Stronki na blogu

poniedziałek, 18 grudnia 2023

„Menu” (2022)

 
Mający obsesję na punkcie sztuki kulinarnej Tyler Ledford zabiera smakową ignorantkę Margot Mills na prywatną wyspę, gdzie światowej sławy chef Julian Slowik prowadzi wykwintną restaurację Hawthorn. Wśród pozostałych gości są ceniona krytyczka kulinarna, niegdysiejsza gwiazda kina, zamożne małżeństwo regularnie stołujące się na wyspie oraz partnerzy biznesowi przełożonego Slowika. Wszyscy zostali starannie dopasowani do wyjątkowego menu genialnego szefa kuchni, wszyscy poza Margot, posiadaczki prymitywnego podniebienia, które może stanowić poważny problem dla wielkiego Juliana Slowika. Zakłócić najwystawniejszą ucztę w jego oszałamiającej karierze, która drastycznie rozminie się z oczekiwaniami biesiadników.

Plakat filmu. „The Menu” 2022, Searchlight Pictures, Hyperobject Industries

Podczas miesiąca miodowego amerykański scenarzysta i producent filmowy Will Tracy odwiedził ekskluzywną restaurację Cornelius Sjømatrestaurant na norweskiej wyspie niedaleko Bergen, gdzie wpadł w lekką paranoję – nie dość, że znajdował się w obcym kraju, to na dodatek w odizolowanym zakątku, nieodpowiednim dla człowieka z klaustrofobią. Albo wręcz przeciwnie, bo te osobiste przeżycia emocjonalne podsunęły mu pomysł na scenariusz, którym niezwłocznie podzielił się z przyjacielem Sethem Reissem. Nad swoją zabawną opowieścią z dreszczykiem pracowali głównie w mieszkaniu Tracy'ego, a z tej burzy mózgów powstał tekst, który trafił na tak zwaną The Black List (ulubione scenariusze niezrealizowane), szybko jednak znalazł sobie producenckiego opiekuna – kupiony przez firmę Searchlight Pictures. Na którymś etapie prac wytwórnia połączyła siły z Hyperobject Industries. W kwietniu 2019 do publicznej wiadomości podano informację o wyborze reżysera, Alexandra Payne'a, który z powodu innych zobowiązań wkrótce opuścił pokład, ustępując miejsca Markowi Mylodowi bodaj najbardziej kojarzonemu z serialami „Gra o tron” (2015-2017) i „Sukcesja” (2018-2023). Ujawniono też nazwiska odtwórców głównych ról: Ralpha Fiennesa i Emmy Stone. W czerwcu 2021 roku ogłoszono, że pani Stone zrezygnowała z udziału w „Menu” (oryg. „The Menu”), swoją decyzję tłumacząc napiętym harmonogramem i że jej miejsce zajęła Anya Taylor-Joy (m.in. „Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii” Roberta Eggersa, „Morgan” Luke'a Scotta, „Split” i „Glass” M. Nighta Shyamalana, „Ostatniej nocy w Soho” Edgara Wrighta). Główne zdjęcia ruszyły w pierwszym tygodniu września 2021 roku w Savannah w stanie Georgia i na Jekyll Island, a światowa premiera odbyła się we wrześniu 2022 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto. Szeroka (międzynarodowa) dystrybucja kinowa ruszyła w listopadzie 2022, a w styczniu kolejnego roku obraz trafił na platformy internetowe.

Obsypany nominacjami do przeróżnych nagród filmowych, zrealizowany za około trzydzieści milionów dolarów amerykański horror/thriller satyryczny wyreżyserowany pod natchnieniem „Anioła zagłady” Luisa Buñuela z 1962 roku. Mark Mylod przyznał, że do scenariusza Setha Reissa i Willa Tracy'ego przede wszystkim przyciągnęła go mnogość perspektyw. „Wypaczanie, zjadanie i przekręcanie systemu wartości” postaci zgromadzonych na niewielkiej wyspie niedostępnej dla zwykłych śmiertelników, czyli ludzi niecelebrujących posiłków, niepotrafiących docenić arcydzieł sztuki kulinarnych. W restauracji egocentrycznego kuchennego czarodzieja Juliana Slowika (widowiskowa kreacja Ralpha Fiennesa) zwykła konsumpcja jest zakazana - tu się nie je, tu się rozkoszuje! - takie pomyłki jak Margot Mills (niesamowicie charyzmatyczny występ Anyi Taylor-Joy) nie powinny się więc zdarzać. Luksusowy lokal Hawthorn nie pasuje do jej niewyrafinowanego gustu, z czego sama doskonale zdaje sobie sprawę, a najgorsze, że nie wykazuje chęci poprawy. Grzeszy i dobrze jej z tym. Ordynarna zjadaczka na snobistycznej wieczerzy. Orgiastyczna zabawa smakoszy drogą przez mękę niewtajemniczonej jednostki z przepalonym podniebieniem. Niewtajemniczonej w prawdziwą Sztukę. Kulinarna kultura elitarna dla nieznajomej przedstawiającej się jako Margot jest fikuśnym zdekonstruowanym awangardowym gównem. Trafiło się ślepej kurze ziarno, a ona jeszcze grymasi? Obraża guru gotowania! I jak tu jej nie polubić? Mnie w każdym razie zauroczyła niewdzięczna towarzyszka Tylera Ledforda (obłędny popis Nicholasa Houlta, którego miłośnicy kina grozy mogą pamiętać choćby z „Wiecznie żywego” Jonathana Levine'a, czy późniejszego „Renfielda” Chrisa McKaya), wybitnie oddanego fana niedoścignionego Slowika. Właściwie szef piekielnej kuchni nie tyle jest idolem, ile obiektem kultu młodego smakosza, którego w przeciwieństwie do jego ewidentnie niedobranej pary, stać na żywienie się w renomowanych restauracjach. Mam jednak podejrzenie graniczące z pewnością, że gdyby główna bohaterka „Menu” Marka Myloda mogła sobie pozwolić na raczenie się daniami najznamienitszych kucharzy, i tak zostałaby przy „podłych knajpach”, czyli lokalach bez gwiazdek Michelin. Scenariusz (imię jest wróżbą) ma strukturę menu – odpowiednia prezentacja dań tego przeklętego wieczora serwowanych w restauracji nadzwyczajnej. Opisane zdjęcia niekoniecznie samych rarytasów - nazwa i najważniejsze składniki; część z nich opatrzono dowcipnymi, czy jak kto woli niesmacznymi komentarzami – którymi goście w sumie mają raczyć się ponad cztery godziny. Margot nie jest przyzwyczajona do tak długiego zaspokajania głodu, odważnie zakładając, że w królestwie Juliana Slowika w ogóle da się porządnie najeść – za taką kasę powinno, ale taka ignorantka kulinarna jak panna Mills najpewniej żyje w przekonaniu, że z najdroższych restauracji wychodzi się głodnym. Wystarczy spojrzeć na talerze jednocześnie stawiane przed wszystkimi klientami, mikroskopijne dzieła podniosłej sztuki współczesnej wnoszone przez małą armię robotów: podwładnych wysławiających (nie)święte imię jego. Jim Jones naszych czasów i jego elektryzująca relacja z niewierną. Hipnotyczny duet niezgodnych (nominacje do Złotego Globu dla odtwórców tych ról), elektryzująca relacja podmiotów niedopasowanych, elementów z innej układanki. Nieobliczalny platoniczny związek postaci z różnych bajek, zacieśniany nieoczywistym konfliktem. Nieprostackie starcie odmiennych(?) charakterów, próba sił w nieprzyzwoicie drogim hermetycznym pojemniku na żywność. Edycja limitowana.

Plakat filmu. „The Menu” 2022, Searchlight Pictures, Hyperobject Industries

Wybornie histeryczna rozrywka w klaustrofobicznej scenerii. Paranoiczny dreszczowiec flirtujący ze slasherem (jest i konwencjonalne przebudzenie mocy final girl) w oparach absurdu. Umiarkowanie makabryczna satyra społeczna z barwną ludnością, której przewodniczy zjawiskowa parka, ognisty tandem damsko-męski, przy którym reszta może uchodzić za stado baranów. Julian Slowik i Margot Mills w moim poczuciu są swego rodzaju krzywym zwierciadłem celebryckich dusz zgromadzonych na tajemniczej wyspie. Bardziej przypomina to siedzibę jakiejś sekty - ze wspólną sypialnią dla owieczek i osobną kwaterą dla pasterza – aniżeli działalność gospodarczą. Kult jednostki obejmujący także klientów. Co ciekawe, w projektowaniu atelier chefa Slowika udział brała Dominique Crenn, zdobywczyni trzech gwiazdek Michelin, pochodząca z Francji właścicielka wykwintnej restauracji w San Francisco. W charakterze doradcy zatrudniono też Davida Gelba, reżysera między innymi „Projektu Lazarus” (2015), ale twórców „Menu” oczywiście bardziej interesowały jego dokumentalne prace o sztuce kulinarnej (na przykład „Street Food” i „Chef's Table”). Reżyser piekielnej wieczerzy na prywatnej wyspie, Mark Mylod, przyznał, że sam zwykle czuje się nieswojo w wysokich restauracyjnych progach. Podobnie jak Margot, woli lokale, w których panuje zdecydowanie luźniejsza, rodzinna atmosfera. Bo protagonistka „Menu” od początku stawia sprawę jasno: to nie jest jej świat, ale jest na tyle uprzejma, aby zadać sobie trud zrozumienia obsesji swego fatalnego darczyńcy. „Wspaniałomyślnego” sponsora okropnej przygody w nadętym przybytku. Tyler Ledford, człowiek, któremu na moje nieeksperckie oko brakuje paru klepek, z jakiegoś powodu zjawił się w restauracji Hawthorn nie z tą damą, z którą miał się zjawić. Stąd konsternacja mistrza Slowika? Tak czy inaczej, sławny szef kuchni raz po raz przeszywa wzrokiem coraz bardziej zirytowaną Margot. Miała ubaw, ale to powoli robi się zwyczajnie żałosne, nie wspominając już o tym, że arogancki kucharz bezkarnie obraża swoich gości. Mistrzowskie zagranie z pieczywem – chleb jest dla biedoty, więc... Krytycy będą zachwyceni, choć ci najznamienitsi z pewnością znajdą jakąś dziurkę w całym. W każdym razie podczas gdy większość klientów rozpływa się w zachwytach nad genialną koncepcją UWAGA SPOILER żarcia, którego nie ma KONIEC SPOILERA – co za kunszt, co za sznyt! - Margot utwierdza się w przekonaniu, że trafiła do domu wariatów. A jakby tego było mało, sam chef fatyguje się do jej stolika (goście usadzeni według siedmiu grzechów głównych). Zachowanie nie do przyjęcia i impertynenckie odzywki, zamiast należnego ukorzenia się przed nie byle jakim karmicielem. Margot nie jest przykro, co jest bodaj największą obrazą, najsiarczystszym policzkiem dla takiego boga kuchni, jak Julian Slowik. Większą od ostentacyjnego umiarkowania w jedzeniu, tj. rozpływaniu się w niebiańskich smakach unikalnego atelier. Niewyparzony język dziewuchy gardzącej jego darami. Kopciuszek plujący na szklany pantofelek od księcia. Lepszy papieros w kibelku od ekstatycznych doznań firmowanych najpotężniejszym nazwiskiem w światku kulinarnym. Bezbłędna jest ta dziewczyna, ale sytuacja w restauracji Hawthorn niebawem i ją może przerosnąć. Tylko jej niemiły towarzyszy zachowuje stoicki spokój; nienormalny spokój. Nie, jest jeszcze starsza pani zajmująca pojedynczy stolik pod ścianą, która zdążyła znieczulić się alkoholem. Zrezygnowana staruszka niedyskretnie potraktowana przez dziwnie skorego do zwierzeń zarządcy tego prestiżowego wariatkowa. Przyznaję, że otwierałam to „Menu” z przekonaniem, że uwzględniono w nim niejedną potrawkę z ludzkiego mięsa. Spodziewałam się kina kanibalistycznego, a dostałam... coś, co w gruncie rzeczy przelicytowało moje oczekiwania. Jazdę na krawędzi dobrego smaku. Bezlitosnego krytyka samozwańczych posiadaczy nadnaturalnego zmysłu smaku, umiłowanych degustatorów, znawców Sztuki gotowania, uważnie patrzących na ręce słynnym kucharzom. Celebracja pokarmu, msza święta smakoszy z pękatymi portfelami. Bufonada zabijająca pasję. Prowokacyjna, niepokorna, nieprzewidywalna, zniewalająca opowieść z ograniczoną poczytalnością. Kij w mrowisko ludzi z kijami w czterech literach. Niepoważna rozprawa o poważnych sprawach: konsumowaniu i zabijaniu. Dietetyczny pomyleniec, który ostatnim uderzeniem może pożądanie znokautować, powalić kreatywnością nawet doświadczonych odbiorców tak zwanych chorych horrorów. Kina paskudnego. Paskudnie śmiesznego;)

Grono eksperckie może się obrazić, ale kulinarnym troglodytom mojego pokroju ta niegrzeczna analiza społeczna powinna przypasować. Ludziom z lubością zatykającym sobie tętnice fast foodami, popijających popcorn colą, z uporem maniaków napychających się chipsami i najtańszym pieczywem. Posiadaczom niewysublimowanych podniebień mam czelność gorąco polecić wyszukane „Menu” Marka Myloda, kartę dań fikcyjnej renomowanej restauracji na prywatnej wyspie w Stanach Zjednoczonych. Awangardowy obłęd w rytmie thriller and slash. Petarda!

sobota, 16 grudnia 2023

„Pojednanie” (2020)

 
Ciężarna Ellie wraca do rodzinnego domostwa, żeby w spokoju skończyć pracę nad książką po burzliwym rozstaniu z narzeczonym. Spotkanie z nadopiekuńczą matką, zasadniczą kobietą imieniem Ivy szykującą do sprzedaży starą rezydencję, w której od lat mieszka tylko ze swoim niezdolnym do samodzielnej egzystencji mężem Jackiem, budzi stare demony. W Ellie ze zdwojoną siłą uderzają bolesne wspomnienia z dzieciństwa, które zakopała głęboko w podświadomości i ogarnia ją mniej lub bardziej uzasadniony lęk o bezpieczeństwo dziecka. Boi się, że prześladująca ją dziewczynka w różowej sukience nie jest tylko jaskrawym przypomnieniem koszmarnej przeszłości, że dręczy ją najprawdziwsza istota z zaświatów, w istnienie której najwyraźniej nie wierzy jej matka, niepozostawiająca swojej jedynej córce wątpliwości, że problemu upatruje wyłącznie w niej.

Plakat filmu. „Reunion” 2020, Greyshack Films, Miss Conception Films, Overactive Imagination

Największe z dotychczasowych przedsięwzięć reżyserskich Jake'a Mahaffy'ego, twórcy między innymi pełnometrażowych dramatów „Wellness” (2008) i „W istocie wolny” (2015), profesora nadzwyczajnego, wykładowcy w dziedzinie mediów i produkcji filmowej na University of Auckland w Nowej Zelandii, gdzie w 2013 roku przeprowadził się ze Stanów Zjednoczonych. Niskobudżetowy horror psychologiczny zrealizowany na podstawie jego własnego scenariusza, w opracowaniu którego pomagał mu niewymieniony w czołówce/napisach końcowych Tim van Dammen. Historię Mahaffy wymyślił już w roku 2010 roku, miejscem akcji czyniąc wówczas pokryty grubą warstwą śnieżnego puchu dom w Nowej Anglii, ale po zadomowieniu się w Nowej Zelandii postawił na miasto Upper Hutt i zrezygnował z aury zimowej. Finansowanie dla „Reunion” (pol. „Pojednanie”) pozyskał od Nowozelandzkiego Komitetu Filmowego (New Zealand Film Commission) oraz prywatnych partnerów ze Stanów Zjednoczonych, nie ukrywając, że w zebraniu niezbędnych funduszy najbardziej pomogło mu znane nazwisko w obsadzie – Mahaffy'emu udało się zaangażować w ten projekt zdobywczynię Nagrody Emmy Julię Ormond, którą fani kina grozy mogą kojarzyć choćby z „Wiem, kto mnie zabił” Chrisa Sivertsona. Według pomysłodawcy i reżysera „Pojednania” to „głęboko psychologiczny film z elementami horroru, realizmu magicznego i treści ezoterycznych”. Film, który swoją światową premierę miał w październiku 2020, w ramach Nighstream Film Festival, a regularną dystrybucję na terenie Polski otwarto dopiero w grudniu 2023 roku w usłudze CDA Premium.

Mroczna saga rodzinna zamknięta w archaicznych wnętrzach przepastnej nieruchomości z okazjonalnymi wycieczkami na przydomowe podwórko. Nowozelandzki slow burn horror podążający za młodą kobietą spodziewającą się pierwszego dziecka, niejako zmuszoną do powrotu na zimne łono rodziny. Ellie (przekonujący występ Emmy Draper) w niezbyt jasnych okolicznościach rozstała się z narzeczonym i też nie bardzo wiedząc czemu, uznała, że najlepszym miejscem na ukończenie książki historyczno-naukowej, będzie jej niespokojny dom rodzinny. Czołowa postać „Pojednania” Jake'a Mahaffy'ego wprawdzie ma spore luki w pamięci, wszystko jednak wskazuje na to, że zabytkowa rezydencja rodziców od dawna budzi w niej niezrozumiały strach. Widać, że z ciężkim sercem wkracza w te nieskromne progi po latach rozłąki najprawdopodobniej z jedynymi żyjącymi krewnymi. Do okrutnie zagraconej rezydencji w Nowej Zelandii, gdzie dorastała i skąd wyemigrowała, dotąd raczej nie oglądając się za siebie – wygląda na to, że Ellie nie utrzymywała kontaktu z rodzicami po przeprowadzce do Stanów Zjednoczonych. Nie pomagała matce w opiece nad schorowanym ojcem, który - być może podobnie jak Ellie - jest niezdolny do samodzielnej egzystencji. Niewykluczone, że oboje są całkowicie zależni od Ivy (frapująca kreacja Julii Ormond), surowej kobiety, która ciężkiej pracy się nie boi. I nie przepuści żadnej okazji, by przypomnieć jedynej córce, jak kruchą i nieobliczalną istotą jest. Młoda dama z poważnymi problemami psychicznymi, która już nie tylko dla własnego dobra, powinna wreszcie przyjąć to do wiadomości i oddać stery Ivy. Jeśli „córka marnotrawna” w dalszym ciągu będzie się upierać przy samodecydowaniu, to może zaszkodzić także niecierpliwie wyczekiwanemu wnukowi Ivy. Albo wnuczce. W domu rodzinnym Ellie nabiera pewności, że to będzie dziewczynka. Nie dlatego, że tak powiedział jakiś smutny pan (ani pani, skoro już przy tym jesteśmy) w kitlu – (anty?)bohaterka „Pojednania” wychodzi z założenia, że lekarze z reguły bardziej szkodzą, niż pomagają, w każdym razie nie ma do nich zaufania, w związku z czym nie poddała się ani jednemu badaniu ultrasonograficznemu – tylko jej własna podświadomość. Mówiąc wprost: Ellie przyśniło się, że będzie miała córkę i nie widzi powodu, by podawać to w wątpliwość. Czy Ivy pochwala mocne postanowienie Ellie o naturalnym prowadzeniu ciąży? Na pewno zaskoczyła ją ta wiadomość, ale czy niepokój, jaki wówczas odmalował się na jej twarzy nie był aby udawany? W sumie nie powinno jej to dziwić, bo nie takie pomysły tej pannicy przychodziły już do głowy. Nie chce czy nie potrafi zachowywać się normalnie? Tak czy inaczej, Ivy zawzięcie podtrzymuje w Ellie przekonanie, że nie jest osobą przystosowaną do życia w społeczeństwie. W każdej chwili może wybuchnąć, doprowadzić do jakiejś nieodwracalnej tragedii... chyba że wróci pod klosz zaradnej mamusi. Najgorsze, że Ivy może mieć racje, a przynajmniej Ellie jest gotowa zaakceptować niewygodne prawdy(?) o sobie. Przekonuje ją jasnowłosa dziewczynka w różowej sukience? Niezupełnie, bo nasza przewodniczka po tym ciasnym światku przedstawionym, wbrew staraniom matki, coraz szerzej otwiera się na nieznane. Z dnia na dzień rośnie w niej wiara w ducha i maleje wiara w siebie.

Plakat filmu. „Reunion” 2020, Greyshack Films, Miss Conception Films, Overactive Imagination

Dysfunkcyjna rodzina z wyższych sfer i desperacka walka z wewnętrznymi demonami, czyli kolejna opowieść o traumie w królestwie horroru. „Pojednanie” Jake'a Mahaffy'ego może być też klasyfikowane jako rodzinny dreszczowiec psychologiczny z potencjalnymi elementami paranormalnymi. Minimalistyczny w formie i pozostawiający trochę do życzenia w treści: niewyjaśnione zagadki umysłów stłoczonych w zagraconym domiszczu pewnie pamiętającym niejedną tragedię, ale naszą główną towarzyszkę, „niegodną zaufania narratorkę” trzeciego pełnometrażowego filmu fabularnego wykładowcy uniwersyteckiego, naturalnie, interesuje katastrofa z dzieciństwa. Fragmentaryczne, początkowo nieuporządkowane, stosownie niejasne wspomnienia – płaszczyzna retrospektywna wdzięcznie wcinająca się w teraźniejszość Ellie – z zimnego pałacu Ivy i Jacka (niezły popis aktorski Johna Bacha). Toksyczna więź Ellie i Cary (doskonały małoletni duet: odpowiednio Giny Laverty i Avy Keane). Obopólna zazdrość świadomie bądź nie podsycana przez opiekunów prawnych. Jedna faworyzowana przez matkę, druga przez ojca. Proces odzyskiwania wspomnień przez dorosłą Ellie uruchamia jej bezlitosna recenzentka, zaborcza matka z kasetą VHS, filmem z domowego archiwum, który ma jej przypomnieć szczęśliwe chwile z dziewczynką, którą rzekomo widuje. Beztroską zabawę, jak się okazuje, z dobrze znaną jej zjawą rodzinnej posiadłości przeznaczonej na sprzedaż. Ellie sama nie wie, czy ją to bardziej cieszy, czy smuci, Ivy sprawia jednak wrażenie absolutnie przekonanej, że tak bardzie najlepiej dla nich wszystkich. Pozbyć się tego przeklętego zamczyska, tych wszystkich zabytkowych szaf z niemożliwie cuchnącymi trupami i też nieprzyzwoicie drogich dywanów ze wstrętnymi brudami. Ellie może też wyolbrzymiać. Niedoinformowana - dotknięta amnezją? - członkini rodu, na domiar złego borykająca się z niezwykle realistycznymi koszmarami sennymi (jednego z nich pewnie nie powstydziłby się sam David Cronenberg, mistrz body horroru; obok fantazyjnych przejść, sporadycznych atrakcji monterskich ewidentnie zainspirowanych taśmami wideo i może zakończenia, które mnie wydało się przekombinowane, charakterystyczny składnik „Pojednania” Jake'a Mahaffy'ego) może ulegać zgubnym podszeptom swego przeciążonego umysłu. Wietrzyć spiski tam, gdzie ich nie ma. Przypisywać matce słowa, których nigdy nie wypowiedziała? Nieraz słyszymy jak żali się Gusowi (taka tam drugoplanowa, niepozwalająca się wykazać rólka Cohena Hollowaya) na dawno niewidzianą córkę, nie zawracając sobie przy tym głowy szukaniem jakiegoś ustronnego zakątka. Nawet nie sili się na szept – albo zależy jej na tym, by Ellie nie uroniła ani słowa z jej krytycznych elaboratów, albo wątpliwa bohaterka omawianego kameralnego „spektaklu” jest bestialsko oszukiwana przez własne zmysły. Jedną nogą na jawie, drugą w krainie marzeń sennych. Twarda rzeczywistość w onirycznej mgiełce. Niekomfortowe rodzinne gniazdo skąpane w nieustępliwym cieniu. Mroczne wnętrza i jeszcze mroczniejsze korytarze umysłów jakby zmuszonych do przebywania pod jednym dachem, do niecieszenia się towarzystwem krewnych. Ale przecież Ivy zarzeka się, że chętnie przyjmie pod swoje nadopiekuńcze skrzydła problematyczną córką i maleństwo, o którym nie śmiała marzyć. To najprawdziwszy cud, który w zaistniałych okolicznościach należytą opiekę znajdzie tylko u babci. Po niemądrym lub wręcz przeciwnie rozstaniu z ojcem dziecka, dorosła kobieta, która nie potrafi zadbać nawet o siebie powinna być wdzięczna matce za gotowość do zaopiekowania się jej bezcenną latoroślą. Nie wiadomo co zaszło między Ellie i jej narzeczonym – matka na początku gratuluje jej ucieczki od przemocowego mężczyzny (wystarczy na nią spojrzeć, by przekonać się jak łajdak ją traktował), ale z teoretycznych zwierzeń na użytek Gusa wynika, że niedoszły zięć był ofiarą, że za rozpad tego związku całkowitą winę ponosi Ellie. Może chce zniechęcić znajomego mężczyznę do flirtowania z jej córką? Nie dość, że to członek klasy robotniczej - według niej za wysokie progi dla szeregowego stolarza? - to na dodatek ma opinię kobieciarza, najpewniej więc złamie serce jej obsesyjnie pielęgnowanej córeczce z poręcznym dzwoneczkiem. Jak w dzieciństwie - wystarczy potrząsnąć, by przywołać, w odróżnieniu od Ellie, radzącą sobie ze wszystkim matulę. Pościeli, nakarmi, posprząta, ale nie napisze za nią książki. Nawet gdyby potrafiła, za żadne skarby świata nie zajmowałaby się takimi głupotami. Niebezpieczna pożywka dla i tak rozbestwionej wyobraźni Ellie. Ezoteryka, zabobony, pamięć genetyczna, baśnie, mity, legendy i inne paskudztwa, którymi nie wiedzieć czemu od lat z lubością napycha się jej córka. Czas położyć temu kres? To się okaże, a tymczasem przyjrzymy się paru skromnym manifestacjom nieznanego i mniej skromnym wędrówkom po wyśnionym skarbcu rodzinnych wspomnień. A wszystko kręci się wokół frapującej relacji matki i córki: wątek przewodni, który moim zdaniem wymagał dopracowania, dopięcia paru, bądź co bądź, maleńkich guziczków. Większym problemem były nużące przestoje w środkowej partii, klasyczne zapychacze niezmiennie podpowiadające, że zabrakło pomysłu na ciekawsze wypełnienie danego odcinka wyczerpującej emocjonalnie trasy Ellie.

Wieje nijakością, ale da się obejrzeć. Nawet nieco rozerwać w tym rodzinnym piekiełku zaprojektowanym przez Jake'a Mahaffy'ego, Amerykanina osiadłego w Nowej Zelandii. Wolne spalanie w patologicznym domu położonym w ustronnym zakątku miejskiej dżungli. Niezainteresowanej losem niegdyś bogatych i wpływowych, a teraz już tylko bogatych. Sekrety upadłej szlachty w niemrożącym krew w żyłach horrorze, czy jak kto woli thrillerze psychologicznym o straumatyzowanej jednostce wracającej do nawiedzonego domu. Klaustrofobicznej rezydencji rodem ze średnio wydajnej opowieści gotyckiej. W każdym razie według mnie przeciętniak z tego „Pojednania”, który może okazać się nie do zniesienia dla entuzjastów skocznych straszaków, ale zwolennicy tak zwanej nowej fali kina grozy mogą docenić przynajmniej niektóre elementy tutejszego świata przedstawionego. Dlatego nie odradzam.

piątek, 15 grudnia 2023

„Nowy świąteczny klasyk horroru” – oto fragment jednej z recenzji „Gry w opętanie”. Film w polskich kinach zagości w Boże Narodzenie

 
Gra w opętanie” (tyt. oryg. „The Sacrifice Game”) zrobiła furorę podczas kilkunastu festiwali na całym świecie, począwszy od Kanady, przez USA, Francję, Hiszpanię po Finlandię. Recenzje są… krwawe! Oto kilka z nich: „Diabelnie zabawny”, Bloody Disgusting; „Nowy świąteczny klasyk horroru”, Dread Central; „Rozrywkowa przejażdżka od krwawego początku do jeszcze bardziej krwawego końca”, Film School Rejects.

Plakat filmu. „The Sacrifice Game” 2023, AMG Music Film Television, Convoke Media, Real by Fake

Świąteczny horror zobaczyli widzowie kanadyjscy podczas Fantasia Festival i Telluride Horror Show oraz amerykańscy na Fantastic Fest w Teksasie. Najchętniej jednak „Grę w opętanie” oglądali fani horrorów w Europie: we Francji (Festical Européen du Film Fantastique de Strasbourg oraz Paris International Fantastic Film Festival), Hiszpanii (Festival Internacional De Cinema Fantastic de Catalunya); Wielkiej Brytanii (Grimmfest oraz FrightFest) oraz Finlandii (Night Visions). W Polsce także mieliśmy premierę festiwalową podczas październikowego Splat!FilmFest.

Film trafi do polskich kin już 25 grudnia 2023 roku. Zafunduj sobie na święta diabelnie zabawną rozrywkę. Tylko dla widzów o mocnych nerwach!

Zwiastun: 

Kadr z filmu. „The Sacrifice Game” 2023, AMG Music Film Television, Convoke Media, Real by Fake

Opis filmu: Uczennice Samantha i Clara zostają same na święta w położonym na odludziu szkolnym internacie. Wkrótce staną oko w oko z grupą fanatycznych morderców, którzy w tej zacisznej okolicy zamierzają przeprowadzić krwawy rytuał wezwania demona. Są gotowi zabić każdego, kto może im w tym przeszkodzić. Nie spodziewają się jednak, że dwie nastolatki mogą okazać się bardzo trudnymi przeciwniczkami. Czyja dusza tej nocy zostanie złożona na ołtarzu zła?

Reżyseria: Jenn Wexler

Obsada: Mena Massoud („Aladyn”, „Jack Ryan” – serial, „W królewskim stylu”); Olivia Scott Welch („Szczęściarz Hank” - serial, „Ulica strachu”; Gus Kenworthy („American Horror Story” – serial, „Olimpijska miłość”); Chloe Levine.
Gatunek: horror
Produkcja: USA 2023
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films

Kadr z filmu. „The Sacrifice Game” 2023, AMG Music Film Television, Convoke Media, Real by Fake

Jenn Wexler o filmie: „Gra w opętanie” jest odzwierciedleniem moich własnych młodzieńczych niepokojów, przepuszczonych przez pryzmat moich ulubionych motywów typowych dla różnych podgatunków horroru. Moją inspiracją przy tworzeniu „Gry w opętanie” były kultowe filmy takie jak: „Ostatni dom po lewej”, „Egzorcysta”, „Suspiria”, „Czarne święta”, a nawet „Buffy: Postrach wampirów”.
Osadziłam fabułę w 1971 roku. Wietnam i Charles Manson były wtedy na pierwszych stronach gazet. Jest to okres, który wciąż odbija się echem w kulturze w sposób, który współgra z motywami, które chciałam zgłębić.
Pod względem estetycznym, wraz z operatorem Alexandrem Bussière chcieliśmy stworzyć oniryczną, baśniową oprawę, która pasowałaby do tamtych czasów, ale jednocześnie wydawała się ponadczasowa.
Podzieliłam się scenariuszem z moją dobrą przyjaciółką, Heather Buckley, która przedstawiła mnie producentom: Philipowi Kalin-Hajdu i Albertowi I. Melamedowi. Oni od razu wiedzieli, że Quebec będzie doskonałym miejscem do realizacji tego filmu. Zakochałam się w Oka Abbey, pięknym, 160-letnim klasztorze na obrzeżach Montrealu, który wyglądał jak miejsce z europejskiego filmu artystycznego z lat siedemdziesiątych. Czułam się zaszczycona, że mogliśmy tam nagrywa
Energia tego miejsca jest odczuwalna w każdym momencie filmu. (Niektórzy członkowie ekipy zgłaszali nawet obecność duchów podczas produkcji…!).
Gra w opętanie” eksploruje motyw rytuału ofiary charakterystyczny dla gatunku horroru, ale ta idea nie jest nam obca również w kontekście społecznym: Jakie poświęcenia podejmujemy na co dzień i kto czerpie z nich korzyści? W jaki sposób jesteśmy w stanie poświęcić dobro innych, by osiągnąć nasze cele? Jakie kłamstwa potrafimy sobie wmawia,aby usprawiedliwić wyrządzane szkody? Kto jest graczem, a kto pionkiem w świecie, w którym dążenie do władzy wydaje się przewyższać wszystko inne? Jaka jest ostateczna cena zwycięstwa?

Źródło: wszystkie materiały od Monolith Films

czwartek, 14 grudnia 2023

„Zostaw świat za sobą” (2023)

 
Nieprzepadająca za ludźmi Amanda Sandford, bez konsultacji z bliskimi, wynajmuje luksusowy dom letniskowy na Long Island, chcąc odpocząć od wielkomiejskiego zgiełku wyłącznie w towarzystwie męża, wykładowcy uniwersyteckiego Claya oraz dwójki dzieci: szesnastoletniego Archiego i jego młodszej siostry Rose, mającej obsesję na punkcie kultowego sitcomu. Rodzinny relaks w zacisznym zakątku burzą jednak nieproszeni goście, mężczyzna przedstawiający się jako George 'G.H'. Scott, właściciel domu letniskowego wypożyczonego przez rodzinę z Nowego Jorku i młoda kobieta, która ma być jego córką o imieniu Ruth. Nieznajomi mówią o wielkiej awarii prądu w mieście i wspólnej decyzji o przeczekaniu kryzysu w swojej wiejskiej posiadłości. Amanda im nie ufa, nie znajduje jednak poparcia u męża, bezkrytycznie przyjmującego wyjaśnienia w gruncie rzeczy całkowicie obcych przybyszów. Podejrzanych ludzi, z którymi Sandfordowie spędzą potencjalną apokalipsę, domniemany cyberatak o zasięgu krajowym.

Plakat filmu © Netflix. „Leave the World Behind” 2023, Esmail Corp., Higher Ground Productions, Netflix Studios

Kojarzony głównie z serialami „Homecoming” (2018) i „Mr. Robot” (2015-2019) Sam Esmail, amerykański reżyser, scenarzysta, producent filmowy i aktor, podczas pandemii COVID-19 zwrócił uwagę na poczytną powieść apokaliptyczną Rumaana Alama, pierwotnie wydany w 2020 roku utwór pt. „Leave the World Behind” (pol. „Zostaw świat za sobą”). Miłośnik kina katastroficznego (wśród jego ulubieńców są chociażby takie filmy, jak „Płonący wieżowiec” Johna Guillermina, „Trzęsienie ziemi” Marka Robsona i „Pojutrze” Rolanda Emmericha) w książce Alama dostrzegł niewyeksploatowane pole gatunkowe – odwrotność twardej konwencji; skupienie nie tyle na elementach katastroficznych, ile wewnętrznych przeżyciach postaci, dla odmiany, nieznajdujących się w epicentrum apokaliptycznych wydarzeń, tylko patrzących jakby z boku, ze szczątkową (i nawet w tym niewielkim zakresie niepotwierdzoną, podawaną w wątpliwość) wiedzą na temat charakteru zagrożenia. Do Sama Esmaila głośno przemówiły też rozważania autora materiału źródłowego jego pełnometrażowej (przeszło dwugodzinnej) produkcji o hipotetycznym ataku hakerskim pod tym samym tytułem; rozważania o kruchości człowieczeństwa, o bezsensownym skakaniu sobie do gardeł także wtedy (zwłaszcza wtedy!), gdy od zjednoczenie może zależeć przetrwanie gatunku ludzkiego.

Amerykański thriller apokaliptyczny kręcony w kwietniu i maju 2022 roku na Long Island, w osadzie Katonah w stanie Nowy Jork oraz domu zaprojektowanym przez The Up Studio. Światowa premiera „Leave the World Behind” (pol. „Zostaw świat za sobą”) w reżyserii i na podstawie scenariusza Sama Esmaila przypadła na drugą połowę października 2023 roku: otwarcie AFI Fest. Wydarzenie bez udziału obsady z powodu strajku SAG-AFTRA 2023. Niecały miesiąc później film trafił do wybranych amerykańskich kin i pojawił się w usłudze Netflix. UWAGA SPOILER Co ciekawe w świecie przedstawionym przez Sama Esmaila, oczywiście podążającego – choć niezbyt uparcie – za głośną powieścią Rumaana Alama, odtwarzacze internetowe sromotnie przegrywają z odtwarzaczami fizycznymi. Te pierwsze okazują się kompletnie bezużyteczne w obliczu tutejszej katastrofy, co podkreśla palec dziewczynki z pilotem w ostatniej scence „Zostaw świat za sobą”. Wymowne pominięcie przycisku Netflix KONIEC SPOILERA. Katastrofa nienaturalna w ujęciu mikro z przemyślanymi akrobacjami operatorskimi, wypróbowanymi w innych dziełach Sama Esmaila (choćby wspomnianych już serialach), ale i podpatrzonymi u Alfreda Hitchcocka („Okno na podwórze”) i Stanleya Kubricka („Lśnienie”). Z kolei zwracanie się jakby bezpośrednio do widza, stosownie niepokojące interakcje „z pozornie” niewidzialnym obserwatorem, przypominały mi „Funny Games” Michaela Hanekego. Scenarzysta i reżyser pierwszej filmowej adaptacji „Zostaw świat za sobą” Rumaana Alama, jednego z producentów wykonawczych rzeczonego przedsięwzięcia, nie ukrywa, że natchnienie czerpał także z oscarowego „Uciekaj!” Jordana Peele'a, pysznie nieobliczalnego, według jego klasyfikacji, thrillera paranoidalnego, który jak dobrze wie i co zdaniem Esmaila przemawia tylko na korzyść tej produkcji (świadczy o jej gatunkowej wszechstronności) przez innych jest odbierany jako horror, a jeszcze innych czarna komedia. Swoją drogą do zespołu producentów wykonawczych dołączył jeden z miłośników literackiego oryginału, były prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama, a główną producentką została odtwórczyni jednej z głównych ról Julia Roberts, której na planie partnerował Ethan Hawke – zajmujące kreacje państwa Sandford, mizantropki i pantoflarza na niebajecznych wczasach w malowniczym, niegęsto zaludnionym regionie stanu Nowy Jork. Królowej śniegu i króla słońca na nieudanym rodzinnym wypadzie za miasto, niespodziance matriarchini rodu. W pierwszej scenie „Zostaw świat za sobą” Amanda Sandford, przed intensywną (muzycznie) czołówką, łaskawie wtajemnicza męża w swój najnowszy plan. Właściwie już zaczęła go realizować, co sądząc po reakcji Claya, nie jest żadną nowością w ich pożyciu – prędzej utarty zwyczaj, tradycja organizowania czasu najbliższym bez pytania ich o zdanie. Ugodowemu partnerowi, zbuntowanemu synowi i bujającej w obłokach córce. W nastoletniego Archiego w znakomitym stylu wcielił się Charlie Evans, a Farrah MacKenzie jako Rose Sandford, najmłodsza członkini barwnego nowojorskiego rodu, w moim poczuciu spokojnie kroku mu dotrzymywała, nie pozostawała w cieniu starszego, ale aktorsko mniej doświadczonego kolegi. Dziewczynka uzależniona od „Przyjaciół” (1994-2004), popularnego serialu przeżywającego swoją drugą młodość w erze VOD. Niestarzejącego się sitcomu, który jak podejrzewa jedna z bardziej wyeksponowanych postaci żeruje na nostalgii za czasami, których nigdy nie było. Wyidealizowana nie-rzeczywistość, zaspokajanie praktycznie nieustającego (z pokolenia na pokolenie) zapotrzebowania na odrywanie się od szarej codzienności i przyklejanie do codzienności różowej. Bo jak powiedziałaby pani Shirley Jackson: „Żaden żyjący organizm nie może istnieć zbyt długo w warunkach absolutnej rzeczywistości, nie popadając w szaleństwo”. A ucieczką małoletniej Rose od szalonej rzeczywistości jest marzenie o ponownym spotkaniu ze starymi przyjaciółmi z nieprawdziwego świata, dla niej będącego swojską alternatywą dla obcego świata, w którym przyszło jej żyć. W którym utknęła w najgorszym momencie; kiedy do obejrzenia został jej już tylko jeden, ostatni odcinek ukochanego serialu. Nadrzędnym celem Rose w tych teoretycznych warunkach apokaliptycznych jest poznanie wielkiego finału „Przyjaciół”, co w zestawieniu z bezcelowością pozostałych lokatorów ekskluzywnego domu wiejskiego, mnie wydało się... całkiem niegłupią postawą. Myślenie irracjonalne lepsze niż żadne. Najskromniejsze marzenia, niewzniosłe postanowienia kotwicą zdrowych zmysłów w morzu beznadziei.

Plakat filmu © Netflix. „Leave the World Behind” 2023, Esmail Corp., Higher Ground Productions, Netflix Studios

Państwo Sandford to widomy dowód na przyciąganie się przeciwieństw. Ona chorobliwie nieufna, wybitnie podejrzliwa; on niebezpiecznie szybko nawiązujący nowe znajomości, rozbrajająco towarzyski i nieuleczalnie łatwowierny. Ona odpycha, on przyciąga. Dystansująca się, apodyktyczna Amanda i uroczo naiwny, przeważnie radośnie podporządkowujący się jej woli, żeby nie powiedzieć grzecznie chodzący na smyczy, dziwnie sympatyczny Clay. Pesymistka i optymista. Kobieta przesadnie zamykająca się na bliźnich i mężczyzna nazbyt szeroko się na nich otwierający. Niedługo po pierwszym głośnym dzwonku alarmowym – aczkolwiek zignorowanym przez dobrze sytuowaną rodzinę z Nowego Jorku – po incydencie z niesfornym tankowcem, do drzwi wynajętej rezydencji na Long Island, zapukają nieznajomi, wprawdzie niezachowujący się jak typowe czarne charaktery z nurtu home invasion, ale podejrzewam, że miłośnicy kina grozy w tym małżeńskim sporze dość twardo staną po stronie niegościnnej pani cudzego domu, tym bardziej, że nie takie fałszywe maski przywdziewali już antybohaterowie gatunków mrocznych. Podobno domu jednego z nocnych przybyszów, niezbłąkanych wędrowców podających się za ojca i córkę, George'a 'G.H.' i Ruth Scottów. Bezbłędne występy Mahershali Aliego, który na pokładzie „Zostaw świat za sobą” Sama Esmaila zastąpił Denzela Washingtona, oraz Myha'li. W każdym razie niezapowiedziani goście przynoszą niedobrą nowinę o wielkiej awarii prądu w mieście, która miała skłonić ich do wprowadzenia zasadniczych zmian w umowie zawartej zdalnie z Amandą Sandford. Do poszukania schronienia w wynajętym domu na prowincji, gdzie przerwa w dostawie energii elektrycznej (na razie?) nie nastąpiła, ale w internecie już nie poserfujesz, tak samo jak nie obejrzysz ulubionych programów w telewizji i nie posłuchasz radia. Z drobnymi wyjątkami w postaci alarmujących, a przy tym frustrująco enigmatycznych, doniesień z kraju. Zagrożenie smakowicie niedookreślone, prędzej zarysowane niż maniakalnie analizowane. Pracując nad „Zostaw świat za sobą” Sam Esmail zapewne miał świeżo w pamięci nieprzebrany zalew mniej i bardziej przydatnych doniesień (nieustający szum informacyjny) o śmiercionośnym wirusie, a już z całą pewnością wspominał ostrożne obchodzenie się z paczkami ze sklepów internetowych i obstrzał nieufnych spojrzeń przechodniów, obchodzenie szerokim łukiem „współczesnych trędowatych”. To był czas kiedy dziadków bez cienia wstydu nastawiano przeciwko wnukom, to był czas kiedy dzieci nazywano „chodzącą zarazą”, masowymi zabójcami starszych. Tak runął mit o pięknym jednoczeniu się wspaniałego gatunku ludzkiego w obliczu zagrożenia. I tak bywało, ale Amanda Sandford pewnie upierałaby się przy tym, że koniec końców zło, jak zwykle, zatriumfowało nad dobrem. Każdy sobie rzepkę skrobie. Niejaki Danny (niewielka rola Kevina Bacona) w przeciwieństwie do niej z tego egoizmu czerpie pociechę – najwidoczniej uważa, że im mniej altruistów, tym większa szansa na przetrwanie nawet największych katastrof co rusz spadających na niemiłosiernie zaśmieconą (patrz: scena na plaży) Ziemię. Mówią, że tym razem doszło do ataku hakerskiego na Stany Zjednoczonego, który poza wszystkim innym wpłynął na migracje zwierząt, na przykład wygenerowanych komputerowo jeleniowatych i flamingów:) Dlaczego jakiś cyberatak miałby obchodzić dziką zwierzynę, w odróżnieniu od samozwańczych panów i władców globu ziemskiego, niezależną od energii elektrycznej? Twórcy tego też nie wyjaśniają, ale myślę, że to może mieć związek z tajemniczym szumem, z bombardowaniami dźwiękowymi, które zwieńczy całkiem mocna akcja w obiektywnie przestronnym, a subiektywnie nieubłaganie kurczącym się (od wpuszczenia niepewnych intruzów) nowoczesnym domu, nawet funta kłaków już niewartym. Założę się, że najobskurniejsze bunkry w tych alternatywnych Stanach Zjednoczonych, stały się towarem dużo bardziej pożądanym. Kiedy upada system, zmieniają się nagrody w odwiecznym wyścigu szczurów. Tylko skąd mają wiedzieć, w którym kierunku biec? Ba! Kto im powie, jak się biega, skoro nie ma wujka Google'a? Ewolucja wsteczna skutkiem ubocznym postępu technologicznego? Pytanie: czy jesteśmy bardziej zaradni od naszych odległych przodków? Czy aby w takiej sytuacji, w jakiej znaleźli się bohaterowie „Zostaw świat za sobą”, najmniej zaradny człowiek z wieków ciemnych, nie poradziłby sobie lepiej od najbardziej zaradnego przedstawiciela naszej światłej epoki? Przyjemnie kameralne to widowisko apokaliptyczne; wzorem literackiego pierwowzoru bardziej skupiono się na płaszczyźnie psychologiczno-socjologicznej i filozoficznej niż warstwie stricte katastroficznej (co niektórym przywiodło na myśl „Świt żywych trupów” George'a A. Romero, z tą różnicą, że u Esmaila niebezpieczeństwo jest bardziej skryte). Przyjemne choć okropnie nierówne. Po trzęsieniu ziemi napięcie gwałtownie spada i chociaż czeka nas jeszcze niejedno odbicie od dna, to obawiam się, że emocjonalna poprzeczka zawieszona w pierwszej partii filmu (wypada wspomnieć, że filmowcy skorzystali z „książkowej formy”: opowieść w paru rozdziałach, z planszami tytułowymi) w poczuciu niejednego odbiorcy „Zostaw świat za sobą” Sama Esmaila nie zostanie przesunięta. Nawet na sam koniec – w zasadzie finał może boleśnie rozczarować, toż złośliwa bestia... i zabawna w swojej przekorności, w swoim oślim uporze;)

Paranoiczny thriller apokaliptyczny dla zmęczonych demolką totalną. Efekciarskimi produkcjami katastroficznymi niepozostawiającymi miejsca dla wyobraźni odbiorcy. Oparte na bestsellerowej powieści Rumaana Alama, nieprzesadnie, wręcz zaskakująco skromnie, przystrojone w cyfrowe błyskotki, dziełko Sama Esmaila o neandertalczykach XXI wieku. Zabierz ludziom internet, a wrócą do jaskiń:) „Zostaw świat za sobą”, opuść ten monstrualny dom bez klamek, wypisz się z tego zbiorowego obłędu i rozglądaj za jakimś podziemnym schronem, bo to może być największa epidemia wścieklizny od 1977 roku (wskazówka: filmografia Davida Cronenberga). Przymusowy odwyk technologiczny, dreszczowiec „niegrzeszący” mrocznym klimatem, ale nadrabiający ciasnotą i przede wszystkim skupieniem na postaciach. Paranoik mający swój styl.

wtorek, 12 grudnia 2023

„Służka” (2023)

 
Samidha 'Sam', uczennica amerykańskiego liceum pochodzenia wschodnioindyjskiego, niepokoi się zachowaniem swojej byłej przyjaciółki Tamiry, uparcie milczącej szkolnej outsiderki, nierozstającej się ze szklanym słoikiem. Istnieją podejrzenia, że to problem z asymilacją, ale Sam uważa, że za izolacją rówieśniczki kryje się coś więcej. W żadnym razie nie jest jednak przygotowana na niewiarygodne wyznanie Tamiry, podobno dręczonej psychicznie przez najprawdziwszego demona uwięzionego w szklanym naczyniu. W przypływie gniewu na opowiadającą bajki dziewczynę, z którą dorastała, Sam mimowolnie doprowadza do tragedii. Tamira znika, a demoniczne brzemię przechodzi na Sam.

Plakat filmu. „It Lives Inside” 2023, Brightlight Pictures, Neon, QC Entertainment

Nadnaturalny horror społeczny czerpiący z osobistych doświadczań reżysera i scenarzysty, debiutującego w pełnym metrażu Bishala Dutty. Historię wymyślił razem z Ashishem Mehtą, ale punktem wyjścia było zapamiętane poczucie rozdwojenia tożsamości, które szczególnie mocno doskwierało mu w szkole średniej. Świat binarny człowieka, który we wczesnym dzieciństwie wraz z rodziną przeniósł się z Indii do Ameryki Północnej. Imigranta, który w swój proces asymilacji kulturowej włączył kino grozy – jego podręcznikami były między innymi „Szczęki” Stevena Spielberga, „Lśnienie” Stanleya Kubricka i „Koszmar z ulicy Wiązów” Wesa Cravena. Na scenariusz „Służki” (oryg. „It Lives Inside”) ogromny wpływ miała też przerażająca opowieść jego dziadka, który w młodości poznał dziewczynkę rozmawiającą ze szklanym słojem. Naczynie na jego oczach zostało zniszczone, w środku niczego nie było, ale to zapoczątkowało najdziwniejszy okres w życiu antenata Bishala Dutty, któremu w pamięć szczególnie wryło się sprawozdanie dziadka z jedzenia orzeszków ziemnych. Za plecami świadka incydentu ze słoikiem jakiś czas później rozlegają się odgłosy przeżuwania, a kiedy się odwraca, nie ma już ani jednego orzeszka.

Wiadomość o zawiązaniu producenckiej współpracy między amerykańskimi firmami Neon i QC Entertainment przy wtenczas niezatytułowanym projekcie pod artystyczną dyrekcją Bishala Dutty, obiegła świat w październiku 2022, w pierwszy dzień prac na planie - w Vancouver w Kanadzie - debiutanckiego długometrażowego filmu fabularnego twórcy nagradzanych shortów. W marcu 2023 film pokazał się na South by Southwest Film Festival (światowa premiera), a parę miesięcy później ruszyła szeroko zakrojona dystrybucja kinowa. Polskim dystrybutorem diabelskich igraszek mięsożernego demona z mitologii hinduskiej i buddyjskiej jest M2 Films. Horror producentów „Uciekaj!” Jordana Peele'a, do którego Bishal Dutta chętnie dokręciłby ciąg dalszy, chętnie zaprezentowałby światu „It Lives Inside 2” , ale na razie większe nadzieje wiąże ze straszakiem postapokaliptycznym, który ma zostać wyprodukowany przez Jamesa Wana. Produkcja, która miała (haha) deptać po piętach, dyszeć w karki „Babadookowi” Jennifer Kent, „Coś za mną chodzi” Davida Roberta Mitchella, „Dziedzictwu. Hereditary” Ariego Astera i wspomnianemu „Uciekaj!” Jordana Peele'a, zdobywcy Oscara za scenariusz, choć w głównym zbiorniku z filmowymi wpływami były raczej takie pozycje, jak „Christine” Johna Carpentera, na podstawie powieści Stephena Kinga i „Zdjęcia Ginger” Johna Fawcetta, natomiast wygląd antagonisty to swego rodzaju skrzyżowanie „Hellraisera: Wysłannika piekieł” Clive'a Barkera, adaptacji/ekranizacji jego minipowieści pt. „The Hellbound Heart”, „Muchy” Davida Cronenberga, readaptacji opowiadania George'a Langelaana, „Coś” Johna Carpentera, readaptacji noweli Johna W. Campbella Jr. i zarazem remake'u „Istoty z innego świata” Christiana Nyby'ego i Howarda Hawksa, „Szczęk” Stevena Spielberga, adaptacji powieści Petera Benchleya, „Obcego - 8. pasażera Nostromo” Ridleya Scotta oraz „Dyniogłowego” Stana Winstona na motywach wiersza Eda Justina. A gdzie „The Ring” Gore'a Verbinskiego, remake horroru Hideo Nakaty z 1998 roku opartego na powieści Kôjiego Suzuki? Chód dziewczynki ze studni i UWAGA SPOILER siedmiodniowe zawieszenie wyroku śmierci KONIEC SPOILERA. Brakowało tylko majordomusa w pasiastym sweterku, lśniącego kucharza i trędowatego rudzielca z czerwonymi balonikami, zmiennokształtnego naganiacza u bram nawiedzonego domu z Naturom Demonto. Ale jest „upiorny” zeszyt, którego nie kupisz w dobrych księgarniach i „jeszcze straszniejszy”... szklany słoik. Jest i czerwona komnata, chyba pomyślana jako coś w rodzaju jądra surrealizmu, centrum pozornej krainy marzeń sennych ofiar pradawnego zła, ale ja, nie wiedzieć czemu, bardziej czułam się jak w domu schadzek. Myślę, że to początek długiej hollywoodzkiej przygody Bishala Dutty. Monstrualny potencjał komercyjny: rzecz skoczna, efekciarska, plastikowa. I oryginalna, bo wprowadzająca do gatunku nowego potwora. Ultra Boogeymana, zmiennokształtną demoniczną istotę z religii dharmicznych nazywaną Pishacha i Piśāca (właściwie to cała armia pazernych demonów), esencję zła wysysającą z ludzi energię. Stworzenie nieśpiesznie pożerające dusze najbardziej rozsmakowane w samotności, gniewie i smutku. „Służka” przestrzega przed zasypianiem z takimi emocjami, bo to przyciąga te wiecznie nienażarte bestie. Działa jak zaproszenie na darmową wyżerkę, ale główna bohaterka „Służki”, nastoletnia Samidha, która woli być nazywana Sam, wcześniej popełnia inny kardynalny błąd. Tłucze „lampę Aladyna” dziewczyny zachowującej się jak jedna z tytułowych postaci „Nocy żywych trupów” George'a A. Romero.

Plakat filmu. „It Lives Inside” 2023, Brightlight Pictures, Neon, QC Entertainment

Bishal Dutta w „Służce” chciał przywołać dobrze znane mu wrażenie uwięzienia między dwoma światami i związane z tym dążenie do zsyntetyzowania tożsamości, podpierając się przy tym magicznymi wspomnieniami z młodości – starał się wlać w tę opowieść cudowne emocje jakie towarzyszyły mu podczas wieczorów z duchami przy ognisku. Samidha 'Sam' (ładnie stopiona z postacią Megan Suri), centralna postać „Służki”, wzorowa uczennica Wooderson Grove High School, jedyne dziecko imigrantów z Indii Wschodnich, Poorny i Inesha („szkolna kreacja” Neeru Bajwy i odrobinę bardziej przekonujący, mniejszy udział Vika Sahaya), w przeciwieństwie do swojej przyjaciółki z dzieciństwa Tamiry (robiąca wrażenie Mohana Krishnan, został mi jednak spory niedosyt, bo rola niewielka), dopasowała się do amerykańskiego stylu życia. Właściwie Sam czuje się bardziej Amerykanką niż Hinduską, co bardzo nie podoba się jej mamie. Ojciec nie czyni jej z tego powodu wyrzutów, za to Poorna nie przepuści żadnej okazji do wyrażenia swojego niezadowolenia z przesadnej asymilacji kulturowej córki. Jeden z ulubionych tematów współczesnych filmowców od innej strony. Zderzenie z własną kulturą – poszukiwanie tożsamości narodowej (jakby powiedział duch Mufasy: zapomniała kim jest) w „nieswoim” kraju. Sam ma obywatelstwo amerykańskie, bo tutaj się urodziła – i wychowała – a Indie przypuszczalnie zna jedynie z opowieści rodziców i ich przyjaciół, ewentualnie z książek i filmów. „Jest oderwana od korzeni”, ale nie pojmuje dlaczego matka obwinia ją, a nie siebie i ojca. Chcieli Hinduski, mogli się nie przeprowadzać: mniej więcej tak zapatruje się na to nasza nastoletnia przewodniczka po niemrocznym lunaparku Pishachy. Demona izolującego, którego nie widać w świetle. A gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości co do jego/jej powiązań z Boogeymanem, nocami kreatura najchętniej przesiaduje w szafach. Oczy świecące w ciemności: skąd my to znamy? Nie mogło też zabraknąć scenki z lustrem, oczywiście dostosowanej do naszej wystawnej epoki, niekoniecznie z sensem, ale przecież w horrorze chodzi o to, by często robić „buu!”. Bishal Dutta proponuje więc obsesyjno-kompulsyjną zabawę włącznikiem światła, grę w pojawia się i znika stwór („Gdzie jest bobo? Tu jest!”: czyje to słowa?). Nie wiem, chciała spalić żarówkę? Za trudne dla mnie, przejdźmy zatem do innych znanych atrakcji. Kosmyk włosów ciągnięty przez niewidzialnego nieczłowieka, robimy hałas i puff, rozpłynęła się w powietrzu. Tandetnie wybrzuszająca się zasłona prysznicowa - ukłon w stronę „gumowych efektów specjalnych” z dawnych lat? W moim odczuciu raczej cyfrowa parodia. Zabawna, ale nie tak jak ostateczna(?) konfrontacja, kwintesencja horroru nowoczesnego. Mniej znaczy więcej? Bzdura! A teraz śmiertelnie poważnie: jedyny moment, który wpadł mi w oko, to bądź co bądź odtwórcza szarża pokracznej niby-mamusi, poprzedzona rzutem oka na okrutnie zapuszczoną lodówkę – doprawdy przeuroczy widok - i złowieszczą orkiestrą much (bzyczały i później, ale już mi się znudziło) kłębiących się w przetłuszczonym włosach postaci siedzącej przy stole. „Ludzie-pająki” chyba nigdy mi się nie znudzą, ale choćby nie wiadomo jak śmiało się jeszcze wyginały, opętanej Regan MacNeil z „Egzorcysty” Williama Friedkina w moich oczach pewnie nigdy nie dogonią. Bo będę się upierać, że mniej znaczy więcej. Poparzenia niesłoneczne, nienaturalne zgony, niezwykle realistyczny nawracający sen (może dlatego, że to nie jest sen?), natrętny złowrogi głos, przemykający cień czegoś z kolcami, mięsna dieta, klasyczna „pełna napięcia” akcja z otwieraniem drzwi frontowych i obowiązkowa burza z piorunami. Nawiedzony dom, w którym niedawno ktoś dokonał żywota i skąd nierozważnie wyniesiono „sekretny zeszyt” oraz przeklęte naczynie. Tyle napakowali w „Służkę”, a ja coś czuję, że zapamiętam tylko ten szklany słoik. Mała rzecz, a śmieszy. Szklana maskotka wyobcowanej licealistki: jak mniemam, tak to wygląda z boku, czyli tam, gdzie nie pozwolono mi stanąć. Podumać chwilę nad przypadkiem Tamiry, mieć wątpliwości. Innymi słowy, nie ma tutaj grama tajemnicy, żadnej pożywki dla wyobraźni. Energiczne wykładanie wszystkiego na tacy, koniec końców niebezpiecznie uginającej się pod naporem w zdecydowanej większości nieświeżych i co gorsza beznamiętnie dostawianych, rarytasów z królestwa horroru. Znaczy to miały być (nie)kulinarne specjały, ale ja przeważnie czułam się zupełnie jak wtedy, kiedy zaspokajałam swoją ciekawość odnośnie smaku papieru. W tych momentach, w których akurat nie zrywałam boków ze śmiechu – kabaret CGI.

Lękajcie się, bo do świata horroru przedarła się wyjątkowo groźna istota z piekła rodem. Ani Pazuzu, ani Boogeyman, tylko hybryda silniejsza od nich obu; że tak sobie sparafrazuję pewnego zmiennokształtnego z uniwersum „Underworld”. Demoniczny showman Bishala Dutty. Zapamiętajcie to nazwisko, gdyż wkrótce może być wymieniane jednym tchem z Jamesem Wanem. O ile już nie jest, bo „Służka”, jego pełnometrażowy debiut reżyserski oparty na własnym scenariuszu, niejedno serce już podbiła. Moje skrzętnie ominęła, dlatego polecać nie będę. Foch.

poniedziałek, 11 grudnia 2023

Zapowiedź: Julius Throne „Santa Clown”

 
Nowa powieść grozy autora „Gulu. Pamiętne lato”!
Premiera 13 grudnia 2023

Przygotuj się na najbardziej ekscytujące święta swojego życia!

Materiał promocyjny. „Santa Clown”, Papierowy Księżyc 2023

USA, Rockville, rok 1985 rok.
Miasto tonie w śniegu, słychać wesołe dźwięki dzwonków i kolędy śpiewane przez mieszkańców, ale tuż obok czai się coś mrocznego…
W środku świątecznego szaleństwa w sklepach pojawiają się tajemnicze zabawki dragondoll i dragoncar.
Tylko niewielka grupa dzieciaków domyśla się, że te pozornie niewinne przedmioty stanowią element koszmaru zagrażającego świętom Bożego Narodzenia. Młodzi przyjaciele podejmują się obrony miasta i świąt.
Wraz z nimi do walki z przestępcami stają emerytowany policjant oraz policjantka, która tropi w Waszyngtonie siejącą postrach, demoniczną postać Santa Clowna. Czy bohaterowie będą w stanie zapobiec nieszczęściu i przywrócić spokój świątecznej atmosferze?
Czy Boże Narodzenie przetrwa?

Kiedy Julius Throne łączy święta z horrorem, powstaje niezapomniana opowieść o odwadze, nadziei i walce.

 

Źródło: wszystkie materiały od autora książki
 
Oficjalny fanpage Juliusa Throne'a:  

sobota, 9 grudnia 2023

„Nóż w nocnej ciszy” (2023)

 
Świąteczny terror zamaskowanego zabójcy w miasteczku Angel Falls dobiega końca po starciu z rodzeństwem Carruthers. Oprawca ginie z rąk nastoletniej Winnie podczas domowej imprezy zorganizowanej przez młodzież. Rok później Carruthersowie są już najbardziej wpływową rodziną w tych stronach i, jak niemal wszyscy mieszkańcy miasteczka, starannie unikają rozmów o koszmarze minionych Świąt Bożego Narodzenia, co doprowadza do szału dziewczynę, której prawdopodobnie zawdzięczają swoją wysoką pozycję w miasteczku. Winnie nie potrafi pogodzić się ze śmiercią najlepszej przyjaciółki, jednej z ofiar mordercy nazwanego Angel. Nie może też oprzeć się wrażeniu, że wszystkim byłoby lepiej bez niej, a kiedy zorza polarna rozświetla nocne niebo, Winnie wypowiada życzenie, które ku jej przerażaniu się spełnia. Trafia do równoległego świata, w którym nigdy się nie urodziła, nie mogła więc wyeliminować największego zagrożenia w Angel Falls.

Plakat filmu. „It's A Wonderful Knife” 2023, Divide/Conquer, Fourth Culture Films

Powtórka z rozrywki Michaela Kennedy'ego, współscenarzysty „Pięknej i rzeźnika” Christophera Landona, wariacji na temat minipowieści Mary Rodgers pt. „Freaky Friday” z 1972 roku, po raz pierwszy przeniesionej na ekran cztery lata później przez Gary'ego Nelsona. Tym razem Kennedy postanowił przerobić swój ulubiony film świąteczny, „It's a Wonderful Life” (pol. „To wspaniałe życie”) Franka Capry, gdyż od dawna marzyło mu się napisanie horroru w klimacie choinkowym. Z kolei reżyser „Noża w nocnej ciszy” (oryg. „It's A Wonderful Knife”), Tyler MacIntyre, twórca choćby takich filmów grozy, jak „Patchwork” (2015), „Tragedy Girls” (2017) i jeden segment antologii „V/H/S/99” (2022), przyznał, że większą słabość ma do między innymi takich filmów świątecznych jak „Miasteczko Halloween” Henry'ego Selicka czy „Wigilijny show” Richarda Donnera. Slasher z dodatkiem czarnej komedii z mordercą w niewykorzystanym stroju Ghostface'a (podobno w pierwszej wersji scenariusza „Krzyku” Wesa Cravena zabójca z Woodsboro występował mniej więcej w takim, w każdym razie białym, stroju) kręcono od 20 marca do 14 kwietnia 2023 roku, a premierowy pokaz odbył się już w październiku 2023 na Beyond Fest w Los Angeles. W następnym miesiącu, w wyniku działalności firmy RLJE Films, obraz trafił do wybranych amerykańskich kin, a w grudniu na internetową platformę Shudder. W tym samym miesiącu ruszyła kinowa dystrybucja w Polsce - akcja Best Film.

Nóż w nocnej ciszy. Krzyk się rozchodzi. Kreatywna polska odpowiedź na oryginalną grę słów („It's Wonderful Time” - „It's Wonderful Life” - „It's Wonderful Knife”) dotycząca listu do Mikołaja Ghostface'a ozdobionego motywami kultowej produkcji świątecznej w reżyserii Franka Capry. Kiedy w „Tym wspaniałym życiu” rozlega się przeraźliwy „Krzyk”... W Angel Falls przywita nas ambitny przedsiębiorca Henry Waters (zamierzenie przerysowana - może trochę za bardzo - kreacja Justina Longa, którego fani kina grozy mogą pamiętać ze „Smakosza” Victora Salvy, „Wrót do piekieł” Sama Raimiego, „Życia.po.Życiu” Agnieszki Wojtowicz-Vosloo, „Kła” Kevina Smitha, „Lavender” Eda Gassa-Donnelly'ego, „Domu mroku” Neila LaBute'a, „Barbarzyńców” Zacha Creggera i/lub „Obserwowanego” Johna McPhaila), właściciel prężnie rozwijającej się firmy deweloperskiej, obecnie skoncentrowany na budowie centrum handlowego. Najnowszy projekt rekina lokalnego biznesu, dla którego w pocie czoła pracuje ojciec głównej bohaterki „Noża w nocnej ciszy” Tylera MacIntyre'a. Winnie Carruthers (nieprzekonujący występ Jane Widdop, której fryzura przypadkiem wpisała się w tutejszy hołd dla pastiszowej serii otwartej w 1996 przez nieodżałowanego Wesa Cravena – niecelowe przypomnienie Casey Baker, w którą wcieliła się Drew Barrymore) spotykamy tuż przed tak zwaną ostateczną konfrontacją, najważniejszym pojedynkiem z mordercą. Można więc powiedzieć, że zaczynamy od końca, bo final girl, zresztą jak sama nazwa wskazuje, zazwyczaj „nie rodzi się na początku”. Na wątpliwy awans ze zwykłej dziewczyny na ostatnią dziewczynę zazwyczaj (nie zawsze, a jako przykład odstępstwa od reguły pozwolę sobie przytoczyć powieść Grady'ego Hendrixa „Final Girls. Ostatnie ocalałe”) trzeba dłużej poczekać, choćby dlatego, że ten zwrot w życiu protagonistki, ten znamienny moment, to przebudzenie mocy, zwykle łączy się ze śmiercią antagonisty albo antagonistki, albo antagonistów. A slasher bez zabójcy, to jak western bez kowbojów. Bez sensu? E tam, wszystko da się obejść. Zwłaszcza w podgatunku z wieloletnią tradycją wskrzeszania czarnych charakterów... Nie, z tego aż za dobrze sprawdzonego rozwiązania też nie skorzystano. Zamiast powstałego z martwych, w „Nożu w nocnej ciszy” mamy maniakalnego przebierańca z równoległej rzeczywistości. Uważajcie czego sobie życzycie, bo może się spełnić. Final girl z fikcyjnego amerykańskiego miasteczka, podczas rzadkiego w tej części planety Ziemia zjawiska świetlnego, na własnej skórze przekonała się, że lepiej o tym nie zapominać. Nie rzucać życzeń na wiatr. Tym bardziej takich - co innego, gdy mając trzynaście lat zażyczysz sobie mieć trzydzieści (oczywiście mowa o komedii z 2004 roku wyreżyserowanej przez Gary'ego Winicka), a co innego, kiedy zamarzy ci się świat bez ciebie. Winnie Carruthers prosi swoją złotą rybkę, czyli zorzę polarną, o nieistnienie, a właściwie myśli na głos, w ten sposób pewnie dodając sobie otuchy przed śmiertelnym skokiem. Czarna rozpacz bohaterki miejscowości z amnezją. Zdecydowana większość mieszkańców Angel Falls żyje jakby przed rokiem nic się nie stało. Z oburzającą łatwością przeszli do porządku dziennego nad masakrą zabójcy w śnieżnobiałym stroju - powiedzmy mniej pospolite wyobraźnie anioła; zapewne stąd ksywka (Angel) błyskawicznie zdekonspirowanego zbrodniarza, ale możliwe, że także od nazwy miasta – a przynajmniej tak to odbiera centralna postać „Noża w nocnej ciszy”. Wybawczyni rodzinnego miasteczka, która w następne święta stwierdzi, że niepotrzebnie się urodziła.

Plakat filmu. „It's A Wonderful Knife” 2023, Divide/Conquer, Fourth Culture Films

Slasher queerowy, poza wszystkim innym pomyślany jako satyra na heteronormatywną ofertę firmy Hallmark. Należący do społeczności LGBTQ+ Michael Kennedy, scenarzysta „Noża w nocnej ciszy”, nie widzi przeciwwskazań do przechylenia tego wahadła w drugą stronę. W przestrzeni publicznej mówił o sześciu nieheteronormatywnych parach, ale ja wypatrzyłam tylko trzy. Jedną z nich na ekranie tworzą aktorki, które identyfikują się jako osoby niebinarne, a przebojowa połówka innej to bodaj najniższy ukłon w stronę kultowej serii meta-slasherowej, czy jak kto woli najczytelniejsze nawiązanie do serii „Krzyk”. Gale Prescott (od Gale Weathers i Sidney Prescott) w pierwszej wersji scenariusza była heteroseksualna, ale jeden z producentów wykonawczych „Noża w nocnej ciszy”, Adam Hendricks, powiedział Kennedy'emu, że jego zdaniem z niej też powinien zrobić homoseksualistkę. No pewnie! I tak wspólnymi siłami zmienili orientację seksualną ciotki głównej bohaterki filmu, według mnie najbarwniejszej mieszkanki Angel Falls (bezbłędna kreacja Katharine Isabelle, która ma dość bogate doświadczenie gatunkowe – grała między innymi w takich produkcjach grozy, jak „Zdjęcia Ginger” Johna Fawcetta, „Zdjęcia Ginger II” Bretta Sullivana, „Zdjęcia Ginger III: Początek” Granta Harveya, „Bones” Ernesta R. Dickersona, „Carrie” Davida Carsona, „Freddy kontra Jason” Ronny'ego Yu), której po piętach depcze Bernie Simon (Jess McLeod, uważam, warsztatem ustępująca Isabelle, ale przebijająca odtwórczynię roli głównej), szkolna outsiderka desperacko rozglądająca się za przychylną duszą. Uznana za dziwoląga i doskonały obiekt niewybrednych żartów. Dziewczyna do bicia, której tak naprawdę nikt nie zna. Nikt nie zadał sobie trudu, żeby ją poznać, ale czy taki szczegół kiedyś powstrzymał umiłowanych recenzentów bliźnich? Winnie Carruthers wprawdzie „nie ustawia się w kolejce do rzucania kamieniami w Bernie”, nie rajcują jej takie sadystyczne rozrywki, ale i nie świeci przykładem. W alternatywnym Angel Falls dotrze do niej, że nie była dużo lepsza – jeśli w ogóle – od zawziętych prześladowców wrażliwej rówieśniczki. Nieobojętnej na krzywdę innych, empatycznej dziewczyny tonącej w samotności. Muszę oddać twórcom „Noża w nocnej ciszy” ponadprzeciętne (na slasherowej skali) skupienie na postaciach. Nie tylko bohaterek pierwszej planu, wojowniczych księżniczek z Angel Falls i antybohatera pierwszego planu, którego tożsamość, dla odmiany, poznamy już w prologu. Mamy tutaj też w gruncie rzeczy nieobfitujące w szczegóły portrety ludzi z bliższego i dalszego otoczenia mocno hipotetycznej niedoszłej samobójczyni, ale zaskakująco treściwe. Krzykliwie niewierny chłopak – to dopiero bezczelność! - niewylewająca za kołnierz, czy jak by powiedział „polski klasyk”, dająca w szyję cioteczka i wreszcie rozpieszczający rodzice. Rozpieszczający syna, a córkę delikatnie upominający. Najwyższy czas, by Winnie uporała się z traumą, wskoczyła w obrzydliwe różowe wdzianko, z okazji Świąt Bożego Narodzenia sprezentowane przez idealną mamę i idealnego tatę, i dołączyła do brata skaczącego z radości wokół nowiutkiego samochodu. Ona dostała, w jej ocenie, obciachowy komplet (spodnie i bluzka), a Jimmy furę prosto z salonu? No tak, głupio wyszło, ale zawsze można pójść po rozum do głowy i zaznaczyć, że to autko na spółkę. Winnie wywindowała swoją rodzinę z klasy średniej do wyższej i co ważniejsze najprawdopodobniej uratowała życie Jimmy'emu, a teraz ma patrzeć jak korzysta z tego jej brat? Wypada zaznaczyć, że chłopak ma więcej przyzwoitości od rodziców, niewątpliwie czuje się nieswojo i reflektuje szybciej od rodzicieli, ale czara goryczy już się przelała. Domowa czara, bo Winnie powie „dość” po otrzymaniu jeszcze jednego ciosu – kolejny nóż wbity w jej sponiewierane plecy tego przeklętego wieczora. Rozbłysną campowe światełka i z Angel Falls zrobi się Hell Falls. Magia świąt. Na tym nie koniec eksperymentów, ośmielę się jednak stwierdzić, że w tej równoległej rzeczywistości nienowi klienci knajpki slash poczują się bardziej swojsko. Pomijając status głównej bohaterki – obca w nieobcej mieścinie - i „przeźroczystą maskę” zabójcy (niedosłownie, po prostu mamy niebagatelną wiedzę o człowieku terroryzującym Angel Falls), swoją drogą ciekawie w swojej cudaczności ubranego, okrężną drogą docieramy do klasycznej siekaniny. Stary, dobry schemat fabularny, niby cały czas doprawiony przyprawą pożyczoną od „To wspaniałe życie” Franka Capry i opatrzony skromnymi pomnikami dla innych slasherów (na przykład scena w kinie i akcja na schodach z „Krzyku 2” Wesa Cravena oraz ukłon dla „Koszmaru minionego lata” Jima Gillespiego w formie napisu „I Know What You Did Last Christmas”), większej różnicy to mi jednak nie robiło. Ogólnie czułam się jak w pierwszej niekoniecznie lepszej:) opowieści o zabijaniu. Niskobudżetowej produkcji - warstwa wizualna trąci tandetą; naturalnie nie mam tutaj na myśli campu, zaplanowanego czy przypadkowego przywołania czarodziejskiego kiczu z wieku poprzedniego, a konkretniej szalonych lat 80. XX, bo ten duch szczęśliwie mnie nawiedził podczas nieokultystycznego seansu w nocnej ciszy – niespecjalnie krwistej i jeszcze mniej pomysłowej w zakresie mordów. Wyróżnić mogę jedynie szarżę z wielgachną laską świąteczną.

Niemęczący przeciętniak z tej slasherowej wersji familijnego filmu świątecznego z 1946 roku. To rzecz jasna moje odczucie, osobista opinia na temat „Noża w nocnej ciszy” napisanego przez Michaela Kennedy'ego, a wyreżyserowanego przez Tylera MacIntyre'a. „To cudowne życie” Franka Capry w krzywym zwierciadle. Świąteczna masakra upadłego anioła. Okolicznościowy horrory rzucający czerstwymi żarcikami, jedną nogą na nieutartym szlaku na terytorium slash, a drugą na ruchliwej drodze asfaltowej w tym samym państewku podgatunkowym. Według mnie nieszkodliwy gość.

środa, 6 grudnia 2023

C.J. Tudor „Spojrzenie w mrok”

 
Po osobistej tragedii poczytna brytyjska autorka, odpowiedzialna za takie głośne pozycje, jak uhonorowany Barry Award „Kredziarz” (2017), „Zniknięcie Annie Thorne” (2019), „Inni ludzie” (2020) i „Płonące dziewczyny” (2021), C.J. Tudor, z niemałym trudem ukończyła kolejną powieść... i postanowiła jej nie wydawać. Niezadowolona z efektu ostatniej pracy, pisarka w zamian zaproponowała swojemu wydawcy zbiór krótszych opowieści z dreszczykiem. I tak Tudor wreszcie znalazła dom dla paru zalegających w szufladzie tekstów (oczywiście odpowiednio zredagowanych), którym towarzystwa miały dotrzymywać najnowsze opowiadania oraz historie wcześniej publikowane w formie e-booków i audiobooków – jeden z nich po raz pierwszy zaprezentował się natomiast w antologii „After Sundown” pod redakcją Marka Morrisa, która swoją światową premierę miała w roku 2020. W sumie jedenaście mrocznych opowieści C.J. Tudor, z ogólną przedmową i szczegółowymi wstępami: odautorskimi komentarzami (geneza) do wszystkich „odcieni makabry” w „Spojrzeniu w mrok” (oryg. „A Sliver of Darkness”). Na światowym rynku wydawniczym zbiorek ukazał się w roku 2022, a do Polski dotarł już w kolejnym, korzystając z zaproszenia wydawnictwa Czarna Owca. Kolekcję przetłumaczył Tomasz Wyżyński. W roku 2023 uwolniono następną powieść C.J. Tudor, thriller „The Drift”.

Okładka książki. „Spojrzenie w mrok”, Czarna Owca 2023 adaptacja © Jon Kennedy / / MJ

Tradycyjnie krótkie omówienie grona nie-osób zebranego tym razem na przyjęciu zorganizowanym przez pisarkę bardziej kojarzoną z dłuższą formą, zacznę od mojego ulubieńca; „Zwodniczego bluesa” napisanego pod wpływem obrazowego fragmentu utworu My Chemical Romance – dokarmione twórczością Stephena Kinga i widmowym głosem Morgana Freemana, a właściwie Ellisa Boyda 'Reda' Reddinga ze „Skazanych na Shawshank” Franka Darabonta, adaptacji minipowieści wspomnianej już sławy z Maine, jednego z ulubionych literatów C.J. Tudor. Opowieść Jacka Morleya, cofającego się pamięcią do krótkiej znajomości z niejakim Grubasem. Poznał go w klubie Pod Błękitnym Flamingiem, gdzie jak zwykle w tamtym młodzieńczym okresie, wybrał się z narzeczoną Stellą Grey. Grubasa zapamiętał jako drobnego białego chłopaka, który dosłownie czarował publiczność swoim bluesem. Młodzieniec ze złamanym sercem, nieszczęśliwie zakochany, a jak wiadomo zawiedziona miłość może popchnąć człowieka do strasznych czynów. Nastrój i po trosze tematyka jak w „Truskawkowej wiośnie” Stephena Kinga z kolekcji „Nocna zmiana”, co bynajmniej skargą nie jest. Historia melancholią przesycona. Groza smutkiem otulona. Jest w tym opowiadaniu jakaś magia, czarna magia. Nieuchwytna nadzieja, agresywna trwoga. Cudownie potworna rzecz!

Bardzo zajmujące okazało się też bractwo trzech. „Blok” natchniony opuszczonym wieżowcem w angielskim mieście Nottingham, gdzie wychowała się późniejsza autorka „Spojrzenia w mrok” i gdzie uwiła sobie własne gniazdko rodzinne. W opowiadaniu nastoletni Tyler znajduje sposób na włamanie się do tego posępnego obiektu, ale niezbędny jest udział jego nowego kolegi Danny'ego, wątpiącego członka ich małej paczki. Przygoda z potworami. „Gęsia skórka”, aż się łezka w oku kręci. Czuć też ducha Howarda Phillipsa Lovecrafta. Sentymentalna wyprawa do szalonego dzieciństwa. Nie wiem tylko, czy Tudor zabiegała o współczucie dla niebanalnych agresorów, bo istotnie złapałam się na takim dziwactwie:)

Po przeprowadzce z miasta na wieś, brytyjska powieściopisarka odkryła „uroki” prowincjonalnych dróg. I gęstą ciemność, w której człowiek czuje się totalnie osamotniony. Stąd pomysł na opowiadanie „Koniec świata, jaki znamy”. Podczas apokalipsy Tom, samotnie wychowujący ośmioletnią córkę Millie, przyjmuje zaproszenie od znajomego ze studiów, przebywającego w swojej wiejskiej posiadłości Berskow Manor, przypuszczalnie bezpieczniejszym od zajmowanego przez nich lokalu w wielkim mieście. Gości jest więcej i nie wszyscy są zadowoleni z obecności małej Millie, która w pewnym momencie z przekonaniem informuje ojca, że przebywają wśród kłamców. A na zewnątrz cały czas grasują stwory, które przybyły wraz z nienaturalną ciemnością. Łyżka Lovecrafta, szklanka „Milczenia” Tima Lebbona. Izolująca ciemność i możliwe, że jeszcze gorsze towarzystwo. Zabytkowy dwór niepewnym schronieniem przed zagadkowymi bestiami i tym bardziej współlokatorami. Wyśmienicie budujące się, zmyślnie skomponowane, frapujące opowiadanie na podniesienie adrenaliny.
Powielarnia” wykluła się z posępnego widoku pewnej drukarni, zniszczonego przybytku z intrygującym sloganem reklamowym. Po przypadkowym rozbiciu wazonu od nieżyjącej już przyjaciółki, Fran za radą eleganckiej sąsiadki, udaje się do tytułowej powielarni, specjalizującej się w reprodukcjach cennych przedmiotów. Tworzą coś lepszego z czegoś uszkodzonego, starego, wadliwego. Aktualizacja świata, poprawa jakości... A może to tylko pozory, może lepsze znaczy gorsze? Oryginalna wizja i co ważniejsze dająca niemałe pole do popisu, z którego autorka skorzystała z nawiązką. Nie spodziewałam się, że zawędruje tak daleko. Niedowierzanie rosło w miarę powielania. Miodzio.

Czas na dobry duet prozatorski, czas na „Ostatni rejs” zorganizowany pod wpływem luźnej uwagi męża C.J. Tudor poczynionej podczas pandemii COVID-19. Leila Simmonds od pięćdziesięciu lat przebywa na statku wycieczkowym nigdy niedobijającym do brzegu. Jest częścią hermetycznej społeczności stworzonej po jakiejś globalnej katastrofie. Ziemia podobno została skażona, a ostatni ludzie toczą monotonne żywoty na bezkresnym oceanie. W reżimie enigmatycznych Stwórców. Dystopia, którą spokojnie można by przekuć w powieść. Beznadziejne istnienia w świecie naznaczonym paraliżującym strachem i męczącą powtarzalnością. Pomysłowe, ale nieprzekombinowane. Przydałoby się dokręcić śrubkę klaustrofobii, ale nadrabia depresyjnym wydźwiękiem. Co nie dośpiewa, to dowygląda:)

Czas na „Pył”. Pomysł nieświadomie podsunęła organizatorce omawianej imprezy literackiej recepcjonistka hotelowa, wspominając pewną burzę piaskową. Centralną postać niniejszej historii, kobietę w średnim wieku imieniem Olivia, zastajemy w hotelu Villa de las Almas Perdidas, gdzie bezskutecznie szuka relaksu i samotności po bolesnym rozstaniu z ukochanym. W hotelu, w którym po przejściu burzy piaskowej dzieją się niepokojące rzeczy. Surrealistycznie. Na sprawdzonym fundamencie fabularnym autorka wznosi nietypową opowieść o nawiedzonym hotelu. Kuzynka Overlook Hotel. Bezkompromisowa propozycja, niemniej rozwinięcie mogło bardziej poszaleć z obłąkanym klimatem.

Okładka książki. „A Sliver of Darkness”, Ballantine Books 2022

A teraz niezła parka dyskutantów. Zacznijmy od „Lwa na bramie”, namalowanego po incydencie z autentycznym graffiti, które swego czasu przyciągnęło uwagę C.J. Tudor. Radosna twórczość zmieniająca się z dnia na dzień. Jay i jego koledzy w drodze do szkoły nadziewają się na nieziemski malunek: lew przyczajony na bramie. Z pierwszego spotkania z tym egzotycznym stworzeniem chłopcy wychodzą cało, ale następnym razem mogą nie mieć tyle szczęścia. W każdym razie zaalarmowany wydarzeniami w swoim otoczeniu młody protagonista opowiadania, spróbuje rozwiązać zagadkę najwyraźniej ożywającego graffiti. Dziwna koncepcja w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Lekki powiew świeżości, niepospolite podejście do motywu dzieci walczących z nieznanym. Przydałoby się jednak co nieco dobudować, bo pozostał spory niedosyt.
Pora pomówić o prześladowcy gospodyni „Spojrzenia w mrok”, wszak pewnego dnia ni z gruszki, ni z pietruszki do głowy Tudor wcisnęło się zdanie „Nie jestem Tedem”. Zastanowiło ją to, bo nie znała żadnego Teda. Nie znała, ale nagle ogarnęło ją przemożne pragnienie zawiązania znajomości z wyimaginowanym człowiekiem, który nabrał ochoty na podzielenie się swoją nieprozaiczną historią. Mężczyzna w bliżej nieznanym Wydziale Wyniesień upiera się, że nie jest tym, za kogo go biorą. Coraz mniej stanowczo powtarza, że nie jest Tedem. Smakowicie enigmatyczna, trzymająca w niepewności i z nią zostawiająca. Zdałoby się mocniej podkręcić tę kuriozalną piłeczkę – urozmaicić środkową partię, chociażby przez cudowne rozmnożenie pytań. Gdyby tak jeszcze podsycić wątpliwości... Siadło, ale nie z hukiem.

Wąski krąg przeciętniaków. Drugoplanowa postać „Zniknięcia Annie Thorne”, która nie dawała spokoju swojej stwórczyni wraca jako dyskretna sprzątaczka miejsc zbrodni, świadcząca także usługę pozbywania się zwłok. Opowiadanie pod tytułem „Gloria” podąża za jednostką wyzutą z empatii, która zaskakuje samą siebie. Przypadkowe spotkanie z dziewczynką z rzadkimi talentami to jedno, ale zawracanie sobie głowy nieznajomym mężczyzną najpewniej mającym niecne zamiary wobec nowej znajomej Glorii i jej matki, to już inna para kaloszy. Czyżby zatwardziałą kryminalistkę ruszyło sumienie? Niewyszukana, żeby nie rzec banalna, historyjka, która w moim przekonaniu miała coś, co mogło wydobyć ją z oparów nijakości (w tym miejscu pojawia się czytelna aluzja do „Carrie” Stephena Kinga). Szkoda, że autorka nie pobiegła tą drogą, że postawiła na szybką, niespektakularną akcję w wyświechtanym, nie nieziemskim płaszczu fabularnym. Szara proza gatunkowanej codzienności, na granicy horrorowo-thrillerowej.

Wspomnienie Doliny Motyli, rezerwatu przyrody w Turcji, w młodości zwiedzonego przez przyszłą architektkę „Wyspy Motyli”. Wyprawa zorganizowana przez niejakiego Billa, poszukiwacza wspaniałych przygód, a nie prawdziwej szkoły przetrwania w królestwie zdumiewających drapieżników hipotetycznie wspieranych przez uzbrojonego maniaka, składającego ofiary fałszywym bożkom. C.J. Tudor nie ukrywa, że widzi w tym materiał na powieść, co by wyjaśniało skrótowy charakter utworu. Historia niedokończona, niekompletna, bardziej szkic niż pełny obraz. Nasuwający drobne skojarzenia z „Dziećmi kukurydzy” Stephena Kinga (znowu „Nocna zmiana”), niebezpiecznie rozpędzony, podziurawiony pojazd. Niedopięte guziki. Bombardowanie szczątkowymi informacjami, wątki przelotne, zaledwie migawki. Mały rozgardiasz, aczkolwiek pomysł całkiem obiecujący. Jest potencjał.

Najtrudniej było mi dogadać się z „Finalizacją”. Gość ewidentnie przynudzał. Nazwę podsunęli pani Tudor pośrednicy obrotu nieruchomościami, a fabuła jest odbiciem apokaliptycznych myśli nawiedzających ją za covida. Dan Ransom, ambitny agent nieruchomości, podczas potencjalnego końca świata, rusza do starej posiadłości Bragshaw Manor w celu sfinalizowania prawdopodobnie największej transakcji w historii firmy. Rezydencji chyba słusznie uważanej za przeklętą. Ponury dwór i jego śliski właściciel. Pakt z diabłem. Trochę naciągane, większego problemu śmiem jednak upatrywać w pośpiesznym ostatnim akcie. Przeszarżowane. Apokaliptyczny chaos.

Przyznam, że nie byłam zbyt entuzjastycznie nastawiona do tej niestandardowej oferty C.J. Tudor, że dość sceptycznie podchodziłam do „Spojrzenia w mrok”, jedenastu opowiadań brytyjskiej autorki znanej wyłącznie z powieści. Kwestia przyzwyczajenia, można więc uznać, że sięgając po niniejszy tomik wyszłam ze swoistej strefy komfortu, wyrwałam się z przytulnej bańki Stephanie King:) Nie na zawsze, ale gdyby utalentowana pani z Anglii zechciała to powtórzyć – od czasu do czasu serwować kolejne „odcienie makabry” - to ja na pewno śmielej będę do tych stworzonek podchodzić. Oby więcej takich odstępstw od rutyny.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu