Stronki na blogu

poniedziałek, 12 lutego 2024

„The Jester” (2023)

 
John Wheeler po nieudanej próbie odnowienia więzi z porzuconą córką Emmą zostaje zamordowany przez tajemniczego osobnika w upiornej masce, pomarańczowym garniturze i cylindrze. Zdarzenie zostaje zaklasyfikowane jako samobójstwo, a na pogrzebie mężczyzny nieoczekiwanie zjawia się Emma, dotąd niedostępna przyrodnia siostra mocno związanej z ojcem Jocelyn 'JC', powszechnie lubianej mieszkanki małego amerykańskiego miasteczka, marzącej o nawiązaniu relacji z odepchniętą córką Johna. Umówione spotkanie w barze nie przebiega jednak po myśli JC, halloweenowy wieczór dziewczyna spędza więc z najbliższymi przyjaciółmi, podczas gdy Emma praktycznie w pojedynkę zmaga się z niezwykłym prześladowcą w pomarańczowym garniturze. Zabójczym Błaznem.

Plakat filmu. „The Jester” 2023, Cinematic Productions, Epic Pictures

Zwieńczenie krótkometrażowej kolekcji Colina Krawchuka, oficjalnie otwartej w 2016 roku około dziesięciominutowym obrazem pt. „The Jester”, a kontynuowanej w latach 2018 i 2019 („The Jester: Chapter 2”, „The Jester: Chapter 3”). Pełnometrażowy debiut reżyserski Krawchuka oparty na jego własnym scenariuszu, wykorzystującym także pomysły Michaela Sheffielda, „drugiego ojca” viralowej trylogii o upiornym Błaźnie. Zdjęcia główne ruszyły w październiku 2022 roku, a zakończyły już w kolejnym miesiącu, po zaledwie czternastu dniach pracy. Wiosną 2023 ekipa jednak ponownie zebrała się na planie, gdzie tym razem działała trzy dni. Jednym za największych zaszczytów dla początkującego w długim metrażu reżysera było zaangażowanie najbardziej kojarzonego z kultowym horrorem „Blair Witch Project” (1999) Eduardo Sáncheza w charakterze producenta wykonawczego, starannie wyeksponowanego w czołówce filmu. Uwolnionego we wrześniu 2023 roku – w swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych trafił bezpośrednio na platformy VOD – niskobudżetowego slashera okolicznościowego.

Reżyser i scenarzysta „The Jester” w niektórych swoich publicznych wypowiedziach na temat rzeczonego przedsięwzięcia zastrzegał, że starał się przeżyć tę przygodę bez przesadnego rozmyślania o uwielbianych filmach grozy. Według niego bardzo łatwo przekroczyć granicę między hołdem a kradzieżą, żeby więc przypadkiem nie wpaść w tę pułapkę zachowywał – jak myślał – bezpieczną odległość. Unikał wpływów, ale nie popadał w skrajności – przyznał, że dopuścił do głosu „Halloween John Carpentera i twórczość Mike'a Flanagana, który zawsze imponował mu troską o postacie (inne nawiązania: wspomnienie Carrie przez sprzedawcę w sklepie i domowy seans Domu na Przeklętym Wzgórzu” Williama Castle'a). Colin Krawchuk i Michael Sheffield chcieli by „długi koncert” Błazna angażował publiczność w zakresie, w którym przynajmniej zdaniem tego pierwszego specjalizuje się twórca choćby takich dzieł, jak „Absentia” (2011), „Oculus” (2013), „Hush” (2016), „Zanim się obudzę” (2016), „Ouija: Narodziny zła” (2016), „Gra Geralda” (2017) i „Doktor Sen” (2019). Jak na ironię, człowiek, który ze zdwojoną ostrożnością poruszał się w pobliżu (nie przy samym brzegu!) uwodzicielskiego źródełka z „syrenimi muzami” przez część publiczności został uznany winnym podrabiania znanej marki. Posądzany o bezczelne kopiowanie „Terrifier” Damiena Leone'a, co teoretycznie mogło się zdarzyć, bo „Terrifier” wyszedł w roku 2011 – i to nie był debiut klauna Arta, bo ten odbył się już w roku 2008: short „The 9th Circle” oczywiście pana Leone'a – czyli pięć lat przed otwarciem krótkometrażowego tryptyku „The Jester” - ale nie jestem pewna, czy wszyscy oskarżyciele Colina Krawchuka skupiają się wyłącznie na tamtej wprawce do „Terrifier” (uwaga) z 2016 roku. Tytułowy antybohater halloweenowego slashera Colina Krawchuka swego istnienia nie może zawdzięczać pełnometrażowym osiągnięciom Damiena Leone'a (w Polsce dystrybuowanym pod tytułami „Masakra w Halloween” i „Terrifier 2. Masakra w Święta”), bo narodził się wcześniej. I pomyśleć, że Colin Krawchuk obawiał się, że jego „błazeńskie opowieści” będą w negatywnym sensie kojarzone z „Upiorną nocą Halloween” Michaela Dougherty'ego... Tak mówi, ale jak było naprawdę? Czy w wyborze ulubionego święta dla mima Krawchuka naprawdę nie dopomógł klaun z shortów Leone'a? Moja odpowiedź: nie mam bladego pojęcia. Jest jeszcze sprawa „Czarnego telefonu” Scotta Derricksona, filmowej adaptacji opowiadania Joe Hilla ze zbioru „Upiory XXI wieku”: kontrowersyjne podobieństwo plakatów. To wszystko (i jeszcze więcej) pogrążyło „The Jester” Colina Krawchuka – skazany na niesławę? - w oczach zwolenników gatunku. Nie wszystkich, ale nie da się ukryć, że jak na razie najbardziej wymagające filmowe przedsięwzięcie Krawchuka od swoich odbiorców głównie obrywa. Słusznie czy nie, nie mnie to oceniać. Wolę skupić się na własnych przeżyciach w świecie emanującej obcością zamaskowanej istoty z dosłownie wisielczym poczuciem humoru. W rzeczywistości „drugi ojciec” cyklu Michael Sheffield w niebanalnym przebraniu. Rodzice „błazeńskich opowieści” chcieli, żeby czarny charakter sprawiał ważenie w jakimś sensie nieobecnego; w niezwykły sposób oderwanego od rzeczywistości, uderzająco niepasującego „istnienia nieistniejącego”. Zabójca nieprzenikniony, kierujący się jakąś pokrętną, nieziemską logiką, „urwany nie wiadomo z jakiej choinki” i nie wiedzieć czemu „przyklejający się” do Johna Wheelera i jego córek. Produkt uboczny rodzinnego piekiełka, zrodzony z niefortunnej mieszanki emocji czy po prostu zwabiła go apetyczna (dla niego) mieszanka „kulinarnych zapachów”? Żerujący na ludzkiej krzywdzie. Zupka z poczucia winy, rozpaczy, żalu, nienawiści i gniewu.

Źródło: https://www.walkdenentertainment.com/

Czołówka „The Jester” Colina Krawchuka to też prezentacja gospodarza tego mrocznego cyrku. Właściwie moje myśli uparcie krążyły wokół serii „Halloween” zapoczątkowanej w 1978 roku przez Johna Carpentera – sesja zdjęciowa, nie wiedzieć czemu, przywołująca wspomnienie sławnej dyni z uniwersum Michaela Myersa. W prologu widzimy zdesperowanego mężczyznę, który przez telefon błaga niejaką Emmę o danie mu szansy na odnowienie ich relacji. Pragnie naprawić to, co zepsuł... albo mówi to, co chce usłyszeć natręt w krzykliwym wdzianku, który wykorzystując swoje nadprzyrodzone moce niebawem uśmierci wzgardzonego ojca. Porzucona córka odpłaciła się pięknym za nadobne, ale ewentualne poczucie satysfakcji prędko mogło zastąpić ogromne poczucie winy. Emma (przeciętna kreacja Lelii Symington; najmniej przekonującej w największych wybuchach emocji, kiedy jej bohaterka całkowicie się im poddaje) co prawda twierdzi, że nie przejęła się samobójstwem Johna Wheelera („ojciec”, „tata” - te słowa nie przejdą jej przez gardło, niemniej to w każdej chwili może się zmienić), ale widzów prawdopodobnie będzie jej trudniej przekonać niż własną matkę. Gdyby kobieta wiedziała o tym nieszczęsnym telefonie też pewnie miałaby poważne wątpliwości w kwestii dobrego samopoczucia Emmy. Piętno ojcobójczyni? W każdym razie obawiałam się, że odtrącona w dzieciństwie córka dożyje swoich dni ze świadomością popchnięcia rodziciela do samobójstwa. Zostawiona przez człowieka, który lata później poprosi o wybaczanie. A Emma poniewczasie przekona się, że szczęśliwi ci, którzy przychylają się do takich próśb. Pielęgnowanie nienawiści, chowanie urazy, unoszenie się także słusznym gniewem... I człowiek nie żyje, a dusza Emmy najpewniej obficie krwawi. Trujące emocje, którymi zdaje się rozkoszować stalker w tanim garniturze. Kolorowa postać, a przy tym - jeśli chodzi o mnie - autentycznie niepokojąca. Z reakcji widzów na „The Jester” wnoszę, że nie ma wielkiego zapotrzebowania na „rozmnażanie klauna Arta”, ja jednak chętnie popatrzyłabym sobie na rozrost takiej gałęzi w podgatunku slash, ewentualnie slash and gore. Sadystyczni kawalarze w szykownych wdziankach. Obłąkana pantomima, prestidigitatorskie sztuczki, makabryczne wygłupy namolnych przebierańców. Morderczy trefniś Colina Krawchuka i Michaela Sheffielda, podążając za starszą siostrą, jednych zabija, innych oszczędza. Takie tam kaprysy nadnaturalnego maniaka? Emma zajmuje się techniką sceniczną – aktualnie pracuje dla zespołu rockowego – śmierć ojca skłoniła ją jednak do zrobienia sobie krótkiej przerwy w tournée, by móc uczestniczyć w uroczystości pogrzebowych zorganizowanej w małym amerykańskim miasteczku. Miejscowości, w której John Wheeler uwił sobie drugie rodzinne gniazdko i tak się złożyło, że wybrana córka jako pierwsza została zupełnie sama na tym podłym świecie. Właściwie Jocelyn (też taka sobie gra Delaney White) – dla znajomych JC – zawsze może liczyć na przyjaciół, a i sąsiedzi w razie potrzeby pewnie pomocy by jej nie odmówili. Tak czy inaczej, prawdziwa dusza towarzystwa z gołębim sercem. Podczas gdy Emma odpycha od siebie ludzi (efekt odepchnięcia przez ojca?), Jocelyn ich przyciąga. Jedna zamknięta na bliźnich, droga szeroko otwarta. Zimna i ciepła. Sympatyczna... i charyzmatyczna. Z ręką na sercu bardziej ciągnęło mnie do tej nieprzystępnej – nie wiem, czy wyczułam w niej bratnią duszę, czy to kwestia większego zaangażowania autorów w budowanie sfery wewnętrznej Emmy i zarazem dużo mniejszej przejrzystości tej postaci. JC jest jak otwarta księga, zatem widzowie lubiący odkrywać postacie, jeśli już, to bardziej zaintrygowani będą jej przyrodnią siostrą. Jocelyn zaplanowała sobie całe życie i choć teraz, co zrozumiałe, przeżywa kryzys, ogólnie rzecz biorąc w jej wnętrzu panuje nieskazitelny porządek. Poukładana dziewczyna, która nawet jeśli nie wie, czego tak naprawdę pragnie od życia, to przynajmniej wyznaczyła sobie jakiś kierunek. Może to nie jest jej wymarzona przyszłość, ale w odróżnieniu od Emmy stawia sobie jakieś cele. Ta druga żyje z dnia na dzień, biorąc co się nawinie i nie zaprzątając sobie głowy przyszłością. Przyszłość to mrzonka, ale nie obraziłaby się, gdyby mogła jeszcze trochę pożyć w rozjazdach. Polubiła to, co się nawinęło i niejako wbrew sobie polubiła młodszą siostrę. Łatwiej byłoby ją znienawidzić, jak dawcę nasienia (w przypadku Emmy) i wzorowego ojca (w przypadku Jocelyn) – takie myśli spokojnie mogą chodzić po głowie wzgardzonej córce, z drugiej strony pogrzeb mógł być tylko pretekstem do spełnienia sekretnego marzenia o nawiązaniu przyjaźni z dziewczyną, która w gruncie rzeczy niczym nie zawiniła. Niewyszukana saga rodzinna, w którą się wkręciłam. Małomiasteczkowa sceneria skąpana w „głośnej ciszy”, bynajmniej plastikowa płaszczyzna wizualna – pożądanie ciężkawa aura – i lekki niedosyt halloweenowych dekoracji, wszak nie zaszkodziłoby bardziej wczuć się w klimat świąt. „Krwawa uczta” też niespecjalnie wystawna, nie byłabym jednak sobą gdybym nie doceniła wykorzystania praktycznych efektów specjalnych. I, jakkolwiek to zabrzmi (chore), kreatywności w okaleczaniu chłopaka na festynie.

Wiem, popłuczyny po „Terrifier” Damiena Leone'a, nie zgrzeszę więc rekomendowaniem tego trunku. Wyskokowego napoju Colina Krawchuka, reżysera rozbudowującego świat przedstawiony w trylogii o upiornym figlarzu w masce upiornego klauna pt. „The Jester”. Rozkoszny slasher pełnometrażowego debiutanta, który ma tak złą „prasę”, że lepiej nie polecać. Jeszcze mi życie miłe:) Dość się naraziłam deklarując sympatię dla tego „przebrzydłego kradzieja”. Zatem zamilknę już.

sobota, 10 lutego 2024

„A Creature Was Stirring” (2023)

 
Licencjonowana pielęgniarka Faith mieszka ze swoją nastoletnią córką Charm w piętrowym domu w Louisville w stanie Kentucky, nie tracąc nadziei na wyciągnięcie córki z ciemności. Dziewczyna zmaga się z tajemniczą chorobą, która izoluje ją od społeczeństwa. Wymaga całodobowej opieki, którą w zaciszu domowym w pojedynkę zapewnia jej matka niemająca wątpliwości, że Charm stanowi poważne zagrożenie dla innych. Na przykład dla świątecznych intruzów, młodego rodzeństwa podobno szukającego schronienia przed zamiecią śnieżną. Niewykwalifikowanych włamywaczy przyłapanych na gorącym uczynku przez waleczną panią domu.

Plakat filmu. „A Creature Was Stirring” 2023, Skubalon Entertainment, Paper Street Pictures

Po zakończeniu prac nad swoim pełnometrażowym debiutem reżyserskim, „Godziną oczyszczenia” (2019), Damien LeVeck założył firmę producencką Skubalon Entertainment, szeroko otwartą na scenariusze zarówno doświadczonych jak początkujących pisarzy – opcja na stronie internetowej Skubalon, z której skorzystał Shannon Wells, autor wielowarstwowej opowieści grozy, na którą niemały wpływ wywarły monster movies z lat 80. XX wieku. LeVeck stwierdził, że to jeden z najlepszych scenariuszy, jakie w życiu przeczytał – skupiony na postaciach, poruszający trudne tematy gatunkowy torcik z niesamowitą wisienką w postaci pomysłowego potwora – i tak zaczęła się ścisła współpraca Damiena LeVecka ze stawiającym pierwsze kroki w branży filmowej Shannonem Wellsem. „A Creature Was Stirring” kręcono w Louisville w stanie Kentucky (tam też toczy się akcja filmu) w prawdziwym budynku niezupełnie pokrywającym się z geografią domu ze scenariusza. Filmowcy obejrzeli mnóstwo nieruchomości i choć poszukiwania trwały długo, wiedzieli, że budowa planu od zera pochłonęłaby jeszcze więcej czasu i nie zmienili zdania nawet gdy nabrali przekonania, że w całym Kentucky nie ma ani jednego domu z sypialnią na piętrze połączoną z łazienką (pokój Charm). Ten problem rozwiązały drobne sztuczki operatorskie – większym wyzwaniem było „wywołanie” zamieci śnieżnej w środku lata. Za oknami domu Faith i Charm ostra zima, a na planie potworny upał.

Kiedy Damien LeVeck miał około jedenastu lat rodzice pozwolili mu obejrzeć „Egzorcystę” Williama Friedkina i od tamtej pory na pytanie „kim chcesz zostać w przyszłości?” pewnym głosem odpowiadał „chcę kręcić filmy”. Wybitna ekranizacja powieści Williama Petera Blatty'ego, obok „Obcego – ósmego pasażera Nostromo” Ridleya Scotta, jest ulubionym horrorem twórcy sporo jej zawdzięczającej „Godziny oczyszczenia”. Damien LeVeck jest pewien, że „Egzorcysta” zasiał w nim fascynację zjawiskami paranormalnymi/demonicznym, tym samym kładąc fundament pod jego działalność twórczą. Uwolniony w grudniu 2023 roku na platformach streamingowych amerykański horror świąteczny „A Creature Was Stirring” głośniej odwołuje się jednak do innej miłości Damiena LeVecka: filmów o potworach i innych dziwnych stworzeniach z szalonych lat 80. XX wieku (a jego ulubieńcami „Gremliny rozrabiają” i przedstawiciel kolejnej dekady „Gremliny 2” Joe Dantego). Stąd neonowe kolory, zdaniem reżysera tego świetlnego widowiska, wyróżniające go na tle innych współczesnych horrorów świątecznych. Cóż, chyba nie widział „Ściętej nocy” Joe Begosa... Tak czy inaczej, LeVeck mógł upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – czarować świątecznym klimatem i wspomnieniem światów w technikolorze. Przemyślane efekty laserowe: sprzężenie zwrotne ściennego koncertu świetlnego z zamieszaniem w głowie uginającej się pod ciężarem odpowiedzialności, tracącej kontrolę, okrutnie zdesperowanej jednostki. I nieprzypadkowe tła dla pozostałych postaci. Niebieski i czerwony dla nastolatki; zielony i magenta dla nieproszonych gości. Intrygujące wcielenie Annalise Basso, którą fani gatunku mogli widzieć choćby w „Oculus” i „Ouija: Narodziny zła” Mike'a Flanagana czy „Slender Man” Sylvaina White'a. Uzdolniona artystycznie fanka Green Lantern (pol. Zielona Latarnia) od DC Comics, pracująca nad własną powieścią graficzną. Historią mroczną, ale niepozbawioną nadziei. Komiksowa pasja nastoletniej Charm będzie wtrącać się w rodzinną opowieść Shannona Wellsa. Koszmar matki i córki. Faith (perfekcyjna gra Chrissy Metz), dyplomowana pielęgniarka, absolwentka Uniwersytetu Kentucky z jakiegoś powodu „wygumkowała” (wycięła ze wszystkich wspólnych zdjęć) ojca Charm i najwyraźniej przerwała satysfakcjonującą karierę zawodową, gdy jej jedyne dziecko zapadło na tajemniczą chorobę. Tuż przed bajecznie udźwiękowioną czołówką – muzyczny motyw przewodni, korespondujący z baśniową tonacją filmu utwór „What Child is This” Cat Jahnke – oglądamy poniżający pomiar temperatury ciała, ponad wszelką wątpliwość będący częstym zjawiskiem w tym zagadkowym domu, a zaraz potem dziewczyna zostaje odprowadzona przez matkę do swojego pokoju, gdzie grzecznie wkłada oczywiście czerwony ochraniacz głowy, a stojąca w korytarzu Faith starannie rygluje drzwi. Na odchodne uziemiona córka przemówi do niej nieswoim głosem. Głosem demonicznym. A jednak opowieść o opętaniu! I tak, i nie. W przypadku Charm myśli odbiorcy są pchane nie tyle w stronę „syndromu Regan MacNeil”, ile „syndromu Davida Kesslera” z „Amerykańskiego wilkołaka w Londynie” Johna Landisa. Istota zmiennokształtna – lykantropia lub coś innego – pechowa dziedziczka à la Carrie White bądź ofiara jakiejś nieznanej naukowcom zarazy. Zabójczy sekret rodzinny.

Kadr z filmu. „A Creature Was Stirring” 2023, Skubalon Entertainment, Paper Street Pictures

Na pokładzie „A Creature Was Stirring” Damien LeVeck miał przyjemność współpracować z aktorką, która na szczycie swojej listy ulubionych filmowych horrorów też ma „Egzorcystę” Williama Friedkina. I większe doświadczenie zawodowe z tym gatunkiem od dyrektora omawianej produkcji. Mowa o Scout Taylor-Compton (m.in. „Prima aprilis” Mitchella Altieri i Phila Floresa, „Zombies” J.S. Cardone'a, „Halloween” i „Halloween 2” Roba Zombie, „Feral” Marka Younga, „Wieczna noc” Richa Ragsdale'a), której LeVeck powierzył rolę Liz, bogobojnej włamywaczki ze zrobionymi specjalnie na potrzeby filmu dredami. Jej wspólnikiem w rzekomej zbrodni jest wyluzowany Kory (sympatyczna kreacja Connora Paolo, który wśród swoich grozowych ulubieńców wymienia „Nie oglądaj się teraz” Nicolasa Roega i „Mów do mnie!” Danny'ego i Michaela Philippou), niesforny braciszek, który podobno musi opędzać się od kobiet. „Pies na baby”, ale na pewno nie w opinii jego siostry. Liz myśli, że to czcze przechwałki... bo Liz nie widzi tego, co my? Tak czy inaczej, jakieś ziarna prawdy w jego nieskromnych opowieściach mogą tkwić. Opowieściach snutych w mocno niepewnym schronieniu przed zamiecią śnieżną. Kontrolowane wykolejenie podgatunkowego pociągu - zaplanowana wywrotka home invasion w niekonwencjonalnie nawiedzonym domu. Eksperymentalna mikstura, która średnio mi smakowała. Zabrakło paliwa na środkową partię „A Creature Was Stirring”. Miała być głęboka opowieść o separacji, wyrzutach sumienia i niszczącym uzależnieniu, nieustraszony spacer po mrocznych korytarzach ludzkiego umysłu, wytrwała eksploatacja postaci... Przynajmniej część z tych obietnic znajdzie pokrycie w osobliwym domu pani Faith, trzeba jednak uzbroić się „w nadludzką” cierpliwość. Uparte zbaczanie z tematu, odbijanie się od ścian w oczekiwaniu na wielki finał. Świat w zawieszeniu. Pogubieni w niewielkiej nieruchomości, jakby uciekający przed fabułą w jaskini bestii. Spacerki zamazanej sylwetki, nużąca zabawa w chowanego z cieniem, bezkształtną czarną plamą przemykającą po stylowych wnętrzach zakopanego domku. Zimowa Strefa Mroku. Niewiarygodne rozmowy (absurdalna przygoda w kuchni), znikające tunele (trzymająca w napięciu akcja ratownicza w przeraźliwie ciasnym „przewodzie śnieżnym”), komiczne fantazje seksualne (mokry sen z superbohaterem, urocza wariacja na temat publikacji DC Comics) i makabryczne metamorfozy. Wsłuchali się twórcy „A Creature Was Stirring” w głosy tych długoletnich fanów horrorów, dla których niedoścignionym mistrzem w sztuce przeobrażenia jest „Amerykański wilkołak w Londynie” Johna Landisa. Dla nich praktycznie nieprzerwana ewolucja efektów specjalnych jest ewolucją wsteczną. A przynajmniej w tym jednym gatunku woleliby żeby zostało po staremu, żeby tak zwany postęp technologiczny szerokim łukiem omijał królestwo horroru. Nieuleczalni wielbiciele dodatków praktycznych, atrakcji obecnych na planie. Myślę, że dla samej akcji inicjującej „świeckie egzorcyzmy”, mięsnej prezentacji w sypialni z przylegającą doń łazienką, w której stoi duża wanna zwykle wypełniania lodowatą woda, warto obejrzeć „A Creature Was Stirring” Damiena LeVecka. Stara szkoła body horroru w pokoju dziewczyny z aparatem fotograficznym, którym zapewne nie pogardziłaby Lydia Deetz z „Soku z żuka” Tima Burtona. Najefektowniejszy moment „A Creatrure Was Stirring” (o body horror twórcy jeszcze zahaczą w finalnym pojedynku), który byłby moim jedynym kandydatem na wizytówkę tej produkcji, gdyby nie moment najefektywniejszy. Szokujący obrót spraw. Coś tam przeczuwałam, ale nie aż tak. W gruncie rzeczy takie chwyty już stosowano (dlatego byłam przygotowana na największą rewelację „aktu” przedostatniego), współczesne kino grozy nie przyzwyczaiło mnie jednak do takich pożegnań. Tonacja „A Creature Was Stirring” też nie zapowiadała takiego rozwiązania. Monster movie nietraktujący siebie zbyt serio, horror z lekkim przymrużeniem oka. Owszem, niewesoła saga rodzinna, ale w subiektywnym odczuciu niepogrążona w depresji, nieskąpana w ciężkiej mgle beznadziei, niekiedy nawet zdobywająca się na nieczerstwy dowcip, dostrzegająca humorystyczne akcenty w swoim niegodnym pozazdroszczenia położeniu. W niezamkniętej studni rozpaczy, w niepełnej gotowości bojowej, w walecznym nastroju podnoszącym na duchu współczującego widza. Żałuję, że nie przemówiła do mnie strategia na środkową partię. Marazm skąpo poprzetykany pożądaną emocją.

Świąteczny lockdown z egzotycznym stworzeniem. Nierówna opowieść nawiązująca do horrorów o potworach z przedostatniej dekady XX wieku. Współczesna baśń rodzinna niestandardowo poruszająca się w ramach niejednego podgatunku. Dekonstrukcja monster movie, ghost story, home invasion i werewolf movie z drobnymi ustępstwami na rzecz wieloletniej fascynacji reżysera opowieściami o demonicznym opętaniu. Pomieszanie z poplątaniem „w Technicolorze”. Ambiwalentne doznania z „A Creature Was Stirring” Damiena LeVecka, horrorem miotającym się między głębią i pustką.

czwartek, 8 lutego 2024

„Slime City” (1988)

 
Student Alexander Carmichael wynajmuje mieszkanie w starej nowojorskiej kamienicy należącej do starszej pani imieniem Lizzy. Chłopak jest przekonany, że w budynku są sami emeryci, ale już w dniu przeprowadzki poznaje uwodzicielską sąsiadkę, a wkrótce potem zostaje zaproszony na kolację przez innego młodego lokatora, niepublikującego poetę Romana, który częstuje gościa zielonym jogurtem i mocnym winem podobno będącym spuścizną po alchemiku Zacharym. Przygotowany według sekretnej receptury od dawna nieżyjącego człowieka napój uderza do głowy nowemu najemcy, a rano Alex budzi się skąpany w lepkim śluzie. Jego ciało się topi, a jedynym sposobem na odwrócenie tego procesu jest odbieranie życia innym.

Plakat filmu. „Slime City 1988, Bare Bones Productions

W 1987 roku wychowany w prowincjonalnym rejonie stanu Nowy Jork absolwent School of Visual Arts na Manhattanie Gregory Lamberson pokazał się - w niewielkiej, niewymienionej w czołówce roli - w horrorze komediowym „Byłem zombie” w reżyserii Johna Eliasa Michalakisa, a już w następnym roku zaprezentował swoje pierwsze reżyserskie dokonanie, zrealizowany za około stu tysięcy dolarów body horror „Slime City” oparty na jego własnym scenariuszu. Efekt wychowania na filmach o gigantycznych potworach, fantastyce naukowej Rogera Cormana i zwariowanych historiach wytwórni Hammer. W dzieciństwie ogromne wrażenie wywarł na nim też „Potwór z Czarnej Laguny” Jacka Arnolda ze stajni Universal International Pictures, ale największy wpływ na jego twórczość miała telewizyjna adaptacja opublikowanej później powieści Jeffa Rice'a pt. „The Kolchak Papers”, wyreżyserowany przez Johna Llewellyna Moxeya horror „The Night Stalker” (1972) oparty na scenariuszu wielkiego Richarda Mathesona. Swoje zrobiła też uwielbiana przez niego seria komiksów (Marvel) „The Tomb of Dracula” Gerry'ego Conwaya , Archiego Goodwina, Gardnera Foxa i Marva Wolfmana.

Jeden z dyrektorów Buffalo Dreams Fantastic Film Festival, twórca między innymi „Naked Fear” (1999), „Killer Rack” (2015) i „Latarni wdowy” (2019), autor choćby takich powieści jak „The Julian Year” (2014), „Black Creek” (2016) czy cyklu „The Jake Helman Files”, otwartym jego literackim debiutem „Personal Demons” (2002) i oczywiście pierwotnie wydanego w 2007 roku utworu „Johnny Gruesome” przeniesionego na ekran jedenaście lat później (reżyseria i scenariusz: autor powieściowego oryginału), Gregory Lamberson, zaczynał (nie licząc epizodycznego występu w niskobudżetowym horrorze Johna Eliasa Michalakisa) w Szlamowym Mieście, do którego wrócił wiele lat później – luźny sequel pt. „Slime City Massacre” uwolniony w 2010 roku. Sequel kultowego koszmarka „filmowca mikrobudżetowego” - określenie samego Gregory'ego Lambersona, nominowanego do Nagrody Brama Stokera wszechstronnego artysty, którego serce bije dla horroru. W każdym razie w tym gatunkowym królestwie najczęściej przesiaduje... przeklinając w duchu „Dirty Dancing” Emile Ardolino? To może za mocno powiedziane, ale inaczej mogła się potoczyć kariera Lambersona, gdyby nie przebojowy wirujący seks. Sprzątnął mu sprzed nosa wymarzony kontrakt dla „Slime City”. Młody aspirujący filmowiec Gregory Lamberson miał rozpocząć negocjacje z firmą Vestron Pictures, zainteresowaną sfinansowaniem jego pierwszego projektu. Byli już po rozmowie wstępnej, która wprawdzie nie przebiegła po myśli Lambersona, ale jego scenariusz najwyraźniej obronił się sam. Pozornie fartowny scenariusz, na zrealizowanie którego ambitny żółtodziób pragnął pozyskać pół miliona dolarów. Dopiero po złapaniu kury znoszącej złote jajka („Dirty Dancing”) na najwyższych szczeblach Vestron zapadła decyzja o niepodpisywaniu umowy z Gregorym Lambersonem. Dziękujemy za poświęcony czas, ale jednak nie kupimy „Slime City”. Po co babrać się w paskudnym horrorze, gdy masz taki hit jak „Dirty Dancing”? „Miałeś chamie złoty róg”... Ale nie, szczęśliwie dla fanów paskudnych horrorów Lamberson się nie poddał. Po roku „żebrania” (proszenia o pieniądze kogo się da) z jedną piątą zakładanego budżetu ruszył z tym koksem. Lepiej działać z tym co się ma, niż marnować kolejne lata na odbijanie się od drzwi gabinetów producentów filmowych. Najwyższy czas dołączyć do ich grona – scenarzysta i reżyser „Slime City” to też jeden z jego czołowych producentów i współmontażysta. Pora nakręcić film, który w przyszłość będzie kojarzony z „Wiklinowym koszykiem” i „Zniszczeniem mózgu” Franka Henenlottera, „Ulicznym chłamem” J. Michaela Muro, „Creep” Tima Rittera, a nawet z „Zza światów” Stuarta Gordona i „Martwicą mózgu” Petera Jacksona. Body horror bynajmniej w stylu Davida Cronenberga. Takiej powagi w Szlamowym Mieście miłośnicy opowieści makabrycznych nie uświadczą. Mnie przypomniała się „Substancja” Larry'ego Cohena, „Plazma” Chucka Russela... oraz kilkanaście lat młodszy „Gówniany horror” Ricka Popko i Dana Westa, ale cronenbergowskie „Dreszcze” absolutnie mnie nie ogarnęły, jego „Wściekłość” nie dopadła... A „Mucha”? Hmm, to dopiero zagwozdka. Wypuszczony w 1986 roku mój ulubiony film mistrza body horroru spokojnie mógł dokarmiać wyobraźnię twórców efektów specjalnych do „Slime City”, a i wcale bym się nie zdziwiła, gdyby sam kierownik artystyczny przynajmniej na etapie produkcji był pod wpływem wybitnej readaptacji opowiadania George'a Langelaana, ewentualnie remake'u horroru science fiction Kurta Neumanna z 1958 roku. Owszem, widać podobieństwo między Sethanielem 'Sethem' Brundle'em a Alexandrem 'Alexem' Carmichaelem, podejrzewam jednak, że sam Gregory Lamberson przyznałby, że „Slime City” to niższa liga jakości. Ale bądźmy uczciwi - mieć sto tysięcy dolarów to nie to samo co mieć piętnaście milionów dolarów (szacunkowy budżet „Muchy” Cronenberga). Kiepskie usprawiedliwienie, bo „Martwe zło” Sama Raimiego? Po pierwsze ten jaskrawy przykład zrobienia czegoś monstrualnego praktycznie z niczego przy „Slime City” może uchodzić za prawdziwego bogacza (budżet arcydzieła Sama Raimiego miał sięgnąć co najmniej trzystu pięćdziesięciu tysięcy dolarów), a po drugie nie bardzo wiem, co tu usprawiedliwiać;)

Plakat filmu. „Slime City 1988, Bare Bones Productions

Zostawmy „Muchę” Davida Cronenberga – spójrzmy na współczesne krwawe horrory (ale nie patrzmy na „Terrifier 2. Masakra w Święta” Damiena Leone'a, bo gość nie idzie z duchem czasu). Przyłóżmy efekty specjalne ze „Slime City” do supernowoczesnych dodatków makabrycznych. I co, te drugie nadal wyglądają makabrycznie? Co Wy wiecie o ucztach gore – w latach 80. XX wieku to były uczty. Było mięsko, a nie same płyny. Czasami i sztucznej krwi zabraknie – chlapanie wirtualne, bo po co się brudzić? W latach 80. nikogo nie chwalono (a przynajmniej nie było to godne wzmianki wydarzenie z planu) za wylanie paru szklanek „czerwonej farby. Opróżniali całe kanistry i szumu nie było. Niebłoga cisza. O ile w czepku się nie urodziłeś:) Tak czy owak, ówcześni czarodzieje gore nie mogli w takim stopniu polegać na szkarłatnej substancji, jak najwidoczniej polega się dziś. Na efektach nie oszczędzali. Zawsze mnie bawiło, że ubogi przedstawiciel kina gore z drugiej połowy XX wieku potrafi nosić się nieporównywalnie mniej skromnie od bogatego (dobra, niech będzie klasa średnia) przedstawiciela kina gore z pierwszych dekad XXI wieku. Innymi słowy, większa szansa na huczne przyjęcie makabryczne w przeszłości niż teraźniejszości. Na przykład w Szlamowym Mieście – tak, tak, tam idź jeśli szukasz opowieści niepatyczkującej się, nie obchodzącej z widzem jak z jakiem. Jeśli rajcują Cię chore klimaty filmowe. Z tych mniej poważnych. W zasadzie „Slime City” Gregory'ego Lambersona to „obskurniak” z głupawką. Śluzowate szaleństwo świadome zbieżności osób (nie nazwisk) z „Niewidzialnym człowiekiem” chyba Jamesa Whale'a, ale jego ojcem jest oczywiście Herbert George Wells. Topiący się człowiek – Alexander 'Alex' Carmichael, w którego w całkiem zacnym stylu wcielił się Craig Sabin (początek długoletniej współpracy z Gregorym Lambersonem) – w brudnym Nowym Jorku. Poznajemy go jako pilnego studenta pracującego w wypożyczalni kaset VHS, zaręczonego z kształcącą się na tym samym uniwersytecie dziewczyną imieniem Lori (przyzwoita kreacja Mary Huner), która mieszka z rodzicami, ale myśli o wprowadzeniu się do Alexa. Dopóki waletował u najlepszego przyjaciela Jerry'ego (T.J. Merrick, od którego oczu nie mogłam oderwać; co za charyzma!) nie musiała się nad tym zastanawiać, ale teraz, kiedy jej wybranek ma już własny kąt (tj. wynajęty) nie widzi powodu by dłużej odkładać wylotu z rodzinnego gniazda. Jak tylko ukochany urządzi się w mieszkaniu, które razem wybrali, dziewczyna też się przeprowadzi. Przyszła czy niedoszła żona? Uraczony pysznym zielonym jogurtem i diabelnie mocnym napojem – nazywają go winem i mówią, że to wynalazek od dekad nieżyjącego alchemika, parającego się okultyzmem ojca właścicielki kamienicy, niejakiego Zachary'ego. Sekretna receptura autora rozchwytywanej przez adeptów wiedzy tajemnej – tylko jednej – książki. W sumie odbiorca „Slime City” zapewne nieufnym okiem będzie spoglądał na cały pakiet dla gościa. Poetyczna dusza gotycka, doskonale pasująca do najbliższej sąsiadki Alexa, wyzywającej damy w czerni – młody mężczyzna o imieniu Roman, raczej nie przypadkiem diametralnie zmienia dzieje biednego studenta. Pewna wróżka twierdzi, że chłopaka nie da się uratować, że jego dusza bezpowrotnie wpadła do Piekła. Bo jadł jogurt i pił bimber?! Sami widzicie, jak łatwo wpaść w łapska Złego. A potem już prosta droga do miażdżenia głów bezdomnym, rzucania się z brzytwą na prostytutki i obcinania dłoni członkom gangów ulicznych. Najlepsze twórcy przygotowali na koniec – naszło mnie cudowne wspomnienie „Re-Animatora” Stuarta Gordona, genialnej adaptacji opowiadania Howarda Phillipsa Lovecrafta - prawdziwe szaleństwo z zębami nie tam gdzie trzeba;) Rąsia Addamsów i pełzający mózg. Więcej nie zdradzę, bo i tak nie zrozumiecie, wszak to jedno z tych „życiowych” doświadczeń, które trzeba przeżyć osobiście, żeby objąć czymś tam - nie rozumem, bo rozum w Szlamowym Mieście chyba zapadł w śpiączkę – ogrom ostatecznej konfrontacji w starej kamienicy z piekła rodem (podpatrzone w „Dziecku Rosemary” Romana Polańskiego?). To jest prawdziwa Sztuka. Hahaha.

Tak głupi, że aż fajny. Oblech Gregory'ego Lambersona, który obrósł małym kultem. Absurdalna historyjka z morałem: nigdy, przenigdy nie bierz słodyczy od sąsiadów. Bo się rozpuścisz. Śmiej się, śmiej, ale w razie wpadki nie mów, że nikt Cię nie ostrzegał. Chodzący gejzer kleistego śluzu, zgniłożółtej ropy i (Regan MacNeil zna to) zielonych rzygowin to nie bohater tragiczny jakiejś legendy miejskiej, on żył naprawdę. W ujmującym body horrorze „Slime City”. Filmie nie do zapomnienia.

wtorek, 6 lutego 2024

Grady Hendrix „Jak sprzedać nawiedzony dom”

 
Louise Joyner, trzydziestodziewięcioletnia magister wzornictwa przemysłowego mieszkająca w San Francisco ze swoją pięcioletnią córką Poppy, odbiera telefon od dawno niewidzianego młodszego brata Marka i zostaje ogłuszona informacją o śmierci rodziców w wypadku samochodowym. A potem naprędce organizuje powrót w rodzinne strony, do hrabstwa Charleston w Karolinie Południowej, gdzie ma odbyć się pogrzeb Erica i Nancy Joyner, twardo stąpającego po ziemi nauczyciela akademickiego i niestabilnej emocjonalnie lalkarki, którzy mieszkali w wybudowanym w 1951 roku skromnym domu w stylu ranczerskim w Mount Pleasant. Wypełniona ukochanymi środkami pracy znanej lokalnie twórczyni chrześcijańskiego teatrzyku lalkowego, nieruchomość jest głównym przedmiotem spadku i nową osią sporu między od lat zwaśnionym rodzeństwem. Niezawodną Louise i niezaradnym Markiem. Kobieta nie przewiduje pojednania z człowiekiem, który w jej przekonaniu bezlitośnie pasożytował na rodzicach, zazdroszcząc zawsze ciężko pracującej siostrze życiowych sukcesów. Louise chce tylko zorganizować godny pogrzeb rodzicom, przygotować odziedziczoną nieruchomość do sprzedaży i na zawsze pożegnać się z najbliższym żyjącym krewnym. Przeczuwała, że nie pójdzie gładko, ale kto by się spodziewał konieczności oczyszczenia masy spadkowej z nadnaturalnej energii? W każdym razie Louise na pewno nie tak wyobrażała sobie szykowanie domu rodzinnego do sprzedaży.

Okładka książki. „Jak sprzedać nawiedzony dom”, Zysk i S-ka 2024

Pandemia COVID-19. Grady Hendrix, autor między innymi „Horrorstör”, „Sprzedaliśmy dusze”, „Moja przyjaciółka opętana”, „Poradnika zabójców wampirów klubu książki z południa” i „Final Girls. Ostatnich ocalałych”, przybywa do Karoliny Południowej, aby zaopiekować się rodzicielką, która podupadła na zdrowiu. Pewnego dnia wchodzi do jej zagraconego garażu i nawiedza go przerażająca i zarazem inspirująca myśl: jeśli mama umrze będę musiał sam posprzątać tej bajzel. Grady dobrze pamięta sprzątanie nieruchomości odziedziczonych przez jego znajomych. Pomagając zrozpaczonym spadkobiercom przekonał się, jak dziwnym doświadczeniem jest obcowanie z przedmiotami, które zostały po zmarłych. Zrozumiał, że większość z nas wcześniej czy później zostanie przygnieciona lawiną rzeczy należących do ukochanych nieobecnych. Zgromadzonych przez ludzi, których już nie ma. Hendrix dużo też myśli o wpływie rodziny na życie człowieka, o niematerialnym dziedzictwie, nierozerwalnych związkach także z osobami, z którymi wolelibyśmy nie mieć nic wspólnego. A efektem tych filozoficzno-egzystencjalnych rozważań jest powieść „Jak sprzedać nawiedzony dom” (oryg. „How to Sell a Haunted House”), która swoją światową premierę miała w styczniu 2023 roku. Pierwsze polskie wydanie - w zachwycającej twardej okładce w stylu retro zaprojektowanej przez Tobiasza Zyska i solidnym tłumaczeniu Tomasza Bieronia - przygotowała oficyna Zysk i S-ka na styczeń 2024. Prawa do przeniesienia „Jak sprzedać nowy dom na ekran” zakupiła amerykańska firma Legendary Entertainment.
 
Oto Pupkin! Pupkin oto!
Wszyscy śmieją się z ochotą!
Precz z kąpielą! Z zasadami!
Precz z belframi! Ze szkołami!
Noc czy dzień, sen czy jawa,
Przyszedł Pupkin, jest zabawa!”

Dekonstrukcja opowieści o nawiedzonym domu z charakterystycznym dodatkiem odautorskim, jedną z wizytówek twórczości amerykańskiego pisarza specjalizującego się w horrorze i humorze Grady'ego Hendrixa. Kreatywne podziękowania pięknie korespondujące z tematyką powieści – miłośnicy literatury grozy szczególną uwagę mogą tutaj zwrócić na pewnego kota: celowe nawiązanie do „Smętarza do dla zwierzaków” aka „Cmętarza zwieżąt” Stephena Kinga bądź przypadkowa zbieżność imion – oraz reklama działalności „niejakiej” Nancy Joyner. Autor „Jak sprzedać nawiedzony dom” uprzedził, że to ostatnia powieść (po „Moja przyjaciółka opętana” i „Poradniku zabójców wampirów klubu książki z południa”) osadzona w jego rodzinnych stronach, że więcej takich wyobrażonych powrotów „na stare śmieci” nie planuje. Właściwie areną wydarzeń w „Jak sprzedać nawiedzony dom” Hendrix uczynił dwa stany – dominuje Karolina Południowa, ale od czasu do czasu zajrzymy też do Kalifornii. Główna bohaterka książki, Louise Joyner, wychowała się w Mount Pleasant w hrabstwie Charleston, ale własne gniazdko zbudowała sobie w San Francisco. Wyjechała na studia i została. Setki kilometrów od rodziny, na której i tak nigdy nie mogła polegać. Może z wyjątkiem ojca, ale Louise nigdy nie miała wątpliwości, że może spokojnie obejść się bez jego wsparcia. Innymi słowy, już we wczesnej młodości nabrała przekonania, że jest doskonale przygotowana do wszelkich wyzwań, jakie niesie życie. Zawsze stawiała sobie ambitne cele i bez niczyjej pomocy je realizowała. Co sobie postanowiła, to robiła, w odróżnieniu od bezwstydnie faworyzowanego przez matkę młodszego brata. Louise ciężko pracowała, a Markowi wszystko podawano na srebrnej tacy. Eric Joyner nie był zwolennikiem takich metod wychowawczych, dla świętego spokoju zwykle jednak uginał się pod naporem stanowczych żądań Marka i usilnych próśb kochanej Nancy, ekscentrycznej pani wyróżniającego się domu w reprezentacyjnej dzielnicy Mount Pleasant. Wyróżniającego się skromnością. Wybudowany w 1951 roku przez rodziców Nancy Joyner budynek mieszkalny w stylu ranczerskim, w przeciwieństwie do pozostałych nieruchomości w tej enklawie amerykańskiej klasy średniej, zachował oryginalny wygląd zewnętrzny. Nierozrastający się organizm z dużym ogrodem i garażem, w którym czeka nas makabra w stylu „Martwego zła Sama Raimiego i „Martwicy mózgu” Petera Jacksona. W „Jak sprzedać nowy dom” Grady Hendrix w pewnym sensie przeprowadza nas przez wszystkie etapy żałoby Louise Joyner. Wyjątkiem jest rozdział pierwszy – sfinalizowana w sposób, który może przypomnieć twórczość Stephena Kinga (uprzedzanie faktów) krótka opowieść o zbliżającym się macierzyństwie. Radosna nowina, którą pięć lat przed śmiertelnym w skutkach wypadkiem samochodowym, Louise w pierwszej kolejności dzieli się z rodzicami. Współsprawca tego cudownego zamieszania, zajmujący się wyszukiwaniem rzadkich płyt winylowych dla kolekcjonerów mężczyzna imieniem Ian zdążył zrazić do siebie perfekcyjnie zorganizowaną protagonistkę książki. Będzie uczestniczył w życiu córki, ale jego związek z Louise tak naprawdę skończył się jeszcze przed narodzinami słodkiej Poppy.

Okładka książki. „How to Sell a Haunted House”, Berkley 2023

Chodzą słuchy, że ambicją Grady'ego Hendrixa jest napisanie horroru na nowo, przetasowanie wyświechtanych kart, przerobienie konwencjonalnych budowli gatunkowych. Autor „Jak sprzedać nowy dom” nie zaprzecza, że buszuje w sklepikach ze starociami z niesłabnącą nadzieją na znalezienie czegoś, czemu warto dać nowe życie. Entuzjastyczne odkurzanie antyków w młodości podpatrzone w komiksach Alana Moore'a. Czytelnik zarażony niepospolitym hobby brytyjskiego autora – doszukiwaniem się nowych rzeczy w starych rzeczach. Tak, Hendrix po prostu lubi to robić. Bawi się gatunkiem, który w jego ocenie najlepiej dogaduje się z komedią. Architekt nawiedzonego domu w Mount Pleasant w Karolinie Południowej, we wszystkich dobrych horrorach wypatrzył akcenty humorystyczne; nawet w tak ponurych, drastycznych, diabelnie klaustrofobicznych arcydziełach, jak „Obcy - ósmym pasażerze Nostromo” Ridleya Scotta i „Coś” Johna Carpentera. Dlatego Hendrix nie sili się na powagę konstruując swoje nieobliczalne opowieści. Pastisze, meta horrory, dowcipne historie z dreszczykiem... Nieważne jak to nazwiemy – grunt, że działa. W „Jak sprzedać nawiedzony dom” Grady Hendrix w moim odczuciu znalazł idealną równowagę między horrorem paranormalnym, komedią, dramatem rodzinnym i thrillerem psychologicznym. Trauma pokoleniowa skorelowana z dziedzictwem nadnaturalnym. Dom Upiornych Lalek i trupów poupychanych w szafach. Połączona(?) moc dziecięcej wyobraźni, sztuki i pasji. Miłość matki przekleństwem dzieci. Louise i Mark Joynerowie wychowali się wśród lalek, pacynek, marionetek, kukiełek, martwych wiewiórek i innych bezcennych skarbów nieco kontrowersyjnej działaczki kościelnej. Chrześcijański teatrzyk lalkowy Nancy Joyner był nie lada atrakcją (dochodową atrakcją) w hrabstwie Charleston, ale nie wszyscy wierni akceptowali takie wykładanie Pisma Świętego. Nawet w kręgach rodzinnych pani Joyner szeptano o balansowaniu na granicy dobrego smaku, a po paru lampkach wina to i pewnie ordynarne bluźnierstwa nieperfekcyjnej pani domu zarzucano. Louise przed pogrzebem rodziców mogłaby przysiąc na życie własnej córki, że pochodzi ze zwyczajnej, żeby nie powiedzieć nudnej rodziny, bo tak przywykła do widoku teoretycznie nieożywionych przyjaciół matki, że nie odbierała tego w kategoriach dziwactwa. Ale czasami... Kobieta, która wróciła do domu zna to rzekomo irracjonalne uczucie dzielenia przestrzeni z armią nieprzyjaźnie nastawionych istot. Tysiące szklanych, wyszywanych i guzikowych oczu śledzących każdy jej ruch. Powieść automatonofobiczna – w każdym razie do tego panicznego lęku odwoływał się autor „Jak sprzedać nawiedzony dom”, natchniony maskotką zachowaną przez jego żonę. Przyjaciel z dzieciństwa, którego nazwała Snocchio posłużył za model dla Pupkina, najbardziej przerażającej pacynki w przepastnej kolekcji testatorki z plastycznego świata podstępnego Grady'ego. Stwórca przyznaje, że jego pierwszą myślą na widok Snocchia było „uciekaj albo walcz”, ale z czasem odkrył, że to całkiem miły gość. A zatem zmora zwaśnionego rodzeństwa z Karoliny Południowej mrocznym alter ego Snocchia. Żywa pacynka czy ulubiona zabawka demona lub jakiegoś innego nadnaturalnego lokatora smutnej posiadłości w Mount Pleasant? Wyjaśnienie awersji pechowych spadkobierców do Pupkina może jednak okazać się całkowicie przyziemne – przykre wspomnienia związane z wyimaginowanym powiernikiem rodzicielki. Irracjonalne lęki z dzieciństwa ożywające w studni rozpaczy. Dojmujące poczucie straty, skomplikowana relacja z bratem i rozdarcie między przemożnym pragnieniem czuwania przy pogrążonej w rozpaczy latorośli a potrzebą ostatniego pożegnania z rodzicami, uszanowania woli drogich zmarłych i finansowego zabezpieczenia jedynego dziecka. Zajmujący list miłosny do campowych horrorów przemycony w poważnej rozprawie o relacjach rodzinnych. Pajęczyna utkana z sekretów, półprawd, kłamstw i przemilczeń. Lepka sieć być może z premedytacją zarzucana przez sadystycznych kawalarzy nie z tego świata. Głęboko poruszająca kronika niezwyczajnej amerykańskiej rodziny, ze wskazaniem na katastrofalne dzieje rodzeństwa Joynerów. Wietrzy, przekształca, nawiązuje, komentuje, a nade wszystko wyśmienicie się bawi – cały Grady Hendrix. Gatunkowy czarodziej nielukrujący rzeczywistości. Przykład: „Dwadzieścia lat zabijania [począwszy od II wojny w Zatoce Perskiej], osiem tysięcy ofiar śmiertelnych, a do tego – wiem, że nie powinniśmy ich liczyć, bo mają nie ten kolor skóry i są nie z tego kraju – milion osób stamtąd. Milion jakichś ja, milion tatów, milion mam. Co oni byli winni?”.

Zapnijcie pasy, bo odlotowy teatr lalek Grady'go Hendrixa wjechał do Polski. Szykujcie się na moc wrażeń w przeklętym obiekcie na miarę XXI wieku i naukę przez zabawę. Dowiecie się „Jak sprzedać nawiedzony dom” i przy tym nie zwariować. Zmierzycie z rodzinnymi sekretami, nieprzepracowanymi traumami i złośliwością rzeczy niemartwych. Spodziewajcie się niespodziewanego i nie porzucajcie wszelkiej nadziei Wy wszyscy, którzy do Domu Lalek słusznie wchodzicie. Bombowa dekonstrukcja classic ghost stories.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 4 lutego 2024

Zakupy

 
A ostatnio kupiłam... „Kiedy śpisz” Alberto Mariniego, powieść, na kanwie której powstał scenariusz (tego samego autora) głośnego filmowego dreszczowca w reżyserii Jaume Balagueró, w Polsce dystrybuowany pod tytułem „Słodkich snów”. I skoro jesteśmy w temacie literackich pierwowzorów, to niedawno obejrzałam „Czerwoną jaskółkę” Francisa Lawrence'a i choć z reguły nie przepadam za takimi klimatami, to ta historia zaciekawiła mnie na tyle, żeby poszukać podstawy scenariusza, czyli powieści Jasona Matthewsa. Jest też trochę opowiadań – antologia w hołdzie dla mistrza nadnaturalnej grozy w literaturze, „Dziedzictwo Lovecrafta” skompletowane (wybór tekstów) przez Roberta E. Weinberga i Martina H. Greenberga oraz „Strachy codzienności”, zbiór opowiadań niemieckiej gwiazdy klasycznej literatury niesamowitej Alexandra Moritza Freya, będący częścią kolekcjonowanej przeze mnie serii wydawnictwa Abyssos nazwanej „Otchłanie grozy”. À propos zbieractwa – rozrasta się kolekcja Mistrzów Horroru i Fantastyki od Hachette Polska, a z ostatnich propozycji najbardziej zainteresowała mnie mniej znana – przynajmniej od „Frankensteina” - opowieść Mary Shelley, niestety (cena może odstraszać) rozbita na dwa tomy. Do tego młodzieżówka autorki genialnego „Nocnego filmu”, Marishy Pessl i...
 

 
Alexander Moritz Frey „Strachy codzienności”
Alberto Marini „Kiedy śpisz”
Antologia „Dziedzictwo Lovecrafta”
Herbert George Wells „Wojna światów”
Gaston Leroux „Upiór opery”
Mary Shelley „Ostatni człowiek” Tom 1 i 2
 

 
John Tresch „Edgar Allan Poe. Ciemna strona Księżyca”
John Saul „Drugie dziecko”
Bernard King „Krąg krwi”
James Herbert „Fuks”
Marisha Pessl „Neverworld Wake”
Jason Matthews „Czerwona jaskółka”

sobota, 3 lutego 2024

„Redd Inc.” (2012)

 
Skazany seryjny morderca Thomas Reddmann sześć miesięcy po ucieczce z zakładu psychiatrycznego porywa dwie kobiety i czterech mężczyzn, których uważa za odpowiedzialnych za swoje uwięzienie. Ofiary budzą się w niewielkim pomieszczeniu biurowym, przykuci do stanowisk pracy pieczołowicie przygotowanych przez samozwańczego menedżera regionalnego, Zasoby ludzkie obłąkanego człowieka mają przeanalizować akta sądowe dotyczące głośnej sprawy korporacyjnego zabójcy. Kierownik oczekuje, że należycie przyjrzą się dowodom, które przekonały ławę przysięgłych do uznania oskarżonego winnym wszystkich zarzucanych mu czynów. Thomas Reddmann od swoich rzekomych pracowników wymaga wskazania faktycznego sprawcy, który przez czyjąś skrajną niekompetencję lub celowe działanie pozostaje na wolności. Zarzeka się, że został niesłusznie skazany, jednocześnie aż nazbyt wyraźnie prezentując więźniom swoje mordercze skłonności.

Plakat filmu. „Redd Inc.” 2012, Green Light Productions

Jakiś czas po sfinalizowaniu operacji „Angst”, zakończeniu prac nad zwariowanym australijskim obrazem w reżyserii Daniela Nettheima, scenarzysta tego żartobliwego listu miłosnego do kina makabrycznego Anthony O'Connor zacieśnił współpracę z producentem tamtej produkcji, swoim długoletnim przyjacielem Jonathonem Greenem. Zamknęli się w biurze, by pisać o zamknięciu w biurze. Wielcy miłośnicy gatunku przygotowali scenariusz zabawnego horroru z podtekstem, czerpiąc z osobistych doświadczeń przynajmniej jednego z nich. O'Connor był jedną z wielu ofiar - jak ich nazwał - „kilku chciwych dupków, których krótkowzroczne działania” doprowadziły do globalnego kryzysu finansowego (szczyt przypadł na lata 2008-2009). Na własnej skórze przekonał się też jak wygląda praca dla chorobliwie wymagających osobników. Współczesne niewolnictwo – wieloletni biurowy koszmar Anthony'ego O'Connora, zgotowany przez szefa, wykazującego niezdrowe zainteresowanie wypróżnianiem innego mężczyzny. W każdym razie O'Connor uważa, że osoba, która wyznacza innym pory na toaletę, która mierzy czas spędzany przez bliźnich na sedesie, powinna głęboko zastanowić się nad sobą. Gotowy scenariusz „Redd Inc.” aka „Inhuman Resources” parę lat przed jego premierą został przesłany Danielowi Krige'owi, twórcy melodramatu o zabarwieniu kryminalnym pt. „West” - jego pełnometrażowy debiut fabularny – którego nie trzeba było namawiać do objęcia sterów na tym niedrogim okręcie. Opinia Krige'a po pierwszej lekturze dzieła Anthony'ego O Connora i Jonathona Greena: świetnie czytająca się opowieść z idealnym dla współczesnego horroru miejscem akcji.

Australijska produkcja kręcona pod arenę międzynarodową, stąd amerykański akcent ludności tego świata przedstawionego. W obsadzie „Redd Inc.” Daniela Krige'a znaleźli się głównie rodowici Australijczycy, którzy bez większego trudu sprostali socjolingwistycznym oczekiwaniom reżysera przekonanego, że uniwersalnym językiem w świecie filmu jest amerykański angielski. Niedobrowolna izolacja gdzieś na terenie Stanów Zjednoczonych, a w rzeczywistości ekipa działająca na drugiej półkuli ziemskiej. Innymi słowy akcja „Redd Inc.” rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych, a plan zdjęciowy zorganizowano w Australii. Pierwsze pokazy tej makabrycznej uczty odbyły się we wrześniu 2012 roku na festiwalach filmowych we Francji i Australii, a największe zasługi w rozpowszechnianiu tego oszałamiającego widowiska miał kultowy magazyn „Fangoria”. Ojców tego „paskudnego dzieciątka” pewnie nie zdziwiło, że większy rozgłos zyskało w Japonii niż w swojej ojczyźnie. A przynajmniej niektórzy z nich zdążyli wyrobić sobie zdanie, że w Australii z reguły krzywo patrzy się na takie chore jazdy. Jeśli to prawda, to „Redd Inc.” został potraktowany ulgowo – właściwie podbił niejedno serce także na swoim rodzimym podwórku, i w Nowej Zelandii, i w Stanach Zjednoczonych. W Niemczech, w Wielkiej Brytanii i innych krajach europejskich też całkiem nieźle mu się powiodło. Brzydalowi Daniela Krige'a. Podarek stworzony z myślą o długoletnich fanach gatunku, pochylający się nad postulatami mniejszości. Albo napisany pod siebie:) Anthony O'Connor z całą pewnością wyszedł z ofertą, z której sam chętnie by skorzystał. Gość ma prawdziwego fioła na punkcie horrorów – wielbiciel twórczości takich gigantów, jak Dario Argento, George Romero, John Carpenter, John Landis, Wes Craven, Lucio Fulci, Mario Bava, Tobe Hooper, Michele Soavi, Ruggero Deodato, Lamberto Bava. A jego ulubionym pisarzem Stephen King. Scenarzysta przez tych panów ukształtowany, wykształcony na ich dorobku artystycznym i zeń zapożyczający. Weźmy chociażby słynną akcję z oczami w „Redd Inc.”, szczytowy moment wstrętnego spektaklu w prowizorycznym „biurze”. Teatr gore zainspirowany kultową scenką z drewnem dawno temu wypatrzoną przez O'Connora w „Zombie pożeracze mięsa” Lucio Fulciego. Świtało mu, że Eli Roth zrobił coś podobnego w „Hostelu”, ale nie dałby sobie za to ręki uciąć. Zawsze zachwycał się swoistą obsesją nieodżałowanego twórcy między innymi jego ukochanych „Siedmiu bram piekieł” aka „Hotelu siedmiu bram” z 1981 roku na punkcie ludzkich oczu i to wyłącznie ona natchnęła go „do przeprowadzenia własnego eksperymentu z patrzałkami”. Ten „ojciec chrzestny filmów gore” przez oniemiałych z wrażenia „podglądaczy” odrażającej działalności Thomasa Reddmanna w pochwałach mógł zostać pominięty, ale innego „ojca chrzestnego filmów gore” nie uwzględnić to już nie wypadało. Fani gatunku docenili „zawieszenie emerytury” przez człowieka legendę Toma Saviniego. W jednym z wywiadów Daniel Krige stwierdził, że powiedzieć „Tom Savini” do fana horrorów to jak powiedzieć „John Lennon” do fana The Beatles, a jeśli ten „John Lennon gore” robi wyjątek dla twojego przedsięwzięcia... Wielki powrót Toma Saviniego w roli charakteryzatora (oficjalnie zakończył ten etap swojej kariery): lepszej promocji reżyser „Redd Inc.” nie mógłby sobie wymarzyć.

Okładka DVD. „Inhuman Resources” 2012,  Green Light Productions

Co więc poszło nie tak? Dlaczego horror (według mnie mieszanka psychothrillera ze slasherem) skazany na sukces, szerokim echem się nie odbił? Znowu wina dystrybutorów? Nie sadzę, choć w Polsce z jego dostępnością na pewno jest bardzo kiepsko. Zaniedbanie wołające o pomstę do nieba albo przemyślany plan (nie)inwestycyjny. Potencjalnie niezyskowny interes, co potwierdziły doświadczenia „Redd Inc.” w innych zakątkach świata. No może poza Japonią. Tak czy inaczej, płyty DVD i Blu-ray nie rozchodziły się jak świeże bułeczki i o ile wiem, ludzie nie zabijali się o bilety na super rzadkie (znowu: nie licząc Japonii) pokazy na wielkich ekranach. Zdziwiłabym się, gdyby było inaczej. „Garażowe horrory” w XXI wieku to tylko dla „leśnych dziadków i leśnych babć” gatunkowego fan clubu. Oczywiście zdarzają się wyjątki (pierwszy z brzegu przykład: „Terrifier 2: Masakra w Święta” Damiena Leone), ale najczęściej taka „tandeta” może mówić o szczęściu jeśli zostanie grzecznie zignorowana przez ludzi nadążających za modą. Tom Savini? A komputer umie obsłużyć? Aha, gumowe efekty specjalne - zabawne relikty przeszłości. Obciach, żal, LOL. Przydałoby się też zainwestować w profesjonalnych konserwatorów powierzchni płaskich, bo żeby pracować w takim brudzie? To w ogóle legalne? Tak czy inaczej, nie da się na to spokojnie patrzeć. Ludzie upchani jak sardynki w puszce w wylęgarni bakterii, grzybów i pasożytów. Przykuci do stołów szczodrze polewanych „czerwonym syropem”. Praca w warunkach urągających godności człowieka, a przecież lepiej ogląda się te wszystkie wypasione wille, z wypolerowanymi, świecącymi się jak psu coś tam powierzchniami nie tylko płaskimi. Co, nie stać było na wynajęcie takiego więzienia dla bohaterów „Redd Inc.”? Dlatego nawykły do hollywoodzkich luksusów widz musi się męczyć w tych pospolitych wnętrzach? Nie musi – w każdej chwili może się wypisać z tego podłego bankietu. W zasadzie patologicznej firmy, niezarejestrowanej działalności gospodarczej prowadzonej przez uznanego za zmarłego seryjnego mordercę Thomasa Reddmanna (spektakularna kreacja Nicholasa Hope'a; co ciekawe Anthony O'Connor zauważył, że w podobną charakterologicznie postać aktor wcielił się na planie serialu „Ash kontra martwe zło” 2015-2018). Czołówka „Redd Inc.” Davida Krige'a poza obsadą ujawnia morderczy szał w amerykańskiej korporacji, w który miał wpaść normalnie bardzo spokojny pracownik (cicha woda...). Niczym niewyróżniający się i w gruncie rzeczy nieistotny, łatwy do zastąpienia trybik bezdusznej machiny biurowej. Płotka w kapitalistycznym oceanie. Kadr na odbiornik telewizyjny i dowiadujemy się, że Reddmann usłyszał wyrok dożywocia, ale sędzia uznał, że najodpowiedniejszym miejscem dla niego nie będzie więzienie tylko podejrzany zakład psychiatryczny. Jakiś czas później najbardziej znienawidzony korpoludek w kraju miał zginąć podczas próby ucieczki. Taki komunikat popłynął od policji, a pół roku później „nieboszczyk” zakradł się do mieszkania internetowej striptizerki, charakternej głównej bohaterki „Redd Inc.” Annabelle Hale (śliczny występ Kelly Paternity), która obok Williama Tuckera (bezbłędny Sam Reid), była głównym świadkiem oskarżenia w medialnym procesie późniejszego menedżera regionalnego. Trudno powiedzieć, czy Thomas Reddmann jest święcie przekonany, że kieruje zespołem detektywów niepracujących w terenie, czy świadomie odgrywa wymyśloną dla siebie rolę. Oderwał się od ziemi albo robi show. I zbiera fanty. Organiczne pamiątki po zwolnionych pracownikach. Nie wytrzymali presji, nie nadążali za resztą zespołu, nie potrafili utrzymać języka za zębami, a jeden desperat to nawet podniósł rękę na szefa. Ten ostatni wyczyn został „nagrodzony popisowym numerem” korporacyjnego szaleńca. Dekapitacja ulubioną metodą zabijania człowieka pilnie poszukiwanego przez niepospolitego porywcza. Wyparcie czy część sadystycznej zabawy osobowości psychopatycznej? Tak czy owak, jest grubo. Pornografia przemocy – fikcyjne morderstwa w czasie rzeczywistym (nie post factum, co chyba jest częstszym zjawiskiem w tak zwanych krwawych horrorach) nieograniczające się do chlapania szkarłatną substancją. Charakterystycznie poszarpane mięsko – od razu widać, że swoje czarodziejskie paluszki maczał w tym mistrz Tom Savini, który dostał też cameo. W tej genialnej makabresce. Brudnej, ciasnej, mrocznej, pożądanie, obrzydliwej, dowcipnej (epilog pozamiatał) opowieści o krwiożerczym kapitalizmie. Od którego gorszy jest tylko ułomny wymiar sprawiedliwości?

American Psycho” Mary Harron spotyka „Maniaka” Williama Lustiga w obskurnym biurze, a w ich zajmującą rozmowę niechybnie wtrącą się „Zombie pożeracze mięsa” Lucio Fulciego. Rozpierducha totalna. Australijska histeria w starym stylu - powalający „Redd Inc.” (alternatywny tytuł: „Inhuman Resources”) Daniela Krige'a, niemającego bogatego doświadczenia w pełnym metrażu reżysera pracującego na scenariuszu Anthony'ego O'Connora i Jonathona Greena. Brylantowa produkcja niskobudżetowa. Gorąco polecam fanom filmowych opowieści makabrycznych z ostatnich czterech dekad XX wieku.

czwartek, 1 lutego 2024

„Zabójcza lekcja” (2023)

 
Parę dni przed końcem roku szkolnego prześladowany przez rówieśników z powodu orientacji seksualnej licealista Javier, po szczególnie niebezpiecznym ataku oprawców, zaczyna doznawać niepokojących wizji. Jego najlepsza przyjaciółka Bianca jest przekonana, że u chłopaka aktywowały się zdolności parapsychiczne, a z jego dotychczasowych doświadczeń wynika, że jest w stanie zaglądać zarówno w przeszłość, jak i przyszłość innych ludzi. Javier nie ma nad tym kontroli – wie jedynie, że powinien unikać choćby przelotnego kontaktu fizycznego z drugim człowiekiem, co w połączeniu z koniecznością niedotykania przedmiotów wydaje się niewykonalne. Z drugiej strony nadzwyczajna zdolność Javiera może pomóc w ocaleniu paru niekoniecznie niewinnych istnień. Zatrzymaniu rzekomej fali samobójstw przetaczającej się przez klasy maturalne.

Plakat filmu. „Departing Seniors” 2023, Choppe Productions, Mary Ellen Moffat, Divisionist Films

W 2015 roku aktor Jose Nateras wziął udział w warsztatach organizowanych przez The Second City dla aspirujących scenarzystów. Dwuetapowym programie – najpierw nauka pisania pierwszej połowy scenariusza, wraz z praktycznym wykorzystaniem zdobytej wiedzy pod okiem służących radami wykładowców; a następnie, po uiszczeniu odpowiedniej opłaty, nauka pisania reszty – którego Nateras nie zaliczył w całości. Miał połowę pierwszej wersji scenariusza dowcipnego teen slashera „Departing Seniors” (pol. „Zabójcza lekcja”) i nie widział sensu w płaceniu za coś, co równie dobrze mógł zrobić sam. W dalszym ciągu czerpiąc inspirację choćby z takich filmów jak „Krzyk” Wesa Cravena i „Śmiertelne zauroczenie” Michaela Lehmanna oraz takich seriali jak „Buffy: Postrach wampirów” Jossa Whedona i „Kochane kłopoty” Amy Sherman-Palladino. Historia zainteresowała jego znajomą z Chicago, też zajmującą się głównie aktorstwem Clare Cooney, która dokonała dość zaskakującego wyboru na swój pełnometrażowy debiut reżyserski (wcześniej nakręciła parę shortów). Jose Nateras uwielbia horrory, ale Clare o takie rzeczy raczej nie posądzano. Już prędzej fanka filmów obyczajowych i dramatów, co wbrew pozorom w tym przypadku mogło mieć zasadnicze znaczenie. Skuszona bardziej przyziemną płaszczyzną historii kolegi: problem tak zwanej inności, poczucie niedopasowania do szkolnej społeczności i zmagania z własną tożsamością. Utożsamiała się z niektórymi postaciami „Zabójczej lekcji”, bo w młodości borykała się z podobnymi problemami - była wysoka i się jąkała i choć nie narzekała na niedostatek przyjaciół, to odbierało jej pewność siebie. Światowa premiera „Departing Seniors” odbyła się w sierpniu 2023 roku w ramach FrightFest London, a polska w styczniu 2024: film udostępniony użytkownikom CDA Premium pod tytułem „Zabójcza lekcja”.

Zabójcza lekcja” Clare Cooney była kręcona w tak zwanym reżimie sanitarnym tłumaczonym pandemią COVID-19, co najwyraźniej nie miało wielkiego wpływu na tempo prac. Główne zdjęcia trwały zaledwie szesnaście dni – spory wyczyn, jeśli weźmie się pod uwagę nagłe zmiany w harmonogramie, wynikające z diagnozy (SARS-CoV-2) jaką usłyszał jeden z zatrudnionych aktorów. Z pomocą producentów Cooney ułożyła nowy plan pracy – tyle dobrze (szczęście w nieszczęściu), że nie trzeba było powtarzać ujęć, ponieważ przebywający w izolacji domowej aktor nie zdążył wystąpić na planie pierwszego większego projektu reżyserki, która poza wygumkowaniem tej jednej postaci jakichś znaczących zmian w scenariuszu Jose Naterasa nie wprowadziła. Może dlatego, że uważała go za większego specjalistę od horroru, a może po prostu nie było czego poprawiać. Człowiek szczególnie ceniący sobie twórczość Wesa Cravena, Jordana Peele'a i Diablo Cody, głównego bohatera „Zabójczej lekcji”, maturzystę imieniem Javier (przekonująca kreacja Ignacio Diaza-Silverio), nieprzypadkowo uczynił nieheteronormatywnym Amerykaninem pochodzenia meksykańskiego (potomek imigrantów) – przynajmniej w tym zakresie Jose Nateras tworzył na swój obraz i podobieństwo. I to nie miał być typowy reprezentant podgatunku queer horror. Nateras nie chciał robić wielkiej sprawy z orientacji seksualnej protagonisty. Dla niego to coś zupełnie naturalnego i nie widział powodu, by akurat w tym punkcie oddzielać dzieło od jego stwórcy. Myślę, że tym sposobem zminimalizował ryzyko postrzegania Javiera przez pryzmat jego preferencji seksualnych. Innymi słowy, nawet uprzedzony do homoseksualistów odbiorca „Zabójczej lekcji” może przyłapać się na traktowaniu Javiera tak, jak zwykł traktować postaci heteroseksualne. Niczym niewyróżniający się nastolatek. No może osiąga lepsze wyniki w nauce od większości koleżanek i kolegów z klasy, ale pewnie nikt (a już na pewno nie on sam) nie nazwałby go uczniem wybitnym. Javier, jak to się mówi, żyje w zgodzie ze sobą. Wie kim jest i nie zamierza udawać kogoś innego tylko dlatego, że jakieś licealne gwiazdy mają z tym problem. Przemądrzała przewodnicząca szkoły Ginny, jej chłopak, kapitan drużyny piłkarskiej Trevor i jego najlepszy kumpel Brad (przyzwoite występy odpowiednio Maisie Merlock, Camerona Scotta Robertsa oraz Sashy Kuznetsova). Właściwie ten ostatni tylko odgrywa wroga Javiera, z czego główny bohater „Zabójczej lekcji” doskonale zdaje sobie sprawę. Zna „wstydliwy sekret” Brada i prawdopodobnie nigdy na poważnie nie rozważał ujawnienia go nawet najlepszej przyjaciółce, mojej ulubionej postaci w świecie przedstawionym w „Zabójczej lekcji” Clare Cooney. Żeńska wersja Randy'ego Meeksa i jednocześnie jego pojętna uczennica. Bianca (przebojowa kreacja Ireon Roach, którą fani gatunku mogą pamiętać chociażby z „Candymana” Nii DaCosty) co najmniej dwukrotnie daje widzom do zrozumienia, że słynne „zasady, których należy przestrzegać, by przeżyć w horrorze”, mądre rady Randy'ego, nie są jej obce. „Zaraz wrócę... kur** wykrakałam” i na wszelki wypadek dobijmy bezlitosnego przebierańca.

Źródło, zwiastun filmu: https://www.youtube.com/watch?v=eQjYqrl1u9E

Prolog „Zabójczej lekcji” Clare Cooney ujawnia mroczną obecność w jednej z amerykańskich szkół średnich. Zamaskowany morderca w czerni podcinający nadgarstki maturzyście, który właśnie skończył podtapiać jakiegoś biedaka. Potem (dosłownie) zaczyna się odliczanie dni do końcu roku szkolnego, a znajoma plastikowa maska jak gdyby nigdy nic wisi sobie na korytarzowej gazetce. Reklama kółka dramatycznego. Pożyczone bez pytania, ale chociaż zwrócone - do następnego razu – a przynajmniej ja założyłam, że morderca lub morderczyni stąd bierze swoje stylowe nakrycie twarzy. Połączenie symboli tragedii i komedii; zestawienie dwóch ikon masek teatralnych. Przed ponownym uderzeniem zabójcy zboczymy na inne (pod)gatunkowe terytorium. W każdym razie slasher raczej nie słynie z wątków parapsychicznych. Notabene zapowiedzianych przez Biancę. Jeden z jej wykładów o sztuce specjalnie dla Javiera, który choć raz nie gubi się w jej skojarzeniach. Według Bianki chłopak ma spore zaległości filmowe i literackie, ale chociaż słyszał o Carrie White... „Kur** wykrakała”. Tak tylko sobie gadali i nie żeby coś zdrożnego planowali, w takim układzie należy się jednak porządnie nad tym zastanowić. Nie nad masakrą na balu maturalnym - Biance do głowy by to nie przyszło;) - ale może Javier nie powinien wcinać się między wódkę a zakąskę. Nie szkodzi, że nie oglądał „Martwej strefy” Davida Cronenberga, bo w ocenie Bianki powieściowy oryginał jest lepszy - gdyby miała czas mogłaby jeszcze wspomnieć filmową serię „Oszukać przeznaczenie”, zapoczątkowaną w 2000 roku przez Jamesa Wonga – grunt, że dziewczyna wie, że lepiej nie próbować zmieniać z góry ustalonej przyszłości. Gdyby jeszcze ta sprawa bardziej przypominała największą misję w życiu uroczego Johnny'ego Smitha, ale nie – „ten kretyn” Javier swoje niezwykłe zdolności postanawia wykorzystać do ratowania łobuzów. Dobra, poniosło ją. Łobuzy też mają prawo do życia, nawet jeśli od lat gnębią człowieka, za którym Bianca bez milisekundy zawahania w ogień by wskoczyła albo jakąś przystojną buźkę w odwecie za jego krzywdę obiła. Bianca tak łatwo nie wybacza - przeprosiny i pluszowy miś to zdecydowanie za mało, żeby ostudzić jej gniew, ale jak ochłonie, przyzna, że na śmierć sobie nie zasłużyli. Modus operandi jednostki zamaskowanej może być odbierany jako nowość w podgatunku, a w najgorszym wypadku (najgorszym dla „Zabójczej lekcji”) pomysł rzadko spotykany. Inscenizacje człowieka w teatralnej masce. Celowe wprowadzanie w błąd opinii publicznej, które najprawdopodobniej spokojnie by się powiodło, gdyby Javier nie zaliczył bolesnego upadku. Aktywacja spuścizny genetycznej? Tak czy inaczej, dotyk grozi niekontrolowanym napływem obrazów z przeszłości i/lub przyszłości innych ludzi. Wpadające w oko krótkie sekwencje (soczyste kolorki i hipnotyczne przejścia), z których z czasem wyłania się sprawa niecierpiąca zwłoki. Javier i Bianca zgadzają się co do tego, że nie ma sensu dzielić się swoim zatrważającym odkryciem z policją. W zaglądanie w przyszłość na pewno nie uwierzą, trzeba więc poszukać jakichś akceptowalnych dowodów. Może gdyby udało się uratować choć jedną osobę... Podobnie jak bohaterowie filmów z serii „Oszukać przeznaczenie”, Javier wie, kto będzie następny. Z tą różnicą, że przed Javierem plan śmierci odkrywa się na bieżąco, niedługo przed danym atakiem nie tak znowu sekretnego zabójcy. Zdradził się UWAGA SPOILER zwykłą ludzką troską, zainteresowaniem domniemaną męką bliźniego KONIEC SPOILERA. „Zabójcza lekcja” to lekki slasherek, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, siekanina relaksacyjna. Niespecjalnie makabryczna, żeby nie powiedzieć wcale (tylko trochę sztucznej krwi) i naszpikowana tropami dla fanów gatunku (poza wymienionymi wypada jeszcze wspomnieć Normana Batesa). Meta slasher? To może przesada, ale taką etykietkę po namyśle zdecydowałam się przypiąć (nie ma powodów się unosić, bo ja tak tylko we własnej głowie) tej niekłopotliwej produkcji. Mnie w każdym razie żadnych przykrości „Zabójcza klasa” nie przysporzyła. Wręcz przeciwnie. Zleciało jak z bicza strzelił, bo jak mówią przy dobrej zabawie czas szybko leci.

Kino rozrywkowe z drugim dnem. Slasher w pewnym sensie opatrzony nierozwlekłymi komentarzami społeczno-obyczajowymi, nieunikający rozmów o problemach współczesnego świata, ale nadmiernego zaangażowania nie śmiałabym mu zarzucić. Poczucia humoru też gagatkowi nie odmówię – kiedy sytuacja tego wymaga potrafi zachować powagę, ale woli luźniejsze klimaty. Typ nieokrutnego żartownisia. Tak pozwolę sobie podsumować pierwsze pełnometrażowe dokonanie reżyserskie Clare Cooney. Odprężającą „Zabójczą lekcję”.