Stronki na blogu

sobota, 17 grudnia 2022

„Sezon duchów. Osiem upiornych opowieści na długie zimowe wieczory”

 
BRIDGET COLLINS, IMOGEN HERMES GOWAR, NATASHA PULLEY, JESS KIDD, LAURA PURCELL, ANDREW MICHAEL HURLEY, KIRAN MILLWOOD HARGRAVE, ELIZABETH MACNEAL

Duchy, wiedźmy, potwory. Zimowy zbiór opowieści niesamowitych utrzymanych w klasycznym stylu. Prozatorski hołd dla historii z dreszczykiem z epoki wiktoriańskiej. Podróże w przeszłość zorganizowane przez współczesne brytyjskie pióra głównie z myślą o entuzjastach charakterystycznego ducha wieków minionych. Zorganizowane specjalnie na potrzeby tej publikacji – opowiadania niepublikowane wcześniej. Światowa premiera „Sezonu duchów. Ośmiu upiornych opowieści na długie zimowe wieczory” (oryg. „The Haunting Season: Ghostly Tales for Long Winter Nights” aka „The Haunting Season: Eight Ghostly Tales for Long Winter Nights”) przypadła na rok 2021, a pierwsza polska edycja pojawiała się w kolejnym roku. Przygotowana przez wydawnictwo Zysk i S-ka publikacja w twardej oprawie (z obwolutą) zaadaptowanej z zagranicznych wydań niniejszej antologii – projekt oryginalny dla oficyny Sphere, inicjatora tego wydarzenia. Teksty przetłumaczyli Tomasz Bieroń i Adrian Napieralski.

Standardowo zacznę od, w mojej ocenie, największych gwiazd na tym grozowym firmamencie, a skończę na... też niemałych „ciałach niebieskich”. Bo to bardzo wyrównany zbiór jest. Absolwentka Uniwersytetu Cambridge i Uniwersytetu Oksfordzkiego, poetka, dramatopisarka i powieściopisarka Kiran Millwood Hargrave i jej „Odosobnienie”. Spowiedź Catherine Elizabeth Mary Blake, Anno Domini 1898. Fikcyjne sprawozdanie nieszczęsnej kobiety z okresu, kiedy była panią Blake Manor, rozległej posiadłości na angielskiej prowincji, imponującego dziedzictwa drogiego małżonka zdesperowanej narratorki. Tuż przed przyjściem na świat pierwszego dziecka tej niewątpliwie zakochanej pary, mężczyzna przedstawia jej mrożącą krew w żyłach opowieść, którą Catherine przyjmuje z nieskrywanym niedowierzaniem. Opowieść o wiedźmie nie tak znowu dawno grasującej w tych okolicach. Nieżyjącej już żony jednego z tutejszych mieszkańców, który ponoć dał się wciągnąć w jej mroczną działalność, której ofiarami miały padać dzieci. Po porodzie pani Blake, na polecenie lekarza, ma spędzić parę dni w niecałkowitym odosobnieniu. Nie wolno jej widywać się z mężem (taka tutejsza tradycja, biorąca się z przekonania, że to służy świeżo upieczonym matkom), ale jest doglądana przez lekarza i służącą. Najważniejsze jednak, że jest przy niej maleństwo. W dusznej sypialni odwiedzanej przez niepożądaną istotę. Mroczna obecność albo pomieszanie zmysłów. Matka chroniąca swoje młode. Sama na polu bitwy z potencjalną istotą z zaświatów, walcząca nie tyle o swoje życie, ile życie swojego ukochanego dzieciątka. Konsekwentnie zagęszczana aura zaszczucia, zagrożenia nie z tego świata. Nieubłaganie narastające napięcie w klaustrofobicznym „pudełku” lepiącym się od grozy. Na marginesie: porównanie chrzęszczącego pod stopami śniegu do miażdżenia drobnych kości w punkt. Obawiam się, że odtąd ta odpychająca wizja będzie mnie męczyć przy każdej takiej (biały puch, mróz) przechadzce.

Potwór” Elizabeth Sarah Macneal, która studiowała literaturę angielską w Somerville College w Oksfordzie, a potem odbyła studia podyplomowe na Uniwersytecie Wschodniej Anglii, gdzie uzyskała tytuł magistra, podąża za narcystycznym naukowcem Victorem, wraz ze swoją żoną Mabel, przybywającym do miasteczka na wybrzeżu hrabstwa Dorset. Aby poszukać jakiegoś przedziwnego stworzenia, które zapewni mu wieczną sławę. Zatrzymują się w gospodzie według tutejszych nawiedzanej przez duchy. Sława ponad wszystko. Żądza pchająca nie-bohatera w szpony szaleństwa. A może to poczucie winy? Coraz bardziej gorączkowa, nerwowa, rozedrgana atmosfera w mieścinie, w której unosi się lekki odorek Innsmouth Howarda Phillipsa Lovecrafta. W morzu szaleństwa. Niedookreślone, frapująco niejasne katusze zgubionego odkrywcy.

Nieznacznie mniejsze wrażenia zapewniły mi takie oto mroźne historyjki: „Węgorzowi śpiewacy” autorstwa Natashy Pulley, absolwentki Soham Village College, New College w Oksfordzie oraz Uniwersytetu Wschodniej Anglii, gdzie zdobyła tytuł magistra kreatywnego pisania. Upiorna przygoda „przypadkowej rodziny”, jasnowidza Moriego, jego przyjaciela, życiowego partnera(?) Thaniela i przygarniętej przez nich łebskiej dziewczynki, którą nazywają Szóstką. Na torfowiskach Fens, gdzie jak wcześniej odkrył Mori nie nachodzą go te wszystkie szalenie męczące wizje. Zajmują jeden z gościnnych domków nieopodal jeziora, które Thanielowi, nie wiedzieć czemu, wydaje się autentycznie złym miejscem. Lokalna społeczność też wygląda mu mocno podejrzanie – niepokojąca uprzejmość, przesadna serdeczność w stosunku do, w gruncie rzeczy, obcych ludzi z miasta. A jakby tego było mało Thaniel na tych tajemniczych mokradłach chodzi we śnie. Epizody somnambuliczne, które dotąd mu się nie zdarzały. Nietypowa forma – część tekstu w przypisach. Przyznam, że początek nie nastroił mnie pozytywnie do tej literackiej wyprawy; chaotyczne wprowadzenie, ale zaskakująco smakowite rozwinięcie. Soczysta atmosfera niesamowitości (drobne skojarzenie z „Jeziorem śmierci” Nini Bull Robsahm), paranoją wspomagana. Wzmagający ciekawość, pobudzający wyobraźnię, pożądanie niekomfortowy folk horror z celnym domknięciem.

Laureatka Costa Short Story Award, pisarka wychowana w Londynie w dużej rodzinie, działająca również w branży telewizyjnej, Jess Kidd, przedstawia opowieść o „Lily Wilt”. „Post Mortem” Pétera Bergendy'ego w śmielszym wydaniu. „Frankenstein” Mary Shelley, „Martwa dziewczyna” Gadiego Harela i Marcela Sarmiento, „Mroczny instynkt” Joego D'Amato, „Nekromantik” Jörga Buttgereita. Ależ mnie wyobraźnia poniosła! Nie, nie sadzę, żeby te wszystkie echa były zaplanowane – ot, sobie popłynęłam. Fotograf pamiątkowy Walter Pemble przyjmuje zlecenie od państwa Wilt, które niedługo ma pochować swoją jedyną córkę Lily. Zdjęcia pośmiertne do rodzinnego albumu. Łatwo się domyślić, jakiego odkrycia dokona biedny Walter. Sprawa wydaje się być beznadziejna, przedsięwzięcie skazane na porażkę, obietnica, której niepodobna spełnić. Ale młody Pemble się nie zraża. Młody Pemble odnalazł swoją drugą – zimną – połówkę. Opowieść o miłości i szaleństwie. Jak je rozróżnić? Starannie pozszywana ze sprawdzonych motywów, ale niepozbawiona indywidualności. Odurzająco histeryczna atmosfera.

Przechodzimy do opowiadań... też dobrych. „Dom w czerni i bieli” laureatki Branford Boase Award Bridget Collins, która ukończyła filologię angielską w King's College w Cambridge, a potem uczyła się aktorstwa w London Academy of Music and Dramatic Art, podąża za niejakim Mortonem, młodym człowiekiem najwyraźniej mającym coś na sumieniu. Pewnego dnia uwagę aktualnie mieszkającego w pensjonacie mężczyzny zwraca oryginalna nieruchomość. A w zasadzie zielone figury szachowe (krzewy) znajdujące się przed domem, na ogrodzonym podwórzu. Młodzieniec wynajmuje to lokum w przekonaniu, że trafiła mu się wspaniała okazja. Śmiesznie niski czynsz: i wszystko jasne! Ciekawy pomysł na manifestacje nieznanego, ale poza tym fabuła biegnie utartą ścieżką. Wystarczająco klimatyczna opowieść o nawiedzonym domostwie, która jednakże może się zlać w pamięci z całym mnóstwem jej podobnych.  
Absolwentka Uniwersytetu Wschodniej Anglii, gdzie studiowała historię sztuki, archeologię i antropologię, Imogen Hermes Gowar pragnie przedstawić „Lokatora Thwaite'a”. Lucinda przybywa wraz ze swoim synkiem do zaniedbanej posiadłości, leżącej na grzbiecie wrzosowiska, własności jej surowego ojca, który zresztą „eskortuje ich” na to odludzie. Nie żeby to pochwalał, bo jak by nie patrzeć kobieta dopuściła się „istnej zdrady stanu”. Uciekła od męża, ukradła mu dziecko i to tylko dlatego, że wyładowywał na niej swoją „zawsze słuszną wściekłość”. Taka to była mentalność w czasach Lucindy, histeryczki, której najwyraźniej trzeba jeszcze raz wytłumaczyć, raz na zawsze wbić do głowy, jaka jest rola kobiet w tym świecie. Tak zachowują się sekutnice, a nie porządne kobiety. Lucina powinna całować rękę, która ją bije. Takie jest zdanie jej ojca, siostry i wielu, wielu innych. Po co znosi te wszystkie niewygody, skoro w każdej chwili może wrócić do męża? Bowiem gówna bohaterka opowiadania nie przywykła do takich warunków, jakie zastaje na wrzosowiskach. Jej godności najbardziej uwłacza brak służby, bo dochodząca pomoc domowa zdecydowanie jej nie wystarcza. Krótko: zdesperowana kobieta i znikąd pomocy (czyżby?). Sama ze swoją okropną niedolą. Wątek paranormalny taki sobie, ale warstwa psychologiczna całkiem zajmująca. Solidne tło społeczno-obyczajowe też według mnie udało się rozrysować na tym, bądź co bądź, odludziu.
Fotel Chillinghamów” pióra Laury Purcell, która przed rozkręceniem swojej pisarskiej kariery pracowała między innymi w branży finansowej, koncentruje się na „zbuntowanym aniele” imieniem Evelyn, wraz z rodzicami i młodszą siostrą goszczącej w Chillingham Grange, na włościach przystojnego dziedzica, jak się wydaje, pokaźnego majątku. Evelyn, ku oburzeniu swojej matki, odrzuciła zaloty tego jakże obiecującego dżentelmena, na czym skorzystała jej siostra. Mały wypadek skazuje naszą bohaterkę na mechaniczny fotel na kółkach (tymczasowe rozwiązanie, dopóki nie wróci do zdrowia) wcześniej należący do nieżyjącego już ojca panicza Chillinghama. Niepokojący fotel. Wciąga mimo rażącej przewidywalności. Ograniczenia ruchowe głównej bohaterki – dodam skutecznie zabiegającej o sympatię czytelnika, charakternej – i fakt, że po swojej stronie nie ma nikogo, albo prawie nikogo, zapewniły mi całkiem zacny pobyt, jak wszystko na to wskazuje, w nawiedzonym przez ducha obiekcie. Prędzej ruchomości niż nieruchomości:)
Ostatnia, ale wcale nie najgorsza „Zielona kaskada” Andrew Michaela Hurleya, zdobywcy między innymi Costa Book Award, zgłębią pewną, raczej rzadką awersję, swego rodzaju uczulenie na „świąteczną zieleninę”. Trauma dużego Eda. Nieprzyjemne wspomnienia z farmy Salter, gdzie bohater opowiadania wybrał się w imieniu nowo poznanego osobnika, szukającego przebaczenia, pojednania przed przewidywaną rychłą śmiercią. Przewrotna rzecz. Najpierw opustoszała, otulona gryzącym płaszczem ciszy, farma, a potem gwałtowny skręt, i jeszcze jeden. Smutna opowieść o bezrozumnym okrucieństwie bądź demonicznym zaślepieniu, fałszywym przekonaniu o słuszności swoich poczynań (boskie wstawiennictwo, (nie)święta misja opętanych chorą ideą). Opowieść o dobrych samarytanach i niewdzięcznych, okrutnie pogubionych owieczkach. O wiecznie zżerających wyrzutach sumienia. Cudnie melancholijna, ale niezbyt zainteresowana zagęszczaniem specyficznego - nadnaturalnego - mroku na, można rzec, magicznym spłachetku ziemi.

Myślę, że „Sezon duchów. Osiem upiornych opowieści na długie zimowe wieczory” podbije niejedno serce bijące dla klasycznych ghost stories i innych opowieści niesamowitych. Prostych, zgrabnych, powabnych. Stara szkoła straszenia. Młode stworzenia przebrane za staruszków. Staroświeckie świeżynki. Współczesne historie udające starocie, czarujące antyki. Naprawdę ciekawa brytyjska propozycja dla zakochanych w klasycznej prozie, w klimatach gotyckich, najlepiej z konkretnym dodatkiem nadprzyrodzonego. Upiory epoki wiktoriańskiej i nie tylko przywołane przez współczesne angielskie pióra.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 15 grudnia 2022

Peter Straub „Koko”

 

Na początku lat 80. XX wieku w Azji Południowo-Wschodniej dochodzi do zagadkowej serii morderstw. Sprawca pozbawia niektóre swoje ofiary oczu i uszu, a w usta wkłada im kartę do gry z odręcznym napisem Koko. Zaprzyjaźnieni weterani wojny wietnamskiej, pediatra Michael Poole, prawnik Harry Beevers, pracownik budowlany Conor Linklater oraz właściciel restauracji Tina Pumo, omawiają sprawę podczas zjazdu weteranów w Waszyngtonie i dochodzą do wniosku, że zabójcą może być Timothy Underhill, mało znany powieściopisarz, członek ich dawnego plutonu, którego postanawiają wyśledzić. Ostatnim znanym miejscem pobytu Underhilla jest Singapur, ale tropy prowadzą też do Bangkoku i Tajpej. Michael, Harry i Conor ruszają na poszukiwania potencjalnie bardzo niebezpiecznego kolegi. Tymczasem Koko wraca do Stanów Zjednoczonych, aby dokończyć swoje makabryczne dzieło.

Thriller psychologiczny autora między innymi takich powieści jak „Julia” (przeniesiona na ekran w 1977 roku przez Richarda Loncraine'a pod tytułem „Full Circle” aka The Haunting of Julia"), „Zaginiony, zaginiona”, „Kraina cieni”, „Pan X”, napisane wspólnie ze Stephenem Kingiem „Talizman” i „Czarny dom” oraz wybitna „Upiorna opowieść” (przeniesiona na ekran w 1981 roku przez Johna Irvina pod tym samym oryginalnym - „Ghost Story” - i polskim tytułem). Nieżyjącego już wielokrotnie nagradzanego - Bram Stoker Award, World Fantasy Award, August Derleth Award, International Horror Guild Award - amerykańskiego powieściopisarza i poety, wielkiego Petera Strauba. „Koko” to pierwotnie wydana w 1988 roku pierwsza cegiełka „Blue Rose Trilogy” - w jej skład wchodzą jeszcze „Mystery” (1990) i „The Throat” (1993) – według autora „bogatsza emocjonalnie” od wszystkich jego poprzednich prozatorskich dokonań, stylistycznie zbliżona (świadome naśladownictwo) do jego dwóch opowiadań ze zbioru „Houses Without Doors”: „Blue Rose” i „The Juniper Tree”, a opowiadanie „The Ghost Village” ze zbioru „Magic Terror” Petera Strauba jest prequelem „Koko”. W 1989 roku „Koko” został uhonorowany World Fantasy Award za najlepszą powieść. Pierwsza polskojęzyczna edycja niniejszego utworu Petera Strauba pojawiła się dopiero w roku 2022. Publikacja wydawnictwa Mag w twardej oprawie zaprojektowanej przez Dark Crayon i tłumaczeniu Marii Gębickiej-Frąc.

Peter Straub przystąpił do prac nad „Koko” z nadzieją na powtórzenie finansowego sukcesu „Ghost Story”, arcydzieła w dziedzinie literackiego horroru. Chciał stworzyć coś niepodobnego do tamtej Wielkiej Powieści Grozy, coś innego, ale z porównywalnymi aspiracjami do podbicia przynajmniej amerykańskiego rynku wydawniczego. Niemniej wiedział, że stąpa po bardzo cienkim lodzie, bo opinii publicznej może się nie spodobać to, że człowiek, który nie przeżył wojennego piekła ma czelność wypowiadać się na ten temat. Straub miał wrażenie, jakby wkraczał na „świętą ziemię”. Bezczelny intruz... który spotkał się z zaskakująco serdecznym przyjęciem. Z nielicznymi wyjątkami. Autor „Koko” opowiedział o weteranie wojny w Wietnamie z Kalifornii, autorze powieści przygodowych/sensacyjnych, który przysłał mu wymowne zdjęcie (adresat siedzi z karabinem automatycznym w towarzystwie, obejmującej go, urodziwej Wietnamki) i list, w którym w niewybrednych słowach dopominał się o milczenie w sprawach, które osobiście go nie dotyczą. Poinformował go też, że w „Koko” znalazła dowody na jego chory pociąg do małych chłopców. Straub odpisał, staranniej dobierając słowa (na machanie maczugą odpowiedział wbiciem szpilki), i nie ukrywał, że przez kilkanaście dni żył w strachu, spodziewając się już bardziej bezpośredniego ataku rozgoryczonego czytelnika. Czy na „Koko” spłynęłaby ta, bądź co bądź, niewielka fala krytyki, gdyby nie-weteran wojny wietnamskiej dał swoim weteranom silniejsze kręgosłupy moralne? Skonstruował jednoznacznie pozytywne postacie domorosłych detektywów tropiących seryjnego zabójcę, który jak przypuszczają kiedyś być ich towarzyszem broni? Wszystko wskazuje na Tima Underhilla – to nazwisko nieprzypadkowo może zabrzmieć znajomo w uszach częstych gości w literackim świecie Petera Strauba (mniejszą szansę na rozpoznanie ma Harry Beevers) – rodowitego Amerykanina, który po wyjściu z wietnamskiego piekła najprawdopodobniej osiadł w Azji Południowo-Wschodniej. Najwięcej uwagi autor poświęca jednak Michaelowi Poole'owi, pediatrze zamieszkałym w Westerholmie w hrabstwie Westchester z żoną, której cierpliwość najwyraźniej jest na wyczerpaniu. Kobieta jest już zmęczona życiem z mężczyzną, który jej zdaniem ugrzązł w przeszłości i co gorsza, nie wykazuje najmniejszej ochoty na wykaraskanie się z tego bagna. Wojenna trauma szczodrze doprawiona ich wspólną tragedią. Ogromne poczucie winy i nieodwracalna bardziej osobista strata zżerają Michaela od środka. Toksyczna substancja, której przypuszczalnie mężczyzna nawet nie chce odstawić. W każdym razie tak to widzi jego żona. W końcu ona uporała się ze stratą, a żywym dowodem na możliwość pokonania drugiego z demonów Michaela jest choćby Harry Beevers, były mąż jej najlepszej przyjaciółki. Zresztą Tina Pumo, a nawet wiecznie spłukany Conor Linklater zdają się mniej przytłoczeni potwornymi wspomnieniami z Wietnamu. Może i tak, ale w tym wąskim gronie tylko Beevers sprawia wrażenie w pełni zadowolonego ze swojej służby podobno dla ojczyzny. „Po raz pierwszy i jedyny w swojej karierze wojskowej Michael Poole zadał sobie, czy tego chce od niego armia – czy tego oczekuje od niego Ameryka”. O czym mowa? Na tę porażającą opowieść autor „Koko” każe nam dość długo czekać, ale już nie utrzymuje nas w takiej niepewności, co do dalszego ciągu tego gargantuicznego wyrzutu sumienia lekarza z powołania, Michaela Poole'a. Przed sądem postawiono tylko porucznika Harry'ego Beeversa, a wyrok tylko utwierdził go w przekonaniu, że przysłużył się ojczyźnie. Powinni obsypać go medalami, a nie ciągać po sądach...

O ile cały pluton nie zostanie postawiony przed sądem wojennym, do niczego nie dojdzie. To też było straszne. Nie będzie konsekwencji. Czyny popełnione w próżni są wiecznymi czynami, i to było straszne.”

Wymagający serial killer thriller. Ziemia niczyja, między literaturą popularną a wysoką. Skomplikowana rozprawa o demonach wojny, ubrana w przewiewną krwistoczerwoną suknię klasycznego pościgu za skrajnie niebezpiecznym człowiekiem. Widmem z podpisanymi kartami do gry. Przy tych okazjach używa pseudonimu Koko, ale normalnie funkcjonuje jako Timothy Underhill, autor w większości mało poczytnych powieści, który ostatnio jakby zapadł się pod ziemię. Nieoficjalne śledztwo, prowadzone przez jego czterech kolegów z wojska, ujawnia, że niesforny Timmy, dokonał czegoś na kształt autosabotażu. Padł ofiarą swojego piekielnie gorącego temperamentu. Za namową Harry'ego Beeversa, antypatycznego prawnika (aktualnie bezrobotnego) o sadystycznych skłonnościach(?), Michael Poole i pracownik budowlany, zajmujący się głównie stolarką, Conor Linklater, zabierają się z nim do Singapuru, na poszukiwania zabójczego Tima. Licząc się z tym, że to może być tylko początek ich szalonego tournée po Azji. Ostatni z ich kwartetu, Tina Pumo, właściciel obleganej nowojorskiej restauracji (kuchnia wietnamska), która właśnie przeżywa poważny kryzys, nie zapisał się na tę wątpliwą imprezę, zasłaniając się swoją działalnością gospodarczą, ale jego przyjaciele podejrzewają, że w tej sprawie koronnym argumentem była niejaka Maggie Lah, ładna Chinka, która niedawno wyniosła się z jego mieszkania. Ta miłość zdecydowanie jeszcze nie zardzewiała, ale... Efekt Florence Nightingale? Tak czy inaczej, Pumo po namyśle decyduje się wesprzeć kolegów zdalnie – znaleźć więcej informacji na temat mordów Koko. Tymczasem pozostała trójka coraz dalej zapuszcza się w ciemne uliczki azjatyckich metropolii. Nocne kluby, sadystyczne podziemie i krzycząca wniebogłosy bieda. Seks, przemoc i ubóstwo. Harry i Conor mogli już przywyknąć do takich widoków – w końcu mieszkają w Nowym Jorku – ale na pocztówkowym przedmieściu Michaela takich rozrywek raczej się nie uświadczy. Co nie znaczy, że to Poole najgorzej będzie wspominał tę wariacką wycieczkę. Kolejne szaleństwo Beeversa, któremu chyba wydaje się, że życie to film. On: James Bond. Na razie w kameralnym wydaniu, ale Harry święcie wierzy, że cała ta akcja z Koko zrobi z niego wielką gwiazdę. Będzie film, będzie książka o jednym z największych superbohaterów, jakich wydała amerykańska ziemia. Harry'ego przywiodła do Azji żądza sławy, a Conor nie mógł sobie odmówić, w jego przypadku bardziej rzadkiej, wręcz egzotycznej okazji do wyrwania się ze swojego niesatysfakcjonującego, odpychająco szarego, ciasnego światka. Michael natomiast uznał, że taka chwilowa rozłąka z żoną, może przysłużyć się im obojgu. A jeśli nawet nie, to on z pewnością tego potrzebował. Najtrudniej było mu rozstać się z jego ulubioną małą pacjentką. Depresyjna opowieść z życia wzięta. Jedna z tych historii, od których aż roi się na tym podłym padole. Kosmiczna niesprawiedliwość, rzeź niewiniątek, przerażająca loteria. Samobiczowanie grzesznika. Człowieka, któremu dano i zabrano. Michael w przeciwieństwie do Harry'ego oddałby wszystko za wehikuł czasu. Wystarczyłaby mu jedna podróż, jeden niemały cud. Takie rzeczy tylko w filmach Beeversa. Wydrążony człowiek, wyprany z nadziei, z pokorą dźwigający monstrualny krzyż. Michael to bohater tragiczny, któremu może być coraz trudniej współczuć. Odwrotną tendencję da się zaobserwować u innej ważnej postaci tej niełatwej lektury; wymagającej maksymalnego skupienia i pewnie niemałych nakładów cierpliwości. Nie od dziś wiadomo, że ofiary mogą być również oprawcami. Wbrew pozorom, jedno nie wyklucza drugiego. Tacy nie-bohaterowie nierzadko stanowią największe wyzwanie dla czytelników, naturalnie szukających zaufanych kompanów w fikcyjnych światach, już niekoniecznie prawdziwych ideałów, ale przynajmniej nieobarczonych nieakceptowalnymi społecznie, bezdennie czarnymi, haniebnymi dokonaniami. Takie jednostki, jak w „Koko” wywołują istny chaos w głowie czytającego. Ścierają się dwie przeciwstawne siły w umęczonej głowie odbiorcy. Niewygodna sympatia gryzie się z - uzasadnioną, ale czy oczyszczającą? - antypatią, z dziwnie przytępionym gniewem, bezsilną wściekłością coś za cicho, niezbyt stanowczo dopominającą się o uregulowanie rachunku, bez przekonania przywołującą tę mityczną damę imieniem Sprawiedliwość. W sponiewieranej głowie niewidzialnego obserwatora nieusystematyzowanych, niemożebnie poplątanych wydarzeń zamkniętych na tych „ciężkich stronicach”. Nielitościwie meandrująca to historia, na pierwszy rzut oka nieskoordynowany ciąg myśli i zdarzeń. Nieustępliwe echa przeszłości powciskane niby bez ładu i składu w teraźniejszość (anty)bohaterów „Koko” Petera Strauba, czyli przedostatnią dekadę XX wieku. Hard puzzle w wydaniu książkowym. Powieść-układanka dla lubiących wyzwania. Ale z autopsji wiem, że przynajmniej jedną z największych zagadek „Koko” da się rozwiązać na długo przed wyznaczonym terminem. W zasadzie autor niezamierzenie mnie wyręczył - o jedną informację za daleko.

Szukasz czegoś podobnego do „Upiornej opowieści” Petera Strauba? To szukaj dalej, bo „Koko” tego samego autora, to coś zupełnie innego. Twardszy orzech do zgryzienia, a przecież tamto genialne osiągnięcie w gatunku horroru, opus magnum tego nieodżałowanego amerykańskiego powieściopisarza, też nie jest jakąś kaszką z mleczkiem, nieprawdaż? Tak czy owak, otwarcie „Blue Rose Trilogy”, przygnębiająca opowieść o pewnym seryjnym mordercy i jego w większości straumatyzowanych dawnych towarzyszach broni, o niekończącym się koszmarze wojennym i innych truciznach zalewających ludzkie dusze, to niełatwo czytająca się rzecz. Nawet trochę męcząca, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nie tym razem. Warto było odrobinę pocierpieć dla tak imponującej prozatorskiej budowli. Szczerej do bólu, głębokiej, refleksyjnej, gorzkiej, przeraźliwie ostrej, przeokropnie smutnej.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

Więcej nowości literackich

wtorek, 13 grudnia 2022

„The Long Night” (2022)

 

Mieszkająca w Nowym Jorku młoda para, Grace Covington i Jackson 'Jack' Cabot, przybywa do wiejskiej posiadłości niejakiego Franka Caldwella, leżącej w południowej części Stanów Zjednoczonych, w okolicy, z której pochodzi kobieta. Mężczyzna obiecał pomóc wychowanej w rodzinie zastępczej Grace w odnalezieniu jej biologicznych rodziców, ale przybysze nie zastają go w domu. Zapraszając pannę Covington na swoje włości, gospodarz uprzedzał, że może tak się zdarzyć i powiedział, gdzie znajdzie klucz do drzwi frontowych, na wypadek gdyby miała na niego czekać. Przedłużająca się nieobecność Caldwella bardziej niepokoi Jacka, ale Grace nie zamierza wracać do Nowego Jorku, gdy, w swoim przekonaniu, jest tak blisko spełnienia największego marzenia. Po zapadnięciu zmroku przed domem Caldwella stają zamaskowani osobnicy, członkowie jakiegoś kultu, którzy niecierpliwie wyczekiwali tej długiej nocy.

Pewnego dnia mentor amerykańskiego producenta filmowego, Daemona Hillina, wręczył mu scenariusz horroru „The Long Night” aka „The Coven” i zapytał, czy byłby skłonny pomóc mu w pracy nad tym materiałem. Hillin niezwłocznie zapoznał się z tekstem i uznając, że to coś w sam raz dla jego mamy, miłośniczki opowieści o czarownicach i im podobnych, przyjął ofertę swojego przyjaciela. Po skompletowaniu zespołu wszyscy ruszyli do Charleston w Karolinie Południowej, gdzie z czasem doszło do niedrobnych komplikacji, kłopotliwych zmian w harmonogramach. Stracili reżysera i część obsady. Wtedy Hillin skontaktował się z Richem Ragsdale'em (twórca między innymi „Klątwy El Charro” z 2005 roku), z którym pracował nad horrorem „Dom duchów” (2017) ze Scout Taylor-Compton w tamtym czasie już zaangażowaną w projekt „The Long Night”. Ragsdale zgodził się zasiąść na krześle reżyserskim, ale zastrzegł sobie prawo do przetworzenia skryptu – ściągnął zaufanego scenarzystę, który zgodnie z życzeniem reżysera rozbudował wątek demonologiczny. Zdaniem Hillina ten duet poszedł dalej w stronę folk horroru. „The Long Night” światło dzienne ujrzał w lutym 2022 roku – ograniczona dystrybucja w amerykańskich kinach, a na wielkie ekrany w Polsce trafił w kwietniu tego samego roku; też w wąskim zakresie. Szeroka dystrybucja w strefie VOD (między innymi Shudder i Amazon Prime Video).

Scenariusz: Mark Young (mi.in. „Ząb i pazur” i „Southern Gothic” z 2007 roku, „Feral” z roku 2017), oraz debiutujący w tej roli Robert Sheppe. W rolach głównych: Scout Taylor-Compton - którą fani kina grozy mogą znać choćby z dwóch odsłon „Halloween” Roba Zombie, „Amerykańskiej zbrodni” Tommy'ego O'Havera, „Zombies” J.S. Cardone'a, „Prima Aprilis” Mitchella Altieri i Phila Floresa, czy wspomnianego już „Feral” Marka Younga – oraz Nolan Gerard Funk, który z kolei wystąpił między innymi w takich produkcjach jak „Martwa dziewczyna” Marcela Sarmiento i Gadi Harela, „Bereavement” Stevana Mena, „Dom na końcu ulicy” Marka Tonderaia oraz „Prawda czy wyzwanie” Jeffa Wadlowa. Część zdjęć do „The Long Night” Richa Ragsdale'a powstała w najstarszej drewnianej budowli w Karolinie Południowej, wzniesionej przez brytyjskich kolonistów jeszcze przed narodzinami Stanów Zjednoczonych. Na czele zespołu operatorów stanął Pierluigi Malavasi, obok odpowiedzialnej za ścieżkę dźwiękową Sherri Chung, w mojej ocenie najbardziej zasłużony dla niniejszej produkcji. Piorunujące szerokie ujęcia (z lotu ptaka) soczyście zielonej scenerii, bezkresnych lasów w Karolinie Południowej: przepięknych, dostojnych, dzikich, mistycznych. I skąpane w gęstej mgle – chwilami widoczność spada do zera – intymniejsze, duszne, rozgorączkowane, osaczające, oniryczne, demoniczne obrazki, których jedyną wadą było to, że nie pozwalały mi zakotwiczyć się w tym świecie przedstawionym. Bardziej czułam się jakbym oglądała długi teledysk (i jak zdążyłam się zorientować, nie byłam w tym sama) aniżeli film fabularny. Niewydajny horror, ale smakowity wideoklip: znakomite efekty dźwiękowe, złowrogie melodie skomponowane specjalnie na potrzeby „The Long Night” i wpadające w ucho, idealnie dopasowane (tekst i linia melodyczna) do scenariusza utwory wokalne. Smutne pieśni: ballady i trochę mocniejsze brzmienia. Pierwsze udawane zabójstwo, jakie dokona się na oczach widza to w moim uznaniu najbardziej poetycka scena w tym „uduchowionym” dziełku – głównie dzięki operowemu akompaniamentowi. „The Long Night” Richa Ragsdale'a zaczyna się jak typowa rąbanka, jak „Teksańska masakra piłą mechaniczną”, „Wzgórza mają oczy” czy inna „Droga bez powrotu”. Mieszkająca w Nowym Jorku parka, Grace Covington i Jack Cabot, po nieudanym weekendzie u rodziców mężczyzny (błękitna krew, wielkie państwo niełaskawie spoglądające na tak zwane niższe warstwy społeczne), udaje się na głębokie południe, aby spotkać się w gruncie rzeczy z obcym człowiekiem. Kierują się do jego posiadłości, ale wcześniej wypada odwiedzić jakiś podejrzany przybytek. Taka (nie)twarda reguła gatunku. A żeby tradycji naprawdę stało się zadość to musi, po prostu musi być stacja benzynowa. Nie można też zapomnieć o paru tubylcach, którym źle z oczu patrzy. Jak nic, coś knują! Albo po prostu wiedzą, w jakie bagno nieświadomie pchają się te durne mieszczuchy. Wiedzą, ale nie powiedzą. Zamiast tego rykną śmiechem, ledwo głupi turyści znowu ruszą... na spotkanie swojego przeznaczenia? W każdym razie na pewno nie czeka ich nic miłego w tym domostwie na odludziu. Imponującej posiadłości należącej do niejakiego Franka Caldwella. To znaczy Grace jest pod ogromnym wrażeniem – Jack zdecydowanie nie podziela jej entuzjazmu. Wystrój jak u Normana Batesa i jeszcze ten przykry zapaszek. I gdzie, u diabła, podział się gospodarz? Jack nie przywykł do takiej gościnności. Żeby udostępniać nieznajomym klucze do swojego domu? Kto normalny pozwala by jacyś obcy szwendali się po jego prywatnym terenie? I to pod jego nieobecność! Jackowi wprost nie mieści się to w głowie, ale Grace tłumaczy, że w tych stronach to normalka. To nie Nowy Jork, tutaj ludzie są bardziej ufni. Mi casa es su casa, jak widać, adresowane nie tylko do członków tego małego społeczeństwa.

(źródło: https://www.amazon.com/)

Przerost formy nad treścią. Nie przepadam za tym określeniem, ale podczas tej faktycznie długiej nocy uparcie tłukło mi się po głowie. Z wyjątkiem pierwszej partii w „The Long Night” Richa Ragsdale'a mamy wyraźny podział na rozdziały (plansze tytułowe) – punkty diabolicznego programu, apokaliptycznej przepowiedni, w której jak wszystko na to wskazuje jakąś rolę ma odegrać Grace Covington. W tę przeklętą równonoc wiosenną. Mroczne proroctwo, o dopełnieniu którego marzą tajemniczy osobnicy w czarnych strojach. Niektórzy mają cudaczne czapki, a inni całkiem upiorne maski - czaszki dzikiej zwierzyny (mam nadzieję, że sztuczne). Właściwie twarze chowają wszyscy po tej stronie barykady, ale część z nich musi się zadowolić zwykłymi szmatkami. Jak mniemam ci ostatni to szeregowi żołnierze najpewniej w armii Tego Złego. Szatana? Albo jakiegoś innego Węża. W „The Long Night” zbiegają się co najmniej trzy podgatunki horroru/thrillera – slasher, home invasion i folk horror (demoniczny kult, którego symbolem jest Thelema Aleistera Crowleya, czy tam coś bardzo podobnego) – a protagoniści jakby zamieniają się rolami. Oczywiście bywało i tak, ale w świecie horroru to panie częściej wykazują się dobrą intuicją, odpornością na stres, sprytem, pomysłowością, wszystkim, co praktycznie gwarantuje przynajmniej najdłuższe utrzymanie się przy życiu (umrze na końcu albo wyjdzie cało z danego koszmaru). „The Long Night” uświadomił mi, że nazbyt mocno przywiązałam się do tej niepisanej reguły, że najwyższy czas wyjść z tej szufladki. Bo się nacięłam. Powiem więcej: jakbym straciła przyczepność, jakby grunt uciekł mi spod stóp. Taka mała zmiana, a tak w głowie mi namieszała. Niebywałe! A przecież już wstęp do tej moim zdaniem przekombinowanej „sztuki”, ujawnił, że to Grace zależy na tej wyprawie. Spotkanie z Frankiem Caldwellem miało jej pomóc w spełnieniu największego marzenia, można powiedzieć osiągnięciu najważniejszego z dotychczas postawionych sobie życiowych celów. Poznać biologicznych rodziców - tylko tyle... i aż tyle. Powinnam więc była się spodziewać, że niełatwo będzie ją przekonać do odwrotu, że uprze się jak przysłowiowy osioł. Jack jak rasowa final girl (final boy?) od początku czuł się mocno niekomfortowo na tym zastanawiająco wyludnionym, przeraźliwie cichym kawale ziemi należącym do kompletnie obcego mu faceta. Najchętniej w ogóle nie wchodziłby do tego domu, ale przecież nie mógł zostawić swojej upartej dziewczyny na pastwę... zdegenerowanych prowincjuszy? Jak w „Uwolnieniu” aka „Wybawieniu” Johna Boormana? To, co mieszczuchowi z krwi i kości wydaje się wybitnie podejrzane, dla dziewczyny wychowanej w tych stronach jest najzupełniej naturalne. Poza wręczeniem kluczy do swojej prywatnej przestrzeni obcym ludziom, takim sygnałem alarmowym z pewnością było dla Jacka również upiorne znalezisko w lesie - część lokalnego folkloru, zdaniem Grace. Ona czuje się tutaj pewniej z tego prostego powodu, że zdążyła poznać tutejsze zwyczaje, a wręcz przesiąknąć kulturą, która dla Jacka, chłopaka z północy, jest zupełną nowością. Można powiedzieć, różne uwarunkowania kulturowe. Żeby tylko. To nie tak, że Jack jest nadwrażliwy, tylko Grace świata poza swoim małym projektem już nie widzi. Się dziewczyna zafiksowała. Może już wtedy była pod wpływem jakiejś siły nieczystej? Tajemna moc na głuchej prowincji. Gdzie diabeł mówi dzień dobry, telefony szaleją, ludzie unoszą się w powietrzu (lewitacja) i ktoś bez przerwy wchodzi ci do głowy. Mentalne przeskoki w nieodległą przyszłość czy po prostu jeden ze sposobów morderczych intruzów na unicestwienie wszelkiej woli walki. Poddaj się, bo jak nie to będziemy cię torturować, choćby i całą wieczność. Tak patrząc na te mroczne postacie – karnie, w rządku, stojące przed domem wciąż nieobecnego Franka Caldwella (ciekawe, gdzie się podział? No to ci dopiero zagadka) – uznałam, że starczyłoby im cierpliwości, ale też miałam pewność, że przeciąganie tej „zabawy” nie leżało w ich interesie. Dręczenie kobiety z miasta jest środkiem, a nie celem. Żadna tam perwersyjna rozrywka bandy zwyrodnialców tylko nieświęta misja bandy zwyrodnialców. A może święta? Może to wszystko dla dobra ludzkości? Szczerze mówiąc, mało mnie to obchodziło. Dla mnie fabuła równie dobrze mogła nie istnieć; w moim przypadku efekt byłby podobny, gdyby zrobiono z tego długi strumień obrazów i dźwięków, nieskładających się w żadną opowieść. Od incydentu w sypialni, z Jackiem zatrzaśniętym w łazience, cieszyłam się już tylko płaszczyzną techniczną. Forma przykryła treść. Pomijam już fakt, że Scout Taylor-Compton, jak zwykle działała mi na nerwy. Przykro mi, ale zupełnie nie trafia do mnie jej warsztat, na pocieszenie miałam jednak Nolana Gerarda Funka, a pod koniec, gdy maska opadła... UWAGA SPOILER Tak czułam, że to będzie kobieta, ale nie ukrywam, że spotkała mnie tutaj też mała, przyjemna niespodzianka. Znana twarz w świecie horroru KONIEC SPOILERA. Dodatkowy plusik za białe oczy (mnie zawsze straszą, ale tylko w kinie grozy) oraz nader interesujący poród. Chore? No ba! Dlatego wpadło mi w oko:)

Prawie się popłakałam. Takie zjawiskowe opakowanie, a w środku pusto. Dobrze, dobrze, jakaś historia w tej wybornie mrocznej, pieczołowicie udekorowanej skrzyneczce oczywiście jest – przyznaję, nie bijcie – ale czy choć w połowie tak interesująca? Nie dla mnie. Uczta audiowizualna i porażka fabularna, tak niestety muszę „The Long Night” Richa Ragsdale'a podsumować. Okrutnie zmarnowany potencjał. Toż to niemal profanacja! I to nie jest fakt, to tylko nic nieznacząca opinia. Jedna z wielu.

niedziela, 11 grudnia 2022

„Abandoned” (2022)

 

Sara i Alex Davisowie przeprowadzają się wraz z ze swoim maleńkim synkiem Liamem do nowo zakupionego, owianego złą sławą domu na prowincji. Sara zmaga się z depresją poporodową, a Alex ma nadzieję, że zmiana scenerii, ucieczka od wielkomiejskiego zgiełku pomoże jej wrócić do zdrowia. Mężczyzna całe dnie spędza w pracy, a tymczasem jego żona bezskutecznie stara się nawiązać silniejszą więź z ich jedynym dzieckiem. W nieruchomości, w której przed czterdziestoma laty doszło do tragedii, dotychczas skutecznie zniechęcającej potencjalnych kupców. A teraz od dawna nieżyjący poprzedni mieszkańcy nękają świeżo upieczoną matkę, od początku żywotnie zainteresowaną wstrząsającą historią tamtej rodziny. Równie dobrze jednak niezwyczajne zjawiska rzekomo zachodzące w otoczeniu Sary, mogą być oznaką jej pogarszającego się stanu psychicznego.

Pełnometrażowy debiut reżyserski Spencera Squire'a oparty na scenariuszu Erika Pattersona i Jessiki Scott, którzy wcześniej pracowali razem między innymi nad „Piekielną głębią 2” Darina Scotta i „Godziną duchów” (2010-2014), serialem na podstawie twórczości R.L. Stine'a. Amerykański horror nastrojowy wyraźnie kłaniający się klasycznym opowieściom o nawiedzonych domach, który jak na razie zbiera głównie negatywne recenzje. Nakręcony w Karolinie Północnej, w Research Triangle w regionie Piemont – główne zdjęcia prawdopodobnie ruszyły w drugiej połowie 2021 roku (wrzesień/październik), a dystrybucję otwarto w czerwcu 2022 roku. W swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych „Abandoned” był pokazywany w wybranych kinach poczynając od 17 sierpnia, a tydzień później trafił na platformy VOD.

Emma Roberts (m.in. „Krzyk 4” Wesa Cravena”, „Zło we mnie” Oza Perkinsa, „Polowanie” Craiga Zobela), John Gallagher Jr. (m.in. „Cloverfield Lane 10” Dana Trachtenberga, „Hush” Mike'a Flanagana, „Come Play” Jacoba Chase'a) i Michael Shannon (m.in. „Martwe ptaki” Alexa Turnera, „Robak” Williama Friedkina, „Zwierzęta nocy” Toma Forda, „Kształt wody” Guillermo del Toro) w kameralnym „straszydle” zbudowanym z tradycyjnych motywów. Zaskakująco przyjemne zderzenie „Horroru Amityville” Stuarta Rosenberga, filmu opartego na rzekomo opartej na faktach książce Jaya Ansona, ze „Wstrętem” Romana Polańskiego, choć oczywiście lepiej nie nastawiać się na zbliżoną jakość. Już prolog „Abandoned” Spencera Squire'a ujawnia zamiary twórców – stylizacja retro, niby nadszarpnięte zębem czasu (wygląda na lata 70., najwyżej 80. XX wieku), ziarniste, „porysowane” nocne zdjęcia domu (ujęcia z zewnątrz), w którym najpewniej właśnie dzieje się coś bardzo złego. Potem przeskakujemy o czterdzieści lat do przodu i widzimy trzyosobową rodzinę oprowadzaną po tej posiadłości przez śliską pośredniczkę w obrocie nieruchomościami. Sytuacja łudząco podobna do tej z „Horroru Amityville” (muchy!) - młode małżeństwo, tym razem tylko z jednym dzieckiem, decyduje się na zakup niesławnej nieruchomości. Wcześniej mężczyzna, weterynarz Alex Davis (przekonujący występ Johna Gallaghera Jr.), posyła swojej małżonce przymilne spojrzenia. Jego dłużej przekonywać nie trzeba, ale nie jest pewna, jakie stanowisko w tej sprawie zajmie Sara (bezbłędna Emma Roberts – widowiskowa, charyzmatyczna, intensywna kreacja). Wszystko wskazuje na to, że ostatnie słowo należy do niej, że Alex nie chce jej do niczego przymuszać. Pragnie tego domu, ale komfort małżonki jest dla niego ważniejszy. Jej potrzeby przedkłada ponad własne i niewykluczone, że Sara odwdzięcza się tym samym, że tak naprawdę wolałaby zostać w mieście. Historia tego domu, niechętnie ujawniona przez agentkę nieruchomości (że tak to ujmę, zmuszona do zeznań przez Sarę), przez dziesiątki lat zrażała nawet najbardziej obiecujących kupców, ale tym razem może być wręcz odwrotnie. Jakby Sara dostrzegła w tym szansę na rozwianie ewentualnych obaw małżonka odnośnie jej aktualnego stanu zdrowotnego. Kobieta od wielu miesięcy zmaga się z depresją poporodową - diagnoza lekarska, której w żadnym razie nie kwestionuje, ale nie chce, by Alex nabrał przekonania do wdrożenia farmakoterapii. Gdyby nagle zaczęła bać się duchów, cierpliwość jej do bólu racjonalnego, mocno stąpającego po ziemi męża, mogłaby się wyczerpać. Sara o niczym tak nie marzy, jak o zbudowaniu więzi ze swoim jedynym dzieckiem, ale chce tego dokonać sama, ewentualnie z pomocą męża, ale na pewno nie pigułek. Te ostatnie według niej w dłuższej perspektywie mogą unicestwić wszelkie szanse na zbudowanie satysfakcjonującej relacji z Liamem. Choćby takiej, jaką cieszy się Alex. Sara niewątpliwie zazdrości mu kontaktu z ich pierworodnym, mniej więcej rocznym synkiem, który lubi sobie popłakać. Zwłaszcza pod nieobecność ojca, w te niemiłosiernie dłużące się dni, które dziecko spędza z mniej pewnym rodzicem. Sara robi wszystko, co w jej mocy, aby uspokoić, zabawić niepocieszonego, „wiecznie” grymaszącego chłopczyka, z utęsknieniem czekając na przypłynięcie tej wspaniałej macierzyńskiej miłości, o której tyle się mówi. Wybrakowana mama: tak prawdopodobnie czuje się biedna Sara. Poszkodowana przez los, ale daleka od wywieszenia białej flagi. Kobieta walcząca z nie tak znowu rzadką chorobą. W nawiedzonym przez duchy domu? Tak czy inaczej, wbrew zamiarom Davisów, a przynajmniej Alexa, zmiana scenerii raczej nie służy Sarze. Samotność też nie. Jedynym sąsiadem Davisów jest niejaki Chris Renner (przyzwoita kreacja Michaela Shannona), małomówny, ale służący pomocą, starszy mężczyzna twierdzący, że znał poprzednich mieszkańców „koszmarnego wiejskiego domu”. Desperacki akt młodej kobiety, z którą Sara jakby czuła jakąś więź. Chciała zbudować więź z Liamem, a zamiast tego zbliżyła się do nieboszczki. Podobieństwo tych kobiet i bez zabiegów Sary jest uderzające. No właśnie, czołowa postać „Abandoned” z jakiegoś, niekoniecznie sobie znanego powodu stara się jeszcze bardziej upodobnić do tamtej nieszczęsnej dziewczyny. Czyżby popychała ją do tego jakaś nadnaturalna siła? Któraś z dusz uwięzionych w tym przeklętym domostwie? A może po prostu mroczna, w tym świecie przedstawionym autentyczna, historia trafiła na fatalne podłoże, na całkowicie bezbronny, a przynajmniej mocno osłabiony umysł?

Czy twórcy „Abandoned” naprawdę wierzyli, że coś takiego dobrze się sprzeda? W pierwszej połowie XXI wieku? A może spłodzili to dziełko trochę z przekory, zadziałania wbrew oczekiwaniom bodaj większości dzisiejszych zjadaczy horrorowego chleba? Chcieli dać coś mniejszości czy „przeprowadzili błędną analizę rynku”? Tak czy inaczej, mnie wcale a wcale nie zaskoczyły skrajnie negatywne reakcje na „Abandoned” Spencera Squire'a. Opinie, które w zasadzie tylko utwierdziły mnie w postanowieniu „wrzucenia na ruszt tego diabełka”. Okropnie powolny i nieoryginalny, nieznośnie schematyczny. Nic się nie dzieje, chyba że za coś uznamy płacz dziecka. Zgadzam się, że to wszystko już było (żeby to raz), ale że taki nieruchawy? Większość znanych mi horrorów z tak zwanej nowej fali buduje się jeszcze wolniej – i ja naiwna myślałam, że to będzie jeden z nich. Po tych wszystkie opowieściach o „leniwcu Spencera Squire'a”... Tutaj się rozczarowałam, ale inna, mocno zawoalowana, obietnica w moim przypadku nie okazała się już taka bez pokrycia. W sumie ta materia przerosła moje oczekiwania. Myślałam, że do spodziewanego listu miłosnego do filmowych ghost stories z ubiegłego wieku wkradną się większe „nowoczesne chochliki”. Większe od zabawy w buu!, bo bądźmy szczerzy, dawniej (na pewno w drugiej połowie dwudziestego stulecia) j ta prymitywna metoda, hmm, straszenia (straszenie przez zaskoczenie) też była praktykowana. Rzadziej niż obecnie, ale była. Mówiąc wprost, miałam powody sądzić, że pokusa skorzystania z mocy „komputerowych czarodziejów” i tym razem okaże się nazbyt silna. Że prędzej czy później „Abandoned” wpadnie w aż za dobrze znaną mi „plastikową przepaść”. Spencer Squire pokazał mi się jednak jako całkiem pilny student starej szkoły straszenia. Minimalistyczna obsesja, która może okazać się jednym z gwoździ do trumny jego pierwszego pełnometrażowego dziełka. Kiedyś może nieboraka odkopią, ale tymczasem wszystko wskazuje na to, że „Abandoned” niepyszny prędko ze sceny zejdzie. Ileż razy już to widzieliśmy? Te wszystkie pomysły filmowców na wytrącenie nas ze strefy komfortu, czasami podane z większym hukiem niż w rzeczywistości „Abandoned”. Ale czy z przygotowaniem wydajniejszego napięciowego podłoża? Widmowa twarz z nagła pojawiająca się za oknem, dłonie wyskakujące spod łóżka, chwytające bohaterkę za stopy i wciągające do swojej kryjówki, niestosownie zwyczajne, niestraszące wyglądem, pozbawione upiornej charakteryzacji duchy lub imaginacje udręczonego umysłu, alarmujące tuptanie małych nóżek, nierzadko idące w parze z wesołymi dziecięcymi piskami (duchy się bawią), wstrętne znalezisko pod kanapą - źródło nieprzyjemnego zapaszku, znikające rzeczy, tajemnicza szafa (bez lwa, ale może chociaż jakaś czarownica się objawi?). Są i podejrzany sąsiad oraz coraz bardziej podejrzliwy mąż, niemający podstaw, by sądzić, że w jego nowym domu mogą ukrywać się jacyś intruzi, z tego czy innego świata. Chcąc nie chcąc, w tym dość cichym konflikcie małżeńskim, w końcu musiałam zgodzić się z Alexem przynajmniej w jednej kwestii. Właściwie on potrzebował więcej czasu na dojście do tego, co mnie zadręczało od incydentu z lampą (taki obrót spraw raczej nikogo nie zaskoczy, ale na wszelki wypadek nie będę zagłębiać się w szczegóły). Jedna z rzeczy, którymi Sara nie uznała za stosowane podzielić się z zapracowanym mężem. Jeden z jej małych sekretów. Alex przyrzekał, że będzie ją wspierał, ale widz może się zastanawiać, czy aby większym wsparciem dla Sary, na tym przeklętym odludziu, nie jest enigmatyczny sąsiad. Alex niewątpliwie wolałby spędzać więcej czasu z bliskimi, na pewno chciałby wywiązać się z obietnicy danej żonie, ale przecież nie samym powietrzem człowiek żyje. Alex póki co jest jedynym żywicielem rodziny, a zatem nie za bardzo może sobie pozwolić na dłuższe pobyty w domu. Tym bardziej, że to weterynarz z powołania, gotowy sięgnąć do własnej kieszeni, byle uniknąć niehumanitarnego potraktowania przypadków w jego fachowej opinii beznadziejnych. Jak skończy się ten dramatyczny rozdział sagi rodzinnej? Początek, który niestety może być też końcem tej rodzinnej opowieści. Wielka ulga i niedrobny zgrzyt. UWAGA SPOILER Na którymś etapie samotnych zmagań Sary, narodziła się we mnie obawa, że scenariusz ostatecznie skręci w stronę motywu, który zdecydowanie mi się przejadł: dziki lokator, ewentualnie lokatorzy. Istoty z krwi i kości, a nie ektoplazmy. Stąd ulga. Natomiast tonacja, w jakiej utrzymano ostateczną konfrontację za bardzo odstawała mi od reszty. Z horroru w baśń. Potem przesłodzony epilog, ale z alarmistyczną kropką nad i. Myślę, że za nią jest wielokropek, tak uwielbiana przeze mnie przestrzeń dla domysłów widza KONIEC SPOILERA.

Abandoned”, pierwsze reżyserskie osiągnięcie Spencera Squire'a w długim metrażu, to horror bazujący przede wszystkim na klimacie nadnaturalno-chorobowym. W subiektywnie ciasnym, w rzeczywistości całkiem przestronnym domu, który z nawiązką zaspokoił mój apetyt na wprawne żonglerki napięciem. To jeden z tych obecnie dość rzadkich okazów, który stara się wleźć głębiej pod skórę. Podszczypuje, zamiast torpedować strasznie strasznymi obrazkami i bez umiaru, raz po raz uderzać dźwiękiem (czasem uderza, ale nie tak znowu często, a i muszę przyznać, że jeden widok szczególnie zapadł mi w pamięć: przebiegły mrówki po plecach w „scenie łóżkowej”). Subtelnościami niemal do czerwoności rozgrzał moją wyobraźnię. Opowieść o potencjalnie nawiedzonym przez duchy wiejskim domu absolutnie nie po nowemu.

piątek, 9 grudnia 2022

Robert Silverberg „Pan Ciemności”

 

W 1589 roku trzydziestoletni Andrew Battell z Leigh w angielskim hrabstwie Essex uczestniczy w korsarskiej wyprawie, która kończy się dla niego tragicznie. Schwytany przez Portugalczyków, przetransportowany do ich kolonii w Afryce i wtrącony do lochu, w końcu znajduje sposób na odzyskanie namiastki wolności. Z dwojga złego wybiera służbę dla sprzymierzeńców Hiszpanów, wrogów elżbietańskiej Anglii, z czasem stając się jednym z najcenniejszych pilotów żeglugi śródlądowej na usługach zdradzieckich imperialistów. Z pomocą swojej wpływowej kochanki, wyrachowanej dony Teresy da Costy, Andy zdobywa zaufanie gubernatora dona João de Mendoçy, który przywraca mu nadzieję na rychły powrót do ukochanej ojczyzny. Uwikłany w sieć intryg, okrutnie wykorzystywany, ale i nawiązujący cenne przyjaźnie w egzotycznej krainie, sterroryzowanej przez kanibalistyczne plemię Jaqqa, Andrew Battell przez dziesiątki lat będzie wisiał nad przepaścią, coraz śmielej zaglądać w otchłań, która w każdej chwili może odwdzięczyć się tym samym.

Pierwotnie wydana w 1983 roku cegiełka „Lord of Darkness” (pol. „Pan Ciemności”) to jedna z najmniej znanych powieści Roberta Silverberga, kilkukrotnego zdobywcy Hugo Award, Nebula Award i Locus Award, bardzo płodnego amerykańskiego autora kojarzonego głównie z fantastyką naukową, członka Science Fiction and Fantasy Hall of Fame, uhonorowanego prestiżową Nagrodą Wielkiego Mistrza imienia Damona Knighta, przyznawaną przez Stowarzyszenie Amerykańskich Pisarzy Science Fiction i Fantasy za całokształt osiągnięć w rzeczonych literackich obszarach gatunkowych. Silverberg urodził się w Nowym Jorku i uzyskał tytuł licencjata z literatury angielskiej na Uniwersytecie Columbia, gdzie napisał swoją pierwszą opublikowaną powieść (science fiction dla młodzieży) pt. „Revolt on Alpha C”. Do końca lat 50. XX wieku energicznie budował swoją markę pisarza science fiction, a kiedy w Stanach Zjednoczonych drastycznie zmniejszył się popyt na tego rodzaju literaturę, Silverberg przez parę lat (mniej więcej do połowy lat 60.) utrzymywał się głównie z powieści erotycznych. Pierwsza polska edycja „Lord of Darkness” pojawiła się dopiero w roku 2022, z inicjatywy wydawnictwa Vesper. Wydanie w twardej oprawie z dwóch stron „pokolorowane” przez Krzysztofa Wrońskiego, sumiennie przetłumaczone przez Krzysztofa Sokołowskiego, który skreślił też „słowo wstępne”.

Pomysł na „Pana Ciemności” zakiełkował w bystrym umyśle Roberta Silverberga podczas lektury „The Three Mulla-Mulgars” Waltera de la Mare, powieści łotrzykowskiej, fantazyjnej przygody, która swoją światową premierę miała w roku 1910. Silverberg nie miał powodów sądzić, że angielski bogobojny żeglarz występujący w tym świecie przedstawionym pod nazwiskiem Andrew Battle, nie jest postacią stricte fikcyjną, dopóki jego osobiste badania pasjonujących wypraw z epoki elżbietańskiej nie zaprowadziły go do przeszło 60-stronicowej broszury opublikowanej w 1901 roku przez Towarzystwo Hakluyt z siedzibą w Londynie. Broszury zatytułowanej „The Strange Adventures of Andrew Battell of Leigh, in Angola and the Adjoining Regions” sporządzonej przez geografa Samuela Purchasa, którą, jak się okazało, w jakimś stopniu podpierał się Walter de la Mare konstruując opowieść, która tak wciągnęła Silverberga. Wyraźnie okrojony (a przynajmniej w ocenie samego Roberta Silverberga), cudzą ręką skreślony pamiętnik autentycznego podróżnika Andrew Battella, jeszcze twardsze ramy wytyczył dla „Pana Ciemności”. Historyczny szkielet w fikcyjnej skórze - w posłowiu omawianej książki, autor nazywa ją po prostu fantastyką historyczną. Propozycja choćby dla fanów opowieści przygodowych/marynistycznych oraz amatorów horrorów kanibalistycznych. Głębiej w Jądro Ciemności Josepha Conrada. „Cannibal Holocaust” Ruggero Deodato w kolonialnym koszmarze przełomu XVI i XVII wieku. Nieautentyczna relacja autentycznego angielskiego podróżnika Andrew Battella, który w tym świecie przedstawionym, można powiedzieć, dostaje nowe życie. Alternatywna rzeczywistość korsarza na usługach Jego Królewskiej Mości Elżbiety I, pochodzącego z miasta Leigh w hrabstwie Essex. Silverberg wedle własnego uznania wypełnił ogromne dziury w biografii Battella. Jego Andy był najmłodszym z czterech synów doświadczonego pilota żeglugi śródlądowej, który po śmierci biologicznej matki chłopców - Andrew nie dane było jej poznać - związał się z dobrą kobietą, która bez trudu zaskarbiła sobie miłość jego dzieci. Ojciec miał inne plany względem swojej najmłodszej latorośli, ale cóż mógł począć, kiedy jego kochanego Andy'ego dopadła dobrze znana mu gorączka. Pragnienie przeżycia wielkiej przygody tak długo rosło w główny bohaterze i zarazem narratorze „Pana Ciemności”, że w końcu ogarnęło go całego. Wdowiec, który niedawno odnalazł nową miłość, zaręczony z młodziutką Anne Katherine Sawyer, otrzymał propozycję nie do odrzucenia. Najdłuższa wyprawa w jego, bądź co bądź, niedługiej marynarskiej karierze. Kto by się spodziewał, że to potrwa aż dwadzieścia jeden lat? Nie, Andrew Battell nie zamierzał tak długo zabawić poza domem, tak daleko od swojej słodkiej Anne Katherine. Ulisses i Lilith w dzikiej Afryce. Złotowłosy pechowy podróżnik w obozie wroga znajduje cenną sojuszniczkę, co niekoniecznie wyjdzie mu wyłącznie na dobre. Dona Teresa da Costa, w której żyłach płynie zarówno europejska (portugalska), jak i afrykańska krew, to rasowa femme fatale. Wyrachowana intrygantka, wytrawna manipulantka, z łatwością owijająca sobie wokół palca nawet najbardziej wpływowych, uprzywilejowanych białych mężczyzn, kawałek po kawałku anektujących bogaty w zasoby naturalne, bardzo urodzajny kontynent. Niebezpieczny, mroczny romans, toksyczna miłość lub najprawdziwszy urok rzucony przez diablicę w ludzkiej skórze na prawdopodobnie ulubionego więźnia jednego z kochanków dony Teresy. Trójkąt miłosny? Żeby tylko. Andrew Battell, zdeklarowany protestant wśród wstrętnych mu papistów, człowiek, który prędzej umrze niż przejdzie na katolicyzm, zostanie wrzucony w głębsze bagno wyczarowane przez najbardziej przebiegłą kobietę, jaką w życiu spotkał. Piękną bestię? A może po prostu kobietę śmiało sięgającą po swoje kawałki tortu z pańskich stołów? Ambitną panią w świecie rządzonym przez mężczyzn?

Obcy na coraz mniej obcej ziemi. „Pan Ciemności” Roberta Silverberga pod wielobarwnym płaszczykiem Wielkiej Przygody, przemyca wiecznie aktualne prawdy o człowieku i mocno zróżnicowanym świecie, w którym, czy mu się to podoba, czy nie, urodzi się i umrze. Może sobie wmawiać, że jego kultura, jego przekonania religijne, polityczne, cały jego światopogląd jest jedynym słusznym. Więcej: może udawać, że jego naród jest tym wybranym, jego ojczyzna jedynym cywilizowanym miejscem na planecie Ziemia. Andrew Battell na początku swojej afrykańskiej przygody pewnie radośnie przyklasnąłby takiej postawie. Nie żeby kiedykolwiek w to wątpił, ale teraz na własne oczy widzi, jak dalece jego kochana Anglia wyprzedziła inne plemiona. Afrykańskie i zapewne europejskie, bo Andy nie ma powodów sądzić, że Portugalia i Hiszpania to jedyne wrzody na poza tym soczyście zdrowej tkance Starego Kontynentu. Zdrowa jest Anglia pod panowaniem miłościwej dla poddanych, nieprzejednanej dla wrogów, nadzwyczajnej inteligencji królowej dziewicy Elżbiety I. Tylko tego nasz Andrew jest absolutnie pewien... przynajmniej dopóki nie zacznie nasiąkać inną kulturą. Niejedną, bo rodowici mieszkańcy Czarnego Lądu nie są mniej zróżnicowani od mieszkańców Europy. Różne zwyczaje, rytuały, bogowie, różne upodobania kulinarne. „Ośmielam się twierdzić, że gdzieś tam żyje, jeszcze nieodkryta, rasa kanibali nie tylko jedzących ludzkie mięso, lecz i takich, co wymiotowaliby na wzmiankę o jedzeniu bydła lub drobiu, co twierdziliby, że właśnie to jest nienaturalne, obrzydliwe”. I „zabijać i pożerać swoich jest złem, każde dziecko się z tym zgodzi, lecz czy Jaqqa byli przez to gorsi od oślizgłych Portugalczyków, którzy zajęli wybrzeże, czynili niewolnikami całe narody, oszukiwali jedni drugich, z góry planowali obrzydliwe zdrady, a to wszystko i więcej, chodząc co dzień do kościoła?”. I jeszcze ostrzej: „czarni z tego kraju wpadli między dwie głodne paszczęki uzbrojone w ostre zęby. Będą nimi rządzić albo skorumpowane, sprzedajne władze cywilne, albo fanatyczni księża, a kto jest lepszy? […] Nie widziałem różnicy między tymi prawdziwymi chrześcijanami a poganami odprawiającymi swoje rytuały z maskami, dzikim tańcem i pomalowaną skórą. To było to samo szaleństwo, ta sama głupota”. Myślę, że te trzy wyjątki z „Pana Ciemności” Roberta Silverberga, doskonale pokazują jak potężna burza przetacza się przez umysł Anglika przykutego do Afryki. Jak fundamentalne zmiany zachodzą w tej imponująco chłonnej głowie. Złakniony wiedzy, a zatem bez większego żalu żegnający się z ignorantem wykarmionym pod angielskim kloszem. Co prawda Andy nigdy nie miał dobrego zdania o papistach, a już zwłaszcza Portugalczykach i Hiszpanach, ale żeby zastanawiać się, czy nie są aby gorsi od prymitywnych ludów rozsmakowanych w ludzkim mięsie? W Anglii tak daleko jego myśli niewątpliwie ani razu nie zawędrowały. W São Paulo de Loanda, kolonii Portugalczyków na terenie dzisiejszej Angoli, Andrew Battell, dzięki wstawiennictwu swojej groźnej kochanki, uwił sobie całkiem wygodne gniazdko. Zważywszy na swój niski status. Najbardziej uprzywilejowany więzień białych barbarzyńców, wśród których mimo wszystko nasz bohater dynamiczny, wypatrzył też, w jego ocenie, dobrych ludzi. Nawiązał parę przyjaźni, które jednakże nie zrekompensowały mu krzywd doznanych w tych niehonorowych, obrzydliwie podłych szeregach. Tęsknota za Anglią z biegiem lat traciła na intensywności, coraz mnie mu dokuczała, a urocza twarz jego młodziutkiej narzeczonej właściwie całkowicie zatarła się w jego pamięci. Czy marzenie o powrocie do ojczyzny w końcu zgaśnie, tak jak zgasł ufny, dowcipny, sympatyczny złotowłosy chłopiec, dla którego Elżbieta I była drugą po Bogu? Gotów oddać dla niej życie... zanim takie niebezpieczeństwo się pojawiło. Kiedy śmierć zaczęła zaglądać mu w oczy, chwycił się pierwszej, ale bynajmniej nie ostatniej, brzytwy. Instynkt przetrwania zwyciężył, a wkrótce potem zwycięstwo odtrąbiło pożądanie. I tak zaczęły się łóżkowe przygody Andy'ego vel Andresa vel Andubatila, których autor nie omieszka dość szczegółowo naświetlić. Życie seksualne głównego bohatera to jedna z integralnych części maszynerii psychologicznej – w tej sferze też zachodzą pewne zmiany; stopniowo, metodą nie tak znowu małych kroków. Poszukiwaczy mocniejszych wrażeń zapewne najbardziej ciekawi wątek antropofagów. Zaryzykuję twierdzenie, że Robert Silverberg wyprzedził nawet Włochów (XX-wieczne kino kanibalistyczne). Tak wyczerpujących, plastycznych opisów przyrządzania i konsumowania ludzkiego mięsiwa, na pewno się nie spodziewałam. Założyłam, że pan Silverberg, jak wielu przed nim, ledwie otrze się o temat, ograniczy do jakichś bardzo ogólnych zarysów wielkich uczt Jaqqa. A tu taka (nie)piękna makabra! I taka upiorność wewnątrz. W otchłani Friedricha Nietzschego. W ciemności Josepha Conrada.

Niebezpieczne żądze, mroczne intrygi, pasjonujące wyprawy, afrykańskie wierzenia i zwyczaje okiem albo coraz mniej, albo coraz bardziej cywilizowanego człowieka. Wyborne portrety psychologiczne, ze wskazaniem na zbeletryzowaną wersję autentycznej postaci, tutaj bohatera dynamicznego, który musi jakoś odnaleźć się w zupełnie nowych, egzotycznych realiach. Przybysza z innego świata, jakby z innej, zdecydowanie zdatniejszej do życia, przyjaźniejszej planety. „Pan Ciemności” Roberta Silverberga to monumentalna opowieść o uwarunkowaniu kulturowym, wszechpotężnej tęsknocie za ojczyzną, ogromnym głodzie wiedzy, wytrwałości w wierze, „fantastycznych zwierzętach”, pogańskich rytuałach, obrzędach tak nieswojskich, że aż magicznych. O kolonialnym piekle, rażącej hipokryzji oraz innych przywarach tak zwanego człowieka rozumnego. I wreszcie o kanibalach. Długa tułaczka niewspółczesnego Odyseusza. Mistrzowska epopeja szczodrze krwią podlana. Szczerze i z całego serca polecam wszystkim (od literatury romantycznej, też erotycznej, aż po horror ekstremalny) mniej i bardziej namiętnym czytelnikom. Prawdziwy diament!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 7 grudnia 2022

„Dotyk śmierci” (1988)

 

Lester Parson uwodzi zamożne wdowy, żeby pozyskać środki na obstawianie wyścigów konnych oraz darmowe mięso dla siebie i swoich zwierząt. Mężczyzna mieszka w zacisznym zakątku Włoch w obciążonym hipoteką domu, który prezentuje się na tyle okazale, żeby mógł wykorzystywać go w budowaniu swojej fałszywej kreacji człowieka sukcesu. Usypiać czujność niezależnych finansowo kobiet, które Lester zwykle wyszukuje w dziale z ogłoszeniami matrymonialnymi w lokalnej prasie. Seryjny morderca i kanibal, którego dobra passa powoli się kończy. Wszystko przez tajemniczego naśladowcę Parsona, zostawiającego organom ścigania, cenne dla nich i jednocześnie skrajnie niebezpieczne dla mięsożernego playboya, wskazówki. Lester nie ma wątpliwości, że ktoś stara się przypisać mu swoje własne zbrodnie i nie bardzo wie, jak temu przeciwdziałać.

Dotyk śmierci” (oryg. „Quando Alice ruppe lo specchio”, ang. „Touch of Death” aka „When Alice Broke the Looking Glass”; w Niemczech dystrybuowany pod tytułem „When Alice Broke the Mirror”) w reżyserii i na podstawie scenariusza Lucio Fulciego - nieodżałowanego twórcy między innymi „Nie torturuj kaczuszki” (1972), „Siedmiu czarnych nut” (1977), „Zombie pożeraczy mięsa” (1979), „Czarnego kota” (1981), „Nowojorskiego rozpruwacza” (1982) oraz tak zwanej Trylogii Śmierci, którą tworzą „Miasto żywej śmierci” (1980), „Hotel siedmiu bram” aka „Siedem bram piekieł” (1981) i „Dom przy cmentarzu” (1981) – powstał w ramach cyklu „The Masters of Thriller” („I maestri del thriller”), można powiedzieć sposobu włoskich filmowców na ominięcie cenzury: wrzucanie brutalnych produkcji bezpośrednio na rynek VHS bądź na małe ekrany. Pod szyldem „The Masters of Thriller” znalazły się między innymi takie pozycje, jak „The Murder Secret” Mario Bianchiego, „Bloody Psycho” Leandro Lucchettiego, „Massacre” Andrea Bianchiego, „Gate of Hell” Umberto Lenziego, „Duchy z Sodomy” i oczywiście nakręcony tuż po nich „Dotyk śmierci” Lucio Fulciego. W akcję „The Masters of Thriller” wciągnął Fulciego operator filmowy Silvano Tessicini, po powrocie tego pierwszego z Filipin, gdzie kręcił „Zombie pożeraczy mięsa 2” (1988). Główne zdjęcia do „Dotyku śmierci” ruszyły w drugiej połowie czerwca 1988 roku w Rzymie, a budżet wyniósł najmniej dwieście siedem milionów lirów włoskich, a najwięcej trzysta pięćdziesiąt milionów (różne sumy podawano).

Podobno na planie „Dotyku śmierci” atmosfera była dość napięta. Reżyser i autor scenariusza, włoski „poeta makabry” często kłócił się z producentami, którzy mieli zarzucać mu zbyt powolne tempo prac (poza ustalonym harmonogram), a Lucio Fulci negatywny wpływ na jego dzieło. Ponoć najbardziej denerwowało go upieranie się producentów przy jak największej liczbie ujęć. Dłuższe „zabawy z kamerą”, to dłuższa praca na planie, a zatem wyższy koszt wytworzenia produktu. Im krócej, tym taniej: z takiego założenia, zdaje się, wyszli niewygodni partnerzy Fulciego przy jednym z jego mniej znanych horrorowych projektów. Jeśli wierzyć opowieściom o spięciach na planie „Dotyku śmierci” (a szczerze mówiąc nie mam powodów, by nie wierzyć), to pozostaje mi tylko żałować, że jeden z największych mistrzów kina gore, nie trafił na bardziej ugodową ekipę producencką. Najlepiej taką, która dałaby mu całkowicie wolną rękę – nie ingerowała w proces twórczy, pozwoliła by ziściła się wizja autora tej historii. Kompletna wizja, a nie jakiś skrótowiec. Bo tak mi niestety to wyglądało – zupełnie jak ustawy uchwalane w polskim parlamencie: jakby pisane na kolanie, w środku nocy, po paru procentach, tak dla kurażu;) Potem raz za razem nowelizowane, rzadko z pożytkiem dla obywateli, ale przecież nie o to chodzi, żeby zrobić dobrze „poddanym”. Filmowcy nie mają tylu szans, co ustawodawcy (niekończąca się seria podobno poprawionych dzieł), a i śmiem podejrzewać, że są bardziej zmotywowani do zaspokajania potrzeb zwykłego szarego obywatela. Muszą się zdecydowanie bardziej starać, by „zgromadzić twardy elektorat”. A jak tu osiągnąć wymierne korzyści, kiedy inni rzucają ci kłody pod nogi, torpedują twoje dzieło? Wygląda na to, że jeden z włoskich gigantów filmowego horroru, na którymś etapie prac nad „Dotykiem śmierci” stracił serce do tego projektu. Przestało mu się to podobać, czemu ja tam się nie dziwię, ale niektórzy mogą, bo historia Lestera Parsona - zapewne wbrew przewidywaniom osoby, która ją wymyśliła - trochę zwolenników znalazła. Właściwie można chyba powiedzieć, że to jedno z najbardziej docenionych późniejszych filmów Lucio Fulciego. Rolę główną powierzono Brettowi Halseyowi, co w mojej ocenie było najlepszą decyzją podjętą w sprawie „Dotyku śmierci”. Odrażająca postać, przez widzów skojarzona z Henrim Désiré Landru, autentycznym francuskim seryjnym mordercą żyjącym w latach 1869-1922 (czyżby główne źródło inspiracji tego scenariusza Lucio Fulciego?), która, jak na moje oko, nie przysporzyła najmniejszych trudności Halseyowi. Przekonująca kreacja ludzkiej bestii, polującej na kobiety spragnione miłości. Lester Parson łączy „przyjemne z pożytecznym”. Przyjemne dla niego – rozrywka na najniższym poziomie, polegająca na odbieraniu życia bliźnim. Nie jestem pewna, czy żądza krwi w tym antybohaterze jest silniejsza od żądzy pieniądza. Potworny przewodnik po świecie przedstawionym w „Dotyku śmierci” pana Fulciego, zdążył uzależnić się od zakładów konnych. Hazardzista, do którego szczęście rzadko, jeśli w ogóle, się uśmiecha. Wiecznie spłukany i najwyraźniej niezamierzający „brudzić sobie rąk” uczciwą pracą. Łatwiej naciągać zdesperowane wdowy. Łaknące nowej wielkiej miłości kobiety w średnim wieku i z jakimś zapleczem finansowym. Poszukiwania odpowiednich kandydatek (na talerz) nie nastręczają mu żadnych trudności. To wręcz dziecinnie proste: wystarczy przeglądać lokalną prasę, a ściślej sektor z ogłoszeniami matrymonialnymi.

Tym, co odróżnia „Dotyk śmierci” Lucio Fulciego od bodaj większości tego typu historii (seryjny mordercy w akcji) jest wygląd zewnętrzny ofiar. Kobieta z zarostem i nieładnymi naroślami na klatce piersiowej, kobieta ze skazą na górnej wardze i kobiety po prostu bardziej wiekowe. Na oko mocniej posunięte w latach od Lestera Parsona, który wyraźnie zmusza się do obcowania z tymi nieszczęsnymi paniami. Przed nimi udaje mu się ukryć swoje prawdziwe uczucia, ale myślę, że nawet niezbyt uważny odbiorca „Dotyku śmierci” dostrzeże odrazę przemykającą przez jego twarz na tych okrutnych schadzkach. Niby randki wstrętnego drapieżnika. W sumie spodobała mi się ta odskocznia od jednej z niepisanych reguł ekranowych siekanin – prędzej oszpecimy, niż upiększymy odtwórczynie pechowych wdów. W tym miejscu wypada jednak zaznaczyć, że tutaj zdania są mocno podzielone. Jedno z najbardziej kontrowersyjnych posunięć w tym fikcyjnym światku? Można i tak to ująć. Tak czy owak, u mnie in plus. O popisie aktorskim Bretta Halseya już napomknęłam, więc przejdźmy do ostatniego punktu na mojej (subiektywnej) liście pozytywów podpatrzonych w „Dotyku śmierci”. Uczta gore. W większości wiarygodnie się prezentujące, całkiem śmiałe krwawe harce Lestera Parsona. Najmniej przekonująco w moich oczach wypadło ćwiartowanie zwłok (manekina, co nader mocno rzuca się w oczy) z początkowej partii „Dotyku śmierci”. Przedtem potwierdziły się niesmaczne podejrzenia, jakie ogarnęły mnie piętro niżej. W przestronnym domu najwyraźniej zajmowanym tylko przez mężczyznę i jego kota (w stajni tego kawalera nie do wzięcia mieszkają natomiast świnki). Hazardzistę, który sprowadza niczego nieświadome kobiety do swojego domu, a kiedy już nabiorą pewności, że znalazły prawdziwego księcia z bajki, wymarzony amant przemienia się w ogra. Gołymi rękami przeora twarz, a jeśli to nie wystarczy, to włoży głowę do piekarnika. Widz nie musi sobie niczego dopowiadać, w pewnym sensie i my zostajemy wepchnięci do tego kuchennego urządzenia. A gdy Lester akurat nie ma ochoty na tak mokrą robotę, albo po prostu chce załatwić sprawę jak najszybciej, zanim uszy do szczętu mu zwiędną, zawsze może postawić na stare, niedobre zadzierzgnięcie. Kiedy sytuacja tego wymaga, a raczej kiedy Lester poczuje się zagrożony, to jak każde zaszczute zwierzę uderzy również poza domem. Zaatakuje w biały dzień, ale nie tak zupełnie na widoku, aż takim ryzykantem nie jest. W każdym razie bez zmrużenia oka zrobi istną miazgę z istoty ludzkiej. „Dotyk śmierci” Lucio Fulciego posiada co prawda akcenty, które można uznać za humorystyczne, ale wydaje mi się, że sklasyfikowanie tej pozycji (choćby przez różne portale internetowe) jako horror komediowy to lekka przesada. Nie jestem pewna, czy te wszystkie niby zabawne sytuacje były zamierzone, czy raczej niechcący „wyszły w praniu” (wypadki przy pracy), ale myślę, że wszyscy zgodzimy się przynajmniej co do tego, że największą zagadką miał być „człowiek cień”. Lester widzi w nim swojego naśladowcę, ale wątpię, żeby wielu widzów zadowoliło się tym wyjaśnieniem. W końcu mamy do czynienia z dorosłym człowiekiem, który, już poza wszystkim innym, znalazł sobie niewidzialnego, przypuszczalnie nieistniejącego powiernika. Wyimaginowany wspólnik w zbrodni? Partner w nieakceptowalnym, ohydnym biznesie? A może największy wróg Parsona? Głos z taśmy. Tak naprawdę nieutrwalony na kasecie magnetofonowej, którą Lester puszcza, ilekroć najdzie go ochota na szczerą rozmowę z drugim (nie)człowiekiem. Wprawdzie nie zafrapował mnie ten wątek (ale pozytywnie zaskoczył ostatni rozdział tej dziwnej historii, finalny etap tego niecodziennego związku), jednakże gdyby to pociągnąć... Przenieść na obszar tutaj zajmowany przez małomiasteczkowego zbira, lokalnego cwaniaczka, lichwiarza, który, poza udzielaniem pożytek, przyjmuje nielegalne zakłady w legalnych gonitwach konnych (bukmacher z szarej strefy). Przez te „karki z pamiętnika mordercy” zdecydowanie najtrudniej było mi przebrnąć. Okropnie się wynudziłam.

Krótka historia pewnego mordercy. Przedstawiona jakby na pół gwizdka, bez należytego zaangażowania w szkaradnie skrzywiony żywot nieświętego. Nie wspominając już o jego ofiarach. „Dotyk śmierci” wielkiego Lucio Fulciego moich oczekiwań niestety nie spełnił. Nie powiedziałabym, że wygórowanych, bo takich szczytów, jak w jego najsłynniejszych produkcjach (np. „Hotel siedmiu bram” aka „Siedem bram piekieł”, „Zombie pożeracze mięsa”, „Nowojorski rozpruwacz”), takiego natężenia pożądanie niekomfortowych emocji, absolutnie sobie nie obiecywałam. Mimo wszystko nie przekreślam całego tego dzieła, wszystkich składników tej włoskiej mięsnej potrawki.

poniedziałek, 5 grudnia 2022

„Nocebo” (2022)

 

Projektantka mody Christine od ośmiu miesięcy zmaga się z tajemniczą chorobą, objawiającą się między innymi zanikami pamięci. Dlatego, gdy przed jej domem pojawia się nieznajoma kobieta, imigrantka z Filipin, utrzymująca, że Christine zatrudniła ją w charakterze pomocy domowej, ta ostatnia zakłada, że pamięć po raz kolejny ją zawiodła. Przybyszka przedstawia się jako Diana i nie musi długo namawiać zdezorientowanej gospodyni do wpuszczenia jej do swojego domu. Mąż Christine, Felix i ich kilkuletnia córka Bobs, są negatywnie nastawieni do Diany, która tymczasem aż za dobrze wywiązuje się ze swoich nowych obowiązków. Wkrótce jednak obawy Felixa znacznie wzrosną - kiedy Christine przekona się do medycyny niekonwencjonalnej praktykowanej przez jej służącą.

Duet od „Without Name” (2016) i „Wiwarium” (2019), reżyser Lorcan Finnegan i scenarzysta Garret Shanley, przedstawiają horror/thriller psychologiczny i nadnaturalny zrodzony z ich przejściowej wzmożonej fascynacji tak zwanym efektem nocebo, przeciwieństwem efektu placebo. Na początku była książka antropolog medycznej Shelley Adler pt. „Sleep Paralysis: Night-mares, Nocebos, and the Mind-Body Connection”, a dalsze badania tematu zaprowadziły ich na Filipiny – trochę zabawili w Azji południowo-wschodniej, koncentrując się na tamtejszym folklorze, szukając przy tym jakichś punktów wspólnych z folklorem irlandzkim, którym Finnegan, z racji swojego pochodzenia, przesiąknął. Medycyna ludowa, szamanizm i koszmary kolonialne kontra medycyna konwencjonalna, chrześcijaństwo i żarłoczny kapitalizm. UWAGA SPOILER Niemałą rolę w tej fikcyjnej opowieści odegrała autentyczna katastrofa, do której doszło w dzielnicy Valenzuela na przedmieściach Manili w 2015 roku – siedemdziesiąt dwie osoby zginęły w pożarze budynku przemysłowego należącego do Kentex Manufacturing Inc., firmy zorientowanej na produkcję gumowego obuwia KONIEC SPOILERA. Główne zdjęcia do irlandzko-brytyjsko-filipińsko-amerykańskiego „Nocebo” ruszyły na samym początku lutego 2021 roku w stolicy Irlandii, a premierowy pokaz odbył się w październiku 2022 roku na Katalońskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Sitges. Na szeroką skalę obraz zaczęto rozprowadzać już w następnym miesiącu (wybrane kina i internetowa platforma Shudder).

Nakręcony w proporcjach 1.66:1, ze zbliżeniami podpatrzonymi w szwedzkim dramacie psychologicznym pt. „Persona” z 1966 roku, w reżyserii i na podstawie scenariusza Ingmara Bergmana, angażujący horror, który może też być rozpatrywany w kategoriach thrillera, o podejrzanej przybyszce „z innego świata”. Intensywna, niecodzienna relacja dwóch kobiet wywodzących się z bardzo odległych środowisk. Christine (boska Eva Green) po raz pierwszy spotykamy osiem miesięcy przed pojawieniem się enigmatycznej Diany (intrygujący występ Chai Fonacier). Energiczna projektantka mody dziecięcej tuż po pokazie otrzymuje jakąś szokującą wiadomość, a zaraz potem naprzeciw niej wyrasta pies z chorobliwie białymi oczami i niezliczoną liczbą małych wampirów przyssanych do jego biednego ciała. Omam czy nadnaturalny zły omen? Niezagojona ranka na karku Christine, której będziemy mogli dobrze się przyjrzeć w niezbyt odległej przyszłości, świadczy o realności tego zagadkowego czworonoga. Choroba odkleszczowa? Tak, wstępnie uznałam, że to najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie aktualnie największego problemu Christine, która zdążyła wypaść z modowego siodła. Robi wszystko, co w jej mocy, by wrócić na ukochaną ścieżkę zawodową, znów zarabiać na swojej największej pasji, ale na przeszkodzie niezmiennie stają dolegliwości zdrowotne. Leki nie są tak skuteczne, jak życzyłaby sobie tego Christine. Wciąż miewa zaniki pamięci, ale bardziej martwią ją raptowne ataki drgawek, niedowładu przynajmniej jednej kończyny i praktycznie zwalającej z nóg, wszechogarniającej słabości cielesnej. Jej mąż Felix (przekonująca kreacja Marka Stronga) najwyraźniej uważa, że Christine musi po prostu uzbroić się w cierpliwość – stosować się do zaleceń lekarzy, zamiast zdawać na filipińskie gusła. Już wejście Diany głośno bije na alarm. Ni stąd, ni zowąd zjawia się z dużą czerwoną walizką na progu przestronnego domu Christine i tłumaczy zdumionej gospodyni, że w pewnym sensie przybyła na jej wezwanie. Projektantka mody mogłaby przysiąc, że nigdy wcześniej jej nie widziała... gdyby miała zaufanie do swojej pamięci. Ale nie ma, więc skoro jakaś kobieta twierdzi, że ją zatrudniła, to musiało tak być. Nawet jeśli w tym momencie nie jest przekonana do korzystania z pomocy domowej, to jak mogłaby teraz zatrzasnąć Dianie drzwi przed nosem? To nie byłoby w porządku, dlatego chcąc nie chcąc daje jej pokój na najwyższym piętrze swojego niemałego rodzinnego gniazda, zaraz obok pomieszczenia służącego jej za pracownię. Co ciekawe, odniosłam wrażenie, że wątpliwości Christine rozwiała ofensywna postawa Felixa. Jakby chciała zrobić mężowi na złość albo po prostu przypomnieć, przede wszystkim sobie, że pod tym dachem ona też ma prawo podejmować decyzje. Nie musi wiecznie tańczyć tak, jak zagra jej Felix. Zatrudnienie Diany na przekór małżonkowi może być pierwszą zwycięską bitwą w trwającej wojnie o wskrzeszenie poprzedniej Christine. Odzyskać dawną siebie – nieważne jak, byle szybko. Jedna z czołowych postaci „Nocebo” Lorcana Finnegana nienawidzi tej kruchej istoty, którą widzi w lustrze. Potwornego intruza w jej niegdyś niezawodnym, doskonałym ciele. Kobieta sukcesu przepędzona przez nieopierzoną kurę domową, zdaną na innych. Pod zaborczymi skrzydłami mężczyzny, którego raczej nie uważa za równego sobie. Ma się za rekina marketingu, ale w oczach Christine jest zwykłą płotką, która choćby nie wiadomo jak się starała, nigdy nie osiągnie sukcesu zbliżonego do tego, jakim niegdyś cieszyła się ona. A teraz zaczyna wierzyć, że Diana jest jej magicznym kluczem do (nie)pięknie zdobionych drzwi, które prawdopodobnie stopniowo zamykały się przed nią od pierwszego spotkania z tajemniczym psem.

Najprawdziwsza magia czy efekt placebo? Nie od dziś wiadomo, że w procesie leczenia - o czym zresztą nie omieszka wspomnieć wątpliwa dobrodziejka nieszczęsnej Christine - ważną rolę odgrywa wiara osoby chorej w powodzenie kuracji. Zaryzykuję twierdzenie, że tutaj należy szukać odpowiedzi na nieskuteczność farmakoterapii wypróbowanej przez projektantkę mody z „Nocebo” Lorcana Finnegana. Medycyna konwencjonalna zawiodła, bo Christine przestała wierzyć w „cudowne właściwości” pigułek. Codzienna garść tabletek wydawanych na receptę... To znaczy Christine stara się stosować do zaleceń swojego lekarza (bądź lekarzy), ale gdy się ma takie kłopoty z pamięcią, to nie można wykluczyć, że coś tam się przegapiło. Chyba że ma się takiego Felixa. Troskliwego opiekuna czy przebrzydłego sabotażystę? Krzywda żony korzyścią męża? Role się odwróciły: teraz niepodzielne rządy w domu sprawuje wcześniej przygnieciony pantoflem mąż. A przynajmniej tak było przed przybyciem niejakiej Diany. Niepewnej pomocnej dłoni wyciągniętej w kierunku cierpiącej kobiety z wyższej klasy średniej. Lorcan Finnegan uważa, że jednym z największych problemów tego świata jest rozwarstwienie ekonomiczne. Jedna z największych niesprawiedliwości, naturalną koleją rzeczy, prowadząca do przeróżnych, mniej i bardziej destrukcyjnych, konfliktów. Jedni mają wszystko, inni nic. Może z wyjątkiem walizki wypełnionej znoszonymi, tanimi ubraniami i jakimiś drobnymi przedmiotami bezwartościowymi dla innych. Wysoka wartość sentymentalna, zerowa wartość rynkowa. W skromnym dobytku Diany najmocniej jednak rzuca się w oczy „instrumentarium medyczne”. Sprzęt filipińskiej znachorki, która faktycznie może posiadać jakąś nadludzką moc. I pewnie nikogo nie zdziwi, że pierwszą osobą w coraz ciaśniejszej nieruchomości rodziny nękanej przez czarownicę bądź ratowanej przez dobrą wróżkę, która dopatrzy się w Dianie jakichś niezwykłych zdolności, będzie mała Roberta, która woli być nazywana Bobs (wyśmienity popis Billie Gadsdon). Na pierwszy rzut oka rezolutna dziewczynka, której niejedno dziecko mogłoby pozazdrościć. Wychowana w prawdziwym dobrobycie, opływająca w dostatki niby lekką ręką gromadzone przez rodziców. Ale pieniądze to nie wszystko. Właściwie nie mam najmniejszych wątpliwości, że Bobs, ta inteligentna istotka, bez cienia żalu oddałaby cały majątek rodziców za choćby jednego prawdziwego przyjaciela. Kocha, ale nie czuje się kochana. Szkoła to piekło, a dom to przedsionek tegoż. W tym ostatnim co prawda czuje się nieporównywalnie bardziej swobodnie - jak mniemam tylko tutaj pokazuje prawdziwą siebie, „zrzuca niezbyt skuteczną pelerynę niewidkę, którą nosi w szkole” - ale jej podstawowa potrzeba nawet tutaj nie jest należycie zaspokajana. To nie tak, że Christine i Felixowi niespecjalnie zależy na stworzeniu swojemu jedynemu dziecku maksymalnie przytulnego schronienia. Starają się, ale... Najprościej zrzucić wszystko na chorobę Christine – to ona jest praprzyczyną wszystkich nieszczęść w tym przeraźliwie zimnym domu. Także tragedii najmłodszej jednostki, którą ślepy los rzucił pod ten niegościnny dach. Mocno poruszyła mnie historia tej małej dziewczynki; snuta jakby na marginesie, na obrzeżach tego coraz mniej stabilnego świata. Gdzie koszmary senne mogą się toczyć na jawie. Gdzie halucynacje mogą być prawdziwsze od postaci zaludniających ten niewielki, wręcz klaustrofobiczny plan. Z krwiożerczymi pajęczakami być może zaczarowanymi przez przebiegłą nieznajomą. Muszę przyznać, że jeden kleszcz rzucił mnie na deski. Nokaut! W stylu Davida Cronenberga – niekontrolowany napływ „wstrętnie przyjemnych” wspomnień starych dobrych obrazów tego wściekle zdolnego Kanadyjczyka. Ależ się podjarałam! Groziło samospaleniem;) Z samego sposobu prowadzenia tej historii można wyczytać, że pod płaszczykiem nietradycyjnej opowieści o jednostce walczącej z chorobą, o podejrzanej nieznajomej, kryzysie małżeńskim i dotkliwej samotności osoby małoletniej, kryje się jeszcze jedna, przypuszczalnie nadrzędna historia. Coś bardziej koszmarnego od depresyjnej sagi rodzinnej? Sagi nieśpiesznie rozsnuwanej jeśli nie od samego początku (zagadkowy prolog z „czworonożnym złym prorokiem”), to na pewno od planszy tytułowej w stylu retro – czerwień jak w technicolorze. Szalenie intymnej, niekiedy widowiskowo rozgorączkowanej, nerwowej, niebezpiecznie, upiornie wariackiej. Opowieści bardziej strasznej czy smutnej? UWAGA SPOILER O zemście, wyzysku i dwóch małych dziewczynkach, które na pewno nie zasłużyły sobie na taki los KONIEC SPOILERA.

Wyreżyserowane przez Lorcana Finnegana w oparciu o scenariusz autorstwa jego zaufanego współpracownika Garreta Shanleya, „Nocebo” może nie być najlepszą propozycją dla osób szukających mocno zaskakujących, maksymalnie kreatywnych i/lub hałaśliwych „ekranowych domów strachów”. Zdecydowanie bliżej tak zwanej nowej fali kina grozy, niż tej szybszej kolejce w gatunkowym parku rozrywki. Nie poskaczesz na „Nocebo”, oj nie poskaczesz. Co gorsza - dla kogo gorsza, dla tego gorsza - wlecze się (nie)miłosiernie ta (nie)potrzebnie udziwniona opowieść o chorej kobiecie, która większe nadzieje zaczęła pokładać w medycynie ludowej niż konwencjonalnych metodach leczenia. Nielekka opowieść, którą w jakiejś części spokojnie mogło napisać życie. Tragiczna, klaustrofobiczna, pożądanie niewygodna, wzruszająca. Niby znajoma, a jednak trochę inna. Ociupinkę kuriozalna, intrygująco dziwaczna.