Stronki na blogu

piątek, 14 lutego 2025

Robert Silverberg „Człowiek w labiryncie”

 
Specjalista od psychologii obcych Richard 'Dick' Muller od dziewięciu lat przebywa w odosobnieniu, na dobrowolnym wygnaniu teoretycznie motywowanym tajemniczym gniciem duszy, chorobą przekazaną mu przez pierwszą pozaziemską inteligentną formę życia odkrytą przez ludzkość. Na swoją samotnię Muller wybrał jedną z największych zagadek wszechświata, naszpikowany śmiercionośnymi pułapkami ogromny labirynt na planecie Lemnos, przypuszczalnie zbudowany przez paranoiczny gatunek, który wyginął dawno temu. Wielu Ziemian próbowało pokonać niezwykłe zabezpieczenia tego architektonicznego cudu, przedostać się do strefy centralnej, miasta w sercu labirynt. I wszyscy polegli. Wszyscy poza Richardem Mullerem, celem misji dowodzonej przez makiawelicznego dyplomatę Charlesa Boardmana. Stawką jest los całego gatunku ludzkiego, a tajną bronią młody idealista Ned Rawlins.

Okładka książki. „Człowiek w labiryncie”, Vesper 2024

Wariacja na temat „Filokteta”, tragedii greckiej napisanej przez Sofoklesa, popełniona przez Damon Knight Memorial Grand Master Roberta Silverberga, amerykańskiego pisarza i redaktora literatury science fiction, wielokrotnego zdobywcy nagród Hugo, Locus i Nebula, którego szczyt twórczej aktywności przypadł na drugą połowę XX wieku. Najpierw publikowana w odcinkach na łamach magazynu „Worlds of If”, w kwietniu i maju 1968 roku, krótka alegoryczna powieść science fiction, która w formie książkowej po raz pierwszy ukazała się w 1969 roku pod tytułem „The Man in the Maze” (pol. „Człowiek w labiryncie”). Zwykle zestawiana (konstrukcja fabularna, technika narracyjna) z „Umierając, żyjemy” (oryg. „Dying Inside”), późniejszym utworem tego samego autora. Kilkukrotnie wydawana w Polsce przedstawicielka Nowej Fali SF poruszająca tematy izolacji społecznej, niepełnosprawności, megalomanii, mizantropii i miłości agape.

W 2024 roku wydawnictwo Vesper wypuściło „Człowieka w labiryncie” Roberta Silverberga w ramach swojej serii Wymiary. W twardej oprawie graficznie zaprojektowanej przez Dawida Boldysa i tłumaczeniu Krzysztofa Sokołowskiego; ze wstępem (analiza utworu pt. „Niezagojona rana”) Neila Gaimana) datowanym na czerwiec 2002 i Posłowiem od Autora (geneza „Człowieka w labiryncie” i spojrzenie z perspektywy czasu). W 1968 roku w Stanach Zjednoczonych przyjęto ustawę o barierach architektonicznych (Architectural Barriers Act), właściwie o likwidacji barier architektonicznych dla osób z niepełnosprawnościami. Wprowadzono wymóg projektowania, budowania i przerabiania obiektów publicznych tak, aby były dostępne dla ogółu społeczeństwa. Przysłuchując się dyskusjom na ten temat, Silverberg przypomniał sobie mitologicznego Filokteta, ukaranego za zdradę niegojącą się, ropiejącą raną (lub przypadkiem okaleczonego) i skazanego na wygnanie, porzuconego na wyspie Lemnos. Pobocznego bohatera między innymi „Iliady” Homera, tragedii Ajschylosa i Eurypidesa oraz czołową postać sztuki napisanej przez Sofoklesa, a po raz pierwszy wystawionej w 409 roku p.n.e. w Atenach. Debata publiczna na temat niepełnosprawności tocząca się w teraźniejszości (tj. druga połowa lat 60. XX wieku), zainicjowała coś w rodzaju eksperymentu myślowego – nałożenia współczesnego pojęcia „niepełnosprawności” na starożytne „przekleństwo bogów” i dopasowania do utopijnej wizji przyszłości. W „Disabled Hero, Sick Society Sophocles’s Philoctetes and Robert Silverberg’s The Man in the Maze” doktora Roberta W. Cape Jr., cenionego badacza między innymi literatury klasycznej i fantastycznej czytamy, że stwórca współczesnego Filokteta chciał pokazać, w jaki sposób „proces, sprawność i niepełnosprawność konstruują i problematyzują zarówno indywidualną, jak i zbiorową tożsamość człowieka w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości”. Na przykładzie postaci archetypicznych, podstawowych, tradycyjnych modeli osobowości w królestwie SF. Trzech pozornie stereotypowych mężczyzn, zantagonizowanych(?) protagonistów. Herosów z dalekiej przyszłości. Wielkie czyny z nieszlachetnych pobudek dokonywane. A przynajmniej tak było z Richardem Mullerem, wszechświatowej sławy ekspertem w dziedzinie komunikacji z obcymi, nieustraszonym podróżnikiem kosmicznym, badaczem planet spoza „naszego” Układu Słonecznego, który dziewięć lat przed właściwą akcją „Człowieka w labiryncie” Roberta Silverberga zapadł na nieuleczalną chorobę objawiającą się u innych. Muller nie odczuwa żadnych dolegliwości w związku z potencjalnym celowym zarażeniem w trakcie kilkumiesięcznego goszczenia u pozaziemskich istot inteligentnych – cierpią ludzie niezachowujący odpowiedniego (kilku-kilkunastometrowego) dystansu. Przechodzą niewyobrażalne męki psychiczne, które ustają po oddaleniu się od „trędowatego”. Oficjalnie pełnoprawnego mieszkańca Ziemi, jednego z największych bohaterów kolonizacji kosmosu, a w praktyce wyrzutka społecznego, pariasa, szkodnika, boogeymana. Postawa zrodzona z mieszanki litości, odrazy i strachu. Uprzedzenia niepodszyte nienawiścią, dyskryminacja nieintencjonalna, wykluczenie obronne, instynktowne, bezrefleksyjne unikanie cierpienia. Właśnie to wypędziło Dicka Mullera z macierzystej planety, obrzydziło mu własny gatunek. Wolał dożywotnią samotność od współczujących spojrzeń z bezpiecznego dystansu. „Bóg” zdegradowany. „Nadczłowiek” ukarany.

Okładka książki. „The Man in the Maze”, Open Road Media Sci-Fi & Fantasy 2015

Człowiek w labiryncie” Roberta Silverberga zaczyna się w chwili przybycia do miejsca odosobnienia tytułowego bohatera (jego fascynujące dzieje poznamy dzięki licznym retrospekcjom; akcja dwutorowa) specjalnego oddziału dowodzonego przez wytrawnego manipulanta, wyznawcę zasady spopularyzowanej przez Niccolò Machiavellego - „cel uświęca środki” - słynnego dyplomatę Charlesa Boardmana, który nigdy nie zawahał się poświęcić jednostek dla dobra ogółu. Właściwy człowiek na właściwych miejscu. W przeciwieństwie do jego protegowanego? Misja na surowej planecie Lemnos jest pierwszą w zawodowej karierze Neda Rawlinsa, ambitnego młodzieńca z twardym kręgosłupem moralnym. Z pełną świadomością, z rozkoszą łamanym przez rasowego polityka? Profesjonalnego oszusta, opływającego w dostatki, uprzywilejowanego, powszechnie szanowanego Charlesa Boardmana. Taki postęp, a ludzkość w dalszym ciągu oddaje cesarzom, co boskie. Ludzie żyją długo i pięknie (brzydota jest aspołeczna; należy za wszelką cenę dopasowywać się do obowiązujących kanonów piękna, ażeby nie urazić innych) – przynajmniej ci, których na to stać – zwiedzają inne systemy planetarne, zasiedlają światy nienależące do „naszego” Układu Słonecznego, podbijają Kosmos w sposób cywilizowany (yhm, eksploatują mądrze, niszczą racjonalnie, zabijają rozsądnie), a politycy wciąż równiejsi. Postęp postępem, ale „Folwark zwierzęcy” George'a Orwella nigdy się nie zestarzeje. Utopia na miarę możliwości Homo sapiens. Jaki gatunek, taki raj. Richard Muller upiera się przy stanowisku, że Homo sapiens to „najbardziej niebezpieczny, najokrutniejszy, najpodlejszy potwór we wszechświecie”, ale kogo tak naprawdę próbuje przekonać: swojego interlokutora (nas) czy siebie? Ned Rawlins został uprzedzony o mizantropii, cynizmie, zgorzknieniu Mullera, ostrzeżony przez prawdopodobnie najmniej pożądanego z nieproszonych gości Człowieka w Labiryncie, mózg złożonej operacji na Lemnos. Charles Boardman przygotowuje swojego ucznia na spotkanie z zaprawionym w bojach, niezwykle twardym, niemal niezniszczalnym, skrajnie nieprzystępnym mężczyzną, który miał pełne prawo pogniewać się na ludzkość. Co więcej, miał całe dziewięć lat na pielęgnowanie urazy. Kiedyś byli tacy sami – ulepieni z tej samej gliny – podejmowali się najtrudniejszych, najbrudniejszych, najbardziej niewdzięcznych i niebezpiecznych zadań na niezmiennie mocno wyboistej drodze rozwoju ludzkości, ale podobno tylko Boardman wytrwał w bezwarunkowej, szalonej miłości do własnego gatunku. Nie ulega wątpliwości, że mentor „naiwnego chłopaka wysłanego na rzeź” to skuteczny sprzedawca wizerunku, kreujący się na jedynego prawdziwego męża stanu, od dziesięcioleci praktycznie niewychodzący z roli (sam ją napisał, sam ją redaguje), można więc podejrzewać, że jego bezgraniczne oddanie Ziemianom, deklarowana miłość do ludzi jest częścią aktorskiego (politycznego) show Boardmana. Egoista odgrywający altruistę. Sadysta pozujący się na męczennika. Genialny strateg kontra(?) żółtodziób z duszą romantyka. Z drugiej strony Charles Boardman mógł wpaść w lepką sieć własnej propagandy, uwierzyć w swoje kłamstwa. A jeśli mówi prawdę? To najlepsza czy najgorsza opcja? Miłość agape tak odpychającego, śliskiego, podstępnego stworzenia, jak Boardman... Straty w ludziach lekką ręką (a przynajmniej bez większego żalu) wrzucający w koszta. To drugi etap misji na planecie Lemnos, zamieszkałej przez małe, duże i średnie zwierzęta niewystępujące na Ziemi (żadna obca forma życia niestety nie została opisana przez autora omawianego dzieła) i przybłędę z cuchnącą duszą. „Wszechświat nie śmierdzi! Człowiek śmierdzi! Śmierdzi, bo chce śmierdzieć, choć mógłby rozkosznie pachnieć” - powiedział mizantrop? W każdym razie gargantuiczny labirynt (krąg zewnętrzny ma około tysiąca kilometrów obwodu i wysokość pięciu metrów, ale nas interesuje krąg wewnętrzny: najwyżej trzydzieści kilometrów w obwodzie), w którym schowała się jedyna nadzieja na utrzymanie dominującej pozycji Homo sapiens w małym wycinku wszechświata, Neil Gaiman odczytał jako proroczą wizję gier komputerowych i faktycznie trudno oprzeć się takim skojarzeniom zwłaszcza w pierwszej fazie misji na depresyjnej planecie Lemnos. Przecieranie szlaku przez drony i „dziecinna radość”, ekscytacja Neda Rawlinsa czującego się, jakby osobiście przemierzał korytarze najeżone śmiertelnymi pułapkami; skomplikowaną konstrukcję, która jakimś niepojętym sposobem całkowicie oparła się upływowi czasu. Według mnie prekursor sześcianu ujawnionego w 1997 roku, czyli filmowego thrillera „Cube” w reżyserii Vincenzo Nataliego. W drugiej fazie misji na Lemnos poślą tak zwane mięso armatnie i dopiero potem przyjdzie kolej na Neda Rawlinsa i Charlesa Boardmana, pełnosprawnych mozolnie (diabelskimi metodami) pokonujący bariery architektoniczne niestanowiące żadnej przeszkody dla niepełnosprawnego. Wywrócenie do góry nogami nieporządku świata, zamiana ról, obrócenie o sto osiemdziesiąt stopni problemu omawianego w rzeczywistości Autora: debata publiczna zwieńczona przełomowym aktem prawnym w Stanach Zjednoczonych, wprowadzonym a prezydentury Lyndona B. Johnsona.

Młodego Roberta Silverberga refleksje o człowieku i jego miejscu we wszechświecie. Przeraźliwa samotność w labiryncie myśli. Uduchowiona literatura rozrywkowa. Niewybitna powieść science fiction, leciutko nadszarpnięta zębem czasu, miejscami frustrująco enigmatyczna, niedostatecznie rozwinięta, ale przekazująca uniwersalne prawdy o życiu istot niedoskonałych; nader często zapominających, że pycha kroczy przed upadkiem. Filozoficzna zaduma i konkretna akcja. Nienadęta rozprawa o ludzkości i sensacyjna, wizjonerska przygoda na obcej planecie. Praktycznie gotowy materiał na film; niekoniecznie hollywoodzki, zważywszy na brutalną szczerość wątpliwych bohaterów tej reinterpretacji mitu o Filoktecie. Przykuwającego uwagę „Człowieka w labiryncie”, bądź co bądź, frapującej lektury SF.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 12 lutego 2025

„Wolf Man” (2025)

 
W 1995 roku mieszkający w górach Oregonu Grady Lovell i jego małoletni syn Blake podczas polowania na sarny i jelenie zostają nieprzyjemnie zaskoczeni przez tajemniczą humanoidalną postać. Trzydzieści lat później do apartamentu w San Francisco zajmowanego przez pisarza Blake'a Lovella, jego pracującą w korporacji żonę Charlotte i ich małą córkę Ginger, przychodzi oficjalne pismo z informacją o śmierci myśliwego z Oregonu, Grady'ego Lovella, i skromnym majątku pozostawionym jego jedynemu synowi. Od dawna nieutrzymujący kontaktu z ojcem Blake staje się właścicielem nieruchomości w głębi lasu, w której dostrzega szansę na zacieśnienie więzi małżeńskiej, zażegnanie małego kryzysu rodzinnego. Namawia Charlotte do tymczasowej ucieczki od wielkomiejskiego pędu, odpoczynku w dzikim miejscu, w którym się wychował. Zamiast niezapomnianych wakacji, czeka ich jednak nieprawdopodobny koszmar. Na ostatnim odcinku trasy do odosobnionego domu trzyosobowa rodzina z miasta i ich nieoczekiwany pasażer zostaną zaatakowani przez wściekłą bestię.

Plakat filmu. „Wolf Man” 2025, Universal Pictures, Blumhouse Productions, Cloak & Co.

W 2014 roku firma Universal Pictures ujawniła swoje plany uaktualnienia biblioteki Universal Monsters – wypuszczenia całej serii remake'ów horrorów z klasycznymi potworami, później nazwanej Dark Universe. W tym samym roku ogłoszono, że Aaron Guzikowski, scenarzysta „Kontrabandy” Baltasara Kormákura i „Labiryntu” Denisa Villeneuve ma napisać nowego „Wilkołaka” (mówiło się o reboocie filmu George'a Waggnera z 1941 roku). W 2016 roku media doniosły o zaangażowaniu Dave'a Callahama (m.in. „Doom” Andrzeja Bartkowiaka i późniejszy „Zombieland: Kulki w łeb” Rubena Fleischera) do przerobienia tekstu przedłożonego przez Guzikowskiego. Oficjalne otwarcie Dark Universe nastąpiło w 2017 roku – światowa premiera pierwszego filmu z tego cyklu, „Mumii” Alexa Kurtzmana, która zaliczyła spektakularną porażkę. Krytyczny odbiór tego dzieła zniechęcił Universal Pictures do kontynuowaniu projektu Dark Universe. „The Wolf Man” został anulowany, ale trzy lata później Universal Pictures i Blumhouse Productions pochwalili się inną „wskrzeszoną” sylwetką z panteonu Universal Monsters; luźnym remakiem „Niewidzialnego człowieka” Jamesa Whale'a, czy jak kto woli readaptacją słynnej minipowieści Herberta George'a Wellsa. Trzecim reżyserskim osiągnięciem Leigh Whannella (po „Naznaczonym: rozdział 3” i „Ulepszeniu” z 2018 roku), opartym na jego własnym scenariuszu. Pozytywny odbiór nowego „Niewidzialnego człowieka” i publicznie wyrażane zainteresowanie Whannella stworzeniem horroru o wilkołakach, skłoniły Universal Pictures (i Blumhouse Productions) do otwarcia kolejnych negocjacji w sprawie „Wolf Man”.

Płodny scenarzysta (m.in. „Piła”, „Martwa cisza”, „Naznaczony”, „Naznaczony: rozdział 2” Jamesa Wana, „Piła II” i „Piła III” Darrena Lynna Bousmana, „Szkolna zaraza” Jonathana Milotta i Cary'ego Murniona, „Naznaczony: Ostatni klucz” Adama Robitela) Leigh Whannell i jego małżonka Corbett Tuck wspólnymi siłami skonstruowali wilkołaczą opowieść, która dość mocno odbiegła od oryginału z początku lat 40. XX wieku. Właściwie „Wolf Man” w reżyserii Leigh Whannella trudno rozpatrywać w kontekście „Wilkołaka” George'a Waggnera... Może nawet nie powinno się tego robić. Tak czy inaczej, potraktowałam to jako odrębny, samodzielny utwór z gatunku horroru z drobnymi nawiązaniami nie tylko do klasycznego monster movie z Bélą Lugosim i Lonem Chaneyem Jr. Sam reżyser „Wolf Man” przyznał, że bardziej podpierał się „Muchą” Davida Cronenberga i „Coś” Johna Carpentera (transformacje cielesne, likantropia jako choroba w najgorszym wypadku wyniszczająca, unicestwiająca całą rodzinę). W preprodukcji Leigh Whannell organizował cotygodniowe seanse w studio filmowym dla ekipy „Wolf Man”, które miały jej dać jakieś ogólne pojęcie o zadaniu, jakie ich czekało w Nowej Zelandii. Poza wspomnianymi już dziełami („Coś” 1982, „Mucha” 1986) obejrzeli „Pod skórą” Jonathana Glazera, „Miłość” Michaela Hanekego, „Blue Valentine” Dereka Cianfrance'a, „Małe dzieci” Todda Fielda i „Lśnienie” Stanleya Kubricka, które miało być drogowskazem szczególnie dla Julii Garner (m.in. „Martha Marcy May Marlene” Seana Durkina, „Jesteśmy tym, co jemy” Jima Mickle'a, „Ostatni egzorcyzm. Część 2” Eda Gassa-Donnelly'ego, „Apartment 7A” Natalie Eriki James), w „Wolf Man” wcielającej się w postać Charlotte Lovell, głównej żywicielki rodziny, pracoholiczki, podobnie jak Wendy Torrance (Shelley Duvall) obarczonej dodatkową (nader potężną) odpowiedzialnością z dala od domu. Szkic scenariusza „Wolf Man” powstał w 2020 roku, podczas tak zwanego twardego lockdownu tłumaczonego pandemią COVID-19. Wieczorny spacer Leigh Whannella z psem po wyludnionych ulicach przypomniał mu specyficzny klimat panujący w „28 dni później” Danny'ego Boyle'a i nagle ogarnęła go przemożna potrzeba odizolowania innych fikcyjnych postaci. Mógł czerpać z własnych doświadczeń, lęków zrodzonych w zamknięciu (dręczące myśli o niespełnieniu się w roli rodzica, niewzorowym wypełnianiu większych niż dotychczas obowiązków rodzinnych, niedostatecznym zabawianiu własnych dzieci) i zintensyfikowanych w tym mocno niepewnym czasie (strach przed chorobami i śmiercią). Omówił sprawę z żoną i zgodnie uznali, że jeszcze lepsze będzie połączenie ich doświadczeń, przemyśleń, obaw i codziennych rodzinnych zmagań w izolacji społecznej narzucanej przez zagrożenie epidemiczne. Wspominali też swoją przedwcześnie zmarłą drogą przyjaciółkę, dzielnie walczącą z przerażającą chorobą neurodegeneracyjną, stwardnieniem zanikowym bocznym (SLA, ALS). W scenariuszu „Wolf Man” Leigh Whannell i Corbett Tuck zawarli „rozdział” ku pamięci ich przyjaciółki – przykrą opowieść o ukochanej matce i żonie odebranej przez ALS, która w postprodukcji, niestety, została wycięta.

Plakat filmu. „Wolf Man” 2025, Universal Pictures, Blumhouse Productions, Cloak & Co.

Akcja „Wolf Man” Leigh Whannella rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych – San Francisco i góry w Oregonie – ale film kręcono w Nowej Zelandii: w Queenstown na Wyspie Południowej (las) i w Lane Street Studios w Wellington na Wyspie Północnej (scenografia gospodarstwa domowego odziedziczonego przez Blake'a Lovella, z wyjątkiem zdjęć elewacji budynku mieszkalnego, bo te pochodzą z farmy w osadzie Mangaroa leżącej na Wyspie Północnej). Zdjęcia główne ruszyły w marcu 2024 roku, a dystrybucja (kinowa) w styczniu 2025. Szacunkowy budżet produkcji wyniósł dwadzieścia pięć milionów dolarów. Leigh Whannell, od dzieciństwa wielki fan takich twórców efektów specjalnych, jak Rick Baker („Skowyt” Joe Dantego, „Amerykański wilkołak w Londynie” Johna Landisa), Stan Winston i Rob Bottin („Coś” Johna Carpentera), Dick Smith („Egzorcysta” Williama Friedkina), w „Wolf Man” dostrzegł idealną okazję do złożenia małego hołdu swoim bożyszczom. Małego, bo kopiowanie takich mistrzów to byłaby czysta profanacja:) Co prawda rozważał skrzyżowanie wilkołaków Ricka Bakera z niestarzejącym się wizerunkiem Lona Chaneya Jr. ujawnionym w 1941 roku i - tak na dokładkę - bestiami z „Dog Soldiers” Neila Marshalla, ostatecznie jednak postawił na projekt zainspirowany Jokerem w wykonaniu Heatha Ledgera. Sporządził go doświadczony charakteryzator urodzony w Holandii, ale realizujący się głównie w Stanach Zjednoczonych, Arjen Tuiten (m.in. „Labirynt fauna” Guillermo del Toro), który w następnym etapie („ożywiania potwora”) ściśle współpracował ze szwedzką wizażystką Pamelą Goldammer (m.in. „Wilkołak” Joe Johnstona, „Z lasu” Corina Hardy'ego). „Wolf Man” otwiera incydent z dzieciństwa głównego bohatera (krótki pokaz talentu młodego Zaca Chandlera), wychowywanego przez surowego ojca, myśliwego Grady'ego Lovella. Potem akcja przeskakuje o trzydzieści lat do przodu i stopniowo dowiadujemy się, że jedyny syn łowcy z oregońskiej głuszy własne rodzinne gniazdko uwił sobie w wielkim amerykańskim mieście i odtąd nie szukał kontaktu z apodyktycznym ojcem. Przedstawia się jako pisarz, ale złośliwi mogą nazwać go utrzymankiem żony. Tak naprawdę opiekuje się swoim oczkiem w głowie, uroczą córeczką Ginger (świetna Matilda Firth, znana choćby ze „Starve Acre” Daniela Kokotajlo i „Uległości” S.K. Dale'a) – a imię to ukłon dla „Zdjęć Ginger” Johna Fawcetta - i dba o gospodarstwo domowe. Blake Lovell (przeciętny występ Christophera Abbotta, m.in. „To przychodzi po zmroku” Treya Edwarda Shultsa, „Possessor” Brandona Cronenberga) w ciągu dnia praktycznie nie widuje swojej żony Charlotte (irytująco zdystansowana, absolutnie nieprzekonująca Julia Garner). Może w niedziele i święta? Tak czy inaczej, kobieta pracuje od rana do wieczora, a po powrocie do domu wisi na telefonie. Gdyby chodziło tylko o niego, to pewnie zacisnąłby zęby, ale Blake nie może ignorować ewidentnych(?) oznak osłabienia stosunków z Ginger. Charlotte musi znaleźć więcej czasu dla rodziny, to nie podlega dyskusji! Czyli on też pójdzie do pracy? Ma taki zamiar, ale najpierw chce pokazać bliskim miejsce, w którym się wychował. Lekko ponury domek w niezbyt mrocznym lesie. Naturalna sceneria surowym okiem Stefana Duscio (m.in. „Ulepszenie” i „Niewidzialny człowiek” Leigh Whannella, „Wyspa przetrwania” J.D. Dillarda). Mimo wszystko całkiem pociągające zdjęcia, pewnie nie przypadkiem chwilami przypominające „Lśnienie” Stanleya Kubricka, za to najmniejszego wrażenia nie zrobiła na mnie obiecywana przez twórców uczta dźwiękowa (głównym kompozytorem Benjamin Wallfisch, którego można kojarzyć chociażby z „Powracającego koszmaru” Asifa Kapadii, „V jak Vendetta” Jamesa McTeigue'a, „Lęku” Paddy'ego Breathnacha, „Rytuału” Mikaela Håfströma, „Lekarstwa na życie” Gore Verbinskiego i oczywiście „Niewidzialnego człowieka” Leigh Whannella). Najbardziej zawiódł scenariusz – sztampowy survival horror z niepospolitą perspektywą wilkołaka i nudnawy dramat rodzinny (temat zaledwie liźnięty, postacie typowo hollywoodzkie, płaskie, niepogłębione, jakby odrysowane od wyświechtanych szablonów). Nie najgorsza charakteryzacja i całkiem odważne, jak na dzisiejsze czasy, nieliczne elementy gore (autokanibalizm, wymiotowanie ciałem i krwią, niedokładne powtórzenie popisowego numeru z „Piły” Jamesa Wana). I podobno prawdziwy pająk gigant. Nie zaskoczyło, w napięciu nie trzymało, ale prawdę mówiąc spodziewałam się, że będzie gorzej. UWAGA SPOILER Wyjątkiem łzawe zakończenie – disneyowsko wzruszająca scena, która wyglądała mi (czysto subiektywny odbiór) na akt desperacji. Rozpaczliwe zabieganie o jakąkolwiek emocję, zreflektowanie się w zawodności, nieskuteczności płaszczyzny emocjonalnej KONIEC SPOILERA.

Popcornowy horror o paskudnej zarazie szalejącej w leśnych ostępach. Schematyczna opowieść, która miała być nowoczesną reinterpretacją mitu wilkołaka. Według mnie drastyczny spadek formy Leigh Whannella, „Frankensteina Niewidzialnego Człowieka”. Bezpłciowe kino... z garstką smaczków dla koneserów gatunku, miłośników staroci i antyków: filmów z XX wieku:) I, zdaje się, dużo szersza oferta dla zwolenników współczesnych straszaków. W każdym razie dla siebie niewiele tu znalazłam. W tym quasi-remake'u żelaznego klasyka, w „Wolf Man” 2025.

poniedziałek, 10 lutego 2025

Joanna Zaręba „Ludzkie zoo. O wystawianiu ludzi na pokaz”

 
Dziwolągi, wybryki natury, potwory, showmani. Ludzie z wadami wrodzonymi i nabytymi, odróżniający się anatomicznie, niepasujący do obowiązujących kanonów piękna, postrzegani jak egzotyczne okazy nienaturalne, odrażające anomalie biologiczne, krzyżówki międzygatunkowe, istoty fascynujące w swojej niekwestionowanej brzydocie. Zmuszani do zabawiania gawiedzi i dobrowolnie wystawiający się na widok publiczny. Niewygodny fenomen społeczny i kulturowy pod lupą Joanny Zaręby, autorki popularnonaukowej publikacji pod tytułem „Ludzkie zoo. O wystawianiu ludzi na pokaz” (wydana też pod nazwą „Dziwolągi. Historie ludzi wystawianych na pokaz”). O bohaterach i bohaterkach tak zwanych freak shows.

Okładka książki. „Ludzkie zoo. O wystawianiu ludzi na pokaz”, Wydawnictwo RM 2025

Wznowienie jednej z najpoczytniejszych książek absolwentki Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego, kolekcjonerki minerałów, profesjonalnej trenerki rozwoju kreatywności, doradczyni biznesowej i życiowej, szczególnie interesującej się psychologią i filozofią, autorki między innymi „Krótkiej historii psychologii” (2018), „Wszystko w mojej głowie” (2020) i „O mężczyźnie, który widział dźwięki. Zagadki umysłu” (2024), Joanny Zaręby. Skrót porażająco długiej historii rozrywki dziś uznawanej za skrajnie amoralną, który swoją premierę miał w roku 2023 - „Dziwolągi. Historie ludzi wystawianych na pokaz”, Wydawnictwo RM. W styczniu 2025 roku ta sama oficyna uaktualniła tę fascynującą ofertę w ramach swojej nowej serii - w spójnej szacie graficznej - „Fenomeny ludzkości”. „Ludzkie zoo. O wystawianiu ludzi na pokaz” zawiera grubo ponad dwadzieścia minibiografii przedstawicieli teoretycznie wymarłego zawodu, tytułowanych freaks of nature i prodiges. Niewolników i gwiazd estrady, ludzi uprzedmiotowionych i cieszących się sławą, okrutnie wykorzystywanych i autentycznie realizujących się w rolach dziwolągów.

We wstępie do „Ludzkiego zoo” Joanna Zaręba naświetla wielowiekową tradycję kolekcjonerską. Od średniowiecza do współczesności. Żywe eksponaty w rezydencjach magnackich i dworach szlacheckich, nabytki królów i książąt mniej czy bardziej chętnie zabawiających ich gości oraz przyciągające tłumy „potwory XIX i XX wieku”. Kreśli kontekst historyczny. który zawsze należy brać pod uwagę rozpatrując moralny wymiar ludzkiego zachowania. Pamiętać o zmienności moralnej, o dynamicznym postępie cywilizacyjnym, rozwoju humanizmu. Zaręba współczującym okiem przygląda się autentycznym postaciom heroicznie walczącym z przeciwnościami sadystycznego Losu, jednocześnie rozumiejąc czasy, w jakim przyszło im żyć. Innymi słowy, „Ludzkie zoo” nie jest krytycznym manifestem, jednoznacznym potępieniem „pokazów dziwolągów”, tylko uczciwym rozliczeniem z historią. Obiektywną pracą o bardzo dochodowym biznesie. Pokuszę się o stwierdzenie, że przy okazji spełniającym „niezwykle ważną”, wstrętną funkcję społeczną – dowartościowywanie większości krzywdą mniejszości. Zawsze modne „polowanie na czarownice”. Odzierani z człowieczeństwa, uprzedmiotowiani i rzucani na pożarcie. Normalni radośnie konsumujący nienormalnych. Szatańskie pomioty, wilkołaki, małpoludy, grubasy, szkielety, liliputy, olbrzymy, żaby, żółwie, bydło - nigdy ludzie. Trzeba przyznać, że kiedyś sprzedawcy inności byli kreatywniejsi, że impresarie i naganiacze z XIX i XX wieku wymyślali chwytliwsze nazwy i opisy dla „swoich produktów” od samozwańczych strażników ładu i porządku publicznego z XXI wieku. Azteckie Dzieci, Ambasadorzy z Marsa, Zip Co To Jest, brakujące ogniwo ewolucji. Artyści reklamowani jako dziwolągi i cuda dostawali zupełnie nowe, nieprawdopodobne życiorysy – bywało, że sami je opracowywali, a przynajmniej dokładali szokujące szczegóły do fałszywego wizerunku mającego skusić frajerów, bo tak w tej branży zwykle nazywano spragnioną mocnych wrażeń publiczność bez opamiętania wydającą nierzadko z trudem zarobione pieniądze na oglądanie „najbrzydszych mężczyzn i kobiet świata”. Fantastycznie brzmiące historie życiowe „dziwolągów” były oszustwem dopuszczalnym - fikcją teatralną, przez jakąś część widzów przyjmowaną całkowicie bezkrytycznie, braną za absolutną prawdę, ale wielu (może nawet większość) traktowało to bardziej jako baśniowy dodatek do autentycznych wynaturzeń – natomiast za nieuczciwe praktyki uznawano przebieranie, charakteryzowanie „normalnych ludzi” i prezentowanie zwykłych zwierząt jako niezwykłych istot. Najbardziej przedsiębiorczy impresarie starali się więc o certyfikaty prawdziwości, standardowo uzyskiwane po nader szczegółowych, często poniżających, badaniach lekarskich. W środowisku naukowym nigdy nie brakowało chętnych na oględziny potworów (wtedy oficjalna nazwa medyczna), także poza kolejnością; „dziwolągi” były priorytetem z uwagi na wysoką wartość poznawczą; uczeni widzieli w nich ogromne źródło nowych i potencjalnie bardzo przydatnych dla rozwoju medycyny, informacji o chorobach i schorzeniach, anatomii i fizjologii człowieka. Ulubieńcami niejednego amerykańskiego lekarza z XIX i pierwszej połowy XX wieku byli pacjencji z egzotycznych rejonów świata, czyli wszystkich kontynentów poza Europą. Kontakt z obcymi organizmami inwazyjnymi w bezpiecznych – powiedzmy laboratoryjnych – warunkach. Z żywymi dowodami na niższość innych kultur, wstrętnymi przybyszami z nieucywilizowanych terenów. Joanna Zaręba we wprowadzeniu do „Ludzkiego zoo” przypomina, że w tamtym czasie na świecie powszechny był rasizm (i kolonializm), według mnie zjawisko, które zdążyło już wrócić do łask. Historia kołem się toczy, więc... Kolejny boom na freak shows uważam za wielce prawdopodobny. Wolę przygotować się na najgorsze, niż srogo rozczarować.

Okładka książki. „Dziwolągi. Historie ludzi wystawianych na pokaz”, Wydawnictwo RM 2023

Poza wstępem i krótkim podsumowaniem w „Ludzkim zoo” Joanny Zaręby mamy dwadzieścia pięć nieponumerowanych rozdziałów (wybrane sylwetki nieżyjących już gwiazd freak shows i side shows) pogrupowanych w ośmiu działach: DZICY I WŁOCHACI - NAJGRUBSI I NAJCHUDSI - Z MAŁĄ CZASZKĄ - SKOSTNIALI I POWYGINANI - BEZ RĘKI, BEZ NOGI – ZAWSZE RAZEM – ZZA OCEANU – PRAWIE BLIŹNIĘTA. Zadziwiające, ile treści autorka zmieściła na mniej więcej dwustu pięćdziesięciu stronach. Widać, że dokładnie przestudiowała temat - bibliografia na samym końcu publikacji, wiele wskazuje jednak na to, że nadrzędną pomocą dydaktyczną było „American Sideshow: An Encyclopedia of History's Most Wondrous and Curiously Strange Performers” Marca Hartzmana – zdecydowanie potrafi obrazowo opisywać. Bogaty zasób słów, godna pozazdroszczenia zdolność do łączenia ich w rytmiczne zdania, wysoki poziom empatii i ironiczne (moje ulubione) poczucie humoru. Najbardziej szokująca dla mnie była historia z działu pierwszego – najdłuższa opowieść w niniejszym biograficznym zbiorze – horror pt. „Najbrzydsza Kobieta Świata”. Urodzona w Meksyku w pierwszej połowie XIX wieku, porzucona przez matkę, wyklęta przez zabobonnych rodaków, zniewolona przez „dżentelmena z cywilizowanego kraju”. Chciwość Theodore'a Lenta, „menadżera” nieszczęsnej Julii Pastrany nie znała granic. Człowiek pozbawiony hamulców, z nieznośną łatwością pokonujący wszelkie przeszkody (nie wyłączając śmierci) na drodze do jeszcze większej, i jeszcze większej fortuny - mamony nigdy dość. Pierwszy, ale nie ostatni nekrohandlarz w sprawie, która swój finał znalazła dopiero w 2013 roku. To bodaj najjaskrawszy przykład wyzysku w business freaks, ale ten proceder praktycznie rzecz biorąc był na porządku dziennym. Prędzej norma niż wyjątek, nie należy jednak przez to rozumieć, że wszyscy byli niewolnikami diabolicznych impresariów. Można, a nawet trzeba, zarzucać im wykorzystywanie dzieci i osób z niepełnosprawnościami intelektualnymi – za nich decydowali rodzice i inni opiekunowie prawni. Oddawani (sprzedawani) pod opiekę mniej i bardziej znanych przedsiębiorców cyrkowych (najczęściej przewijającym się nazwiskiem w „Ludzkim zoo” Joanny Zaręby jest oczywiście P.T. Barnum, właściwie Phineas Taylor Barnum, założyciel Barnum & Bailey Circus). Nie zawsze z lekkim sercem, ale jak słusznie zauważa autorka w tamtych czasach nie było czegoś takiego jak opieka/pomoc społeczna, nie istniały zasiłki, renty, ani inne świadczenia dla osób z niepełnosprawnościami, gdy więc w niezamożnych domach, ubogich rodzinach przychodziło na świat maleństwo bez rąk i nóg albo zrośnięte bliźniaki, to wraz z nimi pojawiał się nieopisany strach o przyszłość. Nawet jeśli ich opiekunom nie uśmiechało się wystawianie własnego dziecka na widok publiczny (jedni rodzice mieli z tym problem, inni nie), nawet jeśli mierziły ich oferty takich ludzi, jak P.T. Barnum, pokornie je przyjmowali. W każdym razie masowego odrzucania takich niemoralnych propozycji historia nie odnotowała. Kariera potwora albo śmierć głodowa. Instynkt przetrwania, niemożność znalezienia lepszego sposobu na utrzymanie się, czy po prostu pragnienie odciążenia bliskich (jak przypuszczalnie było w przypadku Jonathana R. Bassa występującego pod pseudonimem Skostniały Człowiek) był jednym z najczęściej występujących powodów włączania się do niezwykłych kolekcji rekinów show biznesu przez pełnoletnie, pełnosprawne intelektualnie, zdrowe psychicznie osoby; artyści znający swoje prawa i swoją wartość, świadomie wkraczający w ten szalony świat zmyślnie złożony z uderzających kontrastów, nieubezwłasnowolnieni przez krwiożerczych biznesmenów. Dla jednych, mimo wszystko to była istna męka, a dla drugich łączenie przyjemnego z pożytecznym, pracy z pasją. W tej dziwnej branży czuli się jak w wielkiej, szczęśliwej rodzinie. Zarabiali więcej niż godnie i mieli sporo frajdy z odgrywania potworów... i skubania frajerów:) W cyrkach, tawernach, podrzędnych teatrach i muzeach. Z przygód filmowych najbardziej znaną i najczęściej wspominaną przez autorkę „Ludzkiego zoo” - część obsady aktorskiej Joanna Zaręba uczyniła bohaterami i bohaterkami swojej arcyciekawej książki – jest kontrowersyjna akcja z lat 30. XX wieku: kultowe dzieło Toda Browninga pt. „Freaks” (pol. „Dziwolągi”).

Poznajcie pierwszego wilkołaka w historii, najwspanialszego z grubasów, kobietę ptaka, mężczyznę zaklętego w kamień, półchłopca, braci z Syjamu, Tomcia Palucha, człowieka z miniaturowym bliźniakiem i wiele innych niesamowitych stworzeń. Poznajcie ludzi, których okrzyknięto potworami. Sprawdźcie, jak potoczyło się ich życie. Wejdźcie do Cyrku Dziwolągów, a po „uciesznym” przedstawieniu koniecznie zajrzyjcie za kulisy. Przyjrzyjcie się kobietom, mężczyznom i dzieciom zdehumanizowanym. Przeczytajcie „Ludzkie zoo. O wystawianiu ludzi na pokaz” Joanny Zaręby – polecam, nie nakazuję;)

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 8 lutego 2025

Zapowiedź: „Hurry Up Tomorrow”

 
Najbardziej tajemnicza produkcja 2025 roku.
The Weeknd, Jenna Ortega i Barry Keoghan w pierwszym zwiastunie filmu „Hurry Up Tomorrow"!

Kadr z filmu. „Hurry Up Tomorrow” 2025, Lionsgate, Manic Phase, Tremolo Productions

Abel Tesfaye, znany fanom na całym świecie jako The Weeknd, wydał właśnie swój ostatni album pod tym pseudonimem. Jednak szósta (ostatnia!) płyta artysty, zatytułowana „Hurry Up Tomorrow” to nie tylko muzyka. Już 16 maja 2025 roku odbędzie się światowa premiera pełnometrażowego filmu o tym samym tytule. Co ciekawe, artysta zagra w nim główną rolę.

Zobacz zwiastun: 

Nowa produkcja, wyreżyserowana przez wizjonerskiego Treya Edwarda Shultsa, twórcy takich filmów jak „Fale” i „To przychodzi po zmroku”, owiana jest tajemnicą. Wiadomo tylko, że to psychologiczny thriller inspirowany twórczością i życiem artysty o pseudonimie The Weeknd. W filmie główną rolę gra Abel Tesfaye, a obok niego dwójka popularnych aktorów Jenna Ortega i Barry Keoghan. Zaś ścieżkę dźwiękową do filmu współtworzył Daniel Lopatin.

Film jest kropką nad „i” dotychczasowego rozdziału kariery The Weeknd i katalizatorem wszystkiego, co nadejdzie. Pozycja obowiązkowa nie tylko dla fanów The Weeknd.

Posłuchaj nowego utworu „Open Hearts”:

Płyta „Hurry Up Tomorrow”. To nie tylko zamknięcie muzycznej trylogii, w której skład wchodzą również „After Hours” (2020) i „Dawn FM” (2022), ale także pożegnanie artysty z pseudonimem, pod którym zdobył międzynarodową sławę. Abel Tesfaye, bo tak naprawdę nazywa się The Weeknd, zapowiedział, że jego przyszłe projekty muzyczne będą sygnowane już jego prawdziwym imieniem i nazwiskiem.

Kadr z filmu. „Hurry Up Tomorrow” 2025, Lionsgate, Manic Phase, Tremolo Productions

Kadr z filmu. „Hurry Up Tomorrow” 2025, Lionsgate, Manic Phase, Tremolo Productions
Reżyseria:
Trey Edward Shults („Fale”, „To przychodzi po zmroku”)
Obsada: Abel Tesfaye (gwiazdor muzyki pop znany jako The Weeknd, „Idol” – serial), Jenna Ortega („Beetlejuice Beetlejuice”, „Wednesday” – serial, „Krzyk V i VI”, „Dziewczyna Millera”), Barry Keoghan („Saltburn”, „Zabicie świętego jelenia”, „Duchy Inisherin”, „Batman”)
Gatunek: thriller
Produkcja: USA
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films
 
Źródło: wszystkie materiały od Monolith Films

piątek, 7 lutego 2025

„Heretic” (2024)

 
Młode misjonarki z Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, siostry Barnes i Paxton, przybywają do stojącego na uboczu domu człowieka, który wyraził zainteresowanie wstąpieniem do ich wspólnoty, niejakiego pana Reeda. W progu informują gościnnego gospodarza, że regulamin misji nie pozwala im przebywać w gospodarstwach domowych, w których nie ma kobiet, ale pan Reed zapewnia, że w środku czeka jego żona. To przekonuje siostry do skorzystania z zaproszenia i oddania mu swoich płaszczy, wbrew zapowiedziom mężczyzny jego partnerka nie uczestniczy jednak w ich teologicznej rozmowie prowadzonej w ponurym salonie. Pan Reed przedłużającą się nieobecność małżonki tłumaczy nieśmiałością i daje do zrozumienia, że niebawem wyłoni się z kuchni z gorącym ciastem jagodowym, którego zapach faktycznie dociera do Barnes i Paxton. Pytania potencjalnego nowego członka Kościoła mormonów są jednak coraz bardziej krępujące, a uważniejsze oględziny miejsca spotkania stawiają pana Reeda w jeszcze gorszym świetle. Misjonarki nabierają pewności, że zostały oszukane. Zwabione w pułapkę przez oczytanego osobnika, najwyraźniej przeprowadzającego jakiś eksperyment pseudoreligijny.

Plakat filmu. „Heretic” 2024, A24, Beck Woods, Shiny Penny

Twórcy między innymi „Nightlight” (2015) i „Domu strachów” (2019), współscenarzyści „Cichego miejsca” Johna Krasinskiego i „Boogeymana” Roba Savage'a, Scott Beck i Bryan Woods, znają się od jedenastego roku życia. Dorastali w tym samym mieście, dzieląc myślami i opiniami na przeróżne tematy. Razem zastanawiali nad tym, co się dzieje z człowiekiem po śmierci, czy jesteśmy dziełem stworzenia jakiejś wszechmocnej istoty i która religia jest prawdziwa. W 2014 roku podjęli pierwszą próbę przekucia tych teologicznych rozważań w scenariusz filmowy. Wymyślili dwie młode misjonarki, które pukają do niewłaściwych drzwi, ale zarzucili pisanie, gdy uświadomili sobie, że wkroczyli na zbyt osobisty teren (strach przed nadmiernym uzewnętrznieniem się), przede wszystkim jednak przyhamował ich właściciel rzeczonych „niewłaściwych drzwi”. Musieli się dokształcić, żeby rozwinąć tę postać tak, jak sobie tego życzyła:) W przerwach między innymi projektami Beck i Woods prowadzili więc badania teologiczne i filozoficzne; gromadzili wiedzę niezbędną do skonstruowania dialogów, na których miała opierać się ich rozprawa religijna w formie, jak sami to nazwali, filmu popcornowego. W 2022 roku, po śmierci ojca Bryana Woodsa, „odgrzebali stary manuskrypt” i dokończyli opowieść o dwóch takich, co weszły do nieodpowiedniego – albo wręcz przeciwnie – domu. Trochę jak Clarice Starling w „Milczeniu owiec” Thomasa Harrisa i jej oscarowej ekranizacji w reżyserii Jonathana Demme'a. Z filmowych wpływów na „Heretic”, thriller psychologiczny z elementami horroru nakręcony pod markowym szyldem A24 (produkcja i dystrybucja), jego reżyserzy i scenarzyści wyróżnili jednak „Kontakt” Roberta Zemeckisa, oparty na powieści Carla Sagana z 1985 roku, i „Kto sieje wiatr” Stanleya Kramera, oparty na sztuce Jerome'a Lawrence'a i Roberta Edwina Lee z 1955 roku.

Zdjęcia główne do „Heretic” Scotta Becka i Bryana Woodsa ruszyły (po podpisaniu tymczasowej umowy z SAG-AFTRA, organizatorami wielkiego strajku) w pierwszym tygodniu października 2023 roku w Vancouver w Kanadzie, a zakończyły mniej więcej w połowie następnego miesiąca. Film kręcono chronologicznie. Budżet produkcji oszacowano na dziesięć milionów dolarów. Światowa premiera „Heretic” miała miejsce na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto we wrześniu 2024, a regularna dystrybucja kinowa wystartowała w pierwszej połowie listopada tego samego roku; do polskich kin obraz wszedł w drugiej połowie miesiąca w wyniku działalności firmy Kino Świat. „Heretic” nabierał kształtu z myślą o odwrotności „Cichego miejsca” Johna Krasinskiego – Beck i Woods chcieli sprawdzić się w zgoła odmiennym sposobie budowania dramaturgii: z milczącego świata w świat szaleńczo rozgadany. I wytłumaczyć, dlaczego uważają, że religia to wdzięczny temat dla kina grozy. Wielu mormonów wyraziło swą aprobatę dla opowieści o dwóch siostrach i heretyku Scotta Becka i Bryana Woodsa (pochwały za realizm, uczciwość względem misjonarzy: obiektywne, zniuansowane portrety psychologiczne), ale w oficjalnym oświadczeniu Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich potępił przedstawienie przemocy wobec kobiet. Psychicznej męki misjonarek, celowo bądź niechcący, zgotowanej przez tytułową postać genialnie wykreowaną przez Hugh Granta (m.in. „Kryjówka Białego Węża” Kena Russella) – między innymi nominacja do Złotego Globu w kategorii „najlepszy aktor w komedii lub musicalu” (sic!) - który zwrócił na siebie uwagę pomysłodawców „Heretic” (przekonał, że doskonale nadaje się do roli pana Reeda) występem w adaptacji powieści Davida Mitchella, „Atlasie chmur” Toma Tykwera oraz Lany i Lilly Wachowski. Pytanie, czy przemoc będzie eskalować? Czy psychiczna gehenna mormońskich misjonarek przerodzi się w coś bardziej drastycznego? Czy dziewczynom grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, czy jedynie definitywne pożegnanie z wiarą? Jakie zamiary wobec twardej siostry Barnes (niesamowicie intensywna, niepokojąco charyzmatyczna kreacja znanej choćby z „Boogeymana” Roba Savage'a, „MaXXXine” Ti Westa i/lub nowszego „Towarzysza” Drew Hancocka, Sophie Thatcher, która przy tej okazji - napisy końcowe - zaprezentowała też swoje zdolności wokalne; cover „Knockin' on Heaven's Door” Boba Dylana wpisujący się w wykład pana Reeda o iteracjach) i niepewnej siebie siostry Paxton (pięknie rozwijająca się postać, jeszcze piękniej zagrana przez Chloe East; m.in. „Wilk ze Snow Hollow” Jima Cummingsa) ma podejrzanie serdeczny gospodarz domu na urwisku? Wróg czy przyjaciel? Ulegamy paranoi młodych kobiet, jak by nie patrzeć, przebywających z obcym mężczyzną na kompletnym(?) odludziu, okropnie ponosi nas wyobraźnia, patrzymy na dobrego człowieka przez pryzmat fikcyjnych historii o wszelkiego rodzaju zwyrodnialcach (odwrócenie konwencji home invasion, co przypomniało mi „Nie oddychaj” Fede Alvareza) albo instynktownie przyjmujemy postawę obronną w ewidentnym legowisku wygłodniałego drapieżnika.

Plakat filmu. „Heretic” 2024, A24, Beck Woods, Shiny Penny

Podstępny teatr filmowy Scotta Becka i Bryana Woodsa. Struktura jak w „Śmierć i dziewczyna” tudzież „Wenus w futrze” Romana Polańskiego, „Rozmowie z gwiazdą” Steve'a Buscemiego czy „Złowrogim” Cary'ego Solomona i Chucka Konzelmana. Spektakl w dużej mierze bazujący na dialogach i monologach, praktycznie uzależniony od wypowiedzi zantagonizowanych postaci. Jednego aktora i dwóch aktorek („z gościnnym występem strudzonego wędrowca”, Tophera Grace'a z „Delirium” Dennisa Iliadisa i „Tajemnic Silver Lake” Davida Roberta Mitchella) grających w szachy, warcaby... albo „Monopoly”. Za oknami burza (najpierw deszcz, potem śnieg), a w niezdobytej twierdzy pana Reeda (zbrojone ściany, skomplikowany mechanizm otwierania i zamykania drzwi frontowych) zażarta debata niepolityczna. Żaden tam temat zastępczy tylko fundamentalne sprawy dla Homo sapiens. Wierzyć czy nie wierzyć? Mieć absolutną pewność czy zostawić sobie jakiś margines błędu? Iść przez życie z szeroko otwartym umysłem czy szczelnie zamkniętym? Pan Reed poszukiwaniom Jedynego Prawdziwego Boga poświęcił znaczną część swojego życia. Dokładnie przestudiował wszystkie religie świata, a przynajmniej te największe: chrześcijaństwo, islam, hinduizm, buddyzm i judaizm. Wynik tej wieloletniej misji, tego „nadludzkiego” poświęcenia nie mógł być bardziej rozczarowujący, frustrujący, wkurzający. Panna Barnes i tym bardziej panna Paxton niemal od samego początku nie widzą w nim równego sobie partnera do rozmowy; jego wszechstronna wiedza teologiczna onieśmiela oddane misjonarki, które w gruncie rzeczy nie zastanawiały się nad problemem, który panu Reedowi od dawna spędza sen z powiek. Obie wstąpiły do pierwszego Kościoła, jaki pojawił się na ich życiowej drodze i chyba nigdy nie myślały o sprawdzeniu innych wspólnot religijnych. Ich elokwentny interlokutor (co nieco przekłamujący) nie ukrywa swojego rozczarowania tak konformistyczną postawą, w jego eksperckiej(?) ocenie, całkiem bystrych młodych ludzi. Dlaczego tak szybko podporządkowały się temu, a nie innemu Kościołowi? Dokładnie tak - podporządkowały. Bo religia to jedno z najpotężniejszych narzędzi kontroli. W każdym razie do takiego wniosku doszedł niezwykle pracowity heretyk Scotta Becka i Bryana Woodsa. Pan Reed zarzeka się, że wie mniej niż na początku swoich wielkich badań (jeśli to prawda, to siostry Barnes i Paxton mają spore szanse wygrać tę słowną potyczkę z domniemanym nielegalnym „strażnikiem więziennym”), ale wszystko wskazuje na to, że jeszcze się nie poddał. Traktuje biedne mormonki jak króliki doświadczalne? Przeprowadza jakiś okrutny eksperyment obliczony na znalezienie Jedynego Prawdziwego Boga? W dziwnie przytulnym gabinecie (uderzający kontrast wystroju i oświetlenia ze stanem emocjonalnym bohaterek filmu), w którym niepewny czarny charakter trzyma miniaturową makietę swojego domu (puk, puk, tu inny „podopieczny” A24: „Dziedzictwo. Hereditary” Ariego Astera) UWAGA SPOILER, później skorelowanego z Piekłem Dantego (kto widział „Dom, który zbudował Jack” Larsa von Triera jest narażony na małą lawinę wspomnień, mniej lub bardziej pożądaną) KONIEC SPOILERA - druga stacja męczeństwa Barnes i Paxton? - przerażone misjonarki staną prawdopodobnie przez najtrudniejszym wyborem w swoim dotychczasowym życiu. Bramka numer jeden i bramka numer dwa. Dla ułatwienia... Albo najciekawszy wykład w tym niepewnie obłąkanym domu, albo bezczelna profanacja (w zależności od indywidualnych przekonań widza/progu tolerancji danej osoby wierzącej). Zestawienie świętości z czymś tak prymitywnym, jak muzyka popularna i gra planszowa. Trzy z największych religii świata przyrównane do coverów (plagiatów?) i „Monopoly”? I znowu zmiana dekoracji. Mokro, mrocznie, obskurnie. W tym ekstremalnie niewygodnym miejscu pojawi się pierwsza intencjonalnie upiorna praktyczna (charakteryzacja) niespodzianka zaprojektowana przez Chrisa Bridgesa, z którym Scott Beck i Bryan Woods mieli już okazję współpracować przy swoim „Domu strachów” (miłośnicy kina grozy pana Bridgesa mogą też kojarzyć z takich produkcji, jak „Blade: Wieczny łowca II” Guillermo del Toro, „Świt żywych trupów” Zacka Snydera, „Silent Hill” Christophe'a Gansa, „Piła III” i „Piła IV” Darrena Lynna Bousmana, „Istota” Vincenzo Nataliego, „Diabeł” Johna Ericka Dowdle'a, „Coś” Matthijsa van Heijningena Jr., „Carrie” Kimberly Peirce, „Poltergeist” Gila Kenana). Rozwiązanie zagadki czy kolejne złudzenie? Rehabilitacja rzekomego antybohatera albo ostateczne potwierdzenie sadystycznych skłonności pana Reeda. Tak czy inaczej, nieobliczalna to osobowość, powiedziałabym nawet, że to jedna z najbardziej angażujących, tajemniczych, nieprzejrzystych postaci we współczesnych kinie gatunkowym (przynajmniej thriller i horror). Ale finał tej diabelnie trzymającej w napięciu lockdownowej historii trochę mnie rozczarował. Perfekcyjnie poukładana opowieść z niedostatecznie wybuchowym, nieogłuszającym zamknięciem – nie przebiło ciosu zainkasowanego wcześniej, tuż po „aferze z zapałkami”. Niemniej niebanalny scenariusz niebanalnie przeniesiony na ekran. Wspaniale sugestywne zdjęcia Chung-hoona Chunga (m.in. „Stoker” Parka Chan-wooka, „To” Andy'ego Muschiettiego, „Ostatniej nocy w Soho” Edgara Wrighta), doskonale dobrana ścieżka dźwiękowa Chrisa Bacona (m.in. antologia „Patient Seven” 2016) i sprytny montaż Justina Li.

Prestidigitator z piekła rodem i wojowniczki w zbroi Bożej, ewentualnie współczesny rycerz w niekonwencjonalny sposób ratujący młode damy. Klaustrofobiczny slow burn thriller Scotta Becka i Bryana Woodsa o takim strasznym zjawisku, jak niezachwiana pewność w obszarze duchowym. Ślepa wiara i ślepa niewiara. Nieefekciarskie kino budzące żywe emocje, iście elektryzujące przeżycie filmowe w labiryntowym domu „pośrodku niczego”. Według mnie niepłytka refleksja nad życiem i śmiercią, niegłupia opowieść w gustownej oprawie audiowizualnej. Wybijający się z tłumu „Heretic”.

Za seans bardzo dziękuję dystrybutorowi

czwartek, 6 lutego 2025

„Heretic” na VOD

 
Hugh Grant w najbardziej nieprzewidywalnej roli w karierze
Najnowszy horror studia A24 „Heretic” od 7 lutego na VOD

Materiał promocyjny © Kino Świat

Wyjątkowy… nie pozostawia obojętnym
Najbardziej nieprzewidywalna rola Hugh Granta – Entertainment Weekly
Genialny, mrożący krew w żyłach – Indiewire
Ekscytująca gra w kotka i myszkę…wszyscy będą o nim mówić – Screenrant
Inteligentne połączenie religii z horrorem
Hugh Grant urodził się dla tej roli – IGN
Hugh Grant jest przerażający – The Verge

A gdyby od tego jak mocno wierzysz zależało… czy przeżyjesz? Wejdź do domu Pana Reeda i rozpocznij zabójczą grę… Oto nowatorski horror twórców serii „Ciche miejsce”, który ujawni demoniczne oblicze grającego w nim główną rolę Hugh Granta, nagrodzonego Złotym Globem za hity: „Dżentelmeni” i „Glass Onion: Film z serii „Na noże”. W pozostałych rolach zobaczymy znaną z serialu „Yellowjackets” Sophie Thatcher oraz Chloe East („Fabelmanowie”).

Jednym z producentów jest Jeanette Volturno, która swoje pełne grozy doświadczenia zbierała pracując przy takich produkcjach jak: „Halloween zabija”, „Uciekaj!” oraz kultowych seriach: „Noc czyszczenia”, „Paranormal Activity”, „Śmierć nadejdzie dziś”, „Naznaczony” i „Sinister”.

Dwie młode kobiety, które z potrzeby serca szerzą słowo Boże, pukają do drzwi domu Pana Reeda (Hugh Grant). Otwiera im z pozoru czarujący mężczyzna, który szybko pokazuje swoją diaboliczną naturę. Kobiety orientują się, że wszystkie wyjścia z domu zostały zamknięte, a ich podejrzany gospodarz co chwila pojawia się, aby zadać im kolejną zagadkę testującą ich wiarę. Rozpoczyna się śmiertelnie niebezpieczna gra, w której stawką jest przetrwanie. Głosicielki wiary będą musiały wykorzystać cały swój spryt, aby uciec z domu grozy Pana Reeda.

Od 7 lutego film będzie można obejrzeć na platformach: Premiery CANAL+, Player, Rakuten, TVP VOD, Polsat Box Go, PLAY, Orange, Vectra, Multimedia Polska, MEGOGO, TOYA, Nowe Horyzonty VOD, MOJEeKINO.pl, E-kino pod Baranami, INEA, Alfanet.

Zobacz zwiastun: 

Kadr z filmu. „Heretic” 2024, A24, Beck Woods, Shiny Penny

Premiera VOD: 7 lutego 2025
Gatunek: horror, thriller
Produkcja: USA 2024
Scenariusz i reżyseria: Scott Beck („Ciche miejsce”, „Ciche miejsce 2”, „Ciche miejsce: Dzień pierwszy”), Bryan Woods („Ciche miejsce”, „Ciche miejsce 2”, „Ciche miejsce: Dzień pierwszy”)
Obsada: Hugh Grant („Dungeons & Dragons: Złodziejski honor”, „Dżentelmeni”, „Glass Onion: Film z serii ‘Na noże’”), Sophie Thatcher („MaXXXine, „Yellowjackets”, „Księga Boby Fetta”), Chloe East („Fabelmanowie”, „Czysta krew”)
 
Źródło: wszystkie materiały od Kino Świat

środa, 5 lutego 2025

Asako Yuzuki „Masło”

 
W areszcie śledczym w Tokio przebywa kobieta podejrzana o liczne oszustwa matrymonialne i zabicie co najmniej trzech mężczyzn, perfekcyjna gospodyni domowa Manako Kajii, której media nadały przydomek Kajimana. Pracująca w tabloidowym magazynie dla panów, „Tygodniku Shūmei”, trzydziestotrzyletnia Rika Machida od jakiegoś czasu bezskutecznie stara się o wywiad z domniemaną seryjną morderczynią unikającą kontaktu także z innymi dziennikarzami. W końcu, idąc za radą swojej najlepszej przyjaciółki, Reiko Sayamy, która porzuciła karierę zawodową, by skupić się na budowaniu rodziny, Rika kulinarnym podstępem wkupuje się w łaski Manako Kajii, zdeklarowanej antyfeministki, maniaczki gotowania z bardzo wysokim mniemaniem o sobie i potencjalnie zabójczą charyzmą. Chcąc zyskać zaufanie niesławnej aresztantki, Rika pozwala jej na przejęcie sterów; aspirująca reporterka sumiennie wykonuje kulinarne zadania zlecane przez Manako, która w jej oczach niepostrzeżenie przeistacza się z bezwzględnej morderczyni w niewinną ofiarę, dotkliwie karaną za niepoddawanie się powszechnej presji, za rozmyślne niespełnianie oczekiwań społecznych.

Okładka książki. „Masło”, Wydawnictwo Literackie 2024, adaptacja; © HarperCollins Publishers

„Masło” (oryg. „Butter”), japoński bestseller nominowany do Naoki Prize pióra Asako Yuzuki, zdobywczyni 88. All Yomimono Prize for New Writers za opowiadanie „Forget Me, Not Blue”, pierwotnie opublikowane w 2008 roku w czasopiśmie „All Yomimono”, a dwa lata później wydane w formie książkowej – zbiór powiązanych krótkich historii pt. „Shūten no ano ko”. Asako Yuzuki urodziła się w Tokio w 1981 roku i choć od wczesnych lat szkolnych była zapaloną czytelniczką, literaturę krajową odkryła dopiero w gimnazjum – miłość do książek zaszczepiły jej takie utwory, jak „Ania z Zielonego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery, „Małe kobietki” Louisy May Alcott, „Pippi Pończoszanka” Astrid Lindgren, seria „Ramona” Beverly Cleary i powieści dla młodzieży Judy Blume. Do poszerzenia swoich czytelniczych horyzontów o literaturę japońską skłoniła ją lektura „Kitchen” Banany Yoshimoto. Po zakończeniu edukacji - studiowała literaturę francuską na Rikkyo University – próbowała realizować się w branży telewizyjnej, ale szybko zrozumiała, że w tym miejscu prawdopodobnie nigdy nie doczeka się upragnionej swobody twórczej. Przebranżowiła się na cukierniczkę, ale choć bardzo się starała, nie potrafiła wymyślić niczego, co mogłoby się sprzedać. Wtedy pewien starszy człowiek poradził jej skupić się na realizacji prawdziwego marzenia; walkę o sprawę, którą przed laty z góry uznała za straconą. O zostaniu powieściopisarką.

Powieść luźno zainspirowana autentyczną sprawą japońskiej seryjnej morderczyni i oszustki nazwiskiem Kanae Kijima (znana też jako The Konkatsu Killer), skazanej na karę śmierci za otrucie trzech niedoszłych mężów w latach 2007-2009. Pierwotnie wydana w 2017 roku smaczna mieszanka gatunkowa, którą do Polski wprowadziło Wydawnictwo Literackie w roku 2024 – edycja w doskonałym tłumaczeniu Anny Wołcyrz, z posłowiem japońskiego autora powieści historycznych i obyczajowych Ichiriki Yamamoto. Poruszająca historia kobiecej przyjaźni w rytmie kryminalno-kulinarnym z imponującą pieczołowitością skonstruowana przez poczytną pisarkę żywo zainteresowaną zmianami społeczno-obyczajowymi w swojej rodzimej Japonii. Stałą czytelniczkę Sayaki Muraty, Yu Miri, Mieko Kawakami i Yōko Tawady, której twórczość już kilkukrotnie została przeniesiona na ekran (najbardziej znany przykład: miniserial komediowy Netflix z 2017 roku „The Many Faces of Ito”, oparty na książce „Itō-kun A to E”). W „Maśle” Asako Yuzuki zdecydowanie dominuje narracja trzecioosobowa z bohaterką dynamiczną w centralnym punkcie – ambitną kobietą, której celem jest zostanie pełnoprawną redaktorką, pisanie własnych artykułów do „Tygodnika Shūmei”, tabloidu prenumerowanego głównie przez panów. Rikę Machidę poznajemy jako najskuteczniejszą w tym wydawnictwie dostarczycielkę materiałów politycznych, kryminalnych i kulturalnych – opracowywanych i podpisywanych przez kolegów z wyższego szczebla – prawdopodobnie najciężej pracującą osobę w średnio poczytnym magazynie. Całkowicie skupioną na karierze, niemyślącą o założeniu rodziny trzydziestotrzylatkę, nieprzywiązującą wagi do kwestii żywieniowych (podstawą jej diety są szybkie dania i przekąski ze sklepu, tak zwane gotowce; nie stroni też od lokali typu fast food) i od czasu do czasu (rzadko) spotykającą się z redaktorem z działu literatury pięknej „Tygodnika Shūmei”, Makoto Fujimurą, który nie wywiera na nią żadnej presji. Obojgu odpowiada taki w gruncie rzeczy niezobowiązujący związek, można jednak odnieść wrażenie, że Rika z lekką zazdrością spogląda na swoją ulubioną parę, pozornie idealne małżeństwo od dłuższego czasu starające się o pierwsze dziecko. Reiko Sayama, długoletnia przyjaciółka głównej bohaterki „Masła”, jest perfekcyjną panią domu, która zrezygnowała z pracy (porzuciła wyśmienicie zapowiadającą się karierę w dziennikarstwie), by spełnić swoje największe marzenie. Jej mąż Ryôsuke, jak zawsze natychmiast się dostosował, ale nie ulega wątpliwości, że był równie zaszokowany tą nagłą decyzją Reiko, co jej najlepsza przyjaciółka. Niemniej Reiko niezmiennie może liczyć na wsparcie „księcia z bajki” (rola, jaką Rika odgrywała w żeńskiej szkole z internatem) w swoim coraz bardziej desperackim dążeniu do macierzyństwa i teoretycznie odwdzięcza się tym samym. Zakładając, że obawy Reiko dotyczące samozwańczej(?) smakoszki Manako Kajii są słuszne, że protagonistce „Masła” relacja z niesławną obywatelką bardziej szkodzi, niż służy. Układ, który może przywieść na myśl „Milczenie owiec” Thomasa Harrisa, ale potencjalna czarna wdowa wnikliwej obserwatorki życia społecznego, powieściopisarki z nadzwyczaj wysoką inteligencją emocjonalną, hipotetycznie diaboliczna mentorka Riki Machidy, dołoży wszelkich starań, by odciąć ich nietypową znajomość od podrównań z Hannibalem Lecterem i Clarice Starling. Innymi słowy, ewentualne skojarzenia z kultowym dziełem pana Harrisa najpewniej długo nie będą się utrzymywać; ledwie przelotne myśli w niebywale zajmującej relacji niepewnej seryjnej morderczyni i niepewnej przyszłej redaktorki.

Okładka książki. „Butter”, HarperCollins Publishers 2024

Kobiety, które dobrze gotują są podobno źródłem pocieszenia dla mężczyzn, którzy opuszczają gardę. Ale im lepiej gotuje, tym lepiej potrafi zabijać, gdy jest niezadowolona” (Asako Yuzuki, wywiad dla „The Straits Times” opublikowany 2 marca 2024).
Antyfeministka bardziej wyemancypowana od feministek? Mizoginistka uświadamiająca rzekomą kobietę wyzwoloną? Zatwardziała konserwatystka, zwolenniczka patriarchatu, stereotypowa gospodyni domowa (Żona ze Stepford Iry Levina) podejrzana o niekonwencjonalne, prawnie zakazane rozwiązywanie domowych problemów, faktyczną ambasadorką matriarchatu? Nieprawomocnie skazana za oszustwa matrymonialne i trzy zabójstwa, umieszczona w areszcie śledczym w Tokio przynajmniej do czasu rozstrzygnięcia sądu drugiej instancji (złożyła apelację), istota pełna sprzeczności, która skonfundowała opinię publiczną ogromnym powodzeniem wśród dojrzałych mężczyzn. Otyła kobieta z dziecinną łatwością owijająca sobie mężczyzn wokół małego palca? Uniezależniająca od siebie przedstawicieli klasy średniej i wyższej? Tragikomiczny dysonans poznawczy – zabawne i zarazem przerażające przywiązanie nie tylko japońskiego społeczeństwa do współczesnego kanonu kobiecego piękna. „Rażąco nieodpowiedni” obiekt pożądania (niekoniecznie seksualnego), nijak niepasujący do dzisiejszych standardów, kontestujący powszechnie przyjęte ideały i wartości estetyczne, podważający „prawdy o boginiach urody”. Wielu sądzi, że Rika Machida zachowuje się dziwnie... bo tyje. Miała idealną wagę, czyli niedowagę (takie czasy), dopóki nie zaczęła widywać się z Manako Kajii, łamaczką męskich serc, chwalącą się rozpieszczaniem wszystkich swoich partnerów/sponsorów, włącznie z tymi, których miała wpędzić do grobu; usługującej mężczyznom (głównie w podeszłym wieku), ale kpiącej sobie z zarzutów o nieszanowanie siebie. Kajimana zapewnia, że na pierwszym miejscu zawsze stawiała siebie. Żyła jak chciała, upajała się wolnością, której większość tak zwanych kobiet sukcesu nigdy nie zasmakuje. Niezależne czy wyzyskiwane? Cierpiące na permanentny brak wolnego czasu, przemęczone, wychudzone, ciągle gryzące się w język, przejmujące wyglądem bardziej niż zdrowiem. Inni mówią im jak mają się ubierać, co mają jeść, jakich kosmetyków używać, czego się wstydzić, z kim się zadawać, a kogo unikać. Niezależność urojona czy zwykła, ordynarna hipokryzja? „Zmiana wagi miała jakoby spowodować, że nie będzie pani szanowana! W jakich my czasach żyjemy, że czyjś wygląd tak bardzo wpływa na nas i nasze zachowania... Żałosne. Za bardzo interesujemy się życiem innych. Jak wyglądają? Czy sobie folgują? Czy oddają się rozkoszy? To chore, żeby obserwowanie i komentowanie innych wpędzało nas to w depresję, to w poczucie wyższości. Pasjonujemy się bardziej innymi niż tym, co sami przeżywamy?”. Trafna analiza współczesnego świata, tym bardziej niewygodna, że włożona w usta osobowości narcystycznej i psychopatycznej czy histeryczny monolog zakompleksionej kury domowej, całe życie tęskniącej do takiej przyjaźni, jaką od lat cieszą się Rika Machida i Reiko Sayama? Tak czy inaczej, przynajmniej jedna z nich poczuje się zagrożona. Sadystyczna gra seryjnej morderczyni czy szczera chęć pomocy nieszczęśliwej prawie-dziennikarce? Nauka gotowania i pieczenia (zaskakująco angażująca powieść kulinarna z obszernymi – bardzo pomocnymi – przypisami przygotowanymi przez panią Annę Wołcyrz) początkiem większej lub mniejszej rewolucji w życiu głównej bohaterki „Masła” Asako Yuzuki, pysznego połączenia thrillera psychologicznego z powieścią obyczajową, egzystencjalną, kulinarną i twardym kryminałem. Książka błyskotliwa, zadziorna, zaostrzająca apetyt. Kreatywne podejście do sprawdzonych motywów, niebanalna opowieść o przyjaźni, miłości, rodzicielstwie, samotności, pożądaniu i obsesji. O niszczącej (i budującej?) presji społecznej, o dysfunkcyjnych rodzinach, rozczarowujących ścieżkach zawodowych, nadmiernych i niedostatecznych ambicjach, marzeniach, przekleństwach, dużych troskach i małych radościach. O jasnej i ciemnej stronie życia.

Rozchwytywane „Masło”. Międzynarodowy fenomen wydawniczy, japońska powieść podbijająca serca czytelników z różnych zakątków świata. Uniwersalna historia opowiedziana inaczej. Przemawiająca nie tyle do wyobraźni, ile żołądka czytelnika i czytelniczki:) Kuchenne rewolucje z kobietą oskarżoną o seryjne morderstwa. Twardo osadzony w dzisiejszej schizofrenicznej epoce mroczny dreszczowiec psychologiczny z ironicznym/sarkastycznym poczuciem humoru, depresyjny dramat i podnosząca na duchu powieść obyczajowa o potędze relacji interpersonalnych. Unikalna książka kucharska. Hell's Kitchen Asako Yuzuki. Polecam wszystkim.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://tantis.pl/

Więcej literatury pięknej

niedziela, 2 lutego 2025

„Demon” (2024)

 
Mechanik samochodowy Graham Reilly po latach przybywa na farmę, z którą wiążą się jego najlepsze i najgorsze wspomnienia. Wyprowadził się po śmierci ojca długo zmagającego się z tajemniczą chorobą, rodzinną spuściznę zostawiając braciom, Jake'owi i najmłodszemu Phillipowi, chowającemu urazę za zrzucanie na nich tego problemu, Grahama bardziej jednak martwi ewentualne dziedzictwo demoniczne, genetyczne przekleństwo pasożytnicze niekoniecznie zesłane na tylko jednego z nich. Phillip od niedawna wykazuje objawy opętania, a podczas pobytu Grahama na rodzinnej farmie następuje gwałtowne pogorszenie sytuacji. Poróżnieni bracia muszą jak najszybciej rozliczyć się z bolesną przeszłością lub odsunąć na bok osobiste urazy do zakończenia walki z czymś potwornie znajomym.

Plakat filmu. „The Demon Disorder” 2024, Formation Pictures

Debiut reżyserski Stevena Boyle'a (jako Steve Boyle), twórcy efektów specjalnych ze specjalizacją w tworzeniu potworów (pracował chociażby przy takich produkcjach, jak „Gwiezdne wojny: Część II – Atak klonów” George'a Lucasa, „Statek widmo” Steve'a Becka, „Matrix: Rewolucje” Lany i Lilly Wachowski, „Zombie z Berkeley”, „Daybreakers. Świt” i „Winchester. Dom duchów” Michaela i Petera Spierigów, „Czarna owca” Jonathana Kinga, „30 dni mroku” Davida Slade'a, „Hobbit: Niezwykła podróż” Petera Jacksona, „Co robimy w ukryciu” Jemaine Clementa i Taika Waititi, „The Pack” Nicka Robertsona), założyciela firmy Formation Pictures z siedzibą w australijskim mieście Brisbane, stolicy stanu Queensland. Scenariusz „Demona” (oryg. „The Demon Disorder”) Boyle stworzył we współpracy z Tobym Osborne'em, a produkcja ruszyła w kwietniu 2023 roku w wiejskiej miejscowości Gleneagle w regionie Scenic Rim w Queensland. Światowa premiera przypadła na kwiecień 2024, w ramach Gold Coast Film Festival. W sierpniu tego samego roku film miał ograniczoną dystrybucją kinową w swojej rodzimej Australii – szerszej doczekał się w Polsce: w drugiej połowie października 2024 wystartowała regularna „akcja kinowa” zorganizowana przez firmę Monolith Films, która już w styczniu 2025 roku udostępniała „Demona” na swojej platformie VOD (Cineman). W Stanach Zjednoczonych patchworkowy horror Steve'a Boyle'a zadebiutował na Popcorn Frights w sierpniu 2024, a następnie pałeczkę przejęła firma Shudder (dystrybucja internetowa od września 2024).

Steven Boyle zapowiadał „Demona” jako „wzniosłe dzieło o relacjach międzyludzkich i dynamice rodziny, łączące w sobie elementy wczesnego kina Davida Cronenberga i body horroru przedstawionego za pomocą misternych sekwencji efektów wizualnych”. Toksyczna męskość, trauma rodzinna i nieklasyczne opętanie demoniczne. Skrzyżowanie „Dreszczy” i „Wściekłości” Davida Cronenberga z „Cierniem” Toby'ego Wilkinsa, a przynajmniej takie „zdrożne” myśli mogą nawiedzić miłośników gatunku w obłąkanym świecie braci Reilly. Najbardziej wyeksponowaną postacią jest Graham (poprawny występ Christiana Willisa, m.in. „Observance” Josepha Simsa-Dennetta), właściciel warsztatu samochodowego, zatrudniający młodą kobietę Cole Nichols (charyzmatyczna Tobie Webster), która jest jedyną stałą osobą w jego poplątanym życiu. Ze swoimi najbliższymi krewnymi główny bohater „Demona” praktycznie zerwał kontakt po śmierci patriarchy rodu George'a Reilly (perfekcyjny John Noble), samotnie wychowującego trzech synów na niewielkiej farmie – niebogaty dom pełen miłości zniszczony przez nieobliczalną (bardzo rzadką?) chorobę. W każdym razie Graham od wyprowadzki starał się unikać braci, ale w tym zrywaniu rodzinnych więzi wytrwale mógł mu przeszkadzać Jack (niezła kreacja Dirka Huntera; m.in. „Zombie z Berkeley” Michaela i Petera Spierigów) – najmłodszy z nich, Phillip (przykuwający uwagę Charles Cottier), nie tyle uszanował decyzję Grahama, ile pielęgnował w sobie urazę, w duchu przeklinał brata za dezercję, ucieczkę ze skażonego miejsca. Z pokojem zabitym dechami, który w pierwszym odruchu przypomniał mi siódmą komnatę Sinobrodego i piwnicę z „Martwego zła” Sama Raimiego. Tak czy inaczej, tradycja gatunku uczy: lepiej nie zaglądać do takich pomieszczeń. Nawet przez dziurę w drzwiach? Cóż, wystarczy obejrzeć „Lśnienie” Stanleya Kubricka, żeby odeszła ochota na takie badania przestrzeni za „porządnie” (paranoicznie?) zabezpieczonymi drzwiami. Z drugiej strony, kto normalny zignorowałby oznaki świadczące o niepożądanej obecności we własnym domu, czy tam domu krewnych? Dźwięki dobywające się z pomieszczenia, które powinno być puste. Grahama na rodzinną farmę sprowadził Jake, ale powodem był Phillip – rzekomo jego dwudzieste ósme urodziny, a w rzeczywistości domniemany (nie)genetyczny „prezent” od rodzica. Choroba psychiczna odziedziczona po ojcu? W zasadzie starsi bracia podejrzewają demona; tego samego pasożyta, który odebrał im troskliwego tatę, ewentualnie innego przedstawiciela jego piekielnego gatunku. Graham i Jack spodziewali się ciężkiej przeprawy, ale wszystko wskazuje na to, że nawet przeżycia z teoretycznie opętanym rodzicielem nie przygotowały ich... na takie robactwo. Rzeź na farmie – przygnębiający widok przed zaniedbanym domem, krwawy szlak prowadzący do kurnika – „endoskopowy zabieg” w nieprzytulnym salonie i zwariowane poszukiwania „bękarta z Nostromo”. Noworodek, który w gruncie rzeczy uruchomił u mnie lawinę przepięknych wspomnień z różnych światów przedstawionych – od „Obcego – ósmego pasażera Nostromo” Ridleya Scotta, przez „Dreszcze”, „Wściekłość” i „Potomstwo” aka „Pomiot” Davida Cronenberga, po „Inwazję porywaczy ciał” Jacka Finneya, jej filmową adaptację z 1978 roku w reżyserii Philipa Kaufmana (pol. „Inwazja łowców ciał”), „Robale” Jamesa Gunna i „Kleszcze” Tony'ego Randela.

Plakat filmu. „The Demon Disorder” 2024, Formation Pictures

Zgodnie z przewidywaniami pierwsze reżyserskie przedsięwzięcie Stevena Boyle'a największą skutecznością wykazuje się w sztuce efektów specjalnych – wyróżniające się elementy świata przedstawionego, który z kolei mocno zawodzi relacjami interpersonalnymi. Trzech mężczyzn i młoda dama, czy jak kto woli wyszczekana panna kontra UWAGA SPOILER interesujące organizmy z odmienioną duszą ojca – charakter zmieniony przez chorobę psychiczną lub, co bardziej prawdopodobne, szatańskiego pasożyta, przybysza z Piekła (ewentualnie nowy bądź dotąd nieodkryty ziemski gatunek, ostatecznie najeźdźca z Kosmosu). Oślizgłe żyjątka (duże, pulchne larwy, nadpobudliwe ośmiorniczki), które w jakiejś dalszej, pewnie niezbyt odległej, perspektywie (błyskawiczne dorastanie) upodobnią się do okrutnie zdeformowanej humanoidalnej istoty, która w drugim „akcie” „Demona” wylezie spod pachy Phillipa KONIEC SPOILERA. O większą uwagę najgłośniej dopraszały się dawne dzieje – retrospekcje z życia chłopaków ze wsi. Szczęśliwe dzieciństwo i zdecydowanie mniej kolorowa, mimo utrzymującej się słonecznej aury, wczesna dorosłość Grahama, Jake'a i Phillipa Reilly. Autor zdjęć Terry King zadbał o inne skontrastowane zestawienie kolorystyczne - umownej teraźniejszości (ciemne, smutne, zimne) i przeszłości (jasne, wesołe, ciepłe) – ale niewiele z tego wynika. Można wręcz odnieść wrażenie, że „Demon” Steve'a Boyle'a powstał jedynie z potrzeby wypróbowania paru pomysłów na małe i duże paskudy. Fabuła skonstruowana pod intencjonalnie odrażające, wstrętne, niesmaczne efekty, potraktowana jako pretekst do pochwalenia się, przyznaję, niebanalnymi praktycznymi (chyba też cyfrowymi) efektami specjalnymi: lepkie rekwizyty (bezbarwny śluz), nieminimalistyczna charakteryzacja (bombowy makijaż protetyczny) i oczywiście trochę czerwonej substancji (przekonująca imitacja krwi). Warto wspomnieć, że muzykę skomponował Peter Spierig, przy niejednym filmie którego Steve Boyle pracował. Akcja najpierw rozgrywa się w nieco obskurnym gospodarstwie domowym – też mała ferma drobiu; zdaje się hodowla tylko na użytek własny – na ponurej posesji Jake'a i Phillipa, a później przenosi na teren Grahama: mroczniejsza, naturalnie zagracona i bardziej klaustrofobiczna sceneria, gdzie zespół „współczesnych egzorcystów” powiększy się o jedną osobę. Albo dzielne chłopaki napytają sobie jeszcze większej biedy w wyniku przypadkowego spotkania z nieusłuchaną dziewczyną. A niektórych widzów może najdzie piękne skojarzenie z „Wiklinowym koszykiem” Franka Henenlottera i/lub „Substancją” Coralie Fargeat. Najpierw wyjmowanie obrzydlistwa z gardła, potem „trzecie oko”, ale to błahostki w porównaniu do tego, co zadzieje się w warsztacie samochodowym brata marnotrawnego. A zagadka tego „demonicznego opętania” - czy zostanie rozwiązana? I tak, i nie. Dostaniemy bardzo ogólne wyjaśnienie UWAGA SPOILER - klątwa pokoleniowa czy coś w tym rodzaju (nadzwyczaj niefortunna przysięga wymuszona przez rodzica, który chce umrzeć na swoich zasadach, nie godzi się na wegetację, przedłużanie męki i dalsze narażanie życia najbliższych) KONIEC SPOILERA - które niestety nie wyglądało mi na ukłon w stronę zwolenników historii celowo niedopowiedzianych, pokładających wiarę w inteligencję i wyobraźnię swojej grupy docelowej. Prędzej niechlujstwo scenarzystów; ciąg dalszy niedbalstwa architektów tej prymitywnej budowli fabularnej. Nader uproszczonej, spłaszczonej historii rodzinnej. Coś takiego powinno budzić większe emocje – nie ukrywam łezka raz w oku się zakręciła, ale seans „Demona” Steve'a Boyle'a zakończyłam z poczuciem bezsensownego zmarnowania niezgorszego, całkiem obiecującego, szkieletu fabularnego. W trakcie napisów końcowych jest jeszcze jedna scenka, klasyczne zamknięcie „każdego” szanującego się horroru klasy B z dawnych lat. Takie epilogi wyszły z mody najdalej na przełomie XX i XXI wieku, ale czepiać mogą się tylko ci, którzy nie dopatrzą się w „Demonie” wyznania miłosnego do niskobudżetowego kina makabrycznego i na swój sposób zabawnego (poważne klimaty Cronenberga i bardziej groteskowe, swobodniejsze igraszki mistrzów campu) przede wszystkim z szalonych lat 80.

Na moje niewprawne oko średni start w reżyserskiej karierze Stevena Boyle'a (forma w porządku, gorzej z treścią). A może to tylko jednorazowa przygoda zasłużonego twórcy efektów specjalnych? Nie wiem, czy czołowy twórca „Demona” ma w planach kolejne projekty – czy zamierza rozwijać się jako reżyser i/lub scenarzysta – ale na jego miejscu tak szybko bym nie rezygnowała. Tym bardziej, że nie trzeba samemu wymyślać i jeszcze pisać – dobry scenariusz filmowy zawsze można kupić:)