
Dwudziestodwuletni
student medycyny Teodoro 'Teo' Avelar Guimaraes nigdy nie miał
przyjaciół, ale też nigdy o nich nie zabiegał. Na ludzi zawsze
patrzył z góry, ale też starał się nie pokazywać im co naprawdę
o nich myśli. Teo mieszka z niepełnosprawną matką, a czas dzieli
między opiekę nad nią i naukę. Do czasu spotkania z
dwudziestoczteroletnią Clarice Manhaes chłopak był przekonany, że
nie jest zdolny do miłości, a teraz okazuje się, że nie potrafi
żyć bez kobiety, której praktycznie nie zna. Kiedy Clarice odrzuca
jego zaloty, Teo traci nad sobą kontrolę i ogłusza kobietę.
Następnie przetransportowuje ją do swojego mieszkania, w nadziei,
że Clarice szybko zrozumie, że są sobie pisani. Teo zamierza
zrobić wszystko, by ją w sobie rozkochać. Chce jej pokazać, jak
bardzo mu na niej zależy i liczy, że Clarice też się do niego
przywiąże. Potrzebuje jednak czasu, Teo to rozumie. Daje jej więc
mnóstwo czasu w swoim towarzystwie. I nie ma znaczenia, że ona nie
chce być przy nim. Teo jest przekonany, że ostatecznie będzie mu
wdzięczna za to, że stworzył szansę dla ich związku.
Pierwotnie
wydana w 2014 roku druga powieść brazylijskiego pisarza i prawnika,
Raphaela Montesa, zatytułowana „Dias Perfeitos” (ang. „Perfect
Days”, pol. „Dziewczyna w walizce”) powstała na osobiste
życzenie matki autora. Tyle że niekoniecznie to miała na myśli,
prosząc swojego syna o historię miłosną... Niemniej sukces Montes
osiągnął – powieść ukazała się w kilkunastu krajach, gdzie
zebrała mnóstwo entuzjastycznych recenzji, również od krytyków i
innych pisarzy i przynajmniej na razie jest najbardziej znanym
dziełem w literackim dorobku Raphaela Montesa. Tak samo jak w
przypadku debiutanckiej powieści tego autora, „Suicidas”,
sprzedano już prawa do adaptacji/ekranizacji „Dias Perfeitos”.
Po
lekturze „Sekretnej kolacji” Raphaela Montesa właściwie nie
miałam wyboru – musiałam zapoznać się z „Dziewczyną w
walizce”, inną powieścią tego brazylijskiego pisarza wydaną w
Polsce. Więcej jego utworów na naszym rynku nie zagościło. Ale
mam nadzieję, że to zostanie naprawione, bo teraz nie bardzo wiem,
co myśleć o tym autorze. „Sekretna kolacja” była mocnym,
bezkompromisowym, a przy tym bardzo dobrze napisanym dziełem,
będącym zgrabną mieszanką thrillera i horroru ekstremalnego, a
tymczasem „Dziewczyna w walizce” to dosyć powierzchownie spisana
i raczej konwencjonalna opowieść o obsesji, która spycha młodego
człowieka na zbrodniczą ścieżkę. Polski tytuł omawianego utworu
i moje pierwsze doświadczenie z pisarstwem Montesa, „Sekretna
kolacja”, nastawiły mnie na... no, coś w stylu „Nekromantika” Jorga Buttgereita i „Mrocznego instynktu” Joego D'Amato.
Wiedziałam już, że ten pisarz nie boi się poruszać tematyki tabu
i że nie widzi potrzeby szczędzić swoim czytelnikom nawet
najdrobniejszych odrażających (przynajmniej w zamyśle) szczegółów.
Ku mojemu głębokiemu rozczarowaniu okazało się, że „Dziewczyna
w walizce” pokazuje dużo łagodniejsze twórcze oblicze Raphaela
Montesa. „Sekretna kolacja” powstała parę lat później, więc
może autor ten śmiałości nabierał stopniowo: z książki na
książkę. Może, ale pewności mieć nie mogę, skoro nie znam
pozostałych powieści tego autora. W „Dziewczynie w walizce”
Montes przedstawia nam fikcyjnego studenta medycyny,
dwudziestodwuletniego Teo Avelara Gimaraesa, od śmierci ojca
mieszkającego tylko z matką i jej ukochanym psem. Wyobcowanego
młodego mężczyznę żyjącego w przekonaniu, że jest kimś
lepszym i na pewno inteligentniejszym od innych. Nadczłowiekiem,
stłamszonym przez społeczeństwo. Zmuszonym do wkładania
przeróżnych masek, przybierania fałszywych póz, grania takiego
przeciętniaka, jakimi w jego mniemaniu są wszyscy inni. Już w
pierwszej partii książki Montes wyrabia w nas przekonanie, że Teo
jest jednostką psychopatyczną. Daje nam także do zrozumienia, że
ten młody mężczyzna ma niezdrowy stosunek do ludzkich zwłok. A
właściwie to jednego martwego ciała. Ciała starszej kobiety, „z
którą Teo się zaprzyjaźnia”. To pokazuje, że chłopak tak
naprawdę łaknie kontaktu z ludźmi, że gdzieś w głębi duszy
tkwi w nim potrzeba asymilacji, przystosowania się do społeczeństwa
albo chociaż znalezienia jednej osoby, przy której czułby się w
pełni komfortowo. Teo nie jest świadomy tego pragnienia do czasu
poznania Clarice Manhaes, przebojowej studentki historii sztuki,
która wydaje się stanowić jego zupełne przeciwieństwo. On jest
zamkniętym w sobie, stroniącym od używek, sumiennym studentem,
który czuje się w obowiązku opiekować swoją niepełnosprawną
matką, chociaż nie znajduje w sobie miłości do niej. Clarice
natomiast jest ekstrawertyczką prowadzącą iście rozrywkowy tryb
życia. I rozwiązły. Robi co chce i nie obchodzi ją co pomyślą
sobie o niej inni. Nie dba o uczucia rodziców, a na swoją matkę
patrzy wręcz jak na strażniczkę więzienną, której nie tylko nie
zamierza się podporządkować, ale i wykorzystać każdą okazję,
by zrobić jej na złość. Tea fascynuje przede wszystkim charakter
Clarice, jej nonkonformistyczna natura, jej niezależność,
swobodne, niefrasobliwe podejście do życia, w którym jednak co
nieco chętnie by poprawił. I będzie miał ku temu okazję. Sam ją
stworzy. Teo tego nie planował. Inaczej to sobie wyobrażał. Po
prostu tak wyszło, że obiekt jego obsesji został do niego w pewnym
sensie przywiązany. Bo cóż chłopaczyna mógł zrobić tuż po
przypuszczeniu nieplanowanego ataku na swoją życiową wybrankę?
Działał w afekcie, okaleczył ją, bo wyprowadziła go z równowagi,
a przecież nie mógł jej tak zostawić. W końcu ma zostać
lekarzem... Mężczyzną jednak bardziej kieruje przemożna potrzeba
bycia z Clarice. Trwania u jej boku. Aż po grób. Najpierw jednak
musi ją przekonać, że jest dla niej najodpowiedniejszą partią. A
czyż istnieje lepszy sposób na rozkochanie w sobie człowieka od
porwania go? Eh, ten Montes.
„Teo
rozumiał, że cierpiała, ale ani przez chwilę nie żałował tego,
co zrobił. W ostatecznym rozrachunku wszystko to uczynił dla jej
dobra.” Te dwa zdania wiele mówią o młodzieńcu wykreowanym
przez Raphaela Montesa na potrzeby „Dziewczyny w walizce”. O
młodym mężczyźnie w drastyczny sposób zabiegającym o względy
ukochanej kobiety. Teo co prawda zdaje sobie sprawę z konsekwencji,
jakie mu grożą, ale jednocześnie jest przekonany, że działa w
dobrej wierze. W dobrej wierze zniewolił kobietę, w dobrej wierze
ją krępował, kneblował, szprycował środkiem nasennym,
nieprzytomną upychał w walizce, w dobrej wierze dotkliwie ją
karał... Tak, tak, wszystko to dla jej dobra. Tak się chłopak
poświęcił dla drugiego człowieka! Absurdalny sposób myślenia
Tea w moich oczach stanowi największy walor tej opowieści. Nie
powiem, że ta postać mnie zaskoczyła, bo w „Sekretnej kolacji”
spotkałam już paru niebezpiecznych zwyrodnialców skrojonych na
podobną modłę. Tyle że bardziej... sympatycznych. Wiem jak to
brzmi. Tak, nie jest to przyjemne doznanie, może nawet szokujące,
ale kto powiedział, że Raphael Montes chce by jego czytelnicy czuli
się w pełni komfortowo? Nie, nie, ten Brazylijczyk urodził się po
to, by Was dręczyć... A przynajmniej tak może się wydawać po
lekturze „Sekretnej kolacji”. Niekoniecznie jednak po
„Dziewczynie w walizce”. Kolejnej opowieści o obsesyjnej
miłości. Kolejnej historii o mocno zaburzonej jednostce, gotowej
zrobić absolutnie wszystko w imię stworzenia nierozerwalnego
związku z obiektem swoich westchnień. Kolejnej opowieści o
zniewoleniu kobiety przez mężczyznę, który nie chce jej
krzywdzić. Co to to nie. On tylko chce by była szczęśliwa. Z nim,
bo i bez niego jej życie nigdy nie będzie pełne. Tylko on, Teo
Avelar Guimaraes, może zapewnić Clarice Manhaes taki żywot, na
jaki ta wspaniała kobieta zasługuje. Clarice, jak można się tego
spodziewać stopniowo, przynajmniej pozornie, będzie zmieniać
nastawienie do swojego porywacza. To rodzi dwie możliwości: syndrom
sztokholmski albo gra obliczona na uśpienie czujności wroga.
Niestety autor nie zdecydował się na powolne, szczegółowe
przeprowadzanie nas przez kolejne fazy tej niecodziennej relacji.
Niby thriller psychologiczny, a psychologii w tym doprawdy niewiele.
Od czego jak od czego, ale od takiej historii oczekiwałabym
większego skupienia na przynajmniej czołowych postaciach. Tea autor
zaszczycił większą uwagą: jego osobowość wykreślił staranniej
od charakteru Clarice i naturalnie dał mi większy wgląd w jego
przemyślenia, bo i w sumie inaczej nie mógł postąpić chcąc
utrzymać w tajemnicy motywację ofiary niezrównoważonego
młodzieńca. Ale choć udało się wykrzesać ze mnie
zainteresowanie tym chorobliwym przypadkiem, to summa summarum
pozostał ogromny niedosyt. Clarice natomiast była dla mnie niczym
otwarta księga. Nie musiałam zastanawiać się nad tym, czy dopadł
ją syndrom sztokholmski, czy zwyczajnie gra na użytek swojego
oprawcy. Zaskoczeniem był dla mnie jedynie finał tej opowieści.
Niezbyt dużym, ale w przeciwieństwie do prawie wszystkich wydarzeń,
które go poprzedzają, ten pomysł wybija się ponad przeciętność.
Poza transportowaniem nieprzytomnej kobiety w walizce – nie mogę
przyrzec, że przed Raphaelem Montesem nikt się takiego tematu nie
podjął, mogę jedynie stwierdzić, że nie przypominam sobie ani
utworu literackiego, ani filmu, który wykorzystywałby taki motyw.
Zwłoki, zwłaszcza poćwiartowane, a i owszem, ale żywa istota?
Nie, nie pamiętam fikcyjnego psychola, który upchałby żywą
kobietę w walizce... A ja liczyłam, że Clarice będzie martwa, że
Montes i tutaj wejdzie w obszar horroru ekstremalnego, że znowu
zostanę skonfrontowana z wynaturzeniem, które, jak to mówią,
normalnemu człowiekowi w głowie się nie mieści. Bezpardonową,
obrzydliwą, okrutną, obrazoburczą opowieścią o człowieku
zakochanym w trupie... Cóż, moja wyobraźnia chyba zanadto się
rozbrykała. I pewnie w jakimś stopniu to wpłynęło na mój odbiór
„Dziewczyny w walizce”. Wygórowane wymagania, fałszywa wizja,
jaką stworzyłam sobie w głowie na długo przed lekturą tej
publikacji: tak, to nie mogło być bez znaczenia. Ale też nie mam
wątpliwości, że nie to przesądziło. Decydujące znaczenie miał
sposób snucia tej schematycznej opowieści. Gdyby Raphael Montes nie
spisał jej tak rażąco ogólnikowo, gdyby znacznie rozbudował
psychologiczną warstwę tego utworu, gdyby bardziej skoncentrował
się na postaciach, to w nieporównanie lepszym tonie bym się o
„Dziewczynie w walizce” wyrażała. Na oryginalności generalnie
mi nie zależy, ale jeśli owe utarte ścieżki wykreśla się w tak
mało emocjonujący, pobieżny sposób, to już z mniejszą ochotą
nimi podążam. W takiej formie nawet element, którego najczęściej
za wadliwy nie uznaję, staje się niemałym uniedogodnieniem. Bo
osobiście wolałabym, żeby staranniej, w bardziej wyczerpujący i
emocjonujący sposób fabułę „Dziewczyny w walizce” prowadzono.
Za szybko, ale na pewno nie za mocno. Powiedziałabym, że jak na
autora późniejszej „Sekretnej kolacji” bardzo delikatnie.
Nie
żebym żałowała lektury „Dziewczyny w walizce” pióra
Brazylijczyka Raphaela Montesa, ale... No, daleko mi do satysfakcji
na miarę tej, jaką dostarczyła mi jego „Sekretna kolacja”.
Nadal marzę o zapoznaniu się z całą twórczością tego pisarza,
aczkolwiek omawiana książka kazała mi obniżyć oczekiwania. I
żadnych założeń co do fabuły nie czynić. „Dziewczyna w
walizce” w sumie mnie rozczarowała, ale i nie mogę powiedzieć,
że spisuję na straty godziny, które na nią poświęciłam.
Owszem, nie jest to jeden z lepszych thrillerów psychologicznych, z
jakim się spotkałam. Bez wątpienia szybko o nim zapomnę (no, może
poza żywą kobietą wkładaną do walizki), ale jako taka
niezobowiązująca, szybka lektura do jednorazowego użytku, może
być. Nic specjalnego, nic wybijającego się ponad przeciętność...
Moim zdaniem, a należy pamiętać, że jestem w mniejszość, że
„Dziewczyna w walizce” zebrała więcej pochwał niż słów
krytyki. Że tak to ujmę: więcej serc podbiła, niż nadłamała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz