Stronki na blogu

piątek, 24 maja 2024

„Gniazdo pająka” (2024)

 
Mieszkająca w starej kamienicy na Brooklynie należącej do jej rodziny, dwunastoletnia Charlotte, podczas jednej ze swoich zwyczajowych zuchwałych eskapad po budynku, znajduje małego pająka, którego postanawia zatrzymać. Wkłada znalezisko do słoika, nadaje mu imię Sting, karmi karaluchami i z zaciekawieniem obserwuje niewiarygodny proces wzrostu komunikującego się z nią pupila. Dziewczynka mieszka z matką, przyrodnim bratem i ojczymem Ethanem, z którym dzieli pasję do sztuki komiksu. Ich stosunki są poprawne, mężczyzna chciałby jednak, aby pasierbica poznała przykrą prawdę o swym niezmiennie faworyzowanym biologicznym ojcu. Ma dość bycia opiekunem zastępczym, zawsze w cieniu wiecznie nieobecnego rodziciela Charlotte i w tym względzie zupełnie nierozumiany przez partnerkę, przekonaną, że Ethan jest największym autorytetem dla jej córki, że zbuntowana nastolatka na swój sposób zabiega o kontakt z ojczymem. Kobieta nie ma wątpliwości, że w jego towarzystwie dziewczynka czuje się najlepiej, nie wie jednak o jej wybitnie żarłocznym zwierzątku. Nocami przemierzającym kanał wentylacyjny w poszukiwaniu coraz większych ofiar.

Plakat filmu. „Sting” 2024, Align, Pictures in Paradise, See Pictures

Lockdownowy pomysł Kiaha Roache-Turnera, australijskiego filmowca, twórcy między innymi takich pełnometrażowych obrazów jak „Wyrmwood: Droga do żywych trupów” (2014) i „Wyrmwood: Apocalypse” (2021). Koncepcja zrodzona w zamknięciu z rodziną - w tak zwanej izolacji społecznej tłumaczonej pandemią COVID-19 - która powiększyła się w środku „wirusowej zamieci”. Dziecko urodzone w szalonych czasach, w dramatycznych okolicznościach zewnętrznych. Scenariusz „Gniazda pająka” (oryg. „Sting”) Roache-Turner napisał w tamtym okresie, swoim zwyczajem, nawiązując do dokonań innych. Choćby ulubionej lektury z czasów młodości, bezpośredniego źródła inspiracji dla szukającej imienia dla nowego pupila dwunastoletniej bohaterki jego lekkiej opowieści o inwazyjnym gatunku faktycznie obcym – Żądło Bilbo Bagginsa z „Hobbit, czyli tam i z powrotem” J.R.R. Tolkiena. Grupa ludzi walcząca z potworem w jednej lokalizacji to pochodna „Obcego – 8. pasażera Nostromo” Ridleya Scotta, a gigantyczny pająk to nic innego jak spełnienie postanowienia miłośnika „To” Stephena Kinga, rozczarowanego finałem głośnej filmowej readaptacji w dwóch częściach wyreżyserowanej przez Andy'ego Muschiettiego. Film kręcono w Australii – zdjęcia główne zakończyły się w lutym 2023 roku – a w postprodukcji (na etapie montażu) wprowadzono przynajmniej jedną istotną zmianę; reżyser i scenarzysta „Gniazda pająka” wreszcie dopatrzył się w małoletniej znalazczyni nieziemskiego drapieżnika naturalnej liderki niewielkiej populacji tego świata przedstawionego. Pierwszy pokaz filmu odbył się w pierwszym tygodniu kwietnia 2024 roku na Miami Film Festival, a szeroka dystrybucja kinowa ruszyła już parę dni później. Na wielkie ekrany w Polsce „Gniazdo pająka” trafiło w maju 2024 w wyniku działalności Kino Świat.

Pajęczyna Charlotty” Kiaha Roache-Turnera. Australijsko-amerykański współczesny monster movie nawiązujący do ubiegłowiecznych horrorów klasy B, a ściślej zwariowanych opowieści o zmutowanych zwierzakach, organizmach pozaziemskich i innych agresywnych istotach. Lżejszych historii o niezwykłych przyjaźniach, często w sekrecie zawiązywanych przez małoletnich, ale i klimatów cięższych – fabularne tropy prawdopodobnie objęły też takie superprodukcje, jak „E.T.” Stevena Spielberga, „Predator” Johna McTiernana, „Arachnofobia” Franka Marshalla, „Obcy 3” Davida Finchera i już z całą pewnością początek zabójczych harców ksenomorfów („Obcy – 8. pasażer Nostromo” Ridleya Scotta). „Gniazdo pająka” Kiaha Roache-Turnera otwiera tragikomiczna scenka z babcią Helgą, dotkniętą chorobą Alzheimera (ewentualnie demencja starcza) przemiłą kobieciną poważnie zaniepokojoną hałasami w ścianach. W majątku rodzinnym: nowojorskiej kamienicy zarządzanej przez Cruellę De Mon:) Helga wzywa deratyzatora, zabawnego gościa imieniem Frank, który rozpoznaje podany przez nią adres. Czy to aby nie właścicielka tej szalonej papugi? Nie, musiał ją z kimś pomylić, bo Helga nie przypomina sobie żadnej papugi... Nieważne, niech fachowiec szybko przyjeżdża, bo coś zagłusza jej telewizor. Przybył tego samego dnia, ale dlaczego? Helga mogłaby przysiąc, że go nie zapraszała. Już miała przepędzić intruza, gdy w mieszkaniu zrobiło się głośno. Szczury w murach? Tak czy owak, te „lovecraftowskie dźwięki” jeżą włosy na głowie Helgi, która oczywiście jest przekonana, że nigdy wcześniej czegoś takiego nie słyszała. Szczęście, że ma pod ręką eksperta - cóż za fantastyczny zbieg okoliczności! - mógłby jednak zachowywać się trochę ciszej. Drze się jakby go ze skóry obdzierali. Zakrwawiony mężczyzna praktycznie na jej oczach wciągany do kanału wentylacyjnego. Prolog wieńczy ujęcie, które przypomni się w trakcie napisów końcowych – a cały ten wstęp zostanie ponownie wykorzystany w późniejszej partii; wmontowany w równolegle toczące się wydarzenia u sąsiadów (u tej dziwnej dziewczynki mającej problem z drzwiami, która w rzeczywistości jest wnuczką biednej Helgi) – natomiast właściwa akcja filmu rozpocznie się cztery dni przed fatalną wizytą deratyzatora u zagubionej posiadaczki rakotwórczych kulek na mole. A przynajmniej dwunastoletnia Charlotte (czysty talent: Alyla Browne; m.in. „Dzieci kukurydzy” Kurta Wimmera) nie zamierza ryzykować bliskiego kontaktu z odzieżą wyjętą z potencjalnie skażonych mebli poczciwej babuni. Nad wiek rozwinięta dziewczynka doprowadzająca do szału swoją surową i nadzwyczaj skąpą ciotkę, aktualną właścicielkę starej kamienicy na Brooklynie, wędrówkami w ścianach. Cruella ma ją za wścibskiego bachora, któremu przydałby się silny męski wzorzec. A nie ten ciapowaty Ethan (niezgorsza kreacja Ryana Corra, którego fani gatunku mogli widzieć chociażby w „Wolf Creek 2” Grega McLeana), biologiczny ojciec maleńkiego Liama, który wcześniej czy później zrobi to samo, co jego poprzednik. Ucieknie jak rodziciel Charlotte, rozpieszczonej dziewuchy, którą despotyczna ciotka najchętniej sama nauczyłaby moresu. Tymczasem w moich oczach nieletnia protagonistka „Gniazda pająka” Kiaha Roache-Turnera wypadła nad wyraz korzystnie. Charyzmatyczna osobowość w horrorze, po którym, prawdę mówiąc, niczego dobrego się nie spodziewałam. Przygotowałam się na coś w stylu „Rekinado” Anthony'ego C. Ferrante, „Trójgłowy rekin atakuje” Christophera Raya czy wreszcie „Pająków” Tibora Takácsa, a dostałam coś bliższego „Atakowi pająków” Ellory'ego Elkayema, dziełka, do którego zawsze miałam jakąś „dziwną” słabość.

Plakat filmu. „Sting” 2024, Align, Pictures in Paradise, See Pictures

Połączenie „arachnofobii” i „klaustrofobii” w śmiertelnie niepoważnym (poza dramatem rodzinnym) scenariuszu Kiaha Roache-Turnera. Cyfrowa karykatura pająka żerująca w nadszarpniętej zębem czasu kamienicy w zasypanym śniegiem Nowym Jorku. Niemrocznej, nieobskurnej, nieciasnej. Komiksowy horror niby z nurtu animal attack. Niby, bo czy morderczy klaun z kosmosu (nie patrz: filmografia Stephena Chiodo, patrz: bibliografia Stephena Kinga) może idealnie wpasować się w ziemską faunę? Pewnie nie, ale w filmach spod znaku animal attack zachodzą też niezwykłe mutacje, istnieje więc wysokie prawdopodobieństwo, że gigantyczny Sting zadomowi się na tej podgatunkowej gałęzi. Ja jednak pozostanę przy monster movie. Pochodzenie tytułowego antybohatera twórcy ujawniają przed prologiem z Helgą i deratyzatorem Frankiem („słowo wstępne”, kiczowate spadanie w przestrzeni kosmicznej), a „wiekopomne” odkrycie dwunastoletniej Charlotte dokonuje się już w pierwszych minutach właściwej akcji. Cztery dni przed niespodziewaną wizytą rozgadanego szczurołapa. Mała włamywaczka jeszcze nie ma powodu, by sądzić, że w jej zwinne rączki wpadł unikalny okaz istoty drapieżnej. Ot, zwyczajny pajączek. Bez trudu zmieścił się w pudełku z zapałkami, ale już parę minut później zyskał przestronniejszy domek. Po powrocie Charlotte (tą samą drogą, z której poza robactwem i może kotem nieznośnej ciotki oraz kochanej babuni, korzysta tylko ona) do jej „pilnie strzeżonego” pokoju, schwytany urwis wyląduje w szklanym naczyniu, zyska imię i nauczy się upominać o jedzenie. Kod głosowy opracowany przez rezolutną dziewczynkę, uważającą się za przyjaciółkę pająka. Jedna z drugoplanowych postaci „Gniazda pająka” Kiaha Roache-Turnera wkrótce spróbuje jej uświadomić, że te stworzenia nie potrafią kochać, a już na pewno nie człowieka, że powinna poszukać sobie pupila, który odwzajemni jej uczucia: psa (miłość bezwarunkowa/całkowita) albo kota (miłość warunkowa/niepełna), czy jakiegoś innego futrzaka niemyślącego wyłącznie o zabijaniu i konsumowaniu. Charlotte wie lepiej – raz że nie ma w zwyczaju słuchać rad dorosłych (niezupełnie typ „na złość mamie odmrożę sobie uszy”, ale dość przekorna to osóbka; młodzieńczy bunt lub mocniej ugruntowana osobowość nonkonformistyczna), ale przede wszystkim czuje, że między nią i Stingiem narodziła się silna więź. Wyczytała to z jego zachowania – przy niej jest spokojny – i przekazów werbalnych. Trele pająka. Charlotte karmi go karaluchami (szykuje się powtórka z „The Pit” Lewa Lehmana?), problem w tym, że sekretny przyjaciel szybko rośnie. Owady już nie wystarczą, a skoro właścicielka słoika nie pali się do ugaszenia głodu jego lokatora, to pozostaje wziąć sprawy w swoje odnóża. Zapolować na zwierzątka z sąsiedztwa. (Nie)zawodny system wczesnego ostrzegania – tutaj na wyróżnienie zasługuje piesio samotnie gospodarującej kobiety z przeogromnym bagażem doświadczeń – towarzystwo spisujące się na medal (no może poza kotem), ciężko jednak wymusić stosowną reakcję na dwunożnych. Jednych nic nie dobudzi, innych nocne szczekanie tylko zirytuje, a i trafi się, bądź co bądź, nierzadki w dzisiejszych czasach, przypadek odgrodzenia od smutnej rzeczywistości hipnotyzującym ekranem i rozkrzyczanymi słuchawkami. Ucieczka w świat wirtualny. A apetyt Obcego cały czas rośnie. Niekontrolowany przyrost masy niewłochatego ciała. Nie zdąży powtórzyć makabrycznej sztuczki z mieszkania wynajmowanego przez kobietę pogrążoną w depresji. Paskudnie pokąsana, nierealistycznie (barwa) krwawiąca „połykaczka pająka” z brzuchem rozpłatanym od wewnątrz. Weszło jak nóż w masło. Obok przygód Stinga w tym zamkniętym świecie przedstawionym toczy się niewesoła historia rodzinna. Czujący się jak bohater drugiego planu, świeżo upieczony ojciec, przygnieciony obowiązkami narzucanymi przez stereotypową wyzyskiwaczkę i przede wszystkim odpowiedzialnością za rodzinę. Rysownik komiksowy, który zaraził swoją pasją pasierbicę. Twórcza współpraca Ethana i Charlotte, najwyraźniej niesatysfakcjonująca dla obu stron. Konwencjonalna saga rodzinna, niebeznamiętnie poprowadzona. Straceńcza misja zbuntowanego anioła, spuentowana wyświechtanym zagraniem, które zapewne miało być kolejnym ukłonem dla epoki kina niesłusznie minionej.

Campowy horror krotochwilny. Tandetny pająk w nowojorskiej kamienicy i sprytna dziewczynka z pistoletem na wodę. Organizm pozaziemski i łobuziara ze słoikiem. Ciepła opowieść zimowa dla fanów „straszaków gorszego sortu”. Koszmarek prawdopodobnie stworzony z rozmysłem, gwoli przypomnienia magii dawnego kina o potworach. Oldschoolowa fabuła w nowoczesnej oprawie. Sympatyczne „Gniazdo pająka” Kiaha Roache-Turnera, którego lepiej nie odwiedzać na trzeźwo. Nie, jeśli ma się niską tolerancję dla „landszaftowych horrorów dla dzieci”. Ja mam całkiem wysoką, więc wpakowałam się w to gniazdo bez znieczulenia. I wyszłam bez szwanku.

środa, 22 maja 2024

George A. Romero, Daniel Kraus „Żywe trupy”

 
Zastępca głównego koronera San Diego Luis Acocella i etatowa pracownica kostnicy Charlene Rutkowski po godzinach przeprowadzają sekcję niezidentyfikowanego mężczyzny, który nagle wstaje i rzuca się na zaszokowanych medyków.
Nastoletnia Greer Morgan zasypia na boleśnie znanym Parkingu Przyczep Mieszkalnych Sunnybrook w Bulk w stanie Missouri, a budzi się w przerażająco obcej rzeczywistości. W trakcie krwawych walk z odmienionymi mieszkańcami: nienaturalnie powolnymi ludźmi z upiornymi białymi oczami.
W siedzibie telewizji informacyjnej WWN następuje przewrót zainicjowany przez Nathana Basemana, skompromitowanego dziennikarza, producenta programu prowadzonego przez bezlitośnie wyśmiewanego Chucka 'Buźkę' Corso, chorobliwie niepewnego siebie reportera po licznych operacjach plastycznych. Koniec z kłamstwami, koniec z lukrowaniem rzeczywistości, mówieniem ludziom tego, co chcą usłyszeć. Naga, brutalna, przerażająca prawda o końcu świata. Apokalipsa bez cenzury.
Stacjonujący na lotniskowcu USS Olympia oficer Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych, Amerykanin japońskiego pochodzenia Karl Nishimura na bezprecedensowym polu bitwy napotyka przeciwnika nieporównywalnie gorszego, potworniejszego od chodzących trupów z niepohamowanym apetytem na ludzkie mięso.
A w rządowej agencji będącej wydziałem Departamentu Spisu Ludności, Amerykańskim Modelu Rodowodów i Czynników (AMLD) w Waszyngtonie, aspołeczna statystyczka Etta Hoffmann wytrwale zbiera dane z całego świata. W błogiej samotności tworzy dla niepewnych przyszłych pokoleń kronikę upadku zgniłego świata, która może być kluczem do przetrwania ludzkości.

Okładka książki. „Żywe trupy”, Zysk i S-ka 2024

Długo wyczekiwany dodatek do legendarnej filmowej serii o żywych trupach stworzonej przez zmarłego w 2017 roku amerykańsko-kanadyjskiego mistrza makabry, nazywanego też ojcem zombie movies George'a Andrew Romero Jr. Serii zapoczątkowanej w 1968 roku jednym z największych dokonań w gatunku horroru, wiecznie popularną „Nocą żywych trupów”. Zapowiadana już na początku lat 80. XX wieku epopeja o apokalipsie zombie po śmierci inicjatora projektu, George'a Romero, dokończona przez fana jego twórczości Daniela Krausa, amerykańskiego pisarza najbardziej znanego ze współpracy z Guillermo del Toro (literackie wersje „Kształtu wody” i „Trollhunters. Łowców trolli”), który raz miał przyjemność spotkać się ze sławnym reżyserem. O zaangażowaniu Krausa w pisarską działalność Romero, właściwie dziedzictwo beletrystyczne, opinia publiczna dowiedziała się niecały rok po śmierci tego ostatniego, w lutym 2018 roku, a światowa premiera „The Living Dead” (pol. „Żywe trupy”) miała miejsce w sierpniu 2020 roku, promocja powieści apokaliptycznej przypadła więc na okres pandemii COVID-19. Nieprzewidziana przeszkoda, która mocno ograniczyła kampanię reklamową, jednak wbrew obawom, sprzedaż była więcej niż zadowalająca. Zdaniem Daniela Krausa pandemia COVID-19 ciekawie zazębiła się z pechowymi wydaniami filmowymi Wielkiego George'a (najbardziej znany przykład to oczywiście utrata praw autorskich do jego najpopularniejszego dzieła, czyli rzecz jasna „Nocy żywych trupów”), a i można to też traktować jako kolejny dowód na prorocze zdolności ojca współczesnych opowieści o zombie, człowieka wyprzedzającego swoją epokę. Monumentalna budowla literacka Daniela Krausa – który bazował gównie na notatkach George'a A. Romero oraz jego starym opowiadaniu, obszernym teście wplecionym w to powiązane tematycznie, ambitniejsze przedsięwzięcie artystyczne ikony kina grozy; i oczywiście filmowym cyklu niekonwencjonalnego współautora powieści – zachwyciła choćby takie osobistości, jak Clive Barker, Grady Hendrix, Joe Hill, Paul Tremblay i Guillermo del Toro, a w Polsce objawiła się w roku 2024.

Wydawnictwo Zysk i S-ka prezentuje jedyną w swoim rodzaju kronikę końca świata. Pokaźny „manuskrypt” twardo oprawiony i gustownie wykończony (wewnętrzna część okładki i strony tytułowe) – projekt Pawła Uniejewskiego, który chyba bardziej inspirował się głośnym serialem Franka Darabonta pt. „The Walking Dead” (2010-2022) niż zombiastycznym dorobkiem George'a Romero; subiektywny odbiór frontowej części tego literackiego budynku – przygotowany pod redakcją Roberta Cichowlasa. Globalna katastrofa w trzech aktach na język polski przełożona przez Mariusza Wardę i Roberta P. Lipskiego. Apokalipsa, przejście i postapokalipsa: długie (około pięćset pięćdziesiąt stron) „Narodziny śmierci”, krótkie (niecałe pięćdziesiąt stron) „Życie śmierci” i powolna (w sumie tylko niespełna dwieście pięćdziesiąt stron) „Śmierć śmierci”. Zaczynamy od hołdu dla „Opowieści Hoffmanna” (oryg. „The Tales of Hoffmann”) obiektu niegroźnej obsesji George'a A. Romero, opery filmowej Michaela Powella i Emerica Pressburgera, wydanej w 1951 roku adaptacji opéra fantastique Jacquesa Offenbacha premierowo wystawionej w roku 1881 i opartej na trzech opowiadaniach (uwaga) E.T.A. Hoffmanna (Ernst Theodor Amadeus Hoffmann), niemieckiego prawnika, kompozytora i krytyka muzycznego, pisarza specjalizującego się w literaturze romantycznej oraz horrorze gotyckim żyjącego w latach 1776-1822. Zatem na wstępie „Żywych trupów” Daniela Krausa i George'a Romero przenosimy się do waszyngtońskiej siedziby gałęzi Departamentu Spisu Ludności nazwanej Amerykańskim Modelem Rodowodów i Czynników, w skrócie AMLD i poznajemy jedną z najbardziej wyeksponowanych postaci eposu o chodzącej śmierci - skrajnie nietowarzyską Ettę Hoffmann, bezwzględnie oddaną pracy statystyczkę żartobliwie zwaną Poetką, która w przeciwieństwie do pozostałych członków zespołu, wygląda na kompletnie nieporuszoną apokaliptycznymi doniesieniami z kraju i ze świata. Co zresztą nikogo nie dziwi – mówi się, że Etta jest tak zwanym człowiekiem bez emocji – ale niektórzy mogą być zaskoczeni jej poświeceniem dla sprawy. Nareszcie sama na posterunku! Raduje się serce osoby aspołecznej, którą „utrata zwierząt zaboli bardziej niż utrata ludzi, bo jedynym co jest pewne w sprawie plagi zombie, to to, że nie można winić za nią zwierząt”. Idąc dalej w tych niepopularnych rozważaniach, Hoffmann w duchu przyzna, że „jest w tym pewna elegancja: żywi zamknięci w ponurych rezerwatach, radzący sobie w warunkach niewiele lepszych od tych, które kiedyś zapewniali zwierzętom gospodarskim”. W Hoffmannowskim Archiwum Opowieści z Nowego Świata, opus magnum skromnej pracownicy państwowej, początek apokalipsy zombie datowany jest na 23 października, nie wiadomo którego roku. Pacjentem zero przypuszczalnie był mężczyzna o nieustalonej tożsamości, a więc John Doe, sekcję którego miał przeprowadzić zastępca głównego koronera San Diego, uzależniony od smartfona malkontent Luis Acocella, pochodzący z Meksyku obiekt westchnień niedającej sobie w kaszę dmuchać „dienerki” Charlene Rutkowski. Nocna zmiana z zagadkowym przypadkiem rzekomo zastrzelonego obywatela – „randka w nieromantycznej scenerii”, upiorna opowieść z kostnicy, początek morderczej przeprawy Charlie i Luisa. Jedna z wielu historii roztoczonych na kartach intertekstualnej powieści niespodziewanego spadkobiercy George'a Romero (ułamkowy udział przekazany przez faktyczną sukcesorkę - małżonkę - oraz wspólnego znajomego, ostatniego agenta wirtuoza makabry). Nieco chaotycznie poprowadzonych Opowieści z Nowego Świata, stosownie opatrzonych niepochwalnymi komentarzami społeczno-obyczajowymi. Krytyczna analiza ludzkości, romerowskie studium szaleństwa nazywanego postępem. „Muzea, fabryki, elektrownie, jeziora, rzeki, autostrady i domy. […] Może te rzeczy trzeba było zabrać. Rząd, wojsko, media też – wszystko to już było zgniłe”. A zombie snuły się po ulicach na długo przed historycznym dniem 10/23. Wgapieni w błyszczące ekraniki, świata poza nimi niewidzący. „Wystarczająco często przesuwałeś palcami okropne treści, że przestawałeś je widzieć czy odczuwać, a to […] było zarazem momentem, gdy zacząłeś umierać”. A najgorsze były media społecznościowe – w każdym razie nie jest żadną tajemnicą, że George Romero przynajmniej przez jakiś czas tutaj upatrywał największego zagrożenia dla gatunku ludzkiego, a może nawet całej planety Ziemia. Promowanie „ja” w świecie rozpaczliwie potrzebującym „my”. Co w „Żywych trupach” Daniel Kraus sprowadził do stwierdzenia (piękne, a przy tym przykre przesłanie), że jedyne co ludzie muszą zrobić, aby się rozwijać, to być miłosiernym wobec siebie. Marne szanse.

Okładka książki. „The Living Dead”, Tor Nightfire 2021

Świadomość zbiorowa kontra ego(centryzm). Wyścig szczurów i spacer ślimaków. Wolniakowo alternatywą dla straceńczo goniących za mamoną. Przedmioty warte więcej od bliźnich, tym bardziej przedstawicieli innych gatunków. Bezwstydne deptanie istot żywych w nieustającej walce o przedmioty martwe. Krwiożerczy konsumpcjonizm (kłania się „Świt żywych trupów” 1978) zagrożony przez kolektyw zombie. Kultura kłamstwa niszczona przez białookich „kanibali”. Przemoc odpowiedzią na... jeszcze większą przemoc? Greer Morgan, srogo płacąca za grzechy matki ciemnoskóra uczennica szkoły średniej z premedytacją robiąca dokładanie to, czego się po niej spodziewano - demoralizacja instytucjonalna, wkładanie nieletnim do głowy, że nic z nich nie będzie, zabijanie potencjału młodzieży w szkołach publicznych, gnębienie niektórych gorzej sytuowanych dzieciaków przez „autorytety” – pustoszone Stany Zjednoczone będzie przemierzać w niesłabnącym (jeśli już to rosnącym) przekonaniu, że „zainfekowani z białymi oczami nie wykazują tak wielkiego upodobania do przemocy” jak rzekomo niezainfekowani, żywi ludzie (obserwacja poczyniona niedługo po wydostaniu się z Parku Przyczep Mieszkalnych, gdzie rozegrała się jedna z moich ulubionych, najbardziej emocjonujących bitew tego armagedonu). Zdetronizowani samozwańczy władcy Ziemi. A niejaki Chuck Corso podzieli się z nami jakże trafnymi wnioskami popartymi latami doświadczeń w zawodzie dziennikarza. Brutalnie szczery wykład o nie-etyce dziennikarskiej. Środowisko „przede wszystkim winne lojalność swoim obywatelom”, „zobligowane do przedstawiania prawdy” woli cały miesiącami wałkować jeden mniej czy bardziej istotny temat (zaginięcie białej kobiety albo afera z udziałem jakiegoś celebryty, albo pozornie bezsensowne wojenki polityków – sens jest taki, by odwrócić uwagę społeczeństwa od palących problemów, którym zająć wybrańcom narodów się nie chce, tzw. tematy zastępcze – albo covid...) niż zajrzeć do blokowisk, domów opieki, szpitali, domów dziecka. „Lojalni wobec obywateli? Nie. Jesteśmy lojalni względem pieniądza” - rachunek sumienia „wiernego żołnierza” wywodzącego się ze starej dziennikarskiej szkoły Nathana Basemana, inicjatora puczu w tubie propagandowej WWN. Rehabilitacja czwartej władzy u schyłku świata. Z najmniejszym zainteresowaniem śledziłam wydarzenia na lotniskowcu USS Olympia, jednostce będącej na uposażeniu Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonej, która w pewnym sensie utknęła „pośrodku” oceanu. Kult jednostki w „twierdzy” niemal zdobytej przez tytułowych wątpliwych antybohaterów. Katolicki kapelan, komandor porucznik William Koppenborg, Moja Słodka i oficer z opóźnieniem, homoseksualista z japońskimi korzeniami Karl Nishimura. Drastyczne przebudzenie seksualnych żądz, religijne zaślepienie, destrukcyjny fanatyzm, który to należał do ulubionych tematów George'a Romero. Akt drugi „Żywych trupów” należy natomiast do Etty Hoffmann i tajemniczej Węszycielki. Jedenaście lat po szokującym incydencie w Zakładzie Medycyny Sądowej w San Diego ponownie spotykamy intrygującą pustelnicę, która imponująco produktywnie wykorzystała czas w twardym lockdownie. Znaczne zwolnienie tempa, wskoczenie na wygodniejsze dla mnie tory, z których wypadłam dopiero pod koniec aktu trzeciego, mimo okazjonalnych powrotów do przeszłości; wybór opowieści z Hoffmannowskiego Archiwum, czyli dopięcie tułaczek z księgi pierwszej plus niezupełnie nowy czarny charakter w „konfesjonale” Bibliotekarki. Publikację zwieńczono arcyciekawym drobiazgowym sprawozdaniem Daniela Krausa: geneza „Żywych trupów” i zarazem wzruszająca historia miłosna (fascynacja twórczością George'a Romero).

Kiedy zabraknie miejsca w piekle, zmarli wyjdą na ziemię”. Albo kiedy żywi dojdą do ściany. Opus vitae George'a A. Romero, utwór, któremu najprawdopodobniej poświęcił najwięcej czasu. Pośmiertne dzieło dopełniające największą markę zombiastyczną. Dopełnienie filmowej kroniki najbardziej zasłużonego badacza żywych trupów, przygotowane z niemałą pomocą Daniela Krausa. Duchowa współpraca? Na pewno bezcenne dziedzictwo literackie, najwyższy zaszczyt dla zdeklarowanego miłośnika pesymistycznych czy realistycznych opowieści pomysłodawcy „Żywych trupów”. Potężnej powieści o bezrozumnej agresji. Marmurowy pomnik w odcieniu zgnilizny:) dla bogatego dorobku artystycznego czempiona filmowej makabry. Niebezsensowna jatka, której nie boję się polecić także niesympatyzującym z horrorami o martwych mięsożercach. Apokalipsa Z w stylu neoklasycznym nie tylko dla wielbicieli twórczości nieśmiertelnego George'a.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 20 maja 2024

Zapowiedź: „Nie oddalaj się”

 
Laureatka Oscara Halle Berry i producenci serialu „Stranger Things” przedstawiają nowy horror „Nie oddalaj się”. Film wkrótce w kinach.

Kadr z filmu. „Never Let Go” 2024, 21 Laps Entertainment, Lionsgate Films, Media Capital Technologies

Kiedy Zło opanowuje świat, jedyną ochroną dla matki i jej synów bliźniaków staje się dom oraz łącząca ich rodzinna więź. Nic ich nie skrzywdzi, póki trzymają się razem. Za każdym razem, kiedy synowie i matka wychodzą na zewnątrz, pozostają połączeni z domem za pomocą specjalnych lin. Mama nakazuje chłopcom, aby nie oddalali się – co staje się ich mantrą. Ale czyhające na nich Zło jest bardzo sprytne.

Zobacz zwiastun:  

Alexandre Aja, reżyser o filmie:

Myślałem o tym domu jako o czymś w rodzaju ochronnego więzienia. Jako o domu matki, która kocha swoje dzieci tak bardzo, że trzyma je w łonie, by nie widziały potworów, jakie ona widzi na zewnątrz", tłumaczy reżyser Alexandre Aja. „Halle dała swojej bohaterce jednocześnie siłę i kruchość, tak bardzo potrzebne do tego, by stworzyć głęboką więź ze swoimi synami", dodaje.

Halle Berry o swojej bohaterce:

Najważniejsze pytanie w tym filmie dla mnie brzmi: Czy mama oszalała? Przecież bliźnięta od urodzenia mieszkają tylko z nią i nie mają żadnych innych kontaktów, jest to jedyny świat, jaki znają. Dopiero z czasem zaczynają się zastanawiać, czy wszystko, o czym opowiada im matka jest prawdziwe…? Jednak kiedy zaczynają tego dociekać, sprawy komplikują się. Mama traci kontrolę nad synami i wszystko pogrąża się w chaosie”, zdradza w „Entertainment Weekly” odtwórczyni głównej roli.

O filmie: Zło przejmuje kontrolę nad światem. Matka, grana przez Halle Berry, wie, że jedynym sposobem by ochronić siebie i swoich synów (w tych rolach Percy Daggs i Anthony B. Jenkins) przed jego mocą są łączące ich więzi. Rodzina musi pozostawać ze sobą w nieustannym kontakcie, nawet w splątaniu, by się wspierać i wzmacniać. Kiedy jeden z chłopców zaczyna wątpić w istnienie Zła, jedna z więzi zostaje odcięta. Rozpoczyna się przerażająca walka o przetrwanie.

Kadr z filmu. „Never Let Go” 2024, 21 Laps Entertainment, Lionsgate Films, Media Capital Technologies

Reżyseria: Alexandre Aja („Wzgórza mają oczy”, „Pełzająca śmierć”)
Obsada: Halle Berry (Oscar za „Monster’s Ball: Czekając na wyrok”, „Gothika”, „Połączenie”), Percy Daggs, Anthony B. Jenkins.
Tytuł oryginalny: „Never Let Go”
Dystrybucja: Monolith Films
 
Źródło: wszystkie materiały od Monolith Films

niedziela, 19 maja 2024

„Instynkt” (2024)

 
Lata 60. XX wieku. Alice Bradford i Céline Jennings to zaprzyjaźnione gospodynie domowe z amerykańskiego przedmieścia. Kochające żony i troskliwe matki praktycznie nierozłącznych siedmioletnich chłopców. Pewnego przedpołudnia pracująca w ogrodzie Alice zwraca uwagę na niebezpieczną sytuację na sąsiedniej posesji. Stojącego na balustradzie balkonu Maxa, najmłodszego członka rodziny Jenningsów, który tego dnia nie poszedł do szkoły z powodu przeziębienia. Został z mamą, niezdającą sobie sprawy z dramatycznego położenia swego jedynego dziecka, w tym decydującym momencie zajętą porządkami domowy i niesłyszącą rozpaczliwych nawoływań najlepszej przyjaciółki. Przerażona Alice rzuca się na ratunek nieświadomemu zagrożenia chłopcu, ale nie udaje jej się dotrzeć na czas. A niedługo po tym tragicznym wypadku Alice nabiera przekonania, że pogrążona w rozpaczy matka obwinia ją za śmierć ukochanego dziecka. I zaczyna obawiać się o bezpieczeństwo swojej rodziny, nie wykluczając przy tym niesprawiedliwego posądzania Céline o myśli, które nawiedzają wyłącznie ją. Kobietę potwornie zawiedzioną swoją postawą w obliczu zagrożenia? Potężne wyrzuty sumienia czy wróg w domu obok?

Plakat filmu. „Mothers' Instinct” 2024, Anton, Freckle Films, Mosaic

Zaczęło się od pierwotnie wydanej w 2012 roku powieści „Derrière la haine” belgijskiej autorki Barbary Abel. Sześć lat później wypuszczono belgijsko-francuską wersję filmową, „Duelles” (pol. „Instynkt matki”, międzynarodowy: „Mothers' Instinct”) w reżyserii i na podstawie scenariusza - współpraca z Giordano Gederlinim - Oliviera Masseta-Depasse'a. W październiku 2020 roku opinia publiczna dowiedziała się o zaangażowaniu tego samego twórcy do pokierowania pracami na planie amerykańskiego remake'u niesamowicie intensywnego, diabelnie elektryzującego thrillera psychologicznego w stylu Alfreda Hitchcocka. Trzy dni przed zaplanowanym rozpoczęciem zdjęć w Nowym Jorku Olivier Masset-Depasse złożył rezygnację motywując to zobowiązaniami rodzinnymi, a ta część zespołu producenckiego, która miała wystąpić w kolejnym „Mothers Instinct'” (pol. „Instynkt”) w rolach głównych, Jessica Chastain i Anne Hathaway, zwróciła się z propozycją do głównego operatora Benoîta Delhomme'a, niedoświadczonego w reżyserii, ale w przeszłości wyrażającego zainteresowanie tą dziedziną. Zmianę na kluczowym stanowisku w odtwórczym projekcie filmowym, ogłoszono w pierwszej połowie czerwca 2022 roku, a zdjęcia główne ostatecznie ruszyły w ostatnim tygodniu tego samego miesiąca, w Union County w stanie New Jersey. W maju 2022 roku prawa do dystrybucji na terenie Stanów Zjednoczonych nabyła niezależna firma Neon, wcześniej jednej obraz pokazał się na arenie międzynarodowej – dystrybucja kinowa rozpoczęta w styczniu 2024 roku, która nie objęła między innymi Polski; tutaj pełnometrażowy debiut reżyserski Benoîta Delhomme'a trafił bezpośrednio na platformy streamingowe (Cineman, Prime Video, Player, TVP VOD) w maju 2024.

Sentymentalna podróż Benoîta Delhomme'a, Wspomnienie lat 60. XX wieku, pierwszych lat życia reżysera „Instynktu” z 2024 roku, które w gruncie rzeczy dość mocno odbiegało od wczesnego dzieciństwa Theo Bradforda i Maxa Jenningsa (urocze kreacje Eamona Patricka O'Connella i Baylena D. Bielitza). Niedoświadczony, ale ambitny dyrektor artystyczny amerykańskiego remake'u mistrzowskiego dreszczowca Oliviera Masseta-Depasse'a opartego na powieści Barbary Abel w tamtym okresie mieszkał w bloku na przedmieściu Paryża, a jego rodzice nie mieli aż takiego komfortu finansowego, jak rodziny z jego filmu. Ubóstwa wprawdzie nie doświadczył, ale Delhomme z pewnością wywodzi się z niższej klasy niż mieszkańcy jego idyllicznego przedmieścia w stanie New Jersey. Pamięta jednak, że jego mama ubierała się podobnie do gospodyń domowych z „Instynktu” i też lubiła zapraszać znajomych na kolacje i nieco bardziej wystawne, mniej kameralne, domowe przyjęcia. Poza tym Benoît Delhomme ma słabość do kina z lat 60. XX wieku – natchnienie mógł czerpać też ze „Spragnionych miłości” Kar-Wai Wonga, jednego ze swoich filmowych ulubieńców – niezmiennie zachwyca się gustownym wystrojem wnętrz, unikalnym klimatem i w ogóle całokształtem tego dziedzictwa kulturowego. I nie tylko docenia symbolikę zawartą w twórczości Alfreda Hitchcocka (też Davida Lyncha), ale w swoim pierwszym przedsięwzięciu reżyserskim próbuje ją naśladować. Nie ukrywa, że na uwadze miał głównie „Zawrót głowy” z 1958 roku – psychoanalizę przeprowadzoną w tym kultowym dreszczowcu – i podstępne zabawy Davida Lyncha. Wymowne przedmioty. Jak zabawkowy samochodzik – karetka pogotowia! - leżący w trawie na początku tragicznej historii sąsiedzkiej. Zapowiedź katastrofy, zmyślny suspens początkującego reżysera, dość swobodnie pracującego na tekście Sarah Conradt (jej pierwszy zrealizowany scenariusz na długi metraż). W każdym razie Delhomme zaopatrzył ten produkt w nieduże, ale niekoniecznie nieistotne dodatki własne, sugestywne pomysły w rodzaju porzuconej zabawki w bajecznej okolicy (karmnik dla ptaków, naszyjnik z pereł). Niewystylizowany na obraz z lat 60. XX wieku, ale w moim odczuciu przywołujący rozkosznego ducha tamtej epoki, skromny thriller papugujący. Powtórka z belgijsko-francuskiej rozrywki. Opowieść nieidealnie przekopiowana (rozgrywająca się za prezydentury Johna Fitzgeralda Kennedy'ego) – liczyłam na jakieś nowe wątki, dodatkowe informacje o postaciach (rozszerzenie analizy psychologicznej i socjologicznej)... Cokolwiek dla zaznajomionych z tą potężną historią. Nie byłam tylko pewna, czy chcę majstrowania przy ostatniej partii (nie licząc epilogu). Lepsza niespodzianka czy kolejne powtórzenie? Rozterki osoby pozytywnie zaskoczonej, żeby nie powiedzieć zachwyconej, finalnym obrotem spraw w „Instynkcie matki” Oliviera Masseta-Depasse'a. W sumie dość silnie wkręconej w amerykańską „podróbkę”, ale głównie dlatego, że ubóstwiającej poprzedniczkę. Nie, inaczej: najbardziej zauroczoną fabułą, w obmyślaniu której faktyczni realizatorzy „Instynktu” mieli raczej znikomy udział. Niby wiesz, jak to się potoczy, a wciąż łapiesz się na próbach rozwiązania tej prawdopodobnie nieistniejącej zagadki:) Oczywiście inaczej mogą się na to zapatrywać osoby niezaznajomione z fenomenalną adaptacją/ekranizacją Oliviera Masseta-Depasse'a, ewentualnie literackim pierwowzorem tej ponurej ballady o przyjaźni i macierzyństwie. O tragicznym wypadku przekreślającym wszystko.

Plakat filmu. „Mothers' Instinct” 2024, Anton, Freckle Films, Mosaic

Eksplozywny duet aktorski – chemia na planie „Instynktu” Benoîta Delhomme'a – magnetyczna współpraca Jessiki Chastain (m.in. „Mama” Andy'ego Muschiettiego, „Crimson Peak. Wzgórze krwi” Guillermo del Toro) i coś ostatnio nielicho mnie zaskakującej (patrz: „Eileen” Williama Oldroyda) Anne Hathaway. Ta pierwsza wcieliła się w postać Alice Bradford, niespełnionej zawodowo małżonki dobrze zarabiającego księgowego Simona (przekonująca kreacja Andersa Danielsena Lie) i może trochę nadopiekuńczej matki siedmioletniego Theo (lęki związane z jego uczuleniem na fistaszki, które z całą mocą ujawnią się już w pierwszym akcie, na urodzinowym przyjęciu w sekrecie zorganizowanym dla jej najlepszej przyjaciółki). Byłej dziennikarki rozważającej powrót na ścieżkę zawodową, najwyraźniej jednak bojącej się podzielić tymi planami z mężem. W każdym razie kobieta najpierw zwierza się Céline Jennings (Anne Hathaway), matce najbliższego kolegi jej syna Maxa i żonie Damiana (przyzwoity występ Josha Charlesa), też nienarzekającego na zarobki najlepszego kumpla Simona. W przeciwieństwie do sąsiadki z domu obok i zarazem najbardziej zaufanej przyjaciółki, Céline nie tęskni za pracą (przed urodzeniem swojego pierwszego i podobno ostatniego dziecka była pielęgniarką), ale choć zarzeka się, że jest osobą całkowicie spełnioną, że bardziej szczęśliwa już nie mogłaby być, w głębi ducha może zazdrościć Alice płodności. Nieosiągalne marzenie o drugim dziecku... Powiększenie rodziny jest też pragnieniem Simona, znudzona pani domu nie rwie się jednak do zaspokojenia tej potrzeby jedynego żywiciela rodziny. Tak samo jak on nie skupia się na jej potrzebach. Zakłada, że Alice jest szczęśliwa, zamiast zwyczajnie zapytać. Ona nie mówi, on nie pyta – wygląda na to, że w tym związku zawodzi tylko komunikacja, bo nie ulega wątpliwości, że miłość rodziców Theo nie zardzewiała. A traumatyczna przeszłość Alice? Być może tu jest pies pogrzebany: nadwątlone zaufanie skutecznie ukrywane także przed samym sobą. Pozorne odbudowanie podstawy związku Alice i Simona, której fasadowość obnaży nowy stosunek kobiety do Céline. Wyrachowanej manipulantki czy osoby odrzuconej przez lokalne społeczeństwo z powodu niekwestionowanej tragedii, jaka ją spotkała. Unikają jej, bo psuje im humor? Samą swoją obecnością wprowadza chaos w życie „żon ze Stepford”? Mimowolnie rozprasza sielską atmosferę w fałszywym edenie? Matka tak niedawno tuląca swoje martwe dziecko – prawdziwe dzieło sztuki, przez niektórych mocno kojarzone z Pietą; niesamowicie poruszająca, piękna i zarazem przerażająca kompozycja obrazu. Nagła zmiana perspektywy: wnioski Alice podważone wyrażoną skruchą i samobiczowaniem Céline. Niedoszła ratowniczka Maxa, jedyny naoczny świadek śmiertelnej w skutkach próby z karmnikiem dla ptaków, do niespodziewanej wizyty w szkole miała wszelkie powody przypuszczać, że nieszczęsna sąsiadka wini ją za tragedię jaka znienacka spadła na jej przytulny domek. Uważa, że śpiesząca z odsieczą dama z domu obok mogła bardziej się postarać – wystarczy przypomnieć sobie to długie spojrzenie posłane Alice podczas, naturalnie wzruszającej, mowy pożegnalnej Damiana w kościele; tuż przed przykrym incydentem (bolesnym nie tylko dla Jenningsów, ale i Bradfordów) nad maleńką trumną – że Alice nie dała z siebie wszystkiego, a przynajmniej nie przyłożyła się do tego w stopniu porównywalnym do codziennej troski o Theo. Gdyby na tym przeklętym balkonie stał syn Alice pewnie dotarłaby do niego szybciej. Tak myśli Céline czy tylko Alice? Chorobliwe wyrzuty sumienia, czyli stan aż za dobrze znany „narratorce niewiarygodnej” debiutanckiego filmu Benoîta Delhomme'a (autora zdjęć między innymi do „1408” Mikaela Håfströma, głośnej ghost story opartej na opowiadaniu Stephena Kinga), serce oskarżycielem, przypisywanie przyjaciółce odczuć własnych. Posądzanie bestialsko okradzionej - przez ślepy los - rodzicielki, która tak naprawdę za jedyną winną uważa siebie. Kopanie rozpaczliwie proszącej o pomoc, zadawanie dodatkowych ran kobiecie złamanej. Albo litościwe podszepty intuicji. Dekonspiracja wrogich działań istoty czującej, że nie ma już nic do stracenia. Niezawodny instynkt matki...

Po co? Na co? Bo taki amerykański zwyczaj, by pożyczać. Kręcić na nowo także niestare historie. Czasami po swojemu, a niekiedy bardziej na zasadzie kopiuj-wklej. „Instynkt” Benoîta Delhomme'a jest wierniejszy tej drugiej metodzie, ale kalkowaniem totalnym bym tego nie nazwała. Coś tam dodano, co nieco pozmieniano, powycinano, a i parę ciekawych symboli uwzględniono. W tym paranoicznym thrillerze w teorii bardziej zabiegającym o uwagę niewtajemniczonych w europejskie dokonania na tym polu („Derrière la haine” Barbary Abel, „Instynkt matki” Oliviera Masseta-Depasse'a), bardziej troszczącym się o nieznających tej hitchcockowskiej historii o dwóch zdesperowanych kobietach. Goręcej polecam produkcję belgijsko-francuską, ale i tego spotkania źle wspominać z pewnością nie będę. Kontaktu z remakiem względnie świeżego utworu opartego na miażdżącym suspensie.

piątek, 17 maja 2024

Zakupy

 
Zakupoholizmu ciąg dalszy:) Dwie pierwsze publikacje założonego przez pasjonatów literatury grozy Wydawnictwa Akabra, które planuje przybliżyć polskim czytelnikom kultowe tytuły z lat 70. i 80. XX wieku zebrane (wybrane przez Grady'ego Hendrixa) w limitowanej serii Valancourt Books „Paperbacks from Hell”: pierwotnie wydana w 1976 roku, przeniesiona na ekran rok później przez Roberta Clouse'a „Sfora” („The Pack”) Davida Fishera oraz Wielka Stopa według Thomasa Page'a, czyli „Duch” („The Spirit”) z 1977 roku. A już wkrótce nakładem oficyny Akabra ukaże się „The Nest” Gregory'ego A. Douglasa (właściwie Eli Cantor), animal attack z 1980 roku, który siedem lat później doczekał się filmowej wersji w reżyserii Terence'a H. Winklessa. Natomiast w grozowej serii wydawnictwa MAG pojawił się laureat między innymi Bram Stoker Award i Shirley Jackson Award, „Diabeł zabierze was do domu” Gabino Iglesiasa, a Artefakty (klasyczna fantastyka naukowa odświeżana przez MAG-a) rozrosły się o kolejną perełkę Roberta A. Heinleina, powieść „Luna to surowa pani”. Najbardziej jednak ucieszyło mnie udostępnienie drugiej księgi sagi wampirycznej Jaya Kristoffa – po „Wampirzym cesarstwie” zbudowało się „Cesarstwo potępionych”.
 

 
David Fisher „Sfora”
Thomas Page „Duch”
Gabino Iglesias „Diabeł zabierze was do domu”
Jay Kristoff „Cesarstwo potępionych”
Robert A. Heinlein „Luna to surowa pani”
Patrick Senécal „Alicya”
 

 
H.P. Lovecraft „Przypadek Charlesa Dextera Warda”, „Szczury w Ścianach”
Władysław Stanisław Reymont „Wampir”
C.J. Tudor „Debit”
Greg Buchanan „Pogrzebani”
Cassandra Clare „Pani Noc”
Cassandra Clare „Władca Cieni”

czwartek, 16 maja 2024

Zapowiedź: „Egzorcyzm”

 
Czy to opętanie przez demona, czy powrót do dawnych nałogów? Russell Crowe w nowym horrorze „Egzorcyzm” to gwarancja rozrywki na najwyższym poziomie.

Tego lata będziemy się mogli bać! „Egzorcyzm” to nowy film producenta „Halloween” i twórcy serii „Krzyk”. W główną rolę Anthony’ego Millera brawurowo wcielił się zdobywca Oscara Russell Crowe.

Egzorcyzm” w kinach już od 21 czerwca 2024

Plakat filmu. „The Exorcism” 2024, Miramax, Outerbanks Entertainment

O filmie: O tragediach w trakcie zdjęć do klasyków horroru „EGZORCYSTA” i „OMEN” krążą legendy. Ale prawda jest znacznie bardziej przerażająca….
Anthony Miller (Russell Crowe) jest aktorem, który przyjmuje rolę w horrorze mimo plotek, że nad produkcją wisi klątwa, a poprzedni kandydat do roli popełnił samobójstwo. Dla niego ma być to nowe otwarcie w karierze i szansa na odbudowanie relacji z dorosłą córką Lee (Ryan Simpkins). Anthony stara się jak najgłębiej wniknąć w graną postać, co wkrótce odbija się na jego psychice. Przerażona niepokojącym zachowaniem ojca, Lee podejrzewa, że wrócił on do dawnego nałogu. Prawda okazuje się jednak znacznie gorsza. Wszystko wskazuje na to, że Anthony został opętany przez demona.

Zobacz zwiastun:  

Kadr z filmu. „The Exorcism” 2024, Miramax, Outerbanks Entertainment

Kadr z filmu. „The Exorcism” 2024, Miramax, Outerbanks Entertainment

Reżyseria: Joshua John Miller

Obsada: Russell Crowe („Gladiator” - OSCAR, „Informator”, „Piękny umysł”, „Na cały głos” - serial, „Nice Guys: Równi goście”, „Tajemnice Los Angeles”, „Robin Hood”, „Les Miserables: Nędznicy”, „Noe: Wybrany przez Boga”); Sam Worthington („Avatar: Istota wody”, „Przełęcz ocalenia”, „Starcie tytanów”, „Salto”, „Terminator: Ocalenie”, „Chata”, „Everest”, „Człowiek na krawędzi”); Ryan Simpkins („Droga do szczęścia”, „Samotny mężczyzna”, „Ulica strachu”)
Gatunek: horror
Produkcja: USA 2024
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films
 
Źródło: wszystkie materiały od Monolith Films

„Robactwo” (2023)

 
Młody mężczyzna Kaleb wraz z siostrą Manon zajmuje jeden z lokali w wielopiętrowym budynku mieszkalnym na przedmieściu Paryża, a na życie zarabia pokątnych handlem markowym obuwiem. W swoim pokoju trzyma różne egzotyczne stworzenia, a jego najnowszą, nieplanowaną, zdobyczą jest jadowity pająk z pustynnych terenów Afryki Północnej. Z braku czasu chłopak decyduje się chwilowo przetrzymać małego drapieżnika w pudełku po butach. A parę godzin później odnotowuje nieobecność nowego pupila. Poszukiwania zbiega nie przynoszą rezultatu, zaniepokojony Kaleb postanawia więc przenocować w innym pomieszczeniu, a nazajutrz jego głowę zaprząta jeden z gości Manon. Przynajmniej do czasu odkrycia zwłok ostatniego klienta Kaleba i zarządzenia kwarantanny przez policję. Zamknięcia ludzi w budynku pełnym jadowitych pająków.

Plakat filmu. „Vermines” 2023, My Box Productions, Tandem, Netflix

Francuski horror z nurtu animal attack w reżyserii debiutującego w pełnym metrażu Sébastiena Vaničeka, samouka (szkolił się jakieś piętnaście lat z przyjaciółmi, na krótkich opowieściach filmowych: między innymi wydanym w 2015 roku około dwunastominutowym „Mayday” i uwolnionym trzy lata później półgodzinnym „Crocs”) zaangażowanego w utrzymywany w ściślej tajemnicy projekt z uniwersum „Martwego zła”, marki Sama Raimiego oraz korzystającego z rad Alexandre Aja, twórcy choćby takich obrazów jak „Blady strach” (2003), „Wzgórza mają oczy” (2006), „Lustra” (2008), „Pirania” (2010), „Rogi” (2013) i „Pełzająca śmierć” (2019). Scenariusz „Robactwa” (oryg. „Vermines”, międzynarodowy: „Infested”) Sébastien Vaniček napisał z doświadczonym filmowcem Florentem Bernardem, a obraz kręcono od stycznia do marca 2022 roku w podparyskim departamencie La Seine-Saint-Denis, na ternie kompleksu mieszkalnego zaprojektowanego przez hiszpańskiego architekta Manuela Núñeza Yanowsky'ego w 1981 roku; uroczyście otwartych cztery lata później Arènes de Picasso. Swoją światową premierę film miał na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji we wrześniu 2023 roku, a polską na Splat!FilmFest Horror Film Festival w październiku tego samego roku. W grudniu 2023 ruszyła międzynarodowa dystrybucja kinowa, a w kwietniu 2024 pająki Vaničeka dotarły do internetowego królestwa Shudder.

Straszny, obrzydliwy i dobrze zrobiony” według Stephena Kinga, horror z podtekstem niezależnego francuskiego twórcy Sébastiena Vaničeka, podzielającego przekonanie literata z Maine na temat wyjątkowych predyspozycji tego gatunku do przekazywania prawdy o ludziach. Najlepszy - zdaniem reżysera i współscenarzysty „Robactwa” też najzdrowszy - sposób na przeprowadzenie do bólu szczerej pogadanki o człowieku. Na przykład o ksenofobii. Sébastien Vaniček dorastał w miejscu, w którym nakręcił swój pierwszy długometrażowy film, na jednym z tych francuskich przedmieść, które w świadomości społecznej funkcjonują jako obszary, w których królują przemoc, nędza i narkotyki. Obraz bynajmniej pasujący do wspomnień zachowanych przez mieszkańca Seine-Saint-Denis. Zawsze mogącego liczyć na wsparcie sąsiadów, czującego się bezpiecznie w tej małej wspólnocie bezlitośnie ocenianej po wyglądzie, pochodzeniu, po statusie materialnym. Czołowy twórca „Robactwa” ironicznie nazywa to „zbrodnią posiadania paskudnej twarzy”. Jeśli młody Vaniček doświadczał jakichś przykrości w swoich rodzinnych stronach, to płynęły one z zewnątrz, z rzekomo lepszych dzielnic, wynikały z zakłamanego wizerunku podmiejskich zakątków, o które troszczą się jedynie ich mieszkańcy. Wykluczenie instytucjonalne. Dlaczego pająki? Sébastien Vaniček długo zastanawiał się nad jednym z najpowszechniejszych lęków, próbował zrozumieć osoby z arachnofobią, bo wedle jego wiedzy nawet najbardziej jadowite sztuki – poza uczulonymi na ich jad – nie stanowią śmiertelnego zagrożenia dla przedstawicieli gatunku ludzkiego. Skoro nie naturalny strach przed śmiercią, to zostaje... Chorobliwa niechęć do inności. Irracjonalne lękanie się tych konkretnych ziemskich istot tylko dlatego, że wyglądają tak, a nie inaczej. Strach przed tak zwaną innością. Wrogość wobec obcych. Ksenofobia. W przeciwieństwie do reżysera „Robactwa” nie jestem pewna, czy wszyscy dotknięci arachnofobią boją się samego widoku tych drapieżników, a nie na przykład ewentualnego bolesnego ukąszenia – mimo wszystko może także śmierci – ale mnie ponad wszelką wątpliwość niezmiennie przeraża wyłącznie kształt tych biednych stworzeń. Zawsze to wiedziałam, muszę jednak przyznać, że nigdy nie rozpatrywałam tego problemu w kontekście ksenofobii... Sébastien Vaniček wybrał pająki, bo ze wszystkich nieludzkich mieszkańców Ziemi najbardziej przypominają mu dyskryminowanych ze względu na pochodzenie, o których przede wszystkim chciał opowiedzieć. Niesprawiedliwa, niezasłużona reputacja. Tępienie rzekomych szkodników. Stworzeń brutalnie wyrwanych z naturalnego środowiska – polowanie na pustynne pająki w Afryce Północnej pokazane w prologu – zamkniętych w ciasnych pudełkach i przerzuconych na obcy kontynent oraz stworzeń z marginesu społecznego, „wykolejeńców z podłych dzielnic”. Ćpuny, zboczeńcy, złodzieje, mordercy. Lumpenproletariat szpecący krajobraz miejski, sól w oczach nadludzi. Wystarczy parę minut w towarzystwie Kaleba (przeciętna kreacja Théo Christine'a), by zaszufladkować go jako zakałę społeczeństwa. Nie oceniamy po kolorze skóry – nie, nie jesteśmy rasistami - preferencje muzyczne (rap) też nie mają znaczenia, ale chyba mamy prawo założyć, że w jego słowniku dominują wulgaryzmy. Tak czy inaczej, uznajemy go za popaprańca, bo sprzedaje i kupuje w szarej strefie. We współczesnym świecie tyle w zupełności wystarczy do napisania obszernej biografii człowieka, dopowiedzenia sobie całej paskudnej reszty. Kaleb mieszka w jakiejś norze pełnej groźnych insektów, na hodowanie których pewnie nie ma odpowiednich pozwoleń. Buty to tylko przykrywka – pewnikiem handluje narkotykami. A dziewczyna, o której Kaleb opowiada niezainteresowanemu sklepikarzowi, to w najlepszym razie osiedlowa prostytutka, a w najgorszym jego rodzona siostra. Łobuz ze slumsów. Tak postrzegany na zewnątrz, a wewnątrz...

Plakat filmu. „Vermines” 2023, My Box Productions, Tandem, Netflix

w obskurnym przedsionku hołubionego Paryża, w niereprezentacyjnej dzielnicy, prawdziwej wspólnocie mieszkaniowej, Kaleb instynktownie przywraca porządek zakłócony przez młodych ludzi z produktami pirotechnicznymi. Protagonista „Robactwa” Sébastiena Vaničeka nie posądza ich o okrucieństwo wobec osoby starszej, ciężko pracującej sprzątaczki – prędzej zwykła bezmyślność, szczeniacka zabawa, której niechybnie pożałują. Nieprzemyślany wybryk, w ślady którego przyjedzie refleksja. A tymczasem Kaleb upora się z bałaganem, którego narobili na klatce. To znaczy chętnie by to zrobił, gdyby dama, której przybiegł z odsieczą mu na to pozwoliła. Przepędzony przez kobietę zagniewaną. Bo w świecie Kaleba żaden dobry uczynek nie pozostaje bez kary. Serca rozdzieranego tęsknotą za zmarłą matką, chłopaka desperacko usiłującego utrzymać się na powierzchni, nie stracić gniazdka, z którym wiąże się wiele wspaniałych wspomnień i wypracować jakąś nić porozumienia z ukochaną siostrą. Kaleb nie chce myśleć, że Manon pogodziła się z nieodwracalną stratą troskliwej rodzicielki, ale walka z tymi przykrymi podejrzeniami nastręcza mu coraz więcej kłopotów. Stopień trudności rośnie wraz z pogłębiającym się dystansem między rodzeństwem. Podczas gdy ona skupia się na kolejnym remoncie – jak zwykle robiąc przy tym straszny hałas – on woli spędzać czas z sąsiadami. Pomagać starszym, edukować młodszych i zaopatrywać znajomych w solidny towar. Bo obywatelki i obywatele, którym się nie przelewa też zasługują na markowe buty w eleganckich pudełkach. Handel narkotykami to wstrętne plotki, tym boleśniejsze, że Kaleb naprawdę przykłada się do społecznie nieszkodliwej pracy. Nie tylko produkt, ale i opakowanie muszą być w nieskazitelnym stanie. I naprawdę chciałby zarejestrować swoją firmę, jak to się mówi, zarabiać uczciwie (to znaczy dzielić się z politykami?), ale na razie go na to nie stać. Szkoda, że Kaleb nie jest takim perfekcjonistą w działalności hobbystycznej. Samozwańczy ekspert od insektów, gadów, płazów i innych „zwierząt domowych”. Toksyczna miłość nieostrożnego człowieka. Kalebowi wydaje się, że stworzył wygodny azyl dla istot nierozumianych, ale nienaturalnie szybko rosnące pająki być może uświadomią mu, że jego raj w rzeczywistości był więzieniem. Klaustrofobiczne cele dla pupili, dodatkowo torturowanych przez oszczędną siostrę nieuważnego strażnika (regularne spadki temperatury w pokoju Kaleba, sali tortur okazów tropikalnych). Pudełko nie nadawało się do sprzedaży, ale już na tymczasową przechowalnię potencjalnie groźnego pająka (sprzedawca ostrzegł, że może być jadowity) miało się nadać. Wilgoć nie powinna zaszkodzić nowemu przyjacielowi Kaleba, wypadałoby jednak poddać dokładniejszym oględzinom tylko trochę większy „domek” dla schwytanego drapieżnika. I poważniej potraktować ucieczkę więźnia. Znam osoby, które wywróciły do góry nogami niejedno pomieszczenie w poszukiwaniu włochatego pająka. Nie spoczęły, dopóki „zbiega” nie zlokalizowały. A Kaleb zajrzał w parę zakurzonym zakątków niewielkiego pokoju, po czym stwierdził, że najlepiej będzie przenocować w salonie, a uciekinierem zająć się kiedy indziej. To może rano? Spał prawie do południa, więc... No i musiał niezwłocznie opuścić mieszkanie. Spanikował na widok Jordy'ego, najlepszego przyjaciela, jakiego miał w swoim niesatysfakcjonującym życiu. Kumple, którzy z jakiegoś zagadkowego powodu stali się wrogami. Jordy, jego dziewczyna Lila i wspólnik Kaleba imieniem Mathys zaoferowali Manon pomoc przy remoncie mieszkania, oczywiście nie podejrzewając, że właśnie tego dnia cały budynek zostanie odcięty. Kwarantanna z powodu ataku pająków? Takie zboczenie covidowe:) Prawdę mówiąc rozwój wydarzeń śledziłam z absolutnym przeświadczeniem, że policja dokonała błędnej oceny sytuacji, że wszyscy mundurowi zajmujący się podejrzanym budynkiem w nędznej dzielnicy są przekonani, że mają do czynienia z jakąś, jeszcze niezidentyfikowaną, chorobą zakaźną. Czekałam więc, i czekałam, na doinformowanie służb porządkowych. Tyle krzyków, ale nikt nie wspomina o pająkach. Prawdziwych i wygenerowanych komputerowo. Całkiem realistyczne (niekoniecznie działające, w każdym razie powtórki z piekielnego „Królestwa pająków” Johna 'Buda' Cardosa nie zaliczyłam) widoki monstrualnych szczękoczułkowców, które w gruncie rzeczy są takimi sami ofiarami jak prawowici mieszkańcy przeklętej kamienicy. Lepki mrok gęsto poprzecinany upiorną bielą. Pajęczynowa pułapka, w której krew nie leje się obficie. To nie miała być kolejna bezsensowna sieczka z pająkami w roli agresorów. To miał być horror głęboki.

Nie taki diabeł straszny, jak go malują. Zapowiadany koszmar cierpiących na arachnofobię okazał się wyjątkowo łagodny w obejściu. Nieodrażające „Robactwo” Sébastiena Vaničeka. Ciasny horror uświadamiający. Mający swoje momenty (pies, oblężona łazienka, poruszająca wytrwałość starszego pana w postanowieniu o niezabijaniu braci mniejszych i wreszcie trzymająca w napięciu przeprawa przez utkany tunel), ale ogólnie rzecz biorąc bawiłam się średnio. Zabrakło emocji. Grunt, że czegoś się nauczyłam. I to może być pierwszy krok na drodze ku wyleczeniu z irracjonalnego strachu. Wreszcie zmotywowana do walki z fobią.

wtorek, 14 maja 2024

„Abigail” (2024)

 
W Nowym Jorku sześcioro nieznających się przestępców porywa dwunastoletnią baletnicę Abigail z zamiarem zażądania wielomilionowego okupu od jej zamożnego ojca. Dziewczyna zostaje przewieziona do zabytkowej posiadłości Wilhelm Manor, gdzie na porywaczy czeka organizator akcji nazwiskiem Lambert z ostatnimi instrukcjami dotyczącymi zlecenia. Warunkiem koniecznym do otrzymania obiecanych części okupu jest spędzenie doby w prowizorycznym więzieniu małej tancerki, pilnowanie przerażonej dziewczynki w odosobnionej rezydencji do spodziewanego sfinalizowania transakcji gotówkowej. Cały ten czas Abigail ma spędzić w sypialni na piętrze, do której wolno wchodzić tylko jednej, wyznaczonej przez Lamberta, osobie. Przenikliwej kobiecie, której nadaje pseudonim Joey. Jedynej w tym towarzystwie wykazującej troskę o rzekomą niewinną ofiarę ludzkiej pazerności. Nieskonsolidowanej grupy przestępczej, która wkrótce odkryje, że została uwięziona w przepastnej nieruchomości z najprawdziwszym potworem.

Plakat filmu. „Abigail” 2024, Project X Entertainment, Québec Production Services Tax Credit, Radio Silence Productions

Po zakończeniu działalności w ramach przebojowej franczyzy, meta slasherowej spuścizny Wesa Cravena, starzy druhowie Matt Bettinelli-Olpin i Tyler Gillett zainteresowali się projektem dla kultowej firmy Universal Pictures. Współpraca nie doszła do skutku, ale zawodowy partner twórców między innymi „Diabelskiego nasienia” (2014), „Zabawy w pochowanego” (2019), „Krzyku” (2022) i „Krzyku VI" (2023), producent William Sherak ujawnił scenariusz przysłany mu jeszcze przed sfinalizowaniem ich drugiej przygody z Ghostface'em. Przedstawił koncepcję bojącego się baletnic Stephena Shieldsa, współscenarzysty między innymi „Impostora” Lee Cronina. Opowieść luźno opartą na „Córce Draculi” Lamberta Hillyera i skonstruowaną z udziałem Guya Busicka, współautora kilku scenariuszy zrealizowanych pod artystycznym kierownictwem Matta Bettinelliego-Olpina i Tylera Gilletta. „Filmu o napadzie, który w połowie zostaje porwany przez film o potworach” - element strukturalny „Abigail”, który z miejsca zauroczył doświadczonych kreatorów umiarkowanie mrocznych światów przedstawionych. Połączenie sił Radio Silence Productions i Project X Entertainment na rzecz współczesnej mitologii wampirycznej. Horroru nakręconego w Dublinie pod roboczym tytułem „Abducting Abigail”. Główna lokalizacja: Glenmaroon House, dawniej Knockmaroon Lodge, imponujący obiekt, którego budowę rozpoczęto (kształt pierwotny, skromniejszy od obecnego) w latach 50. XIX wieku. Zdjęcia główne ruszyły pod koniec czerwca 2023 roku, a w kolejnym miesiącu zostały zawieszone z powodu strajku SAG-AFTRA. Etap produkcji zamknięto dopiero w połowie grudnia 2023, ponad cztery miesiące po śmierci jednego z członków obsady aktorskiej, Angusa Clouda, któremu „Abigail” Matta Bettinelliego-Olpina i Tylera Gilletta została oficjalnie zadedykowana. Budżet filmu oszacowano na dwadzieścia osiem milionów dolarów, a jego światowa premiera odbyła się na The Overlook Film Festival w pierwszym tygodniu kwietnia 2024 roku, natomiast w drugiej połowie miesiąca otwarto międzynarodową dystrybucję kinową (Universal Pictures na terenie Stanów Zjednoczonych).

Baletnica wampirzyca - zwrot akcji mniej więcej w połowie „Abigail” Matta Bettinelliego-Olpina i Tylera Gilletta, ale to nie jest spoiler. Reżyserzy od początku byli świadomi, że kampania reklamowa ich (nie zapominajmy o Stephenie Shieldsie i Guyu Busicku) nieszablonowego podejścia do archetypicznej postaci - z panteonu Universal Classic Monsters – skupi się na tym kluczowym szczególe, szukali więc innych sposobów na podtrzymanie zainteresowania publiki w całym pierwszym akcie. Innych od hipotetycznie niezawodnej niepewności. Zapowiadany jako coś na kształt „Niewidzialnego człowieka” Leigh Whannella czy „Renfielda” Chrisa McKaya (nowoczesna wariacja na kultowy temat), pomyślany jako duchowy następca, czy jak kto woli bardzo swobodna adaptacja „Córki Draculi” z 1936 roku, a kręcony głównie z myślą o „Straconych chłopcach” Joela Schumachera, „Blisko ciemności” Kathryn Bigelow, „Pozwól mi wejść” Tomasa Alfredsona, „Podejrzanych” Bryana Singera, twórczości Davida Finchera i Anne Rice (tutaj do głosu najczęściej mogła dochodzić Claudia z „Wywiadu z wampirem”, pierwotnie wydanej w 1976 roku pierwszej odsłony powieściowego cyklu pt. „Kroniki wampirów”, zekranizowanej w 1994 roku przez Neila Jordana). I oczywiście „Draculi” Toda Browninga oraz niewymienionego w czołówce Karla Freunda - wybitne „Jezioro łabędzie” Piotra Czajkowskiego, ulubiony utwór tytułowej istoty, wykorzystany w otwarciu tamtej klasycznej historii wampirycznej. Celowe nawiązanie, wręcz hołd dla „Draculi” z 1931 roku, przez niektórych miłośników kina kojarzony też z „Czarnym łabędziem” Darrena Aronofsky'ego. Rolę główną Bettinelli-Olpin i Gillett powierzyli Melissie Barreri, odtwórczyni jednej z czołowych postaci (Sam Carpenter) w ich dodatkach do serii „Krzyk” (fani kina grozy mogą ją też pamiętać z „Obłąkanej” Lori Evans Taylor), która rozstała się z tym tytułem w atmosferze skandalu– zwolniona za niepoprawne politycznie (rzekomy antysemityzm) komentarze na temat wojny w Strefie Gazy, za opowiadanie się po stronie ofiar cywilnych. W „Abigail” zostanie nam przedstawiona jako Joey (pseudonim nadany przez śliskiego Lamberta, w którego bezproblemowo wcielił się Giancarlo Esposito), uzależniona od słodyczy była lekarka wojskowa z zadatkami na profilerkę kryminalną. Naturalny talent marnujący się w fachu przestępczym. Profesjonalistka w branży nielegalnej wmanewrowana w porwanie małoletniej. Gdyby wiedziała, że celem jest osoba mniej więcej w wieku jej jedynego syna, najpewniej odrzuciłaby, bądź co bądź, hojną ofertę enigmatycznego Lamberta. Pięćdziesiąt milionów dolarów do podziału z resztą zleceniobiorców i zleceniodawcą. Na dowódcę grupy Lambert wyznaczył byłego glinę nazwanego Frank (zajmujący występ Dana Stevensa; m.in. „Gość” Adama Wingarda, „Apostoł” Garetha Evansa, „Lokum” Dave'a Franco), kierowcą został niezaprawiony w przestępczych bojach „Dean” (zabawna kreacja Angusa Clouda), a przy komputerze posadzono urodzoną hakerkę „Sammy”, czyli bezbłędna Kathryn Newton, która wcześniej (w zbliżonym czasie uczestniczyła w operacji „Lisa Frankenstein”, którą pokierowała Zelda Williams) wystąpiła choćby w takich gatunkowych produkcjach jak „Paranormal Activity 4” Henry'ego Joosta i Ariela Schulmana oraz „Piękna i rzeźnik” Christophera Landona, powiedziałabym filmowca, którego Natura obdarzyła podobną wrażliwością artystyczną, co reżyserów „Zabawy w pochowanego” i „Abigail. W (nie)zorganizowanej grupie przestępczej Lamberta mamy jeszcze niegdysiejszą ofiarę prześladowań, mięśniaka „Petera” (również stający na wysokości zadania Kevin Durand) i wreszcie byłego żołnierza „Ricklesa” (solidny William Catlett), nieufającego nikomu poza Joey, empatycznej kryminalistce doprowadzającej do szału autorytatywnego Petera. Demaskatora popisujących się ćpunów – piękna prezentacja nadzwyczajnych talentów najzacieklej (w moim przypadku skutecznie) zabiegającej o sympatię widzów porywaczki z Nowego Jorku.

Plakat filmu. „Abigail” 2024, Project X Entertainment, Québec Production Services Tax Credit, Radio Silence Productions

W wielkim domostwie z mitycznych drapieżnikiem. „Zabawa w pochowanego 2” - podobna linia melodyczna, podobna sceneria, podobne towarzystwo. Kompozycje bliźniacze Matta Bettinelliego-Olpina i Tylera Gilletta (oni nazwali „Abigail” „Zabawą w pochowanego na sterydach), którzy zamienili szaloną rodzinkę na egzotyczną baletnicę. Spektakularne popisy Alishy Weir, fenomenalnej odtwórczyni niepospolitej wampirzycy. Danse macabre Abigail. Choreograficzna makabreska wytrawnej manipulantki w ciele dziecka. Mordowanie tanecznym krokiem, a w międzyczasie wspięcie się na wyżyny sztuki oratorskiej – miażdżąca przemowa w windzie. Znokautowani przez dziewczynkę w klatce, impertynenckie stworzenie niepozbawione poczucia humoru. Przykład: „I nie było już nikogo” Agathy Christie. Prawda, że wymowny żarcik? Doktor Jekyll i pani Hyde. Anielica i diablica. Słodka dziewczynka cichutko łkająca w nieswojej sypialni, krusząca serce chwilowej opiekunki przedstawiającej się jako Joey, z łatwością wymuszająca na niezatwardziałej kryminalistce obietnicę czuwania nad jej bezpieczeństwem. I szkaradna istota z niepohamowaną potrzebą zabijania. Monstrum nieprzypadkowo przypominające kreatury z „30 dni mroku” Davida Slade'a – wygląd zewnętrzny podpatrzony u tamtejszych przedstawicieli tego samego fikcyjnego gatunku, nieśmiertelnego klanu żywiących się krwią. A przynajmniej „podkradzione” zębiska przeraźliwie (dla współscenarzysty „Abigail”, Stephena Shieldsa) tańczącej na palcach. Partnerki „jeźdźca” bez głowy, dosłownej władczyni marionetek: UWAGA SPOILER upiornie niezgrabny balet dymiącej kobiety w niezaszczyconym należytą uwagą „korytarzu” do upragnionej wolność. Zamiast wykopać listewki, pozostali przy życiu świadomie ryzykują wejście w pułapkę, jak się okazuje, zastawioną przez typa, którego od początku podejrzewałam o jakieś pokrewieństwo z R.M. Renfieldem KONIEC SPOILERA. Nieczłowiek guma w zagraconym (ej, to antyki są!) labiryncie na odludziu. „Gotyckim zamczysku”, w którym zachodzi spodziewana zamiana ról. Uwięzieni porywacze, zabawki niekochanej córki potężnego jegomościa, który jak głoszą legendy, ma na swoich usługach istną maszynę do zabijania, człowieka gołymi rękoma rozczłonkowującego bliźnich, ale najbardziej znanego z umiłowania do dekapitacji. Nic więc dziwnego, że kiedy pada pierwszy trup - spada głowa na oczach zszokowanej hakerki, która w szambo dopiero wpadnie (przeuroczy basen; największe aktorskie wyzwanie w dotychczasowej karierze Kathryn Newton, a przynajmniej najbardziej męczący epizod w miejscu pracy) - podejrzenia porywaczy kierują się na tego niekoniecznie istniejącego płatnego mordercę. Niedługo przyjdzie nam czekać na następną mięsistą scenkę w żerowisku baletnicy w zakrwawionej spódnicy. Zbliżenie na częściowo obraną twarz. Mało? To może bomby organiczne? Zabawa, którą zapewne doceniłoby tałatajstwo z uniwersum „Martwego zła”. Nieradosne taplanie się w „zblendowanej formie ludzkiej”. Horror nieczysto rozrywkowy. Lunapark makabryczny niepoważnych gości z Hollywood. Amerykańsko-irlandzko-kanadyjska lekka uczta dla zaprawionych w mocnych filmowych trunkach, ale nieprzywykły do takich rarytasów żołądek zbuntować się może, strzeżcie się więc Wy nie wszyscy, którzy do tego fantastycznie rozhisteryzowanego świata wchodzicie. Groteskowej rzeczywistości pozytywnie zakręconych filmowców, którą mimo rozlicznych atrakcji opuszczałam z małym niedosytem. Niezaspokojeniem fabularnym, bo gdy odjąć wszystkie ozdobniki, pozostaje schematyczne polowanie na ludzi. Ulubiona odmiana myślistwa i łowiectwa w królestwie horroru;)

Powiew świeżości w mitologii wampirycznej i zarazem konwencjonalny domowy survival horror. Rzeź w rytmie „Jeziora łabędziego” Piotra Czajkowskiego. Balet nieumarłej w wypasionej chawirze. Drapieżnik lubiący bawić się jedzeniem kontra niezsolidaryzowane środowisko przestępcze. Zgraja porywaczy nieradząca sobie z dzieckiem... „Abigail” sama w domu Matta Bettinelliego-Olpina i Tylera Gilletta – doskonała propozycja na niedzielne popołudnie dla rodziny Addamsów;) Horrendum komiczne (dla językowych purystów połączenie tragedii z komedią, makabry z groteską), nietoporna karykatura opowieści gotyckiej lub po prostu miły wieczorek z Dzieckiem Nocy.