem, toksycznej uczelni, zabijającej wenę twórczą lovecraftowskiej ośmiornicy, która najwyraźniej ciasno oplotła jej najlepszą przyjaciółkę Samanthę Mackey, niegdyś obiecującą powieściopisarkę, która w rzekomej utopii artystów nabawiła się bezpłodności. Mona Awad z doświadczenia wie, że warsztaty pisarskie, nauka kreatywnego pisania to wspaniały „wynalazek ludzkości”, ale bywa i tak, że tego rodzaju kursy przynoszą więcej szkody niż pożytku początkującym literatom. Dla jednych progres, dla innych regres. Samantha to jedna z tych artystycznych dusz w klatce – wyobraźnia spętana przez edukację instytucjonalną. Jako samouk mogła góry przenosić, a jako wykształciuch może co najwyżej przesiadywać nad pustą kartką w towarzystwie tak zwanej matki głupich. W nadziei na odzyskanie daru tworzenia.

Okładka książki. „Bunny”, Head of Zeus 2019

Mity i baśnie w logice snu, w intuicyjnej różowo-czarnej melasie. Specyficzny smak narracji Mony Awad, jak przyznaje, podpatrzonej w „Alicji w Krainie Czarów” Lewisa Carrolla, ale na pewno sowicie doprawionej jej własną recepturą. Unikalny przepis na powieść grozy miłośniczki literatury gotyckiej, którą Margaret Atwood, autorka między innymi dylogii „Opowieść podręcznej”, na podstawie której powstał przebojowy serial Bruce'a Millera, nazwała swoją literacką spadkobierczynią. Przerażający pociąg do słodkości. Magia brokatowego świata, gdzie wszyscy są piękni, bogaci i szczęśliwi. „Jest i bezdomny. <Nie patrzcie, nie patrzcie, nie patrzcie, ten widok wyrządzi wam wewnętrzne kuku, Nie, patrzcie, to smutne. Skłoni was do myślenia, do wnikania głębiej>”. Króliczkowa bańka, tym straszniejsza, że istniejąca, rosnąca w naszym świecie. Rzeczywistość urojona, szczelnie zamknięta na wszelką brzydotę rzeczywistości smutasów, niepoprawnych pesymistów, użalających się nad sobą, topiących własne i cudze marzenia w wyimaginowanej czerni. Strzeżcie się, Króliczki, czarnowidzów! Ale wypatrujcie różowych istot w czarnych maskach. Takich jak Samantha Heather Mackey? Pasywna protagonistka zachwycająco kuriozalnego „Króliczka”. Niepodobnej do niczego i jednoczenie dziwnie znajomej historii sekciarskiej. Wiedźmy w Nowej Anglii, groteskowa klika pozornie działająca na nerwy czarnej owcy Warren. Gniewnego wulkanu wybuchającego jedynie przy niepokornej Avie. Kobiecie pokazującej środkowy palec całemu światu. Z wyjątkiem Samanthy, zniewolonej przyjaciółki kobiety wyzwolonej. Nie dość, że Sam wpadła w sidła Uniwersytetu Warren, to nagle zaczęło ciągnąć ją do przezabawnych koczkodanów. Panna Mackey upiera się jednak przy ich nazwie – dorosłe kobiety nazywające siebie Króliczkami, to dopiero cyrk! - wymyśliła jednak całkiem zacne przydomki dla tej odklejonej zgrai. Upiorna Lalka aka Kira. Nowelka aka Victoria. Babeczka aka Caroline. I wreszcie Księżna aka Eleanor. Arcyzdolne, totalnie zadowolone i „o mój boże , jakie miłe”, przytulaśne (nie)dobre wróżki Warren. À propos „o mój boże”: mała litera może być wróżbą, znakiem, że nadużywające tego zwrotu postacie pokręconego światka Mony Awad, mają na myśli własnego – zakładam, że puchatego, arcypuchatego, arcy – bożka. Istne kuriozum z tego „Króliczka”. Nieobliczalna, drapieżna, seksowna bestyjka, potwór Frankensteina w Gabinecie Luster wypatrzonym w Króliczej Noże, do której wpadła współczesna Alicja. Właściwie postać lewitująca, unosząca się nad ziemią, po której tymczasem twardo stąpa jej jedyna przyjaciółka Ava. A co z Króliczkami? Ta upiorna antydama w czerni nic tylko podcinała różowe skrzydła biednej Sam. Och Króliczku, jak Ci współczujemy takiej przewodniczki jak Ava. Chodź do nas, to będziemy Cię rozpieszczać i co istotniejsze prędko pobudzimy Twoją kreatywność. Przywołamy Wielkiego Cthulhu, używając Twojego fuj słownictwa. Arcytajny Projekt Króliczków. Nieskończona moc wyobraźni, oniryczna makabreska, obłąkana rzeczywistość albo projekcje zaburzonego, straszliwie pogubionego umysłu. Co odróżnia artystę od szaleńca? Zdolność odróżniania prawdy od zmyślenia, czarodziejskiej fikcji od szarej prozy życia. Być może Samantha zbyt długo patrzyła w otchłań wyobraźni, ale jeśli się nad tym głębiej zastanowić, to można dojść do nie mniej przerażającego wniosku, że różowi reptilianie są wśród nas. Króliczkowe pranie mózgów - operacja pod kryptonimem „Hurra Optymizm”. Grochówka Mony Awad: niczym Linda Blair na planie „Egzorcysty” Williama Friedkina wypuszcza z siebie strumienie gęstej niezielonej mazi. Niebiańsko cuchnąca treść pokarmowa, czyli epicki szwajcarski zegarek. Zniewalająca precyzja narracji. Pozornie przypadkowy zlepek myśli, zdarzeń, dialogów z nieznośnie frapującą ospałością, markowanym niezdecydowaniem, udawanym gonieniem za puszystym czarnym ogonkiem Wyobraźni, niepostrzeżenie przybiera niejedną zwartą formę. Wybitnie enigmatyczna celowość i imponująca otwartość na czytelnika. Nie pytajcie, co autorka miała na myśli, myślcie po swojemu. Interpretujcie albo nie. Szukajcie w tym jakiejś historii bądź płyńcie z prądem nie-wiadomo-czego. Akademia Pani Awad to miejsce dla ludzi, którzy nie lubią, kiedy inni mówią im, jak czytać daną opowieść. Doskonałe przeciwieństwo edukacji instytucjonalnej, alternatywa dla masowej produkcji myślących jednakowo. Fabryki robotów, kaźnie kreatywności, śmierć wyobraźni... Po trupie „Króliczka”! Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o oczkach puszczanych do miłośników gatunku najmroczniejszego. Przykład z cyklu zgadnij, o jakim dziele mowa: „Myślę o Sissy Spacek pokrytej świńską krwią”. Kukurydziana baśń brata Kinga też fortunnie się przyplącze, nie wspominając już o mitologii Samotnika z Providence.

Genialna powieść. Jedna z najlepszych jakie w życiu przeczytałam. Arcydzieło, dzieło, arcy. Jedna z tych historii, o których mówi się, że albo pokochasz, albo znienawidzisz, co oczywiście zwykle jest nadmiernym uogólnieniem, niemniej nie mam wątpliwości, że „Króliczek” Mony Awad jedną łapką będzie przygarniał, a drugą odpychał. Jednych oczaruje, innych rozczaruje. Zmutowane zwierzę wydawnicze, dziwoląg z Królestwa Horroru, czyli jak by nie patrzeć największej wylęgarni cudacznych stworzeń. Niepoważna literatura wysoka, niska literatura poważna, zwykły bełkot, niezwykły patchwork, czy jak tam sobie chcecie. Wiem jedno: uwielbiam to Coś!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 15 listopada 2023

„Baxter” (1989)

 
Starsza pani dostaje od córki białego bulteriera Baxtera, choć wszyscy wiedzą, że nie jest miłośniczką psów. Wbrew radom znajomym postanawia jednak zatrzymać zwierzę, uznając, że dotrzyma jej towarzystwa w smętnej jesieni życia. Podczas gdy ona coraz bardziej przekonuje się do swojego czworonożnego współlokatora, Baxter jest głęboko rozczarowany nową właścicielką. Słabą istotą, która wciągnęła go w swój nudny żywot. Pies dochodzi do wniosku, że lepiej by mu było z młodą parą od niedawna mieszkającą w domu naprzeciwko. Opracowuje więc plan pozbycia się kłopotliwej staruszki. W końcu jego marzenie się spełnia: Baxter zyskuje troskliwych opiekunów, pozwalających mu na codzienne przeżywanie prostych psich przygód. Ta sielanka nie trwa jednak długo, gdyż nagle w domu pojawia się nieporadne stworzenie kradnące całą uwagę młodego małżeństwa.

Plakat filmu. „Baxter” 1989. Partner's Productions, PCC Productions, Christian Bourgois Productions

W 1977 roku swoją światową premierę miała minipowieść nieżyjącego już Kena Greenhalla, opublikowana pod pseudonimem Jessica Hamilton, pt. „Baxter” i „Hell Hound”, która później zyskała reputację zaginionego klasyka literatury grozy. Dziełko „odnalazło się” w drugiej połowie XX wieku – pod nazwą „Hell Hound” - między innymi dzięki zaangażowaniu oficyny Valancourt Books, która wprowadziła na rynek edycje z przedmową amerykańskiego powieściopisarza Grady'ego Hendrixa, autora choćby takich utworów, jak „Horrorstör”, „Poradnik zabójców wampirów klubu książki z południa”, „Moja przyjaciółka opętana”, „Sprzedaliśmy dusze” i „Final Girls. Ostatnie ocalałe”. A filmowe wydanie psiej opowieści Kena Greenhalla pojawiło się już pod koniec lat 80. XX wieku – francuski thriller psychologiczny w reżyserii debiutującego w pełnym metrażu Jérôme'a Boivina, który wraz z Jacquesem Audiardem napisał też scenariusz. Pierwszy pokaz ekranowego „Baxtera” zorganizowano w styczniu 1989 roku, w ramach Avoriaz Fantastic Film Festival. W samym tym miesiącu obraz trafił do francuskich kin.

Szorstka opowieść egzystencjalna częściowo z perspektywy psa. Narracja lektorska – nieaksamitny, na swój sposób złowrogi, autorytarny głos Maxime'a Leroux, wczuwającego się w tytułową postać „odegraną” przez białego bulteriera imieniem Chimbot – i wyraźny podział na rozdziały (plansze tytułowe). W gruncie rzeczy „Baxter” Jérôme'a Boivina to swego rodzaju sztuka w trzech aktach, studium człowieka, antropologiczne/psychologiczne badania prowadzone przez przedstawiciela innego gatunku. Kreatywna koncepcja amerykańskiego pisarza Kena Greenhalla przetworzona przez francuskich filmowców. Przeniesienie akcji z bezimiennej miejscowości w Stanach Zjednoczonych do ubogiej mieściny gdzieś we Francji. Właściciele miejscowego wypełnionego po brzegi schroniska dla psów, zabiegane małżeństwo, na początku filmu robi nieprzyjemną niespodziankę matce kobiety, eleganckiej pani Deville, której doskwiera samotność. W ten sposób można upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – zwolnić miejsce dla innego niechcianego czworonoga i uciąć narzekania seniorki na chroniczny brak towarzystwa. Starsza pani wolałaby, żeby córka częściej ją odwiedzała, ale skoro nie ma się tego, co się lubi, warto podjąć wysiłek, by polubić to, co się ma. Ogromny wysiłek, bo pani Deville nie przepada chyba nie tylko za psami, lecz wszystkimi zwierzętami. Niech sobie żyją, ale nie pod jej dachem. Tak, emerytka po cichu rozważa przekazanie tego nieudanego prezentu w jakieś, już niekoniecznie dobre, ręce, ale kiedy jej myśli zostają ubrane w słowa przez znajomego, do głosu dochodzi jej przekorna natura. Na złość mamie odmrożę sobie uszy. Nikt mi nie będzie mówił, co mam robić – Baxter musi więc zostać. Na swoje nieszczęście. Myślę, że tę historię można rozpatrywać na dwóch płaszczyznach: dosłownej i alegorycznej. O relacji człowieka z psem oraz kształtowaniu osobowości istoty ludzkiej, wpływie środowiska na psychikę bezbronnego stworzenia. W domu pani Deville bulterier jest jak dziecko dopiero poznające świat. Z nieuchronnie słabnącą ekscytacją rozglądające się wokół siebie. Dziecięcy zachwyt gaszony przez rutynę. Życia traci blask nowości, niepostrzeżenie wkrada się zniechęcająca monotonia dnia codziennego. Marzysz o czymś innym, z zazdrością spoglądasz na trawnik sąsiada, który z całą pewnością jest zieleńszy od twojego. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Bo starsza pani z dnia na dzień tylko umacnia Baxtera w przeświadczeniu, że nie ma bladego pojęcia o jego potrzebach. Nie rozumie go i co gorsza nie wykazuje najmniejszej ochoty, by to zmienić. Baxter nie ma dużych wymagań – oczekuje jasnych zasad (pani raz wyrzuca go z sypialni, a innym razem praktycznie siłą go tam zaciąga) i czasu na zabawy w ogrodzie (te parę minut dziennie ledwo wystarcza na załatwianie potrzeb fizjologicznych). Chciałby wiedzieć, co mu wolno, a czego nie. Chce być dobrym psem, ale jak ma to osiągnąć kiedy nie zna swoich obowiązków. Jakie ma zadanie w domu madame Deville? Jest, ale po co? Desperackie poszukiwanie sensu życia przez psa. Nihilizm egzystencjalny w eksperymentalnym wydaniu. Paraboliczny dreszczowiec o nieznośnej ciężkości bytu, dręczącym poczuciu bezcelowości, zagubieniu w bezdusznej rzeczywistości zbudowanej z rażąco niedopasowanych elementów. Sprzeczne sygnały owocujące niezdolnością do odróżniania dobra od zła. Jedno prawo przeczy drugiemu – jeden zakaz koliduje z innym. I jak tu się odnaleźć w świecie ludzi, podobno najinteligentniejszego gatunku na Ziemi? Sami nie wiedzą, czego chcą, a kiedy dochodzi do tragedii, gotowi obwinić wszystkich z wyjątkiem siebie. Staranna introspekcja, uczciwy rachunek sumienia raczej nie jest mocną stroną Homo sapiens.

Plakat filmu. „Baxter” 1989. Partner's Productions, PCC Productions, Christian Bourgois Productions

Płonne nadzieje psa. W „Baxterze” Jérôme'a Boivina nowe szanse zwykle kończą się bolesnym zawodem. Zawiedziony starszą panią mały socjopata w końcu dogania marzenie o umoszczeniu się w radosnym gniazdku młodego małżeństwa. Trudno powiedzieć, czy podoba mu się strojenie w fikuśne fatałaszki i tańcowanie (na dwóch łapach) z młodą damą przed jej rozbawionym chłopakiem. Szkoda że Baxter nie skomentował tej zabawy swoich (nad?)opiekuńczych właścicieli. „Właściciel” to odpowiednie słowo, bo Baxter mimo wszystko wciąż jest traktowany przedmiotowo – nigdy nie lubiłam tego słowa w odniesieniu do wszelkich żywych stworzeń, ale w tym przypadku niestety pasuje niemal idealnie. Prawie, bo to dość przewrotny fragment dziejów „złego psa” (w cudzysłowie, bo chyba nie bez powodu mówi się, że nie ma złych psów, są tylko źli właściciele”). Mylące pozory. Szorstka znajomość może być cenniejsza od najbliższej przyjaźni. Czuły opiekun może być mniej godny zaufania od osoby nieroztkliwiającej się. Tak czy inaczej, Baxter czuje się kochany, a na pewno chciany, do pojawienia się tego „żałośnie słabego stworzonka”, za które oczekiwał ładnych przeprosin. Zrobili błąd, wnosząc tę niezborną istotę pod ich przytulny dach, ale najwyraźniej nie jest im wstyd. Zabawna, przykra i straszna konsternacja psa, który niespodzianie został zdegradowany. Z ulubieńca w outsidera. Odstawiony na boczny tor, zaniedbywany, w swoim poczuciu niedostatecznie, jeśli w ogóle, kochany (los niejednego starszego dziecka, a i tak czasami czują się dzieci adoptowane gdy rodzice doczekają się potomka biologicznego). Przestrzeń, która należała do niego, nieświadomie wypełnia zaśliniona istota, z której nie ma żadnego pożytku. Baxter jest istotą myślącą, a ten malec bynajmniej na taką nie wygląda. Na jego psi rozum niczego toto sobą nie reprezentuje. To coś, bo raczej nie człowiek? Ludzie są inteligentni... przeważanie, czasami, rzadko. Przypomnijmy sobie starszą panią wdzięczną za rzekomą akcję ratowniczą. Żaden zły uczynek nie pozostanie bez pochwały. Jak na ironię, z kolei sytuacja, która w ludzkich oczach powinna jawić się jak czyn iście bohaterski, zostaje zinterpretowana zgoła inaczej. Może nie na opak, ale mam podejrzenie graniczące z pewnością, że na miejscu tej młodej pary „nosiłabym na rękach” tego - hmm - dzielnego pieska. W pierwsze rozdziały depresyjnej kroniki Baxtera wpleciono niewiele mówiące scenki z życia nieletniego Charlesa (intensywny występ debiutującego François Driancourt, który potem też już w żadnym filmie nie wystąpił), nietowarzyskiego chłopaka z nietypowymi zainteresowaniami. Alarmującymi? Zależy czy to zwykła pasja, czy chorobliwa obsesja. Zaciekawienie jedną z najczarniejszy kart w historii ludzkości czy fatalny wybór autorytetów? Podziw czy odraza? Na to pytanie akurat łatwo sobie odpowiedzieć, trudniej natomiast przewidzieć, jak potoczą się wspólne losy chłopca i psa, który długo szukał twardego wzorca. Jednostki silnej psychicznie, która dokładnie wie, czego chce. Wydającej zrozumiałe rozkazy, stanowczej, kategorycznej, niewprowadzającej zbędnych komplikacji, nierozchwianej emocjonalnie, przewidywalnej. Groźny pies wreszcie może być posłusznym psem. Bo jak wiadomo posłuszne zwierzę to dobre zwierzę. Tak myślą ludzie, nieprawdaż? Dlatego Baxter z zapałem przystępuje do szkolenia zorganizowanego przez najlepiej rokującego opiekuna w jego nędznym życiu. Podłej egzystencji czworonoga, który nade wszystko pragnął być miłym psiakiem. Wstępna ocena ostatniego właściciela dokonana przez niezmiennie uprzedmiotowione żywe stworzenie, jak mniemam, miała drastycznie rozmijać się z opinią widza. Chcę przez to powiedzieć, że twórcy nie szczędzili sygnałów ostrzegawczych – stroniący od towarzystwa, zafascynowany przemocą arogant z zimnym spojrzeniem. Trafił psychopata na socjopatę? A może dominujący na uległego? Tak czy owak, dla spragnionego mocniejszych wrażeń widza to może być najciekawsza partia „Baxtera”. Najdramatyczniejsza przeprawa pechowego pieska. Zrobili z niego Cujo? W sumie lepiej nie nastawiać się na podobne klimaty, na kolejną opowieść o opętanym żądzą mordu zwierzaku. Nie nazwałabym tego animal attackiem, choć jakieś cechy tego podgatunku pierwsze długometrażowe osiągnięcie reżyserskie Jérôme'a Boivina z pewnością posiada. Wyczerpująca, niesatysfakcjonująca, miejscami zabawna, częściej smutna, a nawet wstrząsająca, rozdzierająca serce życiowa wędrówka istoty grzechami skalanej. Z natury dobrej, z wychowania złej. Niewinność umiera pierwsza, a nadzieja ostatnia. Nietuzinkowa historia, z której spokojnie dałoby się wycisnąć więcej, wejść głębiej w tę niebanalną opowieść o przerażającej banalności zła. Realizm tragiczny – marność nad marnościami i wszystko marność.

Historia z ogromnym potencjałem, który w moim poczuciu nie został dokumentnie wykorzystany. Mam niedosyt, ale z dwojga złego wolę to od przesytu. Poza tym w jakimś stopniu na pewno dałam się oczarować tej niestandardowej opowieści egzystencjalnej, opartemu na powieści Kena Greenhalla, minimalistycznemu w formie dokonaniu francuskiego reżysera i scenarzysty Jerome'a Boivina. Minorowy, surowy „Baxter” - psychologiczny dreszczowiec na niepokrzepienie serc. Znający litość, nieidący na całość, ale i niespecjalnie ugodowy, „skory do przemocy emocjonalnej”. Dość mocny trunek wstrząśnięty i zmieszany przez samo życie.

poniedziałek, 13 listopada 2023

Christopher Berry-Dee, Victoria Redstall „Kanibale. Sylwetki morderców”

 
Christopher Berry-Dee, brytyjski kryminolog, dziennikarz śledczy, pisarz i potomek doktora Johna Dee, nadwornego astrologa królowej Elżbiety I. Victoria Redstall, urodzona w Anglii, mieszkająca w Stanach Zjednoczonych aktorka, modelka (patronka wielu znanych marek), korespondentka, producentka i gospodyni programów telewizyjnych, w tym kryminalnych, która na rynku wydawniczym zadebiutowała w 2011 roku bestsellerową książką non-fiction „Serial Killers Up Close and Very Personal: My Death Row Interviews with the Most Dangerous Men on the Planet”. W tym samym roku pojawił się jej pierwszy owoc współpracy z Christopherem Berrym-Dee „The Voices of Serial Killers: The World's Most Maniacal Murderers in their Own Words” i prawdopodobnie dzieło jedynie natchniona przez panią Redstall „Cannibal Serial Killers: Profiles of Depraved Flesh-Eating Murderers” (pol. „Kanibale. Sylwetki morderców”), autorem między innymi takich prac, jak „Monster: Aileen Wuornos. Zrozumieć seryjną zabójczynię”, „Rozmowy z seryjnymi mordercami”, „Rozmowy z psychopatami. Podróż w głąb umysłów potworów”, „Rozmowy z seryjnymi morderczyniami. Królowe zbrodni”, „Rozmowy z seryjnymi mordercami. Najgorsi na świecie”, „Rozmowy z psychopatami. W otchłani zła”, „Rozmowy z seryjnymi mordercami. Głosy zza krat”, „Rozmowy z seryjnymi mordercami. Stalkerzy”, „Rozmowy z psychopatami. Masowi mordercy i szaleńcy” i „Rozmowy z seryjnymi mordercami. Żony i kochanki”.

Okładka książki. „Kanibale. Sylwetki morderców”, Czarna Owca 2023

W 2006 roku swoją światową premierę miała książka „Eat Thy Neighbour. A History of Cannibalism” autorstwa Daniela Diehla i Marka P. Donnelly'ego, w Polsce wydana dwa lata później przez Świat Książki (Klub dla Ciebie) pod tytułem „Dzieje kanibalizmu”. Publikacja, jak sam tytuł wskazuje, zawiera krótką historię antropofagii oraz mini biografie wybranych zabójców-kanibali (i tylko domniemanych ludożerców). W 2023 roku oficyna Czarna Owca wprowadziła na polski rynek podobny utwór zatytułowany „Kanibale. Sylwetki morderców” - pozycję non-fiction, która swoją światową premierę miała już w roku 2011. Okładkę pierwszego polskiego wydania zaprojektował Paweł Panczakiewicz, a tekst przetłumaczył Radosław Madejski. Tekst Christophera Berry'ego-Dee, który w jego przekonaniu nigdy by nie powstał, gdyby nie poznał Victorii Redstall, która w swoim życiu przeprowadziła mnóstwo wywiadów z seryjnymi i masowymi zabójcami (pracowała też w biurze szeryfa hrabstwa Los Angeles). Do studiowania sposobu myślenia sprawców najbardziej odrażających zbrodni, wielokrotnie pomawianą przez dziennikarzy, Victorię Redstall mogła popchnąć trauma z dzieciństwa – przyjaciele rodziny padli ofiarami masowego mordercy – i można założyć, że właśnie ten obszar jej zainteresowań (Redstall prowadzi bogate życie zawodowe) w końcu doprowadził ją do brytyjskiego kryminologa Christophera Berry'ego-Dee, który wśród swoich największych zasług ma wyjaśnienie starej sprawy zabójstwa, jak się okazało dokonanych przez seryjnego mordercę i gwałciciela Michaela Bruce'a Rossa; odegranie kluczowej roli w odnalezieniu miejsca porzucenia ciała ofiary Kennetha Allena McDuffa; wyjaśnienie zagadki śmierci dziesięcioletniego chłopca i trzydziestoletniej kobiety ze stanu Nowy Jork – zamordowani przez Arthura Johna Shawcrossa i uzyskanie obszernych zeznań od Davida Alana Gore, amerykańskiego mordercy, który przyznał się do pozbawienia życia sześciu osób.

Stanley Dean Baker. Edward 'Ed' Theodore Gein. Jeffrey Lionel Dahmer. Hamilton Howard 'Albert' Fish. Peter Kürten. Joachim Kroll. Karl Denke. Carl Friedrich Wilhelm Grossmann. Friedrich 'Fritz' Heinrich Karl Haarmann. Edmund Emil 'Duży Ed' Kemper III. David Harker. Issei Sagawa. Tracey Avril Wigginton i Lisa M. Ptaschinski. Andriej Romanowicz Czikatiło.

Czternaście mrożących krew w żyłach opowieści autentycznych plus dwa rozdziały (wcześniej Podziękowania i Przedmowa) poświęcone innym potwierdzonym (fakty) i mocno wątpliwym (mity) przypadkom zjadania ludzi przez ludzi. Kanibalizm in extremis (z tej nazwy korzystali Daniel Diehl i Mark P. Donnelly w swoich „Dziejach kanibalizmu”, według mnie zgrabniejszym omówieniu tytułowego tematu tabu) oraz kanibalizm religijny, kulturowy, rytualny. Jedynym narratorem jest Christopher Berry-Dee, co w połączeniu z podziękowaniami kierowanymi do Victorii Redstall, każe mi sądzić, że udział tej drugiej w niniejszym przedsięwzięciu ograniczył się do rozwiania ówczesnych wątpliwości tego zasłużonego brytyjskiego kryminologa odnośnie kontynuowania kariery pisarskiej. No dobrze, nie mogę wykluczyć, że Redstall miała jakiś wkład w gromadzenie materiałów do „Cannibal Serial Killers: Profiles of Depraved Flesh-Eating Murderers”, niezbyt obszernej publikacji (niespełna trzysta stron; Czarna Owca 2023), będącej wynikiem zdumiewającego odkrycia pana Berry'ego-Dee dokonanego w pierwszej dekadzie XXI wieku. „Przekonałem się, że istnieją setki stron internetowych poświęconych antropofagii, czyli dosłownie zjadaniu ludzi. W ciągu kilku zarwanych nocy odkryłem, że przedstawiciele naszego gatunku od niepamiętnych czasów zjadają się nawzajem – gotują mięso swoich ofiar, smażą, grillują, opiekają na rożnie, duszą, pieką albo podgrzewają w kuchence mikrofalowej”. Tym wyznaniem właściciel i redaktor naczelny czasopisma „The Criminologist” Christopher Berry-Dee kończy swoją przedmowę do kanibalistycznej opowieści niefikcyjnej. I przechodzi do skrótowego omówienia tego zjawiska w starożytnych i nowożytnych kulturach. Oczywiście nie pomijając choćby takich głośnych spraw, jak wyprawa Donnera i dramat w Andach, myślę jednak, że czytelnicy najbardziej docenią mniej znane, przynajmniej w Polsce, przypadki pożerania bliźnich. Na przykład koszmarny los poszukiwaczy złota pod nieszczęsnym przywództwem Alfreda Packera. Tragiczna górska ekspedycja z 1873 roku, którą pozwolę sobie podsumować podobno autentycznymi słowami sędziego Melvile'a Greena (w książce jest sporo takich cytatów, co się chwali): „W hrabstwie Hinsdale mieliśmy tylko siedmiu demokratów, a ty pożarłeś pięciu z nich!”. Parę lat później, w 1879 roku w innej części świata, traper Katist Chen zwany Żwawym Biegaczem podczas polowania rzekomo został opętany przez legendarnego Wendigo Bo jak inaczej wyjaśnić jego nagłą potrzebę posilenia się swoimi bliskimi - „wrzucenia na ruszt” matki, brata, żony i sześciorga dzieci? Nie mógł też pominąć autor wypraw morskich i oceanicznych, prawdziwego rogu kanibalistycznej obfitości. Można chyba uznać, że „błękitne pustkowie” to ścisła czołówka scenerii dla kanibalizmu z przymusu (zwalczanie głodu w warunkach ekstremalnych; pewność, że to jedyny sposób na przetrwanie). To samo zresztą można powiedzieć o prymitywnych plemionach, nie zawsze słusznie oskarżanych o takie odrażające praktyki przez białych podróżników/odkrywców (autor omawianej książki wspomina, że szczególnie wybujałą wyobraźnią wykazywał się Marco Polo, snując swoje fantastyczne opowieści o kanibalistycznych ucztach rzekomo widzianych na własne oczy), dla równowagi wskazując również takie rdzenne społeczeństwa, które najpewniej inspirowały włoskich filmowców w drugiej połowie XX wieku mniej lub bardziej świadomie tworzących nowy nurt horroru, którego liderem, jak mniemam, jest „Cannibal Holocaust” Ruggero Deodato, choć osobiście w tej paskudnej gromadce najbardziej cenię sobie „Cannibal Ferox” Umberto Lenziego.

Okładka książki. „Cannibal Serial Killers: Profiles of Depraved Flesh-Eating Murderers”, Ulysses Press 2011

Zdecydowaną większość swojej rozprawy o kanibalizmie (aż czternaście rozdziałów), Christopher Berry-Dee poświęcił tytułowym sylwetkom mniej i bardziej znanych zbrodniarzy. Zjadaczy ludzkiego mięsa (też handlarzy tymże) i morderców jedynie podejrzewanych o takie praktyki. Wśród wątpliwych - w odczuciu autora – ludożerców jest człowiek, który według Berry'ego-Dee jest chyba kimś w rodzaju praojca kina slash. Tak czy inaczej, Edward Theodore Gein (więcej na temat tego obłąkanego człowieka znajdziecie chociażby w „Psychopacie” Harolda Schechtera), znany też jako Rzeźnik z Plainfield, właściciel Farmy Grozy, na pewno jest współodpowiedzialny za to „filmowe szaleństwo”. Autor „Kanibali. Sylwetek morderców” przytacza kilka tytułów, które ponad wszelką wątpliwości i tylko przypuszczalnie powstały pod natchnieniem makabrycznej historii niepozornego Eddiego (m.in. „Psychoza” Roberta Blocha i jej ekranizacja w reżyserii Alfreda Hitchcocka, „Teksańska masakra piłą mechaniczną” Tobe'ego Hoopera, „Deranged” Alana Ormsby'ego i Jeffa Gillena, „Maniak” Williama Lustiga), zapominając o Buffalo Billu z „Milczenia owiec” Thomasa Harrisa i filmowej odpowiedniczki tej kultowej powieści, obsypanej nagrodami (w tym zdobywczyni pięciu Oscarów) produkcji Jonathana Demme'a z 1991 roku. Co nie znaczy, że w ogóle nie będzie o Hannibalu Lecterze; pan Berry-Dee napomknie o tym dżentelmenie przy innej okazji, w innej partii książeczki o okrutnych, podłych, złych. Czasami po prostu chorych, ale zazwyczaj uznawanych za osoby w pełni władz umysłowych. Jeden z moim zdaniem najstaranniej opisanych zabójczych przypadków w przedmiotowym dziełku – dzieje Edmunda Kempera III – poza wszystkim innym dobitnie pokazuje, że aktywny seryjny morderca przez „mądre głowy” może zostać uznany za w pełni zresocjalizowanego. Przerażające talenty aktorskie drapieżników, katastrofalne pomyłki wyspecjalizowanych badaczy ludzkich umysłów i kolegów policjantów. Poczciwy Duży Ed. Ale najbardziej zdumiewającą sprawą, z zebranych w tym tomie, może się okazać mord dokonany w 1981 roku przez studenta pochodzącego z Japonii, który nie tylko uniknął kary za zjedzenie swojej koleżanki, ale wręcz wylansował się na tej wstrętnej zbrodni. Kanibal-celebryta Issei Sagawa, co za świat... Antybohater filmu Fritza Langa z 1931 roku pt. „M-Morderca” (oryg. „M”), najwyraźniej dobrze znanego Christopherowi Berry'emu-Dee, Wampir z Düsseldorfu, czyli Peter Kürten, podobnie jak dotąd nieznane mi Tracey Avril Wigginton i Lisa M. Ptaschinski, bodaj jest mocniej kojarzony z hrabią Draculą z wybitnej powieści Brama Stokera przypuszczalnie zainspirowanej autentyczną postacią Włada Palownika (właściwie Vlad Țepeș) niż Sawneyem Beanem (o którym również jest mowa w „Kanibalach. Sylwetkach morderców”, to samo zresztą trzeba powiedzieć o „Draculi” Brama Stokera i jego domniemanym historycznym odpowiedniku). Niemniej krążą pogłoski, że Kürten peklował ludzkie mięso w swojej obskurnej kuchni. Niewykluczone, ale jeśli chodzi o przechwałki „niejakiego” Davida Harkera, nasz tutejszy przewodnik po świecie kanibali niewątpliwie skłania się ku „stekowi kłamstw”. Dlaczego więc uwzględnił Harkera w niniejszym zestawieniu? Może dlatego, że to niepospolity przykład „bajkopisarza”. Fascynujące i zarazem odpychające mordercze stworzenie, które być może próbowało wypromować się wyssanymi z palca opowieściach o nieakceptowalnych społecznie zamiłowaniach kulinarnych. Najbardziej zawodne okazały się sylwetki najpłodniejszych seryjnych morderców, a przynajmniej mnie najbardziej zmęczyła, bądź co bądź, chwalebna inicjatywa w miarę możliwości niepomijania ofiar. Szkoda że nie dano im więcej miejsca – a już zwłaszcza przy omówieniu zbrodni Andrieja Romanowicza Czikatiło, czyli Rzeźnika z Rostowa (zainteresowanych bardziej szczegółowym omówienie jego żywota zachęcam do lektury „Krwawego rzeźnika” Petera Conradiego), wszak to jeden z najwydajniejszych seryjnych morderców w historii najnowszej. Zabrzmi dziwnie, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że poczucie humoru Christophera Berry'ego-Dee dodaje uroku tej publikacji. Wisielcze żarciki z kanibalistycznej kuchni.

Wolę „Dzieje kanibalizmu” Daniela Diehla i Marka P. Donnelly'ego, ale „Kanibale. Sylwetki morderców” Christophera Berry'ego-Dee i powiedzmy mniej zaangażowanej (rola drugoplanowa) Victorii Redstall, też wydaje mi się nie najgorszą ofertą dla grupy czytelniczej true crime. Coś mi mówi, że wielu z nich doceni i tę antropofagiczną podróż, wyprawę w głąb mrocznych umysłów zorganizowaną przez cenionego brytyjskiego kryminologa. Skróconą historię kanibalizmu z wyróżnieniem kilkunastu zabójczych postaci niefikcyjnych.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 11 listopada 2023

Przemysław Borkowski „Diabelski krąg”

 
Gabriela Seredyńska z Prokuratury Okręgowej w Warszawie przybywa do rodzinnego miasteczka pod Olsztynem na pogrzeb ojca, z którym nie miała kontaktu od okresu nastoletniego. Kobieta zamierza jeszcze tego samego dnia wrócić do stolicy, zaraz po dopełnieniu formalności związanych ze sprzedażą odziedziczonego domu, w którym się wychowała, ale ceremonia pogrzebowa nieoczekiwanie się opóźnia, a niedługo potem Gabriela odkrywa domniemane miejsce nielegalnego pochówku. Nabiera podejrzeń, że na posesji wchodzącej w skład spadku po rodzicielu Wiktorze Seredyńskim pogrzebano ciało człowieka, ale na przeprowadzenie czynności policyjnych musi poczekać do następnego dnia. Wynajmuje więc pokój w miejscowym pensjonacie, prowadzonym przez mężczyznę wyraźnie niezadowolonego z jej obecności, członka tutejszego koła łowieckiego, do którego swego czasu należał też jej ojciec. Kierując się przeczuciem prokurator Seredyńska, niejako wbrew sobie, rozpoczyna prywatne śledztwo w bliżej nieznanej sprawie, a w centrum jej podejrzeń jest krąg ludzi uprzywilejowanych.

Okładka książki. „Diabelski krąg”, Czwarta Strona 2023

Czwarta księga kryminalnej serii z fikcyjną warszawską prokurator Gabrielą Seredyńską tworzoną przez Przemysława Borkowskiego, współzałożyciela Kabaretu Moralnego Niepokoju (też współautor tekstów i aktor), scenarzysty, felietonisty, poety i oczywiście powieściopisarza, między innymi stwórcę psychologa Zygmunta Rozłuckiego, głównego bohatera poczytnej trylogii „Zakładnik” (2017), „Niedobry pasterz” (2018), „Widowisko” (2019). Ponadto Przemysław Borkowski wraz z żoną Gabrielą prowadzi podcast „Żona Kryminalisty”, gdzie między innymi oprowadzają internautów po nawiedzonych zakątkach Polski (cykl „Wakacje z duchami”). Wydawniczym opiekunem serii z zawziętą prokurator jest Czwarta Strona, która zadbała o spójną szatę graficzną (edycja w miękkiej oprawie) kolejno „Rytuału łowcy” (2020), „Śmierć nie ucieknie” (2021), „Wieży strachu” (2022) i wreszcie „Diabelskiego kręgu” (2023) – projekt okładki: Daniel Rusiłowicz.

Samotne zmagania warszawskiej prokurator na złowieszczej prowincji. W nienazwanym miasteczku w województwie warmińsko-mazurskim, w którym spędziła pierwsze kilkanaście lat życia. Malowniczej miejscowości, do której wolałaby nigdy nie wracać. Mimo wszystko wypadało jednak zjawić się na ceremonii pogrzebowej biologicznego rodzica – mimo głębokiego zawodu, jaki jej sprawił. Poza tym prokurator Gabriela Seredyńska chciała jak najszybciej sfinalizować sprzedaż rodzinnego domu, niechcianej schedy po ojcu. Wiktor Seredyński niegdyś był ważnym członkiem tego małego społeczeństwa, ale między wyprowadzką jego żony i córki a śmiercią Wiktora Seredyńskiego najwyraźniej sporo się zmieniło. Większość tego czasu mężczyzna spędził w pobliskim Olsztynie, coś jednak skłoniło go do powrotu w rodzinne strony, gdzie w końcu dopadła go niewzruszona dama z kosą. Seredyńska nie ma powodu doszukiwać się w tym znamion przestępstwa, posiada wszak niezbity(?) dowód na to, że jej rodziciel umarł z przyczyn naturalnych. Początkowo nie przywiązuje też większej wagi do zamieszania spowodowanego przez tutejszy zakład pogrzebowy: skandalicznego opóźnienia pochówku. Przyjmuje wyjaśnienia zawstydzonych pracowników firmy – takie sytuacje nie zdarzają się wprawdzie często, ale to możliwe, że ktoś pomylił terminy – nie ma jednak najmniejszej ochoty wraz z pozostałymi żałobnikami przeczekać w restauracji, którą niegdysiejszy przyjaciel denata, przedsiębiorca Janusz Zagoński, wynajął na stypę. Czołowa postać „Diabelskiego kręgu” Przemysława Borkowskiego postanawia zabić czas przechadzką po „starych śmieciach”, która szybko nabiera niemal mistycznego wymiaru. Pierwsze spotkanie „ze zwierzęciem totemicznym”, niewiarygodnym przewodnikiem zasłużonej pracownicy Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Kolejna zastanawiająca rzecz rozegra się pod koniec „wytęsknionej” ceremonii pogrzebowej, opłaconej przez jedyną sukcesorkę Wiktora Seredyńskiego – zaniedbywaną córkę, którą wielce zastanowi nietypowe zachowanie jednego z uczestników pogrzebu i bezpardonowa reakcja paru innych mężczyzn. Ale do przedłużenia pobytu w tym nieprzytulnym miasteczku skłoni Gabrielę dopiero późniejsze znalezisko na odziedziczonej posesji. Przypadkowe oględziny przydomowego podwórka rodzą podejrzenia – poparte zawodowym doświadczeniem – że to miejsce nielegalnego pochówku. I tak prokurator Seredyńska zalicza pierwsze zderzenie kulturowe. Układ zamknięty. Typowa lokalna klika – nadzwyczajna kasta, kolesiostwo gminne – nietypowa zorganizowana grupa przestępcza, czy stara, niedobra zasada sektora publicznego mówiąca „co masz zrobić dzisiaj, zrób jutro”? Tak czy inaczej, nasza przewodniczka po klimatycznym świecie przedstawionym w „Diabelskim kręgu” w pewnym sensie zostaje zmuszona do przenocowania w tym upiornym miasteczku, a najbliższy przystanek to pensjonat „Damian”, zapuszczony przybytek nad jeziorem, którego właścicielem jest Janusz Kutera, znajomy Wiktora Seredyńskiego, który bynajmniej nie cieszy się na widok jego niekochającej córeczki. Przypomniała sobie o ojcu dopiero po jego śmierci – niewykluczone, że nieskrywana niechęć tego starszego mężczyzny do Gabrieli bierze się właśnie z takiego przekonania. Męska solidarność, nieobiektywna ocena sytuacji rodzinnej, zamykanie oczu na ewidentne zaniedbania ojca. Bo jak by nie patrzeć piłka najpierw była po stronie Wiktora; nastoletnia dziewczyna po przeprowadzce zorganizowanej przez matkę, miała prawo oczekiwać choćby minimalnego zainteresowania ze strony ojca. Nie odwiedził jej ani razu, nawet nie zadzwonił, dał aż nadto wyraźnie więc do zrozumienia, że mu na niej nie zależy. To samo zresztą Gabriela mogłaby powiedzieć o swojej biologicznej matce, która uwiła sobie w Olsztynie nowe rodzinne gniazdko, z ulgą przyjmując wyjazd „piątego koła u wozu”, czyli swojej pierworodnej, na studia. I chyba nie przejęła się, gdy Gabrysia przestała składać jej wizyty, uznając, że nie jest osobą najbardziej pożądaną w tym skromnym mieszkanku nieopodal przeklętego miasteczka, w którym przeprowadzi prawdopodobnie najbardziej ryzykowne śledztwo w swojej prokuratorskiej karierze.

Materiał promocyjny. „Diabelski krąg”, Czwarta Strona 2023

Wszelkie fazy rozkładu jego ciała pozostaną ukryte. Nikt nie będzie widział, jak rozpada się i gnije. Wiele rzeczy możemy robić wspólnie, lecz ten proces musimy przejść w samotności.”

Powolne zanurzenie. Błądzenie w intuicyjnej mgle. Prokurator Gabriela Seredyńska normalnie nie zdaje się na przeczucia, normalnie podąża za twardymi dowodami i miękkimi poszlakami, w bezimiennym rodzinnym miasteczku zaskakuje więc samą sobie, bo tak naprawdę nic dobitnie nie przemawia za jej prywatną inicjatywą dochodzeniowo-śledczą. Centralna postać „Diabelskiego kręgu” nie zna nawet charakteru swojej sprawy. Szuka dziury w całym? Wydawać by się mogło, że do działania popchnie ją domniemanie zabójstwa Wiktora Seredyńskiego, ale to prędzej suma innych okoliczności i czystych emocji. Zagadkowe poczucie zagrożenia, podskórny horror rudowłosej prokurator ryzykownie działającej poza swoją jurysdykcją. Rzucającej na szalę swoją satysfakcjonującą karierę tylko dlatego, że coś jej tutaj nie gra. Skrzywienie zawodowe, początki paranoi, a może najzwyczajniej nie służy jej tutejsze powietrze? Za dużo tlenu:) W każdym razie to może być swego rodzaju reakcja alergiczna na atmosferę panującą w tym znajomym i zarazem zupełnie obcym miejscu. Nie zmieniło się nic i zmieniło się wszystko. Nieśmiała dziewczynka przeistoczyła się w pewną siebie, ważną panią prokurator; twardą na zewnątrz, roztrzęsioną w środku. Zupełnie sama w potencjalnym gnieździe jadowitych węży. Seredyńska nie może bowiem liczyć na wsparcie innych przedstawicieli organów ścigania, w przynajmniej nie takie, do jakiego zdążyła przywyknąć. Umiesz liczyć, licz na siebie – ale co jeśli zapomniałaś, kim jesteś? Syndrom Simby... „Bates Motel” Przemysława Borkowskiego, czyli obskurny pensjonat „Damian” w niespokojnym zakątku kingowskiego miasteczka. Zgnilizna niedokładnie przykryta idyllą. Sprawnie autor pogrywa samym klimatem tego dusznego miejsca, wyraźnie flirtując z horrorem nadnaturalnym. Tajemne rytuały w naturalnym środowisku (nie)naturalnego lisa. Krzyki słyszane nocą w niegościnnym pensjonacie myśliwego, członka najważniejszego koła w tej nieszczęsnej mieścinie. Koła łowieckiego dawno temu założonego przez znienawidzonego ojca głównej bohaterki tej nieśpiesznie budującej się powieści. Nie ukrywam, że miejscami odrobinę męczącej – choć wprost przepadam za takimi klimatami, w pierwszej partii „Diabelskiego kręgu” zaliczyłam parę nużących przystanków. Wyglądało to trochę tak, jakby „władca marionetek” na głos zastanawiał się, w którym kierunku pchnąć, ten poza tym bardzo zajmujący, „teatrzyk”. Kryminalno-psychologiczny spektakl, który spokojnie można obejrzeć bez znajomość poprzednich przygód prokurator Gabrieli Seredyńskiej. Zagubionej w małomiasteczkowym piekiełku. Ostrożnie, z namysłem poruszającej się po mocno niepewnym, grząskim gruncie. Jeden fałszywy kroczek może zakończyć jej, w gruncie rzeczy świetlaną, karierę w sektorze publicznym. To ta lepsza opcja, bo zgodnie z przewidywaniami, Gabriela będzie tylko utwierdzać się w przekonaniu, że ściśle tajna (dla niej na pewno) misja, której się podjęła może być czymś w rodzaju misji samobójczej. Dlaczego zawsze musi się prosić o kłopoty? Jakie licho ją podkusiło do organizowania długiego weekendu (właściwie dwa dni urlopu okolicznościowego plus zwykły weekend) w tej koszmarnej mieścinie? Zawsze jednak może się wycofać, prawda? Tak jej się wydaje, ale czytelnik pewnie nie podzieli tego odczucia. Za daleko zabrnęła, żeby mieć szansę na bezpieczny odwrót. Tylko kiedy dokładnie? Już w dniu pogrzebu ojca (rzekomy trup w ogrodzie) czy na etapie przepytywania mieszkańców? Wyciągania mniej i bardziej przydatnych informacji od ludzi... zastraszonych? Oczywiście nie wszyscy, w zdecydowanej większości niechętni, rozmówcy Seredyńskiej na takich wyglądają, ale nie ulega wątpliwości, że działa tu jakaś siła, której interesy drastycznie rozmijają się z interesami prokurator Seredyńskiej. Łatwo się domyślić jaka to siła, ale jeszcze łatwiej zagalopować się z oskarżeniami. Gdzieś między słowami Przemysław Borkowski przypominał mi, żeby zanadto nie przywiązywać się do jednej teorii, tym bardziej, że niektóre elementy tej kryminalnej układanki nijak do niej nie pasują. Brzytwa Ockhama to zawodna bestyjka, a już na pewno w świecie Gabrieli Seredyńskiej, która nigdy wcześniej nie była tak wylewna jeśli chodzi o jej rodzinę. Może dlatego, że niewiele o niej wiedziała? Niewtajemniczona w największe sekrety onegdaj szanowanego rodu z miasteczka łowców. Warto dodać, że na sam koniec pan Borkowski przygotował małą niespodziankę dla swoich wiernych czytelników.

Tajemnice lasu Przemysława Borkowskiego. Mistyczne polskie miasteczko nową obsesją prokurator Gabrieli Seredyńskiej. Czwarta powieść z jej udziałem, „Diabelski krąg”, to kryminał obyczajowy/thriller psychologiczny delikatnie ocierający się o opowieść niesamowitą, (nie)klasyczną ghost story, który na dobrą sprawę jest bardziej wymagający od swoich poprzedniczek. Wymaga większej cierpliwości od spragnionych kryminalnych wrażeń czytelników. Slow burn w literaturze. Niewyborna, ale wciąż smaczna, nastrojowa powieść „łowcy duchów”.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 9 listopada 2023

„When Evil Lurks” (2023)

 
Bracia Pedro i Jaime 'Jimi' Yazurlo znajdują w lesie niekompletne zwłoki mężczyzny, a w pobliskiej chacie zastają gnijącego człowieka opętanego przez nienarodzonego demona, ukrywanego przez matkę i młodszego brata, od dawna czekających na przybycie wezwanego abortera nadnaturalnego zła. Chcąc jak najszybciej powstrzymać rozprzestrzenianie się demonicznej zgnilizny, bracia Yazurlo wraz z tutejszym właścicielem ziemskim Ruizem podejmują próbę pozbycia się z wioski nieszczęsnego opętanego, ich starania jednak odnoszą odwrotny skutek. Zaraza nabiera rozpędu, a spanikowany Pedro rusza na ratunek swoim dwóm synom, mieszkającym z matką, ojczymem i przyrodnią siostrą.

Plakat filmu. „Cuando acecha la maldad” 2023. Aramos Cine, Machaco Films, La Puerta Roja, Shudder

Głośny argentyńsko-amerykański hiszpańskojęzyczny horror demoniczny w reżyserii i na podstawie scenariusza Demiána Rugny, twórcy między innymi „Nocnych istot” z 2017 roku. Film, który zachwycił krytyków i wielu fanów gatunku, zdobywca drugiej nagrody na Sitges Pitchbox oraz Blood Window Screenings Award na wczesnym pokazie w Puerto Madero, dzielnicy Buenos Aires. A natchnienie przyniosły Rugnie doniesienia medialne o pestycydach powodujących problemy zdrowotne w jego rodzimej Argentynie. Korporacyjna znieczulica, zysk przedkładany nad życie także małoletnich pracowników. Pandemia raka w biurokratycznym piekiełku. Z filmowych wpływów twórca „When Evil Lurks” (oryg. „Cuando acecha la maldad”) wymienia „Drogę” Johna Hillcoata, na podstawie powieści Cormaca McCarthy'ego, „Lament” Honga-jin Na i oczywiście „Martwe zło” Sama Raimiego, podkreśla jednak, że starał się zanadto nie wzorować na tych historiach, ponieważ jego celem jest stworzenie własnej mitologii – świeże spojrzenie na jego ulubiony gatunek, niekomercyjny wkład w tenże, kręcenie z myślą o oddanych miłośnikach horrorów, a nie szerszej publiczności. „When Evil Lurks” nakręcono w 2022 roku, a oficjalna premiera filmu odbyła się we wrześniu 2023 na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto. Dystrybucję kinową otwarto w pierwszym tygodniu października 2023 (główny sprawca IFC Films), a dystrybucję internetową w ostatnim tygodniu tego miesiąca. Na platformie Shudder, która to firma swoją drogą wspomogła też produkcję – współpraca z Aramos Cine i Machaco Films – co czyni „When Evil Lurks” pierwszym hiszpańskojęzycznym obrazem w produkcyjnej działalności tego gatunkowego giganta streamingowego.

Zło kocha dzieci. A dzieci kochają zło. Takie przesłanie niesie drugi hitowy horror Demiána Rugny, dynamiczna opowieść o niezwykłej zarazie, zgniliźnie toczącej nie tyle Argentynę (miejsce akcji), ile cały współczesny świat. Reżyser i scenarzysta bezkompromisowego „When Evil Lurks” stwierdził, że tradycyjne wykorzystanie motywu opętania w horrorze praktycznie nie przystaje do dzisiejszych realiów. W „Egzorcyście” Williama Friedkina ratunkiem był Kościół, ale kiedy wiara zgasła... Demián Rugna, podobnie jak ludzie zamknięci w jego świecie przedstawionym, nie jest wyznawcą żadnej religii, ale zdecydowanie nie pała nienawiścią (wręcz przeciwnie!) do ludzi prawdziwie wierzących. Co innego robienie z tego biznesu, czerpanie monstrualnych zysków z czegoś, co powinno być bardziej ukierunkowane na pomaganie bliźnim. Bo czy Kościół jako instytucja z czasów „Egzorcysty” jest taki sam jak Kościół z czasów „When Evil Lurks? Taka sama korporacja, jak wszystkie inne? Tak czy inaczej, demony szturmujące mały światek braci Yazurlo – zwane encarnado (ang. „The Rotten”) - nie zadrżą na widok krzyża dzierżonego przez człowieka wielkiej wiary i bezlitośnie kropiącego ich cielesne łupy żrącą wodą święconą. Nie muszą się obawiać niezłomnych żołnierzy Najwyższego uparcie wygłaszających swoje biblijne inkantacje, nieubłaganie przywołujących Wszechmocną Istotę, która niechybnie przepędzi bezczelnego złodzieja ze zmaltretowanego ciała stworzenia Bożego. Nowi bogowie, Materializm i Egoizm, nie tylko nie pomogą, a wręcz jeszcze zaszkodzą w walce ze wstrętnymi najeźdźcami. W wojnie ze Zgniłymi bezwzględnie należy przestrzegać paru prostych zasad (na przykład: nie strzelaj do opętanych z broni palnej, nie używaj światła elektrycznego, unikaj zwierząt), ale czy gatunek ludzki jest jeszcze zdolny do takiej minimalnej samokontroli? Chciwość, lenistwo, impulsywność: grzechy główne obecnych pokoleń? Czołowa postać „When Evil Lurks”, Pedro Yazurlo (według mnie przeciętna gra Ezequiela Rodrígueza), najpierw działa, a potem... żałuje. Myślenie nie jest jego mocną stroną, co było zamierzonym działaniem scenarzysty, ale moim zdaniem autor trochę przesadził z tym akcentowaniem ludzkiej głupoty. Wydaje mi się, że można było przekazać tę prostą prawdę, że największym zagrożeniem dla ludzkości jest sama ludzkość (mimowolny sojusznik Złego), w sposób mniej inwazyjny dla protagonisty. Weźmy choćby kino slash – tak zwane nielogiczne zachowania bohaterów rzadko rzutują na mój osobisty stosunek do nich, zazwyczaj nie biję się z życzeniami śmierci, w duchu kierowanymi pod ich adresem, tym razem jednak nie potrafiłam zakrzyczeć złośliwego(?) głosu utrzymującego, że najlepiej dla wszystkich byłoby, gdyby Pedro wreszcie zszedł z tego krwi padołu. Nawet jeśli Demián Rugna zabiegał o taki stosunek do postaci przewodniej – a wiele na to wskazuje – to jednak wolałabym znaleźć w sobie więcej współczucia dla człowieka kierującego się bezwarunkową miłością do swojego potomstwa. Kochającego ojca grzęznącego w nieziemskich nieczystościach. Bagnie Zgniłków.

Plakat filmu. „Cuando acecha la maldad” 2023. Aramos Cine, Machaco Films, La Puerta Roja, Shudder

Wbrew pozorom Demiánowi Rugnie mniej zależało na wyniesieniu z „When Evil Lurks” jakichś ważkich treści społeczno-obyczajowych i gospodarczych, a bardziej na zapewnieniu (nie)zwykłej rozrywki fanom gatunku. Chorych horrorów, ostrej jazdy w stylu „Martwego zła”, uważam, nie tyle Sama Raimiego, ile Fede Álvareza. Ale darujemy sobie słowo wstępne, wieczorek zapoznawczy i inne tego typu bzdety, bo współczesny widz pragnie akcji, akcji i jeszcze raz akcji. Jak najmniej gadania, jak najwięcej działania. Horror nierozładowujący się – ciągle pod wysokim napięciem, co grozi uodpornieniem. W każdym razie ja po jakimś czasie oswoiłam się z „impulsami elektrycznymi” zawzięcie wysyłanymi przez twórców „When Evil Lurks”, przywykłam do tych wszystkich w gruncie rzeczy silnych bodźców, reszta tej makabrycznej przejażdżki upłynęła mi więc w niepożądanym spokoju. Nazwałabym to komfortem emocjonalnym, gdyby nie dopadło mnie zwykłe, prymitywne znudzenie. Zblazowana klientka krwawego parku rozrywki. Niewesołego miasteczka argentyńskiego horrormaniaka, który nie ma wątpliwości, że najwyższy już czas na porządne przewietrzenie tego gatunkowego korytarza. Wyjście z pułapki powtarzalności. Rugna ma niedosyt oryginalnych pomysłów i przesyt niedoskonałych, żeby nie powiedzieć ułomnych, kopii. Za dużo tych marnych podróbek i stanowczo za mało soczystych owoców wyobraźni własnej. „When Evil Lurks” chce świecić przykładem – inspirować do wdrażania nowych rozwiązań, a przynajmniej przeformułowywania starych. Reinterpretacja horroru religijnego. Podgrupa: „demoniczne opętania”. Ludzi i zwierząt. W rolniczym przedsionku Buenos Aires, na ponurej wsi Rugny ludzie są boleśnie świadomi tego nadnaturalnego niebezpieczeństwa. Znają zasady postępowania w takich sytuacjach, ale trudno nie ulegać emocjom, kiedy taka katastrofa nadejdzie. Powiedzcie to męskiej częściej populacji, bo panie potrafią zachować zimną krew. Przypominają, tłumaczą, błagają, ale wszystko na nic. Kiedy masz przed sobą opętaną kozę, a pod ręką spluwę, nie będziesz wsłuchiwał się w biadolenie kobiety. Jesteś tylko ty i to przeklęte zwierzę. A wszystko przez to, że nie pozwoliłeś innej kobiecie załatwić tego tak, jak trzeba. Dobrze to wiedziałeś, tak jak i twoi wspólnicy, ale ubzduraliście sobie, że pośpiech jest bardziej wskazany od uzbrojenia się w cierpliwość. Nie chcieliście czekać na seryjnego zabójcę życia nienarodzonego, wyspecjalizowanego abortera demonów – wzięliście sprawy w swoje ręce, a teraz patrzcie i płaczcie. I niech ręka nieboska (bo przecież nie wierzycie w Boga) was chroni przed ratowaniem innych. No i polazł. Nie wiedzieć czemu uznał, że najlepiej pozbyć się potencjalnie zainfekowanych ubrań w przytulnym gniazdku rodzinnym, w którym nigdy nie jest mile widziany. W tym miejscu dojdzie do wydarzenia, które ma szansę złotymi literami zapisać się w historii gatunku. Trafić na listy najmocniejszych, najbardziej traumatycznych, okrutnych scenek z Królestwa Horroru. Niewielu twórców odważyłoby się na coś takiego – w drugiej połowie XX wieku owszem, ale współczesne kino grozy nie rozpieszcza nas tak siarczystymi policzkami. Tak intensywnymi okropnościami. „When Evil Lurks” Demiána Rugny przede mną bardziej chwalił się jakością niż ilością makabrycznych efektów specjalnych. Niewygenerowane komputerowo, praktyczne ohydztwa, które sprawiły, że przyjmowałam to bardziej jak rasowy body horror niż rzecz o demonicznych opętaniach. Epidemii zgnilizny, niechcianych ciążach przenoszonych drogą albo kropelkową, albo pokarmową, nie jestem pewna. Niepokalane szatańskie poczęcia. Rozkład żywych ciał. Brzydko opuchnięte, wzdęte, ropiejące, broczące inkubatory Zgniłych. Poszarpane rany, poodrywane kończyny, walające się wnętrzności i wreszcie bladolice, upiorne istotki, które przypomniały mi „Miasteczko Salem” Stephena Kinga – zwłaszcza niesamowicie klimatyczny moment z chłopczykiem, który oddalił się od babci. W skromnych progach tutejszej ekspertki od zjawisk paranormalnych, a na pewno diabelskiej zgnilizny; prawdopodobnie ostatniej deski ratunku jeśli już nie dla wszystkich mieszkańców Ziemi, to na pewno dla strudzonych wędrowców, którym nie zazdroszczę przewodnika. Mirtha (przekonujący występ Silviny Sabater) miała już nieprzyjemność z tym paskudnym czymś – urocza anegdotka o wymiotującym w świątyni, UWAGA SPOILER którą niekoniecznie z rozrzewnieniem powspominamy sobie w finale „When Evil Lurks” KONIEC SPOILERA – co zachęciło ją do dokładnego przestudiowania tematu, zaopatrzenia się w wiedzę niezbędną do zażegnania podobnego kryzysu w przyszłości. Miała nadzieję, że nie będzie musiała z niej korzystać, ale zawsze znajdzie się jakiś kretyn, który podepcze twoje skromne marzenia. Niewygórowane potrzeby starszej pani z prowincji, która co prawda nikomu nie pozostawia wątpliwości, że zna się na rzeczy, ale czy tyle wystarczy, by przeprowadzić skuteczny kontratak? Nieobliczalna to historia, choć na dobrą sprawę podejmuje jeden z najstarszych tematów (odwieczna wojna dobra ze złem, duchowe starcie z niewewnętrznymi demonami i własnymi słabościami), ale podchodzi do niego dość okrężną drogą.

Niepospolity horror sprinterski. Szybko, chaotycznie, krwiście i mięsiście. Błyskawiczne zanurzenie w morzu czerwonym, zwolennicy wolniejszych klimatów mogą więc nie być w pełni usatysfakcjonowani. Ja nie jestem, wypada jednak zaznaczyć, że „When Evil Lurks” Demiána Rugny już został chóralnie okrzyknięty horrorem sezonu. Straszy, szokuje, zachwyca nawet osoby, które w tym gatunku widziały już wszystko. A przynajmniej tak im się wydawało:) Zobacz dzisiaj, bo za chwilę ta bestyjka będzie na wszystkich liczących się(?) listach najlepszych filmów grozy 2023.

wtorek, 7 listopada 2023

Robert McCammon „Królowa Bedlam”

 
Rok 1702, Nowy Jork. Sekretarz sądowy Matthew Corbett po latach wytężonych, acz bezskutecznych starań jest zmuszony porzucić szczytną misję postawienia przed obliczem Temidy zdemoralizowanego zarządcy sierocińca Ebena Ausleya. Bystry dwudziestotrzyletni asystent sędziego pokoju znajduje sobie lepiej rokujące zajęcie: angażuje się w sprawę tajemniczego zabójcy zwanego Maskerem, ofiarami którego padają prominentni mieszkańcy Nowego Jorku. Na prośbę przyjaciela Corbett rozpoczyna też prywatne śledztwo skoncentrowane na wielebnym Williamie Wadzie, powszechnie szanowanym pastorze, którego zachowanie w ostatnim czasie mocno odbiega od normy. Żegna się też Matthew z marzeniem o zostaniu prawnikiem, kiedy w jego życiu pojawiają się dostojna biznesmenka Katherine Herrald i jej nieokrzesany wspólnik Hudson Greathouse, ludzie, którzy wprowadzą dociekliwego młodzieńca w branżę przyszłości. Tą drogą Matthew Corbett dojdzie do zakładu dla umysłowo chorych w Westerwicke, gdzie pozna Królową Bedlam, zagubioną we własnym świecie starszą panią, która może być kluczem do rozwiązania zagadki zbrodni Maskera.

Okładka książki. „Królowa Bedlam”, Vesper 2023

W 2002 roku swoją światową premierę miała entuzjastycznie przyjęta monumentalna powieść historyczno-kryminalna „Speaks the Nightbird” (pol. „Zew nocnego ptaka”), napisana wiele lat wcześniej przez Roberta McCammona, autora między innymi „Magicznych lat”, „Łabędziego śpiewu”, „Dziedzictwa Usherów”, „Godziny wilka” i późniejszego „Słuchacza”. Potem ten wielokrotnie nagradzany amerykański powieściopisarz zadał sobie pytanie: jaką książkę chciałbym teraz przeczytać? I uznał, że najbardziej interesują go dalsze losy łebskiego Matthew Corbetta, że chciałby wrócić do świata wykreowanego w „Zewie nocnego ptaka”. Mało tego, postanowił wypłynąć na naprawdę szerokie wody – spróbować czego nowego, zorganizować najdłuższą epicką przygodę w swojej pisarskiej karierze. Stworzyć całą serię z jego Sherlockiem Holmesem, prawdziwą epopeję osadzoną w tak uwielbianych przez niego realiach historycznych. W 2023 roku na amerykańskim rynku wydawniczym pojawiła się dziewiątą powieść z Matthew Corbettem (po drodze były też dwa opowiadania: odcinki 2.5 oraz 6.5), a tymczasem w Polsce zadebiutowała dopiero druga odsłona poczytnego cyklu Roberta McCammona, „Królowa Bedlam” (oryg. „The Queen of Bedlam”) – wielkie literackie wydarzenie (spójna szata graficzna z „Zewem nocnego ptaka” wydziergana przez Macieja Kamudę) zorganizowane przez wydawnictwo Vesper, które już planuje kolejne spotkania ze specjalistą od rozwiązywania problemów z przełomu XVII i XVIII wieku.

Prawie siedemsetstronicowa (druk drobny) publikacja w twardej oprawie z utrzymanymi w duchu epoki ilustracjami Macieja Kamudy i w nieocenionym tłumaczeniu Janusza Ochaba. Ambitne przedsięwzięcie Roberta McCammona, który niezmiennie chce pokazać ludziom, że historia wcale nie musi być sztywniacka i nudna, udowodnić, że można opowiadać o czasach dawno minionych w sposób barwny i maksymalnie zajmujący. A przynajmniej ma nadzieję, że ta przepastna kronika życia fikcyjnego Matthew Corbetta zarazi niejedno istnienie jego niesłabnącą miłością do historii. Minęły trzy lata od polowania na czarownicę w osadzie Fount Royal. Matthew Corbett wrócił do swojej małej ojczyzny, prężnie rozwijającego się miasta Nowy Jork, gdzie względnie spokojnie żyje sobie jego najstarszy wróg, odrażający zarządca tutejszego przytułku, w którym Matthew spędził znaczną część dzieciństwa. Prawdopodobnie najgorszy fragment swojego, w gruncie rzeczy, niesatysfakcjonującego życia. Czyżby zmarnował ostatnie lata na uganianie się za nieuchwytnym zwyrodnialcem? Matthew słynie z silnego poczucia sprawiedliwości i zamiłowania do rozwiązywania nawet najbardziej skomplikowanych zagadek. Nic więc dziwnego, że nie potrafi pogodzić się z bezkarnością Ebena Ausleya, aroganckiego hazardzisty, który od dawna straszliwie krzywdzi swoich młodych podopiecznych. My nazwalibyśmy go pedofilem, ale w 1702 roku, w którym to troczy się akcja „Królowej Bedlam” ten termin nie był jeszcze używany (wprowadzony w drugiej połowie następnego stulecia; oczywiście najpierw używany wyłącznie w środowisku medycznym: pedophilia erotica). W każdym razie Matthew niewątpliwie wpadł w sidła potencjalnie niszczącej obsesji. Zatracił się w chwalebnej działalności, która jak wszystko na to wskazuje, nie ma szans powodzenia. Czas poświęcony Ebenowi Ausleyowi mógł wykorzystać na rozwój własny, na zbliżenie się do swojego zawodowego celu. Urodzony prawnik? Tak myślał, ale czcigodny sędzia Nathaniel Powers najwyraźniej uznał, że jego sekretarz jest stworzony do innych rzeczy. Jak myślicie, skąd wzięło się słowo „detektyw”? Kto je wymyślił i w jakich okolicznościach? Autor „Królowej Bedlam” ma pewną teorię... A tymczasem przedstawi nam elegancką Katherine Herrald, kobietę sukcesu, która jako jedna z pierwszych dostrzegła ogromny potencjał Nowego Jorku. Wcale by się nie zdziwiła, gdyby przebił nawet Londyn, serce Ziemi, jądro cywilizacji, z dystansu podziwiane także przez Matthew Corbetta. Namiętnego czytelniczka „Gazette”, która zainspirowała jego przyjaciela Marmaduke'a Grigsby'ego do założenia pierwszej redakcji w Nowym Jorku. A ściślej stworzenia miejscowej gazety o niewdzięcznej nazwie „Pluskwa” - szybko zmienionej na „Skorek”. I tak po tej stronie oceanu zaczęła się odwieczna wojna organów ścigania z czwartą władzą. Tak zaczęło się kombinowanie jak by tu zamknąć usta wścibskim pismakom. Wiedza jest niebezpieczna – lepiej trzymać ludzi w błogiej nieświadomości, w fałszywym poczuciu bezpieczeństwa. Gardner Lillehorne, naczelny konstabl Nowego Jorku, albo naprawdę wierzy, że Masker to urojona postać Grigsby'ego, albo z premedytacją próbuje ukryć wstrząsającą prawdę przed tutejsza ludnością. Fakt, że w mieście grasuje osobnik, którego my nazwalibyśmy seryjnym mordercą. Nowy gubernator Nowego Jorku, postać historyczna Edward Hyde, znany też jako lord Cornbury – w tamtych czasach osobowość skandaliczna – ma niepopularny pomysł na zwiększenie bezpieczeństwa mieszkańców i wygląda na to, że w przeciwieństwie do zadufanego naczelnego konstabla jest otwarty na propozycje Matthew Corbetta, dwudziestoparolatka, który nie może oprzeć się wrażeniu, że urodził się przynajmniej pół wieku za wcześnie. Mentalność człowieka przyszłości.

Okładka książki. „The Queen of Bedlam”, Subterranean Press 2014

Królowa Bedlam” okazała się bardziej wymagającym stworzeniem od „Zewu nocnego ptaka”. Robert McCammon musiał przeprowadzić bardziej pogłębione badania epoki Matthew Corbetta, poszukać wszelkich informacji na temat tym razem autentycznego miasta. Fount Royal zbudował od podstaw, wyczarował osadę, która w odróżnieniu od upatrzonego dla powieści z młodym śledczym, Nowego Jorku, nie figurowała na mapach. A skoro już przy tym jesteśmy: McCammonowi udało się zdobyć tylko mapy z 1690 i z 1730 roku, musiał więc poczynić trochę założeń na temat interesującego go krajobrazu miejskiego mniej więcej w pół drogi tych uwodzicielskich rysunków. Szczególnie zwodnicza okazała się mapka z 1730 roku – architekt „Królowej Bedlam” poniewczasie (jakiś czas po wydaniu tej wielowątkowej superpowieści) uzyskał pożądane informacje na temat Nowego Jorku Anno Domini 1702, które niestety w niejednym punkcie (nazwy ulic) rozminęły się z jego założeniami. A że jest perfekcjonistą – co widać choćby w omawianym dokonaniu tego Wielkiego Literata – w głębi ducha zapewne wyrzuca sobie, że tak bardzo polegał na, jak by nie patrzeć, nieadekwatnej mapie. Z drugiej strony utwierdził się w przekonaniu, że poczynił też sporo jak najbardziej trafnych założeń, z czasem upewnił się, że w „Królowej Bedlam” na jedną faktograficzną pomyłkę przypada dziesięć rzetelnych danych. Podobnie jak „Zew nocnego ptaka”, lekturze uniwersalnej, olśniewającej bez względu na gatunkowe preferencje. Podbijającej serca zarówno miłośników powieści historyczny, przygodowych i łotrzykowskich/romansów awanturniczych, jak i historii kryminalnych, nadnaturalnych, westernów, a nawet science fiction (zwycięzca w kategorii „Best Book of the Year” w konkursie organizowanym przez grupę miłośników fantastyki naukowej). James Bond na Dzikim Zachodzie: mniej więcej taki pomysł Robert McCammon miał na drugą partię szachów Matthew Corbetta. Historia alternatywna... a może nie? Może w pomroce dziejów zagubiła się jednostka łudząco podobna do idealisty Matthew Corbetta? Może i to założenie pana McCammona jest strzałem w dziesiątkę? Tak czy owak, młody mistrz dedukcji na początku XVIII wieku niejedną zagadkę zapragnął rozwiązać. Kim jest zabójca zwany Maskerem i co nim kieruje? Jaki sekret skrywa wielebny William Wade? Jakie znaczenie mają maniakalne zapiski zarządcy sierocińca i co się zdarzyło młodzieńcowi pochowanemu w bezimiennym grobie? Diaboliczny profesor Fell i tytułowa smutna dama z ośrodka powszechnie nazywanego zakładem dla obłąkanych. Najbardziej rozpieszczana pensjonariuszka zwiastuna przyszłości – placówki medycznej w Westerwicke, która nie przypomina innych tego typu obiektów prowadzonych w nieoświeconych czasach oświeconego Mathew Corbetta. W zasadzie sporo się zmieniło od naszego rozstania z tym oczytanym „detektorem”, chuderlakiem Hudsona Greathouse'a, grubiańskiego partnera wytwornej potencjalnej pracodawczyni nieoszlifowanego diamentu marnowanego w sektorze publicznym. Chłopak pewnie bardziej przysłuży się społeczeństwu w prywatnej agencji, bo w nowojorskiej Świątyni Sprawiedliwości wyżej się już nie wespnie. Bo chyba nawet on nie wierzy, że dostanie się na studia prawnicze. Sierota bez grosza przy duszy? Urzędnik niskiego szczebla mieszkający na poddaszu skromnego domku i zarazem warsztatu garncarskiego dobrodusznego małżeństwa z niezwykłym pupilem. Robert McCammon z właściwym sobie rozmachem i wręcz paranormalną plastycznością opisuje tętniące życiem miasto z chaotycznymi, niewybrukowanymi uliczkami, po których pod osłoną nocy przechadza się zabójczy Masker. Miasto, które nigdy nie zasypia. Po zapadnięciu zmroku na każdym rogu mamy po brzegi wypełnione tawerny, gdzie dobija się różnych targów, robi większe i mniejsze interesy, gdzie zawsze można przegrać albo wygrać parę szylingów (karty, szachy) i rzecz jasna wlać w siebie hektolitry podłego trunku. Na niedostatek klientów nie narzeka też tutejsza świątynia rozpusty, gorsząca najbardziej bogobojnych ludzi, wydaje się jednak, że zarówno dżentelmeni regularnie odwiedzający Sodomę i Gomorę Polly Blossom, jak i najbardziej oddane Owieczki Boże, dni święte przykładnie święcą. Wielu spotyka się na mszach prowadzonych przez wielebnego Williama Wade'a, pastora bodaj najbardziej lubianego za krótkie (czyli nieprzekraczające dwóch godzin) kazania. Pastora, który już w pierwszej partii „Królowej Bedlam” rozbudza podejrzenia w miejscowym specjaliście ds. rozwiązywania problemów. A to tylko jedno piętro tego kryminalnego wieżowca. Zagadki bardziej złożonej niż w Fount Royal, bo jak podejrzewa nasz niestrudzony przewodnik po tym hipnotycznym świecie przedstawionym, niektóre z nitek, za którymi uparcie podąża, prowadzą do tego samego kłębka. Pewnie okropnie brudnego, ale Matthew Corbett niezmiennie woli wstrętną prawdę od bajecznego kłamstwa. Nie jest jednak człowiekiem bez skaz (a że nie ma ludzi idealnych, według mnie to tylko dodało mu wiarygodności), a w każdym razie ktoś tak „zabełtał mu błękit w głowie”, że niejednokrotnie może wyjść przed czytelnikiem „z przyszłości” na zwykłego hipokrytę. Jest jeszcze roszczeniowość bezdomnego. Ma swoje powody, ale niektórzy mogą uznać, że panicz Corbett trochę przesadza, bo ten kij z całą pewnością ma dwa końce. Ochłodzenie relacji międzyludzkiej, alarmująco szorstka męska przyjaźń po spektakularnej, tragicznej akcji z bykiem zainspirowanej ulubionym filmem córki Roberta McCammona, „Duchem w niewidzialnym bikini” Dona Weisa. Odchodzimy od klimatu niesamowitości „Zewu nocnego ptaka”, ale pozostajemy w klimacie mrocznym. Złowróżbne, intensywne ciemności w ekscytującej kronice Bedlam.

Ze zjawiskowego archiwum Matthew Corbetta. Genialna kontynuacja wybitnej pieśni nocnego ptaka. Giganty Roberta McCammona, a to wciąż zaledwie ułamek „dokumentacji duchowego przodka Sherlocka Holmesa”. Epickiego kolosa pisarza, którego talentów niepodobna przecenić. Można brać „Królową Bedlam” bez znajomości „Zewu nocnego ptaka”, tylko po co? Jak się bawić, to na całego! Zwłaszcza, że tak wystawne przyjęcia w świecie literackim nie zdarzają się codziennie. Może raz na dekadę... W każdym razie uważam, że to prawdziwe perły w koronie i już nie mogę się doczekać następnego spotkania z detektywem z Ameryki kolonialnej.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 5 listopada 2023

„Zły omen” (2022)

 
Podczas pandemii COVID-19, mieszkająca z ojcem i bratem Monique dostaje niepokojącą wiadomość od przyjaciółki Mavis i mimo strachu przed śmiercionośnym wirusem, decyduje się spędzić u niej kilka dni. Okazuje się, że koleżanka zmaga się z niezwykle realistycznymi koszmarami sennymi, często nienaturalnie długo nie mogąc się obudzić. Mavis wierzy, że jest prześladowana przez nadnaturalną humanoidalną istotę z głową ptaka, z kolei Monique uważa, że przyjaciółka powinna poszukać pomocy lekarskiej. Zmienia zdanie, gdy tajemnicze stworzenie staje się stałym elementem jej krainy marzeń sennych. Nabiera przekonania, że Mavis nieświadomie zaraziła ją demoniczną obecnością.

Plakat filmu. „The Harbinger” 2022. One Bad Idea Films

Latem 2020 roku Andy Mitton, twórca „The Witch in the Window” (2018) i współtwórca „YellowBrickRoad” (2010), „To nie jest koniec” (2016) oraz jednego segmentu antologii „Chilling Visions: 5 Senses of Fear” (2013), znienacka został nawiedzony przez obiecujący pomysł na film. To było jak pierwotny krzyk rozdzierający nocny płaszcz ciszy. Następnego dnia zainicjował debatę telefoniczną z zaufanym producentem i kiedy już szczegółowo omówili wszystkie plusy i minusy planu Mittona, pomysłowy Andy rozpoczął pracę nad scenariuszem horroru nastrojowego pt. „The Harbinger” (pol. „Zły omen”). Z pełną świadomością wchodzenia w „strefę zagrożenia wybuchem”. Akcja jego opowieści miała rozgrywać się podczas pandemii SARS-CoV-2 (fikcja miała dogonić rzeczywistość), a Mitton nie przypominał sobie bardziej polaryzującego tematu. Podziały zawsze były, ale tak drastyczne? Reżyser, scenarzysta, montażysta i kompozytor muzyczny „Złego omenu” podejrzewał, że covid jest najbardziej drażliwym tematem w najnowszej historii ludzkości. Ale też „językiem uniwersalnym”, rozumianym we wszystkich zakątkach globu ziemskiego, problemem, który w ten czy inny sposób, dotknął wszystkich. Rozumiał osoby, które chcą po prostu uciec od tej sytuacji, zapomnieć o tym szaleństwie, czy jak kto woli „nowej normalności”, miał jednak nadzieję, że zarazi swoim katharsis jakiś ułamek publiczności. Efekt przerósł jego oczekiwania – niskobudżetowe, skromne przedsięwzięcie, które zostało zauważone i docenione przez krytyków i fanów gatunku. W sumie film zebrał mieszane recenzje, ale Mitton nawet na to nie liczył, a przynajmniej nie za pokoleń, które przeżyły pandemię COVID-19.

Zły omen”, drugi samodzielny pełnometrażowy film w reżyserii Andy'ego Mittona był kręcony w Binghamton i Johnson City - w tym na terenie The Goodwill Theatre - w stanie Nowy Jork. Na planie ekipa spędziła czternaście dni, pracując w tak zwanym reżimie sanitarnym tłumaczonym pandemią SARS-CoV-2. Pierwszy pokaz tego kameralnego horroru nadnaturalnego/psychologicznego odbył się w lipcu 2022 roku na Fantasia International Film Festival i bynajmniej nie było to jedyne święto filmowe, w którym uczestniczyło to dokonanie twórcy „The Witch in the Window”. Szerszą dystrybucję (sale kinowe i platformy VOD) otwarto w grudniu 2022, a do Polski obraz przyleciał w listopadzie 2023, na internetowych skrzydłach HBO Max. Andy Mitton jest zdania, że horror zawsze był areną poglądów na przeróżne bieżące wydarzenia, mrocznym studiem, w którym toczą się dysputy polityczne, za które twórcom nierzadko obrywa się od ludzi nieinteresujących się polityką (takie opowieści często są wdzięczniejszą ofertą dla następnych pokoleń). Prawdą jest jednak, że polityka interesuje się nimi, co niejednemu obywatelowi uświadomił dopiero zły covid. Bo tak zwana walka z koronawirusem pod wieloma względami była sprawą stricte polityczną. Mitton nie ukrywał, że w tej wojnie stał po stronie nauki i nierzadko złościł się na tych, którzy nie uczestniczyli we wzajemnym zapewnianiu sobie bezpieczeństwa, nie pozwalał sobie jednak na komfort traktowania tych drugich jak zaprzysięgłych wrogów. Wrogów ludzkości. Pandemia jak w soczewce skupiła słabości człowieka i cywilizacji. Pokazała, że króle są nadzy – rzekomo silne, żeby nie powiedzieć pancerne (wedle współczesnej mitologii) systemy okazały się zamkami z piasku, które runęły po dmuchnięciu wirusa. Mało tego: koszmar większości okazał się spełnieniem najskrytszych marzeń mniejszości, choćby osobowości autorytarnych na najwyższych szczeblach władzy i czujnych, elastycznych (szybkie przebranżowienia) biznesmenów. Areszty domowe bez wyroków, bez prawa do obrony. Prawo do decydowania o sobie, tak zwana wolność w wielu krajach demokratycznych wymieniona na niepewną obietnicę bezpieczeństwa. Przeżyjesz, jak zostaniesz w domu... O ile nie zaśniesz:) W „Złym omenie” Andy'ego Mittona, podobnie jak w „Koszmarze z ulicy Wiązów”, kultowej slasherowej serii zapoczątkowanej przez Wesa Cravena w 1984 roku, śmierć przychodzi w krainie marzeń sennych. Doskonałe warunki stworzone przez śmiercionośnego koronawirusa – nader podatny grunt dla innej choroby, że tak to ujmę, wiatr w żagle dla potencjalnej istoty nie z tego świata. Coś w rodzaju inkuba/sukkuba (postać androgyniczna?) odpowiadającego za zarazę niepamięci. Albo zbiorowa histeria, fobia: rezultat długotrwałego egzystowania w nieludzkich warunkach. Życia w klatce, w „orwellowskiej nowej normalności”, bez większej nadziei na powrót „starej normalności”. Główna bohaterka „Złego omenu”, młoda kobieta imieniem Monigue (taka sobie kreacja Gabby Beans) – dla przyjaciół Mo – sumiennie przestrzega „regulaminu covidowego” w przekonaniu, że to aktualnie najpewniejszy sposób na ochronę siebie i innych. Na względzie przede wszystkim ma dobro ojca i brata Lyle'a (przekonujący występ Mylesa Walkera, a to ledwie druga przygoda aktorska w jego karierze), ale jak mogłaby odmówić pomocy starej przyjaciółce? Tym bardziej, że istnieje sposób na zminimalizowanie ryzyka dla jej krewnych. Spędzi parę dni u Mavis (przeciętna kreacja Emily Davis), a potem przepisowe dwa tygodnie w odosobnieniu – kwarantanna we własnej sypialni. Tak to sobie zaplanowała... kiedy jeszcze nie znała szczegółów niecierpiącego zwłoki problemu przyjaciółki.

Plakat filmu. „The Harbinger” 2022. One Bad Idea Films

Ciasny horror zainspirowany brutalną rzeczywistością. Mitologia Andy'ego Mittona, lubiącego wymyślać i skutecznie „sprzedawać” (wmawiać, że to oficjalne mity) choćby znajomym mniej i bardziej złożone opowieści o demonach, czarownicach i innych upiorach. Taka rozrywka człowieka, który nie wyrósł z wybujałej wyobraźni. Tym razem „powołał do życia” stworzenie z przerośniętą głową przedrzeźniacza kalifornijskiego (california thrasher) w zwiewanym odzieniu, w domyśle przykrywającym ludzką sylwetkę. Eteryczny intruz żerujący na lockdownach. Rozkręcający swoją zbrodniczą działalność w okresie wzmożonej izolacji; rosnący w siłę w populacyjnym zamknięciu. Do takich wniosków dojdą przyjaciółki ze „Złego omenu”, przy czym decydującą rolę odegra tutaj zwyczajowa konsultacja z ekspertem za kadencji covida. Wcześniej Mavis pogardzi sporządzoną przez Monique jakże wymowną listą ludzi wyspecjalizowanych w zdecydowanie innych dziedzinach – leczenie przez internet – kategorycznie odrzucając naturalne wyjaśnienia swoich kłopotów zdrowotnych. Nadzwyczaj twardy, długi sen, somnambulizm, autoagresja: samookaleczanie śpiącej kobiety. Mavis nie dziwi mocno sceptyczny stosunek Mo do jej opowieści o nadnaturalnym dręczycielu – sama pewnie też by nie uwierzyła, gdyby była na jej miejscu – nie ma tego za złe przyjaciółce, która przecież zaryzykowała własnym zdrowiem, by dotrzymać jej towarzystwa w tym arcytrudnym okresie. Wokół niej pełno ludzi samotnych – na pewno więcej niż przed „reżimem covidowym” - ale Mavis jest w dużo gorzej sytuacji od Monique. Już abstrahując od jej problemów ze snem, w przeciwieństwie do czołowej postaci „Złego omenu” Andy'ego Mittona, kobieta nie ma przy sobie krewnych, ani nawet znajomych. Mieszka sama w starej kamienicy... gdzie powoli zamienia się w lokatorkę ze „Wstrętu” Romana Polańskiego? Cokolwiek dolega Mavis, może wystarczy sama obecność drugiego człowieka, by wyrwać ją ze szponów tego czegoś? Wroga działającego w ukryciu, nie takiego celebryty jak covid. Tematów niewątpliwie mniej popularnych, zagrożeń niemedialnych. Samotni, niepamiętani, wygumkowani. Jakby nigdy się nie urodzili. Istnienia wymazane ze wszystkich banków pamięci. Żywoty usunięte z przepastnej kroniki ludzkości, czy raczej niezapisane. Nic nie zostanie, nawet pojedyncze wspomnienie. Smutne, ale prawdziwe. Odwieczny, nieustający marsz niewidzialnych tłumów. Niegodnych zapamiętania czy po prostu niemożliwych do zapamiętania? A wszystko przez stworzenie znane w bardzo wąskich, wręcz mikroskopijnych kręgach? Siewca zapomnienia co się zowie Harbinger. Potwór, o którym lepiej nie mówić. Nie podawać dalej, prawda panie Krueger? Umowna rzeczywistość miesza się w „Zły omenie” z koszmarami sennymi, które według mnie na skali upiorności są daleko za haniebnymi harcami poparzonego gościa z nożową rękawicą. A na pewno daleko za pierwszym koszmarem z ulicy drzewiastej. To miała być propozycja zarówno dla zwolenników horrorów podskórnych, podwyższonych czy tylko powolnych (slow burn), jak i entuzjastów skocznych opowieści z dreszczykiem – reżyser starał się to wypośrodkować, ale wydaje mi się, że chcąc nie chcąc szerzej uśmiechał się do poszukiwaczy „straszydeł” bazujących głównie na klimacie. Zaszczucie, zamknięcie, ciasnota. Jest i szczypta obskurności, zaklęta choćby w chropowatej teksturze ścian, nie wspominając już o niszczejących, gołych wnętrzach. Jeśli o mnie chodzi najefektywniejszy występ miała drugoplanowa wyśniona postać, która chyba utknęła w krainie marzeń sennych, w drodze z Tej na Tamtą stronę. Mam tutaj na myśli pierwsze wejście, zdaje się, postaci klasycznej – tradycyjny gość w opowieści o duchach i innych zjawiskach nadprzyrodzonych. Tak czy owak, strategia twórców „Złego omenu” przy zacieraniu granicy między jawą a snem (tj. czy to jeszcze jawa, czy już potencjalnie śmiercionośny sen?) raz może zadziałać, ale drugi i trzeci? Odbiorca miał stać w pozycji Monique, a zatem mieć pewność, że protagonistka zasnęła tylko wtedy, kiedy ona ją miała, wydaje mi się jednak, że potrzeba większej pomysłowości, by tak zakręcić dzisiejszą publicznością, żeby przestała odróżniać umowne realia od wizji w objęciach Morfeusza. Miało być nieobliczalnie, klimatycznie i życiowo, ale w swoim podsumowaniu muszę wykreślić to pierwsze. I zastrzec, że „Zły omen” Andy'ego Mittona w moich oczach wybronił się aurą i smutkami dnia codziennego, ale w czysty zachwyt w żadnym razie nie wprawił.

Film lockdownowy Andy'ego Mittona. Minimalistyczna produkcja o niejednej zarazie. Klaustrofobiczna opowieści o koszmarach sennych w koszmarnej rzeczywistości. O potencjalnych zjawiskach nadprzyrodzonych w koronawirusowym piekle. Kameralny horror o „wyśnionym ptaszydle”, popadaniu w zapomnienie i naturalnej potrzebie bliskości, którą coraz trudniej zaspokoić na tym polaryzacji padole. „Zły omen”: małe dziełko człowieka, któremu nigdy nie przeszkadzało - wręcz przeciwnie, czemu tutaj daje wyraz - że horror to gatunek umoczony w polityce:) Po prostu śmiało uczestniczący w zażartych debatach publicznych. W lepszym, gorszym i, jak moim zdaniem tutaj, przeciętnym stylu.