Recenzja
przedpremierowa

Doradca
prezydenta Stanów Zjednoczonych, Jeremy Thorn, przybywa do szpitala,
w którym jego żona Katherine właśnie wydała na świat ich
dziecko. Na miejscu mężczyzna dowiaduje się, że jego potomek nie
żyje i że w szpitalu znajduje się noworodek, którego matka zmarła
w trakcie porodu i którego Thorn mógłby przygarnąć nie
informując nikogo, że nie jest to jego biologiczny syn. Jeremy
decyduje się na to przez wzgląd na żonę, jest bowiem przekonany,
że jej psychika nie wytrzymałaby informacji o stracie dziecka.
Thornowie dają chłopcu imię Damien, a gdy Jeremy zostaje mianowany
amerykańskim ambasadorem w Wielkiej Brytanii przeprowadzają się ze
Stanów Zjednoczonych do posiadłości na angielskiej prowincji
Pereford. Żyją tam szczęśliwie do czasu czwartych urodzin
Damiena. Jego niania popełnia wówczas samobójstwo i jest to
dopiero początek tragedii zachodzących w otoczeniu najmłodszego
członka rodziny Thornów. Chłopca, który może być dzieckiem
samego Szatana, Antychrystem, który ma doprowadzić do upadku
ludzkości.
W
1976 roku na ekrany kin wszedł głośny film Richarda Donnera pt.
„Omen”, który okazał się jednym z najważniejszych horrorów
satanistycznych w historii kina – stawia się go w jednym rzędzie
z „Dzieckiem Rosemary” Romana Polańskiego i „Egzorcystą”
Williama Friedkina. Właśnie popularność tego ostatniego skłoniła
hollywoodzkich filmowców do szukania pomysłu na produkcję o
Diable. W posłowiu do polskiego wydania swojej powieści „Omen”,
David Seltzer mówi, że zadzwonił do niego jeden z producentów
(być może sam Harvey Bernhard, producent „Omenu” w reżyserii
Richarda Donnera) z pytaniem, czy ma w zanadrzu tego rodzaju
opowieść. Seltzer przytaknął, choć nic takiego jeszcze nie
wymyślił. Poszukał jednak inspiracji w Piśmie Świętym i już
wkrótce przystąpił do pisania scenariusza, jak się okazało,
ponadczasowego horroru. I powieści zawierającej lekko rozbudowaną
wersję historii przygotowanej przez niego na potrzeby filmu. Książka
pierwotnie została wydana dwa tygodnie przed premierą obrazu
Donnera, stanowiąc część promocji tego filmowego przedsięwzięcia.
Pierwsze polskie wydanie „Omenu” (rok 2018, co zakrawa na żart)
przygotowało wydawnictwo Vesper, wzbogacając historię Davida
Seltzera nastrojowymi grafikami Krzysztofa Wrońskiego, wspomnianym
już krótkim posłowiem autora i dłuższym tekstem Mateusza
Zimmermana streszczającym historię filmu i powieści pt. „Omen”.
Z
powieściami pisanymi czy to równolegle ze scenariuszami filmowymi,
czy na nich opartymi, zazwyczaj jest taki problem, że stanowią one
suchy opis tego, co w nieporównanie lepszym stylu ukazano na
ekranie. Owszem, bardzo rzadko zdarza się, że książka jest
słabsza od filmu, ale myślę, że ta zasada dotyczy produkcji
powstałych na kanwie utworów literackich, a nie odwrotnie. W
przypadku „Omenu” głównym projektem był film – to jego
scenariusz David Seltzer miał napisać przede wszystkim, książka
zaś powstała niejako przy okazji i została wcielona do kampanii
reklamowej produkcji Richarda Donnera. Być może na nią David
Seltzer także dostał zlecenie, tego nie wiem, ale nie ma
wątpliwości, że jego głównym zadaniem było napisanie
scenariusza „Omenu”, nie zaś książki. Pamiętamy, że dwie
pozostałe sztandarowe pozycje horroru satanistycznego, „Dziecko
Rosemary” i „Egzorcysta” także mają swoje książkowe
odpowiedniki – w przypadku tej pierwszej jest to powieść Iry Levina, a tej drugiej powieść Williama Petera Blatty'ego,
scenarzysty filmu, czyli analogicznie do Davida Seltzera. Książka
tego ostatniego nie odniosła takiego sukcesu, jak wspomniane utwory
Levina i Blatty'ego (o czym wspomina też Mateusz Ziemmerman w swoim
posłowiu do polskiego wydania), w czym według mnie pewną rolę
mógł odegrać fakt, że jako jedyna z tej trójcy nie została
napisana jako swego rodzaju przystawka filmu. Bo przecież nie tylko
ja mam świadomość, że tego rodzaju przedsięwzięcia zwykle nie
dorównują swoim filmowym braciom (inna sprawa, że ekranowe wersje
„Dziecka Rosemary” i „Egzorcysty” moim zdaniem też okazały
się lepsze od książek, na kanwie których powstały). Tylko że po
zestawieniu „Omenu” Davida Seltzera z „Dzieckiem Rosemary”
Iry Levina i „Egzorcystą” Williama Petera Blatty'ego doszłam do
wniosku, że poziom tej pierwszej powieści wcale nie jest niższy od
poziomu tej trzeciej – tylko do tego drugiego utworu trochę jej
brakuje. Mam zastrzeżenia do stylu Davida Seltzera, bo przebija z
niego dziennikarska maniera, ta wspomniana już suchość,
zdystansowanie autora od stworzonych przez niego bohaterów. Rzeczony
dystans prawdopodobnie będzie udzielał się czytelnikowi, choć nie
sądzę, żeby taką postawę przyjmował przez cały czas. Bo choć
Seltzer nie jest tutaj wylewny, chociaż relacjonuje w sposób bardzo
chłodny to nie wystarczy żeby pogrzebać tę opowieść. Ona broni
się sama – owszem, miejscami los bohaterów może być nam
kompletnie obojętny właśnie przez suchy warsztat autora, ale jeśli
o mnie chodzi to taki nastój nie towarzyszył mi zbyt często (czuje
się zwłaszcza napięcie). Co nie zmienia faktu, że opowieść ta
mogła oddziaływać na mnie jeszcze silniej, dużo silniej, gdyby
tylko Seltzer rozbudował swoje opisy i rzecz jasna tchnął w nie
więcej emocji. Film według mnie wypada lepiej od książki dlatego,
że filmowcy podeszli do tego w sposób dużo bardziej emocjonalny,
również jeśli chodzi o budowanie złowrogiego klimatu, ale sama
fabuła nie przedstawia się gorzej. Niektórzy mogą wręcz uznać,
że pod tym kątem książka wypada lepiej, bo w powieści znajdujemy
informacje, których film jest pozbawiony. Dla miłośników tego
ostatniego pewnie nie lada gratką będzie odkrycie nowych faktów na
temat postaci znanych im z arcydzieła Richarda Donnera (acz niektóre
personalia zmieniono) i poznanie nowego wątku o charakterze
spiskowym.
Jeremy
Thorn to typ polityka w rzeczywistości praktycznie niespotykanego –
człowieka majętnego, który bezinteresownie (nie pod publiczkę)
dzieli się swoim bogactwem z ludźmi gorzej sytuowanymi: przekazuje
potężne datki na rewitalizację biedniejszych dzielnic i na
przedsięwzięcia użytku publicznego. I jest zdeklarowanym
pacyfistą. Jego przodkowie dorobili się fortuny w branży
zbrojeniowej, fortuny, którą on odziedziczył, po czym zamknął
fabryki produkujące narzędzia zniszczenia i zajął się dużo
bardziej chwalebnymi projektami. Za takowy uznać nie mogę
oczywiście polityki, którą to z czasem Thorn się zajął, nie
zapominając jednak o potrzebujących. Pozostał altruistą, co
oczywiście dla mnie było zupełnie niewiarygodne, ale jakoś
szczególnie mi to nie przeszkadzało. Miałam bowiem świadomość,
że taki obraz Jeremy'ego Thorna jest koniecznością – Antychryst
w zamyśle Seltzera miał wszak wyłonić się ze świata polityki,
gdyby więc jego ojcem (nie biologicznym), człowiekiem, który jako
jedyny może powstrzymać przepowiedzianą Apokalipsę, uczyniono
typowego polityka, takiego jakich znamy ze smutnej rzeczywistości to
istniałoby spore niebezpieczeństwo, że kibicowaliśmy
potencjalnemu Antychrystowi, a nie mężczyźnie, który ma go
powstrzymać:) Napisałam „potencjalnemu”, ale tak na dobrą
sprawę czytając tę powieść nie ma się żadnych wątpliwości,
że Damien Thorn jest dziecięciem Szatana, mającym doprowadzić
ludzkość do upadku. W filmie jest to mniej oczywiste, tam można
tłumaczyć to sobie w dwójnasób (aczkolwiek ja i tak zawsze
obstawałam tylko przy jednej interpretacji), ale nie sądzę, żeby
znalazł się jakikolwiek czytelnik książkowego „Omenu”, który
tutaj dopuści do siebie możliwość inną od tej, że Damien jest
synem samego Diabła. Jeremy Thorn, czemu w sumie trudno się dziwić,
długo jednak będzie odrzucał tę prawdę, w przestrogach
prześladującego go księdza doszukując się przejawów szaleństwa.
David Seltzer, i chwała mu za to, przekazuje tutaj skrótową
biografię owego księdza, której to w filmie „Omen” nie
znajdziemy. Znacznie wzbogaca ona tę historię, bo tutaj wyłania
się obraz szeroko zakrojonego spisku, którego najważniejszym, choć
zupełnie tego nieświadomym, uczestnikiem jest czteroletni Damien
Thorn. Ta nieświadomość chłopca, ta jego niewiedza na temat tego
kim naprawdę jest, była dla mnie najbardziej przygnębiająca
(oglądając film tak tego nie odbierałam, głównie przez bądź co
bądź wspaniałą grę Harveya Stephensa). David Seltzer, co prawda
niekoniecznie wprost, ale dawał do zrozumienia, że chłopiec w
swoim mniemaniu jest niewinny, że nie zdaje sobie sprawy z
niebezpieczeństwa, jakie niesie jego obecność na Ziemi, nie tylko
ludziom z jego otoczenia, ale całej planecie. W książce mamy
jeszcze wystąpienie publiczne Jeremy'ego, którego nie ma w filmie,
ale z kolei w tym drugim jest mecz, którego nie znajdziemy w
książce. Ponadto Seltzer więcej miejsca niż w swoim scenariuszu
poświęcił tutaj Thornom i niektórym członkom ich służby
(małżeństwu Hortonów i oczywiście legendarnej pani Baylock,
którą to, ciekawostka, w powieści zbudował na zasadzie
przeciwieństw charakteru i wyglądu, podczas gdy w filmie już sam
wygląd niani budził niepokój), ich wzajemnym relacjom, ich
portretom psychologicznym i faktom z ich przeszłości (to ostatnie
nie dotyczy jednak Hortonów). Więcej uwagi zyskał też Haber
Jennings, paparazzi, którego relacja z głową rodziny Thornów
będzie nieco bardziej skomplikowana od tej, którą mogliśmy
zaobserwować w filmie. Mowa o uczuciach, jakie fotograf będzie
budził w tym altruistycznym polityku, uczuciach, zgoła odmiennych
od tych zasugerowanym w dziele Richarda Donnera. I myślę, że
każdemu długoletniemu miłośnikowi horroru taka zachęta jak
informacja o rozszerzeniu niektórych składników zapewne bardzo
dobrze im znanej fabuły (z filmu) w zupełności wystarczy.
Pragnienie poznania nowych faktów będzie tak silne, że zwlekać z
nabyciem tej publikacji najprawdopodobniej nie będą. I słusznie,
choć uważam, że nie tylko dla tych nowych faktów warto sięgnąć
po „Omen” Davida Seltzera – sposób budowania przez niego
napięcia bardzo przypomina ten praktykowany przez Irę Levina.
Krótko, acz treściwie; zwięźle, ale skutecznie. Raptowne
uderzenia poprzedza konstruowanie pozornej tylko sielanki, idylli z
której coraz to wyraźniej przebija czyste zło, które zalęgło
się w pewnej rezydencji w Pereford, małej miejscowości niedaleko
Londynu. Sama otoczka, sam klimat mógłby być zdecydowanie bardziej
mroczny, mogłoby z tego emanować jeszcze większe zepsucie, jeszcze
większa wrogość, gdyby tylko David Seltzer wylał na karty tej
powieści więcej słów, ale do zbudowania odpowiedniego napięcia
to wystarczy – przygniatać Seltzer mnie nie przygniatał, ale nie
mogę powiedzieć, że wchłaniałam tę opowieść bez nieustannie
towarzyszącej mi pewności, że będzie tylko gorzej. I bynajmniej
nie brała się ona z moje znajomości filmu, bo zakładałam, że
David Seltzer co nieco pozmieniał. Brałam nawet pod uwagę
możliwość zmiany finału, ale spokojnie, nie zdradzę, czy tak się
stało.
Filmowy
„Omen” doczekał się trzech sequeli, remake'u, serialu oraz w
sumie pięciu książek, z których to tylko pierwszą napisał
scenarzysta pierwszego „Omenu” (autorem dwójki jest Joseph
Howard, a trzech pozostałych Gordon McGill). I tak samo jak w
przypadku filmu to ta pierwsza powieść cieszy się największym
uznaniem fanów horroru. Teraz będą ją również mogli poznać
osoby czytające tylko książki przełożone na język polski i
jestem przekonana, że dla przynajmniej tych z nich, którzy kochają
film Richarda Donnera, powieściowa wersja „Omenu” będzie
pozycją obowiązkową, że nabędą ją tak szybko, jak tylko będą
mogli. I chociaż uważam, że film jest lepszy to myślę, że każdy
jego fan winien zapoznać się z tą publikacją. Jeśli już nie dla
napięcia, jakie moim zdaniem wytworzył David Seltzer na kartach
tego utworu to przynajmniej dla tych informacji, których nie znajdą
w filmie. Nie tak znowu licznych, ale w mojej ocenie ważnych, bo
dodających smaczku tej ponadczasowej opowieści.
Za
książkę bardzo dziękuję wydawnictwu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz