Stronki na blogu

piątek, 11 października 2019

Dan Simmons „Zimowe nawiedzenie”


Recenzja zawiera spoilery „Letniej nocy” Dana Simmonsa

Mieszkający w Missouli w Montanie pisarz i nauczyciel akademicki Dale Stewart, stracił niemal wszystko, na czym mu zależało. Żonę, kochankę i prawdopodobnie posadę na uczelni. Próba samobójcza, depresja i zaniki pamięci zmusiły go do podjęcia leczenia, a teraz Dale czuje nieodparty przymus wyjazdu do małego miasteczka, w którym spędził dzieciństwo. Elm Haven w stanie Illinois, w którym w 1960 roku w wieku jedenastu lat zginął jeden z jego ówczesnych przyjaciół, Duane McBride. Dale postanawia na kilka miesięcy wynająć farmę dawniej należącą do McBride'ów i poświęcić je na pisanie książki. Psychiatra mu to odradza, ale Dale jest zdecydowany skonfrontować się z przeszłością, z której obecnie niewiele pamięta. Wraz z nim do Elm Haven dociera zima, a na farmie czeka na niego coś nie z tego świata. Albo czyste szaleństwo.

Po raz pierwszy wydana w 2002 roku powieść amerykańskiego pisarza Dana Simmonsa pt. „A Winter Haunting” („Zimowe nawiedzenie”) jest kontynuacją nominowanej do British Fantasy Award „Letniej nocy” z 1991 roku, z którą powiązane są również (aczkolwiek luźniej) laureaci Locus Award, „Children of the Night” (1992) i „Fires of Eden” (1994), pióra tego samego pisarza. Nominowane do Locus Award w 2003 roku „Zimowe nawiedzenie” łączy w sobie horror o zjawiskach nadprzyrodzonych z powieścią psychologiczną, a w centralnym punkcie opowieści stoi bohater, którego pierwowzorem jest sam Dan Simmons. Aczkolwiek niekoniecznie odnosi się to do tego konkretnego tomu. Pisarz zdradził, że tworząc tę postać na potrzeby „Letniej nocy” wzorował się na sobie, a fikcyjne miasteczko Elm Haven w stanie Illinois zostało zainspirowane Brimfield w stanie Illinois, w którym spędził część swojego dzieciństwa. Niektóre wydarzenia przestawione w „Letniej nocy” pochodzą z okresu dziecięcego Simmonsa. „Zimowe nawiedzenie” to powrót do miasteczka, które, jeśli tylko by chciał, mogłoby stać się dla Dana Simmonsa tym, czym Castle Rock jest dla Stephena Kinga (choć ja tam zawsze wolałam Derry). Jedną z głównych wizytówek jego prozy. Bo choć Elm Haven naturalnie jest kojarzone z Simmonsem, to nie jest to miejsce, do którego w swoich fikcyjnych opowieściach jeden z najbardziej uzdolnionych pisarzy często wraca, albo chociażby o nim wspomina.

„Zimowe nawiedzenie” nie powtórzyło sukcesu „Letniej nocy”. Reakcje czytelników na omawianą powieść były (i nadal są) chłodniejsze niż w przypadku książki otwierającej ten dosyć luźny cykl. Pomiędzy „Letnią nocą” i „Zimowym nawiedzeniem” Dan Simmons wydał jeszcze dwie powieści powiązane z tą pierwszą: „Children of the Night” i „Fires of Eden”, przez polskich wydawców zostały one jednak pominięte (przynajmniej na razie). Przypuszczalnie dlatego, że mają one dużo mniej wspólnego z „Letnią nocą” niż „Zimowe nawiedzenie”; że na miano sequela „Letniej nocy” najbardziej zasługuje właśnie „Zimowe nawiedzenie”. Głównym bohaterem tej ostatniej jest Dale Stewart, którego znamy z „Letniej nocy”. Znamy też narratora omawianej powieści. Nie ujawnia się on zbyt często, ale Dan Simmons nie pozostawia nam wątpliwości, kto owe dzieje Dale'a Stewarta snuje. Od początku wiemy, że opowiadaczem jest człowiek, który zmarł w 1960 roku, czyli czterdzieści dwa lata przed wydarzeniami przedstawionymi w niniejszej książce. To znaczy umowną teraźniejszością, bo fabuła „Zimowego nawiedzenia” toczy się w dwóch okresach. W 2002 roku Dale Stewart wraca do miasteczka Elm Haven w stanie Illinois i osiada na farmie, na której dziesiątki lat wcześniej mieszkał, wraz z ojcem, jeden z jego przyjaciół, Duane McBride. I właśnie tutaj zginął w wieku jedenastu lat, w okolicznościach, które dla niektórych, w tym Dale'a, nadal osnuwa gęsta tajemnica. Duane to nasz narrator, będący kimś w rodzaju ducha związanego ze Stewartem. Wydaje się, że dobrotliwego, niezamierzającego wyrządzić krzywdy swojemu przyjacielowi z dzieciństwa. Dale z konieczności jest obiektem jego wnikliwej obserwacji – Duane jest niejako skazany na jego towarzystwo, nie może go zostawić, oderwać się od niego, ale nawet tego nie chce. Niezwykła więź ze Stewartem daje mu bezcenną dla niego możliwość wglądu w życie doczesne. Niezupełnie namiastkę życia, ale coś pomiędzy egzystencją na Ziemi i w zaświatach. Główny bohater „Zimowego nawiedzenia” nie zdaje sobie sprawy z tego związku z Duane'em, ma jednak powody by przypuszczać, że jego przyjaciel z dzieciństwa tak zupełnie nie odszedł. Ale to potem. Gdy już zadomowi się na farmie w Elm Haven, na której za życia mieszkał Duane i którą nazywał Jolly Corner, zapożyczając nazwę z opowiadania Henry'ego Jamesa. Dale też używa tej nieformalnej nazwy, z czego można wysnuć wniosek, że dostrzega jakieś związki, podobieństwa pomiędzy farmą Duane'a i jamesowym Jolly Corner. Egzystencja Dale'a Stewarta na rzeczonej farmie i jej okolicach przeplata się z retrospekcjami. Wydarzeniami z jego niedalekiej przeszłości, które doprowadziły go do punktu, w którym znajduje się obecnie. Ale możliwe, że nie tylko, a nawet nie przede wszystkim one. Możliwe, że ściągnęła go tutaj jakaś nadnaturalna siła gnieżdżąca się czy to tylko na farmie Duane'a, czy w całym Elm Haven. Dale w każdym razie myśli, że przybył tutaj gównie po to, by napisać autobiograficzną książkę – zbeletryzowaną wersję swojego dzieciństwa w Elm Haven („Letnią noc”?), które notabene niezbyt dobrze pamięta. Najgęstsza mgła tajemnicy osnuwa rok 1960 – Dale nie może sobie przypomnieć wszystkich, jak wiemy z „Letniej nocy”, koszmarnych wydarzeń, w centrum których wówczas się znajdował. Wraz ze swoimi ówczesnymi przyjaciółmi, z których jeden poniósł śmierć w okolicznościach, których po przeszło czterdziestu latach Dale wciąż nie potrafi w pełni zrozumieć. Bardziej jednak zaprząta sobie głowę Clare Hart, swoją niedawną studentką i zarazem kochanką. Dale związał się z tą błyskotliwą młodą osobą, jeszcze przed rozwodem z kobietą, która obdarowała go dwiema cudownymi córkami. A jakiś czas po rozpadzie tego długoletniego związku zakończył się jego związek z Clare. Jego miłość do Clare trwa nadal, ale Dale wie, że to koniec, że tego związku nie da się już naprawić. I to niszczy go od środka. Zdecydowanie osłabia nadzieję na lepsze jutro. Bo Dale nadal ją ma. Słabo, bo słabo, ale wciąż trzyma się życia. Rozpaczliwe próbuje wrócić na stabilne tory, z których nie tak dawno temu wypadł niejako na własne życzenie.

Dale Stewart to postać tragiczna. Człowiek, który znalazł się na rozdrożu i niekoniecznie tylko od niego zależy odzyskanie niedawno utraconego szczęścia. Ba, w tej sytuacji sukcesem będzie już samo przeżycie. Chyba. Bo podtrzymywanie takiego żywota, jakie obecnie toczy główny bohater „Zimowego nawiedzenia” wcale nie musi być najlepszą z możliwych ścieżek. I Dale na jakimś poziomie świadomości zdaje sobie z tego sprawę. Może nawet podświadomie, ale na pewno gdzieś głęboko w nim tli się przekonanie, że już lepiej umrzeć niż uporczywie trzymać się tak nędznego życia. „Marność nad marnościami i wszystko marność” - ten wers z Księgi Koheleta idealnie opisuje spojrzenie Dale'a Stewarta na jego własną egzystencję. Czytelnik może mieć jednak inne zdanie na ten temat. Wbrew swoim przekonaniom mężczyzna ten nie stracił jeszcze wszystkiego, na czym mu zależy. Ma dwie kochające córki, a jego kariera, zarówno jako pisarza, jak i wykładowcy, jeszcze może zostać uratowana. Sęk w tym, że najwyraźniej nie jest to jeden z tych przypadków, w którym najwięcej zależy od głównego zainteresowanego. Wiele wskazuje na to, że los Dale'a kształtuje nie tyle on sam, co czynniki, które ciężko mu objąć rozumem. Do „Zimowego nawiedzenia” horror wkracza raczej nieśpiesznie i dosyć subtelnie. Dan Simmons oszczędnie dawkuje oznaki nawiedzenia farmy Duane'a McBride'a przez jakieś nadnaturalne istoty i z rzadka robi to z rozmachem. Dbałość o odpowiednią atmosferę jest zadowalająca. Dbałość schizofreniczno-paranormalny klimat panujący na odizolowanej, przykrytej śniegiem farmie i w umyśle jej obecnego mieszkańca, człowieka przechodzącego psychiczne męki i prawdopodobnie dręczonego przez jakieś siły nieczyste. Poza granicami tej posesji Dale'owi też zdarza się stykać z nieznanym. Świadkować niezwyczajnym zjawiskom. Ale poza farmą głównym zagrożeniem są miejscowi skinheadzi – garstka młodych mężczyzn, która obrała go sobie za cel. I szeryf Elm Haven, którego Dale miał nieprzyjemność poznać już w dzieciństwie, i z którym wolałabym nie mieć już nic wspólnego. Ale traf chce, że ich ścieżki znowu się przecinają. Traf, czy jakaś złowroga siła, która powoli, acz nieuchronnie pcha Dale'a ku całkowitemu szaleństwu bądź śmierci. Fatum. Przekleństwo, które może mieć ścisły związek z latam 1960 roku. A konkretniej z tymi mrocznymi wydarzeniami z tamtego okresu, których Dale nie potrafi sobie przypomnieć. Nie w całości, bo jakieś niezrozumiałe, oderwane fragmenty docierają do niego w koszmarnych snach. Nie może mieć jednak absolutnej pewności, że to wspomnienia z dzieciństwa. „Zimowe nawiedzenie” nie jest powieścią lekką, ale i nie powiedziałabym, że stopień jej skomplikowania jest szczególnie wysoki. Akcja rozwija się dosyć nieśpiesznie i to na dodatek w dwóch bardzo różniących się nastrojem okresach. Retrospekcje Simmons utrzymał w słodko-gorzkim romantycznym klimacie, a umowną teraźniejszość otacza aura kojarzona z klasycznymi opowieściami o duchach. Obie te płaszczyzny otacza warstwa psychologiczna – całość to powieść psychologiczna, składająca się jednak z dwóch innych gatunkowych cegieł. Bo bez względu na to, jak owa opowieść się rozwinie – czy Dan Simmons skłoni się w stronę nawiedzenia przez jakieś nadnaturalne istoty, czy choroby psychicznej głównego bohatera (w obu przypadkach najpewniej doprawionych fizycznymi zagrożeniami czyhającymi w Elm Haven) – dzieje Dale'a Stewarta na farmie Duane'a i w jej okolicach, są utrzymane w klimacie klasycznej ghost story. Manifestacji potencjalnych sił nieczystych też nieszczególnie brakuje. Przydałoby się wprawdzie bardziej ożywić pierwszą partię „Zimowego nawiedzenia”, wrzucić w te pierwsze dni pobytu Dale'a na feralnej farmie więcej incydentów o zabarwieniu paranormalnym, nie rezygnując przy tym z akademickich rozmyślań głównego bohatera. Z intertekstualności, rozlicznych nawiązań do wielkich dzieł literackich i egipskiej mitologii. I legend o widmowych psach, ogarach, które moim zdaniem są najważniejszą wizytówką „Zimowego nawiedzenia”. Innowacją to to nie jest, ale i z całą pewnością nie można nazwać tego motywem powszechnym. Sporym zainteresowaniem czy to pisarzy, czy filmowców, jakoś nigdy się nie cieszył – może kiedyś to się zmieni, ale póki co „Zimowe nawiedzenie” jest jednym z nielicznych utworów beletrystycznych poruszających tematykę widmowych ogarów. Które jednakowoż mogą okazać się tylko projekcjami zwichrowanego umysłu głównego bohatera. Albo antybohatera. Tego nie zdradzę, ale autor książki już niestety tak. Z łatwością mógł pozostawić przestrzeń dla domysłów czytelnika. Zamknąć tę opowieść w mniej oczywisty sposób. Zrobić to subtelniej. Zostawić nas z tajemnicą. Z zagadką, która dopraszałaby się od nas jakiegoś logicznego rozwiązania. Wyboru jednej z dwóch najbardziej narzucających się możliwości, albo poszukiwania innej, bardziej ukrytej. Szkoda, że Dan Simmons tej szansy nie wykorzystał, ale to bynajmniej w moich oczach nie przekreśla całej tej pozycji. Powieści napisanej tak, jak bodaj tylko Dan Simmons potrafi – z fantazją, warsztatową dojrzałością, wnikliwością, erudycją i stylowością, która wręcz rozpływa się w ustach. Zasługa w tym również Mariusza Wardy, który przełożył tę historię na język polski. Ale naturalnie największe uznanie należy się temu wirtuozowi pióra, którym niewątpliwie Dan Simmons jest. Choć w „Zimowym nawiedzeniu” niekoniecznie doskonale to pokazuje. W swojej bibliografii ma wybitniejsze dzieła, z „Letnią nocą” włącznie.

Chociaż „Zimowego nawiedzenia” nie uważam za jedno z najwartościowszych dokonań jednego z mistrzów literatury grozy, Dana Simmonsa, to nie powstrzymuje mnie to przed zarekomendowaniem tej powieści miłośnikom tak historii o nadnaturalnych zjawiskach, jak powieści psychologicznych o jednostkach, którą zdają się kroczyć ku zatraceniu. O ile już dawno się nie zatracili. Utworów niezbyt lekkich, wymagających od czytelnika pewnego wysiłku. Nie ogromnego, ale z całą pewnością nie jest to pozycja, podczas lektury której można wyłączać myślenie. Czytać na autopilocie, nieuważnie. Bez znajomości „Letniej nocy” tego samo autora można się co prawda obejść, ale dla pewności lepiej zachować chronologię. Najpierw sięgnąć po wcześniejsze dzieje Dale'a Stewarta opisane w „Letniej nocy”, a dopiero potem wkroczyć w świat przedstawiony w „Zimowym nawiedzeniu”. A potem trzymać kciuki za polskojęzyczne egzemplarze pozostałych książek wchodzących w skład tego cyklu Dana Simmonsa. Luźno powiązanych z jego „Letnią nocą” powieści „Children of the Night” i „Fires of Eden”. Jeśli już nie dla siebie, to dla innych osób (w tym mnie) z utęsknieniem wypatrujących polskich wydań utworów Dana Simmonsa. Wszystkich utworów.

środa, 9 października 2019

Komiks „Noc w Zonie”

Wydawnictwo Studio JG z dumą prezentuje jubileuszowy album przygotowany specjalnie na stulecie polskiego komiksu. „Noc w Zonie” to komiksowa adaptacja opowiadania „Mleczarnia” Michała Gołkowskiego z jego debiutanckiego zbioru „Ołowiany świt”.

Projekt ten, będący ukłonem w stronę rodzimych twórców, stanowi debiut wydawniczy utalentowanego rysownika, Krzysztofa Tarasiuka, który we współpracy z Pawłem Próbą podjął się przełożenia na nowe medium opowiadania jednego z najbardziej kultowych autorów współczesnej polskiej fantastyki.

W albumie znalazły się też szkice koncepcyjne, wykonane gościnnie prace polskich rysowników, wybór ilustracji z książek Fabrycznej Zony, a także fragment powieści „Ziemia złych uroków” Jacka Klossa. Komiks wydany został w twardej oprawie w formacie A4.

Noc w Zonie jest zupełnie inna niż na Dużej Ziemi. Tutaj nie ma żab ani komarów, nie ma puszczyków i świerszczy – tylko cisza dzwoni w uszach, cisza świata, który zdążył za ludzkiej pamięci umrzeć już dwa razy, w osiemdziesiątym szóstym i dwadzieścia lat później, już w nowym millennium. Tutaj tylko wiatr bezustannie szeleści żółknącymi liśćmi i skrzypi zawiasami niedomkniętych na wieczność okien...
Michał Gołkowski
„Ołowiany świt”

Więcej informacji:

Źródło: wszystkie materiały od wydawnictwa Studio JG

„The Intruder” (2019)


Scott i Annie Howardowie kupują stary dom na wiejskim obszarze hrabstwa Napa od niejakiego Charliego Pecka. Mężczyzna informuje ich, że jego żona zmarła przed dwoma laty, a on przeprowadza się na Florydę do swojej córki. Jego pobyt w Napa jednak się przeciąga. Charlie staje się częstym gościem w domu Scotta i Annie. Przychodzi bez zapowiedzi i stara się być pomocny dla nowym właścicieli posesji. Szybko zaprzyjaźnia się z Annie, ale jej męża coraz bardziej denerwują jego wizyty. Scott zauważa, że Charlie zachowuje się trochę tak, jakby wciąż uważał się za właściciela ich domu. Jakby nie potrafił rozstać się z tym miejscem. Annie sądzi, że jej mąż przesadza i wbrew jego woli kontynuuje znajomość z Charliem.

Zrealizowany za w przybliżeniu osiem milionów dolarów amerykańsko-kanadyjski thriller pod tytułem „The Intruder” został wyreżyserowany przez Deona Taylora, twórcę/współtwórcę między innymi „7eventy 5ive” (2007) i „Łańcuszka” (2009). Scenariusz napisał David Laughery (m.in. „Obsesja” z 2009 roku i „Perwersyjna siostra” z roku 2013), a rola czarnego charakteru przypadła w udziale Dennisowi Quaidowi, który w swojej filmografii ma również rolę w „Cold Creek Manor” Mike'a Figgisa, do którego „The Intruder” jest porównywany. Dotychczas film przyniósł przeszło trzydzieści sześć milinów dolarów przychodu, z czego zaledwie trochę ponad milion przyszło spoza Stanów Zjednoczonych i Kanady.

Bogate mieszczuchy kupują uroczy dom na kalifornijskiej wsi od mężczyzny, który ma obsesję na jego punkcie. Nic dziwnego, że ta historia jest porównywana do „Cold Creek Manor” Mike'a Figgisa, ale niesprawiedliwe byłoby stwierdzenie, że twórcy „The Intruder” pożyczali tylko od tej jednej pozycji. To zabawne, że oglądając „The Intruder” myślałam też o „Obsesji” Steve'a Shilla, bo jeszcze wtedy nie wiedziałam, że łączy je scenarzysta. Nie skojarzyłam nazwiska Davida Laughery'ego. Zbieżności fabularne oczywiście są – ciemnoskóre małżeństwo terroryzowane przez jednostkę dotkniętą niezdrową obsesją – ale myśli o „Obsesji” rodziła we mnie głównie realizacja. Błyszczące Stany Zjednoczone, mityczny American Dream: bogaci ludzie, efektowne wnętrza, drogie samochody. Do tego przepiękny naturalny krajobraz – zaciszna, mieniąca się żywą zielenią sceneria, w której stoi porastający bluszczem, przytulny dom głównych bohaterów filmu. Ich nowy nabytek, za bagatela, przeszło trzy miliony dolarów. A co? Stać nas. Deon Taylor w jednym z wywiadów wyznał, że w swoich filmach stara się pokazać taki świat, z jakiego sam pochodzi. Ubogie środowisko, dzielnice, w których przemoc jest na porządku dziennym. W „The Intruder” tego jednak nie zobaczymy. Tutaj jest tak jak Hollywood lubi najbardziej – pokazujemy jakie to Stany Zjednoczone są wspaniałe, w jakie bogactwa się tutaj opływa, jakie oszałamiające kariery się robi. Bieda tutaj nie zagląda – takie wrażenie można odnieść oglądając „The Intruder”. Żywą reklamę Stanów Zjednoczonych, państwa mlekiem i miodem płynącego. Znamy to z niezliczonych hollywoodzkich obrazów – tak naprawdę to niczego innego po współczesnym amerykańskim kinie głównego nurtu się nie spodziewam. Wyjątki od tej irytującej reguły oczywiście się zdarzają, ale zazwyczaj spotykam się z czymś takim, jak w „The Intruder”. Niby thriller, a wszystko się świeci. Forsa jest wszędzie... No prawie, bo oto „na scenę” wkracza Charlie Peck. Wdowiec, któremu się nie przelewa, prosty człowiek od zawsze żyjący na prowincji, który teraz co prawda dostaje duży zastrzyk gotówki od małżeństwa Howardów, ale bynajmniej nie żegna się tym samym ze skromną egzystencją. Nie zmienia samochodu i garderoby, nie kupuje nowego mieszkania, ani nie wyjeżdża na Florydę, gdzie jak wyznał Howardom czeka na niego córka. Scott i Annie przyjęli to bez zastrzeżeń, bo i dlaczego mieliby powątpiewać w jego słowa? Oni jeszcze nie mają powodu, by nie ufać temu sprawiającemu bardzo sympatyczne wrażenie starszemu człowiekowi, który sprzedaje im swój ukochany dom. A widzowie wręcz przeciwnie: nie mają powodu, by ufać Charliemu Peckowi. Przemiły człowiek, który przed dwoma laty przeżył osobistą tragedię, a więc na dodatek zasługuje na współczucie... Tak, gdyby nie to, że wiemy, jak to zwykle w tego typu filmach się rozgrywa. Osoba „do rany przyłóż” zazwyczaj skrywa mroczną osobowość. Pod płaszczykiem układności czai się psychopata zazdrośnie strzegący swojej własności. Dennis Quaid to w mojej ocenie największa atrakcja „The Intruder”. Znany i bez wątpienia diablo utalentowany aktor, pokazuje w tym filmie różne oblicza – dobrotliwego, wygadanego, śpieszącego z pomocą nowo poznanemu małżeństwu, zwłaszcza Annie, człowieka wrosłego w prowincję; cierpiącego w samotności wdowca, człowieka, którego trawi tęsknota za małżonką, która zmarła przed dwoma laty; tytułowego intruza ukradkiem przemykającego po posesji Howardów i z kamienną twarzą oraz ciskającym gromy wzrokiem przyglądającego się nieświadomym jego obecności gospodarzom. I co się z tym łączy, mężczyzny opętanego obsesją na punkcie domu, który nadal uważa za swój, podczas gdy tak naprawdę należy on już do Scotta i Annie. Dennis Quaid w każdej z tych odsłon Charliego Pecka moim zdaniem spisuje się bez zarzutu. Kradł moją uwagę ilekroć pojawiał się na ekranie, chociaż postać, w którą się wcielił nie miała mi do zaoferowania żadnych niespodzianek. Od początku wiedziałam jak to wszystko się potoczy i jestem pewna, że wielu odbiorców „The Intruder” będzie miało ten sam problem. Oglądamy coś, co już znamy.

Michael Ealy i Meagan Good kreujący pierwszoplanowe postacie Scotta i Annie Howardów, wprawdzie należycie weszli w swoje role, ale z postacią Charliego Pecka to niezbyt barwne małżeństwo konkurować przecież nie mogło. Tym bardziej, że wcielił się w niego taki talent jak Dennis Quaid. Ale według mnie oboje zrobili co mogli w tej niewdzięcznej sytuacji, w jakiej się znaleźli. Niewdzięcznej, bo ewidentnie zajmują gorsze pozycje. Powiedziałabym wręcz, że są tłem dla Dennisa Quaida. No dobrze, nie do końca, bo jakby na to nie patrzeć coś tam do owej historii wnoszą. Deon Taylor powiedział, że „The Intruder” to między innymi opowieść o małżeństwie, które zmierza ku rozpadowi za sprawą podstępnej działalności nowo poznanego mężczyzny mającego obsesję na punkcie ich nowego domu, która z czasem rozrasta się na coś/kogoś jeszcze. Małżeństwie, które chcąc przetrwać tę ciężką próbę musi na nowo sobie zaufać. Współpracować. Znaleźć sposób na cerowanie związku z premedytacją rozrywanego przez Charliego Pecka. Nauczyć się czerpać siłę z problemów, jakie w ich życiu się pojawiają. Annie jest zdecydowanie trudniej zaufać mężowi, bo to właśnie przed nią Charlie najskrzętniej ukrywa swoją agresywną naturę. I nie tylko dlatego – Annie ma jeszcze jeden powód, by wątpić w Scotta. Mężczyznę, który w przeciwieństwie do niej, powiedzmy że szybko, zmienia swoje nastawienie do poprzedniego właściciela ich domu w hrabstwie Napa. Zachowanie Charliego najpierw tylko go irytuje, ale z czasem dochodzi strach. Annie pozostaje głucha na jego prośby o niewpuszczanie do domu tego narzucającego się z pomocą człowieka. Groźnego intruza. W jego i naszych oczach. Annie jednak to nie dotyczy. Dla niej Charlie staje się przyjacielem. Człowiekiem, na którego może liczyć, który pomaga jej z różnymi drobnymi pracami i zapewnia towarzystwo w czasie nieobecności jej męża. Scott od rana do wieczora przebywa w mieście, w pracy. Annie ma więc prawo czuć się samotna. Wprawdzie samotność mocno jej nie doskwiera, a wręcz czerpie mnóstwo przyjemności ze spokojnego wiejskiego życia, które dla niej nie jest zupełną nowością. Dla Scotta owszem – mieszczucha z krwi i kości, który kupił dom w Napa tylko ze względu na Annie. W każdym razie przedłużające się nieobecności męża, naturalnie, nie są Annie zupełnie obojętne – cisza ma swój urok, ale od czasu do czasu dobrze jest urozmaicić sobie dzień rozmowami z kimś miłym. Na przykład z kimś takim, jak Charlie Peck, mężczyzna, który w przeciwieństwie do jej męża ma mnóstwo czasu do zabicia. Mniej więcej z taką oto psychologią się tutaj spotykamy. Niecodziennym trójkątem, który do niczego dobrego doprowadzić nie może. Na pewno? Czy ta historia naprawdę musi skończyć się źle? Dla niektórych z pewnością tak, ale czy Howardowie zdają się być skazani na śmierć? Ja inaczej się na to zapatrywałam. Nie drżałam o ich los między innymi dlatego, że nie miałam najmniejszych wątpliwości, że wyjdą zwycięsko z nieuchronnie zbliżającego się bezpośredniego starcia z maniakalnym Charliem. Czy miałam rację? Zdradzę jedynie, że zamknięcie omawianej historii odbiegło od moich wyobrażeń. Nie wyjawię jak daleko, ale przyznaję, że takiego skrętu pod uwagę nie brałam. Wcześniej natomiast dostałam coś, co najwyraźniej miało stanowić największy element zaskoczenia. Wszystko wskazuje na to, że motyw, który zostaje wprowadzony w ostatniej partii „The Intruder” został pomyślany jako najpotężniejsza bomba, największa niespodzianka. Szkoda tylko, że to rozwiązanie wyraźnie nasuwa się wcześniej – a przynajmniej powinno nasunąć się tym, którzy z takim zwrotem akcji już się w kinie spotkali. Trochę filmowców już z niego skorzystało. Nie tak znowu wielu, a już zdążyło mi się to przejeść... Na tym oczywiście nie kończą się przygotowane przez scenarzystę rewelacje. Jest jeszcze trochę pomniejszych niby niespodzianek. Faktów, które mają z lekka zaskakiwać publikę, ale szczerze wątpię, żeby wielu odbiorców „The Intruder” tak na to reagowało. Bo naprawdę nie trzeba się wysilać, żeby już w pierwszej partii filmu wszystko to sobie poukładać. Przewidywalność naturalnie rzutuje na emocjonalne napięcie – obniża je, ale nie w aż takim stopniu, jak warstwa techniczna. Utwory muzyczne wykorzystane w „The Intruder” wpadają w ucho, ale skomponowane specjalnie na potrzeby tego filmu dźwięki „starają się nie rzucać w uszy”. Prawie się ich nie odbiera, co jest dosyć powszechne we współczesnym kinie mainstreamowym. Praca kamer i zagęszczenie mroku też są dokładnie takie, do jakiej zdążyły przyzwyczaić nas XXI-wieczne thrillery i horrory na szerszą skalę dystrybuowane na wielkich ekranach. Wszystko „pięknie policzone”. Bez szaleństw, grzeczniutko, spójnie i... nudnawo. Jak z podręcznika dla filmowców chcących kręcić w zgodzie z aktualnie panującymi trendami. Tak, jump scenki też są, a jedyna która moim zdaniem zasługuje na wzmiankę ma miejsce podczas burzliwej nocy – pewna szybka migawka, którą na pewno rozpoznacie, jeśli zdecydujecie się na seans „The Intruder”.

„The Intruder” to połączenie klimatu „Obsesji” Steve'a Shilla i fabuły przede wszystkim (ale nie tylko) „Cold Creek Manor” Mike'a Figgisa. Tak mniej więcej sprawa się przedstawia. Mniej więcej, bo moim zdaniem omawiany thriller Deona Taylora ustępuje miejsca tamtym dwóm produkcjom. Dennis Quaid błyszczy, ilekroć pojawia się na ekranie. A pojawia się często. Całe szczęście, bo w przeciwnym wypadku nie wiem, czy chciałoby mi się czekać do napisów końcowych. Raczej nie, pomimo tego, że przez niewyobrażalne męki przechodzić tutaj nie musiałam. Ot, prosta, przewidywalna, oklepana historyjka podana w zgodzie z dzisiejszymi trendami. Wprawdzie bez efektów komputerowych (dobre i to), ale za to z niemałą liczbą jump scenek i ewidentnym deficytem napięcia. Nie jest to thriller dla ludzi łaknących mocnych wrażeń, ale jak chce się odpocząć przy czymś niezobowiązującym, to myślę, że spokojnie można na „The Intruder” Deona Taylora postawić.

poniedziałek, 7 października 2019

„Lot 666” (2018)


Podczas nocnego lotu jeden z pasażerów widuje widmową kobiecą postać. Pozostałe osoby przebywające na pokładzie samolotu są przekonane, że mężczyzna ma halucynacje prawdopodobnie wywołane stresem. Wszyscy są podenerwowani z powodu burzy i awarii maszyny, ale starają się nie wpadać w panikę, jak kłopotliwy współpasażer utrzymujący, że samolot jest nawiedzony. Z czasem jednak kolejne osoby na skutek własnych przeżyć nabierają przekonania, że nękają ich duchy, które z jakiegoś nieznanego powodu zagnieździły się na pokładzie tego konkretnego samolotu. W łagodzeniu kryzysów obsłudze pomaga szeryf powietrzny imieniem Thad, który szybko przejmuje dowodzenie. Tak jak większość osób odbywających ten feralny lot nie wierzy, że maszyna jest nawiedzona, ale rozwój wypadków zmusi ich wszystkich do zmiany zdania.

Urodzony w Anglii reżyser i montażysta filmowy, Rob Pallatina, dotychczas stworzył pięć niskobudżetowych filmów pełnometrażowych: opartą na własnym scenariuszu „Przepowiednię” (2016), „Alien Convergence” (2017), „Alien Siege” (2018), „Nazi Overlord” (2018) oraz „Flight 666” („Lot 666”). Scenariusz tego ostatniego napisali Brandon Stroud i Jacob Cooney. Ten drugi między innymi współtworzył scenariusz filmu „Trójgłowy rekin atakuje” (2015) i był jednym z pomysłodawców fabuły obrazu „Pięciogłowy rekin atakuje” (2017). Swoją drogą zastanawiam się, na ilu głowach to się skończy... „Lot 666” to amerykański horror zauważalnie nakręcony bardzo tanim kosztem. Ghost story rozgrywająca się w powietrzu, w psującym się samolocie i podczas burzy. Zrealizowana przez ludzi, którzy pewnie mają w sobie pasję, którym nie brak zapału, ale talentu już niestety tak.

Filmowych horrorów rozgrywających się na pokładzie samolotu nie powstało wiele. Co trochę dziwi, bo to bardzo atrakcyjne miejsce dla opowieści grozy. Wie to na przykład Stephen King, autor jednego z lepszych utworów literackich osadzonych (w dużej części) w tej latającej maszynie: „Langolierów”, minipowieści przełożonej na ekran w formie miniserialu w 1995 roku przez Toma Hollanda. Ponadto King wraz z kolegą po piórze, Bevem Vincentem, zebrał w jednym tomie siedemnaście opowieści grozy w mniejszym i większym stopniu rozgrywających się nad ziemią (antologia pt. „17 podniebnych koszmarów” / „Flight or Fright”). Znajdujemy tam między innymi jedno z najbardziej znanych opowiadań grozy z motywem samolotu, a mianowicie „Koszmar na wysokości sześciu tysięcy metrów” nieodżałowanego Richarda Mathesona. Człowieka, który bez wątpienia też doskonale rozumiał, jak wdzięcznym obiektem dla twórców horrorów jest samolot. Rob Pallatina, reżyser „Lotu 666”, też zapewne to wie, ale w mojej ocenie brakuje mu umiejętności, aby należycie pokazać to na ekranie. Niskie nakłady pieniężne dla mnie żadnym usprawiedliwieniem nie są, bo widziałam już niejeden dowód na to, że za przysłowiowe grosze da się nakręcić horror o niebo lepszy od niezliczonych droższych produkcji. Ale scenariusz autorstwa Jacoba Cooneya i Brandona Strouda może być częściowym usprawiedliwieniem dla reżysera. Może, ale nie musi, bo wątpię w to, że nie miał żadnego wpływu na tekst. Gdyby chciał prawdopodobnie mógłby go poprawić. Bo ten materiał aż prosił się o porządny szlif. Problemu nie upatruję w samej tej historii, bo choć niczym szczególnym się ona nie wyróżnia (typowa historyjka o duchach, tyle że osadzona w samolocie), to nie mogę powiedzieć, że mnie wymęczyła. Prosta opowiastka o nawiedzonym samolocie pasażerskim, na pokładzie którego toczy się niemało niezbyt pasujących do sytuacji, żeby nie rzec bezsensownych rozmów pomiędzy przerysowanymi postaciami. Bzdurne, naiwne kwestie (nie wszystkie, ale dosyć sporo) najbardziej ciążyły mi podczas tego niebezpiecznego lotu przedstawionego przez Roba Pallatinę. Nie wiedzieć czemu tytuł filmu nawiązuje do postaci Antychrysta. Wskazuje na horror religijny, choć z tym nurtem nic go nie łączy. Chyba że plagi, o których w pewnym momencie wspomina steward Liam. Trudno powiedzieć, bo ta myśl nie zostaje rozwinięta. Zupełnie jakby scenarzystom wyleciało to z głowy. Albo to po prostu kolejna nic nieznacząca wypowiedź - kwestia, do której nie należy przywiązywać żadnej wagi. Liam to jedna z ofiar wzmiankowanego już przerysowania poczynionego przez scenarzystów. Najwidoczniej lubujących się w stereotypach. Steward musi być zniewieściały, a dowodzenie musi przejąć tępawy mięśniak, na prawo i lewo rzucający rozkazami i odrzucający wszelkie propozycje pomocy ze strony współpasażerów. Na pokładzie nie może też zabraknąć napakowanego żołnierza o łagodnych usposobieniu, mężczyzny zachowującego się jakby postradał zmysły i młodego małżeństwa: sceptyka starającego się odegnać niepokój od swojej ukochanej wierzącej w duchy. Chociaż w sumie to tak do końca nie wiem, jak z nią początkowo jest. Gdy dzieli się ze swoim mężem wspomnieniem z dzieciństwa, to wydaje się być pewna, że to opowieść o duchu, ale ma się wrażenie, że przyjmuje wyjaśnienie ukochanego, którego wcześniej najwidoczniej pod uwagę nie brała. Choć to najlogiczniejsze i zarazem najprostsze wytłumaczenie jej nieprzyjemnej przygody sprzed lat. Na pokładzie nawiedzonego samolotu jest jeszcze mężczyzna, który podejrzewa, że jeden z pasażerów jest terrorystą. A nawet jeśli nie to na pewno jest wariatem, który stwarza zagrożenie dla innych. Człowiek ów nie powstrzymuje się przed formułowaniem na głos tych oskarżeń, a właściwie to wykrzykiwaniem ich. Jest też stewardesa. Pracowita kobieta, której leży na sercu dobro pasażerów. I dwóch pilotów. Jeden o stalowych nerwach, a drugi wręcz trzęsący się ze strachu. I inni, którzy nie odgrywają większej roli w tej historii. Może poza dwiema osobami wszyscy pozostali to statyści. Robią za tło.

„Lot 666” Roba Pallatiny według mnie nie wypada najgorzej pod kątem klimatu. Ujęcia samolotu z zewnątrz bardziej kiczowate już być nie mogły. Wklejana w tło maszyna, tandetne błyskawice, ale i wygenerowane komputerowo zjawy co jakiś czas pojawiające się za oknami, dryfujące w przestrzeni kosmicznej duchy kobiet, które uwzięły się na ten konkretny samolot. Ale atmosfera panująca na pokładzie, wewnątrz dosyć ciasnej maszyny, pozytywnie mnie zaskoczyła. Prawie bez gęstych ciemności, w chłodnawym świetle padającym z żarówek umieszczonych w samolocie i jak mniemam z reflektorów oświetleniowców, ale jeśli już to operowali nimi bardzo oszczędnie. To pozwoliło twórcom uzyskać z lekka ponury klimacik – natchnęło obrazy szarościami pasującymi do sytuacji, z którą zmagają się bohaterowie filmu. Klaustrofobiczny „Lot 666” niestety nie jest, a przecież ma się pełne prawo oczekiwać tego od horroru rozgrywającego się wysoko nad ziemią, w samolocie przedzierającym się przez „niekończącą się” burzę, w maszynie doznającej awarii i jakby tego było mało nawiedzonej przez wrogo nastawione duchy. Poza tym kamera od czasu do czasu mocno się trzęsie. W ten sposób próbowano osiągnąć efekt roztrzęsionej latającej maszyny, zainscenizować turbulencje w samolocie, którym podróżują coraz bardziej przerażeni bohaterowie „Lotu 666”. Próbowano, ale niezbyt to wyszło. Raczej nikogo te nieskoordynowane ruchy operatorów nie oszukają. Za to pewnie zirytują. Kadrowanie też nie poprawia odbioru tej nieskomplikowanej opowieści o duchach. Ale już rzeczone nadnaturalne istoty swoje walory mają. Nie w sekwencjach, w których są generowane komputerowo, tylko w scenkach z całkiem nieźle ucharakteryzowanymi aktorów. Szczególnie wyłupiaste białe oczy a la „Martwe zło” Sama Raimiego robią w miarę upiorne wrażenie. To z lekka podkręcało ową ogólnie niezbyt trzymającą w napięciu podniebną historyjkę, ale przypuszczam, że na nic by się to zdało, gdyby w scenariuszu inaczej porozkładano środki ciężkości. Całą opowieść zamknięto w samolocie – tu fabuła bierze swój początek i tutaj się skończy. Chociaż jak już wspomniałam ujęcia z zewnątrz też są, a i za oknami trochę się będzie działo – głównie będą przemykać tam obrazki wygenerowane komputerowo. To jednak detale. Liczy się przede wszystkim to, co dzieje się wewnątrz latającej maszyny. Sytuacja od początku nie jest dla pasażerów komfortowa, bo zmagają się z potężną burzą. Dla jednego mężczyzny błyskawicznie staje się jeszcze gorsza, za sprawą istoty, którą dostrzega za oknem samolotu. Twórcy nie starają się zmusić nas do powątpiewania w świadectwo zmysłów tego mężczyzny. Zachowuje się wprawdzie jak człowiek niestabilny psychicznie, ale i tak przez cały czas ma się pewność, że pozostałe osoby znajdujące się na pokładzie powinny z uwagą go wysłuchać. Bo nawet jeśli jest chory psychicznie, to niewiele to znaczy, bo w tym gatunku takie osoby często mają rację, podczas gdy racjonalna reszta tkwi w błędzie. Zjawa, którą widuje ten nieszczęsny mężczyzna (a my wraz z nim) oraz ataki paniki, których w reakcji na te niecodziennie widoki dostaje, to dopiero początek nieoczekiwanych problemów, z jakimi będą musieli zmierzyć się pasażerowie feralnego samolotu. Akcja zawiązuje się wcześnie i toczy się w dosyć szybkim tempie, ale nie w teledyskowej formie. To nie tyle seria błyskawicznie następujących po sobie sekwencji, chaotyczny zlepek nadmiernie dynamicznych scen, ile opowieść, w której mamy dosyć sporo różnego rodzaju alarmujących incydentów, ale tak porozkładanych w czasie, żeby nie mieć wrażenia przesytu. To znaczy o tyle o ile, bo i ta garstka CGI to dla mnie zdecydowanie za dużo. Właściwie to najlepiej „Lotowi 666” by zrobiło, gdyby z nich zrezygnowano. Po co one, skoro praktycznych efektów robiących nieporównanie bardziej realistyczne wrażenie, jest wystarczająco? To dopiero zagadka... Wyróżnić muszę scenki z lustrem oraz akcję z robakami i wymiotami – nic nadzwyczajnego, ale ze wszystkich incydentów, do jakich dochodzi na pokładzie przedmiotowego samolotu te najbardziej przykuły moją uwagę. Jest też zwrot akcji, na który stanowczo zbyt późno się przygotowałam. Myślę, że znajdą się osoby, którym uda się to szybciutko rozpracować, ale ja przez długi czas nawet nie próbowałam, bo nie zakładałam, że jest w tym wszystkim jakaś zagadka. UWAGA SPOILER Dopiero, gdy już zwrócono moją uwagę na to, że duchy muszą mieć jakiś motyw, że kieruje nimi coś, co ma ścisły związek z tym konkretnym samolotem, to zgadłam w czym rzecz. Udało mi się nawet wyłowić winowajcę, co już w sumie było najprostsze - najlogiczniejsza opcja i tyle KONIEC SPOILERA.
 
Niskobudżetowa ghost story w reżyserii specjalizującego się w podrzędnym kinie Roba Pallatiny, w kiczowatych obrazach skierowanych do raczej wąskiego grona osób. Do ludzi, którzy potrafią przymknąć oko na poważne niedostatki techniczne. Ze scenariuszem „Lotu 666” sprawa przedstawia się trochę lepiej – banalna historyjka z mnogością topornych, naiwnych i bezsensownych dialogów, ale bez nużących przestojów i na odwrót: bez nadmiernego dynamizmu. Czy zatem warto na to poświęcać czas? Nie radzę. Nie polecam, chociaż sama jakoś szczególnie się na tym nie męczyłam. Nie wiem, albo akurat byłam w nastroju odpowiednim na takie koszmarki, albo i tak niewysokie wymagania względem kina jeszcze mi się obniżyły.

sobota, 5 października 2019

„W wysokiej trawie” (2019)


Rodzeństwo DeMuth, Cal i będąca w szóstym miesiącu ciąży Becky, w drodze do San Diego zatrzymują się w wyludnionej okolicy, w pobliżu starego kościoła i rozległego pola obrośniętego wysoką trawą. W pewnym momencie ich uszu dociera krzyk małego chłopca wzywającego pomocy. Chłopca, który zgubił się w trawie. Cal i Becky słyszą też jego matkę, która w ich odczuciu zachowuje się dosyć dziwnie. Cal rusza na ratunek, a jego siostra podąża w ślad za nim. Oboje szybko gubią się w trawie. Nie mogą odnaleźć ani chłopca, ani jego matki, ani siebie nawzajem. Ku swojemu przerażeniu zauważają anormalne, sprzeczne z prawami fizyki, właściwości tego miejsca. Położenie Cala i Becky na trawiastym terenie nieustannie się zmienia. Wbrew wszelkiej logice, w sposób kompletnie dla nich niezrozumiały. Młodzi ludzie oddalają się od siebie i przybliżają do siebie nawet wówczas, gdy żadne z nich nie znajduje się w ruchu. Ale na tym ich problemy się nie kończą. W niezwykłej trawie czai się groźny osobnik, który bez trudu porusza się po tym niebezpiecznym polu.

Twórca między innymi „Cube'a” (1997), „Istoty” (2009) i „Istnienia” (2013), Vincenzo Natali, w projekt przeniesienia na ekran noweli Stephena Kinga i Joego Hilla pt. „In the Tall Grass” („W wysokiej trawie”) zaangażował się poprzez osobę zaznajomioną z jednym z producentów filmu. Pomysł go zaintrygował, potrzebował jednak czasu na zastanowienie. „Czy powinienem nakręcić kolejny film [pierwszym był „Cube”] o ludziach uwięzionych w metafizycznym środowisku?” - takie pytanie sobie zadawał. Jego wątpliwości potęgował fakt, że trawiaste pole o niezwykłych właściwościach wymyślone przez Kinga i Hilla na potrzeby ich krótkiego utworu literackiego nie przypomina niczego, nad czym dotychczas pracował. Nazwał to miejsce akcji unikalnym. Mimo wątpliwości opracował szkic scenariusza i... zajął się czymś innym. Wrócił do niego jakieś pięć lat później. W maju 2018 roku ogłoszono, że Netflix objął pieczę nad tym projektem. Zdjęcia do horroru „W wysokiej trawie” w reżyserii i na podstawie scenariusza Vincenzo Nataliego ruszyły jeszcze w tym samym roku w Kanadzie, a pierwszy pokaz filmu odbył się we wrześniu 2019 roku na Fantastic Fest, a w październiku (tego samego roku) został udostępniony na platformie Netflix.

Filmowa wersja „W wysokiej trawie” początkowo wiernie podąża za oryginałem. Towarzyszymy Calowi i jego brzemiennej siostrze Becky (zadowalające kreacje Avery'ego Whitteda i Laysli De Oliveiry). Młodym ludziom, którzy podczas postoju w długiej samochodowej podróży zostają zaalarmowani przez nieznajomego chłopca Tobina (niezły Will Buie Jr.), zabłąkanego w wysokiej trawie w zacisznym zakątku Stanów Zjednoczonych (umownie, bo film nagrywano w Kanadzie). Słoneczne popołudnie. Rzadko uczęszczana droga, po jednej stronie której stoi mały kościółek wyglądający na od dawna nieużytkowany i kilka porzuconych samochodów, a po drugiej rozciąga się obszerne pole obrośnięte bardzo wysoką trawą. Taka sceneria rozpościera się przed oczami widzów już we wstępnej fazie tej opowieści. Opowieści, która idzie tym samym torem, co nowela Stephena Kinga i Joego Hilla... do pewnego momentu. Najpierw wygląda to na ekranizację, ale wiadomym było, że Vincenzo Natali musi tę historię rozszerzyć. Robiąc pełnometrażowy film z tak nieobszernego utworu, jak „W wysokiej trawie” pióra Kinga i Hilla, jest się praktycznie skazanym na adaptację. O ekranizacji można zapomnieć. W omawianej produkcji Nataliego doskonale widać, jak niewystarczający dla długiego metrażu jest to materiał. Zaledwie dwadzieścia minut wystarczyło, by dosyć dokładnie zobrazować prawie całą historię stworzoną przez Stephena Kinga i jego syna Joego Hilla. Prawie, bo reszta potem. Po osobistym wkładzie Vincenzo Nataliego. Ten zajmuje najwięcej miejsca. Jego propozycja oczywiście wyrasta z koncepcji Kinga i Hilla, ale odbiorcy ich noweli mogą liczyć na niespodzianki. W niepomierne zdumienie ich to raczej nie wprawi. A przynajmniej tych z nich, którzy mają jakieś rozeznanie w kinie grozy. I science fiction, bo motyw, po który sięgnął Natali z tym gatunkiem jest bodaj najbardziej kojarzony. Ja jednak śledząc wątek obmyślony przez scenarzystę i zarazem reżysera „W wysokiej trawie” miałam przed oczami głównie UWAGA SPOILER „Piąty wymiar” Christophera Smitha KONIEC SPOILERA. Tak jakoś mi się nasuwało, chociaż przykłady tego rodzaju historii można mnożyć. Ale czy w takiej lokacji? Absolutnie nie. Rozległemu polu obrośniętemu wysoką trawą o nadnaturalnych właściwościach wymyślonemu przez Kinga i Hilla pospolitości zarzucić nie można. Intrygujące, tchnące dosyć dużą świeżością miejsce akcji nie jest jeszcze gwarantem sukcesu. To sporo, ale żeby podtrzymać zainteresowanie widza potrzeba czegoś więcej. Przede wszystkim zajmującej historii, co w takiej scenerii łatwe nie jest. Myślę, że Natali znacznie by sobie sprawę ułatwił, gdyby nie zaczął w tym samym punkcie, co Hill i King w swojej noweli. Gdyby pozwolił nam potowarzyszyć Calowi i jego ciężarnej siostrze Becky w samochodowej podróży do San Diego. Dzięki temu moglibyśmy lepiej ich poznać i co równie ważne takie podejście dawałoby scenarzyście możliwość skrócenia tego, co „W wysokiej trawie” najbardziej mnie męczyło. Błądzenie bohaterów po niezwykłym polu, przedzieranie się przez bardzo wysoką trawę o nadprzyrodzonych właściwościach, bieganie, chodzenie – to naprawdę nużące. A przecież z czegoś takiego też można było sporo wycisnąć. Wystarczyłoby jedynie (a raczej aż) wypracować zdecydowanie bardziej przytłaczający klimat i więcej uwagi poświęcić stopniowaniu napięcia. Bo z tym jest dosyć płasko. Niektórzy mogą w to nie uwierzyć, ale w moim odczuciu sceny nakręcone w świetle dziennym, w palących promieniach słonecznych, są bardziej nastrojowe od sekwencji nocnych. Za zdjęcia odpowiedzialny był Craig Wroblewski, który niczym nadzwyczajnym się tutaj wprawdzie nie popisał, ale dopóki na ekranie panował dzień z lekka udzielało mi się zagubienie bohaterów w jako tako klaustrofobicznej przestrzeni i odbierałam złowrogie wibracje wysyłane z oprawy wizualnej. Także, bo oczywistym jest, że ścieżka fabularna takowe wibracje wysyła. Wszystko to niestety jest ugrzecznione. Dlatego doceniłam to dopiero po zapadnięciu zmroku, po nastaniu nocy w świecie przedstawionym przez Vincenzo Nataliego i resztę ekipy pracującej nad adaptacją znakomitej noweli Stephena Kinga i Joego Hilla. Kolorowe obrazki okazały się bardziej złowieszcze od metalicznej czerni, która „bierze w posiadanie” dalszą partię przedmiotowego obrazu. Paradoksalnie to sceny nocne na moje oko są bardziej plastikowe od dziennych. Pewnie dlatego, że za dnia barwy są z lekka przygaszone. A w nocy? No cóż, jest ciemno, ale nie aż tak, żeby miało się trudności z rejestracją szczegółów i... nic poza tym. A przecież dysponując takim miejscem akcji spokojnie można było podduszać widza atmosferą.

Aż trudno uwierzyć, że twórca kultowego thrillera pod tytułem „Cube” stworzył coś tak mało klimatycznego, jak „W wysokiej trawie”. Tym bardziej, że materiał, na którym oparł swój scenariusz wiele mu oferował. Wystarczyło jedynie przełożyć na język filmu klimat, w którym Stephen King i Joe Hill utrzymali swoją nowelę i albo skrócić nużące wędrówki bohaterów po trawiastym polu, albo tchnąć w to chociaż trochę silniejszych emocji. Jedynie... dobre. Budowanie odpowiedniej atmosfery dla horroru, wielu obecnym twórcom nie tyle przychodzi z dużym trudem, ile praktycznie się nie udaje. Ale Vincenzo Natali już w latach 90-tych pokazał, że to potrafi. Więc co się stało? Cóż, albo Natali nie umiał odpowiednio pokierować tą ekipą techniczną, z którą pracował nad omawianą produkcją, albo jego wizja była nietrafiona. To znaczy nie przemówiła do mnie, bo trzeba zaznaczyć, że „W wysokiej trawie” jakością nie odstaje od wielu współczesnych mainstreamowych horrorów (aczkolwiek jump scenek nie odnotowałam). Właściwie to gdybym miała wybierać pomiędzy „W wysokiej trawie”, a „Smętarzem dla zwierzaków” też z 2019 roku (filmem opartym na powieści współautora noweli „W wysokiej trawie”, Stephena Kinga), to postawiłabym na ten pierwszy. Wkład Nataliego w znaną mi już historię Kinga i Hilla, pewnie rozczaruje poszukiwaczy oryginalnych rozwiązań fabularnych, ale ja do nich nie przynależę. I no, mam sporo sympatii dla motywu, którym to Natali zdecydował się ożywić swój scenariusz. Albo inaczej: który pchnął tę opowieść na ścieżkę, jakiej nie znajdujemy w pierwowzorze. Ale zanim to nastąpi „na scenę” wkroczy Travis McKean (przekonująca kreacja Harrisona Gilbertsona), ojciec dziecka, które jeszcze nosi w sobie Becky. Młody człowiek, który wyruszył na poszukiwanie rodzeństwa zmierzającego do San Diego, które przywiodły go, oczywiście, na przeklęte trawiaste pole. Tego w wersji Kinga i Hilla nie ma. To nowy rozdział, którego rozwój nie wydaje się być kompletnie oderwany od oryginalnej koncepcji. Wciśnięty na siłę, niepasujący do zamysłu Kinga i Hilla. Bo po takim miejscu akcji można właśnie czegoś takiego się spodziewać. Aż dziw, że autorzy pierwowzoru po ów motyw nie sięgnęli.... Chociaż może i by to zrobili, gdyby zdecydowali się na powieść. Vincenzo Natali w jednym z wywiadów zdradził, że pracując nad scenariuszem „W wysokiej trawie” przyjmował taki punkt widzenia, jaki mogliby przyjąć King i Hill, gdyby pisali powieść, a nie nowelę. Mogliby, ale nie musieli. Bo takie miejsce jak rozległe pole obrośnięte wysoką trawą o nadnaturalnych właściwościach, może i nie daje bardzo dużego pola do popisu, ale inne możliwości na rozbudowanie tej historii też by się znalazły. Pierwszy zwrot akcji (pierwszy, jeśli zna się materiał wyjściowy) pewnie zmusiłby mnie do zakrzyknięcia w myślach „Witamy w Strefie Mroku”, ale to było wcześniej. Wzorem noweli już na początku filmu. Odwzorowywanie wydarzeń rozpisanych przez Kinga i Hilla przerwano w momencie, w którym już, już miało się zrobić krwawo. Rozczarowanie niedługo potem zastąpił jednak nie tak znowu zaskakujący, ale na pewno obiecujący zwrot akcji. Właściwie to dający pewność, że w adaptacji „W wysokiej trawie” Stephena Kinga i Joego Hilla rzecz potoczy się inaczej. Nastąpi inny ciąg wydarzeń prowadzący do... Miałam nadzieję, że zobaczę najmocniejszą scenkę adaptowanej historii. Nadzieja ta jednak ciągle słabła, bo nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że twórcy „W wysokiej trawie” najzwyczajniej w świecie boją się pójść na całość wzorem Kinga i Hilla. Że robią wszystko, co w ich mocy, żeby przypadkiem kogoś nie zaszokować. Sugeruje to przede wszystkim portret krwawej działalności Rossa Humboldta (ależ Patrickowi Wilsonowi alias Edowi Warrenowi się rola trafiła!). A gdzie tam krwawa. W miarę krwawa to jest w noweli, film natomiast makabrycznych szczegół „litościwie nam oszczędza”. „Na pocieszanie” dostaniemy efekty komputerowe. Na miarę XXI wieku, czyli jest niemiłosiernie sztucznie. Do tego dynamiczny montaż i voila: mamy obowiązkowe zlepki w zamyśle (tylko w zamyśle) upiornych zdjęć, które nie bardzo wiadomo po co tam są, ale czy to ważne? Ważne, że nas na to stać! Kiedy wszystkie te sztuczności przebiegały przed moimi oczami, kiedy bohaterowie biegali po polu traw, ja czekałam. Czekałam już tylko na najmocniejsze uderzenie – bezkompromisową sekwencję opisaną przez Kinga i Hilla. Bo na zagęszczenie klimatu już dawno przestałam liczyć. I słusznie. Niesłusznie jednak wyczekiwałam tej jednej konkretnej sceny. Ale z drugiej strony twórcy mogli bardziej się cofnąć, podejść do tej historii jeszcze łagodniej. I nie chodzi o jej zamknięcie. To już zupełnie inna sprawa.

Krótki utwór Stephena Kinga i Joego Hilla zatytułowany „W wysokiej trawie” może i najłatwiejszy do przełożenia na ekran nie jest, ale nie sposób zaprzeczyć, że spore możliwości filmowcom stwarza. Na pewno nieporównanie większe niż w przypadku powieści Stephena Kinga pt. „Gra Geralda”, a wciąż pamiętam wyborne widowisko filmowe, jakie Mike Flanagan wyczarował na jej kanwie. Vincenzo Natali zaserwował mi zupełnie inną jakość. Dużo słabszą, ale i nie spodziewałam się filmu tak dobrego, jak „Gra Geralda”. Nie wiązałam z tym przedsięwzięciem ogromnych nadziei, pomimo obiecującego materiału wyjściowego oraz nazwiska reżysera i zarazem scenarzysty. Bardziej nastawiałam się na coś poziomem zbliżonego do drugiej filmowej wersji „Smętarza dla zwierzaków” Stephena Kinga. Bo w końcu w tym przypadku czołowi twórcy i tym bardziej literacki fundament zniechęcające też nie były. Bynajmniej. I proszę, „W wysokiej trawie” Vincenzo Nataliego przyswajało mi się ciut lepiej. Ale to i tak nic szczególnego. Taki sobie tworek na nudny wieczorek.

piątek, 4 października 2019

Stephen King „Instytut”


Były policjant, Tim Jamieson, zmierzając do Nowego Jorku zatrzymuje się w małym miasteczku DuPray w Karolinie Południowej, gdzie udaje mu się zdobyć posadę nocnego strażnika.
Bardzo inteligentny dwunastolatek posiadający niewielkie zdolności telekinetyczne, Luke Ellis, zostaje porwany i przetransportowany do placówki zwanej Instytutem, położonej gdzieś w lasach Maine. Chłopiec budzi się w pokoju łudząco podobnym do jego własnego, ale pozbawionym okna. Luke szybko odkrywa, że są tu przetrzymywane też inne dzieci, a każde z nich jest obdarzone jedną z dwóch niezwykłych zdolności: telekinezą lub telepatią. I właśnie na tych ich zdolnościach zależy ludziom pracującym w Instytucie. Dzieci nie wiedzą jednak jaki jest cel ich działań. Wiedzą natomiast, że ich pobyt w tak zwanej Przedniej Połowie Instytutu nie będzie trwał długo, że wkrótce tak jak inni, którzy byli tu wcześniej, zostaną przeniesieni do Tylnej Połowy. Nie wiedzą, co ich tam czeka, ale podejrzewają, że coś dużo gorszego od tego, co przeżywają w Przedniej Połowie. Gorszego od tych wszystkich, często bolesnych testów, którym są tutaj poddawani. Przez ludzi zdających się nie mieć żadnych skrupułów, którym nie robi większej różnicy to, że wyrządzają nieodwracalną krzywdę dzieciom. Za posłuszeństwo więźniowie są nagradzani, a wszelki opór spotyka się z dotkliwą karą. Luke i nowi koledzy będą musieli znaleźć jakiś sposób na wydostanie się z Instytutu zanim będzie dla nich za późno. Ze strzeżonej placówki, z której jeszcze nikomu nie udało się uciec.

Wydana w 2019 roku powieść Stephena Kinga pod tytułem „The Institute” („Instytut”) była reklamowana jako powrót mistrza literatury grozy do korzeni. Do motywów, z którymi z sukcesami już się mierzył. Tajna placówka badawcza i dzieci z psychokinetycznymi zdolnościami zwiastowały opowieść w stylu „Podpalaczki”. Ale nie tylko, bo King niejednokrotnie czynił postaciami swoich utworów nieletnich obdarzonych niezwykłymi mocami („Carrie”, „Lśnienie”. Tak na marginesie: King wspomina też tutaj „Miasteczko Salem”). Swoich horrorów, „Instytutowi” natomiast zdecydowanie bliżej do thrillera science fiction. W mojej ocenie dla mniej wymagających czytelników. Książka ta przez osoby niezbyt dobrze rozeznane (lub wcale) w twórczości Kinga może być porównywana do głośnego serialu Netflixa „Stranger Things”, ale to mylny trop, bo jeśli już, to twórcy tej pozycji czerpali z niewielkiej części jego literackiego dorobku. I dotyczy to także dziecięcej przyjaźni. Z tym motywem King też już nieraz się mierzył. Z największym rozmachem w „To” i o tej właśnie powieści myślał tworząc relację pomiędzy małoletnimi więźniami tytułowego Instytutu.

Stephen King nie ukrywa swojej, delikatnie mówiąc, niechęci do obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, Donalda Trumpa. Zasiadając do lektury „Instytutu” nie miałam więc wątpliwości, że prędzej, czy później o nim wspomni. I długo nie musiałam czekać na pierwszą wzmiankę na jego temat. Stephen King zaczął pisać „Instytut” niedługo przed zajęciem fotela prezydenckiego przez Donalda Trumpa, wykazał się jednak niezbyt imponującą (bo nietrudno było się domyślić, kto wygra przedmiotowe zmagania polityczne) zdolnością przewidywania przyszłości. „Instytut” King skończył pisać w 2018 roku, grubo ponad rok po wygranej Trumpa w wyborach prezydenckich, ale zarzeka się, że w tej materii niczego nie zmienił. Mówi, że to po prostu jeden z tych przypadków, w których rzeczywistość dogoniła fikcję. O „wielkomiejskim jełopie”, autor „Instytutu” pisze zaskakująco mało - jak na siebie, pamiętamy bowiem „Uniesienie”. Abstrahując więc już od Donalda Trumpa, ta nieskomplikowana podróż rozpoczyna się od Tima Jamiesona. Byłego policjanta, który trafia do, oczywiście, małego miasteczka DuPray - to już mniej oczywiste - w Karolinie Południowej. A gdzie Maine? Ta wizytówka prozy (nie całej) Stephena Kinga? Będzie, tylko trochę później. Kiedy już pokrótce zapoznamy się z Timem, nowo zatrudnionym nocnym strażnikiem w mieścinie, w której diabeł mówi dobranoc. I z dwunastoletnim Lukiem Ellisem, bardzo inteligentnym chłopcem mieszkającym w Minneapolis w stanie Minnesota. Z kochającymi rodzicami, którzy zdają sobie sprawę z tego, że ich syn jest niezwykły. Nie tylko dlatego, że to istny mały geniusz. Wiedzą również o jego słabych zdolnościach telekinetycznych, do których jednakowoż, tak jak on, nie przywiązują dużej wagi. Ważniejsza dla nich wszystkich jest imponująca inteligencja dwunastolatka, która z kolei nie będzie miała żadnego znaczenia dla jego porywaczy. Bo Luke już wkrótce zostanie wbrew swojej woli odtransportowany do ściśle tajnej placówki w...tadam!... lasach Maine. Placówki, w której gromadzi się dzieci obdarzone mocami telekinetycznymi oraz telepatycznymi. Również takie, u których jedna z tych zdolności jest prawie znikoma. Nie nazwałabym „Instytutu” powieścią asekurancką, bo jakby na to nie patrzeć, King ofiarami czyni dzieci. Ofiarami nie tak znowu tajemniczych dorosłych poddających ich, już bardziej tajemniczym, eksperymentom. Tuż po przebudzeniu w tym nieprzyjemnym miejscu Luke poznaje niewiele starszą od siebie Kalishę Benson, telepatkę, która przedstawia mu resztę towarzystwa. Pozostałe dzieci przetrzymywane w Instytucie, z którymi szybko połączy go przyjaźń. Z nimi i z niektórymi osobami, które pojawią się tutaj później. Zwłaszcza z dziesięcioletnim Averym Dixonem, silnym telepatą, którego Luke i Kalisha otoczą troskliwą opieką. Na tyle troskliwą, na ile to możliwe w takim miejscu, jak Instytut. W miejscu, w którym dzieci traktuje się jak króliki doświadczalne. Poddaje się je męczącym i często bolesnym badaniom, karze za wszelkie przejawy nieposłuszeństwa i próbuje się im wpoić, że są żołnierzami, że działają dla wyższego dobra. Jednym słowem, że są bohaterami. Ale bynajmniej się tak nie czują. Tęsknią za swoimi bliskimi i słodkim poczuciem wolności, drżą na myśl o kolejnych testach, które bez wątpienia jeszcze ich czekają, ale najbardziej boją się czegoś, co się zowie zastrzyki na kropki. I Tylnej Połowy Instytutu. Tam bowiem w końcu trafia każde dziecko z Przedniej Połowy. I już nie wraca. To niepodobne do Stephena Kinga, ale niezbyt poradził sobie z postaciami omawianej powieści. Główny bohater, Luke Ellis, naturalnie najbardziej wyróżnia się z tej gromadki. O nim wiemy najwięcej, jemu najczęściej towarzyszymy, a więc tutaj najłatwiej o więź. Czy silną, to już inna sprawa. Właściwie to ja bardziej przywiązałam się do osoby, na temat której dostałam dużo mniej informacji. Trochę starszego od Luke'a Nicka Wilholma, krnąbrnego chłopca, nieustannie stawiającego skazany na niepowodzenie opór swoim oprawcom. Choć zdecydowana większość dzieci, które na swoje nieszczęście trafiły do tego sekretnego miejsca szybko dochodzi do wniosku, że nieposłuszeństwo jest nieopłacalne, bo i personel robi wszystko, by skłonić je do takiego myślenia, to Nick przez cały czas walczy. Wie, że nie ma najmniejszych szans na wygraną, wie że kara jest nieunikniona, ale to go nie zniechęca. Znakomity materiał na rewolucjonistę, czyż nie? Nick jest prawdziwą inspiracją dla Luke'a. Imponuje mu, bo i trudno żeby taki rodzaj odwagi nie budził podziwu. Luke jednak obiera inną strategię. Podczas gdy Nick stawia jawny opór oprawcom, Luke działa zakulisowo. Wykorzystuje swoją ponadprzeciętną inteligencję w tym bardzo nierównym starciu. Gra w szachy, rozgrywa partię, w której stawką jest życie jego i jego nowych przyjaciół.

Dziecięca przyjaźń przedstawiona na kartach „Instytutu” nie przypominała mi tej zapamiętanej z „To” tego samego autora. Nie sposób zakwestionować tego, że pomiędzy niektórymi osobami uwięzionymi w tajnej placówce zwanej po prostu Instytutem istnieje silna i niezwykła więź, tak jak pomiędzy małoletnimi protagonistami „To”. Ale to niestety nie jest ta skala. Klub Frajerów tworzą barwne, zróżnicowane charakterologicznie postacie, skrupulatnie przedstawione osobowości, które wzajemnie się dopełniają. Razem tworzą jedność prawdopodobnie nie do pokonania. To się czuje i żałuje, że nie jest się częścią tego ich zaklętego kręgu. Nie dosłownie, bo w wyobraźni trudno nie przenieść się do ich świata i nie stanąć u ich boku. Paczce, do której przynależy między innymi Luke Ellis boleśnie brakuje tej magicznej iskry. Związek garstki dzieci z Instytutu nie jest tak zajmujący, jak ten na czele którego stoi Bill Denbrough. Jakieś emocje, owszem generuje, ale gdzie im do tych z „To”. Myślę, że głównym winowajcą tego, że relacja ta, przynajmniej w moich oczach, nie zagrała tak jak w „To” była nieobecność Żółwia. Żartuję. Kocham Żółwia, ale mam pewność, że nie w tym rzecz. Problematyczne były dla mnie portrety młodocianych bohaterów „Instytutu” (dorosłych postaci zresztą też). Luke'a Ellisa pominę, bo o nim wiedziałam dosyć sporo. O Nicholasie Wilholmie już mniej, ale jako że King wyróżnił te jego cechy, które w ludziach cenię (buntownik pełną gębą), to zauważalna niepełność jego obrazu tak bardzo mi nie przeszkadzała. Nie tak, jak w przypadku Kalishy Benson (zagorzałej przeciwniczki Donalda Trumpa), Avery'ego Dixona, George'a Ilesa, Iris Stanhope i Helen Simms. Nie mogę powiedzieć, że King sprowadził ich wszystkich tylko do nazwisk, ale dużo dalej z całą pewnością nie poszedł. Aczkolwiek sądzę, że to i tak lepsze od tego, co mieli mi do zaoferowania antagoniści. W tamtych przypadkach wiedziałam za mało, a w tych aż za dużo. Nie, inaczej. Takie złudne wrażenie odnosiłam przez to, że ilekroć byłam zmuszona im towarzyszyć, a zdarzało się to dosyć często, to czas wlekł mi się niemiłosiernie. Ot, w zdecydowanej większości zbieranina ludzi pozbawionych wszelkich skrupułów, okrutników, którymi kieruje jakiś wyższy cel (wyższe dobro?), którzy pracują dla... King chyba chciał przez jakiś czas utrzymać to w tajemnicy. Nie mam wprawdzie takiej pewności, ale na wszelki wypadek pominę tę informację. Bo kto wie, może ktoś się tego nie domyśli. Raczej wątpliwe, ale załóżmy. W każdym razie sprawa sprowadza się do tego, że w Instytucie prowadzi się eksperymenty na obdarzonych niezwykłymi mocami dzieciach, że robią to osoby praktycznie pozbawione empatii względem nich, bo jak przystało na burzycieli występujących w rozlicznych utworach science fiction w ich przekonaniu tutaj cel całkowicie uświęca środki. Rzeczony cel, może nie w szczegółach, ale w zarysie łatwo przedwcześnie rozpracować. Podobnie przebieg akcji. „Instytut” zauważalnie dzieli się na trzy części. Pierwszą poświęcono byłemu policjantowi Timowi Jamiesonowi. Raczej dla nikogo nie powinno być tajemnicą, jaką rolę w tej historii ów mężczyzna odegra, ale zanim to nastąpi poznamy dwunastoletniego Luke'a Ellisa i inne dzieci uwięzione w tytułowym Instytucie. Ich dzieje w tej placówce uważam za najciekawszy człon owej opowieści, mimo tego, że wszystko przebiega tutaj bez potężnych zaskoczeń. Klimat tego miejsca – alienacja młodych bohaterów (strzeżony, acz niezbyt mocno tajny obiekt gdzieś w lasach stanu Maine), okrucieństwo dorosłych, którzy w każdej chwili mogą ich zabić i nie ma się wątpliwości, że specjalnie ich to nie obejdzie – co prawda nie oddziaływał na mnie szczególnie mocno, ale pewne napięcie emocjonalne z niego płynęło. W przeciwieństwie do ostatniej partii „Instytutu”, którą mogę podsumować tylko jako tanią akcyjkę. Jest dynamicznie i... beznamiętnie. Fabuła pędzi na łeb na szyję po utartej ścieżce, ku przewidywalnemu finałowi, którego szczerze mówiąc nie mogłam się doczekać. Nieustanne przeskoki pomiędzy postaciami i miejscami – raz przyjmujemy punkt widzenia Luke'a, innymi razy Tima, jeszcze innymi Kalishy, dyrektorki Instytutu i szefa ochrony tego tajnego obiektu (każdorazowo jednak w trzeciej osobie), którzy prawie przez cały czas są w biegu. Nie ma czasu na głębsze przemyślenia i emocje, nie ma się okazji z dużą dokładnością rejestrować krajobrazów, nie wspominając już o nieśpiesznym zawieraniu znajomości. Przyjaźnie zawiązują się szybko, bo i okoliczności tego wymagają. Bo w ostatniej partii wszystko dzieje się szybko – to znaczy dla bohaterów i antybohaterów „Instytutu”, bo mnie szło to raczej opornie. Dosyć mozolnie. Co tam dosyć – z niemałym trudem brnęłam przez ostatnie kilkaset stronic „Instytutu”, tracąc wszelką nadzieję na powrót umiarkowanych emocji skupionych wokół Luke'a i jego przyjaciół. Aż tak tragicznie na szczęście nie było, bo ta prosta akcyjka miewała emocjonujące momenty, ale raczej niewiele. Im dalej w przysłowiowy las, tym większe zmęczenie odczuwałam.

Powiedziałabym, że to nie jest ten sam Stephen King, którego znamy, ale to nie do końca byłaby prawda. „Joyland”, „Doktor Sen” i „Śpiące królewny” stworzone wespół z synem Owenem Kingiem, w mojej ocenie plasują się na tym samym poziomie co „Instytut” (wyjątkowo szpetne okładki prawie wszystkich dotychczasowych wydań). A to tylko przykłady. Niezłe czytadła dla osób niespragnionych najmocniejszych wrażeń, emocji na miarę m.in. „Lśnienia”, „To”, „Bastionu”, czy wreszcie „Smętarza dla zwierzaków”. Pomyłką w imponującej karierze Stephena Kinga „Instytut” według mnie nie jest. Bez przesady. Niedosyt jednak mam. I to duży. Ale godzę się z tym. Z natury jestem pesymistką, więc nie zakładam, że King jeszcze wróci na dawne powieściowe tory, że jeszcze napisze coś na miarę swoich najlepszych horrorów, ale i przestałam już tego od niego wymagać. Doszłam do wniosku (słusznego czy nie, sami oceńcie), że fanom gatunku dał już aż nadto. Zachłannością byłoby żądać od Stephena Kinga jeszcze więcej, nieprawdaż?

wtorek, 1 października 2019

„Midsommar. W biały dzień” (2019)


Studentka Dani Ardor, która parę miesięcy wcześniej straciła rodziców i siostrę, dowiaduje się, że jej chłopak Christian wybiera się ze swoimi przyjaciółmi Markiem, Joshem i Pellem, do szwedzkiej wioski, z której pochodzi ten ostatni. Mężczyźni przede wszystkim chcą obejrzeć tamtejsze obchody z okazji letniego przesilenia. Christian proponuje Dani, by do nich dołączyła, a ona przyjmuje zaproszenie. Amerykanie zostają bardzo ciepło przyjęci przez niewielką społeczność żyjącą w harmonii z Naturą. Odziani w biel mieszkańcy urokliwej osady otoczonej gęstymi lasami wyglądają trochę egzotycznie i prowadzą dosyć nietypowy tryb życia. Ich gości jednak to nie zraża. Wręcz przeciwnie: zderzenie z tą obcą dla nich kulturą traktują jak cenną przygodę. Do czasu. Młodzi ludzie wezmą udział w prastarych uroczystościach, które mają potrwać dziewięć dni. W niepokojącej ceremonii, w szokujących rytuałach związanych z religią ich gospodarzy.
 
Amerykanin Ari Aster zyskał międzynarodową sławę w 2018 roku za sprawą swojego pierwszego pełnometrażowego filmu, horroru „Dziedzictwo. Hereditary”. Pracę nad swoją kolejną produkcją, „Midsommar” (polski tytuł: „Midsommar. W biały dzień”), rozpoczął jeszcze przed sfinalizowaniem tamtego projektu. Ostatnia faza prac nad „Dziedzictwem. Hereditary” zbiegła się ze wstępnymi pracami nad „Midsommar. W biały dzień”. Folk horroru porównywanego do „Kultu” Robina Hardy'ego. Podobieństw do tamtego obrazu zresztą od Astera oczekiwano. Szwedzka firma B-Reel Films zwróciła się do niego z prośbą o wyreżyserowanie czegoś w rodzaju slasherowej odmiany „Kultu”. Aster miał jednak innym pomysł na tę historię. Spisał scenariusz w oparciu o motyw wioski, w której obowiązują niepokojące zwyczaje. Firma B-Reel Films zaaprobowała tekst. Pieniądze wyłożyli więc Szwedzi (budżet produkcji szacuje się na od ośmiu do dziesięciu milionów dolarów), a film w większości kręcono na Węgrzech (część w Stanach Zjednoczonych) w przygotowanej na potrzeby „Midsommar. W biały dzień” osadzie, budowę której Ari Aster osobiście nadzorował, jednocześnie dopinając „Dziedzictwo. Hereditary”. Amerykańsko-szwedzko-węgierski folk horror jednego z najbardziej obiecujących współczesnych twórców kina grozy na ekrany kin wszedł w 2019 roku. Dotychczasowe wpływy z całego świata trochę przekroczyły trzydzieści sześć milionów dolarów, a przyjęcie przez widzów było praktycznie równie entuzjastyczne, jak w przypadku hitowego „Dziedzictwa. Hereditary”.

„Midsommar. W biały dzień” to najprawdziwsze działo sztuki. Niezwykłe osiągnięcie nie tylko na polu filmowego horroru, ale kinematografii w ogóle. Mam podejrzenie graniczące z pewnością, że to arcydzieło zdetronizuje „Kult” Robina Hardy'ego – przez wielu uważany za sztandarową pozycję horroru/thrillera ludowego. „Midsommar. W biały dzień” to w mojej ocenie dużo wyższa liga. Film, który doprowadził mnie do autentycznej ekstazy. Doskonały w każdym calu. Arcydzieło skończone, według mnie przebijające poprzednie osiągnięcie Ariego Astera, które przecież też tuzinkowe nie jest. Właściwie to omawiany obraz w moich oczach pozostawia w tyle prawie wszystkie XXI-wieczne horrory, jakie dotychczas obejrzałam. Przez blisko dwie i pół godziny (w obiegu jest również rozszerzona, 171-minutowa wersja, której niestety nie miałam okazji zobaczyć) trwałam w innym świecie. W niepokojącym, ale i zachwycającym świecie stworzonym przez Ariego Astera, amerykańskiego reżysera i scenarzysty, który odznacza się nietypowym dla obecnej epoki spojrzeniem na filmowy horror. W erze plastiku, jump scenek i porażających sztucznością efektów komputerowych, Aster kręci horror, który można nazwać odwrotnością tego, do czego przyzwyczaił nas współczesny mainstream. Horrorem opozycyjnym, za nic mającym obecne trendy. Aster nie dał się skomercjalizować i miejmy nadzieję, że tak pozostanie, bo ten człowiek może coś zmienić. Popularność jego filmów może zachęcić innych filmowców do obrania podobnej drogi. A to wyrwałoby wreszcie kino grozy ze stuporu, w którym moim zdaniem od lat się znajduje. Oczywiście od czasu do czasu pojawiają się horrory niegoniące za obecną modą, ale czy takie jak „Midsommar. W biały dzień”? Nie powiedziałabym. A w każdym razie ja nie przypominam sobie XXI-wiecznego filmu grozy nakręconego w taki sposób. Utrzymanego w takim duchu, jak to cudeńko Ariego Astera. Polski człon tytułu drugiego horroru tej zdolnej bestii należy rozumieć dosłownie. Ujęć nocnych jest tutaj jak na lekarstwo – w zdecydowanej większości akcja toczy się w pełnym świetle dziennym. Podczas bardzo słonecznego lata w Szwecji (umownie, bo w rzeczywistości to Węgry), chociaż bodaj ani razu nie skierowano kamery na tarczę słoneczną. Jasność przenika jednak lwią część kadrów, aczkolwiek nie jest ona rażąca. Zdjęcia są bowiem przyblakłe, trochę w stylu kina lat 70-tych XX wieku. I mimo tego, że akcja toczy się w lecie, że każdy dzień bez wątpienia jest upalny, to z obrazów bije chłód. Chociaż chyba bardziej trafnym określeniem będzie przeraźliwe zimno. Nie jest łatwo stworzyć odpowiedni klimat dla opowieści grozy niemal w całości rozgrywającej się za dnia, ale jeszcze większą sztuką jest ukazanie parnego lata w tak zimny sposób. Sądzę, że nawet David Cronenberg, mistrz takich klimatów (zimnych), nie powstydziłby się takiego efektu, jakim popisali się twórcy „Midsommar. W biały dzień”. Hermetyczne środowisko odzianych w biel ludzi kultywujących prastare tradycje, które w oczach przyjezdnych i widzów jawią się tyleż egzotycznie, co podejrzanie; osada otoczona gęstymi lasami gdzieś w Szwecji – drewniane domki, niewielkie poletko uprawne, fantazyjnie ustawione pod gołym niebem stoły, przy których zwykle spożywa się wszystkie posiłki, trójkątna żółta budowla, do której wstęp jest surowo wzbroniony, kurnik i... niedźwiedź siedzący w oburzająco ciasnej klatce. Do takiego miejsca trafiła czwórka Amerykanów zaprzyjaźniona z jednym z członków owej społeczności. Dani, jej chłopak Christian i ich (zwłaszcza jego) koledzy, Josh oraz Mark, poznali Pellego w Stanach Zjednoczonych, na uczelni, na której wszyscy studiują. Scenariusz nie skupia się na początkach tej relacji. Film rozpoczyna tragedia, przez jaką przechodzi Dani Ardor, kiedy to Pelle jest już członkiem tej paczki przyjaciół. A potem akcja przeskakuje o kilka miesięcy w przód. Dani niejako przypadkiem dowiaduje się o planach swojego ukochanego, od którego zdaje się być uzależniona. Ich związek jest istotnym elementem tej historii - „Midsommar. W biały dzień” to również opowieść o toksycznej relacji kobiety i mężczyzny, którzy niby się kochają, ale... Dani z całą pewnością darzy bezgraniczną miłością Christiana. Właściwie to kobieta ma coś na kształt obsesji na jego punkcie. Całkowicie mu się podporządkowuje. Z własnej nieprzymuszonej woli. Nadskakuje mu, choć on o to nie zabiega. Christianowi ewidentnie niezbyt zależy na tym związku. Trwa w nim, ale bez przekonania. Tak jakby czekał, aż ich związek umrze śmiercią naturalną. Bo nie ma odwagi, żeby już teraz to zakończyć – zadać taki cios kobiecie, która niedawno straciła swoich najbliższych. Christian nie jest całkowicie pozbawiony empatii, ale i trudno nazwać go sympatycznym młodym człowiekiem. Egoizm nader często dochodzi w nim do głosu. Kierowanie się dobrem Dani nie jest dla niego wartością nadrzędną, choć nie można mu odmówić, że stara się jej nie skrzywdzić. Na tyle, na ile go stać.

Florence Pugh, którą fani horrorów mogą kojarzyć z „Uciszyć zło” Olafa de Fleur Johannessona, w „Midsommar. W biały dzień” wcieliła się w pierwszoplanową postać Dani Ardor. I to w jakim stylu! Nie mam wątpliwości że ta kreacja zostanie ze mną na dłużej, jeśli w ogóle kiedykolwiek zatrze się w mojej pamięci (wątpliwe tym bardziej, że zamierzam co jakiś czas sobie tę pozycję odświeżać). Już sama jej gra, nawet w oderwaniu od wszystkich pozostałych bezcennych składników „Midsommar. W biały dzień”, generuje przeróżne emocje. Pugh pod kierownictwem Ariego Astera sprawia, że uczucia targające Dani przechodzą na widza. Jej emocje stają się jego emocjami. Główna bohaterka i odbiorca filmu z łatwością mogą się ze sobą stopić, zupełnie jak w narkotycznych wizjach Dani o stapianiu się z Naturą (zaskakująco wiarygodne efekty komputerowe i magnetyzujący surrealizm). Niewielka społeczność, do której trafiają młodzi Amerykanie w swoim przekonaniu żyje w symbiozie z Naturą. W harmonii, która rządzi się jednak surowymi prawami. Dla mieszkańców skromnej szwedzkiej osady, Natura jest świętością. Ale niedźwiedzi chyba to nie dotyczy... W każdym razie głównym obiektem ich kultu jest dwupłciowa Matka Natura, która w ich przekonaniu sprawuje niepodzielną władzę nad wszelkim stworzeniem. A żeby dostąpić jej łaski należy ściśle przestrzegać restrykcyjnych zasad. Odprawiać prastare rytuały, prowadzić odpowiedni tryb życia i oczywiście być gorliwym wyznawcą pewnej religii, która w nietypowy sposób nieustannie się rozbudowuje. Ari Aster nawet nie próbuje ukrywać, że Dani i jej przyjaciołom (i dwóm innym osobom z zewnątrz) grozi śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony „uniżonych sług” Matki Natury. Do rodzinnej wioski Pellego wchodzimy pełni obaw o jego towarzyszy – małą grupkę Amerykanów pragnących poznać tę zupełnie nową dla nich kulturę. A nade wszystko zobaczyć tutejsze obchody z okazji letniego przesilenia. Wystarczy sam widok tego odizolowanego społeczeństwa, odzianych w proste białe suknie mężczyzn, kobiet i dzieci mieszkających na niewielkiej łączce otoczonej zwartą ścianą lasu. W przepięknym i zarazem groźnym krajobrazie. Malowniczym, owszem, ale nie sposób nie odnotować brudu przebijającego się przez to naturalne piękno (tak, zdjęcia są z lekka pobrudzone). Zgnilizny toczącej to miejsce. Czy zagrożenie jest tylko naturalne, czy również nadprzyrodzone dowiemy się pod koniec filmu. A może nie. Zależy jaką interpretację przyjmiemy. Bo Ari Aster nie pozbawia nas możliwości odczytywania „Midsommar. W biały dzień” na różne sposoby. Właściwie to zdaje się nas do tego zachęcać. Pozwala sobie jednakowoż wyróżnić jedną z nasuwających się wersji. Ale to potem. Ceremonię rozpoczynamy od szoku. Inaczej tego określić się nie da. Wydarzenia, do których dochodzi pierwszego dnia święta wyznawców sekty stworzonej przez Astera w oparciu o między innymi mitologię nordycką, przywiodły mi na myśl „Funny Games” Michaela Haneke i „Dom, który zbudował Jack” Larsa von Triera. To nie jest jakaś tam pierwsza lepsza rąbanka, beznamiętny pokaz gore, których w kinie grozy pełno. Śmierć w „Midsommar. W biały dzień” ma znaczenie. Obok tego nie sposób przejść obojętnie i nie tylko dlatego, że praktyczne efekty specjalne, które przy tym i innych makabrycznych sekwencjach wykorzystano robią przerażająco realistyczne wrażenie. Powolna, nieznośnie intymna praca kamer, dźwięki i ich brak (swoją drogą sama ścieżka dźwiękowa tego filmu skomponowana przez Bobby'ego Krlica, działającego pod pseudonimem The Haxan Cloak, zasługuje na najwyższe odznaczenia – nie znam XXI-wiecznego horroru, który mógłby konkurować z audio oprawą „Midsommar. W biały dzień”), ponura aura i pewność. Ta dręcząca pewność, że już za moment zobaczymy coś, czego wolelibyśmy nie widzieć. Co ja piszę? Fani szeroko pojęto horroru na coś takiego prawdopodobnie długo czekali (a przynajmniej spora ich część). A na tym bynajmniej nie kończy się ten szarpiący nerwy spektakl przemocy. Umiarkowanie krwawy, ale przede wszystkim pokazywany od psychologicznej strony – przez pryzmat osób, które na swoje nieszczęście zderzają się z obcą kulturą i przeżywają to na różne sposoby. Nas najbardziej będzie interesowało spojrzenie młodej kobiety, która niedawno straciła bliskich i naturalnie nadal bardzo to przeżywa. Kobiety, która trwa w toksycznym związku. Toksycznym, bo jej pozycja w nim jest zdecydowanie słabsza od pozycji jej partnera Christiana (dobra kreacja Jacka Reynora). A Dani nie czyni większych starań, żeby to zmienić. Wręcz przeciwnie: zdaje się okopywać na tej pozycji. Robić wszystko co w jej mocy, by jej chłopak był zadowolony. Zdając się przy tym nie zauważać, lub zbytnio się tym nie przejmować, w jak poniżającym położeniu sama się stawia. Rozwój, albo raczej zastój tego związku jest nie mniej intrygujący od działalności wyznawców osobliwej religii, „zaszczytu” poznania której dostępują protagoniści kinematograficznego arcydzieła Ariego Astera.

Z fantazją nakręcony (technicznych atrakcji tutaj nie brakuje, za przykłady niech posłużą odwrócenie obrazu do góry nogami i nakładanie się/przenikanie wielu zdjęć), doskonale odegrany, bardzo nastrojowy, duszący folk horror ze szczyptą czarnego humoru, oferujący dosyć prostą, ale jakże wciągającą opowieść, która brzmi zarazem znajomo, jak i obco. Nowa-stara historia ubrana w naprawdę fenomenalne techniczne łaszki. Orgazm murowany! Taki właśnie w mojej ocenie jest „Midsommar. W biały dzień”, drugi, po głośnym „Dziedzictwie. Hereditary”, pełnometrażowy obraz amerykańskiego reżysera i scenarzysty Ariego Astera. Człowieka, który posiada rzadko spotykany zmysł estetyczny. Dziwacznie to brzmi w przypadku filmu, który nie wystrzega się makabry, drastycznych i diablo wiarygodnie się prezentujących ujęć? Nie ma ich znowuż aż tak wiele, ale te, które są według mnie mogą spokojnie uchodzić za dzieła sztuki. Jak i wszystko w tej produkcji. W „Midsommar. W biały dzień” śmierć dotyka nas niemal osobiście. Żadna tam beznamiętna jatka, tylko właściwie nieustające eksplozje emocji, które chciałoby się, żeby trwały wieczność. Chociaż... Zważywszy na to, jak sponiewierał mnie ten niespełna dwuipółgodzinny seans, dla mojej psyche chyba jednak lepiej, że nie trwało to dłużej. Chociaż... No kurczę, chciałabym w tej hipnozie, w jaką wprawił mnie genialny Ari Aster, pobyć jeszcze z parę godzinek. Albo kilkanaście, albo... Dobrze, już dość. Kto nie widział, błagam, niechże obejrzy! Niechaj przeżyje to, co ja przeżyłam. A w każdym razie tego życzę każdemu, kto po to cudo sięgnie. Każdemu to znaczy każdemu – nie tylko fanom kina grozy, bo to jeden z tych filmów, który ma dużą szansę zachwycić również osoby spoza tego kręgu. FE-NO-MEN!