Stronki na blogu

piątek, 14 września 2018

„The Most Assassinated Woman in the World” (2018)

Rok 1932, Paryż. Marie-Therese Beau jest popularną aktorką noszącą pseudonim sceniczny Paula Maxa i występującą w teatrze Grand Guignol specjalizującym się w krwawych horrorach. Najczęściej wciela się w role ofiar bardzo brutalnie traktowanych przez scenicznych oprawców. To te kreacje przyniosły jej sławę i to przede wszystkim dla scen śmierci jej bohaterek tłumy ludzi ściągają do Grand Guignol. Mało kto jednak wie, że Paula od lat zmaga się z potężnymi wyrzutami sumienia, które najpewniej są przyczyną halucynacji jakich często doznaje. Ponadto od jakiegoś czasu odbiera pogróżki od tajemniczego człowieka, który ma obsesję na jej punkcie. Pewnego wieczora do Grand Guignol przybywa dziennikarz Jean Charpentier, który ma napisać artykuł o tym kontrowersyjnym teatrze. Udaje mu się spotkać z Paulą, której wydaje się zależeć na podtrzymaniu tej znajomości. Już podczas tego pierwszego spotkania mężczyzna dowiaduje się, że Paula jest obiektem gróźb jakiegoś pseudofana, a jakiś czas później poznaje jej tragiczną przeszłość.

Le Theatre du Grand-Guignol został otwarty w 1897 roku w paryskiej dzielnicy Pigalle i istniał aż do roku 1962. Specjalizował się w krwawych horrorach, choć wystawiano w nim też innego rodzaju spektakle. Na jego deskach występowała między innymi Marie-Therese Beau, bardziej znana pod pseudonimem Paula Maxa, do której przylgnął tytuł najczęściej mordowanej kobiety na świecie, zazwyczaj bowiem wcielała się w role ofiar. Belgijsko-brytyjsko-amerykański thriller „The Most Assassinated Woman in the World” (inny tytuł: „La femme la plus assassinee du monde”) w reżyserii debiutującego w filmie fabularnym Francka Ribiere to swego rodzaju miks historii i fikcji. Scenariusz Ribiere opracował wespół z Jamesem Charkowem, Verane Frediani i Davidem Murdochem, a budżet filmu oszacowano na cztery i pół miliona euro.

Specyficzny to obraz. Odbiegający od tego, do czego przyzwyczaił nas filmowy thriller, chociaż na jego fabułę składają się też elementy, które z całą pewnością nie są obce fanom kina grozy. Inna sprawa jak się do nich podeszło... Ma się wrażenie, że głównym zamiarem twórców „The Most Assassinated Woman in the World” było wystawienie czegoś na kształt pomnika nieistniejącemu już oryginalnemu (bo w niektórych innych miastach świata pootwierano przybytki nim inspirowane) teatrowi Grand Guignol. Wydaje mi się, że chciano tutaj przedstawić fenomen tego kontrowersyjnego teatru, przywołać panującą w nim atmosferę, pokazać jakiego rodzaju spektakle wystawiał i jak oddziaływał na ówczesne społeczeństwo. Nie da się też nie wysnuć z tego wniosku (absolutnie nie błędnego), że Le Theatre du Grand-Guignol odegrał ważną rolę w historii kinematografii (zwłaszcza krwawego horroru), bo pokazywał ludziom brutalne scenki zanim te pojawiły się na ekranach kin, a gdy już to nastąpiło zdarzało się, że filmowcy inspirowali się przedstawieniami Grand Guignol (np. „Nietolerancja” D.W. Griffitha z 1916 roku). „The Most Assassinated Woman in the World” nie przedstawia jednak całkowicie bezkrytycznego obrazu tego paryskiego teatru – jego twórcy nie ograniczyli się do peanów pod jego adresem, bo chociaż ewidentnie bije z tego miłość do Grand Guignol to nie nazwałabym tego miłością ślepą. W filmie powiedziano też o hipotetycznych ciemnych stronach tego typu rozrywki, o szkodach, jakie mogły przynosić co poniektórym jednostkom, tak widzom, jak pracownikom tego teatru. A ściślej największej gwieździe Grand Guignol, Królowej Strachu, Marie-Therese Beau, aktorce posługującej się pseudonimem Paula Maxa oraz jej prześladowcy, człowiekowi, który bezsprzecznie przedawkował spektakle z jej udziałem. Paula Maxa to postać autentyczna – taka osoba rzeczywiście występowała w Grand Guignol i faktycznie została ona okrzyknięta najczęściej mordowaną kobietą na świecie – podobnie jak chociażby często partnerujący jej na scenie Georges, czy główny dramaturg Andre. Ale choć scenariusz zaludniają historyczne postacie (acz nie tylko takie) to „The Most Assassinated Woman in the World” nie jest obrazem stricte biograficznym – nie rekonstruuje wyłącznie tych wydarzeń, które zaistniały w rzeczywistości. Rozsnuwa przed publiką także wątki fikcyjne, zręcznie przeplatając je z faktami historycznymi, które powinny interesować przede wszystkim miłośników krwawych horrorów. O Grand Guignol coś tam już wcześniej czytałam, nie mogę więc powiedzieć, że omawiana produkcja dostarczyła mi nowej wiedzy w dziedzinie, którą się interesuję, ale kopalnią niezapomnianych doznań mogę spokojnie ją nazwać. Wspaniale było patrzeć na te spektakle z Paulą Maxą, doskonale odegraną przez Annę Mouglalis, na przedstawienia smacznie stylizowane na te wystawiane w pierwszej połowie XX wieku na deskach paryskiego Grand Guignol. Nie sądzę, żeby poziom ich brutalności był tak wysoki, jak w niniejszym obrazie (mogę się jednak mylić), że posoka lała się w nich tak obficie, a widowni pokazywano tak realistycznie się prezentujące rany odnoszone przez Paulę Maxę, ale takie śmiałe podejście do tematu w żadnym razie nie osłabiało ducha tych przedstawień. Przejaskrawionych, egzaltowanych, miejscami patetycznych, poniekąd dowcipnych (przebłyski czarnego humoru), ale przede wszystkim obrzydliwych. Omdleń i wymiotów na widowni nie brakowało. Czemu trudno się dziwić, gdy się patrzy na publikę obryzganą sztuczną krwią tryskającą ze sceny, gdy widzi się tak realistyczne obrażenia wykwitające na ciele Pauli (i nie tylko jej) po każdym ciosie i cięciu zadawanym przez dane narzędzie zbrodni. Na ekranie widziałam już bardziej odrażające fikcyjne zbrodnie, ale nie jestem przekonana, czy gdybym wybrała się na takie przedstawienie jak to o szpitalu psychiatrycznym, czy to o pikniku, gdybym zobaczyła coś takiego na żywo (tj. grane na deskach teatru) to czy udałoby mi się nie zasłabnąć. Bo jest różnica pomiędzy oglądaniem udawanych morderstw na ekranie a patrzeniem na coś takiego w teatrze. Och, co ja bym dała za możliwość wybrania się na taki spektakl...

(źródło: https://de.flixable.com/)

Krwawe przedstawienia to jedno, ale innym, być może nawet jeszcze większym superlatywem thrillera „The Most Assassinated Woman in the World” jest klimat, w jakim został utrzymany. Większość znanych mi współczesnych horrorów filmowych nie jest tak mroczna, tak druzgocąco ponura i tak... ciasna. Tak, to chyba dobre słowo na opisanie znakomitych zdjęć powstałych pod kierownictwem Laurenta Baresa. Nie wiem, czy tak wąska perspektywa była od początku zaplanowana, czy filmowcom zwyczajnie brakowało pieniędzy na rozbudowanie scenerii. Bo w końcu cała sceneria miała upodabniać się do tej istniejącej w latach 30-tych XX wieku w Paryżu. Członkowie obsady, wnętrza i zewnętrza poszczególnych budynków, ulice, place, parki etc. to wszystko trzeba by przedstawiać w taki sposób, aby widz miał poczucie przeniesienia się w te odległe czasy, a to przecież też kosztuje. Bardziej skłaniam się jednak ku temu, że zamknięcie akcji „The Most Assassinated Woman in the World” na tak niewielkiej przestrzeni nie było podyktowane cięciem kosztów tylko z góry zaplanowane, a to dlatego, że wszystkie miejsca, nie tylko filmowy Grand Guignol (co naturalne) przypominają teatr. Mieszkanie głównej bohaterki, wąskie, ciemne uliczki Paryża, bar, w którym Paula Maxa często przesiaduje i redakcja gazety, w której pracuje Jean Charpentier, dziennikarz wchodzący w bliższą relację z czołową postacią produkcji Francka Ribiere – wszystkie te i inne miejsca tak bardzo przypominają teatr, że aż do zakończenia niektórych wydarzeń, jakie się na nich rozgrywały nie miałam pewności, czy właśnie patrzę na umowną rzeczywistość, czy na kolejne przedstawienie w Grand Guignol. Ale w „The Most Assassinated Woman in the World” według mnie jest też coś, co aż prosiło się o dopracowanie. Problem ten dotyczy fabuły – nie tyle wyboru wątków, ile sposobu ich prowadzenia. Motyw tajemniczego prześladowcy sławnej aktorki był równie złowrogi co halucynacje doznawane przez Paulę Maxę, wizje, które to kazały brać pod uwagę możliwość rychłego wpadnięcia protagonistki w destrukcyjne albo autodestrukcyjne szaleństwo. Do tego dochodziła jeszcze ciekawość jaką rozbudziły we mnie początkowo enigmatyczne doniesienia o krzywdzie, jaka spotkała główną bohaterkę filmu w przeszłości, a która pozostawała w bezpośrednim związku z jej obecnym, w domyśle ciągle pogarszającym się stanem. Najmniej interesujący, żeby nie rzec nudny był wątek poświęcony pracy Jeana Charpentiera i uczuciu, jakie powoli rodziło się pomiędzy nim i gwiazdą Grand Guignol. Ale to nie obecność tychże motywów była dla mnie największą niedogodnością. Główną bolączką było rozmycie tych wszystkich wątków – brakowało mi wyrazistego zarysowania chociaż jednego z nich. Wyglądało to tak jakby film składał się wyłącznie z wątków pobocznych, jakby nie miał motywu przewodniego. Albo jakby wszystkie z zaprezentowanych pretendowały do tego miana – nieustannie, acz bezskutecznie walczyły o dominację. Efektem tego starcia nie jest kompletny chaos, takiego określenia bym nie użyła, ono zupełnie nie pasuje mi do tej opowieści. A w każdym razie nie tak jak słowo „rozmycie”, zacieranie się konturów tej bądź co bądź intrygującej historii, pozbawienie jej twardych ram obejmujących wizję twórców. Korzyść była dla mnie taka, że przez cały czas czułam się prawie jak we śnie. Przy czym ten oniryzm wynikał nie tylko z rozrzedzonej warstwy fabularnej, ale również z wybornych zdjęć i nastrojowej muzyki skomponowanej przez Karen Ann, dlatego zakładam, że wyraźniejsze zarysowanie przynajmniej jednego wątku, z tych według mnie lepszych pojawiających się w „The Most Assassinated Woman in the World”, nie zabiłoby tej zachwycającej atmosfery koszmarnego snu.

Franck Ribiere stworzył film, który moim zdaniem nie ma szans podbić serc milionów widzów na całym świecie. „The Most Assassinated Woman in the World” to obraz, który prawdopodobnie spodoba się nielicznym, zaspokoi apetyty wąskiej niszy o określonej, ktoś może wręcz rzec, że nietypowej, wrażliwości artystycznej i niekoniecznie będą to wyłącznie fani krwawego kina grozy. Właściwie to wcale nie zdziwiłabym się, gdyby część miłośników takich brutalnych historii nie potrafiła odnaleźć się w tej dosyć specyficznej wizji Francka Ribiere, gdyby rozsmakowało się w niej więcej fanów nastrojowych horrorów i thrillerów. Albo prawie nikt. Tak, mnie ten obraz niemalże całkowicie usatysfakcjonował, naprawdę niewiele brakowało mi do czystego zachwytu nad całością (bo niektórymi składnikami się pozachwycałam), ale mogę dać sobie rękę uciąć, że w tej kwestii uplasuję się w zdecydowanej mniejszości. Cóż, żadna nowość:)

wtorek, 11 września 2018

„Wrogi” (2017)

W postapokaliptycznym świecie młoda kobieta Juliette samotnie przemierza pustynię w poszukiwaniu pożywienia dla siebie i kilkudziesięciu osób, z którymi mieszka. W drodze powrotnej samochód Juliette wypada z drogi i ląduje na dachu. Kobieta wychodzi z tego ze złamaną nogą, ale poważniejszy problem stanowi jeden ze stworów, które opanowały świat. Żywiąca się ludzkim mięsem istota, która kręci się w pobliżu unieruchomionego samochodu Juliette. Pojazd jest jej jedynym schronieniem, ale żeby przeżyć kobieta musi walczyć zarówno ze swoimi słabościami, jak ze zdeterminowanym potworem czyhającym na zewnątrz. W trakcie tej przeprawy Juliette wspomina Jacka, Francuza, którego poznała w Nowym Jorku przed apokalipsą, i z którym połączyło ją głębokie uczucie.

Francuski, acz anglojęzyczny horror science fiction „Wrogi” został wyreżyserowany przez debiutującego w długim metrażu Mathieu Turiego, na podstawie jego własnego scenariusza. Jednym z producentów wykonawczych filmu (i mam wrażenie, że to głównie jego nazwiskiem firmuje się niniejszy obraz) został Xavier Gens, twórca między innymi „Frontiere(s)”, „The Divide” i „Cold Skin”, a budżet „Wrogiego” oszacowano na milion dwieście tysięcy dolarów. Pierwszy pokaz filmu odbył się w lipcu 2017 roku na Neuchatel International Fantastic Film Festival.

Młoda kobieta tkwi w unieruchomionym samochodzie pośrodku niczego, a na zewnątrz czai się dużo silniejsza od niej istota, która prawdopodobnie pozbawi ją życia, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja. Brzmi trochę jak „Cujo” Stephena Kinga, prawda? W bardzo ogólnym zarysie tak, ale Mathieu Turi popchnął wyżej przybliżoną koncepcję w innym kierunku. Podszedł do tego z zupełnie innej strony niż King w swojej powieści (a za nim Lewi Teague w filmowej wersji „Cujo”) i tak na dobrą sprawę chciał coś innego przekazać odbiorcom swojego pełnometrażowego debiutu. We „Wrogim” przeplatają się dwa odcinki czasowe, w centralnym punkcie których stoi młoda kobieta Juliette, w całkiem niezłym stylu wykreowana przez Brittany Ashworth. Umowna teraźniejszość to czas po apokalipsie, która zdziesiątkowała ludzkość. Co doprowadziło do tej tragedii dowiemy się dopiero później, a i nawet wtedy scenarzysta daruje nam szczegóły. Ale już na początku seansu daje się nam wyraźnie do zrozumienia, że powietrze zostało skażone. Ponadto właściwie nie pozostawia się nam żadnych wątpliwości, że świat został opanowany przez agresywne stwory żywiące się ludzkim mięsem – człekopodobne, bezwłose bestie z nieproporcjonalnie długimi (i chudymi) rękami i nogami. Jednakże tylko jednemu z nich będziemy mogli dobrze się przyjrzeć i przyznam, że dla mnie był to widok całkiem satysfakcjonujący. W przeciwieństwie do miażdżenia głowy pewnego mężczyzny, widok tego brzydkiego stworzenia nie ranił moich oczu sztucznością spowodowaną nadmierną ingerencją komputera. Od francuskiego horroru można oczekiwać sporej dawki przemocy, silnie rozbudowanej płaszczyzny gore/torture porn, bo ten region świata przyzwyczaił nas już do takiego spojrzenia na kino grozy, ale ta etykietka czasami bywa myląca. I tak też jest w przypadku „Wrogiego”. Filmu, w którym co prawda pojawia się kilka umiarkowanie krwawych ujęć, ale myślę, że nie są one na tyle mocne, żeby wywołać choćby lekkie mdłości nawet u osób tylko średnio rozeznanych w kinematografii gore. Według mnie twórcom omawianego obrazu nawet specjalnie nie zależało na wywoływaniu odrazy u oglądającego. Za wyjątkiem zdjęć złamanej nogi Juliette. Tak, tutaj widać starania w kierunku zniesmaczenia widza, ale chociaż rana i wystająca z niej kość prezentują się nader przekonująco, nie sądzę, żeby to wystarczyło, żeby to wstrząsnęło tymi osobami, które w swoim życiu parę krwawych horrorów obejrzeli. Czy takie podejście do warstwy gore uważam za błąd Mathieu Turiego i jego ekipy? Absolutnie nie. Delikatne i ilościowo mocno ograniczone podejście do przemocy w moich oczach tego filmu nie pogrzebało. Oczywiście, dobrze by było gdyby pokazano mi kilka mocnych scenek, ale nie mogę powiedzieć, że jest to coś, bez czego w moim pojęciu tego typu filmy nie mogą się obejść. Można stworzyć postapokaliptyczny, survivalowy horror pozbawiony wywołujących mdłości zdjęć, który trzymałby mnie w napięciu, ale żeby to osiągnąć trzeba by podejść do tego w sposób inny od tego wybranego przez Mathieu Turiego. Bo we „Wrogim” losy młodej kobiety ukrywającej się w przewróconym samochodzie przed łaknącym ludzkiego mięsa potwornym stworzeniem przeplatają się z wyrywkami z jej przeszłości. Twórcy często przenoszą nas do czasu sprzed apokalipsy, do Nowego Jorku, w którym to droga Juliette pewnego dnia przecięła się z drogą Francuza Jacka, mężczyzny, który uratował jej życie, mężczyzny, w którym się zakochała, i który także obdarzył ją miłością. Słodko? Poniekąd tak, ale wierzcie mi można było to jeszcze bardziej polukrować, a przez to pewnie zmusić mnie do przerwania seansu. Owszem, niezmiennie miałam nieprzyjemne wrażenie wybijania mnie z rytmu narzucanego we fragmentach osadzonych w umownej teraźniejszości. W każdą retrospekcję wchodziłam z poczuciem zawodu wywołanym przeświadczeniem, że gdyby jeszcze trochę się z tym wstrzymano to bez trudu zdołano by wygenerować nieporównanie silniejsze napięcie w tym postapokaliptycznym świecie, w którym aktualnie żyje główna bohaterka „Wrogiego”. A tak wyglądało to jakby Mathieu Turi sabotował swój własny projekt, jakby bardzo nie chciał wycisnąć z tego maksimum emocjonalnego napięcia. Ot, nie dokonał właściwych obliczeń, tj. momenty, które wybierał na wejście z retrospekcjami dla mnie były bardzo niedogodne. Ale treść tychże wspomnień Juliette? Cóż, miała swoje plusy, ale miała i minusy.

Byłam przekonana (i nie pomyliłam się), że bój toczony przez młodą kobietę z człekopodobnym stworzeniem na pustyni, którą to mógł, ale wcale nie musiał (tego scenarzysta nie zdradza) stać się cały, albo prawie cały świat po niedawnej apokalipsie, nie będzie tak zajmujący jak straszne przeżycia Donny i Tada Trentonów w filmowej wersji „Cujo” (w powieściowej również, skoro już o tym mowa), bo te silnie skontrastowane zdjęcia w niczym nie przypominały tych zaprezentowanych we wspomnianej produkcji Lewisa Teague. Gdyby były choć odrobinę przybrudzone i wyblakłe to podchodziłabym do tego z większym entuzjazmem. A tak nastawiłam się na plastikowy klimacik rodem z hollywoodzkich horrorów science fiction. Początkowo myślałam głównie o „Jestem legendą” Francisa Lawrence'a (filmu na podstawie kultowej powieści Richarda Mathesona), bo w końcu patrzyłam na samotnego człowieka w postapokaliptycznych realiach utrzymanych w podobnej (nie identycznej) kolorystyce. Potem przyszło skojarzenie z „Cujo”, a zaraz po nim konkluzja, że nawet jeśli Mathieu Turi inspirował się tymi projektami (tego nie wiem) to na ich fundamentach chciał wznieść zupełnie inną budowlę, opowiedzieć inną historię. Co wcale nie znaczy, że lepszą. To oczywiście moje zdanie – możliwe, że znajdą się osoby, które bardziej zainteresuje fabuła „Wrogiego” niż „Cujo” i „Jestem legendą”, ale jeśli nawet to śmiem podejrzewać, że uplasują się one w zdecydowanej mniejszości. Trudne położenie Juliette w umownej teraźniejszości generowało aurę beznadziei i zaszczucia, chociaż przez to plastikowe opakowanie (zdjęcia) nie była ona tak silna, jakbym tego chciała. Często wkradała się w to nuda – bo ile można patrzeć na samotną kobietę podejmującą bezskuteczne próby wydostania się z pułapki, w którą nagle wpadła? Zwłaszcza jeśli nie widzi się w tym zdecydowanych prób budowania napięcia... Retrospekcje wcale nie przychodziły w sukurs, ponieważ jak już wspomniałam rozpoczynały się wtedy, gdy już nabierałam przekonania, że już zaraz będę się wpatrywać w ekran w jako takim napięciu, ale gdy już przechodziła mi złość na twórców „Wrogiego” za to, że nie pociągnęli tego kawałek dalej (i dotyczy to wejścia w każdą retrospekcje) to dochodziłam do wniosku, że bez tych odskoczni w nieodległą przeszłość byłoby zapewne dużo gorzej. Bo już wolałam patrzeć na kiełkujący romans dwóch osób, na wyciąganie kobiety z bagna, w którym się pogrążyła przez zakochanego w niej Francuza (przekonujący Gregory Fitoussi) niż na prawie całkowicie pozbawione napięcia rozpaczliwe próby tej samej kobiety, która znowu jest w poważnych tarapatach. I tym razem nie ma nikogo, na kim mogłaby się wesprzeć, nikogo, kto pośpieszyłby jej z pomocą. Oczywiście, nie oznacza to, że śledzenie dawnych dziejów Juliette dawało mi ogromną przyjemności, bo i rzadko się zdarza, żeby romantyczne nuty (a tychże sporo tutaj wybrzmiewa) pieściły moje uszy. I nie inaczej było w tym przypadku. Ale wszystko co pomiędzy, to wyciąganie zagubionej kobiety z nałogu, budowanie całkiem interesującego rysu psychologicznego głównej bohaterki (osobowość Jacka była dla mnie dużo mniej ciekawa, ale na te burzliwe interakcje tej dwójki patrzyło mi się bardzo dobrze, mogłoby ich jednak być trochę więcej) i to co ma miejsce później, w dalszych partiach wspomnień Juliette, te elementy do pewnego stopnia uatrakcyjniały mi seans „Wrogiego”. Do pewnego stopnia, bo nie mogę powiedzieć, żebym była tym zachwycona. A na koniec zostawiono najgorsze – zwrot akcji, który przewidziałam dużo wcześniej, ale przez cały czas miałam nadzieję, że się mylę, że Mathieu Turi nie wymyślił czegoś tak głupiego. Myślałam: wszystko tylko nie to, a dostałam właśnie to, czego tak bardzo zobaczyć nie chciałam.

„Wrogi” Mathieu Turiego to film ukierunkowany głównie na miłośników postapokaliptycznych horrorów science fiction (thrillerów w sumie też), tych utrzymanych w survivalowym klimacie, ale też tych z dosyć silnie rozwiniętą płaszczyzną romantyczną i obyczajową/dramatyczną. Tak, według mnie Turi przede wszystkim w fanów tego typu kina celował, ale to wcale nie znaczy, że zaspokoi ich apetyty. Naprawdę nie sądzę, żeby „Wrogi” znalazł wielu sympatyków nawet wśród osób zasilających wyżej wyszczególnioną grupę docelową, bo na pewno widzieli oni dużo lepszych produkcji tego rodzaju. Absolutnie nie jest to szczyt możliwości tego nurtu horroru, a w mojej ocenie nie jest to nawet połowa tych możliwości.

poniedziałek, 10 września 2018

Michel Bussi „Czarne nenufary”

W miasteczku Giverny we Francji zostają odnalezione zwłoki zamordowanego mężczyzny, chirurga okulisty Jerome'a Morvala. Sprawę prowadzi inspektor Laurenc Serenac, który przed paroma miesiącami został szefem komisariatu policji w Vernon. Szybko dowiaduje się on, że za życia ofiara miała liczne kochanki, wśród których mogła znajdować się miejscowa nauczycielka, mężatka Stephanie Dupain. Serenac jest nią zauroczony, chociaż wie, że nie może jej ufać. Kobieta w jakiś sposób jest zamieszana w sprawę, którą właśnie prowadzi. Tak samo jak jedenastoletnie dziecko, którego inspektor nie zna. Fanette Morelle mieszkająca w Giverny z samotnie wychowującą ją matką i uczęszczająca do tutejszej szkoły podstawowej, ma prawdziwy talent malarski. Każdą wolną chwilę poświęca na malowanie obrazów, zwłaszcza teraz, gdy zbliża się termin oddania prac w konkursie, który może otworzyć jej drzwi do wielkiej kariery. W sprawę morderstwa Jerome'a Morvala zamieszana jest jeszcze jedna kobieta, staruszka często spacerująca po miasteczku i obserwująca głównych uczestników tej tragedii. Kobieta mieszkająca w młynie des Chennevieres, z którego ma doskonały widok na Giverny. Kobieta dobrze poinformowana, wiedząca o sprawie aktualnie prowadzonej przez inspektora Serenaca więcej od śledczych. Zdająca sobie sprawę nawet z tego, że śmierć Morvala nie kończy tragicznych wydarzeń w Giverny, że będą kolejne, którym nie sposób zapobiec.

Pierwotnie wydana w 2011 roku, powieść „Czarne nenufary” pióra Francuza Michela Bussiego, największego manipulanta z jakim w beletrystyce dotychczas się spotkałam, została wprost obsypana różnymi literackimi nagrodami (m.in. na festiwalu Villeneuve-lez-Avignon i Prix Gustave Flaubert) i była najlepiej sprzedającą się francuską powieścią detektywistyczną 2011 roku w swoim rodzimym kraju. Zdziwiona bynajmniej tym nie jestem, ponieważ Bussi w tamtym okresie miał już wyrobioną markę, wydał już kilka książek, które odniosły spory sukces – przyniosły mu kilka nagród i zaskarbiły niemałe grono wiernych czytelników. Ale nie bez znaczenia pewnie były też wrażenia z lektury, którymi odbiorcy „Czarnych nenufarów” dzielili się z innymi. W tym z ludźmi nieznającymi jeszcze pisarstwa Michela Bussiego. Bo negatywnych recenzji tej książki nie znajdziemy wiele, czym również zaskoczona nie jestem.

Michel Bussi dołączył do grona moich ulubionych pisarzy stosunkowo niedawno. Zapoznałam się już z jego „Nigdy nie zapomnieć”, „Mama kłamie”, „Czas jest mordercą”, „Mówili, że jest piękna” i właśnie „Czarnymi nenufarami”. Książką, która pozostawiła mnie w głębokim wzruszeniu, wcześniej mocno uderzając w twarz, a jeszcze wcześniej silnie angażując w iście tajemniczą sprawę kryminalną toczącą się w malowniczym miasteczku Giverny. W azylu Claude'a Moneta, malarza impresjonisty, który w czasie, gdy toczy się akcja „Czarny nenufarów” już nie żyje. Ale jego duch jest obecny w każdym zakamarku tego miasteczka. Miasteczka bynajmniej nie zacisznego, bo zalewanego przez tłumy turystów zafascynowanych jego twórczością. I tutaj rodziła się jedyna niedogodność, jaką odczuwałam podczas swojej przygody z tą książką, jeden jedyny zgrzyt (jednego rodzaju, bo podawany we fragmentach, dawkowany), który dla miłośników malarstwa, ze szczególnym wskazaniem na artystyczny dobytek i biografię Claude'a Moneta, mankamentem na pewno nie będzie. Właśnie to - opisy jego obrazów oraz fakty z jego życia – przyjmowałam całkowicie beznamiętnie. Odbierałam jak nudny wykład z historii, do wysłuchania którego zostałam przymuszona. Zapytacie może: a kto cię zmuszał? Otóż, Michel Bussi tym, o czym i jak rozprawiał pomiędzy tymi zdecydowanie krótszymi obszarami poświęconymi osobie Claude'a Moneta. Pisarz ów zwykł, że tak to ujmę, programować czytelnika na początku swoich historii. Już wówczas narzuca nam określoną perspektywę, którą oczywiście możemy odrzucić i poszukać własnej, ale jeśli mu zaufamy, jeśli wybierzemy zaproponowany przez niego sposób patrzenia na daną opowieść to przez cały czas musimy być czujni. Jak to się mówi: mieć oczy dookoła głowy, bo Bussi nie będzie nam mówił wszystkiego. Czy w „Czarnych nenufarach” będzie kłamał, oszukiwał, naginał fakty dla swoich potrzeb? Tak bym tego nie nazwała. Nie w tym rzecz. Bussi roztacza przed nami historię, której autentyczności (tj. w ramach świata przedstawionego utworu nieopartego na faktach) kwestionować nie powinniśmy. Przebieg śledztwa i romansu inspektora Laurenca Serenaca oraz wszystkich pozostałych wątków poruszonych w „Czarnych nenufarach” to coś, co w ogólnym zarysie będziemy brać na wiarę. Będziemy trwać w przekonaniu, że Bussi w finale nie ucieknie się tutaj do tak prostego zabiegu, jak informacja, że wszystko, z czym zapoznał nas wcześniej istniało jedynie w umyśle jakiegoś szaleńca, że nie rozegrało się w rzeczywistości, którą stworzył na kartach tego dzieła. Ale czy na pewno? Czy trwanie w takim przekonaniu okaże się słuszne? Czy naprawdę mądrze jest odrzucać możliwość takiego ułatwienia sobie zadania przez Michela Bussiego? Tego nie zdradzę, ale nie mam żadnych wątpliwości, że mało kto (jeśli w ogóle ktoś) będzie skłaniał się ku temu, że wydarzenia, z którymi się tutaj zapoznaje rozgrywają się jedynie w umyśle jakiejś jednostki. Dobrze, ale jeśli już przyjmie się, że niniejsza opowieść faktycznie toczy się w tym umownym świecie realnym to trzeba będzie nielicho się natrudzić, żeby domyślić się o co tutaj chodzi. „Czarne nenufary” na niby klasyczny kryminał – ot, kolejny obraz wyimaginowanego policyjnego dochodzenia śladami mordercy grasującego w małym miasteczku, powieść, która zaskoczy nas co najwyżej tożsamością sprawcy. Ale to tylko pozory, bo jak zostajemy poinformowani już na początku utworu w sprawę tę zamieszane są trzy przedstawicielki płci pięknej, dla których, jak przekonamy się później, trudno znaleźć miejsce w sprawie morderstwa okulisty z Giverny. Ponadto ciężko w tym przypadku mówić o klasycznym kryminale, bo w „Czarnych nenufarach” mamy dosyć silnie rozbudowaną płaszczyznę obyczajową/dramatyczną oraz romantyczną. I – uwaga, uwaga, cud nad cudami – ta druga fascynowała mnie nie mniej od warstwy kryminalnej. Owszem, również dlatego, że Bussi nie pozostawiał mi żadnych wątpliwości, że te dwie płaszczyzny jakoś się ze sobą zazębiają i wytrwale acz bezskutecznie szukałam tego związku. Ale muszę się przyznać, że ponadto ten romans poruszył we mnie jakąś strunę. Strunę, której aż do tej pory myślałam, że jestem pozbawiona. Tak, tak wzruszyła mnie miłość dwojga ludzi, których drogi przecięły się na skutek makabrycznej zbrodni dokonanej w malowniczym miasteczku Giverny będącym swoistym pomnikiem malarza Claude'a Moneta.

Na początku „Czarnych nenufarów” Michel Bussi pisze o trzech kobietach: jedenastoletnia Fanette Morelle według niego jest z nich wszystkich najzdolniejsza, trzydziestosześcioletnia Stephanie Dupain jest oszałamiająco piękna i sprytna (femme fatale?), a ponad osiemdziesięcioletnia bezimienna kobieta, częściowa narratorka powieści jest diablo zdeterminowana i dużo wie o tamtych dwóch uczestniczkach intrygi roztoczonej na kartach omawianego dzieła. O innych postaciach zamieszanych w tę sprawę staruszka też wie całkiem sporo. Jak sama stwierdza ludzi w jej wieku prawie nikt nie zauważa, stanowią część tła, którym zwykle nie poświęca się nawet przelotnego spojrzenia, a to znacznie ułatwia obserwowanie. Może więc z niewielkiej odległości przyglądać się innym sama nie będąc widziana. Może dostrzec to, co umyka uwadze innych, nawet bezcenne fakty na temat zbrodni dokonanej w miasteczku, w którym mieszka. Fakty, których nie znają nawet policjanci pracujący nad tą sprawą. Więcej nawet: starsza kobieta często spacerująca po Giverny wydaje się być jedyną osobą zdającą sobie sprawę z tego jaką straszną machinę wprawiło w ruch morderstwo majętnego chirurga okulisty, a nawet znającą tożsamość sprawcy tego niewybaczalnego czynu. Dzieci mają ją za czarownicę, ale czy można brać pod uwagę takie wyjaśnienie jej ogromnej wiedzy na temat sprawy prowadzonej aktualnie przez inspektora Laurenca Serenaca, szefa komisariatu policji w Vernon? O wiele bardziej prawdopodobne wydaje się to, że morderstwa dopuścił się nie kto inny jak ta staruszka. Tak, Michel Bussi daje nam powody do takich przypuszczeń, ale nie rzuca podejrzenia wyłącznie na tę postać. Serenac ma swojego podejrzanego, a czytelnik wkrótce będzie ich miał co najmniej kilku. Nie wyłączając jedenastoletniego dziecka, niezwykle utalentowanej dziewczynki, która stara się żyć zgodnie z zasadą przekazaną jej przez pewnego bezdomnego, jej tajemniczego przyjaciela i zarazem mentora, z zasadą, która każe jej być egoistką skupioną wyłącznie na malarstwie. Temu, komu uda się rozszyfrować koncepcję Bussiego, złożyć to wszystko w logiczną całość zanim autor sam odpowie na zadane wcześniej pytania, zanim rozwieje wszelkie wątpliwości, tej osobie należałoby przyznać jakąś nagrodę za doskonałą dedukcję, bo trzeba ogromnego talentu, by coś takiego przewidzieć. A najzabawniejsze jest w tym to, że trik zastosowany przez Michela Bussiego nie jest szczególnie wymyślny – powiedziałabym nawet, że jest dosyć prosty, ale to wcale nie łagodzi jego siły rażenia. Wręcz przeciwnie: jeszcze ją wzmaga. Ciężko oprzeć się pragnieniu uderzenia się w czoło w reakcji na wyjaśnienie całej tej zagadki przez autora „Czarnych nenufarów”. I trudno nie wyrzucać sobie tego, że samemu nie wpadło się na coś tak oczywistego. Haha, oczywistego dopiero jak Bussi to zdradzi...

W wielu recenzjach „Czarnych nenufarów” można odnaleźć informację, że styl obrany przez tego genialnego francuskiego autora w tej konkretnej powieści ociera się o poezję i w sumie trudno się z tym nie zgodzić. Michel Bussi jak zwykle operuje krótkimi zdaniami, ale jeszcze nie spotkałam się z takim jego tonem wypowiedzi. Bije z tego jakaś magia podszyta grozą (to w ogóle na swój sposób straszna historia), ten język ma w sobie liryczny wdzięk, choć utwór ten spisano prozą. I nie muszę chyba dodawać, że wzmaga to doznania czytelnika płynące z lektury omawianej powieści, że przez to człowiek czuje się jakby dryfował po naprzemiennie spokojnym i wzburzonym morzu, jakby pływał po świecie przedstawionym „Czarnych nenufarów”, ze strony na stronę coraz bardziej zatracając się w tej znakomicie skonstruowanej, niezwykle wciągającej fabule, w której... nie wiadomo co z czym należy jeść. A ta niewiedza tylko wzmaga apetyt na słowa skreślone przez tego niebanalnego francuskiego pisarza.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 7 września 2018

„Włóczęga” (1992)

Graham Krakowski kupuje dom w spokojnej dzielnicy zamieszkanej przez klasę średnią. Sam jest pracownikiem dobrze prosperującej firmy, mającym dużą szansę na awans w najbliższym czasie. Ale na razie nie stać go ani na generalny remont nabytej nieruchomości, ani na zakup nowych mebli i sprzętów. Tuż po przeprowadzce w domu Grahama zjawia się włóczęga, który nie zauważa gospodarza. Intruz nie zostaje długo, ale to wydarzenie mocno niepokoi nowego właściciela nieruchomości. Krakowskiego zaczynają dręczyć koszmarne sny z włóczęgą w roli agresora. Ponadto mężczyzna zaczyna lunatykować, a jego zachowanie na jawie jest coraz bardziej paranoiczne. Graham zaciąga kolejny kredyt, aby zabezpieczyć dom przed włóczęgą i wzywa policję ilekroć zobaczy go w pobliżu. Przedstawiciele organów ścigania nie mają jednak podstaw do postawienia bezdomnego przed sądem, nawet wówczas, gdy zostaje zamordowana sąsiadka Krakowskiego, a on sam utrzymuje, że sprawcą jest prześladujący go bezdomny. Śledczy bardziej skłaniają się ku temu, że to Graham dopuścił się morderstwa.

Chris Walas, reżyser jednego odcinka serialu „Opowieści z krypty” i „Muchy 2”, horroru zawierającego jeden z najbardziej wzruszających momentów, jakie dane mi było zobaczyć w filmach fabularnych. Chris Walas zasłużył się też w dziedzinie efektów specjalnych – w tej roli pracował między innymi nad „Piranią” (1978), „Gremliny rozrabiają”, „Arachnofobią” i „Klątwą” (1991). „Włóczęga” jest jego drugą i jak na razie ostatnią pełnometrażową produkcją. Scenariusz napisał Richard Jefferies (m.in. „Żywe trupy” z 1988 roku i „Cold Creek Manor”), którego zainspirował prawdziwy bezdomny snujący się po polu naprzeciwko pensjonatu w Los Angeles, w którym niegdyś mieszkał. Dopiero po dziesięciu latach od jego napisania pochylono się nad scenariuszem „Włóczęgi”. Budżet filmu szacuje się na dziewięć i pół miliona dolarów, które nawet się nie zwróciły – film zarobił niespełna sześć milionów dolarów.

Horror komediowy „Włóczęga” w mojej ocenie posiada cechy, które powinny zagwarantować mu wieloletnią oglądalność. Jest to obraz, który powinien dołączyć do panteonu najpopularniejszych horrorów komediowych (albo thrillerów komediowych, bo i tak można go klasyfikować) w historii kina, a tymczasem jest znany dosyć wąskiej grupie odbiorców. Co zawiniło? Słaba dystrybucja, czy raczej niedostosowanie się do wymagań szerszej publiczności? Gdybym musiała obstawiać to wybrałabym tę pierwszą odpowiedź, ale kto wie, może rzeczywiście nie jest to film atrakcyjny z punktu widzenia widza obdarzonego, powiedzmy, mniej dziwacznym gustem od mojego. „Włóczęga” nie jest co prawda najbardziej zwariowaną produkcją jaką widziałam, pod tym względem nie umieściłabym jej nawet w pierwszej dziesiątce, ale kłamliwe byłoby stwierdzenie, że jest to obraz zupełnie pozbawiony szaleństwa, że nie ma w nim zabawnych przejaskrawień, absurdów wręcz, które, co ważne, smacznie koegzystują z elementami typowymi dla kina grozy. To nieczęsto się zdarza – łączenie horroru z komedią rzadko przynosi dobre rezultaty. Strach i śmiech często nie stanowią dobrze dobranej pary, ale w przypadku „Włóczęgi” według mnie można mówić o interesującym zharmonizowaniu tych dwóch wartości. Rola pierwszoplanowa przypadła w udziale niezastąpionemu Billowi Paxtonowi. Aktor wciela się w ambitnego pracownika dobrze prosperującej firmy, Grahama Krakowskiego, który liczy na rychły awans. Dopóki jednak go nie dostanie musi zaciskać pasa, ponieważ właśnie zaciągnął kredyt na zakup domu w dzielnicy zamieszkałej przez klasę średnią. Nieruchomość ta wymaga remontu, przydałoby się również nabyć nowe meble i sprzęty, bo te które zostały po poprzednim właścicielu są mocno zużyte, ale zamiast tego mężczyzna inwestuje w nowoczesne zabezpieczenia swojej nieruchomości. Musi na to zaciągnąć kolejny kredyt, ale nie ma najmniejszych wątpliwości, że warto podjąć to ryzyko. Bo czuje się zagrożony przez bezdomnego (przekonujący Marshall Bell) kręcącego się po dzielnicy, w której właśnie zamieszkał. I po posesji Grahama. Główny bohater filmu Chrisa Walasa po raz pierwszy widzi iście szkaradnego włóczęgę (odrażająca, czyli bardzo dobra charakteryzacja domniemanego czarnego charakteru) w swoim własnym domu, ale nie ujawnia wówczas swojej obecności. Zamiast poinformować człowieka, któremu w życiu się nie poszczęściło, że ten dom nie jest już pusty, że ma już swojego właściciela, Krakowski tylko stoi i patrzy na intruza. Włóczęga po chwili wychodzi, nawet nie zauważając Grahama, ale już wkrótce go dostrzega. Już niedługo przekonuje się, że dom, w którym, jak można się domyślić, wcześniej znajdował schronienie, nabył pewien nerwowy osobnik, mężczyzna, który panicznie się go boi. Przez jakiś czas widz nie może być pewien, gdzie wypatrywać zagrożenia – która z tych postaci, Krakowski czy włóczęga, jest niebezpieczna dla otoczenia. Jeśli bezdomny to najpewniej działa on z premedytacją, każdy jego czyn jest dokładnie przemyślany i ukierunkowany na wrobienie w zbrodnię Grahama. Jeśli natomiast winę za pozbawienie życia kobiety w podeszłym wieku ponosi jej sąsiad, główny bohater „Włóczęgi”, to bez wątpienia dopuścił się tego haniebnego czynu zupełnie nieświadomie. We śnie, bo mężczyzna niedawno odkrył, że jest somnambulikiem i wygląda na to, że zaczął lunatykować dopiero po rozpoczęciu swoich przejść z przerażającym go bezdomnym.

„Włóczęga” to istna kwintesencja kina grozy lat 90-tych XX wieku. Lekko przygaszone, acz zróżnicowane barwy, żwawa ścieżka dźwiękowa skomponowana przez znakomitego Christophera Younga, z pozoru sielskie zdjęcia zacisznej dzielnicy bliżej nieokreślonego amerykańskiego miasta i krztyna kiczu w umiarkowanie krwawych ujęciach. Kiczu tego rodzaju, który zawsze porusza we mnie jakąś sentymentalną strunę, który wprost chwyta mnie za serce. Z aspektów gore według mnie na największe wyróżnienie zasługuje pewne znalezisko w lodówce – pomysłowy pokaz ohydztwa, które owszem napawa odrazą, ale zmusza też do parsknięcia śmiechem, a przynajmniej ja tak zareagowałam na ten dosyć kuriozalny widok. Znajdą się pewnie osoby, które tak ja ja odnajdą we „Włóczędze” składniki kojarzone ze slasherami – szkaradny morderca grasujący w pewnej dotychczas spokojnej okolicy. Ale nie sposób nie brać pod uwagę innej możliwości, nie widzieć innego potencjalnego źródła zagrożenia. A jest nim sam Graham Krakowski, człowiek zachowujący się coraz bardziej paranoicznie, przekonany, że prześladuje go włóczęga, który jak wówczas odnotowujemy, nie robi niczego, co można by uznać za zachowanie agresywne w stosunku do Grahama. Snuje się po jego posesji, zagląda nawet przez okno do domu Krakowskiego, ale nic ponad to. Najgorsze dopowiada sobie umysł Grahama, jego podświadomość w snach i przeczucia na jawie. Rzeczone koszmary senne generują spore napięcie, ale jeszcze większe płynie z nietypowej sytuacji na jawie. Przede wszystkim z wątpliwości, które będą towarzyszyć odbiorcy przez spory kawał czasu, bo nawet jeśli jedna z tych opcji (morderczy bezdomny bądź szaleństwo pierwszoplanowej postaci) wyda mu się bardziej prawdopodobna od drugiej to prawdopodobnie nie będzie miał absolutnej pewności, nie będzie w stanie całkowicie zignorować tej drugiej ewentualności. „Włóczęga” pewnie nie raz, nie dwa rozśmieszy człowieka obdarzonego czarnym poczuciem humoru, bo tenże okazuje się bardzo skuteczny, najlepsze jednak jest w nim to, że tak dobrze porusza się po płaszczyźnie zarezerwowanej dla horroru/thrillera. Dowcip nie osłabia wydźwięku charakterystycznego dla kina grozy, nawet nie odbiera powagi komentarzowi społecznemu zawartemu w scenariuszu. Czy był to zabieg przemyślany, czy zupełnie przypadkowy, tego nie wiem. Jakkolwiek było postawa Grahama Krakowskiego względem bezdomnego każe myśleć o zjawisku istniejącym w rzeczywistości. O lęku i odrazie, jaką ta nieszczęsna grupa ludzi budzi w niektórych osobach, o antypatii jaką żywią do bezdomnych, o tym jak bardzo wyprowadza ich z równowagi sam widok człowieka niemającego dachu nad głową. Najsilniej wybrzmiewa to w scenie, w której Graham wraca do domu, po to by znaleźć w nim włóczęgę, którego tak bardzo się boi. Włóczęgę korzystającego z zaproszenia jego dziewczyny, kobiety, która zlitowała się nad biednym jegomościem i postanowiła go nakarmić. Graham, jak można się tego spodziewać, bynajmniej nie jest wzruszony tym przejawem dobroci serca swojej partnerki. Wścieka się, przez co automatycznie traci w jej oczach. Ona jest altruistką (choć chętną do zadłużania swojego chłopaka), on natomiast zdaje się być jedną z tych osób, którzy panicznie boją się ludzi bezdomnych. Ale czy w tym przypadku jest to strach całkowicie irracjonalny? Bezpodstawny, albo wynikający z kiełkującego w Grahamie szaleństwa? A może mężczyzna ma rację. Może tego konkretnego włóczęgi trzeba się bać, za wszelką cenę unikać, na wszystkie możliwe sposoby się przed nim zabezpieczać. Może to faktycznie morderca, który pragnie wrobić w popełnioną przez siebie zbrodnię Grahama Krakowskiego, człowieka, który ośmielił się nasłać na niego policję. Na to pytanie twórcy udzielą nam odpowiedzi, ale dużo później. Wcześniej przeprowadzą nas przez drugi „akt”, który wypada słabiej od poprzedniego, bo choć dowcip się nie stępił, a i o budowaniu napięcia nie zapomniano, to dla mnie zmiana otoczenia odbiła się niekorzystnie na aurze „Włóczęgi” - wolałam tę pozorną sielankę, pozorne bezpieczeństwo zacisznej dzielnicy zajmowanej przez członków klasy średniej. Bardziej jednak zawiodła mnie końcówka – nie chodzi o ostatnie ujęcie, bo to przyjęłam z otwartymi ramionami, ale dynamiczny akt je poprzedzający. I też nie chodzi mi tutaj o szybkie tempo akcji tylko o wyjaśnienie całej zagadki. Według mnie dużo lepszy byłby wybór tej drugiej możliwości, tym bardziej, że UWAGA SPOILER dorobiono włóczędze tak wydumaną, nieprzekonującą mnie biografię. Skoro już uparto się właśnie z niego zrobić mordercę (niestety) to powinno się chociaż nie odzierać go tak dokumentnie ze złowieszczej tajemnicy, wcześniej tak doskonale odbieranej KONIEC SPOILERA.
 
Jak najbardziej polecam „Włóczęgę” Chrisa Walasa wielbicielom horrorów i thrillerów komediowych. Ludziom, do których przemawia czarny humor, którzy nie mają nic przeciwko paru skrętom w stronę gore, w tym delikatniejszym wydaniu i którzy szukają czegoś lżejszego, czegoś przy czym można się odprężyć, ale co potrafi również wprawiać widza w niemałe napięcie, zmuszać go do śledzenie fabuły w stanie nerwowości, któremu paradoksalnie często towarzyszy szeroki uśmiech na twarzy. Czysta frajda, można by rzec, gdyby nie dalsze partie „Włóczęgi”, ale taki (według mnie) lekki spadek formy nie może przecież przesądzać o wartości całego filmu. A już na pewno nie skłania mnie do powstrzymania się od rekomendowania go miłośnikom takich zabawowych klimatów.

wtorek, 4 września 2018

Jason Arnopp „Ostatnie dni Jacka Sparksa”

Recenzja przedpremierowa

Brytyjski pisarz i dziennikarz, Jack Sparks, pracuje nad książką o zjawiskach nadprzyrodzonych. Jest zdeklarowanym ateistą, wierzy, że wszystko można racjonalnie wytłumaczyć i bezlitośnie wyśmiewa zgoła odmienne podejście do życia. Jack w swoim najnowszym dziele ma zamiar przedstawić dowody na nieistnienie sfery nadprzyrodzonej, posługując się wybranymi przykładami ze swojego życia. Te przykłady najpierw musi jednak zgromadzić, szuka więc ludzi, którzy zajmują się takimi sprawami. Na początek umawia się z włoskim egzorcystą. Ma świadkować wypędzaniu przez księdza siły nieczystej z ciała trzynastoletniej dziewczynki. W trakcie egzorcyzmów Sparks wybucha śmiechem w przekonaniu, że ma do czynienia z mistyfikacją i czym prędzej dzieli się swoimi krytycznymi uwagami z internautami śledzącymi jego profil na portalu społecznościowym. Niedługo potem na jego kanale w serwisie YouTube pojawia się niepokojący filmik, na punkcie którego pisarz dostaje obsesji. Chce odkryć jego pochodzenie, ale równie mocno pragnie wyjaśnić straszne zjawiska zachodzące w jego otoczeniu. Nie wie jeszcze, że będą to ostatnie chwile w jego niedługim życiu.

Jason Arnopp jest brytyjskim pisarzem i scenarzystą, mającym też pewne doświadczenie w dziennikarstwie. Na swoim koncie ma między innymi takie utwory jak „Beast in the Basement” i „A Sincere Warning About The Entity In Your Home”, ale „Ostatnie dni Jacka Sparksa” (powieść pierwotnie wydana w 2016 roku) jest jego pierwszym dziełem wydanym w Polsce. I mam szczerą nadzieję, że nie ostatnim. Arnopp nadał mu dosyć pomysłową formę – starał się wytworzyć w czytelnikach wrażenie obcowania z książką spisaną przez autentyczną postać, przez tytułowego Jacka Sparksa, który umarł wkrótce po jej napisaniu. Rzeczone starania pisarza nie były jednak tak usilne, jak w przypadku chociażby Ridleya Pearsona i jego „Czerwonej Róży. Z dziennika Ellen Rimbauer”, bo Jason Arnopp wcale swojego autorstwa nie ukrywał - na okładce „Ostatnich dni Jacka Sparksa” widnieje jego nazwisko, a na końcu mamy jego podziękowania. Wygląda więc na to, że pisarz nie chciał oszukiwać opinii publicznej, że nie starał się nikogo przekonać, że „Ostatnie dni Jacka Sparksa” są zapisem autentycznych wydarzeń z życia tytułowej postaci tylko co najwyżej stworzyć takie delikatne wrażenie u każdego, kto zdoła tak pogrążyć się w lekturze, że zapomni o otaczającym go świecie. Wrażenie, które zniknie tuż po oderwaniu się od lektury. I pewnie nikogo nie przekona nawet strona internetowa stworzona na potrzeby tej a la mistyfikacji (link). Strona rzekomo założona przez samego Jacka Sparksa za jego życia. Bo jak już wspomniałam wszystko wskazuje na to, że autor wcale nie chciał wprowadzać swoich czytelników w błąd.

Oprócz potencjalnego tworzenia lekkiego wrażenia obcowania z autobiograficznym utworem spisanym przez Jacka Sparksa podczas czytania tej powieści, forma jaką Jason Arnopp nadał temu dziełu ma istotne znaczenie dla świata przedstawionego „Ostatnich dni Jacka Sparksa”. Gdyby spisać tę opowieść w sposób tradycyjny wyjaśnienie tej jakże frapującej zagadki mocno straciłoby na atrakcyjności, choć nie całkowicie, bo i w sferze fabularnej widać dużą pomysłowość tego autora. I to nie tylko w końcówce „Ostatnich dni Jacka Sparksa”. Ale po kolei. Omawiana książka umownie została napisana przez brytyjskiego dziennikarza i pisarza Jacka Sparksa, który umarł niedługo po zapisaniu ostatniej jej stronicy. Po jego śmierci wydawnictwo, z którym współpracował za życia postanowiło puścić to dziełko do druku, uzupełniając go materiałami zgromadzonymi przez starszego brata Jacka, Alistaira Sparksa. Swoje wcześniejsze książki Jack tworzył w formie autobiografii – pisał o swoich własnych przeżyciach, nierzadko jednak uciekając się do przekłamań – i nie inaczej jest w przypadku jego najnowszego utworu. Przekłamania dotyczą głównie jego osoby. Zwykł przedstawiać się w jak najlepszym (ze swojego puntu widzenia) świetle, co w dużej mierze brało się z jego własnych przekonań. Jack Sparks bowiem oszukiwał samego siebie, miał przesadnie wysokie mniemanie o sobie, rozbuchane ego, którym chętnie karmił odbiorców swoich książek. Arogancki ateista, młody mężczyzna z kompleksem Boga, człowiek dbający wyłącznie o siebie, niezważający na uczucia innych, nawet swoich najbliższych, narcyz tak bardzo łaknący uwagi tłumu, że gotowy zrobić absolutnie wszystko byle ją posiadać. Taki właśnie jest Jack Sparks, główny bohater i zarazem narrator „Ostatnich dni Jacka Sparksa” (w tym drugim przypadku za wyjątkiem materiałów dodanych przez jego brata) – typ z jednej strony iście nieprzyjemny, ale pomimo tych wszystkich wad, z których składa się jego osobowość, chce się mu towarzyszyć. Kontakty z tym bohaterem lub antybohaterem zapewne dadzą niemało frajdy przynajmniej ludziom obdarzonym sarkastycznym poczuciem humoru. Bo tytułowa postać „Ostatnich dni Jacka Sparksa” nie szczędzi nam przezabawnych odzywek i zachowań, przy czym jego poczucie humoru jest nader cierpkie, czarne jak noc, okrutne wręcz, ale także w stosunku do niego samego. I bynajmniej nie dlatego, że Jack Sparks jest typem człowieka lubiącego śmiać się z samego siebie. Nie, on ma się za ostoję normalności w tym zwariowanym świecie, w którym przyszło mu żyć, za jedną z nielicznych jednostek zupełnie niepodatną na wpływy innych, racjonalnie myślący umysł w morzu zabobonnego szaleństwa. A czytelnik się z tego śmieje. Tak, Jack Sparks kpi z innych, a my natrząsamy się z niego. Z jego naiwności, z jego wysokiego mniemania o sobie, z postawy, która prostą drogą prowadzi go ku śmierci. Jason Arnopp już na początku informuje nas, że Jack zginie, ale nawet gdyby tego nie zrobił to jestem przekonana, że każdy długoletni miłośnik horrorów nastrojowych nie miałby wątpliwości, że Jacka wkrótce spotka coś strasznego, że dąży ku jakiejś tragedii, najprawdopodobniej o zabarwieniu paranormalnym. Bo rola ateisty w tym konkretnym gatunku literackim i filmowym została już w określony sposób ugruntowana – w tego typu dziełach to on, nie ludzie wierzący w zjawiska nadprzyrodzone, zostaje w końcu zmuszony do zmiany swoich poglądów. I to z niego robi się człowieka najbardziej ograniczonego. W życiu możemy sobie nie wierzyć w istnienie sfery nadprzyrodzonej, ale zagłębiając się w tego rodzaju horrory niezmiennie towarzyszy nam przekonanie, że największym naiwniakiem jest nie kto inny jak ateista. Jason Arnopp stara się jednak zmusić czytelników do wzięcia pod uwagę też innej możliwości, innego wyjaśnienia zjawisk zachodzących w otoczeniu głównego bohatera jego książki. Największe zamieszanie wprowadza jednakże nie uciążliwe poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, czy duchy i demony rzeczywiście wdarły się w życie Jacka Sparksa, tylko (przynajmniej w moim przypadku) niemożność złożenia tego wszystkiego w logiczną całość. Punktem zaczepienia wydaje się być trzynastoletnia Włoszka, nieudane egzorcyzmy której Sparks oglądał na początku książki, ale jak ta dziewczyna ma się do wszystkiego, co nastąpi potem, gdzie szukać połączeń pomiędzy nią i chociażby niepokojącym filmikiem robiącym furorę w Sieci, albo pewnym eksperymentem przeprowadzanym w Los Angeles – przyznam, że nie miałam bladego pojęcia. Błądziłam jak dziecko we mgle, świetnie się przy tym bawiąc.

Częste wybuchy śmiechu, nerwowe chichoty i ogólna wesołość, w jaką w wielu miejscach wprawiały mnie „Ostatnie dni Jacka Sparksa” wydają się przeczyć przynależności tej pozycji do gatunku horroru. Zadawać kłam temu, co napisałam wcześniej. Ale trzeba wiedzieć, że omawiane dziełko Jasona Arnoppa to nie tylko czarny humor, choć faktycznie uwidacznia się nader często, ale także solidny kawałek czyściutkiej literatury grozy. Opowieść o, czy to tyko rzekomych, czy absolutnie rzeczywistych demonach, duchach i projekcjach zbiorowej wyobraźni, w której nie zabrakło też skrętów w stronę gore, krwawych mordów i okaleczeń poczynionych rękami... To sami musicie sprawdzić. Tak jest, jeśli jesteście wielbicielami szeroko pojętego horroru (oj, tutaj mamy naprawdę szeroki ogląd na ten wspaniały gatunek) to nie macie innego wyjścia niż najszybciej jak to tylko możliwe sięgnąć po „Ostatnie dni Jacka Sparksa”. Nie mogę każdemu sympatykowi literatury grozy zagwarantować przyjemności porównywalnej do tej, jaką ja garściami czerpałam z lektury rzeczonego utworu, ale według mnie istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że większa część tej grupy odbiorców uzna swoją przygodę z tą pozycją za wartościowe doświadczenie. To znaczy nie będzie miała żadnych wątpliwości, że właśnie zapoznała się z pozycją obowiązkową dla każdego fana gatunku. Nawet jeśli tak jak ja uznają oni, że powieść ta nie jest całkowicie pozbawiona słabszych momentów, że posiada parę mankamentów, to myślę, że plusy w dużym stopniu zrekompensują im owe negatywy. Moje zainteresowanie trochę opadło podczas pobytu Jacka Sparksa w Los Angeles – eksperyment, w którym dziennikarz i pisarz miał brać udział przez długi czas był aż nazbyt komicznie przez niego relacjonowany, a i jego pozostali uczestnicy aż prosili się o bardziej szczegółową charakterystykę. Tak wiem, Jack Sparks był człowiekiem, który najbardziej lubił pisać o sobie, ale gdy porówna się członków tej cudacznej grupki choćby ze współlokatorką Jacka, Bex, albo niedawno przez niego poznaną maginią walki Sherilyn Chastain, to doskonale widać, że „potrafił też szerzej omawiać postacie ze swojego otoczenia” (w cudzysłowie, bo tak naprawdę chodzi tutaj o Arnoppa, a nie Sparksa). Poza tym charakter eksperymentu przeprowadzanego w Los Angeles wydawał mi się kompletnie nieciekawy, miałam wrażenie obcowania z miałką odskocznią od właściwej problematyki „Ostatnich dni Jacka Sparksa”, z odstępstwem od koncepcji tytułowego bohatera tej książki. Z czasem jednak Jason Arnopp przekonał mnie do tego wątku. Stopniowo odkrywał przede mną niebywałe korzyści płynące z tego konkretnego pomysłu, a w najczystszy zachwyt wprawiało mnie jego podejście do rzeczywistości Jacka Sparksa, coraz to więcej zgoła nieprzyjemnych (czytaj: bezcennych dla wielbicieli horrorów) momentów usuwających grunt spod nóg twardo stąpającego po ziemi bohatera. Spod moim własnych też, bo tego rodzaju atrakcje zawsze wprawiają mnie w niemały dyskomfort, sprawiają, że czuję się, jakby oderwano mnie od rzeczywistości, jakbym została wyrwana ze świata, w którym żyję i wrzucona do strefy mroku. Do świata, w którym absolutnie wszystko może się wydarzyć, bo nie obowiązują w nim żadne znane nam prawa fizyki. I za to poczucie jestem Jasonowi Arnoppowi najbardziej wdzięczna, za to szaleństwo, w jakie wprawiła mnie jego historia chętnie bym go ucałowała, bo takich przeżyć nie dostarcza mi się zbyt często tak poprzez literaturę, jak film. To osobliwe zderzenie świata realnego, rzeczywistości dobrze nam znanej (goszczą tutaj nawet autentyczne postacie – Roger Corman, Eduardo Sanchez i Daniel Myrick, a Arnopp często wspomina, a czasem nawet nawiązuje do dzieł niektórych znanych artystów) ze sferą, której być może nie sposób racjonalnie wytłumaczyć UWAGA SPOILER zakończenie jest na szczęście otwarte, pozostawia pole dla różnych interpretacji KONIEC SPOILERA Jason Arnopp poprowadził wręcz po mistrzowsku. U mnie właśnie to miało znaczenie decydujące, to sprawiło, że autentycznie zakochałam się w tej książce. Bez tego mój odbiór „Ostatnich dni Jacka Sparksa” też pewnie byłby pozytywny, bo nie brakowało tutaj iście nastrojowych i umiarkowanie krwawych kawałków, a i forma oraz prezentacja tytułowego bohatera mocno przypadły mi do gustu, ale nie sadzę, żebym wówczas pisała tutaj o miłości do tej pozycji. Sympatii owszem, ale nie aż takiej, żeby mówić o kochaniu...

Jakiś czas temu do publicznej wiadomości podano informację, że trwają prace nad filmową wersją „Ostatnich dni Jacka Sparksa”. Napisanie scenariusza zlecono samemu Jasonowi Arnoppowi, a pieczę nad tym projektem objął Ron Howard, reżyser między innymi „Apollo 13”, „Pięknego umysłu” i „Kodu da Vinci”. Nie mam pewności, czy ten obraz powstanie, ale przyznam, że chciałabym zobaczyć tę historię na ekranie. Oszałamiającego, choć niekoniecznie maksymalnie oryginalnego, charakteru tej książki według mnie nie da się precyzyjnie przełożyć na język filmu, ale myślę, że można z tego zrobić całkiem niezły straszak. Książka natomiast jest zachwycająca, dla mnie to istne cudeńko, solidny horror zręcznie zmiksowany z przezabawną czarną komedią, któremu moim zdaniem każdy wielbiciel gatunku powinien dać szansę. Bo nie mam żadnych wątpliwości, że przynajmniej większość z nich będzie z tego wyboru niezmiernie zadowolona.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 2 września 2018

„Summer of 84” (2018)

Ipswich w stanie Oregon, lato 1984 roku. Mieszkający na przedmieściu piętnastoletni Davey Armstrong żywo interesuje się sprawami kryminalnymi i teoriami spiskowymi, dlatego gdy po raz pierwszy słyszy o seryjnym mordercy grasującym w okolicznych miastach wpada w zachwyt. Zmieszany z obawą o bezpieczeństwo tutejszych nastolatków, gdyż to przede wszystkim one padają ofiarami tajemniczego mordercy. Davey szybko zaczyna podejrzewać, że sprawcą jest jego sąsiad, policjant Wayne Mackey, ale kiedy przedstawia tę teorię swoim najbliższym przyjaciołom, Dale'owi 'Woody'emu' Woodworthowi, Tommy'emu 'Eatsowi' Eatonowi i Curtisowi Farraday'owi, uznają oni, że wyobraźnia go poniosła. Zgadzają się jednak pomóc mu w szpiegowaniu Mackey'a, podczas którego odnotowują podejrzane zachowania sąsiada i znajdują dowody, według nich, świadczące o jego winie.

„Summer of 84” to drugi, po „Turbo Kid” (2015), pełnometrażowy film Francois Simarda, Anouk Whissell i Yoanna-Karla Whissella – kanadyjsko-amerykański teen thriller prawdopodobnie powstały na fali popularności serialu „Stranger Things” i readaptacji „To”. Scenariusz „Summer of 84” autorstwa Matta Lesliego i Stephena J. Smitha został nagrodzony na Cinepocalypse, festiwalu filmowym w Chicago, a pierwszy pokaz filmu odbył się w styczniu 2018 roku na Sundance Film Festival.

Pewnego dnia oglądam sobie program informacyjny i nagle po raz pierwszy słyszę o „Summer of 84”. Króciutki opis fabuły natychmiast każe mi wysnuć wniosek, że pomysłodawcy rzeczonej historii naoglądali się „Niepokoju” D.J. Caruso. I rzeczywiście podobieństwa są tak uderzające, że bardzo bym się zdziwiła, gdyby się okazało, że twórcy omawianego obrazu nigdy tamtego dzieła nie widzieli (prawdę powiedziawszy wątpię, żebym w to uwierzyła). Francois Simard, Anouk Whissell i Yoann-Karl Whissell nakręcili teen thriller, który przynajmniej dla mnie stanowi mieszankę właśnie „Niepokoju”, „To” i „Stranger Things”. Jestem prawie pewna, że dążono tutaj do osiągnięcia takiego klimatu, jak w tych dwóch ostatnich z wymienionych przeze mnie obrazów i muszę przyznać, że filmowcom udało się tchnąć w „Summer of 84” podobnego ducha. Innymi słowy, gdyby nie informacja głosząca na początku filmu, że akcja rozgrywa się w latach 80-tych (i gdyby nie tytuł, skoro już o tym mowa) to najpewniej nie domyśliłabym się, że umiejscowiono ją w tej dekadzie. Owszem, wykluczyłabym współczesność, ale tylko z powodu ubrań noszonych przez bohaterów i wystrojów wnętrz, bo choć od plastiku trzymano się z dala (i chwała filmowcom za to) to atmosfery, która przywodziłaby mi na myśl kino grozy z lat 80-tych XX wieku, niestety, nie wytworzono. Inaczej rzecz ujmując: uważam, że w takim klimacie można spokojnie (bez kontrastów) utrzymywać thrillery i horrory, których akcja rozgrywa się w obecnych czasach. I nie miałabym nic przeciwko temu, żeby twórcy tego typu filmów częściej uderzali w taką estetykę. Bo jest w tym mrok, jest ponurość, posępność generowana nawet w pełnym świetle dziennym na idyllicznie się prezentującym przedmieściu. Simard i rodzeństwo Whissellów pokazali tutaj coś, z czego słynie choćby Stephen King – pod płaszczykiem „małomiasteczkowej” sielskości ukryli zgniliznę, która trawi to miejsce od wewnątrz. To znaczy nie tyle ukryli, bo patrząc na całe to otoczenie autentycznie wyczuwa się czyste zło, być może jakiegoś potwora brukającego to zaciszne miejsce już samą swoją obecnością. Scenarzyści potęgują to wrażenie przemyśleniami głównego bohatera, piętnastoletniego Davey'a Armstronga, w którego w dobrym stylu wcielił się Graham Verchere (partnerowali mu równie przekonujący Caleb Emery, Judah Lewis, Cory Gruter-Andrew i Tiera Skovbye). Chłopak już na początku „Summer of 84” informuje widzów, że to, co widać na pierwszy rzut oka wcale nie odzwierciedla prawdy, bo ludzie zwykli nakładać maski, pod którymi skrywają swoje odrażające twarze (chodzi o ich wnętrze, nie zewnętrze), że nie wiemy jakie okropieństwa na co dzień rozgrywają się w domach naszych sąsiadów. Davey nabiera przekonania, że najbrudniejsze sekrety na tym pozornie idyllicznym przedmieściu w Oregonie ma jego sąsiad, policjant Wayne Mackey (niezła kreacja Richa Sommera). Tak samo jak Kale z „Niepokoju” D.J. Caruso nastolatek podejrzewa, że mężczyzna jest seryjnym mordercą i tak jak Kale przystępuję do obserwowania go. Nabiera zwyczaju patrzenia przez lornetkę na jego dom, śledzenia go wraz z trzema przyjaciółmi, a nawet wdzierania się na jego posesję między innymi w celu przeprowadzania poszukiwań dowodów świadczących o jego winie. Wiele z tego aż nazbyt mocno kojarzy się z „Niepokojem”, naprawdę przydałoby się więcej inwencji, bo nie mogłam oprzeć się poczuciu obcowania z bezczelną kalką rzeczonego teen thrillera Caruso. A gdy jeden z chłopców w pewnym momencie rzucił pomysł włamania się do garażu Mackey'a pomyślałam: „I co dalej? Davey dostanie w końcu areszt domowy?” UWAGA SPOILER I mocno się nie pomyliłam - tyle że wyrok wydali jego rodzice, a nie sąd KONIEC SPOILERA. Bez względu na to, jak ten wątek się skończył rzecz już się dokonała – kolejne mocne skojarzenie z „Niepokojem” już się we mnie narodziło. A teraz kluczowe pytanie: czy wszystkie te podobieństwa do filmu Caruso przeszkadzały mi tak bardzo, że nie potrafiłam czerpać z seansu „Summer of 84” żadnej przyjemności? Otóż nie.

Mam za sobą tyle projekcji „Niepokoju” D.J. Caruso, że kogo jak kogo, ale akurat mnie nie powinno nużyć obcowanie z motywem nastolatka szpiegującego swojego sąsiada, bo gdyby tak było to nie wracałabym tak często do tamtej produkcji. Oczywiście, lekko mnie irytowało takie bezczelne wręcz kopiowanie (bo chyba nikt mnie nie przekona, że nie czerpano tutaj z „Niepokoju”), ale nudzić na pewno się nie nudziłam. „Summer of 84” ma w sobie pewien urok, który działa niemal hipnotycznie, ma w sobie czar, powab, kuszącą stylowość, która według mnie bynajmniej nie zasadza się na rzekomym odzwierciedleniu klimatu kina grozy lat 80-tych XX wieku. Już prędzej na tym, co też według mnie zaczerpnięto ze „Stranger Things”, a mianowicie na zmiksowaniu grozy z dowcipem. Jak to często w thrillerach i horrorach z młodocianymi bohaterami bywa, protagoniści „Summer of 84” mają swój własny świat, którego nie dzielą z dorosłymi. Davey i jego najbliżsi przyjaciele płci męskiej jedną nogą są jeszcze w dziecięcym światku, w świecie fantazji, beztroskich zabaw i wielkich marzeń, a drugą tkwią już w rzeczywistości ludzi dorosłych, co twórcy „Summer of 84” akcentują poprzez między innymi ich zainteresowanie erotyką, opiekę nad matką nadużywającą alkoholu i świadomość, że żyją w świecie pełnym różnego rodzaju zagrożeń, że wcale nie są tak bezpieczni, jak zapewne wydawało im się jeszcze parę lat temu. Nie można oprzeć się wrażeniu, że szpiegowanie sąsiada, którego podejrzewają o zamordowanie kilkunastu osób, traktują jak zwykłą zabawę (no może z wyjątkiem Davey'a) wakacyjną rozrywkę, którą to przerywają ilekroć (chwilowo) nadarzy się okazja do wypełnienia wolnego czasu czymś innym. Nawet Davey, chłopak mający najmniej wątpliwości (można chyba nawet powiedzieć, że żadnych), co do winy Mackey'a chętnie odrywa się na jakiś czas od swojej misji zdekonspirowania sąsiada, bo on właśnie tak to traktuje: jak wielką misję, sprawę, od której zależy życie niewinnych istot. I jeśli ma rację, jeśli jego sąsiad faktycznie jest seryjnym mordercą, to trudno dziwić się, że tak do tego podchodzi. Ale twórcy raz po raz przypominają nam, że Davey jest tylko dzieckiem, dorastającym chłopcem, którego głowę zaprzątają też inne myśli, na przykład o dziewczynie z sąsiedztwa, w której się podkochuje. Człowiek dorosły pewnie nie potrafiłyby nawet na chwilę zapomnieć o tym, że może mieszkać w sąsiedztwie wielokrotnego mordercy, niestrudzenie dążyłby do zdemaskowania oprawcy, nic nie byłoby w stanie odciągnąć jego uwagi od tego zadania, ale „Summer of 84” w roli detektywów amatorów stawia nastolatków, którzy z jednej strony bardzo chcą dorosnąć, ale z drugiej nie potrafią jeszcze rozstać się ze swoimi beztroskimi zabawami. Twórcom omawianego filmu doskonale udało się oddać tę magię dzieciństwa, to swego rodzaju przywiązania dorastających bohaterów do świata, który jest im dobrze znany i jednocześnie podążania za nowym dla nich zewem dorosłości. I co jeszcze ważniejsze twórcy wykazali się niemałym wyczuciem napięcia – emocję tę dawkowano niemalże po mistrzowsku (również dzięki wspaniałej ścieżce dźwiękowej), co nie było łatwe w przypadku tak przewidywalnego scenariusza. No dobrze, jedno uderzenie pod koniec „Summer of 84” nielicho mną wstrząsnęło. Nie spodziewałam się tego, ale nie dlatego tak mnie to poruszyło. UWAGA SPOILER Byłam pewna, że żaden z czołowych bohaterów filmu nie umrze, a zginął akurat ten chłopak, którego polubiłam najbardziej KONIEC SPOILERA
 
„Summer of 84” Francois Simarda, Anouk Whissell i Yoanna-Karla Whissella będę wspominać dosyć ciepło, pomimo przekonania, że jego twórcy ochoczo czerpali z dzieł innych artystów, że inwencji to praktycznie nie ma w tym filmie za grosz. Ale choć wolałabym, żeby dali więcej od siebie, żeby wymyślili coś swojego, to nie potrafię się na nich gniewać. Nie należę do osób poszukujących w kinie innowacyjnych rozwiązań, oryginalność nie jest dla mnie szczególnie ważna, nie miałam więc większych trudności w odnalezieniu się w tej (chyba można to tak nazwać) powtórce z rozrywki. W czym pomocni okazali się też sympatyczni protagoniści oraz całkiem mroczny klimacik. I według mnie godna pochwały żonglerka emocjonalnym napięciem. Polecam więc gorąco tym miłośnikom teen thrillerów, którzy nie szukają oryginalnych pozycji filmowych.

sobota, 1 września 2018

„2:22” (2017)

Kontroler ruchu lotniczego, Dylan, pewnego dnia widzi w pracy dziwne zjawisko, które opóźnia jego reakcję, w efekcie czego mężczyzna nieomal doprowadza do zderzenia dwóch samolotów, za co zostaje zawieszony na miesiąc. Niedługo potem Dylan poznaje Sarah, młodą kobietę, która była pasażerką jednego z samolotów, wtedy gdy niezwykłe zjawisko zakłóciło jego pracę. Natychmiast łączy ich głębokie uczucie. Każdą wolną chwilę spędzają razem w przekonaniu, że wreszcie znaleźli miłość swojego życia. Dylana absorbuje jednak coś jeszcze. Codziennie o tych samych porach i w tym samych miejscach widzi tych samych ludzi wykonujących te same czynności. A o 2:22 po południu na Grand Central Terminal następuje jakaś kulminacja kończąca sekwencję dobrze znanych mu wydarzeń. Dylan nabiera pewności, że to jakiś wzór, który powinien jak najszybciej rozszyfrować. Ma bowiem przeczucie, że to sprawa życia i śmierci.

Australijsko-amerykański thriller z domieszką science fiction zatytułowany „2:22” został wyreżyserowany przez Paula Curriego, twórcę między innymi „Doskonałego dnia” z 2004 roku. Autorami scenariusza są początkujący Todd Stein i Nathan Parker, scenarzysta między innymi „Moon” (2009) i „Przebudzonych” (2015). „2:22” najpierw była wyświetlana w kinach, gdzie przez tydzień zarobiła trochę ponad czterysta tysięcy dolarów (najgorszy wynik w 2017 roku), ale z czasem przychody z całego świata urosły do, w przybliżeniu, czterech milionów dolarów.

Nie ukrywam, że największą zachętą do obejrzenia „2:22” była dla mnie Teresa Palmer (m.in. „Wiecznie żywy”, „Kiedy gasną światła”, „Berlin Syndrome”), aktorka, którą zdążyłam już na tyle mocno polubić, żeby zaryzykować seans filmu głównie dla niej. Ponadto troszkę zaciekawił mnie ogólny zarys fabuły, wywnioskowałam bowiem z niego, że „2:22” jest filmem bazującym na tajemnicy, a taki rodzaj kina na ogół do mnie przemawia. To znaczy w założeniu, bo wszystko zależy od tego, jak twórcy do tego podejdą. Paul Currie miał do dyspozycji obiecującą koncepcję Todda Steina (to on wymyślił tę historię), której jednak potencjał, według mnie, nie został w pełni wykorzystany. Pomysł był niezły, a i niektóry wątki, jakie z niego wyrastały śledziłam z jako takim zainteresowaniem, ale z przykrością odnotowałam, że „2:22” na gruncie fabularnym jest filmem mocno nierównym, że nie brakuje tutaj przestojów, z mojego punktu widzenia, najgorszej natury (romans), a zdecydowanie brakuje emocjonalnego napięcia. Sama zagadka, owszem, przyciąga uwagę. Intryguje już od chwili jej zawiązania, od niezwykłego zjawiska zaobserwowanego przez głównego bohatera filmu, Dylana, podczas jego zmiany w wieży kontroli lotów. Tylko on je widzi – jego koledzy pozostają zupełnie ślepi na światła i zagadkowe obrazy pojawiające się w wieży dokładnie o 2:22 po południu. Ta konkretna godzina będzie odtąd bardzo ważna dla Dylana, ale nie tylko o tej porze dnia będą miały miejsce jakieś dziwy. Pojedyncza kropla spadająca z nieba rano, a zaraz po niej widok zgniecionego robaka, samolot przelatujący nad Dylanem trochę później, wypadek samochodowy przed domem, w którym mieszka, roboty drogowe codziennie przeprowadzane przez tych samych mężczyzn w tym samym miejscu, mijanie tych samych ludzi i wreszcie kulminacja na Grand Central Terminal, gdzie zawsze o 2:22 następuje jakieś mniej czy bardziej groźne bum. Tym kończy się cała ta seria deja vu – do następnego dnia, kiedy to wszystko się powtarza. I tak w kółko, przy czym wydaje się, że każdego kolejnego dnia ta nieznana siła jest coraz potężniejsza. Tak jakby to wszystko do czegoś zmierzało, do jakiegoś konkretnego dnia, w którym wydarzy się coś strasznego. Główny bohater, przyzwoicie wykreowany przez Michiela Huismana też tak uważa. Czuje, że od rozwiązania tej zagadki zależy czyjeś życie, że ma tutaj do czynienia z jakimś schematem, który można rozszyfrować i dzięki temu zapobiec tragedii. Dlaczego akurat on tkwi w centrum tego wszystkiego? Gdzie należy szukać wyjaśnienia niezwykłych zjawisk, którym świadkuje? I co ma do tego umierająca gwiazda, o której trąbią media? To tylko niektóre z pytań wynikających ze scenariusza. I gdyby twórcy omawianego obrazu jeszcze bardziej koncentrowali się na podsycaniu ciekawości tymi wszystkimi pytaniami i gdyby więcej uwagi poświęcali dawkowaniu napięcia to „2:22” bez wątpienia oglądałoby mi się nieporównanie lepiej. Ilekroć jednak zakiełkowała we mnie swoista nerwowość, przed wskoczeniem napięcia na wyższy poziom, scenariusz skręcał na nieciekawe tory. Fabułę lukrował wątek miłosny (i to jak lukrował!), związek Dylana z nowo poznaną Sarah, który owszem musiał być pokazany, musiał zaistnieć w tym scenariuszu, ale nikt mnie nie przekona, że musiał on wywoływać aż takie mdłości (nie takie, jak dobre kino gore, tylko te absolutnie przeze mnie niepożądane, bo wywołane przez diablo cukierkowe romansidło). Ale to potem, bo sekwencja, w której Dylan i Sarah widzą się po raz pierwszy, scenka z podniebnym baletem, której akompaniuje wpadający w ucho utwór muzyczny, wprowadziła mnie w iście magiczny nastrój, głównie dzięki niezwykle uczuciowym zdjęciom. Zresztą operatorzy z Davidem Eggbym na czele, z całej ekipy technicznej pracującej nad „2:22”, moim zdaniem zasługują na największą pochwałę, pomimo tego, że nie udało im się wydobyć z tej opowieści zadowalającego napięcia. Czy winę za to ponoszą oni, czy reżyser, tego nie wiem, ale jestem przekonana, że część odpowiedzialności spada na scenarzystów, bo obrali oni doprawdy niewygodną narrację.

„2:22” nie jest kolejnym plastikowym filmem głównego nurtu, z rozpędzoną do granic możliwości akcją. Ma więcej wspólnego z kinem niszowym – przygaszone barwy, powolna praca kamer (jeden wypadek pokazuje się wręcz w zwolnionym tempie i muszę przyznać, że ten widok robi wrażenie, ale jeszcze bardziej widowiskowa była dla mnie sekwencja z hologramem) i duże skupienie na najważniejszych bohaterach filmu – ale według mnie tym, że użyję tego ostatnimi czasy bardzo popularnego wyrażenia, gorszego sortu. Bo choć zdjęcia uważam za najmocniejszy punkt tej produkcji to moja aprobata wynika z ich efektowności (są po prostu ładne), a nie intensywności w sferze emocjonalnej. Tak, twórcy nie zaniedbują bohaterów. Tak, dosyć szczegółowo przedstawiają kluczowe postacie, ale co z tego, skoro są to jednostki raczej nieciekawe. UWAGA SPOILER Do pewnego momentu, bo połączenie ich z osobami żyjącymi przed trzydziestoma laty (optuję za reinkarnacją) było iście smacznym, choć niezbyt odkrywczym wybiegiem, którego na dodatek, przyznaję, nie udało mi się przewidzieć. Sądzę jednak, że niejedna osoba sama wpadnie na ten trop, bo wcześniej pojawia się trochę sygnałów wskazujących na ten motyw. Sygnałów, których mnie nie udało się jednak właściwie odczytać – zresztą to samo tyczy się tożsamości zabójcy z Grand Central Terminal. Jedyne, co rozszyfrowałam to to, że zagrożenie stworzy były chłopak Sarah, więc bilans jest raczej marny. Nie popisałam się... KONIEC SPOILERA. Najzabawniejsze jest to, że chociaż do seansu „2:22” zachęciła mnie przede wszystkim Teresa Palmer widniejąca w obsadzie to przez jakiś czas pragnęłam bym pojawiała się jak najrzadziej. Nie dlatego, że grała źle, bo akurat jej warsztatowi zarzucić niczego nie mogę. Ale roli, jaką najpierw odgrywała już tak. Bo na początku jej związku z Dylanem jej obecność na planie zwiastowała skręt w stronę romansidła. A ja obawiałam się, że nie zniosę więcej ciepłych słów, maślanych oczu, przytulanek i pocałunków, bo to naprawdę nie na moją głowę. Ale gdy ten związek zaczął się komplikować, gdy zaczęły pojawiać się na nim pewne rysy mogłam wreszcie pożegnać się z obawą i z przyjemnością witać każde kolejne pojawienie się Teresy Palmer na ekranie. To znaczy prawie, bo gorszego finału to wymyślić się chyba nie dało. Co jest dla mnie tym bardziej bolesne, kiedy pomyślę o tej drugiej furtce, jaką otwarł ten materiał, o dużo lepszej możliwości stworzonej dosłownie chwilę wcześniej.

Co prawda daleka jestem od twierdzenia, że „2:22” mogła urosnąć do rangi arcydzieła, gdyby tylko wprowadzono kilka poprawek, ale taki materiał na pewno stwarzał szansę na wybicie się ponad średnią, której w mojej ocenie twórcy nie wykorzystali. Ten ciekawy, acz niekoniecznie innowacyjny motyw przewodni można było przedstawić w dużo bardziej trzymający w napięciu sposób, darować sobie to przesadne lukrowanie wątku romantycznego i wybrać inne zakończenie. Wtedy bez wątpienia dużo silniej zaangażowałabym się w tę opowieść. Ale w ogólnym rozrachunku jakoś tragicznie nie było. Nie zasnęłam, oczy nie bolały mnie zbyt mocno i czułam jakąś tam ciekawość. Niewielką, ale wystarczającą, żeby chciało mi się czekać na zakończenie tego filmu, żebym chciała poznać odpowiedzi na wszystkie pytania postawione w scenariuszu „2:22”. Czy to wystarczy, aby polecać ten obraz Paula Curriego miłośnikom filmowych thrillerów? Hmm... wolę nie.