niedziela, 29 września 2019

„Dom strachów” (2019)


Halloween. Sześcioro młodych ludzi po wieczorze w klubie postanawia poszukać wartego odwiedzenia domu strachu. Traf chce, że rzuca im się w oczy neon reklamujący taki przybytek. Stojący na uboczu dom pełen strasznych atrakcji, przed którym stoi milczący człowiek w masce klowna. Przebieraniec w osobliwy sposób zaprasza ich do środka. Początkowo młodzi ludzie dobrze się bawią, ale ich nastrój szybko ulega drastycznej zmianie. Rozwój wypadków każe im sądzić, że nie są tutaj bezpieczni, że osoby prowadzące ten niezbyt popularny dom strachów nie mają zamiaru ich z niego wypuścić.

Scenarzyści między innymi „Cichego miejsca” Johna Krasinskiego i „Nightlight” w ich własnej reżyserii, Scott Beck i Bryan Woods, opierając się na wspomnieniach z dzieciństwa rozpisali kolejną opowieść grozy i dali jej tytuł „Haunt”. W Polsce film jest dystrybuowany pod nazwą „Dom strachów”. Jego scenariusz powstawał niejako równocześnie ze scenariuszem „Cichego miejsca”, a główne zdjęcia ruszyły w październiku 2017 roku. Scott Beck i Bryan Woods sami zasiedli na krzesłach reżyserskich, a jednym z producentów „Domu strachów” został Eli Roth, twórca m.in. „Śmiertelnej gorączki”, dwóch części „Hostelu”, „The Green Inferno” i „Kto tam?”. Swoją światową premierę „Dom strachów” miał w sierpniu 2019 roku na Popcorn Frights Film Festival w Stanach Zjednoczonych, a do szerszego obiegu (również w Polsce) trafił we wrześniu tego samego roku.
 
Skrzyżowanie „Parku grozy” Gregory'ego Plotkina z „ClownTown” Toma Nagela, z domieszką „Lunaparku” Tobe'a Hoopera. Bryan Woods przyznał, że „Dom strachów” istotnie ma w sobie coś z tego ostatniego, ale jako bezpośrednią inspirację on i Scott Beck podają swoje osobiste doświadczenia z dosyć kameralnym domem strachu (które oczywiście nie były dokładnie takie, jak to ukazali w filmie). Z dzieciństwa. Zdradzili też, że chcieli zawrzeć w tym filmie wszystko, co cenią sobie w Halloween i w kinie grozy, szczególnie z lat 70-tych i 80-tych XX wieku. Opowieść zaczyna się w halloweenowy wieczór w domu zajmowanym przez cztery zaprzyjaźnione młode kobiety: Harper, Bailey, Mallory i Angelę. Ta pierwsza, w przeciwieństwie do swoich koleżanek, nie jest zajęta przygotowaniami do zaplanowanego wyjścia do klubu. Harper (przekonująca kreacja Katie Stevens) bardziej zaprząta ukrycie przed swoimi przyjaciółkami podbitego oka. Podbitego przez jej gwałtownego, nadużywającego alkoholu chłopaka. Jej starania nie przynoszą jednak pożądanego rezultatu. Jej przyjaciółki zauważają sinika i wyciągają właściwie wnioski. Potem następuje krótka pogadanka i wspólne wyjście do klubu, w którym Harper poznaje Nathana, w którego w niezłym stylu wcielił się Will Brittain. Do tej gromadki dołącza też Evan. I tak oto po zakończeniu zabawy w klubie całą szóstką wyruszają na poszukiwanie jakiegoś domu strachu. Harper nie jest do końca przekonana do tego pomysłu, bo... Podejrzewam, że każdy, kto trochę slasherów już obejrzał, będzie się po Harper spodziewał takiego nastawienia. Odstawania od reszty grupy i to nie tylko pod tym względem. Bo dla nich już od początku filmu pewnie oczywistym będzie to, że właśnie ta postać została stworzona w oparciu o model osobowości klasycznej final girl. Harper to taka cicha myszka, niezabiegająca o przywództwo w grupie, raczej trzymająca się z boku, zastraszona dziewczyna, która tej nocy nie potrafi się rozluźnić. I trudno jej się dziwić, zważywszy na jej przejścia ze skorym do przemocy chłopakiem. Ogrom informacji o Harper wprawdzie na nas nie spłynie, ale ze wszystkich bohaterów „Domu strachów”, ją bez wątpienia potraktowano najlepiej. Właściwie pomiędzy nią i jej towarzyszami rozciąga się szeroka i głęboka przepaść – o tamtych tak naprawdę prawie nic nie wiemy. Evan zarabia na życie jako kierowca, Bailey jest najlepszą przyjaciółką Harper i w ogóle istną duszą towarzystwa, Angela ma bardzo dużo kuzynów, Mallory panicznie boi się pająków, a Nathan jest zauroczony Harper. A ona nie pozostaje mu dłużna. O czołowej postaci „Domu strachów” czegoś istotnego (biorąc pod uwagę jej osobiste przejścia z chłopakiem) się jeszcze dowiemy, ale najlepsze twórcy zostawią na koniec. No niezła jest ta dziewczyna. Ale z drugiej strony niczego innego się po niej nie spodziewałam. Właściwie to prawie żaden punkt scenariusza mnie nie zaskoczył. Bo i nie sądzę, żeby Scottowi Beckowi i Bryanowi Woodsowi na takich reakcjach publiczności zależało (może poza jednym przypadkiem, o którym później). „Dom strachów” został pomyślany jako swoisty hołd dla kina grozy, ze szczególnym wskazaniem na slashery z lat 70-tych i 80-tych. W pewnym sensie powrót do przeszłości. Klimat filmu wprawdzie nie jest na wskroś nowoczesny, ale i nie ma wyrazistego smaku retro. Odpowiadający za zdjęcia Ryan Samul celował w ciemniejsze barwy, choć nie można powiedzieć, że przez cały czas unikał żywszy kolorów. Ale w przypadku filmu osadzonego w domu strachu krzykliwe odcienie nie powinny nikomu zbytnio przeszkadzać. Tym bardziej, że to nie one dominują. Lokalna atrakcja, którą decydują się odwiedzić spragnieni mocnych wrażeń (Harper to nie dotyczy) młodzi ludzie, jak na standardy współczesnego kina grozy, jest całkiem mroczna. I nie aż tak jarmarczna, jak się spodziewałam. Przygotowałam się na mnóstwo kiczu rodem z niskobudżetowych horrorów z przedostatniej dekady XX wieku. Nie miałabym nic przeciwko temu, ale ta propozycja jest nawet lepsza od tego, co sobie wyobrażałam. Tandetne rekwizyty i takowe wystroje niektórych pomieszczeń w tytułowym domu strachów to bardziej dodatek niż dominanta. Wprawiający w nostalgiczny nastrój kicz ewidentnie wzorowany na starych, dobrych horrorach w slasherze Scotta Becka i Bryana Woodsa owszem się pojawia, ale w rozsądnych dawkach. Bywa obskurnie, ale przeważnie jest po prostu mrocznie. O tyle o ile, bo ciemności panujące w domu strachów prowadzonym przez zdegenerowanych przebierańców, wieloletnich fanów filmowych horrorów raczej nie przygniotą. Ale z drugiej strony przypuszczam, że niejednego z nich nawet taki klimat pozytywnie zaskoczy. Po tych wszystkich doświadczeniach z mainstreamowym plastikiem.

Pierwszym wydarzeniem, które powinno zaalarmować młodych bohaterów „Domu strachów” Scotta Becka i Bryana Woodsa (naturalnie tak się nie dzieje) jest akcja, która nie powinna stanowić niespodzianki dla osób zaznajomionych z choćby wzmiankowanym już „Parkiem grozy” Gregory'ego Plotkina, czy „Talon Falls” Joshuy Shreve'a. Widz wątpliwości mieć nie będzie – to nie gra na użytek spragnionych mocnych wrażeń klientów. Młoda kobieta naprawdę jest mordowana na oczach podekscytowanych i zarazem zatrwożonych protagonistów, którzy po wszystkim jakby nigdy nic podejmują wędrówkę po nieobleganym przez ludzi domu strachów. Bo jeszcze nie mają powodów, by sądzić, że dokonują się tu prawdziwe zbrodnie. Wiadomym jest, że w końcu sobie to uzmysłowią. Inaczej przecież być nie może. Objawienie nastąpi niedługo potem, ale zanim do tego dojdzie zaznają jeszcze trochę pozornie bezpiecznej rozrywki. Mallory nie do końca, bo trudno, żeby arachnofobiczka dobrze się bawiła, gdy wszędzie pełno pająków. A może jednak tak? Bo nie wiedzieć czemu ona i jej towarzysze dochodzą do wniosku, że te potwory są sztuczne... Pająki jeszcze w „Domu strachów” wystąpią, w scence rodem z moich najgorszych koszmarów. Podejrzewam, że długo w takiej sytuacji bym nie pożyła – jak nic padłabym na zawał. Nie potrzeba by było żadnych morderców, których trochę w „Domu strachów” jest. Noszą różne maski, w tym oczywiście klaunów, zgodnie z panującą obecnie w kinie grozy modą. Którą już jestem zmęczona, dlatego ucieszyło mnie, że twórcy omawianej produkcji zaproponowali też inne wizerunki oprawców. Jeden z nich bez wątpienia miał nawiązywać do „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” Tobe'a Hoopera - podróbka Leatherface'a. Ale według mnie najlepszy moment filmu to ten, w którym występuje człowiek w najmniej wymyślnej masce. Najpierw dostajemy całkiem upiorną scenkę w korytarzu pełnym nieruchomych figur(?) przykrytych prześcieradłami, wśród których jak wiemy jest przynajmniej jedna żywa istota. Ta w moim odczuciu najbardziej trzymająca w napięciu sekwencja „Domu strachów” zostaje sfinalizowana w dosyć przewrotny sposób. Beck i Woods celowo odbili tutaj od konwencji – uznali, że fajnie będzie nie zadziałać tutaj pod dyktando gatunku, podejść do tego od innej strony. Muszę przyznać, że nieźle się to zgrało. Ciekawe rozwiązanie. Proste i niespodziewane. Rozwój tego wątku jest już na wskroś przewidywalny. Żadna niespodzianka z tej strony już nikogo zapewne nie spotka. Z innych też raczej nie, chociaż pewien, bądź co bądź, ograny wybieg zastosowany w przedostatniej partii „Domu strachów” na co poniektórych może zadziałać. Na mnie wrażenia to nie zrobiło. Już prędzej epilog i bynajmniej nie dlatego, że wypuszczono w nim jakieś niespodziewane, miażdżące uderzenie. Nic z tych rzeczy. UWAGA SPOILER Po prostu wtedy już płynęłam na satysfakcjonującej fali – można to nazwać przedłużeniem katharsis dostarczanego przez waleczną Harper. Xena może się schować. Ta dziewczyna idzie jak taran. Istny człowiek-demolka, zjadający czarne charaktery na śniadanie. Jeden, drugi, trzeci... Dawać następnego! KONIEC SPOILERA Takie rozwiązania fabularne nieczęsto do mnie przemawiają. Zazwyczaj uznaję to za grubą przesadę, zbytnie pogwałcenie realizmu, ale w „Domu strachów”, jakimś niepojętym dla mnie sposobem, dałam się w to wciągnąć. I jest coś jeszcze. Nazwijmy to podwójnym zabezpieczeniem, choć nie jest to w pełni adekwatne określenie. Określenie morderców prowadzących tytułowy dom strachów. Wiarygodnie się to prezentuje i na pewno nie wkrada się w to monotonia. Możemy w tym garncu sobie przebierać. Kreatur mamy do wyboru, do koloru. Gorzej z sekwencjami okaleczeń i mordów. Tutaj wyróżnić mogę tylko, niestety nazbyt dynamiczne, ujęcie zdzierania twarzy chłopaka (od ust w górę). Poza tym standard: miażdżenie głów, przypalanie twarzy, pocięcie ręki, strzały z broni palnej etc. Niektóre z tychże niezbyt krwawych wydarzeń częściowo „rozgrywają się poza kadrem”, a to, co widać w sumie łatwo przegapić. Ot, szybkie migawki niczym niewyróżniających się (poza jednym) aktów przemocy z wykorzystaniem różnych narzędzi. Szczególnie makabrycznym to tego filmu nazwać nie można. Nawet jak na standardy obrazów slash jest za delikatnie. Nawet w tym niesłynącym z przesadnej przemocy nurcie można bez trudu znaleźć bardziej drastyczne produkcje. Ale według mnie w dzisiejszych czasach lepiej gore minimalizować niż maksymalizować. Lepiej tego nie dociągać niż przeciągać. Bo wtedy prawdopodobnie uruchomiono by komputer... No dobrze, może nie. Może poradzono by sobie bez CGI, ale śmiem w to wątpić. Jakoś nie mam aż takiego zaufania do współczesnych efektów specjalnych. Ciekawe dlaczego?

Scott Beck i Bryan Woods w pewnym zakresie serwują nam w swoim „Domu strachów” powrót do korzeni. O tyle o ile, bo nie da się ukryć, że tradycja splata się tutaj z nowoczesnością. Klasyczne spojrzenie na slasher, ale niezupełnie wolne od współczesnych wpływów. I nie rozciąga się to tylko na warstwę fabularną. Również techniczną. Sceny tortur i zabójstw oraz sylwetki pozytywnych postaci (najmniej Harper) aż prosiły mi się o dopracowanie. Większą uwagę twórców. Ale poza tym nie mam większych zastrzeżeń. Nawet do niektórych zastanawiających, żeby rzec nielogicznych posunięć bohaterów. Tak miało być. „Dom strachów” miał być swego rodzaju hołdem dla filmów slash z lat 70-tych i 80-tych, a każdy fan tychże wie, że ten wyprowadzający z równowagi tak wielu współczesnych odbiorców element jest jedną ze składowych owego podgatunku horroru. Może i na trwałe nie wpisał się w jego konwencję, ale był (i nadal jest) stosowany na tyle często, żeby stać się jednym z jego znaków rozpoznawczych. Nie absolutnie wymagalnym, ale jak się składa hołd starym, dobrym slasherom, to moim zdaniem głupio byłoby z tego zrezygnować. W każdym razie polecam długoletnim fanom „Domu strachów”, acz niezbyt gorąco. Miłośników współczesnych trendów natomiast uczulam: nie ma CGI, oryginalnej ani tym bardziej złożonej ścieżki fabularnej. Jest dynamicznie i w miarę mrocznie, ale nie sądzę, żeby to wystarczyło wszystkim wyjadaczom XXI-wiecznych mainstreamowych horrorów. XX-wiecznych slasherów pewnie też nie, bo to jeszcze nie to, ale myślę, że ta grupa i tak ma największą szansę się w tym odnaleźć. Może nie całkowicie, ale wiem po sobie, że do pewnego stopnia da się w tym zanurzyć. Dobre i tyle.

piątek, 27 września 2019

„The Wolf Hour” (2019)


Bronx, rok 1977. June Leigh, niegdyś znana postać, jest uwięziona we własnym mieszkaniu. Kobieta nie jest w stanie wyjść nawet na korytarz i nie czyni większych starań, by przezwyciężyć swoje ograniczenia. Zdążyła już przyzwyczaić się do życia w izolacji. Ale nie jest szczęśliwa. Świat na zewnątrz ją przeraża, ale doskwiera jej też samotność. Na tyle, na ile to możliwe unika jednak kontaktów z ludźmi. Ale oni nie chcą zostawić jej w spokoju. W dzień i w nocy w mieszkaniu June odzywa się brzęczyk domofonu. Osoba bądź osoby, które ją w ten sposób dręczą nie nawiązują kontaktu werbalnego z June, czym coraz bardziej wyprowadzają ją z równowagi. W tym samym czasie Stany Zjednoczone nieustannie obiegają informacje o zbrodniczej działalności tak zwanego Syna Sama, które docierają także do June. Kobieta nie przejmuje się zbytnio tym zagrożeniem. Jej myśli zaprzątają inne problemy. Bliższe jej niebezpieczeństwa, niewygodne wspomnienia i jej własne słabości, które sprawiają, że jest łatwym celem dla innych.

Reżyser i scenarzysta brytyjsko-amerykańskiego thrillera psychologicznego pt. „The Wolf Hour”, Alistair Banks Griffin, wcześniej stworzył tylko jeden pełnometrażowy obraz, mało znany dramat „Dwie bramy snu” („Two Gates of Sleep”). „The Wolf Hour” w pewnym sensie jest wyrazem jego miłości do Nowego Jorku lat 70-tych XX wieku. Twórca zdradził, że w przeszłości mieszkał w takim miejscu jak główna bohaterka jego filmu, tyle że nie miał wówczas domofonu. Poza tym zawsze uważał, że lata 70-te to jeden z najciekawszych okresów historycznych – według niego wtedy było ponuro, ale jednocześnie wszystko tętniło życiem. Griffin pragnął oddać ten nastrój na ekranie. Z punktu widzenia odizolowanej od świata jednostki, która jak się zdaje przegrała walkę ze swoimi demonami. Pierwszy pokaz „The Wolf Hour” odbył się w styczniu 2019 roku na Sundance Film Festival, a niedługo potem prawa do jego dystrybucji nabyła firma Brainstorm Media.

Główna rola w „The Wolf Hour” przypadła w udziale Naomi Watts, której chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Dwukrotnie nominowana do Oscara aktorka wyznała, że bardzo podobała jej się praca nad June Leigh. Swego czasu odnoszącą sukcesy kobietą, która teraz izoluje się od społeczeństwa. Watts, używając jej własnych słów, była podekscytowana możliwością zbadania tego poziomu depresji i izolacji. Największe powody do radości z jej udziału w „The Wolf Hour” moim zdaniem ma jednak Alistair Banks Griffin, bo tę niełatwą przecież kreację uznaję za największą atrakcję rzeczonego obrazu. Gdyby nie widowiskowy wkład Watts pewnie nie dotrwałabym do napisów końcowych. Bo scenariusz „The Wolf Hour” jest boleśnie wręcz ubogi i niezbyt konsekwentny. Prawie całą akcję zamknięto w niewielkim zaniedbanym mieszkaniu w starej kamienicy usytuowanej w niebezpiecznym rejonie Nowego Jorku. Częste pożary, rozboje, wszelkiej maści grupy przestępcze, młodzi gniewni nieustannie szukający zaczepki. Właśnie w takim miejscu przyszło żyć June Leigh. Udręczonej kobiecie zmagającej się z demonami przeszłości i teraźniejszości. Bo oprócz strasznych wspomnień przygniatają ją jej własne ograniczania. Lęki, która zrobiły z niej pustelniczkę. Watts nie wygląda w „The Wolf Hour” ładnie. Powiedziałabym nawet, że jest w bardziej opłakanym stanie, niż w remake'u „Funny Games” Michaela Haneke, ale do „Niemożliwe” J.A. Bayona jeszcze sporo brakuje. Udrękę główna bohaterka „The Wolf Hour” ma dosłownie wypisaną na twarzy – istna kupka nieszczęścia, która na domiar złego zdaje się coraz bardziej pogrążać w rozpaczy. Naomi Watts dawała już nam rozliczne dowody na to, że nie boi się ról, które niejedna gwiazdeczka pewnie uznałaby za uwłaczające. To jedna z tych aktorek, której nie zależy na tym by ładnie prezentować się na ekranie. Najważniejsze to stworzyć wiarygodną kreację, a postać June Leigh tylko w takim, nieurodziwym, wydaniu mogła się sprawdzić. I się sprawdziła. Efekt jest po prostu obłędny! Nie powiem, że Watts przeszła samą siebie, bo widywałam już większe popisy aktorskie tej pani. Ale musicie przyznać, że to niemały wyczyn: utrzymać przed ekranem kogoś, kogo delikatnie mówiąc nieszczególnie interesuje zaproponowana ścieżka fabularna. Mieszkanie June jest odzwierciedleniem jej stanu psychicznego. Zabałaganiona, ponura klitka, w której nieustannie wyczuwa się jakieś zagrożenie. Przyczajoną grozę, która może być jedynie odbiciem lęków głównej bohaterki. Manifestacją jej nadwątlonej psychiki, autodestrukcji, swego rodzaju zagadkowego pędu ku upadkowi. Ale równie dobrze możemy wyczuwać zagrożenie płynące z zewnątrz – od osoby bądź osób pragnących skrzywdzić niegdyś popularną kobietę. Posępności zdjęciom odmówić nie można, ale w mojej ocenie „The Wolf Hour” nie jest wystarczająco klaustrofobiczny. Od takiej historii oczekiwałbym dużo bardziej przytłaczającego klimatu. Miejsce akcji jest mocno zawężone, ale atmosfera w nim panująca nie jest tak niewygodna, jak być powinna. Nie żebym zaraz oczekiwała poziomu „Wstrętu” Romana Polańskiego. Aż tak wymagająca nie byłam, ale przydałoby się trochę to podkręcić. Zwłaszcza że naprawdę niewiele brakowało, żeby wytworzyć we mnie złudne wrażenie stopniowego zwężania się przestrzeni, w której utkwiła główna bohaterka filmu. UWAGA SPOILER To znaczy do pewnego momentu, bo dla mnie nieporównanie mniej atrakcyjna odwrotność wspomnianego procesu jest już doskonale zauważalna. Trochę później, gdy już June, świadomie lub nie, zaczyna wychodzić ze swojej skorupy. Nieśmiało wyciągać rękę do świata, od którego przez wiele lat uciekała. Bojąc się go, ale jeszcze bardziej drżąc na myśl o szkodach, jakie ona mogłaby mu wyrządzić KONIEC SPOILERA. Nie jest to zbyt głębokie, ale w porównaniu do pozostałych elementów budujących fabułę „The Wolf Hour”... Powiedzmy, że portret głównej bohaterki został wykreślony najbardziej starannie. Co nie znaczy, że taki przypadek chorobowy (?) ma potężną siłę przebicia, że ma szansę trafić do szerokiego grona odbiorców. Nie, nie sądzę. Kreacja Naomi Watts jest bezbłędna, ale patrząc na nią nie mogłam oprzeć się poczuciu, że scenarzysta nie dał jej tyle, ile dać powinien. Nie wykorzystał całego potencjału drzemiącego w tej postaci.

(źródło: https://twitter.com/hashtag/thewolfhour)
Alistair Banks Griffin w „The Wolf Hour” w pewnym sensie narzuca nam punkt widzenia June Leigh. Nie dosłownie, bo nie spotykamy się tutaj z subiektywnym filmowaniem, ale patrzymy na świat oczami kobiety przechodzącej psychiczne katusze, które uczyniły z niej więźniarkę. Zamknęły w czterech ścianach przygnębiającego mieszkania w niebezpiecznej okolicy. To znaczy ona jest przekonana, że otaczają ją ludzie, którzy jeśli tylko nadarzy im się ku temu okazja, wyrządzą jej jakąś krzywdę. Ale najpierw muszą zwrócić na nią uwagę. A June bezsprzecznie w oczy się nie rzuca. Wydaje się wręcz, że robi wszystko, co w jej mocy, żeby nie zdradzić swojej ciągłej obecność w tym miejscu. Wprawdzie kilka osób do siebie dopuszcza, ale w bardzo ograniczonym zakresie. Pewien czarnoskóry młodzieniec przynajmniej na początku jest przez nią traktowany jak zło konieczne. Przed nim nie może się ukryć, bo przecież ktoś musi dostarczać jej zakupy. Przed swoją przyjaciółką Margot też nie. Może jednak poczynić starania, by się od niej odciąć. Zrobić coś, żeby narzucająca się jej z pomocą kobieta zeszła jej z oczu. Dlaczego June tak traktuje kogoś, kto chce „postawić ją na nogi”? Ano dlatego, że nie chce się podnieść. Chociaż doskwiera jej samotność, dręczą ją jakieś traumatyczne wspomnienia, które z czasem poznamy, a i z pewnością nie można powiedzieć, że cieszy ją przypadłość, która dopadła ją przed laty i trwa do dziś. Jaka, łatwo zgadnąć, bo i twórcy raczej nie starali się robić z tego wielkiej tajemnicy. UWAGA SPOILER Swoją drogą agorafobia w połączeniu z doniesieniami medialnymi o seryjnym mordercy grasującym w mieście silnie skojarzyły mi się z „Psychopatą” Jona Amiela. Ale nie tędy droga. Okazało się bowiem, że „The Wolf Hour” co najwyżej ociera się o tamtą bardzo popularną i w kinie, i w literaturze tematykę. To jedynie jeden ze środków podsycających paranoję June KONIEC SPOILERA. W dodatku najmniejszy. Najbardziej niepokoją ją częste incydenty z domofonem. Prawdopodobnie to zwykłe wygłupy dzieciaków, którym bardzo się nudzi, ale co jeśli tak nie jest? Jeśli ktoś w ten sposób próbuje doprowadzić ją szaleństwa, wepchnąć w tę potworną przepaść, na skraju której tak naprawdę już od dawna stoi? Albo po prostu dać jej do zrozumienia, by miała się na baczności, bo prędzej czy później ktoś (być może nawet ta sama osoba, która dniem i nocą wciska guzik domofonu, a może nie) przypuści na nią atak. Czyżby chodziło o seryjnego mordercę, o którym tak dużo słyszy się tego upalnego lata. Tak zwanego Lata Sama, czyli Davida Berkowitza. Pewnie niejeden odbiorca „The Wolf Hour” błyskawicznie to sobie połączy. A potem już (może nie tylko, ale prawdopodobnie przede wszystkim) będzie czekał na konfrontację ciemnowłosej możliwe, że tylko pozornie złamanej kobiety z seryjnym mordercą, o którym na pewno wcześniej już słyszał. A tymczasem... Popatrzy na niegdyś odnoszącą sukcesy kobietę, która jak wiele na to wskazuje, spadła na samo dno, z którego może się jeszcze odbić. Ale do tego potrzeba ogromnego wysiłku, a June nie sprawia wrażenia osoby gotowej go podjąć. Bo po co, skoro świat nie mam jej nic do zaoferowania? A i ona może mu tylko zaszkodzić. W takim przeświadczeniu żyje ta nasza June. Pustelniczka, która chyba jeszcze nie zdaje sobie sprawy z tego, że nie da się wiecznie uciekać przed światem. W końcu każda żyjąca istota będzie musiała się z nim zmierzyć. Jej też to nie ominie, choćby nie wiadomo, ile wysiłku wkładała w to, by zapomniano o jej istnieniu. Świat się o nią dopomina. Musi więc podjąć decyzję: nadal uciekać, czy wreszcie wyjść na spotkanie z nim? Ze światem, które aż kipi od niebezpieczeństw, ale nawet June wie, że ma też dobre strony. Co zrobi, łatwo przewidzieć. Ale nie tak łatwo rozgryźć kierunek, w jakim ostatecznie podąży scenariusz „The Wolf Hour”. Naprawdę to koniec? Serio to tyle? Wprost nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Rozumiem, że UWAGA SPOILER chciano trochę sobie pograć na oczekiwaniach widza znającego reguły gatunku. Zasygnalizować zagrożenia, których tak naprawdę nie ma. To znaczy nie dla June. Tylko że sposób, jaki obrano... To wygląda, jakby film został urwany w pół słowa. Pootwierano różne wątki i tak to zostawiono. I bynajmniej nie po to, by skłonić widza do szukania własnej interpretacji w sumie dosyć heroicznych zmagań kobiety z samą sobą. To bym doceniła. A tak.. cóż, poczułam się oszukana KONIEC SPOILERA.

Widowiskowa kreacja Naomi Watts paradoksalnie niezbyt zajmującej postaci. Aktorstwo tak, ale już rys psychologiczny tej bohaterki poczyniony przez Alistaira Banksa Griffina, scenarzysty i zarazem reżysera „The Wolf Hour”, mojego apetytu całkowicie nie zaspokoił. Ponure zdjęcia, mocno ograniczona, a przy tym zaniedbana przestrzeń składają się na naprawdę niezły klimacik, ale byłoby bardziej elektryzująco, gdyby wystarano się o silniejsze poczucie klaustrofobii. Rozwój fabuły natomiast... Cóż, konwencjonalnym na pewno był tego thrillera psychologicznego nie nazwała, ale wolałabym, żeby wszystko potoczyło się bardziej utartym torem. A przy tym przewidywalnym. Bo czasami lepsza przewidywalność od... Poprzestańmy na tym, że nie urzekła mnie ta historia. Urzekła mnie Naomi Watts, ale to żadna nowość. Fabuła nie. Gdyby nie odtwórczyni roli głównej to najpewniej nie poznałabym zakończenia tej opowieści. I nie wiem, czy mam za to Watts dziękować, czy mieć jej to za złe.

czwartek, 26 września 2019

Christian White „Dziecko znikąd”


Mieszkająca w Melbourne trzydziestoletnia Kimberly Leamy dowiaduje się, że tak naprawdę nazywa się Sammy Went, a ludzie, których uważała za swoich krewnych nie są jej biologiczną rodziną. W wieku dwóch lat Sammy zaginęła w Manson w stanie Kentucky i przez kolejne dwadzieścia osiem lat nikt nie znał miejsca jej pobytu. Niemal cała jej rodzina z czasem straciła nadzieję na odnalezienie Sammy. Tylko jej starszy brat Stuart przez cały ten czas wierzył, że jego siostrzyczka żyje i nie ustawał w jej poszukiwaniach. Jego starania nie poszły na marne. Ale teraz Kim musi zweryfikować całą swoją wiedzę o sobie i swoich bliskich. Zmierzyć się z prawdą, która może okazać się zbyt straszna, by dało się ją znieść. Wraz ze Stuartem Kim wyrusza do Stanów Zjednoczonych, aby poznać swoich krewnych, w nadziei, że uda jej się zgłębić całą tę potworną sprawę każącą jej wątpić w osoby, które kocha. Czy kobieta, którą dotąd uważała za swoją biologiczną matkę była porywaczką? I co tak naprawdę stało się w 1990 roku w Manson? Jakie okoliczności doprowadziły do porwania, które wstrząsnęło prawie całą tą niewielką społecznością? Na te i wiele innych pytań Kim pragnie znaleźć odpowiedzi, a dostarczyć je mogą osoby, z którymi jest spokrewniona. Ludzie, o których tak naprawdę nie wie zupełnie nic.

Thriller psychologiczny „Dziecko znikąd” („The Nowhere Child”) to powieściowy debiut australijskiego scenarzysty Christiana White'a, pozostającego w związku małżeńskim z reżyserką, montażystką filmową i scenarzystką Summer DeRoche. W 2017 roku „Dziecko znikąd” zostało uhonorowane Victorian Premier's Literary Award za najlepszy nieopublikowany rękopis, a już w roku następnym książka została wydana. Christian White zdradził, że pisząc ją korzystał ze wskazówek zawartych przez Stephena Kinga w jego „Jak pisać. Pamiętniku rzemieślnika”. White jest fanem jego twórczości oraz podcastów o autentycznych zbrodniach. Interesuje się też wszystkim, co ma związek z Wielką Stopą. Na 2020 rok wstępnie zaplanowano premierę pierwszego pełnometrażowego obrazu fabularnego w jego niezbyt prężnej filmowej karierze (pracował nad kilkoma shortami i serialem „Carnivores”), horroru psychologicznego pt. „Relic” w reżyserii Natalie Eriki James, którego scenariusz współtworzył. W 2020 roku ma ukazać się też jego druga powieść, thriller psychologiczny zatytułowany „The Wife and the Widow”.

W posłowiu swojej debiutanckiej powieści Christian White wyjawił, że „Dziecko znikąd” wzięło się przede wszystkim z nieodpartej potrzeby wyrzucania z głowy pomysłu, który się w niej zrodził. Co gdybyś dowiedział się, że ludzie, których zawsze uważałeś za swoją rodzinę tak naprawdę nią nie są? Od tego się zaczęło. A potem przyszła mordęga. Bo White nie miał pojęcia o pisaniu powieści. Skorzystał więc ze wskazówek Stephena Kinga dla początkujących literatów zawartych w „Jak pisać. Pamiętniku rzemieślnika”. Nie wiem, czy człowiek zwany mistrzem literackiego współczesnego horroru, „Dziecko znikąd” przeczytał. Jeśli nie, to uważam, że powinien. Powinien sprawdzić, jak jego rady zostały wykorzystane przez Christiana White'a, Australijczyka, który bez jego pomocy może nigdy powieściopisarzem by nie został. Możliwe, ale z drugiej strony mam wrażenie, że autor „Dziecka znikąd” trochę się umniejsza. Nie docenia się. Jeśli rzeczywiście tak jest, to myślę, że raczej prędzej niż później dotrze do niego, że naprawdę posiada talent. Stephen King bez wątpienia pomógł mu go należycie wykorzystać, ale możliwe, że samemu też w końcu udałoby mu się znaleźć właściwą drogę. „Dziecko znikąd”, thriller psychologiczny, który przyszedł do nas z malowniczej Australii, to bardzo dojrzała opowieść o trzydziestoletniej kobiecie, która odkrywa, że jej życie jest zbudowane na kłamstwie. White zdawał sobie sprawę z tego, że jego pomysł trąci banałem, więc postarał się o to, by jego historia odróżniała się od niezliczonych powieści opartych na tym samym motywie. Motywie zaginięcia dziecka. Najprawdopodobniej porwania dwuletniej dziewczynki, która dowie się o tym dopiero po dwudziestu ośmiu latach. Fabuła prowadzona jest po dwóch torach. Umowna teraźniejszość (rok 2018) przeplata się w „Dziecku znikąd” z przeszłością (rok 1990). Autor naprzemiennie przedstawia wydarzenia skoncentrowane na mieszkającej w Melbourne trzydziestoletniej Kimberly Leamy, która właśnie dowiedziała się, że w dwóch pierwszych latach swojego życia nazywała się Sammy Went oraz niegdysiejsze dzieje niektórych mieszkańców małego amerykańskiego miasteczka. Miasteczka Manson w stanie Kentucky mającego iście Kingowski posmaczek. Na pozór to bardzo spokojne i malownicze miejsce. Mieścina, w której nic ciekawego się nie dzieje. Istna oaza dla ludzi niełaknących mocnych wrażeń. Ludzi lubiących rutynę, z uśmiechem na ustach toczących swoje przewidywalne żywoty, w otoczeniu osób, na których mogą polegać. Christian White wzorem Stephena Kinga niszczy ten kłamliwy wizerunek małego miasteczka. Warstwa po warstwie obdziera Manson z jego małomiasteczkowego uroku. Nieśpiesznie dociera do coraz to potworniejszych prawd o tym zakątku Stanów Zjednoczonych. I nie tylko, bo to co na kartach wielu swoich dzieł zwykł czynić między innych Stephen King, robi także Christian White. Australijczyk wzorem Kinga rozwiewa ułudę idylliczności małych miasteczek w ogóle. Zakładając oczywiście, że na świecie ostał się jeszcze ktoś, kto wierzy, że do takich miejsc żadna zgnilizna nie dociera. Tam gdzie są ludzie, jest i zgnilizna. Manson w stanie Kentucky: z zewnątrz oaza spokoju, ale wystarczy trochę tu pomieszkać, żeby uświadomić sobie, że ten płaszczyk jest z gruntu fałszywy, że nie brakuje tutaj ludzi skrywających mniej i bardziej mroczne tajemnice. Tajemnice, które jak rzekłyby Dean Koontz, gryzą z wściekłości i pragną Cię dopaść wśród nocnych ciemności. W powieściowym debiucie Christiana White'a to właśnie tajemnice są głównym narzędziem służącym do przykuwania uwagi czytelnika. Tajemnice, których siła w mojej ocenia zasadza się na ich zwyczajności. White nie stara się sprzedać nam historii, która wedle naszej wiedzy nie miałaby prawa zaistnieć w rzeczywistości. Nic nadmiernie wymyślnego, przedobrzonego, nieprawdopodobnego, ale przy tym wszystkim i nie banalnego. Podejrzewam, że historia Sammy Went alias Kimberly Leamy przez niektórych za taką zostanie uznana, bo White nie dość, że wykorzystuje pozornie do szczętu wyeksploatowane motywy, to i przekazuje powszechnie znane życiowe prawdy. Moim zdaniem rzecz jednak w tym jak to robi. Jest w tym głębia, ale i jakaś nieuchwytna magia. To tajemnicze coś, co sprawiało, że śledziłam wydarzenia przedstawione przez tego początkującego powieściopisarza z prawdziwymi wypiekami na twarzy.

Jednym z elementów, na które warto tak w horrorach, jak w thrillerach stawiać jest oczywiście sekta. Jakiegoś rodzaju hermetyczne środowisko, na które ludzie spoza niego patrzą wilkiem. Z głęboką niechęcią, podejrzliwością, ale i z niepokojem. Fundamentalistyczne grupy religijne bodaj najlepiej się sprawdzają. Kaznodzieje gromkim głosem „przekazujący słowa swojego boga” i ludzie z nabożną czcią spijający zatrute słowa z jego ust... Znamy to zarówno z życia, jak z mnóstwa fikcyjnych historii, tak filmowych, jak literackich. Christian White na dużą oryginalność się tutaj nie porwał. Ale taką mniejszego kalibru, a i owszem. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek natrafiła na fikcyjną opowieść o sekcie zielonoświątkowców. Zaryzykuję twierdzenie, że najczęściej obrywa się katolikom, ale zielonoświątkowcy? No nie. Inna sprawa, że jedna, uważam haniebna, praktyka członków Kościoła Wewnętrznej Światłości z Manson w stanie Kentucky dotyczy także Kościoła katolickiego. Według mnie jest to zmora, o której stanowczo zbyt mało się mówi. I która cieszy się dosyć dużym przyzwoleniem społecznym, pomimo tego, że pociąga za sobą ofiary. Kościół, do którego przynależy biologiczna matka dwuletniej Sammy, dziewięcioletniego Stuarta i trzynastoletniej Emmy oraz żona właściciela miejscowej apteki Jacka Wenta, zasadnicza kobieta imieniem Molly, w 1990 roku, do którego White przenosi nas równie często, co do roku 2018, jest znany z iście groźnych form okazywania swojej wiary. Jadowite węże goszczą na każdej mszy. Picie trujących substancji też jest tutaj na porządku dziennym. Ale to może być jedynie czubek góry lodowej. Ci mieszkańcy Manson, którzy nie są częścią tej wspólnoty mają prawo obawiać się również o własne bezpieczeństwo. Zwłaszcza po zniknięciu dwuletniej Sammy Went. Sekta zielonoświątkowców naturalnie wzbudza podejrzliwość również w czytelniku, ale to tylko jedna z opcji. W Manson nie brakuje ludzi, którzy uchodzą za potencjalnych porywaczy, którzy wydają się być zdolni do wyrwania bezbronnej dziewczynki z jej rodzinnego gniazdka. Ba, nawet w tym gniazdku są i tacy, którzy spokojnie mogą być w to zamieszani. Czy nastoletnia siostra Sammy, która jak wiemy przynajmniej w głębi ducha, nie życzyła jej dobrze, mogła jakoś przyczynić się do jej zniknięcia? Choćby niechcący? A co z ich rodzoną matką, fanatyczką religijną, zdającą się przez to coraz bardziej oddalać od swojej rodziny? A jej mąż? Mężczyzna ukrywający swoje preferencje seksualne, w tajemnicy spotykający się ze swoim kochankiem? Kolejnym podejrzanym, głównie dlatego, że wywodzi się z rodziny potępianej przez dużą część tego niewielkiego społeczeństwa, jakim jest Manson. Z tak zwanych nieodpowiednich kręgów – no wiecie: w ich domu panuje bieda, zdarzały się kolizje z prawem, jest zbyt duży pociąg do alkoholu... Czego chcieć więcej, żeby móc wyrobić sobie opinię, że to zła rodzina jest? Lepsze są te bogobojne familie, które napiętnują wszystko, co według nich prostą drogą prowadzi do Piekła. Homoseksualizm i innowierstwo na przykład. W takim mieście żyje dwuletnia Sammy, niewinna dziewczynka, która pewnego dnia zapada się pod ziemię. Wraca dwadzieścia osiem lat później, jako Kimberly Leamy. Kobieta, która dopiero teraz poznaje swoje korzenie. Ale czy nie lepiej dla niej byłoby żyć w błogiej niewiedzy? Odciąć się od tej mrocznej przeszłości, zostawić tamto za sobą i trzymać się osób, które zawsze uważała za swoją prawdziwą rodzinę? Albo się oszukiwać, albo o prostu zaakceptować smutną prawdę, że kobieta, którą miała za swoją rodzicielką tak naprawdę jest porywaczką. A raczej była, bo od czterech lat nie żyje. Ale jej drugi mąż żyje. I może mógłby co nieco Kim wyjaśnić, gdyby została w Melbourne zamiast czym prędzej udawać się do... gniazda żmij? My, czytelnicy, podróżujemy wraz z Kim, ale i bez niej. W retrospekcjach bowiem towarzyszymy innym postaciom w mniejszym lub większym stopniu związanym ze sprawą zaginięcia najmłodszej członkini rodziny Wentów. Jej siostrze, rodzicom, szeryfowi, sekretnemu partnerowi jej ojca. Przy okazji poznając też paru innych mieszkańców Manson, w którym powoli prawie wszystko wydaje się odwracać o sto osiemdziesiąt stopni. Ci dobrzy okazują się tymi złymi i odwrotnie? Owszem do pewnego stopnia pozory mylą, ale ta droga ku poruszającej prawdzie jest trochę bardziej wyboista. Nieprzewidywalna, a jeśli odpowiednio na nią spojrzeć to również bardzo niepokojąca i wyciskająca łzy z oczu. A przynajmniej mnie Christian White wzruszył tragedią, jaka dotknęła nie tylko główną bohaterką „Dziecka znikąd”. To opowieść o tragicznych losach wielu osób – strasznych przejściach ludzi zgotowanych im przez ludzi. Bo najgorszym potworem zawsze był, jest i będzie człowiek. Christian White doskonale o tym wie i moim zdaniem w bardzo emocjonalny sposób udało mu się to przekazać. Nie tego się spodziewałam. White jest scenarzystą, więc przewidywałam inny styl wypowiedzi – bardziej suchy, mniej szczegółowy i nie aż tak poruszający moją wyobraźnię, jak to miało miejsce w istocie. 
 
„Dziecko znikąd” to naprawdę mocno trzymający w napięciu, empatyczny thriller psychologiczny dla ludzi, którzy wprost przepadają za małomiasteczkowymi klimatami. I za opowieściami o mrocznych tajemnicach rodzinnych, zagadkowych porwaniach i groźnych sektach. Christian White, początkujący australijski powieściopisarz wręcza w nasze ręce niezbyt skomplikowaną historię, ale bez wątpienia przesyconą niebezpieczną tajemniczością, przygniatającą wręcz aurą potworności z przeszłości, ale i być może z rychłej przyszłości głównej bohaterki. Miłośniczki prozy Stephena Kinga. Takiej jak autor „Dziecka znikąd”, któremu wróżę świetlaną przyszłość. Tak, o pisarską karierę tego pana raczej martwić się nie trzeba. Christian White bez większego trudu sobie poradzi. Być może nawet zawojuje światowy rynek. Bo chłop ma talent. I nawet jeśli do końca nie przyjmuje jeszcze tego do wiadomości, to już wie, jak z niego korzystać. Jak sprawić, żeby czytelnik do szczętu zatracił się w jego opowieści. W mrocznym świecie na razie „Dziecka znikąd”, ale jakoś nie mam wątpliwości, że podobnie będzie z jego kolejnymi publikacjami. Które oczywiście w Polsce też muszą się ukazać – słyszycie Panie i Panowie wydawczynie i wydawcy?

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 24 września 2019

„Laleczka” (2019)


Pracownica hipermarketu Karen Barclay przeprowadza się wraz ze swoim trzynastoletnim niedosłyszącym synem Andym do mieszkania w starej kamienicy. W tym samym czasie furorę na rynku robią zaawansowane technologicznie lalki, rozprowadzane pod nazwą Buddi. Zbliżają się urodziny Andy'ego, więc Karen wykorzystuje okazję, która trafia jej się w pracy. Zdobywa jedną sztukę tego technologicznego cudeńka zupełnie za darmo i wręcza ją swojemu synowi. Andy szybko zauważa, że zabawka jest uszkodzona, ale przyjmuje prezent, by zrobić przyjemność matce. Początkowo towarzystwo lalki, która sama nazwała się Chucky, jest dla Andy'ego bardzo męczące, ale z czasem nastolatek przywiązuje się do niej. Andy wie, że jego egzemplarz zachowuje się nietypowo, ale nabiera przekonania, że to bardziej zaleta niż wada. Chucky jest gotowy zrobić dla niego absolutnie wszystko. Nawet zabić, co z czasem, ku swojemu przerażaniu, odkryje młody Barclay.

„Laleczka” („Child's Play”) to zrealizowany za w przybliżeniu dziesięć milionów dolarów mainstreamowy horror twórcy „Polaroida” (2019), Larsa Klevberga, będący rebootem kultowego slashera Toma Hollanda z 1988 roku pod tym samym oryginalnym tytułem, a w Polsce rozpowszechnianym pod nazwą „Laleczka Chucky”. Scenariusz nowej laleczki napisał Tyler Burton Smith, a dotychczasowe wpływy z całego świata grubo przekroczyły czterdzieści milionów dolarów. Sukces kasowy nie jest zbyt duży, ale jest, więc bardzo możliwe, że już wkrótce na ekranach kin zawita kontynuacja „Laleczki”. Lars Klevberg już podzielił się swoim pomysłem na drugą odsłonę. Chciałby aby jej czołowym antybohaterem był niedźwiedź Buddi. A jeden z producentów filmu, Seth Grahame-Smith przed jego premierą zapowiadał, że w przypadku dobrej sprzedaży „Laleczki” w planach są jej kontynuacje. Czyli istnieje niemałe prawdopodobieństwo, że to początek drugiej serii o lalce imieniem Chucky.

Oryginalna seria o laleczce Chucky liczy sobie siedem części (jak dotychczas), ale widać komuś to nie wystarczyło. Ktoś najwidoczniej uznał, że tamten Chucky już się zdezaktualizował, że już czas na nowego Chucky'ego, który będzie bardziej robotem niż lalką. Bo przecież nikt już nie bawi się lalkami... Nikomu oczywiście nie postało w głowie, żeby po prostu stworzyć nową postać zamiast podpinać się pod dzieło Toma Hollanda. Bo filmy ze znanymi postaciami zazwyczaj lepiej się sprzedają. I faktycznie „Laleczka” całkiem nieźle się sprzedała. Co więcej, została dobrze przyjęta przez wielu widzów, w tym część krytyków i fanów oryginalnej serii o Chuckym. A więc można powiedzieć, że eksperyment się udał, prawda? To zależy kogo zapytać. Dla jednych oryginalny Chucky to już przeżytek. Zrobotyzowana lalka to jest dopiero coś. Znak naszych czasów, a nie jakieś tam dziadostwo z lat 80-tych XX wieku. Nowy Chucky rozprowadzany pod nazwą Buddi to technologiczne cudeńko – połączenie praktycznych efektów specjalnych z komputerowymi (animatronika plus CGI). Sztuczna inteligencja zaklęta w niezbyt dużej zabawce, na którą starałam się jak najmniej patrzeć. Z prawdziwym Chuckym niewiele to to ma wspólnego. Bardziej wyglądało mi to na parodię tamtej ponadczasowej postaci. Antybohater omawianego horroru Larsa Klevberga wygląda jakby urwał się z jakiejś familijnej produkcji – jednego z tych filmów z wygenerowanymi komputerowo postaciami, kręconych głównie z myślą o najmłodszych widzach. Mimika tego czegoś, co ma czelność nazywać się Chuckym... No błagam? Bardziej bajkowo już się nie dało? Cóż, na pewno dało się ponaśmiewać z tego robocika. Zmusić go do robienia cudacznych min, wykrzywiana tej do bólu sztucznej twarzyczki, byle tylko rozbawić widownię. „Laleczka” w ogóle jest dosyć obficie podlana czarnym humorem. Rzadko na mnie działał, ale przyznaję, że zdarzało mi się parskać śmiechem. Nie w reakcji na kuriozalną facjatę zrobotyzowanej lalki Andy'ego Barclaya, tylko na niektóre dowcipne kwestie bohaterów odpowiednio dopasowane do sytuacji. Czołową pozytywną postać „Laleczki” długoletni fani horrorów dobrze znają. A raczej kojarzą jej personalia, bo choć nowy Andy Barclay nie odbiega aż tak bardzo od oryginału, jak nowy Chucky, to jednak inne pokolenie. Pomijam już różnicę wieku, bo choć twórcy „Laleczki” czerpali z pierwszej odsłony mrocznych przygód Andy'ego, to nastoletnią wersję Andy'ego już mogliśmy zobaczyć (w trzeciej części oryginalnej serii, w wykonaniu Justina Whalina – wcześniej w Andy'ego wcielał się Alex Vincent). Nowego Andy'ego w bardzo dobrym stylu wykreował Gabriel Bateman, którego miłośnicy gatunku mogą kojarzyć z choćby „Kiedy gasną światła” Davida F. Sandberga. W ogólnym zarysie sytuacja przypomina tę nakreśloną w filmie Toma Hollanda z 1988 roku. Mamy laleczkę, która zabija i chłopca UWAGA SPOILER który bezskutecznie stara się skłonić dorosłych do przyjęcia tej prawdy KONIEC SPOILERA. Ale to potem. Najpierw Andy, który w „Laleczce” ma trzynaście lat i nosi aparat słuchowy, tak samo jak jego młodsza wersja z „Laleczki Chucky” Toma Hollanda, zaprzyjaźnia się z zabawką sprezentowaną mu przez matkę (w nową Karen w przekonujący sposób wcieliła się Aubrey Plaza), którą w przeciwieństwie do swojego pierwowzoru, z czasem zaczyna wykorzystywać przeciwko mężczyźnie, który ku jego wielkiemu niezadowoleniu, spotyka się z jego rodzicielką. Andy nie każe Chucky'emu zabijać. Nic z tych rzeczy. Nastolatek chce po prostu zabawić się kosztem swojego wroga. Trochę go postraszyć, nieco uprzykrzyć mu życie. Problem w tym, że jego narzędziem jest zrobotyzowana lalka, przy której jak wiemy ktoś majstrował. Ktoś, komu bynajmniej nie zależało na dobru firmy, która wprowadziła na rynek supernowoczesne lalki Buddi.

Nowy Chucky ma tylko jeden cel: uszczęśliwić Andy'ego Barclaya. Zabawka, która trafia w ręce tego nastolatka posiada zdolność uczenia się od ludzi. Te zaawansowane technologicznie lalki, i Chucky nie jest tu żadnym wyjątkiem, programuje się tak, aby darzyły przyjaźnią swoich młodych właścicieli. I dbały o to, by były szczęśliwe. W granicach rozsądku, rzecz jasna. Granice nie obowiązują jednak egzemplarza Andy'ego. Jego zrobotyzowana lalka posiada usterkę. Uczy się od ludzi, ale na swój sposób. Wnioski, które wyciąga z obserwacji głównie Andy'ego, delikatnie mówiąc, nie są trafne. I na domiar złego jak już Chucky sobie coś ubzdura, to nawet jego najlepszy przyjaciel, albo jak kto woli właściciel, nie jest w stanie wybić mu tego z głowy. Bo przecież Chucky widział niepohamowaną radość chłopca w reakcji na krwawą jatkę rozgrywającą się na ekranie telewizora (seans „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną 2” Tobe'a Hoopera), więc ma prawo zakładać, że to rozlew krwi go uszczęśliwia, prawda? Nie? A co powiecie na to, że Andy daje mu do zrozumienia, że chciałby, żeby niektóre żywe istoty zniknęły z jego życia? Robot może wszystko to zrozumieć opacznie, czyż nie? Początkowe zachowanie Andy'ego w reakcji na krwawą działalność jego nowej zabawki znacznie odbiega od postawy jego pierwowzoru. Tamten Barclay był za mały, żeby zaprzątać sobie głowę strasznymi konsekwencjami, jakie może mu przynieść podzielenie się prawdą z dorosłymi. Nie zakładał, że nikt mu nie uwierzy, bo przecież nie kłamał. Nowy Andy natomiast jest już na tyle duży, żeby wiedzieć, że mówienie prawdy czasem może szkodzić. Chłopak zakłada, że dorośli nie uwierzą w historię o morderczej lalce. Jest przekonany, że gdyby opowiedział matce, albo zaprzyjaźnionemu policjantowi, o bestialskich czynach Chucky'ego, to najpewniej obwiniliby jego. A jego znajomi, dziewczyna i chłopak mieszkający w sąsiedztwie, barwni nastolatkowie, w tym przekonaniu tylko go utwierdzają. I starają się pomóc mu wybrnąć z nader trudnej sytuacji, w której nieoczekiwanie (dla niego, nie dla nas) znalazł się z winy lalki, która kieruje się wyłącznie jego dobrem... Chucky zabija na różne sposoby – przydaje mu się i kosiarka (ktoś tu się chyba inspirował „Kosiarzem umysłów” Bretta Leonarda), i piła stołowa, i samochodów, a nawet inne zabawki. Akcja w końcówce przypomniała mi „Carrie” Kimberly Peirce i absolutnie nie jest to komplement. Wcześniejsze sceny mordów nie są aż tak efekciarskie, ale i nie powiedziałabym, że wypadają szczególnie realistycznie. Odważnie też nie bardzo. Chociaż wziąwszy pod uwagę co obecnie trafia do kin... W sumie we współczesnym mainstreamie coraz trudniej znaleźć horroru, choćby z taką umiarkowaną dawką makabry. Rzekłabym, że w dzisiejszych czasach nawet takie widoki poodcinanych kończyn, jakie mamy w „Laleczce”, zaczynają stanowić lekkie odstępstwo od normy. Ale wieloletnich miłośników krwawych horrorów takie obrazki raczej nie wzruszą. Nawet jeśli uznać „Laleczkę” za slasher, to na tle tychże też moim zdaniem nie wyróżnia się pod kątem makabry. Ani nie ma tego dużo, ani nie jest to szczególnie pomysłowe, ani tym bardziej realistyczne. Co gorsza, nie da się nie zauważyć, że makabra miejscami miała też śmieszyć odbiorców – nawet jeśli ta tandetna demolka w końcówce jest niezamierzenie komiczna, to już to, co Chucky zrobił z pewną głową i w ogóle wszystkie perypetie z nią związane, ewidentnie podano z przymrużeniem oka. A to tylko przykład. A ja naiwna myślałam, że reboot będzie kręcony na poważnie. Coś w stylu „Klątwy laleczki Chucky” Dona Manciniego, jak na razie mojego numeru jeden jeśli chodzi XXI-wieczne filmy wchodzące w skład tej franczyzy. „Laleczka” to niestety kolejna przejaskrawiona opowiastka o morderczej rudowłosej lalce. Historia, która nie może się zdecydować czy być bardziej horrorem, czy komedią. I chociaż nie mogę powiedzieć, że ciężko było mi przez to przebrnąć, że wytrzymanie do napisów końcowych stanowiło dla mnie wyzwanie, że cały ten niezbyt wyszukany ciąg wydarzeń, w centrum którego znajdowali się Chucky i Andy, był mi kompletnie obojętny, to zdecydowanie bardziej wolałabym czysty horror, z inną lalką i oprawą wizualną. Wieje plastikiem, och wieje. Ale chociaż bohaterowie sympatyczni. A na podróbę Chucky'ego wcale patrzeć nie trzeba...

Bez większych zaskoczeń. Spodziewałam się co najwyżej przeciętniaka i niech będzie, że go dostałam. Naciągane, bo to coś, co ma być nowym Chuckym... Jego ulepszoną wersją, czy parodią? Sami oceńcie, jeśli nie zraża Was już sama koncepcja zrobotyzowania Chucky'ego. Uspokajam jednak: to nie jest prawdziwy Chucky. To postać nim inspirowana, ale według mnie bardzo luźno. A film, w którym występuje? Ja tam uważam, że niczym nie wyróżnia się na tle współczesnego mainstreamu. Skrojony pod szeroką widownię, dynamiczny, efekciarski, ale na szczęście nieprzesadnie, lekki, łatwy, szybki i kolorowy. Mrok też miejscami z tego wyziera, ale mrok kontrolowany – aby przypadkiem ktoś nie poczuł się nieswojo. Toż to byłaby tragedia! Za kpiny przepraszam, ale jakoś tak same się cisną... W każdym razie, poza tą (o zgrozo!) lalką, tragicznie nie jest. Dało się to obejrzeć. Jakoś.

niedziela, 22 września 2019

Christi Daugherty „Piękne ciało”


Recenzja zawiera spoilery „Echa morderstwa” Christi Daugherty

W turystycznej dzielnicy Savannah zostają odnalezione zwłoki zastrzelonej młodej kobiety. Reporterka kryminalna gazety „Savannah Daily News” Harper McClain przybywa na miejsce zbrodni wraz ze swoją przyjaciółką Bonnie. Harper ma wrażenie, że zna ofiarę, ale nie potrafi sobie przypomnieć skąd. Ale Bonnie od razu rozpoznaje w niej swoją koleżankę Naomi Scott, studentkę prawa, którą obie widziały tej samej nocy, w której zginęła. Sprawę prowadzi detektyw Julie Daltrey, która tak samo jak większość policjantów z Savannah uważa Harper za zdrajczynię. Praca dziennikarki jest więc mocno utrudniona. Sprawa zabójstwa Naomi Scott tylko początkowo wydaje się prosta. Wiele wskazuje bowiem na to, że winny jest jej chłopak, Wilson Shepherd. Ale ojciec ofiary, Jerrod Scott, nie wierzy, że to on pozbawił życia jego ukochaną córkę. Nie ma żadnych wątpliwości, że sprawcą jest ten sam człowiek, który prześladował ją przez kilka ostatnich miesięcy. Zna jego nazwisko, ale detektywi zajmujący się tą sprawą zdają się ignorować jego słowa. Jerrod zwraca się więc do Harper McClain, która obiecuje dokładniej przyjrzeć się tej sprawie. I wskazanemu przez niego człowiekowi.

„Piękne ciało” („A Beautiful Corpse”) to druga odsłona mrocznych przygód reporterki kryminalnej Harper McClain, pióra amerykańskiej powieściopisarki Christi Daugherty. Byłej dziennikarki, która potem skłoniła się w stronę literatury młodzieżowej. Jako C.J. Daugherty stworzyła między innymi poczytną serię książek dla młodych ludzi, „Night School”, w Polsce lepiej znaną jako „Wybrani”. A w 2018 roku opublikowano jej pierwszą powieść (również) dla starszych czytelników – „Echo morderstwa” („The Echo Killing”) otwierające planowaną serię kryminałów/thrillerów z Harper McClain. Druga odsłona pojawiła się już w roku 2019 (także w Polsce), a na kolejny rok zaplanowano światową premierę trzeciej części zatytułowanej „Revolver Road”.

Nieprzejednana reporterka kryminalna Harper McClain powraca i niemal natychmiast znowu pakuje się w kłopoty. Minął rok od wydarzeń przedstawionych w „Echu morderstwa”. I bynajmniej nie było to przyjemny rok dla Harper. Zarówno w sferze prywatnej, jak i zawodowej. Miłość jej życia odeszła, a jej praca jest cięższa niż przedtem. Nie tylko dlatego, że nad gazetą, w której pracuje, „Savannah Daily News”, nieustannie wisi widmo zwolnień. A nawet nie przede wszystkim dlatego. Dużo poważniejszy problem stanowi dla na niej postawa większości policjantów z Savannah. Ludzi, z którymi kiedyś łączyły ją przyjacielskie stosunki, ale przed rokiem wszystko się zmieniło. Policjanci uznali Harper za zdrajczynię, bo... zrobiła to, czego oczekuje się od policji. Dzięki niej zabójca został schwytany, ale wygląda na to, że mundurowi z Savannah woleliby, aby ten konkretny zbrodniarz pozostawał na wolności. Bo był jednym z nich, a swoich należy chronić, prawda? Harper na szczęście nigdy z takiego założenia nie wychodziła. Zawsze uważała, że każdy przestępca zasługuje na karę, choćby nawet był nim jej mentor, człowiek, którego traktowała jak ojca. Christi Daugherty na kartach „Pięknego ciała” przedstawia dosyć wnikliwą analizę środowiska policyjnego. Nie patrzy na nie wyłącznie krytycznym okiem, można więc powiedzieć, że jest sprawiedliwa, ale z drugiej strony czytelnik może uważać, że troszkę wyidealizowała wizerunek policji. To już każdy sam sobie oceni. Zaczynamy od sytuacji, która wydaje się być z życia wzięta. Ofiara zabójstwa i praktycznie jeden podejrzany o dokonanie tego czynu. Chłopak denatki, który (o jak pięknie!) ma kryminalną przeszłość. Sytuacja wprost wymarzona dla każdego detektywa z wydziału zabójstw. Tym bardziej, że podejrzany nie ma prawie nikogo, kto by się za nim wstawił. Prawie, bo chłopak zyskuje dość zaskakującego w tych okolicznościach sojusznika. Ojca zastrzelonej pewnej nocy w sercu turystycznej dzielnicy Savannah Naomi Scott, taksówkarza Jerroda Scotta. Mężczyzna jest gotowy zrobić wszystko, by morderca jego córki odpowiedział za ten ohydny czyn i nie zniechęca go bardzo wysoka pozycja, którą jego typ zajmuje w hierarchii społecznej. Jerrod jest przekonany, że córkę zabrał mu człowiek wywodzący się z bogatej i bardzo wpływowej rodziny. Takie familie są bodaj w każdym mieście. A przynajmniej w większości. Rodziny, którym wolno więcej. Jak u George'a Orwella „wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych”. Znamy to z życia. Ale czy w prawdziwym świecie można znaleźć taką dziennikarkę (lub dziennikarza), jak Harper McClain? O to już trudniej. Postać stworzona przez Christi Daugherty na potrzeby tej serii, główna bohaterka jej kryminalnego cyklu, to osoba, która nie spocznie, dopóki sprawiedliwości nie stanie się zadość. To nie jest tak, że strach się jej nie ima. Boi się, ale w przeciwieństwie do przypuszczam większości ludzi, działa pomimo strachu. A w „Pięknym ciele” bez wątpienia ma czego się bać. Christi Daugherty nie poprzestała na jednym zagrożeniu. Na Harper nie czyha jedynie najpotężniejsza rodzina w Savannah, ale również tajemniczy człowiek, który nie wiedzieć dlaczego od dłuższego czasu bacznie ją obserwuje. Człowiek-widmo, można by rzec. A to jeszcze nie wszystko. Harper ma więcej zmartwień, a rozterki sercowe są najmniejszym z nich. Swoją drogą sytuacja z Lukiem Walkerem nic tylko mnie irytowała. Chyba najwyższy czas podziękować tej postaci, nie sądzi Pani, Pani Daugherty? Bo częste bicie się Harper z myślami typu „chce z nim być, ale on niestety nie chce”, naprawdę zrobiło się strasznie męczące. W sumie tylko to, bo choć nie wszystkie elementy fabularne „Pięknego ciała” spotkały się z moją aprobatą, to daleka byłam od zniechęcenia, które mnie dotykało, ilekroć na horyzoncie pojawiała się wielka miłość Harper.

Od stalkera do zabójcy niezbyt długa droga. A przynajmniej z takiego założenia wychodzą te nieliczne osoby, które w „Pięknym ciele” Christi Daugherty nabierają przekonania, że Naomi Scott zastrzelił człowiek, którego tatuś trzęsie całym miastem. Człowiek, który najprawdopodobniej odnajduje przyjemność w prześladowaniu wybranych kobiet. Chodzi za nimi, zastrasza je, ale... To jeszcze nie czyni go zabójcą. Harper McClain wie, że potrzebuje czegoś więcej, aby zmusić policję do przyjrzenia się temu młodemu mężczyźnie. Tym bardziej, że organy ścigania w Savannah zdają się podporządkowane ojcu głównego podejrzanego Harper. Poza tym dziennikarka nie może ignorować pozostałych nazwisk umieszczonych przez śledczych na liście podejrzanych. Istnieją bowiem, jeśli nie dowody, to na pewno przesłanki przemawiające przeciwko nim. I przez cały czas musi być bardzo ostrożna. Bo w tym przypadku wystarczy jeden fałszywy krok, by zaprzepaściła wszystko, na co przez długie lata tak ciężko pracowała. Jej dziennikarska kariera może w każdej chwili lec w gruzach. Jedno źle dobrane słowo w którymś z jej serii artykułów o sprawie Naomi Scott dla „Savannah Daily News” może pogrążyć nie tylko ją, ale całą gazetę. Ale z drugiej strony już sam fakt, że Harper skierowała swoje dziennikarskie oko na członka najpotężniejszej rodziny w Savannah mógł przesądzić sprawę na jej niekorzyść. Czytelnicy prawdopodobnie będą dłużej od Harper powątpiewać w trafność osądu Jerroda Scotta, ojca zamordowanej studentki prawa, ale i od czasu do czasu pewnie będzie ogarniać ich dużo większa pewność niż Harper, że mężczyzna ma rację. Bo w „Pięknym umyśle”, przynajmniej do pewnego momentu, poruszamy się między innymi w obrębie minimum trzech podejrzanych. Minimum, bo myślę, że mało który odbiorca omawianej powieści będzie brał pod uwagę wyłącznie te osoby, którym przyglądają się śledczy i Harper. Każdy miłośnik kryminałów, ale i thrillerów bowiem doskonale wie, że często winna okazuje się osoba, której żaden z bohaterów danej opowieści ani przez chwilę nie brał pod uwagę. Aż do finału. Jak już nadmieniłam w „Pięknym ciele” Christi Daugherty nie skupia się jedynie na sprawie morderstwa Naomi Scott. Istotny jest też wątek prześladowcy Harper, którego zachowanie jest równie zagadkowe, jak jego tożsamość. Albo jeszcze bardziej. Bo mnie bardziej zastanawiało jego dosyć nietypowe modus operandi niż to, kim jest ów człowiek. Dlaczego zainteresował się Harper McClain, przez dłuższy czas autorka pozostawia w sferze domysłów, ale rzecz bardziej w tym, czy ten człowiek stanowi dla niej śmiertelne zagrożenie. Co do tego można mieć wątpliwości. I nawet Harper je ma, ale to niezbyt umniejsza jej strach. Bo ta dwudziestoparoletnia kobieta istotnie żyje w strachu – tyle że nie zamierza pozwolić, by całkowicie nią zawładnął. Jest zdecydowana stawić czoło temu i innym niebezpieczeństwom. Powątpiewa jedynie w drogę, którą obrała w sprawie Naomi Scott. Nie chodzi tylko o to, że jej błąd może skutkować pogrążaniem młodego człowieka, który raczej niewiniątkiem nie jest, ale przedwczesna śmierć Naomi wcale nie musi obciążać jego sumienia. A co za tym idzie, w wyniku działalność Harper prawdziwy sprawca może uniknąć kary. Nie, ta dotychczas niezwykle odważna dziennikarka, bardziej obawia się o swoją zawodową przyszłość. Czy tym razem nie lepiej się wycofać? Zadziałać wbrew swoim przekonaniom, bo stawka jest po prostu zbyt wysoka? Nie tego zapewne spodziewają się po Harper McClain sympatycy tego literackiego projektu Christi Daugherty, ci odbiorcy „Echa morderstwa”, którzy na tyle przekonali się do tamtej powieści, by sięgnąć po jej kontynuację. Ta bohaterka nie dała się im przecież poznać, jako osoba skłonna do ustępstw w tych bardziej skomplikowanych sprawach kryminalnych, którymi się zajmuje. W ramach swojej pracy, ale jej siłą napędową jest również głębokie przeświadczenie, że żaden przestępca nie może pozostać bez kary. A jeśli tak się stanie, jeśli na przykład morderca Naomi Scott nie zostanie schwytany, to natura Harper każe jej obwinić za to siebie. Taka już jest ta nasza Harper. A jest taka głównie dlatego, że już w dzieciństwie poznała okropny smak zbrodni. Dotychczas nigdy się nie poddawała. Nawet jeśli musiała iść pod prąd. Ale teraz jej sytuacja wydaje się być bardziej napięta niż zwykle. Intryga, a raczej intrygi, skonstruowane przez Christi Daugherty w „Pięknym ciele”, podobnie jak w „Echu morderstwa” nie są zbyt skomplikowane. Prostym językiem, Daugherty, przekazuje dosyć prostą opowieść kryminalną. Co nie znaczy, że niemającą dla nas żadnych tajemnic, że wszystko szybciutko można tutaj przewidzieć. Można, ale na to potrzeba trochę czasu. A gdy już się do tego dojdzie powieść czyta się... równie dobrze jak wcześniej. To jeden z tych nie tak znowu licznych przypadków, których przewidywalność w moim oczach nie szpeci. Bo tak naprawdę bardziej niż kryminalne intrygi do tej serii przyciąga mnie postać stojąca w ich centrum. Pierwszoplanowa bohaterka, która zdaje się przyciągać wszelkie kłopoty. Bardzo charyzmatyczna, przesympatyczna, waleczna osobowość, która można powiedzieć, że jest istną zmorą przestępców działających w świecie przedstawionym przez Christi Daugherty.

„Piękne ciało” moim zdaniem wypada trochę lepiej od „Echa morderstwa” (radzę czytać po kolei), pierwszego tomu mrocznych przygód reporterki kryminalnej Harper McClain autorstwa Christi Daugherty. Druga odsłona tego cyklu jest trochę bardziej rozbudowana fabularnie od swojej poprzedniczki, choć nie aż tak, żeby zaraz mówić o dużej złożoności. Niemniej na pewno jest ciekawsza, a przynajmniej ja silniej w tę propozycję się zaangażowałam. I jeszcze lepiej poznałam bohaterkę, za towarzystwem której można powiedzieć, że tęskniłam. Dalszy ciąg jej historii ukaże się już w 2020 roku. Liczę, że także w Polsce, bo dłuższe oczekiwanie na Harper McClain bynajmniej mi się nie uśmiecha. Tym bardziej, że Christi Daugherty „Piękne ciało” zamknęła intrygującą zapowiedzią. Zwiastunem, myślę, jeszcze bardziej dramatycznych wydarzeń od tych, które wykreśliła dotychczas. Przeczytać więc trzeba. Jest mus.
 
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 20 września 2019

Zapowiedź: „Countdown”


Chciałbyś poznać datę swojej śmierci? Nawet jeśli wypada dzisiaj? 
W smartfonie można znaleźć dziś wszystko. Także śmierć.

„COUNTDOWN” wejdzie na ekrany kin 25 października 2019!


Oficjalny polski zwiastun: 

Ruth wraz z grupą przyjaciół w ramach żartu ściąga na smartfon tajemniczą aplikację, która ma przewidywać datę śmierci użytkownika. Śmiech szybko zmienia się w przerażenie. W internecie zaczynają pojawiać się doniesienia o tajemniczych zgonach użytkowników aplikacji… dokładnie w dniach przez nią zapowiedzianych. Ruth ma umrzeć za 3 dni i 7 godzin. Czy zdoła odwrócić przeznaczenie?

COUNTDOWN 
(COUNTDOWN)
PREMIERA: 25 PAŹDZIERNIKA 2019 
REŻYSERIA: Justin Dec 
OBSADA: Elizabeth Lail („Dawno, dawno temu” – serial, „Czarna lista” – serial”), Anne Winters („Trzynaście powodów” – serial, „Wieczorówka”), Peter Facinelli („Saga Zmierzch”, „Sześć stop pod ziemią” – serial, „Siostra Jackie” – serial), Charlie McDermott („Sekspedycja”, „Jutro będzie futro”, „Rzeka ocalenia”)
GATUNEK: horror 
PRODUKCJA: USA 2019

Źródło: wszystkie materiały od Rabbit Action Sp. z o.o.

„Wróciłam zza grobu” (2018)


W szpitalu w Los Angeles przychodzi na świat martwa dziewczynka. W kostnicy ożywa i zostaje zabrana przez jednego z tamtejszych pracowników. Szesnaście lat później, Tess Stern, bo tak nazywa się dziewczyna, która wróciła zza grobu, zabija swoich przybranych rodziców i rozpoczyna poszukiwania swojej rodzicielki. Szybko odkrywa, że jest nią niegdyś znana aktorka Lena O'Neill. Tess zbliża się do niej, nie zdradzając kim jest. W tym samym czasie detektyw Marc Fox zajmuje się sprawą zabójstwa Sternów. Inny zagadkowy zgon doprowadza go do Leny O'Neill. Ani on, ani ona nie wiedzą, że zabójczynią jest nastoletnia Tess. Dziewczyna mająca niezwykłą władzę nad elektrycznością.

Reżyser amerykańskiego horroru „Wróciłam zza grobu” („Reborn”), Julian Richards, na swoim koncie ma między inny takie obrazy, jak „Cichy krzyk” (2002), „Ostatni horror” (2003), „To straszne lato” (2007) i „Dreszczowiec” (2012). Richards zajmował się omawianym projektem równolegle z „Daddy's Girl” (2018), starając się przy tym znaleźć też czas dla rodziny – żony i ich małych bliźniąt. Podejmując się tego zadania Richards wiedział, że będzie ciężko mu to wszystko pogodzić, ale nie mógł oprzeć się sile przyciągania scenariusz Michaela Mahina. A konkretniej wątkowi zjednoczenia córki z matką. Richards dostrzegł w nim emocjonalny potencjał na miarę... „Frankensteina”. Nie ukrywa też wpływów „Omenu” Richarda Donnera, „Carrie” Briana De Palmy, „Furii: Carrie 2” Katt Shea oraz „Skanerów” Davida Cronenberga.

Pewnej burzliwej nocy w Los Angeles dochodzi do nietypowego wydarzenia. Na świat przychodzi martwe dziecko, które niedługo potem ożywa na oczach pracownika kostnicy, Kena Sterna. Nic nikomu nie mówiąc mężczyzna przygarnia dziewczynkę i wychowuje ją razem z żoną. W swoje szesnaste urodziny dziewczyna, która powróciła zza grobu, Tess Stern, domaga się od Kena informacji na temat swojej rodzicielki. Mężczyzna obiecuje, że zaspokoi jej ciekawość, jeśli Tess da mu to, na co od dawna czekał. Bo jest już duża, a oni przecież nie są spokrewnieni, więc... W każdym razie nastolatka traci cierpliwość i wtedy właśnie widz dowiaduje się o jej niezwykłych mocach. Tak przedstawia się początek historii, która tak urzekła Juliana Richardsa, że pomimo innych zobowiązań zdecydował się pokierować tym projektem. Historia nastolatki obdarzonej elektrokinetyczną mocą, którą nie waha się wykorzystywać przeciwko swoim wrogom. Kayleigh Gilbert moim zdaniem idealnie dopasowała się do tej produkcji. Jej kreacja jest tak samo ociężała, jak narracja „Wróciłam zza grobu”. Z partnerującą jej Barbarą Crampton (m.in. „Re-Animator”, „Zza światów” i „Potwór na zamku” Stuarta Gordona) było podobnie: dostosowała się do ciężkawego rytmu owej produkcji. Ciężkiego, bo wszystko wydaje się tu zrobione na siłę. I na wariackich papierach. Film trwa trochę ponad siedemdziesiąt minut, a to okazało się za mało nawet dla tak prostej opowieści. Twórcy przeprowadzają nas przez nią po łebkach, fragmentarycznie. Bez dbałości o należyte napięcie, o klimacie grozy już nie wspominając. Bez zagłębiania się w postacie i z silnym postanowieniem niewprowadzania żadnych większych tajemnic. Oczywistość goni oczywistość, nie ma tutaj miejsca na prawie żadne niedomówienia. Niemal nad niczym nie trzeba się zastanawiać, bo wszystko już praktycznie od początku wiadomo. Yyy, to znaczy prawie wszystko, bo bransoletka, której Tess pozbywa się w dniu swoich szesnastych urodzin w pewnym sensie jest takim tajemniczym elementem. Łatwo się domyślić jak działa, a nawet kto ją skonstruował, ale tajemnicą pozostaje to, dlaczego, wydaje się, tak ważki przedmiot potraktowano tak niebywale ogólnikowo. Zupełnie, jakby o nim zapomniano. Głównym składnikiem „Wróciłam zza grobu” jest oczywiście elektrokineza. Motyw ten jeśli nawet nie jest żadną innowacją w horrorze, to na pewno nie można go nazwać powszechnym. Ma się więc prawo oczekiwać sporego powiewu świeżości, jakiejś bardziej wyróżniającej się pozycji, czegoś tchnącego żywotnością, której ewidentnie brakuje we współczesnych kinie grozy. Co rzecz jasna nie znaczy, że ta przypadłość dotyka wszystkie nowsze filmowe horrory. Ale „Wróciłam zza grobu” Juliana Richardsa niestety tak. Motyw elektrokinezy, owszem, wprowadza z lekka pomysłowe rozwiązania, ale jestem przekonana, że tkwił w tym nieporównanie większy potencjał. Efekt najbardziej jednak psuje rażąca beznamiętność bijąca z dosłownie każdego kadru. I pocięta narracja. Tak to wygląda. Odskakujemy od jednej powierzchownie wykreślonej postaci do innej, a potem następnej. I tak w kółko, aż do zakończenia, które nikogo zaskoczyć nie powinno. Bo i na zaskakiwaniu widzów zauważalnie filmowcom nie zależało. Ale ze słów Juliana Richarda wnoszę, że zależało im na emocjonalnym przedstawieniu relacji Tess i Leny. Matki i córki. Aktorki, która żyje w błędnym przekonaniu, że jej dziecko zmarło podczas porodu i szesnastolatki, która wreszcie poznaje tożsamość swojej rodzicielki. Zamiast jednak czym prędzej podzielić się tą wiedzą z główną zainteresowaną, Tess postanawia zbliżyć się do niej w inny sposób. W domyśle dlatego, że nie jest jeszcze gotowa na uświadomienie Liny i oczywiście woli najpierw poznać kobietę, która ją urodziła.

Po takim scenariuszu można spodziewać się silnej płaszczyzny psychologicznej. Rozpoczynając od zgłębienia relacji Tess z jej przybranymi rodzicami, ze wskazaniem na Kena Sterna, którego kochającym ojcem na pewno nazwać nie można. Być może odegrał on kluczową rolę w ukształtowaniu Tess na morderczynię. Ale tylko przypuszczalnie, bo stosunkom tej dwójki nie poświęcono należytej uwagi. Michael Mahin w swoim scenariuszu dosłownie prześliznął się przez ten człon i przeszedł do innego wątku, który można by nazwać psychologicznym, gdyby twórcy inaczej do niego podeszli. Nie tak szczątkowo. Oczywiście nie ulega wątpliwości, że Tess rozpaczliwie łaknie kontaktów z matką (i trudno się jej dziwić), że od dawna marzy wyłącznie o tym zjednoczeniu, a gdy to wreszcie staje się możliwe, jest zdecydowana zrobić absolutnie wszystko, by już zawsze były razem. Nie zamierza też dopuścić do tego, żeby jej rodzicielkę, Lenę O'Neill spotykały jakieś przykrości – chce, żeby była szczęśliwa i zamierza jej to zapewnić, dzięki nadzwyczajnym mocom, jakie posiada. Przyznaję, że morderstwa, których dopuszcza się Tess odznaczają się jako taką kreatywnością. Bo i trudno byłoby, żeby cegiełki postawione na takim fundamencie nie cechowały się pomysłowością. Przynajmniej krztyną. Okazuje się, że nawet takie banalne, jeśli mówimy o horrorze, przejechanie człowieka samochodem, może zbytnio nie pachnieć wtórnością (swoją drogą jump scenka w tej sekwencji pozytywnie mnie zaskoczyła – bo co nieczęsto mi się zdarza, odniosła zamierzony skutek). Z tej slasherowej palety - a bo mordercza działalność Tess kojarzy się głównie z tym podgatunkiem horroru, choć slasherem sensu stricto „Wróciłam zza grobu” bym nie nazwała – muszę wyróżnić zabójstwo Kena z wykorzystaniem jego aparatu słuchowego, ale myślę, że najbardziej makabryczny moment pojawia się nie w scenie mordu, tylko podczas pracy w kostnicy. W prologu. Nie należy jednak przez to rozumieć, że twórcy idą tutaj na całość – co to to nie! – ale w porównaniu do pozostałych akcentów gore ten moim zdaniem jest najbardziej plastyczny. Nazbyt efekciarsko też bywa. Moim zwycięzcą w tej konkurencji jest zabójstwo z wykorzystaniem fragmentu sieci wysokiego napięcia. Miało być widowiskowo, a wyszło tandetnie. Zresztą to samo mogę powiedzieć o sposobie prowadzenia niewyszukanej, bardzo prostej historyjki o zawiązywaniu więzi pomiędzy dwiema przedstawicielkami płci żeńskiej, które są bardzo blisko ze sobą spokrewnione (bliżej już nie można), ale tylko jedna z nich o tym wie. I o serii mordów dokonywanych przez tą młodszą. I o detektywie z wydziału zabójstw, który starając się rozpracować zagadkowe zgony w Los Angeles, dociera do Leny O'Neill. Niegdyś dosyć popularnej aktorki, której gwiazda z czasem przygasła, ale kobieta stara się wrócić na dawne tory zawodowe. I znaleźć grób swojej córki, którą tak naprawdę od niedawna ma u swojego boku. Warstwa... kryminalna? - no, niech będzie – bardziej skrótowo przedstawiona już być chyba nie mogła. W sumie dosyć naiwnie się to prezentuje. Mamy policjanta, o którym wiemy tylko tyle, że na tej zdumiewająco krótkiej drodze ku prawdzie, wyciąga wyłącznie trafne wnioski. UWAGA SPOILER Zwłaszcza w tej sytuacji. Bo skoro ma tutaj do czynienia z zabójczynią obdarzoną nadzwyczajnymi mocami, można zakładać, że rozwiązanie tej sprawy nastręczy mu większych trudności. Ale nie. Dla tego detektywa nawet coś takiego, jak sterowanie elektrycznością siłą woli wydaje się być czymś zupełnie normalnym. Ten człowiek bez najmniejszego oporu akceptuje to zjawisko, bo to nie jest człowiek malej wiary, ot co! KONIEC SPOILERA. Ale nie o Marcu Foxie przede wszystkim traktuje „Wróciłam zza grobu”. To tylko dodatek, który podejrzewam miał uwiarygodnić ową opowieść, ale moim zdaniem wyszło wręcz odwrotnie. Kluczowa jest pozbawiona głębi, o którą notabene aż się prosiła, relacja matki i córki. Obudowana odartą z napięcia morderczą działalnością tej młodszej, która będzie się kojarzyć pewnie głównie z Carrie White, ale ja patrząc na nią miałam przed oczami jej „podróbkę”: Rachel Lang z sequela kultowego filmu Briana De Palmy opartego na pierwszej wydanej powieści Stephena Kinga. Jedno Wam mogę obiecać: jest nowocześnie. Na czym zresztą Julianowi Richardsowi zależało. Dostrzegł w scenariuszu Michaela Mahina zapożyczenia z paru starszych horrorów (niektóre może i sam pożyczył, tego nie wiem) i uznał, że ciekawie będzie przełożyć je na współczesny język kina. Miało być nostalgicznie, ale jednocześnie na XXI-wieczną modłę... Chyba nie muszę dodawać, że eksperyment według mnie się nie udał.

Jeśli ktoś boi się horrorów i tak tego nie lubi, że stara się ich unikać, to jak bardzo mu się nudzi może sobie zerknąć na „Wróciłam zza grobu” Juliana Richardsa. Aczkolwiek nie obiecuję, że jeszcze bardziej się na tym nie wynudzi. Ale przynajmniej dojdzie do wniosku, że nie wszystkie horrory są tak straszne, jak mu/jej się wydaje. Miłośnicy gatunku natomiast... Cóż, zrobicie jak chcecie. Ale jak już ten twór obejrzycie, to nie mówcie, że Was do tego namówiłam. Absolutnie nie polecam! Nawet fanom filmów grozy o różnego rodzaju psychokinetycznych zdolnościach. Myślę, że już lepiej po raz enty obejrzeć „Carrie” Briana De Palmy, niż porywać się na „Wróciłam zza grobu”. Beznamiętny, plastikowy, dosyć chaotycznie i nad wyraz powierzchownie opowiedziany horror o między innymi nastolatce władającej nadzwyczajną mocą, którą wykorzystuje przeciwko osobom, które w jakiś sposób się jej naraziły. No nie. Dla mnie to bezapelacyjnie nie był dobry wybór.

czwartek, 19 września 2019

Zakupy


… czyli kolejna porcja książek, które na swoją kolej muszą jeszcze trochę (?) poczekać.

Stephen King „Instytut”
Edward Lee „Świnia”
Edward Lee „Wyrywacz rogów”
Raphael Montes „Dziewczyna w walizce”
Dan Simmons „Zimowe nawiedzenie”
Frank Schatzing „Odwet oceanu”
Sarah Waters „Ktoś we mnie”
Michel Bussi „Nie puszczaj mojej dłoni”
Louise Doughty „Mroczny zaułek”
Anna Snoekstra „Laleczki”
Luca D'Andrea „Istota zła”
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...