
Rok
1948. Doktor Faraday zostaje wezwany do Hundreds Hall, wiekowej
rezydencji, w której jego matka przed laty pracowała jako
pokojówka. Mężczyzna ma zbadać młodą kobietę imieniem Betty,
obecnie jedyną pokojówkę w Hundreds Hall, domostwie należącym do
rodziny Ayresów, w skład której wchodzą okaleczony na wojnie
Roderick, jego siostra Caroline i ich matka. Miejsce to utraciło
dawny splendor. Jego właściciele mają tak poważne problemy
finansowe, że nie mogą mieć pewności czy uda im się zatrzymać
dom. Doktor Faraday pamięta go z dzieciństwa, z okresu, w którym
Hundreds Hall prezentował się dużo bardziej okazale. Niedługo po
odwiedzeniu niedomagającej Betty mężczyzna oferuje pomoc
Roderickowi, któremu dokucza okaleczona noga. W ten sposób Faraday
staje się częstym gościem Hundreds Hall, przyjacielem rodziny, ze
szczególnym wskazaniem na Caroline. Kobieta, tak samo jak on, nie
daje wiary Rodowi, upierającemu się, że w domostwie tym dzieje się
coś nienaturalnego. Niepełnosprawny młody człowiek jest
przekonany, że na Hundreds Hall ciąży jakaś zabójcza klątwa, że
dom ten jest opanowany przez nadnaturalną siłę, która bynajmniej
nie jest nastawiona przyjaźnie do jego mieszkańców.
Angielsko-irlandzko-francuski
thriller gotycki z elementami horroru pt. „Ktoś we mnie” został
wyreżyserowany przez twórcę między innymi obsypanego nagrodami
„Pokoju” (2015), Lenny'ego Abrahamsona. Scenariusz napisała
Lucinda Coxon, w oparciu o powieść Sarah Waters pod tym samym
tytułem (oryg. „The Little Stranger”, pol. „Ktoś we mnie”),
której nie czytałam, więc porównań nie będzie. Zdjęcia ruszyły
w lipcu 2017 roku w Wielkiej Brytanii i trwały mniej więcej
dziesięć tygodni. Prawa do dystrybucji filmu wszędzie poza
Francją, Szwajcarią i Wielką Brytanią nabyła firma Focus
Features – w tych trzech wymienionych krajach prawa do
rozpowszechniania „Ktoś we mnie” dostała firma Pathe.
Rola
główna w omawianym przedsięwzięciu Lenny'ego Abrahamsona
przypadła w udziale Domhnallowi Gleesonowi (m.in. „Gwiezdne wojny:
Przebudzenie Mocy”, „Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi”, „Mother!”,
„Zjawa” z 2015 roku), aktorowi, który zdążył już zaskarbić
sobie rzeszę wiernych fanów, ludzi niemogących wyjść z podziwu
nad jego warsztatem. W „Ktoś we mnie” Gleeson wciela się w
postać Faradaya, lekarza praktykującego na angielskiej prowincji,
do którego doprawdy ciężko się zbliżyć. To zdystansowanie
stwarzał chłód bijący z tej postaci. Wyglądało to trochę tak,
jakby mężczyzna ów patrzył na wszystko z zewnątrz, jakby
mentalnie odsuwał się od wszystkich wokół niego. Owszem, wchodził
w interakcje z ludźmi, ale cały czas nie mogłam oprzeć się
wrażeniu, że więzi jakie z nimi tworzy nie są tak do końca
prawdziwe. Nie płyną z głębi serca, nie wynikają z wewnętrznej
potrzeby, z naturalnego pragnienia towarzystwa innych ludzi, tylko są
dla niego czymś w rodzaju zła koniecznego. Myślałam o nim jak o
samotniku (co też nienaturalne nie jest) – człowieku, któremu
samotność bynajmniej nie dokucza, ale który, choćby z racji
swojego zawodu, nie może sobie pozwolić na komfort przebywania
jedynie we własnym towarzystwie. Domhnall Gleeson spisał się
całkiem nieźle. Przekonująco oddał tę postać na ekranie –
postać, która w mojej ocenie o sympatię widza zabiegać nie miała.
Doktor Faraday przykuwał moją uwagę, na okrągło ściągał na
siebie mój wzrok, ale nie było to spowodowane głęboką sympatią
do jego osoby. Ta nieodparta potrzeba wpatrywania się w niego brała
się we mnie z chęci przeniknięcia jego myśli, zrozumienia tego
wielce enigmatycznego człowieka, znalezienia drogi do jego umysłu,
który jak podejrzewałam jest bardzo złożony. Tak myślałam
pomimo tego, że przez cały czas pozwalano mi patrzeć jedynie na
prawie niezapisaną kartę, dopuszczano mnie zaledwie do tych mniej
istotnych cząstek jego osobowości. Tonacja, jaką Lenny Abrahamson
nadał tej produkcji każe sądzić, że to co w przypadku doktora
Faradaya zostało ukryte, te jego cechy, do których się nas nie
dopuszcza, jest tym, czego przede wszystkim należy się obawiać. Z
drugiej jednak strony nie można zignorować innych sygnałów. Drugą
najbardziej czytelną teorią jest ta mówiąca o nawiedzeniu
Hundreds Hall przez istotę, której związki z rodziną Ayresów z
czasem zostaną przez scenarzystkę dokładnie wyłuszczone. Ale
myślę, że wielu widzów wpadnie na to wcześniej. Możliwość
panoszenia się w tym wiekowym domu, jakiejś nadnaturalnej siły,
werbalnie po raz pierwszy zostaje zaakcentowana w trakcie kameralnego
przyjęcia wydawanego przez Ayresów. To wówczas Rod dzieli się z
Faradayem swoimi złymi przeczuciami. Mówi mu, że dręczy go
poczucie, że wkrótce stanie się coś złego, że jeszcze tego
samego wieczora dojdzie do jakiejś tragedii. Szybko okazuje się, że
ten niepełnosprawny młody mężczyzna nie mylił się, że jakimś
cudem przewidział, iż przyjęcie to zakończy się fatalnie.
Zdarzenie to, i oczywiście jego bezpośrednie następstwo, w moim
odczuciu nie tyle miały wzbudzić strach u odbiorców, ile dotkliwy
smutek. A w każdym razie ja tak na to zareagowałam. To wydarzenie
przyniosło jednakże jeszcze coś: teorię, która w porównaniu do
dwóch wcześniej przeze mnie wyłapanych (bo sferę nadprzyrodzoną
bierze się pod uwagę długo przed złowieszczymi słowami Roda
podczas feralnego przyjęcia w Hundreds Hall) w „Ktoś we mnie”
wykluwa się bardzo nieśmiało. Ta ewentualność zarysowuje się
tak delikatnie, UWAGA SPOILER że nie mam pewności, czy
twórcy w ogóle dążyli do wprowadzenia tej teorii, czy nie jest to
powiedzmy szczęśliwy wypadek przy pracy KONIEC SPOILERA.
Uważny widz pod koniec tego kameralnego przyjęcia u Ayresów
powinien wzbogacić pulę potencjalnych zagrożeń o stałych
mieszkańców tej rezydencji, w szczególności jedną z tych osób.
I nie mam tutaj na myśli „domorosłego wieszcza” w postaci
żyjącego w ciagłym strachu Rodericka.
Tym,
co najmocniej przyciągało mnie do „Ktoś we mnie” Lenny'ego
Abrahamsona wcale nie była intrygująca rozpiska doktora Faradaya i
takowa kreacja Domhnalla Gleesona (swoją drogą z obsady należy
wyróżnić jeszcze znakomitą Charlotte Rampling, którą to
miłośnicy kina grozy mogą pamiętać z takich obrazów jak choćby
„Orka – Wieloryb zabójca” i „Harry Angel”). Nie, dla mnie
najsmaczniejszym elementem omawianej produkcji jest jej na wskroś
gotycki klimat. Mgliste obrazy, melancholijna ścieżka dźwiękowa i
oczywiście ogromne, wiekowe domostwo, któremu bardzo przydałby się
remont. Na to właścicieli owej rezydencji jednak nie stać –
Ayresowie znajdują się obecnie na skraju bankructwa i nic nie
wskazuje na to, by ich los miał wkrótce się odmienić. Kiedyś
Hundreds Hall opływał w bogactwa – na organizowane tutaj
przyjęcia ściągała największa śmietanka towarzyska z tych stron
(angielska prowincja), a być może i z samego Londynu. Teraz
domostwo to prezentuje się nie tyle nędznie, ile po prostu dużo
mniej okazale. Rodzina Ayresów nadal jest poważana w okolicy, wciąż
cieszy się szacunkiem tutejszych mieszkańców, ale ich dom nie
tętni już takim życiem, jak przed paroma laty. Jak u Shirley Jackson przykrywa go gruby płaszcz ciszy, od czasu do czasu
urozmaicany na przykład tajemniczymi odgłosami, które budzą tak
duży lęk u Roda. Mężczyzna ten jako pierwszy nabiera pewności,
że źródło tych hałasów nie jest naturalne, że są one
generowane przez agresywnego ducha, nadnaturalną istotę, która z
jakiegoś powodu pragnie krzywdy Ayresów. Doktor Faraday, jak na
umysł ścisły przystało, nie potrafi uwierzyć w te opowieści.
Siostra Rodericka, Caroline, też jest nastawiona do tego
sceptycznie, chociaż z pewnością nie aż tak jak nowy przyjaciel
rodziny Ayresów. A co na to widz? Z jednej strony każdy, kto w
swoim życiu obejrzał kilka filmów grozy z bohaterami twardo
stąpającymi po ziemi, będzie czuł potrzebę potraktowania tego
jak swoisty kierunkowskaz. W takich produkcjach racjonalizm zazwyczaj
nie jest opłacalny, kroczenie tzw. ścieżką oświecenia prowadzi
bohaterów na manowce – rację zwykle mają ci, którzy święcie
wierzą w obecność różnego rodzaju sił nieczystych, istot nie z
tego świata, które to dybią na życie wybranych śmiertelników.
Pokusa by uwierzyć Rodowi, a później jego matce, by dać wiarę
opowieściom o klątwie i/lub złośliwym duchu gnieżdżącym się w
Hundreds Hall, dla osób dobrze zorientowanych w regułach, jakimi
rządzą się horrory o zjawiska paranormalnych, prawdopodobnie
będzie bardzo silna. Ale równie, jeśli nie bardziej, nęcąca
pewnie będzie któraś z możliwości niezahaczających o sferę
nadprzyrodzoną. Chociaż twórcom udało się stworzyć całkiem
gęsty klimat niezdefiniowanego zagrożenia, dojmującej samotności
w świecie, który wymaga noszenia przeróżnych masek, w którym dba
się o pozory, bo po prostu tak wypada w prominentnym towarzystwie,
choć ta magiczna, podszyta niepokojem, przepełniona niepewnością
nawet względem najważniejszych postaci, podróż do lat 40-tych XX
wieku, na angielską prowincję, ze szczególnym wskazaniem na ponure
domostwo Ayresów – chociaż to wszystko, jak na standardy
współczesnego kina grozy, prezentuje się bardzo solidnie, to
sposób prowadzenia tej opowieści pozostawia wiele do życzenia. W
mojej ocenie opowieść ta jest nazbyt poszarpana – wiele sekwencji
wygląda tak, jakby dostały się w ręce jakiegoś maniakalnego
cenzora. Tak nie było: po prostu filmowcy nie widzieli potrzeby
rozbudowywania niektórych wątków, dociągania ich do końca,
chociaż tak naprawdę mieli na to mnóstwo czasu. Często z nagła
opuszczali bardziej interesujący wątek, po to by przystać na
długie minuty, uspokoić akcję, która tak naprawdę więcej
stoicyzmu nie potrzebowała. Nie chodzi mi o to, że brakowało mi
niepokojących efektów specjalnych, czy o zgrozo jump scenek.
Bo uciekanie od efekciarstwa, ten minimalizm, budowanie dramaturgii
głównie przy pomocy stopniowo (bardzo powoli) zagęszczającego się
klimatu nie do końca zdefiniowanego zagrożenia, akurat wielce mnie
radowało. W konstruowaniu tej historii duży udział mieli również
bohaterowie... antybohaterowie (?): te osobowości, które doprawdy
ciężko zgłębić, ale co ciekawe nie towarzyszyło mi przy tym
nieprzyjemne przeczucie, że „w środku tak naprawdę nic nie ma”,
że mamy tutaj do czynienia z papierowymi, denerwująco
powierzchownymi postaciami. Myślę po prostu, że te dynamiczniejsze
momenty (nie mylić z efekciarskimi) aż prosiły się o
pociągnięcie, niekoniecznie w porównywalnym tempie. Można było
po prostu pozwolić poszczególnym postaciom na więcej emocjonalnych
i werbalnych reakcji na wszystkie te zagadkowe, ale i pospolite
(pies) wydarzenia rodzące w nich strach, wątpliwości, smutek,
panikę albo bolesną samotność. O wiele bardziej dokuczliwą niż
dotychczas. Zachowanie trochę większej ciągłości narracji,
liniowa sekwencja zdarzeń (przyczyny i skutki, zamiast tego
częstego, nie do końca przemyślanego, niezgrabnego wskakiwania w
to, co niejednokrotnie już powiedziano i pokazano) nie wytrącałaby
mnie tak z rytmu, jak miało to miejsce w obecnej sytuacji. Owszem,
angażowałam się w tę historię. W sumie to nawet całkiem mocno,
jak na współczesny film grozy, ale mogło być lepiej. Można było
z łatwością zniwelować te nierówności, które z lekka
dystansowały mnie od rzeczonej gotyckiej opowieści. Poza tym prawie
przez cały seans dręczyła mnie obawa o zakończenie. „Ktoś we
mnie” serwuje nam tego rodzaju opowieść, która może rodzić w
filmowcach pokusę sfinalizowania jej w iście hollywoodzkim stylu.
Czyli podania odbiorcom wszystkiego na tacy, wyjaśnienia tego w
najdrobniejszych szczegółach, żeby tylko sami myśleć nie
musieli. UWAGA SPOILER Przez cały film skłaniałam się ku
temu, że to z głównym bohaterem dzieje się źle, że to on
odpowiada za przynajmniej część nieszczęść zachodzących w domu
Ayresów. I finał bynajmniej nie zmusił mnie do zmiany zdania,
aczkolwiek jednoznaczny na pewno nie jest. Twórcy na szczęście nie
postanowili zamknąć wszystkich pozostałych furtek, które w moim
umyśle nieśmiało pootwierały się wcześniej. Ale nie na taką
szerokość, jak w sumie oklepany motyw szaleństwa? wyrachowania?
sadystycznej kalkulacji?... W każdym razie na pewno chorobliwej
obsesji na punkcie Hundreds Hall, która to wzięła we władanie
Faradaya już w dzieciństwie, a w okresie dorosłym tylko zyskiwała
na sile KONIEC SPOILERA.
Wziąwszy
pod uwagę bardzo niskie zainteresowanie dzisiejszych twórców kina
grozy tradycją gotycką, bulwersująco małą ilość współczesnych
produkcji utrzymanych w takich klimatach (formą i/lub treścią
odwołujących się do tej niegdyś niezwykle popularnej stylistyki),
ale i niezgorszą jakość tego obrazu, nie pozostaje mi nic innego
(poza – koniecznie – przeczytaniem literackiego oryginału), jak
zachęcić miłośników opowieści gotyckich do przyjrzenia się
temu miszmaszowi gatunkowemu w reżyserii Lenny'ego Abrahamsona.
„Ktoś we mnie” to według mnie przede wszystkim thriller, ale
podejrzewam, że część widzów skłoni się w stronę dramatu.
Elementy horroru też się tutaj przewijają, głównie jednak
dotyczy to klimatu, nie zaś, albo raczej w zdecydowanie mniejszym
stopniu, jakichś konkretnych wydarzeń. Myślę, że raz spokojnie
obejrzeć ten obraz można, ale tylko wtedy jeśli ma się ochotę na
coś powolniejszego. Na nieśpiesznie rozwijającą się opowieść,
która gra na emocjach, ale według mnie w sposób umiarkowany; która
stara się żerować na tajemniczości, co w moim mniemaniu udaje jej
się tylko po części i intrygować różnego rodzaju osobowościami
tj. tymi postaciami, które zajmują ważniejsze miejsca w
scenariuszu. I na taką, która buduje dramaturgię głównie
klimatem. Gotyckim rzecz jasna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz