czwartek, 13 lutego 2020

„The Crescent” (2017)


Po śmierci męża Beth, za radą matki, udaje się wraz z dwuletnim synem Lowenem do jej starego nadmorskiego domku. Niedługo potem poznaje mieszkającego nieopodal Josepha, który budzi jej niepokój. Poza tym zdarza jej się lunatykować i niemalże każdej nocy w domu najprawdopodobniej samoistnie uruchamia się dzwonek do drzwi. Beth nie przywiązuje większej wagi do tych incydentów. Oddaje się swojej pasji, marmurkowaniu i zabawia swojego synka, który najbardziej lubi wspólne wypady na plażę. Plażę, na której można natknąć się na niekoniecznie przyjaźnie nastawione istoty.

Kanadyjski horror „The Crescent” to drugi pełnometrażowy film w reżyserii Setha A. Smitha, po „Lowlife”, którego scenariusz napisał wspólnie z Darcym Spidle'em - tym samym, który później stworzył scenariusz „The Crescent”. Nie wszystko jednak udało się przełożyć na ekran, bo warunki dyktował dwuletni wówczas syn reżysera wcielający się w rolę Lowena. Smith zapewnia jednak, że produkt końcowy nie odbiega zbytnio od scenariusza. Podczas prac nad omawianym filmem reżyser czerpał z marynarskiego folkloru (duchy morza, wraki statków). Przydatne było też to, że dorastał w nadmorskiej społeczności, choć niezupełnie takiej, do jakiej trafiają bohaterowie jego drugiego pełnometrażowego obrazu. „The Crescent” gościł na wielu festiwalach filmowych, poczynając od Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Toronto (premierowy pokaz) we wrześniu 2017 roku. Na Atlantic International Film Festival otrzymał trzy nagrody: za najlepszy występ aktorski, pomysł oryginalny i scenariusz. Poza tym był nominowany do Discovery Award przyznawanej przez Directors Guild of Canada.

Do seansu „The Crescent” Setha A. Smitha zachęciła mnie negatywna opinia, wedle której film ten miał być bardzo powolny. I faktycznie przedsięwzięcie to nie jest ukierunkowane na osoby preferujące dynamicznie rozwijające się opowieści grozy. Liczne zwroty akcji, multum efektów specjalnych, jump scenki: tego tu nie znajdziecie. Ale za to możecie przygotować się na konsekwentnie zagęszczającą się atmosferę tajemniczości. Mocno odczuwalną, acz niezdefiniowaną groźbę czyhającą na Beth i jej dwuletniego syna Lowena w nadmorskiej okolicy. Surowe, ponure zdjęcia Craiga Buckleya i nastrojowa muzyka skomponowana przez samego Setha A. Smitha (melancholijny motyw przewodni to jedno, ale wrażenie robią też alarmistyczne efekty dźwiękowe) doskonale współgrają z powolną narracją i oczywiście tworzą chwytliwą aurę mrocznej, nadnaturalnej tajemniczości. Bo bez względu na to, jak rozwiąże się ta historia - bez względu na to, czy „The Crescent” podąży w stronę horroru o zjawiskach paranormalnych, czy nie – to klimat bezsprzecznie jest utrzymany w duchu opowieści, w których zagrożenie ma podłoże nadprzyrodzone. Wielce problematyczne dla myślę dużej części odbiorców omawianej produkcji będzie jednak to, że przez zdecydowaną większość czasu twórcy „każą” obawiać się tego, czego nie widać. W dobie wymyślnych efektów komputerowych i wszędobylskich jump scenek, takie bardziej klasyczne podejście do filmowego horroru jest dosyć ryzykowne. Ale na szczęście dla mnie coraz więcej twórców, można powiedzieć, idzie pod ten prąd. Skutek raz jest lepszy, raz gorszy, ale żadnemu z nich nie można odmówić odwagi. Bo przecież muszą wiedzieć, że w dzisiejszych czasach szansę na komercyjny sukces diametralnie zwiększa zgoła odmienna stylistyka. Chyba można więc założyć, że Smith i jego ekipa na uwadze mieli przede wszystkim oczekiwania raczej wąskiej grupy odbiorców – ludzi, którzy od hollywoodzkiego przepychu wolą minimalizm. Ale nie w warstwie atmosferycznej. Bo „The Crescent” głównie na atmosferze bazuje. Chociaż pod koniec... Ale to potem. Najpierw poznamy niezwykły duet, bo w pewnym sensie napędzany przez dwulatka. Smith nie ukrywał, że obsadzenie w jednej z kluczowych ról tak młodej osoby było niemałym wyzwaniem. Wyzwaniem, którego nie podjąłby się, gdyby nie mógł pracować ze swoim własnym dzieckiem. Woodrow Graves rządził na planie. To do jego nastroju dostosowywano harmonogram prac. To on niejako wybierał sobie kwestie, a wypadł tak wiarygodnie przede wszystkim dlatego, że kamera tak naprawdę od urodzenia mu towarzyszyła. W jego rodzinnym domu kamery to można powiedzieć stałe umeblowanie. Przy wyborze aktorki do roli Beth, reżyser zwracał uwagę głównie na to, by Woodrow swobodnie się z nią czuł. By była dobrą towarzyszką zabaw dla jego dziecka. Postawił na Danikę Vandersteen, która w mojej ocenie bez widocznego trudu poradziła sobie z tym niełatwym przecież zadaniem. Aczkolwiek siłą rzeczy ustępowała pola dwuletniemu profesjonaliście. Bo Woodrow Graves naprawdę wypadł jak stary wyjadacz. Jego aktorski warsztat... Jakie aktorstwo? Dzieciak był po prostu sobą. Bawił się pod okiem a la przyrodników – Smith wyznał, że on i jego ekipa traktowali to trochę tak, jak fotografię zwierząt w ich naturalnej scenerii. To odnośnie kręcenia niejako z ukrycia, dawania przestrzeni rozbrykanemu chłopczykowi. Improwizacji w „The Crescent” pewnie nie dałoby się uniknąć. Gdyby rzecz jasna reżyser chciał ją całkowicie wyeliminować. Ale po cóż, skoro osobisty wkład Woodrowa w ten projekt dodawał tej opowieści realizmu.

Seth A. Smith domniemywał, że ci odbiorcy „The Crescent”, którzy są rodzicami z największym napięciem będą śledzić ryzykowne harce w domku letniskowym i samotne wyprawy dwuletniego Lowena po nadmorskiej okolicy. Z potencjalnie nawiedzoną przez duchy plażą włącznie. Cóż, ja dzieci nie mam, a wszystkie takie momenty, zwłaszcza w dalszej partii filmu, śledziłam z szybko narastają trwogą, w dręczącym poczuciu nieuchronnej tragedii. Nie miałam bowiem powodów, by wątpić w to, że ten uroczy chłopczyk już za moment w najlepszym razie nabije sobie guza, a w najgorszym... Wolałabym o tym nie myśleć, ale nie potrafiłam zatrzymać napływu katastrofalnych wizji. Sporo świeżości tchnęła w to przedsięwzięcie pasja Beth, a mianowicie marmurkowanie: efektowne obrazy tworzone nie tak znowu typową metodą, które wykorzystano również w oniryczno-surrealistycznej materii „The Crescent”. Nie jest ona szczególnie rozbudowana, to zaledwie parę mieniących się żywymi, ale i mrocznymi odcieniami obrazków z udziałem... istoty z zaświatów? Jeśli to jawa, to na to by wyglądało, ale trudno o pewność, że Beth sobie tego nie wyśniła. A przynajmniej nie w danym momencie. Później co nieco powinno się widzom rozjaśnić, aczkolwiek nawet sam Smith, nie bez zaskoczenia, odnotował, że różnie się tę opowieść interpretuje. Choć przecież na końcu wszystko wyjaśnił. Według mnie niepotrzebnie: wołałabym, by poprzestał na delikatnym zasygnalizowaniu odpowiedzi (w zupełności wystarczyłby telefon, który w dalszej części filmu odbiera jedna z postaci), zamiast podawaniu jej na przysłowiowej tacy. Wcześniej twórcy sięgają po bardzo wiarygodnie się prezentujące, bo praktyczne efekty specjalne z gatunku tych umiarkowanie makabrycznych, co szczerze mówiąc trochę mnie zaskoczyło, bo wcześniej nic nie wskazywało na to, że filmowcy pójdą w tego rodzaju stylistykę (body horror). Aczkolwiek trzeba podkreślić, że to jedynie chwila, że „The Crescent” zasadniczo do końca pozostaje wiernym wyznawcą technicznego minimalizmu. Tajemnicze ludzkie sylwetki tkwiące nocami na plaży – stojące w bezruchu i uporczywie wpatrujące się w nieodległy fantazyjny domek letniskowy, w którym przebywają Beth i jej bezbronny synek – dyskomfort emocjonalny bezsprzecznie we mnie wzmagały. Mroczne zdjęcia, groźna, niewidoczna gołym okiem, ale silnie odczuwalna aura, która ich otaczała, ich enigmatyczność i nader podejrzana postawa względem sympatycznych bohaterów filmu, to wszystko nadawało im, nazwijmy to, upiorności, ale równie trafiony w tych duchach? śmiertelnikach wrogo nastawionych do obcych i jakby tego było mało chorobliwe zafiksowanych na punkcie legend, mitów, zabobonów? był ich wygląd zewnętrzny. Nietrącący sztucznością, bo charakteryzatorzy wielkiego pola do popisu nie dostali. Pomijając jeden przypadek z dalszej partii „The Crescent”. Przy całej swojej sympatii do powolnych narracji i minimalistycznych form przekazu, nie przyjmowałam bezkrytycznie pierwszej i środkowej część omawianego obrazu. To znaczy tych scen, które skupiały się na codzienności właśnie owdowiałej Beth i jej dwuletniego syna Lowena, który tym samym stracił ojca. Codzienności z rzadka przetykanej... chwilami grozy? W każdym razie niezbyt spektakularnymi (bez wizualnych wstrząsów, mocniejszych akcentów), acz na pewno nielicho nastrojowymi nieprzyjemnymi przeżyciami, z których część może, ale nie musi mieć charakter nadprzyrodzony. Nie twierdzę, że życzyłabym sobie więcej tego rodzaju podnośników napięcia (co to, to nie!), ale moje wrażenia pewnie byłyby większe, gdyby znaleziono sposób na pogłębienie postaci Beth. Może przez rozbudowanie, którejś z dwóch relacji, w jakie kobieta, chcąc nie chcąc, wchodzi w tym ponurym, zacisznym, acz bynajmniej nie bezludnym miejscu, w którym życie zdaje się płynąć wolniej, ale na pewno nie bezproblemowo. Beth poznaje dwie osoby, ale choć każda z nich odegra istotną rolę w tej historii, to konwersacje głównej bohaterki filmu z tymi ludźmi ograniczono do irytującego mnie minimum. A przecież można by na tych fundamentach rozszerzyć jej portret psychologiczny. Jakieś dodatkowe pasjonujące wydarzenia też dałoby się w takim wypadku wprowadzić, ale akurat na tym niespecjalnie mi zależało. Zależało mi natomiast na poszerzeniu wiedzy o Beth, a co za tym idzie rozbudowaniu płaszczyzny stricte psychologicznej. Bo ta koncepcja aż mi się o to prosiła. Niemniej, jak już wyraźnie dałam do zrozumienia, powodów do satysfakcji mi nie brakowało. Nie wspomniałam jednak o tym, że wyjaśnienie tej zagadki mocno mnie zaskoczyło. Nie dlatego, że jest oryginalne, bo z podobnym motywem już się w kinie grozy spotykałam, tylko z tego prostego powodu, że wcześniej nawet przez myśl mi nie przeszło, by spróbować ugryźć tę opowieść od takiej strony. W czym największa zasługa twórców „The Crescent” - udało im się zaciemnić obraz, ukryć właściwą ścieżkę interpretacyjną, odwrócić przynajmniej moją uwagę od prawdy. Strasznej prawdy? Na pewno nie najprzyjemniejszej, na pewno nie tego rodzaju, obok której mogłabym przejść zupełnie obojętnie. A w każdym razie nie przy tym empatycznym podejściu, jakim wykazali się twórcy „The Crescent”. Właściwie wszyscy, którzy przyłożyli rękę do stworzenia tego niebanalnego, dosyć ryzykownego i niewątpliwie niełatwego w realizacji horroru nastrojowego. Nawet bardzo nastrojowego.

Horror niszowy. Minimalistyczny w formie, bazujący przede wszystkim, ale nie wyłącznie, na ponurym, ale i całkiem mrocznym klimacie i wyróżniający się choćby uczynieniem jednym z głównych bohaterów dwuletniego chłopca oraz powiedzmy nietypową pasją jego matki: artystycznej, ale i nieco zagubionej duszy, najjaśniejszym punktem w życiu której jest naturalnie jej uroczy, rozgadany i rozbrykany synek. Ale mimo wszystko nie dla każdego. Na pewno nie jest to obraz, który ma dużą szansę zjednać sobie widzów preferujących dynamiczne opowieści z dreszczykiem i/lub horrorów pełnych wymyślnych efektów specjalnych albo jump scenek. Albo jeszcze lepiej i tego, i tego. Seth A. Smith w swoim „The Crescent” pokazuje się jako wyznawca starej szkoły straszenia – to znaczy zdecydowana większość seansu upływa pod znakiem tajemniczość, działalności w myśl zasady „obawiamy się tego, czego nie znamy”. Strach to może za dużo powiedziane, ale napięcie, dyskomfort emocjonalny, lekki dreszczyk: to w sumie od twórców tego bardzo smacznie zrealizowanego dzieła dostałam. Osobom nieodnajdującym się w bardzo wolno rozwijających się fabułach tego widowiska na pewno bym nie poleciła. Ale fanom tajemniczych, oszczędnych w formie horrorów nastrojowych, które każą długo czekać na powiedzmy żywszą akcję, jak najbardziej. Powiedzmy, bo wbrew pozorom niemało się tu dzieje. Gdzieś pod powierzchnią... No, aż kłębi się od emocji, a jednym z ich głównych dostarczycieli jest energiczny dwulatek. I ta energia według mnie udziela się tej bądź co bądź niezbyt wyszukanej, acz całkiem emocjonującej opowieści może o duchach, a może nie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...