Stronki na blogu

wtorek, 26 lipca 2022

Antologia „Widma nad Innsmouth”

 
H.P. LOVECRAFT, BASIL COPPER, JACK YEOVIL, GUY N. SMITH, ADRIAN COLE, D.F. LEWIS, RAMSEY CAMPBELL, DAVID A. SUTTON, PETER TREMAYNE, KIM NEWMAN, BRIAN MOONEY, BRIAN STABLEFORD, NICHOLAS ROYLE, DAVID LANGFORD, MICHAEL MARSHALL SMITH, BRIAN LUMLEY, NEIL GAIMAN

Szesnaście opowiadań brytyjskich autorów inspirowanych jednym z najbardziej docenianych dzieł Howarda Phillipsa Lovecrafta, „Widmem nad Innsmouth” (oryg. „The Shadow over Innsmouth”), wchodzącym w skład Mitologii Cthulhu. Samotnik z Providence napisał je w roku 1931, ale w liście do swojego przyjaciela Augusta Derletha zwierzył się, że nie zamierza zabiegać o jego publikację. Uznał, że tekst ma poważne wady, głównie dotyczące stylu, przez co znalezienie wydawcy dla tego długiego opowiadania (ewentualnie minipowieści) jest niemożliwością. Derleth jednak spróbował – w 1933 roku przesłał „Widmo nad Innsmouth” do ówczesnego redaktora magazynu Weird Tales, Farnswortha Wrighta, który odrzucił je, tłumacząc to jego długością. Tekst był za długi na publikację w jednym numerze, a jego struktura utrudniała wydawanie w odcinkach. Ostatecznie „Widmo nad Innsmouth” zadebiutowało w wersji książkowej (pełnej błędów) – jedyne dzieło Howarda Phillipsa Lovecrafta wydane w takiej formie za jego życia – w 1936 roku pod szyldem Visionary Publishing Company, oficyny założonej przez Williama L. Crawforda. Wydrukowano czterysta egzemplarzy, ale oprawiono tylko połowę, a resztę zniszczono. Na łamach Weird Tales „Widmo nad Innsmouth” pojawiło się już po śmierci autora, w roku 1942, w nieautoryzowanej skróconej wersji. „Widma nad Innsmouth” (oryg. „Shadows over Innsmouth”) to antologia opowiadań pod redakcją Stephena Jonesa, który napisał również wstęp, pierwotnie wydana w roku 1994 przez Fedogan and Bremer, w nakładzie przeszło dwóch tysięcy egzemplarzy – sto wypuszczono z autografami autorów. Dziewięć tekstów (plus oczywiście ten, który w pewnym sensie dał im życie) wybranych do tej kolekcji, wcześniej objawiło się w innych miejscach, a pozostałe to „oryginalne owoce tego literackiego drzewa”. Pierwsze polskie wydanie, w twardej oprawie, wypuściło wydawnictwo Vesper (kontynuując trend: antologia Szaleństwo Cthulhu) w 2022 roku, w ramach serii Kroniki Arkham. Zilustrowane przez fenomenalnego Macieja Kamudę, który też zaprojektował zjawiskową okładkę oraz w tłumaczeniu Macieja Wacława, Janusza Ochaba, Lesława Halińskiego i Macieja Machały. „Widmo nad Innsmouth” Howarda Phillipsa Lovecrafta w tłumaczeniu genialnego Macieja Płazy.

Moje podium. „Daoine Domhain” Petera Tremayne'a (właściwie Petera Berresforda Ellisa) to opowieść szkatułkowa, która przepuszcza temat przewodni omawianej kolekcji, jeden z „mitów” Howarda Phillipsa Lovecrafta, przez oka irlandzkiego folkloru. Na początku poznajemy młodego mężczyznę, który przygotowuje swoją schedę do sprzedaży. Dom rodzinny w Stanach Zjednoczonych, w którym pojawia się niezapowiedziany gość. Nieznajomy mężczyzna z Irlandii, który znalazł w swojej nieruchomości list spisany dziesiątki lat temu przez zaginionego dziadka naszego protagonisty. Środkowa, najdłuższa partia „Daoine Domhain”, to (umownie) ów rękopis adresowany do nieżyjącej już babci młodego dziedzica. Niepokojąca relacja z odwiedzin rodzimej, irlandzkiej, ziemi. Niewielka wyspa przykryta przezroczystą idyllicznym płachtą. Pod spodem wyczuwalnie rozwinęła się jakaś nadnaturalna gangrena, co najdobitniej przejawia się w zachowaniu rodowitych mieszkańców. Niby życzliwych, ale wyraźnie niedopuszczających coraz bardziej skołowanego przybysza do najmroczniejszych sekretów wyspy. Mistyczna otoczka, ta charakterystyczna energia horroru ludowego i mocno frapujący rozwój wydarzeń. Poruszające wyobraźnię, unikające dosłowności, mistrzowsko grające subtelnościami, upiornymi sugestiami, niemożliwymi do zignorowania, pożądanie drażniącymi ostrzeżeniami przed pradawnym złem.

Widok na morze” Michaela Marshalla Smitha to moim zdaniem opowieść, z którą koniecznie powinien zapoznać się Mickey Keating, reżyser i scenarzysta filmu pt. „Poza sezonem” (oryg. „Offseason”), lovecraftian horroru z 2021 roku. Zakładając, dość śmiało, że nie miał jeszcze tej przyjemności. Zakochana para z Londynu postanawia spędzić weekend we wiosce Dawton na wybrzeżu Anglii, czymś w rodzaju wewnętrznego demona kobiety – lęk zaszczepiony jej przez matkę we wczesnych dzieciństwie, która niedługo potem zniknęła. Bohaterowie wynajmują ciasny pokoik w pensjonacie prowadzonym przez podejrzaną kobietę. W zasadzie prawie wszyscy mieszkańcy Dawton zachowują się nader osobliwie. W pewnym momencie narrator i zarazem czołowa postać tej wyśmienicie dawkującej napięcie opowieści (nieznośnej) grozy, porównuje atmosferę panującą w tej osadzie do serialu „Strefa mroku”, tym samym poniekąd „doganiając” moje myśli. Strefą Mroku zwykłam nazywać... właśnie takie klimaty. Maksymalnie angażująca, idealnie poprowadzona – z naciskiem na aurę nadnaturalnego zagrożenia – zaskakująco spuentowana, historia niekoniecznie do poduszki. Coraz gęściej i gęściej. Można się udusić:)
Od Jacka Yeovila dostaniemy „Grubą rybę”. Skrzyżowanie mitu Dagona i jego wiernych wyznawców – w tym przebrzydłych, rybiopłazich pomiotów – z czarnym kryminałem. Na styku literackiego świata Lovecrafta ze światem Raymonda Chandlera. Akcja rozgrywa się w czasie drugiej wojny światowej w Stanach Zjednoczonych, po ataku na Pearl Harbor. Wrogami numer jeden są Japończycy – żołnierze, ale i cywile od dawna mieszkający na amerykańskiej ziemi i starający się trzymać z dala od kłopotów. Żaden sklepikarz pochodzący z Japonii nie ustrzeże się przed internowaniem. Typowa wojenna paranoja. „Prowadzący ten kryminalny program grozy”, cyniczny, czy raczej jeden z ostatnich bastionów zdrowego rozsądku, prywatny detektyw, przyjmuje zlecenie od znanej aktorki, która pragnie odnaleźć swojego ostatniego partnera. Grubą rybę z półświatka, mężczyznę, który zbił prawdziwą fortunę na hazardzie. Tak to na początku przedstawia, ale potem presja wzrośnie. Stawka w „tej grze” okaże się dużo wyższa. Najpierw jednak nasz bohater odwiedzi siedzibę Ezoterycznego Zakonu Dagona i dostąpi wątpliwego zaszczytu poznania innej gwiazdy ekranu, femme fatale z wyłupiastymi oczami. Zajmująca narracja – z przekąsem – z mocnym powiewem świeżości zaklętym w stylistyce, w panującej aurze (lovecraftian horror zmiksowany z noir), intrygująca zagadka nadnaturalno-kryminalna. Bezpretensjonalnie i z humorem. Sarkastycznym.

Opowiadania w mojej ocenie bardzo dobre. „Kościół na High Street”, autora między innymi powieści „Najciemniejsza część lasu”, „Zły wpływ” i „Bezimienni”, Ramseya Campbella. Wycieczka do okrytego złą sławą prastarego Temphill, angielskiej miejscowości w hrabstwie Cotswold. Narrator przybywa w te niegościnne progi w celach zarobkowych. Ma objąć funkcję sekretarza swojego przyjaciela, ale na miejscu dowiaduje się, że jego niedoszły pracodawca zniknął w nader osobliwych okolicznościach. Podobno ma to związek z obmierzłym kościołem w Temphill. Podobno odprawia się tam jakieś odrażające obrzędy. Mocno lovecraftowskie, ale i niepozbawione indywidualności. Mrocznie i z charakterem.
Porzućcie wszelką nadzieję, wy którzy tu wchodzicie”. Do „Grobowca Pryskusa” Briana Mooneya. Umowna relacja księdza, który włącza się w krucjatę swojego przyjaciela, naukowca od dawna gromadzącego informacje na temat Wielkich Przedwiecznych. W miejscowości Lower Bedhoe w hrabstwie Sussex trwają wykopaliska, którym przewodzi przyjaciel naszego dzielnego profesora. I tak odkryto tytułowy grobowiec oraz inne przeklęte skarby. To wymaga zbadania! Niby nieodkrywcze, ale wyczuwałam w tym jakąś nutkę świeżości. Przewidywalne, ale staranne rozłożenie środków ciężkości i maniakalna wręcz dbałość o gęsty klimat przyczajonego przedwiecznego zła, skutecznie podtrzymywały moje zainteresowanie. Tym zgrabnie podpinającym się pod Mitologię Cthulhu, przemyślanym dziełkiem.
Brian Stableford, autor między innymi powieści „Imperium lęku”, przedstawia „Dziedzictwo Innsmouth”. Młody biochemik, badacz ludzkiego genomu, odwiedza przyjaciółkę - posiadaczkę ziemską - w tytułowej legendarnej nadmorskiej miejscowości. I natrafia na obiecujący materiał na swoją kolejną pracę naukową. Artykuł o nieszczęsnych stworzeniach, których niewiele już ostało się w Innsmouth. Ludziach o niepospolitej aparycji, którzy w jego przekonaniu są ofiarami zabobonnego myślenia. Nauka w jego pojęciu na tyle już się rozwinęła, by dało się znaleźć prawdziwą przyczynę ich nietypowej fizjonomii. Obalić krzywdzące mity, zerwać z nich etykietkę Istot z Głębin. A przy odrobinie szczęścia też uwolnić od wykańczających psychicznie koszmarów sennych. Naukowym okiem na syndrom Innsmouth. Ale, ale, z leciuteńko otwartym zakończeniem. Może się wydawać, że racjonalizacja mitologii otwartej przez Wielkiego Przedwiecznego Pisarza z Providence w stanie Rhode Island, obedrze tę opowieść z nadnaturalnego smaczku, ale nie. Stableford podtrzymuje tę niepokojącą mgiełkę. Podskórna groza, nienazwana groza... która może być jedynie wytworem zabobonnego umysłu:)
Bije, bije, „Dzwon Dagona” Briana Lumleya, którego bodaj najsłynniejszym dokonaniem na scenie literackiej jest powieściowa seria „Nekroskop”. Rzecz dzieje się w Anglii i w największej mierze dotyczy wieloletniego przyjaciela narratora. Najpierw są cuchnące wodorosty wyrzucone przez morze, a potem fatalny zakup. Gospodarstwo, którego poprzedni właściciel przepadł jak kamień wodę. Bardzo stary, przestronny budynek mieszkalny, komórki/stodoły i spory kawał ziemi, to wszystko za okazyjną cenę – jakżeby inaczej! - zakupił młody żonkoś, który wciągnie naszego narratora w prawdziwy koszmar na jawie. Nie żeby źle mu życzył, po prostu rozpaczliwie potrzebuje wsparcia. Sam prawdopodobnie nie podoła takiemu wyzwaniu. Okazuje się bowiem, że plotki krążące o jego nowym domu nie są bajdurzeniem znudzonych staruszek. Nawiedzony dom na wsi. Ciekawie się rozwija, nieśpiesznie, w przekonujący sposób sklejają się poszczególne elementy tej niecodziennej łamigłówki, z którą odważnie zmierzą się zdeklarowani miłośnicy zagadek. Smaczna atmosfera tajemniczości ze szczyptą szaleństwa, paranoi. Im dalej, tym bardziej nerwowo, gorączkowo, co jest celowym zagraniem autora – odbicie stanu ducha narratora. Konfrontacja ze szkaradzieństwem ukrywającym się na angielskiej wsi, według mnie, ciut za długa. Rozwleczona.
 
Opowiadania moim zdaniem dobre. W „Przejściu” Adriana Cole'a narrator otrzymuje pocztówkę przypuszczalnie od ojca, gdy zniknął niedługo po narodzinach swojego syna. Niespodziewana przesyłka prowadzi naszego bohatera do rybackiej wioski, gdzie jak można się tego domyślić nastąpi długo wyczekiwane spotkanie... z dziwnym człekiem. O fatalnych więzach krwi, przeznaczeniu narzucanym przez krewnych i słusznym oporze, buncie, potomnych. Konsekwentna intensyfikacja napięcia, płynna narracja, ale jak dla mnie trochę mało inwencji własnej.
W „Złocie Innsmouth” Davida A. Suttona poznajemy spłukanego mężczyznę, który zaciąga pożyczkę u swojego najlepszego przyjaciela, rzekomo po to, by poszukać rosomaków w Nowej Anglii. A tak naprawdę dopadła go prawdziwa gorączka złota. Słyszał, że w wymarłym miasteczku Innsmouth w stanie Massachusetts zostawiono sporo tego cennego kruszcu i w swojej naiwności nabiera przekonania, że w ten sposób wyjdzie z finansowego dołka. Poszukiwania w cichej krainie, przesyconej jakąś bezbożną energią. Klimatycznie, ale znowu bez pomysłu, który odróżniałby tę opowieść od innych eksperymentów „sygnowanych marką” H.P. Lovecrafta.
Za kwadrans trzecia” Kima Newmana to makabreska o studencie, który pracuje w podłym całodobowym barze. Sam na cmentarnej szychcie. No, niezupełnie sam, bo właśnie pojawiła się klientka: ciężarna nastolatka, która umówiła się tutaj ze swoim chłopakiem, ojcem istoty, którą nosi pod sercem. Jej płodzika. Pomysłowo i zabawnie, choć to taki trochę śmiech przez łzy. Czy raczej ze ściśniętego gardła.
W „Powrocie do domu” Nicholasa Royle'a mamy inne podejście do Mitologii Cthulhu. Transpozycja na realia totalitarne i rewolucyjne. Główna bohaterka, która jakiś czas temu wyemigrowała z Rumunii do Belgradu, dostaje impuls do powrotu. Koniec zamordyzmu. Koniec rządów okrutnego dyktatora. Ale gdy w końcu dociera do Bukaresztu, znowu budzą się demony. Może tylko wewnętrzne, wkodowane w umysł, który potrzebuje czasu, by zerwać kajdany teoretycznie zrzucone przez najwytrwalszych opozycjonistów. Zaszczucie, niepewność granicząca z paranoją. Może trochę za mało horroru, ale zaryzykuję twierdzenie, że to najbardziej kreatywna, oryginalna pozycja w tym zbiorze.
Deepnet” Davida Langforda. Historię, najprawdopodobniej osadzoną w nieodległej przyszłości, umownie snuje programista samotnie wychowujący córkę. Pole elektromagnetyczne zniekształciło płód, a matka zmarła przy porodzie. Wszechmocne korporacje, a bohater pracuje dla jednej z nich, słynącej z aplikacji o Innsmouth. Ku przestrodze: nadmiar komputera szkodzi. Pomysłowe, ale niedostatecznie klimatyczne.

Teraz zrobi się średnio. „Za rafą” Basila Coppera to opowieść o zdumiewającym odkryciu dokonanym na terenie światowej sławy Uniwersytecie Miskatonic, gdzie już wcześniej dochodziło do zastanawiających zjawisk. Potem dołączymy do detektywa z wydziału zabójstw, który stara się rozwiązać zagadkę śmierci jednego z pracowników tej nawiedzonej uczelni. Dobrze się zapowiadało, ale napięcie jechało na wstecznym. Zamiast rosnąć, nieubłaganie opadało. Może trasa za długa. Może lepiej byłoby nie rozciągać tak „tej struny”.
Zostały tylko buty” D.F. Lewisa to dość smutna opowieść, która moim zdaniem aż prosiła się o więcej treści. O kobiecie stojącej przed swoim domem i coś sobie uzmysławiającej. Jakby w duchu już dawno się na to szykowała. Spodziewała takiego obrotu spraw, jednocześnie podtrzymując w sobie nadzieję, że jej dom to ominie. Co konkretnie? Może zło spoza czasu i przestrzeni? Istoty z Głębin?
Jeden z najbardziej znanych żyjących pisarzy specjalizujących się w szeroko pojętej fantastyce, Neil Gaiman, swoje „To tylko znowu koniec świata” rozpoczyna od wysokiego C. Narrator wymiotuje między innymi częściami ciał dziecka i psa. Ciekawe, prawda? Później już mniej, przynajmniej jeśli o mnie chodzi. Jesteśmy w w przykrytym śniegiem mitycznym Innsmouth - gdzie panuje atmosfera zdecydowanie bliższa ziemiom fantasy niż horroru - kolejnym krótkim przystanku na zawodowej drodze czołowej postaci. Napotykani przez niego ludzie niby bez ładu i składu rozprawiają o likantropii. A zatem połączenie Mitologii Cthulhu z mitem wilkołaka? Na to się zanosi. Wróżba całkiem dobra, ale koniec końców poraziło mnie nijakością.

Stopień niżej od poprzednich w moim rankingu uplasował się „Powrót do Innsmouth” mistrza horrorów klasy B, Guya N. Smitha. Niedosłowny powrót, bo okazuje się, że główny bohater nigdy wcześniej nie zawitał w tych zdegenerowanych progach. Tak czy inaczej, historia się powtarza. Smith na dobrą sprawę poszedł po linii najmniejszego oporu. Warsztat dobry, klimat niezdefiniowanej grozy też jest, ale fabuła to powtórka z rozrywki, tyle że na duże skróty. Jedna akcja wyrwana z „Widma nad Innsmouh” Howarda Phillipsa Lovecrafta. Oczywiście nie jest to dokładna kopia, ale wkład własny autora tego tekstu jakoś nie rzucił mi się w oczy. Niczego takiego nie zauważyłam... aż do finału.

Uff, nareszcie meta. Jeszcze tylko ostatnie słowa zachęty. Dla tych wciąż nieprzekonanych. „Widma nad Innsmouth”, szesnaście piór skrzyżowanych nad jednym z najbardziej docenianych dzieł Howarda Phillipsa Lovecrafta, jednej z cegiełek oryginalnej (marmurowy fundament) Mitologii Cthulhu (nazwa ukuta przez Augusta Derletha), antologia opowiadań pod redakcją Stephena Jonesa, to publikacja, którą naprawdę warto przejrzeć. Nie tylko dla tych, którzy z lubością pochłaniają wszystko, co wyrosło w nieskończonym uniwersum Wielkich Przedwiecznych. Jeśli ciągnie Cię do horroru nadnaturalnego, jeśli cenisz sobie klimatyczne opowieści o potworach i innych upiornościach, to śmiało skacz do tych morskich głębin. Hop, na ochłodę!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 24 lipca 2022

„Zbrodnie przyszłości” (2022)

 

W niedalekiej przyszłości gatunek ludzki dotyka syndrom przyśpieszonej ewolucji. Ogromny postęp biotechnologiczny wymuszony przez zmiany klimatu i zanieczyszczenie środowiska zaowocował wynalezieniem maszyn analogowych, które mogą łączyć się z funkcjami organizmu i sterować nimi. Saul Tenser jest artystą performerem, który korzysta z syndromu przyśpieszonej ewolucji. Jedynym znanym człowiekiem, który pozbywa się dodatkowych organów - i archiwizuje - by zrobić miejsce na kolejne. On i jego partnerka Caprice zwykle robią z tego kontrowersyjne spektakle artystyczne, pokazujące możliwości nowoczesnej chirurgii i ludzkiego organizmu. Teraz pojawia się dla nich nowa szansa, szansa na najbardziej szokujący pokaz w ich karierze.

Powrót Davida Cronenberga do body horroru. Tak zapowiadano jego kolejne „Zbrodnie przyszłości” (oryg. „Crimes of the Future”) - w 1970 roku wyszedł praktycznie niezwiązany fabularnie obraz o tym samym tytule, za scenariusz i reżyserię którego też odpowiada David Cronenberg – których pierwszy skrypt mistrz horroru cielesnego opracował w drugiej połowie lat 90-tych XX wieku. Produkcja miała ruszyć w 2003 roku w Toronto, a film miał nosić tytuł „Painkillers”. Przewidywany budżet: trzydzieści pięć milionów dolarów... ale projekt upadł. W pierwszym kwartale 2021 roku świat obiegła wiadomość, że David Cronenberg dopracował tekst i zaczął już kompletować obsadę już nie „Painkillers”, tylko „Crimes of the Future”. Główną rolę Cronenberg powierzył Vigo Mortensenowi, z którym miał już okazję pracować przy „Wschodnich obietnicach” (2007) i „Niebezpiecznej metodzie” (2011), a partnerować miała mu Natalie Portman, ale plany lekko pokrzyżował covid. Portman zastąpiła Léa Seydoux, którą najpierw obsadzono w roli biurokratki Timlin – tę postać ostatecznie powierzono Kristen Stewart. Główne zdjęcia ruszyły w sierpniu 2021 roku w stolicy Grecji, a pierwsze pokazy odbyły się w maju 2022 roku na Festiwalu Filmowym w Cannes, gdzie film dostał kilkuminutową owację na stojąco (Złotej Palmy nie zdobył) i we francuskich kinach. Festiwalowy pokaz odbył się tego samego dnia, w którym otwarto dystrybucję kinową w tym rejonie Europy. W Polsce ten proces rozpoczął się w lipcu 2022 roku.

Dawno, dawno temu człowiek, który później dorobi się tytułu mistrza body horroru, wszedł w pierwszy kontakt z duńsko-norwesko-szwedzkim filmem „Głód” wyreżyserowanym przez Henninga Carlsena, także współautora scenariusza. Szczególną uwagę zwrócił wówczas na słowa przelewane na papier przez jedną z postaci. Stąd wziął się intrygujący tytuł „Zbrodnie przyszłości”, który David Cronenberg po raz pierwszy wykorzystał na pierwszym odcinku swojej reżyserskiej kariery (jeden z najwcześniejszych filmów tego pana). Najpierw była nazwa, potem historia. A w zasadzie dwie historie, które dzieli ponad pół wieku. Dla Cronenberga nazwy mają znaczenie. Zwłaszcza nazwy (tj. personalia) postaci. Zdarzało mu się już w trakcie produkcji zmieniać imiona i/lub nazwiska bohaterów/antybohaterów swoich filmów, ponieważ nie pasowały mu do postaci. Bywało i tak, że rezygnował z personaliów, które idealnie pasowały mu do danej osobowości, aby uniknąć ewentualnej batalii sądowej. Tak było choćby z doktorem Oliverem Reedem z „Pomiotu” aka „Potomstwa” (1979). Miał nazywać się inaczej, ale po konsultacji z prawnikami Cronenberg na wszelki wypadek dokonał korekty – okazało się bowiem, że w okolicy mieszka terapeuta, który mógłby go pozwać za wykorzystanie jego nazwiska. Niekoniecznie do tego by doszło, ale w tym świecie, jeśli nie chcesz mieć do czynienia z sądami, musisz zabezpieczać się ze wszystkich stron. Tym bardziej, gdy jesteś artystą. I nie chcesz dokonywać „zbrodni przyszłości”. Reagujesz nie tyle na skargę, ile na potencjalną skargę. Oszukujesz przeznaczenie albo nie. Saul Tenser (Vigo Mortensen), główny bohater lub antybohater (zależy, kto patrzy) „Zbrodni przyszłości”, kanadyjsko-brytyjsko-francusko-greckiego według mnie thrillera science fiction z drobnymi elementami body horroru, oficjalnie jednak sklasyfikowanego jako horror science fiction, też oszukuje przeznaczenie, ale w innym sensie. Jego myśli zdecydowanie bardziej zaprząta ściganie się z Matką Naturą, niż widmo konsekwencji prawnych. Można wręcz odnieść wrażenie, że on i jego partnerka Caprice (Léa Seydoux) świadomie zmierzają do punktu, z którego nie będzie już odwrotu. Artystyczna idea ważniejsza od wolności. Tenser i Caprice przynajmniej przez jakiś czas mogą uchodzić za ten typ artystów, który zabiega o uwagę organów ścigania. W końcu to sprawdzony sposób na umacnianie swojej sławy, czy tam niesławy. Co za różnica? Z takiego założenia wyszłam, ale czy to aby nie ocenianie po pozorach? Czy tej dwójce naprawdę chodzi tylko o to, żeby o nich mówili, wszystko jedno jak? Czy naprawdę z premedytacją skręcają na zbrodniczą ścieżkę? Właściwie ich nieodlegli przodkowie (czyli my) mogliby uznać, że granice moralne już dawno zostały przekroczone. Nie tylko przez Tensera i Caprice, ale w tym ponurym świecie przedstawionym - szaro, brudno, chłodno: generalnie nieprzyjemnie - to oni najwyraźniej przodują w owej niepisanej konkurencji. W konkursie na wewnętrzne piękno wygraną praktycznie mają zapewnioną. O ile zgłoszą swoją kandydaturę. Tymczasem w ich orbitę wchodzi niejaki Lang Dotrice (Scott Speedman), mężczyzna, który w prologu „Zbrodni przyszłości” stracił swoje jedyne dziecko. Kilkuletni chłopiec, podstawą żywienia którego był plastik, zamordowany przez własną matkę. A jeszcze wcześniej Wielcy Artyści poznają parę biurokratów: Wippeta i jego podwładną Timlin, czyli Dona McKellara i Kristen Stewart, do ekspresji której, mimo usilnych starań, nigdy nie udało mi się przekonać – co ja robię tu, co ja tutaj robię? Nie wiem, jak wcześniej, ale na planie „Zbrodni przyszłości” w głowie Stewart faktycznie kołatało się pytanie: „co my, kur***, robimy”? Tymczasem przyglądający się jej pracy Cronenberg nie miał wątpliwości, że podświadomość Stewart wie wszystko, co wiedzieć musi, by całkowicie wczuć się w swoją postać.

Wideodrom” (1983) i „eXistenZ” (1999) – wpływu tych dwóch filmowych osiągnięć Davida Cronenberga na „Zbrodnie przyszłości” 2022 dopatrzyło się bodaj najwięcej widzów. „Nagi lunch” (1991), film na podstawie powieści Williama S. Burroughsa, niektórym też się przypomniał, a czy komuś nasuwały się skojarzenia z pierwszymi „Zbrodniami przyszłości”? „Zbrodniami przyszłości” zdeklarowanego ateisty i wielkiego romantyka, którego wkładu w gatunek horroru, uważam, nie sposób przecenić. W każdym razie mi błysnęło jeszcze tylko „Wściekłością” (1977). Dawny Cronenberg wolałby rzecz pokazać, niż zdawać się na wyobraźnię widza. Język prześlizgujący się po organach wewnętrznych, spijanie posoki, obopólna rozkosz kochanków, którzy lubią eksperymentować. Nie twierdzę, że w sekwencji, która mocno zapachniała mi „Wściekłością”– po rozpięciu „magicznego zamka” - nie udało się twórcom do czerwoności rozgrzać mojej wyobraźni. Nie twierdzę, że nie dopowiedziałam sobie odrażającego ciągu dalszego, ale gdyby to był prawdziwy, a nie tylko marketingowy, powrót Cronenberga do body horroru, to ta scenka trwałaby dłużej. Podobnie występ artystki z lubością okaleczającej swoją twarz. Deformacje pewnie byłyby głębsze (choć może nie aż tak jak w „Musze” z 1986 roku), ale nie sadzę, żeby wielu narzekało na zbyt krótką ekspozycję postrzępionego, zakrwawionego mięska – widok głównie z telewizora ustawionego na planie. Największą gwiazdą „Zbrodni przyszłości”, nomen omen, w bliskiej przyszłości może stać się człowiek, którego ciało obrosło uszami. Zabrzmi dziwnie, ale przyglądając się temu tańczącego dumnemu posiadaczowi mnóstwa niedziałających narządów słuchu, zastanawiałam się jak wygląda sytuacja na tym niewielkim obszarze, który pozostaje zakryty. Tak sobie myślałam... O nie, nie, zostawmy to. Przejdźmy do innych atrakcji. Maszyny: organiczne, mięsiste twory skonstruowane przez człowieka, które mnie przypominały głównie „eXistenZ” tego samego reżysera i scenarzysty. W tym futurystycznym świecie przedstawionym są tacy, którzy nawet gdyby chcieli, nie mogliby bez nich żyć. A na pewno bez jednej z nich – rozbrykanego, roztrzęsionego fotela wspomagającego układ trawiennych między innymi Saula Tensera. Najwyraźniej nie wszyscy są zmuszeni do spożywania posiłków na tym niewygodnym „tronie”, z całą pewnością jednak ma to związek z tak zwanym syndromem przyśpieszonej ewolucji. Chociaż akurat z Tenserem mogło być inaczej. Do takiego stanu mogła doprowadzić go inna mięsista meblomaszyna. Łóżko, które wspomaga go w wyścigu z (nie)naturalną ewolucją gatunku ludzkiego. Ciało w tej wizji przyszłości jest traktowane niczym hala produkcyjna. Tutaj powstają nienowe produkty, tj. zbędne narządy, których najprawdopodobniej nikt, poza Tenserem nie wycina. Wykształcają się na drodze ewolucji, ale czołowe postacie „Zbrodni przyszłości” na dobrą sprawę wzięły sprawy we własne ręce. Zabawa w bogów lub po prostu kolejny szczebel postępu. To wszystko może i brzmi obiecująco, ale gdy już przeniesiemy się do tych futurystycznych nie-realiów... Ujmę to tak: fabularna wydmuszka w zachwycającym opakowaniu. Pomysłów było aż nadto, ale sposób łączenia tych w większości niebanalnych puzzli, niesamowicie osłabiał ich siłę rażenia. Zupełnie jakby twórcy, a właściwie autor scenariusza - i zarazem reżyser - sabotował swoje własne dzieło. Jakby uparł się, by zabić wszelkie zalążki emocji bezproduktywną gadaniną. Chwilami czułam się trochę tak, jakbym równocześnie oglądała dwa różne „spektakle”. Rozmówcy się rozumieli, ale taka skromna, mało inteligentna słuchaczka jak ja, błądziła jak to dziecko we mgle. Jeśli w przemowach Saula Tensera tkwi jakaś filozoficzna głębia, to ja do niej dotarłam. Łatwiej było mi zrozumieć jego najczęstszą interlokutorkę, życiową i zawodową partnerkę Caprice oraz przedstawicieli zagrożonego gatunku zwolenników papieru. Przy czym jedno z nich z czasem zmieni obiekt swoich westchnień. Przekona się do idei krzewionej przez Wielkiego Saula, rzadko odsłaniającym dolną połowę twarzy poza mieszkaniem, które dzieli z Caprice. Na pewno ma to związek z jego stanem zdrowotnym (wiemy, że ostatnio coś wyrosło mu w gardle), ale do mnie jakoś ciągle powracała myśl, że biedakowi tęskno do rzeczywistości pod niepodzielnym panowaniem wszechmocnego i wszechwinnego covida. „Zbrodnie przyszłości” można odbierać jako całkiem realną, a zatem przerażającą przestrogę przed tym, co bodaj rozumny gatunek szykuje swoim potomnym. Kolejne przypomnienie o negatywnym wpływie człowieka na środowisko, w co jakaś część ziemskiej ludności i tak nigdy nie uwierzy (zmiany klimatu i zanieczyszczanie środowiska przez człowieka dla jednych są faktem, a dla innych kłamliwą propagandą, wielkim przekrętem etc., i tak już chyba pozostanie na wieki wieków) oraz nader interesująca propozycja „wyjścia z tego ambarasu”. UWAGA SPOILER David Cronenberg plan oczyszczenia Ziemi z całego plastiku uważa za niewykonalny. Nierealny. Zaczął więc szukać w myślach alternatywy. I znalazł. Ludzki układ trawienny narzędziem do pozbywania się nadmiaru plastiku. Idealne wyjście... może w przyszłości KONIEC SPOILERA.

List w butelce od przyszłych pokoleń do obecnych”. Mętnawa przestroga przed złymi przyzwyczajeniami, ale już niekoniecznie przed przesuwaniem wszelkich granic. Przed niekontrolowanym, nieprzemyślanym postępem technologicznym, uważam, jak najbardziej. A sztuka? „Zbrodnie przyszłości” wyreżyserowane przez Davida Cronenberga na podstawie jego własnego scenariusza, zachęcają do głębszego zastanowienia się nad rolą jaką pełnią kontrowersyjni artyści. Gdyby nie oni, może kręgosłupy moralne szybciej ulegałyby zwapnieniu? Szokujące pokazy artystyczne najmocniejszą tamą dla demoralizacji? A może jednak mają rację wszyscy ci, którzy uznają ich za poważne zagrożenie? Może to właśnie oni napędzają to samozjadające się stworzenie zwane technologią? Ponury klimat, intrygujące refleksje, solidne efekty specjalne, ale jakoś nie wsiąkłam w tę opowieść. Niecała, ledwo stopy zanurzyłam.

piątek, 22 lipca 2022

„Niebezpieczna gra” (1981)

 

Australia. Kierowca ciężarówki, Patrick 'Pat' Quid, podczas postoju pod motelem zwraca uwagę na nieznajomego kierowcę zielonej furgonetki, który wynajął pokój na jedną noc w tym przybytku. Mężczyzna uporczywie wpatruje się w dingo Quida, którego zainteresował wypchany worek na odpady leżący obok śmietnika. Quid nie sprawdza jego zawartości, przywołuje swojego pupila i rusza do Universal Meats, po ładunek mięsa, który ma przewieźć do Perth. W drodze dowiaduje się o seryjnym mordercy kobiet, podobno grasującym w tej okolicy, a wkrótce potem znowu przyłapuje kierowcę furgonetki w zastanawiającej sytuacji. Quid nabiera przekonania, że to ten człowiek odpowiada za bestialskie zbrodnie szeroko omawiane w mediach, a do swojej teorii bez trudu przekonuje młodą autostopowiczkę, Pamelę Rushworth, którą nazywa Hitch.

Podczas prac nad „Patrickiem”, horrorem science fiction z 1978 roku, reżyser tego filmowego przedsięwzięcia, Richard Franklin, który później stworzy również między innymi sequel ponadczasowej „Psychozy” Alfreda Hitchcocka i animal attack pt. „Link”, przekazał scenarzyście Everettowi De Roche'owi (m.in. „Długi weekend” Colina Egglestona i jego remake w reżyserii Jamiego Blanksa, „Razorback” Russella Mulcahy'ego, „Forteca” Archa Nicholsona i rzecz jasna wspomniane „Patrick” oraz „Link”) kopię „Okna na podwórze” Alfreda Hitchcocka, dając przy tym do zrozumienia, że chciałby popracować nad podobną konstrukcją fabularną. De Roche podzielił jego zachwyt „Oknem na podwórze” i zaproponował thriller drogi. Pomysł rozwinęli wspólnie – historię na karty scenariusza Everett De Roche przelał jednak w pojedynkę – na Fidżi, gdzie Franklin przebywał w związku z pracami nad „Błękitną laguną” (1980), której był jednym z producentów. „Niebezpieczną grę” aka „Gry na drodze” (oryg. „Roadgames”/„Road Games”) kręcono głównie na The Nullarbor Plain i w Melbourne, przy budżecie opiewającym na blisko milion osiemset tysięcy dolarów, co w tamtym czasie czyniło ją najdroższą pozycją w historii australijskiego kina. Na odtwórcę roli głównej Richard Franklin upatrzył sobie Seana Connery'ego, ale stawki aktora przekraczały finansowe możliwości ekipy od „Niebezpiecznej gry”. Ostatecznie postać Quida powierzono Stacy'emu Keachowi. Jeśli zaś chodzi o Pamelę Rushworth, główny żeński pierwiastek „Niebezpiecznej gry”, najpierw obsadzono Lisę Peers, ale amerykańscy dystrybutorzy nalegali na wybór gwiazdy z ich stron. Franklin skontaktował się więc ze swoim przyjacielem Johnem Carpenterem – tak, TYM Johnem Carpenterem – i poprosił o namiar na Jamie Lee Curtis, którą spotkał na planie „Mgły” (1980). Wpadł z wizytą towarzyską:) Hitch, pseudonim nadany Pameli przez jej nowego znajomego Quida, jest oczywistym hołdem dla Alfreda Hitchcocka, z twórczości, którego, już bardziej subtelnie, czerpał duet Franklin-De Roche opracowując fabułę „Niebezpiecznej gry”. Jednego z najukochańszych filmów Quentina Tarantino i obrazu pod natchnieniem którego, między innymi, pozostawał Greg McLean tworząc swój głośny survival horror/torture porn „Wolf Creek”.

Obraz z kategorii ozploitation, któremu, zdaniem jego nieżyjącego już reżysera Richarda Franklina, bardzo zaszkodził nietrafiony, żeby nie powiedzieć kłamliwy, marketing na terenie Stanów Zjednoczonych – podobno próbowano sprzedać go jako slasher. A to tylko skromny dreszczowiec. Z drugiej strony chodzą słuchy, że właśnie „Niebezpiecznej grze” Franklin zawdzięcza „fuchę” przy „Psychozie II”. Tak czy inaczej, reżyser omawianej pozycji później wyrzucał sobie, że nie rozbudował roli Jamie Lee Curtis. Poza tym nigdy nie przekonał się do zakończenia „Niebezpiecznej gry”. „Zbyt niesmaczne”: tak to ujął. W zasadzie to jedyny mocniejszy akcent zawarty w tym klimatycznym widowisku. Chociaż za takowy można też uznać atak ujawniony na początku filmu. Na dobrą sprawę od tego zaczynają się kłopoty przebojowego kierowcy ciężarówki, Patricka 'Pata' Quida, dowcipnego gościa, który zwykł umilać sobie podróże różnymi grami. Wpływ „Okna na podwórze” Alfreda Hitchcocka najjaskrawiej ujawnia się po wspomnianym ataku na młodą kobietę w jednym z australijskich moteli (w czym sumie można też dopatrywać się delikatnej inspiracji „Psychozą” mistrza suspensu, pierwszą ekranizacją powieści Roberta Blocha pod tym samym tytułem). Niedopowiedzianym, ale dobitnie zasugerowanym zabójstwie popełnionym przez dusiciela i pseudorzeźnika – ma w zwyczaju ćwiartować zwłoki. Ciekawostka: postać odegrana przez Jamie Lee Curtis później porówna go do Dusiciela z Bostonu, Alberta DeSalvo, co z pewnością było oczkiem puszczonym do widzów, którzy przynajmniej słyszeli o „Dusicielu z Bostonu” Richarda Fleischera, gdzie w roli tytułowej wystąpił ojciec aktorki, Anthony 'Tony' Curtis (wcześniej Bernard Schwartz). Ale do meritum: wczesnym rankiem, tuż po przebudzeniu w swoim ruchomym miejscu pracy, Quid wypuszcza swego wiernego towarzysza, dingo o imieniu Boswell, który kieruje się w stronę najbliższego pojemnika na odpady. I przypuszcza szturm na jeden z wypchanych worków spoczywających obok. Wtedy czekający w ciężarówce Quid w jednym z okiem motelu dostrzega jakąś postać, która bacznie przygląda się jego przyjacielowi. Nie „jakąś postać” tylko kierowcę zielonej furgonetki, który poprzedniego wieczora „sprzątnął mu sprzed nosa” ostatni wolny pokój w tym raczej podrzędnym przybytku. Pokój i dziewczynę, choć gdy już lepiej poznamy pierwszoplanowego bohatera „Niebezpiecznej gry” możemy dojść do wniosku, że z dziewczyną to tylko sobie żartował. Nie zamierzał zawiązywać znajomości z tą, jak szybko się okaże, nieszczęsną autostopowiczką. Regulamin firmy, dla której pracuje ta barwna postać, zabrania podwożenia innych i choć niektórym Quid wygląda na takiego, który nie przestrzega reguł, to jego niewidzialny compadre może mieć inne zdanie na ten temat. To nie tak, że Quid nie szanuje prawa i polityki firmy przewozowej, w której jakiś czas temu się zakotwiczył, ale w pogoni za domniemanym seryjnym mordercą, łatwo można się zapomnieć. Zdarza się nawet najlepszym śledczym, a cóż dopiero osobie niemającej żadnego doświadczenia w podobnych akcjach? Ani doświadczenia, ani zaplecza. Nie licząc kobiety, dla której Quid po raz pierwszy na naszych oczach, świadomie łamie jedną z zasad firmy, która ostatnio zleciła mu przewóz wieprzowiny do miasta Perth, gdzie trwa potężny strajk – główna przyczyna coraz dotkliwszych niedoborów mięsa w tamtym rejonie Australii. Ten duet moim zdaniem miał przeogromny potencjał. Gdyby tylko Richard Franklin zareagował w porę, miast potem żałować.

(źródło: https://www.amazon.com/)

Pamela 'Hitch' Rushworth, w którą wcieliła się „królowa krzyku” Jamie Lee Curtis, uważam, powinna dostać o wiele miejsca w tej trzymającej w napięciu, ale i zabawnej przeprawie przez australijskie pustkowia (w większości niezagospodarowany, niezaludniony obszar, aczkolwiek parę małych biznesów gdzieniegdzie już zdążyło się pootwierać). Dreszczowcu, który zdecydowanie najmocniej pachniał mi „Pojedynkiem na szosie” (oryg. „Duel”) Stevena Spielberga, kultowym filmem opartym na opowiadaniu Richarda Mathesona pod tym samym oryginalnym tytułem (polski „Pojedynek”: publikacja zbiorcza wydawnictwa Mag z 2019 roku). Głównym, rzecz jasna mile widzianym sprawcą, tego stanu rzeczy, był klimat, ale treść też dość zbliżona. Maniak na drodze, który wciąga innego uczestnika ruchu drogowego w niebezpieczną grę. Tym razem jednak mamy do czynienia z czymś w rodzaju obrony przez atak. Zakładając, że podejrzenia Pata Quida względem „Smitha lub Jonesa”, tj. kierowcy zielonej furgonetki, są słuszne, zakładając, że nasz bohater trafnie wytypował aktualnie (początek lat 80-tych XX wieku, ewentualnie schyłek poprzedniej dekady) prawdopodobnie najbardziej poszukiwanego człowieka po tej stronie zjawiskowej Australii, jego zainteresowanie Quidem wygląda jak odpowiedź na „wścibstwo” naszego bohatera. Potencjalny zabójca młodych autostopowiczek z całą pewnością zauważył przyglądającego mu się Quida. Może i umknął mu za pierwszym razem, gdy jak u Hitchcocka wyglądał przez okno, ale później, na pustyni, już niewątpliwie zwrócił na niego uwagę. Wtedy, poza Quidem i jego przeuroczym pupilem, w ciężarówce wypełnionej kilkudziesięcioma sztukami zamrożonego mięsa z nieszczęsnych świnek, siedziała kobieta, której wcale nie chciał zabierać. Wzięła się i wepchnęła. Kobieta, którą mąż wyrzucił z samochodu na kompletnym pustkowiu! Może dlatego, że buzia jej się nie zamykała? Tak, oczywiście, to żadne usprawiedliwienie. Choćby nie wiadomo, jak męczące było towarzystwo, wypadałoby przynajmniej wysadzić bidulę w jakimś bardziej cywilizowanym miejscu. Bidulę czy raczej niewdzięcznicę? Cóż, powiedziałabym, że ta kobieta nie jest uważną słuchaczką, ma kłopoty z przyswajaniem informacji i czy to z czystej złośliwości, czy z jakichś mniej haniebnych powodów (znowu błędna interpretacja?), dołącza do chóru potępieńczych głosów. Ale to potem. Po długiej zabawie w kotka i myszkę w pustynnej dziczy. Brudnawe zdjęcia Vincenta Montona, wpadająca w ucho przewodnia melodia – która po jakimś czasie (opieram to wyłącznie na własnych odczuciach) może nieco drażnić – skomponowana przez Briana Maya i sprawny montaż Edwarda McQueena-Masona. Mało efektów, sporo gadania. I nie powiem, że mi to przeszkadzało. Trochę dłużyzn co prawda w moim odczuciu w tą „Niebezpieczną grę” Richarda Franklina się wkradło, ale żebym zdążyła się solidnie wynudzić, to nie, aż tak źle nie było. W takim przebojowym towarzystwie? Nie, nie twierdzę, ze każdemu takie „wariaty” podpasują, ale ja nie miałabym nic przeciwko przedłużeniu tej niecodziennej samochodowej podróży. Najchętniej nie tylko z Quidem i jego wiernym - może zanadto strachliwym, żeby nie powiedzieć tchórzliwym - nie-psem, ale też z jego nową znajomą, która bezsprzecznie nadaje na podobnych falach. Taki sam „postrzeleniec”, jak i on. Albo nawet większy, bo choć to ten kierowca ciężarówki (choć on pewnie sprzeciwiłby się takiemu określeniu jego skromnej osoby – ma facet dystans do siebie, co uważam za bardzo rzadką cechę) niejako zaraża ją swoją małą obsesją na punkcie „Smitha lub Jonesa”, to Pamela zdaje się wykazywać większą gotowość do powstrzymania tego „drogowego upiora”. Quid jakby nieustannie bił się z myślami. Mieszać się czy pilnować własnego nosa? Interweniować? To zadanie policji, która wprawdzie jest na niewłaściwym tropie, ale dla niego to tak naprawdę kolejny argument – najmocniejszy argument – za tym, by zostawić tę przerażającą sprawę w spokoju. Bo nawet jeśli kierowca zielonej furgonetki jest aktywnym seryjnym mordercą, czego Quid nie jest absolutnie pewien (skłania się ku temu, ale bierze też pod uwagę możliwość błędu, nie wyklucza, że mógł zapędzić się w swoich śmiałych teoriach), to przecież wywiązał się ze swojego obywatelskiego obowiązku. Przedstawił, a przynajmniej usiłował przedstawić, swoje obserwacje mundurowym. Reszta powinna należeć do nich. Nie można wymagać od zwykłego, szarego kierowcy ciężarówki wyręczenia organów ścigania w pościgu za groźnym przestępcą. Nie byle kieszonkowcem. Co zrobi Quid? Łatwo się domyślić. Jak skończy się ta opowieść? To już trochę trudniej. Choć niezupełnie. Otóż, od pewnego momentu - makabryczna myśl nie bez powodu, nawiedzająca głównego bohatera filmu w jego dalszej partii – przynajmniej część widzów będzie już tylko czekać na nieuniknione. Domyśli się, z której strony nadejdzie ostatni, najmocniejszy z zaplanowanych przez filmowców ciosów. Ta niesmaczna gadzina, nad którą ubolewał Richard Franklin. Cóż, ja tam nie ubolewam.

Solidne rzemiosło z australijskiej ziemi. Takich dreszczowców już się właściwie nie kręci. Bo taki nieefekciarski, taki nieplastikowy, taki brudny. Thriller drogi opracowany pod natchnieniem niektórych dzieł - a na pewno jednego - Alfreda Hitchcocka, który może też przywoływać wspomnienia „Pojedynku na szosie” Strevena Spielberga czy późniejszych „Autostopowicza” Roberta Harmona i „Kalifornii” Dominica Seny. Tak czy owak, uważam, że warto odkurzyć tę „Niebezpieczną grę” Richarda Franklina, mocno wspieranego przez Everetta De Roche'a. Klimatyczny dreszczowiec z humorystyczną polewą. Nie taki znowu ponurak:) Dość łagodnie obchodzący się z widzem, nietwardy owoc pracy zręcznych rąk, do którego zwolennicy mocniejszego, bezkompromisowego kina, według mnie, nie powinni się jednak zrażać. Chociaż zerknijcie, poświęćcie mu parę minut... I jak? Zostało się do napisów końcowych?

środa, 20 lipca 2022

Izabela Janiszewska „Apartament”

 

Prowadzący zajęcia z analizy filmu w Warszawskiej Szkole Filmowej, autor bestsellerowej książki o jego osobistej tragedii, Tomasz Engel i jego żona Nina, tancerka teatralna, zamierzają spędzić kilka dni w ekskluzywnym hotelu w Karkonoszach o nazwie Wichrowe Wzgórza. Chcą odpocząć od pracy i nacieszyć się swoim towarzystwem, ale to miejsce zdecydowanie nie spełnia ich oczekiwań. Pierwszy wieczór Tomasz spędza w hotelowym barze, gdzie poznaje aroganckiego młodego mężczyznę, który przedstawia się jako Wiktor Abart i najwyraźniej sporo wie o Engelu. Niedługo po tym nieprzyjemnym dla Tomasza spotkaniu, jego żona jakby zapada się pod ziemię. Coraz bardziej spanikowany mężczyzna przedstawia sprawę menadżerce hotelu Łucji Serafin, która z czasem zaczyna kwestionować przybycie Niny do Wichrowych Wzgórz.

Po głośnej trylogii z niezależną reporterką Larysą Luboń i policjantem Brunonem Wilkiem, „Wrzasku”, „Histerii” i „Amoku, oraz depresyjnym thrillerze psychologicznym „Niewybaczalne”, doświadczona w dziennikarstwie prasowym i telewizyjnym, fascynująca się neuropsychologią, neuropsychiatrią i epigenetyką, nowa gwiazda polskiej literatury kryminalnej, Izabela Janiszewska, postanowiła wykorzystać tematy, które od dłuższego czasu chodziły jej po głowie. W swoim „Apartamencie”, którego pierwsze wydanie ukazało się w roku 2022 pod szyldem wydawnictwa Czwarta Strona. Motyw tajemniczego zaginięcia żony połączony z tematem zainspirowanym reportażem Pawła Piotra Reszki – artykuł opublikowany w „Gazecie Wyborczej” oraz jego książka non-fiction pt. „Białe płatki, złoty środek. Historie rodzinne”. I motto przewodnika duchowego Anthony'ego de Mello: „wszelkie zło pochodzi ze strachu”. „Apartament” to też opowieść o okłamywaniu innych i samych siebie oraz przeszłości, która nie daje o sobie zapomnieć, która wraca w najmniej spodziewanych momentach. Thriller psychologiczny w dużej części rozgrywający się w fikcyjnym kurorcie w Karkonoszach, aczkolwiek wzorowanym na istniejącym hotelu.

Nowoczesny hotel w malowniczej górskiej scenerii, skrywający mroczne tajemnice. Tajemnice ludzkiego umysłu? Nic dziwnego, że „Apartament” Izabeli Janiszewskiej niektórym czytelnikom przywiódł na myśl „Lśnienie” Stephena Kinga i/lub jego filmową adaptację w reżyserii Stanleya Kubricka. Nie ukrywam, że ten tytuł też przemknął mi przez głowę podczas desperackich poszukiwań głównego bohatera i przewodniego narratora piątej wydanej powieści pani Janiszewskiej, mocniej jednak pachniało mi „Niechcianym gościem” Shari Lapeny i Zamknij wszystkie drzwi Rileya Sagera. A pozostawiła mnie Janiszewska ze wspomnieniem innej powieści Stephena Kinga, co, jak mniemam, nie było zaplanowane. Umownym sprawozdawcą wydarzeń rozgrywających się w „Apartamencie” autorki pamiętnego „Niewybaczalne”, jest twórca jednego literackiego przeboju i wykładowca w Warszawskiej Szkole Filmowej, Tomasz Engel, który czasami przekazuje pałeczkę swojej żonie – „kartki wyrwane” z dziennika Niny, fragmenty retrospektywne. Po raz pierwszy spotykamy ich w drodze do Wichrowych Wzgórz, drogiego hotelu w Karkonoszach. Wiecznie zaganiane, zapracowane małżeństwo z Warszawy szukające relaksu w górach. To nie wróży dobrze. Nie po tej stronie beletrystyki, którą upodobała sobie pani Janiszewska. Nina i Tomasz, pomimo albo właśnie dzięki dużej różnicy wieku (kobieta jest młodsza o piętnaście lat) wydają się tworzyć udany, szczęśliwy związek. Schorowana matka Niny wprawdzie nigdy specjalnie nie starała się ukryć swojej niechęci do Tomasza, spokojnie można powiedzieć, że nigdy nie zaakceptowała bodaj najważniejszego życiowego wyboru dokonanego przez jej jedyne dziecko. Tak naprawdę Nina nie bardzo miała wybór, bo jak człowieka trafi strzała Amora... Tomasza też trafiła, po szesnastu latach kawalerskiego życia. W zasadzie wdowiec, mężczyzna, który bezpowrotnie stracił swoją pierwszą żonę w okolicznościach, które wyjaśnią się później. Ciężko to przeżył. I napisał o tym książkę, która rozsławiła jego nazwisko. Szerzej nieznany, skromny nauczyciel akademicki nagle stał się prawdziwą gwiazdą sceny literackiej (była i przygoda z filmem). Mówi się, że w każdym człowieku tkwi materiał na przynajmniej jedną książkę i niewykluczone, że czołowa postać „Apartamentu” już wyczerpała swój limit. Tomasz od lat próbuje wycisnąć z siebie jakąś – jakąkolwiek – historię, ale nic z tego. Blokada twórcza, która po poznaniu Niny co prawda jakby się poluzowała, jednak nie trwało to długo. Ale nasz główny przewodnik po świecie przedstawionym w „Apartamencie” nie zamierza tak łatwo się poddać. Może pomoże mu zmiana otoczenia? Tak czy inaczej, Tomasz,w przeciwieństwie do Niny, nie zdecydował się na tę wycieczkę jedynie z myślą o odpoczynku, ale też, jeśli nie przede wszystkim, o pracy. Czy enigmatyczny Wiktor Abart, którego Engel poznaje w hotelowym barze u schyłku pierwszego dnia spędzonego w Wichrowych Wzgórzach, rzuci mu koło ratunkowe, czy raczej doszczętnie zrujnuje jego życie? Zarozumiały, wręcz narcystyczny najwyżej trzydziestoparoletni, elegancko się noszący mężczyzna, który najwyraźniej czerpie jakąś perwersyjną przyjemność z poniżania innych. Całkowite przeciwieństwo Tomasza: spokojnego, kulturalnego gościa Wichrowych Wzgórz, którego cierpliwość też zapewne ma swoje granice. Bo gdy ludzie z jakiegoś sobie tylko znanego powodu uparcie próbują, brzydko mówiąc, zrobić z ciebie wariata, to pozostaje tylko czekać, aż spełnisz oczekiwania takiego Abarta. Aż wyjdzie z ciebie diabeł. Tym bardziej, gdy najbliższa osoba przepadła jak kamień w wodę. Tomasz poważnie rozważa spisek zawiązany przynajmniej przez niektórych pracowników i niektóre pracownice luksusowego hotelu w górach, w którym właściwie od początku panuje atmosfera zaszczucia, równie dobrze mogąca płynąć z otchłani splątanego umysłu jednostki – nieubłaganie kurcząca się pułapka zastawiona na małżeństwo z Warszawy z niebezpiecznym przechyłem w stronę paranoi jednej z rzekomych ofiar. Spisek czy wyparcie? Trudno niezachwianie podzielać stanowisko nie do końca spełnionego pisarza, który prawdopodobnie nie spocznie, dopóki nie odnajdzie swojej żony. Żywej lub martwej. Trudno nieustannie dopatrywać się w działaniach menadżerki hotelu Łucji Serafin oraz niektórych jej podwładnych, celowego działania wymierzonego w jednego z gości tego imponującego przybytku. W jakim celu mieliby to robić? Żeby zatuszować zbrodnię lub śmiertelny w skutkach, przez nikogo niezawiniony wypadek? Czyżby wszystko rozbijało się o coś tak płytkiego, jak renoma hotelu? A w każdym razie nieporównywalnie mniej istotnego od prawdy o losie jednej z osób, która na swoje nieszczęście wkroczyła w te nieskromne progi. Albo nie. Albo małżonki Tomasza nigdy tu nie było.

Apartament” Izabeli Janiszewskiej to historia podana z punktu widzenia człowieka, któremu wszystko mogło się pomieszać (i doprawiona obrazkami z mniej i bardziej – ale nie za bardzo – odległej przeszłości, umownie utrwalonymi przez Ninę na kartach jej dziennika). Fałszywe wspomnienia. Reakcja obronna mózgu, który najzwyczajniej nie był w stanie przetrawić brutalnych faktów. Ostatnich chwil z ukochaną. Zajmująca zabawa w domniemania. Maksymalnie angażująca gra wytrawnej manipulantki (to komplement) przypuszczalnie z coraz bardziej zdezorientowanym czytelnikiem, którego jednak wspomóc może ewentualne doświadczenie z podobnymi historiami. Wcześniejsze kontakty z motywami, z których Janiszewska zbudowała swój mroczny „Apartament”. Moje dotychczasowe doświadczenia – powiedzmy, czysta statystyka – przemawiały za teorią ukutą przez wytrwałego, nieustępliwego poszukiwacza bezcennego skarbu przypuszczalnie ukrytego na terenie koszmarnego kurortu. Koszmarnego dla Tomasza Engela, ale tego samego na pewno nie można powiedzieć o prawie wszystkich pozostałych aktualnych gościach Wichrowych Wzgórz. Tamci są w niebie, Tomasz jest w piekle, a Wiktor Abart potwornie się nudzi. W każdym razie tak twierdzi. Tak tłumaczy swoje zaangażowanie w sprawę zaginięcia tancerki z Warszawy. Główny bohater lub antybohater omawianej powieści woli nie wchodzić w żadne układy z tym śliskim typem. Woli poszukać innych sojuszników, ale kiedy już wydaje się, że zyskał silne wsparcie w postaci menadżerki hotelu, na wierzch wypływają informacje zadające kłam jego opowieści. Dowody, które raczej nie przekonają odbiorców książki, ale trochę na pewno nadszarpną ich zaufanie do pamięci Tomasza. Nie ukrywam, że chwilami wpadałam w stan, który najpewniej dożywotnio w pierwszej kolejności będę kojarzyć z „Dzieckiem Rosemary”, powieścią Iry Levina i jej ekranizacją wyreżyserowaną przez Romana Polańskiego. Jakby udzielała mi się paranoja mojego przewodnika po karkonoskim kurorcie położonym nieopodal zalewu Modrzewiówka. Wielokrotnie łapałam się na tym, że o udział w spisku posądzam nie tylko wszystkich pracowników Wichrowych Wzgórz, ale też gości i miejscowych policjantów! Chłodna analiza materiału dowodowego, czy jak kto woli poszlakowego, zazwyczaj studziła ten wariacki nastrój, hamowała tego narowistego rumaka, który po krótkim odpoczynku, znowu i znowu ruszał do ataku. Przeciąganie liny – raz po stronie Tomasza, innym razem w obozie Łucji. Logika doradzała nieustającą czujność, skupienie nie tylko na tym, co dzieje się na pierwszym planie, ale i obejmowanie wzrokiem wszystkiego wokół. Czytanie między wierszami i... odrzucanie tego, co najzacieklej zabiega o uwagę? Nie co, tylko kto. Człowiek enigma. „Mefistofeles”, który znalazł nowego „doktora Fausta”. Mroczny człowiek przedstawia Tomaszowi ofertę, którą ten w pierwszym odruchu odrzuca, ale da się zauważyć, że nieznajomy wzbudził zainteresowanie w autorze jednego literackiego przeboju. Wbrew pozorom „Apartament” Izabeli Janiszewskiej kryje w sobie całkiem złożoną intrygę. Błądząc z Tomaszem Engelem po klaustrofobicznych korytarzach górskiego hotelu, zaglądając w mniej i bardziej mroczne zaułki tego przepastnego, naszpikowanego kamerami gmaszyska i oczywiście eksploatując niemożliwie splątaną psychikę udręczonego, niewątpliwie cierpiącego mężczyzny, który w każdej chwili może wybuchnąć, łatwo nabrać przekonania, że Izabela Janiszewska w gruncie rzeczy konfrontuje nas z prostą, i co też wypada zaznaczyć, nieoryginalną opowieścią. Wyrzućmy ozdobniki - sprytne odwracacze uwagi od rzeczy istotnych? - to zostanie jednowątkowa tragedia mężczyzny, który stracił kolejną żonę, ale tym razem niekoniecznie na zawsze. No dobrze, jeszcze jeden wątek dobudowałam sobie, przed wyznaczonym przez autorkę czasem, a naprowadził mnie pewien utwór Stephena Kinga, ale szczęśliwie dla mnie, to nie jedyne ciężkie działo wytoczone w tym przygnębiającym „Apartamencie”. Temat na dobrą sprawę z życia wzięty. Brutalna rzeczywistość, na którą Izabela Janiszewska – i za to najbardziej ją cenię – nie zwykła zamykać oczu.

Głęboko poruszająca rzecz! Dobra passa Izabeli Janiszewskiej trwa. W każdym razie moim oczekiwaniom „Apartament” sprostał. Jedna z tych pozycji, która według mnie dobitnie pokazuje, że na znanych fabularnych fundamentach można wznieść zupełnie nowe albo przynajmniej niepospolite budowle. Cegła po cegle złożyć coś, obok czego trudno przejść obojętnie. Paranoiczny, klaustrofobiczny, ponury dreszczowiec o mężczyźnie szukającym żony, której krew może być na jego rękach. Absolutnie wciągający thriller psychologiczny, który przeniesie Was do niekomfortowego górskiego kurortu. Ekskluzywnego hotelu, w którym doprawdy dziwne rzeczy się dzieją. Doprawdy?

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 18 lipca 2022

„Czarny telefon” (2021)

 

Rok 1978. Na przedmieściach Denver grasuje seryjny porywacz i zabójca małoletnich znany jako The Grabber. Wychowywani przez nadużywającego alkoholu i stosującego przemoc fizyczną wobec swoich dzieci, trzynastoletni Finney i jego młodsza siostra Gwen, posiadająca zdolności parapsychiczne odziedziczone po matce, są mocno ze sobą zżyci. Kiedy więc Finney staje się najnowszą ofiarą zamaskowanego postrachu Denver, dziewczyna nie ustaje w wysiłkach, by odnaleźć ukochanego brata. Tymczasem Finney jest przetrzymywany w piwnicy domu Grabbera, gdzie na ścianie wisi zepsuty czarny telefon stacjonarny, który staje się łącznikiem pomiędzy duchami poprzednich ofiar nieuchwytnego zbrodniarza i Finneyem.

W 2007 roku w jednej z amerykańskich księgarń Scott Derrickson, twórca między innymi „Egzorcyzmów Emily Rose” (2005) i późniejszych „Sinister” (2012) oraz „Zbaw nas ode złego” (2014), natrafił na zbiór opowiadań Joego Hilla (właściwie Joseph Hillstorm King), syna Stephena Kinga, pt. „20th Century Ghosts” (pol. „Upiory XX wieku”). Przeczytał pierwszą z zamieszczonych w tej publikacji historii, opowiadanie pt. „Best New Horror” (pol. „Najlepszy nowy horror”), które zrobiło na nim ogromne wrażenie. Kupił książkę i po powrocie do domu przeczytał resztę. „Czarny telefon” (oryg. „The Black Phone”) w jego ocenie nie był najlepszym opowiadaniem z tego zbioru - choć za genialne uznał połączenie motywu seryjnego porywacza i mordercy dzieci z ghost story w zamkniętej, niewielkiej przestrzeni (piwnica) - ale zdecydowanie „najbardziej podatnym na adaptację/ekranizację”. Lata później, gdy Scott Derrickson pracował nad „Doktorem Strange w multiwersum obłędu”, sequelem swojego „Doktora Strange” z 2016 roku, on i jego zaufany współpracownik C. Robert Cargill postanowili w końcu przenieść na ekran „Czarny telefon” Joego Hilla. Mieli to zrobić tuż po sfinalizowaniu „Doktora Strange w multiwersum obłędu”, ale ostatecznie Derrickson zrezygnował z reżyserowania tamtej produkcji, tłumacząc to różnicami twórczymi (pozostał jednak producentem wykonawczym). Prace nad filmową wersją „Czarnego telefonu” rozpoczęły się więc wcześniej, niż planowano. Pieczę nad projektem objęła firma Blumhouse Production. Jej prezes Jason Blum, przyjaciel Derricksona, był osobiście zaangażowany w projekt - swoim zwyczajem wspierał, a nie ingerował w wizję dyrektora artystycznego - a budżet oszacowano na siedemnaście milionów dolarów (niektóre źródła podają od szesnastu do osiemnastu). Główne zdjęcia rozpoczęły się w pierwszej połowie lutego 2021 roku, a zakończyły pod koniec marca tego samego roku. Film kręcono głównie w Wilmington i jego okolicach w Karolinie Północnej pod roboczym tytułem „Static”. Inspirację Scott Derrickson czerpał między innymi z „400 batów” François Truffauta i „Kręgosłupa diabła” Guillermo del Toro. Wygląd Grabbera, o który zadbał sam Tom Savini, najczęściej jest porównywany (przez odbiorców filmu) do profesora Edwarda C. Burke'a, fikcyjnej postaci, w którą wcielił się Lon Chaney w „Londynie po północy” Toda Browninga. Scott Derrickson ma w planach nakręcenie sequela „Czarnego telefonu”, amerykańskiego horroru nadprzyrodzonego, który zadebiutował we wrześniu 2021 na Fantastic Fest w Stanach Zjednoczonych, a do szerszego obiegu został wpuszczony w kolejnym roku. Sequela, na który pomysł poddał mu Joe Hill.

Albert („mów do mnie Al”), szerzej znany jako Porywacz z Galesburg, otyły mężczyzna w okularach przemienił się w szczupłego jegomościa pokazującego się w kilku różnych, dość upiornych maskach zaprojektowanych przez legendarnego charakteryzatora Toma Saviniego. Scott Derrickson, reżyser i współscenarzysta (skrypt napisany do spółki z C. Robertem Cargillem) filmowej adaptacji opowiadania Joego Hilla pt. „Czarny telefon” był pytany (a przynajmniej pojawiły się takie sugestie), czy wyszczuplając czarny charakter miał na uwadze Normana Batesa z „Psychozy” - w powieści Roberta Blocha człowiek z nadwagą, a w ekranizacji Alfreda Hitchcocka już prędzej z niedowagą:) Z jego odpowiedzi wynika, że raczej kierował się głosem, tj. upatrzył sobie Ethana Hawke'a, ponieważ nie miał wątpliwości, że jest jednym z nielicznych aktorów, którego głos (miękki, chropawy, wysoki, niski, piskliwy, ryczący, głęboki: zdaniem Derricksona temu aktorowi wszystko to przychodzi zupełnie naturalnie) przebije się przez maski rzekomego magika. A dodatkowe kilogramy zwyczajnie nie pasowały do jego wyobrażeń tej postaci. Główny bohater omawianej produkcji, trzynastoletni Finney (w tej roli debiutant Mason Thames, czysty talent odkryty przez Scotta Derricksona – olśniewający owoc poszukiwań wdrożonych z myślą o „Czarnym telefonie” przez reżysera tego filmowego przedsięwzięcia) mieszka na przedmieściach Denver ze swoją młodszą siostrą Gwen (w oryginalnej wersji mamy starszą siostrę imieniem Susannah) i nader często zaglądającym do kieliszka ojcem. Jego żona, matka Finneya i Gwen, zmarła jakiś czas temu (kolejna zmiana w stosunku do pierwotnej wersji „Czarnego telefonu”). W wersji Joego Hilla siostra Johna Finneya, żywo interesuje się okultyzmem, spirytualizmem etc., ale nic nie wskazuje na to - no dobrze, był jeden, tylko jeden, incydent - że Susannah posiada jakieś parapsychiczne zdolności. Derrickson i Cargill w swoim scenariuszu „Czarnego telefonu” pociągnęli ten temat, poszli zdecydowanie dalej, bo nie pozostawili odbiorcom żadnych wątpliwości, że siostra i zarazem najlepsza przyjaciółka Finneya posiada rzadki, czy jak kto woli, niespotykany w prawdziwym świecie, dar. Dar odziedziczony po matce, który może stać się prawdziwym przekleństwem. Coś w rodzaju proroczych snów. Akcja opowiadania toczy się w nieokreślonym czasie, Derrickson natomiast postawił na lata 70-te XX wieku, głównie przez wzgląd na swoje stare, (nie)dobre czasy. „Czarny telefon” jest najbardziej osobistym z dotychczasowych filmów twórcy „Egzorcyzmów Emily Rose”, swoistym świadectwie jego wiary. Wiary chrześcijańskiej, do której Derrickson w „Czarnym telefonie” też się odwołuje, aczkolwiek już w dużo mniejszym stopniu. Tym razem bardziej skupił się na wspomnieniach z dzieciństwa. Nieprzyjemnych, żeby nie powiedzieć traumatycznych, ale też takich, które budzą w nim bardziej pożądane, pozytywne emocje. Na przykład chłopięca przyjaźń – najbliższy kolega Finneya był silnie inspirowany niegdysiejszym dobrym kolegą Scotta. Warto też nadmienić, że w scenariuszu „Czarnego telefonu” wspomniano „Teksańską masakrę piłą mechaniczną” Tobe'ego Hoopera – kultowy slasher rekomendowany Finneyowi przez przyjaciela, ale na naszych oczach ten pierwszy obejrzy inny horror, „Mrowca” Williama Castle'a. A przynajmniej jego fragment. W „Czarnym telefonie” doszukano się też nawiązań do „Doktora Sen” Mike'a Flanagana, filmu opartego na powieści Stephena Kinga oraz jednego z najobszerniejszych dzieł tego drugiego: o morderczej istocie grasującej w fikcyjnym miasteczku Derry, która objawia się między innymi pod postacią klauna Pennywise'a.

Gdyby Scott Derrickson i Robert C. Cargill uparcie trzymali się materiału źródłowego, to nie wiem, czy wystarczyłoby go na półgodzinny obraz. Na opowiadanie może i wystarczy (zależy, kto czyta), ale na pewno nie film pełnometrażowy. Chyba że złożony z wybitnie poprzeciąganych, straszliwie męczących scen. Aby tego uniknąć, wypadało rozbudować wizję Hilla. Ekranowa wersja zachowuje niemal wszystkie wydarzenia z opowiadania (włącznie z dialogami) – z wyjątkiem wizji, jakiej doświadcza zniewolony chłopak, która skupia się na jego siostrze – ale już cała otoczka została poddana zręcznej obróbce. To znaczy, to co w opowiadaniu miało drugorzędne, wręcz marginalne znaczenie, zostało zdecydowanie inaczej potraktowane przez filmowców. Siostra Finneya (wyśmienity występ Madeleine McGraw) w „Czarnym telefonie” Scotta Derricksona odgrywa większą rolę w sprawie dotyczącej seryjnego porywacza i zabójcy dzieci. Więcej uwagi poświęcili też twórcy filmu warunkom panującym w domu tego mocno przywiązanego do siebie rodzeństwa. Innym warunkom, bo zamiast częstych kłótni rodziców, coraz bardziej realnego widma rozwodu, mamy wdowca, który najwyraźniej wyznaje zasadę, że „cztery litery to nie szklanka”. Innymi słowy, chwyta za pasek, ilekroć uzna, że któreś z jego dzieci, ewentualnie oboje, zasłużyło na karę. Wszystko wskazuje na to, że problemów przysparza mu głównie młodsza latorośl. Zadziorna, niedająca sobą pomiatać, odszczekująca się i to w niewybrednych słowach nawet przedstawicielom organów ścigania - i pal licho, że w obecności dyrektorki szkoły – niebojąca się rzucić z gołymi pięściami na kilku starszych chłopców, którzy mieli czelność ruszyć najbliższą jej osobę. Osobę, która nie zwykła szukać kłopotów. Dziewczynka z niezwyczajną zdolnością, która może bardzo przydać się w najważniejszym z aktualnie (to znaczy w roku 1978) toczących się policyjnych śledztw w Denver i okolicach. Właściwie twórcy nie pozostawiają nam wątpliwości, że pomóc najnowszej ofierze zbrodniarza, któremu nadano przydomek The Grabber, maniaka z czarnymi balonami, może jedynie jego młodsza siostra. I oczywiście chłopcy zamordowani przez tego enigmatycznego oprawcę. Już z pokazów testowych „Czarnego telefonu” do Scotta Derricksona dotarły uwagi na temat tej tajemniczości antagonisty. Niektórzy byli/są zdania, że powinien pokusić się o więcej informacji na jego temat, ale reżyser i współscenarzysta tego grozowego wydarzenia, twardo upierał się przy swoim podejściu. Jego zdaniem przybliżenie widzom tej postaci bardziej by jej zaszkodziło, niż pomogło. Może nawet zepsułoby cały efekt. W każdym razie według niego wtedy ten zamaskowany gość byłby mniej przerażający. Na niektórych jednakże bardziej upiorne wrażenie mogą robić niezwyczajni sojusznicy Finneya, duchy, które kontaktują się z głównym bohaterem filmu za pośrednictwem tytułowego telefonu. Od lat zepsutego, momentami jakby oddychającego (jak w opowiadaniu) swoistego łącznika pomiędzy światami. Przynajmniej większość z nich wcale nie kieruje się pragnieniem ocalenia choćby tego jednego chłopca przetrzymywanego wbrew jego woli przez diabolicznego pana z amerykańskiego przedmieścia. I większości z nich Finneyowi nie będzie dane zobaczyć, ale widzom twórcy nie szczędzą tych wspaniałych widoków. Można się poczuć nieswojo, mimo świadomości, że żadna z tych nieszczęsnych postaci nie stanowi zagrożenia dla pozytywnego pierwiastka tej „więziennej opowieści z dreszczykiem”. Niewyszukanej, a wręcz powiedziałabym, że bardzo prostej historyjki utrzymanej w smacznym klimacie retro – o tyle, o ile: bardziej jak w „To” Andy'ego Muschiettiego niż „Grindhouse'ach” Quentina Tarantino i Roberta Rodrigueza. Nieprzesadnie efekciarska, umiarkowanie trzymająca w napięciu, a i nawet jedno „buu!” na mnie zadziałało (wow, podskoczyłam!). Oprócz fantazyjnych masek antagonisty w mojej pamięci najdłużej zapewne ostanie się duch widziany też przez Finneya, który niewykluczone, że miał nam przypomnieć inne dzieło Scotta Derricksona. Nawiązanie do „Egzorcyzmów Emily Rose”? Na koniec warto też wspomnieć, że w „Czarnym telefonie” zobaczymy też Jamesa Ransone'a, z którym Scott Derrickson miał już okazję pracować („Sinister”), i który wprowadza do tego świata przedstawionego trochę humoru. I coś jeszcze.

To ja już wolę film. Od opowiadania, które stanowiło podstawę scenariusza Scotta Derricksona i C. Roberta Cargilla o chłopcu porwanym przez bardzo złego pana, dziewczynce z niezwykłą zdolnością, która stara się go odnaleźć oraz doradcach z zaświatów, którzy dzwonią i dzwonią. „Czarny telefon”, filmowa adaptacja krótkiego utworu Joego Hilla pod tym samym tytułem, ze zbioru „Upiory XX wieku”, wyreżyserowana przez Scotta Derricksona, który zdążył już wyrobić sobie pewną markę w świecie filmowego horroru - całkiem zasłużony architekt grozowych budowli. Adaptacja, która dokonała nie niemożliwego. Całkowicie subiektywnie: przebiła nudnawy oryginał. Jak na standardy współczesnych mainstreamowych straszaków, moim zdaniem, jest dobrze. Daje radę, choć pewnie od Scotta Derricksona można oczekiwać więcej.

sobota, 16 lipca 2022

Lia Middleton „Gdy ją odnajdą”

 

Naomi Williams mieszka sama na niefunkcjonującej już farmie odziedziczonej po rodzicach. Jej związek małżeński z Aidenem Williamsem rozpadł się przed paroma laty, na skutek poważnych błędów, jakie popełniła. Ich czteroletnia córka Freya mieszka z ojcem i jego drugą żoną Helen, ale regularnie widuje się z rodzicielką, która z wytęsknieniem wypatruje tych chwil. Teraz Freya po raz pierwszy od czasu rozwodu jej rodziców ma spędzić noc z matką. Naomi długo o to zabiegała. Zapewniała Aidena, że dziewczynka będzie z nią bezpieczna, że należycie się nią zaopiekuje. Ale zawiodła. Straciła swój najcenniejszy skarb i wini za to wyłącznie siebie. Tylko ona zna potworną prawdę, którą nie jest w stanie podzielić się z innymi. Zamiast tego wikła się w spiralę kłamstw, a wszystko po to, by zatrzymać przy sobie nie jedno, a dwoje dzieci.

Gdy ją odnajdą” (oryg. „When They Find Her”) to debiutancka powieść mieszkającej w mieście Beaconsfield w Anglii Lii Middleton, prawniczki specjalizującej się w prawie karnym, więziennym i publicznym, która przestępczością interesuje się od dzieciństwa – już wtedy chodziła do sądu, żeby oglądać w pracy swojego ojca, sędziego pokoju. Pracę nad „Gdy ją odnajdą”, thrillerem psychologicznym pierwotnie wydanym w 2021 roku, Middleton rozpoczęła w listopadzie 2017 roku. Pisała głównie wieczorami, gdy tylko jej pierworodne dziecko osunęło się w objęcia Morfeusza. Latem 2019 roku, w trakcie urlopu macierzyńskiego po przyjściu na świat jej drugiego dziecka, podpisała kontrakt ze swoją agentką i już w następnym roku rozpoczęła współpracę z wydawnictwem Penguin Michael Joseph, które wpuściło na rynek jej pierwszą książkę. Pierwsze polskie wydanie przygotowało wydawnictwo Prószyński i S-ka na rok 2022. W tłumaczeniu Tomasza Wilusza. Lię Middleton w pisarstwie pociąga przede wszystkim możliwość skrupulatnego przeanalizowania wewnętrznej sfery człowieka w oku cyklonu, tj. kryminalnych sprawy, w które, w taki czy inny sposób, główne obiekty jej twórczych zainteresowań są zamieszane. Kariera adwokacka, poza wszystkim innym, pomogła jej zrozumieć nie tylko zawiłości systemu, ale także jego ludzkie oblicze. Ludzi, którzy, zasłużenie lub nie, wpadają w tryby tej nieubłaganej machiny oraz ludzi, którzy ją tworzą. Pisanie umożliwia jej wejście w to jeszcze głębiej. Głębiej niż kiedykolwiek wcześniej.

To nie jest opowieść dla ludzi o słabych nerwach. Lia Middleton już na początku uśmierca ewentualną nadzieję na szczęśliwe zakończenie. Bez względu na to, jak potoczy się historia naszej narratorki Naomi Williams, zło już się dokonało. Tego nie da się naprawić. Można tylko wyznać prawdę i liczyć na zrozumienie ogółu. Zdać na ślepy los. Zaryzykować utratę drugiego dziecka. A właściwie obu, bo w udręczonym umyśle prawdopodobnie jedynej osoby, która wie, gdzie jest Freya, tak to się przedstawia. Przewidywana cena prawdy. Niebezpodstawna obawa, która pcha Naomi w wir kłamstw. „Gdy ją odnajdą” to opowieść o nieidealnej, ale niewątpliwie kochającej matce, która jest przekonana, że straszliwie, okrutnie zawiodła swoją czteroletnią córeczkę. Matce, która nie wytrzymała presji. Dążyła do doskonałości. Pragnęła być jedną z tych matek, które wszystko robią tak jak trzeba. A przynajmniej stwarzają takie pozory. Wiedziała, że tak trzeba, że tego się od niej oczekuje. Tego oczekuje się od każdej matki. Chronić swoje młode za wszelką cenę. Ani na moment nie spuszczać ich z oka, nawet kosztem własnego zdrowia. Jeśli czujesz, że macierzyństwo cię przerasta, rób dobrą minę do złej gry. Nie możesz się zdradzić przed nikim z tej rzekomej słabości. Bo przykleją ci etykietkę złej matki, a tego byś nie zniosła. Co gorsza, mogą ci odebrać mały cud, który sprowadziłaś na ten smutny świat. „Gdy ją odnajdą” debiutującej na scenie literackiej Lii Middleton to rzadki okaz nawet wśród swoich, po mroczniejszej stronie beletrystyki. Nawet tutaj zwykle tlą się jakieś płomyczki nadziei. Zwykle możemy liczyć na to, że wszystko się ułoży, że postacie, do których się przywiązaliśmy, znajdą wyjście z koszmaru, w jaki nagle zamieniło się ich życie. Czerń się rozwieje, wrócą radosne kolory i znowu z ufnością będą patrzeć w przyszłość. Naomi i Aiden Williamsowie już zawsze przynajmniej jedną nogą będą tkwić w nieprzeniknionych ciemnościach. Pewnie nigdy nie przestaną myśleć o tym, co by było gdyby. Gdybyśmy się nie rozstali albo nie przeprowadzili na farmę. Albo chociaż gdyby nasza kochana Freya nie została na noc u uzależnionej od środków nasennych biologicznej matki. Naomi zastanawia się też nad tym, czy tragedii udałoby się uniknąć, gdyby dotrzymała słowa danego Aidenowi. Gdyby tej jednej nocy nie zażyła tych przeklętych tabletek. Może wtedy należycie wywiązałaby się z podstawowego obowiązku każdego rodzica – chronić swoje dziecko. Wtedy na pewno w głowie, by jej nie postało, by skrzywdzić swoją córeczkę. Czyżby? A czy przypadkiem już wcześniej tego nie próbowała? Wszystko wskazuje na to, że wina za rozpad małżeństwa w całości leży po jej stronie. Zrobiła coś, czego nigdy sobie nie wybaczyła. A potem mogła już tylko bezsilnie patrzeć, jak jej ukochany układa sobie życie z inną. Najtrudniejsza była jednak rozłąka z Freyą. Aiden wprawdzie pozwalał jej widywać się z córką, ale to, co zupełnie zrozumiałe, Naomi nigdy nie wystarczało. Marna „nagroda pocieszenia”, za którą Naomi i tak jest Aidenowi niezmiernie wdzięczna. Najwyraźniej kobieta uważa, że nawet na to sobie nie zasłużyła. Kara za grzechy. Sama skazała się na samotność – straciła nie tylko męża, ale i najbliższe przyjaciółki. Sama na cichej farmie pod lasem, gdzie już w dzieciństwie znalazła idealną kryjówkę. Teraz z niej skorzysta. Ta zrozpaczona kobieta, która chciała tylko być dobrą matką. Karkołomny, wręcz szalony krok. Czyn karalny, który na dodatek zwiastuje coś jeszcze mniej przyjemnego. Szokującego dla postronnego obserwatora, ale nie dla Naomi. Dla niej to coś w rodzaju ostatniej deski ratunku. Jeśli skłamie to ma szansę zatrzymać przy sobie tę namiastkę, tę bezcenną powłokę... Patrzyłam na to z niesmakiem przykrytym grubą warstwą współczucia. Nie pochwalałam, ale rozumiałam. Mało tego: podejrzewałam, że będę jej współczuć jeszcze bardziej, gdy potwierdzą się jej największe obawy. I gdy na wierzch wypłyną jej niecne postępki, zwykłe ludzkie błędy lub okropne zbrodnie z niezbyt odległej przeszłości.

Gdy ją odnajdą” Lii Middleton to wybitnie empatyczna „tragedia w trzech aktach” (plus prolog i epilog) podana z perspektywy kobiety, którą przy życiu trzyma już tylko jej nienarodzone dziecko i pragnienie ponownego ujrzenia swojej czteroletniej córeczki. Obiecała swojej dziecinie, że wróci i nie może znowu jej zawieść. Koniec z byciem złą matką. Naomi Williams zdaje sobie sprawę z konsekwencji, jakie niechybnie poniesie, jeśli ten chwiejny domek z kłamstw runie. Ale w swoim mniemaniu najlepsze, co może zrobić, to ciągnąć tę maskaradę. Chwilami żałuje tego pierwszego, decydującego kłamstwa. Chwilami ogarnia ją przemożna potrzeba ujawnienia prawdy. W końcu może i jej ulegnie, tym samym narażając się na poważne oskarżenia. Gdyby tylko o to chodziło. Naomi nie boi się tak utraty wolności, jak utraty swoich dzieci. Motywacje czystsze od czynów. W istnej otchłani rozpaczy. W roztrzaskanym umyśle, który tak naprawdę od lat nie był w najlepszym stanie. Wszystko zaczęło się po narodzinach Frei Grace Williams. Uroczej dziewczynki, która była kochana... aż za bardzo? W każdym razie przynajmniej jedno z jej rodziców musiało poszukać pomocy specjalisty. Nic zdrożnego, to się zdarza, choć jak słusznie zauważa pani Middleton, za mało się o tym mówi. Takie osoby potrzebują wsparcia przede wszystkich w najbliższym otoczeniu. Kochał, a odszedł. Ze względu na dziecko. Bezpieczeństwo Frei zawsze było najważniejsze dla obojga jej rodziców. Podczas gdy ona uważała, że Freya jest najbezpieczniejsza przy niej, on z czasem doszedł do wniosku, że jest wręcz odwrotnie. Lia Middleton w trakcie policyjnych poszukiwań dziewczynki, później z udziałem cywilnych ochotników, od czasu do czasu zagląda w przeszłość (wspomnienia narratorki i już bardziej bezpośrednio: rozdziały retrospektywne), odsłania kolejne fragmenty coraz mniej szczęśliwego pożycia małżeńskiego ludzi, którzy sprowadzili na świat to nieszczęsne dzieciątko. Powiedzieć, że „Gdy ją odnajdą” zaczyna się od trzęsienia ziemi, to jak nie powiedzieć nic. To istny nokaut. Głaz, który czytelnik ma dźwigać do ostatniej kropki. A i bardzo możliwe, że ta historia będzie go prześladować długo po zakończeniu lektury. Middleton nie jest jedną z tych „cioteczek”, które tak dla zabawy trochę postraszą, ale koniec końców oczyszczą atmosferę. Zdejmą ten ciężki kamień z naszych serc. Prędzej dorzuci jeszcze kilka. Bo może być gorzej. Nie ma tego złego, co na gorsze by nie wyszło - na to musiałam się przygotować. W zasadzie, po takim wstępie, nie została we mnie nawet odrobinka nadziei na polepszenie sytuacji kobiety, której życie dało mocno w kość. Nieludzko sponiewierana potencjalna zbrodniarka. Gdyby nie ten wstęp, to pewnie nie czułabym tak silnej potrzeby przyszykowania się na taki obrót wydarzeń. Na szczyt mojej listy podejrzanych trafiłby ktoś inny, niemniej w skrytości ducha zapewne liczyłabym, że autorka, ewentualnie autor, jednak nie stchórzy. Odważy się i na takie tąpnięcie. Oczywiście, miałam na oku też inne osoby powołane do życia przez obdarzoną gargantuiczną wrażliwością początkującą powieściopisarkę, która moim skromnym zdaniem przebiła niejeden najgorętszy hit z mroczniejszych obszarów beletrystyki. A może zwykły wypadek? To jest jeden z tych, do którego nikt się nie przyczynił. Może tym razem nie ma winnych, a w każdym razie nie w takim sensie, jaki najpewniej najbardziej interesuje śledczych zajmujących się sprawą zaginięcia czteroletniej Frei. „Gdy ją odnajdą” to kolejny dowód na to, że mniej znaczy więcej. Kameralna opowieść, która w zasadniczej części rozgrywa się wewnątrz jednostki. Intymna, jak mało która. Mroczna, jak mało która. I ciężka, tak potwornie ciężka, bo żadna to przyjemność błądzić w umyśle ofiary, która mogła dopuścić się najgorszego. Naomi nie pamięta tej fatalnej nocy. Tylko przerażony głosik najdroższej jej osoby, który równie dobrze mógł jej się tylko przyśnić. Tak czy inaczej, matki nie było przy córce, kiedy ta najbardziej tego potrzebowała. Wyobraźcie sobie to poczucie winy, wyobraźcie sobie te katusze, ten ogrom cierpienia. Nie, nie musicie sobie tego wyobrażać. Lia Middleton sprawi, że to poczujecie. Mnie w każdym razie udzielały się dosłownie wszystkie emocje targające tą biedną kobietą. Jakbym weszła w jej skórę. Topiła się w tej rozpaczy. Z ciągle ściśniętą krtanią, często wilgotnymi oczami i niemal paraliżującym przekonaniem, że tak będzie już zawsze. Wystarczą sekundy, aby życie człowieka obróciło się w gruzy. By nie zostało już nic (prawie nic), co trzyma go na tym świecie. Jeden fałszywy ruch i lądujesz w piekle.

Niewielka scena, a na niej straszliwie udręczona kobieta, wokół której krążą mniejsze i większe ludzkie planety, skoncentrowane na poszukiwaniach zaledwie czteroletniej dziewczynki. Historia jakby z życia wzięta, przed którą czuję się w obowiązku ostrzec osoby oczekujące czegoś mniej zobowiązującego, czegoś lżejszego. Nie tym razem, moi mili. Prawniczka z Anglii Lia Middleton nie patyczkuje się z czytelnikami „na łamach” „Gdy ją odnajdą”, swojego pierwszego opublikowanego utworu literackiego. Thriller psychologiczny, który może wpędzić w prawdziwie depresyjny nastrój. Powieść bez skrupułów. Mocna, mroczna, przerażająca. Bezwzględna, paskudna, okropna. Piorunująca! Rewelacyjna!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu