wtorek, 12 sierpnia 2014

„Gallows Hill” (2013)


David Reynolds przebywa wraz z rodziną w Bogocie. Podczas ulewy mają wypadek samochodowy. Ranna zostaje jedynie narzeczona mężczyzny, Lauren. Chociaż przebywają z dala od cywilizacji nie muszą długo szukać schronienia. Nieopodal miejsca kolizji natrafiają na zaniedbany dom, zamieszkały przez starszego mężczyznę, Felipe. Po ulokowaniu nieproszonych gości w salonie właściciel i Reynolds wychodzą po drewno. Tymczasem córka Davida, Jill i jej chłopak Ramon, zwabieni słabym głosikiem schodzą do piwnicy. Ku swojemu przerażaniu odkrywają, że Felipe więzi tam małą dziewczynkę. Postanawiają ją uwolnić, tym samym sprowadzając na siebie wielkie zagrożenie.

Victor Garcia, reżyser „Gallows Hill” (znanego też pod tytułem „The Damned”) ma już na koncie kilka horrorów, przy czym każdy z nich to zwyczajny „zapychacz czasu” i co ważne każdy podpina się pod markę innych filmów. W omawianym gatunku ten hiszpański twórca dotychczas kręcił jedynie sequele, tak znanych produkcji, jak „Wysłannik piekieł”, „Dom na Przeklętym Wzgórzu” i „Lustra”. Tym razem, dysponując wyższym budżetem, niż zwykle postawił na coś swojego i muszę przyznać, że niezmiernie mnie zaskoczył tak wysokim poziomem. „Gallows Hill” pierwotnie miało mieć swoją premierę w 2013 roku, ale ostatecznie trafiło na szerszy rynek rok później (nie licząc premiery na festiwalu filmowym), tym samym stając się najlepszym tegorocznym horrorem, jaki dotychczas widziałam.

Film od początku do końca trzyma się utartego w kinie grozy schematu, Garcia w żadnym momencie nie stara się zaskoczyć odbiorców. Już podczas pierwszych scen wiemy, jak to wszystko się potoczy, łącznie z finałem, który zatracił element zaskoczenia już w prologu. Realizacyjnie i fabularnie „Gallows Hill” przywodzi na myśl remake „Martwego zła”, ale twórcy dodają też coś od siebie, unikając równocześnie przesady w epatowaniu scenami gore. To wszystko pewnie zdeklasuje ten obraz w oczach poszukiwaczy jakichś mocno oryginalnych straszaków, ale mnie brak innowacyjności w najmniejszym stopniu nie zniechęcał. Co więcej w paru momentach złapałam się nawet na tym, że mimo, iż wiem, do czego to wszystko zmierza i tak daję się ponieść nastrojowi, który od początku do końca budowany jest w iście mistrzowskim stylu. Kolumbijska głusza, w trakcie ulewy i obskurne, zawilgocone wnętrza domostwa Felipe oraz mroczna kolorystyka obrazu stwarzają scenerię, od której wielbiciel kina grozy zapewne nie będzie mógł oderwać oczu. Ale nie to jest największym osiągnięciem twórców tylko zręczne manewrowanie kamerą i szybki montaż wespół z wyczuciem klimatu. To ostatnie najlepiej widać w scenie poszukiwania odnalezionej w piwnicy dziewczynki, Any Marii przez Lauren. Kobieta krąży po mrocznych pokojach mając za plecami kamerę, a towarzyszy jej delikatna wręcz niesłyszalna ścieżka dźwiękowa. Dzięki owym cichym tonom jump scena, która następuje w kulminacji ma jeszcze większą siłę oddziaływania. Kiedy protagoniści postanawiają uwolnić dziewczynkę obeznany z kinem grozy doskonale zdaje sobie sprawę, jak to się dla nich skończy. I choć nie zna dokładnych motywów postępowania jej ojca, Felipe, podskórnie czuje, że to nie on, jak podejrzewa nasza rodzinka, jest czarnym charakterem. Kiedy już Ana Maria wychodzi z piwnicy do długiej listy niebezpiecznych posunięć w horrorach obok między innymi wybierania bocznych dróg i zabierania autostopowiczów możemy sobie dopisać uwalnianie dzieci z zamknięcia. A bo nasza zaniedbana dziewczynka nie jest tym, na kogo wygląda. Obdarzona wielkimi mocami nie spocznie, aż nie wyeliminuje wszystkich, a efekty jej działań bardzo przypominają te z „Martwego zła”.

Wykorzystując swoją zdolność zaglądania w umysły ludzi początkowo dziewczynka dezorientuje swoich wrogów dekonspirowaniem ich głęboko skrywanych sekretów, z czasem przechodząc do bardziej zdecydowanych czynów. Bardzo cieszy mnie, że Garcia nie przesadził z efektami gore i ingerencją komputera. Te drugie widać w momentach zaczerniania twarzy opętanych i w moim zdaniem najlepszej scenie, rodem z „Egzorcysty”, w której połamana kobieta wolno sunie w kierunku chłopaka, po drodze poprawiając swoją chwiejącą się na złamanym karku głowę. Na uwagę zasługuje też mrożący krew w żyłach, skrzeczący, gruby głos Any Marii, którym co jakiś czas się posługuje – nie wiem, jak Was, ale mnie zawsze niepokoją byty, które posługują się takim głosem, aż ciarki przechodzą… Krwi jest trochę więcej, ale twórcy cały czas pilnują, aby nie zalewać nią ekranu, co zapewne skłoniłoby się w stronę groteski. I najważniejsze: jej kolor i konsystencja jest na tyle przekonująca, aby być może zniesmaczyć tych mniej obytych z kinem gore odbiorców. Jak można się tego spodziewać w drugiej połowie seansu atmosfera mrocznej tajemniczości zostanie wyparta przez większą, brutalną akcję, ale co zaskakujące napięcie i klimat grozy pozostaną. Naprawdę, mało który reżyser potrafi nie zatracić atmosfery w obliczu rąbanki, więc w tym aspekcie Garcia również mocno mnie zaskoczył. Jedyne, co mnie zastanawiało to postawa Moralesa, który znał tajemnicę Felipe i po jakimś czasie dołączył do naszych bohaterów. Twórcy nie wyjaśnili, dlaczego na początku udawał, że nie zna angielskiego – nie wiem, czy to ich niedopatrzenie, czy celowe, czymś usprawiedliwione zagranie.

Z obsady najbardziej wyróżnia się Peter Facinelli i Carolina Guerra. Najmniej podobała mi się Sophia Myles, która już w „Underworld” irytowała mnie swoją „kwadratową dykcją”, a tutaj niestety korzysta z niej jeszcze częściej. Natomiast zdecydowanie najtrudniejsza rola przypadła w udziale małej Julietcie Salazar, z której wywiązała się wręcz idealnie.

W roku, w którym filmowy horror sięgnął dna takie obrazy, jak „Gallows Hill” mocno się wyróżniają. Konwencjonalny, ale za to tak znakomicie zrealizowany straszak, zainspirowany „Martwym złem”, że aż trudno uwierzyć, iż miał swoją premierę w bieżącym, feralnym dla gatunku roku. Jak widać Garcii wystarczyło jedynie dać większy budżet niż dotychczas, aby pokazał, że bardzo dobrze rozumie gatunek, w obrębie którego tak bardzo lubi się poruszać. Oby częściej obdarzano go takim zaufaniem;)  

4 komentarze:

  1. Wow, plakat naprawdę przeraża. Film na pewno zobaczę, zapowiada się świetny horror.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Film idealny dla fanów remake'u "Martwego zła", którzy kochają horrory za powtarzalność motywów, nie szukając oryginalności. Jeśli pasujesz do tego schematu to śmiało oglądaj;)

      Usuń
  2. Już plakat wywarł na mnie ogromne wrażenie :) Zapowiada się ciekawie, w najbliższym czasie postaram się obejrzeć ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam chwilowo "odcięty" dostęp do nowości i bardzo żałuję, że nie widziałam jeszcze tego filmu.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...