Stronki na blogu

środa, 12 czerwca 2024

Pięć najbardziej przerażających horrorów o egzorcyzmach [ZESTAWIENIE]

 
Egzorcyzm” z genialnym Russellem Crowe'em. Czy to będzie równie przeklęta produkcja jak legendarny „Egzorcysta” z 1973 roku?

Plakat filmu. „The Exorcism” 2024, Miramax, Outerbanks Entertainment

Filmy o duchach, obrzędach wypędzania diabła z opętanych i egzorcystach toczących nierówną walkę ze złem od lat wywołują w widzach ciarki. Fani tego wyjątkowego gatunku kina grozy już odliczają dni do premiery „Egzorcyzmu”, nowego filmu w reżyserii Joshuy Johna Millera, ze zdobywcą Oscara Russellem Crowe'em w roli głównej.

Egzorcyzm” w kinach już 21 czerwca 2024

Egzorcyzm” to mrożąca krew w żyłach opowieść o popularnym aktorze Anthonym Millerze, który przyjmuje rolę zagrania…. w horrorze, mimo plotek, że nad produkcją wisi klątwa. Wie przy tym, że poprzedni kandydat do roli popełnił samobójstwo. Jednak dla Anthony’ego Millera (Russell Crowe) ma to być nowe otwarcie w karierze i szansa na odbudowanie relacji z dorosłą córką Lee (Ryan Simpkins).

Anthony Miller stara się jak najgłębiej wniknąć w graną postać, co odbije się na jego psychice. Jego córka Lee, przerażona niepokojącym zachowaniem ojca, podejrzewa, że wrócił on do dawnego nałogu. Prawda okazuje się jednak znacznie gorsza. Wszystko wskazuje na to, że został opętany przez demona.
Oprócz Russella w „Egzorcyzmie” zobaczymy również, m. in.: Sama Worthingtona, Adama Goldberga, Samanthę Mathis i Ryan Simpkins.

Kadr z filmu. „The Exorcism” 2024, Miramax, Outerbanks Entertainment

Ciekawostki:
Zdjęcia do „Egzorcyzmu” były kręcone w Wilmington w Karolinie Północnej. Budżet „Egzorcyzmu” wynosił 22 miliony dolarów.
Reżyser Joshua John Miller to syn Jasona Millera, który zagrał księdza Damiena Karrasa w „Egzorcyście” z 1973 roku!
Ojciec nigdy nie wahał się opowiadać mi historii o tym, jak „przeklęty” był ten film – przyznał reżyser w jednym z wywiadów. – Od tego czasu fascynuje mnie fabuła każdego takiego dzieła i zawsze marzyłem o tym, że kiedyś w końcu sam zrealizuję podobny film – dodał.

Dystrybucja w Polsce: Monolith Films.

Zobacz zwiastun:  

 

Przygotowaliśmy dla Was zestawienie pięciu najlepszych horrorów wszech czasów z egzorcyzmami jako tematem przewodnim.

Kadr z filmu. „Prey for the Devil” 2022, Gold Circle Films, Lionsgate Films

Egzorcyzmy siostry Ann”
To pierwszy horror w historii kina, w którym opętanym osobom pomaga zakonnica – egzorcystka (Jacqueline Byers)! Bohaterka „Egzorcyzmów siostry Ann” przebywa w akademii kształcącej egzorcystów w Bostonie, specjalnie powołanej w 2018 roku przez Watykan. Jej zadaniem jest opieka nad niewinnymi ofiarami złych mocy.
Podczas jednej z przerażających sesji, zakonnica doświadcza obecności demona o niesłychanej mocy. Już niebawem okaże się, że jedyną osobą zdolną stawić mu czoła jest właśnie siostra Ann.

Ciekawostki:

Horror wyreżyserował Daniel Stamm – twórca, m. in. dokumentu „Ostatni egzorcyzm”, o którym wspomnimy w dalszej części tekstu.
Twórcy filmu „Egzorcyzmy siostry Ann” mieli pełną świadomość, że w kościele katolickim egzorcyzmów może podjąć się tylko kapłan ze specjalnymi uprawnieniami. Siostra zakonna była wykluczona nawet z asystowania w tych niezwykłych obrzędach.
W połowie III w. pojawiła się specjalnie wyodrębniona grupa duchownych, w skład której wchodziło: 7 diakonów, 46 prezbiterów, 52 egzorcystów, lektorów i ostiariuszy. Już wtedy byli oni pod ścisłą kontrolą biskupów.

Film zobaczysz na Cineman.pl

Egzorcyzmy Emily Rose”

Bohaterką horroru jest Emily Rose (Jennifer Carpenter), która, aby podjąć dalszą naukę w college'u opuszcza swoje rodzinne miasteczko. Pewnego razu, spędzając samotnie wieczór w akademiku doświadcza przerażających halucynacji i traci przytomność.
Kiedy ataki stają się częstsze i bardziej dotkliwe, zagorzała katoliczka Emily, postanawia poddać się egzorcyzmom. Mają być przeprowadzone przez księdza z jej parafii, ojca Richarda Moore'a (Tom Wilkinson). Podczas dokonywania obrzędu wypędzenia mocy nieczystych, dziewczyna umiera, a ksiądz zostaje oskarżony o zaniedbanie i nieumyślne spowodowanie śmierci. Jego sprawą zaczyna zajmować się prawniczka (Laura Linney). Rozpoczyna się walka o życie księdza. Nie jest to łatwe, kiedy po drugiej stronie barykady stoi opryskliwy oskarżyciel i zgorzkniałe społeczeństwo. Wkrótce pani adwokat zaczyna analizować również swoje dotychczasowe życie i wartości towarzyszące jej karierze zawodowej.

Ciekawostki:

Historia Emily Rose bazuje na prawdziwej historii „opętania" niemieckiej dziewczyny Anneliese Michel w 1968 roku. Bezpośrednią inspiracją była książka zatytułowana „Egzorcyzmy Anneliese Michel". Napisała ją dr Felicitas Goodman, antropolog powołana na świadka w procesie jako ekspert w dziedzinie opętania.
Budżet horroru wyniósł aż 19 milionów dolarów.
Jennifer Carpenter, która podobnie jak filmowa bohaterka uczęszczała do szkoły katolickiej, w rozmowie z Dreadcentral.com przyznała, że bardzo poważnie podchodziła do tej roli i starała się zadbać o każdy szczegół.
Oglądałam filmy, na których widać człowieka podczas ataku padaczkowego, żeby móc to odtworzyć – ujawniła w wywiadzie dla „Movie Web" w 2005 roku.

Constantine”

Horror opowiada o Johnie Constantine (Keanu Reeves). Bohater urodził się z niechcianym darem, który stał się jego przekleństwem. Mężczyzna potrafi rozpoznawać tajemnicze istoty, kroczące po ziemi w ludzkich ciałach.
W niebudzących podejrzeń wcieleniach bez przeszkód wtapiają się one w tłum. Jeżdżą samochodami, pracują, nawiązują kontakty z ludźmi. Taka istota może być mężem lub żoną, można mieć ją za przyjaciela lub sąsiada i nie mieć pojęcia o jej prawdziwej naturze. Nikt nie wie, że nie są normalnymi ludźmi. Tylko John to widzi.
Jednak te niesamowite wizje, popychają Cinstantine’a ku samobójstwu. Odratowany wbrew swojej woli ponownie znajduje się w świecie żywych. Na zawsze naznaczony, ma nadzieję, że uda mu się uzyskać zbawienie, odsyłając „istoty" tam, skąd przybywają, czyli w otchłań. Jako broni używa świętych relikwii, rozumu, pięści i wszystkiego, co okazuje się pomocne.
Zdesperowana detektyw Angela Dodson (Rachel Weisz) nakłania go do pomocy w sprawie zagadkowej śmierci jej bliźniaczej siostry. Nie spodziewa się, że zawiedzie ją to wprost do świata demonów i aniołów, istniejącego tuż obok.

Ciekawostki:

Przygotowując się do roli Rachel Weisz odwiedziła… kostnicę.
Produkcję realizowano na podstawie komiksu „Hellblazer”.
Tatuaż, który Constantine nosi na ramieniu to alchemiczny symbol Czerwonego Króla, który służy do ochrony przed złymi mocami.
Po zakończeniu zdjęć, Keanu Reeves kupił od producentów Boskiego Shotguna, za pomocą którego unieszkodliwiał w filmie potwory, a następnie podarował go reżyserowi Francisowi Lawrence'owi jako prezent.
Po zakończeniu zdjęć do „Constantine” nazistowska flaga, w którą była owinięta „włócznia przeznaczenia” została spalona. Powodem takiej decyzji, były obawy twórców filmu, że może ona wpaść w ręce ugrupowań neonazistowskich.
Keanu Reeves wielokrotnie powtarzał w wywiadach, że świetnie bawił się na planie filmu i marzy mu się realizacja „Constantine 2”. Aktor starał się o nakręcenie kolejnej części. Ponoć druga odsłona miała ociekać klimatem noir.

Egzorcysta”

Przedstawiamy legendarną produkcję z 1973 roku. Aktorka Chris MacNeil (Ellen Burstyn), zaniepokojona dziwnym zachowaniem córki, zwraca się o pomoc do lekarzy. Wyniki badań potwierdzają wstępną diagnozę, że Regan (Linda Blair) jest całkowicie zdrowa. Tymczasem stan dziewczynki pogarsza się. Kiedy aktorka wraca z planu zdjęciowego do domu, córka nagle atakuje matkę, która jest zmuszona przywiązać ją do łóżka. Zdesperowana Chris teraz szuka pomocy u młodego księdza, ojca Karrasa (Jason Miller). Dochodzi on do wniosku, że szatan opętał Regan. Chcąc wypędzić z niej diabła, Karras wzywa doświadczonego egzorcystę, ojca Merrina (Max von Sydow).

Ciekawostki:

Zdjęcia realizowano w Hetrze, Mosulu w Iraku, Burbank w Kalifornii, Nowym Jorku oraz Waszyngtonie.
Aż trudno uwierzyć, ale substancją wydostającą się z ust opętanej w „Egzorcyście” jest … zwykła zupa grochowa.
Dźwięk demona, który wychodzi z ciała Lindy, jest naprawdę dźwiękiem świń w rzeźni.
Reżyser strzelał z broni za plecami aktorów, aby uzyskać efekt wystraszenia się. Co więcej, związał Lindę Blair i Ellen Burstyn i kazał ekipie na nie krzyczeć.
Producenci przewidywali, że praca na planie potrwa 85 dni. Jednak z powodu komplikacji film kręcono aż 224 dni.
Film został zakazany w Malezji, Singapurze i Wielkiej Brytanii.
Jest to pierwszy horror, który został nominowany do Oscara w kategorii „najlepszy film”.
W 1974 roku jeden z widzów podczas oglądania filmu stracił przytomność, a następnie złamał szczękę, uderzając nią o znajdujący się przed nim fotel. Poszkodowany pozwał studio Warner Brothers i twórców o odszkodowanie.

Źródło: wszystkie materiały od Monolith Films

wtorek, 11 czerwca 2024

Iris Yamashita „Miasto pod jednym dachem”

 
Grupa nastolatków z Point Mettier, małej miejscowości na Alasce, do której samochodem można się dostać jedynie przez ciasny tunel, w Ukrytej Zatoce znajduje ludzkie szczątki, o czym niezwłocznie powiadamia miejscową policję, szeryfa Sipleya i Joego Barkowskiego. Sprawę przejmuje zespół dochodzeniowo-śledczy z Anchorage, który po zbadaniu dowodów i przesłuchaniu świadków uznaje, że doszło do wypadku z udziałem niezidentyfikowanego turysty. Tuż przed burzą śnieżną do Point Mettier przybywa detektyw z wydziału zabójstw w Anchorage Cara Kennedy z zamiarem przeprowadzenia własnego śledztwa w sprawie makabrycznego znaleziska w zatoce. Pomaga jej policjant Barkowski, który po zablokowaniu tunelu przez lawinę pełni także rolę przewodnika przymusowej lokatorki Davidson Condos, trzeszczącego gmachu zapewniającego schronienie całej lokalnej społeczności.

Okładka książki. „Miasto pod jednym dachem”, Czarna Owca 2024

Debiutancka powieść Iris Yamashity, autorki nominowanego do Oscara (laureat za montaż dźwięku) scenariusza dramatu wojennego „Listy z Iwo Jimy” (oryg. „Letters from Iwo Jima”), filmu pełnometrażowego w reżyserii Clinta Eastwooda wydanego w roku 2006. Urodzonej w stanie Missouri absolwentki University of California, Berkeley i San Diego oraz Uniwersytetu Tokijskiego japońsko-amerykańskiej pisarki, której pomysł na „Miasto pod jednym dachem” (oryg. „City Under One Roof”) podsunął film dokumentalny - po raz pierwszy widziany jakieś dwadzieścia lat przed światową premierą pierwszej odsłony planowanej serii z policyjną detektyw Carą Kennedy, która przypadła na rok 2023 – o odizolowanym mieście Whittier na Alasce, do którego samochodem można się dostać tylko jednokierunkowym trochę ponad czterokilometrowym tunelem leżącym pod masywem Maynard Mountain. Natchnienie Yamashita czerpała też z takich seriali kryminalnych jak „Tajemnice Laketop” (oryg. „Top of the Lake”) Jane Campion i Gerarda Lee oraz „Fargo” Noaha Hawleya. Drugi tom mrocznych przygód Cary Kennedy zatytułowany „Village in the Dark” został wypuszczony w lutym 2024, trzy miesiące przed polską premierą części pierwszej zorganizowaną przez oficynę Czarna Owca. Edycja w miękkiej oprawie zaprojektowanej przez Krzysztofa Rychtera i tłumaczeniu Tomasza Wyżyńskiego.

Miasto pod jednym dachem” miało być serialem streamingowym – Iris Yamashita najpierw przygotowała scenariusz odcinka pilotażowego, którym zainteresował się niejeden amerykański producent filmowy. Znaleziono reżysera, Yamashita opracowała szkic całego sezonu (wydarzenia i postacie)... i przystąpiła do, jak się okazało, bezskutecznych prób sprzedaży koncepcji. Biorąc pod uwagę ogrom pracy już włożony w opowieść o odciętym od świata miasteczku, scenarzystka „Listów z Iwo Jimy” stwierdziła, że warto podjąć jeszcze jedną próbę rozpowszechnienia jej kryminalnej historii. Zmierzyć z inną forma, obcą dla niej materią zwaną powieściopisarstwem. Iris Yamashita nigdy nie była zapaloną czytelniczką utworów kryminalnych. Nie licząc przygód Nancy Drew, pamiętanego z młodości amerykańskiego cyklu literackiego różnych autorek i autorów „ukrywających się” pod pseudonimem Carolyn Keene, Yamashita nie miała praktycznie żadnych kontaktów z tym rodzajem beletrystyki. Co innego seriale kryminalne – największa muza architektki świata Cary Kennedy, fikcyjnej detektyw z wydziału zabójstwa w Anchorage, skonsolidowanego miasta-okręgu leżącego nad Zatoką Cooka w stanie Alaska. Właściwie w przypadku „Miasta pod jednym dachem” seriale to drugie co do wielkości źródełko inspiracji Iris Yamashity – wymyślone przez nią miasteczko Point Mettier to literacki odpowiednik autentycznego miasta Whittier w tym samym amerykańskim stanie. Podobna topografia, zupełnie inna populacja. Sezonowa atrakcja turystyczna z około dwustoma „stałymi” mieszkańcami. Rotacja w Point Mettier jest bardzo wysoka – mało kto zapuszcza tutaj korzenie, ale wystarczy wytrzymać najwyżej rok w tych na pozór nieludzkich warunkach, by stać się częścią tego maleńkiego społeczeństwa. Zintegrowanej wspólnoty wyrzutków. Tak postrzega się Point Mettier w bardziej cywilizowanych rejonach Alaski, a zwłaszcza w Anchorage, najbliższym miejskim sąsiedztwie azylu dla uciekinierów. Obok detektyw Cary Kennedy najbardziej wyeksponowanymi postaciami są siedemnastoletnia Amy Lin, wychowywana przez samotną matkę, prowadzącą jeden z dwóch lokali gastronomicznych w Point Mettier oraz osoba z niepełnosprawnością intelektualną bądź psychiczną, opiekunka bohatersko uratowanego łosia Denny'ego, była mieszkanka „tajemniczego” Instytutu, Lonnie Mercer. Trzy przewodniczki po mroźnej krainie (nierównomierna przeplatanka rozdziałów skoncentrowanych na tych w moim odbiorze niedostatecznie rozwiniętych postaciach; narracja trzecioosobowa) będącej największą – jeśli nie jedyną – wizytówką debiutanckiej powieści Iris Yamashity. Zaczynamy od przesłuchania dziewczyny, która w tak zwanej Ukrytej Zatoce znalazła części ludzkiego ciała (dłoń i stopę). Niezupełnie szczerych (i nie pierwszych) zeznań Amy Lin domykających śledztwo zespołu z Anchorage. Werdykt: nieszczęśliwy wypadek turysty o nieustalonej tożsamość. Ulga niefortunnej znalazczyni nie utrzyma się długo, bo do miasteczka pod jednym dachem właśnie zmierza zdecydowanie bardziej dociekliwa policjantka od niejakiego Newortha, prowadzącego oficjalne dochodzenie w sprawie ludzkich szczątków odkrytych nieopodal Port Mettier w czasie zwyczajowego relaksu tutejszej młodzieży. Ukryta Zatoka to jedno z ulubionych miejsc Amy Lin, jej chłopaka Spence'a Blackmona oraz ich najbliższych przyjaciół, Celine Hoffler i Marco Salongi.

Okładka książki. „City Under One Roof”, Berkley 2024

Śledztwo napędzane osobistą tragedią głównej bohaterki. Czarna rozpacz matki i żony, wytrwale szukającej odpowiedzi, lecz bez większej nadziei na uśmierzenie bólu i odzyskanie dawnej równowagi psychicznej. Detektyw Cara Kennedy podejrzewa, że jej rany nigdy się nie zagoją, nie upora się z traumą, nie pogodzi z taką stratą. Na innych takie myśli może i działałyby demobilizująco, ale policjantka, która utknęła w Point Mettier wyglądała mi na osobę funkcjonującą tyko dzięki misji niekoniecznie akceptowanej przez jej przełożonych. Może też niebieskim tabletkom. Ryzykuje karierę dla odpowiedzi, które tak naprawdę mogła już uzyskać. Doszukująca się morderstw w zwykłych wypadkach? Zmagająca się z klaustrofobią kobieta, która utknęła w ciasnym miejscu. Nie zdążyła przed prognozowaną burzą śnieżną – jedyna droga, którą samochodem można dostać się do Point Mettier, długi tunel przykryty grubą warstwą śniegu, jak zawsze w takich wypadkach, została zamknięta – wynajęła więc mieszkanie w Davidson Condos (Dave-Co), jedynym budynku mieszkalnym w tym depresyjnym miasteczku. Ponurym gmaszysku przypominającym Overlook Hotel – zamiast chłopczyka na trójkołowym rowerku mamy dziewczynkę na hulajnodze – podobno nawiedzoną przez duchy nieruchomość pośród zaśnieżonych wzniesień. „Wrzeszcząca chata” zarządzana przez opryskliwą obserwatorkę wielorybów. A przynajmniej niemiłą dla najnowszej klientki, wścibskiej mieszkanki Anchorage, równie szorstko przywitanej przez szeryfa Sipleya, bezpośredniego przełożonego największego sojusznika detektyw Kennedy, Joego Barkowskiego, marzącego o karierze w wydziale zabójstw i mającego pełną świadomość, że swoją dobrowolną przeprowadzką z Anchorage do Point Mettier znacznie oddalił się od tego celu. Młody człowiek na nieprzymusowym wygnaniu. W zupełnie innej sytuacji są pozostałe przewodniczki po świecie przedstawionych w „Mieście pod jednym dachem” Iris Yamashity. Amy Lin dorastała w przekonaniu, że jej surowa matka - jedyna kucharka i właścicielka lokalnej restauracji o nazwie Star Asian Food, niezaciekle konkurującej z jedynym pubem w Port Mettier, gdzie często występuje niegdysiejsza gwiazda japońskiej sceny muzycznej – wyemigrowała z Chin i nielegalnie przekroczyła granicę amerykańską. To punkt wyjścia do dłuższej i nieco bardzo złożonej „dyskusji” o systemie imigracyjnym w Stanach Zjednoczonych, a jeszcze więcej uwagi Yamashita poświęciła rdzennym mieszkańcom części półwyspu Alaska i Aleutów; ubogim wioskom, jakby żywcem wyjętym ze średniowiecza (jeśli przymknąć oczy na takie „luksusy” jak telewizory, plastikowe pojemniki czy zapadnięte kanapy). America First! Została jeszcze Lonnie Mercer, osobowość paranoiczna mająca słabość do jednokolorowych beretów, smażonego ryżu ze Star Asian Food i przede wszystkich łosia Denny'ego. Jednostka z potężnym bagażem doświadczeń, okrutnie poraniona dusza z fobią na punkcie Instytutu. Młoda kobieta podejrzanie przestrzegana (warunkowana?) przez szeryfa Sipleya, nieukrywającego swego niezadowolenia z obecności detektyw Cary Kennedy, którą bardziej martwi jego zachowanie przy potencjalnych świadkach i podejrzanych. Mataczenie rzekomego stróża prawa? Osobiście zamieszany w zbrodnię lub kryjący zabójcę niedługo niezidentyfikowanego mężczyzny znalezionego w kawałkach? Hipotetyczne poćwiartowanie zwłok przez tajemniczego osobnika, być może uważnie przyglądającego się pracy upartej policjantki z Anchorage. Jednostka z Point Mettier? Zorganizowana grupa przestępcza z okolicznej osady? Przyznaję, że nie udało mi się rozwiązać tej niezbyt zajmującej zagadki kryminalnej w tylko odrobinę klaustrofobicznej scenerii – niezbyt plastyczne opisy niebanalnego krajobrazu zimowego i równie powierzchowny portret oryginalnego miasteczka dosłownie pod jednym dachem. Najbardziej zawiodła mnie jednak ludność tego świata przedstawionego, frustrująco uproszczone portrety także postaci pierwszoplanowych, suchy styl jak by nie patrzeć scenarzystki (pierwsze kroki w powieściopisarstwie stawiane przez artystkę bardziej wprawioną w konstruowanie historii filmowych i serialowych). Papierowe towarzystwo w zimowej pułapce z ogromnym potencjałem, uważam, w większości niewykorzystanym. W szponach obojętności.

Przeciętny kryminał od początkującej powieściopisarki najbardziej kojarzonej z „Listami z Iwo Jimy” Clinta Eastwooda. Pożądanie i niepożądanie niewygodne „Miasto pod jednym dachem” Iris Yamashity, otwarcie planowanej literackiej serii kryminalnej z fikcyjną detektyw z Alaski. Nietrzymająca w napięciu przeprawa straumatyzowanej policjantki w „niegościnnym kurorcie”. Prosta opowieść zimowa w genialnej scenerii - dobrze pomyślanej, gorzej wykonanej - osadzona. Lekka propozycja czytelnicza dla entuzjastów kryminalnych zagadek. Oferta niekoniecznie nie do odrzucenia.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 9 czerwca 2024

„Strangers” (2024)

 
Zakochana para z Nowego Jorku, obchodzący piątą rocznicę niesformalizowanego związku Maya i Ryan, podczas samochodowej podróży do Portland, gdzie kobieta stara się o pracę, zahaczają o maleńkie miasteczko Venus w stanie Oregon. Posilają się w lokalnej restauracji, a gdy zamierzają ruszyć w dalszą drogę odkrywają, że ich pojazd doznał awarii. W tym samym momencie z ofertą pomocy przychodzi mechanik samochodowy, prowadzący warsztat obok odwiedzonej przez Mayę i Ryana jadłodajni. Nadzieja na szybkie uporanie się z problemem gaśnie po przeglądzie auta – młoda para jest zmuszona spędzić najbliższą noc w drewnianym domku letniskowym w głębi lasu, zazwyczaj wynajmowanym turystom za pośrednictwem internetu. Na placu sadystycznych zabaw zamaskowanych istot. Ogarniętych żądzą mordu nieznajomych.

Plakat filmu.„The Strangers: Chapter 1” 2024, Lionsgate Films, Fifth Element Productions, Frame Film

W sierpniu 2022 roku koreańsko-amerykański producent filmowy z bogatym doświadczeniem w kinie grozy (m.in. amerykańskie cegiełki franczyz „The Ring” i „The Grudge”, „To” i „To:Rozdział 2” Andy'ego Muschiettiego, „Kobieta w czerni” Jamesa Watkinsa, „Doktor Sen” Mike'a Flanagana, „Barbarzyńcy” Zacha Creggera, „Late Night with the Devil” Camerona i Colina Cairnesów, „Pajęczyna” Samuela Bodina) Roy Lee poinformował opinię publiczną o planach wznowienia „Nieznajomych” (oryg. „The Strangers”), popularnego tytułu, w powstaniu którego miał swój udział - jeden z głównych producentów przebojowego dreszczowca z nurtu home invasion w reżyserii i na podstawie scenariusza Bryana Bertino. Debiutanckie osiągnięcie reżyserskie (mnie nader mocno kojarzące się z „francusko-rumuńskim thrillerem Davida Moreau i Xaviera Palusa pt. „Ils”; ang „Them”, pol. „Oni”; zdumiewające podobieństwo ponoć przypadkowe) późniejszego twórcy „Śmiertelnego adresu” (2014), „The Monster” (2016) oraz „Szeptu i mroku” (2020); wydana w 2008 roku pierwsza odsłona mrocznej opowieści o zamaskowanych oprawcach bawiących się ludźmi, która pierwszego sequela doczekała się aż dziesięć lat później: „Nieznajomi: Ofiarowanie” Johannesa Robertsa. Zainspirowana zbrodniczą działalnością Charlesa Mansona i jego tak zwanej Rodziny, w szczególności atakiem na dom znanego małżeństwa: aktorki Sharon Tate i reżysera Romana Polańskiego oraz serią włamań, do których doszło w bliskim sąsiedztwie Bryana Bertino, kiedy był dzieckiem. Roy Lee ujawnił, że trwają prace nad trylogią „The Strangers”; wstępne zapowiedzi mówiły o trzech sequelach i powierzeniu reżyserii nad pierwszym Renny'emu Harlinowi (m.in. „Koszmaru z ulicy Wiązów 4: Władca snów” 1988, „Piekielna głębia” 1999, „Łowcy umysłów” 2004, „Egzorcysta: Początek” 2004, „Pakt milczenia” 2006). Nieco później, jeszcze w roku 2022, Harlin wynegocjował umowę na wszystkie rozdziały nowych „Nieznajomych”.

Scenariusz „The Strangers: Chapter 1” (w Polsce rozpowszechniany pod nazwą „Strangers”), typowej „inwazji na dom” zorganizowanej przez amerykańsko-kanadyjską firmę Lionsgate Films, przygotowali Alan R. Cohen i Alan Freedland w oparciu o historię Bryana Bertino, a budżet produkcji oszacowano na osiem i pół miliona dolarów. Zdjęcia główne do całego tryptyku ruszyły we wrześniu 2022 roku, a zakończyły się w listopadzie. Filmy kręcono niechronologicznie (na przykład rano sceny do części pierwszej, popołudniu do drugiej, a nazajutrz do odsłony trzeciej) w stolicy Słowacji, co w sumie zajęło pięćdziesiąt dwa dni. Szeroka dystrybucja kinowa (dystrybutor główny: Lionsgate) „The Strangers: Chapter 1” ruszyła w maju 2024 roku, w Polsce obraz był jednak pokazywany jedynie na maratonach filmowych – jedyna możliwość zobaczenia „Strangers” na wielkich ekranach, stworzona przez firmę Monolith Films – natomiast uwolnienie „The Strangers: Chapter 2” wstępnie zaplanowano na jesień 2024. Mark Canton, współproducent „Strangers” Renny'ego Harlina, stwierdził, że celem tego trzyaktowego przedsięwzięcia było „wprowadzenie nowych widzów” do uniwersum Bryana Bertino, a inny członek tutejszego zespołu producenckiego, Courtney Solomon, w przestrzeni publicznej opowiadał o pragnieniu rozszerzenia tej kultowej opowieści o tajemniczych agresorach; o przyświecającej filmowcom chęci rozbudowania świata przedstawionego w dwóch pierwszych cegiełkach „Nieznajomych” i dokładniejszego przestudiowania postaci niekoniecznie negatywnych. Z kolei największą ambicją Renny'ego Harlina mogło być stworzenia najdłuższego filmu grozy w dotychczasowej historii kina – podobno reżyser planuje wypuszczenie około 300-minutowego filmu pełnometrażowego; połączonej wersji „Strangers 1-3” i nie wyklucza swego zaangażowania w tworzenie kolejnych obrazów ze świata, pod którego fundament położył Bryan Bertino, nie tyle części czwartej, piątej i tak dalej, ile innych opowieści (spoza jego tryptyku) z tymi samymi lub podobnymi czarnymi charakterami. W roli głównej UWAGA SPOILER we wszystkich trzech produkcjach spod znaku „The Strangers” KONIEC SPOILERA Harlin obsadził Madelaine Petsch, aktorkę z solidnym warsztatem, która na ekranie debiutowała w roku 2014, w horrorze science fiction Davida Yarovesky'ego pt. „The Hive”, a później pokazała się choćby w „Polaroidzie” Larsa Klevberga (współprodukcji wspomnianego już Roya Lee), „Po omacku” Coopera Karla i „Jane” Sabriny Jaglom. Jej bohaterkę, Mayę, poznajemy w samochodowej podróży do Portland w stanie Oregon, w którą wybrała się ze swoim ukochanym Ryanem (też przekonujący występ Froya Gutierreza, którego fani gatunku mogą znać z „Inicjacji” Johna Berardo). W dniu piątej rocznicy ich związku docierają do miasteczka, czy raczej wioski (populacja: między 400 a 500), o nazwie Venus, gdzie postanawiają zrobić sobie krótki postój. Uczcić rocznicę teoretycznie niezdrowym lunchem. W niewystawnej restauracji, w której Ryan zostanie niezbyt delikatnie upomniany przez domniemaną właścicielkę w kwestii odwlekania oświadczyn. Nieakceptowalne w tych stronach zwyczaje Zgniłego Zachodu? Tak czy inaczej, z tego przelotnego kontaktu nowojorczyków z lokalną społecznością – zaledwie garstka osób – prawie na pewno miał wyłonić się obraz konserwatywnej wspólnoty niegodnej zaufania. Podejrzani chrześcijanie (między innymi ponurzy ministranci rozdający ulotki bezbożnym turystom, próbujący nawrócić jak najwięcej przyjezdnych, przybliżyć do swojego Boga)? W oczach Ryana na pewno, Maya jednak na swój sposób przestrzega widzów przed poleganiem na instynkcie tego chłopaka. Ona niebrutalnie wytyka mu paranoję, a on w równie lekkim tonie zarzuca jej skrajną naiwność. Odrobina tej pierwszej jeszcze nikomu nie zaszkodziła – przynajmniej na tych ziemiach gatunkowych („Strangers” Renny'ego Harlina oficjalnie został sklasyfikowany jako horror, ja jednak odebrałam go jako typowy thriller z podgatunku home invasion), powiedziałabym wręcz, że paranoja w kinie grozy jest bardziej cnotą niż przekleństwem – a bezkrytyczna wiara w ludzi nikomu nie przysłużyła;) Hipotetyczny gwóźdź do podwójnej trumny, bolesnej śmierci w mrocznym lesie gdzieś w stanie Oregon.

Plakat filmu.„The Strangers: Chapter 1” 2024, Lionsgate Films, Fifth Element Productions, Frame Film

Is Tamara Home?”. Chyba nie przesadzę, stwierdzając, że to pytanie, przeszło do legendy kina grozy. Początek koszmaru Kristen McKay (Liv Tyler) i Jamesa Hoyta (Scott Speedman) z „Nieznajomych” Bryana Bertino, przebojowego dreszczowca, za którym ja jakoś nie przepadam. Wolę sequel Johannesa Robertsa, nie robiłam sobie jednak większej nadziei na pójście tą drogą (połączenie home invasion ze slasherem) w reaktywacji „The Strangers”. Film otwierający trylogię Renny'ego Harlina to remake niecałkowity – niektórzy mogą powiedzieć, że dość luźny – debiutanckiego obrazu pana Bertino. Albo reboot, albo requel... W każdym razie znajoma gehenna nowych protagonistów. W przeciwieństwie do przewodniej pary z „Nieznajomych” (2008), związek Mai i Ryana, nie przechodzi żadnego kryzysu i nic nie wskazuje na to, by w tej pięcioletniej relacji kiedykolwiek pojawił się jakiś poważniejszy zgrzyt. Idealnie dobrani młodzi ludzie entuzjastycznie patrzący w przyszłość. Planujący przeprowadzkę z Nowego Jorku do Portland w stanie Oregon. Czysty przypadek albo celowe działanie w najlepszym razie kierującego się chęcią zysku (ewentualne nieczyste zagrywki drobnego przedsiębiorcy; psującego, a następnie oferującego niedarmową naprawę) mechanika samochodowego z głębokiej prowincji, a w najgorszym współpracującego z szajką zabójców w upiornych maskach. Całe miasteczko zamieszane w makabryczną działalność trojga nieznajomych? To dopiero paranoja, co? Tak czy owak, wiemy tylko, że tytułowi antybohaterowie robili to już wcześniej (pomijając poprzednie cegiełki franczyzy, dobitnie świadczy o tym prolog „Strangers” Renny'ego Harlina). Niemniej drewniany domek, w którym zatrzymała się sympatyczna para z Wielkiego Jabłka, równie dobrze może być sprawdzoną miejscówką zamaskowanych psycholi, co przypadkowym przystankiem w ich makabrycznym tournée. Ot, jechali sobie leśną drogą i ich oczom nagle ukazała się zapraszająco oświetlona chatka, bynajmniej jak z „Martwego zła” Sama Raimiego (bliżej „Domu w głębi lasu” Drew Goddarda, ale też bez przesady); przytulna piętrowa nieruchomość do wynajęcia (nie polecam!) w popularnym serwisie internetowym z przylegającymi budynkami/pomieszczeniami gospodarczymi. Niestety zamieszkanym kurnikiem i komórką. A na werandzie „dwa gołąbki” korzystające z intymnej scenerii. Romantyczny wieczór w odizolowanym zakątku, na rzekomo bezludnej „wyspie”, gęsto porośniętej drzewami. Całkiem mroczny, magnetycznie ponury klimacik panuje w tym niby romantycznym miejscu – stylowe zdjęcia José Davida Montero (m.in. „Czarny motyl” Briana Goodmana, „Park grozy” Gregory'ego Plotkina), z fantazją posklejane przez Michelle Harrison – ale chyba nic w tym świecie nie ucieszyło mnie bardziej od „Sonaty Księżycowej” Ludwiga van Beethovena. Partytura Justina Caine'a Burnetta (m.in. „Demon: Historia prawdziwa” notabene Courtneya Solomon, „Koszmar kolejnego lata” Sylvaina White'a) jakoś nie wpadła mi w ucho, ktokolwiek jednak odpowiadał za wybór nie tylko „Sonaty Księżycowej”, granej na fortepianie stojącym w house fatale Renny'ego Harlina, ale też starych szlagierów (płyty winylowe), jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, zapewnił mi większe atrakcje od scenarzystów. Z całej tej „zabawy w kotka i myszkę” wyróżnić mogę tylko spóźnioną kolację w domku letniskowym i wcześniejsze podchody pod nieobecność jednego z nieszczęsnych najemców. Mój ulubiony moment (rozpływający się w powietrzu „Norman Bates”) wymyśliła Madelaine Petsch, a w zasadzie podzieliła się myślami czasami nachodzącymi ją pod prysznicem. Piana w oczach i niejasne przeczucie, że ktoś ją obserwuje. Kciuk w górę również dla bolesnego incydentu pod podłogą - krzyknęłam równocześnie z bohaterką – i już samego poprowadzenia (bo przecież nie wymyślenia) akcji z upierdliwą „nastolatką” dopytującą o niejaką Tamarę. Poza tym tradycyjne uciekanie, ukrywanie się, rozdzielanie (usprawiedliwione, choć za pierwszym razem niektórych może zastanowić taki podział zadań, tj. człowiek ze skręconą kostką idzie na górę poszukać broni, a człowiek ze zranioną dłonią zostaje na czatach), szukanie się (nie zawsze dyskretne – wołanie w lesie) i strzelanie na oślep UWAGA SPOILER (panika w pełni zrozumiała, ale to nie zmienia faktu, że komuś przypadkiem można zrobić krzywdę, nie wspominając już o wyczerpaniu cennej amunicji bez choćby jednego draśnięcia wroga/wrogów i skończeniu na „krześle inkwizytorskim” KONIEC SPOILERA. Tragiczny finał nieunikniony? W każdym razie mocno przewidywalna to opowieść, albowiem ciasno osadzona w twardej konwencji home invasion movies. Ciąg dalszy w trakcie napisów końcowych.

Na koniec najstraszniejsza rzecz: w mojej ocenie „podróbka” przebiła oryginał. Pierwszy rozdział długiej filmowej historii o znajomych nieznajomych Renny'ego Harlina według mnie wyprzedził jeden z najbardziej docenianych reprezentantów podgatunku home invasion, debiutancki utwór filmowy Bryana Bertino. Minimalnie, ale zawsze. A to przecież takie sztampowe widowisko. Takie podobne do „Nieznajomych” 2008. Podobne i niepodobne zarazem:) Ładnie nakręcone, ale fabuła mogłaby być lepsza. Może rozkręci się w następnej odsłonie „Strangers”, na którą najprawdopodobniej długo czekać nie będziemy. Miłośnicy i nie-miłośnicy franczyzy o bardzo brzydko się bawiących dużych dzieciakach. Przygłupach w maskach, że tak sobie ryzykownie zażartuję.

piątek, 7 czerwca 2024

Stephen King „Im mroczniej, tym lepiej”

 
Różnorodność gatunkowa amerykańskiego powieściopisarza nazywanego mistrzem literatury grozy i królem horroru. Dwanaście historii młodszej i starszej wersji Stephena Kinga – w tym pięć wcześniej niepublikowanych – zebranych w jednym tomie, pierwotnie wydanym 21 maja 2024 roku przez wydawnictwo Scribner pod tytułem „You Like It Darker”, a zapowiedzianym już w pierwszym tygodniu listopada 2023 przez magazyn „Entertainment Weekly”, który zamieścił między innymi fragment jednego z opowiadań wcielonych do niniejszej kolekcji: kontynuacji powieści „Cujo” z 1981 roku, dwa lata później przeniesionej na ekran przez Lewisa Teague. Pierwszą polską edycję wypuszczono już dzień później pod nazwą „Im mroczniej, tym lepiej” - oferta oficyny Albatros - w okładce zaprojektowanej przez Agnieszkę Drabek i tłumaczeniu Janusza Ochaba. Blaski i cienie życia na różnych obszarach gatunkowych. Aksjologiczne wymiary egzystencji ludzkiej według starszego pana z Maine, a zatem osoby z doświadczenia znającej wszystkie etapy życia człowieka. Cztery pory istnienia: dzieciństwo, młodość, dorosłość i starość.

Okładka książki. „Im mroczniej, tym lepiej”, Albatros 2024

My Number One:
Zły sen Danny'ego Coughlina” (oryg. „Danny Coughlin's Bad Dream”)
Mieszkający na osiedlu przyczep kempingowych Oak Grove w miejscowości Manitou w stanie Kansas, konserwator liceum Wilder Daniel Coughlin ma niezwykle wyrazisty sen o częściowo odgrzebanych przez bezdomnego psa zwłokach kobiety, ukrytych za opuszczoną stacją benzynową w miasteczku Gunnel niedaleko granicy z Nebraską. Nazajutrz mężczyzna odnajduje w internecie wyśniony przybytek i utwierdza się w przekonaniu, że nigdy nie widział go na jawie. Nie mogąc wyrzucić z głowy koszmarnych obrazów ze snu, organizuje wycieczkę do Gunnel i bez trudu znajduje ciało nagryzione przez znajome zwierzę. Anonimowo zawiadamia policję o swoim makabrycznym znalezisku, ale niedługo potem w pracy odwiedzają go detektywi z Biura Śledczego Kansas, inspektorzy Franklin Jalbert i Ella Davis. Danny mówi im całą prawdę, a w kolejnych dniach na własnej skórze przekonuje się o prawdziwości powiedzenia, że za dobre uczynki trzeba płacić.
Gorsze od nieukarania winnego jest tylko ukaranie niewinnego. Cieszy mnie, że coraz więcej literatów w swojej twórczości porusza szerzący się niczym śmiertelna zaraza problem pochopnego osądzania innych przez „praworządnych” obywateli. Współczesnego polowania na czarownice. „Co się stało z domniemaniem niewinności?” - pytają bohaterowie chwytającej za serce minipowieści o zaszczutym człowieku, którego jedyną zbrodnią było zainteresowanie się porzuconymi zwłokami najprawdopodobniej bestialsko zamordowanej młodej kobiety. O zacietrzewieniu tych, którzy powinni chronić i służyć; o klasycznych błędach nowicjuszy popełnianych także, jeśli nie przede wszystkim, przez policjantów z wieloletnim stażem (dopasowywanie dowodów do ulubionej teorii, zamykanie oczu na inne możliwości); o niepoczytalnych jednostkach cieszących się na tyle dużym zaufaniem społecznym, by bez trudu nastawiać sąsiadów przeciwko sobie. Wmawiać społeczeństwu, że wskazany przez nich człowiek w pełni zasłużył sobie na życie w piekle. Dzisiaj on, jutro Ty. Igrzyska śmierci w świecie cywilizowanym. Przykra opowieść o średniowiecznych zwyczajach, które przetrwały do czasów współczesnych. Elektryzująca niedługa powieść kryminalno-obyczajowa z potężnym przesłaniem. Dowód dojrzałość emocjonalnej Stephena Kinga, obiektywnego obserwatora ludzkich zachowań. Rewelacyjny tekst!

W największym stopniu powieści grozy doceniają ci, którzy są empatyczni i pełni współczucia. Paradoksalne, ale prawdziwe. Uważam, że to właśnie ludzie pozbawieni wyobraźni, którzy nie potrafią docenić mrocznej strony wymyślonych historii, są odpowiedzialni za większość nieszczęść trapiących nasz świat.” - Stephen King, posłowie „Im mroczniej, tym lepiej”

Okładka książki. „You Like It Darker”, Scribner 2024

Wysoki poziom w mojej ocenie prezentują też:
Dwóch utalentowanych skubańców” (oryg. „Two Talented Bastids”)
W 1978 roku przyjaciele i współpracownicy z miasteczka Harlow w hrabstwie Castle stanu Maine, Laird Carmody i David 'Butch' LaVerdiere, na tradycyjnej myśliwskiej wyprawie do Trzydziestomilowego Lasu przeżyli coś, co na zawsze ich odmieniło. Lairda uczyniło wybitnym powieściopisarzem, a Butcha cenionym malarzem. Takie podejrzenia może żywić uparta dziennikarka zbierająca materiały do artykułu o dwóch utalentowanych skubańcach z Maine. Jedyny syn emerytowanego prozaika, nietwardo odmawiającego współpracy zdeterminowanej publicystce, Mark Carmody, również nie może oprzeć się wrażeniu, że jego ukochany staruszek przed czterdziestoma laty doświadczył czegoś niezwykłego.
Pomysłowe wykorzystanie klasycznego motywu fantastycznego. Poruszające opowiadanie szkatułkowe utrzymane w tonacji melancholijnej. oszczędnie posłodzonej humorem. Atmosfera tajemniczości niepostrzeżenie, podstępnie oplatająca czytelnika, obcość wisząca nad codzienną rutyną człowieka żyjącego w cieniu ojca. Troskliwego syna z cichymi marzeniami. Sekrety mrocznego lasu i męskich serc, do których droga podobno jest kamienista (patrz: „Smętarz dla zwierzaków” aka „Cmętarz zwieżąt” Stephena Kinga). Świeżutki (niepublikowany wcześniej) nastrojowy utwór utalentowanego skubańca będącego w sentymentalnym nastroju.
Czerwony ekran” (oryg. „Red Screen”)
Policyjny detektyw Frank Wilson zajmuje się intrygującą sprawą Leonarda Crockera, który ponad wszelką wątpliwość zadźgał swoją małżonkę. Albo istotę podszywającą się pod nią. Mężczyzna sam wezwał policję i przyznał się do popełnienia czynu zabronionego, upiera się jednak, że nie zabił człowieka tylko Obcego, który od dłuższego czasu dość nieudolnie odgrywał jego życiową wybrankę.
Opowieść niekoniecznie o opętaniu. Prędzej „Inwazja łowców ciał” Philipa Kaufmana niż „Egzorcysta” Williama Friedkina, jak zaznacza sam autor. Oczywiście długoletni miłośnicy gatunku, „wsłuchując się” w zeznania mężczyzny aresztowanego w związku ze śmiercią jego teoretycznej małżonki, nie będą mieć wątpliwości, że to kolejna wariacja na temat jednej z najważniejszych inwazji Obcych w historii horroru science fiction. Paranoja finneyowska. Subtelnie, z wyczuciem, z zegarmistrzowską precyzją pleciona opowieść o... zaraźliwym szaleństwie? Jedno jest pewne: King doskonale wie, które guziki i kiedy wcisnąć, by rozpalić wyobraźnię czytelnika. Poparzyć podejrzeniami.
Grzechotniki” (oryg. „Rattlesnakes”)
Kolejne premierowe wydanie. Siedemdziesięciodwuletni Vic Trenton podczas pandemii COVID-19 wprowadza się do willi przyjaciela na Wyspie Grzechotników położonej u wybrzeży Florydy. Jego najbliższą sąsiadką jest Alita Bell, starsza pani spacerująca z wózkiem dziecięcym, w którym podobno siedzą jej czteroletnie bliźnięta, Jacob i Joseph. Chłopcy śmiertelnie pokąsani przez grzechotniki przed czterdziestoma laty, co zmobilizowało tutejszą społeczność do urządzenia wielkiego polowania na węże i żmije, w tamtych czasach w ogromnych ilościach gniazdujące na wyspie. Vic stara się być miły dla nieszczęsnej kobiety, przez miejscowych uznawanej za nieszkodliwą ekscentryczkę, w obecności pani Bell turysta w jesieni życia udaje więc, że widzi jej ukochane dzieci. Nie jest tylko pewien, czy ona naprawdę wierzy, że wózek z upiornie skrzypiącym kółkiem nie jest pusty.
Minipowieść, czy jak kto woli dłuższe opowiadanie skąpane w nieutulonym żalu, poczuciu niepowetowanej straty, cichej rezygnacji, ale też akceptacji nieubłaganej przemijalności istnienia. Melancholijna wycieczka do słonecznej krainy potencjalnie nawiedzonej przez psotne duszyczki. Nieśpiesznie zagęszczająca się atmosfera nadnaturalna, starannie doprawiona paranoją i najgorszym ze wszystkiego zwątpieniem w świadectwo własnych zmysłów. Wspomnienia „Cujo” oraz (nie?)ostateczne pożegnanie z Duma Key, rzekomym rajem ze zjawiskowej „Ręki mistrza”, ghost story Stephena Kinga z 2008 roku.
Strzeżcie się snów” (oryg. „The Dreamers”)
Lata 70. XX wieku. Dwudziestoczteroletni weteran wojny wietnamskiej, William Davis, znajduje w gazecie ogłoszenie o poszukiwanym asystencie do pomocy w serii eksperymentów prowadzonych przez niejakiego Naukowca Dżentelmena. Jak się okazuje właściciela okazałej rezydencji nad dobrze znanym Wiernym Czytelnikom Stephena Kinga, jeziorem Dark Score, zamożnego człowieka nazwiskiem Elgin, przekonanego, że jego badania nad snami zmienią świat. Nowy pracownik nieodpowiedzialnego badacza, obdarzony rzadkim telnetem kawaler Davis, ma zajmować się stenografowaniem i transkrybowaniem notatek ze spotkań z ochotnikami poddawanymi wielce ryzykownym testom z wykorzystaniem środka o łagodnym działaniu hipnotycznym.
List miłosny do „Wielkiego Boga Pana” Arthura Machena, utworu niewątpliwie uwielbianego przez Stephena Kinga (wyraz temu uczuciu dał choćby w swoim „Danse Macabre”, wspaniałej publikacji z 1981 roku). W „Strzeżcie się snów” wspomina Howarda Phillipsa Lovecrafta i nie wątpię, że potworne obrazy Samotnika z Providence wirowały w głowie faktycznego sprawozdawcy (narracja pierwszoosobowa, z perspektywy fikcyjnego asystenta wątpliwej osobowości makiawelicznej, ale tak czy inaczej typowego burzyciela lovecraftowskiego) niewiarygodnych wydarzeń sprzed dekad. Obłąkańczej opowieści o skrajnie niebezpiecznym zaglądaniu za Zasłonę Snu, mimo wyraźnych wskazówek autora, mnie najsilniej kojarzącej się z arcydziełem Wielkiego Arthura, praojca mitologii Cthulhu. Kosmiczna groza w pełnym rozkwicie. Pomysłowo, mrocznie i z pazurem. Diabelnie sugestywny lovecraftian horror.
Wszystkowiedzący” (oryg. „The Answer Man”)
W 1937 roku absolwent wydziału prawa Uniwersytetu Harvarda, Philip Yeager Parker, po raz pierwszy spotkał Wszystkowiedzącego, tajemniczą istotę, która rozwiała wszelkie wątpliwości odnośnie planu zamieszkania i otworzenia pierwszej kancelarii prawnej w sennym miasteczku Curry w stanie New Hampshire, wbrew woli rodziców i przyszłych teściów. Znający przyszłość nieznajomy zaręczył, że marzenie Philipa się spełni i choć zgodnie z przewidywaniami narazi się na długoletni gniew dobrze sytuowanego ojca swojej drugiej połówki, ukochana zostanie przy nim. Do ponownego spotkania człowieka sukcesu z prowincji z niestarzejącym się prorokiem dojdzie parę lat po narodzinach jedynego syna Parkerów.
Dlaczego ja?!”. Życie usłane płatkami róż i trującymi kolcami. Wzruszająca historia człowieka, który chciał znać odpowiedzi, ale nie potrafił zadawać właściwych pytań. Jak większość ludzi. Radosne wzloty, bolesne upadki... i przeklęte Przeznaczenie? Gorzka opowieść egzystencjalna - dokończona po latach i dotąd niepublikowana (pisana przez trzydziestoletniego i siedemdziesięciopięcioletniego Stephena Kinga) - z niewątłym światełkiem w tunelu. Mimo wszystko, mimo (nie)ludzkich cierpień poczciwego protagonisty, podnosząca na duchu.

Poziom według mnie dobry:

Piąty krok” (oryg. „The Fifth Step”)
Opowiadanie, które zadebiutowało w 2020 roku na łamach „Harper's Magazine”. Harold Jamieson, emerytowany naczelny inżynier w departamencie wywozu odpadów miasta Nowy Jork, zostaje zagadnięty w Central Parku przez obcego mężczyznę, proszącego o drobną przysługę. Przedstawia się jako Jack i przyznaje do wieloletniego uzależnienia od alkoholu.
Zwierzenia zdesperowanego człowieka. Z pozoru zwyczajna rozmowa o życiowych błędach Anonimowego Alkoholika; zwyczajna przysługa, maleńki akt łaski wobec przypadkowego przechodnia, bezinteresowna pomoc bliźniemu w ogromnej potrzebie. Od początku udziela się jednak poczucie surrealizmu uprzejmego słuchacza „grzecznego natręta” ze zbolałym głosem. Wrażenie swoistego oderwania od bezdusznej rzeczywistości. Zajmująca rzecz, jak jeden z Insygniów Śmierci J.K. Rowling, otwierająca się na sam koniec:)
Willie Popapraniec” (oryg. „Willie the Weirdo”)
Dziesięcioletni Willie nawet przez własnych rodziców i starszą siostrę jest postrzegany jako stworzenie niepokojąco dziwne. Głównie przez swoją niezdrową fascynację śmiercią. Chłopiec ma tylko jednego przyjaciela, dziadka nader chętnie raczącego „małego popaprańca” fantastycznie brzmiącymi opowieściami ze swego przesadnie długiego życia. Willie wprawdzie podejrzewa, że staruszek zmyśla, nie umniejsza to jednak jego zainteresowania barwnymi przygodami „starego popaprańca”. Wspomnieniami z bardzo odległej przeszłości.
Tragiczna historia rodzinna z domniemanym materiałem na seryjnego mordercę na pierwszym planie. Aspołeczny chłopiec, którego największą radością są obserwacje martwych stworzeń i makabryczne historie starszego krewniaka. Mającego specyficzne metody wychowawcze dziadziunia. Fatalny wzór dla dziecka, ale też jedyna osoba w domu – na calutkim świecie! - okazująca troskę małej istocie z wielkimi problemami. A przynajmniej rozpraszająca samotność. Depresyjna historia solidnie oparta na suspensie, która swoją światową premierę miała w roku 2022 w wiosennym numerze „Timothy McSweeney's Quarterly Concern”, amerykańskiego czasopisma literackiego założonego w 1998 roku.
Laurie” (oryg. „Laurie”)
Tekst, który pierwszą prezentację miał w internecie (stephenking.com). Sześć miesięcy po śmierci żony Lloyda Sunderlanda zaniepokojona starsza siostra wciąż pogrążonego w żałobie mężczyzny, wręcza mu słodkiego szczeniaczka, mieszańca border collie z mudi, suczkę, której bynajmniej ucieszony z prezentu wdowiec nadaje imię Laurie i nie planuje gościć jej zbyt długo. Lloyd mentalnie szykuje się na kłopotliwą współlokatorkę, zapewne na niedługim okresie próbnym, który niechybnie zakończy się eksmisją, ale pewnego dnia już mniej smutny wdowiec uzmysławia sobie, że mocno przywiązał się do uroczej towarzyszki z bursztynowymi ślepkami.
Historia pięknej przyjaźni ze zdumiewającym pojedynkiem na deser. W ramach rozruszania tego sentymentalnego kawałka prozy obyczajowej. Kudłata kompanka w jesieni życia, niezawodne remedium na samotność. Ciepła opowieść z pewnością niewyszukana. Takie małe coś, a cieszy.

Okładka książki. „You Like It Darker”, Hodder & Stoughton 2024

Poziom niezły:
Finn” (oryg. „Finn”)
Opowiadanie premierowo wydane w formie elektronicznej (e-book) w roku 2022. Finn Murrie zawsze miał pecha. A to spadł z drabinek na miejskim placu zabaw i złamał rękę, a to doznał wstrząśnienia mózgu po uderzeniu pioruna blisko niego, ale szczególnie bolesne było wkraczanie w dorosłość. W osiemnastym roku życia Finn został przez pomyłkę porwany przez zorganizowaną grupę przestępczą, szalonych mężczyzn wyspecjalizowanych w uzyskiwaniu pożądanych informacji okrutnymi metodami.
Torturowany pechowiec. Ciekawy profil bohatera, ale szkielet fabularny nieco już wyświechtany. Historia jakich wiele, której charakteru mogłaby dodać chociażby większa dbałość o klimat (obskurniej i ciaśniej) panujący w bezlitośnie atakowanej głośną muzyką celi sympatycznego protagonisty. Sytuację w moich oczach podratowała końcówka: zmuszająca do myślenia puenta nieprawdopodobnej przygody niewolnika z przypadku. Młodzieńca niechcący wciągniętego w zagadkową intrygę zawiązaną w półświatku.
Droga do Zajazdu Zjazd” (oryg. „On Slide Inn Road”)
Frank Brown, jego żona Corinne, ojciec Daniel oraz dwoje dzieci, jedenastoletni Billy i dziewięcioletnia Mary, jadą do sławnego miasteczka Derry w stanie Maine (gdzie swego czasu mieszkał „niejaki” Pennywise), aby pożegnać się z umierającą krewną. Za radą Daniela rodzina korzysta ze skrótu, z rzadko uczęszczanej trasy dawno temu nazwanej Drogą Do Zajazdu Zjazd. Nieopodal porzuconej gospody samochód Brownów wpada do przydrożnego rowu, a pomoc rodzinie oferuje dwóch nieznajomych z nieczystymi intencjami.
Opowiadanie najsampierw zamieszczone w amerykańskim magazynie „Esquire” w ostatnim kwartale 2020 roku. Liczyłam na klimat w duchu „Dzieci kukurydzy” i „Desperacji” tego samego autora, a dostałam niezobowiązującą historyjkę o współczesnej rodzinie w sosie westernowym. Incydent z uzbrojonymi rzezimieszkami na opustoszałej amerykańskiej drodze. Zakapiory zasadzające się na niezbyt szczęśliwą rodzinkę w cichym miejscu. Lekko się czyta, ale w pamięci nie zostanie. Zabrakło pomysłu na rozwinięcie.
Ekspert od turbulencji” (oryg. „The Turbulence Expert”)
Opowieść z kolekcji przygotowanej przez Stephena Kinga i Beva Vincenta na rok 2018: antologia opowiadań pod tytułem „Flight or Fright: 17 Turbulent Tales” (pol. „17 podniebnych koszmarów”). Craig Dixon dostaje nowe zlecenie – lot z Bostonu do Sarasoty, jak zwykle w klasie ekonomicznej – choć nie zdążył nabrać sił po poprzednim, wyjątkowo ciężkim zadaniu od tajemniczego facylitatora. Craig przeczuwa, że odmowa wykonania rozkazu narazi go na większe przykrości niż dobrze znane wycieńczenie psychiczne wpisane w jego zawód, niechętnie żegna się więc z wygodnym pokojem hotelowym i z pełną świadomością zajmuje miejsce w samolocie, który ma się rozbić.
Oszukać przeznaczenie” Stephena Kinga. Kreatywna podniebna opowieść o szeregowym pracowniku tajnej organizacji, zawiązującym przypuszczalnie przydatną znajomość w dobrze mu znanych warunkach ekstremalnych. Katastrofa panicznym strachem kontrolowana. Paradoksalnie odprężająca przygoda w nieklaustrofobicznym wnętrzu „kevlarowego ptaka”.

W moim uznaniu ani nie najlepsza, ani nie najgorsza kolekcja krótszych utworów Stephena Kinga. Dla każdego coś miłego. Dla miłośników horrorów, kryminałów, dreszczowców, dramatów rodzinnych, opowieści obyczajowych, egzystencjalnych, lekko komediowych, a nawet westernów. Wbrew pozorom niebałaganiarski to układ; przyjemny dla oka pejzaż mieszany. „Im mroczniej, tym lepiej” - lektura warta zachodu. Tak myślę.

środa, 5 czerwca 2024

„Pandemonium” (2023)

 
Francuski artysta multidyscyplinarny (kino, fotografia, malarstwo) znany jako Quarxx składa hołd Lucio Fulciemu, jednemu z najbardziej zasłużonych dla gatunku horroru włoskich filmowców, z wyróżnieniem jego arcydzieła z 1981 roku pt. „The Beyond” (pol. „Hotel siedmiu bram”, „Siedem bram piekieł”), środkowej części Trilogia della morte (Lucio Fulci's Gates Of Hell Trilogy). Quarxx po raz pierwszy obejrzał „The Beyond” w siódmym roku życia i zapamiętał to wydarzenie jako jedno z tych, które w zasadniczym stopniu wpłynęło na wybór jednej ze ścieżek jego zawodowej kariery. Tej, która w 2018 roku zaowocowała dobrze przyjętym pełnometrażowym obrazem „Tous les dieux du ciel” (pol. „Wszyscy bogowie w niebie”). Potem utknął przy innym projekcie. Po dwóch latach prób doprowadzenia scenariusza do akceptowanego także przez producenta – z którym często debatował nad kształtem szykowanej filmowej historii – Quarxxa naszła ochota na „odpoczynek” przy niezależnym projekcie. Powrócił do starego pomysłu, zrodzonego z osobistych doświadczeń. Wypadku, do którego doszło przed dwudziestoma laty podczas wakacji na indonezyjskiej wyspie Bali. Surfing, który nieomal zakończył się śmiercią Quarxxa, dobrze pamiętającego przerażające przebudzenie (po trzech dniach śpiączki) w białym pokoju – kilkusekundowe przekonanie, że znajduje się Po Tamtej Stronie.

Plakat filmu. „Pandemonium” 2023, Transgressive Production

Scenariusz „Pandemonium”, zbioru trzech kreatywnie połączonych opowieści grozy, powstawał parę miesięcy, a niespełna półgodzinne otwarcie – fragment najsilniej inspirowany krótkim przeżyciem reżysera i scenarzysty w „tajemniczym białym pokoju” - kręcono w Saint-Paul-de-Salers, miejscowości w Owernii, regionie administracyjnym w centralnej Francji, gdzie temperatura nagle spadła z plus piętnastu do minus trzynastu stopni Celsjusza. Ekipę zaskoczyła burza śnieżna, jakiej nie pamiętali najstarsi mieszkańcy tego regionu – w pewnym momencie interweniowała straż pożarna, gdyż część zespołu została uwięziona na szczycie zaśnieżonej góry – ale mimo nieprzygotowania (nie byli nawet odpowiednio ubrani) pracy nie przerwali, w efekcie pozyskując dla „Pandemonium” klinicznie czyste, stylowe otoczenie. Wymarzona ziemia niczyja dla tryptyku o życiu po życiu, który swoją światową premierę miał w sierpniu 2023 roku na Fantasia International Film Festival w Kanadzie, a w Polsce po raz pierwszy pokazał się w październiku 2023 na Splat!FilmFest – International Fantastic Film Festival.

Zdezorientowany kierowca samochodu osobowego chwilowo zupełnie sam w cichym miejscu. Atmosfera z minuty na minutę coraz bardziej upodabnia się do alarmistycznej aury panującej w „Silent Hill” Christophe Gansa (filmowy horror na motywach popularnej serii gier komputerowych japońskiej firmy Konami), a tymczasem na górskiej drodze zawiązuje się nowa znajomość: kierowca skasowanego pojazdu, Nathan (egzaltowany występ Hugo Dillona), poznaje kierowcę zmiażdżonego motocykla, Daniela (niezgorsza kreacja Arbena Bajraktaraja), który zdążył nabrać przekonania, że żaden z nich nie przeżył wypadku. Obaj są martwi, ale wina podobno leży wyłącznie po stronie Nathana, który będzie potrzebował jeszcze trochę czasu – i twardych dowodów – aby zaakceptować okropną prawdę przekazywaną przez rzekomego szaleńca. Łagodna jesień na naszych oczach przechodzi w ostrą zimę, a przed duchami materializują się... Motyw Nieba i Piekła w kinematografii; bezkompromisowa interpretacja chrześcijańskich wierzeń dokonana przez sceptyka bynajmniej uczulonego na wizje Sądu Ostatecznego według Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu, na koszmarne obrazy wiecznych mąk potępionych dusz i niekończącej się szczęśliwości dusz zbawionych. Dwie Bramy Między Światami. Klimatyczna klamra z jednym tandetnym wynalazkiem (wygenerowany komputerowo zaganiacz ociągających się grzeszników) i przynajmniej dwoma solidnymi dodatkami amerykańskiej firmy The Basement FX: upiornymi mieszkańcami czeluści piekielnych. Makabryczna charakteryzacja idealnie wpasowująca się w popisowy model Oliviera Afonso z CLSFX Atelier 69; zdeformowaną twarz z gliny wykorzystaną w historii o małej psychopatce.

Dziewięcioletnia Jeanne (zjawiskowy Manon Maindivide!) jest pierworodnym dzieckiem żyjącego w strachu zamożnego małżeństwa. Znęcającym się nad młodszą siostrą, leczącym psychiatrycznie diabełkiem z twarzą aniołka. Jeanne wie, że rodzice się jej boją, ale na pewno nie jest jej przykro z tego powodu. Prędzej rozpiera ją duma – zadowolona z siebie, pławiąca się w poczuciu perfekcyjnie wykonanego zadania. Rozkosz małoletniej sadystki, zakłócana nocnymi kłótniami zrezygnowanego tatusia i niepoddającej się, łudzącej mamusi. Dziewczyna ma serdecznie dość tych wrzasków, ale przed zaprowadzeniem ładu w wystawnej rezydencji powstrzymuje ją znajomość durnego ustroju, w jakim przyszło jej żyć. Marzy o podcięciu gardeł rozhisteryzowanym opiekunom, wie jednak, że musi odłożyć to przynajmniej do czasu osiągnięcia pełnoletności. Nie pozwolą jej samodzielnie prowadzić gospodarstwa domowego, tym bardziej opiekować się młodszą siostrą. Wprawdzie zna kogoś, kto mógłby pomóc, ale przecież nikt zdrowy na umyślę nie powierzyłby opieki nad dzieckiem niezaradnemu potworowi. Potworowi Tony'emu (bezbłędny Carl Laforêt), który złamał najważniejszą z zasad wprowadzony przez rezolutną dziewięciolatkę. Sekretny przyjaciel, czy raczej nieposiadający się z wdzięczności niewolnik samozwańczej księżniczki z makabrycznym poczuciem humory. Groteskowy psychohorror w zamknięciu. Domowy plac zabaw stworzenia bezdusznego, rzeźnia z perspektywy jednostki z poważnym zaburzeniem osobowości. Taniec Śmierci na deskach teatru małej despotki, pozornej właścicielki zdeformowanego głodomora. Porażająca makabreska, bezpardonowy realizm histeryczny, szokująca sztuka w domowych pieleszach. Pusty śmiech dziecka.

Plakat filmu. „Pandemonium” 2023, Transgressive Production

Inny dom, dom inna tragedia. Samobójstwo nastoletniej Chloé (udany występ Sidwell Weber), jedynego dziecka rozwiedzionej pracoholiczki Julii (widowiskowa kreacja Ophélii Kolb). Desperacka próba kochającej matki, mocno poniewczasie orientującej się, że nie poświęcała wystarczającej uwagi kruchej istocie, która z niej wyszła. Zabiegana prawniczka, w pełni zaangażowana w problemy obcych ludzi, wiecznie zajęta sprawami innych, podczas gdy pod jej własnym dachem prawie niezauważenie rozgrywał się dramat najważniejszej osoby w jej życiu. (Nie)świadomy mechanizm obronny, wymuszane zaprzeczenie, usilne odpychanie nieznośnych faktów, potencjalnie zabójczych wspomnień najwyżej sprzed paru godzin. Poranne odkrycie w łazience dokonane przez rodzicielkę jak zwykle śpieszącą się do pracy. Nieodwracalna tragedia, którą Julia mimo wszystko próbuje odwrócić. Nadrobić stracony czas, zrekompensować krzywdy nienaumyślnie zadane biednej latorośli. Wynagrodzić milczącej córce z trupimi oczami. Wyrzut w martwym spojrzeniu. Bezsensowna tragedia, do których „na tym wspaniałym świecie” dochodzi praktycznie bez przerwy. Nękanie w szkole, nękanie w mediach społecznościowych, doprowadzenie do ostateczności, zachęcanie do grzechu niewybaczalnego. Piekło na ziemi, Piekło po śmierci. Szalenie depresyjny horror psychologiczny – stosownie niewygodna intymność, klaustrofobiczna pułapka, nieprzepuszczalna toksyczna mgła, której, jak mniemam, nie przywiało ze świata przedstawionego w „Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną” Tobe'ego Hoopera, ale nie ukrywam, że takie niesmaczne(?) skojarzenie nawiedziło mnie w tym smutnym domu.

Sepiowa rzeczywistość duszy skazanej na wieczne potępienie. Bezkresna pustynia pełna nieboszczyków (nie ciała, tylko coś w rodzaju powłok dla dusz, koniec końców przybierających formę czystej energii, skondensowanej rozpaczy) chętnie opowiadających swoje przeklęte historie. Chciałoby się poznać więcej, ale fantazyjny przedsionek Piekła pokonuje nowego „gościa” - niechętnego przybysza opuszcza ochota na kolejne żywoty potępionych. Trujące archiwum ludzkości podobno w bardziej obleganym Królestwie Umarłych. Wergiliusz zdezorientowanego przewodnika po fascynującym świecie postawionym w „Pandemonium” zdolnego Quarxxa uważa, że gatunek ludzki jest z natury zły, o czym według niego najdobitniej świadczą pustki za Tą Drugą Bramą. W każdym razie zdecydowana większość po zakończeniu swej egzystencjalnej wędrówki nie słyszy niebiańskiej muzyki (harfy?) tylko wrzaski torturowanych dusz. Frekwencja w Niebie nigdy nie dopisywała i nic nie wskazuje na to, by w najbliższej przyszłości miało się to zmienić. Krytyczna recenzja jednego z największych dzieł Boga Wszechmogącego wystawiona przez szeregowego demona, który nie będzie się bawił w „Boską komedię” Dantego Alighieri, ani w „Dom, który zbudował Jack” Larsa von Triera, skoro już przy tym jesteśmy - podobne klimaty, ale wycieczki piekłoznawczej nie będzie. Pomijając Czerwoną Komnatę. Wyborne zdjęcia Didiera Daubeacha, Hugo Poissona i Colina Wandersman; głęboko poruszająca, pożądanie raniąca ścieżka dźwiękowa Benjamina Leraya; sprawny, przemyślany, miejscami pysznie deliryczny montaż (po głowie tłukła mi się fraza „sen opętańczy”) Rémiego Ortha i przede wszystkim niebanalny scenariusz Quarxxa.

A co jeśli obudzisz się i dowiesz, że nie żyjesz...?”. Z tego pytania zrodziło się „Pandemonium” wszechstronnie uzdolnionego francuskiego twórcy przedstawiającego się jako Quarxx. Paskudztwa jakby z życia wyjęte. Niepłytkie opowiadania drastyczne; teksty siadające na psychikę, podłe opowieści dość oszczędnie korzystające ze wsparcia realistycznie prezentujących się (poza jednym) mocnych dodatków specjalnych. Plugawa sztuka wysoka. Genialny horror na motywach biblijnych. Piekielna przejażdżka po najciemniejszych zakamarkach ludzkich umysłów. Klimaty dla odważnych;)

poniedziałek, 3 czerwca 2024

„Model House” (2024)

 
Po śmierci modelki w wypadku drogowym, Zoe dostaje pierwszą szansę na udział w profesjonalnej sesji zdjęciowej. Praca w plenerze z zakwaterowaniem dzielonym z czterema doświadczonymi modelkami, w przeciwieństwie do niej, uzależnionymi od mediów społecznościowych. Przestronnym podmiejskim domu, w którym dziewczyny mają spędzać czas między zdjęciami zaplanowanymi na cały weekend. Wbrew obawom, Zoe szybko aklimatyzuje się w nowym środowisku, z zaskakującą łatwością dopasowuje do imprezowego towarzystwa, co w największej mierze zawdzięcza modelce z najdłuższym stażem, przyjaźnie usposobionej Nadii, młodej kobiecie z wysoką inteligencją emocjonalną i prawdziwym talentem do rozwiązywania konfliktów. Zabawa w Model House zostanie drastycznie przerwana przez zamaskowanych intruzów napędzanych pragnieniem błyskawicznego wzbogacenia się.

Plakat filmu. „Model House” 2024, Rebellium Films

Amerykański thriller z nurtu home invasion w reżyserii i na podstawie scenariusza Dereka Pike'a, twórcy między innymi telewizyjnego dreszczowca pt. „Kidnapping in the Grand Canyon” (2023). Postawiony niewielkim kosztem w Oklahoma City „Model House” agencji Rebellium, czyli (nie)tradycyjna, brutalnie napadnięta przystań dla modelek realizujących zlecenia na wyjazdach, spod producenckiego szyldu Rebellium Films. A zespół producentów wykonawczych zasiliła dobrze znana miłośnikom kina grozy Scout Taylor-Compton (m.in. „Zombies” J.S. Cardone'a, „Amerykańska zbrodnia” Tommy'ego O'Havera, „Halloween” i „Halloween II” Roba Zombie, „Prima aprilis” Mitchella Altieriego i Phila Floresa, „Obsesja” Steve'a Shilla, „Feral” Marka Younga, „Wtargnięcie” Nicholasa Hollanda, „Wieczna noc” Richa Ragsdale'a, „A Creature Was Stirring” Damiena LeVecka), która oczywiście - zgodnie ze swoją zawodową specjalizacją - dołączyła też do obsady aktorskiej. „Model House” Dereka Pike'a został uwolniony w pierwszym tygodniu kwietnia 2024: jednoczesne wejście do wybranych amerykańskich kin i na platformy VOD.

Kameralna produkcja zainspirowana współczesnym stylem życia. Podobno reprezentowanym przez pokolenia Z i Alfa. Nadmierne zaufanie do mediów społecznościowych, niezważanie na realne zagrożenia czyhające w internecie, uzależnienie rzekomo dotykające wyłącznie najmłodsze generacje. „Model House” Dereka Pike'a to kolejna filmowa przestroga przed nieostrożnym poruszaniem się w cyberprzestrzeni. W tak zwanym cywilizowanym świecie najwyraźniej zakończył się już etap pod tytułem „Nie ma cię w social mediach – nie istniejesz”. Główna bohaterka „Model House”, ciężko doświadczona młoda kobieta z Chicago imieniem Zoe (pierwszy i niestety niezbyt przekonujący występ Cory Anne Roberts w filmie pełnometrażowym), jak to się mówi „jest martwa dla świata” nie z powodu nieobecności na portalach społecznościowych, tylko przez marne dziesięć tysięcy obserwujących. Zwykłemu śmiertelnikowi wystarczy, ale Zoe marzy się oszałamiająca kariera w show biznesie, co według jej nowych koleżanek wymaga znacznego zwiększenia zaangażowania w social mediach. Podniesienie aktywności, ale przede wszystkim radykalna zmiana strategii. Koniec z fotografowaniem się w workowatych bluzach, zmechaconym swetrach i długich spodniach. W zaciszu domowym Zoe może sobie być „szarą myszką”, dla własnego dobra powinna jednak stworzyć sobie zgoła odmienny wizerunek publiczny. Najważniejsze w życiu są zasięgi, a skromność w tej dyscyplinie nader rzadko się przydaje. „Model House” Dereka Pike'a otwiera śmiertelne potrącenie modelki na oczach grupki jej małoletnich fanek, natomiast właściwa akcja filmu zaczyna się od sesji zdjęciowej w plenerze - nad wodospadem - z udziałem czterech doświadczonych pozujących: Nadii (mocno wyróżniająca się warsztatem na tle pozostałych tymczasowych mieszkanek tytułowej nieruchomości Kyra Santoro; a nawet zaryzykowałabym twierdzenie, że spisująca się lepiej od teoretycznie największej gwiazdy tego widowiska Scout Taylor-Compton), Sydney (Natalie Nootenboom), Carli (Priscilla Huggins Ortiz) i Trudy (Hailee Keanna Lautenbach; m.in. „Doskonałość” Eddiego Alcazara, „Incision” Aliego Zamaniego, „Val” Aarona Fradkina, „It's What's Inside” Grega Jardina) oraz stawiającej pierwsze kroki w modelingu Zoe. Zabawna mieszanka niepewności i gorliwości - dziewczyna lekko zagubiona, speszona, ale nade wszystko pragnąca się wykazać - która doprowadzi do zapewne bolesnego upadku. I resztę dnia Zoe spędzi w szpitalu. Do Model House dotrze w ogólnie dobrym stanie – skręcona kostka – nie licząc zażenowania, które długo się nie utrzyma, bo w luksusowym zakwaterowaniu udostępnionym przez agencję modelek, przywita ją specjalistka od poprawiania ludziom humoru. Empatyczna Nadia, z którą Zoe miała już okazję zamienić parę słów przed fatalnie zakończoną sesją zdjęciową, i która wspaniałomyślnie odstępuje rekonwalescentce pojedynczy pokój, zwyczajowo należny modelce z najdłuższym stażem. Wręcza też mały prezent nowej członkini zespołu: kuse wdzianko, które Zoe niezwłocznie przymierza, a zachwycona Nadia robi jej zdjęcie i radzi podzielić się nim z internautami. Nasza protagonistka obiecuje, że zrobi to później, ale widać, że nie jest entuzjastycznie nastawiona do tego pomysłu. Może przekona ją szybka lekcja w salonie? Wykład internetowych celebrytek, zgorszonych świętoszkowatymi zdjęciami udostępnianymi przez Zoe na jej rzekomo niepopularnych, nieobleganych profilach w mediach społecznościowych. Z czym do ludzi? Cisi może i posiądą ziemię, ale nie zdobędą sławy, a przecież tylko ona w życiu się liczy. Co zwykle idzie w parze z drugą najważniejszą rzeczą, czyli pieniędzmi (większe zarobki niż w medycynie? Na pewno większa renoma i wyższe zaufanie społeczne). Podsumowując: wartość człowieka w wysoko rozwiniętej cywilizacji wyznacza ilość followersów w social mediach. Doprawdy w ciekawych czasach żyjemy...

Kadr z filmu. „Model House” 2024, Rebellium Films

Smutna buźka i uśmiechnięta buźka: intruzi w domu modelek. Gustowne maski chciwej parki ratującej honor obsady (nie licząc Kyry Santoro) całkiem efektywnego dreszczowca Dereka Pike'a, poszukiwacze fabularnych innowacji mogą być jednak innego zdania. Bo coś mi mówi, że niepospolity plan (nieczęsto spotykane w kinie grozy, a przynajmniej w podgatunku home invasion, ale szerzej patrząc, to klasyczne wyłudzenie często stosowane w twardej rzeczywistości) napastników, tego zapotrzebowania nie zaspokoi. Problemy wróżę też w grupie widzów przywiązującej wielką wagę do decyzji podejmowanych przez bohaterów (w tym przypadku bohaterki) w sytuacjach skrajnie stresujących. Tak zwane nielogiczne zachowania w „Model House” Dereka Pike'a prawie na pewno zostaną zauważone. I rzecz jasna należycie skrytykowane. Żeby nie wyjść na gołosłowną, posłużę się najbardziej jaskrawym przykładem, najłagodniej rzecz ujmując, nieprzemyślanego kroku zniewolonych fotomodelek. W każdym razie to jedyny moment, który ukłuł w oczy nawet taką beznadziejną miłośniczkę podgatunku zdecydowanie częściej posądzanego o „nielogiczne zachowania” protagonistów, jak ja (mowa o slasherach). Chwilowo niepilnowane ofiary drugiego z siedmiu grzechów głównych (zbrodnie z chciwości) wspólnie opracowują strategię, którą bez zbędnej zwłoki z powodzeniem (i ewentualnym drobnym poświęceniem: domyślanym lekkim poparzeniem jednej ze związanych kobiet) realizują. Ale zamiast wymknąć się z nawiedzonego przez ludzi „zamczyska”, przywołują agresorów, żeby pochwalić się... Nie, nie pochwalić. Ostatni punkt „misternego” planu modelek przewiduje unieszkodliwienie wrogów – rozbrojenie, związanie, ostatecznie odstrzelenie – czyli podjęcie ogromnego ryzyka, gdy drzwi do Wolności stały otworem. Wystarczyło wybiec z przeklętego domu. Zgubiła ich pewność siebie? Trudno przewidzieć wynik tej konfrontacji, bo niekonsekwentnie zamaskowani antybohaterowie cechują się impulsywnością. Nie ulega wątpliwości, że do zacisznego domku w malowniczej okolicy, podobno położonej sto mil na północ od Los Angeles – przynajmniej z jednym słusznie zirytowanym sąsiadem, znajomym z „Halloween: Powrotu” Ricka Rosenthala, „The Ring 2” Hideo Nakaty, i „Oszukać przeznaczenie 3” Jamesa Wonga, Ryanem Merrimanem) – większość nieproszonych gości przybyła bez zabójczych zamiarów. W przeciwnych razie nie zawracaliby sobie głowy maskami... A nie, przecież taka moda panuje w rodzinnych stronach „Model House” Dereka Pike'a (home invasion, jak jego starszy kuzyn slasher, to bestia nieokropnie uzależniona od masek), nie miałam jednak powodu nie wierzyć organizatorce tej zuchwałej operacji, zapewniającej swego absolutnie mniej zacietrzewionego (jeśli w ogóle) partnera, że rozlewu krwi nie przewidywała. Nikomu włos z głowy miał nie spaść, wątpliwości, przynajmniej w Smutnej Buźce zasiewa jednak UWAGA SPOILER zaangażowanie w nieświętą misję psychopatycznego braciszka (przyrodniego!) Uśmiechniętej Buźki. Wtajemniczenie rasowego zabijaki przez osobę dominującą w związku miłosnym, ale już nie w relacji siostrzano-braterskiej; wtajemniczenie za plecami tak zwanej osobowości zależnej; związek z kobietą bluszcz, toksyczne przywiązanie Smutnej Buźki KONIEC SPOILERA. Tak czy owak, sprawa nie przebiega tak gładko jak obiecywał „mózg” napadu na „władczynie marionetek”. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Uśmiechnięta Buźka ma je za wypindrowane lalunie z sianem w głowach. Płytkie jak kałuże, charyzmatyczne jak Jim Jones:) Największe autorytety epoki mediów społecznościowych - oznaka postępu? - z niepokojącą łatwością drenujące portfele niezliczonej rzeszy ludzi. Gwoli sprawiedliwości nic nie wskazuje na to, by te konkretne autorytety działały ze złych pobudek, a wręcz przeciwnie: reklamują, a już na pewno robi to Nadia, arcyważne akcje, bo dotyczące poprawy jakości życia, też ratowania życia, bliźnich (charytatywne zbiórki pieniędzy) – „jak się okazuje” nie tylko Polska na zbiórkach stoi. Pytanie, czy wszystkie internetowe gwiazdy są takie jak Nadia? Abstrahując już od zagrożenia, nad którym najniżej pochylił się Derek Pike w swoim całkiem emocjonującym scenariuszu. Nieodkrywczej, ale sprawnie poprowadzonej opowieści twardo osadzonej we współczesnych realiach. Niedrogim, ale nietandetnie zrealizowanym dreszczowcu raczej skąpo podlanym sztuczną krwią. Przemoc niegraficzna.

Sztuka minimalna Dereka Pike'a. Home invasion thriller z małym pazurem. Ciasny plan zdjęciowy - prawie cała akcja osadzona na niewielkiej posesji, na osiedlu mieszkaniowym w stanie Oklahoma - znikoma ilość efektów specjalnych (wyłącznie praktycznych), niezbyt liczna obsada i prosta fabuła z głośnym przesłaniem. Brutalne starcie w „Model House”. Nieobliczalne widowisko niemakabryczne; nieepatujące paskudnymi obrazami przemocy, ale bez trupów się nie obejdzie. „Urządzenie” pracujące pod dostatecznym napięciem. Angażujący survival domowy.