Stronki na blogu

poniedziałek, 14 kwietnia 2025

„You'll Like My Mother” (1972)

 
Będąca w zaawansowanej ciąży młoda wdowa z Los Angeles, Francesca Kinsolving, przybywa do imponującej wiejskiej posiadłości w północno-wschodniej części stanu Minnesota, aby poznać swoją teściową, Marię Kinsolving. Właścicielka wystawnej rezydencji nie ukrywa, że jest niemile zaskoczona wizytą Franceski, początkowo sili się na uprzejmość, ale w końcu mówi wprost, że nigdy nie zaakceptuje wybranki jej tragicznie zmarłego syna Matthew i owocu ich krótkiego związku. Nalega jednak, by kobieta spędziła noc w jej posiadłości. Samochód Marii podobno odmówił posłuszeństwa, a piesza wędrówka na przystanek autobusowy w trakcie burzy śnieżnej, przy której upiera się niezapowiedziany gość, niechybnie skończyłaby się śmiercią Franceski i jej nienarodzonego dziecka. Wzgardzona synowa przyjmuje jej argumenty, nie podejrzewając, że wizyta w Kinsolving Estate potrwa znacznie dłużej niż do najbliższego poranka, że zostanie uwięziona w zasypanym śniegiem domostwie, a jej jedyną sojuszniczką będzie dziewczyna z niepełnosprawnością intelektualną przedstawiona jej jako młodsza siostra Matthew i najwyraźniej sprowadzona do roli służącej przez własną matkę; mającą mnóstwo sekretów, nieobliczalną nestorkę rodu Kinsolving.

Plakat filmu. „You'll Like My Mother” 1972, Bing Crosby Productions, Universal Pictures

Utrzymany w klimacie gotyckim amerykański dreszczowiec w reżyserii nieżyjącego już Lamonta Johnsona, oparty na minipowieści Naomi A. Hintze pierwotnie wydanej w 1969 roku pod tym samym tytułem: „You'll Like My Mother”. Scenariusz napisał Jo Heims, niewymieniony w czołówce współautor słynnej opowieści „Brudny Harry” (1971). Produkcja „You'll Like My Mother” pod dyrekcją artystyczną Lamonta Johnsona miała miejsce na początku 1972 roku w Glensheen Historic Estate w Duluth w stanie Minnesota, gdzie parę lat później doszło do głośnego morderstwa Elizabeth Mannering Congdon i jej pielęgniarki Velmy Pietili. Zaraz po tej tragedii kino w Duluth zorganizowało specjalny nocny seans „You'll Like My Mother”, co podobno nie spodobało się pogrążonym w żałobie krewnym nieszczęsnej Elizabeth Congdon. Regularna dystrybucja intensywnego thrillera Lamonta o mrocznych sekretach rodzinnych i ewentualnych ukrytych zamiarach wobec głównej bohaterki w Stanach Zjednoczonych (światowa premiera) ruszyła 13 października 1972 roku, a w maju 2016 roku amerykański dystrybutor filmowy i muzyczny, Scream Factory, wypuścił edycję Blu-ray ze specjalnym dodatkiem: wywiadami z częścią obsady „You'll Like My Mother”, Richardem Thomasem i Sian Barbarą Allen, którzy zakochali się w sobie podczas prac nad rzeczonym obrazem – ich związek trwał kilka lat.

Laureatka Oscara za drugoplanową rolę w „Cudotwórczyni” Arthura Penna i dwóch Złotych Globów za aktorskie kreacje w „Ja, Natalia” Freda Coe i „Cudotwórczyni” Arthura Penna, nieodżałowana Patty Duke jako niemodelowa bohaterka opowieści w stylu gotyckim. „You'll Like My Mother” Lamonta Johnsona otwiera podróż autobusem prowadzonym przez serdecznego mężczyznę, Reda Coopera (Dennis Rucker) w oślepiająco białej scenerii. Sroga zima w północno-wschodnim rejonie Minnesoty, przykryta grubą warstwą śniegu zapadła wieś, na obrzeżu której rozciąga się oszałamiająca posiadłość dumnego rodu Kinsolving, punkt docelowy długiej podróży ciężarnej Franceski, żony niedoszłego dziedzica rodzinnej fortuny, boleśnie nieobecnego Matthew. Pierworodny Marii Kinsolving zginął w katastrofie lotniczej w Wietnamie dwa tygodnie po wejściu w związek małżeński z osobą, którą planował przedstawić swojej ukochanej matce. Mężczyzna o Marii wypowiadał się w samych superlatywach, nigdy jednak nie wspomniał, że ma młodszą siostrę, upośledzoną umysłowo Kathleen (nominowana do Złotego Globu – w kategorii najbardziej obiecująca nowa aktorka – genialna Sian Barbara Allen, która zmarła w 2025 roku). Ale zanim Francesca Kinsolving pozna tę niezwykłą dziewczynę, skorzysta z podwózki załatwionej przez uprzejmego kierowcę autobusu i jego znajomego, ekspedienta, który zgodzi się przechować skromny bagaż mocno zdeterminowanej wdowy. Zdeterminowanej, by poznać teściową, ale najwidoczniej niemającej pewności, czy miła kobieta z opowieści Matthew ugości ją w swoich nieskromnych progach. Ostatni odcinek wycieńczającej trasy z Los Angeles do Kinsolving Estate, młoda wdowa pokonuje pieszo – wytrwale przedziera się przez zaspy nie spodziewając się widoku, jaki w końcu się przed nią wyłoni. Onieśmielające bogactwo, o którym Matthew najwyraźniej też się nie zająknął. Z jakiegoś powodu przemilczał ten fakt, tak jak istnienie biednej Kathleen, jak wszystko na to wskazuje straszliwie wykorzystywanej przez zimną panią wielkiego domu. Francesca wchodzi w sam środek rodzinnej burzy wywołanej przez starszą kobietę przedstawiającą się jako Maria Kinsolving (wybitny występ zmarłej w 2014 roku Rosemary Murphy, którą współcześni fani kina grozy mogą znać chociażby z „The Attic” George'a Edwardsa i niewymienionego w czołówce Gary'ego Gravera, „Ręki” Olivera Stone'a, czy „Życia.po.Życiu” Agnieszki Wójtowicz-Vosloo), właścicielka liczącej sobie sześćdziesiąt siedem lat wiejskiej rezydencji, w której wychował się jej umiłowany syn Matthew. Wspomnianą burzę rozpętało utopienie kociąt, jak się wydaje, jedynej przyjaciółki Kathleen: rasowej kotki, która puściła się z jakimś dachowcem, w wyniku czego wydała na świat „prawdziwe potwory”, tj. zwierzęta nieczystej krwi. Rozpaczająca nad bezpowrotnie straconymi pupilami dziewczyna więcej współczucia znajduje u nieznajomej niż swojej rodzicielki. W zasadzie teściowa Franceski nie okazuje córce żadnych ciepłych uczuć i na pewno nie żałuje pozbycia się kociego problemu. W takich, szokujących dlań, okolicznościach niezłomna protagonistka „You'll Like My Mother” poznaje kobietę, której wbrew zapowiedziom męża, nie polubiła. Albo Matthew miał fałszywe, wyidealizowane wyobrażenie swojej matki, albo z premedytacją okłamywał Franceskę, bo „przeklęta intruzka” nie potrzebuje nawet pięciu minut, by dojść do wniosku, że właścicielka Kinsolving Estate zdecydowanie nie jest taka jak w jego opowieściach.

Kadr z filmu. „You'll Like My Mother” 1972, Bing Crosby Productions, Universal Pictures

Annie Wilkes w Overlook Hotel. Licencjonowana pielęgniarka twardo zarządzająca staroświecką rezydencją, całkowicie odciętą od świata przez załamanie pogody. Zamieć śnieżna wygodną wymówką dla spiskującej przeciwko synowej? Mroczne domiszcze skrywające brudne sekrety najstarszej przedstawicielki skompromitowanego rodu Kinsolving? Despotycznej posiadaczki ogromnego majątku, która ma „dobrą radę” dla ubogiej matki jej wnuka lub wnuczki. Łatwe pozbycie się „problemu” - oddanie noworodka jakiejś dobrze sytuowanej parze. A może „dostojnej damie” rzekomo nieuznającej jedynego potomka swego jedynego syna? Tak czy inaczej „kochana babunia” obawia się roszczeń finansowych od bezrobotnej kobiety niemającej własnej rodziny, którą mogłaby poprosić o pomoc. Francesca wprawdzie zarzeka się, że do Kinsolving Estate nie przywiodła jej rozpaczliwa sytuacja życiowa, przysięga, że nigdy nie przyjmie ani centa od wyrodnej babki dziecka, które za wszelką cenę jest zdecydowana zatrzymać. Po tej skrajnie nieprzyjemnej rozmowie z gospodynią upiornego domu, atmosfera pozornie się rozluźnia. Zapał Franceski do natychmiastowej ucieczki zostaje lekko ostudzony zaproszeniem na kolację i obietnicą podwiezienia na przystanek autobusowy. Co ciekawe „wydziedziczona synowa” zyskuje przywilej nieosiągalny dla rodzonej córki – zasiada przy tym samym stole co wyniosła pani domu. Po posiłku Franceska przypadkiem znajduje list, który obnaży pierwsze z licznych kłamstw Marii Kinsolving, tymczasem starającej się uruchomić samochód - ewentualnie pozorującą to działanie – którym miała bezpiecznie odstawić synową na przystanek, skąd z kolei miał nadzieję zabrać ją troskliwy Red. Chce czy nie (a na pewno nie chce) Francesca musi poczekać do rana; przenocować w nieprzytulnym pokoju naprędce przygotowanym przez Kathleen, z którą nasza twarda przewodniczka szybko nawiąże więź. Piękna przyjaźń w oku cyklonu. Za złe samopoczucie Franceski w sypialni gościnnej wybranej przez królową Kinsolving Estate odpowiada obraz przedstawiający młodego Kennetha, sadystycznego kuzyna Matthew. Czarna owca albo typowa skłonność do przesady pierworodnego Marii Kinsolving. Przesadzone opowieści żołnierza „ze szlachecką krwią”, makabryczne bajki o znęcaniu się nad zwierzętami skutecznie sprzedane naiwnej dziewuszce bez grosza przy duszy? W każdym razie Maria wyśmiewa historyjkę o małym Kennym z lubością mordującym uwielbianego żółwia małego Matta. Dalej robi się jeszcze bardziej podejrzanie – gorące kakao, dzwoniący telefon – a najgorsze, że Francesca nie może tak po prostu opuścić tej przebrzydłej posiadłości. Instynkt nakazuje natychmiastową ucieczkę, ale jak to zrobić, gdy nawet Matka Natura jest przeciwko tobie? Przygłucha starsza kobieta może uprzykrzyć życie Francesce, ale raczej nie stanowi takiego zagrożenia jak trzaskający mróz, porywisty wiatr i gęsto padający śnieg... „You'll Like My Mother” Lamonta Johnsona to kameralny dreszczowiec suspensywny, wyśmienicie klimatyczna, wolno rozwijająca się opowieść pełna „niespodzianek” - zwroty akcji, które dzisiejsza publiczność może już wyczuwać instynktownie; nauczona latami doświadczeń z tego typu sztuczkami stosowanymi przez dawnych i obecnych filmowców. Swoją drogą ciekawe, czy M. Night Shyamalan widział „You'll Like My Mother” UWAGA SPOILER przed spłodzeniem mniej przewidywalnej „Wizyty” (2015) KONIEC SPOILERA. Mimo wszystko widowisko nieustępliwie trzymające w napięciu, zadręczające niepewnością jutra walecznej protagonistki, jej cudownej sojuszniczki i nadzwyczaj spokojnej „wszechobecnej obecności” - naciągany wątek, który może przywieść na myśl opus magnum Virginii Cleo Andrews, ale jestem skłonna przymknąć na to oko, zważywszy na emocje, jakich mi dostarczył. I jeszcze diaboliczna postać, w którą w doskonałym stylu wcielił się Richard Thomas, Bill Denbrough z wydanego później miniserialu opartego na powieści Stephen Kinga, „To” Tommy'ego Lee Wallace'a. Wystąpił też w telewizyjnej odsłonie „Marzeń i koszmarów” zdolnego pana z Maine.

Thriller niedoceniony. Mało znany klaustrofobiczno-paranoiczny spektakl filmowy z prześwietnymi kreacjami aktorskimi na kanwie nominowanej do Nagrody im. Edgara Allana Poego debiutanckiej krótkiej powieści nieżyjącej już amerykańskiej pisarski specjalizującej się w opowieściach kryminalnych i nadprzyrodzonych. „You'll Like My Mother” w reżyserii Lamonta Johnsona to jak najbardziej godna odkopania, stylowa pozycja gatunkowa, która „powinna” przypaść do gustu fanom i fankom twórczości Alfreda Hitchcocka, Stephena Kinga i/lub Romana Polańskiego. Ale przede wszystkim zakochanym w gothic fiction.

sobota, 12 kwietnia 2025

„Siekiera” (1974/1977)

 
Trzech gangsterów, Steele, Lomax i Billy, włamuje się do pokoju hotelowego wynajmowanego przez ich dłużnika. Po dłuższej chwili pożyczkobiorca wchodzi do środka ze swoim kochankiem, prosto w zabójcze łapy nieproszonych gości. Potem gang Steele'a opuszcza miasto i kieruje się na zapadłą prowincję, wierząc, że tam nie dosięgnie ich karząca ręka sprawiedliwości. Herszt bandy i lojalniejszy z jego podwładnych terroryzują ekspedientkę sklepu samoobsługowego, a następnie ich uwagę zwraca odizolowana farma, gdzie zastają dziewczynę imieniem Lisa i jej całkowicie sparaliżowanego dziadka. Steele i Lomax zgodnie uznają, że to doskonałe miejsce na przeczekanie pogoni policyjnej. Zmuszają Lisę do usługiwania im, błędnie zakładając, że mają do czynienia z bezbronną, słabą istotą.

Plakat filmu. „Axe” 1974/1977, Frederick Productions, Empire Studios

Urodzony w 1948 roku na Brooklynie Frederick R. Friedel zainspirowany wyczynem („Obywatel Kane” 1941) Orsona Wellesa swego czasu dążył do nakręcenia swojego pierwszego filmu najpóźniej w dwudziestym piątym roku życia. Za marzeniem gonił oczywiście w Los Angeles, gdzie w końcu udało mu się pozyskać cennego partnera – w gruncie rzeczy mało doświadczonego producenta (i aktora) J.G. Pattersona Jr., ale znanego miłośnikom krwawego kina grozy dzięki długiej współpracy z Herschellem Gordonem Lewisem - wzbudzić zainteresowanie swoim pomysłem na horror. Etap produkcji trwał dziewięć dni i kosztował zaledwie dwadzieścia pięć tysięcy dolarów. Główną lokalizacją był wiejski dom na obrzeżach Charlotte w Karolinie Północnej, wypożyczony od prywatnych właścicieli (na około trzy dni) za jedyne dwadzieścia pięć dolarów. Sekwencja otwierająca powstała w Hotel Charlotte (działał też pod nazwami „Queen Charlotte Hotel”, „White House Inn” i „White House Hotel”), prawdopodobnie wtedy już niefunkcjonującym. Hotel w dzielnicy Uptown w Charlotte w Karolinie Północnej, wpisany na listę zabytków historycznych w 1979 roku, zamknięto w 1973 roku (piętnaście lat później budynek zburzono), a zdjęcia główne do teoretycznie debiutanckiego filmu Fredericka Friedela miały powstać zimą 1974 roku. Pierwszy pokaz ponoć odbył się w Greenville w Karolinie Południowej jeszcze w tym samym roku (9 grudnia), pod preferowanym przez reżysera i scenarzystę tytułem „Lisa, Lisa”. Inne źródła podają, że światowa premiera tej pozycji miała miejsce dopiero w 1977 roku. Tak czy inaczej, od drugiej połowy lat 70. XX wieku obraz funkcjonuje głównie pod nazwą „Axe” (pol. „Siekiera”) - pozostałe alternatywne tytuły: „The Axe Murders”,„California Axe Massacre” (ażeby popłynąć na fali „Texas Chainsaw Massacre” Tobe'ego Hoopera).

Niespełna 70-minutowy exploitation film w reżyserii i na podstawie scenariusza niezbyt płodnego amerykańskiego twórcy. Z nieobszernej filmografii Fredericka R. Friedela recenzenci najczęściej wyróżniają „Date with a Kidnapper” z 1976 roku. Ale nie ulega wątpliwości, że to „Siekiera” zyskała największą oglądalność – zdecydowanie najbardziej znane dziełko Friedela – co może zawdzięczać brytyjskim cenzorom z lat 80. XX wieku: wciągnięciu na niesławną listę video nasties (sekcja pierwsza). Na Wyspach film został zalegalizowany dopiero w 1999 roku, a właściwie wersja okrojona o dziewiętnaście sekund; pierwsze wydanie całości w tej części świata pojawiło się w 2005 roku. Przez lata krążyły plotki, że odtwórczyni głównej roli żeńskiej Leslie Lee zmarła zaraz po zakończeniu zdjęć do „Siekiery”, co Friedel zdementował w 2015 roku, stwierdzając, że kobieta mieszka z mężem w Cabo San Lucas w Meksyku. Przy okazji obalił też inny mit związany z „Siekierą”, mówiący o skandalicznej pracy z nieletnią. Przez długi czas panowało przekonanie, że w niesmacznym filmie Fredericka Friedela zagrała ledwie trzynastoletnia dziewczyna, podczas gdy odtwórczyni tej kontrowersyjnej roli na pokład „Siekiery” weszła w dwudziestym trzecim roku życia – w tamtym czasie Leslie Lee realizowała się w modelingu, ale stawiła się (z własnej, nieprzymuszonej woli) na przesłuchanie do „wielkiego dzieła” początkującego amerykańskiego filmowca. Friedel nie ukrywa, że dołożono wszelkich starań, by maksymalnie wydłużyć poszczególne sceny „Siekiery”, włącznie z planszą początkową i końcową, co przypuszczalnie było podyktowane nie tyle brakiem pomysłu na rozwinięcie fabuły, ile brakiem funduszy. Można powiedzieć, że usiłowano zrobić coś z niczego, w czym pomogła bardzo niska gaża wszystkich członków ekipy (dziesięć dolarów na głowę za każdy dzień pracy). Coś zrobiono, ale jakości „Martwego zła” Sama Raimiego, jednego z najsłynniejszych ultra niskobudżetowych horrorów (nie aż tak taniego jak „Siekiera”), lepiej się nie spodziewać. Zaczynamy od zdjęcia białego domu na wsi – ponad dwuminutowe ujęcie (napisy początkowe i fantazyjna karta tytułowa) – później powiązanego z „Pearl” Ti Westa, zresztą podobnie/identycznie jak parę innych kadrów. Akcja „Siekiery” zawiązuje się w obskurnym, klaustrofobicznym pokoju hotelowym w dużym amerykańskim mieście, w którym rozgaszczają się gangsterzy. Obsesyjnie dbający o paznokcie lider gangu Steele (przeciętna kreacja Jacka Canona, który później pokaże się chociażby w „Skanerach” Davida Cronenberga i „Maksymalnym przyspieszeniu” Stephena Kinga; wypada też dodać, że nie jest to jedyna jego współpraca z Frederickiem Friedelem, vide „Date with a Kidnapper”), miłośnik cuchnących cygar zawsze chętny do skopania bezbronnych tyłków Lomax (mierny występ Raya Greena) oraz słusznie przerażony, mający wyrzuty sumienia Billy (w ramach oszczędności w tej roli wystąpił sam reżyser; moim zdaniem najgorsze wcielenie aktorskie w „Siekierze”). Panowie czekają na jakiegoś Aubreya, który wisi im kasę. A w pakiecie dostają kochanka tragicznie zadłużonego mężczyzny. Skatowanego na śmierć zwykłą lalką. Jeszcze tylko śmiertelnym skok i już przenosimy się na wieś. Do samochodu uciekających kryminalistów - jedna z dubbingowanych scen; głosy w wielu fragmentach podłożono w postprodukcji, co chyba można traktować jako obejście problemu kiepskiej jakości sprzętu nagłaśniającego i nagrywającego będącego na stanie zespołu technicznego skompletowanego na potrzeby tej amatorskiej, ewentualnie półprofesjonalnej produkcji. Pierwszy przystanek: samoobsługowy sklep spożywczy, gdzie zwyrodnialcy zabawią się kosztem ekspedientki. Poruszający moment, straszliwy terror bez epatowania sztuczną krwią. A w międzyczasie będziemy zaglądać do cichego domu dziewczyny z siekierą i mężczyzny ze znacznym stopniem niepełnosprawności.

Plakat filmu. „Axe” 1974/1977, Frederick Productions, Empire Studios

Nakręcony na taśmie filmowej 35 mm - najczęściej bez powtórek, bo było jej mało, a dokupić nie bardzo, skoro pieniędzy też nie było - nierówny film (cykl wzlotów i upadków) o brutalnym najściu na wiejski dom zamieszkały przez młodą kobietę i jej dziadka. Podciągany pod UWAGA SPOILER rape and revenge, ale ja bym ograniczyła się tylko do drugiego członu tej nazwy. Trudno o pewność, wydaje mi się jednak, że w świecie przedstawionym w „Siekierze” Fredericka R. Friedela do gwałtu nie doszło. Dwie próby gwałtu na moje - zmęczone niemiłosiernie wydłużonymi, statecznymi ujęciami - oko KONIEC SPOILERA. Lisę (frapująca kreacja Leslie Lee) poznajemy jako jedyną opiekunkę starszego niemego człowieka z domniemanym porażeniem czterokończynowym (bezbłędnie grający twarzą aktor jednej roli Douglas Powers). Samotną gospodynię domową, prowadzącą małą, przydomową hodowlę kur, na bieżąco dostarczających świeżutką podstawę żywienia jej dziadka – troskliwa(?) wnuczka karmi go surowymi jajkami, od czasu do czasu urozmaicając dietę mięsem drobiowym i zupą pomidorową z puszki (jak się poszczęści to smacznie doprawioną, że tak sobie wstrętnie zażartuję). Ona sama preferuje kruche ciasteczka maczane w mleku. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że dziadek Lisy całe dnie bezmyślnie wpatruje się w zamazany ekran telewizora (odbiór dźwięku dużo lepszy), ale po bliższym przyjrzeniu niejeden widz zapewne dojdzie do wniosku, że bezimienny pułkownik nie tyle żyjący, ile wegetujący na ponurym odludziu, bezradnie przysłuchuje się codziennej krzątaninie wnuczki w nadziei na niewychwycenie niepokojących odgłosów. Każdego dnia z trwogą „wypatruje” oznak moralnego upadku Lisy? Tak czy owak, na twarzy podopiecznego młodej farmerki niekiedy odbijają się lęk, popłoch, panika. Taką reakcję można zaobserwować już przed przyjazdem niechcianych gości. Trzymający w napięciu spacer bosonogiej dziewczyny, zażywanie świeżego powietrza w smętnym lesie – naokoło do narzędzia, które tak przeraża jej dziadka? Mężczyzna boi się, że pewnego dnia ostrze siekiery opadnie na jego „bezużyteczne” ciało? W każdym razie od Lisy od początku bija jakaś mroczna energia, zepsuta aura, czy coś w tym rodzaju. Niby troskliwie opiekuje się osobą niezdolną do samodzielnej egzystencji, mężnie stawia czoła sadystycznej Opatrzności, bez niczyjej pomocy jakoś wiąże koniec z końcem, nie daje się przebrzydłemu życiu, niby zasługuje na podziw, szacunek, współczucie, ale, jednak, niemniej... „Siekierę” Fredericka Friedela oskarżano o mizoginistyczny wydźwięk i tym razem (jak rzadko, prawie nigdy) chyba wiem dlaczego. Przez tę odpychającą aurę Lisy, ofiary zatwardziałych kryminalistów, istoty sterroryzowanej we własnym domu, w domyśle zawsze mającej ostro pod górkę. Trudno sympatyzować z tą biedną dziewczyną, daleka jednak jestem od zarzucania twórcom „Siekiery” karygodnych prób ocieplenia wizerunków jej oprawców. Chyba że do oprawców wliczymy Billy'ego, niebiorącego udziału w sadystycznych uciechach swoich niedobrych „kolegów” – najchętniej zerwałby z nimi wszelki kontakt, uciekł jak najdalej od Lomaxa i przede wszystkim Steele'a, niekwestionowanego szefa gangu morderców, powstrzymuje go jednak pewność, że ci rzekomi koledzy poruszyliby niebo i ziemię, by go odnaleźć i zatłuc jak Aubreya – ale też nie podejmuje zdecydowanych prób przeciwdziałania bezsensownej przemocy. Gwoli doprecyzowania: raz Billy zaryzykuje ucieczkę, ale szybko wróci - w jednej scenie Billy znika, a w następnej, bez żadnych wyjaśnień, „jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki” zjawia się przed drzwiami łazienki, gdzie Lisa, metaforycznie rzecz ujmując, właśnie stoi nad przepaścią, ściskając w ręku brzytwę, która najlepiej przysłuży jej się w sypialni. Najbardziej krwisty moment, najdrastyczniejszy - ciąg dalszy w łazience, przy czym na tym etapie twórcy bardziej zaufali wyobraźni widza; muszę przyznać bardzo sugestywna akcja z wanną wypełnioną... Powiedzmy, że nawiedziło mnie śliczne:) wspomnienie stworzonego trochę później „Mrocznego instynktu” w reżyserii Joe D'Amato) – ale w prawdziwym życiu coś takiego raczej nie miałoby prawa się zdarzyć. W każdym razie mocno naciągany epizod chaotycznego utworu Fredericka Friedela o tajemniczej Lisie, rozbrojonym pułkowniku, ohydnych zwyrodnialcach i niedoszłym, wzgardzonym sojuszniku niekoniecznie w najcięższej życiowej przeprawie UWAGA SPOILER reinkarnacji Lizzie Borden, zakładając, że w upiornych opowieściach - siekierezada - na jej temat tkwi choćby źdźbło prawdy KONIEC SPOILERA. Może i tandetne to filmidło, ale swoje momenty ma. I cudną (dudniąco-świszcząco-trzeszczącą) ścieżkę dźwiękową, która podobno powstała w ciągu jednego dnia. Nie wspominając już o ponurym, depresyjnym, klaustrofobicznym, obskurnym, brudnym klimacie.

Nihilistyczny film ambitnego młodzieńca z niesamowitym samozaparciem. Potworek nadludzkim wysiłkiem stworzony. A mówią, że bez pieniędzy ani rusz:) „Siekiera” Fredericka R. Friedela, pomimo swojej skromnej długości, to prawdziwy test cierpliwości dla fanów kina. Oczywiście nie wszystkich, ale nawet wśród największych miłośników exploitation movies pewnie znajdą się jeszcze osoby (dołączą do wciąż powiększającego się grona nieźle wynudzonych tym niekunsztownym widowiskiem), dla których dotarcie do napisów końcowych tego tworu będzie niemałym wyzwaniem. Co by nie mówić, to jednak spory wyczyn, żeby „bez grosza przy duszy” (tj. z dwudziestoma pięcioma patykami) wyhodować aż tyle. Bida z nędzą, ale nie mogę nie docenić wysiłku. Boję się tylko polecać.

czwartek, 10 kwietnia 2025

„Seven Veils” (2023)

 
Reżyserka teatralna Jeanine zostaje wybrana do ponownego wystawienia sztuki „Salome” Richarda Straussa na podstawie tragicznej sztuki Oscara Wilde'a w interpretacji jej już nieżyjącego mentora Charlesa, opery powszechnie uważanej za jego najwybitniejsze osiągnięcie. Jeanine pracowała przy oryginalnej produkcji i zawsze z podziwem wypowiadała się o jej reżyserze, w zarządzie panuje więc przekonanie, że wiernie będzie trzymała się wizji Charlesa. Co prawda kobieta już na wstępie wprowadza parę drobnych zmian, ale sytuacja robi się naprawdę napięta, gdy Jeanine przechodzi do zasadniczych modyfikacji. Kierują nią traumatyczne wspomnienia, przez lata zagrzebane głęboko w podświadomości i stopniowo wypływające na powierzchnię pod wpływem wielkiego dzieła człowieka, który okrutnie wykorzystał intymne zwierzenia swojej uczennicy. Słynnego reżysera operowego, któremu Jeanine oddała duszę i serce.

Plakat filmu. „Seven Veils” 2023, Rhombus Media, Ego Film Arts, Téléfilm Canada

W pierwszym tygodniu lutego 2023 roku Canadian Opera Company otworzyła sezon na „Salome” Richarda Straussa w interpretacji Atoma Egoyana – wznowienie premierowo wystawionej w 1905 roku najpopularniejszej opery na kanwie sztuki Oscara Wilde'a (pod tym samym tytułem) pierwotnie opublikowanej w 1893 roku. Przygotowania do tego wydarzenia z inicjatywy reżysera, toczyły się równolegle z przygotowaniami do produkcji filmowej opartej na jego własnym scenariuszu, thrillerem/dramatem psychologicznym będącym wariacją na temat „Salome” Richarda Straussa i czerpiącym z autentycznej historii, z którą Egoyan zderzył się w młodości. UWAGA SPOILER Skomplikowany, patologiczny związek jego koleżanki z „bardzo znanym artystą w mieście”, jej rodzonym ojcem, który odnalazł w niej swoją muzę, uczynił tematem wielu swoich obrazów... fetyszyzował ją, molestował seksualnie, obrzydliwie wykorzystywał zaufanie własnego dziecka KONIEC SPOILERA. „Seven Veils” jak dotąd jest najbardziej zdecydowanym podejściem Atoma Egoyana do tego ciężkiego tematu – nieśmiałe próby (ostrożne badanie terenu, subtelniejsze aluzje) podejmował już w latach 90. XX wieku, w „Klubie Exotica” (1994) i w „Słodkim jutrze” (1997) – z odniesieniami do opus magnum Oscara Wilda, arcydzieła literatury światowej „Portretu Doriana Graya” oraz dorobku Alfreda Hitchcocka: opartych na twórczości Daphne du Maurier „Rebece” i „Ptakach” oraz „Podejrzanych” z Carym Grantem, adaptacji powieści Anthony'ego Berkeleya Coxa.

Atomowi Egoyanowi bardzo zależało na ponownej współpracy z Amandą Seyfried, odtwórczynią tytułowanej postaci w jego dobrze przyjętym thrillerze psychologicznym z 2009 roku, przygotował się jednak na odmowę, zważywszy na jej napięty harmonogram. Założył, że jest wypełniony po brzegi, ale szczęśliwym trafem Seyfried miała małą lukę w planie zajęć. I była bardziej niż zainteresowana odnowieniem zawodowych kontaktów z twórcą „Chloe”. W lutym 2023 roku - parę dni po premierze wznowienia operowego arcydzieła Richarda Straussa, tym razem pod dyrekcją artystyczną Atoma Egoyana – do wiadomości publicznej podano informację o zbliżających się zdjęciach do najnowszego filmu cenionego kanadyjskiego filmowca o dręczonej mrocznymi wspomnieniami reżyserce teatralnej, w którą wcieli się Amanda Seyfried. „Seven Veils” nakręcono w Toronto w kanadyjskiej prowincji Ontario jeszcze w pierwszym kwartale 2023 roku, a obsadę zasilili artyści operowi i orkiestra z superprodukcji Canadian Opera Company o nieszczęśliwie zakochanej pasierbicy króla Heroda. Światowa premiera „Seven Veils” odbyła się w drugim tygodniu września 2023 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto – film trafił do Canada's Top Ten 2023 (coroczna lista TIFF). Do marca 2025 roku to dziełko można było zobaczyć jedynie na nielicznych festiwalach – dystrybucję kinową, w ograniczonym zakresie (wybrane kina), jednocześnie otwarto w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Scenariusz „Seven Veils” powstał dzięki ograniczeniom w teatralnej działalności Atoma Egoyana na rzecz „Salome” niemieckiego kompozytora muzyki późnego romantyzmu (i dyrygenta) Richarda Straussa oraz irlandzkiego dramatopisarza (też prozaika, poety i filologa klasycznego), przedstawiciela modernistycznego estetyzmu Oscara Fingala O’Flahertie'ego Willsa Wilde'a. Egoyan z różnych powodów nie mógł sobie pozwolić na takie przetworzenie oryginalnego scenariusza „Salome”, jakie wpadło mu do głowy. Nie mógł wprowadzić zbyt daleko idących zmian, ale nic nie stało na przeszkodzie, by podzielił się swoją wizją z miłośnikami kina. Reinterpretacją „Salome”, którą przypisał fikcyjnej bohaterce „Seven Veils”, artystycznego dramatu psychologicznego z elementami dreszczowca, w którym Egoyan podejmuje jeden ze swoich ulubionych tematów (patrz: „Niepamięć” z 2015 roku) i być może najbardziej obszerny. Tajemnice pamięci. W „Seven Veils” Egoyan bada psychologiczny mechanizm obronny zwany wyparciem lub represją na przykładzie kobiety sukcesu, która nieświadomie „wymazała”, stłumiła najgorsze wspomnienia z dwóch okresów swego życia. Jeanine (niezwykle ekspresyjny występ Amandy Seyfried, moim zdaniem wybitna kreacja laureatki Złotego Globu i Emmy za rolę w miniserialu „Zepsuta krew” Taylor Dunn i Rebekki Jarvis) poznajemy jako reżyserkę rozpoczynającą nowy etap w swojej artystycznej karierze. Dotąd zajmowała się produkcjami na dużo mniejszą skalę; spełniała się w małych regionalnych teatrach, ale najwyraźniej w którymś momencie to przestało jej wystarczać. Albo jakaś część Jeanine w wielkiej ofercie pod duchowym patronatem potężnego Charlesa od początku widziała doskonałą szansę na rozliczenie się z przeszłością. Tak czy inaczej, zdecydowała się na tymczasowe rozstanie z rodziną: małoletnią córką Lizzie (Maya Misaljevic), mężem Paulem (Mark O'Brien, m.in. „Źle się dzieje w El Royale” Drew Goddarda, „Zabawa w pochowanego” Matta Bettinelliego-Olpina i Tylera Gilletta) i cierpiącą na demencję starczą matką Margot (Lynne Griffin), podejrzanie często odwiedzaną przez nietroskliwego zięcia. Prawdziwym powodem tych nietradycyjnych wizyt Paula może być prywatna pielęgniarka Margot, młoda kobieta Dimitra (Maia Jae Bastidas).

Plakat filmu. „Seven Veils” 2023, Rhombus Media, Ego Film Arts, Téléfilm Canada

Psychodrama, dramaterapia Jeanine. Slow burn movie w teatralnym entourage'u. Przewidywalna podróż w głąb przeraźliwie poranionego umysłu. Aluzyjna opowieść o dziewczynce tańczącej w lasie z czarną opaską na oczach i młodej adeptce sztuki teatralnej coraz głośniej, natarczywiej dopominających się uwagi od zabieganej reżyserki makabrycznej opery. Niekonwencjonalna historia miłosna Oscara Wilde'a wzorowana na tekście biblijnym – dla jednych badaczy przedmiotu dosyć wierna kopia, dla innych raczej swobodna interpretacja przypowieści z Nowego Testamentu Pisma Świętego. Sensoryczny labirynt Atoma Egoyana, który nasuwał mi lekkie skojarzenia z „Czarnym łabędziem” Darrena Aronofsky'ego – zbliżona (nieidentyczna) wrażliwość. Muzyczna ekstaza (niepierwsza owocna współpraca Egoyana z oscarowym kompozytorem Mychaelem Danną; z udziałem orkiestry pod batutą Johannesa Debusa i z wykorzystaniem wspaniałych utworów Richarda Straussa), drażniąco rozproszona treść. Poboczne wątki, z których niewiele wynika. W moim poczuciu tak zwane zapychacze czasu, drogi donikąd. Na przykład wątek Rachel (Vinessa Antoine) i Luke'a (Douglas Smith, m.in. „Zaraźliwi” Brandona Cronenberga, „Diabelska plansza Ouija” Stilesa White'a, „Bye Bye Man” Stacy Title) dublerów odtwórców głównych ról w reinterpretacji „Salome” oraz silnie powiązany z nim wątek głównej rekwizytorki, utalentowanej i nieco roztrzepanej rzeźbiarki o imieniu Clea (Rebecca Liddiard). Nie wspominając już o toksycznej relacji Ambur i Johana, po raz wtóry odgrywających Salome i Jana Chrzciciela (Ambur Braid i Michael Kupfer-Radecky, gwiazdy reedycji operowej, którą pokierował Atom Egoyan we współpracy z zarządem Canadian Opera Company), skandalicznym zachowaniu z nieodległej przeszłości naturalnie przekładającym się na ich obecne partnerstwo sceniczne, sferę stricte zawodową. Dziwnie przedstawiono też motyw romansu – przykre podejrzenia Jeanine, których ewentualne potwierdzenie może uruchomić dobrze znany jej mechanizm obronny. Znowu spuści kurtynę zapomnienia? Mimowolnie usunie ze świadomości skrajnie niewygodne fakty na temat swojego życiowego partnera? Marnego zastępcy Charlesa? Tak czy owak, Jeanine swego czasu obdarzyła sławnego reżysera teatralnego miłością bezgraniczną, ślepą i na swój sposób obłąkaną. Miłością/obsesją, której nie pokonała nawet Śmierć – duch Charlesa niezmiennie unosił się nad Jeanine, jego obecność zawsze była tak intensywna, jak zniewalająca energia Rebeki de Winter w Manderley. Największe artystyczne wyzwanie Jeanine, „Salome”, może umocnić ten destrukcyjny związek albo nareszcie uwolnić nieszczęsną protagonistkę „Seven Veils” od złego ducha. Duchów. Legendarna sztuka działająca jak egzorcyzm. Zakładając, że główna bohaterka filmu nazwanego na cześć Tańca Siedmiu Zasłon - pokrótce opisanego przez Oscara Wilde'a, a spopularyzowanego przez Richarda Straussa - nie zawróci z obranej ścieżki. Wstąpiła na tę okropnie wyboistą drogę z boleśnie znajomą, a przynajmniej budzącą jakieś niejasne, ale na pewno nieprzyjemne skojarzenia, czarną opaską na oczach, która wcześniej czy później musi przecież opaść. Musi? UWAGA SPOILER W każdym razie punkt kulminacyjny ta średnio zajmująca walka z wewnętrznymi demonami osiąga w piorunującym „teatrze cieni”, Tańcu Siedmiu Zasłon - jednym z najbardziej spektakularnych momentów (pierwszorzędna sztuka minimalizmu) w głośnym wydarzeniu „bezczelnie” (prawidłowo!) zakłóconym przez nieposłuszną członkinię zespołu skompletowanego z myślą o upamiętnieniu, kategorycznym unieśmiertelnieniu podłego Charlesa, rzekomo genialnego reżysera operowego, który niewiele różnił się od współczesnego Heroda, nieprzypadkowo nazwanego Haroldem KONIEC SPOILERA.

Przeintelektualizowany utwór Atoma Egoyana, pogubione kino artystyczne i gatunkowe, nadęta symfonia o niezbawiennym zapominaniu lub po prostu niedokończona opowieść wielowątkowa. Z fenomenalną pierwszoplanową kreacją aktorską i wyborną oprawą muzyczną. Tak muszę podsumować moje spotkanie z „Seven Veils”, dramatem psychologicznym z niewielkim dodatkiem thrillera (podobno hitchcockowskiego), który z jednej strony nieźle mnie wymęczył, a z drugiej delikatnie zaczarował. Osobliwe zjawisko.

wtorek, 8 kwietnia 2025

„Małpa” (2025)

 
Wychowywani przez samotną matkę bliźniacy Hal i Bill Shelburn w rzeczach, które zostawił ich ojciec znajdują nakręcaną małpę uderzającą pałeczkami w bęben przy akompaniamencie wesołej melodyjki. Nieświadomy zagrożenia Bill uruchamia mechanizm śmierci, przekręcając kluczyk umieszczony na plecach przeklętej zabawki. Niedługo potem opiekunka bliźniaków dosłownie traci głowę w restauracji hibachi, a Hal nabiera podejrzeń wobec nakręcanej małpy. Po kolejnych tragediach bracia postanawiają pozbyć się śmiercionośnej zabawki.
Dwadzieścia pięć lat później Hal zostaje poinformowany o zamiarze zaadoptowania jego nastoletniego syna Petey'ego przez aktualnego partnera matki chłopaka. Hal ma spędzić ostatni tydzień ze swoim małoletnim dzieckiem, w związku z czym planuje różne atrakcje odpowiadające zainteresowaniom Petey'ego, jednak po telefonie od dawno niewidzianego brata i makabrze, której staje się świadkiem czuje przymus natychmiastowego powrotu do miasteczka Casco w stanie Maine, gdzie spędził część traumatycznego dzieciństwa. Musi odnaleźć mroczną spuściznę po ojcu, znowu siejącą terror nakręcaną małpę, a nieznający prawdy syn upiera się, by mu towarzyszyć.

Plakat filmu. „The Monkey”, Atomic Monster, Black Bear International, British Columbia Film Commission

W 1980 roku na łamach magazynu Gallery ukazało się opowiadanie Stephena Kinga pt. „The Monkey” - premierowa publikacja w formie broszury – które następnie, po sporych zmianach, zostało wcielone do książkowej kolekcji pierwotnie wydanej w 1985 roku pod nazwą „Skeleton Crew” (pol. „Szkieletowa załoga”), natomiast trzy lata wcześniej rzeczone opowiadanie otrzymało nominację do British Fantasy Award. W pierwszej dekadzie XXI wieku prawa do przeniesienia „The Monkey” Stephena Kinga na ekran kupił Frank Darabont, który zamierzał rozpocząć ten projekt po sfinalizowaniu adaptacji innego tekstu ze zbioru „Szkieletowa załoga” - „The Mist” (pol. „Mgła”). Ta operacja nigdy nie została rozpoczęta, ale temat wrócił w następnej dekadzie (w latach 20. XXI wieku). Przed Cannes Film Market 2023 firma Black Bear Pictures poinformowała opinię publiczną, że filmowa wersja „The Monkey” (pol. „Małpa”) weszła w fazę rozwoju i ogłosiła przetarg dla dystrybutorów. Scenariusz i reżyserię powierzono Osgoodowi 'Ozowi' Perkinsowi, twórcy między innymi „Zło we mnie” (2015), „I Am the Pretty Thing That Lives in the House” (2016), „Małgosi i Jasia” (2020) oraz późniejszego „Kodu zła” (2024). Film kręcono w Vancouver w Kanadzie w lutym i marcu 2024 roku, a budżet produkcji oszacowano na dziesięć do jedenastu milionów dolarów. „Walkę” o prawa do dystrybucji na terenie Stanów Zjednoczonych wygrała szacowna firma Neon – druga współpraca z Osgoodem Perkinsem, po „Longlegs” (pol. „Kod zła”) - która wydała około dziesięciu milionów dolarów na kampanię marketingową; w akcję została zaangażowana niezależna firma multimedialna, właściciel bodaj największej witryny internetowej poświęconej szeroko pojętemu gatunkowi horroru, Bloody Disgusting. Na początku stycznia 2025 w Grauman's Egyptian Theatre, historycznym kinie w Hollywood, w ramach Beyond Fest odbył się przedpremierowy pokaz „Małpy” Osgooda Perkinsa, a regularna dystrybucja ruszyła w pierwszej połowie następnego miesiąca. Do polskich kin obraz trafił w marcu 2025 w wyniku działalności firmy Kino Świat, która - jak Neon - rozpowszechniła też poprzednie dzieło Perkinsa, „Kod zła”.

Podobno jedna z firm producenckich zaangażowanych w projekt „Małpa”, założona przez Jamesa Wana Atomic Monster, miała przedstawić Osgoodowi Perkinsowi „bardzo poważny scenariusz”, który nijak nie pasował do jego wizji, o czym zresztą niezwłocznie miał poinformować ludzi z AM. W wywiadzie dla Empire Magazine Perkins stwierdził, że chciał „pożartować z bezsensowności i przypadkowości śmierci”. Uwypuklić absurdy tego najbardziej naturalnego z procesów. To miało odróżnić „Małpę” od innych opowieści o przeklętych przedmiotach i być może stanowić swoiste rozliczenie z tragiczną, obłąkaną przeszłością Perkinsa – śmierć jego rodziców i medialne szaleństwo na tym punkcie. W opowiadaniu Stephena Kinga mordercza małpa uderzała w talerze, ale jeden z producentów filmowej adaptacji zawczasu zauważył, że prawa do wykorzystania tej wersji popularnej niegdyś zabawki zostały zastrzeżone przez The Walt Disney Company podczas prac nad „Toy Story 3”, filmem animowanym uwolnionym w 2010 roku. Pierwszą reakcją Perkinsa na tę wiadomość był ogromny zawód, ale szybko wpadł na jego zdaniem lepszy pomysł – bębenek. Zwiastujące śmierć rytmiczne uderzanie pałeczkami w membranę plus instrumentalna wersja starego (z pierwszej dekady XX wieku), ale ciągle popularnego brytyjskiego utworu „I Do Like To Be Beside The Seaside”. „Małpę” Osgooda Perkinsa otwiera scena z 1999 roku (umownie): wieczorna wizyta w antykwariacie z upiorną zabawkową małpką pod pachą. Przybysz, Petey Shelburn (Adam Scott), prosi o przyjęcie tego towaru i ostrzega sprzedawcę przed testowaniem jego mechanizmu. Nakręcana małpa nagle się uruchamia, po czym mężczyzna za ladą zostaje wypatroszony w niespotykany sposób, zaś sprawczyni tego nieprawdopodobnego (początek długiej serii celowo przejaskrawionych, krwawych zgonów) nieszczęścia „kończy” w płomieniach. Następnie przenosimy się do rodzinnego gniazdka Petey'ego Shelburna, gdzie zostawił swoich wiecznie skłóconych synów, Hala i parę minut starszego Billa (podwójna rola Christiana Convery'ego, zdolnego młodego aktora, który wystąpił chociażby w „Kokainowym misiu” Elizabeth Banks) oraz żonę Lois (przekonujący występ Tatiany Maslany, ducha ze „Zdjęć Ginger II” Bretta Sullivana). Jak rodziciel Stephena Kinga, Petey wyszedł po papierosy i nigdy nie wrócił. Tak wygląda to z perspektywy jego bliskich, ale odbiorcy filmu zapewne powiążą to z tytułową zabawką, której notabene nie wolno tak nazywać. UWAGA SPOILER W dalszej partii filmu ta drobna pomyłka na jednego z braci Shelburn sprowadzi śmierć. Hipotetycznie KONIEC SPOILERA. Osadzony w realiach schyłku XX wieku pierwszy rozdział „Małpy” Osgooda Perkinsa podąża za chłopcem dręczonym w szkole i w domu; jednym z nieszczęśliwych znalazców szczerzącej się małpy wcześniej przechowywanej w okrągłym pudełku z napisem: „Organ Grinder Monkey. Like Life”.

Plakat filmu. „The Monkey”, Atomic Monster, Black Bear International, British Columbia Film Commission

Małpa” Osgooda Perkinsa jest kojarzona głównie z filmową serią „Oszukać przeznaczenie”, otwartą w 2000 roku przez Jamesa Wonga, twórca głośnego „Kodu zła” zarzeka się jednak, że nigdy nie obejrzał żadnej cegiełki tej niekończącej się historii o misternych planach Śmierci. Jeśli już, to wzorował się na „Creepshow” George'a A. Romero i „Misery” Roba Reinera (makabryczny humor). Poza tym ogromnie zależało mu na oddaniu hołdu człowiekowi, któremu świat horroru dużo zawdzięcza; na ładnym podziękowaniu Stephenowi Kingowi za jego bezcenny wkład w najlepszy z literackich i filmowych gatunków. Tym bardziej więc ucieszył Perkinsa pozytywny odbiór jego dzieła przez autora oryginału, znacznie różniącego się od makabreski syna pierwszego odtwórcy Normana Batesa. Ten sam kłopot (bardzo delikatnie rzecz ujmując), inna historia. W opowiadaniu z czeluści zapomnienia szkaradną małpę wydobywa syn Hala, tym sposobem uruchamiając lawinę okropnych wspomnień z dzieciństwa, niepokrywających się zbytnio z równie traumatyczną przeszłością głównego bohatera „Małpy” Osgooda Perkinsa, w którego w całkiem niezłym stylu wcielił się Theo James znany między innymi z serii „Underworld” i „Niezgodna”. Wydaje się, że bardziej widowiskowe miało być drugie wcielenie Jamesa w tym szumnym przedsięwzięciu – kreacja niewiele starszego brata Hala Shelburna, który podnosi alarm ćwierć wieku po tragicznych wydarzeniach w „typowo kingowskiej mieścinie”. Wybór Casco w Maine miał być kolejnym ukłonem dla Mistrza Nowego Horroru, a przynajmniej sam stan, w przeciwnym bowiem razie postawiono by na Castle Rock, Derry albo inny „wynalazek” Stephena Kinga. Pierwszą ofiarą szatańskiej zabawki po przejęciu przez Hala i Billa Shelburnów była ich opiekunka nazwana na cześć antybohaterki „Misery” Stephena Kinga, czy raczej Roba Reinera (oscarowa kreacja Kathy Bates). Pozorna ofiara „nieostrożnego”, przez chwilę opętanego kucharza, a tak naprawdę ofiara tajemnej mocy tkwiącej w niezniszczalnej(?) Małpie. Pazuzu i Carrie White w jednym:) Arogancki, złośliwy, wręcz sadystyczny bliźniak Hala niczego się nie domyśla, podczas gdy on sam ma coraz więcej powodów, by o tę bezsensowną śmierć posądzać obiekt rzekomo nieożywiony. Bill wprawił w ruch niezwykły mechanizm zaszyty w tytułowym przekleństwie Shelburnów, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji, ale kolejny raz można już uznać za działanie z premedytacją. Przelanie czary goryczy trochę jak w debiutanckiej powieści Stephena Kinga. O jeden okrutny żart (właściwie znęcanie się) za daleko. Krwawa eksplozja bomby ukrytej w ciele. Realne zagrożenie sprowadzone do absurdu, świadoma przesada w jasnej kuchni szaleńczo zabieganej kobiety. Szok w przyjaznych otoczeniu – sceneria jakby kpiąca sobie z nieodwracalnej tragedii, co w prawdziwym świecie, w niekończącym się procesie umierania, dzieje się bez przerwy. Potem „na scenę” wkracza sam Osgood Perkins, jako swingers Chip, który wraz ze swoją małżonką odstawi numer rodem z „Kwiatów na poddaszu” Virginii C. Andrews. No niezupełnie, ale takie skojarzenie nawiedziło mnie w obskurnym pokoju biednych chłopców, którzy niebawem zawiążą prawdopodobnie pierwszy sojusz w swoim krótkim życiu. Pozbycie się problemu, jak w kultowej opowieści o przeklętej kasecie wideo. Tak kończy się moja ulubiona partia „Małpy”, w której pokłoniono się jeszcze „Lśnieniu” (nazwisko nauczycielki biologii); przesycona nostalgicznym klimatem, specyficzną mieszanką białej magii i czarnej grozy dzieciństwa, hipnotyczną aurą pamiętaną choćby z takich utwór jak „To” i „Ciało” Stephena Kinga (w „Małpie” pada nazwisko jednego z głównych bohaterów tego drugiego i pobocznej postaci z „Carrie”; mowa o Teddym Duchampie). Potem robi się dość monotematycznie. Festiwal krwawej przemocy z dużym przymrużeniem oka. Niebudzące wstrętu, jakkolwiek to zabrzmi, chwilami nawet zabawne połączenie praktycznych efektów specjalnych z CGI. Pomysłowe zgony - „Śmierć na 1000 sposobów”:) - głównie w Casco w stanie Maine. Nie licząc mocno naciąganej (specjalnie!) rzezi przed motelem „z pomnikiem” dla „Gremliny rozrabiają” Joe Dantego. Jeśli chodzi o fabułę, to znowu mamy opowieść o zmaganiach z wewnętrznymi demonami. Nieprzepracowane traumy - ogólnie rzecz biorąc te same wspomnienia, prawie w większości identyczne przeżycia, potworne doświadczenia różnie kształtujące dwóch braci. Swoją drogą jeden mógł być pomyślany jako coś w rodzaju karykatury UWAGA SPOILER klasycznego burzyciela, człowieka opętanego jakąś zgubną ideą, maniaka jakiego łatwo spotkać choćby w twórczości Howarda Phillipsa Lovecrafta i Davida Cronenberga KONIEC SPOILERA. I potencjalne pojednanie z nastoletnim synem (przebojowy występ Colina O'Briena). Silna, ale niekoniecznie nierozerwalna więź ojca i syna. Do tego szczypta kiczowatego surrealizmu/oniryzmu i beczka smoliście czarnego humoru.

Krwawo, klimatycznie... i nudnawo. W moim poczuciu niekonsekwentnie poprowadzony, niebudzący emocji dramat rodzinny pro forma doklejony do radosnej rzezi. Małpie figle-migle, które nader szybko (w drugim akcie) mi się przejadły, przede wszystkim przez brak zajmującej treści pomiędzy. Niezbyt wydajny horror komediowy Osgooda Perkinsa, luźno oparty na prozie Stephena Kinga. „Małpa” z urokiem niezwalającym z nóg. W każdym razie na mnie wielkiego wrażenia nie zrobiła.

niedziela, 6 kwietnia 2025

Remigiusz Mróz „Ozyrys”

 
Recenzja możne zawierać spoilery powieści „Langer” i „Paderborn” Remigiusza Mroza

Piotr Langer zwany Sadystą z Mokotowa przebywa w areszcie śledczym w Warszawie, oczekując na wyrok w sprawie zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem, a ludzie, którzy postawili go przed obliczem wymiaru sprawiedliwości, prokuratorzy Karolina Siarkowska i Olgierd Paderborn, koncentrują się na sprawie innego seryjnego mordercy, któremu media nadały przydomek Ozyrys z powodu podobieństw jego modus operandi do procesu balsamowania zwłok w starożytnym Egipcie. Ozyrys prowadzi okrutną grę z przedstawicielami organów ścigania, wykorzystując przy tym pismo hieroglificzne. Stawką jest życie ludzkie i być może przyszłość jego wspólnika Piotra Langera. Tymczasem cierpiąca na agorafobię agentka CBŚP Nina Pokora nieświadomie uczęszcza na psychoterapię, którą kierują Ozyrys i Sadysta z Mokotowa.

Okładka książki. „Ozyrys”, Czwarta Strona 2025

Trzeci tom najmroczniejszego cyklu Remigiusza Mroza, oficjalnie otwartego w 2023 roku drastyczną powieścią pt. „Langer”, spin-offem bestsellerowej serii tego samego autora z ostrą prawniczką specjalizującą się w prawie karnym Joanną Chyłką. Część druga, makabryczny thriller psychologiczny/kryminał „Paderborn”, ukazała się niecały rok później, a niedługo potem Polskę obiegła elektryzująca wiadomość o wszczęciu prac nad sześcioodcinkowym serialem SkyShowtime opartym na powieści „Langer”, którego premierę zapowiedziano na rok 2025. W planach kolejne sezony. Natomiast Remigiusz Mróz myśli o zamknięciu serii już w 2026 roku – w posłowiu do wydanej w 2025 roku (także w formie audiobooka: superprodukcja Audioteki) trzeciej odsłony zatytułowanej „Ozyrys” wyjawił, że zamierza poprzestać na tetralogii, zaznaczając jednak, że decydujący głos należy do samej historii, wszak w swojej pisarskiej karierze nieraz uwikłał się w projekty z nadzwyczajną siłą perswazji. Wydawniczym opiekunem cyklu Langer jest oficyna Czwarta Strona, która zadbała o spójną szatę graficzną – przepiękne, sugestywne dzieła Tomasza Majewskiego.

Na początku „Ozyrysa” Remigiusza Mroza poznajemy najnowszą listę ofiar tytułowego antybohatera, działającego od wielu lat seryjnego mordercy patroszącego kobiety i mężczyzn, pomiędzy którymi nie znaleziono najmniejszego powiązania. Wycinającego porwanym ludziom wątroby, żołądki, jelita, płuca i serca. Zestawienie już dokonanych zabójstw, w którym uwzględniono też jednego z głównych bohaterów serii, prokuratora Olgierda Paderborna. Zgodnie z techniką budowania suspensu spopularyzowaną przez Alfreda Hitchcocka, autor „pokazuje bombę”, która ma wybuchnąć w dalszej części jego utworu. Albo sięga po jedno z ulubionych narzędzi narracyjnych amerykańskiego powieściopisarza, któremu zadedykował „Ozyrysa” - Stephena Kinga. Uprzedza fakty, zapowiada tragicznych rozwój wydarzeń; na chwilę przenosi czytelnika w nieodległą przyszłość. Właściwa akcja książki zawiązuje się w Sądzie Okręgowym w Warszawie, gdzie trwa szopka w stylu amerykańskim – Langeromania, czyli masowe uwielbienie prawdopodobnie najokrutniejszego zbrodniarza w historii tak zwanej Wolnej Polski. Proces zostaje przerwany w związku z makabrycznym odkryciem przed gmachem sądu, obleganym przez tłumy zwolenników i przeciwników Piotra Langera („widok” jak w „Czasie zabijania” Johna Grishama). Martwa kobieta z pustymi oczodołami siedząca na wózku inwalidzkim z tekturową tabliczką na kolanach, na której wielkimi literami napisano: „Nawet ja jestem w stanie dostrzec, że Piotr Langer jest niewinny”. Tak zaczyna się misterna gra psychopatycznych „braci” wytrwale ściganych przez zakochanych prokuratorów. Naczelniczka Pierwszego Wydziału Śledczego Prokuratury Okręgowej w Warszawie Karolina Siarkowska i ten, który ma zginąć, Olgierd Paderborn, dostają jasny sygnał od domniemanego wspólnika nareszcie zatrzymanego, niezwykle przebiegłego sadysty teoretycznie niemającego żadnych szans na wygranie batalii sądowej. Oskarżyciele Langera dysponują niepodważalnym dowodem rzeczowym i obciążającym zeznaniem naocznego świadka z nieposzlakowaną opinią, zasłużonej agentki Centralnego Biura Śledczego Policji, byłej żony Olgierda Paderborna i matki ich nastoletniego syna Ludiego, psychicznie złamanej Niny Pokory, niezmiennie mojej ulubionej postaci tej literackiej serii o sławnych drapieżnikach i niesławnych myśliwych. Okrytych hańbą funkcjonariuszy służb państwowych rzekomo prześladujących filar polskiego społeczeństwa, wrabiających filantropa w obrzydliwe zbrodnie, za którymi najprędzej stoi tajemniczy osobnik – bądź osobniczka – nazywany Ozyrysem. Paderborn i Siarkowska „w nagrodę” za swoją ciężką pracę, za niejednokrotne ryzykowanie własnym życiem w ramach szerszego bezpieczeństwa wewnętrznego stali się symbolami systemu opresyjnego. Oczywiście, nie wszyscy dali się zmanipulować samozwańczemu męczennikowi w czerwonym garniturze; nie wszyscy kupują jego historyjki o bezinteresownym poświęceniu, heroicznych czynach i cnotach rycerskich. Część opinii publicznej nie ma wątpliwości, że Piotr Langer nie jest żadną ofiarą aparatu państwowego, tylko skrajnie niebezpieczną, wyrachowaną, bezwzględną jednostką, która resztę życia powinna spędzić za kratami. Jednostką z antyspołecznym zaburzeniem osobowości, psychopatą sadystycznym z ogromną charyzmą. Okrutny, podły, zły i czarujący. Zupełnie jak Ted Bundy, który rozpoczął modę na true court shows with serial killers. Tyle że Piotr Langer jest chytrzejszy. Degenerat z genialnym umysłem, któremu wydaje się (może słusznie, może nie), że jest zdolny do miłości. I najwyraźniej jest na najlepszej drodze do zdobycia ukochanej - nienależącej do groupies Sadysty z Mokotowa, a wręcz działającej na jego niekorzyść, oficer śledczej, którą z pomocą Ozyrysa, diaboliczny amant stara się nakłonić do kierowania się sercem, a nie rozumem. Wewnętrzna walka wybranki Piotra Langera według mnie jest najsilniejszym elementem fabularnym najsłabszego z dotychczasowych osiągnięć Remigiusza Mroza w tym cyklu.

Materiał promocyjny © Czwarta Strona

Szaleńczo rozpędzony kryminał i bardziej wyważony, wolniejszy thriller psychologiczny osadzony w świecie Joanny Chyłki i Kordiana Oryńskiego. Odejście od krwawej formuły „Langera” i tym bardziej „Paderborna” (ciągła tendencja spadkowa w zakresie gore), z drobnymi wyjątkami w postaci bardzo ogólnych opisów okaleczonych zwłok, późniejszej gehenny w obskurnym magazynie, sugestii nekrofilskiej - poruszające wyobraźnię odkrycie techników kryminalistyki w kroczu jednej z ofiar Ozyrysa - i ostatniego zdania, którego trudno nie powiązać UWAGA SPOILER z antybohaterem opus magnum Thomasa Harrisa, kultowej serii literackiej otwartej w 1981 roku, którą szybko zainteresowali się filmowcy KONIEC SPOILERA. Skojarzenie co poniektórych mogące zachęcić do sięgnięcia po czwartą powieść z cyklu Langer. Sporo uwagi w „Ozyrysie” Remigiusz Mróz poświęca swoistemu trójkątowi miłosnemu w obozie ścigających. Sekretne uczucia Olgierda Paderborna i Karoliny Siarkowskiej - tajemnica poliszynela? - powstrzymywanie się przed dalszym zacieśnianiem więzi, obopólna zgoda na niewychodzenie poza relację zawodową, milczące porozumienie nieostateczne. Wygląda na to, że na drodze ich wspólnego szczęścia stoi była żona Padera, która niczym nie daje po sobie poznać, by zależało jej na odnowieniu związku z Olgierdem. Po potwornych przejściach z Rzeźnikiem znad Odry Pokora rozpaczliwie potrzebowała bezpiecznej przystani, miejsca, które służyłoby jej rekonwalescencji fizycznej i przede wszystkim psychicznej. Gdzie nie dopadałyby ją ataki paniki. Takim schronieniem przed niebezpiecznym światem stało się dla niej mieszkanie Olgierda – nie tyle mury, ile regularna obecność zaufanego obrońcy. Nina ma świadomość, że istnieje jeszcze co najmniej jedna osoba, która jest w stanie zrobić wiele, jeśli nie wszystko, by zapewnić jej bezpieczeństwo. Jeszcze jeden strażnik nieludzko sponiewieranej, straumatyzowanej agentki CBŚP, który w odróżnieniu od Paderborna nie cieszy się jej zaufaniem. Nie ulega jednak wątpliwość, że Piotr Langer bierze udział w małym spisku obliczonym na pokonanie oporu „niewdzięcznej wybranki”. Terapeutycznym oszustwie zainicjowanym przez bratnią duszę Sadysty z Mokotowa, mordercy zafiksowanego (albo nie) na punkcie starożytnego Egiptu, ze wskazaniem na proces konserwacji zwłok zapobiegający rozkładowi (mumifikacja) oraz pismo hieroglificzne. W tej materii pomocna dla autora „Ozyrysa” okazała się książka Andrzeja Ćwieka pt. „Hieroglify egipskie. Mowa bogów”, ale prawdziwa skarbnica fascynującej wiedzy otwarła się przed Mrozem po nawiązaniu bliższej znajomości z twórcą dzieła przykładnie wyróżnionego w posłowiu „Ozyrysa”. Terapeuta oficer śledczej z agorafobią, znany ze stosowania niekonwencjonalnych i diablo skutecznych metod leczenia, „były” psycholog śledczy Natan Kerth, czytelnikom zostaje przedstawiony jako narzędzie w paskudnych rękach dwóch seryjnych morderców; bezpardonowo zmuszony do działania na szkodę swojej pacjentki. Wmówienia kobiecie w psychicznej rozsypce, że jej miejsce jest u boku wroga numer jeden ojca jej jedynego dziecka. Trzymająca w napięciu psychologiczna gra w przytulnym gabinecie człowieka postawionego pod ścianą. I pościgi policyjno-prokuratorskie poniekąd w stylu „Fast & Furious”. Ściśle rzecz biorąc, „2 Fast 2 Furious” (pol. „Za szybcy, za wściekli”) w reżyserii Johna Singletona - samochodowy fortel w przewidywalnym rozwinięciu akcji. Kolejny etap cennego sojuszu Langera, wątpliwej przyjaźni z potencjalnym upiornym kolekcjonerem, zachowującym na pamiątkę części swoich ofiar. Umierających w niewyobrażalnych mękach, co podobno czeka również Olgierda Paderborna. Mimo zmyłek – niekiedy dość ryzykownych, w najlepszym razie balansujących na granicy oszustwa, dokładnie omówionego przez „niejaką” Annie Wilkes na przykładzie filmów odcinkowych swego czasu bardzo popularnych w amerykańskich kinach – z widocznym umiłowaniem stosowanych przez Remigiusza Mroza udało mi się rozszyfrować tożsamość tytułowego oprawcy, przyznaję jednak, że do końca trwałam w niepewności odnośnie kluczowego dylematu moralnego (wynik wewnętrznej bitwy Niny Pokory) i jednego z czerwonych krzyżyków postawionych w prologu (los Olgierda Paderborna). Niepewność pięknie dręcząca:)

Nie jest to mój wymarzony kierunek dla niebanalnej serii kryminalnej Remigiusza Mroza, ale mimo wszystko zaangażowałam się w nazbyt dynamiczne przygody, koszmarne przeżycia, wciąż charyzmatycznych „łowców seryjnych morderców”. Niepotężny spadek formy w stosunku do poprzednich tomów, ewentualnie nie do końca moje klimaty – zasadniczo tak, lepiej odnalazłam się jednak w nieporównanie szkaradniejszych realiach wykreowanych w „Langerze” i „Paderbornie”. Wstrętniejszych zabawach fikcyjnych psychopatów. Zatem „Ozyrys” lekko mnie rozczarował. Z naciskiem na „lekko”.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 4 kwietnia 2025

„Opus” (2025)

 
Po trzydziestoletniej przerwie gwiazda popu lat 90. XX wieku, Alfred Moretti, zapowiada wydanie nowego albumu i rozsyła nieliczne zaproszenia na imprezę odsłuchową w odizolowanej osadzie w stanie Utah. Zaszczyt spędzenia weekendu z bożyszczem nieprzebranych tłumów ma spotkać młodą, ambitną dziennikarkę prasową Ariel Ecton, jej toksycznego przełożonego Stana Sullivana, prowadzącą popularny talk-show Clarę Armstrong, influencerkę Emily Katz, paparazzo Biancę Tyson oraz prezentera radiowego Billa Lotto. Zintegrowana społeczność, której najważniejszym członkiem jest Moretti od początku budzi podejrzenia Ariel. Wiele wskazuje na sektę, ale niekoniecznie groźną. Ludzie tytułujący się levelistami wydają się żyć w szczęściu i harmonii, a gości traktują niemal jak pełnoprawnych członków wspólnoty. Niemal, bo każdemu przybyszowi zostaje przydzielony konsjerż: stały mieszkaniec tego zagadkowego kompleksu, który przez cały pobyt ma pilnować przydzielonego mu gościa. Wszędzie za nim chodzić...

Plakat filmu. „Opus” 2025, A24, MACRO, Makeready

Owoc sześcioletniej pracy Marka Anthony'ego Greena, byłego dziennikarza i redaktora Gentlemen's Quarterly, pochodzącego z Kansas City w stanie Missouri filmowca, który debiutował w 2017 roku krótkometrażową komedią „Trapeze, U.S.A.”. Nakręcony w dziewiętnaście dni w Nowym Meksyku - mieście Albuquerque i jednostce osadniczej Pojoaque - w listopadzie 2023 roku, thriller satyryczny pt. „Opus” o dynamice władzy we współczesnym świecie, w którym można dopatrzeć się odniesień do pierwszego horroru obejrzanego przez Greena: kultowego kilkunastominutowego filmu „Thriller” i zarazem teledysku do utworu Michaela Jacksona pod tym samym tytułem. Budżet produkcji oszacowano na dziesięć milionów dolarów. Światowa premiera „Opus” odbyła się w drugiej połowie stycznia 2025 roku na Sundance Film Festival, a szeroka dystrybucja kinowa ruszyła niecałe dwa miesiące później. Głównym dystrybutorem pierwszego pełnometrażowego filmu Marka Anthony'ego Greena jest renomowana amerykańska firma niezależna A24.

Porównywany do „Midsommar. W biały dzień” Ariego Astera „teledyskowy dreszczowiec” o charakterze prześmiewczo-ostrzegającym. Reżyser, scenarzysta i współproducent „Opus”, Mark Anthony Green, w centralnym punkcie umieścił przedstawicielkę zawodu, w którym sam się realizował. Można założyć, że od podszewki poznał wymagającą, niewdzięczną branżę dwudziestoparoletniej przewodniczki po intrygującym, acz nieco chaotycznym świecie przedstawionym w „Opus”. Ariel Ecton (przyzwoita kreacja Ayo Edebiri) poznajemy jako sfrustrowaną dziennikarkę muzyczną, traktującą tę pracę jako trampolinę do wymarzonej kariery pisarskiej – od jakiegoś czasu bezskutecznie próbuje wyrobić sobie renomę, zyskać rozpoznawalność, która zagwarantuje wysoką sprzedaż jej jeszcze nienapisanych książek. Krótko mówiąc: goni za sławą. Redaktor naczelny magazynu o sławnych i bogatych, współczesnych bogach i pomniejszych celebrytach, Stan Sullivan (rozczarowująco zmarginalizowana, wręcz zmarnowana postać powierzona Murrayowi Bartlettowi; niezłe wcielenie w typowego karierowicza bezwstydnie wykorzystującego ciężką pracę podwładnych) pochwał jej nie szczędzi, ale powierza jedynie tak zwane zapychacze szpalty. Ariel często też zbiera informacje do najważniejszych artykułów, może nawet przeprowadza wywiady, pod którymi zwykle podpisuje się sam Sullivan. W każdym razie można śmiało powiedzieć, że kobieta od jakiegoś czasu ciężko pracuje na sukces obłudnego Stana. Spore nadzieje wiąże jednak z imprezą odsłuchową Alfreda Morettiego (jak zwykle widowiskowy występ Johna Malkovicha, m.in. „Mary Reilly” Stephena Frearsa, „Cień wampira” E. Eliasa Merhige'a, „Wiecznie żywy” Jonathana Levine'a, „Nie otwieraj oczu” Susanne Bier, „Podły, okrutny, zły” Joe Berlingera”, „Velvet Buzzsaw” Dana Gilroya), legendarnego wokalisty pop, którego szczyt popularności przypadł na lata 90. XX wieku. W tym samym okresie „rozpłynął się w powietrzu”; nagle zakończył działalność muzyczną, usunął się z życia publicznego, a trzydzieści lat później obwieścił nowinę o swoim świeżutkim albumie. Ariel jest jedną z sześciu osób zaproszonych do królestwa Morettiego w związku ze zbliżającą się wielką premierą w świecie muzycznym. I zdecydowanie najmniej znaną. Onieśmieloną towarzystwem tych wszystkich „mieszkańców Olimpu”. Gwiazda telewizji Clara Armstrong (magnetyczna kreacja Juliette Lewis; m.in. „Przylądek strachu” Martina Scorsese, „Kalifornia” Dominica Seny, „Urodzeni mordercy” Olivera Stone'a, „Od zmierzchu do świtu” Roberta Rodrigueza, „Czwarte piętro” Josha Klausnera, „Cold Creek Manor” Mike'a Figgisa, „Ma” Tate'a Taylora), gwiazda internetu Emily Katz (niewielka rola Stephanie Suganami), gwiazda radia Bill Lotto (mikroskopijny udział Marka Sivertsena, m.in. „Wampiry” Johna Carpentera), znana fotoreporterka sław Bianca Tyson (prawie niewidoczna, przewijająca się w tle Melissa Chambers) i istna zmora głównej bohaterki filmu, przeklęty Stan Sullivan, zwyczajowo pilnujący, by jego podwładna nie dostała nawet okruszków z pańskiego stołu. Ariel ma skrzętnie notować i trzymać się z boku. Może, a wręcz powinna przepytywać współmieszkańców Morettiego, ale rozmowy z ekscentrycznym bogiem popu ma zostawić Sullivanowi. Szef oczekuje, że w drodze powrotnej Ariel przekaże mu wszystkie notatki sporządzone w pustynnym kompleksie, jak zakładają ważni goście, założonym przez Alfreda Morettiego. Utopijnej krainie, która tylko w Ariel od początku budzi nieokreślony niepokój. Pierwsze sygnały ostrzegawcze instynkt wysyła jej najpóźniej u bram tego „królestwa niebieskiego” (pewnie dlatego nie podziękowała za dary mieszkańców), ale pragnienie sławy jest silniejsze. I presja grupy? Tak czy inaczej, Ariel jak owieczka podąża za podnieconymi kukiełkowymi szczurami.

Plakat filmu. „Opus” 2025, A24, MACRO, Makeready

Dynamiczny montaż, nieśpieszny rozwój akcji. Szarpana narracja, krzykliwe barwy i charakterna ścieżka dźwiękowa opracowana przez muzyka, współzałożyciela zespołu disco o nazwie Chic, Nile'a Rodgersa i rapera występującego pod pseudonimem The-Dream (właściwie Terius Youngdell Nash) – z udziałem Danny'ego Bensiego i Saundera Jurriaansa, których miłośnicy kina grozy mogą kojarzyć chociażby z „Darem” Joela Edgertona, „Autopsją Jane Doe” André Øvredala, „Domkiem w górach” Severina Filaly i Veroniki Franz, „Countdown” Justina Deca, „Lokum” Dave'a Franco, „Egzorcyzmem” Joshui Johna Millera oraz „Nie mów zła” Jamesa Watkinsa – osobno wydana w marcu 2025 pod tytułem „Opus: The Moretti EP”. Niekonsekwentnie prowadzona opowieść o zachowaniach plemiennych w krajach wysoko rozwiniętych. O tragikomicznym konformizmie; ślepym podążaniu za niegenialnymi przywódcami, bezkrytycznym zapatrzeniu w rzekome gwiazd, bezrefleksyjnym dopasowywaniu się do ustalonego porządku świata, akceptowaniu absurdalnego status quo. Bo jak się nad tym zastanowić, to na szczycie drabiny społecznej mamy ludzi znanych z tego, że są znani. Istoty rozumne, nie wiedzieć czemu, uznały, że najwyższym dobrem jest rozrywka, największy splendor należy się więc osobom, którzy dostarczają jej najwięcej. Talent nie jest wymagany, ale niektórym znacznie ułatwia wspinanie się po „drabince głupich”. IQ nie gra żadnej roli w tych zabawnych – na swój pokręcony sposób – zawodach. A przynajmniej tak odczytałam to ja, zwykła zjadaczka chleba (bez tytułów naukowych), przeświadczona, że nie dotarła do jądra tego bałaganiarskiego scenariusza. Meritum sprawy wspólnoty podobno niereligijnej, której niekwestionowanym liderem jest szacowny reprezentant jednego z najbardziej wielbionych zawodów. Czarujący mistrz weekendowej ceremonii – specjalne pokazy w niezarejestrowanej jednostce osadniczej. Domniemanej siedzibie sekty poszukiwaczy pereł. Dla postronnego obserwatora to może być zupełnie bezsensowne, niedorzeczne zajęcie - w dodatku okupione własną krwią – ale dla ludzi nazywających siebie levelistami ma to głęboki sens. Mniej więcej taki, jak dla (niecałej?) reszty społeczeństwa gapienie się w telewizor i/lub surfowanie po internecie? Oglądanie odmóżdżających programów typu talk-show Clare Armstrong, słuchanie plotek przekazywanych przez spikerów takich jaki Bill Lotto, oglądanie nierzadko kompromitujących zdjęć trzaskanych przez ludzi pokroju Bianki Tyson, przeglądanie social mediów takich piękności jak Emily Katz i czytanie takiej „literatury”, jaką reprezentują Stan Sullivan i Ariel Ecton, niestabilna ostoja rozsądku w wariackiej rzeczywistości wykreowanej przez Marka Athony'ego Greena. Frustrująco powierzchownie odmalowanej komunie Alfreda Morettiego, niekoniecznie inicjatora tego innowacyjnego(?) projektu, ale niewątpliwie lidera szeroko uśmiechniętych mężczyzn, kobiet i dzieci zadających niedyskretne pytania. W każdym razie nasza zagubiona protagonistka będzie musiała wyspowiadać się z pielęgnacji miejsc intymnych (odwrócenie ról: dziennikarka karygodnie odpytywana przez jednostkę, z którą chciała przeprowadzić wywiad). I wziąć kęs z mokrych resztek pieczywa – nieapetyczne otwarcie wystawnej wieczerzy. UWAGA SPOILER W gruncie rzeczy nieśmiała przygrywka do makabrycznego przeboju o kobiecie „pęczniejącej z dumy” („sikające oko”). Inny „uroczy” moment zalicza Juliette Lewis, bezpardonowo ciągnięta za włosy, aż do rozdarcia skóry – niepełne skalpowanie, najwidoczniej wygenerowane komputerowo KONIEC SPOILERA. Ariel będzie też musiała znosić (albo i nie...) towarzystwo niejakiej Belle (ślicznie złowrogi występ Amber Midthunder, m.in. „14 Cameras” Setha Fullera i Scotta Hussiona), praktycznie ciągłą obecność „niemowy” z zaciętym wyrazem twarzy. Jako taką prywatnością Ariel i pozostali goście Morettiego mogą cieszyć się jedynie w przydzielonych im kwaterach. Całkiem przytulnych, jeśli nie liczyć ukrytych kamer, jednoosobowych mieszkankach zaopatrzonych w jedyną słuszną muzę. W pamięci utkwiły mi jeszcze: surrealistyczny, kompletnie odjechany występ (teledysk na żywo) powracającego króla popu końca dwudziestego stulecia naszej ery (korespondujący z aluzyjnym prologiem i jednocześnie czołówką filmu) oraz teatrzyk wystawionych przez małoletnich członków wspólnoty, w tym ulubienicę Ariel, kruszącą najtwardsze serca małą Maude (cudna Aspen Martinez). Epilog według mnie zbędny - podobnie jak jakieś siedemdziesiąt procent dialogów...

Luźna wizja początkującego (w pełnym metrażu) filmowca, który chciał stworzyć coś, co byłoby stawiane w jednym rzędzie z takimi dziełami, jak „Zodiak” Davida Finchera, „Spotlight” Toma McCarthy'ego i „Wolny strzelec” Dana Gilroya. Ściślej rzecz biorąc, pragnął powołać do życia postać, która z otwartymi ramionami zostałaby przyjęta do jego panteonu filmowych dziennikarzy i kronikarzy. Nie mnie oceniać, czy Ariel Ecton zasługuje na to wyróżnienie, główny twórca „Opus” Mark Anthony Green wydaje się jednak pewien sukcesu przynajmniej na tym jednym polu. Tak czy owak, jego satyra na show biznes niespecjalnie do mnie przemówiła. Ot, znośny thriller z dziurawym, niedopracowanym drugim dnem. Wbrew pozorom nie dla fanów „Midsommar. W biały dzień” Ariego Astera” i „Menu” Marka Myloda... A może jednak?

środa, 2 kwietnia 2025

Anna Trojanowska „Niewidzialni mordercy. Dżuma, ospa, cholera”

 
Dręczyły ludzkość od zarania dziejów. Zrywały więzi międzyludzkie, antagonizowały, siały strach, terror i paranoję. Torturowały i zabijały. Najwięksi masowi mordercy w historii świata, niewidoczni gołym okiem burzyciele porządku publicznego, atakujący znienacka i w krótkim czasie zbierający obfite żniwo. Najbardziej śmiercionośne wirusy i bakterie, najgroźniejsze drobnoustroje na planecie Ziemia. Niszcząca potęga, w obliczu której człowiek jest praktycznie bezradny. Dwaj jeźdźcy Apokalipsy:
I ujrzałem: oto biały koń, a siedzący na nim miał łuk. I dano mu wieniec, i wyruszył jako zwycięzca, by [jeszcze] zwyciężać […] I ujrzałem: oto koń trupio blady, a imię siedzącego na nim Śmierć, i Otchłań mu towarzyszyła. I dano im władzę nad czwartą częścią ziemi, by zabijali mieczem i głodem, i morem, i przez dzikie zwierzęta. (Apokalipsa św. Jana 6,2 i 6,8)

Okładka książki. „Niewidzialni mordercy. Dżuma, ospa, cholera”, Wydawnictwo RM 2024

W 2021 roku nakładem Wydawnictwa RM ukazała się popularnonaukowa książka Anny Trojanowskiej zatytułowana „Epidemie. Krótka historia”, a trzy lata później ta sama oficyna wypuściła poprawioną i uaktualnioną wersję rzeczonego tekstu pod nazwą „Niewidzialni mordercy. Dżuma, ospa, cholera”. Anna Trojanowska z wykształcenia jest farmaceutką i enolożką, powieściopisarką (thriller/kryminał „Człowiek z brzytwą” 2018, powieści historyczne - dylogia - „Piołun na zapomnienie” 2018, „Smak dymu” 2020) i autorką/współautorką książek oraz artykułów non-fiction („Materia pharmaceutica” 1999, „Rośliny odurzające w polskiej literaturze naukowej XIX wieku” 2007, „Wiedza o grzybach leczniczych w polskiej literaturze naukowej XIX wieku” 2008, „Farmakopealne leki pochodzenia zwierzęcego w polskiej literaturze naukowej” 2012). Na powstanie najpoczytniejszego utworu pani Trojanowskiej – krótkiej historii epidemii – złożyło się kilka czynników. Wciąż żywe wspomnienie z dzieciństwa: widok dziewczynki z niesprawną nogą włożoną w szynę, asekurowaną przez osobę dorosłą, niemogącą swobodnie biegać po plaży z innymi dziećmi; niewinna ofiara polio, która uświadomiła małej Ani, że nie tylko ludzie starsi są narażeni na poważne choroby. I wspomnienie masowych szczepień przeciwko polio. Natomiast ostatnim impulsem była pandemia COVID-19, która dla jednych była bolesnym przebudzeniem, przypomnieniem o ogromnym niebezpieczeństwie, wbrew pozorom wiszącym nawet - albo zwłaszcza – nad państwami wysoko rozwiniętymi, a dla innych dowodem na istnienie bardzo szeroko zakrojonego spisku depopulacyjnego: fałszywa pandemia, eksterminacja szczepionkami. „Stosowanie antybiotyków łagodzących przebieg wielu chorób zakaźnych oraz masowe szczepienia sprawiły, że choroby zakaźne przestano postrzegać jako poważne zagrożenie i, paradoksalnie, niektórzy bardziej obawiają się szczepień niż choroby i epidemii” - stwierdza Anna Trojanowska w „Niewidzialnych mordercach”, przerażającym przeglądzie pandemicznym.

Drastyczna historia w dwunastu częściach (z czarno-białymi ilustracjami umieszczonymi nad tytułami). W pierwszej Anna Trojanowska ogólnie omawia „plagę, mór, morowe powietrze, zarazę” w zamierzchłej przeszłości - beznadziejną walkę z niewidzialnymi wrogami, najczęściej nieskuteczne zapobieganie i zwalczanie chorób zakaźnych, „leczenie” między innymi ziołami, modłami, amuletami, ścisłym postem i oczywiście upuszczaniem krwi. Następnie (najobszerniejsza partia) autorka przechodzi do zdecydowanie bardziej szczegółowej prezentacji niezwykle złożonego, monstrualnego problemu. Ostatnie dwadzieścia parę stron (z trzystu pięćdziesięciu; wydanie z 2024 roku) - tuż po stosunkowo niedługim, dającym do myślenia podsumowaniu twórczyni tego niebanalnego dzieła - zajmują bibliografia i przypisy. Anna Trojanowska nie ukrywa, że największym wyzwaniem w pracy nad „Niewidzialnymi mordercami. „Dżumą, ospą, cholerą” (wtenczas „Epidemie. Krótka historia”) był wybór chorób, ale niemałe trudności pojawiły się też po zebraniu przepastnego materiału (kroniki, poradniki, artykuły prasowe, broszury etc.) – konieczny był przesiew informacji, przeprowadzenie selekcji, wyodrębnienie najważniejszych i najbardziej charakterystycznych dla poszczególnych pandemii danych, które w następnej kolejności autorka musiała dopasować do swego konspektu: objawy niszczycielskiej choroby i przebieg epidemii, profilaktyka i leczenie, strategia instytucjonalna mająca zapobiec szerzeniu się zarazy. Mimo swoich niewielkich gabarytów, „Niewidzialni mordercy” Anny Trojanowskiej to dość wymagająca lektura – wielowątkowa opowieść poprzetykana językiem staropolskim (wyjątki ze starych dokumentów, zbiorów historycznych, różnego rodzaju archiwów) – ale z całą pewnością mogąca znacznie poszerzyć wiedzę przeciętnego czytelnika o wielkich katastrofach w dziejach świata. Niekończący się koszmar gatunku z chroniczną niezdolnością do wyciągania odpowiednich wniosków z historii. Zdumiewające podobieństwa, ale i ewidentnie różnice w postępowaniu z tytułowymi mordercami dawniej i dziś. „Zamknięto szkoły, teatry i restauracje. Jedynie kościoły, na rozkaz króla Fryderyka Wilhelma III, miały pozostać otwarte” - takie zarządzenia, w związku z wybuchem cholery, wydawano w Królestwie Pruskim w latach 30. XIX wieku, wzorując się na antypandemicznych działaniach prowadzonych w wiekach poprzednich i takie zarządzenia wydawano w latach 20. XXI wieku po rozpanoszeniu się SARS-CoV-2. Wreszcie wyjaśniło mi się, dlaczego kościoły i inne obiekty sakralne zostały uznane za bezpieczne w epoce lockdownów – skąd wziął się pomysł na zamykanie wszystkiego (w tym lasów) poza świątyniami; przekonanie(?) choćby polskich polityków (części klasy politycznej), że zabójczy koronawirus w takich miejscach się nie rozprzestrzenia.

Okładka książki. „Epidemie. Krótka historia”, Wydawnictwo RM 2021
Dżuma, trąd, cholera, ospa prawdziwa, tyfus - dur plamisty i dur brzuszny, błonica, grypa, polio, AIDS, gorączki krwotoczne (żółta febra, gorączka denga, wirus Marburg, ebolawirusy), koronawirusy (SARS-CoV, MERS-CoV, SARS-CoV-2). „Gromada wybrańców” Anny Trojanowskiej – sprawców gargantuicznych nieszczęść scharakteryzowanych w jej depresyjnie obrazowej książce o najskuteczniejszych zabójcach w historii świata. Szczególną uwagą autorka obdarza oczywiście Polskę, ale każdorazowo przytacza odpowiednio szeroki kontekst geograficzny (domniemane źródło zakażenia/rezerwuar, prawdopodobne drogi szerzenia się śmiercionośnych zakażeń, tak zwany łańcuch epidemiologiczny; przełomowe odkrycia i wynalazki w dziedzinie medycyny, kulturowe i społeczne reperkusje oraz zarządzanie kryzysowe w różnych zakątkach globu ziemskiego). Pierwsze wydanie omawianej pozycji wymagało poprawek po trzech latach, a drugie zaledwie po paru miesiącach (przynajmniej jedna drobna korekta już by się przydała). „Niewidzialni mordercy. Dżuma, ospa, cholera” na polski rynek wydawniczy wjechali w listopadzie 2024, a w marcu 2025 zdezaktualizowało się uspokajające zdanie: „Od 2001 roku nie odnotowano żadnego przypadku błonicy na terenie Polski”. Jak widać sytuacja jest bardzo dynamiczna – odwieczna wojna z zarazkami ciągle przynosi zwroty akcji. Szala zwycięstwa raz przechyla się na stronę ludzkości, innymi razy górą są zabójcze drobnoustroje, w tym wirusy (przez jednych nazywane mikroskopijnymi drobnoustrojami, przez innych nie zaliczane do tych organizmów). Globalizacja, zmiany klimatyczne, rozwój komunikacji (internet efektywniej wykorzystywany przez laików, też różne grupy interesu niż obiektywnych ekspertów), spadające zaufanie do organów i instytucji państwowych, medyków, naukowców i przede wszystkim prywatnych firm farmaceutycznych, nieetyczne praktyki, niekwestionowane błędy człowieka i niezależne od niego wypadki zwykle mocnej nagłaśniane od sukcesów na liniach epidemiologicznego frontu – to „wiatry sprzyjające” tytułowym antybohaterom ambitnej publikacji pani Trojanowskiej. Nie pomija też autorka, jak się wydaje coraz większego wpływu tak zwanych ruchów antyszczepionkowych na kształtowanie opinii publicznej; ich udziału w przywracaniu chorób niemal zapomnianych – krztusiec, szkarlatyna, odra, ospa, błonica. W „Niewidzialnych mordercach” Anna Trojanowska obok rzetelnych (z jakimś marginesem błędu, autorka bowiem uprzedza o brakach w dokumentacji historycznej i rozbieżnościach w danych; jak się okazuje podawanie różnych liczb – przez media, samorządy, rządy – nie jest współczesnym „wynalazkiem propagandowym”) statystyk śmierci w Polsce, Europie, na Ziemi spowodowanych przez rzekomo pokonane choroby zakaźne, opisuje wierzenia i rytuały, mity i teorie spiskowe, którymi obrosły epidemie/pandemie. „Magiczne działania” stosowane także w XXI wieku (np. picie metanolu rzekomą ochroną przed COVID-19), szukanie kozłów ofiarnych wśród bliźnich (obsesyjne poświęcanie innych, „by życie wróciło do normalności”), bezlitosne segregowanie ludzi (dosłowne wyrzucanie sąsiadów, przyjaciół i krewnych poza margines społeczny, zamykanie w leprozoriach i innych umieralniach, głodzenie w jakichś zapyziałych chatach pośrodku niczego, karanie nawet śmiercią za łamanie tego, co w naszych czasach jest znane jako obostrzenia, restrykcje epidemiczne/sanitarne), obwinianie, pomawianie, a niekiedy zabijanie osób, które miały przywlec zarazę. Żydzi, Romowie, muzułmanie, homoseksualiści, Azjaci, Bill Gates. Z drugiej strony wielowiekowe zmagania Homo sapiens z niewidzialnymi masowymi mordercami pokazują, jak wielki upór tkwi w człowieku. Pasja, wytrwałość, akty heroizmu (na przykład testowanie szczepionek na sobie, świadome wchodzenie w epicentrum epidemii: opiekowanie się chorymi, zbieranie danych z myślą o wykorzystaniu ich przeciwko zarazie, informowaniu i edukowaniu społeczeństwa oraz stworzeniu skutecznej broni – szczepionki, leki), bezkresna kreatywność, imponująca inteligencja. Anna Trojanowska nie wybiela środowiska naukowego, nie przemilcza potencjalnie niewygodnych dlań faktów – lista zasług i hańby; osiągnięcia wybitne, zachowania co najmniej wątpliwe moralnie oraz jednoznacznie negatywne, niekiedy prowadzące do nieodwracalnych tragedii. Z innej beczki: wygląda na to, że system podatkowy w Polsce też niewiele się zmienił przynajmniej od XVII wieku. W każdym razie pani Trojanowska napomyka, że „w 1653 roku w Warszawie […] król Jan Kazimierz nakazał burmistrzom Starej i Nowej Warszawy zebrać od wszystkich mieszkańców miasta (jednak z wyjątkiem duchownych i szlachty) sześć tysięcy złotych”, które miały tworzyć specjalny fundusz na rzecz walki z morem, morowym powietrzem.

Zaryzykuję twierdzenie, że takich pozycji, jak „Niewidzialni mordercy. Dżuma, ospa, cholera” Anny Trojanowskiej powinno być dużo więcej. Marzy mi się też większa promocja (tak dla równowagi) tego rodzaju literatury w mass mediach, bo jak na razie reklamuje się (w myśl jednej z podstawowych zasad marketingu: nieważne, co mówią, byle mówili) głównie tezy współczesnych przeciwników szczepień, czy w ogóle medycyny konwencjonalnej. Mrożąca krew w żyłach książka, którą ośmielę się polecić wszystkim. Naukowym sceptykom też.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu