sobota, 14 września 2019

Zapowiedź: Eva García Sáenz de Urturi „Rytuały wody”

„Cisza białego miasta” stała się najgłośniejszym zagranicznym thrillerem kryminalnym pierwszej połowy 2019 roku. Nadchodzi jej godny następca – „Rytuały wody”. Druga część hiszpańskiej trylogii, sprzedanej w łącznym nakładzie miliona egzemplarzy, to opowieść o tym, że zło nigdy nie śpi. „Rytuały wody” w księgarniach już 30 października.

Trylogia, którą rozpoczęła „Cisza białego miasta”, została za granicą okrzyknięta fenomenem nie tylko ze względu na milion czytelników, lecz także dlatego, że otrzymała niezwykle pozytywne recenzje. 95 procent czytelników, którzy wystawili jej oceny w największym książkowym portalu świata (goodreads.com) uznało, że to książka bardzo dobra lub co najmniej dobra. Średnia ocena to 4.32 na 5. Takich not nie dostają ani literackie arcydzieła, ani – tym bardziej – thrillery czy kryminały. Także w Polsce „Cisza białego miasta” bardzo szybko zyskała status bestsellera. „Rytuały wody” to jeszcze mocniejsza i mroczniejsza opowieść z domieszką baskijskiego klimatu.

Musiałem ją uratować. Nie upłynęło nawet dziesięć sekund, gdy ją zobaczyłem. I ten widok: jej ciało, jej ramiona, tułów i nogi szamoczące się pośród lawiny, wystarczył, żeby zburzyć tamę, którą mój mózg zbudował kilka miesięcy temu. – Ty nie! – krzyknąłem i po raz pierwszy od sierpnia moje usta wypowiedziały słowa zrozumiałe dla wszystkich. Ty nie. 
fragment powieści „Rytuały wody”

W górach znaleziono ciało kobiety w ciąży. Bez wątpienia było to morderstwo. Ofiara została utopiona w zabytkowym celtyckim kotle z wodą i powieszona za nogi na drzewie. Sprawca inspirował się pochodzącym sprzed wieków rytuałem potrójnej śmierci. Okazuje się, że śledczy Kraken znał ofiarę — to jego pierwsza dziewczyna, Anna Belén Liaño, którą poznał dwadzieścia cztery lata wcześniej. Pojawiają się przypuszczenia, że po tym zabójstwie mogą nastąpić kolejne. Wszystko wskazuje też na to, że na celowniku mordercy znajdują się osoby, które wkrótce mają zostać rodzicami. Śledztwo zostaje utajnione, policjanci boją się kolejnego wybuchu zbiorowej paniki w Vitorii. 
Podkomisarz Alba Díaz de Salvatierra, szefowa i kochanka Krakena, jest w ciąży. Nie ma pewności, kto jest ojcem dziecka. Jeśli jest nim śledczy, zagraża mu śmiertelne niebezpieczeństwo: może znaleźć się na liście potencjalnych ofiar zabójcy praktykującego rytuały wody. Morderca nie należy do łatwych przeciwników. Jego metody przerażają, ale on sam też imponuje — przebiegłością i inteligencją. Precyzyjnie dba o każdy element makabrycznej układanki.

W „Rytuałach wody” Eva García Sáenz de Urturi w mistrzowski sposób łączy trzymające w napięciu wątki seryjnych morderstw i rodzinnych tajemnic z niezwykłymi opisami zabytkowego miasta i emblematycznych miejsc prowincji Álava.

Wybrane opinie czytelników:

Larsson wysoko postawił poprzeczkę, osiągając mistrzostwo w dziedzinie tego gatunku, a teraz ma godną następczynię.

To jedna z tych książek, które wszyscy czytają i mówią tylko o niej, a kiedy sięgasz po nią, okazuje się, że naprawdę było warto.

Autorka osiągnęła mistrzostwo. Mota nas, czytelników, i prowadzi na linie, ciągnie, wprost zmuszając do postawienia następnego kroku. Biegniemy po stronach fabuły, chłoniemy to, co jest niebezpieczne, i godzimy się na ryzyko.

Eva García Sáenz de Urturi — hiszpańska pisarka urodzona w 1972 roku w Vitorii, od piętnastego roku życia mieszka w Alicante. Jest dyplomowaną optometrystką, pracowała w zawodzie przez dziesięć lat, następnie zaczęła wykładać na Uniwersytecie w Alicante. Przez trzy lata pisała wieczorami, by ukończyć swoją pierwszą powieść. Początkowo wydała ją samodzielnie na stronie hiszpańskiego Amazona. Dzięki entuzjastycznym recenzjom czytelników powieść szybko stała się bestsellerem i znalazła swojego wydawcę. Na potrzeby „Ciszy białego miasta” ukończyła kurs kryminologii i medycyny sądowej. „Rytuały wody” to kolejna część Trylogii Białego Miasta.

Autor: Eva García Sáenz de Urturi 
Tytuł: „Rytuały wody” 
Wydawnictwo: MUZA 
Premiera: 30 października 2019 
Cena: 49,90 zł

Źródło: wszystkie materiały od Business and Culture i wydawnictwa Muza

piątek, 13 września 2019

„Lokal numer 212” (2017)

Jennifer Conrad odchodzi od swojego agresywnego męża, policjanta imieniem Boyd, i wynajmuje mieszkanie w budynku należącym do niejakiej Claudette. Szybko zaprzyjaźnia się z innym najemcą, Terrym, który pracuje dla właścicielki posesji. Noce w nowym lokum okazują się dla Jennifer najcięższe, ponieważ dociera do niej lament kobiety mieszkającej obok niej. W końcu Jennifer postanawia porozmawiać ze swoją cierpiącą sąsiadką, dla której ma dużo współczucia. Ale jest już za późno. Kobieta popełnia samobójstwo niejako na oczach nowej lokatorki. Jennifer zatrzymuje sobie po niej jedną pamiątkę: starą szkatułkę na biżuterię. Niedługo potem na jej ciele zaczynają pojawiać się swędzące czerwone plamy. Każdego ranka jest ich więcej. Jennifer czuje się coraz gorzej. Być może nawet powoli traci zmysły...
 

Hiszpańsko-amerykański horror Haylara Garcii, twórcy „Polowania na Johnny'ego Deppa” (2007) i „An American Terror” (2014), „Lokal numer 212” (bardziej znany pod tytułami „Gnaw” i „Apartment 212”), powstał w oparciu o scenariusz Jima Brennana, Kathryn Gould i właśnie Haylara Garcii. Brennan był producentem wykonawczym „An American Terror”, a Gould wzięła też na siebie jedną z mniejszych ról w „Lokalu numer 212”. Gwiazdą tego ostatniego jest natomiast Penelope Mitchell, kojarzona głównie z serialem „Pamiętniki wampirów”, ale fani kina grozy mogą znać ją z „Curve” Iaina Softleya i „Oblicza mroku” Assafa Bernsteina. W 2017 roku omawiany obraz był pokazywany wyłącznie na festiwalach filmowych – do szerszego obiegu wszedł dopiero w roku 2018, ale nie należy przez to rozumieć, że dystrybucja była/jest zadowalająca.

Tytułowy lokal pod numerem 212 na początku filmu Haylara Garcii zajmuje Jennifer Conrad, młoda kobieta z małego miasteczka, która właśnie uciekła do wielkiego miasta. Uciekła od swojego brutalnego męża Boyda, który (oczywiście) jest policjantem i który bynajmniej nie zamierza zostawić jej w spokoju. Tę bardzo wiarygodnie wykreowaną przez Penelope Mitchell bohaterkę poznajemy, jako osobę zdecydowaną wyrwać się spod jarzma męża. Kobietę, która łatwo się nie poddaje, która jest gotowa stawić czoła wszelkim przeciwnościom losu, aczkolwiek ciągle boi się męża. I trudno jej się dziwić. Zwłaszcza, że jej prześladowca jest policjantem... „Lokal numer 212” jest skonstruowany w taki sposób, że pewnie nie wszyscy uznają go za horror. Oczywiście, warstwa dramatyczna/obyczajowa nielicho się rozrosła. Może nawet trochę za bardzo. Ale z drugiej strony to właśnie jej zawdzięczam „przyjaźń” z pierwszoplanową bohaterką horroru Haylara Garcii. Horroru zmiksowanego z dramatem. Fabuła wyszukana nie jest. To w gruncie rzeczy bardzo znajomo brzmiąca i nieskomplikowana opowieść. Jest prosta chociaż dramat protagonistki nie ma jednego oblicza. Boyd to tylko jeden z problemów Jennifer. I to nawet nie największy. Główna bohaterka „Lokalu numer 212” to jedna z tych, moim zdaniem, heroicznych kobiet, które decydują się zacząć wszystko od nowa. Porzucić swoje dawne, niezwykle ciężkie życie i zacząć nowy rozdział, w którym piętrzą się inne kłopoty. Nie tak poważne, jak te wcześniejsze, ale taki krok, jaki robi Jennifer, paradoksalnie też wymaga odwagi. Wspaniale, że się na niego decyduje, ale przed nią nowe wyzwania i tylko niektóre z nich Jennifer przewiduje. Brak pracy i większych szans na znalezienie dobrze płatnej posady. Najścia męża, przed którymi system raczej jej nie uchroni, bo człowiek ten nosi policyjny mundur. A w każdym razie Jennifer zdaje się być o tym przekonana, bo nie szuka pomocy w żadnych państwowych organach i... ja tam ją rozumiem. Kobieta nie jest jednak zdana wyłącznie na siebie, bo po przeprowadzce do wynajętego mieszkania zaprzyjaźnia się z nowym sąsiadem, robiącym sympatyczne wrażenie (łatwo założyć, że jest ono fałszywe, że to tylko fasada, za którą kryje się z inne, mroczne oblicze), Terrym, w którego w bardzo dobrym stylu wcielił się Kyle Gass. Dzięki niemu Jennifer zyskuje też przyjaciółkę, której widok mocno mnie zasmucił. Z tego prostego powodu, że nie lubię bać się o tego rodzaju postacie. A w horrorach groźba zawsze nad nimi wisi. Bezpieczeństwo Jennifer też jest zagrożone i to nie tylko ze strony mężczyzny, od którego rozpaczliwie stara się uwolnić. A nawet nie przede wszystkim, bo każdy fan horrorów wie, że wszelkiej maści tajemniczych przedmiotów w tym gatunku trzeba bardziej się wystrzegać. Twórcy „Lokalu numer 212” już w prologu zdradzają, że z kunsztownie wykonaną szkatułką na biżuterię, którą potem (a jakże!) przygarnie czołowa bohaterka filmu, jest coś mocno nie tak. Wyraźnie dają do zrozumienia, że to śmiercionośny przedmiot, ale jeszcze przez długi czas nie konkretyzują jego właściwości. Myślę, że długoletni miłośnicy horrorów i bez tego prologu od początku (od momentu jej wprowadzenia) byliby przekonani, że Jennifer popełnia kardynalny błąd zatrzymując sobie ową szkatułkę po śmierci jej ostatniej właścicielki. Kleptomanki, która przynajmniej w ostatnich dniach swojego życia wyglądała tak, jak zapewne jeszcze niedawno Jennifer. Jak kobieta maltretowana przez swojego partnera. Jennifer wyraźnie skłaniała się ku temu, że jej sąsiadka przeszła przez to samo, co jeszcze niedawno i ona przeżywała. A potem... Potem Jennifer zatrzymuje sobie pamiątkę po niej i tylko my wiemy, że to fatalne posunięcie. Twórcy wprawdzie dopiero pod koniec filmu ujawnią niezwykłe właściwości szkatułki, ale podejrzewam, że niejeden widz bez trudu sam to rozpracuje. Możliwe, że już pierwszy rzut oka na ów przedmiot przyniesie mu rozwiązanie tej zagadki.


Nie sposób nie zauważyć, że twórcy „Lokalu numer 212” zahaczają o body horror. Albo inaczej: delikatnie się o niego ocierają. Według mnie zbyt delikatnie – myślę, że bardziej zdecydowane podejście do tego nurtu wyszłoby tej produkcji na dobre. Niemniej trzeba przyznać, że z chwilą wejścia w wątek osobliwej przypadłości dotykającej Jennifer, akcja nabiera rozpędu. Nie mogę powiedzieć, że wcześniej się nudziłam - naszpikowana bardziej przyziemnymi trudnościami codzienność Jennifer nawet mnie wciągnęła. Codzienność, w której horroru było tyle, co kot napłakał – solidnie zmontowana seria klimatycznych zdjęć przewijająca się przez jej umysł podczas snu i przy dużej dozie dobrej woli ujęcie roztrzaskanej głowy jej sąsiadki – ale mniejsza z tym, skoro z taką łatwością się w to zaangażowałam. Problemy zdrowotne Jennifer zaczynają się dosyć późno, ale trwają na tyle długo, żeby zasiać w widzach podejrzenie, że twórcy prędzej czy później zatracą się w body horrorze. Że zamiast jedynie się o niego ocierać, jak teraz, zagłębią się w ten nurt kina grozy. Całkowity rozpad ciała? No niestety nie. Czerwone plamy w szaleńczym tempie wykwitające na skórze głównej bohaterki i ekstremalne zmęczenie odbijające się na jej twarzy (mocno podkrążone oczy, rozbiegany wzrok), w czym znacznie pomaga znikomy makijaż na twarzy Penelope Mitchell wcielającej się w tę jakże sympatyczną postać, której naprawdę trudno nie współczuć. Ale i nie podziwiać jej wewnętrznej siły. Życie na każdym kroku wymierza jej bolesne kopniaki, ale ona nie ma zamiaru się poddać. Nie da się złamać, chyba że... Na te bardziej przyziemne problemy jest jako tako przygotowana. Wie, jak z nimi walczyć, choć nie przychodzi jej to łatwo, ale gdy z jej ciałem zaczyna dziać się coś niewytłumaczalnego, wydaje się, że to za dużo nawet dla tak dzielnej kobiety, jak Jennifer Conrad. Wygląda na to, że powoli, acz nieuchronnie osuwa się ona w otchłań szaleństwa (to mogłoby tłumaczyć, dlaczego, u licha, na spotkanie w sprawie pracy poszła w tak kusym stroju). W mojej ocenie dobrze się stało, że scenarzyści nie ukrywali źródła tych niezwykłych problemów głównej bohaterki filmu. To znaczy tego, że za to wszystko przynajmniej w pewnym sensie odpowiada stara szkatułka wykradziona z antykwariatu przez nieżyjącą już sąsiadkę Jennifer. Całej reszty sama się domyśliłam. Ale wracając do meritum: otóż, dzięki temu, że cały czas wiedziałam, jak łatwo Jennifer może pozbyć się swojego największego problemu, bardziej bolałam nad jej tragedią. I darłam się jak głupia, żeby wyrzuciła tę przeklętą szkatułkę. Jakby mogła mnie usłyszeć... Do charakteryzacji borykającej się z nietypową przypadłością Jennifer mam ambiwalentny stosunek. Z jednej strony minimalistyczne podejście twórców i oczywiście staranne wykonanie, gwarantowało realizm, ale z drugiej „Lokal numer 212” aż prosił się o trochę większą śmiałość. Bo to nawet nienawykłych do kina gore odbiorców odrazą natchnąć nie powinno. A od takiego motywu ma się wszelkie prawo oczekiwać większej makabry, prawda? Klimat też mógłby być mroczniejszy, ale poza tym niewiele mogę realizacji zarzucić. To jest, nie tak znowu niewiele, bo jednak to, co pokazano mi w dalszej partii filmu zaniżyło moją ocenę „Lokalu numer 212”. Pierwsza reakcja: głośny śmiech. A potem już tylko potworny zawód. I skojarzenie z innym tytułem. A raczej utwierdzenie się w nim, bo już dużo wcześniej podejrzewałam, że dostanę niejaką powtórkę z UWAGA SPOILER „Nie bój się ciemności” („Don't Be Afraid of the Dark”) Johna Newlanda. Chociaż tutaj chyba raczej trzeba mówić o remake'u tego horroru pod tym samym tytułem, w reżyserii Troya Nixeya. Bo tutaj też komputer poszalał KONIEC SPOILERA. Pomysł i wykonanie... Poprzestańmy na tym, że efekt jest doprawdy groteskowy. Wygląda mi to trochę jak sabotowanie przez filmowców własnej pracy. Bo chociaż „Lokal numer 212” nie serwuje nam jakiejś wyróżniającej się opowieści, nie zapewnia nadzwyczaj silnych wrażeń, to jednak do tej nieszczęsnej ostatniej partii oglądało mi się to bez większych zgrzytów. Chciało mi się to oglądać. A potem – no potem to już z utęsknieniem wyczekiwałam napisów końcowych. Które, jak się okazało, nie świadczyły o końcu tej historii. Jeden wątek (mniej ważny, bo nie sądzę, żeby komuś trzeba to było dopowiadać) pojawia się w trakcie napisów, a po nich mamy jeszcze jedną scenkę, dla mnie nieporównanie istotniejszą. A już się obawiałam, że nie zostanie to dopięte i jak zwykle w takich przypadkach będę godzinami głowić się nad tym, co też stało się z... Głupie to, wiem, ale ten typ tak ma.

Hiszpańsko-amerykański niepozorny horror z mocno rozwiniętą płaszczyzną dramatyczną/obyczajową w reżyserii Haylara Garcii, „Lokal numer 212”, lepiej znany jako „Gnaw” i „Apartment 212”, to moim zdaniem pozycja przeznaczona głównie dla tych fanów gatunku, którzy cenią sobie wolniejsze obrazy, a przy tym nie zależy im na innowacyjnych rozwiązaniach fabularnych. I gęstym klimacie grozy, ani nawet odrażających efektach specjalnych. Ale za to szukają dosyć wyrazistych, starannie wykreślonych przez scenarzystów i wiarygodnie wykreowanych przez aktorów i aktorki postaci. Bo w „Lokalu numer 212” przynajmniej jedna osoba może się tym pochwalić. A sama ta opowieść? Poza końcówką zdecydowanie więcej widziałam w niej zalet niźli wad. Właściwie to całkiem mocno zatopiłam się w dziejach Jennifer Conrad. W tym dosyć burzliwym okresie jej życia, które spędza w tytułowym lokalu pod numerem 212. W mieszkaniu, w którym dzieją się rzeczy nie tyle straszne czy odrażające, ale za to zajmujące. Pomimo przewidywalności cechującej rzeczoną produkcję.

środa, 11 września 2019

Jay Anson „Amityville Horror”

Recenzja przedpremierowa

W grudniu 1975 roku małżeństwo Lutzów, George i Kathleen znajduje dosyć sporych rozmiarów dom przy Ocean Avenue 112 w Amityville na Long Island. Nieruchomość jest w bardzo dobrym stanie, a jego wycena mocno zaniżona. Pośredniczka w handlu nieruchomościami uczciwie informuje ich, że przed rokiem w tym domu doszło do zbiorowego morderstwa. Pewnej listopadowej nocy Ronald DeFeo Jr. zastrzelił w nim sześciu członków swojej rodziny, za co został skazany na dożywotnie więzienie. Lutzów to nie zniechęca. Przyjmują ofertę i jeszcze tego samego dnia wprowadzają się do swojego wymarzonego domu, wraz z dziećmi Kathy z jej pierwszego małżeństwa, pięcioletnią Melissą zwaną Missy, siedmioletnim Christopherem i dziewięcioletnim Danielem. Początkowo Kathy i George nie przykładają większej wagi do zastanawiających zjawisk zachodzących na terenie ich nowej posiadłości, tłumacząc je sobie w przyziemny sposób. Ale z czasem zostają zmuszeni do zmiany swojego nastawienia. Małżeństwo Lutzów nabiera przekonania, że w ich domu panoszą się jakieś demoniczne siły. Zaprzyjaźniony z nimi ksiądz Frank Mancuso też tak myśli. Stara się pomóc Lutzom, ale jego możliwości są mocno ograniczone. Najprawdopodobniej za sprawą interwencji demonicznej istoty bądź istot gnieżdżących się w domu przy Ocean Avenue 112 w Amityville.

18 grudnia 1975 roku pięcioosobowa rodzina Lutzów wprowadziła się do domu przy Ocean Avenue 112 w Amityville na Long Island, a 14 stycznia 1976 roku w ogromnym pośpiechu go opuściła. Z powodu mrocznych sił, które opanowały ową posiadłość. A przynajmniej tak utrzymywali George i Kathy Lutz, autentyczne postacie, które można chyba powiedzieć, że szturmem wdarły się do kanonu popkultury. Za sprawą swoich rzekomych przeżyć w domu w Amityville. Pragnąc przedstawić światu szczegółowy zapis swoich mrocznych przygód w tym miejscu, zawiązali współpracę z amerykańskim nieżyjącym już pisarzem Jayem Ansonem. I w ten oto sposób narodziła się jedna z ważniejszych pozycji światowej literatury grozy. Rzekomo oparty na faktach „The Amityville Horror”, który po raz pierwszy został wydany w 1977 roku, czyli dwa lata po ucieczce Lutzów z feralnego domu na Long Island. Kolejne dwa lata później swoją premierę miał pełnometrażowy film Stuarta Rosenberga oparty na opus magnum Jaya Ansona, aczkolwiek niezbyt ściśle. Film doczekał się wielu sequeli i remake'u. Stworzono też mnóstwo wariacji na temat nawiedzonego domu w Amityville. Relacja George'a i Kathy Lutzów, a więc i książka Jaya Ansona będąca jej czołowym nośnikiem, wzbudziła niemałe kontrowersje (nawet pozwów się trochę posypało). Dyskusje nadal trwają, ale wydaje się, że większość osób zainteresowanych tą sprawą skłania się ku zwykłej mistyfikacji. George i Kathy Lutz wielokrotnie modyfikowali swoje zeznania, ale niezmiennie trwali przy tym (oboje już nie żyją), że dom przy Ocean Avenue 112 w Amityville na Long Island jest siedliskiej złych mocy. A przynajmniej był wtedy, gdy w nim mieszkali wraz z trójką dzieci Kathy z jej pierwszego małżeństwa. Adres problematycznej posiadłości potem został zmieniony, sam dom także. Bo tamtejsza społeczność, a zwłaszcza wszyscy kolejni lokatorzy owego domostwa, bynajmniej nie łakną takiego rozgłosu, jaki nadało temu miejscu małżeństwo Lutzów. Jay Anson pozwolił sobie co nieco dodać do historii opowiadanej przez Lutzów. Co więcej niektóre wydania „The Amityville Horror” odrobinę odbiegają od siebie treścią.

Ogromna popularności (nie mylić z wysoką jakością) franczyzy „Amityville” dotychczas jakoś nie skłoniła polskich wydawców do wpuszczenia na nasz rynek książki, która poniekąd ją zapoczątkowała. Poniekąd, bo praprzyczyną jest ustna relacja George'a i Kathy Lutzów. Od premiery „The Amityville Horror” Jaya Ansona minęło przeszło czterdzieści lat – aż tyle trzeba było czekać na pierwsze polskie wydanie, zatytułowane po prostu „Amityville Horror”. Tego zadania podjęło się wydawnictwo Vesper i zrobiło to... no cóż, w swoim stylu. Twarda oprawa, klimatyczna grafika zdobiąca front książki oraz czarno-białe ilustracje w środku autorstwa Macieja Kamudy (wszystkie te rysunki są odpowiednio mroczne, ale największe wrażenie zrobiła na mnie grafika zamieszczona na stronie 77), a do tego obszerne omówienie Bartosza Czartoryskiego, który sceptycznym i krytycznym okiem spogląda na popkulturowy fenomen rzekomo nawiedzonego domu w Amityville. Ale jego krytycyzm nie rozciąga się na książkę Jaya Ansona, opartą na relacji George'a i Kathleen Lutzów, ale niepodanej w klasycznej formie literatury faktu. „Amityville Horror”, ku mojemu wielkiemu zadowoleniu czyta się jak powieść. Z wyjątkiem przedmowy księdza Johna Nicoli i przede wszystkim posłowia, w którym to autor owej publikacji w dosyć naiwny sposób próbuje nas przekonać, że absolutnie wszystko, co tutaj napisał wydarzyło się naprawdę. Część z całą pewnością tak. George, Kathy Lutz oraz troje dzieci kobiety z jej poprzedniego małżeństwa faktycznie mieszkali niecały miesiąc w domu przy Ocean Avenue 112 w Amityville na Long Island, gdzie rok wcześniej doszło do potwornej zbrodni: jeden z ówczesnym domowników, Ronald DeFeo Jr. zabił tutaj swoich rodziców, dwóch braci i dwie siostry, twierdząc potem, że zmusiły go do tego tajemnicze głosy. Ale większość z tego co ponadto zawarto na kartach „Amityville Horror” delikatnie mówiąc jest dyskusyjne. Na „dzień dobry” dostajemy nieścisłość w datach. W prologu Anson pisze, że Lutzowie wprowadzili się do feralnego domostwa 23 grudnia 1975 roku, ale potem utrzymuje, że odbyło się to 18 grudnia. To w końcu kiedy? Wybierzcie sobie, szanowni czytelnicy. Zauważyłam jeszcze jeden tego rodzaju błąd – pod koniec powieści (strony 232 i 233, wydania Vesper z 2019 roku). Muszę jednak zaznaczyć, że tylko w tym pierwszym przypadku mam absolutną pewność, że nie jest to niedopatrzenie polskiego wydawcy tylko samego autora, ponieważ już to Ansonowi nieraz wytykano. Nie znalazłam jednak ani słowa na temat tej drugiej nieścisłości. Co oczywiście sprawy nie przesądza. Ale do rzeczy. „Amityville Horror” Jaya Ansona, bez względu na to, czy wierzy się w tę historię, czy nie, jest jednym z ważniejszych przedstawicieli literackiego horroru. Absolutnym klasykiem gatunku. Pozycją wręcz obowiązkową dla fanów powieści o duchach, demonach i w ogóle wszelkich mocach nieczystych. Co więcej, znajomość adaptacji omawianej książki w reżyserii Stuarta Rosenberga nie powinna nikogo zniechęcać do opus magnum Jaya Ansona. Film nie daje bowiem pełnej wiedzy na temat treści jego materiału wyjściowego. Dla mnie największym zaskoczeniem był Jodie. To nie literówka: on, nie ona. Dla tych, którzy nie wiedzą, Jodie to (nie)wymyślony przyjaciel najmłodszej członkini rodziny Lutzów, który to w obrazie Rosenberga (i jego remake'u oczywiście) zamienił się w przyjaciółkę. Płeć płcią, ale jego wygląd... Myślę, że czeka Was nie lada niespodzianka. A to nie wszystko.

„Amityville Horror” spisano prostym, acz dosyć treściwym językiem. Nie wdając się w najdrobniejsze szczegóły, nie przeznaczając wiele miejsca na opisy poszczególnych wydarzeń w nawiedzonym domu w Amityville i nie tylko, niemniej wyobraźnię pobudzając. Portrety psychologiczne czołowych bohaterów, którymi są Kathy i George Lutzowie oraz ksiądz Frank Mancuso w mojej ocenie są wystarczające, ale na pewno nie zaszkodziłoby jeszcze bardziej się w nie zagłębić. Dokładniej opisać ich rozliczne przemyślenia, zwiększyć liczbę dialogów, bo tych jest zaskakująco niewiele i oczywiście szerzej spojrzeć na ich codzienne żywoty. Ale i tyle wystarczy, żeby zatopić się w ich burzliwych dziejach (zaznaczam, że patrzę na tę książkę jak na fikcję literacką, nie literaturę faktu). Najbardziej przyciągał mnie jednak klimat, w jakim Jay Anson utrzymał tę opowieść. Dwupiętrowy dom z krwawą historią, do tego stojący na indiańskim cmentarzysku (to dodatek od Ansona, niemający odbicia w rzeczywistości, no ale przecież pod każdym amerykańskim nawiedzony domem muszą leżeć kości Indian...) i prawdopodobnie pamiętający okultystyczne rytuały odprawienie tu przez ludzi. Wprowadzając się do tego domu Lutzowie znają tylko część prawdy o nim. Wiedzą, że przed rokiem doszło tu do zbiorowego mordu i nic ponadto. Z drugiej jednak strony nawet gdyby wtedy znali całą historię owej posiadłości, to pewnie i tak zdecydowaliby się na jej zakup. Bo poznajemy ich jako ludzi pragmatycznych, twardo stąpających po ziemi, bardziej patrzących w przyszłość niźli w przeszłość. George i Kathy Lutz nie zamierzają przepuścić okazji, która spadła im z nieba i nie powiem, żeby ta postawa mnie dziwiła. Zwątpienie przyszło później, kiedy to materializm wziął górę nad rozsądkiem. Na manifestacje złych mocy gnieżdżących się w ich nowym domu nie trzeba długo czekać. Tyle że te pierwsze, raczej nieśmiałe „objawy toczącej go choroby”, przez Lutzów są bagatelizowane. A w każdym razie nie dopatrują się w nich niczego paranormalnego. Czytelnik w tym względzie będzie ich wyprzedzał. Być może nieraz odda się rozważaniom nad kondycją psychiczną małżeństwa Lutzów, tj. spróbuje spojrzeć na to pod kątem histerii, ale wersja z nawiedzeniem/opętaniem/przekleństwem przedmiotowego domostwa najpewniej będzie wysuwać się na pierwszy plan. Jay Anson już o to zadbał. Jego zamiarem nie było zasiewanie w czytelnikach wątpliwości względem Lutzów, tylko przekonanie ich, że dom, w którym spędzili niecały miesiąc przełomu 1975 i 1976 roku jest siedliskiem istot nieczystych. Niedowiarki powiedzą zapewne, że w tym celu wykorzystał prawie wszystko, co się dało bez ryzyka popadania w śmieszność. Innymi słowy: w „Amityville Horror” mamy naprawdę dużą paletę mniej i bardziej znanych chwytów stosowanych w horrorach o zjawiskach nadprzyrodzonych. Ale i według parapsychologów znajdujących odzwierciedlenie w wielu autentycznych sprawach tego typu. Podkreślam, że to zdanie parapsychologów, żeby nie było... A więc mamy tu między innymi samoistne przesuwanie się przedmiotów, chmary much podczas mroźnej zimy, niewytłumaczalny zapach perfum i nierzadko w ślad za nim dotyk jakiejś niewidzialnej istoty, przeraźliwy chłód okresowo odczuwany w różnych obszarach domu (zwłaszcza w głównych punktach zapalnych, czyli w pokoju do szycia i bawialni), tajemne pomieszczenie w piwnicy, z nagła otwierające się okna i drzwi, różne upiorne postacie od czasu do czasu pojawiające się przed oczami domowników, nietypowe zachowanie ich psa oraz oczywiście niby wymyślony przyjaciel Missy. Koszmarne sny, lewitujący ludzi i przeobrażenia cielesne... I nie myślcie, że na tym koniec. Dom w Amityville przygotował jeszcze więcej mrocznych atrakcji, ale nie sadzę żeby wielu odbiorców omawianej książki miało wrażenie przesytu. Moim zdaniem Jay Anson zgrabnie to wszystko porozkładał. Albo Lutzowie, bo nie umiem tego rozgraniczyć – powiedzieć, ile z tego pochodzi bezpośrednio od bohaterów omawianej książki, a ile od jej autora. Niektórzy są przekonani, że tytuł tej książki został zainspirowany „The Dunwich Horror” Howarda Phillipsa Lovecrafta. Być może. Ale to szczegół. Mnie bardziej uderzyło pewne podobieństwo do „Lśnienia” Stephena Kinga, książki pierwotnie wydanej parę miesięcy przed tym dziełkiem Jaya Ansona. W posłowiu autor wspomina, że Lutzowie nie byli pierwszymi, którzy zetknęli się z podobnymi zjawiskami, ale to jakoś nie oddaliło ode mnie skojarzeń ze „Lśnieniem”. Wszystkie pozostałe akcenty paranormalne – może z wyjątkiem Jodiego – nie są na tyle charakterystyczne, żebym mogła przypisać je do jakiegoś konkretnego dzieła, czy to literackiego, czy filmowego. Mogę za to powiedzieć, że Jay Anson bardzo sprawnie nimi żongluje, dając im bardzo solidną podstawę atmosferyczną: klimat nadnaturalnego zagrożenia towarzyszył mi dosłownie przez całą lekturę „Amityville Horror” (także, w mniej zajmujących dziejach księdza Franka Mancuso, którymi Anson poprzeplatał obszerniejsze przeżycia Lutzów i ich psa w nawiedzonym domostwie) i co równie ważne sukcesywnie się zagęszczał. Wraz z eskalacją nadprzyrodzonych mocy panoszących się na terenie posiadłości Lutzów. Z różnic pomiędzy książką i jej adaptacją z 1979 roku wyszczególnić trzeba jeszcze zakończenie – ostatnie godziny pobytu Lutzów w tym domu i bardzo skrótowo ujęte dalsze męki małżeństwa. Jest też coś dla fanów „The Conjuring Universe”. Ale to na deser.

Nareszcie! - można zakrzyknąć. Oto po przeszło czterdziestu latach od światowej premiery „The Amityville Horror” Jaya Ansona książka ta wreszcie wkracza na polski rynek. I to w eleganckim wydaniu. Nie wiem, czy jest sens polecać tę pozycję miłośnikom literatury grozy, fanom horrorów o zjawiskach nadprzyrodzonych, bo pewnie już od dawna tego wydarzenia z niecierpliwością wyczekują. To znaczy ci, którzy czytają wyłącznie w języku polskim. I przypuszczam, że przynajmniej wielu z nich się nie zawiedzie, że oczekiwania, jakie mają względem tej publikacji zostaną spełnione. Być może nawet z nawiązką. Bo nawet jeśli nie dajemy wiary relacji Georga i Kathy Lutzów, która rozsławiła ich nazwisko również poza granicami ich rodzimych Stanów Zjednoczonych, to zawsze możemy cieszyć się dobrą powieścią o nawiedzonym domu, o którym słyszał chyba każdy. Ale nie każdy miał możliwość zapoznać się z pierwszym dziełem na nim skoncentrowanym. Teraz taka okazja się trafia. Skorzystacie? Jestem pewna, że tak.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 9 września 2019

„Killer Kate!” (2018)

Kate na prośbę ojca postanawia skorzystać z zaproszenia na ślub swojej młodszej siostry Angie, z którą od lat nie rozmawiała. Angie przyjeżdża po nią wraz ze swoimi przyjaciółkami, Sarą i Mel. Zanim udadzą się do Angie, kobiety mają spędzić halloweenową noc w wynajętym domu ulokowanym w górach, gdzie przewidują kameralny wieczór panieński. Kate nie czuje się dobrze w tym towarzystwie, głównie przez urazę, jaką żywi do siostry, którą z kolei bardzo ucieszyło, że odnowiły kontakt. Pobyt w wynajętym domu początkowo przebiega bez większych zakłóceń, sytuacja komplikuje się dopiero z chwilą odnalezienia przez Kate błotnistych śladów na werandzie. Chwilę potem z ukrycia wychodzą jacyś nieznani im ludzie i przystępują do ataku. Nie ulega wątpliwości, że nie odejdą, dopóki nie zabiją ich wszystkich.

Amerykański niskobudżetowy thriller komediowy „Killer Kate!” jest dziełem początkującego w pełnym metrażu w roli reżysera Elliota Felda. Scenariusz napisał wespół z Danielem Moyą. W skład ekipy weszli też niektórzy członkowie jego familii, można więc powiedzieć, że to projekt rodzinny. Elliot Feld określa „Killer Kate!” jako grindhouse horror i zarazem komedię, ale choć elementy horroru są tutaj obecne, to w moim odczuciu zdecydowanie bliżej mu do thrillera. Oczywiście zmiksowanego z komedią. Pierwszy pokaz pełnometrażowego debiutu Elliota Felda odbył się 7 października 2018 roku na Shriekfest Horror Film Festival i jeszcze w tym samym miesiącu trafił na amerykańskie platformy VOD.

W jednym z wywiadów Elliot Feld wyznał, że jest fanem między innymi takich filmów jak „Psychoza” Alfreda Hitchcocka i „Lśnienie” Stanleya Kubricka. Podoba mu się w nich przede wszystkim to, że rozwijają się powoli, pozwalając widzom dostosować się do otoczenia i wczuć w postacie. Coś podobnego chciał osiągnąć w swoim debiutanckim pełnometrażowym obrazie, thrillerze komediowym pt. „Killer Kate!”. Tyle że na wesoło? To zdecydowanie za duże słowo, bo choć wiele scen istotnie ma zabarwienie komediowe, to akurat wprowadzenie w tę historię uderza w dosyć poważny ton. Prolog, w którym to widzimy grupkę dorosłych ludzi opracowujących niecny plan, i w którym po raz pierwszy pojawia się kij baseballowy opleciony drutem kolczastym nazwany przez jego właściciela Kate, jest mocno doprawiony natarczywym czarnym humorem. Potem przechodzimy do kawałka rodem z taniej komedii romantycznej z udziałem innej Kate (kobiety, nie kija) i jej kolegi z pracy imieniem Trent. Sekwencja ta nie jest długa, ale lekki niesmak zdążyła we mnie wywołać i nie pomogła nawet świadomość, że twórcy naśmiewają się w ten sposób z komedii romantycznych. Rozwój pierwszej partii był już nieporównanie lepszy. I niepasujący do reszty. Bo o ile wstęp i ostatnie kilkadziesiąt minut filmu są zamierzenie przejaskrawione, groteskowe, to środek utrzymano w dosyć poważnym tonie. To preludium do, już na początku zapowiadanej, rzezi, kazało mi myśleć o nurcie slash. Mamy oto cztery młode kobiety – Kate, jej młodszą siostrę Angie i dwie przyjaciółki tej ostatniej, Sarę i Mel – które przyjeżdżają do przytulnego domu w górach. Planują spędzić w nim noc, a rano wyruszyć w dalszą drogę do Angie, a ściślej na jej ślub z niejakim Darrenem. W tym wąskim towarzystwie zdecydowaniem najważniejsza jest Kate. To ona zajmuje pierwszy plan, a zaraz za nią jest Angie. Główną rolę w „Killer Kate!” Elliot Feld powierzył swojej żonie, Alexandrze Feld, która na moje oko wywiązała się z tego zadania tylko trochę lepiej od Danielle Burgess wcielającej się w postać Angie. Jest tylko troszkę mniej „drewniana”. Zdecydowanie bardziej przekonały mnie Amaris Davidson w roli Sary i przede wszystkim Abby Eiland jako wredna Mel. Miłośnicy horrorowych rąbanek nie powinni mieć żadnych wątpliwości, że pretendentką do „tronu” w omawianej produkcji jest potencjalna tytułowa bohaterka (bo trzeba pamiętać o podrasowanym kiju baseballowym). Tym tronem jest przetrwanie nocy w górskim domu do wynajęcia. A Kate bezsprzecznie posiada cechy klasycznej final girl. Unika alkoholu (innych używek zresztą też), stara się nie odpowiadać na zaczepki Mel i jest czymś w rodzaju głosu rozsądku w tym gronie. Co szczerze powiedziawszy trochę mnie zdumiało, bo jako jedyna w tym towarzystwie nie jest nauczycielką. To może i stereotypowe myślenie, ale faktem jest, że po nauczycielkach spodziewałabym się raczej takiej postawy, jaką reprezentuje Kate. A już zwłaszcza po Sarze, nauczycielce matematyki, która jakoś nie wyróżnia się logicznym myśleniem. To prędzej taka wesoła dusza – optymistycznie patrząca na świat, nieskora do kłótni, już prędzej rozluźniająca atmosferę kobieta, która niedawno wyszła za mąż. Jej przyjaciółka Angie niedługo ma pójść w jej ślady, wcześniej jednak ma okazję naprawić stosunki ze swoją starszą siostrą. Kate i Angie od lat się ze sobą nie kontaktowały, ku wielkiemu ubolewaniu ich ojca. Obie pragną zakopać topór wojenny, ale to nie takie proste. Nie dla Kate. Ona nie potrafi ot tak pogrzebać urazy, jaką ma do młodszej siostry. Podejść do tego spotkania po latach tak jak Angie: zamiast myśleć o tym, co było, cieszyć się, że znowu są razem. Elliotowi Feldowi bardzo zależało na tym, by widz mógł dobrze poznać protagonistki, by miał szansę mocno się do nich zbliżyć, zrozumieć je, polubić, a w najlepszym przypadku utożsamić się przynajmniej z jedną z nich. I w mojej ocenie w pewnym stopniu mu się to udało. Ogromu informacji na temat tych czterech kobiet wprawdzie nie dostajemy, ale z tych które wypływają kształtują się całkiem zajmujące osobowości. Oparte na znanych miłośnikom kina (z naciskiem na slashery) modelach pozytywnych postaci, ale przedstawione na tyle starannie, wyczerpująco, że nie miałam poczucia obcowania z mechanicznymi sylwetkami wprawianymi w ruch wyłącznie poprzez pociąganie za sznurki do szczętu przetarte przez innych twórców. Z beznamiętnie poprowadzonymi, papierowymi postaciami, typami rodem z najbanalniejszych rąbanek.

„Killer Kate!” to z całą pewnością obraz celujący w grindhouse'ową poetykę, o czym zresztą mówi sam jego reżyser i współscenarzysta, Elliot Feld. Ale moim zdaniem to też pastisz home invasion, thrillerów (rzadziej horrorów), jak sama nazwa wskazuje opartych na motywie najścia na dom. W tym przypadku jest to górska nieruchomość do wynajęcia. Położony w ekstremalnie zacisznej i malowniczej okolicy niewielki dom, do którego nasze bohaterki docierają późnym popołudniem i już następnego poranka planują wyruszyć w dalszą drogę. To, że ów dom szybko stanie się dla nich śmiertelnie niebezpieczną pułapką nie ulega wątpliwości. Nie tylko to podejrzewamy w oparciu o znajomość reguł jakimi rządzą się horrory i thrillery spod znaku „grupa przyjaciół wyjeżdża”, bo już wcześniej pokazano nam, nazwijmy to, przygotowania do przyjęcia gości. Czyli ujawniono, że grupka dorosłych ludzi planuje urządzić tu rzeź. Co nimi kieruje? Jeszcze wtedy nie wiadomo. To znaczy wiemy, że co najmniej jedna z tych osób po prostu chciałaby zobaczyć umierającego człowieka, ale wierzcie mi główny motyw jest inny. Cudaczny, co zresztą idealnie wpasowuje się w gwałtowne wydarzenia, które rozegrają się wcześniej - przed postawieniem odpowiedzi na pytanie: dlaczego ci ludzie postanowili zostać mordercami? I morderczynią, bo w skład tego „szacownego” grona wchodzi też jedna kobieta. Wesołej, głupkowatej gromadki, która atak przypuszcza (jakżeby inaczej) nocą, na... niczego niespodziewające się kobiety? Nie do końca, bo jeden z napastników niechcący wszczął alarm, co w gruncie rzeczy trochę pokrzyżowało im szyki. Nasi „łebscy” antagoniści musieli sprawę przyśpieszyć, a jak się człowiek śpieszy, to... wiadomo. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się takiego wejścia oprawców – przewidywałam trochę inną kolejność eliminacji kobiet goszczących w jakże sympatycznym (haha) górskim domku. Aż takiego przejaskrawienia starcia, z jednym wyjątkiem, niezamaskowanych napastników z tymczasowymi lokatorkami feralnej nieruchomości, też nie przewidywałam. Ze wszystkich zastosowanych w tym obrazie komediowych akcentów, tylko sytuacja z kominiarkami na mnie zadziałała. Rozbawiła mnie, chociaż obiektywnie patrząc to też humor niskich lotów. Nachalny, jak diabli. Ale nic nie poradzę na to, że akurat ta durnotka do mnie trafiła. Chodzi o objawianie, jakie w pewnym momencie ogarnia jednego z napastników. Pewna mądra głowa uświadamia go oto, że nie musi ukrywać twarzy, bo przecież plan zakłada pozbycie się wszystkim świadków. Jakie to inteligentne, prawda? No racja, ale dlaczego w takim razie inny członek tej przestępczej grupki paraduje w kominiarce? Czyżby, tak jak jego kolega, sam nie wpadł na to, że w tym przypadku skrywanie swojego oblicza jest zbędne? Nieee, on po prostu bardzo lubi tę kominiarkę... Projekt „Killer Kate!” nie miał dużego budżetu, co widać, ale niestety nie w klimacie. Tańsze filmy grozy dużo częściej obdarowują mnie mrocznych, a nawet przybrudzonym klimatem, od tych droższych i/lub szerzej reklamowanych oraz dystrybuowanych. Ale pełnometrażowy debiut Elliota Felda niestety zadowalającej oprawy wizualnej nie ma. Jeden z głównych motywów muzycznych (nie ten sielankowy, ten drugi) – za tę działkę odpowiadał John E. Hopkins – wpadł mi w ucho, ale zdjęcia Dauda Sani za tonacją wspomnianej kompozycji ewidentnie nie idą. Dużo jaskrawych kolorów, silne kontrasty, nienaturalne sceny niezbyt krwawych i niecechujących się kreatywnością, banalnych wręcz, mordów, co oczywiście było celowym zagraniem – jakkolwiek dziwnie to zabrzmi okaleczenia i zabójstwa miały bardziej śmieszyć niźli szokować, budzić wstręt, niesmak etc. (czarny humor, tragikomedia) – inna sprawa, czy skutecznym. Bo jakoś nie było mi do śmiechu, gdy patrzyłam na tę ewidentnie przegiętą gehennę młodych kobiet, która... Poprzestańmy na tym, że tego, co działo się dalej od początku się spodziewałam, tyle że nie w aż tak groteskowym wydaniu. Liczyłam na trochę więcej powagi, na mniej cudowania. Więcej mroku, wolniejsze tempo obliczone na generowanie jakiegokolwiek, choćby tylko delikatnego, napięcia emocjonalnego i przede wszystkim nie tak nachalnego (a przy tym nieskutecznego) humoru. W najbardziej rażący sposób unaocznia się on w czarnych charakterach. Głupole jakich mało – heh w optymistycznym założeniu – trudno więc z niepokojem śledzić ich niecne działania wymierzone w nieznane im kobiety. Ich szaleńczą działalność w położonym na uboczu domku podczas pewnej halloweenowej nocy. To chyba bardziej o nich powinniśmy się obawiać – żeby się przypadkiem nawzajem nie pozabijali (żart).

O ile prawie cała pierwsza partia „Killer Kate!”, amerykańskiego thrillera komediowego (albo, jak kto to woli, horroru komediowego) będącego pełnometrażowym debiutem Elliota Felda, w mojej ocenie całkiem nieźle twórcom wyszła, o tyle ta druga część, uważam, poszła w złym kierunku. Dopóki „Killer Kate!” uderza w poważniejsze tony, najsilniej kojarząc się przy tym ze slasherem, dobrze się to przyswaja, ale potem... Potem twórcy bardziej zdecydowanie pchają to w kierunku grindhouse'a i w moim odczuciu pastiszu home invasion, co samo w sobie złe nie jest, ale dobrze byłoby wykazać się przy tym jakimkolwiek wyczuciem dramaturgii i klimatu. Bo choć film zrealizowano całkiem sprawnie (montaż, kadrowanie, praca kamer: nie trącą amatorką), to niestety ewidentnie przesadzono z akcentami komediowymi. Zrobiła się z tego taka infantylna, umiarkowanie (jeśli nie odrobinę) krwawa komedyjka, ciężkostrawna groteska. Absurdalna opowiastka o niezbyt lotnych, acz dających się lubić kobietach, które walczą z bandą kretynów (może poza kobietą) w urokliwym domku stojącym w malowniczej górskiej scenerii. Wielka szkoda, że aż tak to przerysowano. Szkoda dla mnie, ale nie dla fanów takich klimatów. Myślę, że miłośnicy thrillerów i horrorów komediowych powinni zaryzykować seans „Killer Kate!”, chociaż jestem przekonana, że część z nich mocno się zawiedzie. Ale na pewno nie wszyscy.

sobota, 7 września 2019

David Lagercrantz „Ta, która musi umrzeć”

W Sztokholmie zostają odnalezione zwłoki bezdomnego mężczyzny. Jego tożsamość jest nieznana, ale jako że policjant prowadzący tę sprawę nie widzi w jego zgonie niczego podejrzanego, nie zależy mu zbytnio na jej ustaleniu. Fredrika Nyman, lekarka sądowa, do której trafia ciało bezdomnego, ma zupełnie inne podejście. Wygląd zwłok wskazuje na to, że w przeszłości człowiek ten wiele przeszedł, ale ta mnogość znaków szczególnych nie naprowadza jej na personalia mężczyzny. Fredriki to jednak nie zniechęca. Jest zdecydowana zbadać każdy trop. A jednym z nich jest kartka znaleziona w kieszeni denata, z nazwiskiem i numerem telefonu, dziennikarza śledczego pracującego dla szwedzkiego magazynu „Millennium”, Mikaela Blomkvista. Lekarka kontaktuje się z nim i choć w ten sposób nie udaje jej się ustalić tożsamości bezdomnego, to zyskuje sojusznika. Mikael angażuje się w tę sprawę, korzystając przy tym z pomocy swojej przyjaciółki, hakerki Lisbeth Salander, która obecnie bardziej koncentruje się na swojej związanej z rosyjską mafią siostrze Camilli, teraz posługującej się imieniem Kira. Lisbeth nie ma wątpliwości, że dopóki Camilla żyje, ona i jej przyjaciele nie mogą czuć się bezpiecznie. Zamiast więc czekać na atak, decyduje się uderzyć pierwsza.

„Ta, która musi umrzeć” to szósta odsłona poczytnej serii „Millennium”. Pierwsze trzy części, „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, „Dziewczyna, która igrała z ogniem” i „Zamek z piasku, który runął”, stworzył szwedzki pisarz i dziennikarz Stieg Larsson, a po jego śmierci „pałeczkę przejął” jego rodak David Lagercrantz, który oprócz pisania książek (specjalizuje się w non-fiction) również zajmuje się dziennikarstwem. Lagercrantz dołożył do „Millennium” nieodżałowanego Stiega Larssona trzy cegiełki: „Co nas nie zabije”, „Mężczyznę, który gonił swój cień” i „Tą, która musi umrzeć” („Hon som maste do” / „The Girl Who Lived Twice”), która swoją światową (i Polską) premierę miała w 2019 roku. I prawdopodobnie jest to ostatnie tego rodzaju spotkanie David Lagercrantza z bohaterami „Millennium”.

„Co nas nie zabije” i „Mężczyzna, który gonił swój cień” odniosły niemały sukces. Ta pierwsza zajmowała pierwsze miejsce na listach bestsellerów w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Niemczech, Hiszpanii i Francji. Powstał też niemiecko-szwedzko-amerykański wysokobudżetowy film na jej podstawie, „Dziewczyna w sieci pająka” w reżyserii Fede Alvareza, twórcy remake'u „Martwego zła” (2013) i thrillera „Nie oddychaj” (2016). „Mężczyzna, który gonił swój cień” też odnotował wysoką sprzedaż na świecie, ale największy sukces odniósł w swojej rodzimej Szwecji (najlepiej sprzedająca się książka w roku 2017). „Ta, która musi umrzeć” też zapewne przyniesie spore wpływy, bo istnieje mnóstwo ludzi, którzy z niecierpliwością wyczekują kolejnego spotkania ze swoimi przyjaciółmi: Lisbeth Salander, Mikaelem Blomkvistem i innymi bohaterami tej szpiegowsko-kryminalnej serii. Powiedziałabym, że „Millennium” to już coś w rodzaju marki – sama ta etykietka przyciąga jak magnes. Oczywiście, największa w tym zasługa Stiega Larssona, autora pierwszych trzech odsłon owego niezwykle dochodowego cyklu, ale choć mało kto uważa, że David Lagercrantz w swoich kontynuacjach mrocznych przygód Salander i Blomkvista dosięgnął wysoko zawieszonej przez niego poprzeczki, to trzeba przyznać, że dużą część fanów „Millennium” jego wkład w rzeczoną markę zadowolił. Bo i prawie nikt nie oczekiwał takiej jakości, jaką pokazał Stieg Larsson. „Ta, która musi umrzeć” najpewniej niczego w tej kwestii nie zmieni. Nie mam wątpliwości, że szósta odsłona „Millennium”, tak samo jak dwie poprzednie, nie zostanie tak dobrze przyjęta jak opus magnum Stiega Larssona. Więcej nawet: podejrzewam, że „Ta, która musi umrzeć” w oczach wielu będzie uchodzić za najsłabszą część całego tego cyklu. Tak sądzę, pomimo tego, że sama uważam, iż dobija ona do poziomu „Mężczyzny, który gonił swój cień”. Do „Co nas nie zabije” według mnie trochę jej brakuje. Podczas lektury „Tej, która musi umrzeć” nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że David Lagercrantz jest już zmęczony tym projektem, że niezbyt uśmiechał mu się ten kontakt z Lisbeth Salander i Mikaelem Blomkivistem. Jedna z najpopularniejszych bohaterek beletrystyki współczesnej, genialna hakerka, nonkonformistka i mścicielka, Lisbeth Salander, w „Tej, która musi umrzeć” nie wyróżnia się już tak bardzo, jak w poprzednich tomach (zwłaszcza pierwszych trzech). Na potrzeby sprawy, którą aktualnie się zajmuje, zmienia swój image. Zamiast zakolczykowanej, mocno umalowanej gotki, mamy pozbawioną makijażu i kolczyków „szarą myszkę” w szykownym spodniumie. Do którego to stroju Salander zresztą całkowicie się przekonuje. Zamiast nadzwyczaj zdeterminowanej mścicielki, kobiety, która z uporem maniaka dąży do celu, mamy osobę pełną wątpliwości, która tak naprawdę nie może ufać samej sobie. A po drugiej stronie barykady stoi jej siostra, Camilla, obecnie posługującą się imieniem Kira, która jest związana z jedną z rosyjskich grup przestępczych. Bardzo wpływową i bezwzględną. Dużo bardziej zdeterminowaną od Lisbeth. Tytuł omawianej powieści równie dobrze może się odnosić do Camilli, na którą poluje jej rodzona siostra, jak do tej drugiej. Bo Camilla nie pozostaje jej dłużna. Sytuacja trochę jak w „Harrym Potterze” - żadna nie może żyć, dopóki żyje ta druga. Któraś z nich (ewentualnie obie) musi umrzeć. W takim przekonaniu żyje każda z nich. Do czasu. Lisbeth zaczyna mieć wątpliwości co do słuszności swojej wendety, a Camilla wręcz przeciwnie – pragnienie zabicia własnej siostry z dnia na dzień w niej narasta. W moich oczach właśnie ta postać jest największą ozdobą „Tej, która musi umrzeć”. Mocno przykuwającą uwagę antybohaterką, której jedynym felerem jest to, że rzadko się pokazuje. David Lagercrantz przez to niestety nie wykorzystał w pełni potencjału drzemiącego w tej niebezpiecznej postaci. Dużo groźniejszej od mścicielki, którą fani „Millennium” zdążyli już doskonale poznać. Niekoniecznie jednak od takiej strony, jaką przedstawiono na kartach „Tej, która musi umrzeć”. Ta tutaj nie elektryzuje już tak bardzo, niemniej... Powiedzmy, że nie wszystkie jej znaki charakterystyczne odeszły w cień. To nadal Lisbeth Salander – tyle że mniej zacietrzewiona, trochę łagodniejsza, że tak powiem bardziej przystosowana społecznie. Aczkolwiek wciąż polująca na tych złych.

Wizerunek społeczeństwa definiuje sposób, w jaki zajmuje się swoimi najsłabszymi członkami.”

Pamiętacie nadzwyczaj idealistycznego dziennikarza śledczego Mikaela Blomkvista? Nie odpowiadajcie, to pytanie retoryczne. W „Tą, która musi umrzeć” ten diablo charyzmatyczny bohater nadal pracujący dla magazynu „Millennium”, wchodzi jako osoba niemalże wypalona zawodowo. A na pewno mocno zniechęcona do pracy, która przyniosła jej (jemu) niemałą sławę. Jako że artykuł, nad którym obecnie pracuje opornie mu idzie, Mikael postanawia zrobić sobie mały urlop. Ale nie dane mu będzie odpocząć, bo oto na horyzoncie pojawia się „bezimienny” bezdomny. A ściślej jego zwłoki. W sprawie tej nie brakuje wątków, które od zawsze leżą w sferze zainteresowań Mikaela. Nic więc dziwnego w tym, że daje się w to wciągnąć. I dobrze, bo wraz ze wzrostem jego zaangażowania w tę wielce zagadkową i wydaje się, że bardzo złożoną, sprawę, z cienia coraz bardziej wyłania się taki Blomkvist, jakiego znamy i kochamy. No dobrze, nie do końca, bo nie da się ukryć, że Mikael, podobnie jak jego przyjaciółka Lisbeth Salander, nie ma już takiej energii jak niegdyś, że brakuje mu tej magicznej iskry, która rozpalała tysiące (miliony?) czytelników z całego świata. Chłopina trochę się zestarzał... Ale gdybym miała wskazać największy mankament „Tej, która musi umrzeć”, to nie byłyby to odrobinę wyblakłe sylwetki czołowych bohaterów „Millennium”, tylko obrana przez Davida Lagercrantza narracja. A ściślej dwie irytujące maniery, dla których nie potrafię znaleźć innego wytłumaczenia, jak to, że autorowi bardzo śpieszyło się do sfinalizowania owego projektu. Po pierwsze: dialogi. Wprawdzie nie wszystkie, ale sporo przebiega mniej więcej tak: jedna osoba mówi, a druga, często sam Mikael Blomkvist, od czasu do czasu wtrąca tylko jakieś pojedyncze, zupełnie zbędne słowa bądź krótkie, niekoniecznie pasujące do sytuacji zdania. A po drugie: tendencja autora do błyskawicznego objaśniania pomniejszych zagadek. Stawia oto jakieś pytanie, na które czym prędzej odpowiada. Szczęście, że nie dotyczy to zagadki kryminalnej, którą aktualnie zajmuje się szwedzki (fikcyjny) dziennikarz śledczy Mikael Blomkvist. Tworząc tę intrygę David Lagercrantz bez wątpienia wykorzystał wiedzę, którą pozyskał w latach 90-tych XX wieku, pracując nad biografią szwedzkiego alpinisty Gorana Kroppa. I dobrze, bo wątek, który wykluł się z tego na kartach „Tej, która musi umrzeć” rozbudził we mnie niemałą ciekawość. Dla mnie ta odnoga fabuły omawianej powieści okazała się najbardziej emocjonująca, bo choć moją faworytką była Camilla alias Kira, to wątek na niej skoncentrowany niezbyt mnie zajmował. Wiem nawet dlaczego: ot, motyw przestępczości zorganizowanej nigdy nie należał do moich ulubionych. Tutaj jednak w moich oczach sytuację częściowo ratowało podejrzenie, że mafia ma jakieś powiązania z rządem demokratycznego kraju. Podejrzenie konsekwentnie podsycane przez autora książki. Pisarza, który w ogóle mnie nie zaskoczył, że tak to ujmę, nadążaniem za rzeczywistością. Nie zaskoczył, bo już coś takiego w „Millennium” mi pokazywał. „Coś takiego”, czyli odniesienia do zjawisk omawianych w serwisach informacyjnych. Tutaj mamy fabryki trolli, w Polsce lepiej znane jako farmy trolli. Czarny PR, dezinformacja, zorganizowane niszczenie ludzi z wykorzystaniem tak zwanego hejtu. David Lagercrantz dosyć sporo miejsca poświęca temu haniebnemu zjawisku panoszącemu się we współczesnym świecie. I nie pomija przy tym tego, co najważniejsze, czyli niepowetowanej krzywdy, jaką ponoszą ofiary tej przestępczej działalności. Bo potężniejsze od faktów są jedynie fałszywe doniesienia. Tak, tylko czy ważna szwedzka osobistość, która na kartach recenzowanej powieść jest celem armii trolli, ma krystalicznie czyste sumienie? W to czytelnik najpewniej raczy powątpiewać. David Lagercrantz, ku mojemu zadowoleniu, prowadząc ten wątek nie pozwalał sobie na tak jaskrawe rozgraniczenie. Oczywiście, nie ukrywa swojej niechęci do internetowych trolli, hejterów i bezrefleksyjnie przekazujących niesprowadzone informacje dziennikarzy, ale postać, którą czyni ofiarą tego procederu (rykoszetem, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, dostają jej bliscy) w szóstej odsłonie „Millennium” bez wątpienia będzie działać alarmująco na czytelnika. Nie tylko dlatego, że to polityk:) I tak aż do ostatniej partii, która nielicho mnie zdumiała. Nie, nie dlatego, że rozwiązanie tej najszerzej omówionej intrygi kryminalno-szpiegowskiej (zapoczątkowanej śmiercią pewnego bezdomnego mężczyzny) było dla mnie jakąś wielką bombą. Nie wszystko udało mi się przewidzieć, ale nie o to chodzi. Rzecz w tym, że nawet niespodzianki większego wrażenia na mnie nie zrobiły. To jednak i tak lepsze od ostatniego etapu wzajemnych podchodów dwóch spokrewnionych kobiet. W coś takiego naprawdę ciężko uwierzyć.

David Lagercrantz wprawdzie nie planuje kolejnego podejścia do „Millennium”, ale historia literatury (a jeszcze bardziej kinematografii) każe z powątpiewaniem odbierać takie zapowiedzi. Tym bardziej w przypadku czegoś tak wielce dochodowego, jak książki spod znaku „Millennium”. A nawet jeśli kontynuator trylogii Stiega Larssona już nieodwołalnie się z tą marką pożegnał, to co z innymi pisarzami? Bo przypuszczam, że chętnych do tej schedy nie brakuje... Przyszłość pokaże. A jeśli chodzi o „Tę, która musi umrzeć”, przynajmniej na tę chwilę ostatnią odsłonę dziejów między innymi Lisbeth Salander i Mikaela Blomkvista i zarazem trzecią napisaną przez Davida Lagercrantza, to w mojej ocenie jest tak sobie. Sympatyków poprzednich dwóch części prawdopodobnie ta historia zbytnio na zawiedzie, ale też nie sądzę, żeby znalazło się wielu takich, którzy uznają „Tę, która musi umrzeć” za najlepsze dokonanie Davida Lagercrantza na poletku „Millennium”. O trylogii Stiega Larssona już nie wspominając.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 5 września 2019

Zapowiedź: Dan Simmons „Zimowe nawiedzenie”

Przerażająca opowieść o duchach, strachu i samotności w scenerii znanej z horroru Letnia noc miasteczka Elm Haven

Dale Stewart, niegdyś szanowany wykładowca i powieściopisarz, doprowadził do ruiny zarówno swoją karierę, jak i małżeństwo – a teraz ciemność nieuchronnie się do niego zbliża. W ostatnich godzinach Halloween wrócił do wymierającego miasteczka Elm Haven, w którym się wychował. Dzięki odosobnieniu ma nadzieję znaleźć tutaj spokój. Ale przeprowadzka do od dawna opuszczonej posiadłości na obrzeżach miasta – niegdyś będącej domem dziwnego i błyskotliwego przyjaciela Dale’a, który stracił swoje młode życie w przerażającym „wypadku” podczas strasznego lata 1960 roku – stanowi tylko ostatni z długiej serii popełnionych przez Stewarta błędów. Ponieważ wcale nie jest tutaj sam. Prywatne demony śledzą go w tym domu cieni, który zaczyna przekształcać rzeczywistość w przerażające, nowe formy. W dodatku wszystko pokrywa ciężki, wczesny śnieg, który właśnie zaczął padać...

„Dan Simmons jest genialny!”.
Dean Koontz
 
„Jestem pod ogromnym wrażeniem Dana Simmonsa”.
Stephen King
 
„Zimowe nawiedzenie ukazuje w pełni talent Simmonsa jako niezrównanego literackiego stylisty. To przerażająca historia o duchach, która uniemożliwia czytelnikom odgadnięcie zakończenia aż do ostatniej strony”.
„Denver Rocky Mountain News”

Premiera 10 września 2019 roku

Format: 140 x 205 mm
Stron: 352
Okładka: twarda
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Tłumaczenie: Mariusz Warda
Wydanie: wyd. 1
ISBN: 978-83-8116-716-1
Sugerowana cena det.: 45,00 zł


Źródło: wszystkie materiały od wydawnictwa Zysk i S-ka

środa, 4 września 2019

„Gwen” (2018)

Snowdonia, XIX wiek. Młoda kobieta imieniem Gwen mieszka na farmie z matką Elen i młodszą siostrą Mari, nie tracąc nadziei, że jej ojciec wkrótce wróci z wojny. Na razie jednak ona i jej matka muszą radzić sobie same z pracą w gospodarstwie, która stanowi ich jedyne źródło utrzymania. Już i tak niełatwa sytuacja tej rodziny pogarsza się jeszcze bardziej za sprawą czegoś lub kogoś nawiedzającego ich farmę. Na domiar złego Elen dopada choroba, przez co większość czasu jest zmuszona spędzać w łóżku. Zakres obowiązków Gwen znacznie się więc zwiększa. Brak pieniędzy martwi ją najbardziej, głównie przez wzgląd na kurczący się zapas lekarstwa dla jej rodzicielki. Gwen boi się też, że stracą farmę, a jakby tego było mało zaczyna obawiać się swojej własnej matki, której zachowanie coraz bardziej odbiega od zwyczajowego.

Pełnometrażowy debiut Williama McGregora, tak w roli reżysera, jak scenarzysty. Brytyjski gotycki horror ludowy (z elementami dramatu i thrillera psychologicznego) pt. „Gwen”, swój pierwszy publiczny pokaz miał we wrześniu 2018 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto, gdzie wyróżniono odtwórczynię roli tytułowej Eleanor Worthington-Cox. William McGregor w jednym z wywiadów wyjawił, że świat przedstawiony w pierwszej wersji scenariusza „Gwen” był wzorowany na jego siedemnastominutowym filmiku z 2009 pt. „Who's Afraid of the Water Sprite?”, który, jak to określił, był osadzony w bajkowy średniowieczu. Ale wyprawa do Parku Narodowego Snowdonia zmusiła go do zmodyfikowania scenariusza. McGregor dodał, że lubi pracować w ten sposób, tj. czerpać inspirację z krajobrazów. Budżet jego pełnometrażowego debiutu oszacowano na dwa miliony funtów brytyjskich.

„Gwen” Williama McGregora różnie jest klasyfikowany. Dramat, thriller, horror... Reżyser i scenarzysta tego klimatycznego przedsięwzięcia zdaje się skłaniać ku ostatniemu z wymienionych gatunków, ale podejrzewam, że cieszy go to drobne zamieszanie z etykietkami. McGregorowi zależało bowiem na tym, by każdy interpretował sobie tę opowieść wedle własnego uznania. Chciał, żeby to było osobiste doświadczenie, żeby interpretacja była uzależniona od tego, co sam odbiorca do tego obrazu wniesie. I muszę przyznać, że to jest jakieś wytłumaczenie dla lekkiego zamieszania z przynależnością gatunkową „Gwen”. Z drugiej strony zarówno folk horrory, jak folk thrillery często są szczodrze doprawione dramatem. Nic więc dziwnego w tym, że przez niektórych są poczytywane bardziej jako dramaty niźli filmy grozy. „Gwen” nie jest tutaj żadnym wyjątkiem. William McGregor też odniósł się do płaszczyzny przystającej do dramatu, aczkolwiek w moim przekonaniu nie jest to dominanta omawianego obrazu. Uważam, że „Gwen” to przede wszystkim horror (z elementami dramatu i thrillera psychologicznego) – horror, do którego odbiorcy wyłącznie współczesnego mainstreamu nie przywykli. Zaznaczam to po to, by uczulić te osoby na zasadnicze różnice w podejściu do filmowego horroru. U McGregora groza ma wynikać przede wszystkim z klimatu. Ten niedoświadczony w długim metrażu twórca zauważalnie chciał by widz odczuwał silny niepokój przed... nie wiadomo czym. Miał niezachwianą pewność, że zagrożenie jest nieustannie obecne, że czyha w dosłownie każdym kadrze. Nie widzimy go, ale ono na pewno tam jest. Coś lub ktoś. Jakaś fizyczna, czy nadnaturalna istota prawdopodobnie wrogo nastawiona do Elen i jej dwóch córek. We współczesnym kinie grozy takie podejście do filmowego horroru nie jest wprawdzie wyjątkiem (nawet w mainstreamie podobne klimaty się zdarzają, przykładem choćby „Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii” Roberta Eggersa), ale bądźmy szczerzy: obecnie preferuje się agresywniejsze próby straszenia publiki. Co nie znaczy, że skuteczniejsze. A w każdym razie William McGregor w „Gwen” wychodzi od zgoła innego założenia. To jeden z tych horrorów, który podpina się pod znaną i bynajmniej nie kłamliwą myśl, że najbardziej boimy się tego, czego nie znamy. Czego nie jesteśmy w stanie dostrzec, ale co mocno wyczuwamy. W „Gwen” od początku wyczuwałam jakąś złośliwą obecność, która czeka i czeka, i czeka, aż w końcu... Uderzy czy nie? Tak jak nie znamy istoty owego zagrożenia, tak nie możemy być pewni tego, że prędzej czy później przypuści zdecydowany atak na pozytywne postacie. Czyli które konkretnie? Czyżby to też było tajemnicą? To zależy. Zależy od tego, jak odczytamy sygnały wysyłane przez twórców. W którą stronę się skłonimy, w co uwierzymy, a które sugestie, mniej czy bardziej stanowczo, odrzucimy. Na pierwszym planie postawiono młodą uzdolnioną aktorkę Eleanor Worthington-Cox, która to mieszka na farmie wraz ze swoją matką Elen (widowiskowa kreacja Maxine Peake) i młodszą siostrą Mari (przekonująca Jodie Innes). Mamy XIX wiek, okres rewolucji przemysłowej w Anglii. My jednak przebiegu tej rewolucji śledzić nie będziemy. Przeniesiemy się na pozornie spokojne terytorium Walii, do słabo zaludnionej Snowdonii, która w tym obrazie została przedstawiona w iście złowrogi sposób. Zdjęcia autorstwa Adama Etheringtona cechują się niesamowitą ponurością. Jesienna aura, wszelkie odcienie szarości, momentami bardzo gęsta mgła i oczywiście naturalny krajobraz, który tchnie czymś, co można chyba nazwać „groźnym pięknem”. Bezkresne wzgórza pokryte wysuszoną trawą, nagie drzewa, uboga osada i oddalona od niej spora farma należąca do Elen i jej męża. Męża, który jakiś czas temu wyruszył na wojnę. XIX-wieczne realia, na tyle, na ile jestem w stanie to ocenić (nie było mnie wtedy na świecie, więc...) udało się twórcom „Gwen” odwzorować. Wybór scenerii też uważam za strzał w dziesiątkę, ale kolorystyka zdjęć... To dopiero coś!

Gotycka atmosfera w „Gwen” osnuwa historię osadzoną w ramach folk horroru (lub jak kto woli dramatu bądź thrillera psychologicznego). Mamy więc osadę ulokowaną w naturalnej scenerii, w zdecydowanej większości zamieszkałą przez bogobojnych ludzi codziennie walczących o przetrwanie. Bo jak to się mówi, bieda w tym miejscu, aż piszczy. I bynajmniej nie omija ona znajdującej się w pewnym oddaleniu od wioski dosyć dużej farmy Elen. Można domniemywać, że kiedyś jej i jej bliskim dużo lepiej się wiodło, że tę złą passę zapoczątkowało udanie się „głowy rodziny” na wojnę. I pojawianie się tajemniczego wroga, którego nieustannie się wyczuwa. Niebezpieczeństwo obfitą falą wypływa ze wspaniałego klimatu tego obrazu, ale nie tylko. William McGregor zadbał również o dosłowniejsze zwiastuny zagrożenia z zewnątrz i z wewnątrz. Bo wrogiem równie dobrze może być jakaś nadnaturalna istota/siła bądź człowiek/ludzie z okolicy, jak któraś z pań mieszkających na farmie. Czyżby tytułowa postać? Czyżby ta młoda, bardzo pracowita kobieta, świadomie lub nie szkodziła, sobie i swoim bliskim? To możliwe. Ale nieporównanie większe podejrzenia rodzi jej matka – sporo wymagająca od Gwen, żeby nie rzec surowa kobieta, która ewidentnie coś przed swoimi córkami ukrywa. Poza tym nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że niezbyt przejmuje się dramatycznymi wydarzeniami, do jakich dochodzi na ich gospodarstwie. Nie samo z siebie, nie ma bowiem absolutnie żadnych wątpliwości, że to czyjeś celowe działanie. Z Elen wiążą się dwie (nie licząc jednego burzowego pioruna) dosłowniejsze próby straszenia odbiorców zastosowane w tym obrazie. Tylko dwie, ale za to jakie! Widok, jaki przez moment rozpościera się przed oczami zaspanej Gwen podczas jednej z burzowych nocy, ale i pierwszy grzmot, to jump scenki, ale przeciwnikom tychże radzę się nie zrażać. Zwłaszcza pewna szybka migawka robi wrażenie. Pewnie dlatego, że tak naprawdę spotykają się w niej dwa style straszenia widzów – w formie jump scenki podaje się coś, co zostaje z oglądającym na dłużej. To ziarno niepokoju będzie kiełkować, ono nie wyparuje wraz z przejściem do następnego kadru. Podejrzenia względem Elen, a wraz z nimi obawa o los jej córek, będą narastać. A przynajmniej na mnie tak to działało. Nie nazwałabym tego czystym przerażeniem, ale zaniepokojona owszem byłam. Tym bardziej podczas wprowadzenia ostatniej sekwencji tego typu. To również jump scenka, i również idealnie obliczona w czasie (podskoczyłam, bo nie byłam na to mentalnie przygotowana), ale na uznanie zasługuje przede wszystkim upiorny obrazek wyrastający wówczas na ekranie. Ci filmowcy mainstreamowego kina grozy, którzy szczególnie upodobali sobie jump scenki moim zdaniem powinni uczyć się od twórców „Gwen”. W ich rękach bowiem te proste sztuczki dla mnie zamieniły się w istne dzieła sztuki. Ale klimat omawianej produkcji i tak jest bezkonkurencyjny. Żaden z elementów zawartych w tym obrazie w moim przekonaniu nie może się równać z groźną, ponurą atmosferą, z przygniatają oprawą audiowizualną. Bo muzyka skomponowana przez Jamesa Edwarda Barkera wybornie współgra z nastrojowymi zdjęciami Adama Etheringtona. A wykonanie a cappella w trakcie napisów? Musicie tego posłuchać! Fabule nie mam prawie nic do zarzucenia. Historia nie jest skomplikowana, i dobrze, bo według mnie w horrorach zazwyczaj lepiej sprawdza się prostota, ale i nie nazwałabym jej banalną. William McGregor rozsnuł na kartach swojego scenariusza w gruncie rzeczy smutną opowieść o krzywdzie maluczkich i tyranii ludzi lepiej sytuowanych, o strasznej, powoli odbierającej nadzieję na lepsze jutro chorobie, która w dodatku może nieść zagrożenie pozostałym, wolnym od niej domownikom (tutaj domowniczkom), o słabnącej wierze w Boga, która może mieć jakiś związek z tajemniczymi incydentami na farmie (czyżby ktoś tutaj praktykował czarną magię, zaprzedał duszę Diabłu?) i heroizmie zwykłych, szarych ludzi. Prawdziwym bohaterstwie, na jakie codziennie zdobywają się niezamożne jednostki, osoby, które ledwo wiążą koniec z końcem. Ale wiążą. Nie poddają się pomimo kłód jakie życie ciągle rzuca im pod nogi. Pomimo ogromnych przeszkód, jakie naokoło nich się piętrzą. Prosty i niestety dosyć przewidywalny to film. Ale jakże intensywny w przekazie! Naprawdę zatraciłam się w tej nieskomplikowanej, budzącej silne emocje opowieści o „prawdziwych ludziach i prawdziwym świecie”. To znaczy postaciach z krwi i kości. Kobietach, o których można powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, że są papierowe. O doprawdy ciężkich, przerażająco znajomych, żywotach. O ludziach żyjących na XIX-wiecznej brytyjskiej prowincji, w ekstremalnie zacisznej krainie, gdzie każdy tak naprawdę może liczyć tylko na siebie. I musi być przygotowany na dotkliwe, a nawet śmiertelne ciosy od losu, sąsiadów... i istot zza światów, czarownic, samego Szatana? Być może. Jedno jest pewne: z dnia na dzień będzie tylko gorzej. Czyli jak w życiu, przypuszczam, lwiej części populacji również współczesnego świata.

Kameralny gotycki horror ludowy z elementami dramatu i thrillera psychologicznego - inne kombinacje też można tworzyć, bo to jeden z tych filmów, których klasyfikacja w dużym stopniu jest uzależniona od wrażliwości widza i przyjętej przez niego interpretacji. Diablo klimatyczny pełnometrażowy debiut Williama McGregora. Nakręcony za niewielkie pieniądze brytyjski film grozy, który moim zdaniem ma sporą szansę na trwałe zapisać się w historii gatunku. A w każdym razie według mnie „Gwen” w niedalekiej przyszłości powinna szczycić się statusem horroru kultowego. Minimalistyczny w formie, emocjonujący, bardzo ponury obraz, któremu moim zdaniem wiele współczesnych mainstreamowych straszaków może co najwyżej buty czyścić. Wy, długoletni fani nastrojowych horrorów, zwłaszcza „straszenia w starym stylu”, nie macie innego wyjścia, jak obejrzeć ten obraz. Nie gwarantuję, że wszyscy się nim zachwycicie, tak jak ja, ale proszę Was nie ryzykujcie. Nie opuszczajcie tej pozycji, bo możecie dużo stracić. Możecie, ale nie musicie. Lepiej jednak to sprawdzić. Bo po sobie wiem, że to dzieło potrafi w sobie rozkochać. Ode mnie niskie ukłony dla Williama McGregora i wszystkich pozostałych osób, które przyłożyły rękę do narodzin tej perełki!

poniedziałek, 2 września 2019

Blake Crouch „Rekursja”

Recenzja przedpremierowa

Rok 2018. Barry Sutton, detektyw z Centralnego Wydziału Rabunków nowojorskiej policji, próbuje powstrzymać zdesperowaną nieznajomą kobietę przed samobójczym skokiem z wieżowca. Wszystko wskazuje na to, że cierpi ona na tak zwany Zespół Nieprawdziwych Wspomnień (ZNW) , który od jakiegoś czasu dotyka niektórych ludzi. Z niewiadomych przyczyn zyskują oni wspomnienia z życia, którego nie przeżyli, nie tracąc przy tym tych prawdziwych. Suttonowi nie udaje się ocalić nieznajomej, ale to, co powiedziała mu tuż przed śmiercią zmusza go do zbadania tej sprawy.
Rok 2007. Doktor neuronauki Helena Smith dostaje ofertę nie do odrzucenia. Bogaty biznesmen, wynalazca i filantrop, Marcus Slade, proponuje jej pracę na swojej stacji oceanicznej nad projektem, który kobieta od dawna stara się wcielić w życie. Mężczyzna jest gotowy go sfinansować i wraz ze swoimi pracownikami pomóc Helenie w realizacji jej marzenia. A jest nim fotel umożliwiający ludziom powracanie do wybranych wspomnień. Efekty ich pracy przekraczają jednak najśmielsze wyobrażania doktor Smith.

Blake Crouch jest amerykańskim pisarzem znanym głównie z literackiej trylogii „Wayward Pines”, która stanowiła podstawę dla serialu stacji FOX w Polsce dystrybuowanego pod tytułem „Miasteczko Wayward Pines”, nad którym pracowali między innymi M. Night Shyamalan i właśnie Blake Crouch. Pisarz wziął również udział w pracach nad innych serialem - „Dobrym zachowaniem” („Good Behavior”) dla kanału TNT - opartym na jego twórczości, a konkretniej na powieści „Good Behavior”. Obecnie Crouch pracuje nad scenariuszem dla Sony Pictures, którego podstawą jest jego powieść „Dark Matter”. Thriller science fiction pt. „Recursion” („Rekursja”) swoją światową premierę miał w czerwcu 2019 roku i został bardzo entuzjastycznie przyjęty przez krytyków, innych autorów, fanów gatunku i... ludzi z branży filmowej. A przynajmniej niektórych, na co wskazują plany platformy Netflix związane z tą powieścią (prawa do zekranizowania „Rekursji” zakupiła już w 2018 roku, jeszcze przed jej publikacją). Netflix ma zamiar przenieść tę historię na ekran w formie albo serialu, albo serii, albo filmu pełnometrażowego. Rozważa się również wybór dwóch z powyższych wariantów. Autor pierwowzoru pozytywnie zapatruje się na inicjatywę Netflixa.

Co by było, gdybyśmy nagle zyskali dodatkowy zestaw wspomnień? Wspomnień z życia, którego nie przeżyliśmy. Z życia lepszego bądź gorszego od obecnego, a w naszych umysłach prawie tak samo realnego. Pewna kobieta, Ann Voss Peters, doświadcza czegoś takiego i bynajmniej nie jest pierwsza. W jej głowie ni z tego, ni z owego pojawiają się wspomnienia męża i syna, których przecież nigdy nie miała. Wie kim jest, nie zapomniała swojego podobno prawdziwego życia, ale... A co jeśli te nieproszone wspomnienia nie są fałszywe? Co jeśli jej syna i całe poprzednie życie po prostu wymazano i zastąpiono go tym, które dotychczas uważała za prawdziwe? Mniej więcej tak zaczyna się elektryzujący thriller science fiction pióra dotychczas nieznanego mi pisarza Blake'a Croucha. Powieść, która do doskonale znanego, zwłaszcza miłośnikom fantastyki naukowej, motywu, podchodzi w dosyć pomysłowy sposób. Ten amerykański autor zachęca nas w „Rekursji” do rozważań na temat między innymi wspomnień. Czy możemy im ufać? Czy możemy być absolutnie pewni, że w naszych umysłach zachowują się prawdziwe wspomnienia? Oczywiście nie. Już w początkowej partii powieści Blake'a Crouch daje nam jasno do zrozumienia (i bez wątpienia nie jest to odkrywczy wniosek), że czas zniekształca pamięć. Inaczej mówiąc: wraz z upływem czasu przynajmniej niektóre wspomnienia ulegają wypaczeniu. Zniekształcają się. Fakty stopniowo się zacierają, a na ich miejsce wchodzą fałszywe wyobrażenia. Crouch pokazuje to w rozmowie detektywa nowojorskiej policji Barry'ego Suttona z jego byłą żoną Julią, w której wspominają między innymi rodzinną wyprawę na biwak. Wtedy okazuje się, że każde z nich inaczej to zapamiętało. A żadne nie zostało przecież dotknięte tajemniczą przypadłością zwaną Zespołem Nieprawdziwych Wspomnień (ZNW), która od jakiegoś czasu szerzy się w Stanach Zjednoczonych. Jeszcze nie. Bo jak łatwo się tego domyślić, Barry już wkrótce znajdzie się w centrum wydarzeń mających związek z tą nową chorobą. Wcześniej jednak poznamy Helenę Smith, doktor neuronauki, która nieoczekiwanie dostaje szansę na spełnienie swojego marzenia. Ta inteligentna pracoholiczka otrzymuje oto wsparcie bardzo majętnego i wpływowego biznesmena, który nie ma wątpliwości, że kobieta wymyśliła coś, co może zmienić świat. Chcąc pomóc swojej cierpiącej na Alzheimera matce (i w dalszej kolejności innym ludziom trącącym cenne wspomnienia), doktor Smith od lat, bezskutecznie, stara się stworzyć fotel, który pozwalałby na nowo przeżywać wybrane chwile ze swojego życia. Marcus Slade, człowiek, który zaprasza ją na swoją stację badawczą ulokowaną na Pacyfiku, widzi w tym ogromny potencjał. Jest przekonany, że da się to skonstruować i że ludzkość tego potrzebuje. Myślę, że fani science fiction będą zapatrywać się na tę postać jak na klasycznego burzyciela – szalonego naukowca, których w tym gatunku nie brakuje. Podejrzliwość względem Slade'a będzie sukcesywnie narastać, wraz z Heleną Smith coraz bardziej będziemy utwierdzać się w przekonaniu (niekoniecznie właściwym), że człowiek ten coś istotnego ukrywa, że ma jakieś niecne, zamiary. Być może nie wszyscy domyślą się w czym rzecz, do jakich rezultatów doprowadzi naukowców ciężka praca na tzw. Stacji Fawkesa, ale na pewno znajdą się tacy, którzy przedwcześnie rozpracują motyw, pod który Blake Crouch się tutaj podpina. Wiem to z własnego doświadczenia. Co nie znaczy, że nie uradował mnie kierunek, w jakim ten amerykański pisarz popchnął opowieść o Zespole Nieprawdziwych Wspomnień. Raz, że mam dużo sympatii dla tej problematyki, a dwa: sposób prowadzenia opowieści sprawiał, że naprawdę ciężko było mi się od niej oderwać.

Historia przedstawiona na kartach „Rekursji” została rozsnuta niejako z punktu widzenia dwóch postaci. Blake Crouch postawił na narrację trzecioosobową, przeplatając rozdziały poświęcone doktor neuronauki Helenie Smith i detektywowi nowojorskiej policji Barry'emu Suttonowi. Tą pierwszą poznajemy w roku 2007, kiedy to dostaje obiecującą propozycję pracy od domniemanego burzyciela Marcusa Slade'a, którą oczywiście przyjmuje. Suttona poznajemy jeszcze wcześniej, w momencie, gdy styka się z jedną z ofiar choroby, o której na razie niewiele wiadomo, a którą nazwano Zespołem Nieprawdziwych Wspomnień. Związek pomiędzy tymi oddalonymi od siebie w czasie historiami praktycznie od razu się nasuwa. Wiemy, że chodzi o wspomnienia, że tak Helena, jak Barry zaczynają oto mroczną przygodę związaną z ludzką pamięcią. To znaczy Barry dopiero ją zaczyna, umowna teraźniejszość rozpoczyna się bowiem w roku 2018 przez jakiś czas „zarezerwowanym” dla tego policjanta. Helena natomiast weszła w to lata wcześniej – w ten naukowy eksperyment, który jak widzimy w czasach Barry'ego, bynajmniej nie skończył się dobrze. Czyżby? Barry wkrótce wyrabia sobie inne zdanie na temat tego niezwykłego wynalazku. I doprawdy trudno mu się dziwić. Helena wprost przeciwnie: jest coraz mniej pozytywnie nastawiona do prac nad zaawansowanym technologicznie fotelem pamięciowym. „Rekursja” to nie tylko trzymająca w napięciu historia o niezwykłym wynalazku, który może drastycznie zmienić rzeczywistość. Niezbyt skomplikowana, acz z pewnych względów, których wyjawić nie mogę, wymagająca od czytelnika niemałej uwagi, opowieść o mężczyźnie i kobiecie zderzającymi się z różnymi skutkami tego zdumiewającego osiągnięcia zainicjowanego przez damski pierwiastek owego duetu. „Rekursja” to w pewnym sensie również analiza ciemnej strony natury ludzkiej. Doktora Helena Smith niejako przypadkiem daje światu wspaniały wynalazek. Jeden z tych, które można wykorzystać do zmiany świata na lepsze. Ale kobieta nie ma wątpliwości, że coś takiego będzie wykorzystywane do potwornych czynów. Takie przypadki znamy w końcu z historii. Nawet jeśli coś tworzone jest w dobrej wierze, z myślą o poprawieniu jakości życia na Ziemi, to zawsze znajdą się osoby, które zamienią to w broń. Amerykanie coś o tym wiedzą... Helena Smith nie ma wątpliwości, że „jako niedoskonały gatunek nigdy nie będziemy gotowi na posługiwanie się tak wielką mocą” i że światu [w domyśle: ludzkości] najwyraźniej bardzo zależy na samozniszczeniu. Jest też przekonana o czymś jeszcze. Otóż, według Heleny Smith najgorszym możliwym koszmarem jest... dostanie się jej wynalazku w ręce rządu. Jak to się mówi „jej własnego rządu”. Kto więc jest twoim największym wrogiem? Zawsze to powtarzam: rząd „twojego własnego” kraju. To już w domyśle, bo w tym momencie Helena ma na myśli władze Stanów Zjednoczonych. Doktor Helena Smith budziła we mnie niemały podziw. Imponowała mi jej postawa: przedkładanie dobra innych nad własne, gehenna, na jaką się godzi w poczuciu, że jest to winna światu. Blake Crouch nie musiał mocno zagłębiać się w tę obdarzoną przeogromnym poczuciem odpowiedzialności postać, bym mocno się do niej przywiązała. Barry Sutton też nie był mi obojętny, o nim jednakże dowiedziałam się więcej. A z racji tego, że na ogół ze zdecydowanie większą łatwością przychodzi mi sympatyzowanie z tymi literackimi bohaterami/bohaterkami, w które ich twórcy bardziej się zagłębiają, to nikogo nie powinno dziwić to, że cenniejsza, można nawet powiedzieć, że lekko zaskakująca, była moja reakcja na doktor Helenę Smith. Niektórzy mogą uznać, że postać ta została zanadto wyidealizowana, może być im ciężko uwierzyć w to, że ktoś taki mógłby zaistnieć w rzeczywistości. Jestem pesymistką, więc skłaniam się ku tej teorii, ale w moim oczach to nie umniejsza tej postaci. Jakoś zupełnie mi to nie przeszkadza. Może dlatego, że ktoś taki idealnie wpasowywał się w ramy tej emocjonującej opowieści opartej na bardzo popularnym tak w literaturze, jak kinie fundamencie. Przydałoby się jednakże trochę rozciągnąć dalsze partie książki, bo to spowolniłoby tempo, które w moim odczuciu później bywało nazbyt zawrotne. Poza tym zakończenie przyniosło mi spore rozczarowanie. Było blisko UWAGA SPOILER – Blake Crouch mógł zamknąć „Rekursję” trochę wcześniej, w bardzo dramatycznym punkcie, w chwili, w której tylko my wiemy, że da się jeszcze wszystko naprawić - KONIEC SPOILERA ale szansa nie została wykorzystana. Tak ja to odbieram, ale przypuszczam, że niejednego odbiorcę „Rekursji” jej finał nielicho ucieszy. Bo co to by było gdyby...

Nie uważam, że w „Rekursji” Blake Crouch osiągnął jakieś niespotykane dotychczas w gatunku science fiction szczyty. Delikatny powiew świeżości wprawdzie dotarł do mnie podczas lektury tej powieści, ale moim zdaniem to jeszcze nie to. Nie mogę powiedzieć, że książka ta wprowadza nową jakość, że Crouch w przeważającym stopniu eksploatuje tutaj dziewicze tereny. Nie, to raczej taka znana-nieznana opowieść. Oparta na jednym popularnym i jednym, jeśli już nie nowatorskim, to na pewno nie tak rozpowszechnionym motywie, historia duetu, z którym z łatwością można się zaprzyjaźnić. Trzymający w napięciu thriller science fiction, który może nawet poszukiwaczom oryginalności udowodni, że ona wcale nie musi przesądzać o jakości fikcyjnej historii. Blake Crouch pokazuje w „Rekursji”, że nawet te wielokrotnie już wykorzystane wątki mogą niebywale ekscytować. Dosłownie porwać odbiorcę, skraść całą jego uwagę na długie godziny. Tak, myślę, że ci entuzjaści science fiction, którzy szukają czegoś innego, dotychczas niespotykanego, powinni dać szansę tej powieści. Bo chociaż „Rekursja” tego ich pragnienia raczej nie spełni, to jestem prawie pewna, że co najmniej części z tych osób w najmniejszym stopniu nie będzie to przeszkadzało. Bo zatracą się w świecie detektywa Barry'ego Suttona i doktor Heleny Smith. W świecie stanowiącym przestrogę przed bezmyślnym pędem naszego gatunku za tak zwanym postępem technologicznym i naukowym. Krótko mówiąc: uprzejmie zachęcam do zakosztowania tej „niebezpiecznej” przygody!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...