poniedziałek, 13 kwietnia 2015

„Mroczny las” (2003)


Producent Real TV, Gunnar, planuje zrealizować program telewizyjny, którego uczestnicy będą musieli przetrwać z dala od cywilizacji. Aby zsolidaryzować i przetestować swoją ekipę przed tym przedsięwzięciem mężczyzna organizuje kilkudniowy pobyt w swojej chatce w lesie, gdzie w dzieciństwie spędzał wakacje wraz z ojcem. Lasse, Elin, Sara i Per będą musieli przejść ciężkie próby sprawnościowe w trudnych warunkach naturalnych, bez kontaktu z resztą społeczeństwa, co według Gunnara pozwoli mu zorientować się, czy zasługują na pracę w Real TV. Tuż po przyjeździe mężczyźni znajdują opuszczony obóz nad stawem, w  którym z kolei odkrywają ciało kobiety. Pomimo nalegań Lassego, aby niezwłocznie zawiadomić policję Gunnar decyduje, że kilka dni zwłoki nikomu nie zaszkodzi.

Pierwszy pełnometrażowy film Norwega Pala Oie, późniejszego twórcy „Skjult”. „Mroczny las” został nominowany do Amanda Award w dwóch kategoriach: dla najlepszego filmu i najlepszego aktora, Kristoffera Jonera, który wystąpił również w drugim filmie Oiego, gdzie swoją kreacją zachwycił (i słusznie) opinię publiczną. Choć w Norwegii „Mroczny las” cieszył się całkiem sporym zainteresowaniem widzów w innych krajach przeszedł bez większego echa, również wśród krytyków. Moim zdaniem winy za taki stan rzeczy nie należy dopatrywać się w ignorancji widzów tylko w niezadowalającej dystrybucji poza granicami Norwegii. Europejski debiutant, jeśli nie ma szczęścia, nie może liczyć na szeroką dystrybucję na arenie międzynarodowej, a szkoda, bo jego produkcja odniosła na tyle satysfakcjonujący sukces w rodzimym kraju, że na bieżący, 2015 rok Oie zapowiedział premierę sequela.

Jak nakręcić idealny stateczny horror, który niepokoiłby oprawą audiowizualną, a nie daleko idącą dosłownością? Cóż, wystarczy nazywać się Pal Oie. Ten norweski twórca, jak dotąd zaprezentował światu jedynie dwa pełnometrażowe filmy, ale ich poziomem zdeklasował większość amerykańskich straszaków XXI wieku. Szerokiej publiczności zapewne znany jest norweski głośny horror Patrika Syversena zatytułowany „Manhunt – Polowanie”. Z „Mrocznym lasem” łączy go survivalowa konwencja, ale na tym analogie się kończą. Oie w przeciwieństwie do Syversena bardzo delikatnie podszedł do tego nurtu, rezygnując z hektolitrów krwi na rzecz mocnej aury wszechobecnego zagrożenia i wyalienowania, przebijających dosłownie z każdego kadru. Zapierające dech w piersi, surowe zdjęcia norweskiego, spowitego gęstą mgłą, posępnego lasu zahipnotyzowały mnie już po pierwszym spojrzeniu. Operator znakomicie skompilował piękno natury z jej mrocznością i nieokiełznaniem. Jego doskonale wykonana praca sprawiła, że miałam wrażenie, jakby jedną z bohaterek filmu była przyroda – obojętna na los ludzi, milcząca antagonistka. W survivalach akcentowanie zabójczych preferencji Natury jest bardzo ważne. Można to czynić dosłownie, jak w „Długim weekendzie”, albo postawić na niedopowiedzenia, niuanse, po które ochoczo sięgnął Oie. Reżyser znany jest ze swojego zamiłowania do spowalniania akcji, wyciszania, z którego paradoksalnie przebija większa groza, aniżeli z dynamicznych, wiele mówiących horrorów. Monotonny scenariusz Christophera Grondahla doskonale dopasował się do jego preferencji gatunkowych, wszak pozostawiał ogromne pole na raptowne zatrzymywanie akcji, które reżyser znakomicie zapełnił niewidoczną, acz silnie oddziałującą na zmysły widza obecnością czegoś nieznanego. Obok mrocznej kolorystyki, przygnębiających zdjęć i „paranoicznej” pracy kamery pomocą w akcentowaniu grozy służył główny motyw muzyczny, skomponowany przez Tronda Bjerknesa. Prosta, złożona dosłownie z kilku organowych tonów kompozycja, udowadniająca, że minimalizm porusza więcej wrażliwych strun u odbiorcy, aniżeli bezwładny huk.

Podczas, gdy większość survivali dosłownie wrzuca widzów w wir nieustającej akcji, napędzanej ciągłymi pogoniami po niezurbanizowanych terenach i sekwencjami krwawych mordów Oie od początku postawił na monotonię. Przy czym, paradoksalnie wyraził nią więcej, niż pierwszy lepszy dosłowny survival. Trudne położenie protagonistów podkreślał nie tylko usytuowanym z dala od cywilizacji miejscem akcji, ale również skomplikowanymi relacjami międzyludzkimi. Podporządkowana woli swojego pracodawcy ekipa Real TV aprobuje jego kontrowersyjne metody solidaryzowania grupy i karania za niesubordynację (czyli na przykład złamanie zakazu posiadania telefonu komórkowego i papierosów). Nie chcąc stracić dobrze płatnej posady bez większych sprzeciwów mężczyźni przyjmują nawet jego decyzję pozostawienia w stawie martwej kobiety do czasu zakończenia ich eskapady, nie informując o tym fakcie damskiej części zespołu. Ciało spoczywa w wodzie tuż przy opuszczonym obozowisku, należącym do niemieckich turystów, którzy najprawdopodobniej przybyli w te rejony przed miesiącem, aby zobaczyć miejsce katastrofy nazistowskiego samolotu. Brudne, sprawiające wrażenie wymarłego miejsce wkrótce staje się przestrzenią kumulującą największą grozę, przystanią tajemniczego prześladowcy, obserwującego naszych protagonistów z ukrycia i w pełnych napięcia ujęciach chyłkiem przemykającego między drzewami. Per, jako pierwszy odkrywa jego istnienie, ale z jakiegoś tylko sobie znanego powody nie informuje o tym fakcie reszty. Podobnie Lasse po zaatakowaniu przez niewidocznego oprawcę nie zastanawia się zbyt długo nad tym incydentem. Początkowo podejrzewa Pera, ale po wyjaśnieniu sprawy przechodzi nad tym do porządku dziennego. Ich niefrasobliwe zachowanie najłatwiej skwitować nielogicznością, w końcu sposób opowiadania historii obrany przez Oiego nie pozostawia miejsca na dokładne wyłuszczanie wszystkiego widzom (jak w hollywoodzkich obrazach). Reżyser nie bierze przykładu z większości amerykańskich twórców, którzy wątpiąc w inteligencję widza czują się w obowiązku wszystko im tłumaczyć, jak trzylatkom… Oie pozostawia spore niedopowiedzenia, również w relacjach międzyludzkich i zachowaniach bohaterów, ufając, że sami wypełnimy te luki. Tak, więc zastanawiające poczynania protagonistów wyjaśniłam sobie uzależnieniem od Gunnara, chorobliwym pragnieniem ostania się w jego ekipie. W moim odczuciu Lasse i Per podejrzewali, że za dziwaczne ataki na ich osoby odpowiadał Gunnar, chcący przetestować ich odwagę, dlatego też nie rozgłaszali wszem i wobec tych incydentów i nie zdecydowali się na opuszczenie obozu zanim nie było za późno. Ale oczywiście ten wątek fabularny można interpretować na inne sposoby, w końcu głównie na tym zasadza się nietuzinkowość przekazu Oiego.

Dosłownie wszystkie, a wbrew pozorom jest ich całkiem sporo, chwile szczytowej grozy dopracowano w najdrobniejszych szczegółach. Nie zasadzają się one na makabrze i ciągłej bieganinie po lesie (poza końcówką) tylko subtelnych manifestacjach tajemniczej obecności. Ilekroć w tle rozlega się charakterystyczna, niepokojąca organowa muzyczka można się spodziewać rychłego rzeczywistego bądź wyimaginowanego zagrożenia. Czy to w postaci z nagła wychylającego zza drzewa zamaskowanego mężczyzny, czy to duszenia przez materiał namiotu, czy wreszcie sygnalizowania zbliżania się jakiejś niezidentyfikowanej postaci do skrępowanego protagonisty. Oie każdą z tych sekwencji przeprowadził z maksymalną dbałością o reguły rządzące gatunkiem, całą swoją energię kierując na generowanie ciężkiego klimatu i paraliżującego napięcia. A to wszystko w otoczeniu wszechobecnego naturalizmu. Aparycja i charakterologia bohaterów są aż nadto zwyczajne, wyzbyte z wszelkich udziwnień charakterystycznych dla konwencji i mocnego makijażu, który jak to w hollywoodzkich filmach bywa zapewne sprowadziłby ich do pozycji plastikowych laleczek, z jakimi trudno się utożsamiać. Oie doskonale zdawał sobie sprawę, że to minimalizm, również w wyglądzie protagonistów jest kluczem do serc odbiorców, którym zawsze łatwiej solidaryzować się z osobnikami, wyglądającymi tak, jak ludzie mijani codziennie na ulicach, a nie wypacykowanymi wielkimi gwiazdami kina. Jedynym rozczarowującym momentem jest zakończenie. Co prawda całkiem zgrabnie kompiluje się z całością, ale po tego rodzaju bazującym na niuansach survivalu spodziewałabym się czegoś bardziej ambitnego, pozostawiającego pole do wielorakich interpretacji.

„Mroczny las” Pala Oiego to jeden z najlepszych survivali, jaki dane mi było zobaczyć. Nastrojowy, subtelny i pomimo swojej monotonii (albo dzięki niej) od początku do końca silnie angażujący uwagę widzów. Oczywiście, tych gustujących w minimalizmie i nienachlanej formie przekazu. Osoby ograniczające się do klasycznych, opartych na rąbankach survivalach raczej nie odnajdą się w tego typu, wyciszającym, straszącym subtelnościami kinie.

2 komentarze:

  1. Jasna cholera, na Filmwebie pokazuje mi, że widziałem ten film pięć lat temu i oceniłem go na osiem punktów, ale ni w ząb nie mogę go sobie przypomnieć, nawet po lekturze recenzji. Oby to nie były początki alzheimera ;) Skoro taki dobry, to wrzucam na liste tytułów do przypomnienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie no, tak źle to na pewno nie jest;) Ja mam czasem tak, że jak widzę w programie TV ciekawie zapowiadający się film i czytam parę recenzji to również jestem przekonana, że nie widziałam. Ale kiedy tylko film się zaczyna dociera do mnie, że jednak oglądałam. Może w tym przypadku będziesz miał podobnie - przypomnisz sobie na początku filmu.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...